Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EPOKA10 - OKRES OŚWIECENIA I REWOLUCJI (1776 - 1799). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EPOKA10 - OKRES OŚWIECENIA I REWOLUCJI (1776 - 1799). Pokaż wszystkie posty

środa, 7 lutego 2024

AMERICAN STORY - Cz. VIII

DZIEJE STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW





CIEKAWOSTKI Z LAT WOJNY O NIEPODLEGŁOŚĆ
(1775-1783)


II
OPOWIEŚĆ O GENERALE LEE




 Mężczyzna o którym dzisiaj pragnę opowiedzieć, nosił imię Charles Lee i był prawdziwym dzieckiem fortuny. Niewielu bowiem jest bohaterów romansów, którzy mają tak szerokie i różnorodne doświadczenia i angażują się w tak wiele dziwnych i czasem nierozsądnych przedsięwzięć, a takim właśnie był ów generał Charles Lee który w pewnym momencie zapragnął wejść w buty samego Waszyngtona i stać się głównodowodzącym amerykańskiej Armii Kontynentalnej walczącej z Brytyjczykami o niepodległość trzynastu kolonii. Tak się jednak nie stało i to bardzo doskwierało Lee, który wręcz stwierdził że Amerykanie najwidoczniej są głupcami, skoro wybierają na swego przywódcę (chodziło tutaj oczywiście o przywódcę wojskowego) człowieka, który nie ma pojęcia o wojnie i który jest dyletantem w tych sprawach, zamiast niego - czyli człowieka z ogromnym doświadczeniem wojennym, które uzyskał w wielu krajach (m.in. w Polsce, w Turcji i w Rosji). Lee był też cholerykiem, łatwo wpadał w furię, a jednocześnie był to człowiek, który pragnął innym wydawać rozkazy, ale nie chciał aby ktokolwiek jemu je wydawał. Zjeździł wiele krajów, Wojaczka stała się jego domem i w trakcie walki czuł się naprawdę dobrze. Miał też ogromne ambicje, których nie były w stanie sprostać ani Wielka Brytania, ani nawet rodzące się Stany Zjednoczone. Bez wątpienia jednak najbardziej doskwierało mu to, że to nie on, a Waszyngton stał na czele Armii Kontynentalnej.

Przyszły generał Charles Lee urodził się 6 lutego 1732 r. (Wówczas w Anglii obowiązywał kalendarz juliański zatem był to dzień 26 stycznia, dopiero w 1752 r. w Anglii, Irlandii i Walii wprowadzono kalendarz gregoriański, Szkocja zaś przyjęła go jeszcze w 1600 r. W Rzeczpospolitej, we Francji, w księstwach włoskich i w Hiszpanii kalendarz ten przyjęto w 1582 r.). Przyszedł na świat w wiosce Darnhall w hrabstwie Cheshire. Jego ojciec John Lee był generałem dywizji Armii Brytyjskiej, matka zaś - Izabella Bunbury, również pochodziła z rodziny ziemiańskiej. Młody Charles dorastał w dostatku i spokoju, co jednak nie było zgodne z jego charakterem. Pragnął pójść w ślady ojca i po skończeniu szkoły króla Edwarda VI w Stradford upon-Avon, zakupił najpierw szarżę chorążego, a następnie porucznika i wraz ze swoim 44 Pułkiem Piechoty został wysłany w 1754 r. do Ameryki na wojnę z Francuzami i Indianami (wyprawą tą dowodził gen. Edward Braddock). Po klęsce Braddocka w bitwie pod Monongahelą w lipcu 1755 r. Lee wycofał się na pewien czas do dziczy, gdzie zaprzyjaźnił się z indiańskim plemieniem Mohawków i zamieszkał wraz z nimi. Otrzymał tam przezwisko "Wrząca Woda" które zgodne było z jego temperamentem, oraz poślubił jedną z kobiet, która urodziła mu bliźniaki. Cały czas był jednak pod rozkazami i gdy w 1757 r. nadciągną z posiłkami gen. Abercrombie, przyłączył się do niego. Dalej walczył o Fort Niagara (1759) i o Montreal (1760). Kilkukrotnie był ranny, często wdawał się też w bójki. Z końcem 1760 r. (po zakończeniu tej kampanii) powrócił do Anglii, gdzie jednak nie mógł znaleźć dla siebie miejsca (pomimo tego że miał tam  znaczny majątek ziemski).




W 1762 r. zaciągnął się więc na ochotnika do Armii Portugalskiej, w której szeregach walczył z Hiszpanami. Po odparciu hiszpańskiej inwazji na Portugalię (w listopadzie 1762 r.) i po zawarciu Traktatu Paryskiego (luty 1763 r.) kończącego Wojnę Siedmioletnią całkowitym zwycięstwem Wielkiej Brytanii nad Francją i przejęciem francuskich kolonii w Ameryce Północnej (był to upadek tzw. pierwszego kolonialnego Imperium Francuskiego, narodziny drugiego Imperium zaczną się w wieku XIX od podboju ludów Afryki i państw w Azji Południowo-Wschodniej). Lee powrócił do Wielkiej Brytanii, lecz w swoim angielskim majątku popadał w nudę i nie mógł znaleźć dla siebie miejsca. Postanowił więc zostać... politykiem. Wstąpił do frakcji Wigów (stronnictwo liberalne), ale nie dostał się do Parlamentu a polityczne dysputy mierziły go i nudziły coraz bardziej. Tęsknił za wojną i walką, gdyż nie mógł się odnaleźć w czasie pokoju i pragnął czym prędzej wrócić do swojej ukochanej brawury, podszytej nutką strachu i niepewności. Noce spędzał w ramionach coraz to innych kobiet, próbując zagłuszyć ból, jaki odczuwał z powodu braku adrenaliny. Gdy poczuł że usycha z powodu nic nierobienia, postanowił opuścić Anglię i wyjechać na Wschód, do Rzeczpospolitej, gdzie został adiutantem sztabu króla Stanisława Augusta Poniatowskiego (1765 r.). Tutaj wdał się w romans z pewną szlachcianką, kilkukrotnie został też wyzwany na szable, ale to było zbyt mało. Żadna wojna się nie toczyła, więc bardzo szybko znudził się Polską i postanowił... udać się do Turcji (1767 r.), gdzie były większe nadzieje na wojaczkę (tym bardziej że Imperium Osmańskie szykowało się do wojny z Moskwą).

Wszedł więc na służbę do sułtana Mustafę III i gdy zaczęła się wojna z Rosją (lato 1768 r.) otrzymał zadanie ewakuowania osmańskiego skarbu z Mołdawii do Konstantynopola. Nosił wówczas typowy strój turecki, turban i luźne spodnie. Ze swojej misji wywiązał się wzorowo, ale jako giaurowi nie pozwolono mu wziąć udziału w walkach, tak więc z końcem 1768 r. wrócił do Wielkiej Brytanii. Tutaj starał się o wyższe stanowisko wojskowe i umożliwienie mu dowodzenia armią polową, ale brytyjskie dowództwo uznało, że nie ma on jeszcze takiego doświadczenia aby można było mu to umożliwić. Charles Lee był tym mocno przygnębiony, często też twierdził że w sporze amerykańskich kolonistów z brytyjskim rządem to właśnie ci pierwsi mają rację i mówił o tym publicznie, nawet w czasie oficjalnych spotkań czy najróżniejszych bali do jakich dochodziło (chociażby w Balmoral). Taka postawa nie wpłynęła jednak na jego przełożonych i czując się niedowartościowany (a z pewnością mocno obrażony), znów opuścił Anglię i wrócił do Polski (1769 r.). Tutaj jednak też nie mógł znaleźć sobie miejsca i wkrótce potem (1770 r.) wyjechał do Rosji, gdzie caryca Katarzyna II powierzyła mu dowództwo nad oddziałem Kozaków. Wciąż toczyła się jeszcze wojna rosyjsko-turecka i teraz Charles Lee stanął po drugiej stronie barykady tocząc walki z Turkami. Jego pomysły były jednak dosyć ekstrawaganckie, (chciał np. wyprawić się do Konstantynopola i porwać samego sułtana), a jego niepohamowany temperament budził sprzeciw Moskali. Zniechęcony tym wszystkim opuścił Rosję i w 1771 r. udał się na Węgry (Królestwo Węgier wchodziło wówczas w skład Monarchii Habsburgów) gdzie wdawał się w najróżniejsze awantury i romanse (często był wyzwany na szable), ale ponieważ tam również nie toczyła się żadna wojna, opuścił Węgry i wyjechał do Włoch (1772 r.) gdzie także jego czas zapełniły pojedynki i romanse (w czasie jednego z pojedynków na szable stracił dwa palce). 

Wkrótce potem powrócił do Anglii i tam zastał kraj w trakcie podniecenia związanego z koloniami amerykańskimi. Postanowił więc powrócić do Ameryki w 1773 r. i osiadł w Wirginii, gdzie w 1775 r. zakupił posiadłość ziemską w hrabstwie Berkeley. Jeszcze przed wybuchem tzw Rewolucji Amerykańskiej, Lee przez dziesięć miesięcy podróżował po Stanach, poznając ludzi, kraj i zawiązując przyjaźnie. W 1775 r. (gdy zwołany został II Kongres Kontynentalny) Lee czuł się już Amerykaninem, a nie Brytyjczykiem i twierdził, że gotów jest poświęcić swój majątek który zostawił w dawnym kraju, na korzyść uzyskania nowego obywatelstwa, pod warunkiem jednak, że Amerykanie chwycą za broń i będą walczyć w obronie swej Niepodległości. Kongres przyznał Charlesowi Lee stopień generała dywizji. Było to wysokie stanowisko, znacznie wyższe niż to, co uzyskał do tej pory w Armii Brytyjskiej, ale stanowisko to nie odpowiadało mu, tym bardziej że Kongres dowództwo nad armią kontynentalną powierzył w ręce generała Jerzego Waszyngtona, który nie miał takiej wiedzy ani takiego doświadczenia wojennego, jakie posiadał Lee. Dlatego też liczył, że Waszyngton zrezygnuje ze swojej funkcji głównodowodzącego armią i zaproponuje to stanowisko właśnie jemu, ale tak się nie stało. Dlatego też nazywał Waszyngtona "wiejskim dżentelmenem" i często drwił z jego doświadczenia bojowego. Poza tym z chwilą gdy wybuchły pierwsze walki w 1775 r. i Lee jako generał dywizji stał się jednym z buntowników, było oczywiste, że jego majątek w Wielkiej Brytanii zostanie skonfiskowany przez Koronę, dlatego też jeszcze podczas trwania Kongresu Kontynentalnego zapewnił sobie rekompensatę finansową za ową stratę. W każdym razie Charles Lee gorąco namawiał Kongres do głosowania za wojną i za Niepodległością Stanów amerykańskich, teraz już Zjednoczonych.




Podczas niepowodzeń kampanii Waszyngtona w New Jersey, Lee był pierwszym krytykiem jego postanowień i oskarżał go o to, że brak sukcesów spowodowany jest jego dyletanctwem (tylko używał do tego nieco bardziej wyszukanych słów). Zresztą postępowanie gen. Lee było nieco dwuznaczne. Co prawda pragnął walki i zwycięstwa swojej nowej ojczyzny, ale nie chciał aby zwycięstwa te zapisać na konto Waszyngtona i gdybym mógł podstawić mu nogę w jakiejkolwiek formie, to był do tego pierwszy i radował się z jego niepowodzeń. Zimą 1776 r. gdy w Waszyngton potrzebował jego pomocy, Lee nie zjawił się w New Jersey. Zamiast tego planował wyjść na tyły Armii gen. Cornwallisa i tym samym udowodnić, że jest znacznie lepszym dowódcą niż ten "wiejski dżentelmen". I rzeczywiście, w bitwie pod Trenemont Lee odniósł spory sukces, który jednak nie został w pełni wykorzystany, gdyż 12 grudnia 1776 r. w tawernie w Basking Ridge (w New Jersey) "Pan z Wirginii" został otoczony przez "czerwone płaszcze" (co ciekawe Brytyjczyków nazywano też "smokami") i zagrożono że jeśli się nie podda, budynek zostanie spalony z nim w środku. Kobiety z tej tawerny zadeklarowały, że mogą ukryć go pod pierzynami w taki sposób, że nie będzie widać że on tam jest i nawet jeśli Brytyjczycy przeszukają dom, to go nie znajdą. Było to zapewne jakieś wyjście, ale gen. Lee uznał, że chować się pod pierzyną to jest wbrew jego honorowi i temperamentowi. Wyszedł więc przed budynek i poddał się Brytyjczykom. Owe poddanie się nie było jednak wzniosłe, gdyż Lee nie zdążył ubrać munduru, był w kapciach i w szlafroku, a Brytyjczycy kazali mu dosiąść konia i zabrali ze sobą do więzienia w Nowym Jorku.

Obecność gen. Charlesa Lee w owym więzieniu też nastraja pewne dwuznaczności. Ponoć Lee miał tam wyrzec się swoich dotychczasowych zamiarów i swego amerykańskiego nowego obywatelstwa). Zadeklarował też, że jeżeli uzyska wybaczenie od króla, to powróci do Wielkiej Brytanii. Waszyngton jednak o tym nie wiedział i zaproponował Brytyjczykom wymianę jeńców, do której doszło na początku kwietnia 1778 r. Charles Lee wrócił więc na swoje dotychczasowe stanowisko generała dywizji, ale jego mniemanie o sobie i niechęć dla Waszyngtona wcale nie ustąpiły, a wręcz przeciwnie. Uważał teraz że jeszcze bardziej nadaje się na głównodowodzącego Armią Kontynentalną. Gdy w czerwcu 1778 r miała miejsce nierozstrzygnięta bitwa pod Monmouth, Lee oficjalnie przed jej rozpoczęciem stwierdził, że nie zamierza dłużej słuchać rozkazów Waszyngtona i będzie postępował tak, jak uzna za stosowne. I rzeczywiście, bitwa ta nie zakończyła się amerykańskim zwycięstwem głównie z powodu Lee, gdyż dowodzony przez niego oddział (liczący 5000 żołnierzy) nie tylko zaprzestał walki, ale wycofał się, a gdy Waszyngton zapytał dlaczego tenże się wycofuje, Lee stwierdził, że tak będzie lepiej, gdyż nie ma sensu teraz ryzykować. Tego dnia doszło do prawdziwej awantury pomiędzy Waszyngtonem i Lee, i to w takiej formie, że wielu twierdziło, iż nigdy nie słyszało żeby Waszyngton z kimkolwiek ze swoich żołnierzy rozmawiał takimi słowy, jak wówczas rozmawiał z Lee. Kazał mu wrócić do walki w dość ostry sposób co też się stało, ale mimo wszystko Amerykanie tej bitwy nie wygrali i z tego powodu Waszyngton oskarżył go o zaniechanie i odmowę wykonania rozkazu przełożonego, a Lee stanął przed sądem wojennym, który zawiesił go w obowiązkach dowódcy na rok. Charles Lee nie wrócił już jednak do Armii i pozostał w swoim majątku w Wirginii, gdzie stał się utrapieniem dla swych sąsiadów. Dochodziło do takich kuriozalnych sytuacji, że wielu z nich twierdziło iż Lee oszalał (np. strzelał na powitanie do swych sąsiadów, albo tworzył zasieki w które wpadały zarówno zwierzęta jak i ludzie). Stawał się coraz bardziej zgryźliwy i sfrustrowany, nie mógł do końca swych dni wybaczyć Waszyngtonowi, że ten odebrał mu należne - jak twierdził miejsce - głównodowodzącego Armii Kontynentalnej.




