Łączna liczba wyświetleń

sobota, 20 stycznia 2018

POLSKĘ TRZEBA ZAŁATWIĆ! - Cz. II

CZYLI O TYM,

JAK TO NIEMCY, ROSJA I INNE KRAJE

PO I WOJNIE ŚWIATOWEJ,

WSPÓLNYMI SIŁAMI DĄŻYŁY DO 

ZNISZCZENIA ODRADZAJĄCEJ SIĘ

POLSKIEJ PAŃSTWOWOŚCI



"W CHWILI OBECNEJ NIE MAMY 
ŻADNEGO GORSZEGO WROGA"

gen. HANS von SEECKT 
Dowódca REICHSWEHRY
Luty 1920 r.





DZIAŁANIA NIEMIECKIE

1918-1922

Cz. I 


Po podpisaniu aktu zakończenia wojny (który w rzeczywistości był aktem kapitulacji kajzerowskich Niemiec) 11 listopada 1918 r. w wagonie kolejowym we francuskiej miejscowości Compiegne, tego samego dnia w Warszawie (i w wielu innych miastach dawnej Kongresówki) rozpoczęło się rozbrajanie Niemców. Niemiecki garnizon warszawski liczył sobie 12 000 żołnierzy, jednak większość z nich była już mocno zdemoralizowana i zrewolucjonizowana, a tym samym niechętna dalszej walce i pragnąca czym prędzej wrócić do domu (sprawność bojową utrzymała jedynie 4000 załoga warszawskiej Cytadeli). Jednak wieści o masowym rozbrajaniu Niemców na ulicach Warszawy, w połączeniu z informacjami o fizycznych atakach na żołnierzy (które miały miejsce sporadycznie od początku listopada), mogły spowodować zmianę nastawienia niemieckiego garnizonu, gdyż nic tak nie mobilizuje ludzi do dalszej walki jak groźba śmierci. Przybyły w godzinach porannych 10 listopada 1918 r. do Warszawy Józef Piłsudski (wypuszczony przez Niemców z więzienia w Magdeburgu, w którym przebywał ponad rok, począwszy od internowania w Warszawie 22 lipca 1917 r.), zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. Nie tylko problemem był sam niemiecki garnizon w Warszawie, Niemcy bowiem utrzymywali w Królestwie Polskim ok. 60 000 żołnierzy, zaś cała armia stacjonująca na Wschodzie tzw.: Ober-Ostu (Oberbefehlshaber Ost - Naczelne Dowództwo Wschód) liczyła ok. 400 000 żołnierzy. Była to siła, która mogła wprost "zdmuchnąć" odradzającą się polską państwowość, tym bardziej że pod bronią było wówczas zaledwie 5 000 żołnierzy regularnego wojska (Polnische Wehrmacht), 4 000 niewyszkolonych i praktycznie nieuzbrojonych ochotników, którzy zaciągnęli się parę tygodni wcześniej, oraz ok. 12 000 żołnierzy POW-u (Polskiej Organizacji Wojskowej), też z reguły bardzo słabo uzbrojonych. 

Należało więc czym prędzej unormować stosunki z Niemcami, był to bowiem warunek sine qua non, bez którego spełnienia nie można było myśleć o odbudowie polskiej niepodległości. Jeszcze 10 listopada, nakazał podporucznikowi Adamowi Kocowi ustawić patrole peowiaków przed niemieckimi posterunkami, w celu zapobieżenia samowolnym atakom ludności na niemieckich żołnierzy. Delegacja niemieckiej Rady Żołnierskiej, która stawiła się w tymczasowym miejscu zakwaterowania Piłsudskiego (pensjonat panien Romanowych przy ulicy Moniuszki 2), która stwierdziła że pragnie w spokoju opuścić miasto i udać się do ojczyzny, ale jeśli ataki na żołnierzy będą się powtarzały "będą musieli siłą otwierać sobie drogę". Piłsudski oczywiście wyraził zgodę, ale zażądał jednocześnie wydania broni, niemieckich lokomotyw i wagonów, oraz użycia niemieckiej aparatury telegraficznej i telefonicznej. Nie zapadły tego dnia jeszcze żadne wiążące decyzje. Noc z 10 na 11 listopada spędził Piłsudski w rozmyślaniach i układaniach scenariuszy przyszłego porozumienia (w oparach dymu papierosowego i mocnej herbaty, którą lubił pijać). Następnego dni o godzinie 8:00 rano udał się do Pałacu Namiestnikowskiego (dziś to jest Pałac Prezydencki) na Krakowskim Przedmieściu do niemieckiego generał-gubernatora Hansa von Beselera. Potwierdził tam swą zgodę na bezpieczne ewakuowanie niemieckiego garnizonu z Warszawy, jednocześnie zwracając się do żołnierzy niemieckich (mocno już zrewoltowanych), że w Niemczech mogą sobie rozbić ze swymi oficerami co chcą, ale tu, na polskiej ziemi niewolno niemieckich oficerów ani znieważać, ani też zdzierać z nich oznak wojskowych i jednocześnie oświadczył: "Ja, jako przedstawiciel narodu polskiego, oświadczam wam, że naród polski za grzechy waszego rządu nad wami mścić się nie chce i nie będzie". 

12 listopada Piłsudski otrzymał ze strony Rady Regencyjnej misję utworzenia nowego rządu, tego też dnia wystosowana została odezwa do Narodu Polskiego w kwestii umożliwienia bezpiecznego przemarszu Niemcom do ojczyzny, znalazły się w niej takie oto słowa: "Wielki przewrót w Niemczech postawił na straży interesów narodu niemieckiego rząd ludowo-socjalistyczny. Okupacja w Polsce przestaje istnieć. Żołnierze niemieccy opuszczają naszą Ojczyznę. Rozumiem w pełni rozgoryczenie, jakie we wszystkich kołach społeczeństwa obudziły rządy okupantów. Pragnę jednak, abyśmy nie dali się porwać uczuciom gniewu i zemsty. Wyjazd władz i wojsk niemieckich musi odbyć się w najzupełniejszym porządku. (...) Obywatele! Wzywam was wszystkich do zachowania zimnej krwi, do równowagi i spokoju, jaki powinien panować w narodzie, pewnym swej wielkiej i świetnej przeszłości". Odezwa oczywiście tyczyła się całego kraju, nie tylko samej Warszawy, ale w tamtych czasach, w sytuacji wojennych zniszczeń i braku bezpośredniej łączności z wszystkimi terenami, nie wszyscy dowiedzieli się o jego wydaniu. W Międzyrzeczu z tego powodu doszło do tragedii, gdy próba rozbrojenia wycofujących się Niemców, skończyła się rozbiciem małego oddziału POW-u, a następnie przez kolejne trzy dni (16-18 listopada) Niemcy dokonali masakry cywilnych mieszkańców miasta a na koniec nałożyli na władze wysoką kontrybucję. Tego właśnie Piłsudski starał się uniknąć, dlatego też tak ważne było spokojne wycofanie się Niemców do kraju (gdyby bowiem armia Ober-Ostu przeszła przez Polskę bez zawarcia umowy i wytyczenia szlaków, to takich Międzyrzeczy byłoby mnóstwo w wielu polskich miastach).




Ewakuacja garnizonu warszawskiego trwała do 19 listopada - tego bowiem dnia ostatni niemiecki żołnierz opuścił stolicę. 20 listopada w godzinach rannych, do Warszawy przybył pierwszy niemiecki poseł - Harry Kessler, znajomy Piłsudskiego jeszcze z okopów z października 1915 r. który następnie eskortował przyszłego marszałka z twierdzy Magdeburg do Polski, po jego uwolnieniu przez władze niemieckie i który 9 listopada (w dniu abdykacji cesarza Wilhelma II i proklamowaniu Republiki Niemieckiej przez Philippa Scheidemanna z balkonu Reichstagu - po której to Scheidemann wrócił do spożywania obiadu, który przerwał tylko na ową proklamację, był bowiem bardzo głodny), ofiarował Piłsudskiemu swoją własną szablę oficerską, bowiem nie godziło się aby komendant wracał do kraju bez szabli. Niemcy postanowili bowiem zawrzeć z Polskę stosunki dyplomatyczne już 14 listopada (jeszcze przed oficjalną proklamację państwa polskiego, wysłaną do rządów najważniejszych państw świata), długo jednak myślano nad odpowiednim kandydatem do tej roli (16 listopada postanowiono wysłać do Warszawy kobietę, ale szybko z tego zrezygnowano). 18 listopada wybór padł właśnie na Harrego Kesslera (o którym już wielokrotnie pisałem na tym blogu), niemieckiego multimilionera, oficera i dyplomatę (oraz literata, filantropa, kolekcjonera sztuki i publicysty w jednym). Nawiązanie stosunków dyplomatycznych z Polską miało jeszcze jeden cel. Chodziło bowiem o... zdyskredytowanie odradzającej się Polski w oczach zwycięskich mocarstw, gdyż to właśnie Niemcy jako pierwszy kraj uznał niepodległość i nawiązał stosunki dyplomatyczne z Polską. Była to więc podwójna gra Berlina, uwikłana w celu wyciągnięcia z tego dla siebie jakichś politycznych korzyści. 

Podczas swojej krótkiej misji poselskiej w Warszawie, Kessler zdołał jedynie wynegocjować umowę o przemarszu wojsk niemieckich ze ogromnych terenów na Wschodzie do Rzeszy, poza tym miał na głowie inne problemy. Musiał mianowicie co jakiś czas zmieniać hotele, bowiem gdy tylko bojówki Narodowej Demokracji dowiedziały się gdzie on przebywa, rozbijano szyby i wdzierano się do środka, co powodowało że niejednokrotnie musiał on uciekać przed wzburzonym tłumem (tak było chociażby w hotelu Bristol, gdy kelner ostrzegł Kesslera w ostatniej chwili: "Panie Kessler (...) bierz pan nogi za pas. Wiej pan przez kuchnię, to w tej chwili (...) jedyna dla pana droga ratunku"). 2 grudnia 1918 r. dowództwo armii Ober-Ostu zaakceptowało polskie warunki wycofania sił niemieckich do kraju i do 15 grudnia opracowano pierwszy kształt umowy, na mocy której Niemcy mieli wycofać się do Rzeszy trasą wiodącą przez Kowel, Białystok i Grajewo do Prus Wschodnich (ostateczna umowa w tej sprawie podpisana została 5 lutego 1919 r.). 15 grudnia jest również ostatnim dniem, w którym Harry Kessler pełnił funkcję posła niemieckiego w odradzającej się Polsce. Tego bowiem dnia został on poproszony o opuszczenie kraju i powrót do Niemiec. Tak oto zostały zerwane pierwsze stosunki dyplomatyczne Polski z Niemcami.

