Łączna liczba wyświetleń

środa, 30 czerwca 2021

WIELIKOJE DIEŁO - CZYLI INNA WOJNA 1812 ROKU - Cz. I

O TYM, JAK TO ROSJANIE 

PLANOWALI INWAZJĘ NA EUROPĘ, 

A NAPOLEON UPRZEDZIŁ ICH ATAK




 
 
PROLOG 
 

 
"JAKIE DZIWNE LUSTRO. 
WIDZĘ SIEBIE ZE SKRĘCONĄ SZYJĄ"

SŁOWA WYPOWIEDZIANE PRZEZ CARA PAWŁA I, PRZYGLĄDAJĄCEMU SIĘ SWEMU OBLICZU W LUSTRZE, W DNIU, W KTÓRYM ZOSTAŁ OKRUTNIE ZAMORDOWANY
 
 

 Jęki bitego, dźganego i kopanego po całym ciele cara, dobiegały do drzwi sąsiednich sypialni, w których przebywał jego syn - Aleksander Pawłowicz Romanow i małżonka Maria Fiodorowna (Zofia Dorota Wirtemberska). 

- Podpisz petycję, abdykuj! - wrzeszczał Nikołaj Zubow, który bił cara trzymaną w swej dłoni tabakierką.

- Trzeba było z nim skończyć już przed czterema lata - dodawał opętany rządzą mordu hrabia August Teofil Benningsen, ów zruszczony Niemiec spod Hanoweru.

Potakiwał mu Płaton Zubow i inni spiskowcy, którzy owej feralnej, deszczowej nocy 23 marca 1801 r. (11 marca według starego stylu, obowiązującego wówczas w Rosji) próbowali wydrzeć życie z ciała owego pokurcza o rysach twarzy złośliwego diabełka, jakiego bez wątpienia przypomniał car Paweł I Romanow. Znęcanie się spiskowców i agonia tego człowieka, trwała w nieskończoność, a zmęczeni przedłużającym się mordem jego uczestnicy, co jakiś czas opuszczali komnatę cesarską w Pałacu Michajłowskim i udawali się na odpoczynek do sąsiedniego pokoju. Benningsen właśnie przyglądał się obrazom wiszącym na ścianie, gdy dołączył do niego Nikołaj Zubow, który mniej zainteresowany sztuką, podszedł do okna i nerwowo zaczął uderzać palcami w szybą, powtarzając do siebie: "Boże mój, jak ten człowiek krzyczy!"

Krzyki dało się słyszeć również w komnacie carewicza Aleksandra, który siedział na łóżku w pełnym ubraniu i przysłuchiwał się, jak za ścianą grupa spiskowców maltretuje jego ojca. W drugiej komnacie siedziała zaś Maria Fiodorowna, która miała bezpośrednie połączenie z pokojami swego małżonka poprzez dodatkowe drzwi (które jednak wcześniej Paweł I na swą zgubę kazał zablokować). Ona również wiedziała o spisku. A nawet jeśli nie znała szczegółów, to z pewnością domyślała się, że dni jej małżonka są już policzone. Parszywa to była chwila dla wszystkich. Dla spiskowców, którzy długo nie byli w stanie uśmiercić cara, dla jego syna - któremu obiecano, że ojciec zostanie tylko zmuszony do abdykacji i odesłany na dostatnią "emeryturę" do swojego ulubionego Pałacu Michajłowskiego (czyli miejsca, w którym ów mord popełniano), gdzie będzie mógł do woli jeździć konno, zajmować się ogrodem i wychowywać swoje wnuki. Aleksander był jednak zbyt inteligentny aby nie wiedzieć, że w Rosji nie ma miejsca dla dwóch carów, nawet jeśli jeden z nich będzie już "tylko" pełnił funkcję emeryta - bowiem w idei samodzierżawia nie było miejsca dla dwóch równych sobie gosudarów. Czym więc była zgoda carewicza na dokonanie owego zamachu stanu? Próbą zabicia wyrzutów sumienia, w sytuacji gdy wiedział doskonale jaki los spotka obalonego cara i że nie ma mowy o żadnej abdykacji czy emeryturze? Tego nie wiadomo, wiadomo tylko, że carewicz siedział w swej komnacie i udawał że śpi. Śpi, przy ogłuszających wrzaskach mordowanego władcy, jakie rozchodziły się po korytarzach Pałacu Michajłowskiego? Śpi, w butach i pełnym ubraniu? Kogo Aleksander chciał oszukać - siebie, swoje sumienie, czy może potomnych?

"Panowie, na litość boską, błagam was, zlitujcie się nade mną" - tak ponoć brzmiały ostatnie słowa mordowanego cara Pawła. Ale nie było litości. Spiskowcy mordowali go przecież nie jak zwykłego człowieka, a jak tyrana - za którego go uważali. Gdy już twarz zamęczonego władyki nie przypominała ludzkiej, a raczej jeden wielki kawał zakrwawionego mięsa, spiskowcy - aby upewnić się że zamach na pewno się udał - zarzucili mu jeszcze na szyję oficerską szarfę i nią go zadusili. Było już kilka minut po północy - 23 marca, gdy do komnaty Aleksandra wpadł zdyszany zamachowiec o nazwisku Półtoracki i zameldował:

- Stało się!

Carewicz zamyślony i wciąż jakby nieobecny, jakby wsłuchujący się w ostatnie odgłosy zanikających jęków swego ojca, zapytał:

- Co się stało?

- Car nie żyje! - odrzekł zamachowiec. 

Stało się, teraz nowym gosudarem, nowym carem, imperatorem Wszechrusi stał się młody, bo zaledwie 23-letni Aleksander I, oczko w głowie swej babki, imperatorowej Katarzyny II, która również (zdechła) zginęła w wyniku zamachu, siedząc na tronie królów polskich, zamienionym przez nią na sedes.  Tak oto rozpoczęły się rządy "szczwanego Bizantyjczyka" - jak o nim mawiał cesarz Napoleon, jednak warto cofnąć się o te kilka lat wstecz, aby przedstawić relacje rodzinne, panujące na dworze carskim tuż po śmierci Katarzyny II, oraz te wszystkie okoliczności, które ostatecznie doprowadziły do brutalnego mordu na carze Pawle I.

Oficjalnie uważa się, że caryca Katarzyna II, zwana przez niektórych Wielką, zmarła 17 listopada (6 listopada starego stylu) 1796 r., po nabytym dzień wcześniej udarze, jakiego miała nabawić się w ubikacji, siedząc na dawnym tronie królów Polski, teraz przemianowanym na sedes. Gdy znaleźli ją tam pokojowiec i pokojówka, leżała na ziemi z podkulonymi nogami nieopodal "tronu". Natychmiast zabrano ją na komnaty, lecz jej stan ciągle się pogarszał. Lekarze twierdzili że - to udar -, - to apopleksja, w każdym razie caryca dogorywała, leżąc na sofie w swej komnacie, gdy za oknami Pałacu Zimowego padał śnieg, a dworzanie z przerażeniem wpatrywali się w gasnący obraz swej władczyni. Ostatecznie zmarła o godzinie 10 wieczorem, 36 godzin, od chwili gdy znaleziono ją nieprzytomną w ubikacji. Miała 67 lat. Pytanie jednak brzmi, czy był to udar, apopleksja, czy może coś innego? Jak i na co nieoficjalnie zmarła "Semiramida Północy" (jak ją zwał Wolter), lub też owa "Niewyżyta Niemra"? Pytanie to należy do kategorii tych, które pozostają bez odpowiedzi, ale nie oznacza to, że tych odpowiedzi nie ma. Aby to jednak sobie uzmysłowić, warto pokazać relacje, jakie panowały w rodzinie carskiej, pomiędzy samą carycą a jej synem Pawłem oraz wnukiem Aleksandrem.

Zofia Augusta Fryderyka Elżbieta, księżniczka Anhalt-Zerbst-Donburg, wkroczyła w progi Pałacu Zimowego jako jeszcze 14-letnia dziewczyna, 3 lutego (23 stycznia starego stylu) 1744 r., jako kandydatka na żonę następcy rosyjskiego tronu - Piotra Fiodorowicza. Zostali oni zaręczeni przez carycę Elżbietę I - 29 czerwca 1744 r. (dzień wcześniej Zofia Augusta - wówczas już znana jako Katarzyna Aleksiejewna - przeszła na prawosławie). Jej narzeczony i przyszły małżonek - Piotr, był synem Anny, starszej (ukochanej) siostry carycy Elżbiety I, a obie one były córkami twórcy nowożytnej Rosji - cara Piotra I Wielkiego. Związek ten jednak od początku nie był dopasowany. Piotr był typem tzw.: "dużego dziecka". W wieku 16-17 lat, nadal lubił bawić się ołowianymi żołnierzykami, urządzał polowania na szczury (które potem skazywał na śmierć przez powieszenie), lubił bawił się w chowanego, obrzucał poduszkami etc. etc. Młoda Zofia (wówczas już Katarzyna) starała się dopasować do przyszłego małżonka i razem z nim uczestniczyła w jego zabawach. Razem więc tańczyli, skakali, bawili się w ciuciubabkę, jednak zabawy te na dłuższą metę Katarzyny nie radowały, a czyniła tak jedynie po to, aby sprawić przyjemność Piotrowi. Zdała sobie bowiem sprawę, że aby zdobyć wpływ na Piotra, jako przyszłego cara, musi postępować inaczej, niż wszyscy ci, którzy starali się go przywołać do porządku. Jako jego żona musi wzbudzić w nim nie tylko zaufanie, ale być może nawet miłość. Zrażanie przyszłego małżonka do siebie, na tym etapie znajomości, byłoby wielce nierozsądne. Jednak długie obcowanie z nie do końca rozwiniętym umysłowo i żyjącym w swoim świecie zabaw oraz ołowianych żołnierzyków (których wkrótce potem zamienił na prawdziwych) Piotrem Fiodorowiczem, nie należało do przyjemności Katarzyny, dlatego też starała się szukać innego męskiego towarzystwa, aby móc "przynajmniej" porozmawiać na poważniejsze tematy. A okazji do nawiązywania innych, dyskretnych znajomości, dawały nieustanne bale, jakie organizowano wówczas na dworze Elżbiety I.




Niektóre z tych bali były dość szczególne, gdyż na przykład na życzenie carycy w każdy wtorek kobiety przywdziewały męskie stroje, zaś mężczyźni damskie suknie. Katarzyna po latach pisała: "Muszę powiedzieć, że nic nie było równie okropne, a zarazem komiczne od widoku tak przebranych mężczyzn i nic bardziej żałosne niż widok kobiet w męskim stroju". Przyjęcia te był obowiązkowe i trudno się było z nich wykręcić, choć większość dworzan ich nie znosiła, ale kaprys carycy Elżbiety był ponad wszystkim, a wynikał on z prostego założenia - ona sama doskonale prezentowała się w męskim przebraniu i dlatego wymagała tego również on innych swych dworzan. Niektóre z takich uroczystych spotkań, mogły skończyć się nawet pewnymi urazami, jak bowiem pisała Katarzyna w swych "Pamiętnikach: "Tańczyłam poloneza z bardzo wysokim panem Sieversem, który miał na sobie krynolinę użyczoną mu przez cesarzową. Hrabina Hendrikowa, która tańczyła za mną, nadepnęła na krynolinę pana Sieversa, gdy robił obrót z dłonią w mojej dłoni. Padając, uderzyła mnie tak mocno, że wpadłam pod krynolinę Sieversa, która wystrzeliła do góry obok mnie. Sam Sievers zaplątał się w swoje suknie, które były w wielkim nieporządku, i tak nasza trójka leżała rozciągnięta na podłodze, przy czym mnie całkowicie przykrywała jego suknia. Umierałam ze śmiechu, próbując wstać, lecz było to możliwe dopiero z pomocą innych, ponieważ byliśmy tak zaplątani w odzienie monsieur Sieversa, że każda próba powstania powodowała upadek pozostałej dwójki".

