Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 31 maja 2020

AMERICAN STORY - Cz. VI

DZIEJE

STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI

OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT

KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW






POKOLENIE II

PIONIERSCY PIELGRZYMI

Cz. II





 
 Gdy 6 września 1620 r. z angielskiego portu w Plymouth wypływał okręt (pierwotnie używany do przewozu wina) o nazwie "Mayflower", znaczna część z jego 102 pasażerów - którzy udawali się do Nowego Świata - zapewne nie zdawała sobie sprawy że zostanie oszukana. Pierwotnie bowiem zakładano, że wyprawa skieruje się do już istniejących osad ludzkich, natomiast gdy w początkach listopada okręt dobił wreszcie do brzegów przylądka (które potem otrzymało nazwę "Dorszowego"), okazało się że nie ma tam żadnych ludzkich osiedli, a jedynie dzika plaża i ogromne, ciągnące się w nieskończoność lasy. Nie na to się umawiano, tym bardziej że wyprawa została skierowana nieco na północ, co dało się odczuć zupełnie innym klimatem, niż ten, jaki panował na Bermudach czy nawet w Wirginii. Wyprawa ta jednak, sfinansowana przez - stojącego na czele syndykatu londyńskiego - Tomasza Westona, celowo została skierowana właśnie w te odległe, północne tereny dzisiejszego stanu Massachusetts. Kto jednak stał za tym, aby wyprawa dotarła gdzie indziej niż pierwotnie zakładano? Otóż stało się tak na polecenie mniejszościowej (liczącej zaledwie 35 osób) grupy pielgrzymów, którzy w Ameryce zapragnęli zbudować nowe społeczeństwo na swoich zasadach od początku, społeczeństwo w którym to oni byliby pasterzami, a jednocześnie sprawowaliby tam niepodzielną władzę. Mieli już bowiem dosyć kajania się, uciekania i szantażu utraty ojcowizny, chcieli wreszcie mieć coś swojego na stałe i jednocześnie stworzyć wzorową osadę oddanych Bogu, purytańskich pielgrzymów (przy czym w planowanym przez nich społeczeństwie nie było mowy o żadnej, nawet najmniejszej formie pluralizmu religijnego i każde odstępstwo było publicznie piętnowane oraz karane). Aby zrozumieć motywacje, jakie kierowały tymi ojcami-pielgrzymami, należałoby się cofnąć o kilka lat wstecz, do 1607 r. (tego samego, w którym kapitan John Smith zakładał w Wirginii kolonię Jamestown).

Otóż wówczas pastor John Robinson (wraz z Williamem Brewsterem) wyprowadzili z miasteczka Scrooby w hrabstwie Nottinghamshire, tamtejszą purytańską kongregację wiernych - i skierowali się do protestanckiej Holandii, gdzie osiedli najpierw w Amsterdamie, a następnie przenieśli się do Lejdy. Anglia co prawda również była krajem protestanckim, ale od śmierci królowej Elżbiety I Tudor i nastaniu rządów Jakuba I Stuarta, sytuacja angielskich purytan bardzo się pogorszyła. Król krzyczał w Hampton Court że "gdzie nie ma biskupa, tam nie ma i króla", oraz dodawał: "zmuszę ich do podporządkowania się, albo wygnam z kraju". Jakub I (panujący jednocześnie w Szkocji jako Jakub VI) pozostawał co prawda kalwinistą, ale obawiał się szerszego propagowania tej religii w Anglii, gdyż prowadziłoby to do nieuniknionych konfliktów z monarchią i z całym anglikańskim klerem (dlatego też powtarzał że purytańskie "prezbiterium tak samo dobrze godzi się z monarchią, jak Bóg z diabłem"). Król Jakub faworyzował anglikanizm, a szczególnie wywyższał te postaci, które w swej postawie przypominały katolików (co dla purytan było rzeczą niedopuszczalną i niewybaczalną, gdyż oni uważali że katolicyzm - a raczej "papizm" jak przyzwyczaili się go określać - należy zetrzeć z powierzchni ziemi, a tych, którzy się nie nawrócą, trzeba... wymordować). Dlatego też w czasach arcybiskupstwa Williama Lauda (1633-1641) ogromnie zwiększyła się imigracja purytan do Nowego Świata (Laud zabronił na przykład udzielania wszelkich praktyk ewangelicznych ludziom, którzy nie piastowali żadnych funkcji w Kościele Anglikańskim. Wznowił też działalność sądów duchownych przed które były wzywane także i osoby świeckie, oraz faworyzował biskupów jako kandydatów na członków Izby Gmin i namawiał wiernych by właśnie na nich oddawali swe głosy). W takim świecie - który ortodoksyjnym purytanom przypominał porządki panujące w kraju katolickim - żyć oni nie byli w stanie, gdyż posłuszeństwo wyznawanej doktrynie było dla nich znacznie ważniejsze, niż posłuszeństwo królowi czy też anglikańskiemu klerowi. Dlatego też (choć było to jeszcze przed nastaniem ery Lauda) pastor Robinson wyprowadził swoją "trzódkę" i osiedlił ją w Niderlandach.




W Lejdzie jednak pielgrzymi po prostu klepali biedę, niczego się nie dorabiając (a zdarzały się też, co prawda sporadyczne przypadki ataków na nich, jako "angielskich szpiegów"), a po wybuchu w Europie Wojny Trzydziestoletniej (w 1618 r.), w obawie przed utratą poddaństwa angielskiego (jeszcze wówczas nie można było mówić o obywatelstwie), a co za tym idzie, również i ojcowizny pozostawionej w Anglii - postanowili powrócić do kraju. Ale ponieważ w samej Anglii nic się nie zmieniło, podjęli decyzję o osiedleniu się w angielskiej kolonii w Nowym Świecie (zastanawiano się nad Gujaną albo Barbadosem, który od 1615 r. stał się miejscem kolejnej angielskiej kolonizacji z chwilą powstania Kompanii Plantacji Wysp Sommersa - jak początkowo zwano Bermudy). Udało im się znaleźć majętnych sponsorów (zainteresowanych handlem futrami i rybołówstwem w Nowym Świecie) i zobowiązali się spłacić dług wraz z procentem, w ciągu siedmiu lat od przybycia do Ameryki (zabezpieczeniem było mienie kolonistów). Nic zatem dziwnego, że ogromna większość pasażerów okrętu Mayflower nie zamierzała mozolnie karczować lasów i tworzyć nowe, niepewne osiedle, skoro mogli wylądować tam, gdzie już te osiedla istniały i była - jaka taka, ale zawsze - cywilizacja. Zaczęto więc oskarżać pielgrzymów o celową zmianę miejsca lądowania tylko po to, aby tam łatwiej było im odprawiać swe modły. Do walk wewnętrznych na okręcie jednak nie doszło, gdyż (być może za sprawą Johna Carvera - obranego gubernatorem osady, lub Williama Bradforda - kronikarza wyprawy i początków nowej kolonii), postanowiono spisać umowę społeczną, która miała zagwarantować wszystkim pasażerom Mayflower, jednakowe prawa. Umowa ta (zwana "Umową z Mayflower"), spisana została 11 listopada 1620 r., a podpisało się pod nią 41 mężczyzn, którzy - uznając nad sobą władzę króla Anglii - zobowiązywali się ustanowić równe prawa i podporządkować woli wybranych przez większość przywódców. Tekst owej umowy, brzmiał: "W imię Boże, amen. My, których imiona widnieją poniżej, wierni poddani naszego władcy, Króla Jakuba, przedsięwziąwszy dla większej chwały Pana i dla poszerzenia wiary chrześcijańskiej, a także dla pożytku Króla i ojczyzny tę podróż dla założenia pierwszej kolonii w północnych częściach Wirginii, zawiązujemy wspólnie i uroczyście w obliczu Boga i wzajemnie wobec siebie samych, tę umowę, aby połączyć się w jedną wspólnotę obywatelską dla lepszego porządku, zachowania i wspomożenia powyższych naszych celów; a zaś na mocy powyższego postanawiać, układać i stanowić sprawiedliwe i równe dla wszystkich prawa zarządzania, ustawy, konstytucje i urzędy, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba dla ogólnego dobra kolonii; a też postanawiamy okazać im nasze poddanie i posłuszeństwo".

Pielgrzymi jednak nie od razu opuścili okręt. Zeszli na ląd po raz pierwszy dopiero miesiąc po podpisaniu "Umowy z Mayflower" - 16 grudnia 1620 r., a 21 grudnia rozpoczęli budowę nowej osady. Nie było to wcale łatwe, gdyż zaśnieżone stoki i gęsty mróz uniemożliwiały wielu z nich wykonanie nałożonych zadań, mimo to prace trwały dalej. Zdarzały się jednak niesnaski, były też przypadki defetyzmu i jawnego nawoływania do porzucenia tych nieprzystępnych ziem i powrotu do Anglii lub Holandii. Ludzie zaczęli też umierać i to zarówno z powodu zimna, jak i z powodu głodu - który coraz bardziej zaczął doskwierać członkom nowej kolonii. W ciągu zimy zmarły prawie wszystkie kobiety (14 z ogólnej liczby 18), które przypłynęły wraz ze swymi mężami, ojcami i synami do Nowego Świata - sytuacja zaczęła się więc komplikować, gdyż brak kobiet równałby się automatycznie niemożności dalszego zaludniania osady (jak to mówiły ptaki dodo w "Epoce Lodowcowej" bijąc się o melona: "I po ostatniej samicy!" 😄).




Gdy zapasy były już na wyczerpaniu, głód zmobilizował śmiałków, do wykradzenia zasobów jednego z lokalnych indiańskich plemion. I tak koloniści mieli sporo szczęścia, gdyż w tym czasie, gdy Mayflower przybił do brzegów dzisiejszego stanu Massachusetts, tamtejsze plemiona indiańskie zostały zdziesiątkowane przez zarazę (zawleczoną przez Anglików i Francuzów ze statków rybackich) i tylko z tego powodu koloniści nie musieli zmagać się z ich napadami (William Bradford pisał potem w swej kronice kolonii Plymouth - jak nazwana została owa osada - "Cudowne przygotowanie nasz Pan Chrystus swoją opatrznością uczynił na dom dla swego ludu w tym świecie zachodnim". A czym było owe "cudowne przygotowanie?" Cóż, jakby to prosto ująć, żeby dobitnie podkreślić odpowiedź? Może tak - były to wigwamy pełne trupów Indian pomarłych na tyfus i to dosłownie, bowiem takie wigwamy odkryli koloniści na wiosnę roku następnego). Udało się też wreszcie nawiązać przyjazne stosunki z miejscowym plemieniem Wampanoag, a to za sprawą pewnego Indianina z plemienia Patuxent o imieniu - Squanto, który niegdyś porwany przez Anglików ze swej rodzinnej ziemi, został zabrany do Anglii, gdzie nauczył się języka angielskiego (a potem powrócił do Ameryki). To on właśnie stał się teraz tłumaczem i przewodnikiem kolonistów po świecie Indian - który to bezwzględnie musieli poznać, jeśli chcieli przeżyć w tych surowych, dzikich warunkach. To właśnie owi Indianie dostarczyli pielgrzymom żywność i słodką wodę i to tylko dzięki nim osada przetrwała srogą zimę.