Lee zmarł w swym majątku 2 października 1782 r. w wieku 50 lat. Jego ostatnia wola została zapisana w odczytanym następnie testamencie, a brzmiała ona: "Pragnę najgoręcej, abym nie został pochowany w żadnym kościele lub na cmentarzu kościelnym, ani w promieniu mili od żadnego domu spotkań prezbiterianów lub anabaptystów, ponieważ odkąd mieszkam w tym kraju, spotykam się w życiu z tak złym towarzystwem, że nie zamierzam kontynuować tego po śmierci".


CDN.

piątek, 26 stycznia 2024

AMERICAN STORY - Cz. VII

DZIEJE STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW





 Ponownie wracam do tej, nieco już zapomnianej serii tematycznej, aby ponownie tchnąć w nią nieco więcej życia. Ostatnim tematem jaki omawiałem, to było założenie fortu Jamestown w 1607 r. (przy wydatnej pomocy kolonistów z Polski sprowadzonych tam w roku następnym, o czym wydaje mi się Amerykanie zapomnieli, albo też nie chcą pamiętać), oraz przybycie pielgrzymów na statku Mayflower w 1620 r. Na ten temat mam dosyć dużo informacji (łącznie z dziennikiem pokładowym, prowadzonym od 15 lipca 1620 do 6 maja 1621 r.). Mimo to postanowiłem dzisiaj nieco zmienić charakter tematyczny i po tak długiej przerwie wprowadzić nieco ciekawostek z ziem, na których w przyszłości powstaną Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Do tematu anglo-amerykańskich kolonii wrócę niebawem, a tymczasem zapraszam na wydaje mi się krótką serię amerykańskich ciekawostek.



CIEKAWOSTKI Z LAT WOJNY O NIEPODLEGŁOŚĆ
(1775-1783)



PONIŻSZE ZDJĘCIE PRZEDSTAWIA SCENĘ Z WOJNY SECESYJNEJ, A NIE Z WOJNY O NIEPODLEGŁOŚĆ, ALE POMIMO TEGO TRZYMA SIĘ KLIMATU DZISIEJSZEGO TEMATU DLATEGO GO TUTAJ UMIEŚCIŁEM)




I
DZIENNIK PANI MARGARET HILL MORRIS


 Gdy mówimy o amerykańskiej Wojnie o Niepodległość, najczęściej pojawiają nam się przed oczyma bohaterscy amerykańscy patrioci, walczących o wolność dla siebie, swych potomków i niepodległość swej ziemi, która pragnie być wolna od jakiejkolwiek tyranii (choćby nawet ów tyran nosił koronę królewską). Pięknie ten motyw utrwalił nam chociażby film "Patriota" z Melem Gibsonem z 2000 roku, w którym pokazane jest jak (początkowo) garstka idealistycznych zapaleńców, pragnie wyzwolić swoją ziemię spod tyranii okrutnych Brytyjczyków. Ale jak wiemy życie nie pisze tak czarno-białych scenariuszy i każda wojna przynosi ze sobą okropne morze cierpienia, szczególnie dla cywili (choć oczywiście w tamtych wojnach głównie jednak ginęli żołnierze). Wojna amerykańsko-brytyjska z lat 1775-1781(83) jest tutaj wyjątkowym przykładem, ponieważ idealistyczna wizja amerykańskich pięknoduchów walczących za Ojczyznę i brytyjskich morderców nie jest (do końca) prawdziwa. Tak naprawdę nie można powiedzieć że jedna strona była "tą dobrą" a druga "tą złą", ponieważ obie strony w tej wojnie dopuszczały się nieprawdopodobnych wręcz okrucieństw i zbrodni. Spalenie kościoła z zamkniętymi w środku ludźmi (z filmu "Patriota") jest tego dobitnym przykładem, ale tak postępowali również Amerykanie - czyli ci, którzy walczyli o niepodległość własnej ziemi. Jedna i druga strona dopuszczała się potwornych okrucieństw i trudno ten konflikt porównać z jakimkolwiek innym, nawet z późniejszą Wojną Secesyjną z lat 1861-1865 (która również była niezwykle okrutna). Dlatego mówienie o pięknoduchostwie tamtych Amerykanów, służy tylko i wyłącznie umacnianiu ducha patriotyzmu w narodzie (jeśli w ogóle możemy jeszcze dzisiaj tak określić mieszkańców Stanów Zjednoczonych). Inną sprawą jest fakt, że wcale nie wszyscy Amerykanie tak chętnie podjęli walkę o niepodległość. Było wśród nich wielu niezdecydowanych i równie wielu zdeklarowanych zwolenników Korony, którzy ów bunt i wszczętą w jego wyniku wojnę, uznali za zdradę wobec króla i ojczyzny. Oczywiście, zwolenników Niepodległości było więcej, ale to wcale nie oznacza że ta druga strona nie była równie zdeterminowana i gotowa do wsparcia dla wojsk Jego Królewskiej Mości, króla Jerzego III.

Kwestia Niepodległości była bardzo żywym tematem w tamtym czasie i dosłownie dzieliła między siebie rodziny do tego stopnia, że syn stawał przeciwko ojcu, brat przeciw bratu, rozpadały się małżeństwa, ojcowie wychodzili w pole by walczyć o Niepodległość, a synowie przyłączali się do zwolenników Korony - albo na odwrót. Najbardziej intensywne walki pomiędzy tymi dwoma przedstawicielami ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa, miały miejsce w New Jersey, gdzie walka między wigami (w większości zwolennikami Niepodległości) i torysami (w większości zwolennikami Korony) wydawała się najbardziej zacięta i spektakularna. W tym właśnie regionie (z chwilą gdy Armia Brytyjska zdobyła Nowy Jork - koniec sierpnia 1776 r. z tym że Armia Kontynentalna pod dowództwem Jerzego Waszyngtona utrzymała się na Bronksie do połowy października), miasto to stało się głównym centrum zrzeszającym lokalnych zwolenników Korony. Wielu lojalistów wyjechało więc tam, gdzie uczucia patriotyczne nie były tak silne jak na prowincji (choćby we Freehold, miasteczku, gdzie patrioci powiesili kilku prominentnych torysów - swoich sąsiadów - a większość z nich wtrącili do więzienia). To właśnie w Nowym Jorku założono kompanię wojskową pod nazwą "Stowarzyszenie Lojalistów" którą dowodził William Temple Franklin (syn Benjamina Franklina - tego który wynalazł piorunochron i który już w 1754 r. czyli na 20 lat przed wybuchem Amerykańskiej Rewolucji - która tak naprawdę rewolucją nie była, ale nie o tym teraz - w "Pensylvannia Gazette" umieścił karykaturę podzielonego na 13 części węża z podpisem "zjednoczenie albo śmierć"), a który został mianowany przez króla gubernatorem New Jersey (to był właśnie jeden z przytoczonych przeze mnie wyżej przykładów dzielących rodziny, tym bardziej że konflikt pomiędzy starszym a młodszym Franklinem był dosyć ostry). Lojaliści co prawda byli w mniejszości, ale należy pamiętać że zwolennicy Niepodległości z 4 lipca 1776 r. Nie gwarantowali owej równości o którą pisali, wszystkim ludziom, a wręcz przeciwnie - w dużej mierze "Amerykańska Rewolucja" była rewolucją bogatych, chociaż oczywiście krew w bitwach najczęściej przelewali najbiedniejsi (wśród których pojawiały się też i takie głosy że ci z "Filadelfii nas sprzedali"). Zresztą pierwotnie Kongres Kontynentalny nie chciał wcale uchwalenia Niepodległości i jeszcze w 1775 r. wzdragał się przed taką myślą, deklarując jednocześnie swoją wierność Koronie. Potem oczywiście to się zmieniło ze względu na nieustępliwość króla, ale lojalistów mimo to było bardzo wielu i o jednej z takich osób pragnę opowiedzieć.




Pani Margaret Hill Morris mieszkała w Burlington i była kwakierką (owo  zgromadzenie religijne wyrzekało się m.in. przemocy - co oczywiście nie oznaczało że kwakrzy nie uczestniczyli w tej wojnie). Była też gorącą zwolenniczką Korony czyli lojalistką. W swych pamiętnikach opisuje pewne wydarzenie, które miało miejsce w styczniu 1777 r. a w którym ona osobiście uczestniczyła, ukrywając jednego ze ściganych lojalistów w swoim domu. Pani Morris była majętną wdową mieszkającą (wraz z dwoma synami) w dzielnicy Green Bank, jednej z najpiękniejszych części Burlington z widokiem na rzekę. W jej domu przebywał nawet gubernator Franklin, z czego była bardzo dumna. Prawdopodobnie też jej zmarły małżonek zbudował w tym domu pewne ukryte pomieszczenie, do którego wchodziło się przez szafę na bieliznę (chociaż było ono przestronne i wygodne). Aby się do niego dostać, należało zdjąć pościel z półek, wyciągnąć półki i otworzyć małe drzwiczki z tyłu szafy, tak, że do tego ciemnego pokoju można było wejść tylko mocno się schylając. Człowiek który uzyskał schronienie w jej domu (i ukrywany był tym właśnie pomieszczeniu) nazywał się Jonathan Odell i był rektorem Kościoła Mariackiego w Burlington. Był on zarówno pastorem, lekarzem jak i torysem - czyli lojalistycznym zwolennikiem Korony. Gdy do Burlington wcześniej wkroczyły najemnę oddziały niemieckie (służące w Armii Brytyjskiej) z Hesji-Darmstadt, to właśnie dzięki jego autorytetowi miasto nie zostało przez nich splądrowane, czym niezwykle wsławił się wśród mieszkańców. Gdy zaś do miasta wkroczyli "patrioci", Odell musiał się ukryć (bo inaczej zapewne zostałby powieszony), a ową kryjówkę znalazł właśnie w domu pani Margaret Hill Morris. Ona to prowadziła pamiętnik w którym opisała całe to zdarzenie (dziś przytoczę kilka fragmentów z tego pamiętnika, przy czym takie określenia jak "wróg" czy "gondole" odnoszą się zarówno do zwolenników Niepodległości, jak i do amerykańskich kanonierek). Pani Morris zapisała:

"Od 13 do 16 stycznia otrzymaliśmy różne doniesienia o zbliżaniu się i wycofywaniu wroga; grupy uzbrojonych ludzi brutalnie wkroczyły do miasta i przeprowadzono pilne poszukiwania torysów. Część szlachty gondolowej włamała się i splądrowała dom Reda Smitha około południa tego dnia. 

Bardzo straszna relacja o tysiącach przybywających do miasta, a teraz faktycznie widzianych na Gallows Hill: mój nieostrożny syn chwycił lunetę i pobiegł w stronę młyna, żeby im się przyjrzeć".




Syn pani Morris szukał najpierw dobrego miejsca skąd mógłby obserwować zbliżających się do miasta żołnierzy Armii Kontynentalnej, ale nie udało mu się takowego znaleźć i poszedł nad rzekę, skąd obserwował płynące gondole. Tam został jednak dostrzeżony i ruszono za nim w pogoń, a on uciekał w stronę domu. Grupka mężczyzn pobiegła w tym kierunku i zaczęła głośno pukać do drzwi domu pani Morris (gdzie też schował się jej syn). Ta, będąc śmiertelnie przerażoną, otworzyła drzwi i spytała czego od niej chcą, a gdy powiedzieli jej, że widzieli szpiega, który ich obserwował i że zapewne schronił się w tym domu. Wtedy stwierdziła, że to był tylko jej syn, który jako chłopiec był ciekawy tego, co się dzieje, zabrał lunetę z domu i chciał zobaczyć żołnierzy. Nie jest on jednak ich wrogiem i nie wspiera torysów ani tym bardziej Brytyjczyków. Żołnierze powiedzieli że mimo to szukają pewnego ukrywającego się tutaj w okolicy "uchodźcy" (tak zwolennicy Niepodległości nazywali lojalistów), a w tym czasie już Jonathan Odell przebywał w jej domu w owym ukrytym pokoju. Widząc że żołnierze mają ochotę wejść i przeszukać jej posiadłość, zapytała:

- "Mam nadzieję że nie jesteście Hesjanami?" (niemieccy najemnicy słynęli z tego, że byli dosyć brutalni. Zresztą trudno się dziwić, skoro byli najemnikami i zależało im tylko na tym, co można zdobyć - skoro wojna była tylko biznesem).

- "Czy wyglądamy na Hesjan?" - zapytał żołnierz.

- "Tego nie wiem?" odpowiedziała kobieta.

- "Czy widziałaś kiedyś Hesjanina?"

- "Nie, nigdy w życiu. Ale z tego co wiem, to oni są ludźmi i wy jesteście ludźmi i możecie być Hesjanami. Ale pójdę z wami do domu pułkownika Koxa, chociaż tam w młynie to rzeczywiście był mój syn, który nic złego nie robił i chciał tylko zobaczyć żołnierzy".

Ponieważ dom pułkownika Coxa był pusty a klucz znajdował się u pani Morris, zaprowadziła ona ich tych żołnierzy właśnie tam, gdyż tego chcieli, a pod dokonaniu rewizji przeszukali jeszcze dwa sąsiednie domy i niczego nie znalazłszy odpuścili sobie przeszukiwanie domu pani Morris, zdając sobie sprawę że zapewne i tam niczego nie znajdą. Dzięki temu ukryty tam Jonathan Odell mógł ujść bezpiecznie, ale i tak jeszcze tej samej nocy w obawie że żołnierze powrócą, pani Morris zaprowadziła pastora Odell'a do miasta, gdzie jego ochroną zajęli się inni ludzie. Potem udało mu się przedostać do Nowego Jorku będącego w rękach Brytyjczyków. Dalej jednak w swym pamiętniku pani Morris daje upust refleksjom moralnym na temat tej toczącej się wojny.

