Łączna liczba wyświetleń

piątek, 22 listopada 2024

PREZYDENT 2025!

JEŚLI TO PRAWDA, TO TA KAMPANIA JEST DO WYGRANIA


 Jeśli prawdą jest że Prawo i Sprawiedliwość (a w zasadzie prezes Jarosław Kaczyński, bo wydaje się że to właśnie on podjął ostateczną decyzję) wybrało na kandydata na prezydenta Rzeczpospolitej Karola Nawrockiego, to uważam że ta decyzja jest jedyną możliwą jaką można było w tym momencie podjąć. Oczywiście pozostaje wiele znaków zapytania, przede wszystkim jak będzie prowadzona kampania i jaką charyzmą (lub też jej brakiem) kierował będzie się Karol Nawrocki - ale ja jestem dobrej myśli. To co jest obecnie trzeba usunąć jak najszybciej, gdyż obecny rząd jest rządem wybitnie szkodliwym (i naprawdę nie chodzi mi o to, czy ja lubię tą czy inną partię - to jest dla mnie bez znaczenia. Jedyne czym się kieruję, to dobrem mojego Kraju i tym, czy Polska zyskuje czy też traci, natomiast w tym przypadku cofamy się w tempie nieprawdopodobnie szybkim), natomiast klęska w wyborach prezydenckich to będzie pierwszy, ale poważny wyłom w tej całej koalicji 13 grudnia, który może doprowadzić do jej szybkiego rozpadu (realnie bowiem rząd będzie musiał albo dogadać się z nowym prezydentem, albo też zdecydować się na nowe wybory parlamentarne). Także krótko żeby nie przedłużać a jedynie napomknąć w temacie, gdyż nie jest on jeszcze potwierdzony ani pewny, a ostateczna decyzja ma zapaść dopiero w niedzielę, to jednak "wiewiórki" już szeptają że kandydatem PiS-u na prezydenta ma być właśnie dr. Karol Nawrocki (do tego były bokser). I ja się z tą decyzją całkowicie zgadzam, oraz podpisuję pod nią obiema rękami. Ta kampania jest do wygrania, i ta prezydentura jest do zdobycia. Wracamy do gry w bitwie o Polskę.

















ZJEDNOCZENIE PRUS I INFLANT Z POLSKĄ - Cz. VIII

POCZĄWSZY OD PIERWSZEGO SPORU POLSKO-KRZYŻACKIEGO (1309-1310), AŻ PO WŁĄCZENIE INFLANT DO RZECZPOSPOLITEJ (1558-1561)





KONRAD I MAZOWIECKI 
Cz. VIII





 Kampania którą dowodzić miał cesarz Michał III (wraz ze swym wujem Bardasem), wyruszyła wiosną roku 859 i była skrupulatnie przygotowana. Przed wyprawą cesarz zadbał przede wszystkim o ponowne obwarowanie głównych miast na linii ataku, szczególnie zaś Nikei i Ankyry (dzisiejszej stolicy Turcji), o czym świadczyły inskrypcje pozostawione w tych miastach. Wyprawa "Na chwałę Bożą" miała dalekosiężne cele, ale ostatecznie siły zgromadzone na tą wyprawę okazały się mimo wszystko za słabe, aby ponownie odbić Syrię i Armenię, mimo to wyprawa i tak odniosła olbrzymi sukces. Trzeba bowiem zaznaczyć że Kalifat w tamtym czasie był już w odwrocie i to zarówno na froncie zewnętrznym, jak i wewnętrznym (wiele poszczególnych rodów rozszarpywało sobie państwo od środka, tworząc lokalne dynastie i władztwa). Kalif al-Mutawakkil (pomimo wielkich chęci), nie był w stanie nad tym zapanować. Już sam fakt że przebywał w Samarze (która stała się stolicą Kalifatu od roku 836), zdany na łaskę i niełaskę tureckich niewolników, zwanych gulamami (byli to tzw. "pretorianie władzy", a konkretnie rekrutowali się spośród porwanych tureckich chłopców, których następnie szkolono na osobistych ochroniarzy kalifa. Szczególnie zdominowali oni Bagdad, ale również i Samarę). Poza tym Samara była twierdzą zwolenników dawnego reżimu, z którym od roku 850 jawnie zerwał al-Mutawakkil (czyli ideologii mutazylickiej, głoszącej potrzebę zjednoczenia sunnitów i szyitów, oraz nieco bardziej mistycznego podejścia do spraw religijnych niż głosił to pierwotny islam). Kalif źle się tam czuł, można powiedzieć że "dusił się" w oparach knowań zwolenników mutazylizmu. Wpadł więc na ciekawy pomysł, a mianowicie przenieść cały swój dwór do innego miasta, a konkretnie... do Damaszku. Miasto to - jako stolica Kalifatu - zostało opuszczone ponad 100 lat temu wraz z nadejściem dynastii Abbasydów (i wymordowaniem praktycznie wszystkich przedstawicieli rodu Ommajadów) w roku 750. Teraz jednak al-Mutawakkil postanowił przenieść się do miasta, w którym (jak sądzono) nadal przebywały cienie kalifów tamtej dynastii. 

Z końca maja 858 r. (safar 244 r. według chronologii muzułmańskiej) rozpoczęto wielkie przygotowania do przeprowadzki dworu z Samary do Damaszku. Dwór musiał więc teraz pożegnać ogromny kompleks Dar al-chilafa (Domu Kalifów) obejmujący jakieś 125 hektarów (1346 km z zachodu na wschód i 1150 z północy na południe). Ozdobiony był on wspaniałymi złotymi i srebrnymi obrazami oraz dywanami i tkaninami dekoracyjnymi. Al-Mutawakkil kazał też tam zbudować dla siebie basen, przy którym posadził drzewo (na które to zlatywały się - zapewne specjalnie szkolone - ptaki, aby umilać kalifowi kąpiel swym śpiewem). Oczywiście również przenieść musiał się cały harem, a raczej harim (czy też huram - jak mawiali kalifowie, a co odnosiło się nie tyle do budynku, ile do przebywających tam kobiet). Należy jednak powiedzieć że w haremie władcy przebywały jedynie zwykłe niewolnice, natomiast ulubione żony władcy miały oddzielne pałace i często własne dwory (zmieni się to dopiero po roku 892 gdy kalifowie ponownie wrócą z Samary do Bagdadu. Od tego czasu nie słyszy się już aby księżniczki - czy to żony czy córki kalifów - miały własne pałace i własne dwory, a wszystkie przebywają już w haremie swego pana, ojca lub męża). W każdym razie wyprawa ruszyła i na początku czerwca 858 r. dotarła do Damaszku, gdzie ponownie musiano się rozgościć, a miasto przygotować pod dwór i samego kalifa, co też wymagało wielu prac. Ciekawostką jeśli chodzi o harem jest choćby przedstawiona w "Kitab al-Aghani" ("Księdze Pieśni") napisanej przez Ahmada Ibn Abi Tahira właśnie w czasach panowania kalifa al-Mutawakkila, której bohaterem jest poeta Ibrahim al-Mausili a cała opowieść osadzona jest w czasach panowania kalifa Haruna ar-Raszida (dziadka al-Mutawakkila). Pokazany jest tam harem, w którym jedną z atrakcji jest wielki kosz podwieszany do sufitu, na którym przebywa część dziewcząt, i do takiego kosza trafia - nieco przez przypadek - właśnie ów Ibrahim. Dziewczęta początkowo (gdy orientują się że jest on innym mężczyzną niż ten, na którego czekały), zasłaniają swe twarze woalami, ale wkrótce potem (niezwykle podniecone) pragną z nim baraszkować. Opowiastka kończy się dobrze kalif wybaczę Ibrahimović, wynagradza go a dziewczyny otrzymują dodatkowe nagrody (🤭). Taka nieco historyjka która jednocześnie pokazuje że już w tamtym czasie wpływ haremu był dosyć duży na władzę kalifa, a jednocześnie że nieco aroganckie dziewczyny (co wynika z ich podejścia), trzymane w prawdziwym więzieniu kontrolowanej rozkoszy, potrafią być zadziorne seksualnie niebezpieczne (twierdzą bowiem że Ibrahima wypuszczą dopiero po tygodniu, gdy je wszystkie zadowoli, na co on szybko przestaje, choć w tym czasie poszukuje go wkurzony kalif 😂).




Przeniesienie dworu kalifa do Damaszku okazało się jednak błędem. Od początku bowiem mocno przeciwko temu zaprotestowali tureccy gulamowie (strażnicy kalifa) widząc tej przeprowadzce próbę umniejszenia ich osobistej władzy. Poza tym doradcy kalifa twierdzili, że przeniesienie dworu do Syrii (czyli w otoczenie wrogich Abbasydom i Persom Syryjczyków) nie jest dobrym pomysłem. Początkowo kalif lekceważył te głosy. W końcu bowiem wyzwolił się z otoczenia mutazylitów i chciał poczuć się wreszcie panem sytuacji. Wkrótce jednak przyznał im rację, gdyż chłodniejszy klimat Damaszku i częste deszcze spowodowały, że stracił zapał do tego miejsca. Rozpoczęto więc ponownie przygotowania do powrotu do Samary, a pobyt w Damaszku trwał tylko... 38 dni. Jednak Samara była miejscem które bardzo źle działało na kalifa i nawet jeśli nie mógł dalej pozostać w Damaszku i musiał wrócić do stolicy, to chciał jednocześnie, aby był to powrót tymczasowy. Będąc jeszcze w Damaszku przygotował plany budowy nowego miasta, raczej nowej rezydencji dla siebie o nazwie Al-Dżafarijja (dziś Abu Dulaf). Położenie tego nowego ośrodka umiejscowił po wschodniej stronie Tygrysu, nieco na północ od Samary, gdzie (jak uważał) będzie czuł się bezpieczniej niż w samym mieście. Prace budowlane rozpoczęły się w drugiej połowie roku 859, wcześniej zaś teren ten został wyludniony (mieszkańców wypędzono, a ich domostwa i ziemie wykupiono), a następnie przystąpiono do budowy kanałów nawadniających, gdyż teren ten był nieco suchy i jałowy (przy pracach tych zatrudniono 12 000 robotników, którym płacono dobre wynagrodzenie, aby tylko ich zachęcić do dalszej pracy. Nie wiadomo jednak dlaczego kalif w tym właśnie przypadku zrezygnował z użycia taniej siły roboczej - czyli niewolników?). Ogólnie koszty budowy tej rezydencji były ogromne i mocno nadwyrężyły skarb kalifa, W każdym razie była ona ukończona już w początkach roku 860 (czyli w tempie błyskawicznym jak na tamte czasy), a kalif przyniósł się tam ze swym dworem - 25 lutego 860 r. Al-Mutawakkil marzył o nowym Bagdadzie, wielkim mieście które zdominuje Samarę i stanie się ośrodkiem muzułmańskiej sunny w całym świecie islamu. Wkrótce jednak okazało się, że te jego marzenia szybko zostały zaprzepaszczone wraz z jego śmiercią w roku 861, a miasto Al-Dżafarijja (zwane też Al-Mutawakkilijja) szybko podupadło, kanały zostały zasypane przez piasek, a dwór ponownie wrócił do Samary. Wielcy tego świata, patrzcie na moje dzieło i rozpaczajcie - można by było napisać na murach Al-Dżafarijja w kontekście al-Mutawakkila.




