Łączna liczba wyświetleń

sobota, 30 lipca 2022

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CLX

TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI

SŁOWIANIE I CELTOWIE

 


 

PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE

SŁOWIANIE

(CYWILIZACJA FILISTYŃSKA)

(ok. 1200 r. p.n.e. - 925 r. p.n.e.)

Cz. V







FILISTEA
CZASY EKSPANSJI
(ok. 1100 r. p.n.e. - 925 r. p.n.e.)
Cz. IV

  
SAMUEL, SAUL i WOJNA O ARKĘ PRZYMIERZA 
 
 
 Przyszły sędzia Samuel miał się urodzić w rodzinie niejakiego Elkany (Alkanesa) z plemienia Efraima z miasta Ramataim. Miał on dwie żony - Annę i Fenannę, a Samuel był dzieckiem tej pierwszej kobiety, która ponoć miała być bezpłodna, ale modląc się gorliwie w przybytku świątynnym boga Jahwe w Szilo, zaszła wreszcie w ciążę i urodziła synka. Rodzice poświęcili Samuela Bogu, a on sam w młodym wieku złożył śluby nazireatu (czyli wstąpił do sekty religijnej nazirejczyków, którzy m.in. ślubowali nie strzyc sobie włosów) podobnie jak wcześniej uczynił tak sędzia Samson. Samuel trafił pod opiekę kapłana Helego i uczył się w Szilo posługi kapłańskiej, ale z biegiem lat jego działalność zaczęła nabierać cech coraz bardziej profetycznych a on sam zaczął jawić się nie jako kapłan, a prorok ("nawi" lub też "ro'e" - czyli "widzący"). Prorocy byli wyjątkowo niebezpieczną grupą ludzi, gdyż jawnie mogli krytykować przywódców plemiennych, jako że przez ich usta miał przemawiać sam Jahwe. Samuel powrócił do Ramataim gdzie zaczął pełnić funkcję proroka (zwano ich też "dziećmi Izraela") a za swoją działalność pobierał wynagrodzenie i dopiero gdy jego sława wyszła poza mury rodzinnego miasta, a on sam zdobył szacunek poprzez swoje przepowiednie, zaczął otwarcie namawiać Izraelitów do wytępienia plemienia Amalekitów z Południa - spokrewnionych z Edomitami. Samuel jednak - pomimo jego rosnącej pozycji w religijno-politycznej hierarchii ludu Izraela - nie mógł zająć miejsca kapłana Helego, gdyż kapłaństwo dziedziczono w ramach jednej rodziny, wywodzącej się od Aarona (brata Mojżesza) i jego dwóch synów Eleazara i Itamara. Heli zaś był pierwszym kapłanem, wywodzącym się z młodszej linii kapłańskiej (z rodu Itamara), a stało się tak, gdy ród Eleazara już wymarł (po nim kapłaństwo sprawował jego syn Finees, następnie Abiezer, potem Bokki i Ozis - ostatni z rodu Eleazara). Wtedy to właśnie na plemię Izraela spadła dotkliwa klęska, która doprowadziła do śmierci kapłana Helego oraz do potwierdzenia dominacji, jaką w Kanaanie posiadali Filistyni.

Oto bowiem (czy to pod wpływem kapłana Helego, czy też zjednoczeniowych apeli Samuela) większość plemion Izraela (ponoć nawet wszystkie dwanaście, co wydaje się mocno naciągane i nieprawdziwe) zjednoczyło się we wspólnej walce z dominacją filistyńsko-danicką (plemię Dan-Danuna - Dnynw) pod przewodnictwem miast Ekron i Aszdod. Doszło do wojny, której wynikiem była bitwa pod Afek (Eben-Ezer) ok. 1050 r. p.n.e. która zakończyła się całkowitą klęską i pogromem plemion Izraela (w poprzedniej części napisałem że była to bitwa pod Mizpą, co wydaje się błędne, jako że prawdopodobnie pod Mizpą odbyła się kolejna bitwa, a pomyłka wzięła się stąd, iż miasto Eben-Ezer jest różnie identyfikowane w Starym Testamencie: raz w okolicach Afek [1 Sm. 4] a raz w okolicy Mizpy w obrębie plemienia Beniamina [1 Sm. 7,12]). Klęska ta spowodowała zajęcie przez Filistynów Szilo, zburzenie tamtejszej świątyni i narzucenia Izraelowi wysokiej daniny. W Szilo zaś w ręce Filistynów (a raczej Danitów, gdyż przybytek ów trafił pierwotnie do miasta Ekron - które prawdopodobnie przewodziło wówczas antyhebrajskiej koalicji) wpadła święta dla Izraelitów Arka Przymierza (do dziś nie wiadomo czym była Arka Przymierza. Uważa się jednak, że była to jakaś silnie napromieniowana skrzynia, będąca w istocie bronią pochodzącą prawdopodobnie z czasów przedhistorycznych, czyli z okresu "Wojen Bogów". W każdym razie nie ulega wątpliwości, że ci, którzy zanadto zbliżyli się do Arki, umierali w męczarniach, jakby trafieni zostali "gniewem Boga"). Arka Przymierza umieszczona została w świątyni Baal-Zebuba w Ekronie, a następnie została przeniesiona do świątyni Dagona w Aszdod. Zniszczenie zaś Szilo doprowadziło nie tylko do śmierci kapłana Helego (który pod wrażeniem owej klęski miał umrzeć z rozpaczy), ale do rozpadu pierwszej dużej federacji plemion Izraela, co najmniej od czasu sędzi Debory (czyli ok. 1120 r. p.n.e.), choć akurat to nie jest właściwym porównaniem, gdyż wówczas wiele hebrajskich plemion wyłamało się z owej federacji. Klęska zaś Izraelitów pod Afek doprowadziła do realnego podporządkowania całego plemienia Beniamina Filistynom z Aszdod, a ci wznieśli sobie w Gibea cytadelę, będącą symbolem ich panowania nad całą Doliną Cedronu idącą do Morza Martwego (tam też mieściła się Jerozolima, czyli wówczas Jebuz - miasto Jebuzytów).

Okupacja Filistynów jednak nie miała trwać długo, bowiem ciemiężeni podatkami Hebrajczycy zebrać się mieli w Mizpie na wspólnych modłach do Jahwe, jakie odprawiał tam Samuel. Mocno zaniepokoiło to Filistynów, którzy uznali że w Mizpie szykują się Izraelici do buntu i zrzucenia filistyńskiej zależności. Postanowili więc uderzyć, a ponieważ Izraelici zdążyli się przygotować na atak, bitwa zakończyła się klęską Filistynów (w Starym Testamencie jest zapisane, że to Jahwe sprowadził na nich klęskę, doprowadzając do trzęsienia ziemi i gromów bijących z nieba w nieprzyjaciół Narodu Wybranego. Przekazy te jednak są jedynie wymyślną próbą ubóstwienia sukcesu, jaki wówczas odnieśli Żydzi - ok. 1045 r. p.n.e. co doprowadziło do chwilowego zrzucenia filistyńskiej kontroli oraz odzyskania części osad, m.in. Bet-Szemesz). Po tym zwycięstwie Samuel wybrany został na nowego sędziego Izraela, a i wówczas zapewne odzyskano Arkę Przymierza (mieli ją zwrócić sami Filistyni, jako że w Aszdod [a potem w kilku innych miastach] wybuchła zaraza, która zbierała śmiertelne żniwo i połączono jej pojawienie się ze ściągnięciem do Aszdod Arki Przymierza - ponoć kto zbyt blisko zbliżył się do owej Arki, zapadał na dziwną chorobę i wkrótce potem umierał). Zwrócono więc Arkę Izraelitom, a ci umieścili ją właśnie w zdobytym Bet-Szemesz (oczywiście ofiary były również i po stronie Izraelitów, ale niepomiernie mniejsze, jako że kapłani od dawna wiedzieli jak należy zachowywać się w pobliżu Arki i że nie wolno się do niej zbyt blisko zbliżać, a już na pewno nie wolno jej dotykać). Mimo tych sukcesów, Hebrajczycy nie byli zadowoleni. Wciąż bowiem byli rozdrobnieni na szereg mniejszych i większych plemion i pomimo niewiele znaczącego sukcesu pod Mizpą, ciągle ekonomicznie, kulturowo i politycznie uzależnieni byli od filistyńskiego Pentapolis i ludów z nim sprzymierzonych.