Ślub Piotra i Katarzyny miał miejsce 21 sierpnia 1745 r. Wcześniej otrzymali oni porady, jak należy postępować w małżeństwie i jak powinien zachowywać się mąż w stosunku do żony oraz żona w stosunku do męża. Lekcji tych udzielał szwedzki dragon o nazwisku Rumberg (lub Romburg). Uczył więc on nowożeńców, iż mąż zawsze ma być panem i władcą. Żona w jego obecności nie może się odezwać bez pozwolenia i nie może mieć też innych poglądów, niż ma jej małżonek. A jeśli będzie się buntowała, to zalecał on "dać jej po głowie", czyli po prostu spuścić lanie. Piotr potem wielokrotnie z lubością przypominał te słowa Katarzynie. Pisała ona: "Czułam doskonale, jak mało go obchodziłam i jak mało ma dla mnie uczucia. (...) Gdy jednak zostawałam sama, zalewałam się łzami, po czym po cichu je ocierałam i biegłam dokazywać z moimi pannami". Piotr z biegiem lat nie tylko nie dorastał, ale wciąż dziecinniał i nie tylko bawił się żołnierzykami, ale nawet lalkami, lub dokazywał z lokajami, chowając się przed nimi i zmuszając by co go szukali. Starał się też "ćwiczyć" swoją żonę w wojskowej musztrze, i jak Katarzyna pisała w "Pamiętnikach": "Wielki książę z dużym upodobaniem instruował mnie w sprawach wojskowych ćwiczeń. Dzięki niemu potrafię trzymać karabin z precyzją doświadczonego grenadiera. Kazał mi stać z muszkietem na warcie przy drzwiach pomiędzy naszymi pokojami".

Po ślubie Katarzyna musiała nie tylko znosić humory i dziwactwa swego męża, ale również kaprysy carycy Elżbiety, która np. wyznaczała młodej parze godziny w jakich mają się udać do łóżka. Nie wolno im było siedzieć za długo w nocy i jeść kolacji, gdyż Elżbieta uważała, że noc jest od spania i od "robienia dzieci". Jednak nie było to wcale takie proste, gdyż Piotr nie traktował Katarzyny jak kobiety, tylko jak towarzyszkę zabaw, i nocami albo grywał jej na skrzypcach, albo też godzinami opowiadał o swoich perypetiach, lub też wzywał służbę i kazał im ze sobą tańczyć w maskach na twarzy. Były też sytuacje, że Piotr w łóżku bawił się... zabawkami (czasem właśnie z tego powodu nie pozwalał się Katarzynie położyć spać, gdyż całe łóżko zastawione było żołnierzykami, a ta musiała siedzieć i przyglądać się temu na krześle. Jednocześnie Piotr ukrywał to przed ciotką i jej damami dworu oraz okłamywał ją, że nocami sypia z Katarzyną. 

Mijały jednak lata, a młoda Niemka nie zachodziła w ciążę. Stało się tak dopiero w 1754 r. a 20 września tego roku powiła syna, któremu nadano (na polecenie carycy Elżbiety) na imię Paweł. Piotr nie był zbytnio zainteresowany synem, ponoć podszedł do niego, popatrzył i wzruszywszy ramionami wyszedł. Z pewnością nie był to też jego syn (choć co do tego nie ma pewności, gdyż Paweł po latach odziedziczył wiele cel właśnie po Piotrze), gdyż w tym okresie Katarzyna wdała się już w romans z Sergiuszem Sałtykowem, z którym to zapewne też straciła cnotę. Po latach Katarzyna tak o nim pisała: "Miał dwadzieścia sześć lat. Pod każdym względem, zarówno z urodzenia, jak pod wieloma innymi, był dystyngowanym kawalerem. Umiał ukrywać swe wady, z których największą była skłonność do intryg i brak zasad. Tego jednak nie dostrzegałam". Dziecko natychmiast po urodzeniu zostało matce odebrane i opiekowała się nim teraz osobiście caryca Elżbieta, która zapewne sama pragnęła mieć takie dziecko i małego Pawła traktowała jak swego syna, całkowicie odseparowując od niego Katarzynę (ta mogła go widzieć tylko z daleka, a po raz pierwszy ujrzała go czterdzieści dni po porodzie i zapisała w swym pamiętniku: "Wydał mi się bardzo ładny, a jego widok trochę mnie rozweselił, gdy tylko jednak ukończono modły, cesarzowa poleciła natychmiast zabrać go i wyszła". Sałtykow został wysłany z misją dyplomatyczną do Szwecji, a Katarzyna całymi dniami płakała, leżąc samotnie w łóżku.




Katarzynie odmówiono uczestnictwa w życiu swego dziecka, co spowodowało że stała się dla niego jakby obcą osobą. Nie była bowiem świadkiem jego pierwszego uśmiechu, pierwszego kroku, pierwszego wypowiedzianego słowa. Katarzyna poświęcała ten czas na czytanie książek (np. zaciekawiło ją, jak wiele podobieństw było w relacjach autorów antycznych, do realiów panujących w ówczesnej Rosji, szczególnie pod względem intryg, korupcji i dążenia do władzy) oraz modlitwy. Mąż coraz mniej się nią interesował, spędzając całe dnie w towarzystwie swych kompanów i metres które sobie wybierał, oraz musztrując swój pułk na kształt pruski. Katarzyna również z czasem zaczęła szukać spełnienia w ramionach innych mężczyzn, a gdy Elżbieta zmarła i na tron wstąpił Piotr III - 5 stycznia 1762 r., stanęła ona na czele buntu przeciwko małżonkowi i odebrała mu władzę - 9 lipca 1762 r., jego samego umieszczając w pałacu w Ropszy, gdzie też (na polecenie nowej carycy) został on zamordowany - 17 lipca 1762 r.

Katarzyna, nie mając wcześniej emocjonalnego związku z synem, po swym wstąpieniu na tron również nie starała się zacieśniać tych związków, tym bardziej że młody Paweł stawał się bardzo brzydkim dzieckiem. W wieku dziesięciu lat przeszedł ospę, która zniekształciła mu twarz do tego stopnia, że realnie zaczął przypominać "złośliwego diabełka". Podobnie jak Piotr, gardził i wyśmiewał wszystkim co rosyjskie. Ale przecież matka nie miała innego wyjścia i to właśnie on był jej jedynym następcą tronu. Już w 1773 r. ogłosiła pełnoletność syna i zaczęła poszukiwania kandydatki na jego żonę. Jej wybór padł na Wilhelminę Luizę von Hessen-Darmstadt, która po przyjeździe do Rosji, przejściu na prawosławie i przyjęciu imienia Natalia Aleksiejewna, oraz poślubieniu carewicza Pawła - 10 października 1773 r., szybko popadła w konflikt z teściową. Paweł miał wówczas 19 lat, a jego nowa małżonka lat 18. Katarzyna II miała pretensje do synowej, że ta nie uczy się języka rosyjskiego, ma skłonności do intryg, jest rozrzutna i podporządkowała sobie jej syna. To właśnie w otoczeniu Pawła i Natalii, kształtowała się opozycja do rządów Katarzyny, którą oskarżano o mężobójstwo i cudzołóstwo (oczywiście nieoficjalnie, wiadomo przecież że nie można było o to oskarżyć cesarzowej, która jednym słowem mogła sprowadzić na taką osobę więzienie, tortury i śmierć). Zresztą Natalia nie była wcale lepsza od teściowej. Już bowiem na statku, którym płynęła do Petersburga, nawiązała romans z młodym oficerem pułku Izmaiłowskiego - hrabią Andriejem Kiriłłowiczem Razumowskim... oraz z Nikołajem Aleksandrowiczem Zagriażskim. Wydaje się, że chciała ona pójść w ślady Katarzyny i władać Rosją przy pomocy swego męża (którego owinęła sobie wokół palca), a być może nawet sama ogłosiłaby się carycą i rządziła krajem tak, jak jej teściowa.

Razumowski należał do grona przyjaciół carewicza Pawła i co noc podawał mu opium oraz środki nasenne, aby móc spędzać czas z jego żoną. Do Pawła oczywiście dochodziły plotki, na temat niewierności żony, ale nie dawał on im wiary i święcie wierzył w uczciwość swej małżonki. Ambitna Niemka pozwalała sobie jednak na coraz więcej i nie poprzestawała na zdradzie małżeńskiej, ale poczęła knuć spisek, mający na celu obalić Katarzynę i osadzić na tronie jej męża - Pawła I. Krąg spiskowców sięgał daleko i ocierał się nawet o sekretarza ambasady francuskiej oraz kilku biskupów prawosławnych. Co ciekawe, zawiązany został jeszcze w tym samym 1773 r., czyli... wkrótce po ślubie Natalii z Pawłem. Spisek się wydał i jego niedoszli członkowie zostali ukarani utratą stanowisk lub wygnaniem (choć nikogo nie postawiono przed sądem), zaś sam Paweł i jego małżonka zostali objęci ścisłą kontrolą carycy. Z końcem 1775 Natalia Aleksiejewna zaszła w ciążę, lecz w kwietniu 1776 r. poroniła syna, sama umierając wkrótce potem. Paweł wpadł w rozpacz i oskarżył o śmierć żony swą matkę, która miała kazać podać jej truciznę. Katarzyna zwołała konsylium 13 chirurgów, którzy po przebadaniu ciała Natalii, doszli do wniosku że nie była ona w stanie urodzić dziecka, ponieważ miała wadę anatomiczną (stwierdzono że: "szpara była szeroka na cztery palce, a ramiona dziecka na osiem" 😄) - to jednak Pawła nie przekonało, lecz wkrótce pojawiły się plotki (zapewne rozgłaszane na polecenie Katarzyny) że ojcem zmarłego dziecka był jednak Razumowski. Caryca wygnała go z dworu i zesłała na Ukrainę, gdzie jego ojciec - Kiriłł, pełnił funkcję atamana Kozaków lewobrzeżnych. 