Poza tym dwór al-Mutawakkila był zupełnie inny od dworu jego poprzedników. Od czasów Haruna ar-Raszida (a poniekąd również i wcześniejszych kalifów z dynastii Abbasydów) dwór szedł w kierunku kultury elitarnej, przeznaczonej głównie dla wybranych, najbogatszych i najbardziej wykształconych wyznawców Allaha. W czasach następców Haruna, al-Mamuna, al-Mutasima i al-Wasika triumf zaczęła święcić ideologia mutazylicka, a co za tym idzie również nieco bardziej mistyczne podejście do islamu (rozważano tam bowiem takie pojęcia jak fakt, iż człowiek - za sprawą Boga oczywiście ale jednak - jest w stanie sam kreować swoją rzeczywistość). Triumf też zaczęła święcić muzułmańska filozofia, a kalifowie (szczególnie al-Wasik) organizowali konferencje naukowe na których rozważano wiele kwestii filozoficznych, moralnych, religijnych i społecznych. Z chwilą zaś zerwania przez al-Mutawakkila z mutazylizmem, natychmiast poniechano tych praktyk. Odtąd komentowanie i rozważanie Koranu stało się zabronione, a twierdzenie że człowiek może cokolwiek osiągnąć za sprawą siły swego umysłu stało się jawnym bluźnierstwem. Wrócono do pierwotnej "czystości" sunny (przynajmniej w przekonaniu al-Mutawakkila). Było to poniekąd zgodne z dążeniami prostego ludu, który nie miał ani czasu, ani niekiedy nawet kompetencji do tego, aby rozważać pewne kwestie filozoficzne związane z zagadnieniami Koranu ("Wybór należy do Boga a nie do jego niewolników. Wszystkie sprawy są w rękach Boga, a nie w rękach ludzi! Zaś wasze życie, magowie muzułmanów, kierowane jest przeznaczeniem. Umieracie nie mając wyboru, jesteście siłą prowadzeni do tego, co wam przeznaczone" - oto fragment makamy "O domu dla obłąkanych" autorstwa al-Hamadaniego, napisanej właśnie w czasach panowania kalifa al-Mutawakkila, a zdecydowanie potępiającej mutazylizm właśnie jako ów "dom dla obłąkanych") On po prostu pragnął jasnego, prostego przekazu i taki właśnie był cel polityki religijnej kalifa al-Mutawakkila. Ponieważ jednak Samara (jak również poniekąd Bagdad) przypominały mu o mutazylickiej przeszłości jego poprzedników, dlatego też pragnął stworzyć nowe miasto, nową siedzibę która będzie  twierdzą czystej sunny, a Koran księgą objawioną nad którą nie tylko nie należy, ale wręcz nie można dywagować. Taka była rzeczywistość religijna w okresie, w którym cesarz Michał III wyruszył w swej kampanii wojennej na wschód przeciwko Kalifatowi.




Wyprawa okazała się sukcesem (oczywiście nie na taką skalę o jakiej marzył Michał, ale jednak bez wątpienia był to duży sukces). Wojska bizantyjskie przekroczyły góry Taurus i dotarły aż do Samosaty którą zdobyły. Zdobyto też ogromne łupy, a bizantyjska flota pojawiła się pod portem Damietta w Egipcie. Michał mógł być bez wątpienia zadowolony z wyników tej wyprawy i tak zapewne było. Warto jednak dodać że w tym właśnie czasie po stronie muzułmanów przebywali wszyscy dotychczasowi paulicjanie (o których pisałem we wcześniejszych częściach), gdyż po wielkiej wyprawie przeciwko ich siedzibom we wschodnich rejonach Bizancjum (szczególnie tych w Argaoun i Amarze) i związanej z tym krwawej masakrze paulicjan z roku 855 (w wyniku której śmierć poniosło aż 100 000 członków tej sekty) musieli oni uciec za granicę, a jedyne bezpieczne schronienie uzyskali właśnie od kalifa al-Mutawakkila w mieście Tefrike nad Eufratem. Poprowadził ich tam pierwszy od dłuższego czasu przywódca tej sekty - Karbeas (który w czasie rzezi w 855 r. stracił ojca). Paulicjanie Tefrike zamienili w prawdziwą twierdzę, a całą okolicę w mini państewko pod swoim zarządem. Zaczęto coraz intensywniej zamieniać się w wojowniczą grupę religijną, która zamiast jedynie Pismem Świętym to będzie operowała również mieczem. Nowi członkowie byli więc szkoleni przede wszystkim z walki wręcz i umiejętności posługiwania się różnymi rodzajami broni. Bardzo to pomogło później kalifom (paulicjanie bowiem walczyli po ich stronie przeciwko Bizantyjczykom) w kampaniach z lat 60-tych IX wieku. Jednak w tej z roku 859 paulicjanie niezbyt się spisali, obawiając się że młody cesarz ruszy również przeciwko ich ziemiom w Tefrike. Ten wrócił jednak do Konstantynopola w glorii sławy. Odbył wspaniały triumf na wzór triumfów dawnych rzymskich wodzów wkraczających do Rzymu, a rzeczywiście miał coś świętować. Zarówno bowiem kampania lądowa jak i ta morska pod Damiettą w Egipcie zakończyła się sukcesem, zdobyto znaczne łupy. Teraz lud Konstantynopola miał możliwość obejrzeć zarówno muzułmańskich jeńców, jak i dobra które udało się zrabować. Wkrótce po tym wydarzeniu Bazylii (czyli bohater tej części naszej opowieści), jako główny szambelan dworu cesarskiego, otrzymał od swego przyjaciela, cesarza Michała propozycję nie do odrzucenia, a mianowicie miał rozwieść się ze swoją żoną Marią i poślubić Eudokię Ingerinę - cesarską kochankę, gdyż w ten właśnie sposób mogłaby ona nadal pozostać na dworze. Natomiast żona cesarza Eudokia Dekapolitina żyła realnie jak mniszka. Cesarz jej nie odwiedzał (poza oficjalnymi spotkaniami) i zupełnie zaniedbywał. Bazyli oczywiście przystał na taki układ (niektórzy autorzy piszą że w zamian cesarz uwolnił swoją siostrę Teklę z klasztoru i uczynił ją kochanką Bazylego - czego tamten pragnął, ale oczywiście nie można tego zweryfikować i potwierdzić). Oficjalnie bowiem Bazyli był mężem Ingeriny, realnie noce spędzała ona w sypialni cesarza, a on wraz z Teklą. Układ wydawać by się mogło korzystny dla wszystkich, aż do chwili gdy okazało się że Ingerina jest w ciąży - ale do tego jeszcze wrócimy.




Nadszedł rok 860. Imperium po odniesionym sukcesie na Wschodzie było pewne swego, a cesarz był przekonany że kolejne kampanie powalą al-Mutawakkila na kolana i Bizancjum ponownie odzyska utracone ponad 200 lat wcześniej ziemie Orientu. Wszystko wydawało się układać pomyślnie, a Michał z optymizmem planował kolejne swoje posunięcia polityczne i militarne. Aż tu nagle okazało się że na Morzu Czarnym pojawiły się jakieś dziwne okręty. Było ich mnóstwo i płynęły z Północy. Wkrótce okazało się że to byli Rusowie, a raczej Słowianie południowo-wschodni, jako że nazwa Rusowie czy Rusini wówczas jeszcze nie istniała. W ogóle bardzo ciekawe są teorie skąd pojawiła się taka nazwa na określenie Słowian Wschodnich. Było o tym kilka teorii, a większość z nich sprowadzała się do tego, że Rusowie to po prostu byli... chłopi, którzy pracowali dla swoich panów, a najczęściej w tym przypadku wymienia się... Lachów i to wcale nie jest żart. Sam fakt że to właśnie Polanie czyli Lachowie byli założycielami miasta Kijów, jest niezwykle symboliczny. Rusami więc miano nazywać chłopów, którzy pracowali na ziemi należącej do Polan/Lachów. Z czasem się zbuntowali podporządkowując się przybyłym ze Skandynawii Waregom, którzy pod przywództwem Ruryka i jego braci (Askolda i Dira) odtąd mieli panować nad wschodnią Słowiańszczyzną. Nestor (ruski kronikarz średniowieczny z XII wieku) w swej "Powieści minionych lat" nazywa Ruryka i jego braci Rusami, mówiąc że oni przybyli z krain Wikingów, z plemienia Rusów. Ale również w języku łacińskim istniało słowo "rustico" co oznaczało po prostu "wiejski" (inaczej rustykalny). Czyżby słowo to przeniknęło do Słowiańszczyzny z łaciny, z krain rzymskich, czy też Rzymianie zaimplementowali je do swego języka po swych kontaktach z Lachami (głównym bowiem miastem w którym odbywał się rzymsko-słowiański handel począwszy od rządów cesarza Nerona, był Kalisz, zwany przez Rzymian - Calisia, gdzie był wielki targ na którym dokonywano transakcji - głównie handlu bursztynem). Istnieje też inne wyjaśnienie słowa "Rus", a mianowicie pochodzące od rusałki - czyli słowiańskiej nimfy wodnej (choć tak naprawdę tą nazwą określano młode dziewice, które poświęcały się służbie bogom. Stąd nazywano je po prostu "ne rusane" czego narodziły się rusałki). Są też oczywiście i inne teorie na wyjaśnienie tego słowa, a mianowicie łacińskie słowo "risus" oznacza uśmiechnięty, podobnie jak niemieckie "lahen" (śmiać się), wydaje się więc że zarówno Lachowie jak i Rusowie to... synonimiczne etnonimy 😂. W każdym razie - jak możemy przeczytać w "Powieści minionych lat" Słowianie "siedli nad Wisłą i przezwali się Lachami, a od tych Lachów przezwali się jedni Polanami, drudzy Lachowie Lutyczanami, inni Mazowszanami, inni Pomorzanami. (...) Także ci Słowianie przyszedłszy siedli nad Dnieprem i nazywali się Polanami, a drudzy Drewlanami, że siedli w lasach, a jeszcze inni siedli między Prypecią a Dźwiną i nazywali się Dregowiczami, inni siedli nad Dźwiną i nazywali się Połocczanami. (...) Inni zaś Słowianie, którzy siedli koło jeziora Ilmenia, przezwali się swoim imieniem i założyli gród i nazwali go Nowogrodem. A drudzy siedli nad Desną i nad Semą i nad Sułą i nazwali się Siewierzanami. I tak rozszedł się naród słowiański, a od niego i pismo nazwane słowiańskim".