27 grudnia 1918 r. wybuchło w Poznaniu powstanie antyniemieckie, stało się to wbrew stanowisku polskiej Komisariatu Naczelnej Rady Ludowej, która nie godziła się na wybuch powstania, a raczej wolała rozmawiać z Niemcami o autonomii dla Wielkopolski. Powstanie wyszło z kręgów młodych polskich oficerów z armii niemieckiej, na czele z Mieczysławem Paluchem (zapominanym już dziś pierwszym przywódcą Powstania Wielkopolskiego). Paluch został zapominany, ponieważ rozbijał opowiastkę endecji o tym jak to Józef Dowbor-Muśnicki odzyskał Wielkopolskę. Prawda była taka, że gdy Muśnicki nawet jeszcze nie zamyślał o powstaniu, tzw.: radykalna grupa Nogaja (w skład której wchodził Paluch - który notabene był zagorzałym piłsudczykiem), opracowała i wprowadziła w życie plan odbicia Poznania i całej Wielkopolski. Paluch i jego szkolny kolega (też piłsudczyk) Bohdan Hulewicz nie zamierzali bowiem czekać na to aż zwycięskie mocarstwa Anglia i Francja oddadzą nam Wielkopolskę (na co właśnie liczyli sparaliżowani strachem przed niemiecką armią endeccy politycy z Naczelnej Rady Ludowej), i postanowili dokonać czynu zbrojnego, który dałby owym mocarstwom powód do przyznania Poznańskiego Polsce. 27 grudnia to właśnie Mieczysław Paluch dał sygnał do rozpoczęcia powstania, które przeszło do historii jako Powstanie Wielkopolskie. Błyskawicznym atakiem zajął lotnisko Ławica, wraz z wieloma stacjonującymi tam samolotami (umożliwiło to 9 stycznia 1919 r. dokonanie pierwszego w historii Polski nalotu bombowego na niemieckie miasto - Frankfurt nad Odrą, gdzie polskie samoloty z Poznania siały postrach wśród niczego się nie spodziewających mieszkańców miasta).

Na wiadomość o wybuchu powstania Naczelna Rada Ludowa wpadła we wściekłość i aby jakoś udobruchać Niemców, dołączyła w swe szeregi dwóch zagorzałych hakatystów (Hakata - czyli Deutscher Ostmarkenverein - Niemiecki Związek Marchii Wschodniej) i zażądała zaprzestania walk w mieście. Paluch jednak uznawszy zwierzchność NRL, jednocześnie nawiązał kontakt z Wojciechem Korfantym, jedynym rozsądnym przedstawicielem NRL-u, który twierdził że skoro powstanie już wybuchło, to należy je prowadzić, on też przekonał pozostałych członków tej organizacji do wsparcia powstania. Nim jednak gen. Dowbor-Muśnicki objął dowództwo nad powstaniem (6 stycznia 1919 r.) większa część Poznańskiego była już w rękach polskich, czyli powstanie przetrwało i rozszerzyło się na wiele innych miast i miasteczek Wielkopolski. Powstanie zakończyło się ostatecznie 16 lutego 1919 r. ugodą zawartą pod przymusem zwycięskich mocarstw Anglii i Francji w Trewirze, na mocy której cała Wielkopolska pozostała w rękach Polskich, zaś ostatecznie 28 czerwca 1919 r. po podpisaniu traktatu wersalskiego, została oficjalnie przyznana Polsce, ostatecznie do marca 1920 r. Wielkopolska została całkowicie zintegrowana z resztą kraju. Powstanie Wielkopolskie było potężnym ciosem dla Niemców, którzy w żadnym razie nie godzili się na uszczuplenie swojego stanu posiadania i uznawali jedynie granicę z 1914 r. Już w maju 1919 r. przegrupowano spore jednostki Grenzschutzu nad granicę z Polską, tymczasem większość sił polskich była wówczas rozlokowana na wschodzie (właśnie w maju ruszyło główne polskie uderzenie w Małopolsce Wschodniej, które do końca czerwca doprowadziło do zajęcia ogromnych terenów, zaś do sierpnia 1919 r. opanowano całą Małopolskę Wschodnią, ostatecznie likwidując istniejącą na jej terenie Zachodnio-ukraińską Republikę Ludową).



"O BOŻE A DOKĄD BÓG PROWADZI?
WARSZAWĘ ODWIEDZIĆ BYŚMY RADZI
GDY ZWIEDZIM WARSZAWĘ JUŻ NA WILNO - 
ZOBACZYĆ TO STARE NASZE WILNO.
A Z WILNA JUŻ DROGA JEST GOTOWA - 
PROWADZI PROŚCIUTKO AŻ DO LWOWA"



Do niemieckiego ataku jednak nie doszło (Niemcy były wówczas zbyt osłabione wojną światową, kontrybucjami i redukcją wojska, poza tym obawiano się reakcji Francji i Anglii na tak agresywny krok), za to wybuchło kolejne polskie powstanie w Rzeszy, tym razem na Śląsku - 16 sierpnia 1919 r., poza tym trwał spór niemiecko-polski o przynależność Pomorza (zwanego potem w niemieckiej prasie i późniejszej historiografii "polskim korytarzem") i Gdańska (już Kessler, jeszcze jako poseł niemiecki w Warszawie zdecydowanie twierdził: "Gdańska nie oddamy"), o tym jednak w kolejnej części.



CDN.
                   

czwartek, 18 stycznia 2018

BYŁ ŚWIAT, PIĘKNY ŚWIAT - Cz. I

CZYLI ZAGŁADA POLSKICH DWORÓW

NA KRESACH WSCHODNICH PO 1917 r. 

I W LATACH 1939-1945

 



"ŻOŁNIERZ, KTÓRY TYLE ZROBIŁ DLA POLSKI, NIE ZOSTANIE BEZ NAGRODY. WDZIĘCZNA OJCZYZNA NIE ZAPOMNI O NIM. ZDOBYTE ZOSTAŁY OGROMNE OBSZARY, OPUSTOSZONE I OBRÓCONE PRZEZ WOJNĘ ŚWIATOWĄ PRAWIE W PUSTYNIĘ. ZAPROPONOWAŁEM JUŻ RZĄDOWI, BY CZĘŚĆ ZDOBYTEJ ZIEMI ZOSTAŁA WŁASNOŚCIĄ TYCH, CO JĄ POLSKĄ ZROBILI UZNOIWSZY JĄ POLSKĄ KRWIĄ I TRUDEM NIEZMIERNYM"

JÓZEF PIŁSUDSKI 
12 Października 1920 r.


 To przemówienie Naczelnego Wodza - Józefa Piłsudskiego do żołnierzy z 12 października 1920 r. otworzyło proces przyznawania ziemi na wyludnionych terenach zdobytych Kresów Wschodnich, polskim weteranom wojny z bolszewikami z lat 1919-1920. Należy nadmienić, że ziemia ta nie była całkowicie bezpłatna, oficjalnie działki na wschodzie mógł nabyć każdy po normalnej stawce gruntowej, ale (dzięki wstawiennictwu Piłsudskiego) pierwszeństwo mieli weterani wojenni, uczestnicy krwawych bitew z bolszewickim najeźdźcą, którzy tę ziemię zdobywali, ponownie po wielu dekadach niewoli, czyniąc ją znów polską. Weterani też wpłacali pewne niewielkie kwoty pieniężne (które jednak były zaledwie znikomą częścią wartości tych działek) i dzięki temu mogli nabyć nowe ziemie pod uprawy na nowych wschodnich terenach odradzającej się Rzeczypospolitej. Niestety, przygoda owych kolonistów trwała krótko, bowiem zaledwie dziewiętnaście lat. Gdy 1 września 1939 r. na Polskę ruszyły hitlerowskie Niemcy, 17 września od wschodu uderzył sprzymierzony wówczas z Niemcami Związek Sowiecki, a to oznaczało zagładę dla tych ludzi i ich rodzin. Dochodziło do mordów (o nieprawdopodobnym wręcz stopniu bestialstwa), gwałtów i zniszczeń. Ludzie uciekali więc na zachód kraju, a tam... Niemcy. W filmie Andrzeja Wajdy z 2007 pt. "Katyń" jest taka symboliczna scena, gdy ludzie na moście, uciekający przed Niemcami, widzą że z drugiej strony też biegną ku nim inni ludzie. Powstaje dezorientacja, wreszcie ktoś pyta: "Ludzie! dokąd biegniecie, zawracajcie, przecież za nami Niemcy?", na co tamci: "Sowieci, Sowieci wkroczyli... Ruscy wkroczyli..."

Jest to scena niezwykle symboliczna, pokazująca dobitnie w jak dramatycznym położeniu znalazła się wówczas nasza Ojczyzna, napadnięta z dwóch stron przez totalitarnych bandytów, mających chorą wizję ukształtowania świata według własnej woli. Tak więc po 17 września 1939 r. ci wszyscy koloniści, ci weterani zwycięskiej wojny 1920 r. i ich rodziny, byli pierwszymi ofiarami wkraczającego na polskie ziemie wschodnie czerwonego piekła. Wspomnienie owego napadu, jak i wcześniejszych zbrodni z lat 1917-1920 czy z czasów carskich, zostało w piękny sposób przedstawione w wierszu Józefa Szczepańskiego (napisany 29 sierpnia 1944 r. w czasie Powstania Warszawskiego, gdy Sowieci stali bezczynnie, na Pradze (prawobrzeżnej części Warszawy), przyglądając się jak walcząca o swój niepodległy byt i po prostu o prawo do życia stolica Polski, zostaje zamieniona w kupę gruzów, wraz z mogiłami tysięcy jej bohaterskich synów i córek. Celem Stalina było bowiem doprowadzenie do klęski Powstania Warszawskiego rękoma Niemców, a następnie zajęcie i zniewolenie zniszczonego miasta i całego kraju), Wiersz nosi tytuł: "Czerwona zaraza", a jego słowa wystarczą za wszelki komentarz:


Czekamy ciebie, czerwona zarazo,
byś wybawiła nas od czarnej śmierci,
byś nam Kraj przedtem rozdarłwszy na ćwierci,
była zbawieniem witanym z odrazą.

Czekamy ciebie, ty potęgo tłumu
zbydlęciałego pod twych rządów knutem
czekamy ciebie, byś nas zgniotła butem
swego zalewu i haseł poszumu.

Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu,
morderco krwawy tłumu naszych braci,
czekamy ciebie, nie żeby zapłacić,
lecz chlebem witać na rodzinnym progu.

Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco,
jakiej ci śmierci życzymy w podzięce
i jak bezsilnie zaciskamy ręce
pomocy prosząc, podstępny oprawco.

Żebyś ty wiedział dziadów naszych kacie,
sybirskich więzień ponura legendo,
jak twoją dobroć wszyscy kląć tu będą,
wszyscy Słowianie, wszyscy twoi bracia

Żebyś ty wiedział, jak to strasznie boli
nas, dzieci Wielkiej, Niepodległej, Świętej
skuwać w kajdany łaski twej przeklętej,
cuchnącej jarzmem wiekowej niewoli.