Zaczęto więc szukać wyjścia z tej sytuacji i ostatecznie (pod wpływem sędziego Samuela) postanowiono (choć początkowo niechętnie - szczególnie wśród starszyzny - jako że oznaczało to utratę dotychczasowej rodowej kontroli nad plemionami) wybrać sobie wspólnego króla, który zjednoczy rozbite plemiona i poprowadzi je do wspólnej walki o wolność z Filistynami, Danitami, Amalekidami czy Edomitami. Ponieważ synowie Samuela okazali się niegodni pozycji ojca, jako sędziego i proroka, wybór Samuela padł na młodego mężczyznę, pochodzącego z plemienia Beniamina (szczególnie doświadczonego przez Filistynów), który wsławił się w ostatniej bitwie pod Mizpą i miał charyzmę przywódcy. Był to niejaki Saul, syn Kiszy, którego Samuel wybrał na króla Izraela (choć późniejsza relacja biblijna twierdziła, że Samuel sprzeciwiał się wyborowi Saula, gdyż, jak twierdził: "Jedynym królem Izraela jest Jahwe", ale przekaz ten, został spisany w latach, gdy znaczenie władzy królewskiej w Palestynie mocno podupadło, a królowie okazywali się często ludźmi nieprzestrzegającymi prawa Mojżeszowego, co musiało doprowadzić do pewnych negatywnych ku nim reakcji zarówno kapłanów jak i ludu. Dlatego taki lapsus znalazł się też w Starym Testamencie, ale według mnie jest mało możliwe, aby Samuel sam nie wybrał i nie namaścił Saula na króla, tym bardziej że jako prorok i "widzący" zdecydowanie dążył do konfrontacji z zależnymi od Filistynów Amalekidami). Samuel namaścił Saula nieopodal filistyńskiej twierdzy Gibea (która nie została zdobyta po zwycięstwie Izraelitów pod Mizpą), co też jest zarówno wymowne, jak i... dość dziwne, a nawet niezrozumiałe (przynajmniej dla mnie). Można bowiem uznać, że namaszczenie olejem Saula pod twierdzą Gibea było jawną deklaracją polityczną, rzuconą Filistynom - jako wrogom Izraela, ale... późniejsze zachowania Saula temu zdecydowanie przeczą, co powoduje pewne komplikacje, a szczególnie brak odpowiedzi na pytanie: po co to było czynione (jako akt polityczny, demonstracja wojenna, czy próba aktywizacji starszyzny plemiennej wokół nowego władcy?). 

Przyznam się szczerze - nie rozumiem tego, bo Saul po namaszczeniu na pierwszego króla Izraela (ok. 1040 r. p.n.e. - być może był to 1042 r. p.n.e. - choć jego realna władza sprowadzała się jedynie do samego plemienia Beniamina - inne bowiem z pozostałych 11 plemion Izraela nie uznały jego władzy) jako swą siedzibę obrał sobie właśnie miasto Gibea, kontrolowane przez Filistynów. Można więc uznać, że jego bojowy, anty-filistyński przekaz był jedynie na pokaz i tak naprawdę potrzebował on opieki lub wsparcia Filistynów, którzy - pomimo mało znaczącego wydarzenia, jakim była ich klęska pod Mizpą - wciąż dominowali w całym Kanaanie. Wydaje się, jakoby Saul ciągle był zależny od władców filistyńskiego Pentapolis (być może - bo nie ma tu żadnej pewności - od serenów z Ekronu - gdzie było najbliżej do Gibea , lub z Aszdod), tym bardziej że jego walki z Filistynami (o jakich wiemy z Biblii) nie miały charakteru ekspansywnego, a były jedynie pewnymi lokalnymi niesnaskami, które - pomimo kilku sukcesów Saula - ostatecznie skończyły się jego całkowitą klęską pod Gilboa (ok. 1010 r. p.n.e.), co też pokazuje, że Hebrajczycy nie potrafili dokonać ekspansji na filistyńskie ziemie nawet zjednoczeni w formie monarchii i dopiero po zniszczeniu Filistei przez faraona Szeszonka I w 925 r. p.n.e., mogli zająć filistyńskie tereny. Zresztą, jak możliwe było zrzucenie zależności, gdy Filistyni kontrolowali nawet dostarczanie Izraelitom broni i narzędzi gospodarczych, o czym mówi choćby Księga Samuela: "W całej ziemi izraelskiej nie można było znaleźć kowala, gdyż Filistyńczycy uważali, że Hebrajczycy mogliby sobie sporządzić miecze lub oszczepy. Więc cały Izrael chodził do Filistyńczyków, jeśli chcieli sobie naostrzyć swój lemiesz czy motykę, czy siekierę, czy oścień. Gdyż naprawa wyszczerbionych ostrzy lemieszów i motyk, i trójzębnych wideł, i siekier i nasadzanie ościeni na drągi u nich tylko było możliwe. Toteż czasu wojny nie było ani miecza, ani oszczepu w ręku całego zastępu, który był z Saulem i Jonatanem. Tylko Saul i Jonatan, jego syn, mieli je". Filistyni wprowadzili więc całkowity monopol nawet na lemiesze, motyki, widły, siekiery i drągi, ale przecież nie tylko, wydaje się bowiem że również produkty innego rodzaju dostarczane były do Kanaanu przez Filisteę, a Filistyni całkowicie kontrolowali przepływ tych towarów i mogli je wstrzymać jeśli tylko tego chcieli. Z tej perspektywy już bardziej jasnym jest fakt, dlaczego Saul pozostał w roli żydowskiego "księcia" u boku filistyńskiego komendanta twierdzy Gibea (Saul zwracał się do niego słowem "dôd" - co można przetłumaczyć jako "stryj").




PS: W kolejnej części przytoczę nieco więcej informacji z czasów panowania Saula potem Dawida i Salomona, ale przede wszystkim powrócę do Pentapolis i opiszę jak rozwijały się poszczególne filistyńskie miasta w czasach ekspansji, a także odpowiem na pytanie czy i dlaczego dochodziło do konfliktów z Hebrajczykami, przeciwko komu najczęściej toczyli walki królowie Izraela, oraz czy Dawid rzeczywiście pokonał Goliata "olbrzyma z Gat?"




CDN. 
  

środa, 27 lipca 2022

BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY! Cz. III

CZYLI DAWNA POLSKA UCHWYCONA NA

KLISZY APARATU FOTOGRAFICZNEGO

 
 
KILKA ZDJĘĆ PREZENTUJĄCYCH OBRAZY ŚWIATA, KTÓREGO JUŻ NIE MA, KTÓRY POCHŁONĘŁA LUDZKA NIENAWIŚĆ, CHORE IDEOLOGIE I MNÓSTWO CIERPIENIA. ŚWIAT TEN PRZETRWAŁ JEDNAK NIE TYLKO W PAMIĘCI OSTATNICH ŻYJĄCYCH JESZCZE ŚWIADKÓW TAMTYCH DNI, ALE RÓWNIEŻ W POSTACI ZDJĘĆ, OBRAZÓW A NIEKIEDY AUDYCJI RADIOWYCH LUB FILMÓW. DZIĘKI TEMU MOŻEMY DZIŚ UJRZEĆ NA WŁASNE OCZY ŻYCIE LUDZI W CZASACH NIE TAK ODLEGŁYCH JESZCZE, ALE ZE WZGLĘDU NA TRAGEDIE WOJENNE XX WIEKU I ZMIANY SPOŁECZNO-MENTALNE POWSTAŁE W ICH WYNIKU, WYDAJE SIĘ JAKOBY POWSTAŁY ONE W INNYM ŚWIECIE. DLATEGO TEŻ TERAZ PRAGNĄŁBYM KILKA Z OWYCH ZDJĘĆ ZAPREZENTOWAĆ JAKO DOWÓD ŻE POMIMO UPŁYWU LAT I WCIĄŻ ZMIENIAJĄCYCH SIĘ RZECZYWISTOŚCI - MY, POLACY
 
 
BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY!
 