"14 stycznia. Słyszałam, że gen. Howe wysłał prośbę do Waszyngtona, prosząc o trzydniowe zaprzestanie walki w celu opieki nad rannymi i pogrzebania zmarłych, czego mu jednak odmówiono: jakąż żałosną tendencją jest wojna, która zatwardza ludzkie serce przeciwko delikatności ludzkich uczuć. Cóż, można to nazwać okropną sztuką zmieniania natury człowieka. Myślałam, że nawet narody barbarzyńskie żywią pewien rodzaj religijnego szacunku dla swoich zmarłych".




Gdy jakiś czas potem generał Putnam przybył do Burlington aby sądzić tutaj kilku schwytanych torysów, przywiózł też ze sobą (płynąc na gondolach) znaczną ilość chorych i słabych żołnierzy, którymi opiekowały się ich żony (zapewne zabrane tam charakterze kucharek i pielęgniarek). Ponieważ liczyli że w Burlington znajdą zawodowych lekarzy, mocno się zdziwili, gdy okazało się że żadnych lekarzy nie ma w mieście, bowiem ci, którzy wspierali patriotów, poszli do Armii Kontynentalnej, a reszta dołączyła do wojsk brytyjskich. Opieką medyczną musiały więc zajmować się lokalne kobiety, które leczyły za pomocą herbat ziołowych, domowych plastrów i mikstur. Oczywiście pani Morris była jedną z najbardziej zaangażowanych w pomoc medyczną kobiet z miasta Burlington. Wszyscy sobie chwalili jej życzliwość i pomoc oraz to że realnie pełniła tam rolę lekarza. Właśnie wówczas (z gen. Putnamem) przybyli miasta żołnierze chorzy na malarię, wśród których lady Morris poznała dwóch z tych, którzy wcześniej chcieli ukarać jej syna za podglądanie ich nad brzegiem rzeki. Pani Morris tak to opisała:

"Myślałam, że otrzymałam całą moją zapłatę, kiedy z wdzięcznością przyjęli całą moją dobroć, ale wkrótce potem do drzwi podszedł bardzo szorstki, źle wyglądający mężczyzna i zapytał o mnie. Kiedy do niego podeszłam, on odciągnął mnie na bok i zapytał, czy mam jakichś przyjaciół w Filadelfii. Pytanie to mnie zaniepokoiło, sądząc, że szykuje się jakaś krzywda temu biednemu miastu, ale spokojnie odpowiedziałam: 

- Mam starego teścia, kilka sióstr i innych bliskich przyjaciół. 

- No cóż - powiedział mężczyzna, - Czy chcesz ich wysłuchać lub wysłać im coś w ramach pokrzepienia? Jeśli tak, zajmę się tym i przyniosę ci wszystko, o co poślesz.  

Byłam oczywiście bardzo zaskoczona i myślałam, że chcę tylko zaopatrzyć się w prowiant na gondole, kiedy powiedział mi, że jego żonie dałam lekarstwa i że tylko w ten sposób mógł mi zapłacić za moją dobroć. Serce podskoczyło z radości i zabrałam się za przygotowanie czegoś dla moich drogich, nieobecnych przyjaciół. Wkrótce przyniesiono ćwiartkę wołowiny, trochę cielęciny, drobiu i mąki, a około północy przyszedł człowiek i zabrał je na swoją łódź".

Dwie noce później rozległo się intensywne pukanie do jej drzwi, tak to opisała:

"Otwierając okno usłyszeliśmy męski głos mówiący: 

- Zejdź cicho i otwórz drzwi, ale nie wnoś światła. 

Było coś tajemniczego w takim wezwaniu, więc postanowiliśmy zejść na dół i zapalić świecę w kuchni. Kiedy dotarliśmy do drzwi wejściowych, zapytaliśmy: 

- Kim jesteś? 

Mężczyzna odpowiedział: „

- Przyjaciel, otwórzcie szybko.

Więc drzwi się otworzyły, a kto to powinien być, jeśli nie nasz uczciwy gondolista z listem, korcem soli, dzbankiem melasy, torbą ryżu, trochę herbaty, kawy i cukru i trochę szmatek na płaszcz dla moich biednych chłopców - wszystko przysłane przez moje dobre siostry. Jak nasze serca i oczy przepełniły się miłością do nich i wdzięcznością naszemu Ojcu Niebieskiemu za tak szczodre zapasy. Obyśmy nigdy o tym nie zapomnieli. Będąc teraz tak bogaci, uznaliśmy za swój obowiązek rozdać trochę biednym wokół nas, którzy opłakiwali brak soli, więc podzieliliśmy buszel i daliśmy po kuflu każdemu biednemu, który po niego przyszedł".

Pani Margaret Hill Morris przeżyła tę wojnę i dopiero po jej zakończeniu (czyli po upadku Yorktown w 1781 r.) mogła bezpiecznie odwiedzić swoich bliskich w Filadelfii. Teraz byli oni już obywatelami nowego kraju (chociaż jeszcze oficjalnie nie był on zjednoczony, ale zwycięska Wojna o Niepodległość dała ku temu asumpt) czyli Stanów Zjednoczonych Ameryki, uznanego przez Koronę brytyjską dopiero w 1783 r.





PS: W ręce wpadłem dosyć ciekawa rzecz, a mianowicie amerykańska książka kucharska z 1921 r. i choć osobiście rzadko gotuję, to od czasu do czasu lubię poeksperymentować w kuchni i postaram się w najbliższym czasie kilka przepisów z tej książki również zaprezentować.




CDN.

czwartek, 4 maja 2023

JUTRZENKA WOLNOŚCI

 NIEŚMIERTELNA KONSTYTUCJA 3 MAJA






 Dziś bardzo krótko dosłownie słów kilka po to tylko, aby uczcić dzisiejszy dzień którego przypada 232 rocznica uchwalenia pierwszej w Europie i drugiej na świecie (po USA) nowożytnej konstytucji, czyli Konstytucji 3 Maja 1791 r. Dzięki jej uchwaleniu na Sejmie Wielkim (trwającym od 1788 r.) udało się wreszcie zakończyć okres niewydolności politycznej i anarchizacji państwa, spowodowanej zarówno wewnętrznymi interesami magnaterii, krótkowzroczności "szlacheckiej braci" jak i zewnętrznymi wpływami europejskich mocarstw. Zniesione zostało zabójcze dla państwa liberum veto, uchwalone zostało stałe stutysięczne wojsko, wprowadzono dziedziczną monarchię znosząc elekcję (która wcześniej świadczyła o fenomenie polskiej demokracji, jednak w XVIII wieku przy rosnącym absolutyzmie państw ościennych, stała się jednym z oznak słabości państwa), wprowadzono reformy administracyjne i skarbowe, przyjęto uchwałę o miastach wprowadzającą wolność mieszczan w miastach królewskich (odtąd szlachcic, który chciał zająć się intratnym handlem miejskim, mógł to uczynić a mieszczanin miał prawo nabyć posiadłość ziemską, co wcześniej było niemożliwe, mieszczanie też łatwo mogli zostać uszlachceni). Nie zniesiono co prawda pańszczyzny, ale chłopów brano odtąd w opiekę państwa (czyli króla, sejmu i rządu). Wprowadzono w Konstytucji Majowej trójpodział władzy (władza ustawodawcza: czyli sejm i senat, władza wykonawcza: czyli król i mianowana przez niego "straż praw" - innymi słowy rząd i władza sądownicza: złożona z niezawisłych sądów) i zaczęto otwarcie głosić nienaruszalność praw obywatelskich i praw człowieka. Przede wszystkim zaś podkreślono zasadę niepodległości i suwerenności narodu i państwa.

Różne były międzynarodowe reakcje na uchwalenie Konstytucji polskiej. Radośnie powitali ją brytyjski publicysta i mówca - Edmund Burke, oraz Amerykanin - Thomas Payne, chwalili ją Francuzi Volney i Sieyes, gratulacje złożyli: papież - Pius VI, elektor Saksonii (który według Konstytucji miał być następcą króla Stanisława Augusta Poniatowskiego) - Fryderyk August III (późniejszy władca Księstwa Warszawskiego z lat 1807-1815), posłowie króla Szwecji Gustawa III (któremu wcześniej czyniono nadzieję i który do końca liczył, że będzie następcą Poniatowskiego na polskim tronie). Konstytucję 3 Maja pozytywnie przyjął również cesarz rzymski, król Czech i Węgier - Leopold II Habsburg. Wrogo się do niej odnosili jednak zarówno król Prus Fryderyk Wilhelm III (który przerażony wizją 100-tysięcznej armii polskiej, pisał do swego posła w Warszawie - Lucchesiniego, aby ten uczynił wszystko co w jego mocy "by tego olbrzyma zadusić w kołysce", poza tym Prusakom nie podobało się wzmocnienie ruchu mieszczańskiego w Polsce, aby miasta polskie - szczególnie Warszawa, Kraków Poznań, Wilno a nawet Gdańsk nie stanowiły konkurencji dla miast i fabryk w Niemczech). Oczywiście naturalnie wroga nowej Konstytucji, była również caryca Rosji - Katarzyna II, której Konstytucja odbierała dotychczasowy wpływ na kontrolowanie Rzeczpospolitej. Katarzyna pisała: "Polacy zakasowali wszystkie szaleństwa paryskiego Zgromadzenia Narodowego" i nazywając to co się stało 3 Maja "szałem warszawskim".

Konstytucja 3 Maja dała jednak Polsce taką jedność i rozbudziła taką świadomość narodową, że choć potem mocarstwa zaborcze (głównie Rosja i Prusy do których to ostatecznie dołączyła Austria) zniszczyły Polskę jako państwo, to jednak narodu zniszczyć już nie zdołały i naród ten po 123 latach niewoli (a w zasadzie 150 licząc od pierwszego rozbioru, czyli od 1772 r. do 1922 r. kiedy to ostatecznie ukształtowano granice odrodzonego państwa polskiego) siłą swych najlepszych synów i córek, ponownie potwierdził swe nigdy nie wygasłe prawo do Życia i Niepodległego istnienia wśród Narodów Świata. Zatem:









sobota, 22 kwietnia 2023

RABACJA! - Cz. I

Z ZAPOMNIANYCH KART NASZEJ HISTORII


CZYLI KIEDY SZELA OSTRZYŁ KOSY 






Dziś chciałbym zaprezentować dzienniczek Emmy Stojowskiej, złożony w archiwum hrabiów Ostrowskich w Ujeździe. Co prawda pamiętnik ten jest już w dużej mierze zapomniany, ale wydaje mi się że jednak warto go odświeżyć pamięci współczesnych, ponieważ opowiada on historię dosyć nieprzyjemną w naszych dziejach, historię w której zaprzaństwo narodowe dotknęło również klasy najuboższe (tak jak w XVIII wieku dotknęło ono magnaterię i szlachtę), a wówczas byli nimi chłopi, którzy podpuszczeni przez zaborczy rząd austriacki mordowali swoich panów, czyli polską szlachtę zimą 1846 r. Przyznam się szczerze że okres ten nie tylko nie należy do moich ulubionych okresów historycznych, ale najchętniej bym o nich starał się zapomnieć lub też owinąć go zasłoną narodowej hańby. Robię wyjątek od tej reguły tylko dlatego, że warto jednak zapoznać się z pamiętnikiem panny Stojowskiej, gdyż ona opisuje dosyć barwnie wydarzenia których była osobiście świadkiem. Nim jednak przejdę do samego pamiętnika, warto też słów parę powiedzieć na temat czasu o których będzie on opowiadał, aby zobrazować w jakiej rzeczywistości przyszło żyć tym ludziom i co skłoniło chłopów galicyjskich do podjęcia się tak krwawego i haniebnego zadania, jakim było wymordowanie na polecenie austriackiego rządu dobrej części galicyjskiej szlachty polskiej którą owi Austriacy uważali za podejrzaną i uwikłaną w przygotowywanie powstania narodowego. O to jak wyglądały ówczesne realia:

Nim doszło jeszcze do pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej, świetne niegdyś Królestwo Polskie, prześwietna Ojczyzna ludzi miłujących wolność i kraj uskrzydlonych jeźdźców, którego rozwój terytorialny był tak ogromny, że jak powiadano "z góry Ryga, z dołu Wiedeń, Moskwa zaś o rzut beretem albo pół..." - kraj ten popadł w wewnętrzne problemy ustrojowe, z których niestety nie był w stanie wyjść. Oczywiście planów reformy kraju było mnóstwo, problem polegał tylko na tym, że stronnictwa polityczne ówczesnej Rzeczpospolitej nie były w stanie samodzielnie ich przeforsować a ponieważ siły polityczne wzajemnie się równoważyły i biorąc pod uwagę obowiązujące w kraju wówczas - zabójcze dla ustroju - liberum veto, oznaczało to że każda reforma mogła być odrzucona sprzeciwem tylko jednego posła, który na sejmie wypowiedział jedno słowo "Veto" czyli "Nie pozwalam!". "Naród polski u zagranicznych stał się drugim izraelskim rodzajem, gdzie jest wstydem i hańbą zwać się Polakiem" - jak w 1763 r. zapisano w "Monitorze" Czartoryskich, a Stanisław Konarski w 1761 r pisał: "Niesława, hańba, słabość, sromota, upadek na wszystkiem całego narodu. Praw ojczystych zupełna ruina. Rozpacze wielkie po całym kraju, że już nigdy lepiej nie będzie i być nie może". Rzeczpospolita pozbawiona armii (prócz prywatnych pocztów magnackich) realnie stała się karczmą przejezdną i stajnią dla obcych wojsk, które (szczególnie w czasie wojny siedmioletniej w latach 50-tych XVIII wieku) przemierzały Rzeczypospolitą. Ustrój polityczny kształtowany od średniowiecza, zdegenerował się do głębi, choć wcześniej działał bez zarzutu i należy tutaj od razu dodać, że Polska była jedynym krajem w Europie w której filozoficzne idee państwa prawa i wolności realizowane były bezpośrednio w systemie społeczno-politycznym. Nim w Zachodniej Europie zaczęły pojawiać się filozofowie piszący o prawidłowym systemie politycznym, o tym, że król również musi podlegać prawu, tak jak każdy inny obywatel (obywatel a nie poddany), gdy idee te zaczęły kiełkować w Zachodniej Europie począwszy od Renesansu a skończywszy na wieku XIX, w Polsce było to realizowane już od dawna i to bezpośrednio, bez potrzeby uciekania się do filozoficznych tekstów. Na Zachodzie mordowano i truto władców i władczynie, w Polsce zaś nigdy nie zamordowano żadnego króla (dwukrotnie tylko podjęto nieudane próby zamachu na osobę monarchy, raz w 1523 r. gdy nieznany sprawca oddał strzał do przechadzającego się po krużgankach Wawelu króla Zygmunta I Jagiellończyka, a drugi raz w 1620 r. gdy chory umysłowo Michał Piekarski uderzył czakranem w głowę wychodzącego z katedry warszawskiej króla Zygmunta III Wazę. Obaj monarchowie przeżyli, a Piekarski zapłacił za to życiem, po torturach został rozerwany końmi). Król co prawda nie miał w Rzeczpospolitej wielkiej władzy i był wybierany przez naród (czyli szlachtę), ale  jego osoba była uświęcona i nietykalna.