Legła twa armia zwycięska, czerwona
u stóp łun jasnych płonącej Warszawy
i scierwią duszę syci bólem krwawym
garstki szaleńców, co na gruzach kona.

Miesiąc już mija od Powstania chwili,
łudzisz nas dział swoich łomotem,
wiedząc, jak znowu będzie strasznie potem
powiedzieć sobie, że z nas znów zakpili.

Czekamy ciebie, nie dla nas, żołnierzy,
dla naszych rannych - mamy ich tysiące,
i dzieci są tu i matki karmiące,
i po piwnicach zaraza się szerzy.

Czekamy ciebie - ty zwlekasz i zwlekasz,
ty się nas boisz, i my wiemy o tym.
Chcesz, byśmy legli tu wszyscy pokotem,
naszej zagłady pod Warszawą czekasz.

Nic nam nie robisz - masz prawo wybierać,
możesz nam pomóc, możesz nas wybawić
lub czekać dalej i śmierci zostawić...
śmierć nie jest straszna, umiemy umierać.


Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły
Nowa się Polska - zwycięska narodzi.
I po tej ziemi ty nie będziesz chodzić
czerwony władco rozbestwionej siły.
 



 "TO NIE  BYŁ NASZ CZAS, CO?"




"JA NIE DAM RADY WRÓCIĆ DO NIEWOLI NIEMIECKIEJ - PRZEZ TE KILKADZIESIĄT DNI, JA ZNOWU POCZUŁEM SIĘ WOLNY"




Nim jednak doszło do ataku Niemców i Sowietów z września 1939 r. i krwawej hekatomby polskich Kresów Wschodnich, najpierw była pierwszy, armageddon z 1917 r. i lat następnych, w czasie wybuchu rewolucji komunistycznej w Rosji. Pragnę bowiem w tym temacie zająć się właśnie najpierw tą pierwszą masakrą, która zniszczyła to, czego nie zdołał zniszczyć przez dziesięciolecia carat - polskie dwory - czyli enklawy polskości (polskiej kultury, sztuki, historii, tradycji) na wschodnich terenach dawnej Rzeczypospolitej, czyli tych do Dniepru (na ziemiach dzisiejszej Ukrainy i Białorusi). Bowiem "Polska do Bugu", czyli taka, jaka jest obecnie, nie istniała w świadomości Polaków nawet podczas zaborów. Celem niepodległości było bowiem odzyskanie stanu posiadania sprzed 1772 r. (czyli sprzed pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej), lub choćby jakieś korekty wewnątrz tych nakreślonych granic (tyczące autonomii czy nawet niepodległości Ukrainy, Litwy i Białorusi, które jednak miały pozostawać w swoistej "braterskiej unii" z Polską). Granica Polski na Bugu została po praz pierwszy wytyczona dopiero podczas Kongresu Wiedeńskiego 1815 r. który miał określić przyszły kształt Europy po epoce wojen napoleońskich. Wówczas to zostało stworzone kadłubowe Królestwo Polskie (połączone unią personalną z Cesarstwem Rosyjskim), ograniczające się do niewielkich terenów centralnej i południowej Polski (bez Kresów Zachodnich - Wielkopolski, Pomorza, Śląska i oczywiście Kresów Wschodnich, czyli ogromnych wschodnich terenów dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów).

Nim przejdę do głównego tematu (jak zwykle) trochę pobocznych historii, ułatwiających zrozumienie tego zagadnienia, jak również faktu skąd w ogóle na dalekich ziemiach, należących przecież do Rosji, Ukrainy, Białorusi czy Litwy, wzięła się tak liczna mniejszość polska? Należy więc to teraz wyjaśnić i opowiedzieć (choć będę się starał naprawdę pokrótce, aby jedynie nakreślić obraz sytuacji, bo widzę że coraz bardziej zbaczam z głównych tematów i muszę się trochę korygować, aby nie powstało szereg pomniejszych tematów nie związanych bezpośrednio z tym głównym). Zacznijmy więc od początku. Ogromne ziemie na wschodzie, Polska nie zdobyła w ramach jakichś wielkich podbojów militarnych czy aneksji, lecz w prosty (choć niezwykle mało popularny w ówczesnym świecie - zresztą podobnie jak i dziś) sposób, czyli - na podstawie dobrowolnych unii pomiędzy państwami. Unie te, były korzystne dla obu jej sygnatariuszy, gdyż w przypadku Litwy oznaczały wsparcie militarne potężnego sąsiada z zachodu, przeciwko rosnącej w siłę Moskwy, zaś w przypadku Polski (Korony), możliwość zaszachowania niemieckiego Zakonu Krzyżackiego od wschodu, oraz potężnego wschodniego sojusznika w dyplomatycznych rozgrywkach z cesarstwem, a następnie z osmańską Turcją. Unia polsko-litewska otworzyła więc drogę pod przyszłe europejskie mocarstwo, które jednak pozbawione było cech zaborczości, a jednocześnie zapisało tak piękne karty w najważniejszych dla Europy (i Świata) momentach historycznych (jak chociażby obrona Europy przed zalewem turecko-muzułmańskim w latach 1621 i 1683, oraz przed podbojem i przemocą bolszewicką w 1920 r.).   


 KREWO - 1385 r.

PIERWSZA UNIA POLSKO-LITEWSKA




Rok 1385 był rokiem wyjątkowym dla dalszych dziejów Polski i Litwy. Oto bowiem wówczas doszło do formalnej unii polsko-litewskiej, która nie była niczym innym jak... dobrowolną aneksją Litwy przez Polskę. Tak, to była aneksja (zgodnie z traktatem unijnym zawartym w Krewie 14 sierpnia 1385 r.)., był tam bowiem taki oto punkt: "Wielki książę Jagiełło obiecuje ziemie swoje litewskie i ruskie na wieczne czasy do korony Królestwa Polskiego przyłączyć". Oczywiście, realnie do tego nigdy nie doszło i Litwa pozostała odrębnym państwem w unii z Polską do 1569 r. ale nawet po tej dacie (tzw.: unii lubelskiej zawartej w dniach 28 czerwca - 4 lipca), Litwa nie przestała być odrębnym państwem, jedynie wspólny był monarcha, sejm, polityka zagraniczna i pieniądz, ale już odrębne było wojsko, urzędy, skarb, prawo sądowe oraz język. Z czasem jednak zatarły się i różnice językowe ("zatarły się" to za dużo powiedziane, po prostu nastąpiła całkowita, choć długotrwała, trwająca kilka dekad polonizacja Litwy) a pamięć o wspólnym dziedzictwie kulturowym przetrwała nawet upadek państwa polskiego i rozbiory. Gdyby bowiem w latach 30-tych XIX wieku, ktoś w Paryżu zapytał Adama Mickiewicza: "Czy jest pan Polakiem?", odpowiedziałby on z pełnym przekonaniem: "Tak, jestem Litwinem!". Rozumiecie - różnice pomiędzy Koroniarzami a Litwinami zostały zatarte i każdy litewski szlachcic uważał się za Polaka, choć podkreślał iż jest z Litwy (to tak samo jak by Amerykanina zapytać czy jest obywatelem USA a on odparłby: "Tak, jestem z Teksasu" (lub z Georgii). 




Marszałek Piłsudski całe życie twierdził że jest "starym Litwinem" choć oczywiście zawsze czuł się Polakiem i tylko Polakiem. Należy jednak pamiętać że Litwa z XIV wieku, to nie była Litwa "litewska" (w rozumieniu dzisiejszym, ściśle demograficzno-lingwistyczno-etnograficznym). Ówczesna Litwa była w ogromnej większości... ruska, tak właśnie ruska, gdyż nawet język dworu wielkoksiążęcego na Litwie był językiem ruskim (nie litewskim). Choć oczywiście były różnice które można było zobaczyć gołym okiem - Litwin z terenów Wilna, Troków czy Grodna był poganinem, który jednak próbował naśladować (przynajmniej częściowo) zachodni (czyli polski lub krzyżacki) sposób bycia. Rusin z Kijowa, Nowogrodu Siewierskiego, Łucka czy Mińska był wyznawcą prawosławia i nosił się na wschodnią modłę. I wreszcie Żmudzin, czyli tzw.: "pierwotny Litwin", również oczywiście poganin, dodatkowo uważany za dzikusa, bowiem wśród Żmudzinów z XIV i XV wieku, trudno było odróżnić szlachtę od chłopstwa, gdyż jedni i drudzy nosili praktycznie te same stroje, szczególnie kożuchy odwrócone włosiem do góry, a ich mowa (typowo litewska) przypominała... kukanie, dlatego też przezywano ich "żmudzkimi dudkami", uważając jednocześnie za lud prymitywny, tkwiący jeszcze długo w pogaństwie. Żmudzini uchodzili też wśród samych Litwinów za wyjątkowo gburowatych. 

W każdym razie pierwszą unią polsko-litewską była właśnie ta zawarta w 1385 r. w Krewie. Jej efektem było małżeństwo litewskiego księcia - Jogaiłły z polską królową - Jadwigą, co wiązało się przede wszystkim z chrztem samego Jogaiłły (15 lutego 1386 r.), który przybrał sobie na chrzcie imię Władysław (i odtąd zwany był Władysławem Jagiełłą), a dopiero potem ślubem z królową Jadwigą (18 lutego), a 4 marca został on koronowany na króla Polski. Litwa nie weszła wówczas w skład Królestwa Polskiego, ponieważ Jagiełło toczył spór ze swym kuzynem, księciem Witoldem, który wkrótce przeobraził się w wojnę domową na Litwie (1389-1392), zakończonej (4 sierpnia) uznaniem przez Władysława Jagiełłę praw Witolda do zarządzania Litwą (w imieniu króla polskiego). Książę Witold jeszcze jeszcze podjął próbę zrzucenia polskiej zwierzchności w latach 1398-1399 kierując się na wschód, poniósł jednak druzgocącą klęskę w bitwie z Tatarami nad rzeką Worsklą (16 sierpnia 1399 r.) co zmusiło go do zaprzestania prób jawnego usamodzielnienia się. W 1401 r. zostaje zawarta kolejna unia, zwana wileńsko-radomską, na mocy której Witold otrzymuje dożywotnie rządy na Litwie, w zamian za co przysięga być wiernym Władysławowi i obiecuje iż po jego śmierci Litwa zostanie włączona do Polski. Dzięki temu sojuszowi, udaje się w 1410 r. połączonym siłom polsko-litewsko-ruskim rozgromić w największej bitwie średniowiecza (o miano największej konkuruje z nią jedynie stoczona pięć lat później bitwa pod Azincourt) - bitwie pod Grunwaldem 14 lipca - siły Zakonu Krzyżackiego. Potęga teutońskiego zakonu rycerskiego zostaje ostatecznie złamana w tej bitwie, a Zakon nigdy już nie odzyska dawnej potęgi, stanie się tak właśnie dzięki unii Polski z Litwą, które to dwa kraje (i trzy narody) wyniesie do rangi mocarstwa europejskiego. 