W każdym razie pod Konstantynopol w roku 860 przybyła flota Słowian południowo-wschodnich (i jeśli nawet mówiono o nich wówczas Rusowie, to na pewno nie w tym samym kontekście, w jakim później zaczęto ich tak nazywać), wywołując w mieście powszechne przerażenie. Mieszkańcy byli zupełnie nie przygotowani na atak, miasto było praktycznie bezbronne, bramy otwarte, duża część ludności (głównie chłopów) przebywała na polach wokół miasta, a tu nagle (po zaokrętowaniu swych statków), Słowianie zaczęli atakować bezbronnych ludzi, część z nich kładąc od razu trupem, część biorąc w niewolę. Ponoć atak Słowian został sprowokowany przez samych Bizantyjczyków, którzy rozpoczęli budowę twierdzy Serkiel u delty Donu, tym samym ograniczając słowiański handel spławny tą rzeką, zmuszając ich do wybrania kierunku wschodniego, przez ziemię Chazarów (Chazarowie byli wówczas sojusznikami Bizantyjczyków w walkach z Arabami). Co ciekawe w Chanacie Chazarskim oficjalną religią przyjętą przez władców tego ludu był judaizm. Pierwszym chanem Chazarów był niejaki Bułan, który objął władzę ok. 740 r. i od razu przyjął judaizm jako oficjalną religię tego tureckiego ludu (wcześniej bowiem wśród Chazarów nie było ani książąt ani chanów, a jedynie wybieralni wodzowie i jednym z nich był właśnie Bułan, który po konwersji on przyjął imię Sabriel). W tym okresie który nas interesuje, władcą Chazarów był potomek Bułana - Manasses I, a twierdza Serkiel u źródeł Donu istotną przeszkodą dla Słowian południowo-wschodnich. Stąd też zapewne - pierwszy w dziejach - atak Słowian na Konstantynopol. Słowianie splądrowali i spalili przedmieścia Konstantynopola, a tę ludność, która nie zdążyła schronić się za murami miasta, wzięto w niewolę lub zabito. Próbowano jeszcze dniem i nocą szturmować mury miasta, ale zakończyły się one niepowodzeniem i wreszcie Słowianie odpłynęli. Bizantyjczycy bowiem na murach miasta wystawili wizerunki Marii, Matki Jezusa - Bogurodzicy i potem wierzono, iż to właśnie Jej interwencja spowodowała ocalenie miasta i jego mieszkańców. Na początku jednak ataku Słowian samego cesarza nie było w stolicy, gdyż przygotowywał się do kolejnej inwazji na Kalifat, ale dowiedziawszy się o ataku zawrócił, przedarł się przez Bosfor do miasta i wraz z patriarchą Focjuszem starał się podtrzymać ludność na duchu. Po zakończonym ataku, mieszkańcy długo nie mogli wyjść z przerażenia że nowy lud może w każdej chwili przypłynąć i tak po prostu próbować zdobyć miasto, które dotąd było uważane za nie do zdobycia (próbowali tego zarówno Awarowie jak i Persowie oraz Arabowie - bezskutecznie). Patriarcha Focjusz wpadł wówczas na ciekawy pomysł. A mianowicie żeby skutecznie zabezpieczyć się przed atakami tych "barbarzyńców", należało po prostu ich... ochrzcić, czyli wprowadzić w obręb kultury rzymsko-greckiej. Na razie jednak postanowiono wysłać poselstwo do władcy Chazarów - Manassesa, celem odnowienia traktatów na wypadek kolejnych ataków wojowników z Północy. Na czele tego poselstwa stanął młody, ale już wówczas wyróżniający się pokaźną wiedzą na temat kultur judaizmu i islamu - mnich Konstantyn z Tesalonik. Kilka lat później (pod imieniem Cyryla i wraz ze swym bratem Metodym) stanie się on jednym z dwóch apostołów Słowian w państwie wielkomorawskim. 




A poza tym jako ciekawostkę jeszcze dodam że w tym właśnie czasie na ziemiach Lechii właściwej (jeśli można tak się wyrazić) władał król (choć oczywiście nie koronowany) Koszyszko, który jest tożsamy z mitycznym Piastem, założycielem dynastii Piastów. Wstąpić on miał na tron (po upadku dynastii Popielidów) w roku 842, mając wówczas 70 lat. Przeniósł siedzibę Lechii ze skalnej zbrodniczą krwią Kruszwicy (siedziby Popielidów) do Gniezna. Starał się rządzić sprawiedliwie, a za jego panowania ustać miały wszelkie wojny domowe, rozboje oraz gwałty z lat poprzednich. Nie był w stanie jednak poskromić ruchów odśrodkowych, odpadu kolejnych książąt i usamodzielnianie się ich. Jego synem zaś był Ziemowit, który objął władzę po śmierci ojca w roku 862 (100 lat później władzę objął pierwszy historycznie uznany władca Lechitów/Polan - Mieszko I, prawnuk Ziemowita, który w roku 966 przyjąć miał chrześcijaństwo). 




Za rządów króla Koszyszko/Piasta - 1 stycznia 845 r 14 książąt lechickich (głównie byli to książęta czescy) przyjęło (wraz ze swymi dworami, wojskiem i ludnością) chrzest w obrządku rzymskim, dokonanym przez misjonarzy wschodniofrankońskich (dzisiaj byśmy powiedzieli niemieckich). Zostało to na nich wymuszone (opowiem o tym w kolejnej części, gdy będę omawiał misję Cyryla i Metodego w kraju wielkomorawskim, a także w podległej temu państwu krainie Wiślan - których to stolicą była twierdza Kraków). Jak to się stało że państwo wielkomorawskie, które już dużo wcześniej (831 r.) przyjęło chrzest w obrządku zachodnim (również wymuszonym przez Franków Wschodnich), nagle stało się niezwykle skutecznym miejscem działań misjonarzy Cyryla i Metodego, misjonarzy kościoła wschodniego? O tym również w kolejnej części. Oczywiście nie możemy też zapomnieć o kwestii rzymskiej i o decyzji jaką miał wydać papież w sprawie uznania Focjusza lub Ignacego za prawowitych patriarchów Kościoła konstantynopolitańskiego (o czym pisałem w poprzedniej części), a także jak to się stało że Bazyli stał się cesarzem i założycielem dynastii, która doprowadziła do odrodzenia złotego wieku Bizancjum, a po której upadku rozpoczęły się krucjaty do Ziemi Świętej.


STARA BAŚŃ. KIEDY SŁOŃCE BYŁO BOGIEM 
(KONIEC PANOWANIA POPIELA II ZBRODNIARZA i POCZĄTEK RZĄDÓW KOSZYSZKO/PIASTA - ok. 840 r.)



ZIEMOWIT i DZIWA



CDN.

czwartek, 21 listopada 2024

O RETY KABARETY! - Cz. XXVII

KOLEJNE SKECZE KABARETOWE


DZIŚ ZNÓW NA LUZIE CHCIAŁBYM ZAPROPONOWAĆ MAŁĄ PRZENIESIENIE SIĘ DO LAT 90-tych i PORÓWNANIE TAMTYCH CZASÓW ZE WSPÓŁCZESNYMI. OCZYWIŚCIE WSZYSTKO UTRZYMANE W KABARETOWEJ FORMIE KABARETU CZWARTEJ FALI



KABARET CZWARTA FALA



0:15 - "Oglądałeś olimpiadę?"

"Właśnie nie za bardzo, a działo się coś ciekawego?"

"Osoba bokserska zdobyła złoty medal w boksie kobiet, A to stado prymitywów zamiast skupić się na jej osiągnięciach sportowych, czepiało się że ona ma penisa" 🤭

"To co z tego że ma penisa, dzisiaj ma jutro może nie mieć!" 😂

5:50 - "Tato, dostałem jedynkę z matmy"

"Aha, jedynkę?... Czym mu tu dzisiaj wpierd...ć?" 😄🤣

6:30 - "Synku jak poszedł sprawdzian z fizyki?"

"Dostałem jedynkę, a co?"

"Oj, to będziemy musieli z mamą wyciągnąć jakieś konsekwencje. Zabiorę ci papierosa na godzinę"

"Chyba cię pojebało!" 😭😆




środa, 20 listopada 2024

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. XV

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO 
MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA
Cz. XV





 Król Jan II Kazimierz szykował się na wojnę z Kozakami jak na wielką wyprawę przeciw poganom. Nim opuścił Warszawę (13 kwietnia 1651 r.) nuncjusz papieski Giovanni di Torres ofiarował mu poświęcony miecz, szyszak i kopię obrazu Matki Boskiej. Królowa Ludwika Maria Gonzaga chciała towarzyszyć mężowi w podróży i rzeczywiście początkowo tak się stało, ale po miesiącu zawróciła spod Krasnegostawu z powrotem do Warszawy (prawdopodobnie wiedziała już że znów jest w ciąży i był to zapewne główny powód jej powrotu). Wszyscy w Koronie (ale również i na Litwie) zdawali sobie sprawę, że od tej kampanii zależy los Rzeczypospolitej. W przypadku klęski znalazłoby się bowiem wystarczająco wielu chętnych, aby kraj rozszarpać na kawałki. Sam sułtan czekał tylko sposobności do interwencji, Moskwa również uważała że nie wiążą ją z Rzeczpospolitą zawartą układy, gdyż to właśnie strona polska je zerwała, poprzez celowe lub nie celowe nie używanie pełnej tytulatury carskiej, książę Siedmiogrodu Jerzy Rakoczy marzył o koronie polskiej, Szwecja też była gotowa do interwencji; tak więc chętnych do rozdarcia kraju na strzępy było wielu i wszystko zależało od tego, jak ostatecznie zakończy się konflikt z Chmielnickim na Ukrainie. Ten zaś praktycznie już nie trzeźwiał, topiąc swoje troski w hektolitrach spożywanego alkoholu i próbując zagłuszyć sumienie częstymi wybuchami gniewu. A miał co zagłuszać, bowiem właśnie skazał swoją własną żonę na śmierć, gdyż zdradziła go ona z zegarmistrzem. Mało tego, uknuli oni podobno jakiś spisek, mający doprowadzić do zamachu na życie Chmielnickiego, ale dowiedział się o całej sprawie Tymoszko - syn Chmiela - i przekazał ojcu tę wiadomość, na co ten skazał oboje na śmierć. Od tej chwili próżno było ujrzeć Chmielnickiego trzeźwym, nawet o poranku. W polskim zaś obozie (gdy przyszła wiadomość o zdradzie żony Chmielnickiego) wybuchła radość, gdyż tak naprawdę cały bunt kozacki zaczął się o tę kobietę (tak jak wojna trojańska o Helenę trojańską 😉), a teraz Chmielnicki własnymi rękami pozbawił ją życia. Było to doprawdy wydarzenie komiczne i tragiczne jednocześnie.