Na wiosnę 1621 r., gdy osadzie udało się przetrwać najgorsze, podpisano pierwsze porozumienie z Indianami Wampanoaq, które zapewniało kolonii przetrwanie i jednocześnie otwierało drogę pod intratny handel futrami. Osada Plymouth (osada o tej samej nazwie powstała w Wirginii w 1607 r. wraz z Jamestown, ale przetrwała jedynie niecałe trzy lata) już w tym czasie liczyła dwie, krzyżujące się ze sobą ulice, kilkanaście drewnianych domostw, dom gubernatora (Carver zmarł jeszcze zimą 1620 r. i nowym gubernatorem kolonii wybrany został William Bradford) i oczywiście purytański zbór, który dominował nad całą osadą. Zbudowano też palisadę, mającą chronić kolonistów przed atakami Indian. Mieszkańcy trudnili się głównie uprawą zboża i rybołówstwem (a co poniektórzy również handlem skórami i "wodą ognistą", jaką sprzedawali Indianom w zamian za żywność). Pierwsze zbiory z lata 1621 r. były tak obfite, że z początkiem października urządzono w osadzie dożynki i zaproszono na nie Indian z plemienia Wampanoaq (wraz z ich wodzem - Massasoitem). Podano wówczas przyniesione przez czerwonoskórych indyki, dając tym samym początek święta, zwanego w USA Świętem Dziękczynienia. Owe przyjazne stosunki (plemię Wampanoaq liczyło na pomoc kolonistów w walce z konkurencyjnym plemieniem Naragansett), jednak nie trwały długo. Do pierwszych poważnych konfliktów, doszło już w 1622 r. gdy do kolonii Plymouth dotarła nowa grupa pielgrzymów z Anglii, która pod przywództwem Tomasza Mortona, planowała utworzyć nową osadę na "Wesołej Górze" (Merrymount). Indianie, choć zdecydowanie się temu sprzeciwili, ostatecznie ustąpili i nowej kolonia powstała na ich ziemi. W tym też roku, dotarła do Plymouth wiadomość o wymordowaniu w Jamestown ponad trzystu Anglików (dokładnie 347 czyli 1/3 wszystkich tamtejszych kolonistów). Ta masakra stała się katastrofą dla kolonii z Wirginii i na długie lata zahamowała jej aktywność gospodarczą (szczególnie intratny handel tytoniem). Niechęć Indian do "Białych-Obcych" została spotęgowała, gdy ci zaczęli przekraczać granice swoich osad i zapuszczać się głębiej na ziemie indiańskich plemion. Wówczas to początkowo przyjazne relacje (jak choćby ta, która była udziałem kapitana Johna Smitha, gdy Pocahontas zabrała go do swego plemienia i - jak to potem opisywał w swych książkach: "Historia Wirginii, Nowej Anglii i Wysp Sommersa", oraz "Opisanie Nowej Anglii" - powitały go wychodzące kolejno z lasu, nagie dziewczęta, które śpiewały i tańczyły, jednocześnie zapraszając Smitha do swego wigwamu. Jedna od drugiej wyrywała sobie Anglika i gdy znajdowali się sam na sam, Indianki zaczęły go wręcz molestować, pytając: "Czy mnie nie kochasz?" Smithowi jednak niezbyt przypadło do gustu takie powitanie i z niesmakiem opuścił wówczas plemię Paspegów - z którego to pochodziła Pocahontas - przy niezwykle zdziwionych i zaskoczonych minach Indian z tejże osady, którzy tak właśnie okazali mu swoją przyjaźń), obróciły się w trwającą dziesiątki lat wrogość.




Masakra osadników z Jamestown spowodowała następnie, że Kompania Wirginii (zarządzająca kolonią) została poddana zmasowanemu atakowi za nieudolne administrowanie i ostatecznie w 1624 r. król Jakub I przejął kolonię Jamestown pod swoje osobiste zwierzchnictwo (Kompania Wirginii zaraz potem została rozwiązana. Istniała zaledwie piętnaście lat od 1609 r. a wcześniej kupiecki patent nad Jamestown posiadała Kompania Londyńska, założona wraz z Kompanią Plymouth w 1606 r.). Od 1612 r. (kiedy po raz pierwszy zebrano i wysłano do Anglii tytoń) do 1622 r. Jamestown z roku na rok rozwijało się coraz lepiej. W 1619 r. wprowadzono tam przymusową niewolniczą pracę Murzynów na plantacjach tytoniu, oraz kierowano tam również tzw.: "białych niewolników" (czyli wszelkich skazańców, więźniów i rzezimieszków, wysłanych z Anglii w ramach "resocjalizacji" do niewolniczej pracy za Ocean), gdzie ich los niczym nie różnił się od losu murzyńskich niewolników (z jednym małym wyjątkiem - jeśli ci przestępcy nie zostali skazani na dożywocie i jeśli tam nie pomarli przy ciężkiej pracy, co było dość częste - to przebywali na plantacjach tylko do momentu wygaśnięcia kary, natomiast czarnoskórzy Afrykanie byli tam dostarczani jako niewolnicy przymusowi, bez możliwości zmiany swego stanu położenia. Należy jednak pamiętać, że wbrew temu co dziś sądzą wszelkiej maści lewicowi "poprawiacze historii" - rasizm osadników angielskich w koloniach nie był niczym szczególnym i nie był on jakoś wyjątkowo negatywnie nastawiony do czarnoskórych. Tak samo bowiem odnosili się oni do Indian czy do białych niewolników i nie tyle chodziło tu o rasizm, co bardziej o chęć zysku - i wyzysku - drugiego człowieka. Przecież z Indianami często zawierano układy i wcale specjalnie nie próbowano zdobywać ich ziemi na siłę, chyba że odkryto tam złoto lub inne cenne surowce, wówczas ludzi opętywała chęć zysku i gotowi byli bić się o zdobycie choćby najmniejszego kawałka cudzej własności własności. Co prawda z biegiem czasu rzeczywiście kolor skóry stał się dość ważnym czynnikiem określającym Cywilizację Białego Człowieka od innych, w tym murzyńskich kultur w Ameryce. Szczególnie w XIX wieku stało się to niezwykle istotne, ale pierwotnie kolor skóry nie miał większego znaczenia dla kolonistów i to czy smagali batem białego człowieka czy Murzyna, było im doprawdy zupełnie obojętne). Po masakrze z 1622 r. i przejęciu władzy nad Jamestown przez Koronę, odbudowa tamtejszej plantacji tytoniu trwała jeszcze przez jakiś czas (o dalszych losach kolonii Jamestown opowiem w kolejnych tematach, dotyczących kompleksowego angielskiego osadnictwa w Ameryce Północnej). 

A tymczasem do spójnej i jednolitej (szczególnie religijnie) osady Plymouth, zaczęli przybywać z Anglii kolejni koloniści, szczególnie gdy w 1628 r. William Laud został biskupem Londynu. W 1629 r. było już 8 kolejnych osad wokół kolonii Plymouth (choć żadna z nich nie posiadała oddzielnych królewskich patentów i podlegała Kompanii Zatoki Massachusetts, powołanej przez króla Karola I w 1629 r.). Udziałowcy Kompanii Zatoki Massachusetts na spotkaniu w Cambridge, postanowili przenieść spółkę za Ocean i w 1630 r. pod przywództwem pobożnego purytanina i jednocześnie prawnika z Suffolk - Johna Winthropa, przybyli do Massachusetts, zakładając w tym samym roku kolonię, której następnie nadano nazwę - Boston (szybko stał się on głównym miastem całej prowincji a potem całego stanu). Boston od chwili swego powstania, stał się niezwykle zaborczą kolonią i bardzo szybko wcielił 8 pozostałych wcześniej osad z kolonii Massachusetts. Początki jak zwykle były niezwykle ciężkie, w ciągu pierwszego roku zmarło ok. 200 osób a pozostałe 100 wróciło do Anglii. Zarząd nad miastem skupiony był w rękach purytańskiej oligarchii - 12 głównych udziałowców Kompanii Zatoki Massachusetts - którzy mieli jedyne prawo wyboru gubernatora i tylko oni tworzyli lokalną administrację. Gubernatorem Bostonu został John Winthrop, który zarządzał miastem (z niewielkimi przerwami) aż do swej śmierci w 1649 r. Jego rządy były dobitnym przykładem purytańskiego jedynowładztwa, gdyż nigdzie (we włączanych do Bostonu osadach) nie tolerował jakiegokolwiek odstępstwa od wyznawanej religijnej doktryny. W 1633 r. przeciwko tyranii Winthropa i jednocześnie przeciw rządom purytańskiej oligarchii, protestował pastor Roger Williams, który jednak po trzech latach walki o bardziej demokratyczny ustrój w kolonii, został skazany na banicję i przymusowy powrót do Anglii. Uciekł wówczas z Bostonu i (wraz ze swymi zwolennikami) w 1636 r. założył nową osadę o nazwie "Opatrzność" (Providence). W 1638 r. z Bostonu wyjechała także (sprzeciwiająca się dyktaturze Winthropa) Anna Hutchinson, która przybyła na Rhode Island i tam (wraz z mężem - Williamem Hutchinsonem) założyła niewielką osadę Aquidneck, którą opuściła po śmierci męża w 1642 r., a wkrótce potem została pojmana i zabita przez Indian (1643 r.).





O dalszym rozwoju angielskich kolonii na ziemiach dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, oraz o pierwszych walkach z Francuzami i Hiszpanami w Nowym Świecie (a także o walkach toczonych z Indianami), opowiem już w kolejnej części tej serii.


        

 
 CDN.

piątek, 29 maja 2020

JAKA PIĘKNA... PATOLOGIA! Cz. V

CZYLI ROZWAŻANIA NAD

WSPÓŁCZESNOŚCIĄ




 

OBŁĘD - PARANOJA - IDIOTYZM?

NIE, TO "TYLKO" CZYSTY MARKSIZM


  
"Jeśli propozycja zniesienia prywatnej własności samochodów wydaje się na razie zbyt radykalna, to może przynajmniej zakażemy jeżdżenia samochodem, w których nie ma przynajmniej dwóch osób. (...) Koronawirus na chwilę zatrzymał ten trend, a jednak presja, aby gospodarka mogła działać jak wcześniej, jest na tyle duża, że jesteśmy gotowi ryzykować życie ludzi. (...) Przejście na dietę wegańską może zmniejszyć nasze osobiste emisje o ponad tonę CO2 rocznie, a jeśli dodamy do tego redukcję ilości spożywanych słodkości i alkoholu plus kupowanie lokalnych produktów, to możemy dzięki temu osiągnąć 1,5 tony emitowanych gazów mniej. (...) Musimy też zmienić sposób, w jaki mieszkamy. (...) Dlatego poprzeć należy postulat Akcji Socjalistycznej, aby wprowadzić zakaz posiadania więcej niż jednego mieszkania, a docelowo może nawet znieść własność prywatną powyżej 15 metrów kwadratowych mieszkania na osobę. Co jeszcze możemy zrobić? (...) w bliskiej przyszłości ciepłe prysznice powinny przysługiwać nam nie częściej niż raz w tygodniu, a ciepłe kąpiele ewentualnie raz w miesiącu. (...) Gdybyśmy wszyscy przerzucili się na transport publiczny i niesamochodowy, moglibyśmy zredukować nasze osobiste emisje o ponad 1,5 tony CO2 rocznie. Niestety z raportu wynika, że nie ma nic gorszego dla klimatu niż przejazdy prywatnymi samochodami, więc docelowo należałoby je praktycznie zlikwidować. (...) Prawdę mówiąc, nieustająco mnie dziwi, że w czteroosobowych samochodach jeżdżących po mieście przeważnie siedzi tylko kierowca. Jest to absurdalne marnotrawstwo i zbrodnia, więc jeśli propozycja zniesienia prywatnej własności samochodów wydaje się na razie zbyt radykalna, to może chociaż zakażemy jeżdżenia samochodom, w których nie ma przynajmniej dwóch osób. (...) do roku 2030, należałoby zasadniczo ograniczyć również ruch turystyczny. (...) Ewidentnie wiemy, że musimy coś zmienić, ale potrzebujemy jakiegoś impulsu. Dlatego czas na odpowiednie ustawy. Weganizm sam się nie wprowadzi, mieszkania same nie zmniejszą, a kierowcy nie zaczną zabierać autostopowiczów, jeśli nie będą mieli ku temu odpowiedniego impulsu. Najwyraźniej zagłada ludzkiej cywilizacji to zbyt słaba motywacja dla większości z nas, więc czas na odpowiednie mandaty. Sanepid już wie, jak to robić, teraz czas na kary administracyjne nakładane przez Ministerstwo Klimatu".

Autorem tego "planu", opublikowanego na stronie Krytyki Politycznej, jest gostek o imieniu... Jaś Kapela i to w zasadzie byłoby na tyle. Muszę się bowiem do czegoś przyznać - od pewnego czasu mam poważny problem - a mianowicie nie jestem w stanie słuchać wszelkich tego typu wypocin, które na pierwszy rzut oka są podyktowane skrajnym, ideologicznie nastawionym, wyciągniętym z wnętrza umysłowej spierdoliny przekazem o jawnie ideologicznej konotacji. Bowiem to, co "spłodził" Jaś Kapela trudno jest nawet w jakikolwiek logiczny i spokojny sposób komentować. To, co tam znajduje się w tekście, świadczy o dwóch możliwych ewentualnościach, które to stały się "weną twórczą" autora. Ewentualność pierwsza mówi o postępującej psychozie i poważnych zaburzeniach psychicznych, które niestety ogromna większość ludzi traktuje dziś zupełnie naturalnie. Natomiast ewentualność druga, przybliża nas do sedna sprawy - czyli do tak uwielbianego przez rzesze otępiałej hołoty (szczególnie na "postępowym" Zachodzie) - marksizmu, który tak naprawdę od chwili swego powstania (oficjalnie od 1848 r., choć ciekawe są również prace Marksa z lat 1844-1845), trwa nieprzerwanie aż po dzień dzisiejszy. Marksizm nigdy się nie skończył i nigdy nie upadł, natomiast niczym jakiejś obce ciało, zachował przedziwną umiejętność metamorfozy, dzięki której zdołał przekonać społeczeństwa do swej "nowości". Marksizmów bowiem było mnóstwo, tyle tylko że każdy z nich prowadził do tego samego (zapowiedzianego przez Marksa w Manifeście Komunistycznym) celu - czyli do powszechnej tyranii i zamordyzmu. Cel jest wspólny, choć drogi doń wiodące mogą prowadzić przez różne bezdroża i tak właśnie powstał: marksizm socjalistyczny, marksizm leninowsko-trockistowski, marksizm stalinowski, marksizm postalinowski, marksizm nowej lewicy, marksizm antykulturowy i współczesny eurokomunizm. Oczywiście to nie wszystko, bowiem dzieckiem (dzieckiem? raczej bękartem) marksizmu był również nazizm, a dziś jest nim także ideologia gender, feminizm i ideologia lgbt (można też pod to podciągnąć także skrajne ruchy rasistowskie, jak choćby lewacka organizacja: "Black Lives Matter", która - przynajmniej w teorii - miała bronić praw czarnoskórych obywateli w USA, natomiast aktywnie angażuje się we wszystkie te antykulturowe akcje, jak "walka z rodziną i patriarchatem").