 "OTO JEST TEN, KTÓRY JESZCZE DZIŚ RANO MIENIŁ SIĘ BYĆ WYŻSZYM NAD WSZYSTKIE MOCARZE"

(ZAKONOWI KRZYŻACKIEMU NIE POMOGŁO NAWET WSPARCIE UDZIELONE PRZEZ RYCERSTWO PRAWIE CAŁEJ EUROPY, BYLI TAM BOWIEM BAWARCZYCY, SAKSOŃCZYCY, FRANKOŃCZYCY, FRANCUZI  NAWET RYCERZE Z ANGLII)



 CDN.
     

niedziela, 14 stycznia 2018

POLSKĘ TRZEBA ZAŁATWIĆ! - Cz. I

CZYLI O TYM, 

JAK TO NIEMCY, ROSJA I INNE KRAJE

PO I WOJNIE ŚWIATOWEJ, 

WSPÓLNYMI SIŁAMI DĄŻYŁY DO

ZNISZCZENIA ODRADZAJĄCEJ SIĘ

POLSKIEJ PAŃSTWOWOŚCI





"ŻOŁNIERZE! DWA DŁUGIE LATA, PIERWSZE ISTNIENIA WOLNEJ POLSKI, SPĘDZILIŚCIE W CIĘŻKIEJ PRACY I KRWAWYM ZNOJU. KOŃCZYCIE WOJNĘ WSPANIAŁYMI ZWYCIĘSTWAMI, I NIEPRZYJACIEL, ZŁAMANY PRZEZ WAS, ZGODZIŁ SIĘ WRESZCIE NA PODPISANIE (...) POKOJU. ŻOŁNIERZE! NIE NA PRÓŻNO I NIE NA MARNE POSZEDŁ WASZ TRUD. (...) LECZ OD RAZU, OD PIERWSZEJ CHWILI ŻYCIA SWOBODNEJ POLSKI, WYCIĄGNĘŁO SIĘ KU NIEJ MNÓSTWO POŻĄDLIWYCH RĄK, SKIEROWAŁO SIĘ MNÓSTWO WYSIŁKÓW, BY JĄ UTRZYMAĆ W STANIE BEZSIŁY, BY JEŚLI JUŻ ISTNIEJE, BYŁA ONA IGRASZKĄ W RĘKU INNYCH, BIERNYM POLEM DLA INTRYG CAŁEGO ŚWIATA (...) 

ŻOŁNIERZE! ZROBILIŚCIE POLSKĘ MOCNĄ, PEWNĄ SIEBIE I SWOBODNĄ (...) KRAJ, CO W DWA LATA POTRAFI WYTWORZYĆ TAKIEGO ŻOŁNIERZA, JAKIM WY JESTEŚCIE, MOŻE SPOKOJNIE PATRZEĆ W PRZYSZŁOŚĆ"

JÓZEF PIŁSUDSKI
18 Października 1920 r.






 Odnośnie niedawnej rekonstrukcji rządu i wyzwań, jakie nas jeszcze czekają w przyszłości, postanowiłem przypomnieć sytuację, jaka miała miejsce tuż po zakończeniu I Wojny Światowej, gdy po klęsce Niemiec i Austro-Węgier i upadku Rosji, zaczęły się odradzać państwa w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym oczywiście państwo polskie. Chciałbym tutaj pokazać, iluż było wrogów owego odrodzenia i to nie tylko wśród takich krajów jak Rosja czy Niemcy, ale również innych państw, jak choćby Litwa czy Czechosłowacja, a także chociażby... Anglia. Chciałbym właśnie zaprezentować kierunki działań, zmierzające do zniszczenia Polski jako niepodległego państwa lub chociażby takiego jej osłabienia, aby nie była zdolna stanowić przeciwwagi w Europie Środkowej dla tandemu niemiecko-rosyjskiego. Wydaje mi się że w obecnych czasach wielkiej próby, jakie stoją przed nami, jest to również bardzo ważne, aby wiedzieć jak pomimo wielu trudności (znacznie większych i poważniejszych niż dziś), nasi przodkowie potrafili doprowadzić sprawę Niepodległości Polski do końca i "tak ją postawić w sile i mocy" aby nie tylko mogła przetrwać, lecz również aby zaczęła zgłaszać pretensje do uznania jej mocarstwowych ambicji. 




I rzeczywiście, dla wielu było nie do pomyślenia, że państwo, którego jeszcze kilka lat wcześniej nie było na mapach, które było tak zniszczone działaniami wojennymi, że brakowało nawet słomy na chłopskich dachach, którą nawet konfiskowały zaborcze armie dla potrzeb wojennych, że ten mały zdawałoby się, słaby i biedny kraj, może w ogóle myśleć o mocarstwowości. Amerykanie nie dowierzali, pisząc w 1934 r.: "Poprzedni sługa cesarzowej Austrii, cesarzowej Rosji i Fryderyka Wielkiego w Prusach teraz chce być panem w afrykańskim kraju", a "Pittsburgh Courier" dodawał w alarmistycznym tonie: "Liberia może być pochłonięta przez żarłoczną Polskę". Zaś francuski delegat w Radzie Lidze Narodów Joseph Paul-Boncour posunął się do stwierdzenia (na słowa polskiego delegata w Radzie Ligii Narodów - Augusta Zaleskiego że Polska jako mocarstwo ma prawo do podejmowania określonych decyzji w interesujących Ją kwestiach): "O tak, Polska jest mocarstwem. Ale należy pamiętać że są wielkie mocarstwa i jest Polska". Były to słowa wypowiedziane przez przedstawiciela państwa, które (przynajmniej oficjalnie) było nam przyjazne i z którym mieliśmy zawarty od 1921 r. sojuszniczy układ militarny. Pokazuje to dobitnie, że Polska Niepodległa, a już z pewnością Polska mająca własne ambicje mocarstwowe, była nie na rękę nie tylko państwom nam realnie wrogim, ale również i tzw.: sojuszniczym. 


"PRZEZ ZJEDNOCZENIE NARODU 
DO POLSKI WIELKIEJ, SILNEJ I SPRAWIEDLIWEJ"



Należy bowiem pamiętać, że odrodzenie Polski miało od początku służyć celom państw zaborczych. 25 marca 1915 r. przewodniczący Związku Wszechniemieckiego Friedrich von Schwerin, opracował memorandum dla rządu niemieckiego, dotyczące powiększenia niemieckiego terytorium po zwycięskiej wojnie i jego zagospodarowania i zasiedlenia. Pisał w nim mi.in.: "W ramach niemieckiego programu oskrzydlenia Rosji Niemcy muszą poszerzyć swoją strefę wpływu na terenach wschodnich. Jako środek do osiągnięcia tego celu może posłużyć "polskie państwo buforowe" pod niemiecką hegemonią (...) Zgodnie z tym będzie przebiegać zasiedlanie zdobytych terenów kolonizatorami niemieckimi po spełnieniu następujących warunków: a) opróżnienie tych obszarów z ludności polskiej, b) sprowadzenie niemieckich osadników z Niemiec i Rosji (...) c) oddzielenie zgermanizowanym pasem granicznym Polaków z Prus od pozostałych Polaków i ich asymilacja, d) wypłacenie przez polskie państwo buforowe odszkodowań wysiedlonym polskim rolnikom. Zasiedlenie nowo zdobytych obszarów na wschodzie, obok korzyści politycznych, strategicznych i gospodarczych, ma się także przyczynić do zmniejszenia problemów społecznych w samych Niemczech, które jednocześnie poszerzą swoją "bazę" kontynentalną, osiągając pozycję mocarstwową na świecie".

I w tym właśnie kierunku szły kolejne niemieckie memoranda, jak choćby to z 31 lipca 1915 r. opracowane przez przemysłowca Gustava Kruppa (stojącego na czele potężnego koncernu stalowego, produkującego głównie sprzęt przeznaczony na potrzeby wojenne). Uznał on bowiem że po zwycięstwie, Niemcy nie powinny organizować żadnej międzynarodowej konferencji pokojowej, tylko po prostu każdemu krajowi podyktować własne warunki zawarcia pokoju. W swoim memorandum pisał on również tak: "Wszyscy Niemcy, którzy są rdzeniem Europy, muszą się jak najsilniej zjednoczyć, aby Europie przewodziła kultura niemiecka. Wykorzystując czynniki polityczne i wojskowe, zapewnić, aby Niemcy w nieodległej przyszłości już nie mogły zostać oskrzydlone (...) Utworzenie na wschodzie samodzielnej Polski jako państwa buforowego, którego pierwotne tereny nadal pozostaną w posiadaniu Prus (...) Obce narody zamieszkujące tereny przylegające i przywłaszczone nie mogą mieć praw wyborczych do sejmu Rzeszy, a ich liczba zostanie zmniejszona poprzez opanowanie tych terytoriów oraz zniemczenie tamtejszej ludności". Prócz tego, miała zostać utworzona unia celna zwycięskich Wielkich Niemiec z innymi państwami, takimi jak: Austro-Węgry, Szwajcaria, Dania, Szwecja, Norwegia, Finlandia, Holandia (Belgia miała zostać wcielona do Rzeszy, wraz z północnym wybrzeżem Francji i terenami na zachód od Wogezów), państwa bałkańskie, państwa bałtyckie i odtworzone kadłubowe i ściśle kontrolowane przez Berlin organizmy państwowe, takie jak Polska, Ukraina i Białoruś. 




Było to bezpośrednie nawiązanie do koncepcji Mitteleuropy, wydanej w formie książkowej w październiku 1915 r. przez Friedricha Neumanna (polityk, bankier i redaktor pisma "Mitteleuropa"). Koncepcja ta nie była jedyną, bowiem należy chociażby wymienić jej wcześniejsze odsłony, jak choćby koncepcja geopolityczna Hermanna Wagnera z 1883 r. koncepcja Paula de Lagarde z 1886 r. (twórcy pojęcia iż pokój w Europie mogą zapewnić tylko potężne Niemcy, sięgające od Ems do Dunaju i od Dźwiny do Triestu), Josepha Partsha z 1904 r. (prawdziwego twórcy pojęcia Mitteleuropa), Alfreda Hettnera z 1907 r. czy Rudolfa Tannenberga z 1911 r., który w swej książce "Gross Deutschland" przedstawił najobszerniejszy teren niemieckiej kontroli w ramach Mitteleuropy, sięgający od północnych i zachodnich granic Francji, przez Szwajcarię, Austrię i Węgry, całe Bałkany (bez Grecji), kończąc na państwach bałtyckich i podchodząc prawie pod Moskwę. Jednak to właśnie praca Friedricha Neumanna stała się najbardziej popularna i nadała nazwę całej tej geopolitycznej koncepcji. Neumann twierdził bowiem, że centrum Mitteleuropy winny być Niemcy i Austro-Węgry, to był swoisty "trzon rdzeniowy" całej koncepcji. Dalej zaś wchodziły takie kraje jak Polska (kadłubowe tereny Królestwa Kongresowego), Holandia, Belgia i Luksemburg (dwa ostatnie kraje przyłączone do Rzeszy), cała Francja, Włochy, Szwajcaria, Serbia, Rumunia, Grecja, Dania, Szwecja i Norwegia, innymi słowy prawie cała Europa, przy czym takie kraje jak Bułgaria czy Turcja miały być "sprzymierzone" co oznacza iż również poddane politycznej i gospodarczej presji Niemiec. W sytuacji jednak klęski Państw Centralnych w I Wojnie Światowej, koncepcje te musiały zostać odłożone. 