Chmielnicki ze swymi Kozakami w kwietniu i na początku maja 1651 r. stał obozem pod Złoczowem. W połowie maja przyniósł się pod Zborów i Zbaraż, a na początku czerwca pod Kołodno. Ponad 70 000 armia Tatarów krymskich (prowadzonych osobiście przez chana Islam III Gireja) po raz pierwszy Kozacy połączyli się pod Białą Cerkwią, a następnie już bezpośrednio z oddziałami Chmielnickiego pod Wiśniowcem - 22 czerwca. Chan spodziewał się szybkiej i łatwej kampanii, dlatego też jego wojska były ponoć tak liczne, jakich jeszcze wcześniej nie rzucił na Rzeczpospolitą (na Krymie pozostali tylko nieliczni wojownicy aby bronić ułusów przed Kałmukami). Pierwsze jednak - od dłuższego czasu - spotkanie Islam Gireja z Chmielnickim zakończyło się dosyć nieprzyjemnie, a mianowicie chan czekał na koniu aż kozacki ataman do niego podejdzie i przywita go wraz z jego orszakiem. Czekał i czekał i czekał... aż powiedziano mu że Chmielnicki jest mocno "niedysponowany" (czyli leżał urżnięty w trupa w swoim namiocie). To spowodowało pierwszy poważny zgrzyt pomiędzy Kozakami a Tatarami. Łącznie jednak dysponowali oni siłą jakichś 160 000 ludzi. Strona polska zaś (łącznie - ale nie wszystkie siły były tam zgromadzone od razu, niektóre z oddziałów pospolitego ruszenia z różnych ziem spóźniały się) liczyła niecałe 70 000 żołnierzy i wciąż przebywała pod Sokalem. Tam dokonywano przeglądu wojsk, oraz przeprowadzano liczne ćwiczenia. 9 czerwca wysłano na czele ok. 4 000 jazdy Aleksandra Koniecpolskiego z zadaniem zdobycia przepraw na Styrze w miejscowości Beresteczko, co ten wykonał, ale szybko też został zawrócony z powrotem do Sokala (obawiano się bowiem że po połączeniu Kozaków i Tatarów mogą oni uderzyć na obciążone taborami oddziały polskie, które będą zmierzały do Beresteczka i w ten sposób rozstrzygnąć starcie). 13 czerwca w obozie pod Sokalem odbyła się narada wojenna co dalej czynić. Wielu twierdziło że trzeba poczekać na spóźniające się pospolite ruszenie, mówiono: "Już jest sendomirskie, po dwóch dniach krakowskie będzie, lubelskie jest, wołyńskie, bełskie... drugie następują". Król jednak (wspierany przez porucznika chorągwi husarskiej hetmana Mikołaja Potockiego - Stefana Czarnieckiego) był zwolennikiem szybkiego marszu za wrogiem. Problem był z taborami, gdyż było ich od 130 do 150 000 i co prawda ponumerowano je na kolejne części, ale i tak w czasie podróży powstał z tym duży bałagan. Początkowo planowano zostawić je w Sokalu, ale ostatecznie zabrano je ze sobą.




Przeprawa do Beresteczka była więc trudna i zewsząd spodziewano się ataku wroga. Król w tych dniach wyjątkowo pokazał iż potrafi szczególnie mocno klnąć - ponoć łajał wszystkich jak popadnie za najdrobniejsze przewinienia, obawiając się że nawet najbłahsze problemy mogą doprowadzić do całkowitej katastrofy całej kampanii, a co za tym idzie całego kraju. Dopiero po pięciu dniach przeprawy wreszcie odetchnięto z ulgą. Bezpiecznie dotarto do Beresteczka i przerzucono wojsko przez Styr przez wcześniej przygotowane trzy mosty, zbudowane przez Koniecpolskiego. 3 000 oddział pod dowództwem księcia Jeremiego Wiśniowieckiego wysłano zaś pod obóz Chmielnickiego, aby obserwował ruchy nieprzyjaciela i w razie potrzeby wziął na siebie jego pierwsze uderzenie. Do niczego takiego nie doszło i wiśniowiecczycy powrócili pod Beresteczko bez szwanku. W tym czasie często brano do niewoli różnych kozackich swawolników, których potem (oczywiście na torturach) wypytywano o różne sprawy związane z Chmielnickim i jego armią (nie były to jednak z reguły informacje warte zbyt wiele, gdyż tacy ludzie na torturach mówili to, co torturujący chcieli usłyszeć, albo też przesadzali w liczebności armii, albo mówili inne bzdury, albo też niewiele wiedzieli. Wszyscy ci razem wzięci i tak po takich "spowiedziach" kończyli w ziemi). Po drugiej stronie rzeki Styr pod Beresteczkiem rozbito obóz, który od północy ochraniały rozległe bagna, od południa zaś gęsty las, a dookoła obozu usypano wały wzmocnione basztami. Tymczasem do tak przygotowanego i umocnionego obozu, doszły dwie informacje. Pierwsza mówiła iż Chmielnicki - nie mogąc już liczyć na pomoc tatarską - wycofał się do Konstantynowa, natomiast druga była znacznie poważniejsza i mówiła że na Podhalu, w rejonie Nowego Targu i Nowego Sącza wybuchło powstanie chłopskie, któremu przewodzić miał szlachcic o nazwisku Aleksander Kostka-Napierski, który miał twierdzić nawet, iż jest nieślubnym synem króla Władysława IV.




Tutaj właśnie, na ziemi podhalańskiej, agenci i dywersanci Chmielnickiego odwalili kawał dobrej roboty. Udało im się bowiem (głównie dzięki Kostce-Napierskiemu) przekonać tamtejszych chłopów do buntu i powstania przeciwko szlachcie, która w większości w ramach pospolitego ruszenia miała udać się do obozu pod Sokalem. Nie wiadomo dokładnie jakie były intencje, którymi kierował się Kostka-Napierski. Czy chciał on się po prostu zemścić na swoich przeciwnikach tym samym osłabić ich ekonomiczni i politycznie, czy też realnie uwierzył w bunt Chmielnickiego i możliwość rozpętania również w Koronie takiego samego powstania? A może realnie chciał (co wydaje mi się najmniej prawdopodobne) poprawić byt chłopów? W każdym razie swoją akcją dywersyjną przeciwko Rzeczypospolitej (choć tak naprawdę on występował głównie przeciwko lokalnej, podhalańskiej szlachcie, a także szlachcie ziemi krakowskiej), działał na korzyść wrogów naszej Ojczyzny. Przybywszy na Podhale na przełomie kwietnia i maja 1651 r. Aleksander Kostka-Napierski miał przy sobie list przepowiedni królewski, upoważniający go do werbunku żołnierzy. List był jednak nieważny, gdyż wystawiony w roku poprzednim, ale w tamtym czasie niewielu na to zwracało uwagę. W Nowym Targu (a właściwie w Pcimiu) porozumiał się z niejakim Marcinem Radockim, który już od dłuższego czasu chronił chłopów przed samowolą szlachty i występował w ich imieniu przed sądami. Razem udało im się skrzyknąć sporą grupę chłopów, którzy 14 czerwca 1651 r. zajęli oni podstępem prawie opuszczony zamek w Czorsztynie (przebywały w nim wówczas tylko dwie osoby), skąd zamierzano wydać odezwę do buntu dla chłopów w całej Ziemi Krakowskiej, a zapewne również w całej Małopolsce. Starosta dobczycki Michał Jordan próbował odzyskać zamek w Czorsztynie już 18 czerwca z mniej niż 100 ludzi, ale jego ataki zakończyły się niepowodzeniem i musiał się wycofać. Już 4 dni później, 22 czerwca pod zamek podeszło ok. 1000 żołnierzy biskupa krakowskiego - Piotra Gembickiego, wspartych przez lokalne pospolite ruszenie szlachty. Ponieważ obronę zamku stanowiło tylko kilkudziesięciu chłopów (zapewne mniej niż 30), już 24 czerwca musiano się poddać. Kostka-Napierski i wódz chłopski "marszałek" Stanisław Łętowski, zostali pojmani, ale chłopów puszczono wolno. Wkrótce potem uwięziony został również Marcin Radocki. Całą trójkę przewieziono do Krakowa, gdzie stanęli przed sądem na którym skazano ich na śmierć. Wyrok wykonano 18 lipca 1651 r. na wzgórzu Lasoty. Radocki został skazany na ścięcie, Łętowski na ćwiartowanie, a Kostka-Napierski na nabicie na pal. W 300 lat później już w komunistycznej Polsce w roku 1951 zorganizowano na Podhalu wielkie uroczystości związane z tym wydarzeniem, przedstawiając je jako wielki (a przecież wielkim nie był bo w zioło w nim udział zaledwie kilkudziesięciu chłopów) bunt chłopów przeciwko panom, czyli to co komunistyczne "misie" lubiły najbardziej. W 1955 r. nagrano zaś propagandowy film pt. "Podhale w ogniu" w którym główną rolę Aleksandra Kostki-Napierskiego grał Janusz Bylczyński.