 
 

 
 
PLAŻOWICZKI NAD WISŁĄ W KRAKOWIE
(W TLE WIDOCZNY PAŁAC LASOCKICH)
(Maj - 1931)
 

 
 
WYPOCZYNEK NAD WISŁĄ W KRAKOWIE
(PLAŻOWICZE PODCZAS ZABAWY NA HUŚTAWCE)
(Maj - 1931)
 

 
 
WYPOCZYNEK NAD WISŁĄ W KRAKOWIE
(Maj 1931)
 

 
 
 JEZIORO LEDNICA 
(NIEOPODAL GNIEZNA)
(1934)
 

 
 
RZEKA NETTA POD AUGUSTOWEM
(1933 lub 1934)
 

 
 
MOLO NA HELU
(1932)
 

 
 
PAŁAC W OSIEKU
(POLOWANIE Z PSAMI)
(1937)
 

 
 
WARSZAWA
(AKTOR KAZIMIERZ JUNOSZA-STĘPOWSKI PRZED SWOIM SAMOCHODEM)
(1930)
 

 
 
 PLAC WOLNOŚCI W POZNANIU
(ok. 1935)
 

 
 
 KRAKÓW
(DEKORACJA PRZYGOTOWANA NA XIII ZJAZD LEGIONISTÓW)
(1935)
 

 
 
OKOLICE RUDAWY
(WYCIECZKA GRUPY PRZYJACIÓŁ DO LASU)
(1936)
 

 
 
HUCULI NA WYCIECZCE W KRAKOWIE
(1936)
 

 
 
PRZYŁĄCZENIE ŚLĄSKA CIESZYŃSKIEGO DO POLSKI
(POLSKIE CZOŁGI 7TP WKRACZAJĄ DO CIESZYNA)
(2 Października 1938)
 

 
 
WARSZAWA
(UROCZYSTOŚĆ ODSŁONIĘCIA POMNIKA FRYDERYKA CHOPINA 
W ŁAZIENKACH KRÓLEWSKICH)
(1926)
 

 
 
 PRZEPRAWA PRZEZ DUNAJEC
(ok. 1936)
 

 
 
KRAKÓW
(AKTORKA TERESA SUCHECKA PODCZAS PRZEJAŻDŻKI PO MIEŚCIE)
(1938)
 

 
 
WARSZAWA
(MISTRZYNI OLIMPIJSKA W RZUCIE DYSKIEM z 1928 r.
HALINA KONOPACKA NA POKAZIE MODY)
(1936)
 

 
 
KRAKÓW
(DZIEWCZYNKI PODCZAS OBCHODÓW ŚWIĘTA WIOSNY)
(1934)
 

 
 
UCZESTNICY RAJDU MOTOCYKLOWEGO
WARSZAWA-GDYNIA-WARSZAWA
(1932)
 

 
 
WYSOCKO MAŁE
(ŚLUB KSIĘCIA LWA JERZEGO SAPIEHY Z HRABIANKĄ ZOFIĄ SZEMBEK)
(1937)
 

 
 
TADEUSZ STYKA PODCZAS MALOWANIA PORTRETU
AKTORKI KAZIMIERY SKALSKIEJ
(1926)
 

 
 
WARSZAWA
(BAL NOWOROCZNY U PREZYDENTA POLSKI
IGNACEGO MOŚCICKIEGO NA ZAMKU KRÓLEWSKIM)
(1937)
 

 
BERLIN
(ROZMOWA AMBASADORA POLSKI - JÓZEFA LIPSKIEGO Z KANCLERZEM RZESZY - ADOLFEM HITLEREM. NOTABENE JEDNO Z NIEWIELU ZDJĘĆ TEGO NAZISTOWSKIEGO ZBRODNIARZA WE FRAKU)
(1936)
 

 
 
FRAGMENT SERIALU "KARIERA NIKODEMA DYZMY" z 1980 r.
NA PODSTAWIE POWIEŚCI TADEUSZA DOŁĘGI-MOSTOWICZA z 1931 r.
OPOWIADA ON O DROBNYM BEZROBOTNYM CWANIACZKU, KTÓRY ZNAJDUJE ZAPROSZENIE NA RZĄDOWY RAUT I TAM WZBUDZA SENSACJĘ, ZOSTAJE WZIĘTY ZA "SILNEGO CZŁOWIEKA" NA TRUDNE CZASY, A POTEM JEGO KARIERA SIĘ ROZKRĘCA, ZDOBYWA PIENIĄDZE, WŁADZĘ I KOBIETY A OSTATECZNIE PRAWIE ZOSTAJE PREMIEREM
 
 
 
 
4:10 - "ONI TU WSZYSCY FIKSUM-DYRDUM" 😊
 
11:30 - "NIECH PAN POWIE, ŻE MUSI PAN PRZYJĄĆ JAKIEGOŚ ETRANŻERA"
11:40 - "BARDZO PANÓW PRZEPRASZAM, ALE MAM WAŻNEGO INTERESANTA, PANA ETRANŻERA" 😅
 
17:05 - "NIE WIEMY DO JAKIEGO KOŚCIOŁA PAN NALEŻY. DO KOŚCIOŁA BIAŁEGO CZY CZARNEGO?"
"JA JESTEM KATOLIK!" 😂
 

 
CDN.
  

wtorek, 26 lipca 2022

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. LVII

ŻYCIE PO ŚMIERCI - 

CZYLI RELACJE OSÓB,

KTÓRE PRZEŻYŁY WŁASNĄ ŚMIERĆ

 



II

ŻYCIE PO ŚMIERCI

MITY I RZECZYWISTOŚĆ

Cz. II

 
 
 

 
 
CO WIEMY I W CO WIERZYMY
 
 
 Dwaj lekarze: doktor Karlis Osis i doktor Erlendur Haraldsson postanowili rozpracować od strony naukowej problem najważniejszego i najbardziej tajemniczego oraz nieznanego wydarzenia w ludzkim życiu. Jest nim problem śmierci.
 
 
ŚMIERĆ I CO DALEJ?
 
 
 Nauka twierdzi, iż w około kilkanaście minut od chwili, kiedy serce przestaje bić i ustaje obieg krwi, mózg ludzki zaczyna ulegać rozkładowi wskutek braku tlenu. W tym momencie - tak nas uczą - istota ludzka już nie istnieje. Od setek lat akademie medyczne uczyły tej prawdy tych ludzi, którzy mają nam pomagać, gdy umieramy. Lecz czy teoria, o której była mowa na wstępie nie jest czasem mylna? Ciekawe, że relacje wielu umierających nie zgadzają się z ogólnie przyjętymi poglądami. Nie wszyscy umierają w stanie utraty przytomności. Wielu zachowuje bystrość umysłu aż do ostatnich chwil życia. Jak wiadomo z tysięcy wypadków obserwowanych na całym świecie przez lekarzy, a szczególnie przez pielęgniarki, osoby konające miewają różne wizje. Przed oczami ich duszy ukazują się piękne krajobrazy, nieraz ustaje gnębiący ich ból, na twarzach ukazuje się błogi spokój, zadowolenie, a często i radość, chociaż według kanonów naszej wiedzy oficjalnej każdy powinien umierać w cierpieniach i w ponurym nastroju. Opisane poniżej wyniki badań w liczbie kilku tysięcy, przeprowadzone zostały w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej i w Indiach. Każdy, kto jest zainteresowany życiem pozagrobowym, powinien podane tu uwagi przeczytać i to bez względu na swe pochodzenie, rasę lub wyznanie. Takie jest zdanie pani dr med. Elisabeth Kubler-Ross, autorki znanej książki pt.: "Wywiady z konającymi". Autorem, który jako pierwszy zainteresował się problemem życia po śmierci był Raymond Moody, lekarz psychiatra na Uniwersytecie Wirginia (USA). Niestety, jego praca obejmuje tylko około pięćdziesięciu wypadków. Książka ta jest znana w Polsce pod tytułem: "Życie po życiu". Drugą z kolei osobą, interesującą się tym problemem, była pani Elisabeth Kubler-Ross, lekarka. Dr. dr. Karlis Osis i Erlendur Haraldsson do sprawy życia po śmierci podeszli zarówno subiektywnie, jak i obiektywnie.
 