Inna sprawa. Oto obecnie wyszło na jaw, że rada Miasta Stołecznego Warszawy, z budżetu (i zapewne nie tylko, gdyż jestem święcie przekonany że również Ministerstwo Kultury dało na to pieniądze), w ramach instytucji Biennale Warszawa - finansowała szkolenia skrajnie lewicowych bojówek, w ramach akcji tzw: "Społecznej Szkoły Antykapitalizmu". Na ową Biennale wydano łącznie jakieś 3 600 mln. złotych, zaś na szkoleniach "Społecznej Szkoły Antykapitalizmu" podejmowano takie tematy jak: "Własność prywatna to kradzież. Własność wspólna to bogactwo" oraz szkolenia z "taktyk miejskich", "techniki działania grupowego", "gimnastyki". I proszę powiedzcie mi, jak ja mam to skomentować, bowiem doprawdy brakuje mi już słów, które byłby powszechnie dopuszczalne i akceptowalne (w kręgu ludzi cywilizowanych), abym mógł opisać to, co się wyprawia w polityce, w kulturze, w mediach. Tutaj mamy jasny przykład przeprowadzania szkoleń takich samych bojówek, jakie wzięły udział w owej "Rewolcie 1968 r." we Francji i w Niemczech, gdzie po ulicach Paryża biegał "Czerwony Danny" czyli Daniel Cohn-Bendit (poseł do Parlamentu Europejskiego) i organizował taktykę walki przeciwko policji, a to samo w Niemczech robił wówczas Joschka Fischer ("Człowiek Roku" Gazety Wyborczej z 2002 r. - na cześć którego laudację wygłosił sam Włodzimierz Cimoszewicz - syn  komunistycznego zbrodniarza. Jakże to urocze - prawda?). Takie same bojówki z Niemiec (Antifa), przyjechały do Polski 11 listopada 2011 r. w Święto Niepodległości, i zaatakowały grupę rekonstrukcyjną z czasów Księstwa Warszawskiego (ludzie ci byli przebrani w mundury z epoki, zatem dla lewaków automatycznie stali się faszystami), jednak w starciu z ochroną i uczestnikami Marszu Niepodległości, bardzo szybko uciekli i schronili się w budynku... Kretyniki Krytyki Politycznej. Dziś zaś podobne bojówki są finansowane z pieniędzy mieszkańców Warszawy, z budżetu miasta na którego czele stoi prezydent Czaskoski Trzaskowski - polityczny cwaniaczek, przypominający bardziej wyrośnięte dziecko.




Zastanawiam się kiedy wreszcie ludzie przejrzą na oczy i przestaną żyć w świecie mitów, które z uporem maniaka wciąż powtarzają zlewaczone media? Gdzie jest TVP? Czym się zajmuje, skoro pod nosem ma temat-bombę, która to odpowiednio odpalona mogłaby spowodować zalanie pana "Czaskoskiego" hektolitrami takiego gó...a, że przy tym utopienie Warszawy w pomyjach "Czajki" - to błahostka. Czym zatem zajmuje się TVP? Otóż TVP zajmuje się zbieraniem podpisów przez zwolenników (czy też aktywistów) Platformy Obywatelskiej, na korzyść pana "Czaskoskiego" i puszcza ten jeden materiał non stop, aż do znudzenia (i wku...a wielu ludzi - w tym mnie osobiście). Oczywiście ja doskonale rozumiem że póki nie została ogłoszona data wyborów prezydenckich i nawet nie zarejestrowano sztabu wyborczego pana "Czaskoskiego", zbieranie takich podpisów podpada pod wykroczenie, ale doprawdy trzeba być poważnie ograniczonym umysłowo, aby nie zdawać sobie sprawy że problem zbierania podpisów wyborczych, to najmniejszy z możliwych problemów prezydenta Warszawy. Powiem więcej, ja w ogóle podejrzewam że podpisy dawno już zostały zebrane, albo zostaną błyskawicznie "dozbierane" w przeciągu kilku dni, od wyznaczenia daty wyborów prezydenckich, gdyż zdobycie takich podpisów dla partii politycznej, doprawdy nie stanowi żadnego większego problemu (zresztą podpisami ponoć też skutecznie się handluje), więc nie widzę powodu, aby powtarzać non stop jedno i to samo do znudzenia. Czy naprawdę w TVP siedzą same ćwierć-mózgi (tak jak w radiowej "Trójce"?), czy nikt tam nie myśli, nikt tam nie ma "cohones"? Budżet miasta Warszawy finansuje lewackie organizacje terrorystyczne (zresztą nie tylko, bowiem gigantyczne pieniądze płyną również do fundacji Jolanty Lange, wcześniej Jolanty Gontarczyk - córki Juliana Lange volksdeutscha który w czasie II Wojny Światowej walczył w Wehrmachcie, a po klęsce Hitlera stał się... funkcjonariuszem komunistycznego Urzędu Bezpieczeństwa. Ona sama zaś - wraz z mężem - także była tajną współpracowniczką bezpieki o kryptonimie "Panna" i inwigilowała a przy tym doprowadziła do śmierci - bezpośrednio lub pośrednio - księdza Franciszka Blachnickiego - który swoje nawrócenie przeżył, siedząc w celi śmierci hitlerowskiego więzienia), a oni nic z tym nie robią, nie informują o tym ludzi zaś Ministerstwo Kultury z Glińskim na czele takie "artystyczne" przedsięwzięcia, jak "Społeczna Szkoła Antykapitalizmu" - współfinansuje.

Ktoś pięknie powiedział że PiS już dawno przestał przypominać "grupę rekonstrukcyjną Sanacji" (na którą ja osobiście głosowałem), a coraz częściej przybiera twarz neoendecji, a szczególnie takiej typowej technokratycznej "partii władzy". Poziom serwowanych publicznie w pisowskich mediach "wiadomości", dorównał już poziomowi TVN-u czy Polsatu (czyli tzw.: mediów "totalnej opozycji", które stanowią przede wszystkim opozycję nie tyle do samego PiS-u, co do państwa polskiego), dlatego też słuchanie mediów (to samo jest np. w USA, we Francji, w Niemczech, w Wielkiej Brytanii) stanowi dziś swoistą przeprawę przez wzburzone morze fake newsów i wszelakich półprawd, które służą jedynie (w mniejszym lub większym stopniu) partyjnym lub ideologicznym rozgrywkom. A problem jest poważny, gdyż ideologia marksistowska wcale nie umarła. Upadek komunizmu (jaki upadek - Czarzasty wyjaśnił dobitnie jak wyglądał ten "upadek" - na zasadzie dogadania się i podzielenia władzą), był co prawda do pewnego stopnia wstrząsem dla zachodnich marksistów, ale nie aż takim aby mógł w jakikolwiek sposób zagrozić fundamentom samej ideologii. A wręcz przeciwnie - Związek Sowiecki i cały ten komunizm Bloku Wschodniego, po 1956 r. i referacie Chruszczowa, wygłoszonym z XX Zjeździe Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego, w którym ten piętnował epokę "błędów i wypaczeń" Stalina, uznając stalinizm winnym całego komunistycznego zła (co oczywiście było nieprawdą, stalinizm był bowiem jedynie pewną mutacją marksizmu i nie on sam w sobie był zamordystycznym systemem totalnej inwigilacji i zbiorowych mogił, ale był nim marksizm jako taki, którego stalinizm był jedynie niewielką częścią), stał się wręcz zdrajcą całej idei komunizmu w rozumieniu marksistów Zachodu. Europejska lewica, europejscy marksiści - którzy żyli w zupełnie innej społeczno-politycznej rzeczywistości niż ci wszyscy, którzy bezpośrednio doświadczyli "uroków" komunizmu w Europie Środkowej i Wschodniej - uznali że Chruszczow zdradził ideały komunizmu i że Związek Sowiecki zboczył z kursu zbudowania jednego, globalnego systemu komunistycznego. Dlatego też przerzucili swoje zainteresowanie na maoistowskie Chiny, które odtąd stały się dla nich wzorem w urzeczywistnieniu chorej wizji Karola Marksa (np. Rewolucja Kulturowa w Chinach, która pochłonęła miliony ofiar - stała się wykładnią dla podobnej rewolucji kulturowej w Europie i USA). Upadek komunizmu w Związku Sowieckim i Europie Środkowo-Wschodniej obchodził marksistów zachodnich tylko o tyle, że obawiali się oni iż w krajach doświadczonych bezpośrednio przez komunizm, może nie udać się próba zaaplikowania marksizmu kulturowego (choć obawy te nie były powszechne i ostatecznie uznano, iż uda się je przezwyciężyć po rozszerzeniu Unii Europejskiej o nowe kraje z Europy Środkowej w 2004 r. Potem jednak okazało się, że nie doceniono pewnych form oporu tamtych społeczeństw przed aplikacją zmian kulturowych i je kompletnie zbagatelizowano). Dziś idea Marksa została bezpośrednio sprzęgnięta z ideą Unii Europejskiej i scentralizowanego "państwa europejskiego" - które stanowi cel współczesnych unijnych elit.

I teraz pytanie moje brzmi - jak należy się przed tym bronić? A że należy się bronić i to w sposób zdecydowany i ofensywny, a nie defensywny, gdyż oto mamy do czynienia z wojną i to wojną totalną, która coraz częściej zaczyna wkradać się do naszego prywatnego życia i życia naszych bliskich. Jeśli się nie przeciwstawimy, to takie persony jak Jaś Kapela czy szereg jemu podobnych, zaczną nam mówić nie tylko czym mamy podróżować, gdzie mieszkać i jak się myć, ale również jak się ubierać i jak wychowywać nasze dzieci. Totalna inwigilacja w rękach totalnej władzy, która będzie za nas decydowała jak możemy żyć i czy w ogóle jeszcze możemy - bowiem w systemie komunistycznym terror jest podstawą, jest kwintesencją trwania tego ustroju (pamiętam pewną akcję protestacyjną lewicy w Warszawie sprzed kilku miesięcy, gdzie zapytany przez dziennikarza młody chłopak - który wyznał że jest komunistą, bo dużo na ten temat czytał i wydaje mu się że jest to najbardziej sprawiedliwy ustrój przeciwny wszelkiemu wyzyskowi - na stwierdzenie że komunizm próbowało wprowadzić już wielu w przeciągu minionych dziesięcioleci i zawsze kończyło się to tak samo - czyli totalną katastrofą, wówczas ów młody - ogłupiony ideologią - człowiek, po prostu odparł: "Ponieważ problem stanowi CZYNNIK LUDZKI!" I to jest właśnie cała kwintesencja marksizmu, gdyż ja o tym że problemem dla komunistów był "czynnik ludzki", czytałem jeszcze w pracach marksistów z końca... XIX wieku (jakże to pięknie się odradza - kolejne pokolenia umysłowych zombi). A teraz pytanie do najbardziej rozgarniętych marksistów. A w jaki sposób radzono sobie z "czynnikiem ludzkim" gdy tylko komuniści zdobywali władzę w jakimś kraju i zaczynali wprowadzać tam swoje porządki? Otóż bardzo prosto: tak jak to zostało niżej pokazane:



 
Dlatego też ta choroba, jaką jest marksizm (choroba, która zżera szare komórki w mózgu i tworzy z ludzi żywe zombi - idące na pasku ogłupiającej ideologii) musi być zwalczana na każdym możliwym kroku - NA KAŻDYM! I to bezwzględnie, bez żadnych, najmniejszych nawet form litości dla tej niszczycielskiej ideologii - która pochłonęła więcej istnień ludzkich, niż jakakolwiek wcześniejsza idea polityczna czy religijna. Józef Mackiewicz, który na własne oczy widział "zdobycze komunizmu", pisał potem wprost: "Z komunistami się nie rozmawia. Do komunistów się strzela!", oraz "Katastrofa to nie śmierć połowy ludzkości w wojnie atomowej. Katastrofa to życie całej ludzkości pod panowaniem ustroju komunistycznego!" Dziś oczywiście strzelać do nikogo nie będziemy, ale należy dawać zdecydowany opór wszelkim, nawet najmniejszym przejawom tejże antyludzkiej i antycywilizacyjnej ideologii na każdym możliwym polu. A jak już wcześniej wspomniałem, marksizm przybiera różne formy i próbuje wciskać się pod różnymi postaciami. Dziś zagrożeniem dla ludzkości jest na równi ideologia gender, feminizm i wszelkie tego typu umysłowe dewiacje - wytwory tejże samej marksistowskiej choroby, która sprzedaje nam świat pełen wspaniałych haseł o stworzeniu prawdziwego Raju na Ziemi, a w rzeczywistości jest jedynie przedsionkiem Piekła. 