FRAGMENT PROPAGANDOWEGO FILMU z 1955 r "PODHALE W OGNIU"




Nie było to jednak jedyne powstanie chłopskie jakie wówczas wybuchło i do jakiego przyłożyli swoje ręce wysłannicy Chmielnickiego. W rejonie Konina i Środy w Wielkopolsce również doszło do rozruchów chłopskich, ale nie były one tak duże jak powstanie podhalańskie (jeśli tamto w ogóle można uznać dużym) i szybko zostało stłumione (w niektórych gminach nawet nie wybuchło). To też pokazuje poniekąd że pomimo całej tej propagandy która wówczas (w czasach PRL-u) jak również obecnie co jakiś czas powraca, że Rzeczpospolita szlachecka to było "piekło chłopów", okazuje się nieprawdziwe. U nas nie było bowiem buntów chłopskich, nie było wielkich rzezi panów i szlachty (z wyjątkiem oczywiście rabacji galicyjskiej z roku 1846, ale tamto wydarzenie było wspierane przez władze austriackie, które dążyły w ten sposób do zlikwidowania ewentualnego polskiego powstania i rękoma chłopów wymordowania tych, którzy mieli stanąć do walki o wolną Polskę). Jeżeli na przykład spojrzyj się na Francję z czasów chociażby Ludwika XIV, to tam można dostrzec mnóstwo chłopskich buntów, ale to naprawdę mnóstwo. Sam byłem zdziwiony że w różnych rejonach Francji co jakiś czas chłopi zbrojnie powstawali przeciwko panom i dochodziło do prawdziwych rzezi (głównie oczywiście ginęli w nich chłopi, ale i francuski szlachcij magnaterii również się obrywało), i to na długo przed rewolucją francuską. Podobnie w innych krajach i choć nie zawsze przybierały one kształt tak jawny jak bunty chłopskie, to jednak ucieranie się stanów najbardziej upośledzonych, przeciwko stanom rządzącym (głównie arystokracji) było częste na zachodzie Europy. U nas czegoś takiego nie było - nad czym bardzo żałuje Rafał Ziemkiewicz, który twierdzi że w ten sposób nie doszło realnie do wytworzenia się prawdziwego społeczeństwa obywatelskiego). U nas bowiem czasem pojawiło się hasło "z polską szlachtą polski lud" co sprowadzało się do stwierdzenia że nawet ten może zostać uszlachcony, kto będąc chłopem, będzie czynił tak, jak czyni szlachta. Innymi słowy będzie na przykład walczył w powstaniach o odrodzenie Ojczyzny. Na zachodzie tego nie było, tam warstwy uciśnione mordowały te, które były u władzy, jednocześnie zmuszając tamtych do uznania ich za równoprawne (oczywiście po jakimś czasie). Nie było więc dookoptywania, nie było twierdzenia że będziecie tacy jak my, jeśli pójdziecie z nami. I na tym polega największa różnica pomiędzy Polakami a narodami Europy Zachodniej.


"NIE CHCESZ CHAMIE PRZEŁĄCZYĆ SIĘ DO POWSTANIA?"

"A O CO W TYM CHODZI?"

"O ZRZUCENIE JARZMA NIEWOLI!"

"JA TAM SIĘ NA POLITYCE NIE INTERESUJE, NIE CHODZĘ NA WYBORY, PO PIERWSZE ICH NIE MA, PO DRUGIE NIE MAM PRAW WYBORCZYCH JAKO CHŁOP, A NAWET JAKBYM MIAŁ, TO I TAK BYM NIE CHODZIŁ" 😂



Na kolejnej naradzie wojennej zorganizowanej 24 czerwca (w dniu imienin króla Jana Kazimierza), postanowiono dalej kierować się na Dubno. Rozpoczęto zwijanie obozu 27 czerwca nad ranem, choć wymarsz miał nastąpić dopiero po mszy w której uczestniczył król wraz ze swym otoczeniem, ale w międzyczasie przybył kurier, który poinformował że doszło do połączenia się Kozaków z Tatarami i ich siły zbliżają się do Beresteczka, a na przedzie idzie pułk Iwana Bohuna. Około południa 28 czerwca poinformowano również że podjazdy tatarskie są już praktycznie pod obozem i z okolicznych pól zabierają konie które się tam pasą. Szybki wypad polskiej jazdy położył trupem tamtejszych Tatarów, a następnie na pozostałą część tatarskiej straży przedniej ruszyło 2000 jazdy dowodzonej przez marszałka wielkiego koronnego - Jerzego Lubomirskiego i chorążego koronnego - Aleksandra Koniecpolskiego, wspartych przez jazdę hetmana Potockiego i podjazdy Wiśniowieckiego oraz Czarneckiego. Tatarzy zostali zmuszeni do ucieczki, tracąc ok. 100 poległych i 20 wziętych do niewoli. Po polskiej stronie zginęło zaledwie trzech żołnierzy. Ale bitwa pod Beresteczkiem dopiero się rozpoczynała.




CDN.

niedziela, 17 listopada 2024

BOUVINES - 1214, ROK W KTÓRYM NARODZIŁA SIĘ FRANCJA - Cz. I

FILIP II AUGUST - CZŁOWIEK KTÓRY "ODZYSKAŁ" FRANCJĘ





Był 21 sierpnia 1165 r gdy w Pałacu królewskim na Ile de La Cité w Paryżu, małżonka króla Ludwika VII Adelajda z Szampanii leżała na łożu połogowym. Przed 27 lat panowania tego króla nie narodził się żaden następca tronu (we Francji panowało bowiem prawo salickie mówiące o tym, że tron dziedziczyć mogą tylko potomkowie płci męskiej). Król miał już co prawda cztery córki (Marię, Alix, Małgorzatę i Alys) i prawdę powiedziawszy był tym faktem przerażony. Teraz istniała wreszcie nadzieja, że narodzi się długo oczekiwany następca tronu. Przed Pałacem na wyspie Cité gromadził się tłum poddanych, ciekawych informacji o narodzinach królewskiego potomka "szlachetniejszej płci" (jak mawiano o synach). Król bezpośrednio nieobecny podczas samego porodu, przypatrywał się jednak wszystkiemu przez dziurkę od klucza dobrze zaryglowanych drzwi gdy okazało się że wreszcie narodził się chłopiec, Ludwik VII nie posiadał się ze szczęścia. Wkrótce też informację o szczęśliwych narodzinach ogłoszono całemu miastu, które rozbłysło aureolą pochodni i dźwiękami klarnetów oraz dzwonów kościelnych. Tak Paryż radował się ze swego dziedzica, przyszłego króla. Pewien angielski student przebywający wówczas w Paryżu, obudził się na dźwięk owej powszechnej radości mieszkańców i widząc płonące pochodnie oraz iluminację świateł, myślał że miasto płonie. Ujrzał też dwie kobiety ze świecami w dłoniach które spieszyły pod pałac, zapytał je o powód tego całego zamieszania, na co one odparły: "Bóg dał nam tej nocy królewskiego dziedzica, z ręki którego twój król dozna hańby i nieszczęścia". Tak narodził się Philip le Dieu-donné (Filip posłany z Nieba), lepiej znany jako Filip August lub też po prostu Filip Rozczochrany (jako że rzadko dbał o własną fryzurę).

Rzeczywiście w tym czasie Królestwo Francji nie było tym, czym mogło się wydawać. Realnie domena królewska (czyli bezpośrednie władztwo króla Francji -  władzy centralnej) ograniczało się do ziem wokół samego Paryża, Orleanu, Bourges i niewielkich terenów wokół Compiègne, cała zaś reszta "Francji" należała do królewskich wasali, a realnie mniej lub bardziej niezależnych książąt. Ludwik VII był synem i następcą Ludwika VI Grubego (to właśnie za jego panowania rozpoczyna się francuska komedia "Goście, Goście" z Jean Reno i Christian Clavier). Według opłata Saint-Denis - Sugera (który tworzył w czasach Ludwika Grubego), na panowanie tego króla złożyły się trzy elementy: element niemiecki, element rzymski i element chrześcijański z których powoli tworzyła się Francja. Król ten większość swego panowania (1108-1137) poświęcił walce ze swoimi wasalami, starając się zmusić ich do uległości, a także odebrać im ich domeny. Pod koniec zaś życia ów król-wojownik był już tak tęgi, że nie był w stanie wsiąść na konia. Twierdził też że wiedzę nabył wraz z doświadczeniem, a jednocześnie utracił siły witalne, które posiadał w młodości i rozpaczał mówiąc: "Jakże żałosny jest nasz stan, nigdy nie mieć wiedzy i siły jednocześnie". Pod koniec swego życia jednak Ludwik Gruby odniósł sukces polityczny, a mianowicie młoda dziedziczka ogromnych ziem Akwitanii, Poitou, Saintogne, Gaskonii i kraju Basków - Eleonora, miała zostać żoną jego syna Ludwika, a co za tym idzie ziemie te mogły zostać włączone do Królestwa. Ślub odbył się pod koniec lipca 1137 r. a 8 sierpnia książę Ludwik został koronowany w Poitiers na króla Akwitanii. W drodze powrotnej do Paryża dowiedział się, że 1 sierpnia zmarł jego ojciec, a on w ten sposób został również królem Francji. Rządy nowego władcy był nieco inne od jego ojca, który był raczej człowiekiem dążącym do zjednoczenia ziem Królestwa Francji i raczej niezbyt przywiązującym wagę do kwestii religijnych (w tym również do krucjat, które w tamtym czasie były popularne chrześcijańskiej Europie). Jego syn, Ludwik VII wziął zaś udział w drugiej (nieudanej) wyprawie krzyżowej w latach 1147-1149, w którą wplątał się trochę przypadkiem.