Katarzyna rozpoczęła też poszukiwania nowej kandydatki na żonę dla syna i jej wzrok padł teraz na Wirtembergię. Spodobała jej się bowiem urodzona - podobnie jak ona sama w Szczecinie - księżniczka wirtemberska Zofia Dorota Augusta Luiza. Rzeczywiście, była ona piękną kobietą i porównywano ją nawet do "pięknego dnia" oraz twierdzono że jest stworzona by nosić koronę. Gdy Katarzyna zaakceptowała kandydaturę Zofii, posłała swego syna do Berlina, gdzie przybył on 7 lipca 1776 r. Opiekunem księżniczki, był król Prus - Fryderyk II Wielki, który radował się że to właśnie ona zostanie żoną rosyjskiego następcy tronu, gdyż jej rodzina była przyjacielsko nastawiona do Hohenzollernów. Paweł też zauroczył się piękną księżniczką z Wirtembergii i był skory do szybkiego ożenku. To, iż to właśnie Katarzyna stała za tym związkiem, na pewien czas zbliżyło do siebie matkę i syna. Nim jednak Paweł opuścił Prusy, spisał specjalne "porady" dla nowej małżonki, jak widzi sobie ich dalszy związek. Jako pierwszy punkt, wymienił obowiązek wierności małżeńskiej, następnie urodzenie dzieci - przede wszystkim synów, podporządkowanie się woli męża, nieuczestniczenie w intrygach dworu oraz niepodważanie powagi imperatorowej, Oczywiście księżniczka przyjęła wszystkie warunki bez zastrzeżeń (co ciekawe, jej matka, pruska księżniczka - Fryderyka Zofia, zobowiązała ją przede wszystkim do wierności królowi pruskiemu i nie uleganiu wpływom rozpustnej Katarzyny).

Z końcem sierpnia 1776 r. Zofia Dorota przybyła do Carskiego Sioła i tam po raz pierwszy ujrzała ją caryca Katarzyna... a była nią zachwycona. Pisała potem: "Jest taka, jakiej sobie życzyłam, strojna jak nimfa, oblicze twarzy - mieszanina lilii i różu, cera najpiękniejsza na świecie (...) moja księżniczka przedstawia sobą wszystko, czego pragnęłam", zaś w liście do barona Friedricha Melchiora Grimma caryca pisała krótko: "Ona jest po prostu wspaniała!". Zofia też odwzajemniała te uczucia i zwracając się do Katarzyny, mówiła: "Wasza Cesarska Mość jest przecudna i niezwykle mądra. Kocham WCM do szaleństwa". Podczas zaręczyn Katarzyna wręczyła zaś Pawłowi liścik, w którym było zapisane: "Kocham Was z całego serca moje dzieci". Ślub odbył się 26 września 1776 r. i Zofia Dorota przyjęła imię Marii Fiodorownej. Miała prawie 17 lat, a jej małżonek 22. Dyskretnie dbała o interesy Prus, a jednocześnie starała się prowadzić takie życie, aby jak najmniej o niej mówiono. Męża swego wspierała we wszystkich jego przedsięwzięciach i deklarowała mu swą dozgonną miłość i posłuszeństwo. Do Katarzyny starała się zwracać z najwyższym szacunkiem i troską, ale... taki stan rzeczy nie trwał zbyt długo. Gdy Katarzyna zaczęła zmieniać swą pro-pruską politykę na pro-austriacką, sympatie między dwiema kobietami się skończyły. Maria Fiodorowna zaczęła izolować męża od matki i zamykać się w gronie swych pruskich przyjaciół. Oczywiście publicznie wciąż deklarowała swą miłość i oddanie imperatorowej, ale realnie drogi obu kobiet zaczęły się rozchodzić.




Latem 1777 r. Katarzyna wysłała syna i synową do miejscowości Pawłowsk, gdzie rozpoczęto budowę ich wspólnej rezydencji. Była to oficjalnie nagroda za zajście Marii w ciążę, ale realnie caryca zsyłała Pawła i Marię na wygnanie z dala od dworu i tutejszych intryg. W Pawłowsku Maria znacznie rozbudowała pałac i zamieniła go na swój prywatny dwór z niezwykle wykwintną formą i anturażem. 23 grudnia (12 grudnia starego stylu) 1777 r. w Pałacu Zimowym w Petersburgu Maria Fiodorowna powiła syna, którego nazwano (na życzenie carycy) Aleksander (na cześć zarówno Aleksandra Newskiego, żyjącego w XIII wieku, jak i Aleksandra Wielkiego). Od chwili narodzin tego dziecka, cesarzowa wiązała z nim wielkie nadzieje i to do tego stopnia, że powiadano iż to właśnie on ma być jej następcą, z pominięciem Pawła. Nad jego główką podczas chrztu trzymano koronę, zaś Katarzyna oficjalnie mówiła o nim, jako o przyszłym carze. Organizowano bale na jego cześć i pomyślność (w których to prześcigali się również wzajemnie carscy dworacy), dedykowano mu wspaniałe wiersze i widziano w nim przyszłość dynastii i chwałę Rosji. Katarzyna tak pokochała chłopca, że wkrótce po urodzinach popełniła ten sam grzech, który wcześniej na niej samej dopuściła się caryca Elżbieta - czyli odebrała dziecko spod opieki rodziców. To przelało czarę uczuć Marii do Katarzyny i zapełniło serce tej pierwszej żywą nienawiścią do teściowej, której przecież woli nie mogła się sprzeciwić. Uciekała więc w inne rozrywki, przede wszystkim zajmowała się rozbudową rezydencji w Pawłowsku. 

A tymczasem Katarzyna nie odstępowała Aleksandra na krok, sypiał on nawet w jej pokojach. Chciała go uformować w taki sposób, aby był jej wierny i jednocześnie spełniał wszystkie kryteria, jakie pokładała w Pawle, a nie było jej dane go wychować. Jego kołyska wyścielona była najdelikatniejszymi i najpiękniejszymi materiałami, a mamki i niańki nie mogły spuścić z malucha oka. Co prawda rodzice nie zostali całkowicie pozbawieni kontaktów z dzieckiem i mogli go odwiedzać (czego wcześniej Katarzyna czynić nie mogła) a nawet zabierać go na spacery po ogrodzie, ale realnie przebywał on u boku carycy, a nie Marii i Pawła. Jego pokój był codziennie wietrzony i nie wolno było tam zapalić więcej, niż dwóch świec. Niemowlę często też kąpano w zimnej wodzie. Babka zapewniła mu wszelkie rozrywki - otrzymał żołnierzyki, farby do malowania, instrumenty muzyczne, a potem książki. Katarzyna wybuchała radością, gdy tylko informowano ją o postępach wnuka, pięknie grającego na skrzypcach, malującego obrazy, projektującego i budującego meble, pokrywającego książki delikatnym aksamitem, czy też czytającego. Aleksander ponoć sam nauczył się czytać, a babka mawiała że wyprzedza on innych chłopców w swoim wieku co najmniej o sześć lat. Matka też radowała się, słysząc o postępach syna, ale żal z powodu odebrania Aleksandra przepełniał jej serce do głębi goryczą i prawdziwą nienawiścią do Katarzyny. Paweł zaś zupełnie się synem nie interesował. Choć może nie do końca - interesował się, ale inaczej niż można by zakładać. Interesował się tylko w taki sposób, że był po prostu o niego zazdrosny i informacje o jego sukcesach nie napawały go dumą, lecz obawą że w przyszłości to właśnie Aleksander może zostać następcą Katarzyny. 

Doszło do tego, że dorastający Aleksander zaczął traktować swą babkę, jak matkę i prosił ją nawet by "dała mu braciszka", a gdy 8 maja (27 kwietnia) 1779 r. urodził się drugi syn Marii i Pawła - Konstanty, babka również i jego odebrała rodzicom, aby malec miał towarzysza zabaw (co do Konstantego caryca również snuła wielkie plany, i o ile Aleksander miał w przyszłości zasiąść na rosyjskim tronie, o tyle Konstanty miał objąć władzę w uwolnionym od Turków Konstantynopolu i odrodzić dawne Cesarstwo Bizantyjskie). Mijały lata, a Aleksander otoczony był wciąż nowymi książkami (głównie francuskimi), mającymi kształtować jego charakter i sposób myślenia. Babka wpajała mu przeświadczenie o potędze i chwale Rosji, zaś on sam nigdy o Rosjanach nie mówił "podani", a raczej "współobywatele" lub "rodacy". Młody Konstanty kpił z Aleksandra, że ten zaśmieca sobie głowę francuskimi książkami, podczas gdy on uczy się o wojnach, bitwach i walkach z Turkami. Ale Aleksander - z wyglądu przypominający greckiego boga - w wieku 12 lat, znał już pięć języków (głównie mówił po francusku, po rosyjsku zaś dosyć słabo). Zgromadził wokół siebie ludzi, którzy pragnęli przeprowadzić w Rosji reformy ustrojowe ograniczające samodzierżawie i ułożyć pierwszą w dziejach kraju konstytucję. Zarówno Aleksander, jak i ludzie z jego otoczenia obawiali się, że jeśli po śmierci Katarzyny II do władzy dojdzie ograniczony intelektualnie i wielbiący proste rozrywki Paweł, to wówczas Rosja stoczy się na długie lata w odmęty tyranii.




W 1793 r., gdy Aleksander skończył 16 lat, babka ofiarowała mu Pałac Aleksandrowski w Carskim Siole. Jednocześnie Katarzyna widziała, że chłopiec lubi się ładnie stroić i ma nieco zniewieściałe ruchy, dlatego nalegała na częste szkolenia fizyczne, z jazdy konnej, szermierki, strzelania z pistoletów itp. Aleksander, pod wpływem dostarczanych mu francuskich książek i żyjąc w czasach Rewolucji Francuskiej, starał się nieco upodabniać do "eleganckiego jakobina", co skutkowało tym, że np. przyszywał sobie do munduru trójkolorową kokardę. Paweł, widząc te synowskie fanaberie, wpadał w złość i wielokrotnie groził że wybije mu owe "heretyckie fantazje" z głowy za pomocą pięści. Babka nie tylko dbała o wykształcenie i sprawność fizyczną swego wnuka, ale również zaczęła namawiać go, by skorzystał z zakazanego owocu i zabawił się z kobietami. Ona sama, która zmieniała kochanków jak rękawiczki, dobrze wiedziała co mówi - chciała aby przyszły władca doświadczył wszystkiego, co zapewne mu się przyda w późniejszym życiu. Poleciła również jednej z dam dworu, aby pomogła carewiczowi przestać być prawiczkiem, a potem sama sprowadzała dla niego różnego rodzaju artystki, śpiewaczki i tancerki - rzekomo dla kształtowania jego muzycznego słuchu i talentu, a naprawdę z zupełnie innych powodów. I to się Aleksandrowi spodobało, a wkrótce potem uzależnił się od seksu. 

W 1792 r. babka postanowiła ożenić swego wnuka i w tym celu wysłała swoje poselstwo do Badenii. Posłowie zaproponowali małżeństwo z carewiczem Aleksandrem, dwóm córkom margrabiego Badenii - Karola Ludwika: 13-letniej Luizie Ludwice Marii Auguście i 11-letniej Fryderyce Dorocie. Matka dziewcząt - Amalia Fryderyka, była siostrą Natalii Aleksiejewnej, pierwszej żony carewicza Pawła. Spisano warunki kontraktu małżeńskiego, podobne do tych, jakie swej małżonce podyktował Paweł podczas wizyty w Berlinie, szesnaście lat wcześniej. Wybór kandydatki na żonę, pozostawiono w gestii Aleksandra i dlatego oba sporządzone obrazy dziewcząt posłano do Petersburga (co ciekawe dziewczęta nie wiedziały w jakim celu pozują do obrazów, a potem, gdy wsadzono je razem do karety i wysłano do Petersburga - po co i dokąd jadą. Dopiero w czasie jazdy poinformowano je, że jadą do Rosji. Dziewczęta się rozpłakały, a Luiza Ludwika krzyczała, że nie chce jechać do "północnego barbarzyńcy". W czasie jazdy pisały one listy do ojca i matki, błagając ich, aby zmienili swą decyzję i pozwolili im wrócić - oczywiście niczego nie wskórały). 31 października 1792 r. wjechały do Petersburga i jeszcze tej samej nocy powitała je caryca Katarzyna. Podczas tego powitania, Katarzynie bardziej spodobała się starsza Luzia i ją to właśnie głównie obsypywała pochwałami. Aleksander powitał specjalnie dla niego wystrojone (w długie białe tuniki, gdzie wyglądały jak nimfy) dziewczęta dopiero 2 listopada.