- To, co wykrywaliśmy w bezpośrednich relacjach - stwierdzają - jest zarówno zaskakujące, jak i wzbudzające nadzieję. 
 
Zdobyli też nowe materiały dowodowe na istnienie życia po naszej doczesnej śmierci. Uprzednio rozpisali obszerne ankiety wśród lekarzy i pielęgniarek w USA i w Indiach. Otrzymane tą drogą wyniki nie różnią się wiele od siebie, mimo olbrzymiej różnicy w kulturze i w wierzeniach mieszkańców Ameryki i Indii. I tak pewna 70-letnia kobieta widywała już kilkakrotnie swego zmarłego męża. Aż któregoś dnia ogłosiła datę swej własnej śmierci. Oświadczyła spokojnie, iż mąż pokazuje się jej w oknie. Ostatnio polecił jej wyjść z domu. Dał jej w myślach do zrozumienia, że pragnie się z nią połączyć. Właśnie tego dnia odwiedziła ją w szpitalu córka wraz z innymi członkami najbliższej rodziny. Ona zaś wstała, wyjęła z szafy swój pogrzebowy ubiór i położyła go na krześle.
 
- A teraz zdrzemnę się na chwilę - powiedziała do obecnych na sali. 
 
Położyła się do łóżka, zasnęła i po dwóch godzinach cicho zgasła. Lekarz był kompletnie zaskoczony tym wypadkiem, jako że stan zdrowia kobiety ulegał systematycznej poprawie. Zastanawiał się nawet, czy jej czasami nie otruto. Typowe jest także następujące wydarzenie dotyczące innej, 60-letniej kobiety, chorej na raka jelit. Oto sprawozdanie lekarza obecnego przy jej śmierci: 
 
- Pacjentka nagle otworzyła oczy. Powiedziała do męża (notabene zmarłego przed kilku laty), że już do niego idzie. W tym momencie twarz jej wypiękniała. Pogodny uśmiech i wyraz tęsknoty na twarzy sprawiły wrażenie, jakby chciała się komuś rzucić na szyję. Zawołała: Guy... już idę... W tej samej chwili skonała. Nawet nie zauważyła, że ja, lekarz, stałem przez cały czas przy niej. Miało się wrażenie, że kobieta znajduje się na innym świecie, jakby przeżywała coś wspaniałego i wzruszającego". 
 
Oczywiście, opisy takich wypadków same przez się nie dają nam nic. Wszak halucynacje można wytłumaczyć w różnoraki sposób. Jeżeli jednak nakarmimy komputer kilkoma tysiącami opisów, wychodzi na to, że nie da się pominąć milczeniem problemu jakiegoś pośmiertnego istnienia. Najbardziej rzucający się w oczy jest chyba promienny wyraz twarzy i pogoda ducha. W każdym razie, anatomicznie nie dadzą się takie objawy w żaden sposób wytłumaczyć. Wręcz szokujący jest opis kolejnego wypadku. Zdarzyło się to w Bostonie. Pewnego lekarza wezwano do chorego, którego serce przestało bić. Z dużym trudem i przy zastosowaniu nowoczesnych metod i urządzeń reanimacyjnych, udało się zmarłego - bo tak go należy określić - przywrócić z powrotem do życia. Lekarz oczekiwał od pacjenta jeśli nie wybuchu radości, to przynajmniej kilku słów podziękowania. Spotkał go jednak zawód. Pacjent, otworzywszy oczy, miał do lekarza poważne pretensje.
 
- Dlaczego mnie pan przywrócił do życia? Dlaczego pan mnie odratował?... Po co?... 
 
Po czym westchnął i stwierdził:
 
- Jak tam było pięknie... 
 
Przeżycie było dla chorego tak silne, iż przezwyciężył drzemiący w każdej żywej istocie instynkt samozachowawczy i po kilku godzinach zmarł. Ale czy tego rodzaju dowody istnienia życia po śmierci możemy traktować poważnie? Nie. Byłoby to naiwne i zbyt uproszczone podejście do problemu. Przecież zazwyczaj o życiu wewnętrznym chorego nie wiemy nic. Nie znamy też przyczyn psychicznych, internistycznych i kulturowych, które mogą być podłożem jego przeżyć. Często konającemu podaje się różne narkotyki w celu uśmierzenia bólu. Wówczas już zupełnie nie wiemy, jaki melanż psychicznych wrażeń rządzi podświadomością chorego. Problem ten nie daje się zbyć kilkoma zdaniami. Wymaga wnikliwych badań. Wszak wypowiedzi lekarzy i duchowieństwa w wielu przypadkach są ze sobą sprzeczne. W każdym razie wszystkie kultury i religie świata starożytnego dawały wiarę w istnienie życia pozagrobowego. Wskazują na to liczne obrzędy, jakie zachowały się w religiach nowoczesnych po dziś dzień. Na przykład, bicie w dzwony podczas pogrzebu, miało na celu odstraszenie złych duchów. Jest to znany sposób stosowany w magii. Palące się świece i palenie kadzidła mają do dziś na celu ułatwienie materializacji duchów dobrych. Podobnych czynności magicznych, których właściwy cel został zapomniany i pozostał jako bezmyślny, mamy wiele także u narodów zwanych przez nas "dzikimi", które to miano bardzo często byłoby bardziej odpowiednie dla nas, ludzi "cywilizowanych". Tymczasem, obiektywnie rzecz traktując, owa "cywilizacja", z której jesteśmy tacy dumni, jest niczym więcej niż sztucznym dążeniem do zwiększenia zapotrzebowań, co wspaniale potrafi budzić reklama. Nasi przodkowie z neandertalu, żyjący na Ziemi przed kilkuset tysiącami lat, nacierali swych umarłych czerwoną farbą. Można przypuszczać, że było to związane z jakimś wierzeniem w istnienie późniejszego życia, do którego uroczyście zmarłego dekorowano. Takie i podobne zwyczaje wskazywałyby na to, iż nasi przodkowie nie byli bardzo materialistycznie nastawieni, jakby to można było przypuszczać, wnioskując z ich niskiej "cywilizacji". Ciekawe są pod tym względem statystyki nowoczesne. Według danych zebranych przez Instytut Gallupa za rok 1975 aż 69 % Amerykanów jest przekonanych o istnieniu dalszego życia po naszej ziemskiej śmierci. A co na to nasza oficjalna nauka? Znany tanatolog, pani dr med. Elisabeth Kubler-Ross jest zdania, że przypuszczenia o całkowitym zniszczeniu istoty ludzkiej z chwilą jej śmierci, nie da się utrzymać. Czy można w tym kierunku przeprowadzić badania według tak zwanych metod naukowych? To zależy przede wszystkim od stosowanych metod. Omówimy je dalej.




CZY MOŻNA SPRAWDZIĆ ISTNIENIE ŻYCIA PO ŚMIERCI?
 
 
 Pewne medium, oprowadzane przez lekarzy po nowoczesnym laboratorium parapsychologicznym, spytało:
 
- Panie doktorze... Czy potrafiłby pan schwytać motyla w pułapkę na niedźwiedzia? 
 