 
Mianowicie w roku 1142 22-letni wówczas Ludwik VII wdał się w konflikt z papieżem Innocentym II na temat wyboru arcybiskupa Bourges. Król i papież mieli bowiem swoich kandydatów na obsadę to tego stanowiska i żaden z nich nie zamierzał z tego zrezygnować. Papież powiadał: "Król jest jeszcze dzieckiem, musi się uczyć i nie wolno mu nabywać złych nawyków". Natomiast Ludwik twierdził: "Nigdy póki żyję Piotr de la Chatre (kandydat papieża) nie wjedzie do miasta Bourges". Kapituła miasta Bourges wybrała jednak Piotra na to stanowisko, a poparł go również hrabia Szampanii - Teobald II, choć Bourges nie leżało w granicach jego domeny. "Zajmij się swoimi sprawami! Twoje posiadłości są wystarczająco duże, abyś się nimi zajął, a mnie pozwól rządzić mini własnymi, tak, jak mam na to ochotę" - napisał Ludwik w liście do Teobalda. Ten jednak nie przestał wspierać Piotra de la Chatre, co doprowadziło do wybuchu wojny francusko-szampańskiej (1142-1144). Papież również nałożył na króla Ludwika ekskomunikę - oficjalnie z powodu masakry w mieście Vitry, w którego kościele schroniła się spora część mieszkańców i który w wyniku walk został spalony wraz z chroniącymi się tam ludźmi (prawie 1500 osób). Wywołało to powszechne oburzenie na postępowanie króla Ludwika. Św. Bernard, opat Clairvaux - czołowy autorytet kościelny tamtej epoki, oficjalnie wsparł hrabiego Teobalda. Król Ludwik wycofał się więc z Szampanii, uznał Piotra de La Chatre za arcybiskupa Bourges i odprawił pokutę, ale to było za mało. Tak więc na Boże Narodzenie 1145 r. ogłosił chęć udziału w wyprawie krzyżowej do Ziemi Świętej. Powodem tej decyzji był upadek hrabstwa Edessy, które to w roku 1144 zostało zdobyte przez Turków Seldżuckich. Miasto Edessa już w roku 1094 zostało wyzwolone z muzułmańskich rąk przez Ormian (zresztą w mieście tym zawsze było więcej chrześcijan niż muzułmanów). A gdy w roku 1097 pod Edessę przybył wydzielony oddział krzyżowców prowadzony przez Baldwina z Boulogne, mieszkańcy byli niezwykle tym faktem uradowani. Jak pisał Fulcher z Chartres: "Kiedy przyjeżdżaliśmy przez wioski Ormian, było zadziwiające widzieć ich, jak biegli do nas z krzyżami i chorągwiami, całując pokornie z miłości do Boga nasze stopy i szaty, ponieważ słyszeli, że będziemy ich bronić przed Turkami". Miastem władał wówczas ormiański król Toros, który był już w podeszłym wieku i nie miał dzieci. Baldwin więc (w kilka miesięcy później) przekonał Torosa, aby to właśnie jemu zostawił władzę nad miastem po swej śmierci. Tak też się stało, a niespełna dwa tygodnie później po ceremonii adopcji Baldwina przez Torosa, ten drugi zginął w trakcie zamieszek w mieście (prawdopodobnie sprowokowanych przez Baldwina), gdy próbował uciekać przez okno ze swego pałacu wpadł w ręce rozgniewanego ludu, który rozszarpał go na kawałki. W ten sposób Baldwin przejął władzę nad miastem i założył hrabstwo Edessy (1098 r.) którym aż do jego upadku w roku 1144 władał ród Courtenay. Baldwin poślubił ormiańską księżniczką, a skarbiec Torosa użył na opłacanie się muzułmańskim władcom, aby nie atakowali jego włości, ale niewiele to pomogło jego następcom, w grudniu 1144 r miasto padło z rąk Turków z emiratu Aleppo, a frankijskie hrabstwo przestało istnieć.




Święty Bernard Clairvaux głosił więc potrzebę zorganizowania kolejnej wyprawy krzyżowej przeciw niewiernym do Ziemi Świętej, jako że upadek Edessy spowodował w szeregach muzułmanów potrzebę zrodzenia z nowego dżihadu i wyzwolenia wszystkich ziem, które wcześniej opanowali chrześcijanie na Bliskim Wschodzie. Król Ludwik VII - klęcząc przed Bernardem na zebraniu możnych i biskupów w Bourges (grudzień 1145 r.) - przyjął z jego ręki krzyż, symbol nowej krucjaty, podobnie uczyniła królowa Eleonora Akwitańska. Bernard głosił że nie godzi si,ę aby puszczać płazem gwałty poczynione przez muzułmanów nie tylko w Edessie (gdzie większość mieszkańców została wymordowana), ale we wszystkich królestwach, powstałych w Ziemi Świętej, dlatego też krzyczał: "Biada temu, którego miecz nie zabarwi się kolorem krwi!", a reszta zgromadzonych w Bourges odpowiadała: "Bóg tego chce, Bóg tego chce!". Wyprawa francusko-niemiecka (bo udział w niej wziął również król rzymski - Konrad III z rodu Staufów) ruszyła w maju 1147 r. W przeciwieństwie do pierwszej wyprawy krzyżowej która szła oddzielnie (rycerstwo z różnych ziem Europy szło swoimi trasami), ta szła wspólnie (chociaż Francuzi postępowali za Niemcami mniej więcej w odstępie kilku tygodni) na trasie przemarszu idącej przez Austrię i Węgry. W wyprawie tej wzięła również udział królowa Eleonora wraz ze swymi damami, które ubrała w zbroję. Żadna z nich jednak nie zamierzała zrezygnować z wygodnego życia Podczas tej kampanii i każda była niesiona w lektyce lub też jechała na wozach, w otoczeniu wielu swych służących. W ogóle większość z tych kobiet które wzięły udział w drugiej wyprawie krzyżowej, traktowała ją jako niesamowitą przygodę, jako wycieczkę, a wręcz safari, które urozmaici ich nudne dworskie życie. W Konstantynopolu (do którego dotarli 4 października) po powitaniu przez cesarza Manuela I Komnena i jego świeżo poślubioną małżonkę Irenę (wcześniej Bertę z Sulzbach), para królewska Ludwik i Eleonora zostali ulokowani w letnim pałacu Filopation, usytuowanym niedaleko pałacu Blacherny. Krzyżowcy byli pod wielkim wrażeniem Konstantynopola, a także Kościoła Mądrości Bożej - symbolu tego miasta. Poza tym w trakcie uczt Bizantyjczycy zaszczycili ich różnymi potrawami, które wcześniej były nieznane przez Franków, jak karczochy, kawior i wiele innych warzyw. Królowa Eleonora była zaś pod wielkim wrażeniem widelców o dwóch ząbkach, które wkrótce potem wprowadziła na dwór królewski (wcześniej bowiem jedzono potrawy głównie rękoma, ewentualnie małymi nożami). Franków jednak bardzo odpychała taka wschodnia uniżoność. Żaden poddany cesarza bizantyjskiego (choćby nie wiem jaką pełnił funkcję), nie miał prawa w jego obecności usiąść do stołu bez jego pozwolenia, co na Zachodzie było uważane za naturalne, a królowie nie mieli aż takiej władzy, aby mogli swym lennikom i wasalom narzucać kiedy mogą usiąść do stołu, a kiedy nie. Poza tym odpychał ich język, który był tak uniżony, że sam Ludwik robił się czerwony na twarzy, gdy zwracano się do niego w słowach całkowitego poddaństwa które na Wschodzie, w Bizancjum było naturalną praktyką dworu i rządu.




Te kilkanaście dni jakie para królewska spędziła w Konstantynopolu, były szczęśliwą oazą spokoju i wytchnienia po trudach krucjatowej wędrówki. Ludwik brał udział wraz z cesarzem Manuelem w polowaniach w lasach otaczających Filopation. Król i królowa oklaskiwali zwycięskich woźniców na hipodromie -  mogącym pomieścić 35 000 widzów, gdzie do wyścigu stawali przedstawiciele dwóch frakcji zielonej i błękitnej, ubrani w takowe tuniki. Eleonora wraz z swym królewskim małżonkiem podziwiali także obelisk przywieziony z Egiptu, a liczący sobie prawie 20 stuleci. Oglądali posąg karmiącej Romulusa i Remusa wilczycy, a także sławne konie z brązu, przywiezione z Aleksandrii (które to po roku 1204 zostaną zabrane z Konstantynopola i przewiezione do Wenecji, od tej pory zaś staną się symbolem tego miasta i chodź na krótko, w roku 1797 Napoleon Bonaparte zabierze je do Francji, to po Jego upadku wrócą z powrotem do Wenecji). Ludwika niepokoiły jednak informacje jakie otrzymywał, że cesarz Manuel pragnie porozumieć się z sułtanem Ikonium Masudem i odprawić zachodnie rycerstwo ze swych ziem. Przykład Niemców (których w Konstantynopolu nazywano "wieprzami gerazeńskimi" i o których mawiano że są brudni, demoniczni i dzicy oraz że mają niszczycielskie zamiary) był dla Ludwika niezwykle symboliczny. Zresztą Niemcy w czasie swego pobytu w Konstantynopolu zrobili bardzo złe wrażenie na ludności miasta. Dochodziło do częstych konfliktów pomiędzy nimi a ludnością Konstantynopola (w których to uczestniczyła również cesarska gwardia wareska). Sam pałac Filopation (w którym wcześniej ulokowany był król Konrad i możni niemieccy), został przez nich kompletnie zniszczony, tak, że nim przybyła do Konstantynopola francuska para królewska, należało ten pałac generalnie odmalować i odnowić (a Niemcy wyszli z Konstantynopola niecały miesiąc przed przybyciem króla Ludwika i jego małżonki). Manuel nie miał żadnego interesu w tym, aby wyprawa krzyżowa (szczególnie ta niemiecka) zakończyła się fiaskiem (w końcu żona Konrada Gertruda, była siostrą jego małżonki Ireny/Berty). Ale po tym co urządzali niemieccy rycerze najpierw w Konstantynopolu (i w pałacu Filopation), a potem w dzielnicy Fanar po drugiej stronie Złotego Rogu, doprowadziło do tego, że cesarz Manuel zażądał od Konrada odszkodowania za zniszczenia i gwałty poczynione przez jego rycerzy. Konrad początkowo uznał straty za niewielkie i odmówił zapłaty, a potem (gdy Manuel naciskał) zagroził, że w przyszłym roku przywiedzie jeszcze więcej rycerstwa (wiódł ze sobą ok. 50 000 rycerzy, giermków i osób cywilnych uczestniczących w wyprawie) i wówczas zdobędzie Konstantynopol. Ostatecznie we wrześniu 1147 r. Ostatecznie Manuel zaproponował Konradowi, aby kierując się do Ziemi Świętej szli przez jego tereny, wzdłuż Morza Egejskiego, wówczas nie napotkają niebezpieczeństwa i bezpiecznie dotrą do celu. Konrad uznał jednakże znacznie szybciej będzie przejść wzdłuż Anatolii i tak też uczynił. Wymarsz z Nikei nastąpił 15 października 1147 r. W tym czasie król Ludwik był już wraz z małżonką w Konstantynopolu.




