Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 30 czerwca 2020

OPOWIADANIE BDSM - TYLKO DLA OSÓB DOROSŁYCH (18+!) - Cz. VIII

NIEDAWNO ODNALEZIONE, STARE

(CHOĆ NIE MOJEGO AUTORSTWA)

OPOWIADANIE BDSM

AUTOR NIEZNANY


UDAŁO SIĘ! 😋


Odnalazłem zakończenie owej historii BDSM, która jakiś czas temu zaginęła mi i z tego powodu opowiadanie nie miało swego pełnego zakończenia. Teraz już to naprawiam i zapraszam do lektury przedostatniej części przygód Moniki, Czarnego i Adama.

😎 






DALSZA CZĘŚĆ OPOWIADANIA O TEMATYCE BDSM 
W KTÓREJ JEST SPORO SEKSUALNEGO WYUZDANIA, DLATEGO TEŻ:


TEKS JEST PRZEZNACZONY TYLKO DLA OSÓB POWYŻEJ 18 ROKU ŻYCIA






 Wyjazd w Alpy był udany. Monika cieszyła się z pobytu w atrakcyjnym kurorcie a także z tego iż Czarny traktował ją jak kobietę, nie jak niewolnicę, którą była tak długo. W dzień jeździli na nartach, jedli w drogich restauracjach a dopiero wieczorem stawała się jego prywatną niewolnicą i kochanką. Monika widziała zmianę w zachowaniu Czarnego. Także jej uczucia w stosunku do niego uległy zmianie. Czuła, że zakochała się w nim tak jak poprzednio w Adamie. Czasem myślała o Adamie i coś ściskało ją w piersi ale nie była to ta sama tęsknota, którą czuła kiedyś, nie był to już ten sam ból, teraz było to raczej wspomnienie kogoś z przeszłości. Czarny traktował ją bardzo dobrze. Gdy stawała się jego kochanką wracał jego demoniczny sposób dominacji. Wiedziała, że wtedy mały błąd narazi ją na ból i upokorzenie. Poznała go już dobrze i wiedziała jak sprawić mu przyjemność i jak spełniać jego zachcianki aby nie narażać się na kary. 

Mijał drugi tydzień ich pobytu. Czarny czasami sam wychodził wieczorami zostawiając ją w pokoju. Czekała na niego czasem do późna w nocy. Wiedziała, że przyjazd tu nie był wyłącznie rozrywką, był także interesem i wiedziała, że to ryzykowny interes. Czarny był gangsterem i miał dużo mafijnych powiązań. 

Tego wieczora też siedziała sama w hotelowym pokoju gdy nagle zadzwonił telefon. Ktoś z recepcji przekazał jej wiadomość, że Czarny będzie czekał na nią za pół godziny na parkingu z tyłu hotelu. Zdziwił ją ten telefon ale pomyślała, że to cześć gry, że Czarny coś zaplanował. Ubrała się na sportowo i aby dodać pikanterii swojemu strojowi nie założyła pod golf stanika. Zrobiła delikatny makijaż i wyszła na spotkanie. 

Na dworze padał śnieg, parking był opustoszały. Świeży puch pokrył auta i asfaltową płytę parkingu. Było cicho i czysto. Śnieg zawsze miał taką moc, uciszał i chował wszelkie hałasy i brudy. Otuliła się mocniej szalem i ruszyła na parking, nie wiedziała czy ma szukać auta Czarnego czy czekać aż on się sam pojawi. Stanęła niepewnie przy pierwszym aucie. W koło panowała tylko cisza. Czuła jak mróz szczypie ją w nos. Zrobiła kilka kroków dalej i nagle z jednego z rzędów ruszył w jej stronę samochód. Odetchnęła z ulgą bo już się zaczynała obawiać, że to jakiś kawał. Gdy za kierownicą auta zobaczyła obcego mężczyznę coś ją tknęło i rzuciła się do ucieczki. Niestety było już za późno. Ktoś wybiegł z auta i narzucając jej na głowę czarną szmatę, obezwładnił. Wiedział już, że to nie sprawka Czarnego, że to nie zabawa, szarpała się ale to nic nie dało. Po chwili czuła jak wrzucają ją do bagażnika auta. Samochód ruszył.

Gdy zdjęto jej z głowy worek zobaczyła Czarnego, związanego i z zakrwawioną twarzą. Siedział na krześle. Za nim stał jeden z opryszków. 

- Jeśli moja perswazja nie zadziałała to może zadziała jak popatrzysz sobie co robimy z twoją dupeczką - odezwał się drugi bandyta. 

- Spierdalaj! To nie moja dupeczka tylko dziwka którą wyrwałem za parę dolców. - warknął Czarny. 

Monika była przerażona tym co się działo i tym co usłyszała z ust mężczyzny któremu zaufała, któremu oddawała siebie już bez przymusu. Wszystko działo się tak szybko, że nie była w stanie myśleć logicznie. Spojrzała na Czarnego oczami pełnymi łez. Po chwili dotarło do niej, że to co mówił było po to aby ją chronić. 

- He He i ja mam w to uwierzyć - zaśmiał się ten który stał za Czarnym. 

Podszedł do Moniki i zdarł z niej kurtkę. Chwycił szalik i zacisnął go mocno na jej szyi. Po chwili Monika poczęła tracić oddech. 

- Puść ją palancie! - krzyknął Czarny, okupił ten krzyk bolesnym ciosem w twarz. 

- My pobawimy się twoją laseczką a ty w tym czasie zastanowisz się czy podpiszesz te papiery czy nadal się będziesz upierał przy swoim.

Obaj podeszli do dziewczyny i śmiejąc się poczęli ją dotykać. W hali w której ich trzymano było zimno. Monika czuła jak marzną jej dłonie które były mocno skrępowane taśmą. Przy każdym obleśnie lubieżnym oddechu z ust oprawców wydobywały się kłęby pary. Jeden z nich używając noża rozciął jasny golf który Monika miała na sobie. Jej piersi zareagowały na chłód. 

- Zobacz jak się mała podnieca - zaśmiał się gruby bandzior. 

Zdarli także z niej spodnie. Stała nago trzęsąc się z zimna. Oglądali jej ciało z zaciekawieniem. Dotykali kolczyki w sutkach i na cipce. 

- Nieźle ozdobiona ta tania dziwka. Widzę, że ktoś lubi się tu zabawić. 

Ciało Moniki stawało się sine a ona nie mogła powstrzymać drżenia. 

- Chyba czas zabrać ją w cieplejsze miejsce bo zanim się zabawimy zamarznie - ponownie zaśmiał się ten gruby. 

- Ja też wolę zabawiać się w cieple - dodał drugi.




Jeden z nich zabrał Czarnego a drugi zaczepiając czubek noża o kolczyk w sutku Moniki pociągnął ją za sobą. Szła niepewnie bojąc się skaleczyć o ostrze. Weszli do jakiegoś pomieszczenia przypominającego kotłownię, było tam znacznie cieplej. Tym razem Czarny został przywiązany do jakiegoś słupa ale tak aby mógł patrzeć na to co się dzieje. Monikę pchnęli na środek pomieszczenia, nad jej głową świeciła stara okopcona żarówka. Pomieszczenie było niewielkie, znajdowała się tam mała szafka i coś co przypominało fotel. Przy ścianie stała mała ławka. Tę ławkę zaciągnęli w miejsce gdzie stała dziewczyna. Położyli ją na niej tak aby można było jej ręce unieruchomić pod ławką. Także jej nogi zostały przywiązane do nóg ławki. Jej piersi zostały wyciągnięte na zewnątrz i zwisały po bokach. 

- Najpierw ja ją przelecę a potem jest twoja - zaśmiał się rubasznie grubas. 

Czarny stał i patrzył na to co się działo. Był wściekły ale i bezradny. Popełnił błąd, zaufał nieodpowiednim ludziom. Teraz oni chcą aby podpisał papiery obciążające go. Wiedział, że jeśli je podpisze w szybkim tempie straci wszystko co ma i trafi do więzienia. Tego nie zamierzał robić. Teraz jednak zobaczył Monikę w ich rękach. Kiedyś sam chciałby być na ich miejscu. Podniecało go pastwienie się nad nią. Ale tym razem czuł ból, lecz nie ból fizyczny. To była jego własność i nikt nie miał prawa jej dotykać. Myślał jak wyjść z tej sytuacji. Wiedział, że jego ochrona zauważy jego zniknięcie i zaczną go szukać. Potrzebował czasu ale nie było go dużo. Wiedział, że jeśli nie ustąpi oni zrobią krzywdę jego kobiecie. Gruby obmacywał Monikę trzęsącymi się rękami. Ślinił się przy tym strasznie i pocił. Po chwili rozpiął spodnie i zgwałcił ją kilkoma szybkimi ruchami. Monika zniosła to cierpliwie. Nie był to pierwszy gwałt w jej życiu. Bała się raczej tego drugiego i jego dziwnych oczu. Patrzył na nią jak myśliwy patrzy na zwierze które upolował. Gruby sapiąc odsunął się i opadł na fotel. Drugi mężczyzna podszedł w tym czasie do Czarnego. 

- Widzę, że nie sprawia ci różnicy kto posuwa twoją laskę a ciekawe jak zareagujesz widząc jak ktoś inny niż ty ją torturuje. - syknął wprost do jego ucha. 