To nie on wybrał sobie kandydatkę na żonę, uczyniła to za niego babka, już podczas pierwszego powitania dziewcząt w Pałacu Zimowym. Aleksander nie mógł się bowiem zdecydować i tak naprawdę wcale nie spieszyło mu się do żeniaczki. Wolał prowadzić takie życie, jakie prowadził dotąd, wolne, w dużej mierze beztroskie i nie podlegające małżeńskim ograniczeniom. Ale babka nalegała i ostatecznie wręczyła mu do ręki liścik, każąc go ofiarować Luizie. To były spisane przez Katarzynę oświadczyny. 9 maja 1793 r. odbyła się konwersja Luizy na prawosławie (przyjęła ona nowe imię - Elżbieta Aleksiejewna), a dzień później oficjalne zaręczyny jej z Aleksandrem. Od początku nie był to dobrany związek, może dlatego że oboje byli jeszcze zbyt młodzi i łatwo podatni na wszelkie oddziaływania, które niekoniecznie mogły im służyć. Aleksander już tej samej nocy po zaręczynach, na przyjęciu w towarzystwie swych druhów, kazał Luizie obnażyć się do pasa i zachwycał się jej piersiami, oraz tym, jak będzie się nimi bawił w łożu (podobnie jakieś czterdzieści lat wcześniej postąpił carewicz Piotr, który wyciągnął z łoża swoją młodą żonę - Katarzynę, zerwał z niej koszulę i tak ją pokazał swym pijanym kompanom). Ślub odbył się 28 września 1793 r. Najbardziej z tego ożenku niezadowolony był carewicz Paweł, który już jawnie zaczął podejrzewać, że matka chce pominąć go w drodze do korony. Aleksander bardzo bał się swego ojca, jego spojrzenie elektryzowało go. Jego słynne powiedzenie: "Zrobię z ciebie człowieka" powodowało dreszcz grozy u Aleksandra. Paweł obawiał się, że matka zechce oficjalnie uczynić Aleksandra swym następcą i zapewne nie zamierzał się temu biernie przyglądać. Tak więc, gdy stara caryca usiadła na sedesie, który wcześniej był tronem polskich królów, stało się coś, o czym oficjalnie się nie mówi i za przyczynę jej śmierci uznaje albo udar mózgu, albo apopleksję, wykluczając całkowicie... zamach na jej życie. Tym bardziej, że jak świadczą niektórzy, 24 listopada 1796 r. caryca Katarzyna planowała oficjalnie ogłosić Aleksandra swym następcą. Jestem pewien, że plany te dotarły do carewicza Pawła i jego stronników, którzy postanowili jej w tym przeszkodzić. 

Co zatem mogło się stać w ubikacji, owego 16 listopada 1796 r.? Niestety, najbardziej logiczna wydaje się tutaj możliwość najmniej prawdopodobna i przez to oficjalnie nie brana pod uwagę. Otóż należy pamiętać - co raczej nie było tajemnicą - że carewicz Paweł darzył Polaków dość dużą sympatią. Na ile ona wynikała z jego rzeczywistych poglądów, a na ile była jedynie formą walki z matką, która doprowadziła do rozbiorów Polski - tego niestety nie wiadomo. Ale wiadomo, że to właśnie car Paweł I, już po śmierci matki, zwolnił z więzienia w twierdzy Pietropawłowskiej w Petersburgu Tadeusza Kościuszkę, bohatera walk o Niepodległość nie tylko Polski, ale również Stanów Zjednoczonych Ameryki. Paweł uwolnił go już 26 listopada 1796 r., czyli zaledwie dziewięć dni po śmierci Katarzyny II i swoim wstąpieniu na rosyjski tron. To też daje do myślenia. Ale warto wreszcie powiedzieć, co też mogło się stać w ubikacji, w chwili gdy weszła doń stara caryca. Otóż - jak już wspomniałem - sedes został przebudowany z dawnego tronu polskich królów, a dla wygody, specjalnie wyposażony w poduszki wyłożone na krawędziach, które sprawiały że nie odczuwało się chłodu zimnego metalu. Poduszki te zostały jednak usunięte na krótko, nim doszło do zgonu carycy - oficjalnie po to, aby je zmienić, gdyż tamte uległy przedarciu. I tak też się stało, tron sedes został wyłożony zupełnie nowymi poduchami, z których wcześniej nikt nie korzystał. Gdy więc caryca weszła do ubikacji i opadła całym ciężarem swego już pokaźnego ciała na sedes... jej pośladki i uda zostały przebite dużą ilością małych sztyletów, które były ukryte wewnątrz nowych poduch i które zapewne spowodowały, że się tam w dużej mierze wykrwawiła, nim odnalazła ją służba. Oczywiście ktoś powie - nie ma na to żadnych dowodów - ale przecież dowody przedstawiłem, obawa Pawła przed pominięciem go w linii sukcesji, wymiana poduch w osobistej toalecie carycy i jej śmierć w dość dziwnych okolicznościach (gdy ją znaleziono, leżała na ziemi, z podkulonymi nogami). W każdym razie Katarzyna II - ta "niewyżyta seksualnie Niemra" odeszła z tego świata, a jej następcą został car Paweł I (Aleksander od razu ogłosił że nie zamierza rywalizować z ojcem w walce o koronę). I dopiero w kilka lat później jego syn, namawiany przez dworaków, dla których polityka Pawła I zbliżenia z Francją Napoleona, sympatii do Polaków i walce z Prusami, Austrią i Anglią, była nie do zaakceptowania. Postanowiono go więc "wymienić", a doszło do tego tak, jak na samym początku zaprezentowałem. 

To tyle jeśli chodzi o tę część wprowadzenia do tematu, która bezpośrednio dotyczyła relacji rodzinnych Pawła i Aleksandra za czasów panowania Katarzyny II. W kolejnej części przeniesiemy się nad Sekwanę i przyjrzymy, w jaki sposób młody generał Bonaparte zdobył władzę i ogłosił się Pierwszym Konsulem (a potem niestety znów czeka nas powrót do Petersburga). 
   





CDN.
 

niedziela, 27 czerwca 2021

NIEMIECKI ODWET ROKU 1934 - Cz. I

CZYLI JAK TO PO ZAKOŃCZENIU 

I WOJNY ŚWIATOWEJ 

NIEMCY PLANOWALI ODRODZIĆ

DAWNĄ POTĘGĘ RZESZY? 





 
 Książka, którą pragnę teraz zaprezentować, jest już całkowicie zapomniana i to do tego stopnia, że nawet jej autorzy nie są do końca znani. Nic zresztą dziwnego, w końcu Europa przeszła w czasie II Wojny Światowej przez prawdziwe piekło, a do tego doprowadziła polityka ustępstw wobec Niemiec Adolfa Hitlera, koncesji finansowych przyznawanych Rzeszy Niemieckiej i w dużej mierze skrywany, ale jednak istniejący podziw nad ideologią narodowego socjalizmu i niemieckiej potęgi (np. podczas Igrzysk Olimpijskich 1936 r. reprezentacja Francji, Włoch i Hiszpanii weszła na stadion olimpijski z podniesioną do góry ręką w nazistowskim pozdrowieniu). Tak krótkowzroczna polityka, doprowadziła do wybuchu wojny, a wraz z nią niewyobrażalnych cierpień dla milionów ludzi, którzy nie pasowali do wizji niemieckiej "Nowej Europy". Można wręcz powiedzieć, że Hitler i jego kompani byli "pierwszymi Europejczykami" w dzisiejszym tego słowa znaczeniu, bowiem haseł o stworzeniu silnej Europy, używano wówczas bardzo wiele, a tamta "Nowa Europa" różniłaby się od obecnej Unii Europejskiej tylko tym, że Niemcy dominowaliby w niej również militarnie, a nie tylko gospodarczo i politycznie. Książka, którą pragnę przedstawić, została napisana w Niemczech na początku lat 20-tych XX wieku (prawdopodobnie 1920, lub 1921 r.) przez byłego majora F. E. Solfa (prawdopodobnie był on spokrewniony z Wilhelmem Heinrichem Solfem - niemieckim dyplomatą i duchownym, ale nie ma co do tego pewności) i opatrzona przedmową pułkownika Bauera - zaufanego sztabowca generała Ericha Ludendorffa. Bauer brał udział w marcu 1920 r. w monarchistycznym tzw.: "puczu Kappa", czyli próbie zamachu stanu, mającej na celu obalenie Republiki Weimarskiej i ponowne zainstalowanie na tronie Hohenzollernów. Był on też współautorem planu zgniecenia węgierskiego powstania, jaki w końcu sierpnia 1921 r. wybuchł w Burgenlandzie, czyli części ziem zachodnich Węgier, które miały zostać przyłączone do Austrii na mocy traktatu pokojowego z Trianon z 4 czerwca 1920 r.). Byli to dwaj wybitni planiści i wkrótce po zakończeniu I Wojny Światowej - której wynik i narzucone przez zwycięskie mocarstwa traktaty pokojowe, uważali oni za upokarzające dla Niemiec - napisali książkę, która miała odrodzić Rzeszę i pozwolić jej powrócić do dawnej potęgi, mniej więcej około roku 1934 r. (niewiele się pomylili, gdyż w tym właśnie czasie Adolf Hitler doszedł do władzy i szybko zaczął odbudowywać niemiecką armię i gospodarkę). 