Aby dobrze uzmysłowić sobie, czym jest marksizm, proszę jeszcze raz przeczytajcie zalecenia Jasia Kapeli i porównajcie je z innymi hasłami, głoszonymi np. przez feministki (które będę tu co jakiś czas zamieszczać). Celem tych wszystkich haseł i planów jest stworzenie nowego świata, świata totalnej inwigilacji, w którym za każdą niesubordynację (np. kąpanie się częściej niż raz w miesiącu), otrzyma się karę w postaci np. utraty wszelkich środków do życia, a w skrajnych sytuacjach trafi się od razu do zbiorowego dołu, pełnego innych nieszczęśników którzy mieli pecha urodzić się w świecie, którego to w naszych czasach heroldami stały się takie osoby jak ów Jaś Kapela.



NA PIERWSZYM PLANIE - JAŚ KAPELA

 

 
Najcharakterystyczniejszą cechą systemu komunistycznego jest natomiast totalna niewola ludzkiego ducha, zniewolenie ludzkiej myśli, ludzkiego intelektu. 

JÓZEF MACKIEWICZ


  

 

czwartek, 28 maja 2020

CENTRUM ŚWIATA - Cz. III

PODRÓŻ W CZASIE





 
"SPRÓBUJ RZUCIĆ IGRZYSKA I KUP SOBIE MOŻE W FABRATERII DOM JAKIŚ, W FRUZYNONIE, W SORZE. TAM TYLE TO KOSZTUJE, CO TU CIEMNA DZIURA (...) BĄDŹ ZDRÓW ZATEM I ŻEGNAJ! NIE ZAPOMNIJ O MNIE. A KIEDY CIĘ AKWINUM DO SIEBIE ZABIERZE (...) TO ZAPROŚ I MNIE, BYM CERERZE I DIANIE WASZEJ SKŁONIŁ SIĘ"

JUWENALIS

"SATYRY"

(POCHWAŁA WIEJSKIEGO ŻYCIA POZA RZYMEM)



 


II

FORUM AUGUSTA


   
 Wychodząc z Forum Trajana i kierując się ku Forum Romanum musimy przejść przez Forum Augusta (oczywiście można by było przejść jedynie przez Forum Cezara idąc prosto ulicą Argiletum, oddzielającą Forum Cezara od Forum Nerwy - ale w takiej sytuacji pominęlibyśmy aż trzy kluczowe fora: Forum Augusta, Forum Nerwy, zwane również Transitorium - czyli Forum Przechodnim, leżącym pomiędzy dwoma innymi, oraz Forum Pokoju - zwane też Forum Wespazjana. Niestety, gdybyśmy spróbowali pominąć te fora, nasza opowieść straciłaby na tym zbyt wiele uroku, dlatego też należy się tam właśnie udać). Forum Augusta zostało oczywiście założone w 2 r. p.n.e. przez Oktawiana Augusta (ciotecznego wnuka i przybranego syna Gajusza Juliusza Cezara). Samo Forum, jak i tamtejsza świątynia Marsa Ultora (Mściciela), zostało wzniesione na pamiątkę zwycięzca Oktawiana (oraz Marka Antoniusza - gdyż to dzięki niemu ta bitwa została wygrana) nad zabójcami Cezara w bitwie pod Filippi w 42 r. p.n.e. Oktawian ponoć obiecał Marsowi przed bitwą, że gdy pozwoli mu zwyciężyć, wówczas wzniesie dla niego okazałą świątynię w Rzymie. Ostatecznie Forum zostało oddane do użytku w 2 r. p.n.e. czyli w czterdzieści lat po bitwie - ale co by nie mówić, Oktawian słowa dotrzymał. Plac ten, wzniesiony został na prostopadłej osi do Forum Cezara, a jego wymiary wynosiły 125 na 90 metrów. Forum obudowane było (po lewej i prawej stronie) pokaźnymi kolumnadami, które obejmowały i zakrywały duże eksedry (miejsca przeznaczone do wypoczynku i dysput). Od strony północno-wschodniej Plac Augusta obudowany był murem, wysokim na 32 metry, który oddzielał Forum od Subury (dzielnicy biedoty) i jednocześnie chronił je przed pożarami które tam często wybuchały. Najważniejszą, główną i centralną budowlą na tym forum, była właśnie świątynia Marsa Mściciela. 

Gdy ogląda się makiety lub rekonstrukcje tejże świątyni, to trzeba powiedzieć że musiała ona budzić podziw współczesnych, gdyż dorównywała bez wątpienia najwspanialszym ówczesnym rzymskim świątyniom, łącznie z tą najważniejszą - Świątynią Jowisza Kapitolińskiego. Do świątyni prowadziły dość długie schody a wejście tam ocieniało osiem ogromnych kolumn, wzniesionych w stylu rzymsko-korynckim. Po bokach świątynię otaczały dwa duże portyki, do których wejście również prowadziło przez (znacznie mniejsze) kolumnady. Bez wątpienia można było tam odpocząć, schronić się przed deszczem lub palącym słońcem i mile spędzić czas w otoczeniu rodziny, przyjaciół lub znajomych. W portykach świątyni ustawione były posągi (zarówno mitologicznych jak i rzeczywistych) przodków Oktawiana Augusta, poczynając od Eneasza (który po spaleniu Troi przez Greków, miał przybyć z synem Askaniuszem na italską ziemię, a jego potomkowie - Romulus i Remus - stali się potem założycielami Rzymu) i kończąc na Juliuszu Cezarze. W centralnym miejscu świątyni wznosił się oczywiście posąg boga wojny - Marsa (gdyż świątynia ta jemu właśnie była dedykowana), ale były tam również posągi dwóch innych bogów. Po lewej stronie Marsa, znajdował się posąg bogini Wenus (największego bóstwa rodu Juliuszów - któremu to rodowi całe to Forum było poświęcone), po prawej zaś ubóstwionego (jako "Boski Juliusz") Cezara. Nieopodal tychże posągów, złożony został w tej świątyni osobisty miecz Cezara, którym posługiwał się w czasie Wojen Galijskich (w latach 58-51 p.n.e.) i Wojny Domowej z Pompejuszem oraz pompejańczykami (z lat 49-45 r. p.n.e.). Forum było wizytówką całej dynastii Julijsko-Klaudyjskiej, a po jej wygaśnięciu, stało się również miejscem łączącym pryncypat dawnej i nowej epoki. 

Święto boga Marsa początkowo przypadało 19 marca, ale potem zostało zawłaszczone (o czym piszę niżej), mimo to kapłani Marsa wciąż tego dnia święcili oręż (a 14 marca święcono konie i urządzano wyścigi konne). Natomiast w październiku, miało miejsce oczyszczenie z krwi wrogów zarówno broni (19 października) jak i koni (15 października) i również organizowano wyścigi konne (z tą tylko różnicą, że teraz zwycięski koń był składany na ołtarzu boga Marsa, a krew jego była zbierana do pucharu i przechowywana w świątyni Westy, razem z popiołami krowy - złożonej w ofierze ku czci Matki Ziemi - 15 kwietnia. Wierzono bowiem że mają one moc oczyszczającą i zapewniającą urodzaj oraz pomyślność na kolejny rok). Zatem Mars występował w tej roli nie tylko jako bóg wojny, ale i bóg urodzaju. Idźmy jednak dalej.        


 


III

FORUM NERWY 

(FORUM TRANSITORIUM)



Forum Przechodnie (Transitorium) było dosłownie wciśnięte pomiędzy dwa inne fora: Augusta i Pokoju (zwane również Forum Wespazjana) i stąd przypominało znacznie wydłużony czworokąt. Forum to rozpoczął budować jeszcze cesarz Domicjan (panował w latach 81-96), ale ukończył w 97 r. już nowy władca Rzymu - Marek Kokcejusz Nerwa. Poświęcone ono było bogini mądrości i sztuki - Minerwie oraz (nieoficjalnie) rzymskim kobietom. Pierwotnie były tam domy mieszkalne i sklepiki osłonięte niewielkimi portykami, a z poręczy balkonów dostrzec można było kształt donic z kwiatami, tworzącymi małe ogródki. Zresztą Rzym (wiosną i latem) zalany był kwiatami, a w szczególności różami (Już Marcjalis pisał że Rzym dosłownie tonie w różach: "Wyśmiał żeglarz memficki faryjskie ogrody, gdy tylko rzymskich murów przestąpił obwody. Tak go miła woń kwiatów i wdzięk wiosny wszędy, tak piękno zachwyciło róż spod Pestum grzędy. Gdziekolwiek rzuci okiem, poniesie go noga, wszędzie od róż mu ciętych rumieni się droga. Więc Nilu, zawstydzony rzymską zimą, nuże - swoje zboże nam przyślij: my ci damy - róże"). Cesarz Domicjan wykupił w latach 80-tych I wieku te tereny z rąk prywatnych właścicieli, z myślą wzniesienia tam nowego forum, które byłoby swoistym przedłużeniem ulicy Argiletum (na której to mieściły się warsztaty rzemieślnicze i sklepiki), jednak nie dożył końca swego dzieła i forum otworzył dopiero (w 97 r.) jego następca, cesarz Nerwa. Forum Transitorium miało wymiary 120 na 45 metrów (co już sugeruje jak bardzo było wciśnięte), mimo to było dostojnie obudowane. Forum co prawda poświęcone zostało bogini Minerwie, ale również stanowiło swoistą wizytówkę ku czci rzymskich kobiet. Wzdłuż placu (po obu jego stronach) ustawiono kolumnady z wysokimi attykami, na których umieszczono płaskorzeźby przedstawiające boginię w towarzystwie rzymskich matron. Zostało tam ukazane piękno kobiecości takim, jakim pragnęli go widzieć Rzymianie, a ponieważ najwyższą formą kobiecej umiejętności było haftowanie i przędzenie wełny (było to uważane za najbardziej szlachetne zajęcie jakiemu to poświęcić się powinna każda kobieta, bez względu na swój status społeczny) - to właśnie w takich pozach ukazane zostały rzymskie matrony, jak również sama bogini Minerwa.

W górnej, północnej części placu mieściła się świątynia Minerwy (Opiekunki Rzemiosł). Dnia 13 września (w Ludi Romani) każdego roku, składano bogini największe bezkrwawe ofiary (takie jak kwiaty, owoce, placki, ciastka), choć święto to dzieliła ona ze swym boskim ojcem - Jowiszem i jego żoną Junoną (tym bogom składano już krwawe ofiary: Jowiszowi głównie woły i byki, Junonie zaś krowy). Minerwa była pierwotnie bóstwem etruskim i zwano ją: Menrvą. Z czasem jednak została utożsamiona z grecką Ateną Palladą (choć może bardziej nawet z Ateną Erganą - patronką rzemieślników) i kult jej został zhellenizowany. Jednak bardzo długo nie posiadała swojego własnego święta i dzieliła je z innymi bogami, a ostatecznie musiała je zabrać innemu bogu. I tak też było ze świętem zwanym Quinquatrus (obchodzonym 19 marca), które to pierwotnie było poświęcone Marsowi, ale potem (zapewne jeszcze w III wieku p.n.e.) uznano że tego właśnie dnia założono największą świątynię tejże bogini (wzniesionej na Awentynie) i nastąpiło "wrogie" przejęcie święta (czemu oczywiście sprzeciwiali się kapłani Marsa i nadal urządzali swoje obchody w tym właśnie dniu, a konsulów i cesarzy namawiali, aby tego dnia składali ofiary w ich świątyni. Co prawda z Forum Augusta na Forum Nerwy nie było daleko, więc można było obu bogom oddać cześć prawie równocześnie). Liwiusz Andronikus napisał ku czci bogini pieśń, którą odśpiewywać miały dziewice, przebrane w białe szaty. Co prawda świątynia Minerwy na Forum Nerwy nie miała tak dobrej opinii, jak ta z Awentynu (która zamieniła się nawet w swoisty klub dla poetów i aktorów - gdyż to właśnie do tej bogini swe modły słali nie tylko rzemieślnicy, ale również artyści i komedianci), mimo to była od tamtej bardziej reprezentacyjna (jednak nieco mniejsza od świątyni Marsa z sąsiedniego Forum Augusta).