I rzeczywiście. Badania w dziedzinie parapsychologii nie mogą się opierać na zasadach nawet najbardziej nowoczesnej fizyki. Energie, jakie wchodzą tu w rachubę, są dla naszych nowoczesnych urządzeń nierejestrowalne. Radziecki fizyk Naurnow udowodnił fakt, znany parapsychologom od dawna, iż energie psychiczne nie mieszczą się w naszym spektrum elektromagnetycznym, czym naraził się na duże nieprzyjemności, jako że zdaniem niektórych autorytetów, zjawiska nie mieszczące się w granicach naszej dzisiejszej wiedzy po prostu nie istnieją. Na przekór temu radzieckiemu profesorowi wspaniale udawały się doświadczenia z dziedziny telepatii, chociaż tak nadawca, jak i odbiorca znajdowali się w klatce Faradaya, która absolutnie izoluje przepływ prądów elektromagnetycznych. Znane są także następujące doświadczenia. W stu procentach udane były kontakty telepatyczne między nadawcami na Ziemi a odbiorcami, amerykańskimi kosmonautami, na Księżycu. O tym jednak oficjalna nauka skwapliwie milczy, bo "normalny" nadajnik zbudowany przez naszych fizyków względnie elektroników musiałby na pokonanie trasy: Ziemia - Księżyc mieć gigantyczne rozmiary, tak samo jak i odbiornik, i nie mieściłby się w maleńkiej kapsułce, jaką jest ludzki mózg. Nadal przemilcza się także znany eksperyment z okresu międzywojennego, kiedy to na skutek potężnych i długotrwałych burz elektromagnetycznych urwał się wszelki kontakt radiowy ze sławnym podróżnikiem Byrdem, badaczem strefy arktycznej. Telepatyczny kontakt nawiązał z nim sławny amerykański parapsycholog i autor kilku książek z tej dziedziny Sherman, nadając mu, w ustalonych przed rozpoczęciem podróży godzinach, różne ważne komunikaty. Problemy, którymi zajmuje się parapsychologia, podlegają po prostu innym prawom fizycznym, nam jeszcze nie znanym. Nie znaczy to jednak, że one nie istnieją i że nie mają prawa być. Przyrodniczy pogląd na świat dopuszcza istnienie tylko materialnych składników naszego bytu. Nauka nasza bowiem wychodzi z założenia, że spośród kilku możliwych interpretacji należy wybrać najprostszą. Ma się rozumieć, że w takich warunkach istnienie jakiegoś "życia po życiu" trudno uzasadnić. Niestety, aby zrozumieć problemy parapsychologii trzeba zmienić poglądy na bardzo wiele zagadnień, które to poglądy wpajano nam przez długie lata jako kanony wiedzy i nowoczesnego postępu. Lecz parapsychologia to nie chemia, gdzie doświadczenia pewnego rodzaju można powtarzać tysiące razy, otrzymując stale takie same wyniki.
 
W chwili obecnej jest na świecie wielu uczonych, między innymi Stevenson, Rhine, Hart, Gardner, Murphy, którzy są zdania, iż istnienie jakiegoś życia po naszej śmierci nie ulega wątpliwości. Prace tych uczonych są niestety rozproszone po różnych czasopismach naukowych i nie docierają do wiadomości szerszego ogółu, choć rysunki i rzeźby prehistoryczne w jaskiniach, wykonywane przed piętnastoma tysiącami lat, demonstrują nam dokładnie, jak dusza ludzka opuszcza ciało zmarłego człowieka. Niezależnie od poglądów, jakie obowiązują naszą dzisiejszą oficjalną naukę, spontanicznie występujące kontakty ludzi żywych za zmarłymi są wśród "zwykłych" ludzi szeroko rozpowszechnione. Mam tu na myśli nie tylko chętnie ośmieszanych mieszkańców zapadłych polskich wiosek (z czym miałem przez długie lata styczność). W roku 1973 Andrew Greeley, profesor uniwersytetu w Chicago, przeprowadził ogólnokrajową ankietę. Wybrał na chybił trafił 1467 odpowiedzi nadesłanych przez rodowitych Amerykanów wywodzących się z różnych sfer socjalnych. Pytanie brzmiało: "Czy pan (pani) miał(a) kiedyś wrażenie lub odczucie kontaktu z osobą zmarłą?" Aż 27% uczestników odpowiedziało: "tak". Profesor Greeley stwierdził dalej, że 50% osób miało konkretny kontakt, a 6% odpowiedzi brzmiało, że adresat pytania takie kontakty miewa często.
 
Taka sama ankieta przeprowadzona w Islandii, dała wyniki podobne: 31% osób stwierdziło, iż miewają kontakty ze zmarłymi. Pisał o tym parapsycholog Haraldsson. Natomiast wdowy aż w 51%. (moja mama również stwierdziła, będąc sama w domu, że widziała mego zmarłego tatę, gdy ten przeszedł korytarzem do kuchni i było to dla niej zupełnie normalne i naturalne, a mówiła to z całkowitą pewnością w głosie. Widziała go takim, jak lubił chodzić po domu za życia, czyli w samych slipach 😉 Natomiast moja mama nigdy nie była osobą zbytnio bojaźliwą czy wierzącą w duchy) Podobne ankiety, przeprowadzone w Anglii przez pana W.D. Reesa dały wyniki wręcz zaskakujące. Aż 81% wdów i wdowców oświadczyło, iż miewają kontakty ze swymi ukochanymi zmarłymi. Czyżby wszyscy zapytywani, jak jeden mąż, dawali tak konkretne i jednoznaczne odpowiedzi? Oczywiście, że nie. W większości przypadków ludzie o takich sprawach intymnych nie rozmawiają. Zazwyczaj obawiają się ośmieszenia przez "uświadomione" pospólstwo intelektualne. Mówią o tym tylko swym najbliższym, do których mają zaufanie i o których wiedzą, że znajdują u nich zrozumienie. Tak więc zebranie takich statystyk nastręcza pewne trudności. Jest to także jedna z przyczyn, dla których takie informacje nie docierają do wiadomości lekarzy, którzy w olbrzymiej większości przypadków są raczej skłonni do wykpienia zwierzającego się pacjenta lub zapisania mu relanium na uspokojenie nerwów, traktując go w duszy jako osobę niespełna rozumu. Nieporozumienie polega na tym, iż z taką osobą "nawiedzaną" powinien rozmawiać fachowiec, czyli parapsycholog.
 
 

 
WIZJE UMIERAJĄCYCH
 
 
 O różnych wizjach na łożu śmierci wiadomo od dawna. Wspomina o tym nawet literatura przedmiotu sprzed setek lat. W obecnym stuleciu dużo na ten temat pisał amerykański filozof i parapsycholog Hyslop oraz angielski humanista Myers, członek brytyjskiego Stowarzyszenia Parapsychologicznego. Obaj autorzy napisali wiele książek. Są oni znani z sumienności i precyzji w opracowywaniu tematu i do dziś w wielu sprawach uchodzą za autorytety. Chociaż obaj mieli liczne okazje ku temu, aby być obecnymi przy zgonie przyjaciół, mających wizje w chwili zgonu, nie wyciągali z tego żadnych wniosków teoretycznych. Przypuszczali, że były to zjawiska całkiem naturalne, iż zmarli, będący już na tamtym świecie, przychodzili po swego bliskiego członka rodziny lub po przyjaciela. Uwagę sfer naukowych na niezwykłe zachowanie się konających zwrócił wypadek, jaki wydarzył się z żoną profesora fizyki Williama Barreta w Dublinie. Pani ta była położną i lekarką. Kiedyś była obecna przy zgonie jednej ze swych pacjentek. Chora konała. Nagle uniosła głowę i spojrzała w kąt pokoju. Promienny uśmiech pojawił się na twarzy umierającej kobiety.
 
- Och, jakie to piękne - zawołała.
 
- Co jest piękne? - spytała lekarka.
 
- Widzę w kącie pokoju jasność... co za wspaniałe postacie... a tam stoi mój ojciec i uśmiecha się do mnie... Cieszy się, że przychodzę do niego... 
 
W tym momencie do pokoju wszedł mąż umierającej kobiety.
 
- Pamiętaj o dziecku - szepnęła - żeby mu nie robiono krzywdy... O, nawet Vida jest przy ojcu... (Była to kuzynka chorej. Zmarła poprzedniego dnia, o czym konająca nie mogła już wiedzieć). - Ojcze... już idę do ciebie - szepnęła umierając. 
 