Ponieważ nie posiadam oryginalnej pozycji owych dwóch niemieckich planistów wojskowych, dlatego też muszę korzystać z polskiego tłumaczenia tej książki z roku 1922 r. autorstwa Macieja R. Wierzbińskiego. Już wówczas (w 1922 r.) uznał on za niezwykle ważne przetłumaczyć tę książkę na język polski, jako że zdawał sobie doskonale sprawę, iż zawarte w niej tezy stanowią nie tylko manifest odnowienia Rzeszy Niemieckiej, ale jasny plan odrodzenia niemieckiej potęgi, która - wiadomym faktem - przede wszystkim musiałaby powetować swe straty kosztem ziem niedawno odrodzonej Polski Niepodległej. Zresztą warto w tej kwestii oddać głos samemu autorowi, czemu w ogóle poświęcił czas na jej przetłumaczenie: "dlatego, że jest ona wiernym zwierciadłem zbiorowej duszy niemieckiej w dzisiejszym stanie, a zatem zawiera bardzo cenną oświatę dla tych, zawsze jeszcze nader licznych zastępów polskich, które nie znają charakteru narodowego swych sąsiadów zachodnich, nie odczuwają bezmiaru ich plemiennej nienawiści, nie zdają sobie sprawy z ich potencjalności i zamierzeń w zakamarkach duszy pieszczonych. A Polska pierwsza winna otworzyć na to oczy i wyciągnąć naukę z tej książki, z tych prądów, pragnień, prac i wysiłków niemieckich, gdyż ona pierwsza byłaby, albo raczej będzie (w oryginale słowo to jest celowo wyeksponowane) bez najmniejszej wątpliwości wystawiona na atak odwetowców spod krzyżackiego znaku (...) wszystko to jest wyraźną wskazówką, jaki charakter będzie posiadała w ogóle wojna przyszłości, i każe się domyślać, że będzie ona jeszcze daleko więcej zabójczą niż ostatnia. Nawet ludność cywilna w spokojnych miastach, w ustronnych siołach, w sennych zakątkach wystawiona będzie na ogromne niebezpieczeństwo ze strony eskadr lotniczych, przeróżnych pocisków trujących (...) Czytając tę opowieść, Polak niejednokrotnie przyjmie wykrzyknikiem zdumienia przebłyski niemieckiej autoadoracji i junkierskiego zaślepienia (...) Jednakże całą tę "Wojnę roku 1934" poczyta zaprawdę za ogromnie pouczającą książkę, której kwintesencja da się zamknąć w następującym aksjomacie: Wojna spadnie na nas jak piorun wtedy, skoro tylko Niemcy zdobędą jaki środek wojenny, odpowiadający doniosłością swą "promieniom elektrycznym". Wyłania się to z kart tej opowieści. Wyziera z niej i urąga nam w oczy nieposkromione, żywe i groźne niebezpieczeństwo niemieckie, tak, iż wynosimy pewność, że czeka Polskę walna rozprawa z wrażym i wieczystym prawrogiem na śmierć i życie - rozprawa, w której Polska krwią i najwyższym poświęceniem, mocą ramienia i ducha będzie musiała zdobyć sobie ostateczne prawo, do posiadania tego, co posiada dzisiaj, prawo do pełnego, świetnego życia narodowego i mocarstwowego". 
  
 
 



ZACZNIJMY ZATEM:


 
PRZEDMOWA 
 
 
Kto upatruje w dziejach świata rękę Opatrzności, lub kto widzi w nich jedynie przyczyny i skutki czy też prawo rozwoju, mógłby zaiste stracić wszelką wiarę wobec rewolucji niemieckiej z dnia 9 listopada 1918. Tak była ona bezsensowną, tak niestosowną, zwłaszcza w tym momencie. Bo w chwili, gdy należało zespolić wszystkie materialne i moralne siły w celu odparcia zewnętrznego wroga, rozbiła ona te siły i wydała Niemcy na niełaskę nieprzyjaciół w "pokoju" wersalskim. Było to grzechem przeciwko świętemu duchowi niemczyzny, i to, zważywszy ideę przenikającą jej przywódców, grzechem świadomym i nie ostatnim! A z tego zbrodniczego czynu powstała klątwa, powstał moralny, ekonomiczny i polityczny upadek, w którym ugrzęźliśmy bez widoków ratunku. Mocarstwa zachodnie w służbie kapitału światowego wyzyskały, jak zwykle, zręcznie tę wdzięczną sposobność. Nie można nawet poczytywać im tego za złe, gdyż niepodobna oczekiwać od wilka, aby zbłąkane owieczki przywodził znów do stada. Jednakże pasterz w tym razie zabija wilka, daleki od tego, by w dodatku oddawać mu potem jeszcze całe stado na pastwę samowolnie. A tak stoją rzeczy dzisiaj! Jest to haniebne, ale nie mniej prawdziwe, że istnieją Niemcy, którzy własnymi rękoma pełnią usługi katowskie przeciw swemu własnemu narodowi! A brak szerokim kołom narodu przede wszystkim poczucia niewysłowionej hańby. Cóż to je obchodzi, że odebrano narodowi najświętsze prawo i najwyższy obowiązek Germanina noszenia broni na obronę ojczyzny? Mają one wyłącznie zrozumienie dla nauk kapitału jedynie zapewniającego zbawienie - nauk, które, jaskrawo osłonięte gałgankami fałszywej demokracji i fałszywego socjalizmu, przenikają mieszczanina zarówno jak i robotnika. Jednakowoż budzi się w zakamarkach duszy zbiorowej wątpliwość, budzi się lęk wobec kwestii: co nas czeka? Odpowiedź prosta: z posiewu zła powstaje straszna klęska. Zamykać na to oczy byłoby głupotą i nikczemnością. Bo czyż Niemcy mają runąć w otchłań zagłady?... Jeśli tak być musi, to w taki sposób: w walce!

Jaki cel może mieć wobec tego książka taka jak ta, którą przedkładamy narodowi - książka, mogąca chyba tylko dolać oliwy do ognia nienawiści naszych wrogów - spytają ludzie o sercach zajęczych. Otóż najpierw zaleca się, by, miast w formie teoretycznych spostrzeżeń odmalować w sposób plastyczny, jak to z wyżyn siły i obowiązkowego wyładowywania energii spadliśmy i spadamy coraz niżej, jak to zamiast "uszczęśliwienia życia ludzkiego w ogóle" - jeśli mam użyć wyrażenia głównego rewolucjonisty - idą na nas bieda, niedostatek, nikczemna pojęciowość niewolników i żądza używania. O! gdyby za przykładem pani Irmgard z tej powieści miliony kobiet niemieckich zechciało z pogardą spozierać na każdego mężczyznę nieskłonnego do walki za kraj - walki najpierw bronią duchową a potem, gdy wybije godzina, bagnetem, sztyletem i - cepami. Po wtóre zaleca się wypowiedzieć śmiało, że wszystko co dzisiaj wyprodukujemy i zdobywamy drogą wynalazków, trzeba wziąć pod uwagę pod kątem pożytku, jaki dałoby się z tego wyciągnąć w opałach w jakich jesteśmy. I ten wskaźnik trzeba obwieścić ogółowi, że każdy, posiadający środki i zdolności odpowiednie, ma obowiązek wyszukiwania takich dróg i środków, albo też pomagania tym, którzy nastręczają takie środki. A kto obecnie zaprzedaje zagranicy dla zysków wynalazki, które mogą nam oddać usługi, jak to niestety zdarzyło się już niejednokrotnie, ten jest łajdakiem, tak samo, jakby zdradzał koalicji ukryte składy broni. Grzechów przeciw świętemu duchowi narodu nie przebacza się nigdy! Jeżeli zaś ludzie małego, trwożliwego ducha mówią: "nie można śnić o zemście, gdy jesteśmy bezsilni", to mylą się. Francja i tak będzie nas uciskać, jak tylko może, uległość z naszej strony nie wpłynie na zmianę pod tym względem. 

Jesteśmy wprawdzie w tych czasach rozprzężeni wewnętrznie, niezgodni i do podjęcia zemsty niezdolni, jednakowoż trzeba nam utrzymywać naród w czujności, aby nie zapadł się w beznadziejność. Przecież w roku 1806, gdy Napoleon gnębił Niemcy - chociaż ani w przybliżeniu tak, jak tak zwani "zwycięzcy" z 1918 r. - w epoce, gdy nikt jeszcze nie myślał o odwecie, poeta niemiecki wołał: "Bij! Zabij! Bez troski o sąd ludzki i boski". (...) Złączcie się zatem, jak Szwajcarzy ongiś na Rutli, do przysięgi: "Chcemy być jednym ciałem braci!" a będzie to wstępem do wyzwolenia się z jarzma, z hańby i opresji. Zemsta nie jest naszym hasłem, chodzi nam po prostu o broń ratunkową w zabójczym ucisku. Jeśli obali się ów pokój niosący nam śmierć, który nie jest wcale pokojem, jeśli odzyskamy nasz honor, naszą samodzielność i owoce naszej pracy, gotowi jesteśmy chętnie żyć w spokoju. Nie my, lecz koalicja a zwłaszcza Francja rzuca świeży posiew krwi. Nam zaś chodzi jedynie o to, czy damy się jak jagnięta zarżnąć, czy też przy tym zdobędziemy się przynajmniej na podniesienie broni. 

BAUER







I

NA WSI



Berlin, 20. 03. 1934 r.

Mój drogi Fritz!
 
Czy jesteś zawsze jeszcze tym samym co dawniej? Wiem, że tak jest, nawet bez odpowiedzi. Piszę zatem krótko i węzłowato: potrzebujemy Cię. Oczekuję Cię dnia 25 bieżącego miesiąca najpóźniej o 5-tej po południu w swym mieszkaniu. Im prędzej przybędziesz, tym lepiej. Zamieszkasz u mnie.

Znając mnie, wiesz, że nie nadaremnie wzywam cię do tej podróży. Przygotuj się na kilkumiesięczną nieobecność w domu. Wszystko inne - ustnie. 

A więc - do widzenia. Pozdrowienie i uścisk dłoni. 

Twój Werner


Z gestem nieukontentowania cisnął Fritz von Seelow list na stół. Przeczytał go bodaj kilkanaście razy i teraz, podniósłszy się w całej swej długości ze starego fotela, w którym dotąd chuda jego figura ginęła niemal zupełnie, przeciągnął się tak, iż wysłużony żakiet myśliwski o mało nie rozpękł się w szwach, i przeszył palcami przerzedzone i nieco siwiejące włosy. Utopiwszy ręce w kieszeniach rajtuzów, począł, jak miał we zwyczaju, przechadzać się po pokoju, od okna, w narożniku pomiędzy stołem a kominkiem, do drzwi i z drugiej strony, obok sędziwej otomany skórzanej i na powrót. Nikt nie zliczy, ile razy Fritz von Seelow odbywał taką przechadzkę, bo wszystkie kwestie na dobre rozbierał i rozwiązywał, chodząc po pokoju. W ostatnich czasach jednak zagadnienia te nie były zbyt zawiłej lub podniecającej natury. Czy starą kobyłę należy sprzedać, czy też rok jeszcze trzymać przy dyszlu, dla ilu prosiąt stanie trawy i ilu z nich trzeba się pozbyć - były to bodaj najtrudniejsze do rozwiązania kwestie. 

Dawniej bywało inaczej, w pierwszych latach po wojnie i rewolucji przystępowały doń inne zagadnienia. Wówczas młody, pozasłużbowy rotmistrz von Seelow biegał co wieczór jak opętany po pokoju swej starej siedziby w niewielkim pomorskim majątku Woltersdorf. Nie mogło mu się to po prostu pomieścić w głowie! Największym złem nie była przegrana wojna, bo przemocy ulec może najsilniejszy, ale ów niepojęty upadek prawie całego narodu, to rozmiękczenie kości, ten zanik wszelakiego poczucia honoru i przyzwoitości - to było najstraszniejsze. Wszystko co dobre, silne, szlachetne pierzchło, jakby nigdy nie istniało. I to po czterech latach najwyższego heroizmu, najwyższego poświęcenia. Raz stawał mu przed oczyma czerwony, krwawy plakat, jaki ujrzał po powrocie z pola bitew w Berlinie. Obok tysięcy innych Rad miała być wybrana "Rada urlopników i dezerterów". Rada uciekinierów! Jak to możliwe? Przecież dezerter, osobnik opuszczający towarzyszy broni w obliczu nieprzyjaciela, uchodził od dawna i przed całym światem za stworzenie nikczemne i pogardy godne. A teraz chlubiono się swą własną hańbą. 