W południowej części placu (naprzeciwko ulicy Argiletum i nieopodal Forum Cezara), mieściły się cztery pokaźne kolumny w stylu rzymsko-korynckim (Rzymianie nie lubili ani kolumnowego stylu jońskiego, ani też doryckiego - i nie rozumieli ich. Natomiast styl koryncki bardzo przypadł im do gustu i znacznie go rozbudowali, tworząc swoisty styl rzymsko-koryncki), a na samym środku placu wznosił się ukwiecony perystyl (z którego jednak nie wolno było zrywać kwiatów, co często stawało się plagą, szczególnie podczas święta kwiatów - Ludi Florales, gdy nie tylko zakochani, ale całe rodziny wręczały sobie kwiaty w nadziei lepszej przyszłości. Święto to obchodzono od 28 kwietnia do 3 maja). To tyle, jeśli chodzi o Forum Przechodnie, jednak my idziemy dalej, kierując się na południowy-zachód.   


  


    IV

FORUM WESPAZJANA

(FORUM POKOJU)



Wychodząc z placu Nerwy, docieramy (pomiędzy kolumnadami) na plac Wespazjana, zwany również Forum Pokoju. Jest to rozległy plac o wymiarach 125 na 115 metrów, otoczony portykiem. Nie jest on co prawda tak przestronny, jak Forum Trajana czy nawet Forum Augusta, ale i tak jest jednym z najbardziej reprezentacyjnych miejsc w stolicy Imperium Romanum. Forum zostało wzniesione w latach 70-tych I wieku, przez cesarza Wespazjana (zapewne zaraz po triumfie jego syna - Tytusa, po powrocie z wojny żydowskiej w 71 r.) i było prawdziwą perłą w rzymskiej architekturze miejskiej. W południowo-wschodniej części Forum, (nieopodal Bazyliki Maksencjusza - znajdującej się na Forum Romanum) mieścił się "Okręg Świątyni Pokoju" i wzniesiona była sama świątynia poświęcona bogini Pacis. A Pokój zawsze był ceniony (jakże radośnie witano zamknięcie bram świątyni boga Janusa - które to symbolizowało zawarcie trwałego pokoju w całym Imperium) i nawet poeta Tibullus (żyjący w I wieku p.n.e.) napisał na ten temat wiersz, który brzmiał: "Jakiż to człowiek był ten, co pierwszy wzniósł oręż straszliwy, ileż dzikości on miał, jaki żelazny to mąż! Wtedy zrodziły się zbrodnie i wojny dla rodu ludzkiego (...) Złoto jest tego przyczyną - nikt nie znał wojen w te lata, kiedy przy ucztach stał kubek z bukowych drzew (...) Czyż nie należy wysławiać raczej takiego człowieka, który sędziwy swój wiek spędza z potomstwem swym (...) żona zaś kąpiel szykuje, by zmyć zeń słońca skwar (...) Pokój, co wyhodował winorośl i zebrał z niej soki, aby ojcowski dzban synowi też winem ciekł. (...) O żywicielko Pokoju, przyjdź z kłosem złocistym w dłoni, i pozwól, by owoc z twych szat opadał do twoich stóp". Dlatego też na Forum Pacis Rzymianie mile spędzali czas nie tylko w samej świątyni.

Obok świątyni, mieściła się biblioteka, która co prawda ustępowała nieco liczbą woluminów tej bibliotece z Forum Trajana, ale i tak była popularna. Szczególnie że na jednej ze ścian owej biblioteki, wyryty był w marmurze... plan miasta Rzymu, który ułatwiał zarówno przyjezdnym (jak i samym mieszkańcom) identyfikację poszczególnych budowli. Pierwszy plan miasta powstał na polecenie Marka Agrypy w czasach Augusta, drugi właśnie za Wespazjana, a trzeci dopiero za Septymiusza Sewera w początkach III wieku (ten ostatni jako jedyny zachował się do naszych czasów). Był to więc istotny element, podnoszący znaczenie Forum Pokoju. Po drugiej stronie świątyni mieściło się muzeum (a w nim złożone zostały bogate łupy, wzięte po zdobyciu Jerozolimy przez Tytusa w 70 r., w tym również pięcioramienna menora ze Świątyni Jerozolimskiej, która przebywała w Rzymie przez prawie czterysta lat, aż do 455 r., gdy Wandalowie pod Genzerykiem zdobyli Rzym - plądrując go doszczętnie (stąd do dziś określenie "wandalizm", związane jest z umyślnym niszczeniem cudzego mienia) i wywieźli menorę - oraz inne skarby - do swojego królestwa, którego stolicą uczynili Kartaginę (zdobytą na Rzymianach w 439 r.). Tak kończy się nasza podróż po Forum Pokoju, a teraz (aby nie ominąć Forum Cezara), należy się cofnąć i ponownie wrócić na Forum Nerwy, skąd wyjdziemy bezpośrednio na ulicę Argiletum, która od swej północnej strony granicy z Forum Cezara. Ale nim tam dojdziemy (a następnie skierujemy się na Forum Romanum), warto odnotować jakie sklepy i kramy mieściły się przy ulicy Argiletum - a jest rzeczywiście co opisywać, gdyż Rzymianie musieli się orientować gdzie na przykład udać się, gdy potrzebowali wytatuować niewolnika, albo oddać swoje ubranie do prania (w większości takie prace wykonywali niewolnicy domowi, ale nie każdego było stać na własnego niewolnika, a publiczni pracze kosztowali znacznie mniej, choć i tak większość biedoty sama prała swoje ubrania), albo też kupić nowe buty, albo też zjeść coś "na szybko" w mieście. Przy Agriletum mieściło się wiele sklepów oferujących takie właśnie usługi - o czym opowiem już w kolejnej części.   






CDN.

wtorek, 26 maja 2020

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XVII

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW

OD MEHMEDA II ZDOBYWCY

DO ABDUL HAMIDA II







SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. VI



 MATKA

SERAJ POD RZĄDAMI AYSE HAFSY

(1520-1534)

Cz. V

 

 

"EXTRA HUNGARIAM NON EST VITA"

  
 29 sierpnia 1526 r. rozpoczęła się bitwa pod Mohaczem, która na prawie czterysta lat miała zadecydować o przyszłości dużej części Europy Środkowej, a szczególnie takich krajów jak Węgry i Czechy. Bitwę rozpoczęli Węgrzy (dowodzeni przez Pawła Tomoriego), atakując oddziały akindżych z Rumelii (była to lekka, ale elitarna jazda osmańska), które pod wpływem ataku węgierskiej konnicy, ustąpiły pola. Wydawało się wówczas, że zwycięstwo Węgrów jest już na wyciągnięcie ręki, tym bardziej że po wycofaniu się oddziałów z Rumelii, można było dostrzec stanowisko dowódcze osmańskiej armii, a nawet siedzącego na białym koniu, samego sułtana Sulejmana. Ponoć pewien węgierski szlachcic o nazwisku Merkzali miał rzec, że albo osobiście weźmie sułtana w niewolę, albo go tam na miejscu zadusi własnymi rękoma. I nie były to słowa bez pokrycia, jako że Merkzali (w towarzystwie jeszcze 31 innych rycerzy), krwawo torował sobie drogę wprost pod sam sułtański namiot, kładąc trupem tych wszystkich, którzy stanęli mu na drodze. Gdy zaczęli ginąć żołnierze z sułtańskiej straży przybocznej, stało się jasne że sytuacja jest bardzo poważna i tylko poświęcenie janczarów (którzy podcięli stawy skokowe szarżujących koni, doprowadzając do ich upadku i zrzucenia jeźdźców), ocaliło tureckiego władcę (mimo to kilka strzał dosięgnęło jego zbroi, ale oddane z dużej odległości, nie zdołały jej przebić, zresztą Sulejman ponoć także rzucił się w wir walki i wsparł swych janczarów w walce z atakującym węgierskim rycerstwem). Król Ludwik II również atakował z impetem, wdzierając się w szeregi oddziałów z Rumelii i Anatolii (które cofały się, wpuszczając go w sam środek własnych pozycji). Jednak im łatwiej szło Węgrom w walce, tym sytuacja paradoksalnie stawała się dla nich coraz bardziej niekorzystna. Król wpadł w szeregi nieprzyjacielskiej armii i ostatnim który go widział żywym, był magnat Andrzej Batory, który radził królowi by w sytuacji osmańskiego odwrotu wydał rozkaz do ataku drugiemu hufcowi węgierskiej armii. Król jednak zniknął w tłumie, a co najgorsze, nie było już przy nim jego osobistych dworzan, którzy mieli go ochraniać i w przypadku zaistnienia niepomyślnego obrotu bitwy, wywieźć (nawet siłą) z pola walki. 

Król zniknął, a w tym czasie rozległ się huk osmańskich dział, które Sulejman nakazał skierować na szarżujące oddziały węgierskiej kawalerii. To był pogrom, ci spośród rycerzy, którym udało się wydostać z tej matni, zostali następnie zmiażdżeni przez nacierające oddziały akindżych i lekkiej jazdy bośniackiej. Prawe skrzydło węgierskiej armii przestało istnieć. Wówczas pozostałe węgierskie hufce poczęły ustępować pola i następnie wycofywać się z walki. Turcy nie ścigali już uciekających, a cała bitwa trwała nie więcej jak półtorej godziny. Węgrów przed pogromem ocalił rzęsisty deszcz, co wkrótce spadł na pola pod Mohaczem, oraz zapadające ciemności. Mimo to i tak wielu z nich utonęło na bagnach wokół Dunaju, a zakuci w ciężkie i uniemożliwiające szybkie ruchy zbroje, bardzo szybko tonęli w tych mokradłach wraz ze swoimi końmi (często również przyobleczonymi w zbroje). Bitwa została przegrana, a z około 25 000 armii węgierskiej, zginęła wówczas ponad połowa walczących (prawie 16 000), a pozostałe 1 500 rycerzy, którzy wpadli do osmańskiej niewoli, również straciło życie - tyle że dnia następnego, z rozkazu padyszacha. Poległ również głównodowodzący węgierską armią - Paweł Tomori - którego głowę nabito na włócznię i obnoszono po całym tureckim obozie. Turków zginęło (i zostało rannych) jakieś 5 000, przy czym przed bitwą było ich ok. 75 000 (posiadali też ok. 300 armat). Najgorsze jednak co się mogło wydarzyć, to śmierć w nurtach potoku Csele (rzeki będącej dopływem Dunaju), samego króla Ludwika II Jagiellończyka, który miał zginąć podczas ucieczki (do dziś istnieją przypuszczenia że ktoś mógł mu "pomóc" utonąć), a pojawiły się nawet plotki, że król zginął z polecenia wojewody Jana Zpolyi i został porzucony w potoku podczas odwrotu. Niestety nie wiadomo jaka była prawda, wiadomo natomiast że król Ludwik nie cieszył się ani autorytetem, ani szacunkiem swych poddanych i uważano go co najwyżej za rozpieszczonego, nieskutecznego i zdeprawowanego młokosa.


LUDWIK II JAGIELLOŃCZYK

 
 
Było w tym sporo prawdy i gdy się czyta opisy sporządzane przez królewskich dworzan (da Burgo lub Thurzo), to rzeczywiście można stwierdzić że nie był to dobry władca na tak ciężkie czasy przed jakimi stanęli wówczas Węgrzy. Da Burgo pisał bowiem w swej kronice: "Im dalej król rośnie w latach tym bardziej głupieje. Ma on zupełnie zdeprawowane obyczaje i u tych, co z nim żyją na dworze, nie ma najmniejszego szacunku ani poważania. Do komnat jego wchodzi każdy, kto chce: król zaś wszystkim wchodzącym pokazuje się nago. Przy stole brak wszelkiego porządku: kto chce, zasiada do jedzenia, przy czym publicznie króla wyśmiewają i żarty zeń stroją. Niczego król w rękach utrzymać nie potrafi: cokolwiek dostanie, wszystko rozdaje (...) Wszystko tu idzie w najwyższym nieładzie". Król Ludwik co prawda był jeszcze młody (w chwili śmierci miał dwadzieścia lat), ale otaczał się ludźmi, którzy umacniali go jeszcze bardziej w takim postępowaniu. Jego osobistym mentorem, był bowiem margrabia Ansbach - Jerzy Hohenzollern (brat Albrechta - od 1510 r. wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego, a od 1525 r. księcia w Prusach, lennika Korony Polskiej), który zapewne wyrobił w chłopcu zamiłowanie do homoseksualnych swawoli, jak również (zgodnie z oświeceniowymi - a wówczas bardzo modnymi nowinkami) mówił mu że powinien być jeszcze bardziej otwarty na sprawy cielesności i w żadnym razie nie powinien wstydzić się własnego ciała. Małżonka Ludwika - Maria Habsburg, choć nieco starsza od swego męża, również była - jak pisał Thurzo: "zepsuta od dworaków". Król Ludwik paradował więc nago w swych komnatach, bawiąc się ze swoimi psami, zajadał się ciastkami nawet podczas mszy w kościele i ciągle urządzał bale oraz zabawy. Maria została jego żoną w styczniu 1522 r. i aż do śmierci króla w mulistym potoku Csele, nie zaszła z nim w ciążę. Winą za to obarczano ją, jako zarzut podając chociażby jej "płaski biust" (co właśnie miało być przyczyną bezpłodności). Ale z drugiej strony należałoby sobie odpowiedzieć na pytanie, jak często król Ludwik zaglądał do jej alkowy i czy przypadkiem od jej towarzystwa nie wolał przyjęć spędzanych w gronie swych paziów i dworaków. W każdym razie po 29 sierpnia 1526 r. młoda, 21-letnia królowa Maria została wdową.