Tym razem oczy Czarnego zdradziły zazdrość. O to chodziło oprawcy. Chciał go złamać poprzez zazdrość, dojść do uczuć które zmuszą go do podpisania dokumentu. Nic już nie mówiąc podszedł do dziewczyny i klepnął ją po wypiętych pośladkach. Po chwili w jego dłoni pojawiła się cienka bambusowa witka. Pierwszy cios spadł na pośladki Moniki nieoczekiwanie. Krzyknęła. Kolejne ciosy posypały się jak lawina. Ciął szybko i mocno. Skóra Moniki pokrywała się sinymi pręgami a ona krzyczała coraz głośniej. Gdy znudził się biciem jej pupy, patrząc na Czarnego wyjął z kieszeni dwa małe gwoździki. Podszedł do jej piersi. Zdjął jeden kolczyk a w jego miejsce zaczął wciskać gwoździk. Monika szarpała się i prosiła aby przestał. Dziurka była troszkę mniejsza od gwoździa i czuła jak skóra jest rozrywana. Gdy gwoździk został wkręcony w jej ciało szybkim ruchem przybił go do boku ławki. Monika czuła, że robi jej się słabo, ból nie był duży ale świadomość iż została przybita do drewna działał na nią paraliżująco. To samo uczynił z drugim sutkiem. Tym razem pojawiło się parę kropelek krwi. Naciągnął mocno obolałą pierś i także ją przybił. Odwiązał Monice ręce i nogi ale mimo to nie mogła się poruszyć. Kolejne uderzenia trzcinki trafiły na jej piersi, odruchowo się szarpnęła ale ból szybko przypomniał o tym iż nie może się poruszać. Gruby patrząc na poczynania kolegi ponownie był gotowy ulżyć sobie w ciele Moniki. Tym razem zajął się jej ustami. Podniósł zapłakaną twarz dziewczyny i wpakował w jej usta swojego małego członka. Tym razem także szybko skończył. Monika wypluła z obrzydzeniem jego nasienie celując w jego stopy. Za ten czyn dostała w twarz ale na jej ustach pojawił się uśmiech satysfakcji. Drugi oprawca w tym czasie przyniósł coś co przypominało wziernik ginekologiczny ale było większe. Wcisnął to w cipkę Moniki. A potem zaczął go powoli rozwierać. Po chwili dziewczyna czuła ból. Kat nie przerwał, jego kolega podał Czarnemu papiery.

- No to podpis albo rozerwę to, co najcenniejsze w tej dziewczynie. - powiedział podkręcając kolejny raz śrubę. 

Monika zaczęła prosić o litość. 

- Nie mnie proś mała, proś swojego gacha. 

Czarny zawahał się. Widział, że Monika cierpi. Widział, że jeszcze chwila a stanie jej się krzywda. 

- Dawaj te papiery - powiedział.

Gruby rozwiązał mu ręce ale trzymając pistolet w dłoni podał Czarnemu papiery. Ten zamiast je podpisać jednym ruchem podarł kartki i rozsypał w powietrze. Tego się chłopcy nie spodziewali. Gruby odruchowo uderzył Czarnego kolbą pistoletu w głowę, powalając go na podłogę. Drugi zostawiając w Monice wziernik podszedł do nich. 

- Kurwa! Nie mogłeś uważać. Teraz musimy jechać po kopie. - powiedział wściekły. 

- Nie wiedziałem, że dupek to zrobi, myślałem, że zmiękł - tłumaczył się gruby. 

- Zwiąż go i jedziemy. No to mała odpoczniesz trochę, ale abyś nie zapomniała po co tu jesteś, zostawię tą zabawkę w tobie, po jakimś czasie przyzwyczaisz się do bólu - powiedział do Moniki.

- Proszę nie rób tego - płakała Monika.

W odpowiedzi podszedł do niej i używając taśmy skleił jej ręce za plecami. 

- To na wypadek gdybyś chciała się uwolnić. Po chwili zgasło światło i słychać było odjeżdżający samochód. 

- Panie mój! - krzyknęła Monika - ratunku!!




Nie mogła się poruszać bo gwoździe nadal trzymały ją przy ławce. Próbowała oswobodzić dłonie ale się nie dało. Starała się zębami dosięgnąć do gwoździ ale to też było niemożliwe. Spróbowała przenieść ręce zza pleców do przodu. Było to bardzo trudne. Podkuliła nogi i bardzo naciągając piersi udało jej się przejść nogami przez nadgarstki. Czuła okropne zmęczenie i ból. Przy każdym ruchu czuła jak wziernik ją rozciąga coraz bardziej. Sutki bolały okropnie. Próbowała paznokciami wyrwać gwoździki. Były mocno wbite ale po chwili udało jej się oswobodzić jedną pierś. Po chwili i druga była wolna. Zębami zerwała taśmę i zaczęła szukać włącznika światła. Monika oswobodziła się ze wszystkich więzów i wziernika i po omacku szukała włącznika światła. Czuła pod bosymi stopami chłód podłogi. Po chwili pomieszczenie rozjaśnił blask okopconej żarówki. Rozejrzała się po pomieszczeniu w poszukiwaniu Czarnego. Zobaczyła go jak leżał pod ścianą. Ręce miał związane, z lewego łuku brwiowego sączyła się krew. Dotknęła go próbując ocucić. Nic to jednak nie dało. Kucnęła przy nim i zaczęła szarpać go za rękaw zakrwawionej koszuli. Na próżno. 

- Panie mój - krzyknęła. 

Dotknęła jego szyi sprawdzając puls. Nie mogła go wyczuć. Strach coraz bardziej ją paraliżował. Przyłożyła ucho do jego ust, nie oddychał. To niemożliwe pomyślała. Sprawdziła ponownie. Czarny nie dawał znaków życia. Była przerażona. Co ma teraz robić, była w obcym miejscu, w obcym państwie. Uspokoiła szybko myśli i zaczęła od odszukania swojego ubrania. Znalazła strzępy swetra i spodni. Na podłodze w dużej hali leżała jej kurtka i buty. Ubrała ją szybko drżąc z zimna i strachu. Szybkim ruchem oderwała obcasy w kozaczkach. Instynkt podpowiadał jej że bez obcasów będzie łatwiej biec w razie potrzeby. Wróciła do Czarnego i obszukała jego kieszenie. Nie było tam nic co mogło jej się przydać. Odszukała wyjście i ruszyła w ciemną, śnieżną noc. Gdy porywacze wrócili do swojej kryjówki od razu odkryli że Monika uciekła. Gruby zauważył także co stało się z Czarnym.

- Kurwa! Za mocno go strzeliłem, i co teraz? Szef nas zabije - powiedział blednąc. 

- Najpierw znajdźmy tę małą dziwkę, nie zwiała daleko. - odparł jego kolega - odbezpieczając pistolety ruszyli w stronę drzwi. 

Monika czekała w ukryciu aż podjadą i wyjdą z auta, potem ostrożnie podeszła do zaparkowanego samochodu. Tak jak myślała zostawili kluczyki w środku. Szybko wsiadła i nie zapalając świateł ruszyła po świeżym śniegu. Gdy oni wybiegali z hali ona była już przy bramie wjazdowej. Zauważyli brak auta ale w ciemności nie widzieli gdzie Monika odjechała. Dopiero jak zapaliła światła zaczęli strzelać w jej kierunku. Żadna kula nie trafiła i Monika szybko wyjechała na drogę. Mknęła przed siebie szukając jakiegoś drogowskazu. Po paru kilometrach trafiła na tablicę informacyjną. Musiała zawrócić. Miejscowość w której się zatrzymali była dwadzieścia kilometrów w drugą stronę. Przerażała ją myśl że będzie musiała przejechać obok miejsca w którym ją trzymano ale to było jedyne rozsądne wyjście. Gdy zbliżała się do tego miejsca zobaczyła dwóch autostopowiczów na drodze. Włączyła długie światła aby ich oślepić i przyspieszyła. Na szczęście oni byli tak zdezorientowani że nie zdążyli wyjąć broni.

Monika dotarła do hotelu budząc zdziwienie i zaciekawienie przeparadowała w samej kurtce przez hol i pobiegła do pokoju ochrony. Tam okazało się, że już ich szukają. Opowiedziała szefowi ochrony co się stało. Była zmarznięta i wystraszona. Zabrał ją do pokoju i tam spokojnie zaczęli rozmawiać. On zawiadomił policję i odwołał swoich ludzi. Monika bijąc gorącą herbatę zastanawiała się co teraz ma zrobić. Nie cieszyło ją odzyskanie wolności. Cierpiała po stracie Czarnego i przerażało ją to co się stało. Była u niej policja i jeden z nich miał zostać przed drzwiami na wypadek gdyby ktoś próbował do niej dotrzeć. Wiedziała, że hotel miała opłacony do końca tygodnia. Przeszukała rzeczy Czarnego i znalazła trochę pieniędzy i swój paszport. Usiadła na fotelu i spojrzała na dokument. Przypomniało jej się wszystko co przeżyła. Ogłoszenie w gazecie, porwanie, ból i poniżenie, potem Adam, potem Czarny. Minęło wiele miesięcy od tego dnia gdy zniknęła. Teraz była wolna ale czy chciała tej wolności. Zrozumiała, że tak naprawdę pokochała bycie niewolnicą. Pokochała Adama, Czarnego. Otrząsnęła się z tych myśli. Teraz ważne było wrócić do domu. Tylko gdzie był ten jej dom. Mieszkanie w mieście na pewno już wynajęto komuś innemu. Nie płaciła czynszu, nie pokazywała się tam. Wróci do rodziców do małego domku na wsi. Cieszyła się, że ich zobaczy ale przerażała ją myśl iż ma wrócić do takiego trybu życia jak kiedyś. Przyzwyczaiła się do luksusu mimo, że luksus dla niej to nagość, upokorzenie, ból i obroża na szyi. Pogrążona w myślach zasnęła.        





 
CDN.

NAJLEPSZE PRZEPISY KULINARNE POLSKIEJ KUCHNI KRESOWEJ - Cz. IV

PYSZNOŚCI SZLACHECKIEGO STOŁU

XIV - XIX wiek


 




Dziś powracam do nieco już zapomnianego tematu pyszności i smakołyków z staropolskiej kuchni kresowej, a w dzisiejszym temacie skupić się zamierzam na słodkościach, a konkretnie na polsko-litewskim sękaczu, staropolskim kulebiaku, polskim rumianym mazurku, a także podam przepis na staropolski likier pomarańczowy - biały - zwany czasem również "pomarańczówką". Tak więc - aby nie przedłużać - przejdźmy do dzieła:




 DZIAD - CZYLI SĘKACZ

(WERSJA UPROSZCZONA - ZA TO ŁATWIEJSZA W

PRZYGOTOWANIU I MNIEJ CZASOCHŁONNA)







Legenda tego ciasta głosi, że zostało ono wymyślone z okazji wizyty w Berżnikach w 1551 r., sędziwej już wówczas królowej-matki Bony Sforzy. Czy to prawda - raczej to jest wątpliwe, jednak legenda o jej wizycie w Berżnikach - co miano właśnie uczcić podając monarchini nowo wymyślone ciasto, zwane właśnie "sękaczem" ze względu na jego kształt, przypominający sękate drzewo. Bardziej jednak prawdopodobne jest to, że przepis na sękacza przybył do Polski (a potem na Litwę) z... Niemiec, gdzie znany był pod nazwą "bankuch". Jednak w Brandenburgii (gdzie sękacz święcił największe triumfy) znany był dopiero na przełomie XVI i XVII wieku, więc nie wiadomo dokładnie która wersja jest prawdziwa i czy to może jednak ciasto to, przybyło raczej z ziemi podlaskiej do Berlina, a potem zadomowiło się na stołach Niemiec, Francji a nawet Szwecji. W każdym razie sękacz uważany jest za tradycyjne danie polskiej kuchni kresowej i dlatego właśnie znajduje się w tym oto zestawieniu.