Zaraz po rozwiązaniu swego pułku, Seelow, pełen wstrętu do Berlina, opuścił go i pospieszył w swe sielskie ustronie. Tam znał on ludzi, każdego we wsi, tam musiał przecież wiać inny wiatr aniżeli wśród wielkomiejskiego motłochu, bogatego i ubogiego. Czekało go może najboleśniejsze rozczarowanie. Jednym z pierwszych, którego spotkał, był marynarz. Jeszcze przed rokiem widział go na urlopie. Wówczas opowiadał mu marynarz z błyszczącymi oczyma o bitwie morskiej pod Skagerakiem, jak to flota miażdżyła pociskami łodzie angielskie. Ze słów jego bił szczery, nadzwyczajny zapał. Rozstali się wtedy z serdecznym uściskiem dłoni. A teraz wlókł się on niedbale i leniwie, a zagadnięty, opowiadał, jak na pokładzie "Turyngii" doszło do buntu. Gdyby do tego marynarze nie doprowadzili, spoczywaliby wszyscy na dnie Morza Północnego. I z jakiej przyczyny? Z uśmiechem urokliwym majtek mówił, że "dla honoru".

Rotmistrzowi żyły nabrzmiały na czole, lecz opanował się i rzekł:

- Ach, i ty Jurgenie, kiedyś jeszcze zrozumiesz, co to istotnie znaczy honor dla jednostki i narodu. 

Nastały czasy nieustannej wewnętrznej zawieruchy, niechęci do pracy i ogólnej chciwości. Płace i ceny szły na przemian w górę do obłędnych wyżyn. W Berlinie maszyny wyrabiające banknoty pracowały dzień i noc i zalewały kraj pozorami bogactwa. Z drugiej strony szruby podatkowe napięto do niemożliwych granic, aby zaspokoić swe własne potrzeby i bezmierne żądania wrogów. Wszystkie zaś, rzeczywiste walory wędrowały za granicę, aż wreszcie żaden Niemiec nie był właścicielem ani cegły swego domu, ani piędzi swej roli. Pozostała jedynie powódź papierowych pieniędzy i - nieprzeliczone miliardy długów. Długo zamykała na to oczy większość ogółu i zdumiewająco długo bronił się przemysł niemiecki przeciwko nieuniknionemu bankructwu. Aż wreszcie załamało się wszystko i w następstwie przyszło bezrobocie milionów, głód i wojna domowa, nędza i niedola wszelakiego rodzaju.

Czasy nadeszły spokojniejsze, bo miliony ludzi wymarły, zmarnowały się, a miliony opuściły ten kraj nędzy. Kto pozostał, pracował za marne wynagrodzenie i skąpy kawałek chleba od rana do nocy. O postępie nie było można myśleć. Niesłychane podatki i daniny różnorodne pożerały wszelki, nawet skromny nadmiar. Płynął on w kieszenie Brytów i Francuzów oraz tych, co z ich polecenia ssali kraj. Na najpotrzebniejsze rzeczy nie było pieniędzy. Młody nauczyciel wiejski, który w czasie rewolucji marzył o uniwersytecie i wygłaszał szumne mowy o swobodnym dostępie do kariery dla uzdolnionych ludzi, o braterstwie ludów i związku narodów, który protestował przeciwko polityce silnej pięści i tajnej dyplomacji, przeciwko militaryzmowi i nacjonalizmowi - ucichł od dawna. Zamiast 40 uczniów miał teraz w szkole 80. A przecież z dachu izby szkolnej ciekł deszcz, i ani gmina ani rząd nie miały środków na zaradzenie temu.

Również majtek Jurgen zaniemówił. Najpierw spędził pewien czas w Berlinie. Co tam robił, o tym nie było można się dowiedzieć. Dość, że pewnego dnia zjawił się znów we wsi z rzadką miną, ale zadowolony, że może objąć w posiadanie domek i kilka hektarów ziemi od starego ojca. O swych bohaterstwach rewolucyjnych nie wspominał więcej. Seelow z mozołem przebijał się przez życie. Zrazu próbował wsączać w ludzi rozsądek, lecz słowa jego były z góry skazane na bezpłodność. Był przecież właścicielem majątku, oficerem i w dodatku szlachcicem. Panowie dziennikarze w mieście okręgowym wiedzieli wszystko o wiele lepiej i - inaczej. Jako prawdziwi przyjaciele ludu mieli ogólny posłuch, a nie dziedzic. Więc wreszcie i on ucichł, pozostawiał ludzi ich myślom. Oprócz starej gospodyni, co pielęgnowała go jeszcze jako dziecko, i swego ordynansa, który przez cały czas wojny był przy jego boku a potem służył u niego jako foryś i kamerdyner, nie miał nikogo, z kim mógłby zamienić kilka słów. Przez pewien czas stosunki z sąsiedztwem wprowadziły trochę urozmaicenia w jego życie. Właściciela Bornhagen poznał bliżej na wojnie, po której powrócił on do domu ciężko chory. Żona, młoda osoba, pielęgnowała go z poświęceniem, a Fritz pomagał jej o tyle, że bawił chorego rozmową i rozweselał go jak mógł. Po śmierci sąsiada Seelowa służył młodej wdowie radą i pomocą w gospodarstwie. Przedtem pełen podziwu dla jej poświęcenia przy boku chorego męża, teraz obserwował z uznaniem jej energię, z jaką zabrała się do kierowania sprawami majątku. Gdy opanowała sytuację, Seelow stał się zbędnym, lecz ona stała się dlań niemal niezbędną, i pewnego dnia oświadczył się o jej rękę. Pani Irmgard wysłuchała słów jego poważnie, po czym spojrzała mu w oczy.

- Zobowiązał mnie pan wielce i pragnęłabym spełnić dług wdzięczności, lecz prośby pańskiej spełnić nie mogę - rzekła - Nie mogę. My, kobiety niemieckie nie rozumiałyśmy wielu rzeczy w epoce upadku i przewrotu. Pytałyśmy się, gdzie byli nasi mężowie, gdzie byli prawdziwi mężowie niemieccy, gdy wszystko w państwie zachwiało się i runęło? Gdzież podziały się przysięgi wierności, duma, męskość? Być może, żądamy za wiele, lecz dość, że kolec pozostał w mej piersi i wielu innych kobiet. Nie mogę tego uczucia w sobie pokonać i ślubowałam, że nie oddam ręki już nikomu, dopóki Niemcy leżą powalone w prochu. Dopiero gdy zmyjemy z siebie niewysłowioną hańbę, gdy nasi mężowie znów będą mogli podnieść głowę z dumą i poczuciem wolności, dopiero wówczas mogłabym oddać się komuś na własność i to jedynie komuś, co przyłożył rękę do dzieła zmartwychwstania. A jeśli dnia tego nie doczekam... to będą musiała się tego wyrzec, chociaż to niełatwo, panie Seelow. 

On pożegnał ją krótko i pocwałował do domu, jakby z goryczą na języku. Czegóż żądała odeń ta kobieta? Jakżeż miał on naraz wyzwolić Niemcy z pęt? Obłęd, chimera kobieca. Wtedy przechadzki jego po pokoju dworu w Woltersdorfie trwały dłużej niż zwykle, a ruchy jego zdradzały, że miota nim burza. A nie doprowadziły do niczego i kończyły się zwykle jednym z całym przekonaniem wyrzuconym słowem: głupstwo! Pewnego dnia wszakże rotmistrz siadł do biurka i skreślił list do dawnego przyjaciela z akademii wojskowej Wernera Sollinga, który jako pozasłużbowy major sztabu generalnego mieszkał w Berlinie i był w stosunkach ze wszystkimi wielkomiejskimi kołami. Zapytał go, co tam ludzie w tym wielkim środowisku myślą i robią, i czy na horyzoncie nie pojawia się już blask jutrzenki odrodzenia. Odpowiedź nie brzmiała zbyt radośnie, nie budziła nadziei. Ot, ludzie pracowali w różnych kierunkach, robili co mogli, lecz tym czasem nie było widać żadnej możności polepszenia doli. Gdyby wszakże potrzeba było pomocy, Werner Solling obiecywał nie zapomnieć o przyjacielu. 

Upłynął od tego czasu bodaj rok. Pani Irmgard widywała Fritza tylko rzadko i przelotnie. Wyrzekł się on nadziei, aby miała zmienić swe postanowienie. Aż raptem spadł nań ten list! Cóż mogło nagle zajść tak ważnego? Czytając gazety wiedział, że w położeniu politycznym nie zaszła żadna, nawet najmniejsza zmiana. Nonsensem wydawało się spodziewać jakiejkolwiek poprawy w sytuacji Niemiec. A miał zapomnieć o zasiewach wiosennych i wyjeżdżać do Berlina - na kilka miesięcy. Jednakże Werner nie był przecież fantastą, pisząc do niego tak stanowczo, miał do tego ważny powód. Nie pozostawało przeto nic innego jak jechać i to zaraz pojutrze, jeśli przy wadliwej komunikacji miał przybyć nad Sprewę na czas. Przypomniał sobie ów dawny list, w którym Werner pisał, że nie zapomni o nim, jeśli będzie można uczynić cokolwiek dla dobra ojczyzny. Czyżby miał dla niego jakaś misję? Tak trzeba było przypuszczać. A więc musiał jechać, a przedtem pożegnać się z panią Irmgard. Na tym stanęło, gdy późno po północy skończył swą przechadzkę po pokoju.  

   
 
 
CDN.

piątek, 25 czerwca 2021

POŻEGNANIE Z EURO 2020/21

 NIE MOGŁEM SOBIE DAROWAĆ 

TEJ MAŁEJ ZŁOŚLIWOŚCI





  
 W zasadzie nie ma o czym pisać, gdyż należałoby po prostu wrócić do starej śpiewki kibiców reprezentacji Polski i zadeklamować: "Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało!" Pytanie tylko czy warto, gdyż czas poświęcony na oglądanie meczów polskiej reprezentacji (szczególnie pod przewodem trenera Paulo Sousy - choć po prawdzie to też nie jest do końca jego wina, być może miał za mało czasu na odpowiednie przygotowanie i "dotarcie" drużyny), wydaje się być czasem straconym i w zasadzie gdyby nie Robert Lewandowski i może jeszcze Wojtek Szczęsny, który w meczu z Hiszpanią fenomenalnie bronił swojej bramki, to w zasadzie nie ma żadnego powodu, by o kimkolwiek w drużynie napisać coś pozytywnego. Po upokarzającym blamażu ze Słowacją, meczu z Hiszpanią miałem nie oglądać, ale ze względu na to że wybraliśmy się na wypoczynek i spotkałem dawnego kumpla ze szkoły, mecz wydawał się jakoby naturalną rozrywką miło spędzonego czasu na łonie natury. Co zaś się tyczy spotkania ze Szwecją, to po drugiej bramce strzelonej przez Forsberga, wyłączyłem telewizor i dopiero po jakimś czasie, gdy od sąsiada (dwa domy dalej) dało się słyszeć gromkie okrzyki, ponownie sprawdziłem wynik i było 1:2 a wkrótce potem Lewandowski podwyższył wynik na 2:2 i był remis. Przyznam się szczerze, że miałem jeszcze cień nadziei, że uda się strzelić tą trzecią, ostatnią i zwycięską bramkę. Udało się, ale Szwedom i spotkanie zakończyło się wynikiem 2:3 dla Szwecji. 