Wiadomość o klęsce i śmierci węgierskiego władcy, bardzo szybko obiegła całą Europę, budząc postrach przed osmańską potęgą (dotąd bowiem tureckie buńczuki pełniły rolę swoistego straszaka i karty przetargowej w prywatnych walkach chrześcijańskich władców Europy i nie były traktowane nazbyt poważnie). Do Krakowa wieści o śmierci królewskiego bratanka doszły 6 września i pierwsza usłyszała o nich królowa Bona Sforza. Król Zygmunt I Jagiellończyk był w tym czasie w drodze z Gdańska (gdzie na przełomie grudnia 1524 i stycznia 1525 r. wybuchł bunt mieszczan gdańskich, spowodowany sprawą nadużyć finansowych mianowanego przez króla i otoczonego opieką przez kanclerza wielkiego koronnego - Krzysztofa Szydłowieckiego - burmistrza Eberharda Ferbera. Sprawa nie była taka jednoznaczna, gdyż zarząd nad kasą miejską został powierzony przez króla zarówno 12 rajcom z Ferberem na czele, jak i 12 przedstawicielom pospólstwa. W każdym razie w styczniu 1525 r. Eberhard Ferber wyjechał z Gdańska do Tczewa - co wcale nie uspokoiło nastrojów. Mieszczanie zaczęli domagać się rozliczenia z wydatków miejskich, lecz rada Gdańska odmówiła i to właśnie stało się przyczyną niezadowolenia plebsu, który - pod przewodnictwem Piotra Koniga i luterańskiego kaznodziei Jakuba Heggego - obalił rządy magistratu oraz wybrał nowe władze, jednocześnie dopuszczając się profanacji kościołów, wyrzucania zakonników z klasztorów, niszczenia świętych obrazów i profanowania naczyń liturgicznych. Król Zygmunt Jagiellończyk, przybył do Gdańska dopiero 17 kwietnia 1526 r., a jego wjazd - jak pisze sekretarz królowej Bony, Andrzej Krzycki - "wywołał taki strach, że nowi wyznawcy nauki Lutra gotowi byli uwierzyć nie tylko w Boga ale i w osła". Po dwumiesięcznym śledztwie, ostatecznie na Długim Rynku w Gdańsku skazano na śmierć sześciu przywódców buntu, ośmiu dalszych ścięto 19 lipca w Malborku. W Gdańsku wówczas zjawili się książęta pomorscy z rodu Gryfitów - Barnim IX Pobożny i Jerzy, którzy w obawie przed Brandenburgią, prosili króla Zygmunta - swego wuja - aby przygarnął ich księstwa, jako lenna Rzeczpospolitej. Zygmunt miał już jednak dość problemów związanych z Prusami i tym, że sekularyzując Zakon Krzyżacki oraz oddając kraj w ręce wyznawców nauki Lutra - mocno naraził się papieżowi, dlatego też odmówił zhołdowania Pomorza). Zygmunt zmierzał teraz do Warszawy. 




W Warszawie bowiem, 10 marca 1526 r. zmarł bezpotomnie ostatni władca księstwa mazowieckiego - Jerzy III z dynastii Piastów, a władzę (na krótko) objęła po nim siostra - Anna (córka owej sławnej księżnej Anny Radziwiłłówny, która była niezwykle ambitną i żądną władzy kobietą - o czym to przekonała się królowa Bona, gdy przybyła w kwietniu 1518 r. ze swego włoskiego księstwa Bari do Polski, aby wziąć ślub z Zygmuntem I, to właśnie księżna Anna witała ją w imieniu polskich kobiet. Od razu wydała się młodej Bonie odpychająca, a sekretarz Krzycki zanotował, pisząc o Annie: "Pociągła twarz, wężowe oczy rzucające błyskawice na lewo i prawo. Podstarzała matrona rozsiewała wokół siebie aurę strachu i uzasadnionego respektu". Anna Radziwiłłówna zmarła w marcu 1522 r.). Król Zygmunt przybył do Warszawy 25 sierpnia i włączył księstwo mazowieckie w granice Korony Polskiej (Mazowszanie przysięgę wierności złożyli 14 września 1526 r. na Rynku Starego Miasta w Warszawie) a pierwszym wojewodą mazowieckim uczynił król Wawrzyńca Prażmowskiego. Królowa Bona, dowiedziawszy się o śmierci Ludwika II, natychmiast napisała o tym w liście do męża i ten w połowie września wysłał kolejne listy do Czech, na Morawy, na Śląsk i na Łużyce. Na Węgry wysłał Mikołaja Nipszyca (który notabene pracował zarówno dla króla, jak i dla księcia pruskiego - Albrechta Hohenzollerna oraz dla Habsburgów), z zadaniem odnalezienia ciała króla Ludwika (w jego śmierć nie chciano bowiem wierzyć), oraz z listami dla królowej Marii Habsburg, wojewody Jana Zapolyi i kilku innych węgierskich magnatów (w listach tych zalecał Zygmunt wybór nowego "roztropnego króla", jednocześnie nie wspominając o własnej kandydaturze do węgierskiego tronu, choć taki właśnie krok zalecał mu Andrzej Krzycki). To, czego nie chciał podjąć się król, wzięła w swoje ręce królowa i wysłała do Czech Bernarda Petrywicza z poleceniem aby namawiał panów czeskich do poparcia kandydatury Zygmunta do tronu Królestwa Czech. Królowa Bona była kobietą energiczną i zdaje się że lepiej rozumiała interesy państwa, niż nieco opieszały i często niezdecydowany król (sam fakt iż mógł włączyć Prusy do Polski, tak jak stało się to z Mazowszem - a nie uczynił tego, godząc się na status lenna. Mógł zhołdować księstwa pomorskie - też nie uczynił tego, mógł wystosować własną kandydaturę do tronu Czech i Węgier - też nie uczynił tego. A co uczynił? W 1519 r. głosami głównie Polaków został wybrany na cesarza rzymskiego, król Hiszpanii - Karol I Habsburg. Wybór ten nie został poprzedzony żadnymi korzyściami dla Korony choć zarówno francuscy Walezjusze jak i hiszpańscy Habsburgowie zrobiliby wszystko za ten tytuł. Obiecywali góry florenów, sojusze wojskowe i znacznie więcej, czego by tylko od nich zażądać. A co zrobił król - nie zażądał niczego, zagłosował na Habsburga za friko i liczył że tamten mu się jakoś odwzajemni. A Karol nie tylko nie zamierzał się odwzajemniać, ale wręcz konsekwentnie działał na niekorzyść Jagiellonów, zaś w 1524 r. po śmierci księżnej Izabelli Aragońskiej - matki Bony Sforzy, zajął księstwa Bari i Rosano, odbierając córce dziedzictwo i pisząc jeszcze list do Zygmunta w którym wyrażał przekonanie, że ten "jako miłośnik sprawiedliwości uzna wyrok za słuszny"). 

Królowa Bona walczyła jak lwica o koronę jagiellońską dla Zygmunta na Węgrzech i w Czechach, a król tak łatwo oddawał jej rodowe ziemie, jej własne dziedzictwo. Był bardzo naiwny, wierzył w "wielką, ukochaną, chrześcijańską rodzinę" europejską i uważał że spory pomiędzy władcami zawsze będzie można jakoś załagodzić. Przez to był często wystrychany na dudka. Ponieważ król nie palił się do korony Węgier i Czech, swoją kandydaturę zamierzał tam zgłosić książę pruski - Albrecht Hohenzollern (Hohenzollernowie i Habsburgowie byli dwiema dynastiami, których żywo nie znosiła i z którymi pragnęła walczyć na każdym polu - Bona Sforza). Książę nie miał jednak wystarczająco dużo pieniędzy aby stawać w szranki i choć radzono mu by zastawił swoje księstwo na kwotę 200 000 złotych, to odmówił - uznał bowiem że walka o koronę po Jagiellonach jest niepewna, a księstwo pruskie już ma w rękach, nie warto więc podejmować walki która jest wielce niepewna. I wówczas Albrecht poparł do tronu Węgier i Czech króla Zygmunta I. Władca Rzeczpospolitej namawiany do kandydatury przez swą małżonkę i lenników - ostatecznie w październiku 1526 r. zgodził się zawalczyć o koronę po swym bratanku w Czechach. Tymczasem jego kandydatura była najsłabsza spośród dwóch liczących się jeszcze - Ferdynanda I Habsburga, arcyksięcia Austrii, Styrii i Karyntii oraz hrabiego Tyrolu i Wilhelma IV Wittelsbacha, księcia Bawarii. Za tą drugą kandydaturą obstawał stojący na czele tzw.: "obozu narodowego" najwyższy burgrabia królestwa - Zdenek Lew z Rozmitalu. Niestety, nie miał on siły przebicia i 23 października 1526 r. panowie czescy wybrali na swego nowego króla arcyksięcia Austrii - Ferdynanda I Habsburga. I wtedy, gdy już stało się jasne że Jagiellonowie utracili Czechy, królowa Bona zdecydowała się na ogromne poświęcenie. Oto zamierzała ona wymienić swoje rodowe księstwo Bari (i tak zajęte przez cesarza Karola) na Śląsk, który miał zostać włączony do Korony Polskiej. Król jednak nie wsparł w tej kwestii swej małżonki i cała sprawa ponownie rozeszła się po kościach a podkanclerzy królewski Piotr Tomicki, tak oto pisał wówczas o Zygmuncie: "Pan mój we wszystkim jest trudny i jest wielkim kunktatorem".




W listopadzie 1526 r. do Zygmunta I list napisał sułtan Sulejman. Bolał w nim nad śmiercią króla Ludwika II i proponował Polakom pięcioletni rozejm. Oszczędził też jeńców polskich, którzy popadli w niewolę po klęsce pod Mohaczem (choć poległ tam ze sporą częścią rycerstwa - Lenart Gnoiński, który stał na czele 1 500 ochotników z Polski). Rozejm polsko-turecki nie został jednak zawarty (choć Turcy ponowili swą propozycję również i w następnym roku). A tymczasem sułtan Sulejman świętował swe wielkie zwycięstwo. Zaraz po bitwie pod Mohaczem zasiadł w swym namiocie na złotym tronie, gdzie przyjmował gratulacje paszów i bejlerbejów. Przed jego namiotem zaś ułożono piramidę z ponad 15 000 ludzkich głów jako przestrogę na przyszłość dla chrześcijańskich władców. Następnie sułtan nagradzał najdzielniejszych spośród swych wojowników (w tym również wielkiego wezyra - Ibrahima Paszę, którego turban padyszach osobiście udekorował piórem czapli ozdobionym diamentami. Ibrahim stał tam i pławił się nie tylko w blasku chwały Sulejmana, ale również we własnym, gdyż sam sułtan nazywał go "lwem zapamiętale polującym na ofiarę (...) którego lanca była jak dziób sokoła mocy, miecz skażony krwią i jak pazur lwa waleczności"). Następnie Sulejman wysłał listy do gubernatorów prowincji jak również do Konstantynopola - do swej matki Ayse Hafsy, którą pierwszą poinformował o zwycięstwie. Można sobie wyobrazić jak wyglądała radość z owego zwycięstwa w stolicy i samym haremie - gdy sułtanka-matka poleciła odczytać list syna. List kończył się słowami: "To co jeszcze pozostało z narodu niewiernych, zostało wydarte z korzeniami. Chwała niech będzie Bogu Panu Świata". Imperium Osmańskie, które wyrosło na najpotężniejsze królestwo muzułmańskie, miało się teraz czym poszczycić. Odniesione bowiem zwycięstwo, było z pewnością jednym z największych (jeśli nie największym) w dziejach islamu, nic więc dziwnego, że sułtan Sulejman chwalił się, że takiego triumfu: "Żaden ze znakomitych sułtanów ani żaden ze wszechmocnych chanów, ani nawet towarzysze Proroka nie odnieśli", a żyjący w pierwszej połowie XVII wieku, turecki historyk - Ibrahim Pecevi, pisał: "To wielkie zwycięstwo jest jednym z największych w islamie. Po dziś dzień nie ma ani jednego padyszacha, który by odniósł podobne".