Aby przygotować dobry, właściwy i prawidłowy sękacz, należałoby zgromadzić nawet... 200 jaj, a potem skrupulatnie owiniętego pergaminem (lub natłuszczoną płócienną koszulką) umiejętnie smażyć go na rożnie w taki sposób, by ciasto z każdej strony odpowiednio się zarumieniło. Praca ta jednak jest dość żmudna i trwa ok. trzech godzin (nieustannego kręcenia rożnem, dbając o to, by ciasto równomiernie się rozłożyło), dlatego też darujemy sobie taki przepis i przejdziemy od razu do wersji znacznie bardziej skróconej i składającej się zaledwie z... 10 jaj. Oto on:



 SKŁADNIKI:

  1. 10 jaj (można oczywiście więcej, np. 30-60 - wtedy ciasto będzie znacznie większe).
  2. 3/4 kostki masła
  3. 750 gram cukru.
  4. 250 gram maki.



PRZYGOTOWANIE:

 
Masło należy utrzeć w misce, wsypując doń cukier i mieszać do chwili aż się spieni. Następnie  wbijamy wszystkie żółtka z jajek po kolei (nie przerywając ucierania) i do tego dosypujemy mąkę. Białka zaś posłużą nam do ubicia piany, po czym wszystko razem mieszamy z ciastem. Następnie, do wcześniej przygotowanej i nasmarowanej masłem formy (np. tortownicy) wlewamy cieniutką (jak najcieńszą) warstwę ciasta i całość wstawiamy do piekarnika (pieczemy w 180 stopniach). Gdy ciasto będzie upieczone, wyjmujemy formę i wlewamy drugą cienką warstwę ciasta, po czym wstawiamy tę formę do większej formy z wodą (aby piekło się tylko od góry), po czym ponownie wkładamy obie warstwy do piekarnika. Gdy się upieką, wlewamy trzecią cienką warstwę, a gdy i ona się upiecze, następną - aż do całkowitego zużycia całego ciasta. 

Oczywiście to z jak wielu warstw będzie się składał nasz sękacz (dziad) - zależy tylko od nas samych i naszej fantazji oraz wytrwałości. Gdy ostatecznie ciasto upiecze się do ostatniej formy, wyjmujemy je z piekarnika (dziad będzie miał prążki - czyli warstwy - wzdłuż, a nie w poprzek, jak przy sękaczu pieczonym na rożnie) i już wedle naszego życzenia możemy go dowolnie przystroić - np. lukrując go od wierzchu, dodając wanilii, cytryny, migdałów, a nawet truskawek i śmietany. Ciasto to się nie psuje (lub psuje się bardzo powoli) jest gotowe do spożycia nawet po upływie... sześciu miesięcy.




STAROPOLSKI KULEBIAK

(SZLACHECKI - GDYŻ ISTNIAŁY RÓWNIEŻ 

KULEBIAKI CHŁOPSKIE - CZYLI LUDOWE)





 

Istniało kilka przepisów na kulebiaki, ja tutaj podam tylko dwa - jeden co wyrósł w kuchni domu Sapiechów, a drugi w kuchni domu Radziwiłłów



SKŁADNIKI: 

(KULEBIAK SAPIECHÓW)

 
  1. garść suszonych grzybów.
  2. ciasto maślane.
  3. 500 gram kiszonej kapusty.
  4. 100 gram wędzonej szynki.
  5. 1 cebula.
  6. masło
  7. 2 jajka.
  8. pieprz.
  9. sól. 
  10. mąka.
  11. śmietana.

 

PRZYGOTOWANIE: 
 
 
Masło i mąkę należy przesiekać nożem na stolnicy. Następnie wbić 2 jajka, wlać śmietanę, dodać nieco soli (może być "nieco" więcej) po czym to wszystko dobrze ugnieść rękoma. Potem rozwałkować ciasto w kwadrat, założyć rogi do środka (jak w kopercie), złożyć na pół i raz jeszcze na pół (powtórzyć tę samą czynność jeszcze trzy razy). Po czym odłożyć ciasto do lodówki na 20 minut.

W tym czasie grzyby należy zamoczyć w ciepłej wodzie i odstawić na pół godziny, po czym ugotować je w tej samej wodzie. Następnie grzyby trzeba wyjąć i pokroić w cienkie paseczki. W tym czasie również przygotowujemy kapustę, którą musimy drobno posiekać i następnie zalać wywarem z ugotowanych grzybów i ugotować ją bez przykrycia. Drobno kroimy (oraz sieczemy) cebulę, posypujemy szczyptą soli i szklimy ją na maśle (oczywiście na patelni) razem z pokrojoną w paski szynką. Następnie należy to wszystko wymieszać z kapustą i grzybami oraz doprawić solą i pieprzem i ciasto Sapiechów gotowe.

 

SKŁADNIKI:

(KULEBIAK RADZIWIŁŁÓW)


  1. ciasto maślane.
  2. 300 gram mięsa z pieczonego kurczaka.
  3. 150 gram wędzonej szynki.
  4. 4 jajka.
  5. natkę pietruszki.
  6. pieprz.
  7. sól.


PRZYGOTOWANIE:


Szynkę i kurczaka należy drobno posiekać i dodać (ugotowane na twardo) i pokrojone w kosteczkę dwa jajka. Wymieszać to z posiekaną natką pietruszki i doprawić solą oraz pieprzem, a Następnie wbić jedno surowe jajko i całość dobrze wymieszać.

W tym czasie należy rozwałkować ciasto na dwa prostokąty (jeden większy od drugiego). Na mniejszy prostokąt nakładamy przygotowane nadzienie (jednak tak, aby dookoła brzegów pozostawić gołe ciasto na szerokość do 2 cm.). Następnie przykrywamy to większym kawałkiem prostokątnego ciasta, tak, aby zlepić ze sobą oba brzegi. Po wierzchu należy również posmarować wymieszanym razem białkiem i żółtkiem z czwartego jajka i całość wstawiamy na ok. 20 minut do piekarnika (lub pieca) i gotujemy w temperaturze 200 stopni. 

PS: Ciasto maślane można przygotować tak jak to było w przepisie Sapiechów, jak i Radziwiłłów - to nie ma większego znaczenia, a wręcz można nawet łączyć te style naprzemiennie.



 

STAROPOLSKI RUMIANY MAZUREK


  


 
SKŁADNIKI:

  1. pół kilogramów migdałów.
  2. masło.
  3. cukier.
  4. mąka.
  5. 4 jajka.
  6. 30 goździków.
  7. ok. 6 gram utartego cynamonu.



PRZYGOTOWANIE:


Migdały płuczemy pod ciepłą wodą i pozostawiamy do wyschnięcia, po czym tłuczemy je na masę w jednym naczyniu, do którego następnie wsypujemy pół kilo masła, 1/3 cukru, 1/3 mąki i rozbijamy cztery jaja, dodajemy goździki, utarty cynamon i wszystko razem intensywnie zagniatamy po czym wałkujemy na grubość palca i wkładamy do wcześniej przygotowanej formy, posmarowanej masłem. Całość wkładamy do piekarnika i gotujemy w temperaturze co najmniej 180-200 stopni. Gdy mazurek już nam się ugotuje i pięknie zarumieni, wyjmujemy go z piekarnika, polewamy lukrem cytrynowym (lub jakimkolwiek innym), przystrajamy konfiturami (to granicę stanowi jedynie nasza wyobraźnia) i voila, możemy zasiadać do stołu.




 LIKIER POMARAŃCZOWY - BIAŁY

("POMARAŃCZÓWECZKA")










SKŁADNIKI:

  1. litr dobrego spirytusu.
  2. 6 pomarańczy.
  3. cukier.



PRZYGOTOWANIE:


Litr dobrego spirytusu (co najmniej 12 próby), nalać na skórki z sześciu świeżych, obranych pomarańczy (tak obranych, aby pozostały same wierzchnie skórki), a następnie odstawić całość na dziesięć dni. Potem zlać spirytus do wazy (lub innego naczynia), a tymczasem w drugim naczyniu przygotować wodę i gotować ją do stanu wrzenia, po czym dodać półtora kilogram cukru i zrobić z niego bardzo gęsty syrop. Następnie ów gorący jeszcze syrop, wlać do wazy ze spirytusem i dobrze wymieszać, po czym odstawić w wazie do wystudzenia. Po wystudzeniu przelać lejkiem do butelek (kładąc watę do filtru w lejek), zapieczętować butelki i odstawić w spokojnym, chłodnym miejscu... na pół roku.



SMACZNEGO!
 