TAK MOGŁABY WYGLĄDAĆ EUROPA PO ZWYCIĘSTWIE NIEMIEC W I WOJNIE ŚWIATOWEJ



Podobnie było z Rosją. Już 14 sierpnia 1914 r. głównodowodzący armii rosyjskiej wielki książę Mikołaj Mikołajewicz, wydał manifest skierowany do Polaków, w którym była obietnica połączenia wszystkich trzech rozdartych części Polski w jedno, pod berłem cesarza rosyjskiego ("Niechaj się zatrą granice rozcinające na części Naród Polski. Niech Naród Polski połączy się w jedno ciało pod berłem Cesarza Rosyjskiego. Pod berłem tym odrodzi się Polska, swobodna w swej wierze, języku i samorządzie"). Był to jednak same propagandowe frazesy, bez żadnych konkretów, tym bardziej że szybko wielki książę uznał za stosowne wysłać specjalny okólnik dla gubernatorów, w którym wyjaśniał że słowa o "swobodnej Polsce" nie dotyczyły ziem "priwislinija" (czyli terenów Kongresówki), a jedynie ziem dopiero zdobytych na Niemcach i Austriakach. Mimo nawet takiej deklaracji, głównodowodzący armią, spotkał się z powszechną krytyką w samym rządzie, gdzie wielu ministrów uznało iż w swych obietnicach dla Polaków posunął się "zbyt daleko". W listopadzie 1914 r. minister spraw zagranicznych Rosji - Siergiej Sazonow, przedstawił projekt rozwiązania kwestii polskiej po zakończonej wojnie. Stwierdził tam iż Królestwo Polskie zostanie "zjednoczone" z ziemiami zaboru pruskiego i austriackiego, tylko po to aby powiększyć obszar samej Rosji. Nie było mowy o żadnej autonomii Królestwa, jedynie co to ofiarowywał w miarę autonomiczny samorząd do rad gminnych, powiatowych, gubernialnych i do rady ogólnokrajowej. Przy czym kompetencje polskiego samorządu miały ograniczać się jedynie do kwestii wyznaniowych, oświatowych i gospodarczych. Język polski oficjalnie byłby zrównany z rosyjskim w szkołach i urzędach, ale w specjalnym aneksie zalecał on aby uczyć polskiego jedynie na poziomie szkół podstawowych, zaś w szkołach średnich i wyższych miał już obowiązywać jedynie rosyjski, jako "bardziej cywilizowany".




Ten projekt również upadł, ponieważ znów w rządzie uznano iż idzie zbyt daleko i daje Polakom zbyt duże "przywileje". Tak więc przez cały okres wojny, aż do upadku caratu w 1917 r. Rosja nie wyraziła zgody na żadne ustępstwa w kwestii autonomii Królestwa Polskiego. Zmroziła ich też wspólna proklamacja cesarzy Niemiec i Austro-Węgier z 5 listopada 1916 r., mówiąca o powstaniu "samodzielnego państwa polskiego z ziem panowaniu rosyjskiemu wydartych".  Była to realnie deklaracja samodzielności (choć nie niepodległości) przyszłego Królestwa Polskiego, stworzonego pod egidą Berlina i Wiednia, co nie mieściło się w świadomości polityków rosyjskich. Nic więc dziwnego że szybko (14 listopada) wydano nową proklamację, potwierdzającą obietnicę przyznania autonomicznego samorządu Kongresówce i jednocześnie atakowano Akt 5 listopada. Nie było jednak odwrotu, gdyż aby przekonać Polaków do siebie, należało im dać "coś więcej". Dlatego też już w grudniu 1916 r. nowy premier - Aleksander Trepow, roztoczył w Dumie wizję: "Polski wolnej w jej granicach etnograficznych", którą następnie potwierdził car Mikołaj II w swym rozkazie z 25 grudnia tego roku, obiecując powstanie "Polski wolnej i zjednoczonej ze wszystkich części dotychczas rozdzielonych". Te deklaracje nie miały już jednak żadnego znaczenia, gdyż w Rosji już zaczynała się wrzawa rewolucyjna (na którą wielu czekało z utęsknieniem, jak choćby... Piłsudski: "Rewolucja w Rosji mi się spóźnia" - 1916 r.), oraz w sytuacji klęski militarnej Niemiec i Austro-Węgier na froncie zachodnim. Jedni i drudzy pragnęli tylko wykorzystać pomoc polskiego rekruta, dając jakieś mgliste obietnice bez realnej możliwości (a często i chęci) ich spełnienia, jednocześnie w zamian domagając się walki i poświęcenia w imię swoich monarchów.


EUROPA PO ZWYCIĘSTWIE ROSJI 
W I WOJNIE ŚWIATOWEJ 



Ciekawą jest chociażby rozmowa profesora Stanisława Głąbińskiego, przeprowadzona z ministrem spraw zagranicznych Austro-Węgier hrabia Leopoldem Berchtoldem jeszcze w lipcu 1914 r. czyli na kilka dni przed wybuchem I Wojny Światowej. Hrabia Berchtold zapytał Głąbińskiego (który pojechał ze Lwowa do Wiednia, pragnąc uzyskać od rządu Austro-Węgier gwarancje odbudowania państwa polskiego po zakończonej wojnie), już na początku rozmowy: "Czy już wszystko przygotowane dla rozpoczęcia powstania?", na co zdziwiony Głąbiński zapytał: "Nic nie wiem o powstaniu, o jakim powstaniu Ekscelencja mówi?", "Przecież o powstaniu na tyłach armii rosyjskiej" - odparł Berchtold, na co Głąbiński: "Takiego powstania nie będzie!". "Ależ na Boga, co Ekscelencja mówi! Takie powstanie być musi, zostało mi święcie przyrzeczone, ja przyjąłem wobec sztabu stanowcze zobowiązanie, sztab na nie liczy!", na co Głąbiński: "Nie wiem, kto Panu mógł coś podobnego przyrzec. W każdym razie był to jakiś człowiek niesumienny wobec narodu i wobec nas samych", "Dlaczego?" - zapytał Berchtold, "Bo sumienny Polak nie mógłby do tego dopuścić, aby za cenę chwilowego wstrzymania armii rosyjskiej narazić swój lud na wytępienie, a kraj na zniszczenie z zemsty". Berchtold złapał się za głowę: "Ale to nie może być, na to już wszyscy rachują.Zaprosiłem tu w tym celu nuncjusza, czeka w drugim salonie. Niech Ekscelencja z nim pomówi! (...) Przecież Polacy są katolikami. Mamy pomoc papieża", "My jesteśmy katolikami, ale to nie może mieć wpływu na wywołanie powstania". 

Jest to notabene ciekawy przykład kalki pojęciowej, jaką myśli wielu ludzi - skoro Polacy są katolikami, to pewnie posłuchają papieża i dadzą się wymordować w bezsensownej rzezi, lub ewentualnie przyjmą niekontrolowaną liczbę imigrantów bo papież nawołuje do "miłosierdzia" Notabene, nie dostrzega tych wszystkich masowo gwałconych kobiet i dzieci, zabijanych ludzi (nie tylko w zamachach, zauważcie od dobrych kilku miesięcy nie było żadnego dużego zamachu, a mimo to ofiar brutalnych mordów jest znacznie więcej, niż ginęło w zamachach. Ciekawe dlaczego jest "taki spokój" prawda? może dlatego że rządzący neomarksiści przestraszyli się o swój projekt i zawarli z muslimami deal, aby mordowali pojedynczo, nie jeden zbiorowy zamach o którym pisałaby prasa, tylko kilkadziesiąt niezwiązanych ze sobą napaści - efekt jest więc ten sam a nawet większy, więcej ofiar, ale o tym nie mówi się już w mediach bo przecież ludzie giną pojedynczo, prawda?), zamykanych kościołów w Europie Zachodniej, coraz powszechniejszej cenzury - obywatele w wielu państwach Unii Europejskiej obecnie boją się już publicznie wyrażać swoje myśli, jeśli już to w zaufanym towarzystwie i to jeszcze półszeptem, zaś w samych Niemczech od 1 stycznia tego roku oficjalnie już obowiązuje cenzura w sieci, także w Niemczech jako pierwszym kraju Unii Europejskiej, nie ma już realnie wolności słowa). Miłosierdzie jest jak najbardziej ważne, ale należy pamiętać o proporcjach, co bowiem mówi drugie przykazanie? "Będziesz miłował bliźniego swego, jak SIEBIE SAMEGO!". I oto chodzi - najpierw należy zapewnić bezpieczeństwo swoim bliskim, dzieciom, sąsiadom, rodakom, a dopiero potem myśleć o innych ludziach. Nie będę się nad tym teraz długo rozwodził, ale zadziwia mnie iż tak łatwo można dać się robić w konia na "zmiękczanie serduszek" i na "papieskie miłosierdzie" (szczególnie ludziom, którzy o tym miłosierdziu nie mają zielonego pojęcia). 