Przewodnik jakiego dał Konradowi i rycerstwu niemieckiemu cesarz Manuel -  Stefan, dowódca gwardii Wareskiej, radził im aby szli przez tereny bizantyjskie i aby odesłano do domu cywilnych pielgrzymów, gdyż będą spowalniać wojsko i utrudniać jego manewry. Cesarz Manuel dostarczył im też znaczne ilości jedzenia, ale wojsko Konrada nie robiło żadnych zapasów, jedzono na bieżąco - co doprowadziło do szybkiego opustoszenia taborów (potem Niemcy oskarżyli Bizantyjczyków, że ci fałszowali ilość dostarczanej mąki i... dosypywali tam kredę). Największym problemem był jednak brak wody. Nie pomyślano O tak podstawowej rzeczy jak zaopatrzenie wojska w żywność i wodę gdy armia dotarła do Doryleum (gdzie 50 lat wcześniej w czasie pierwszej wyprawy krzyżowej rycerstwo zachodnie odniosło wspaniałe zwycięstwo nad Sułtanatem Ikonium) 25 października 1147 r. uderzyła na nich szybka, lekka jazda seldżucka. Zaskoczenie było totalne, a poza tym rycerze byli spragnieni i nieprzygotowani do walki - doszło do masakry. Poległa większa część żołnierzy Konrada, a on sam ratował się ucieczką do Nikei. Natomiast w zdobytym niemieckim obozie Turcy seldżuccy zdobyli takie łupy, że potem handlowano nimi na bazarach w wielu muzułmańskich krajach, nawet w Persji. Natomiast król Ludwik (który wówczas wciąż przebywał w Konstantynopolu), dowiedziawszy się o klęsce pod Doryleum, obawiał się że było to spowodowane dywersją cesarza Manuela i jego próbami porozumienia się z muzułmanami i zastanawiał się czy warto dalej ufać Bizantyjczykom oraz kontynuować tę wyprawę.




CDN.

piątek, 15 listopada 2024

POLSKA NA WOJNIE! - Cz. IV

CZYLI JAK TO SIĘ ZACZĘŁO? 





Kolejna część wybranych przeze mnie fragmentów z książki Zbigniewa Parafianowicza: "Polska na wojnie. Nieznane fakty, kulisy rozmów. Wielkość i małość polskiej polityki".



AWARIA PREZYDENCKIEGO SAMOLOTU
Cz. II




Zbigniew Parafianowicz: Jaka była reakcja na to wszystko prezydenta?

Minister Y: Podczas lotu dostawał na bieżąco informacje o tym, co się dzieje. Nie widać było po nim zdenerwowania. Nic nie mówił. Nie komentował. Nie wtrącał się.

Minister X: Nie wiem czy się bał. Na pewno nie dał tego po sobie poznać. Przecież nie będzie panikował w takiej sytuacji. On zresztą miał 10 kwietnia 2010 lecieć tupolewem do Smoleńska. Ma to gdzieś z tyłu głowy. 

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Po lądowaniu zmieniliśmy samolot na drugiego rządowego boeinga 737. Nie było czasu na komentowanie i dyskusje. Widziałem jednak, że prezydent był mocno zdenerwowany. Ponaglał ludzi. Przeklinał. Duda sporo przeklina. Nie gardzi przekleństwami. Nie jestem w stanie dziś powiedzieć, czy klął z powodu awarii samolotu, czy dlatego że mieliśmy poważne spóźnienie. Mieliśmy witać Bidena. Tymczasem przywitał go szef Ministerstwa Obrony Narodowej Mariusz Błaszczak.

Wojskowy: Wszyscy karnie wsiedli do drugiej maszyny. Nie było rozmów o tym, co się stało nad Warką. Lot do Rzeszowa przebiegał już bez problemów. Na miejscu pozwoliłem sobie na żart, że powinniśmy tego zepsutego boeinga ochrzcić jako 737 "Warka".




Minister Y: Amerykanie nie pytali o spóźnienie. Chyba ktoś ich poinformował, że jest problem z naszą maszyną. Możliwe, że sami się poinformowali. Zdaje się, że oni prowadzą nasłuch łączności ze swojego z samolotu bezzałogowego Global Hawk na całej długości wschodniej granicy NATO. Przed 24 lutego 2022 latali nim nawet nad Ukrainą, sięgając Donbasu. Zbierają nim dane dotyczące łączności. Musieli mieć informacje o tym, co się działo między wieżą a boeingiem, który lądował w Warszawie awaryjnie. Nie wiem, może ich przeceniam. Zakładam jednak, że musieli coś wiedzieć, bo w Rzeszowie byli ekstremalnie mili i nie nawiązywali w żaden sposób do naszego znacznego spóźnienia. 

Minister X: Pamiętam, że opozycja zachowała się wtedy w porządku. Nawet Radek Sikorski nie hejtował nas za spóźnienie po tym, gdy ogłoszono, że boeing miał awaryjne lądowanie. Nie było nic o lataniu na drzwiach od stodoły czy komentarzy w stylu jaki prezydent, taki zamach. My też nie naciskaliśmy na Amerykanów w tej sprawie. Choć mogliśmy. Maszyna była ich. Kupiliśmy ją niedawno. Co więcej, oni dopiero co wyplątali się z zamieszania wokół boeingów 737 Max, które spadały z powodu problemów technicznych. Chyba podobnych, bo miały problemy z tak zwanym przeciągnięciem. Gdybyśmy chcieli nagłośnić tę sprawę, ich koncern miałby poważne problemy. 

Wojskowy: Zapadła decyzja o śledztwie w sprawie tego incydentu. Prowadziły je prokuratura i Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych. Wiem, że interesował się tym też minister do spraw służb Mariusz Kamiński. Także MON prowadził własne postępowanie wyjaśniające w bazie odpowiedzialnej za transport VIP-ów. Zaprosiliśmy do śledztwa również Amerykanów z Boeinga. Dla nich ten incydent był sporym upokorzeniem. 

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Prezydent interesował się tą sprawą przez kolejne miesiące. Pytał mnie co jakiś czas, jaki jest rezultat wyjaśnień. Ja nie widziałem raportu końcowego. Wiem jednak, że w bazie, która lata według instrukcji HEAD, miało dojść do zmian personalnych. Nie nagłaśniano tego. Nie wracano do sprawy, aby nie podgrzewać atmosfery i nie karmić zwolenników spiskowych teorii.

Minister X: Badano też wątek dywersji i celowego uszkodzenia samolotu. Lecieliśmy na spotkanie z Bidenem zaledwie miesiąc po rozpoczęciu wojny. Nie można było wykluczyć niczego. 

Minister Y: Lecieliśmy na spotkanie z Bidenem, którego chcieliśmy przekonać do przekazania Ukrainie pierwszej partii czołgów T-72. Dziś niewielu o tym pamięta, ale Amerykanie w tamtym czasie byli przeciwni dostarczaniu Ukraińcom jakiegokolwiek ciężkiego sprzętu. Biden dopiero po spotkaniu w Rzeszowie dał zielone światło na czołgi dla Ukrainy. Wcześniej Amerykanie skalowali pomoc. Nie chcieli doprowadzić do zaognienia konfliktu. Dopiero po Rzeszowie i spotkaniu w Warszawie w cztery oczy Duda-Biden amerykański prezydent podjął decyzję, że na Ukrainę pojadą polskie T-72. W tym sensie awaria boeinga miała znaczenie. Jeśli samolot by spadł, nie byłoby żadnej dyskusji o czołgach. Byłby chaos i lawina oskarżeń, a nie myślenie o wojnie.




Wojskowy: Dziś wiadomo, że doszło do usterki trymera stabilizatora. Był problem ze sterem wysokości i elementami, które odpowiadają za to, że samolot gwałtownie nie nurkuje albo gwałtownie się nie wznosi. Po stronie polskiej nie doszło do złamania procedur opisanych w instrukcji HEAD. Nie było problemu po stronie pilotów. Jeśli trymer nie działa, pilot walczy z maszyną. Stąd odczucie niektórych pasażerów, że trwało "siłowanie się" z samolotem. Dziś też wiadomo, że pilot nie miał wyboru, musiał przerwać lot, bo było niebezpiecznie. Przy usterce trymera ląduje się w asyście straży pożarnej. Lotnisko się wtedy zamyka. Inne maszyny czekają w powietrzu. 

Minister X: Jak na skalę problemu skończyło się nieźle. Byliśmy w Rzeszowie o piętnastej. Godzinę po lądowaniu Bidena, który chyba trochę posiedział w Air Force One, bo zakładano, że może jednak się wyrobimy. No nie wyrobiliśmy się. Przywitał go Błaszczak, a później Biden pojechał na spotkanie z amerykańskimi żołnierzami stacjonującymi w Jasionce. To byli spadochroniarze z 82 Dywizji Powietrznodesantowej. Duda spotkał się z żołnierzami polskimi z 18 Dywizji Zmechanizowanej, której patronem jest generał Tadeusz Buk. Ten, który 10 kwietnia 2010 zginął w Smoleńsku. Taki był początek dwudniowej wizyty Bidena w Polsce.

Wojskowy: Taka awaria może się zdarzyć w dowolnym samolocie, ale nie w trzyletnim boeingu, w którym lata prezydent. To nie miało prawa się wydarzyć.



AMERYKANIE




Minister Y: Było jasne, że demokratyczna administracja Joe Bidena nie będzie chciała z nami współpracować tak, jak wcześniej Donald Trump. To był paradoks, bo przecież z punktu widzenia polityki wschodniej korzystniejsze dla nas było zwycięstwo Bidena. On nie miał prorosyjskich sentymentów. Racjonalnie kalkulował. Niemniej jednak traktował Polskę jak Teksas. Dla demokraty Teksas to zło. Mówią o Południu jak o jakimś zjawisku zoologicznym. Tak też mówili o Polsce. 

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: W listopadzie 2021 roku do Warszawy przyjechała szefowa amerykańskiej wspólnoty wywiadowczej Avril Haines, która nadzoruje wszystkie agencje wywiadowcze w USA. Przedstawiła nam informacje na temat planów Rosji. Nie chcę mówić o szczegółach, ale w zasadzie przekazano nam informacje o tym, że na początku 2022 na Ukrainie wybuchnie wojna. Haines mówiła o kilku scenariuszach. Jednym z nich była wojna pełnowymiarowa. Inwazja. 