 


 

niedziela, 28 czerwca 2020

Z PAMIĘTNIKÓW KRÓLA STASIA - Cz. I

OSIEMNASTE STULECIE WIDZIANE

PRZEZ OSTATNIEGO KRÓLA POLSKI

STANISŁAWA AUGUSTA

PONIATOWSKIEGO




 

Dziś co prawda miały być przepisy staropolskiej kuchni kresowej - ale, uznałem że temat ten może poczekać (np. do jutra), a dziś postanowiłem zająć się prezentacją pamiętników ostatniego króla Rzeczpospolitej Obojga Narodów - Stanisława Augusta Poniatowskiego, zwanego potocznie "królem Stasiem" (np. w latach 1787/1788, gdy Poniatowski ogłosił zbiórkę pieniędzy na budowę pomnika króla Jana III Sobieskiego - zwycięzcy Turków spod Wiednia z 1683 r., który to triumf ocalił wówczas Europę [a z pewnością Austrię i Niemcy] przed osmańską niewolą. Wówczas to po Warszawie zaczął krążyć taki oto wiersz: "Dwa tysiące na pomnik? Ja bym i dwakroć łożył, aby Staś skamieniał, a Jan III ożył"). Relacje Stanisława Augusta Poniatowskiego na temat kluczowych wydarzeń epoki w której przyszło mu żyć, są ciekawe i wiele z tych opisów można się dowiedzieć na temat mentalności ludzi wówczas żyjących. Król Stanisław August Poniatowski nie zapisał się dobrą pamięcią w naszych dziejach. Co prawda, jeśli chodzi o mecenat kulturalny, rozwój sztuki czy też pewne nieśmiałe próby odrodzenia dawnej potęgi państwa - to rzeczywiście należy przyznać że król je wspierał, jednak okres jego panowania (1764-1795) przypadł na czasy całkowitego uzależnienia Rzeczpospolitej od Rosji, czemu król w żaden sposób nawet nie próbował przeszkadzać. Jego krótki romans z małżonką następcy rosyjskiego tronu - Katarzyną Aleksiejewną - późniejszą carycą Katarzyną II - odcisnął swe piętno na całym jego późniejszym życiu (można nawet zaryzykować stwierdzenie że w pewien sposób król obawiał się carycy). 

Stanisław August podjął co prawda próby wzmocnienia kraju (był jednym z autorów pierwszej europejskiej konstytucji, zwanej też Konstytucją 3 Maja 1791 r.), ale wkrótce potem (1792 r.) przeszedł do targowicy - czyli tych wszystkich zdrajców, którzy wezwali na pomoc carycę Katarzynę, w niej właśnie upatrując gwarancji utrzymania swych dawnych praw i przywilejów, które Konstytucja 3 Maja w dużej mierze znosiła. Niestety, targowicka "hołota intelektualna" nie pomyślała, że zapłatą za pomoc będą rozbiory i w konsekwencji całkowite wymazanie Rzeczpospolitej z mapy świata w 1795 r. Do dziś w Polsce określenie "Targowica" (od miejscowości, gdzie została zawiązana konfederacja przeciwna Konstytucji i wzywająca carycę do udzielenia pomocy w jej obaleniu), jest symbolem największej zdrady i zaprzaństwa w naszych dziejach, a "król Staś - bez względu na jego wcześniejsze zasługi (np. był założycielem Szkoły Rycerskiej, czyli takiej polskiej West Point - w której kształciło się wielu późniejszych polskich wodzów Epoki Napoleońskiej czy Powstania Listopadowego - w tym m.in.: Tadeusz Kościuszko, bohater walk o Niepodległość USA) to jednak ewidentnie przyczynił się król do upadku tamtej Rzeczpospolitej, na którą ponowne odrodzenie trzeba było czekać przez kolejne 123 lata. 

Owe "Pamiętniki" Stanisław August zaczął pisać w roku 1771 i doprowadził je do roku 1778:
      

   

 PAMIĘTNIKI KRÓLA STANISŁAWA

AUGUSTA PONIATOWSKIEGO

(z lat 1748-1778)

Cz. I





 

 CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ I



Moje urodzenie. Jestem zakładnikiem i z jakiego powodu. Charakter matki. Wychowanie. Śliwicki. Pierwsza podróż. Korzyść z udziału w kampaniach wojennych. Słowo dane rodzicom. Kaunitz. Loevendal. Maurycy Saski. Berg-op-Zoom. Pan de Court. Bouquet. Breda. Obóz holenderski. Zapał Holendrów dla domu Orańskiego. Akwizgran po raz drugi. Choroba.


Urodziłem się 17 stycznia 1732 r. w Wołczynie, w województwie brzesko-litewskim, w majętności należącej wtenczas do mego ojca, na rok przed śmiercią Augusta II (elektor Saksonii Fryderyk August I z saskiej dynastii Wettynów, panował w Rzeczpospolitej jako August II Mocny w latach 1697-1733). Podczas zamieszek, które niebawem nastąpiły (w czasie wojny o sukcesję polską z lat 1733-1735), porwany z kolebki (na polecenie wojewody kijowskiego - Józefa Potockiego, zwolennika kandydata do tronu polskiego - Stanisława Leszczyńskiego, ojca królowej Francji i żony Ludwika XV - Marii Leszczyńskiej. Natomiast rodzina Poniatowskich wspierała Augusta III - syna Augusta II Mocnego) , odwieziony zostałem jako zakładnik do Kamieńca przez wojewodę kijowskiego, Potockiego (później hetmana wielkiego i kasztelana krakowskiego), który tym sposobem chciał dowieść przywiązania swego do króla Stanisława Leszczyńskiego, chociaż skrycie zaczął był już układy z jego współzawodnikiem, Augustem III, zanim jeszcze ojciec mój zmuszony został, po kapitulacji Gdańska, poddać się prawom zwycięzcy, razem z prymasem Potockim i wszystkimi innymi magnatami polskimi, obecnymi wówczas w tym mieście. Wojewoda dogodził w tym razie, jak i w wielu innych, temu uczuciu zazdrości i nienawiści, jakie miał dla mego ojca, a które było przyczyną wielu wypadków za panowania obu Augustów, i wywołało skutki nawet za moich rządów, rodząc wieczne współzawodnictwo między domem Potockich i moim: uczestniczyli w niem z jednej strony bracia mojej matki, książęta Czartoryscy, z licznymi stronnikami swymi, a z drugiej Radziwiłłowie, Mniszchowie i wielu innych.

Po skończonym oblężeniu Gdańska rodzice sprowadzili mnie tam. Miałem wtedy trzy lata; od tej chwili matka zajęła się moim wychowaniem, z tą wyższą inteligencją, która zasłynęła już jako wychowawczyni starszego mego rodzeństwa, a z większą jeszcze pieczołowitością. Ta prawdziwie niepospolita niewiasta nie tylko wyuczyła mnie sama połowy wszystkiego, co zwykle pozostawia się obcym nauczycielom, ale nadto starała się zahartować i podnieść duszę moją, co też w istocie, zgodnie z jej zamiarami, wyróżniło mnie od innych dzieci, ale zarazem stało się powodem niektórych wad moich. Uważałem się za wyższego od współtowarzyszy, bom nie pozwalał sobie na to, co im poczytywano za winy, a umiałem niejedną rzecz, jakiej ich jeszcze nie nauczono. Zakrawałem na istotkę bardzo dumną. Rzeczywista i powszechna ułomność wychowania narodowego w Polsce, zarówno pod względem naukowym jako też i moralnym, sprawiała, iż matka strzegła mnie od obcowania ze wszystkimi, których przykład, według niej, mógł mi zaszkodzić; to przyniosło tyleż zła z jednej, co dobra z drugiej strony. Szukając ludzi doskonałych, nie mówiłem już prawie z nikim, a wielka ilość tych, którym się zdawało, że nimi pogardzam, była powodem smutnego przywileju, że w piętnastym już roku miałem nieprzyjaciół; z drugiej jednak strony kierunek, jaki mi dano, ustrzegł mnie od wszystkiego, co w złem towarzystwie zaraźliwym bywa dla młodzieży. Powziąłem i zachowałem odrazę ku wszelkiej obłudzie, ale też miałem, jak na swój wiek i położenie, za wiele tej odrazy do wszystkiego, co nauczono mnie uważać za niskie i pospolite. 

Rzec można, nigdy nie dano mi być dzieckiem; a miało to ten skutek, jak gdyby z roku wyrzucono kwiecień. Uważam to dzisiaj za niepowetowaną stratę i ubolewam nad tym, bo myślę, że skłonność do melancholii, jakiej nieraz tak boleśnie doświadczam, jest skutkiem owej sztucznej i przedwczesnej mądrości, która nie ustrzegła mnie jednak od błędów, jakie popełnić było moim przeznaczeniem, a w najmłodszych latach o mało mnie nie zrobiła entuzjastą. Dwunastoletnim chłopcem doznawałem już teologicznych wątpliwości na punkcie wolnej woli i przeznaczenia, omylności zmysłów, bezwzględnego pyrronizmu itp. Przechodziło to aż w chorobę. Zawsze z wdzięcznością wspominać będę Ojca Śliwickiego, który mnie mądrze z tych niepokojów uwolnił. Miał on tyle zdrowego rozsądku, że zamiast uciekać się do sylogizmu, powiedział mi tylko: "Moje dziecko, czy być może, żebyś zupełnie powątpiewał o rzeczywistości tego, co widzisz i słyszysz? Gdybyś naprawdę nie miał wierzyć, nie byłbyś temu winien, ale Bóg nadto jest dobry, aby ciebie nie miał wybawić z niepokoju i cierpienia, jakiego doświadczasz, bylebyś prosił Go o to z ufnością, jako Stwórcę swojego, o którego istnieniu już samo twoje istnienie musi cię najwyraźniej przekonywać". Te kilka słów, serdeczny ich ton i zapewne wewnętrzna potrzeba wydobycia się z tego stanu, uspokoiły mnie. 

Nie znaczy to, żeby matka moja miała pretensję do uczenia mnie metafizyki w tych latach, ale, że unikając płochości dziecięcej! przyzwyczaiwszy się uważać na wszystko, co wokoło mnie mówiono, pochwyciłem i próbowałem zgłębiać wiele pojęć, nad którymi nie życzono wcale, żebym się nawet zastanawiał. Tkliwość naturalna, przy żywej wyobraźni, sprawiły, że czułem pociąg dochodzący do najwyższego uniesienia ku ludziom i rzeczom, które zasługiwały naprawdę lub tylko w moim mniemaniu na szacunek i uwielbienie, ale z drugiej znowu strony z surowością cenzora ganiłem i niemal brzydziłem się wszystkim, co znajdowałem godnym nagany. Skończyłem nareszcie lat szesnaście; umiałem na ten wiek dużo, byłem bardzo prawdomówny, bardzo posłuszny rodzicom, przez cześć dla ich przymiotów, z którymi nic w moich oczach nie mogło się równać; wierzyłem, że kto nie jest przynajmniej Arystydesem albo Katonem, ten jest niczym; poza tym wzrostu byłem bardzo małego, przysadzisty, niezgrabny, chorowity i pod wielu względami istny dziki arlekin. Takim byłem, kiedy mnie wyprawiono w pierwszą podróż.