Władysław Konopczyński pisał: "W nowożytnej Europie nigdzie, ani nawet w Anglii, nie było takiej rzeszy ludzi wolnych i uprzywilejowanych, biorących udział w życiu publicznem" jak właśnie w Polsce. 10% społeczeństwa było od XVI wieku bezpośrednio zaangażowane w kształtowanie ustroju politycznego i polityki Rzeczpospolitej, we Francji zaś pod koniec wieku XVIII tylko 1% społeczeństwa władało krajem, a w Wielkiej Brytanii jeszcze w połowie XIX wieku nie przekraczała ta liczba 4%. Co prawda nawet najuboższy szlachcic miał prawo głosu i mógł wybrać króla, to jednak należy tutaj dodać od razu że począwszy od końca XV wieku pozycja polityczna szlachty stawała się całkowicie dominująca w państwie, kosztem mieszczaństwa i chłopów. Realnie więc wytworzył się w kraju system podobny do ustroju panującego w starożytnej Sparcie, gdzie prawa polityczne posiadali tylko i wyłącznie spartiaci a cała reszta (czyli metojkowie i heloci) byli pozbawieni tych praw (metojkami w Rzeczypospolitej byli mieszczanie a helotami chłopi). Sama zaś szlachta - choć oficjalnie równa, niepodzielna i siebie nazywająca "bracią" - realnie dzieliła się w zależności od posiadanego majątku. Na samej górze była oczywiście magnateria, czyli królewięta kresowi posiadający (szczególnie na Ukrainie i Białorusi) olbrzymie majątki ziemskie, niejednokrotnie przewyższające powierzchnią wiele państw w Europie Zachodniej na przykład tych w Niemczech czy we Włoszech. Potem była szlachta średnia i na końcu zagrodowa czyli najuboższa, łącznie jakieś milion może milion dwieście tysięcy "suwerenów elektorów", żaden kraj w Europie nawet Rzym ze swoimi kardynałami nie miał ich tylu. A owa szlachta tocząc boje z królami przeciw wzmocnieniu władzy królewskiej, niechętna rozbudowie armii, niechętna wojnom zaczepnym - wojny obronne przyjmująca jedynie z konieczności, ufna swą siłę i wierność ("Gardła nasze za Ojczyznę nadstawiamy") i niewidząca zagrożeń płynących z zewnątrz, żyła niczym w formalinie. Miały lata, mijały wieki a szlachta nie zamierzała zmieniać "ustroju przodków" i to nawet wówczas gdy wokół Rzeczypospolitej zaczęły rosnąć potężne monarchie absolutne.

Tak oto naród, który wiek wcześniej zajął Moskwę, sięgał Dunaju zdobył Sztokholm i przedmieścia Konstantynopola, który ocalił Wiedeń przed turecką inwazją, teraz nie mając wojska, nie mając chęci na wzmocnienie władzy królewskiej i tworzenie stałej armii - musiał ulec silniejszym sąsiadom. Od 1717 r. i tzw.: "Sejmu Niemego" Rzeczpospolita była pod coraz większym wpływem Moskwy, zaś wybór na króla Stanisława Augusta Poniatowskiego (byłego kochanka carycy Katarzyny II) w 1764 r był tej kontroli ogromnym wzmocnieniem. Po otwartym buncie narodowym jaki wybuchł w 1768 r. w postaci Konfederacji Barskiej, Rosja uznała że nie jest w stanie dalej samodzielnie kontrolować całego kraju i jeżeli chce utrzymać swoje wpływy, musi podzielić się częścią ziem polskich z Prusakami i Austriakami. Trzy te kraje 5 sierpnia 1772 r. (już po stłumieniu Konfederacji Barskiej) podpisały w Petersburgu swoistą konwencję rozbiorową, na mocy której Moskwa dzieliła się ziemiami polskimi aby utrzymać swój wpływ na pozostałe tereny Rzeczpospolitej. Gwoli sprawiedliwości należy jednak dodać że Moskwa nie chciała rozbiorów Polski, gdyż i tak kontrolowała cały kraj. Do rozbiorów dążył przede wszystkim Berlin Fryderyka Wielkiego, który chciał odkroić dla siebie jak największe terytorium. Fryderyk Wielki jeszcze przed wstąpieniem na tron jako młodzieniec w 1731 r. po raz pierwszy w swych wyznaniach politycznych zadeklarował chęć przyłączenia Gdańska i tzw. Prus Zachodnich, a potem konsekwentnie realizował te cele zarówno w swych instrukcjach dla dowódców i polityków pruskich (1756, 1759) , jak i w swych testamentach (1752, 1768). Plany rozbioru ziem Korony Polskiej pojawiały się już od średniowiecza, ale swój realny kształt nabrały dopiero z chwilą osłabnięcia Rzeczypospolitej. Pierwszy, niezwykle niebezpieczny projekt rozbioru ziem polskich wyszedł ze strony Szwedów w roku 1656. Wówczas to w układzie zawartym w Labiawie król Szwecji Karol X Gustaw i elektor Brandenburgii - Fryderyk Wilhelm I (zwany Wielkim  Elektorem) podzielili pomiędzy siebie część ziem polskich i tak Szwedzi zajmowali polską część Inflant, Żmudź i Kurlandię, Wielkopolska miała zaś zostać włączona do Brandenburgii a elektor miał uzyskać samodzielność w Prusach Książęcych - dotąd będących lennem Rzeczpospolitej. Ten projekt rozbiorowy został rozszerzony w układzie z Radnot z 1658 r. w którym prócz Szwedów, Brandenburczyków dochodzili jeszcze Kozacy Chmielnickiego i  Siedmiogrodzianie księcia Jerzego II Rakoczego. Podział miał wyglądać następująco: Szwedzi zajęliby Inflanty polskie, Żmudź, Pomorze (czyli Prusy Królewskie), Mazowsze i ziemię Chełmińską, natomiast Kurlandia miała być odtąd lennem szwedzkim; Brandenburczykom przypadłaby Wielkopolska i Warmia a także rządy w Prusach Książęcych; na ziemiach Ukrainy i Rusi Czerwonej powstałoby państwo kozackie (prawdopodobnie z zachodnią granicą do Dniestru i Sanu); Małopolska zaś i ziemia Siewierska przypadłaby księciu Rakoczemu z Siedmiogrodu; Wielkie Księstwo Litewskie miało zawrzeć unię ze Szwecją, lecz na jego terenie wykrojoneby zostały dwa wielkie władztwa, należące do Janusza (Kobryń, Pińsk, Brześć, Biała, Dawidgródek) i Bogusława (Kleck, Słuck, Słonim, a w wersji większej również Mińsk Bobrujsk i Homel) Radziwiłłów. Plany te oczywiście nie weszły w życie, gdyż Rzeczpospolita po pierwszym okresie słabości odzyskała przewagę i wyparła siły siedmiogradzkie (1657), szwedzkie (1660), i moskiewskie (1660, 1661-1667), a Ukraina (czyli Hetmanat kozacki) została podzielona pomiędzy Rzeczpospolitą i Moskwą już w 1665 r.




Drugi projekt rozbioru ziem Rzeczypospolitej opracował dopiero w 1704 r. Stanisław Leszczyński (wówczas kandydat szwedzki na tron polski). W zamian za poparcie Szwecji oddawał jej Kurlandię i Semigalię, kozaków zaś jako lenników Rzeczpospolitej chciał przenieść na północ od Białorusi do województwa płockiego i witebskiego; Leszczyński uważał się również za księcia dziedzicznego województwa smoleńskiego, czernichowskiego i kijowskiego które wówczas było pod władzą Moskwy. W 1708 r jego konkurent do korony - elektor Saksonii Fryderyk August I zwany w Rzeczpospolitej Augustem II Mocnym) opracował nowy plan rozbioru Polski. Moskwie miało przypaść Wielkie Księstwo Litewskie - bez Polesia; Prusom Żmudź, Kurlandia i Semigalia; Saksonii zaś całe Królestwo Polskie z Ukrainą i Polesiem; zaś Stanisław Leszczyński jako król Polski otrzymałby tylko Pomorze. Już w 1709 r. po zwycięstwie pod Połtawą, car Piotr I opracował projekt zajęcia wszystkich ziem Rzeczypospolitej co oczywiście wówczas było niemożliwe. W 1710 r. król Prus Fryderyk I Hohenzollern wyszedł z planem kolejnego rozbioru: Moskwie miało przepaść całe Wielkie Księstwo Litewskie; Prusom Pomorze, Żmudź, Kurlandia i Semigalia (prócz Gdańska i Rygi które miały stać się Wolnymi Miastami), a Saksonii całe Królestwo Polskie wraz z Ukrainą. Leszczyński, który w 1709 r. utracił władzę na korzyść Augusta II Mocnego, już trzy lata później opracował nowy projekt rozbioru w którym Królestwo Polskie wraz z Ukrainą i Pomorzem oddawał Saksonii; Szwecji Kurlandię i Semigalię; a dla siebie z tytułem króla polskiego zostawiał Wielkie Księstwo Litewskie. 1713 r. powstał trzeci projekt Leszczyńskiego: dla siebie jako króla polskiego przeznaczał Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie z większością ziem ukrainych; Turcji oddawał ziemie które zajęli w latach 1672-1699, czyli województwo bracławskie, część kijowskiego i część podolskiego z Kamieńcem Podolskim; a Szwecji oddawał Kurlandię i Semigalię oraz Inflanty Polskie. W 1714 r. Leszczyński opracował czwarty projekt rozbioru ziem polskich: Augustowi II oddawał tytuł królewski oraz całe Królestwo Polskie, ziemie Ukrainy i Wielkie Księstwo Litewskie; w Szwecji Kurlandię, Semigalię i Inflanty Polskie; a sobie zostawiał województwo ruskie i bełskie. Był to przez długi czas ostatni plan rozbioru ziem polskich.




W czasach rządów saskich Wettynów państwa sąsiednie Rzeczpospolitej zrezygnowały z planów rozbiorowych, jakoby uznając iż Polska i Litwa na trwałe już przypadły Sasom. Dopiero pod koniec życia syna Augusta II Mocnego (czyli Fryderyka Augusta II zwanego w Polsce Augustem III) w 1762 r. caryca Elżbieta I opracowała plan wymiany Księstwa Kurlandii i Semigalii (które miały zostać włączone do Moskwy) na Prusy Książęce które miały zostać włączone do Rzeczpospolitej. Caryca zmarła jednak w tym samym roku a rządy na krótko przejął jej siostrzeniec - Piotr III który po zaledwie sześciu miesiącach został obalony przez swą żonę Katarzynę II. Ona to wprowadziła na tron polski w 1764 r. swego kochanka - Stanisława Augusta Poniatowskiego. W 1768 r. wybuchła republikańska opozycja przeciwko jego rządom znana pod nazwą Konfederacji Barskiej i dopiero po jej stłumieniu w 1772 r. Moskwa, widząc że nie utrzyma samodzielnie swych wpływów w Polsce zgodziła się na rozbiór pomiędzy Prusy i Austrię. Oczywiście dwór wiedeński i berliński intensywnie włączyły się w te plany. W 1768 r. z kręgów dworskich Marii Teresy - cesarzowej Austrii wyszedł projekt z zamiany ziem Śląska - który miał ponownie przypaść Austrii (utracony na rzecz Prus w 1742 r.), na Warmię, Kurlandię i Semigalię które zostałyby włączone do Prus, a cała reszta ziem polskich miała pozostać pod kontrolą rosyjską. Plan ten nie spodobał się Prusom i już w 1769 r Fryderyk II opracował swój własny projekt, w którym całkowicie pominął Austrię. Planował zająć Pomorze wraz z Gdańskiem i Warmią, Żmudź oraz w wariancie maksymalnym również Wielkopolskę. 17 lutego 1772 r. ogłoszona została w Petersburgu deklaracja prusko-rosyjska o rozbiorze ziem Rzeczypospolitej, 5 sierpnia zaś do tego grona dołączyła Austria. Państwa zaborcze przejęły wyznaczone wcześniej tereny. Rosja zajęła około 92 000 km. kw. z 1 300 000 ludności, Austria 81 000 km. kw. z 2 650 000 ludności, zaś Prusy zagarnęły ziemię o powierzchni 36 500 km. kw. z 580 000 ludności. Jako powód amputacji ziem polskich państwa zaborcze podawały "całkowity rozkład państwa" i anarchię (czyli to wszystko, co podtrzymywali przez dziesięciolecia, przekupując posłów na sejmach i wspierając złotą wolność szlachecką oraz liberum veto). To, że polski system polityczny przypominał wtedy już anarchię - nie ulega żadnej wątpliwości, ale rozbiory zostały przeprowadzone nie dlatego że Polska pogłębiała się w owej anarchii, tylko właśnie dlatego że chciała wprowadzić niezbędne reformy które miały ją z tej anarchii wyprowadzić. Wówczas to mocarstwa zaborcze uznały że należy działać i nie można pozwolić na wzmocnienie się Polski, bo to oznacza upadek ich planów.




Austriacy jako pierwsi postawili słupy graniczne na nowych ziemiach rozrywających całość polskiego organizmu państwowego (już w końcu maja 1772 r.), czyli ci którzy doszli najpóźniej wykazali się największą determinacją przy przyjęciu i eksploatacji tych terenów. Kraj ten nazwano Galicją i Lodomerią (częściowo było to odniesienie do dawnego Księstwa Halickiego, stąd właśnie nazwa Galicja). Pierwszym gubernatorem tych ziem z ramienia Habsburgów został hrabia Pergen, okupację Prus Królewskich (czyli Pomorza) przeprowadzali radca Brenckenhoff i prezydent Dornhardt, zaś województwa białoruskie caryca Katarzyna II oddała w zarząd Czernyszewowi. Nowe ziemie musiały złożyć hołd zaborcom, i tak Prusakom składano hołd w Malborku - 27 września 1772 r., Austriakom we Lwowie 4 października, a Moskalom na Białorusi 26 stycznia 1773 r. Niektóre miasta opierały się złożeniu hołdu, najdłużej opierał się Lwów (Semper Fidelis - Zawsze Wierny) i złożył go dopiero 29 grudnia 1773 r. Ten rozbiór był dziejowym memento i jeżeli Rzeczpospolita chciała uniknąć dalszych rozbiorów i dezintegracji państwa, musiała czym prędzej podjąć niezbędne reformy ustrojowe które mogłyby ocalić kraj przed upadkiem. Sprawą nie cierpiącą zwłoki było więc zniesienie zabójczego dla kraju liberum veto, wzmocnienie armii i uchwalenie konstytucji, ale przede wszystkim złamanie potęgi zapatrzonych głównie w dobro swoich rodów magnaterii i głupoty szlachty zapatrzonej w swą złotą wolność i widzącej w kraju słabym ratunku przed zaborami.