Zastanawia mnie też inna kwestia. Ostatnio jakaś brytyjska dziennikarka z "Daily Mirror" o imieniu Sue Jolly, przyjechała do Polski (a konkretnie do Gdańska) i... myślała że pomyliła samoloty. Spodziewała się bowiem jakichś post apokaliptycznych wizji, jakichś konnych furmanek, zakurzonych ulic, jakiegoś zamordyzmu i dantejskich scen na ulicach. Okazało się że nie tylko jest czysto (znacznie czyściej niż np. w Anglii), to jeszcze toczy się normalne życie, ludzie przesiadują w ogródkach przed kawiarniami, popijając swoje shakerato lub caffe latte, spacerowała wokół przepięknych średniowiecznych uliczek i domów, przechadzała się Długim Targiem, przed pomnikiem Neptuna i Dworem Artusa, chodziła ulicą szeroką nad Motławą, obserwując cumujące w porcie statki pasażerski i jachty itd. itp. A teraz konkluzja - gdzie my żyjemy? W średniowieczu? Czy naprawdę osoba inteligentna, od której należałoby wymagać pewnego poziomu, musi się tak bezprzykładnie kompromitować? Przecież w dzisiejszych czasach, w dobie internetu, wystarczą dwa kliknięcia myszy, aby znaleźć informacje o danym mieście, regionie czy kraju,  i naprawdę nie trzeba robić z siebie idiotki, pisząc że myślała iż jedzie do kraju trzeciego świata. Przecież to nie tylko ją sama, ale w dużej mierze samo dziennikarstwo na Wyspach - totalnie kompromituje (bo przecież zapewne nie jest ona żadnym wyjątkiem). Tam naprawdę ludzie myślą, że na wschód od Niemiec to mieszka jakaś dzicz, która nie umie zliczyć do dwóch i posługuje się konikami i furmankami aby podróżować, a samochód czy telewizor, nie mówią już o komputerze, laptopie lub smartfonie, to tutaj nowość, na którą mogą sobie pozwolić nieliczni?

Przeraża mnie to, bowiem tak pustymi ludźmi można łatwo sterować. Pani pseudo dziennikarka (bo dla mnie jej kompromitacja jest tak duża, iż nie powinna ona marnować swojego czasu jako dziennikarka, a zająć się jakimiś pożyteczniejszymi zajęciami). No cóż, daruję sobie złośliwości, bowiem nie ma sensu znęcać się nad ułomnymi ludźmi, w każdym razie dla tych którzy wciąż twierdzą (tak jak Jan Christian Smuts - premier rządu Związku Południowej Afryki w latach 1919-1924, który stwierdził iż narody zamieszkujące na wschód od Niemiec: "Przecież to są kafirzy" czyli innymi słowy ludy niewolnicze, które można również w anglosaskim slangu nazwać "czarnuchami"), podobnie jak ta pani iż "na wschodzie mieszkają nieucywilizowani kafirzy", dedykuję ten oto filmik. 




PS: owa dziennikarka twierdziła że pomyliła samoloty i wylądowała w Amsterdamie, otóż pragnę stwierdzić ze już wkrótce Amsterdam, jak i inne miasta Europy Zachodniej to będzie prawdziwe zadupie i trzeci świat, gdzie ludzie będą obawiali się o swoje życie, nie mówiąc już o stosach śmieci (już teraz) zalegającego na ulicach Paryża, Londynu, Neapolu, Malmo, Sztokholmu i wielu innych miast (o wyżej wymienionych wiem na pewno). A tak oto sytuacja wygląda w Polsce:





W kolejnej części przejdę już do reakcji Francji, Wielkiej Brytanii i USA na polską niepodległość, oraz innych działań Niemiec i Rosji mających tę odradzającą się Polskę ponownie zniszczyć
                       

CDN.

środa, 10 stycznia 2018

POLACY - TWÓRCY CYWILIZACJI! - Cz. III

CZYLI WSZYSTKIE

(LUB, PRAWIE WSZYSTKIE, BOWIEM

NIE POSIADAM WIEDZY O WSZYSTKICH)

OSIĄGNIĘCIA I WYNALAZKI,

JAKIE BYŁY AUTORSTWEM POLAKÓW,

A BEZ KTÓRYCH DZIŚ NIE

POTRAFILIBYŚMY ŻYĆ




ARIOWIE/SŁOWIANIE/LECHICI

KIERUNKI MIGRACJI

ROZWÓJ CYWILIZACJI EUROPY

  
 "KARELCZYK" - ZWANY RÓWNIEŻ 
"PIERWSZYM POLAKIEM"
(popiersie przedstawiające Słowianina/Lechitę, 
który żył na terenach Karelii ok. 6 400 r. p.n.e.)
 



Może to zabrzmi dla wielu dość dziwnie lub nawet nieprawdopodobnie, ale wygląda na to iż tam gdzie pojawiali się Ariowie/Słowianie/Lechici tam natychmiast przyspieszał rozwój cywilizacyjny i jednocześnie następowała większa orientacja ku ideom wolnościowym (wiecowym). Słowianie (Lechici) zjednoczyli większą część Europy, dokonali migracji na południe (Grecja, Azja Mniejsza, Syria, Egipt), oparli się rzymskiemu podbojowi a następnie skutecznie najechali Rzym, rozdzierając jego części i tworząc tam swoje państwa. Byli również twórcami "Złotego Wieku" kultury muzułmańskiej - tak, brzmi to może niedorzecznie lub śmiesznie, ale jest prawdą, choć zapomnianą (a raczej wymazaną z pamięci). Mariusz Agnosiewicz prezes fundacji Wolnej Myśli i redaktor naczelny Racjonalisty, pisze że to właśnie Słowianie doprowadzili do rozkwitu kultury muzułmańskiej w największym okresie jej rozkwitu (X-XII wiek). Oczywiście nie byli jedynymi, ale wywarli ogromy wpływ zarówno na rozwój najpiękniejszych po dziś dzień osiągnięć muzułmańskiej myśli filozoficznej i architektonicznej (Agnosiewicz skupia się w tym wypadku głównie na samej Hiszpanii, pisząc o emiracie a następnie od 929 r. kalifacie Kordoby i kolejnych jego dziejach), jak również ostatecznie doprowadzili do... rozdrobnienia władztwa muzułmańskiego (nie tylko w Hiszpanii, ale również w całym basenie Morza Śródziemnego), umożliwiając następnie jego rekonkwistę przez katolickie państwa Kastylii, Leonu i Portugalii (pierwszym władcą tego państwa, a raczej tego regionu był... Słowianin). 

A skąd właściwie wzięli się Słowianie w państwach muzułmańskich w średniowieczu? Odpowiedź jest banalnie prosta, przybyli tam jako niewolnicy (podobnie jak np. Roksolana/Hurrem, która stała się najpotężniejszą sułtanką w dziejach osmańskiej Turcji), lecz bardzo szybko zdobyli zaufanie lokalnych władców, służąc im jako straż przyboczna, eunuchowie, żołnierze, wodzowie, a następnie doradcy samych kalifów i wreszcie samodzielni władcy dzielnicowi (jak to miało miejsce np. w muzułmańskiej Hiszpanii w XI i XII wieku). Jest to historia zupełnie zapomniana, dlatego też postaram się o niej opowiedzieć - ale po kolei. Dzieje Słowiańszczyzny i w ogóle Lechitów jako takich, są niezwykle barwne, jednak w przeciągu wieków wielu krajom zależało na tym, aby zostały one przykryte mgłą niepamięci. Któż dziś pamięta że to właśnie Polacy uratowali pierwszą angielską kolonię w Ameryce - Jamestown, przed upadkiem i podzieleniem losu poprzednich osad? O tym się nie mówi, podobnie jak i o tym, że to właśnie Polacy zbudowali pierwszy zakład przemysłowy w Jamestown - hutę szkła w 1608 (zaraz po przybyciu, w zaledwie rok od założenia kolonii, w tym samym czasie Anglicy umierali z głodu, bo wydawało im się że zdobędą tutaj złoto i chwałę, a nie byli zdolni nawet pracować, przez co umierali. Polacy zaś przetrwali okres głodu, bo potrafili sobie poradzić z hodowlą żywności i nie byli uzależnieni od dobrej woli indiań). Dziś się o tym nie mówi, dziś jeszcze (choć już coraz rzadziej) powtarza się bzdury o "polish jokes". Kto pamięta o tym, że to właśnie Polacy założyli pierwszą uczelnię wyższą w Nowym Jorku (wówczas jeszcze w Nowym Amsterdamie)? Że byli prekursorami myśli technologicznej i naukowej od Turcji i Rosji po Chile? Znów zapewne niewielu (jeśli w ogóle) w Europie Zachodniej i USA. 


POLSCY KOLONIŚCI W JAMESTOWN 
1608 r.


Dlatego też tak bardzo na czasie wydaje się stary (już trzydziestoletni) skecz Tadeusza Drozdy, jeszcze z czasów komuny, który tak oto widział rodaków za granicą: "Wiecie że ja, będąc za granicą, wszędzie naszego poznam? Poważnie, bo tamten tłum to jest jednakowy, oni tak chodzą, tak - on tu ma iść to tu idzie, tamten tam, to tam idzie. Niby ma wykształcenie a wygląda to jak niepełna podstawówka. Nie myślą na Zachodzie, nie myślą - a jest teoria że narząd nieużywany zanika, używany intensywnie się rozwija. Za pięćdziesiąt lat my takie łby, reszta neandertale. (...) I nagle w tym szarym, jednakowym tłumie idzie perła... NASZ! Wszystkiego musi dotknąć zobaczyć, urwać przekręcić. Zobaczył banany - "o kurde, banany", i już by kupił banany, ale przeliczył na rajstopy, rajstopy się bardziej opłaca - i przelicznik w górę tratatatata. Zobaczy automat co się pieniądze wrzuca, już próbuje czy nasze pasują. A jak by wlazło, co? Na całym świecie nie spotkałem automatu, gdzie by się nie opłaciło naszych pieniędzy wrzucić. Najlepiej wchodzą dziesięciozłotówki i stare dwadzieścia". To by było na tyle, takim przerywnikiem do śmichu poprzedziłem ten temat, ale, jak to mówił Kobuszewski w swym słynnym skeczu - a teraz kto się będzie śmiał... ten dostanie w ryj. Ha-Ha-Ha! Przejdźmy więc do tematu.

40 000 lat temu najbardziej zaludnioną i najbardziej rozwiniętą częścią Europy, była... Azja (pierwsza mapka poniżej). Było to związane z istnieniem w tamtych regionach potężnego Imperium aryjskiego, którego pamięć przetrwała w słowiańskich wedach i mitach (i nie tylko) późniejszych ludów - czyli tzw.: Kolebki. Ok. 18 000 r. p.n.e. doszło na tych terenach do katastrofy, która zmusiła tamtejszą ludność aryjską do migracji na zachód. Wszystko to trwało etapami, więc pomiędzy kolejnymi zasiedleniami upływało po kilka tysięcy lat. Wreszcie ok. 4 000 r. p.n.e. sytuacja demograficzna wyglądała tak, jak na kolejnej mapce (poniżej). Ludność aryjska, która ok. 18 000 r. p.n.e. podzieliła się na dwie duże części - Słowian (R1a) i Celtów (R1b), zasiedliła i zdominowała całą Europę. Imperium słowiańsko-celtyckie, było wówczas najpotężniejszą siłą militarna i polityczną ówczesnego świata, choć oczywiście panowało tam duża niezależność polityczna, przez co poszczególne plemiona rządziły się w sposób niezależny od reszty. Kolejne migracje, dokonywane przez te dwie grupy plemion aryjskich, opisałem już w jednym z poprzednich postów (Tutaj), więc nie ma sensu się powtarzać. Przejdźmy dalej. Pisałem o inwazji tzw.: Ludów Morza na Azję Mniejszą, Lewant i Egipt (Tutaj), oraz migrację z północy lechickich Dorów/Gorów - plemię ognia, z którego potem narodzili się sławni Spartanie (Tutaj). 