Trzydzieści sześć tysięcy Rosjan pod wodzą księcia Repnina, ojca tego, który we dwadzieścia lat potem takim się głośnym stał w Polsce (Nikołaj Wasilijewicz Repnin był ambasadorem Rosji w Polsce, w latach 1764-1769. Realnie zaś to on przez lata decydował o kształcie polityki polskiej, która musiała być wówczas tożsama z moskiewską. W owych "Pamiętnikach" król Stanisław August użył następnie takiego zdania: "Ja i każdy dobry Polak jest i być musi właśnie przez patriotyzm przyjacielem Moskwy (...) Jestem dobrym moskalofilem..." - to ostatnie zdanie tłumaczone na język francuski brzmiało: "Je sius bon Russe". Bez komentarza), przechodziło wówczas przez ziemie nasze, dążąc na pomoc Maryi Teresie (była to wojna o sukcesję austriacką, toczona w latach 1740-1748). Ojciec mój, który dotychczas kierunek mojego wychowania wyłącznie prawie pozostawił matce, polecił mnie Lievenowi, drugiej z rzędu osobie w tej armii, a dawnemu znajomemu swemu. Odbyta kampania, zdaniem ojca, znaczyła więcej dla dokończenia wychowania, niż wszystkie na świecie akademie; matka miała odwagę podzielać zupełnie jego zdanie, i wiecznie żałować nie przestanę, że ich zamiary w tym względzie nie mogły przyjść do skutku. Kto, będąc powołany do rządzenia państwem, nie zna sam wojny, jest jak człowiek pozbawiony jednego z pięciu zmysłów; jeżeli w ciągu życia zmuszony do dłuższej lub krótszej wojny, prowadzić ją będzie przez zastępców i jedynie przez zastępców, ci zaś wiedzą, że musi on nie tylko działać ich ramieniem, ale nawet patrzeć na rzeczy ich oczami, wtenczas nadużywają tej przewagi, a i wojsko przywiązuje się prawdziwie tylko do wodzów komenderujących, panującemu zaś ulega o tyle, o ile się spodoba wodzom. Według mojego przekonania każdy człowiek wyższego urodzenia (zwłaszcza w kraju wolnym) i każdy syn panującego powinien odbyć kampanię, skoro mu się do tego sposobność nadarzy, a nawet powinien przez czas niejaki pełnić czynną służbę w jakim korpusie. Nie należy uważać za pedantyzm zajęcia się drobnymi szczegółami służby; wyuczyć się ich można tylko pełniąc je osobiście; a stanowią one niezbędną podstawę wielkich obrotów wojennych, tego, co jest wzniosłym w sztuce wojennej. Cała różnica między niższym oficerem a naczelnikiem polega na tym, że zdolność pierwszego polega na znajomości i wykonywaniu tego, co drugiemu służy tylko za narzędzie. Ale wróćmy do moich dziejów. 

Było to pod koniec wojny sukcesyjnej austriackiej. Przez traktat z dnia 30 listopada 1747 r. Rosja zobowiązała się wobec Anglii i Holandii dostarczyć im za cenę żołdu 37,000 wojska na pomoc Maryi Teresie przeciwko Francji i Hiszpanii. Wojsko to z początkiem r. 1748 we wzorowym ładzie przeszło przez Litwę i Koronę, potem przez Morawy i Czechy, skąd dotarło aż do Frankonii. Swoim zjawieniem się nad Renem przyśpieszyło pokój akwizgrański (18 października tegoż toku) i wróciło do Rosji przez ziemie Rzplitej, nie wyrządzając szkód, ale też nie czekając na pozwolenie polskich stanów. Zaledwie przygotowano przybory do mojej wyprawy, nadeszła wieść o podpisaniu przedwstępnych warunków traktatu w Akwizgranie. "Nie zobaczysz tym razem wojny - powiedział mi ojciec - ale dla przypatrzenia się przynajmniej zgromadzonym armiom, ruszaj natychmiast". Dał mi listy do marszałków Saskiego i Loevendala, i do kilku przyjaciół w rozmaitych krajach, które miałem zwiedzić. Za towarzysza drogi dano mi majora Konigfelsa, dawniej adiutanta sławnego marszałka Münnicha, który po upadku tegoż zamieszkał w domu mojego ojca. Wychowany w służbie rosyjskiej, nadawał się on lepiej od kogokolwiek innego do odbycia kampanii w charakterze ochotnika przy armii rosyjskiej, a odkąd upatrzono go na towarzysza dla mnie, decyzja ta została bez zmiany, chociaż cel podróży zmienił się. Konigfels nie umiał po francusku, a człowiek tego pokroju zdawał się nieodpowiedni dla krajów i ludzi, których poznać miałem; zdrowy jednak rozsądek jego i prawość starczyły za wszystko. Rodzice żądali ode mnie, jak przedtem od starszych braci, słowa honoru, że nie będę grał w gry hazardowe (o tym jak popularne były wówczas najróżniejsze gry hazardowe, być może zrobię jeszcze kiedyś zupełnie oddzielny temat), nie skosztuję wina ani żadnego mocnego trunku, i nie ożenię się przed trzydziestym rokiem. Dochowałem wiernie tych przyrzeczeń, z których drugie (w myśli moich rodziców) miało być dla mnie ochroną na przyszłość od niepomiarkowanego u nas używania napojów na wszystkich zebraniach szlacheckich i we wszystkich domach, do tego stopnia, że można się było narazić na nieprzyjaźń najpotrzebniejszych sobie ludzi, odmawiając pić tyle, ile proszono, chyba jeżeli kto mógł dowieść, że nigdy z nikim nie wychylił kieliszka (do tradycji należało również po wypiciu trunku, rozbić puchar o własną głowę). Przykład mego wychowania, chociaż mniej ściśle naśladowany w domach innych magnatów polskich, przyczynił się może do widocznego zmniejszenia u nas tego nałogu, który August II szczególnie w Polsce podniecał (oj, o erotycznych i alkoholowych wyczynach Augusta II Mocnego też można by było pisać w nieskończoność - jak na przykład wówczas, gdy z carem Piotrem Wielkim rywalizował ile zdoła wypić kufli wina i... Rusek przegrał, i to dwukrotnie. Co zaś się tyczy jego wyczynów seksualnych, to zwykł też trzymać swoje nałożnice na rekach i tak też uprawiał z nimi stosunek seksualny, jednocześnie popisując się swoją ogromną siłą z której był znany w Europie).


 ROZBICIE PUCHARU O WŁASNĄ GŁOWĘ, NALEŻAŁO DO "SARMACKIEJ" TRADYCJI RZECZPOSPOLITEJ OBOJGA NARODÓW ORAZ ŚWIADCZYŁO O DOBREJ ZABAWIE I SMAKOWITYCH TRUNKACH





AUGUST II MOCNY KOCHAŁ NAJBARDZIEJ W ŻYCIU TRZY RZECZY:
KOBIETY, WINO I POPISY WŁASNEJ SIŁY








  


Wyjechałem nareszcie i przez Częstochowę, Opawę, Küniggratz (Hradec Králové), Pragę, Cheb, Bayreuth, Frankfurt i Kolonię przybyłem 10 czerwca (1748 r.) do Akwizgranu, gdzie Kauderbach, wówczas poseł saski, a niegdyś protegowany mego ojca i nauczyciel starszych moich braci w Hadze, przedstawił mnie reprezentantom innych państw, zebranych na kongres. Książę (wówczas hrabia) Kaunitz, ambasador a później pierwszy minister dworu wiedeńskiego, pomimo różnicy wieku i stanowiska, pomimo pewnych dziwactw, jakie mu przypisywano, przyjął mnie najłaskawiej i nawet godzinę prawie ze mną rozmawiać raczył. W trzy dni później przybyłem do Maastrichtu, gdzie wtenczas znajdowała się jeszcze główna kwatera marszałka Loevendala. Wódz ten przyjął mnie bardzo dobrze, największą uprzejmość okazał Konigfelsowi, swemu znajomemu z Rosji i dostarczył nam wszelkich możliwych a od niego wyłącznie zależących ułatwień dla rozpatrzenia się we wszystkim, co mogło obudzać rozsądną ciekawość młodego podróżnika w samym Maastrichcie i jego okolicach. Odezwał się raz przy mnie do Konigfelsa: "mały Poniatowski, nasłuchawszy się od ojca i od was o surowości służby szwedzkiej, rosyjskiej i niemieckiej, musi być teraz nie mało zdziwiony, widząc marszałka Francji, otoczonego swoją armią, a pomimo to chodzącego co wieczór do teatru i spędzającego dni pośród swoich aktorek". Poczułem w tej chwili, jak łatwo jest człowiekowi wysoko postawionemu zjednać sobie serca młodzieży, skoro spostrzeże albo odgadnie wrażenie, jakie na nią wywiera i jak łatwo musi mu być potem pozyskać popularność. Pomimo wielkiej sławy wojennej Loevendala i najlepszego przyjęcia, jakiego od niego doznałem, złe rzeczy słyszane o nim od Flamandów, których zrabował i zniszczył, przeważyły w moim umyśle na jego niekorzyść; otóż mimo to wszystko wspomniane odezwanie się jego zrodziło w sercu moim wyraźny ku niemu pociąg, którego przed samym sobą zaprzeczyć nie mogłem, potępiając go nawet. Ponieważ jechał do Brukseli, więc się am za nim udałem, gdzie przedstawiony byłem marszałkowi Saskiemu dnia 30 czerwca (marszałkowi Francji - hrabiemu Maurycemu Saskiemu - nieślubnemu synowi króla Augusta II Mocnego).