CDN.

czwartek, 4 sierpnia 2022

LIBERUM VETO... CZYLI DZIEJE ANARCHII, PROWADZĄCEJ DO ZGUBY - Cz. II

KU PAMIĘCI, CZYLI...

NIE WCHODZI SIĘ DWA RAZY

DO TEJ SAMEJ RZEKI

 


Pierwsze veto, które miało doprowadzić do zerwania sejmu i nastania czasów Initium Calamitatis Regni (Początków Nieszczęść Królestwa), padło z ust posła z Upity - Władysława Sicińskiego, nie było ani pierwsze, ani też nie doprowadziło realnie do zerwania sejmu. Jak już bowiem w poprzedniej części pisałem, po raz pierwszy zastosowano zasadę veta na sejmie 1639 r i uczynił tak starosta sądecki - Jerzy Lubomirski (a poparła go w tym spora grupa posłów), ale wówczas nie zgodził się on jedynie na przedłużenie obrad sejmowych i nie zerwał obrad jako takich. Tak samo było 9 marca 1652 r. gdy poseł Siciński (działając na polecenie potężnego litewskiego magnata, starosty żmudzkiego - Janusza Radziwiłła - który pragnął uzyskać od króla buławę wielką litewską) zaprotestował przeciwko planom przedłużenia obrad sejmowych o jeden dzień (do czego dążył kanclerz wielki koronny - Andrzej Leszczyński). Tak więc i w tym przypadku nie doszło do oficjalnego zerwania obrad sejmu, ale data ta stała się symbolem upadku polskiego parlamentaryzmu, który szedł w parze z coraz widoczniejszym spadkiem znaczenia Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego na arenie międzynarodowej. Co prawda w chwili gdy poseł z Upity wygłaszał swój sprzeciw wobec prolongacji obrad sejmowych, nikt z obecnych wówczas posłów nie uważał, że sprzeciw jednego człowieka może realnie doprowadzić do zakończenia obrad sejmowych (i nie traktowano tych słów poważnie, tym bardziej że praktyka parlamentarna opierała się o "ucieranie się", czyli rozmowę i przekonywanie do skutku), szybko jednak okazało się, że Władysław Siciński opuścił miejsce obrad, nie było więc możliwości "wpłynąć" na niego, by wycofał swój sprzeciw. W tej sytuacji (pomimo faktu, że większość uważała iż sprzeciw jednego człowieka nie może doprowadzić do zakończenia obrad sejmu) również postanowiono rozjechać się do domów, co nastąpiło 11 marca (stało się tak, ponieważ realnie zakończenie obrad było wówczas na rękę wielu magnatom i szlachcie, gdyż mnogość wzajemnych interesów była tak silna, że nie sposób było doprowadzić do realnego konsensusu, tak więc nadarzyła się okazja i z niej skorzystano, otwierając tym samym - w symboliczny i metafizyczny sposób - przed Rzeczpospolitą, bramy wiodące wprost ku czeluściom piekieł). 

Tak więc różnica między vetem z 1639 a 1652 r. była więc taka, że w tym pierwszym przypadku niezgodę na przedłużenie obrad sejmowych wyraziła spora grupa posłów (pod przewodnictwem Jerzego Lubomirskiego), zaś w drugim przypadku realnie do zakończenia obrad doprowadził tylko jeden poseł. Późniejsza tradycja uczyniła z Sicińskiego źródło wszelkiego zła (ponoć posłowie na sejmie zimowym 1652 r., na którym padło owe niesławne "veto" - mieli przekląć Sicińskiego, co potem - jak wierzono - doprowadziło do jego śmierci w 1672 r., gdy zginąć miał od uderzenia pioruna. Ponoć nawet ziemia nie chciała przyjąć do siebie jego ciała i ostatecznie zmumifikowano go, a ciało rzucono w niedalekiej odległości od upickiego cmentarza. W XIX wieku tłum upicki ciągał zmumifikowane zwłoki Sicińskiego dla zabawy i rozrywki po ulicach i karczmach, w celu zarobienia pieniędzy od przyjezdnych, bowiem Siciński w tym czasie miał się stać taką lokalną upicką "rozrywką" Dopiero w 1860 r. jego ciało złożono do drewnianej trumny, postawionej w kącie kościoła w Upicie). Tak skończył człowiek, który powodowany drobnymi, przyziemnymi sprawami (miał bowiem żal do króla Jana II Kazimierza odnośnie jakichś sum, odebranych mu dekretem królewskim z ekonomii w Szawlach), stał się symbolem narodowej zdrady i zaprzaństwa, człowiekiem niegodnym nawet normalnego pochówku, utożsamianym z mordercami i bluźniercami przeciwko Bogu. Powstało szereg różnych ilustracji i ikonografii, pokazujących piekielne męki Sicińskiego, porwanie go przez diabły wprost do piekła i tego typu kwestie. Stał się on więc symbolem czasów panowania ostatniego króla z dynastii Wazów (a raczej rodu Jagiellonów, gdyż Wazowie po kądzieli pochodzili od Jagiellonów) Jana II Kazimierza, którego imię zapisywano po łacinie: Ioannis Casimirus Rex (ICR), a tłumaczono: Initium Calamitatis Regni - Początek Nieszczęść Królestwa.




Puszka Pandory została otwarta i w kolejnych latach liberum veto stawało się coraz częstsze. Już w 1654 r. poseł pruski - Jan Bąkowski użył go ponownie, nie godząc się na przedłużenie obrad sejmowych. Był to trudny czas, rozpoczynała się bowiem wojna z Moskwą, niespokojnie było na granicy południowej z Tatarami, a także Kozacy Chmielnickiego złożyli hołd lenny carowi, godząc się w ugodzie zawartej w Perejesławiu na całkowite podporządkowanie się Moskwie (potem Kozacy mocno tego pożałowali, zdając sobie sprawę że zamienili wolność, jaką mimo wszystko posiadali w Rzeczpospolitej, na moskiewską, samodzierżawną niewolę - ale było już za późno). Potem było dziesięć lat przerwy i ponowne veto zostało zgłoszone na sejmie w dniu 5 grudnia 1664 r. i znów sprawa dotyczyła sprzeciwu wobec przedłużenia obrad sejmowych, a protest złożył wówczas poseł bracławski - Michał Żabokrzycki, ale uczynił to nie uzyskawszy zgody marszałka sejmu na zabranie głosu, po czym opuścił salę obrad, wychodząc bocznym wyjściem, tak, iż nawet nie został zauważony. Potem toczyły się jeszcze spory czy uznać ów sprzeciw, czy nie (a kanclerz wielki koronny - Mikołaj Prażmowski oficjalnie groził że wszelkich "zrywaczy" sejmowych osobiście postawi przed sądem). 7 stycznia 1665 r. poseł halicki - Piotr Telefus poprosił o głos, a nie uzyskawszy go, złożył kolejne veto i opuścił miejsce obrad. Tego też dnia sejm zakończył obrady. Następne sejmy był już zrywane cyklicznie: sejm wiosenny 1665 r. został zerwany w dniu 28 marca, przez stolnika płockiego - Władysława Łosia, sejm wiosenny roku 1666 r. zerwany przez posła poznańskiego - Adriana Miaskowskiego, jesienno-zimowy tego samego roku przez posła witebskiego - Teodora Łukomskiego, sejm zimowy 1668 r. zerwany przez chorążego sandomierskiego - Marcina Dębickiego. W roku 1669 stała się rzecz niesłychana w dotychczasowej (coraz bardziej zanarchizowanej) polskiej praktyce parlamentarnej, a mianowicie po raz pierwszy zerwany został sejm koronacyjny. Rzeczpospolita wyczerpana wojną z Kozakami Chmielnickiego (1648-1654), wojną z Moskwą (1654-1667), wojną ze Szwecją (1655-1660), oraz wojną domową z antykrólewską opozycją, wrogą wobec jakichkolwiek reform ustrojowych w kraju (zwaną rokoszem Lubomirskiego, od przywódcy buntu hetmana polnego koronnego - Jerzego Sebastiana Lubomirskiego) z lat 1665-1666; coraz bardziej staczała się z pozycji jednego z głównych europejskich mocarstw, do pozycji oblężonej twierdzy (w 1657 r. Prusy Książęce stały się niezależne od Korony Polskiej a będąc pod jedną władzą z elektorami Brandenburgii, stwarzały realne zagrożenie dla reszty polskiego Pomorza w przyszłości; w 1667 r. utracono zaś Smoleńsk - zajęty przez Moskali już w 1654 r. oraz realnie Kijów - choć pierwotnie miasto miało trafić do Moskali tylko na dwa lata, nie wróciło już do Rzeczpospolitej nigdy, poza krótkim epizodem w maju i czerwcu 1920 r.). W 1669 r. znów gotowała się kolejna wojna domowa pomiędzy stronnictwem dworskim, wspierającym kandydaturę Michała Korybuta Wiśniowieckiego (syna sławnego weterana walk z Kozakami i Tatarami - księcia Jeremiego Wiśniowieckiego) a stronnictwem opozycyjnym na czele z prymasem - Mikołajem Prażmowskim i hetmanem wielkim koronnym - Janem Sobieskim (było to tzw. stronnictwo "malkontentów") i tylko wyjątkowemu zbiegowi okoliczności można zawdzięczać że wówczas do tej wojny nie doszło ale sejm koronacyjny został zerwany przez zwolennika partii dworskiej, podkomorzego kaliskiego -Stanisława Krzyckiego.

Kolejne lata to szereg zerwanych sejmów (1670 - przez Benedykta Żabokrzyckiego; 1672 - sejm zimowy przez Kazimierza Grudzińskiego a sejm letni przez Stanisława Ubysza; 1681 - przez Andrzeja Przyjemskiego, 1688 - sejm ten po raz pierwszy w dziejach został zerwany jeszcze przed wyborem marszałka, a dokonał tego stolnik podolski - Stanisław Makowiecki). Co najmniej od sejmu 1670 r. coraz większą rolę w zrywaniu sejmów mają przedstawiciele obcych dworów, choć na początku dzieje się to jeszcze bez ich poduszczenia, po prostu poszczególne stronnictwa (zorientowane albo na Francję, albo na Cesarstwo) wzajemnie się ograniczają i zrywają obrady tylko po to, aby druga strona nie zrealizowała swoich zamiarów. W roku 1690 poseł francuski w Rzeczpospolitej Robert Leroux d'Esneval przekupił stolnika Antoniego Głogowskiego i ten zerwał sejm i opuścił miejsce obrad, po czym... sprowadzony siłą przez straż królewską, został przepłacony przez króla Jana III Sobieskiego i zgodził się wycofać veto, co spowodowało że sejm, który został zerwany, oficjalnie doszedł do skutku. W 1693 r. sejm zimowy zerwali posłowie łęczyccy - Grabski, Iwański i Szumowski; a sejm letni tego roku w ogóle nie doszedł do skutku, jako że król Sobieski rozchorował się (również z rozpaczy, jako że kraj pogrążał się w upadku i anarchii, a na sejmie nie było można uchwalić podatków na wojsko w obliczu ciągłego zagrożenia tureckiego i tatarskiego), upoważnił więc do otwarcia sejmu prymasa Michała Radziejowskiego, ale ogół szlachty koronnej i litewskiej uznał że jest to niedopuszczalne i bezprawne i sejm nawet się nie rozpoczął (Stefan Zamoyski wyrzekł jeszcze na sejmie roku 1652 znamienne słowa, które potem trafiły do annałów historycznych, a brzmiały one następująco: "U nas prawo rządzi a nie król, nie trzeba się dostosowywać do upodobań władcy lecz do praw"; problem polegał tylko na tym, że praw chory ustrój również nie był już w stanie uchwalać, a jedyne na co go było stać to obstrukcja, czyli permanentne blokowanie wszelkich inicjatyw). W 1695 r. sejm został zerwany nawet bez... oficjalnie wypowiedzianego veta, po prostu nie dopuszczono do wyboru marszałka sejmu i w ten sposób realnie zakończono obrady. Był to wówczas szczyt anarchii dla współczesnych, czego wyraz dał starosta nurski - Stanisław Godlewski, pisząc wprost z żalu i bezsilności: "Niech runie prześwietny gmach Polski, niechaj runie na mnie, byleby runął i na brata mego".




Godlewski nie wiedział jednak, że to, czego doświadczał i widział na własne oczy, to zaledwie przedsmak katastrofy, jaka miała nadejść w wieku osiemnastym. Nie ma sensu wymieniać wszystkich sejmów które zostały zerwane, warto jednak uświadomić sobie że Rzeczpospolita była niczym ogromna płachta biało-czerwonego sukna rozpostartego na sznurze, które dokoła smagają przeciwstawne wiatry, wiejące raz w tą, raz w drugą stronę, a owa płachta ugina się wobec nich samoistnie, popychana tego siłą powiewu. Katastrofa polskiego parlamentaryzmu najdobitniej uwidoczniła się w wieku XVIII, a jedyne na co wówczas mogły zdobyć się poszczególne stronnictwa, to opowiedzieć się za jakimś silnym protektorem, najlepiej z sąsiedniego państwa, które zdolne byłoby przyjść tutaj z "bratnią pomocą". Nie było bowiem wojska, a szlachta tak odwykła do działań wojennych, że król już nawet nie zwoływał pospolitego ruszenia, a jeśli takowe zbierało się samo (np. w sprawie walki o poparcie któregoś z kandydatów do tronu) to albo zamieniało się w jedną wielką balangę i popijawę, albo też (przy najmniejszym starciu z regularną armią nieprzyjaciela) szło w rozsypkę i uciekało lub rozchodziło się do domów. Sejmy były już całkowicie sparaliżowane, a ich kompetencje przejmowały sejmiki, powodując coraz większe uniezależnianie się ziem i regionów od władzy centralnej (nie tylko królewskiej, ale również sejmowej). Następowała realna decentralizacja państwa i realny powrót do czasów rozbicia dzielnicowego z XII i XIII wieku. Oczywiście nie oznacza to, że nie było żadnych planów reform i naprawy rozpadającego się państwa - owszem, takie plany powstawały i to dość często. Problem polegał jednak na tym, że stronnictwa które dążyły do zmian ustrojowych nie miały wystarczająco sił, aby zdolne były przeforsować je na sejmach (zresztą wystarczył wówczas tylko jeden poseł opozycji, który jasno zadeklarował swoje veto i było po sprawie), ale przez prawie cały XVIII wiek nie udawało się niczego zmienić, polepszyć czy naprawić. Kraj stał się realnie rosyjską satelitą i był całkowicie kontrolowany przez Moskwę (ambasador rosyjski miał wówczas więcej władzy, niż król, a zdążało się, że ostatni król - Stanisław August Poniatowski musiał się starać o audiencję u rosyjskiego posła, a nie odwrotnie, co pokazywało tylko jak bardzo głupota i zacietrzewienie naszych przodków doprowadziło ostatecznie do wielkiego upokorzenia i zagłady Rzeczpospolitej. Ostatecznie udało się jednak przeforsować zmiany dopiero w roku 1788, a zwołany wówczas Sejm Wielki, który obradował cztery lata, wprowadził wiele niezbędnych reform, znosząc liberum veto i wolną elekcję, wprowadzając dziedziczność tronu, stałą armię i oczywiście... pierwszą w Europie oraz drugą na Świecie konstytucję, zwaną Konstytucją 3 Maja 1791 r. Ale było już za późno, a mocarstwa, które dotąd korzystały na niemocy Rzeczpospolitej nie mogły dopuścić do odrodzenia się i ponownego umocnienia naszego kraju, dlatego też w roku 1792 najpierw ruszyła Rosja, potem (1794) dołączyły Prusy i doszło do ostatecznej likwidacji państwa polskiego i wymazania Polski z mapy Świata w roku 1795.