Nie ma sensu komentować gry naszej reprezentacji, ale w sieci jest piękne podsumowanie ostatniego mundialu z 2018 r. autorstwa Kabaretu Młodych Panów, który dokładnie podsumowuje nie tylko tamten mundial, ale również i Euro 2020/1, zakończone dla nas w fazie grupowej (jak zwykle, w ostatnich latach raz tylko w 2016 r. udało się nam wyjść z grupy). Zapraszam zatem do obejrzenia tego zabawnego skeczu i pamiętajcie proszę że nadzieja zawsze umiera ostatnia... dopiero po nadziei może umrzeć kibic polskiej reprezentacji. 😏
 


NAJZABAWNIEJSZE MOMENTY
 


"MOŻE TRZEBA BYŁO SIĘ BARDZIEJ POSTARAĆ, TAK JAK SENEGAL - MIELI SWOJEGO SZAMANA"

"U NAS TEŻ BYŁ BISKUP, POŚWIĘCIŁ AUTOKAR, WSPÓLNIE MODLILIŚMY SIĘ ABY BYĆ DŁUŻEJ NIŻ NIEMCY I SIĘ UDAŁO" 😄

"JAK MAM SIĘ DO PANA ZWRACAĆ?"

"TO MOŻE ORZEŁ"

"ROZUMIEM, ORŁY NAWAŁKI"

"NIE ROZŚMIESZAJ MNIE, ORZEŁ BO MI TO LATA" 😅

"W TAKIM RAZIE, CO NIE ZAGRAŁO?"

"STARY, TAM NIC NIE GRAŁO OD POCZĄTKU... 😄

"WZIELIŚMY W NOCY TEGO NAWAŁKĘ DO BAGAŻNIKA I DAWAJ Z NIM DO LASU, WYCIĄGAMY GO I MÓWIMY "CHŁOPIE, KOPIESZ GRÓB... PRZEPRASZAM, ALE TEN GŁOS TAKI FAJNY, PONIOSŁO MNIE" 😂

"GLIK NIE MÓGŁ GRAĆ!"

"CZYLI NIE BYŁ W FORMIE?"

"ON BYŁ W SZCZYTOWEJ FORMIE, ON PO TRZY, CZTERY REKLAMY DZIENNIE GRAŁ" 😄

"O CO WYŚCIE TAM W OGÓLE POJECHALI?"

"TEN MUNDIAL, TO BYŁY NAJLEPIEJ ZORGANIZOWANE WCZASY W ŻYCIU, NIGDY SIĘ TAK DOBRZE NIE BAWILIŚMY" 😎

"ALE JAK TO, PRZECIEŻ JUŻ PO PIERWSZYM MECZU WSZYSCY WIDZIELIŚMY U WAS ŁZY"

:ŁZY, ŁZY - WSZYSCY LALIŚMY ZE ŚMIECHU, BO KAŻDY WIDZIAŁ JAK GRAMY" 😂

"ALE TO CO, NIE CHCIELIŚCIE WYJŚĆ Z GRUPY?"

"CHCIELI, NIE CHCIELI - CHŁOPAKI MIELI JUŻ ŻYCIE POUKŁADANE, PAZDAN NA LIPIEC MALARZY MIAŁ ZAMÓWIONYCH W DOMU. POWIEM TAK - TEN MUNDIAL NAS TROCĘ ZASKOCZYŁ" 😁




 

HISTORIA POLSKIEGO KOMUNIZMU - Cz. V

INTERNACJONALIZM

NA ZIEMIACH POLSKICH

 
 
OBŁĘDU CIĄG DALSZY
 
 
 
POLSKA SOCJALNO-REWOLUCYJNA
PARTIA "PROLETARIAT" (II)
Cz. II 






"LEPIEJ ZGINĄĆ W OBRONIE KLASY ROBOTNICZEJ NIŻ POWOLNĄ ŚMIERCIĄ GŁODOWĄ Z RĄK FABRYKANTA. NIE ZAPOMINAJMY ŻE PO TRUPACH NASZYCH SOCJALIZM DOJDZIE DO TRIUMFU!"


FRAGMENT ODEZWY KOMITETU ROBOTNICZEGO (I PROLETARIATU)
WARSZAWA - 9 Listopada 1883 r.


 
 Powstający w latach 60-tych i 70-tych XIX wieku socjalizm polski, był na najlepszej drodze do przeistoczenia się w silny ruch patriotyczno-społeczny, tym bardziej że polskie koła konserwatywne były coraz bardziej nastawione lojalistycznie do zaborców, w tym oczywiście również do zaborcy rosyjskiego. Początkowe skupienie się na antagonizmach istniejących pomiędzy klasami społecznymi i próba wypracowania zasad przebudowy (lub reformy) ustroju gospodarczego - mogła się dokonać nie poprzez jakiś abstrakcyjny "proletariat" i partię tym proletariatem sterującą, ale poprzez ludzi dobrej woli z różnych klas społecznych. I to był właśnie ten polski pierwiastek pierwotnego ruchu socjalistycznego, który jednak został zupełnie zatracony i podporządkowany pierwiastkom obcym, kosmopolitycznym, które to do Polaków przenikały z Zachodu, przez... Rosję. Głównym celem polskiej koncepcji socjalistycznej powinno być przede wszystkim dążenie do odzyskania niepodległości Polski, a dopiero potem zreformowanie stosunków społecznych, ale na zasadzie ogólnonarodowego kompromisu wszystkich klas społecznych. Jednak to, co z Zachodu przyszło do Polski przez Rosję, było antytezą takich właśnie koncepcji. Jak już wspomniałem w poprzednich częściach, grupą najbardziej zrewolucjonizowaną i rozpolitykowaną w Rosji (i nie tylko w Rosji) byli studenci. Natomiast liczba Polaków, studiujących na rosyjskich uczelniach od lat 70-tych XIX wieku, regularnie się zwiększała, rocznie o ok. 2000 studentów. W Petersburgu w 1869 r. pierwszy spis ludności wykazał 11 157 osób, deklarujących język polski jako swój język ojczysty, w 1890 r. już 22  307 osób. W Moskwie w 1871 r. było 3600 Polaków, w Odessie w 1873 r. - 6000, w Rydze w 1881 r. 3100, zaś w Tyflisie w 1876 r. zamieszkiwało 2600 osób narodowości polskiej. Pierwsze polskie kółka studenckie na rosyjskich uniwersytetach powstały w latach 40-tych XIX wieku, a największym z nich było "Towarzystwo Polaków Studentów w Petersburgu". Nic więc dziwnego, że to właśnie stamtąd szły główne idee socjalistyczne i tam też najsilniej rozwijała się marksistowska ideologia.

Po upadku I Proletariatu z Waryńskim, Kunickim, Dicksteinem i Konem w 1883/1884 r. (choć partia ta oficjalnie istniała do 1886 r.), zwanego też "Wielkim Proletariatem", w 1888 r. grupka polskich studentów z rosyjskich uniwersytetów, zafascynowanych terrorystyczną działalnością Narodnej Woli, postanowiła uczynić terror podstawą walki mas o "proletariackie wyzwolenie". Byli to jednak przede wszystkim studenci, którzy niejednokrotnie nigdy nawet nie trzymali w ręku rewolweru, nie mówiąc już o bardziej złożonych konstrukcjach bojowych (tak jak miało to miejsce chociażby w przypadku konstruktorów bomb: zabójcy cara Aleksandra II z marca 1881 r. - Ignacego Hryniewieckiego, oraz Józefa Łukaszewicza, konstruktora bomby w nieudanym zamachu na życie cara Aleksandra III z 1887 r.). Jednak II "Proletariat" - jak też owi studenci nazwali swoją partię, opierał się przede wszystkim na walce terrorystycznej i na koncepcjach Francuza: Augusta Blanqui'ego, który pisał że: "obowiązkiem rewolucjonisty jest ciągła walka" i dodawał (w swej instrukcji z 1868 r.): "Tysiące młodych, wykształconych ludzi, robotników i mieszczan drżą pod znienawidzonym jarzmem. Czy myślą o tym, by sięgnąć po miecz? Nie! Sięgają po pióro, ciągle po pióro, nic tylko po pióro. Dlaczego nie pragną jednego i drugiego równocześnie, tak jak nakazuje obowiązek republikanina? W czasach tyranii pisanie jest rzeczą dobrą, ale walczyć jest rzeczą jeszcze lepszą, szczególnie gdy zniewolone pióro jest bezsilne. (...) Bojownicy ludowi górują nad przeciwnikiem ofiarnością, a zwłaszcza świadomością celów walki. (...)  Czego więc brak im do zwycięstwa? Brak im jedności i umiejętności wspólnego działania, brak im tej wartości, która dodaje sił, pomaga w skoncentrowaniu wszystkich wysiłków w jednym kierunku - szeregom ludowym brak organizacji. Bez niej nie ma żadnej nadziei na zwycięstwo. Organizacja daje gwarancję zwycięstwa, rozproszenie sił zapowiada zagładę". Ale przede wszystkim czerpali oni "natchnienie" dla swych działań z aktów terrorystycznych Narodnej Woli (w której również było bardzo wielu Polaków i nie tylko ci dwaj wyżej wymienieni konstruktorzy bomb).

II Proletariat założyli doktrynerzy - Ludwik Krzywicki, Ludwik Kulczycki i Marcin Kasprzak, którzy pragnęli stać się wielkimi bojowcami-rewolucjonistami. Z tej trójki jedynie Kasprzak wypełniał definicję prawdziwego terrorysty, gdyż pozostała dwójka to byli głównie pisarze - Krzywicki był socjologiem i antropologiem, zaś Kulczycki znawcą doktryn politycznych (dziś powiedzielibyśmy o nim - politolog). Ale za to Marcin Kasprzak był nie tylko rewolucjonistą-terrorystą, lecz również i niezłym... psychopatą (o jego wybrykach usłyszymy jeszcze, gdy będzie on członkiem Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy i III Proletariatu). Działalność II Proletariatu była nieco komiczna, ponieważ jego członkowie zakładali sobie daleko idące akcje terrorystyczne, obejmujące działalność ekonomiczną (podkładanie bomb pod te fabryki, których szefostwo nie godziło się na ultimatum partii w sprawie "zaprzestania wyzysku robotników"), działalność dezorganizatorską, zwaną też centralną (skopiowaną głównie z Narodnej Woli, a polegającą na dokonywaniu zamachów na przedstawicieli władzy, w celu destabilizacji sytuacji politycznej w kraju), działalność obronną (ochrona partii przed wrogami zewnętrznymi i agentami policji, zwanymi w marksistowskiej nowomowie "prowokami"). Dochodził do tego jeszcze terror rabunkowy (ekspropriacyjny) polegający na dokonywaniu rabunków, w celu zbierania funduszy na działalność partyjną. Jednak żadna z tych zapowiadanych form terrorystycznych nigdy nie została użyta przez członków II Proletariatu. W 1891 r. doszło jednak do rozłamu w partii i jej szeregi opuściła grupa, która nie zgadzała się na terrorystyczne akcje, jakie zapowiadało szefostwo partii, a grupie opornych, przewodził Edward Abramowski - założyciel Zjednoczenia Robotniczego, które w 1892 r. przyłączyło się do Polskiej Partii Socjalistycznej. W 1893 r. doszło też do samorozwiązania II Proletariatu i przejścia większości jej członków do nowej, marksistowskiej partii - SDKPiL (część działaczy znalazła się także w PPS.   
 