Zdawało mi się, że oglądam najpierwszego na świecie męża; postać w istocie miał bohaterską, słuszny, budowy atletycznej, silny jak Herkules, spojrzenie miał nader łagodne, rysy zupełnie męskie przy szlachetnym ruchu głowy; dźwięk jego głosu przypominał organy, chodził z wolna, ale wielkimi krokami; każde słowo z ust jego (a był na nie oszczędny), każde najmniejsze poruszenie wywoływało ruch wielki wśród otaczających. Od trzystu do czterystu oficerów francuskich napełniało co dzień jego salony i nie mogłem bez wzruszenia widzieć ludzi noszących najpierwsze imiona tego narodu, tak przywykłego wodzić rej wszędzie, a którego historii tyle się naczytałem, widzieć mówię tych ludzi tak posłusznych, skromnych, pełnych uszanowania, gotowych na każde skinienie człowieka, który nauczył ich zwyciężać. Był jeszcze rządcą Niderlandów, które dla Francji zdobył; był przedmiotem czci dla żołnierza i niższych oficerów, zazdrości, ale zarazem i uwielbienia dla starszych, nawet dla generałów, nie wywoływał skarg ze strony samych Flamandów; a tymczasem pokonani przez niego wodzowie do tego stopnia głosili jego pochwały, że książę Cumberland, chcąc ozdobić swoją komnatę w Windsorze, kazał zawiesić w niej portret marszałka. Przyjął mnie z dobrocią i uprzejmie mówił o mojej rodzinie, zwłaszcza o starszym moim bracie, który pod jego okiem odbył kampanię 1741 i 42 roku (mowa jest tu o Kazimierzu Poniatowskim). Pamiętam własne jego naówczas wyrazy: "Życzyłbym sobie bardzo, żeby tutaj był ze mną: nie spotykałem młodego człowieka, który by więcej zapowiadał wojskowych zdolności, dojść by mógł daleko, gdyby tą drogą szedł dalej; lubiłem go bardzo, bo wiem, że i on lubił mnie także". 

Traktat pokoju uważano już wtenczas za zawarty, to też Francuzi nie utrzymywali obozu; wojska ich w małych oddziałach rozproszone już były na stałych leżach. Pamiętam, że w Maastrichcie rozmawiałem z młodym oficerem artylerii, który nie wiele przedtem, mając zaledwie lat dziewięć, odniósł ranę przy oblężeniu tegoż miasta. Król francuski wydał mi się bardzo wielkim wobec takich przykładów gorliwości ze strony narodu, która zdawało się nikogo nawet nie dziwiła we Francji. Im mniej podróż moja stawała się wojskową, tym bardziej ciekawość mą i upodobania pociągało wszystko, co ten kraj piękny ma do widzenia pod względem kultury, sztuk pięknych, a szczególniej malarstwa; czułem się porwanym na widok Rubensów i Van-Dycków, a mój mentor tak był rad, że goniłem jeszcze tylko za obrazami, iż pomimo całej oszczędności swojej pozwolił mi w Brukseli zrobić pierwsze tego rodzaju kupno; nabywszy mały obrazek, myślałem, że posiadam skarb prawdziwy. 

Z Brukseli przez Malines i Antwerpię udałem się następnie do Berg op Zoom, gdzie wtedy jeszcze dowodził z ramienia Francji Szwajcar, kawaler de Court. Grzeczności jego i gotowość, z jaką pokazywał mi wszystko, co tam było zajmującego dzięki pamiętnemu oblężeniu, dały mi poznać raz jeszcze, jakie to szczęście być synem człowieka sławnego, a znanego osobiście i kochanego w wielu krajach. Kawaler de Court znał i lubił bardzo mego ojca; dał mi też list do rodaka swego, generała Cornabe, zostającego w holenderskiej służbie i dowodzącego wtenczas w Rosendal między Berg op Zoom i Bredą, na pierwszym posterunku wojsk rzeczypospolitej (Holenderskiej). Ten znów zapoznał mnie z innym jeszcze Szwajcarem, panem Bouquet, generałem kwatermistrzem holenderskim, który nie tylko pokazał mi obóz 30.000 wojska, rozłożonego w okolicy Breda, ale nawet dał mi wskazówki na piśmie, które miały mi służyć w zamierzonej podróży po Holandii, jakkolwiek na ten raz, dla krótkości zostawionego mi czasu, pobieżnie tylko mogłem wszystko oglądać. Chociaż byłem dzieckiem jeszcze, nie bez przykrości widziałem zapał nadzwyczajny, jaki pospólstwo tameczne w najśmieszniejszych manifestacjach okazywało księciu Oranii, mimo ciężkich strat, jakie rzeczpospolita poniosła od chwili wyniesienia go na godność stadhudera, a które on sam miał na kraj sprowadzić przez swe niesprawiedliwe protekcje. Zapał tłumu spotęgowało jeszcze w tej chwili gwałtowne zniesienie przez motłoch dzierżawy kilku gałęzi dochodów publicznych. 

Dnia 5 sierpnia wróciłem do Akwizgranu, aby zażywać tamtejszych wód; rodzicom bowiem zdawało się, że one pomogą do rozwinięcia sił moich i wzrostu. Doznawałem już cierpień, które przy temperamencie moim zdradzały zaród reumatyczny. Myślano, żem podagrę odziedziczył po ojcu. Wszelkie żądanie rodziców było dla mnie najwyższym prawem; zaś w Akwizgranie znalazł się niejaki doktor Cappel, który niegdyś leczył mojego ojca a teraz pełnił niemal obowiązki gospodarza tych źródeł; okazało się jednak, że wody były dla mnie nieodpowiednie, bo w nocy tegoż dnia, kiedy je pić zacząłem, doznałem tak silnego kurczu we wnętrznościach, że musiałem prawie kolana przyciskać do żołądka, a duszności o mało mnie życia nie pozbawiły. Zanim zdołano sprowadzić ratunek, Konigfels na chybił trafił wlał mi do gardła łyżkę wody lawendowej, to mi wróciło oddech i utrzymało przy życiu aż do przybycia doktora, który przez kilka tygodni musiał się mną opiekować, jakby sześćdziesięcioletnim cherlakiem, przepisywać rozmaite kąpiele i łaźnie, aby tylko postawić mnie na nogi. Butelkę lawendowej wody, która mi ocaliła życie, oddał moim ludziom na kilka godzin przedtem służący posła hanowerskiego, którego nie znałem, a gdy ten zaraz potem zniknął, nie mogłem już nigdy wyjaśnić tego qui pro quo. Co szczególniejsza, że nie miałem wówczas i nie używałem wcale wody lawendowej przez wzgląd na matkę, nie lubiącą tego zapachu. Przyszedłszy jako tako do zdrowia, udałem się do Eindhoven i Ruzemonde, dla przypatrzenia się reszcie zgromadzonych tam wojsk angielskich i austrjackich. W Ruzemonde widziałem owego kawalera Faulknera, któremu Wolter zadedykował swoją Zaire.   



 

 CDN.

piątek, 26 czerwca 2020

MEMORIAM - Cz. XVII

WEDŁUG PRZEKONANIA OGÓŁU!






UMIŁOWANY POKÓJ

I ZŁUDNE NADZIEJE

SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT

Cz. II 




GODNY NASTĘPCA WIRIATUSA






 Stłumienie rebelii Marka Emiliusza Lepidusa (77 r. p.n.e.), przyniosło Italii kilka lat wytchnienia od ciągłych bratobójczych wojen, toczonych w niedalekiej odległości od Rzymu. Jednak nie można było mówić ani o nadziejach na trwały pokój, ani o ostatecznym rozwiązaniu - narosłych przez lata - politycznych konfliktów. Wzajemna nienawiść ogarnęła ludzkie serca i umysły, zbyt wiele bowiem nagromadziło się nieprawości, zbyt wiele nieszczęść spadło na obywateli i zbyt wiele łez wylano, aby owa zgoda mogła nastąpić. Potomkowie proskrybowanych w wyniku politycznych rozrachunków Sulli, chcieli przynajmniej odzyskać prawa obywatelskie - co w dalszej konsekwencji dałoby im sposobność do ubiegania się o zwrot zagrabionego ich ojcom mienia, a na to nie wyrażali zgody ci, którzy dzięki polityce dyktatora Sulli - owe mienie nabyli za bezcen i stali się teraz jego nowymi właścicielami. Obdarowanie przez Sullę swoich stronników majętnościami należącymi do pokonanych wrogów, spowodowało związanie ich z jego sprawą tak silnie, że nie osłabiła tego związku nawet jego śmierć. Zresztą inaczej być nie mogło, bo gdy weszło się w posiadanie czyjegoś majątku na drodze politycznych wywłaszczeń, to obawa przed koniecznością zwrotu takowegoż była na tyle determinująca, że zmuszała tych ludzi do utrzymania systemu sullańskiego - choć zdrowy rozsądek podpowiadał aby go nieco poluzować, ale obawa przed takim krokiem była na tyle silna, że niewiele można było w tym temacie uczynić. Zresztą w stronnictwie optymatów (zwolenników Sulli) istniała mniejsza - lecz bardzo zdeterminowana i nastawiona niezwykle wojowniczo - grupa, która każdy zamiar zmierzający do uregulowania pewnych mniej istotnych kwestii ustrojowych, uważała za bezpośredni atak na fundamenty rzymskiej Republiki (kon-sty-tuc-ja 😉). Do owego grona tzw.: "żarliwych" zaliczyć można: Kwintusa Lutacjusza Katulusa, Gajusza Skryboniusza Kuriona, Gnejusza Korneliusza Dolabellę, Mamerkusa Lepidusa, Kwintusa Hortensjusza czy Lucjusza Korneliusza Sisennę. Ich wzajemna żarliwość wzmocniona była dodatkowo silnymi związkami rodzinnymi lub przyjacielskimi (jak na przykład przyjaźń Katulusa, Hortensjusza i Sisenny, którzy znali się od wczesnej młodości).