Upadek kraju nie przekreślił jednak dawnej jedności i nadziei, rozbudzonej uchwaleniem Konstytucji i reformami, jakie już się dokonywały w Rzeczpospolitej. Emigranci polityczni szukali więc sojusznika w dziele odbudowy państwa polskiego i znaleźli takowego w osobie młodego francuskiego generała - Napoleona Bonaparte, z którym wielu Polaków złączyło swój los aż do upadu (a niekiedy nawet aż do śmierci) Cesarza. Potem przyszedł długi wiek XIX (liczony przez historyków od 1789 ro 1914 r.) i liczne Powstania, które niewiele dawały, poza natchnieniem dla kolejnych pokoleń i świadectwem że Polska pomimo upadku nadal istnieje - w sercach i umysłach swych synów i córek. I że odrodzi się jeszcze wspanialsza niż wcześniej, na gruzach zaborczych mocarstw, tak wydawałoby się stabilnych i trwałych, jak słońce wschodzące co rano na niebie. Ale nadszedł rok 1918 i trzy czarne zaborcze orły rozpadły się z hukiem na kawałki (w Rosji wybuchła rewolucja bolszewicka i zwyciężyli komuniści, Niemcy przegrały I Wojnę Światową i jako agresor utraciły część ziem oraz ustrój cesarski, a Austria - ta to już w ogóle rozsypała się niczym puzzle na szereg mniejszych i większych państewek), a Orzeł Biały wzbił się wysoko do lotu (szczególnie po roku 1920) zerwawszy ponad stuletnie kajdany ponad trupami trzech czarnych orłów (Rosja, Austria i Prusy/Niemcy miały w swych godłach czarne orły), które niegdyś wydawały się tak potężne.    



 
Także ku pamięci tych, którzy dziś wciąż pragną sprowadzić Polskę do roli słabego i ubezwłasnowolnionego kraju o niewydolnym systemie (czy to sądowniczym, czy politycznym) mam jedną radę - nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. I jeszcze jedno - my już nie będziemy więcej walczyć na naszej ziemi - na tej Italii współczesności - jeśli dojdzie do wojny w przyszłości, będziemy ją prowadzić na ziemi naszych wrogów (lub sojuszników) i dobrze aby wiedzieli to zarówno Niemcy (których stolica - Berlin leży na dawnych słowiańskich ziemiach) jak i Rosja. Przyszła nasza kolej na zaopiekowanie się Europą i nawet jeśli będzie trzeba na to jeszcze poczekać z dwie lub trzy dekady, ale ostatecznie stoimy u progu nowego Imperium Polonorum, niczym Italia przed wybuchem I Wojny Punickiej. A Europa pod polskim przewodem byłaby krainą szczęśliwości, wolną od wszelkich totalitaryzmów, a skupioną przede wszystkim na rozwoju i bogaceniu się wszystkich (a nie tylko wybranych - nadludzi) mieszkańców Europy. Uczcie się więc już dziś języka polskiego, bo to będzie w przyszłości (prócz chińskiego) jeden z kluczowych języków Świata, a już na pewno Europy - jak twierdzi chociażby amerykański politolog, dyrektor agencji wywiadu Stratford - George Friedmann.
  
 


środa, 30 czerwca 2021

WIELIKOJE DIEŁO - CZYLI INNA WOJNA 1812 ROKU - Cz. I

O TYM, JAK TO ROSJANIE 

PLANOWALI INWAZJĘ NA EUROPĘ, 

A NAPOLEON UPRZEDZIŁ ICH ATAK




 
 
PROLOG 
 

 
"JAKIE DZIWNE LUSTRO. 
WIDZĘ SIEBIE ZE SKRĘCONĄ SZYJĄ"

SŁOWA WYPOWIEDZIANE PRZEZ CARA PAWŁA I, PRZYGLĄDAJĄCEMU SIĘ SWEMU OBLICZU W LUSTRZE, W DNIU, W KTÓRYM ZOSTAŁ OKRUTNIE ZAMORDOWANY
 
 

 Jęki bitego, dźganego i kopanego po całym ciele cara, dobiegały do drzwi sąsiednich sypialni, w których przebywał jego syn - Aleksander Pawłowicz Romanow i małżonka Maria Fiodorowna (Zofia Dorota Wirtemberska). 

- Podpisz petycję, abdykuj! - wrzeszczał Nikołaj Zubow, który bił cara trzymaną w swej dłoni tabakierką.

- Trzeba było z nim skończyć już przed czterema lata - dodawał opętany rządzą mordu hrabia August Teofil Benningsen, ów zruszczony Niemiec spod Hanoweru.

Potakiwał mu Płaton Zubow i inni spiskowcy, którzy owej feralnej, deszczowej nocy 23 marca 1801 r. (11 marca według starego stylu, obowiązującego wówczas w Rosji) próbowali wydrzeć życie z ciała owego pokurcza o rysach twarzy złośliwego diabełka, jakiego bez wątpienia przypomniał car Paweł I Romanow. Znęcanie się spiskowców i agonia tego człowieka, trwała w nieskończoność, a zmęczeni przedłużającym się mordem jego uczestnicy, co jakiś czas opuszczali komnatę cesarską w Pałacu Michajłowskim i udawali się na odpoczynek do sąsiedniego pokoju. Benningsen właśnie przyglądał się obrazom wiszącym na ścianie, gdy dołączył do niego Nikołaj Zubow, który mniej zainteresowany sztuką, podszedł do okna i nerwowo zaczął uderzać palcami w szybą, powtarzając do siebie: "Boże mój, jak ten człowiek krzyczy!"

Krzyki dało się słyszeć również w komnacie carewicza Aleksandra, który siedział na łóżku w pełnym ubraniu i przysłuchiwał się, jak za ścianą grupa spiskowców maltretuje jego ojca. W drugiej komnacie siedziała zaś Maria Fiodorowna, która miała bezpośrednie połączenie z pokojami swego małżonka poprzez dodatkowe drzwi (które jednak wcześniej Paweł I na swą zgubę kazał zablokować). Ona również wiedziała o spisku. A nawet jeśli nie znała szczegółów, to z pewnością domyślała się, że dni jej małżonka są już policzone. Parszywa to była chwila dla wszystkich. Dla spiskowców, którzy długo nie byli w stanie uśmiercić cara, dla jego syna - któremu obiecano, że ojciec zostanie tylko zmuszony do abdykacji i odesłany na dostatnią "emeryturę" do swojego ulubionego Pałacu Michajłowskiego (czyli miejsca, w którym ów mord popełniano), gdzie będzie mógł do woli jeździć konno, zajmować się ogrodem i wychowywać swoje wnuki. Aleksander był jednak zbyt inteligentny aby nie wiedzieć, że w Rosji nie ma miejsca dla dwóch carów, nawet jeśli jeden z nich będzie już "tylko" pełnił funkcję emeryta - bowiem w idei samodzierżawia nie było miejsca dla dwóch równych sobie gosudarów. Czym więc była zgoda carewicza na dokonanie owego zamachu stanu? Próbą zabicia wyrzutów sumienia, w sytuacji gdy wiedział doskonale jaki los spotka obalonego cara i że nie ma mowy o żadnej abdykacji czy emeryturze? Tego nie wiadomo, wiadomo tylko, że carewicz siedział w swej komnacie i udawał że śpi. Śpi, przy ogłuszających wrzaskach mordowanego władcy, jakie rozchodziły się po korytarzach Pałacu Michajłowskiego? Śpi, w butach i pełnym ubraniu? Kogo Aleksander chciał oszukać - siebie, swoje sumienie, czy może potomnych?

"Panowie, na litość boską, błagam was, zlitujcie się nade mną" - tak ponoć brzmiały ostatnie słowa mordowanego cara Pawła. Ale nie było litości. Spiskowcy mordowali go przecież nie jak zwykłego człowieka, a jak tyrana - za którego go uważali. Gdy już twarz zamęczonego władyki nie przypominała ludzkiej, a raczej jeden wielki kawał zakrwawionego mięsa, spiskowcy - aby upewnić się że zamach na pewno się udał - zarzucili mu jeszcze na szyję oficerską szarfę i nią go zadusili. Było już kilka minut po północy - 23 marca, gdy do komnaty Aleksandra wpadł zdyszany zamachowiec o nazwisku Półtoracki i zameldował:

- Stało się!

Carewicz zamyślony i wciąż jakby nieobecny, jakby wsłuchujący się w ostatnie odgłosy zanikających jęków swego ojca, zapytał:

- Co się stało?

- Car nie żyje! - odrzekł zamachowiec. 

Stało się, teraz nowym gosudarem, nowym carem, imperatorem Wszechrusi stał się młody, bo zaledwie 23-letni Aleksander I, oczko w głowie swej babki, imperatorowej Katarzyny II, która również (zdechła) zginęła w wyniku zamachu, siedząc na tronie królów polskich, zamienionym przez nią na sedes.  Tak oto rozpoczęły się rządy "szczwanego Bizantyjczyka" - jak o nim mawiał cesarz Napoleon, jednak warto cofnąć się o te kilka lat wstecz, aby przedstawić relacje rodzinne, panujące na dworze carskim tuż po śmierci Katarzyny II, oraz te wszystkie okoliczności, które ostatecznie doprowadziły do brutalnego mordu na carze Pawle I.

Oficjalnie uważa się, że caryca Katarzyna II, zwana przez niektórych Wielką, zmarła 17 listopada (6 listopada starego stylu) 1796 r., po nabytym dzień wcześniej udarze, jakiego miała nabawić się w ubikacji, siedząc na dawnym tronie królów Polski, teraz przemianowanym na sedes. Gdy znaleźli ją tam pokojowiec i pokojówka, leżała na ziemi z podkulonymi nogami nieopodal "tronu". Natychmiast zabrano ją na komnaty, lecz jej stan ciągle się pogarszał. Lekarze twierdzili że - to udar -, - to apopleksja, w każdym razie caryca dogorywała, leżąc na sofie w swej komnacie, gdy za oknami Pałacu Zimowego padał śnieg, a dworzanie z przerażeniem wpatrywali się w gasnący obraz swej władczyni. Ostatecznie zmarła o godzinie 10 wieczorem, 36 godzin, od chwili gdy znaleziono ją nieprzytomną w ubikacji. Miała 67 lat. Pytanie jednak brzmi, czy był to udar, apopleksja, czy może coś innego? Jak i na co nieoficjalnie zmarła "Semiramida Północy" (jak ją zwał Wolter), lub też owa "Niewyżyta Niemra"? Pytanie to należy do kategorii tych, które pozostają bez odpowiedzi, ale nie oznacza to, że tych odpowiedzi nie ma. Aby to jednak sobie uzmysłowić, warto pokazać relacje, jakie panowały w rodzinie carskiej, pomiędzy samą carycą a jej synem Pawłem oraz wnukiem Aleksandrem.

Zofia Augusta Fryderyka Elżbieta, księżniczka Anhalt-Zerbst-Donburg, wkroczyła w progi Pałacu Zimowego jako jeszcze 14-letnia dziewczyna, 3 lutego (23 stycznia starego stylu) 1744 r., jako kandydatka na żonę następcy rosyjskiego tronu - Piotra Fiodorowicza. Zostali oni zaręczeni przez carycę Elżbietę I - 29 czerwca 1744 r. (dzień wcześniej Zofia Augusta - wówczas już znana jako Katarzyna Aleksiejewna - przeszła na prawosławie). Jej narzeczony i przyszły małżonek - Piotr, był synem Anny, starszej (ukochanej) siostry carycy Elżbiety I, a obie one były córkami twórcy nowożytnej Rosji - cara Piotra I Wielkiego. Związek ten jednak od początku nie był dopasowany. Piotr był typem tzw.: "dużego dziecka". W wieku 16-17 lat, nadal lubił bawić się ołowianymi żołnierzykami, urządzał polowania na szczury (które potem skazywał na śmierć przez powieszenie), lubił bawił się w chowanego, obrzucał poduszkami etc. etc. Młoda Zofia (wówczas już Katarzyna) starała się dopasować do przyszłego małżonka i razem z nim uczestniczyła w jego zabawach. Razem więc tańczyli, skakali, bawili się w ciuciubabkę, jednak zabawy te na dłuższą metę Katarzyny nie radowały, a czyniła tak jedynie po to, aby sprawić przyjemność Piotrowi. Zdała sobie bowiem sprawę, że aby zdobyć wpływ na Piotra, jako przyszłego cara, musi postępować inaczej, niż wszyscy ci, którzy starali się go przywołać do porządku. Jako jego żona musi wzbudzić w nim nie tylko zaufanie, ale być może nawet miłość. Zrażanie przyszłego małżonka do siebie, na tym etapie znajomości, byłoby wielce nierozsądne. Jednak długie obcowanie z nie do końca rozwiniętym umysłowo i żyjącym w swoim świecie zabaw oraz ołowianych żołnierzyków (których wkrótce potem zamienił na prawdziwych) Piotrem Fiodorowiczem, nie należało do przyjemności Katarzyny, dlatego też starała się szukać innego męskiego towarzystwa, aby móc "przynajmniej" porozmawiać na poważniejsze tematy. A okazji do nawiązywania innych, dyskretnych znajomości, dawały nieustanne bale, jakie organizowano wówczas na dworze Elżbiety I.