Po zwycięstwie Sulejman ruszył na Budę (stolicę Węgier), którą 10 września 1526 r. zdobył i spalił (oszczędził jedynie sam Zamek Królewski - jako swoją siedzibę). Jego żołnierze zaś dokonywali ciągłych mordów i rabunków (ponoć janczarzy, akindży i spahisi mieli diamentami, rubinami oraz wszelkimi innymi kosztownościami powypychane po brzegi swe długie czapki, a i tak to była zaledwie część zrabowanego przez nich dobytku). Z Budy sułtan wywiózł do Konstantynopola posągi Herkulesa, Diany i Apollina (które następnie zostały ustawione nieopodal sułtańskiego Pałacu oraz przed meczetem Hagia Sophia - czym wzbudziły spore zamieszanie a nawet zgorszenie, jako że posągi te były nagie. W serialu "Wspaniałe Stulecie" posągi te ustawia w swoim domu wielki wezyr Ibrahim Pasza, co powoduje że lud stolicy występuje przeciwko niemu, jako "poturczeńcowi" i fałszywemu muzułmaninowi). Sułtan przejął także bogatą bibliotekę króla Macieja Korwina (panował on na Węgrzech w latach 1458-1490), która to została umieszczona w Seraju. W listopadzie sułtan Sulejman wraz ze swoją armią, powrócił w chwale do stolicy. Tam odbyły się wspaniałe uroczystości powitalne. Hurrem witała swego władcę wraz z dziećmi: 5-letnim Mehmedem, 4-letnią Mihrimah, 2-letnim Selimem i jednorocznym Bajazydem (być może był tam również najstarszy syn władcy - 11-letni książę Mustafa, ale nie jest to prawdopodobne). Ucałowawszy ręce padyszacha (jak to było w zwyczaju), zapewne pozdrowiła go formułką: "Niech twoja wojna będzie uświęcona, Sulejmanie Ghazi" - jaką składali sułtanowi jego poddani. Hurrem - jak twierdzili naoczni świadkowie jej urody - miała duże, czarne oczy, ładne, białe zęby i nieco zadarty nos, była szczupła i poruszała się zwinnie. Grała na różnych instrumentach (np. na gitarze) i pięknie śpiewała. Najpiękniejszy jednak miała uśmiech i nie na darmo sułtan nadał jej imię Hurrem - co znaczy "Radosna". Sulejman zasypywał ją listami w których deklarował swą dozgonną miłość (np. taki list: "Moja ty jedyna królowo. Moje ty wszystko. Moja kochana, mój jasny księżycu. Mój intymny towarzyszu. Moja ty wybranko spośród wszystkich piękności (...) Moje życie mogę ci oddać. Moje radości i moje szczęście. Jesteś dla mnie świetlistym porankiem. Moja ty wyjątkowa piękności (...) Jesteś moją największą przyjemnością i zabawą, słońcem na niebie (...) Jesteś rządcą mojego serca i moją gołębicą (...) Moja jedyna ze swymi pięknymi włosami, brwiami niczym łuki i oczami zachwycającymi (...) Stoję u twych drzwi, by rozsławiać cię śpiewając na twoją cześć. Będę to robił ciągle i ciągle". Pisał też bardziej erotycznie, jak całuje jej śliczne usta, pieści piękne piersi i wdycha woń jej ciała).




Mimo to Hurrem wciąż była tylko niewolnicą i nikim więcej. Zapewne w tym właśnie czasie (po urodzeniu trzech synów), zaczęło jej to przeszkadzać i stopniowo przypominała o tym sułtanowi. gdy ten dopytywał czy go miłuje. Ona wtedy mawiała (jak pisze turecki dramaturg Orhan Ascena): "Miłość, mój sułtanie, to wzajemność uczuć, gdzie każdy jest ich panem, ale jeden może powiedzieć: "Jesteś moja ponieważ cię kocham", drugi tego nie może powiedzieć, gdyż jedna strona jest panem swoich uczuć, druga - jest zniewolona. Mówię tak, ponieważ w każdej chwili możesz mnie wezwać do swego łoża, nawet gdybym cię nie kochała, możesz mnie sprzedać, podarować. Ty masz prawo wybierać, ja tylko mogę być posłuszna". Hurrem przez długi czas przypominała Sulejmanowi o swoim podłym położeniu i o tym że nie może zgodnie z wolą swego serca powiedzieć co do niego czuje, gdyż jest tylko jego niewolnicą i musi odpowiadać tak, jak życzy sobie tego jej władca. Gdyby jednak ją wyzwolił i ożenił się z nią jak z wolną kobietą - tak jak jego matka Ayse Hafsa z dynastii krymskich Girejów, w której żyłach płynęła krew Dżyngis-chana, poślubiła jego ojca, sułtana Selima I. Tak samo, jak sułtanka Mahidevran - która również nie trafiła do Konstantynopola jako niewolnica, a była córką czerkieskiego księcia Mirzy Temruka z dynastii Kabardynów. Dlaczego ona miałaby być gorsza? Dlaczego jej synowie mieliby być nazywani potomkami niewolnicy? Z czasem Hurrem dopięła swego i po śmierci Ayse Hafsy w marcu 1534 r. została wyzwolona i oficjalnie poślubiona przez sułtana Sulejmana. Ale nie wybiegajmy zbytnio w przyszłość, gdyż teraz, w listopadzie i grudniu 1526 r. ważyły się losy rozdartych Węgier a stroną aktywną byli tam znów Osmanowie i Habsburgowie, natomiast Jagiellonowie - w osobie ciągle niezdecydowanego króla Zygmunta - znów stali się jedynie biernymi obserwatorami zachodzących zmian. A jednak istniało życie poza Węgrami, jak buńczucznie twierdzili węgierska szlachta, powtarzając wciąż że "Nie ma życia poza Węgrami" (które to motto zamieściłem na wstępie) oraz "pierścieniami naszymi zgnieciemy Osmanów". Cóż, pycha zawsze kroczy tuż przed upadkiem. 



PODZIAŁ WĘGIER PO KLĘSCE POD MOHACZEM

 

CDN.
 

sobota, 23 maja 2020

FILMY MOJEJ MŁODOŚCI

CZYLI MÓJ INDYWIDUALNY WYBÓR

FILMÓW DLA FACETÓW




 
 Jaki powinien być facet w dzisiejszym świecie? Na to pytanie bardzo chętnie i często odpowiada cała masa najróżniejszych znawców, którzy wszelkimi sposobami starają się udowodnić, że w dzisiejszym świecie już nie potrzeba męskich mężczyzn i po prostu "ważne aby być sobą". Pod tym neutralnym, a nawet pozytywnie brzmiącym stwierdzeniem - podpisują się również feministki, które wprowadziły nawet do przestrzeni publicznej określenie "toksyczna męskość" - czyli taka, jaka nie pasuje do preferowanego przez nie wzorca sfeminizowanego mężczyzny. Uważają one (a oprócz nich również i cała masa ogłupianych przez nie kobiet) że facetowi powinno się pozwolić na uzewnętrznianie jego emocji poprzez społeczne przyzwolenie na "męski płacz". Ja tutaj w tym momencie nie chciałbym się wypowiadać na temat społecznego przyzwolenia czy nieprzyzwolenia na wrażliwych mężczyzn (gdyż ja sam zaliczam się do tego grona i niestety jestem zbyt wrażliwy - może to ma związek z moją duszą, która niezbyt dopasowała się do ciała jakie posiadam i stąd te "anomalie" 😉), a raczej do tego, co w ogóle rozumiemy pod nazwą męskość i mężczyzna. Oczywiście że mężczyzna ma prawo do płaczu, ale należy też pamiętać, że gdy mężczyzna płacze - jak mawiał klasyk - to już musi być święto. Bowiem mężczyzna nie jest na tym świecie po to, aby się rozpłakał czy chodził na kozetkę do psychoanalityka - w przypadku pojawienia się nieprzewidzianych trudności, z którymi nie zawsze jest w stanie sobie poradzić. Podstawą istnienia mężczyzny i męskości w ogóle jest natomiast... skuteczność. Mężczyzna bezwzględnie musi być skuteczny i uparcie dążyć do celu. Mężczyzna bowiem jest opoką i ostoją cywilizacji, jaka istnieje na tej planecie od niepamiętnych czasów i gdyby tylko zabrakło mężczyzn - natychmiast cała cywilizacja dobiegłaby końca. Dziś feministki mówią o jakimś wydumanym "patriarchacie", a przecież czym innym jest ów patriarchat, jeśli nie cywilizacją w jakiej funkcjonujemy i do jakiej doszliśmy. Gdyby bowiem istniał matriarchat i żylibyśmy w społeczeństwach zarządzanych przez kobiety, dzisiejsza cywilizacja zatrzymałaby się na poziomie oderwanych od siebie enklaw, i umiejscowiła gdzieś na epoce przedindustrialnej, ale nawet wręcz wczesnej starożytności. Oczywiście dla niektórych feministek byłaby to wizja zapewne niezwykle kusząca, ale w takim świecie musiałyby zrezygnować z tych wszystkich udogodnień współczesności, do jakich ludzkość się przyzwyczaiła i w jakich funkcjonuje (np. z brakiem elektryczności, ciepłej wody, telefonów komórkowych, telewizorów, laptopów, etc. etc. czyli tego wszystkiego co stanowi obecnie naturalny poziom rozwoju społeczeństw). A co ciekawe, społeczeństwa matriarchalne w żaden sposób nie byłyby w stanie zapewnić bezpieczeństwa mieszkańcom własnych enklaw i z czasem przestałyby istnieć, gdyż świat w którym nie rządzą mężczyźni - jest światem anarchii i przemocy, a w takim właśnie świecie zwierzyną są najsłabsi, czyli głównie dzieci i kobiety.

Kobiety oczywiście wcale nie są mniej brutalne od mężczyzn (że tak jest - to także kolejna feministyczna bzdura), ale bez wątpienia są znacznie słabsze fizycznie, mniej odporne (zarówno na długie dystanse, jak i przy zranieniu), oraz niestety (tak jest i to nie jest mój wymysł) mniej inteligentne (co nie oznacza że nie są mądrzejsze od mężczyzn. Mądrość bowiem nie jest równa inteligencji). W przypadku więc bezpośredniej konfrontacji anarchizmu z matriarchatem, ten drugi nie miałby żadnych szans na przetrwanie i bardzo szybko doszłoby do fizycznej likwidacji takich skupisk. Innymi słowy - społeczeństwa matriarchalne byłby zawsze systemami t-y-m-c-z-a-s-o-w-y-m-i i zawsze też jedynym antidotum na potęgującą się anarchię oraz przemoc, byłoby powstanie zorganizowanych cywilizacji typu patriarchalnego. Czy cywilizację taką byliby w stanie stworzyć owi sfeminizowani i zapłakani (jak pragną tego feministki) mężczyźni? Otóż odpowiem że nie, gdyż oni staliby się ofiarami na równi z innymi kobietami i dziećmi. I teraz moje pytanie brzmi - jaka kobieta chciałaby wziąć sobie na męża, zapłakanego i niepotrafiącego z niczym sobie poradzić faceta? Po co jej duże dziecko - żeby się miała nim opiekować? I tutaj dochodzimy znów do przedziwnego poplątania z pomieszaniem, jakie to cechuje płeć żeńską. Otóż kobietom zawsze imponują i podobają się faceci w stylu macho, jednak tylko do chwili, gdy taki facet nie zostanie przez kobietę usidlony. Gdy tak już się stanie, to najchętniej chciałaby go sobie podporządkować, zamieniając w takiego "misiaczka" (być może jest o mechanizm obronny, aby zamknąć drogę innym samicom do własnego samca). Problem polega jednak na tym, że gdy już skutecznie zamieni go w takiego potulnego pantoflarza, to z czasem albo bardzo żałuje tego kroku (wspominając jaki to męski był kiedyś), lub też całkowicie traci do niego sympatię i miłość, a taki związek powoli zamiera. Niestety, taka niekonsekwencja jest bardzo częsta wśród kobiet (co znów nie znaczy że powszechna) i dlatego też nie istnieją społeczeństwa matriarchalne i nigdy takowe (na dłużej) nie zaistnieją. Kobieta bowiem potrzebuje nie tylko mężczyzny ale również swoistego przewodnika, który gdy przyjdzie gorszy czas - nie rozpłacze się wraz z nią, tylko albo będzie wiedział co ma robić (u facetów w sytuacjach kryzysowych, takie działania często są instynktowne), albo też obmyśli sposób jak skutecznie wyjść na prostą, by tym samym zabezpieczyć byt swojej rodziny. I to właśnie dlatego mężczyzna a nie kobieta (jak zapewne chciałyby feministki) jest i pozostanie głową rodziny.