Wkrótce potem powróciła kwestia przywrócenia pełni praw trybunatowi ludowemu - o który (w latach 77-75 p.n.e.) zabiegało kilku polityków, oraz dawała się odczuć silna presja obywateli na poczynienie ustępstw w tej kwestii. Przez długi czas grupa "żarliwych" blokowała wszelkie zmiany, twierdząc, że spowoduje to rozmontowanie ustroju sullańskiego i powrót do polityki, wygnanych mariańczyków (stronników Gajusza Mariusza - zwanych też popularami). Szczególnie burzliwie wyglądały debaty senatu w tej kwestii za konsulatu Gnejusza Oktawiusza i Gajusza Skryboniusza Kuriona (76 r. p.n.e.), ale dopiero przekonanie w roku następnym (75 p.n.e.) stronnictwa braci Kottów (Gajusza i Marka Aureliuszów), czyli umiarkowanych sullańczyków, pozwoliło zmienić prawo i przywrócić trybunom ludowym możliwość ubiegania się o inne urzędy publiczne (co pierwotnie zostało uniemożliwione po reformach ustrojowych Korneliusza Sulli z lat 82-80 p.n.e.). Była to pierwsza zapowiedź demontażu ustroju senackiego (zwanego też oligarchicznym lub sullańskim) i powrót do wcześniejszego ustroju grakchańskiego (będącego nieco bardziej demokratycznym, choć śmiem twierdzić że po śmierci Gajusza Flaminiusza Neposa w bitwie z Hannibalem nad Jeziorem Trazymeńskim w 217 r. p.n.e. - czyli realnego twórcy stronnictwa demokratycznego, postulującego ewolucję rzymskiego ustroju w kierunku zbliżonym do tego, jaki panował w Atenach V i IV wieku p.n.e. - idea ta już nigdy w rzymskiej polityce się nie odrodziła), który to nastąpił kilka lat później (70 r. p.n.e.). Mimo tego sukcesu, kontrakcja grupy "żarliwych" spowodowała, że wkrótce potem (jeszcze w tym samym 75 r. p.n.e.) odzyskane prawa znów zostały zawieszone przez senat, który zaczął obawiać się ponownego odrodzenia stronnictwa popularów. W tym też czasie rzymską politykę znów trapiły demony korupcji, oraz nieudolność w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Zaczęły się mnożyć oskarżenia o korupcję w trybunałach sądowych (odebranych przez Sullę ekwitom) oraz na stanowiskach zarządców prowincji (nie wspominając już o instytucji publikanów, gdzie łapówki stały się wręcz konieczną codziennością), a wielu młodych prawników oraz retorów budowało swoje przyszłe kariery polityczne, na wygłaszanych podczas owych procesów mowach oskarżycielskich (w 77 r. p.n.e. po swym powrocie ze Wschodu, młody Gajusz Juliusz Cezar oskarżył o zdzierstwo Gnejusza Korneliusza Dolabellę, który sprawował wcześniej funkcję namiestnika Macedonii i choć zarzuty korupcji zostały przez sąd odrzucone - Dolabella miał przecież wśród sędziów wielu znajomych, z którymi wcześniej zasiadał jeszcze w senacie -  a on sam oczyszczony z zarzutów, to jednak upór Cezara w wyjaśnienie tej sprawy i pomoc udzielona Grekom oraz Macedończykom, pozwoliła mu zaistnieć w polityce jako jednej z twarzy odradzającego się stronnictwa popularów), czy mowach obronnych (jak w przypadku Marka Tulliusza Cycerona, który wsławił się obroną Roscjusza, którego to majątek przejął za bezcen wyzwoleniec Sulli - Chrysogonus, a Sulla dodatkowo wytoczył mu proces o ojcobójstwo - co było sporą niedorzecznością, jako że ojciec Roscjusza zginął w wyniku proskrypcji, choć podejrzewano że to sam Roscjusz wbił mu sztylet w pierś. Cyceron podjął się jego obrony i proces wygrał, lecz z obawy przed gniewem dyktatora postanowił wyjechać z Rzymu na Wschód. Miało to miejsce w 80 r. p.n.e.).




A tymczasem w dalekiej Hiszpanii zaczęły dziać się rzeczy dziwnie niepokojące. Będący pod silnym wpływem proroctw Sybilli - niejaki Kwintus Sertoriusz, zaczął tam tworzyć swoje prywatne państwo. Wypędzony z Rzymu, wciąż marzył o dalekich podróżach i choć sam nie dotarł do Wysp Szczęśliwych (czyli Wysp Kanaryjskich), a dotarli tam jego żeglarze - to jednak wciąż pragnął  dalekomorskich wypraw (kto wie, może gdyby miał szczęście, to nawet... dopłynąłby do Ameryki jeszcze przed Kolumbem i Wikingami, choć z drugiej strony rzymskie okręty raczej nie nadawały się do podróży przez Ocean, więc zapewne i tak nic by z tego nie wyszło). Ów Kwintus Sertoriusz - zwolennik Mariusza i były pretor (z roku 83 p.n.e.), przebywał wówczas w Mauretanii, gdzie znów planował podróż za słupy Herkulesa (Cieśnina Gibraltarska), gdy przybyła do niego delegacja z Hiszpanii Dalszej (Hispania Ulterior) z plemienia Luzytan (dzisiejsza Portugalia) prosząc go, aby objął nad nimi przewodnictwo i poprowadził ich w buncie przeciwko Rzymianom. Sertoriusz - człowiek dość przyjemnej postury i zamiłowań - zgodził się przyjąć ich propozycję i przybył do Hiszpanii, gdzie został obwołany wodzem anty-rzymskiego powstania Luzytan (oczywiście wraz z nim przybyły tam niedobitki popularów, oraz 10 000 żołnierzy ze spacyfikowanej Sardynii pod dowództwem Marka Perpenny). Kolejne miasta hiszpańskie obwoływały go swoim przywódcą, dzięki czemu dość szybko opanował znaczny teren środkowej i południowo-zachodniej Hiszpanii, gdzie zachowywał się niczym udzielny monarcha. Przestał też czynić rozróżnienie na Rzymian i barbarzyńców (Luzytan), zdając sobie doskonale sprawę, że siłami samych rzymskich popularów nie będzie w stanie długo opierać się kolejnym armiom konsularnym, wysyłanym z Rzymu w celu szybkiego stłumienia tej rebelii. Aby więc odnieść sukces, należało otworzyć się na Hiszpanów, nie dzieląc ich przy tym na ludność barbarzyńską - czyli z założenia gorszą. I tak właśnie postępował Kwintus Sertoriusz. Po pierwsze zadeklarował oficjalnie że toczy wojnę w imię wyzwolenia Luzytan spod rzymskiego jarzma, po drugie założył szkołę w której uczyły się dzieci przedstawicieli hiszpańskiej elity (w której duży nacisk położono na naukę łaciny - czyli Sertoriusz dążył konsekwentnie do ich szybkiej romanizacji). Bardzo szybko opanował większość Hiszpanii, zaś senat bezradnie się temu przyglądał, a konsulowie robili co mogli, aby tylko nie przyjąć dowództwa w wojnie z Sertoriuszem. Już wówczas bowiem nazywano go nowym Hannibalem, oraz następcą Wiriatusa (przywódcy plemienia Luzytan, który toczył długie i wyczerpujące Rzymian walki w latach 147-139 p.n.e. i dla współczesnych był kimś w rodzaju hiszpańskiego Spartakusa).

Sertoriusz zachowywał się jak monarcha i nawet założył swój własny dwór - który posiadał zarówno rzymskie, jak i barbarzyńskie cechy wspólne. Zasiadał na przykład na tronie, przystrojonym skórami, a u jego boku przechadzała się biała łania cerynejska (ta, którą jego ludzie przywieźli z Wysp Kanaryjskich). Wierzył on mocno, że jest to ta sama łania, którą niegdyś ścigał Herkules po gaju Hesperyd, i składając hołd bogini Artemidzie, wyrażał Sertoriusz wdzięczność, że to właśnie on został obdarzony takim przywilejem (Sertoriusz był człowiekiem bardzo religijnym, jednocześnie interpretował on mity dosłownie - widząc w nich swoisty "odcisk bogów"). Choć stan wojny utrzymywał się od samego początku, to do Hiszpanii skierowano dopiero armię sędziwego już prokonsula - Kwintusa Cecyliusza Metellusa Piusa (79 r. p.n.e.). Mimo to Sertoriusz odnosił same zwycięstwa, rozbijając najpierw w bitwie nad rzeką Betis (dziś Gwadalkiwir) namiestnika Hiszpanii Ulterior - Lucjusza Fufidiusa (80 r. p.n.e.). Następnie przez kolejne trzy lata odcinał armię Metellusa Piusa, pozbawiając ją zaopatrzenia i zmuszając do odwrotów, tak iż Metellus popadł wręcz w rozpacz i zaczął słać do Rzymu ponaglające listy z prośbą o natychmiastowe wsparcie. Ponieważ żaden z konsulów nie zamierzał pakować się na tak ciężki teren, jakim była wówczas Hiszpania (doskonale pamiętano bowiem długie, ciągnące się przez dziesięciolecia walki z Luzytanami i Celtyberami - których ostatecznie udało się ujarzmić dopiero po ciężkiej i krwawej wojnie w 133 r. p.n.e., po kapitulacji Numancji), gdzie nie można było liczyć na szybkie zwycięstwo i tym samym łatwą sławę - przeto też rozpaczliwe prośby Metella Piusa trafiały w próżnię. Jednak po stłumieniu buntu Lepidusa przez siły Gnejusza Pompejusza, jego armia nie została rozwiązana i wciąż koczowała obozem pod Rzymem - zatem postanowiono to właśnie jego wysłać do Hiszpanii, jednocześnie pragnąc pozbyć się z Italii zarówno jego samego, jak i jego armii. Powstała jednak drobna przeszkoda natury formalno-politycznej - Pompejusz nie był bowiem jeszcze konsulem, dlatego też nie można mu było przyznać wojskowej władzy prokonsularnej. Ale i z tego kłopotu wybrnięto dość łatwo, a to za sprawą sędziwego już sullańczyka, człowieka posiadającego ogromne wpływy i cieszącego się powszechnym szacunkiem wśród reszty senatorów - Lucjusza Marcjusza Filipa, który stwierdził że młodemu Pompejuszowi (wówczas oni wszyscy - Cezar, Pompejusz, Cyceron, Katon Młodszy, Krassus - byli jeszcze młodzianami, i choć większość z nich skończyła już dwadzieścia kilka lat, to jednak i tak była to wciąż młodzież, w porównaniu do niektórych sędziwych senatorów) należy przyznać nie tyle władzę prokonsularną, co władzę "zamiast" konsula ("Non proconsulem, nisi pro consule"). I tak właśnie się stało.