Niektóre z tych bali były dość szczególne, gdyż na przykład na życzenie carycy w każdy wtorek kobiety przywdziewały męskie stroje, zaś mężczyźni damskie suknie. Katarzyna po latach pisała: "Muszę powiedzieć, że nic nie było równie okropne, a zarazem komiczne od widoku tak przebranych mężczyzn i nic bardziej żałosne niż widok kobiet w męskim stroju". Przyjęcia te był obowiązkowe i trudno się było z nich wykręcić, choć większość dworzan ich nie znosiła, ale kaprys carycy Elżbiety był ponad wszystkim, a wynikał on z prostego założenia - ona sama doskonale prezentowała się w męskim przebraniu i dlatego wymagała tego również on innych swych dworzan. Niektóre z takich uroczystych spotkań, mogły skończyć się nawet pewnymi urazami, jak bowiem pisała Katarzyna w swych "Pamiętnikach: "Tańczyłam poloneza z bardzo wysokim panem Sieversem, który miał na sobie krynolinę użyczoną mu przez cesarzową. Hrabina Hendrikowa, która tańczyła za mną, nadepnęła na krynolinę pana Sieversa, gdy robił obrót z dłonią w mojej dłoni. Padając, uderzyła mnie tak mocno, że wpadłam pod krynolinę Sieversa, która wystrzeliła do góry obok mnie. Sam Sievers zaplątał się w swoje suknie, które były w wielkim nieporządku, i tak nasza trójka leżała rozciągnięta na podłodze, przy czym mnie całkowicie przykrywała jego suknia. Umierałam ze śmiechu, próbując wstać, lecz było to możliwe dopiero z pomocą innych, ponieważ byliśmy tak zaplątani w odzienie monsieur Sieversa, że każda próba powstania powodowała upadek pozostałej dwójki".

Ślub Piotra i Katarzyny miał miejsce 21 sierpnia 1745 r. Wcześniej otrzymali oni porady, jak należy postępować w małżeństwie i jak powinien zachowywać się mąż w stosunku do żony oraz żona w stosunku do męża. Lekcji tych udzielał szwedzki dragon o nazwisku Rumberg (lub Romburg). Uczył więc on nowożeńców, iż mąż zawsze ma być panem i władcą. Żona w jego obecności nie może się odezwać bez pozwolenia i nie może mieć też innych poglądów, niż ma jej małżonek. A jeśli będzie się buntowała, to zalecał on "dać jej po głowie", czyli po prostu spuścić lanie. Piotr potem wielokrotnie z lubością przypominał te słowa Katarzynie. Pisała ona: "Czułam doskonale, jak mało go obchodziłam i jak mało ma dla mnie uczucia. (...) Gdy jednak zostawałam sama, zalewałam się łzami, po czym po cichu je ocierałam i biegłam dokazywać z moimi pannami". Piotr z biegiem lat nie tylko nie dorastał, ale wciąż dziecinniał i nie tylko bawił się żołnierzykami, ale nawet lalkami, lub dokazywał z lokajami, chowając się przed nimi i zmuszając by co go szukali. Starał się też "ćwiczyć" swoją żonę w wojskowej musztrze, i jak Katarzyna pisała w "Pamiętnikach": "Wielki książę z dużym upodobaniem instruował mnie w sprawach wojskowych ćwiczeń. Dzięki niemu potrafię trzymać karabin z precyzją doświadczonego grenadiera. Kazał mi stać z muszkietem na warcie przy drzwiach pomiędzy naszymi pokojami".

Po ślubie Katarzyna musiała nie tylko znosić humory i dziwactwa swego męża, ale również kaprysy carycy Elżbiety, która np. wyznaczała młodej parze godziny w jakich mają się udać do łóżka. Nie wolno im było siedzieć za długo w nocy i jeść kolacji, gdyż Elżbieta uważała, że noc jest od spania i od "robienia dzieci". Jednak nie było to wcale takie proste, gdyż Piotr nie traktował Katarzyny jak kobiety, tylko jak towarzyszkę zabaw, i nocami albo grywał jej na skrzypcach, albo też godzinami opowiadał o swoich perypetiach, lub też wzywał służbę i kazał im ze sobą tańczyć w maskach na twarzy. Były też sytuacje, że Piotr w łóżku bawił się... zabawkami (czasem właśnie z tego powodu nie pozwalał się Katarzynie położyć spać, gdyż całe łóżko zastawione było żołnierzykami, a ta musiała siedzieć i przyglądać się temu na krześle. Jednocześnie Piotr ukrywał to przed ciotką i jej damami dworu oraz okłamywał ją, że nocami sypia z Katarzyną. 

Mijały jednak lata, a młoda Niemka nie zachodziła w ciążę. Stało się tak dopiero w 1754 r. a 20 września tego roku powiła syna, któremu nadano (na polecenie carycy Elżbiety) na imię Paweł. Piotr nie był zbytnio zainteresowany synem, ponoć podszedł do niego, popatrzył i wzruszywszy ramionami wyszedł. Z pewnością nie był to też jego syn (choć co do tego nie ma pewności, gdyż Paweł po latach odziedziczył wiele cel właśnie po Piotrze), gdyż w tym okresie Katarzyna wdała się już w romans z Sergiuszem Sałtykowem, z którym to zapewne też straciła cnotę. Po latach Katarzyna tak o nim pisała: "Miał dwadzieścia sześć lat. Pod każdym względem, zarówno z urodzenia, jak pod wieloma innymi, był dystyngowanym kawalerem. Umiał ukrywać swe wady, z których największą była skłonność do intryg i brak zasad. Tego jednak nie dostrzegałam". Dziecko natychmiast po urodzeniu zostało matce odebrane i opiekowała się nim teraz osobiście caryca Elżbieta, która zapewne sama pragnęła mieć takie dziecko i małego Pawła traktowała jak swego syna, całkowicie odseparowując od niego Katarzynę (ta mogła go widzieć tylko z daleka, a po raz pierwszy ujrzała go czterdzieści dni po porodzie i zapisała w swym pamiętniku: "Wydał mi się bardzo ładny, a jego widok trochę mnie rozweselił, gdy tylko jednak ukończono modły, cesarzowa poleciła natychmiast zabrać go i wyszła". Sałtykow został wysłany z misją dyplomatyczną do Szwecji, a Katarzyna całymi dniami płakała, leżąc samotnie w łóżku.




Katarzynie odmówiono uczestnictwa w życiu swego dziecka, co spowodowało że stała się dla niego jakby obcą osobą. Nie była bowiem świadkiem jego pierwszego uśmiechu, pierwszego kroku, pierwszego wypowiedzianego słowa. Katarzyna poświęcała ten czas na czytanie książek (np. zaciekawiło ją, jak wiele podobieństw było w relacjach autorów antycznych, do realiów panujących w ówczesnej Rosji, szczególnie pod względem intryg, korupcji i dążenia do władzy) oraz modlitwy. Mąż coraz mniej się nią interesował, spędzając całe dnie w towarzystwie swych kompanów i metres które sobie wybierał, oraz musztrując swój pułk na kształt pruski. Katarzyna również z czasem zaczęła szukać spełnienia w ramionach innych mężczyzn, a gdy Elżbieta zmarła i na tron wstąpił Piotr III - 5 stycznia 1762 r., stanęła ona na czele buntu przeciwko małżonkowi i odebrała mu władzę - 9 lipca 1762 r., jego samego umieszczając w pałacu w Ropszy, gdzie też (na polecenie nowej carycy) został on zamordowany - 17 lipca 1762 r.

Katarzyna, nie mając wcześniej emocjonalnego związku z synem, po swym wstąpieniu na tron również nie starała się zacieśniać tych związków, tym bardziej że młody Paweł stawał się bardzo brzydkim dzieckiem. W wieku dziesięciu lat przeszedł ospę, która zniekształciła mu twarz do tego stopnia, że realnie zaczął przypominać "złośliwego diabełka". Podobnie jak Piotr, gardził i wyśmiewał wszystkim co rosyjskie. Ale przecież matka nie miała innego wyjścia i to właśnie on był jej jedynym następcą tronu. Już w 1773 r. ogłosiła pełnoletność syna i zaczęła poszukiwania kandydatki na jego żonę. Jej wybór padł na Wilhelminę Luizę von Hessen-Darmstadt, która po przyjeździe do Rosji, przejściu na prawosławie i przyjęciu imienia Natalia Aleksiejewna, oraz poślubieniu carewicza Pawła - 10 października 1773 r., szybko popadła w konflikt z teściową. Paweł miał wówczas 19 lat, a jego nowa małżonka lat 18. Katarzyna II miała pretensje do synowej, że ta nie uczy się języka rosyjskiego, ma skłonności do intryg, jest rozrzutna i podporządkowała sobie jej syna. To właśnie w otoczeniu Pawła i Natalii, kształtowała się opozycja do rządów Katarzyny, którą oskarżano o mężobójstwo i cudzołóstwo (oczywiście nieoficjalnie, wiadomo przecież że nie można było o to oskarżyć cesarzowej, która jednym słowem mogła sprowadzić na taką osobę więzienie, tortury i śmierć). Zresztą Natalia nie była wcale lepsza od teściowej. Już bowiem na statku, którym płynęła do Petersburga, nawiązała romans z młodym oficerem pułku Izmaiłowskiego - hrabią Andriejem Kiriłłowiczem Razumowskim... oraz z Nikołajem Aleksandrowiczem Zagriażskim. Wydaje się, że chciała ona pójść w ślady Katarzyny i władać Rosją przy pomocy swego męża (którego owinęła sobie wokół palca), a być może nawet sama ogłosiłaby się carycą i rządziła krajem tak, jak jej teściowa.

Razumowski należał do grona przyjaciół carewicza Pawła i co noc podawał mu opium oraz środki nasenne, aby móc spędzać czas z jego żoną. Do Pawła oczywiście dochodziły plotki, na temat niewierności żony, ale nie dawał on im wiary i święcie wierzył w uczciwość swej małżonki. Ambitna Niemka pozwalała sobie jednak na coraz więcej i nie poprzestawała na zdradzie małżeńskiej, ale poczęła knuć spisek, mający na celu obalić Katarzynę i osadzić na tronie jej męża - Pawła I. Krąg spiskowców sięgał daleko i ocierał się nawet o sekretarza ambasady francuskiej oraz kilku biskupów prawosławnych. Co ciekawe, zawiązany został jeszcze w tym samym 1773 r., czyli... wkrótce po ślubie Natalii z Pawłem. Spisek się wydał i jego niedoszli członkowie zostali ukarani utratą stanowisk lub wygnaniem (choć nikogo nie postawiono przed sądem), zaś sam Paweł i jego małżonka zostali objęci ścisłą kontrolą carycy. Z końcem 1775 Natalia Aleksiejewna zaszła w ciążę, lecz w kwietniu 1776 r. poroniła syna, sama umierając wkrótce potem. Paweł wpadł w rozpacz i oskarżył o śmierć żony swą matkę, która miała kazać podać jej truciznę. Katarzyna zwołała konsylium 13 chirurgów, którzy po przebadaniu ciała Natalii, doszli do wniosku że nie była ona w stanie urodzić dziecka, ponieważ miała wadę anatomiczną (stwierdzono że: "szpara była szeroka na cztery palce, a ramiona dziecka na osiem" 😄) - to jednak Pawła nie przekonało, lecz wkrótce pojawiły się plotki (zapewne rozgłaszane na polecenie Katarzyny) że ojcem zmarłego dziecka był jednak Razumowski. Caryca wygnała go z dworu i zesłała na Ukrainę, gdzie jego ojciec - Kiriłł, pełnił funkcję atamana Kozaków lewobrzeżnych. 

Katarzyna rozpoczęła też poszukiwania nowej kandydatki na żonę dla syna i jej wzrok padł teraz na Wirtembergię. Spodobała jej się bowiem urodzona - podobnie jak ona sama w Szczecinie - księżniczka wirtemberska Zofia Dorota Augusta Luiza. Rzeczywiście, była ona piękną kobietą i porównywano ją nawet do "pięknego dnia" oraz twierdzono że jest stworzona by nosić koronę. Gdy Katarzyna zaakceptowała kandydaturę Zofii, posłała swego syna do Berlina, gdzie przybył on 7 lipca 1776 r. Opiekunem księżniczki, był król Prus - Fryderyk II Wielki, który radował się że to właśnie ona zostanie żoną rosyjskiego następcy tronu, gdyż jej rodzina była przyjacielsko nastawiona do Hohenzollernów. Paweł też zauroczył się piękną księżniczką z Wirtembergii i był skory do szybkiego ożenku. To, iż to właśnie Katarzyna stała za tym związkiem, na pewien czas zbliżyło do siebie matkę i syna. Nim jednak Paweł opuścił Prusy, spisał specjalne "porady" dla nowej małżonki, jak widzi sobie ich dalszy związek. Jako pierwszy punkt, wymienił obowiązek wierności małżeńskiej, następnie urodzenie dzieci - przede wszystkim synów, podporządkowanie się woli męża, nieuczestniczenie w intrygach dworu oraz niepodważanie powagi imperatorowej, Oczywiście księżniczka przyjęła wszystkie warunki bez zastrzeżeń (co ciekawe, jej matka, pruska księżniczka - Fryderyka Zofia, zobowiązała ją przede wszystkim do wierności królowi pruskiemu i nie uleganiu wpływom rozpustnej Katarzyny).

Z końcem sierpnia 1776 r. Zofia Dorota przybyła do Carskiego Sioła i tam po raz pierwszy ujrzała ją caryca Katarzyna... a była nią zachwycona. Pisała potem: "Jest taka, jakiej sobie życzyłam, strojna jak nimfa, oblicze twarzy - mieszanina lilii i różu, cera najpiękniejsza na świecie (...) moja księżniczka przedstawia sobą wszystko, czego pragnęłam", zaś w liście do barona Friedricha Melchiora Grimma caryca pisała krótko: "Ona jest po prostu wspaniała!". Zofia też odwzajemniała te uczucia i zwracając się do Katarzyny, mówiła: "Wasza Cesarska Mość jest przecudna i niezwykle mądra. Kocham WCM do szaleństwa". Podczas zaręczyn Katarzyna wręczyła zaś Pawłowi liścik, w którym było zapisane: "Kocham Was z całego serca moje dzieci". Ślub odbył się 26 września 1776 r. i Zofia Dorota przyjęła imię Marii Fiodorownej. Miała prawie 17 lat, a jej małżonek 22. Dyskretnie dbała o interesy Prus, a jednocześnie starała się prowadzić takie życie, aby jak najmniej o niej mówiono. Męża swego wspierała we wszystkich jego przedsięwzięciach i deklarowała mu swą dozgonną miłość i posłuszeństwo. Do Katarzyny starała się zwracać z najwyższym szacunkiem i troską, ale... taki stan rzeczy nie trwał zbyt długo. Gdy Katarzyna zaczęła zmieniać swą pro-pruską politykę na pro-austriacką, sympatie między dwiema kobietami się skończyły. Maria Fiodorowna zaczęła izolować męża od matki i zamykać się w gronie swych pruskich przyjaciół. Oczywiście publicznie wciąż deklarowała swą miłość i oddanie imperatorowej, ale realnie drogi obu kobiet zaczęły się rozchodzić.