Męskie cechy to odpowiedzialność, honor, skuteczność i skrupulatne dążenie do celu, siła woli a także gotowość sprzeciwu wobec ducha czasów. To mężczyźni stali za największymi zbrodniami w dziejach ludzkości (choć jak słucham niektórych feministek, to mam takie wrażenie że gdyby miały one taką możliwość i więcej odwagi, to zgotowałyby ludzkości koszmar - przy którym dzieła Hitlera, Stalina, Mao Zetonga czy Pol-Pota razem wzięte, to byłyby niewinne zabawy chłopców w piaskownicy), to oczywiście prawda, ale jednocześnie to też mężczyźni stanowią jedyną siłę sprawczą, która konsekwentnie doprowadzała do obalenia tych totalitaryzmów (i to jest właśnie ów męski "sprzeciw wobec ducha czasów"). Mężczyźni więc, choć są agresorami i często krzywdzą kobiety (z drugiej strony istnieje też pokaźna liczna kobiet w każdych społeczeństwach, które krzywdzą mężczyzn - ale o tym akurat się nie mówi) to jednocześnie stanowią ich jedyną skuteczną obronę i gwarancję ich bezpieczeństwa (natomiast feministki jedyne czym mogłyby obdarzyć kobiety, to doprowadzenie swymi działaniami do totalnej anarchii, a tym samym do większej przemocy wobec kobiet. Zresztą nie trzeba wcale daleko wybiegać w przyszłość - to przecież feministki opowiedziały się za masowym otwarciem granic i wpuszczeniem do Europy hord obcych kulturowo i nabuzowanych erotycznie mężczyzn z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Efekt jest taki, że dziś kobiety, jeśli tylko pojawią się w pewnych dzielnicach zachodnioeuropejskich miast bez stosownego stroju i chusty na głowie - to jeśli tylko zostaną oplute i zwymyślane, to będą mogły uważać się za prawdziwe szczęściary. A gwałty są tam na porządku dziennym - i nocnym, zaś feministki siedzą cicho - podobnie jak po wyjściu na jaw informacji o pedofilii w celebryckim światku, za sprawą ostatniego filmu Sylwestra Laskowskiego - i dalej atakują białych, heteroseksualnych mężczyzn, opowiadając swoje rytualne bzdury o "toksycznej męskości" i jednocześnie wystawiając kobiety na ataki dzikusów z Maghrebu. W takim razie ja zapytam inaczej - jeśli feminizm nie jest toksyczną kobiecością, to cóż nią jest?). 

A tak na koniec - wspomniałem już że cała ta nasza cywilizacja opiera się na barkach mężczyzn i stanowią oni jej jedyną podporę. Ale jednocześnie należy pamiętać że gdyby nie było kobiet - to ta cywilizacja również nigdy by nie powstała, jako że choć to mężczyżni są jej twórcami, to jednak kobiety stanowią inspirację do twórczego męskiego działania (często bowiem jest tak, że bez kobiety mężczyznę dopada marazm, apatia i zniechęcenie) i to one stanowią sprawstwo wszelkich męskich podniet (zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych). Obie płcie bowiem wzajemnie się wspierają i sobie służą i gdyby tylko zabrakło jednej z nich, druga także długo by nie przetrwała. Zatem bez kobiet nie byłoby owej męskiej, "patriarchalnej" (jak wolą feministki) cywilizacji, jaką mamy. Z tego też powodu pragnę zaprezentować te filmy i seriale, które - jak sądzę - w znacznej mierze ukształtowały mnie, jako mężczyznę i które powinny oglądać kolejne pokolenia młodych mężczyzn. Oto ich lista:



I

ROCKY






O tym filmie kiedyś już pisałem, jest to według mnie wspaniała opowieść o odwadze, determinacji i uporze, który przełamuje wszelkie ograniczenia i stanowi dokładne odzwierciedlenie tego, z jakim zapałem działali ludzie, którzy odnosili potem wielkie sukcesy (i to zarówno mężczyźni jak i kobiety - przecież taka Maria Skłodowska-Curie miała gdzieś wszelkie ograniczenia czy przeszkody jakie nakładano na jej płeć i skrupulatnie dążyła do wybranego przez siebie celu, odniosząc niesamowity sukces. I to wbrew temu co dziś głoszą feministki, że kobiety kiedyś nie mogły bo "dławił jej podły patriarchat" - mogły, jak chciały i miały wystarczająco dużo siły woli i wewnętrznego zaparcia, to mogły wszystko). Jest to historia chłopaka (Amerykanina włoskiego pochodzenia) który zaczynał jako ochroniarz gangstera, a dzięki własnej sile woli, uporowi, konsekwencji w dążeniu do raz wyznaczonego celu, miłości ukochanej kobiety i wsparciu, jakie uzyskał od człowieka który w niego uwierzył (jego trenera - Micke'go Goldmilla) - osiągnął sukces o jakim z pewnością wcześniej nawet nie marzył. Postać Ricky'ego Balboa jest mi szczególnie bliska, jako że grał go Sylwester Stallone, aktor którego lubię nie tylko za jego kunszt aktorski, ale także dlatego, że nosi to samo imię co mój zmarły ojciec - a przy tym jest do niego niezwykle podobny.  

 

II

SKAZANI NA SHAWSHANK


 



Jest to opowieść o determinacji, sile i męskiej przyjaźni w sytuacji błędu, pomyłki lub złego losu, który niszczy nasze stabilne i poukładane życie. Film opowiada o niesłusznie skazanym bankierze - Andym Defresne (granym przez Tima Robbinsa), który oskarżony o zabójstwo żony i jej kochanka, trafia do więzienia o ciężkim rygorze w Shawshank. Film ten pokazuje, jak niestała jest ta nasza codzienna "stabilizacja" i jednocześnie jak bardzo nowe doświadczenia wpływają na nasze działania i dalsze etapy życia. Film warty obejrzenia, gdyż pokazuje dobitnie że nie wszystko to, co nam się wydaje dobre i pozytywne, jest nim w rzeczywistości, oraz że każdy człowiek jest sumą dobra i zła - pytanie tylko której części swej natury pozwoli wziąć górę.



 III

GRAN TORINO


 

 



Mega film w reżyserii sędziwego już Clinta Eastwooda, który opowiada o współczesnej Ameryce, która w dużej mierze przestała być normalnym krajem. Eastwood gra tu amerykańskiego weterana (polskiego pochodzenia) Walta Kowalskiego, którego największym bogactwem jest jego ukochane auto - Ford Gran Torino z 1972 r. Walt stanowi kwintesencję tej odchodzącego pokolenia Amerykanów, którzy stworzyli bogactwo dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, pracą własnych rąk i a potem walczyła za ten kraj przelewając na wojnach swą krew (pot - krew i łzy). Jego dzieci i wnuki, to zupełnie inne pokolenie, niezainteresowane takimi wartościami jak odpowiedzialność, poświęcenie i praca, a nastawione raczej na to, co przez kilka ostatnich dziesięcioleci było Amerykanom wtłaczane do głów - czyli że w pracy masz się realizować (jeśli w ogóle ją podejmiesz, bo przecież łatwiej jest coś ukraść, lub żyć na czyjeś konto, niż samemu na to zapracować), że najważniejsza jest dobra zabawa, seks, narkotyki i że tylko idioci jeszcze pracują lub walczą za ten kraj. Film ten opowiada o rosnącej fali przestępczości, o gangach młodych chłopaków, którzy nie mając żadnych wzorców, ani też oparcia w żadnych autorytetach, zeszli na drogę przestępstwa. Dziś plaga gangów w USA jest bardzo poważnym zjawiskiem, a przestępczość i zbrodnia jest czymś normalnym (jakiś czas temu widziałem reportaż, gdy dwoje dziennikarzy aby przejść przez dzielnicę gangów, musiało najpierw ubrać się w kamizelki kuloodporne - mimo że i tak byli oprowadzani przez jednego z członków lokalnego gangu). Pytanie brzmi, jak to się stało że w przeciągu zaledwie dwóch dekad (począwszy od lat 50-tych) Ameryka tak się wewnętrznie zeszmaciła. Dawne wartości, takie jak męstwo, odwaga, honor czy szacunek wobec kobiet i kobiecości - dziś nie znaczą zupełnie nic. Dziś można dowolnie każdego zabić bez przyczyny i podania powodu, dziewczyny czy kobiety nazywane są "świniami" lub "sukami" (co jest bez wątpienia dużym osiągnięciem feministek - skoro tak walczyły o tę równość, to właśnie ją mają) i to właśnie współcześnie jest trendy, to jest cool. Dziewczynę też można napaść i zgwałcić, bo skoro są równe mężczyznom, to niech się same bronią (faceci przecież są sfeminizowani i płaczą). I oto właśnie chodzi - o upadek wartości, na jakich zbudowano USA.




Walt Kowalski jest symbolem dawnych czasów, w których panował porządek i bezpieczeństwo. W których kobiety nie bały się wychodzić z domu, bo nie było społecznego przyzwolenia na gwałty czy wszechobecną przemoc (dziś co prawda też nie ma przyzwolenia, bowiem na opanowanych przez lewicę uniwersytetach i w mediach dominuje feminizm, genderyzm i afirmacja homo-związków, a mimo to statystyki gwałtów oraz przemocy wobec kobiet rosną). Nie chodzi jednak o sam brak przyzwolenia, lecz o skuteczność w powstrzymywaniu tego typu patologii. A skąd ma się brać owa skuteczność, skoro mężczyznom wmawia się że powinni płakać jak kobiety, ubierać się jak kobiety a może w ogóle zamienić się w kobiety. Tylko co to da - kobiety zamienią się w mężczyzn? 😌 Jak współczesny facet ma powstrzymać piętrzące się społeczne patologie, skoro ma totalnie wyprany mózg i miast się im przeciwstawić, woli pisać na Facebooku, malować pokojowe hasła i kwiatki na ulicach (po zamachach terrorystycznych), albo się "dowartościowywać". To takiego faceta pragną mieć współczesne kobiety (feministek nawet nie pytam), to jest ideał męskości? To może w ogóle pozwólmy się zamordować, gdyż jak tak ma wyglądać świat to nie warto już w nim żyć, gdyż wszystko co stanowiło o jego sile i pięknie - zostało zniszczone. I o tym jest ten film. Walt Kowalski ostatecznie bierze w opiekę młodego chłopaka - syna chińskich sąsiadów, którzy zamieszkują obok niego - o imieniu Thao, który początkowo próbuje skraść jego auto. Najpierw niechętnie, a potem coraz bardziej nabiera zaufania do chłopaka w którym to dostrzega odrodzenia tej starej Ameryki, która zniknęła lata temu. Uczy go więc co to znaczy być mężczyzną i jakie to niesie za sobą obowiązki, wartości i konsekwencje. Film niesamowity, pokazujący jednak coś jeszcze. A mianowicie to, że tamtą Amerykę zbudowali ludzie pracy, w tym również imigranci przybyli do Nowego Świata z takich katolickich krajów jak Irlandia (Irlandczykiem jest szef firmy budowlanej - przyjaciel Walta - w której zatrudnia się Thao), Włochy (Włochem jest fryzjer, również przyjaciel Walta) czy Polska (Walt jest właśnie polskiego pochodzenia). Tak gwoli przypomnienia kto wykuwał potęgę USA.  



 IV

OJCIEC CHRZESTNY






Trzyczęściowy film, który opowiada o dziejach rodu Corleone, począwszy od nestora rodu don Vito (granego przez Marlona Brando), a skończywszy na bratanku jego syna Vincencie Mancinim (granym przez Andy Garcię). Przyznać się jednak muszę, że ogromne wrażenie na mnie osobiście zrobił nie tyle sam don Vito Corleone (którego często przytacza się jako takiego typowego gangstera z lat 30-tych i 40-tych), ale właśnie Michael Corleone - jego najmłodszy syn i następca (grany przez Ala Pacino). Najsilniej odcisnęła na mnie piętno jedna scena, gdy Michael był na Sycylii i gdy poprosił o rękę córki pewnego Sycylijczyka. Przyznam się szczerze, że ta jedna scena, dosłownie wcisnęła mnie w fotel, ten spokój, to opanowanie i ta logiczna konsekwencja dążenia do raz wyznaczonego celu - niesamowite. To według mnie jest właśnie pełna kwintesencja męskości, która bez wątpienia sprawia że od setek (a może tysięcy) lat, tabuny niewiast przez to jedno męskie spojrzenie są gotowe na wszystko. 




  

PS: Postaram się także przygotować listę filmów dla kobiet, które (według mnie) powinny obejrzeć współczesne panny i mężatki, a które to świadczą o sile i pięknie kobiecości.