Profesor William Barret opisał cały wypadek obszerniej w broszurze pt.: "Death Bed Visions", wydanej w roku 1926. Była to pierwsza dokładna i naukowo opisana relacja z przebiegu czyjejś przedśmiertnej wizji. Miał on później liczne okazje zanotowania podobnych wydarzeń, z których skwapliwie korzystał. Umierające dzieci, na przykład, widywały świetliste postacie. Mówiły o nich "anioły". Lecz anioły te nie miały skrzydeł, jak je uczono na lekcjach religii. Trzydzieści lat później, kiedy medycynie były już znane sposoby reanimacji osób, poniekąd już nieżyjących, doktor Osis zajął się systematycznymi obserwacjami zachowania się osób przywróconych do życia. Stwierdził on, iż notatki pielęgniarek i lekarzy były bardziej systematyczne i dokładne, niż informacje otrzymywane prywatnie od osób uczuciowo zaangażowanych. Postanowił więc przeprowadzić obserwacje na większą skalę. Prace w tym kierunku finansowała Fundacja Badań Parapsychologicznych w Nowym Jorku. Stroną organizacyjną zajęła się pani Eileen Barret, jedno z najbardziej zdolnych mediów naszych czasów. Była prezydentem wymienionego Stowarzyszenia i autorką kilku książek z dziedziny parapsychologii. Poniekąd żyła ona równocześnie w dwóch światach. Przebywając wśród żyjących, widywała równocześnie dookoła siebie postacie osób zmarłych, nawet takich, których zgon nastąpił na krótko przed wizją i o czym pani Barret nie mogła w żaden sposób się dowiedzieć.
 
Podobne zdolności miała w naszym stuleciu pewna zakonnica, z domu bodajże księżna Wied. W niemieckiej literaturze wymienia się jej nazwisko dość często. Widywała ona osoby zmarłe, jak przenikały przez zamknięte drzwi. Najciekawszy w historii parapsychologii jest wypadek, kiedy wspomniana zakonnica zobaczyła, jak przez postać klęczącego na środku kościoła kościelnego, przeszła zjawa zmarłego niedawno proboszcza parafii. Wypadek ten rzucił istotne światło na składniki materii, z której składają się istoty z naszego i z tamtego świata. Nie wszystkie wizje umierających lub reanimowanych są rzeczywiste i prawdziwe. Niektóre odpowiadają temu, co Niemcy nazywają trafnie "wunschtraume", czyli sny na życzenie, wynikające często z niezaspokojonych pragnień. Pewna starsza kobieta na przykład opowiadała, że wieczorem odwiedza ją pewien rabin, co, jak wykazały dochodzenia, mijało się z prawdą. Jeżeli, przykładowo, halucynacje przedśmiertne były identyczne z tym, co pacjent opowiadał po dokonaniu jego reanimacji, można było wnioskować, iż u chorego nastąpiło uszkodzenie mózgu, lecz były i inne wypadki. Na przykład, pewna młoda dziewczyna w wieku szesnastu lat, na chwilę przed śmiercią otworzyła oczy. Była zupełnie przytomna.
 
- Nie mogę wstać - powiedziała do lekarza. 
 
Kiedy jej pomógł nieco się unieść, dodała: 
 
- Widzę go... widzę go... po czym z promiennym uśmiechem na twarzy skonała. 
 
Stan radości i zachwytu na twarzy dziewczyny wręcz rzucał się w oczy. Cóż to takiego mogło wprawić dziewczynę w zachwyt? Była bardzo młoda i właściwie nie zaznała jeszcze smaku życia. Z czego, z jakiego spotkania się tak cieszyła? Ani od niej, ani od jej rodziny nie dowiedziano się niczego. W niektórych wypadkach lekarzowi udaje się dojść do sedna problemu. Wypadek taki dotyczył Hindusa, ciężko chorego na raka żołądka. Był zupełnie przytomny. Myślał szybko i precyzyjnie. To, co widział, było dla niego całkiem realne. Uporczywie patrzył w ścianę, po czym wyraz twarzy nagle mu się rozjaśnił. Widocznie widział osoby, które dla niego istniały.
 
- Hallo... oto moja matka - zawołał w pewnej chwili. 
 
Po kilku minutach zamknął oczy i popadł w stan odrętwienia, chociaż jeszcze przed chwilą biła od niego wręcz radość istnienia... Spotyka się jednak i takie halucynacje, kiedy półprzytomny chory bierze odwiedzających go gości za istoty i zjawy z tamtego świata. Bywa też i odwrotnie. Jeden z pacjentów, chory na serce, w pewnej chwili otworzył oczy, a ujrzawszy przed sobą dawno zmarłego przyjaciela, nazwał go po nazwisku i zawołał: 
 
- Co ty tu robisz? 
 
Zmarł w chwilę potem, nie czekając na odpowiedz. Widocznie widział jednak coś, czego nie spodziewał się zobaczyć. Jak już wspomniano uprzednio, wielu chorych przeczuwa swą śmierć, mimo braku uzasadnienia dla takich prognoz i optymizmu lekarzy. Do kliniki urologicznej w Szczecinie przywieziono dyrektora Wyższej Szkoły Rolniczej. Nie była to dolegliwość, na którą się często umiera. Wręcz przeciwnie. Nikt więc szczególnie się nie przejmował zapewnieniami profesora,że go stąd, jak się wyraził, "wyniosą nogami do przodu". Oczywiście, jak można było przewidzieć, operacja udała się. Nie minęły jednak trzy dni, a chory na skutek urwania się skrzepu, dostał zawału płuc. Zgon nastąpił w ciągu 2-3 minut.
 
- Raz na dziesięć tysięcy operacji zdarza się taki wypadek - zapewnił mnie dyżurny lekarz. 
 
A oto inny przypadek tego rodzaju: Do szpitala miejskiego w Delhi (Indie) przywieziono małą dziewczynkę. Mimo braku zagrożenia, dziecko zapewniało rodziców, że jakiś Bóg wzywa je do siebie. Mała była bardzo przestraszona. Lekarze zbadali dziecko bardzo dokładnie i sumiennie. Nie znaleźli nic.
 
- Dziecko jest zdrowe, jak rzadko które - zapewniał rodziców ordynator oddziału dziecięcego. 
 
Dziecko nadal jednak uporczywie twierdziło, że Bóg je wzywa i dlatego wkrótce musi umrzeć. Nazajutrz dziewczynka nagle dostała zapaści i skonała w ciągu kilkunastu minut, mimo natychmiastowej fachowej pomocy i opieki lekarzy reanimatorów. W tym miejscu warto byłoby poruszyć zagadnienie sugestii i jej znaczenia w procesie leczenia. Wyrazem tym szermuje się często i bardzo chętnie, bez poczucia odrobiny odpowiedzialności. Pojęciem tym posługują się nie tylko lekarze. Także przeciwnicy astrologii, traktowanej poważnie przez fachowców, przypisują autosugestii różne przejawy życia. Jeżeliby owa sugestia była aż tak silna i niezawodna, powinna by - logicznie rozumując - działać także w kierunku przeciwnym, a więc uzdrawiającym. Szpitale stałyby się wtedy w licznych wypadkach niepotrzebne, lekarze zaś tłumaczyliby dobrotliwym tonem chorym, że wmawiają sobie dolegliwości, wobec czego niech się lepiej wynoszą do domu. Niestety, medycynie nie udaje się wmówić choremu zdrowia, nawet sugestie przy pomocy pseudo-leków zwanych "placebo" działają bardzo krótko. Organizmu po prostu oszukać się nie da. Świetliste zjawy, jakie konający widują przed śmiercią, to chyba właściwe określenie wprowadzone przez Raymonda Moody'ego ("Życie po życiu"), chociaż umierający mówią często o bóstwach w ludzkiej postaci. Nie zawsze jednak spotyka się u konających objawy radości lub zachwytu. Pewna 19-letnia dziewczyna była wręcz przerażona, kiedy zobaczyła zjawę swego zmarłego ojca, w otoczeniu innych, podobnych postaci.
 
- Erno, trzymaj mnie!... - zawołała przerażona do pielęgniarki i w chwilę później skonała w ramionach siostry. 
 
Takie i tym podobne wydarzenia robią silne wrażenie na obserwatorach.
 
- Kiedyś - opowiadała jedna ze znajomych pielęgniarek - byłam obecna przy śmierci 70-letniej kobiety, umierającej na raka. Kobieta ta do ostatniej chwili rozmawiała spokojnym, łagodnym głosem z kimś dla mnie niewidzialnym. Z przemiłym uśmiechem na twarzy zapewniała swego dawno zmarłego męża, jak bardzo jej było go brak. Nie mogła doczekać się chwili, kiedy znów będą mogli połączyć się ze sobą. 
 