Latem 1777 r. Katarzyna wysłała syna i synową do miejscowości Pawłowsk, gdzie rozpoczęto budowę ich wspólnej rezydencji. Była to oficjalnie nagroda za zajście Marii w ciążę, ale realnie caryca zsyłała Pawła i Marię na wygnanie z dala od dworu i tutejszych intryg. W Pawłowsku Maria znacznie rozbudowała pałac i zamieniła go na swój prywatny dwór z niezwykle wykwintną formą i anturażem. 23 grudnia (12 grudnia starego stylu) 1777 r. w Pałacu Zimowym w Petersburgu Maria Fiodorowna powiła syna, którego nazwano (na życzenie carycy) Aleksander (na cześć zarówno Aleksandra Newskiego, żyjącego w XIII wieku, jak i Aleksandra Wielkiego). Od chwili narodzin tego dziecka, cesarzowa wiązała z nim wielkie nadzieje i to do tego stopnia, że powiadano iż to właśnie on ma być jej następcą, z pominięciem Pawła. Nad jego główką podczas chrztu trzymano koronę, zaś Katarzyna oficjalnie mówiła o nim, jako o przyszłym carze. Organizowano bale na jego cześć i pomyślność (w których to prześcigali się również wzajemnie carscy dworacy), dedykowano mu wspaniałe wiersze i widziano w nim przyszłość dynastii i chwałę Rosji. Katarzyna tak pokochała chłopca, że wkrótce po urodzinach popełniła ten sam grzech, który wcześniej na niej samej dopuściła się caryca Elżbieta - czyli odebrała dziecko spod opieki rodziców. To przelało czarę uczuć Marii do Katarzyny i zapełniło serce tej pierwszej żywą nienawiścią do teściowej, której przecież woli nie mogła się sprzeciwić. Uciekała więc w inne rozrywki, przede wszystkim zajmowała się rozbudową rezydencji w Pawłowsku. 

A tymczasem Katarzyna nie odstępowała Aleksandra na krok, sypiał on nawet w jej pokojach. Chciała go uformować w taki sposób, aby był jej wierny i jednocześnie spełniał wszystkie kryteria, jakie pokładała w Pawle, a nie było jej dane go wychować. Jego kołyska wyścielona była najdelikatniejszymi i najpiękniejszymi materiałami, a mamki i niańki nie mogły spuścić z malucha oka. Co prawda rodzice nie zostali całkowicie pozbawieni kontaktów z dzieckiem i mogli go odwiedzać (czego wcześniej Katarzyna czynić nie mogła) a nawet zabierać go na spacery po ogrodzie, ale realnie przebywał on u boku carycy, a nie Marii i Pawła. Jego pokój był codziennie wietrzony i nie wolno było tam zapalić więcej, niż dwóch świec. Niemowlę często też kąpano w zimnej wodzie. Babka zapewniła mu wszelkie rozrywki - otrzymał żołnierzyki, farby do malowania, instrumenty muzyczne, a potem książki. Katarzyna wybuchała radością, gdy tylko informowano ją o postępach wnuka, pięknie grającego na skrzypcach, malującego obrazy, projektującego i budującego meble, pokrywającego książki delikatnym aksamitem, czy też czytającego. Aleksander ponoć sam nauczył się czytać, a babka mawiała że wyprzedza on innych chłopców w swoim wieku co najmniej o sześć lat. Matka też radowała się, słysząc o postępach syna, ale żal z powodu odebrania Aleksandra przepełniał jej serce do głębi goryczą i prawdziwą nienawiścią do Katarzyny. Paweł zaś zupełnie się synem nie interesował. Choć może nie do końca - interesował się, ale inaczej niż można by zakładać. Interesował się tylko w taki sposób, że był po prostu o niego zazdrosny i informacje o jego sukcesach nie napawały go dumą, lecz obawą że w przyszłości to właśnie Aleksander może zostać następcą Katarzyny. 

Doszło do tego, że dorastający Aleksander zaczął traktować swą babkę, jak matkę i prosił ją nawet by "dała mu braciszka", a gdy 8 maja (27 kwietnia) 1779 r. urodził się drugi syn Marii i Pawła - Konstanty, babka również i jego odebrała rodzicom, aby malec miał towarzysza zabaw (co do Konstantego caryca również snuła wielkie plany, i o ile Aleksander miał w przyszłości zasiąść na rosyjskim tronie, o tyle Konstanty miał objąć władzę w uwolnionym od Turków Konstantynopolu i odrodzić dawne Cesarstwo Bizantyjskie). Mijały lata, a Aleksander otoczony był wciąż nowymi książkami (głównie francuskimi), mającymi kształtować jego charakter i sposób myślenia. Babka wpajała mu przeświadczenie o potędze i chwale Rosji, zaś on sam nigdy o Rosjanach nie mówił "podani", a raczej "współobywatele" lub "rodacy". Młody Konstanty kpił z Aleksandra, że ten zaśmieca sobie głowę francuskimi książkami, podczas gdy on uczy się o wojnach, bitwach i walkach z Turkami. Ale Aleksander - z wyglądu przypominający greckiego boga - w wieku 12 lat, znał już pięć języków (głównie mówił po francusku, po rosyjsku zaś dosyć słabo). Zgromadził wokół siebie ludzi, którzy pragnęli przeprowadzić w Rosji reformy ustrojowe ograniczające samodzierżawie i ułożyć pierwszą w dziejach kraju konstytucję. Zarówno Aleksander, jak i ludzie z jego otoczenia obawiali się, że jeśli po śmierci Katarzyny II do władzy dojdzie ograniczony intelektualnie i wielbiący proste rozrywki Paweł, to wówczas Rosja stoczy się na długie lata w odmęty tyranii.




W 1793 r., gdy Aleksander skończył 16 lat, babka ofiarowała mu Pałac Aleksandrowski w Carskim Siole. Jednocześnie Katarzyna widziała, że chłopiec lubi się ładnie stroić i ma nieco zniewieściałe ruchy, dlatego nalegała na częste szkolenia fizyczne, z jazdy konnej, szermierki, strzelania z pistoletów itp. Aleksander, pod wpływem dostarczanych mu francuskich książek i żyjąc w czasach Rewolucji Francuskiej, starał się nieco upodabniać do "eleganckiego jakobina", co skutkowało tym, że np. przyszywał sobie do munduru trójkolorową kokardę. Paweł, widząc te synowskie fanaberie, wpadał w złość i wielokrotnie groził że wybije mu owe "heretyckie fantazje" z głowy za pomocą pięści. Babka nie tylko dbała o wykształcenie i sprawność fizyczną swego wnuka, ale również zaczęła namawiać go, by skorzystał z zakazanego owocu i zabawił się z kobietami. Ona sama, która zmieniała kochanków jak rękawiczki, dobrze wiedziała co mówi - chciała aby przyszły władca doświadczył wszystkiego, co zapewne mu się przyda w późniejszym życiu. Poleciła również jednej z dam dworu, aby pomogła carewiczowi przestać być prawiczkiem, a potem sama sprowadzała dla niego różnego rodzaju artystki, śpiewaczki i tancerki - rzekomo dla kształtowania jego muzycznego słuchu i talentu, a naprawdę z zupełnie innych powodów. I to się Aleksandrowi spodobało, a wkrótce potem uzależnił się od seksu. 

W 1792 r. babka postanowiła ożenić swego wnuka i w tym celu wysłała swoje poselstwo do Badenii. Posłowie zaproponowali małżeństwo z carewiczem Aleksandrem, dwóm córkom margrabiego Badenii - Karola Ludwika: 13-letniej Luizie Ludwice Marii Auguście i 11-letniej Fryderyce Dorocie. Matka dziewcząt - Amalia Fryderyka, była siostrą Natalii Aleksiejewnej, pierwszej żony carewicza Pawła. Spisano warunki kontraktu małżeńskiego, podobne do tych, jakie swej małżonce podyktował Paweł podczas wizyty w Berlinie, szesnaście lat wcześniej. Wybór kandydatki na żonę, pozostawiono w gestii Aleksandra i dlatego oba sporządzone obrazy dziewcząt posłano do Petersburga (co ciekawe dziewczęta nie wiedziały w jakim celu pozują do obrazów, a potem, gdy wsadzono je razem do karety i wysłano do Petersburga - po co i dokąd jadą. Dopiero w czasie jazdy poinformowano je, że jadą do Rosji. Dziewczęta się rozpłakały, a Luiza Ludwika krzyczała, że nie chce jechać do "północnego barbarzyńcy". W czasie jazdy pisały one listy do ojca i matki, błagając ich, aby zmienili swą decyzję i pozwolili im wrócić - oczywiście niczego nie wskórały). 31 października 1792 r. wjechały do Petersburga i jeszcze tej samej nocy powitała je caryca Katarzyna. Podczas tego powitania, Katarzynie bardziej spodobała się starsza Luzia i ją to właśnie głównie obsypywała pochwałami. Aleksander powitał specjalnie dla niego wystrojone (w długie białe tuniki, gdzie wyglądały jak nimfy) dziewczęta dopiero 2 listopada.

To nie on wybrał sobie kandydatkę na żonę, uczyniła to za niego babka, już podczas pierwszego powitania dziewcząt w Pałacu Zimowym. Aleksander nie mógł się bowiem zdecydować i tak naprawdę wcale nie spieszyło mu się do żeniaczki. Wolał prowadzić takie życie, jakie prowadził dotąd, wolne, w dużej mierze beztroskie i nie podlegające małżeńskim ograniczeniom. Ale babka nalegała i ostatecznie wręczyła mu do ręki liścik, każąc go ofiarować Luizie. To były spisane przez Katarzynę oświadczyny. 9 maja 1793 r. odbyła się konwersja Luizy na prawosławie (przyjęła ona nowe imię - Elżbieta Aleksiejewna), a dzień później oficjalne zaręczyny jej z Aleksandrem. Od początku nie był to dobrany związek, może dlatego że oboje byli jeszcze zbyt młodzi i łatwo podatni na wszelkie oddziaływania, które niekoniecznie mogły im służyć. Aleksander już tej samej nocy po zaręczynach, na przyjęciu w towarzystwie swych druhów, kazał Luizie obnażyć się do pasa i zachwycał się jej piersiami, oraz tym, jak będzie się nimi bawił w łożu (podobnie jakieś czterdzieści lat wcześniej postąpił carewicz Piotr, który wyciągnął z łoża swoją młodą żonę - Katarzynę, zerwał z niej koszulę i tak ją pokazał swym pijanym kompanom). Ślub odbył się 28 września 1793 r. Najbardziej z tego ożenku niezadowolony był carewicz Paweł, który już jawnie zaczął podejrzewać, że matka chce pominąć go w drodze do korony. Aleksander bardzo bał się swego ojca, jego spojrzenie elektryzowało go. Jego słynne powiedzenie: "Zrobię z ciebie człowieka" powodowało dreszcz grozy u Aleksandra. Paweł obawiał się, że matka zechce oficjalnie uczynić Aleksandra swym następcą i zapewne nie zamierzał się temu biernie przyglądać. Tak więc, gdy stara caryca usiadła na sedesie, który wcześniej był tronem polskich królów, stało się coś, o czym oficjalnie się nie mówi i za przyczynę jej śmierci uznaje albo udar mózgu, albo apopleksję, wykluczając całkowicie... zamach na jej życie. Tym bardziej, że jak świadczą niektórzy, 24 listopada 1796 r. caryca Katarzyna planowała oficjalnie ogłosić Aleksandra swym następcą. Jestem pewien, że plany te dotarły do carewicza Pawła i jego stronników, którzy postanowili jej w tym przeszkodzić. 

Co zatem mogło się stać w ubikacji, owego 16 listopada 1796 r.? Niestety, najbardziej logiczna wydaje się tutaj możliwość najmniej prawdopodobna i przez to oficjalnie nie brana pod uwagę. Otóż należy pamiętać - co raczej nie było tajemnicą - że carewicz Paweł darzył Polaków dość dużą sympatią. Na ile ona wynikała z jego rzeczywistych poglądów, a na ile była jedynie formą walki z matką, która doprowadziła do rozbiorów Polski - tego niestety nie wiadomo. Ale wiadomo, że to właśnie car Paweł I, już po śmierci matki, zwolnił z więzienia w twierdzy Pietropawłowskiej w Petersburgu Tadeusza Kościuszkę, bohatera walk o Niepodległość nie tylko Polski, ale również Stanów Zjednoczonych Ameryki. Paweł uwolnił go już 26 listopada 1796 r., czyli zaledwie dziewięć dni po śmierci Katarzyny II i swoim wstąpieniu na rosyjski tron. To też daje do myślenia. Ale warto wreszcie powiedzieć, co też mogło się stać w ubikacji, w chwili gdy weszła doń stara caryca. Otóż - jak już wspomniałem - sedes został przebudowany z dawnego tronu polskich królów, a dla wygody, specjalnie wyposażony w poduszki wyłożone na krawędziach, które sprawiały że nie odczuwało się chłodu zimnego metalu. Poduszki te zostały jednak usunięte na krótko, nim doszło do zgonu carycy - oficjalnie po to, aby je zmienić, gdyż tamte uległy przedarciu. I tak też się stało, tron sedes został wyłożony zupełnie nowymi poduchami, z których wcześniej nikt nie korzystał. Gdy więc caryca weszła do ubikacji i opadła całym ciężarem swego już pokaźnego ciała na sedes... jej pośladki i uda zostały przebite dużą ilością małych sztyletów, które były ukryte wewnątrz nowych poduch i które zapewne spowodowały, że się tam w dużej mierze wykrwawiła, nim odnalazła ją służba. Oczywiście ktoś powie - nie ma na to żadnych dowodów - ale przecież dowody przedstawiłem, obawa Pawła przed pominięciem go w linii sukcesji, wymiana poduch w osobistej toalecie carycy i jej śmierć w dość dziwnych okolicznościach (gdy ją znaleziono, leżała na ziemi, z podkulonymi nogami). W każdym razie Katarzyna II - ta "niewyżyta seksualnie Niemra" odeszła z tego świata, a jej następcą został car Paweł I (Aleksander od razu ogłosił że nie zamierza rywalizować z ojcem w walce o koronę). I dopiero w kilka lat później jego syn, namawiany przez dworaków, dla których polityka Pawła I zbliżenia z Francją Napoleona, sympatii do Polaków i walce z Prusami, Austrią i Anglią, była nie do zaakceptowania. Postanowiono go więc "wymienić", a doszło do tego tak, jak na samym początku zaprezentowałem. 

To tyle jeśli chodzi o tę część wprowadzenia do tematu, która bezpośrednio dotyczyła relacji rodzinnych Pawła i Aleksandra za czasów panowania Katarzyny II. W kolejnej części przeniesiemy się nad Sekwanę i przyjrzymy, w jaki sposób młody generał Bonaparte zdobył władzę i ogłosił się Pierwszym Konsulem (a potem niestety znów czeka nas powrót do Petersburga). 
   





CDN.