Choć Pompejusz dobrze przygotował się do prowadzenia działań wojennych, Hiszpania była jednak znacznie cięższym terenem walk, niż Italia czy Afryka (gdzie się wcześniej wsławił), szczególnie że miejscowa ludność była wrogo nastawiona do Rzymian i utrudniała skuteczne posuwanie się legionów do przodu, dokonujac częstych sabotaży na ich tyłach i szybko okazało się, że zwycięstwo nie będzie wcale takie łatwe. Już w pierwszej bitwie z Pompejuszem pod Lauron (76 r. p.n.e.), Sertoriusz wykazał swoją wyższość, zmuszając Rzymian do odwrotu i zdobywając tę twierdzę (Pompejusz poniósł w tej bitwie dość duże straty w ludziach, stracił też całą paszę dla koni). Potem zaś Sertoriusz kpił z Pompejusza, mówiąc że na takiego "chłopaczka" nie potrzebuje nawet oręża, wystarczy mu sam bat. Wyśmiewał się także z Metellusa Piusa, nazywając go "starą kobietą", której sukni kurczowo trzyma się młody Pompejusz - niczym dziecko ssące matczyną pierś. Obie armie jednak, operowały na dwóch odcinkach frontu - Pompejusz na wschodzie Hiszpanii, a Metellus Pius na zachodzie. Wkrótce potem (75 r. p.n.e.) Pompejusz dopadł wydzielone siły Sertoriusza - pod dowództwem jego oficerów Marka Perpenny i Herenniusza - pod Walencją i doszczętnie je rozbił (poległo ponoć ok. 10 000 żołnierzy Sertoriusza). Metellus Pius również wyszedł zwycięsko ze stacia pod Italiką (75 r. p.n.e.), gdzie pokonał kwestora Lucjusza Hirtulejusza. Dzięki tym zwycięstwom, obaj wodzowie mogli uderzyć wspólnie na Sertoriusza i spróbować rozbić go w jednej, dużej bitwie, ale niestety, ludzka zawiść wzięła górę i zamiast sobie wzajemnie pomagać, postanowili konkurować o to, który pierwszy wbije głowę Sertoriusza na włócznię i wyśle ją do Rzymu. Tę dogodną sytuację postanowił wykorzystać Sertoriusz, dopadając Pompejusza nad rzeką Sucro (75 r. p.n.e.), gdzie zamierzał rozbić jego siły, nim nadejdzie odsiecz Metellus Piusa. Bitwa jednak nie została rozstrzygnięta, choć to wojska Sertoriusza wycofały się z pola walki (jednak Pompejusz w tej bitwie został poważnie ranny w rękę, choć sam swemu napastnikowi odciął dłoń - w której ten trzymał miecz). Sertoriusz wycofał się teraz do twierdzy Klunia (miasto nad rzeką Duero, na zachód od Numancji), gdzie wkrótce potem przybyli Pompejusz i Metellus Pius (75 r. p.n.e.). Niestety, nawet zjednoczeni nie byli w stanie ostatecznie pokonać Sertoriusza, który częstymi wypadami powodował duże straty w ich szeregach.
 



Mając doskonałe rozeznanie w terenie i pomoc ze strony miejscowych ludów, zdołał Sertoriusz wydostać się z okrążenia i wyjść na tyły wojsk rzymskich. Do kolejnego starcia doszło pod Saguntem, gdzie obaj wodzowie ponownie nie byli w stanie pokonać armii Sertoriusza (choć on sam również nie zdołał ich rozbić). Bitwa ponownie zakończyła się (niezwykle krwawym) remisem, ale ubytek żołnierzy i częsta utrata aprowizacji (w wyniku sabotażu), spowodowała, że armia rzymska nie mogąc szybko zniszczyć przeciwnika, słabła z miesiąca na miesiąc. Doszło do tego, że Pompejusz musiał słać listy do Rzymu z prośbą o pomoc, deklarując, że jeśli nie zostanie mu ona udzielona, to będzie musiał z wojskami wycofać się do Italii, a w krok za nim podąży Sertoriusz, który - kto wie - może nawet zdobędzie wówczas Rzym. I rzeczywiście, takie plany zaczęły się pojawiać w obozie Sertoriusza, który sugerował nawet że należy przenieść działania wojenne do Italii i tam właśnie uderzyć Rzymian w samo serce. Przerażeni takim obrotem sprawy senatorowie, którzy nie chcieli powrotu Pompejusza z jego armią do Italii, a już w szczególności nie chcieli tutaj przybycia sił Sertoriusza, uchwalili nowy pobór rekruta i wysłanie tych wojsk Pompejuszowi do Hiszpanii (74 r. p.n.e.). Sytuacja wcale nie była sprzyjająca, bowiem w tym samym czasie w Rzymie zapanował głód, spowodowany odcięciem dostaw zboża z Egiptu przez cylicyjskich piratów, a poza tym były już zalążki kryzysu finansów publicznych (czyli po prostu zaczęło brakować kasy w budżecie). Poza tym na Wschodzie wybuchła nowa wojna z władcą Pontu, królem Mitrydatesem VI, a już wkrótce miała spaść na Italię kolejna plaga, w postaci zbuntowanych gladiatorów ze szkoły Kwintusa Lentulusa Batiatusa z Kapui, którzy rozplenili się niczym szarańcza po całym kraju, dokonując licznych rozbojów i zniszczeń. Zatem Pompejusz nie mógł dostać tylu żołnierzy, ilu oczekiwał (inna sprawa że przeciwko niemu w senacie działał Lucjusz Licyniusz Lukullus - który uważał Pompejusza za swego osobistego wroga). Oczywiście Sertoriusz także przeceniał swoje możliwości - nie był on bowiem wówczas zdolny do przerzucenia wojsk do Italii i zagrożenia Rzymowi (i zapewne zdawał sobie z tego sprawę, a wspominając o ataku na Rzym stosował swoistą socjotechnikę, mającą utrzymać wolę walki i wierność Hiszpanów u jego boku). Coraz bardziej też oddawał się modlitwie (przy czym modlił się również do swojej białej łani, którą traktował jak uosobienie bogini Artemidy), a nawet obserwował swoją łanię - dokąd chodziła, jak długo jej nie było i kiedy do niego wracała. A gdy wracała, wpadał w zachwyt i twierdził iż bogowie jednak mu sprzyjają.
  
Inna sprawa, że Sertoriusz zaczął popadać w paranoję, widząc wszędzie wokół siebie zdrajców. W ten sposób skazał na śmierć wielu Rzymian, którzy wcześniej przysięgali mu wierność, ale teraz uznał, że jednak spiskują przeciw niemu (nie do końca te zarzuty były bezpodstawne, jako że rzymskim oficerom bardzo nie podobało się bratanie Sertoriusza z tubylcami i wynoszenie ich do tej samej pozycji, jaką w prowincjach mieli Rzymianie. Poza tym swoje musieli zrobić również i agencji Pompejusza, których zadaniem było podsycanie konflików wśród stronników Sertoriusza i wzajemne poróżnianie Rzymian z Hiszpanami. Być może więc działania Sertoriusza nie były tak całkiem bezpodstawne i paranoidalne). Udało się jednak Sertoriuszowi obronić Hiszpanię i zmusić siły Pompejusza oraz Metellusa Piusa do wycofania się do innych prowincji (chodzi głównie o Galię Narbońską, czyli dzisiejszą Prowansję), z powodu odcięcia ich armii od aprowizacji. I gdy już wydawało się, że Rzymianie tej wojny jednak nie wygrają (rok 73 p.n.e. upłynął w Hiszpanii pod znakiem triumfu Sertoriusza, podczas gdy Italia oraz Rzym przeżywały w tym czasie ostry kryzys - spowodowany po pierwsze: brakiem zboża, dostawy z Egiptu a nawet z Afryki zostały skutecznie odcięte przez piratów, co doprowadziło do tego, że konsulowie Marek Terencjusz Warron i Gajusz Kasjusz Longinus musieli przyznać sobie prawo pierwokupu nadwyżki zboża z Sycylii po zaniżonych cenach, które następnie sprzedano po jeszcze niższych cenach wśród obywateli Rzymu - aby tym samym nie doszło do buntu plebsu. Po drugie: toczyła się wojna z Mitrydatesem pontyjskim w Azji Mniejszej, a po trzecie: wybuchło powstanie Spartakusa, które szybko rozszerzyło się na całą południową, a następnie północną Italię). Mimo to, wydarzyło się coś niespodziewanego. Oto bowiem Marek Perpenna - dotąd wierny stronnik Sertoriusza, napadł na niego podczas uczty i pozbawił go życia, po czym sam przejął przywództwo powstania (72 r. p.n.e.). Perpenna z pewnością został do takiego kroku namówiony przez ludzi Pompejusza (choć oczywiście polegało to jedynie na podpuszczeniu go do takiego kroku, gdyż Perpenna nie zamierzał poddawać się Pompejuszowi), skoro bowiem nie można było zwyciężyć Sertoriusza w bitwie, należało zgładzić go w inny sposób - poprzez np. zdradę zaufanego człowieka, którego potem już będzie można znacznie łatwiej pokonać (jak pisze Plutrch: "Perpenna podjął dzieło zabitego na bazie tych samych sił i środków, nie mając jednak równego mu rozumu w ich stosowaniu"). Wkrótce potem (71 r. p.n.e.) Gnejusz Pompejusz wydał mu bitwę, która zakończyła się ostateczną klęską hiszpańskich bojowników, a sam Perpenna trafił do niewoli, po czym (z rozkazu Pompejusza) został zgładzony.




Gdy rozwiązano wreszcie sprawę hiszpańskiego buntu (po ośmiu latach krwawej wojny - swoją drogą walki w Hiszpanii trwały prawie tyle samo co późniejsze walki w Galii, toczone przez Juliusza Cezara w latach 58-51 p.n.e.), należało teraz czym prędzej (oczywiście po wcześniejszym przywróceniu ładu i porządku w obu hiszpańskich prowincjach: Hiszpanii Dalszej [Ulterior] i Hiszpanii Bliższej [Citerior]) wracać do Italii, gdzie Marek Licyniusz Krassus nie radził sobie z buntem niewolników, walczących pod przywództwem pewnego trackiego gladiatora o imieniu Spartakus. Warto też pokrótce zastanowić się, jak w ogóle do tego doszło, że niewolnicy ośmielili się wystapić przeciwko nam - ale o tym opowiem już następnym razem.

 






CDN.