- Już niedługo będę przy tobie - zapewniała go, wyciągając ręce do kogoś, kogo nie było w sali szpitalnej. - Wyglądasz zdrowo i dobrze - wyszeptała. 
 
Pielęgniarka starała się wyjaśnić mi uczucia, jakie nią w owej chwili miotały.
 
- Było to coś strasznego... Coś, z czym nigdy się nie zetknęłam. Nie jestem szczególnie religijna, lecz kiedy widzę kogoś o kim wiem, że na pewno nie jest pod działaniem narkotyków... No cóż... Musi jednak w tym coś być... Żałowałam, że nie miałam pod ręką aparatu fotograficznego. Z twarzy umierającej kobiety znikły zmarszczki, uśmiechała się pogodnie, jakby nie miała żadnych dolegliwości. 
 
Inna pielęgniarka oświadczyła: 
 
- Są to - proszę pana - wrażenia wręcz niesamowite. Przy takich zjawiskach powinni jednak być parapsychologowie, którzy potrafiliby nam to wszystko wyjaśnić na miejscu. 
 
Umierający mieszkańcy Indii widują raczej personifikacje różnych bóstw. Tak na przykład Yama jest bogiem śmierci, a Yamdutowie to zwiastuni końca życia. Pewną indyjską 60-letnią kobietę oddano do szpitala na przebadanie. Lekarz domowy bowiem, poza lekko podwyższoną temperaturą, nic nie stwierdził. Również i w szpitalu niczego podejrzanego nie zauważono. Lecz starsza pani oświadczyła rodzinie, że niebawem umrze i dała w związku ze swym przeświadczeniem odpowiednie dyspozycje. Na pytanie, skąd jest taka pewna swej śmierci, powiedziała: 
 
- Szepnął mi to do ucha Zwiastun Śmierci. Stwierdził, że na mnie już czas. 
 
Położywszy się na łóżku, kobieta zamknęła oczy, westchnęła i skonała. Po prostu zgasła cicho i niepostrzeżenie. Kiedyś - było to także w Indiach - w szpitalu leżał umierający policjant. Pokój, w którym go umieszczono, był na parterze budynku. Za oknem stało drzewo, które obsiadło stado wron. Chory był w końcowym stadium gruźlicy. W pewnej chwili zawołał:
 
- Siostro... Zwiastun Śmierci przyszedł po mnie... 
 
W tej samej chwili wrony na drzewie pod oknem zerwały się z wrzaskiem i odleciały, a pacjent równocześnie wyzionął ducha. Następny wypadek także wydarzył się w Indiach i pochodzi z tamtejszych archiwów. W jednej z sal szpitala w Bombaju leżał mężczyzna lat około czterdziestu, chory na gruźlicę. Był w stanie agonalnym. Pielęgniarka znała pacjenta od wielu lat, ponieważ przyjaźniła się z jego rodziną. Chory nie był pod działaniem leków. Miał pełną świadomość, lekki stan podgorączkowy nie miał istotnego wpływu na procesy kojarzenia. Pacjent był przekonany o istnieniu życia pozagrobowego. W każdej chwili spodziewano się jego zgonu. Był chrześcijaninem. W pewnej chwili zawołał: 
 
- O..., aniołowie zstępują ze schodów. 
 
Obecni na sali chorzy spojrzeli w górę. Nagle szklanka stojąca na filarze podestu pierwszego piętra pękła z hukiem i rozleciała się na drobne kawałeczki, jakby pod wpływem wybuchu. Aniołów co prawda nikt z chorych nie zauważył, lecz pacjent w tej samej chwili skonał z promiennym uśmiechem na twarzy. Tego rodzaju wypadki nie są odosobnione. Wspomina o tym kilkakrotnie światowej sławy parapsycholog, Amerykanin Rhine. Zjawiska telekinetyczne, jak rozbicie szklanki w sali szpitalnej, zdarzają się nieraz nawet i na dużą odległość. Kiedy w 1931 roku zmarł Edison, w mieszkaniach jego współpracowników równocześnie stanęły wszystkie zegary, a zegar w mieszkaniu dziadka sławnego wynalazcy zatrzymał się bez żadnej przyczyny kilka minut później (gdy mój ojciec został zgnieciony przez dwa autobusy i wkrótce potem cały we krwi skonał w moich ramionach [jak sobie przypomnę, straszna śmierć, a widziałem to dokładnie na własne oczy] - mama i siostra opowiadały, że w pewnej chwili zegar który wisiał w pokoju, w którym tata sypiał, stanął, spadł na podłogę i rozbił się na drobne kawałki). Często zdarza się, iż tajemnicze zjawy działają niezgodnie z życzeniami umierającego. A oto kilka takich wypadków. Pewna starsza kobieta, wyznania rzymskokatolickiego, chorowała na raka i była już w końcowym stadium choroby. Któregoś dnia miała rzekomo widzenie. Objawił się jej Bóg oraz jej matka. Oświadczyli chorej, że umrze w pierwszy piątek następnego miesiąca. Lecz pacjentka pomyliła się i zamówiła sobie księdza na następny dzień rano, myśląc, że to piątek. Tymczasem zmarła tydzień później rankiem, zgodnie z zapowiedzią widziadeł. Następny wypadek również miał miejsce w Indiach. Dwudziestoletni student geografii zachorował na świnkę. Ponieważ po kilkunastu dniach szpitalnej kuracji był już zupełnie zdrowy, miano go nazajutrz wypisać. O godzinie piątej rano następnego dnia nagle usiadł na łóżku i krzyknął: 
 
- Tu ktoś stoi... Ktoś ubrany na biało... Nie... nie pójdę z tobą - po czym opadł martwy na poduszkę. 
 
Świnka nie jest znowu aż tak ciężką chorobą, tak więc zarówno pacjent, jak i lekarze byli pewni, że kryzys minął. Pewna młoda Hinduska uległa ciężkiemu poparzeniu. Leżała na łóżku szpitalnym półprzytomna. Nagle otwarła szeroko oczy i zawołała:
 
- Siostro... proszę mnie ratować... O... cztery na biało ubrane postacie przyszły, aby mnie stąd zabrać... 
 
Kobietę ogarnął wręcz paniczny strach. Po chwili jednak się uspokoiła i zmarła po kilku minutach. W większości przypadków, gdzie umierający widzieli różne postacie, z reguły niewidoczne dla innych osób, zawsze chodziło o osoby zmarłe. Natomiast przy halucynacjach wszelkiego rodzaju rzecz ma się z reguły odwrotnie. Warto zastanowić się również nad tym, jaki dystans czasowy dzieli wizyty członków najbliższej rodziny lub przyjaciół chorego z tamtego świata od jego zgonu. Na podstawie wielu statystyk można stwierdzić, iż osoby umierające widują otaczające ich nieziemskie istoty dość krótko: od kilku do kilkunastu minut przed agonią. Do rzadkości należą wypadki, aby chory umierał nazajutrz po "widzeniu'" ze zjawami lub po kilku dniach od tego zdarzenia. A oto dość charakterystyczny przypadek tego rodzaju. 11-letnia dziewczynka, która urodziła się już z wrodzoną wadą serca znalazła się w szpitalu w związku z pogorszeniem stanu zdrowia. Trzeciego dnia pobytu w klinice nagle oświadczyła siostrze obecnej na oddziale, że jej mamusia przyszła do niej i przyniosła jej śliczną, białą sukienkę. Uradowana poprosiła pielęgniarkę, aby pomogła jej się unieść z poduszki, bo mamusia zamierza ją zabrać ze sobą. Ta czarodziejska wizja trwała aż pół godziny, po czym dziecko straciło przytomność. Z uśmiechem i wyrazem szczęścia na twarzy mała pacjentka zmarła po czterech godzinach. Charakterystyczny dla tego wydarzenia jest fakt, że matka dziewczynki zmarła przy jej urodzeniu, a dziecko nie znało jej nawet z fotografii. Mimo wszystko wyraz "mamusia" widocznie istniał dla niej w jakiś sposób. Stosunkowo niewiele wizji miewają chorzy na serce. Jest to poniekąd zrozumiałe, jeżeli się weźmie pod uwagę, że przykładowo na zawał serca umiera się przeważnie nagle i szybko traci się przytomność. Umieranie na raka trwa znacznie dłużej i upływa z reguły dużo czasu, nim pacjent zostanie ostatecznie zgnębiony i unicestwiony przez chorobę. Jedna z pielęgniarek amerykańskich spotkała się z następującym wypadkiem. 76-letnia, inteligentna i wykształcona kobieta nagle dostała ataku serca i pogotowie przywiozło ją do kliniki. Była przytomna. Nie odczuwała żadnego bólu, nie dano jej też niczego na ,"uspokojenie". Tylko lekarze wiedzieli, że jest z nią źle. Ona sama twierdziła, że czuje się dobrze. Była przekonana o tym, że najdalej za kilka dni wypiszą ją do domu i powróci do swej córki, której była niezbędna. Nagle zawołała:
 
- Siostro... czy siostra widzi tam w kącie sali mego męża?... (Zmarł on, jak się później dowiedziano, przed kilku laty). Rozłożył ramiona, jakby chciał mnie objąć... Jak tu wszędzie pięknie... kwiaty... muzyka... Czy siostry tego nie widzą i nie słyszą?... Spójrzcie ... tam stoi mój Charlie...
 