ZASIEDLENIE EURAZJI ok. 40 000 r. p.n.e.
 (kolor czerwony oznacza gęste zaludnienie, 
zielony - tereny prawie bezludne)
(Haplogrupa K2 - łączy autosomalne DNA z naszymi przodkami (haplogrupa R1a i R1b), 
którzy wyłonili się nieco później) 
 



EUROAZJA ok. 4 000 r. p.n.e.
(już po migracji i zasiedleniu Europy przez Słowian i Celtów)



Teraz okazuje się że najprawdopodobniej również i mityczna Troja była zasiedlona przez Słowian. Nie chodzi tylko o to, że jednym z głównych bogów Słowian był... Trojan, oraz o oto że mityczny Priam, nosił imię wywodzące się ze starosłowiańskiego słowa "priamoj" - czyli prawy, uczciwy, sprawiedliwy (i takimi właśnie Homer zaletami określa władcą Troi). Świadczą o tym przede wszystkim odkopywane na tych terenach przedmioty, które posiadają znaki nie mające żadnego znaczenia w języku greckim (lub to znaczenie jest zupełnie nielogiczne), natomiast po przetłumaczeniu na język łaciński (lub też przy dokładnym sprawdzeniu i przetłumaczeniu tych słów na język starosłowiański - a należy pamiętać że wówczas pisało się bez przerwy, jednym ciągiem - potem to się zmieni), zyskuje to nie tylko sens logiczny, ale również możemy się dowiedzieć o ukrytych intencjach autorów tych napisów. Wydaje się więc (jest to więcej niż prawdopodobne, a wręcz pewne), że historia Troi była historią Słowian, a konkretnie pewnego szczepu słowiańskiego, który rozwinął handel na obszarze Morza Egejskiego, Czarnego i w dużej części Morza Śródziemnego. Troja została zdobyta w wyniku wzajemnej konfrontacji handlowej plemion... słowiańskich, bowiem ci którzy zdobyli to potężne miasto - Achajowie - także przybyli swego czasu z północy, ze słowiańskiej północy - byli więc także jednym z plemion słowiańskich. Wygląda więc na to, że Starożytni Grecy w dużej mierze byli Słowianami (być może nie jedynymi, ale jednak co się tyczy języka - tego najwcześniejszego, którego nie byli w stanie już odczytać i zrozumieć Grecy klasyczni - przykład Sfajrosa Borysenity - swoją drogą też słowiańsko brzmiące imię - który w 227 r. p.n.e. na polecenie króla Sparty Kleomenesa, podjął się przetłumaczenia najdawniejszych inskrypcji, aby odnowić "ducha Sparty" w społeczeństwie, nie był w stanie zrozumieć aż 45 inskrypcji, które zawierały zwroty odmienne od ówcześnie używanego języka - też już o tym pisałem).






O słowiańskości Achajów, świadczą również ich imiona, które bez wątpienia zawierają w sobie słowiański korzeń lingwistyczny, lub zostały częściowo zmienione i dostosowane do późniejszych czasów. Nie będę się w to teraz wgłębiał, choć przykłady same się nasuwają (Homer-Homir, Kalchas-Żaklak, Menelaos-mój los i wiele innych). Przejdżmy więc dalej. Pisałem już o tym, jak to zasiedlali większą część Europy, od Brestu we Francji do Wołgi (a może i dalej) i od ziem Etrusków w Italii po Helladę i kraj Filistynów w Palestynie. Teraz chciałbym pójść znacznie dalej. A ponieważ nie zamierzam się powtarzać, przytoczę teraz fragmenty tekstu Mariusza Agnosiewicza, który ukazał się na portalu "Racjonalista", aby pokazać, a jaki sposób Słowianie (Lechici) skolonizowali muzułmańską Hiszpanię, choć pierwotnie przybyli tam jako niewolnicy. Zacznijmy więc:






"W świecie arabskim słowiańscy niewolnicy pełnili różne role społeczne. Byli służącymi, konkubinami w haremach, eunuchami, rzemieślnikami, żołnierzami, gwardią kalifa, mieli swój udział także w życiu kulturalnym. Na półwyspie iberyjskim, w Maghrebie, Damaszku i na Sycylii ich rola wojskowa była porównywalna do mameluków Imperium Osmańskiego, którzy z niewolników wcielonych do gwardii stali się z czasem panami Egiptu oraz Syrii. Ich los był najlepszym dowodem tezy, że nie da się zniewolić Słowian. Sukcesywnie zajmowali oni coraz wyższą pozycję społeczną, osiągając status wojskowej i urzędniczej arystokracji, która w finale rozmontowała kalifat Kordoby, który był głównym dilerem słowiańskich niewolników w świecie arabskim, zamieniając go w dziesiątki skłóconych królestw. W IX w. istniał jeden wielki kalifat obejmujący trzy kontynenty. W X w. rozpadł się on na trzy konkurujące ze sobą kalifaty: azjatycki Abbasydów, afrykański Fatymidów oraz europejski Kordoby. Słowianie odegrali kluczową rolę w powstaniu tej konkurencji.

Rolę Słowian w złotym wieku islamu oraz i w samym procederze handlu niewolnikami europejskimi często się relatywizuje twierdząc, że Arabowie nie wyróżniali wcale Słowian i tym samym mianem określali wszystkich białych z Europy. Jest to teza bałamutna. W języku arabskim słowo Siqlabi/Saqlabi znaczy Słowianin. Ziemia Słowian to Bilad as-Saqaliba. W istocie sporadycznie zdarzały się pomyłki, kiedy słowem tym określano niesłowian, jednak był to margines. Pisarze arabscy czy perscy bardzo precyzyjnie rozróżniali Słowian od innych ludów (np. Normanów — al-Madżus, Franków — Ifranja, Bizantyjczyków — ar-Rumi, Galicjanie — Jalaliqua, Lombardczycy — Nukabard). Termin Saqaliba stosowany był czasami także do Skandynawów, ale to już po załamaniu handlu słowiańskimi niewolnikami. Jak wskazuje Tadeusz Lewicki: "Każdy badacz-orientalista, który interesuje się analizą źródeł arabskich do dziejów Europy, wie dobrze o tym, że termin Saqaliba i pokrewne oznaczają u starszych pisarzy arabskich (VIII-X w.) wyłącznie Słowian. (...) Dopiero później rozszerza się, zresztą tylko u niektórych, przeważnie drugorzędnych pisarzy arabskich, zakres pojęcia Saqaliba na inne jasnowłose ludy północnej i wschodniej Europy." A zatem odnośnie X w., kiedy Saqaliba osiągnęli apogeum wpływów w świecie arabskim, mamy pewność, że dotyczy to właśnie Słowian.

(...)

Niewolnicy słowiańscy zostali elitą kalifatów nie wyzbywając się swojej kultury, a przynajmniej języka. Wiemy natomiast, że kalifowie uczyli się języka słowiańskiego. W źródłach arabskich mamy informację, że dziewiąty emir Aghlabidów, Ibrahim II Abu Iszak (875-902), zwracał się do pałacowego eunucha B.lagha w języku słowiańskim (bi-l-saqlabiyya). Również jeden z najwybitniejszych kalifów fatymidzkich, Al-Mu’izz, znał język słowiański, a w 960 r. skazał na śmierć dwóch czołowych gubernatorów wschodu i zachodu państwa, Qaysara i Muzaffara, za to, że "spiskowali w języku słowiańskim". Biorąc pod uwagę rolę Słowian w administracji centralnej można przypuszczać, że język słowiański rozbrzmiewał na dworach emiratów Maroka czy Tunezji oraz kalifatów Egiptu czy Hiszpanii.

Słowiańscy niewolnicy zaczynają napływać do Kordoby od początku IX w. Od połowy X wieku zaczęli odgrywać kluczową rolę polityczną. To wówczas rozwinęła się spektakularna kultura mauretańska, o której Nietzsche tak pisał: "Cudowny maurytański świat kulturalny w Hiszpanii, pokrewniejszy nam w gruncie, bardziej przemawiający do zmysłu i smaku, niż Rzym i Grecya, został zdeptany (nie mówię jakiemi nogami), dlaczego? ponieważ powstanie swoje zawdzięczał dostojnym, męskim instynktom, ponieważ potwierdzał życie nawet jeszcze z rzadkiemi i wyrafinowanemi kosztownościami życia maurytańskiego!… Krzyżowcy zwalczali później coś, przed czem w prochu leżeć byłoby im bardziej przystało, - kulturę, wobec której nawet nasz wiek dziewiętnasty mógłby wydawać się sobie bardzo ubogim, bardzo »późnym«". Spójrzmy zatem, kto był siłą napędową tej kultury.

Pierwszym wielkim protektorem Słowian był już pierwszy kalif Kordoby, Abd ar-Rahman III (912-961). Stworzył on ze słowiańskich niewolników swoją gwardię osobistą, której zadaniem było, w szczególności, powściąganie burzliwej rodowej arystokracji arabskiej oraz anarchicznych szczepów berberyjskich, które wzniecały w kraju liczne niepokoje. Pod koniec jego panowania w Kordobie mieszkało już 13750 Słowian. W okresie jego panowania Słowianie stali się już kluczową grupą administracji i wojska. W 939 na czele armii kalifatu postawiony został słowiański niewolnik, Naja al-Siqlabi, który w tym samym roku poprowadził kampanię przeciwko królestwu Leonu. Zakończyła się ona spektakularną klęską kalifatu. Okazało się bowiem, że arabska elita wojskowa była tak wściekła za nominację dla niewolnika, że "kibicowała" chrześcijanom. Za zdradę skazano na śmierć wielu arabskich oficerów. Podobna sytuacja miała miejsce u Fatymidów: pierwszy słowiański niewolnik, który został dowódcą w 920 ponosi klęskę, gdy Słowianie umacniają się w armii, przestają przegrywać, gdy przejmują armię - odnosi ona historyczne sukcesy.