 
 
 
ZWIĄZEK ROBOTNIKÓW POLSKICH 
 


"MAS DO WALKI TAKIEJ NIE POTRZEBUJEMY POWOŁYWAĆ, WALKA TAKA WYNIKAĆ WINNA Z JEDNOSTKOWEJ DZIAŁALNOŚCI, PRZYBIERAĆ CHARAKTER SKRYTEJ, TAJEMNICZEJ KARY I ZEMSTY" 


 
 Istniał w latach 1889 - 1892 i był złożony prawie wyłącznie z robotników, co też stanowiło prawdziwy ewenement wśród partii socjalistycznych (składających się głównie z rozpolitykowanych studentów i idealistów społecznych). Związek Robotników Polskich nie godził się na żadne formy terroru zbiorowego czy indywidualnego, a opierał się na walce o codzienny byt robotnika i starał zapewnić mu wsparcie, natomiast polityczne cele ideologii marksistowskiej (czyli krwawej rewolucji proletariackiej), odkładał na czas późniejszy. Członkowie ZRB czerpali przede wszystkim z tradycji tzw.: rosyjskich "ekonomistów" (zwanych później mieńszewikami, których ostatecznie Lenin kazał wymordować). Do założycieli tej partii, należeli m.in.: Stanisław Grabski, Adolf Warszawski-Warski, Ludwik Krzywicki i Julian Marchlewski (Karski). Partia w większości została rozbita aresztowaniami z listopada 1891 r., zaś w listopadzie 1892 r. część członków tej organizacji przyłączyła się do stworzonej właśnie Polskiej Partii Socjalistycznej (niektórzy zaś, jak Adolf Warszawski-Warski, czy Julian Marchlewski odnaleźli się w SDKPiL-u). 

 
  

POLSKA PARTIA SOCJALISTYCZNA
(CZYLI BIAŁO-CZERWONI REWOLUCJONIŚCI)
Cz. I



"POSTANOWIŁEM PO POWROCIE DO KRAJU WSTAPIĆ DO PROLETARIATU I STARAĆ SIĘ ZREFORMOWAĆ GO W KIERUNKU, KTÓRY OBECNIE NAZYWA SIĘ P.P.S-owym (...) Z TYM POSTANOWIENIEM PRZYJECHAŁEM DO DOMU W DRUGIEJ POŁOWIE 1892 r. I... KU WIELKIEJ SWEJ RADOŚCI PRZEKONAŁEM SIĘ, ŻE MOJA ZAMIERZONA PRACA REFORMATORSKA JEST JUŻ ZBYTECZNĄ"


JÓZEF PIŁSUDSKI
"JAK STAŁEM SIĘ SOCJALISTĄ"
PISMA ZBIOROWE - WARSZAWA Tom II - 1937 r.






 Początkowo zastanawiałem się, czy tę partię w ogóle umieścić w temacie, ponieważ najmniej tu ona pasuje. Jednak po przeanalizowaniu wszystkich "za" i "przeciw", doszedłem ostatecznie do wniosku, że jednak należy ją umieścić w tym zestawieniu, a to dlatego, że była to także partia oparta na marksistowskich założeniach, jedynie akcenty zostały w niej nieco inaczej postawione, wysuwając na czoło przede wszystkim hasło odzyskanie przez Polskę niepodległości, a dopiero potem dążenie do systemowych zmian politycznych (jednak co ciekawe - odrzucali oni w większości rewolucję, jako konieczność dziejową zaprowadzenia "dyktatury proletariatu" i upadku "Starego Świata"). Dlatego też jedynie wspomnę o tej partii, gdyż z prawdziwym marksizmem-rewolucjonizmem nie miała ona wiele wspólnego. Początki tej partii sięgają spotkań w mieszkaniu Dominika Rymkiewicza przy ulicy Święciańskiej w Wilnie, gdzie grupka socjalistów (sierot po rozbitym przez carską policję Wielkim Proletariacie) zbierała się, aby wspólnie czytać zakazane książki i socjalistyczne broszury. Częstymi gośćmi Rymkiewicza byli: Kazimierz Pietkiewicz, Aleksander Sulkiewicz (którzy dojeżdżali z Warszawy), Kazimierz Rożnowski, Witold Jodko-Narkiewicz, Roman Dmowski (zamieszkały wówczas w Mitawie) i kilku innych. Potem (w połowie 1892 r.) doszedł jeszcze, niedawno zwolniony z syberyjskiego zesłania - 25-letni Józef Piłsudski. Partia została jednak oficjalnie założona w Paryżu w listopadzie 1892 r. z połączenia Związku Robotników Polskich, Zjednoczenia Robotniczego i członków rozbitego Wielkiego Proletariatu. Program nowej partii (która wówczas jeszcze nosiła nazwę Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich - jako że założona została głównie przez socjalistycznych emigrantów polskiego pochodzenia i jedynie Sulkiewicz oraz Jan Stróżecki byli jedynymi reprezentantami z "kraju") głosił konieczność walki o niepodległość Polski (która miała powstać jako demokratyczna republika w federacji z Litwą i Rusią) a także dążenie do budowy socjalizmu na zasadach ewolucyjnych, nie zaś rewolucyjnych. Polska Partia Socjalistyczna została założona w styczniu 1893 r. z inicjatywy Stanisława Mendelsona i kilku innych działaczy emigracyjnych. W tamtym czasie starano się rozszerzyć działalność partii, poprzez nawiązanie kontaktów z Ligą Narodową, ale to nie wypaliło na dłuższą metę. 




Głównym pismem nowej partii był, wydawany w Londynie od 1891 r. "Przedświt". W listopadzie 1892 r. redaktorem naczelnym tego pisma został Witold Jodko-Narkiewicz, który w maju 1893 r. z narażeniem swego życia przewiózł maszynę drukarską z Londynu przez granice do kraju i odtąd "Przedświt" wydawany był już w Kongresówce. W piśmie tym przede wszystkim drukowano artykuły związane z potrzebą walki o niepodległość Polski, zaś tematyka marksistowska... była marginalna i gazeta ta nie przypominała klasycznego pisma socjalistycznego. Potem, w lipcu 1894 r. (pierwszy numer z 12 lipca) ukazał się "Robotnik", już pod redakcją Józefa Piłsudskiego i Aleksandra Sulkiewicza. Pismo to było praktycznie całkowicie zdominowane przez tematykę niepodległościową, zaś wątki socjalistyczne były tam przemycane jedynie po to, aby gazeta zachowała swój socjalistyczny korzeń. Piłsudski jednak tematykę socjalistyczną zawsze traktował marginalnie i tylko jako środek, służący zjednoczeniu narodu do walki z zaborcą (w 1931 r., w wywiadzie przeprowadzonym przez dziennikarza - Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego, Marszałek mówił: "Wówczas panowała moda na socjalizm. (...) Ja nigdy nie miałem do tego głowy. (...) "Kapitału" Marksa nie byłem w stanie przeczytać do końca, choć wciąż podejmowałem kolejne próby (...) Wtedy socjalizm był najbardziej rozwojową ideą walki o wolność, dziś zaś stał się okrutnym systemem tyranii i zniewolenia ludzkości"). Pierwszy zjazd PPS odbył się w lasach ponarskich pod Wilnem (czerwiec/lipiec 1893 r.). Zjechali tam przedstawiciele wszystkich trzech sekcji: warszawskiej, wileńskiej i petersburskiej. To właśnie podczas tego zjazdu, zapadła decyzja o rozpoczęciu wydawania "Robotnika" oraz jeszcze raz podkreślono (choć część działaczy była temu przeciwna) konieczność odzyskania niepodległości i budowy samodzielnej "Rzeczpospolitej demokratycznej". Piłsudski stale o tym pisał na łamach "Robotnika", tak jak choćby w numerze 9: "Hasłem (...) może być tylko Niepodległa Polska, która dzięki wpływowi proletariatu inną, niż demokratyczna, być nie może (...) Niepodległość Polski to śmierć caratu!" Wiele było tam informacji na temat przymusowej rusyfikacji, zakazie mówienia w języku polskim w szkołach, urzędach a nawet na ulicach (nic dziwnego że mając takie traumy z dzieciństwa, Józef Piłsudski stwierdził potem: "Gdy zdobędę Moskwę, każę napisać na murach Kremla - zabrania się mówić po rosyjsku", jednak gdy miał takową okazję, nigdy z niej nie skorzystał i wolał pójść na Kijów zamiast na Moskwę, nie popełniając tym samym błędu Napoleona, który gdyby poszedł na Kijów zamiast na Moskwę i zaczął odnawiać na tych ziemiach dawną Rzeczpospolitą, wygrałby wojnę roku 1812 w cuglach, podobnie jak ten idiota Hitler, który potrafił z kretesem przegrać już wygraną wojnę ze Związkiem Sowieckim). 

Tematyka antycarska i antyrosyjska wielokrotnie przewijała się na łamach "Robotnika". Np. z okazji śmierci cara Aleksandra III w 1894 r., Piłsudski w "Odezwie na śmierć cara Aleksandra III" tak pisał o tym monarsze: "Tchórzliwy despota, cierpiący na obłęd samowładzy absolutnej i szowinizmu narodowego - oto co powie o nim historia (...) Dobrze pojęty interes klasowy każe nam się domagać Niezależnej Polski (...) Wezwiemy w końcu do walki te miliony różnych ludów, które, jak my, skuci są kajdanami carskiej niewoli. Przed taką siłą nie ostoi się potęga caratu". To dobitnie pokazywało cele PPS-u: najpierw Niepodległość i sojusz z innymi uciemiężonymi przez Rosję narodami, potem odbudowa Polski w federacji z Litwą i Rusią w granicach z 1772 r. , a dopiero na końcu socjalizm (jeśli w ogóle będzie na to jeszcze czas 😂). I tym sposobem Józef Piłsudski (nie tylko on zresztą, ale głównie to była jego koncepcja) stworzył zupełnie nowy rodzaj socjalizmu - socjalizmu bez żadnych socjalistycznych konotacji (😅), a jedynie pod biało-czerwonym sztandarem z Orłem Białym lecącym ku Niepodległości. Nic dziwnego że wielu marksistowsko nastawionych członków PPS-u widziało w Piłsudskim zagrożenie dla zapowiadanej przez Marksa i Engelsa rewolucji komunistycznej. 







PS: W kolejnej części przejdziemy już do głównego "raka" tego tematu, zatruwającego polską scenę polityczno-społeczną na długie dekady, czyli do Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy - typowo marksistowskiego tworu, z którego potem wykluły się: Komunistyczna Partia Polski, Polska Partia Robotnicza i ostatecznie Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Zaś dziś popłuczyny tamtych totalitarnych zamordystów, próbują nam tu zaimplementować rewolucję w stylu gender-elgiebete. 






CDN.