Kobieta mówiła tak sugestywnie, że miało się rzeczywiście wrażenie, jakby widziała kogoś stojącego w kącie sali szpitalnej. Chora nie wykazywała najmniejszych objawów zaburzeń psychicznych. Żadnego niepokoju i zdenerwowania. Szczegółowe analizy opisywanych wypadków jak stwierdziliśmy, nie dadzą się wytłumaczyć na drodze psychofizycznej. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że u pacjentów umierających "normalnie", tzn. bez odurzenia narkotycznego, nie mających uszkodzonego mózgu lub zatrutego organizmu, znacznie częściej i w sposób bardziej zdecydowany występowały przed, lub pośmiertne wizje, niż u osób z jakimiś zaburzeniami. Lecz panowie psychologowie pytają: "Czy pacjenci przeżywający okresy euforii, pogody ducha lub zadowolenia ze swego stanu, nie czynią tego z powodu pogodzenia się z losem?" Pewien 89-letni Żyd, dyrektor potężnego koncernu przemysłowego, człowiek spokojny, zrównoważony, od wielu lat nie interesował się swym przyswojonym w młodości wyznaniem. Kiedy w klinice odwiedziła go kiedyś córka, powiedział spokojnie:
 
- Tam w rogu pokoju stoi anioł. 
 
W tym momencie córka spostrzegła, że wyraz twarzy starego człowieka zmienił się. Zapatrzony w nieokreślony punkt przestrzeni starzec utracił na jakiś czas kontakt z otoczeniem, a później skonał. Po wizjach na łożu śmierci, jak to stwierdził doktor Raymond Moody, reanimowani chorzy zmieniali swój stosunek do różnych problemów życiowych. Na przykład pewien pacjent, przywrócony do życia, stwierdził: 
 
- Muszę się jeszcze znacznie zmienić, nim odejdę na zawsze z tego świata. 
 
Niektóre osoby przywrócone do życia mówiły to samo. Były zdania, iż śmierć i późniejszy ich powrót do życia, był dla nich samych największym i najważniejszym przeżyciem, jakiego kiedykolwiek doznały. Twierdziły stanowczo i zdecydowanie, że wszystko, co słyszały o śmierci za życia nie zgadzało się z tym, czego doznały i czego osobiście doświadczyły po śmierci klinicznej. Pociechy religijne teologów cechuje niestety absolutny bruk zrozumienia rzeczy. Ogranicza się je do bezmyślnych, wyuczonych rytuałów nie dających umierającemu nic. Jedynie rodzinie wydaje się, że konający został należycie przygotowany do opuszczenia tego świata. Na zakończenie tego podrozdziału warto byłoby może przytoczyć autentyczną anegdotę z życia ministra Talleyranda, biskupa, który za czasów dyrektoriatu i panowania Napoleona był ministrem spraw zagranicznych Francji. Oczywiście, Talleyrand był wyłącznie biskupem tytularnym i z religią miał niewiele wspólnego. Za to znany był z cynizmu, przekupstwa i nieuczciwości. Gdy leżał na łożu śmierci zabronił wpuszczania do siebie księży. Wiedział, że Kościołowi zależało na tym, aby dla celów propagandowych wykazać, iż minister przed śmiercią jednak się nawrócił. W pewnym momencie, zmyliwszy czujność lokaja, do komnaty wślizgnął się jakiś ksiądz, czatujący na schodach na okazję dostania się do konającego biskupa.
 
- Czy wyrzekasz się szatana? - wrzasnął potężnym basem. 
 
Talleyrand uśmiechnął się.
 
- Nie chciałbym się w ostatniej chwili nikomu narażać - szepnął i skonał. 
 
 
 
 
DEKALOG ŚMIERCI
 
 
 Znana amerykańska lekarka tanatalog, zajmująca się problemem śmierci, którą cytowaliśmy już wielokrotnie, dr med. Elisabeth Kubler-Ross, streszcza swe poglądy na zagadnienie, któremu poświęciła wiele lat życia, w następujących dziesięciu punktach: 
 
1) Każdy człowiek zna czas swej śmierci.
  
2) Jeżeli ktoś związany z nami uczuciowo oświadczy nam, że niebawem umrze, a my zlekceważymy sobie jego słowa, utracimy z tym człowiekiem nieodwołalnie wszelki kontakt duchowy.
 
3) Większość zmarłych, którzy nas już opuścili, nie pragnie powrotu na nasz świat. 
 
4) Jeżeli ktoś już raz zmarł i później został przywrócony do życia poprzez zabiegi reanimacyjne, w przyszłości nie obawia się już śmierci. 
 
5) Każdego, kto umrze, wita po tamtej stronie jakaś istota związana z umierającym uczuciowo; mogą to być członkowie rodziny, przyjaciele lub inne życzliwe zmarłemu osoby.
 
6) Okres umierania nie jest wydarzeniem obchodzącym wyłącznie tylko umierającego. Inne osoby bliskie jego sercu powinny być w to wydarzenie uczuciowo zaangażowane.
 
7) Na podstawie wielotysięcznych obserwacji doszłam do wniosku, iż śmierć jest wydarzeniem kulminacyjnym, a zarazem najcudowniejszym przeżyciem w naszym ziemskim istnieniu.
 
8) Możemy być pewni i spokojni. Nikt z nas nie będzie umierał samotnie. Niewidzialne ręce życzliwych nam istot we właściwym momencie podadzą nam pomocne dłonie.
 
9) W świecie, do którego się przeniesiemy, pojęcie czasu, w naszym rozumieniu problemu, nie istnieje. 
 
10) W świecie, do którego się przeniesiemy nie istnieją sądy, sędziowie ani żadne tego typu instytucje dochodzeniowe, jak chcą nam to wmówić wszelkie religie. Każdy będzie musiał za swe czyny odpowiadać przed samym sobą i wobec własnego sumienia.
 
 
 
PS: Czasem tak się zastanawiam, czy fakt iż byłem obecny przy śmierci obojga moich rodziców (śmierci mamy bezpośrednio nie widziałem, ale przybyłem parę godzin po jej zgonie, jako pierwsza osoba, która mogła stwierdzić zgon), oraz mojej babci, nie ma jakiegoś związku z tym, o czym już kiedyś opowiadałem, a mianowicie ze śmiercią mojej osoby w poprzednim życiu. Wiem bowiem z całą pewnością, że wówczas zginąłem ja sam, ale nie wiem czy zginęli też moi (ówcześni) rodzice, których twarze przetrwały w mym umyśle w formie pożegnania, nim ruszyłem w kierunku owego ciemnego lasu - o którym opowiadałem. Nie wiem czy oni wówczas zginęli (był jakiś atak na wioskę, w której żyłem, a żołnierze na koniach palili okoliczne chaty). W każdym razie to dość dziwne, że to akurat ja byłem tym, który jako pierwszy musiał pożegnać swych rodziców. 

PS2: W Kolejnej części przejdziemy już do tematu, co czują i widzą zwierzęta w chwili swej śmierci.
 
 
CDN.