W 961 kalifem zostaje Al-Hakam II, którego matka Murchana była najprawdopodobniej Słowianką (za: Ilan Vit-Suzan). To jego agentem był Ibrahim ibn Jakub, który dał pierwszy pewny opis Polski Mieszka. Pierwszy słowiański kalif został wielkim patronem wiedzy. Ściągał do Kordoby księgi z całego świata muzułmańskiego oraz stworzył zespół muzułmańsko-katolicki, który podjął wielkie dzieło translatorskie ksiąg greckich i łacińskich na język arabski. Jego córką była matematyczka Lubna z Kordoby - Hypatia świata arabskiego. W okresie jego panowania uczone kobiety odgrywały dużą rolę kulturową. Sam kalif był biseksualny i na swoim dworze urządził męski harem. Słowiański kalif wypromował także słowiańską elitę. W 972 naczelnym dowódcą armii mianował Galiba Abu Temmana al-Nasira (zm. 981). Galib trafił do Kordoby jako słowiański niewolnik, został następnie wyzwolony przez twórcę kalifatu Kordoby i zrobił karierę wojskową. Protegowanym Galiba został słynny Almanzor (938-1002). Korzenie Almanzora są niejasne, przypuszcza się jednak, że i on był Słowianinem. W każdym razie został on twórcą najważniejszej partii słowiańskiej Kalifatu Kordoby: Amirydów.


LUBNA Z KORDOBY




W 977 Almanzor poślubił Ismę, córkę Galiba. Dla obu tych wpływowych przywódców nie było jednak miejsca w kalifacie, więc rychło pokłócili się o władzę, którą w całości przejął Almanzor. Po raz kolejny powtórzyła się historia z kalifatu Fatymidów: doszło do gwałtownej rozgrywki o władzę wewnątrz samej partii słowiańskiej. O zamach stanu zostali oskarżeni i skazani na śmierć dwaj słowiańscy eunuchowie: wielki sokolnik Jawdhar oraz wielki szatny Fä'iq an-Nazäm. Oskarżono ich o to, że usiłowali ukryć śmierć kalifa Al-Hakama II, by zapobiec sukcesji jego syna Hishama II, a w jego miejsce wynieść do władzy wnuka Abd-ar-Rahmana III. Naturalnie, istnienie takiego spisku jest tak samo prawdopodobne jak to, że był to jedynie pretekst do pozbycia się konkurencji. Szło bowiem o to, kto będzie miał marionetkowego kalifa. Po śmierci słowiańskiego kalifa, jego następcy byli już tylko marionetkami w ręku wojskowej elity słowiańskiej (i częściowo berberyjskiej). Realną władzę przejął wówczas Almanzor. Uważany jest za jednego z największych dowódców średniowiecza. Także i on promował słowiańską elitę. Od jego panowania Słowianie stali się dominującą siłą kalifatu.

Jego największym dowódcą był Słowianin Wadih (zm. 1011). To on w roku 998 odzyskał dla Kordoby marokański Fez, a w 1010 mianowany został pierwszym ministrem. Wadih został gubernatorem prowincji Marca Media oddzielającej katolików od muzułmanów. Poza Wadihem, który zarządzał także prowincją Játiva, inni Słowianie byli obsadzani jako gubernatorzy prowincji: Mujāhid w Tortosie i Walencji, Jairán (Khayrān, Chajran lub Hairan) w Almería. W Walencji byli słowiańscy niewolnicy, Mubarrak i Muzaffar, nadzorowali system irygacyjny. Wielu Słowian włączyło się także w życie kulturalne kraju. Słowianin Habib as-Siqlabi napisał nawet specjalną monografię poświęconą andaluzyjskim pisarzom, poetom i bibliofilom słowiańskiego pochodzenia.

(...)

Wytworzyła się zatem taka sytuacja w arabskim państwie, że Berberowie i Słowianie powołali marionetkowych kalifów, którzy zaczęli spierać się o władzę, tymczasem całe państwo było sukcesywnie dzielone na niezależne królestwa, którymi władali Słowianie, Berberowie lub Arabowie. Słowianie objęli we władanie całe wschodnie wybrzeże Hiszpanii (włącznie z Ibizą i Majorką) oraz większość zachodniego. (...) W 1011 powstaje tajfa Almeria (Al-Mariyya). Jej pierwszym królem mianuje się były słowiański niewolnik Aflah al-Fatah, powołany do współzarządzania tą prowincją jeszcze przez Almanzora. W 1014 zostaje pokonany i zabity przez innego słowiańskiego eunucha, Jairana as-Saqlabí al-Amiri al-Fatah, który panuje do roku 1028. Po śmierci Wadiha, Jairan uważany jest za przywódcę partii słowiańskiej w Kordobie. Sukcesywnie opanował także Murcię, Orihuelę, Tudmirę, Jaén. W 1018 powołał swojego kalifa Abd ar-Rahmana IV, z pretensjami do władzy w całym kalifacie. Gdy jednak marionetkowy kalif podjął próbę wybicia się na niezależność, prosząc o pomoc emira Walencji, Jairan nakazał jego likwidację. W 1026 wespół z władcą Denii podbijają Kordobę, ponieważ jednak obaj słowiańscy emirowie nie byli w stanie się dogadać co do osoby nowego kalifa, obaj opuszczają miasto. Podczas panowania Jairana Almeria dynamicznie się rozwijała. Zbudowano mury obronne, wodociągi, ludność podwoiła się. Jego następcą został Zuhayr al-Amiri as-Saqlabí.


TERENY EMIRATU KORDOBY POD RZĄDAMI SŁOWIAN
 (kolor czerwony)



Najważniejszą słowiańską dynastią mauretańską byli Amirydzi. Jej protoplastą był Almanzor (Al-Mansur Ibn Abi Aamir). (...) Amirydzi panowali formalnie jako hadżibowie, czyli szambelani, była to analogiczna sytuacja jak w państwie Franków, gdzie Karolingowie, formalnie jako majordomusi, marszałkowie dworu, przejęli władzę królewską Merowingów. Po rozpadzie kalifatu Amirydzi założyli dynastie panujące w królestwie Walencji oraz Denii. W latach 1010-1021 panowali w Walencji byli słowiańscy niewolnicy wyzwoleni przez Amirydów: Mubarrak (Mbarek), Muzaffar, Lab'ib z Tortosy i Muyahid. Od 1021 do 1086 panują już sami Amirydzi: Abd al-Aziz ibn Amir, 'Abd al-Malik al-Muzzaffar, Abu Bakr ibn Abd al-Aziz, 'Uthman. Szczególnie ważny był panujący w latach 1021-1061 wnuk Almanzora, Abd al-Aziz ibn Amir, który dał Walencji jej złoty wiek, w którym zastąpiono rzymski model rozwoju poprzez ekspansję geograficzną - ekspansją demograficzną.

Druga linia Amirydów panuje w Denii. W 1010 wyzwolony niewolnik słowiański Mudżahid Jusuf al-Amir al-Siqlabi ogłasza się emirem tajfy Denii i panuje aż do 1045. W 1011 Denia jako pierwsza zaczyna bić własną monetę, a w 1015 zajmuje Baleary i (na krótko) Sardynię. Tajfa Denia słynęła z dobrobytu, Mudżahid był wielkim kolekcjonerem książek i mecenasem, a na jego dworze mieszkało wielu najznakomitszych mędrców ówczesnej epoki (np. Ibn al-Saffar, astronom znany z traktatu o astrolabium, który wpłynął na Keplera).

(...)

Mauretańska partia słowiańska zapoczątkowała rozpad Kalifatu Kordoby, czyli otworzyła drogę do reintegracji Półwyspu Iberyjskiego z resztą Europy. Był to decydujący czynnik rozwoju cywilizacyjnego Europy po upadku Rzymu. Wchłoniecie wysoko rozwiniętej kultury mauretańskiej przez świat chrześcijański dało chrześcijaństwu zasadnicze impulsy rozwojowe. To przez wchłonięcie kultury mauretańskiej Europa Zachodnia poznała Arystotelesa, dzięki czemu odrodziła racjonalizm. XI wiek był w Hiszpanii okresem panowania słowiańskich królów z dynastii Amirydów oraz ich słowiańskich wyzwoleńców. 

Dziś jest to praktycznie zapomniana karta historii. Pewnie dlatego, że burzy ona wszystkie panujące narracje. Słowianie byli ciemni i prymitywni, dopiero chrześcijaństwo ich oświeciło, kontakt z Rzymem i Niemcami lub Bizancjum. Tymczasem w X wieku Słowianie doprowadzili Kordobę do szczytu jej potęgi, tworząc w Hiszpanii kulturę i państwo, które stało wyżej niż cała reszta Europy. W najgorszym razie można powiedzieć, że islam nie gorzej oświecał Słowian niż chrześcijaństwo. Ale można też zauważyć, że wchłonięcie Słowian do chrześcijaństwa i islamu było wielką siłą napędową obu tych religii. Słowianie wnosili przede wszystkim pluralizm, veto, inne zdanie, inną drogę, rozbijając tym samym unifikujący i paraliżujący imperializm.

(...)

W samej Katalonii istnieje dziś frapująca zagadka nad którą głowy sobie łamią różni historycy: dlaczego Katalończycy nazywani są Polakami? Powstało na ten temat dziesiątki teorii, ale wszystkie one są jedynie mniej lub bardziej przekonującymi spekulacjami. Nikt nie jest w stanie wyjaśnić skąd się to wzięło. Ja również nie wiem, skąd się to wzięło, ale Katalonia stała się realnym rozgrywającym podmiotem dzięki sojuszowi z byłymi słowiańskimi niewolnikami, którzy opanowali zachód Morza Śródziemnego. Z przyczyn politycznych wymazano ten epizod z pamięci zbiorowej: raz że według przyjętej narracji chrześcijaństwo odzyskało Hiszpanię dzięki rekonkwiście a nie dzięki wewnętrznemu rozbiciu kalifatu, dwa że był to sojusz z piratami, którzy rozrabiali w XI w. na Morzu Śródziemnym.




Na słowiańskich piratów nie ma się co oburzać za "dżihad" wymierzony w miasta chrześcijańskie. Były to bowiem te miasta, które ekspediowały Słowian jako niewolników do arabskiego świata

W 2015, w tysięczną rocznicę, w hiszpańskiej Almerii postanowiono pomnik emirowi Jairanowi. Nie wiadomo, jak wielu mieszkańców uświadamia sobie, że emir nie był Arabem, lecz przywódcą partii słowiańskiej w kalifacie Kordoby". 


CAŁOŚĆ TUTAJ


 CDN.

PS: Bardzo nie podobają mi się ostatnie zmiany personalne premiera Morawieckiego, szczególnie zaś usunięcie ze stanowiska ministra obrony narodowej pana Antoniego Macierewicza. Jak tylko się rozeznam o co w tym wszystkim chodzi (bo chyba nie chodzi o wykiwanie Nas), to napiszę coś więcej na ten temat. Obecnie "wrukwiają" mnie te zmiany, szczególnie w MSZ-ie i zasępienie Waszczykowskiego (dżumy) Czaputowiczem (cholerą). Nie chcę jeszcze ferować przedwczesnych wyroków, ale nie wiążę z osobą tego pana zbyt dobrych nadziei.  


MACIEREWICZ JESZCZE WRÓCI!!! 

TO TYLKO TYMCZASOWA ROZGRYWKA