Minister Y: Amerykanie mówili nam, że chcą w razie wojny ewakuować do czterdziestu tysięcy obywateli USA. Zaczęliśmy to liczyć i zastanawialiśmy się, skąd niby jest tylu Amerykanów na Ukrainie. Nawet zakładając ludzi z podwójnym obywatelstwem plus Ukraińców z kanadyjskim paszportem, nie kalkulowało się to. Stało się jasne, że oni szykują się do wywiezienia ukraińskich władz. Całej ukraińskiej administracji. Czy też szerzej, do ewakuacji elit ukraińskich. 

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Pamiętam, jak pierwszego albo drugiego dnia wojny zorganizowano łączenie z amerykanami i rozmowę Duda-Biden. Sullivan (Jake Sullivan - doradca do spraw bezpieczeństwa, zwolennik resetu z Rosją i "oddania" Europy pod niemiecki "zarząd komisaryczny") przekonywał że zaraz będzie koniec wojny. Ukraińcy mieli być zmieceni z planszy w ciągu trzech dni. Maksymalnie tygodnia. Sullivan szykował się na wojnę partyzancką, ale już po upadku państwa ukraińskiego. Opór w lasach, ale bez kontroli nad stolicą. Rozmowy kierował w takim kierunku. Jak możemy pomóc w dozbrajaniu Ukraińców do wojny partyzanckiej. (...)





PS: Dziś jak to się czyta, to ma się takie dziwne wrażenie, że w tamtym czasie popełniliśmy wiele błędów. Polska pomoc dla Ukrainy do dzisiaj jest największa ze wszystkich państw, które tej pomocy Ukrainie udzieliły (wliczam w to oczywiście utrzymywanie setek tysięcy, a być może milionów Ukraińców w Polsce, a także bezpośrednie finansowe wsparcie dla Ukrainy - która bez Polski realnie nie istnieje), ale po zachowaniu przywódców tego kraju widać, że oni nie mają najmniejszych nawet oznak wdzięczności z tego powodu. Oni w ogóle uważają (szczególnie Zełenski) że to, że im cokolwiek dajemy, to się należy jak psu kość, a poza tym... to i tak za mało dajemy. Ja w ogóle nie rozumiem jak można (i tutaj odnoszę się do prezydenta Dudy) tak mocno wspierać obce państwo, kosztem własnego? Nie rozumiem postępowania prezydenta Dudy i przyznam się szczerze że ja się przy tym zupełnie gubię, nie rozumiem tego człowieka i jego postępowania. Pomagać oczywiście trzeba i należy, ale na zasadzie coś za coś. My dajemy wam czołgi, wy dajecie nam polskie dzieła sztuki które pozostały we Lwowie, albo zgodę na rozpoczęcie przez polski Instytut Pamięci Narodowej (polski, nie ukraiński) ekshumacji bestialsko pomordowanych Polaków na Wołyniu w latach 1943-1944, których kości do dzisiaj nie zostały pochowane. Nic w życiu nie ma za darmo i nawet na wojnie trzeba płacić. 

PS2: Druga kwestia to porażająca wręcz murzyńskość naszych polityków, którzy zawsze szukają sobie jakiegoś szefa, jakiegoś zewnętrznego silnego protektora, który zapewni bezpieczeństwo, który w razie czego powie co i jak zrobić. I to jest straszne. Ja czuję się tak, jakbym był żył w jakimś skundlonym kraju i pół biedy gdyby tyczyło się to tylko pewnych polityków (czy z prawicy czy z lewicy - bez znaczenia, ale polityków). Problem polega na tym, że tak myśli co najmniej 20 parę procent moich rodaków i to jest dla mnie straszne, to jest niesamowicie osłabiające. Jedynym pocieszeniem jest to, że drugie tyle (a myślę że spokojnie 30 parę, być może nawet 40 parę) procent Polaków pragnie Polski wielkiej. Polski która nie musi się pytać o zgodę, tylko robi tak, jak uważa za stosowne. Jak trzeba zbudować Centralny Port Komunikacyjny, to to trzeba zrobić, bez względu na to czy politycy w Berlinie, Brukseli, Waszyngtonie i Moskwie się z tego powodu zesrają, czy nie. I tutaj widzę niesamowity potencjał dla stworzenia naszego własnego polskiego deep state (którego niestety nie mamy z powodu wojny, potem długoletniej sowieckiej realnej okupacji i potem budowy skundlonej III RP) opartego właśnie na rozwoju i polskiej sile (notabene Brytyjczycy też nie mają swojego deep state, ale oni akurat zupełnie innych powodów).

PS3: Każdy naród ma jakieś swoje traumy, jakieś swoje fobie i jakieś swoje plany (np. Niemcy według mnie wciąż żyją mentalnie w okresie I Wojny Światowej, która dla nich jest nie przebytą traumą, dlatego dziś próbują stworzyć mitteleuropę w projekcie gospodarczym, czyli to, czego nie udało im dokonać w latach 1914-18). Ja uważam że my, Polacy cierpimy na syndrom utraty państwa (jakkolwiek by to nazwać). Straciliśmy bowiem Pierwszą Rzeczpospolitą w końcu XVIII wieku i tak naprawdę od tego czasu realnie jesteśmy do tyłu. Zawsze bowiem w ciągu tych ponad 200 lat byliśmy albo pod zaborami, albo pod okupacją, albo pod dominacją innych potęg  i tylko ten jeden krótki, bo 20-letni okres Niepodległości, to za mało żeby wykształcić gen wiary we własne możliwości i własną siłę. Oczywiście pomimo istnienia polityków o mentalności sprzedajnych pań stojących pod latarnią, po roku 1989 społeczeństwo nabrało jednak przekonania że można budować potęgę gospodarczą, jeśli tylko ktoś obcy nie będzie nam przy tym przeszkadzał i tak się właśnie stało. W ciągu 35 lat - jakie minęły po tej tak zwanej transformacji ustrojowej - Polska odniosła niesamowity sukces. Staliśmy się drugim państwem na świecie, które przez ten czas rozwijało się w sposób niesamowicie dynamiczny, a przebiły nas pod tym względem tylko Chiny. I to jest właśnie to podglebie na którym według mnie należy budować oddolnie polską siłę, bo odgórnie widać że kundlizm panuje w najlepsze bez względu na opcję polityczną - czy to na lewicy (co naturalne według mnie), czy też na prawicy.

PS4: Problemem jest jednak spadek dzietności, ale gdybym ja był premierem rządu Rzeczpospolitej, to myślę że miałbym na to pewną radę. Oczywiście mówienie, że to kwestia żłobków, czy też braku pieniędzy powoduje, że pary nie chcą mieć dzieci - jest totalną bzdurą. Oczywiście te wszystkie problemy są ważne i na pewno składają się również na decyzję o odłożeniu albo o rezygnacji z potomstwa, ale nie jest on determinujący. Kiedy bowiem rodziło się najwięcej dzieci? Wtedy kiedy społeczeństwo było syte, bezpieczne i bogate, czy wtedy kiedy było biedne, zniszczone i słabe? Bo wydaje mi się (a raczej jest to pewność) że właściwą odpowiedzią jest ta druga opcja. W biednej Afryce rodzi się mnóstwo dzieci, w bogatych krajach tych dzieci jest coraz mniej, więc kwestii finansowe nie są wcale determinujące (są ważne ale nie najważniejsze) i to nie one decydują o braku lub posiadaniu potomstwa. Ważny jest przede wszystkim aspekt kulturowy. Zauważyłem bowiem że społeczeństwa w których religia wciąż jest bardzo ważnym aspektem życia społecznego, mają znacznie więcej dzieci, niż te, które się zlaicyzowały. Ciekawym przykładem jest tutaj państwo Izrael, które jest państwem realnie religijnym, choć na zewnątrz wydaje się być zupełnie inaczej - ale to tylko pozory. W Izraelu nie ma bowiem czegoś takiego jak świeckie państwo. Mało tego, w Izraelu nie ma ślubów cywilnych, tam są tylko i wyłącznie śluby rabiniczne, a wszyscy (dosłownie wszyscy) politycy izraelscy są jahwistami (a co za tym idzie szowinistami i fanatykami religijnymi). Oni naprawdę do dziś wierzą, że Bóg Jahwe dał im nie tylko tę ziemię którą posiadają obecnie, ale również tę, którą chcą zdobyć - czyli Strefę Gazy, Jordanię, wschodni Egipt do Nilu, Irak, Syrię i Liban. To jest tak zwana ziemia Wielkiego Izraela, którego naszywki żołnierze izraelscy noszą na mundurach. Co ciekawe gdy Palestyńczycy pytają się Żydów (którzy wypędzają ich z ich domów) dlaczego to robią, dlaczego pozbawiają ich domu, ci odpowiadają z całkowitą pewnością siebie, mówiąc: "To nie jest wasza ziemia i to nie jest wasz dom. Tę ziemię dał nam Pan i ona należy do nas" (😬). Wyobrażacie sobie aby obecnie coś takiego powiedział którykolwiek przedstawiciel europejskiego narodu? A u nas pewnym ludziom i środowiskom (i to wcale nie marginalnym) krzyż się w Sejmie nie podoba i w instytucjach publicznych, bo co, bo świeckie państwo tak? Otóż powiem tak - świeckie państwo polega na tym, że biskupi, kardynałowie i w ogóle klerycy nie zasiadają w Sejmie, nie pełnią funkcji publicznych i nie decydują bezpośrednio o naszym życiu (tak jak to czynią politycy), a krzyż nie tylko jest symbolem religijnym, ale również symbolem kulturowym. Jest częścią tradycji w której wyrośliśmy częścią naszych korzeni z drzewa naszych przodków. Wielu zaś pragnie, aby to drzewo straciło swoje korzenie. A drzewo które nie ma korzeni, nadaje się... tylko na opał. 

Wracając jednak do kwestii dzietności, to ciekawym pomysłem według mnie byłoby utrzymanie programu 500 plus, ale ja bym zrobił to trochę inaczej, bo te pieniądze realnie nie mogą doprowadzić do zwiększenia dzietności w kraju. Ja wprowadziłbym 500 złotych (nie 800) od drugiego dziecka, jak również od trzeciego i czwartego. Ale już za piąte dziecko byłoby 10 000, podobnie za szóste, siódme, ósme i dziewiąte, natomiast za dziesiąte dziecko wypłacono by już 100 000 złotych. Jestem przekonany, że to by był motywator który znacznie bardziej poprawiłby dzietność w naszym kraju, niż to co wprowadził wcześniej PiS.




CDN.