Łączna liczba wyświetleń

środa, 29 września 2021

O RETY KABARETY! - Cz. XVIII

 NOWY HUMOR

 
 
 DZIŚ:
 
 
 
KABARET MŁODYCH PANÓW
 
 
 
"TRUP W RESTAURACJI"
 
 
0:45 - "WIDZĘ ŻE KOLEGA ZALICZYŁ ZGON"
 
"W RZECZY SAMEJ. ALE PAŃSTWA STOLIK JEST ODDALONY WYSTARCZAJĄCO I MYŚLĘ ŻE NIE POWINNO TO PRZESZKADZAĆ"
 
"A NIE LEPIEJ BYŁOBY GO WYPROWADZIĆ? ON TROCHĘ ODSTRASZA KLIENTÓW"
 
"NIE MO"ŻEMY BO CZEKAMY NA PROKURATORA"  😂
 
 1:30 - "NIECH PAN PODA COŚ NA USPOKOJENIE!"

1:45 - "CZYLI NA POCZĄTEK COŚ DO PICIA, TAK?"

1:55 - "JAK PAN TO SOBIE WYOBRAŻA... TAM PRZECIEŻ LEŻY TRUP!"

"TAK, JUŻ O TYM WSPOMINAŁEM, MAMY TEGO ŚWIADOMOŚĆ" 😄

2:00 - "A TAM SIEDZI POLICJA, DLACZEGO ONI NIC NIE ROBIĄ?"

"BO TERAZ JEDZĄ" 😅
 
3:35 - "PRZEPRASZAM, A DLACZEGO TUTAJ WSZYSCY SIĘ SCHYLAJĄ I NAM PAN TEŻ KAZAŁ SIĘ SCHYLAĆ JAK WCHODZILIŚMY?"
 
"PONIEWAŻ MY JESZCZE NIE WIEMY, CZY ZAMACHOWIEC SKOŃCZYŁ STRZELAĆ" 😀
 
4:15 - "ZDROWIE DENATA" 😃
 
4:35 - "A GDZIE ON POSZEDŁ?"
 
"PROKURATOR POSZEDŁ ZJEŚĆ DO POKOJU"
 
"ALE ZAPOMNIAŁ STWIERDZIĆ ZGON!"
 
"JA MYŚLĘ ŻE TO JUŻ AKURAT MAMY STWIERDZONE" 😅
 
6:55 - "LUDZIE, OPAMIĘTAJCIE SIĘ, PRZECIEŻ TU JEST TRUP. A JAK JEST TRUP, TO SIĘ RESTAURACJĘ ZAMYKA"
 
"PÓŁ ROKU MIAŁEM ZAMKNIĘTE, TERAZ JESZCZE CZWARTĄ FALĘ MI ZAPOWIEDZIELI I NIE BĘDĘ PRZEZ BYLE PIERDOŁĘ LOKALU ZAMYKAŁ" 👍
 
 

 
 
 
KABARET MORALNEGO NIEPOKOJU
 
 
 
 "POPRAWNOŚĆ POLITYCZNA"
 
 
0:10 - "MARIUSZ, NIE UWIERZYSZ CO SIĘ STAŁO? TAM PRZY WINDZIE WPROWADZIŁ SIĘ MURZYN!"
 
"TATO, JAKI MURZYN?"
 
"A JAKIE SĄ MURZYNY - CZARNY JAK SMOŁA!" 😄
 
0:55 - "TATO, NIE MÓWI SIĘ MURZYN, MÓWI SIĘ AFROAMERYKANIN"
 
"DLACZEGO TAK?"
 
"BO MURZYN TO BRZYDKIE SŁOWO"
 
"A CO W NIM BRZYDKIEGO? ŻE W ŚRODKU JEST "Ż" 😅
 
(...) 2:45 - TATO, NIE MA JUŻ CYGANÓW"
 
"A CO, WYJECHALI? TO W ICH STYLU NIC SIĘ NIE MARTW, POKRĘCĄ SIĘ PO ŚWIECIE I WRÓCĄ"
 
"TATO, TERAZ ZAMIAST CYGAN, MÓWI SIĘ ROM!"
 
"DLACZEGO TAK?"
 
"BO CYGAN TO TEŻ UWŁACZAJĄCA NAZWA - O, CYGAN TO KURY KRADNIE"
 
"A JAK ROM UKRADNIE KURĘ TO CO Z TYM ROBIMY? TO JEST Z POWROTEM CYGAN, NOWY ROM CZY UDAJEMY ŻE TEJ KURY NIE BYŁO?" 😂
 
(...) 4:40 - TATO, ZANIM POWIESZ DO MNIE MARIUSZ, TEŻ SIĘ DOBRZE ZASTANÓW. DUŻO MYŚLAŁEM O SOBIE, CZYTAŁEM W INTERNECIE, ZASIĘGAŁEM PORAD I DOSZEDŁEM DO WNIOSKU ŻE JESTEM NIEBINARNY... RAZ SIĘ CZUJĘ KOBIETĄ, RAZ MĘŻCZYZNĄ, A RAZ KIMŚ POMIĘDZY"
 
"MOŻE SIĘ CZYMŚ ZATRUŁEŚ..." 😂
 
 

 
 
 
i z 2016 r. świetny skecz:
 
 
 
KABARETU ANI MRU MRU
 
 
 
"PLAN"
 
 
0:40 - "NIE WIEM GDZIE SIĘ U CIEBIE WODĘ SPUSZCZA, TO SE TAM PRZY OKAZJI SPUŚCISZ"
 
"ALE JA NIE MAM W DOMU TOALETY" 😅
 
 2:00 - "NASZ OBIEKT KOŃCZY ZAJĘCIA NA SIŁOWNI ok. 18:30, WSIADA DO SAMOCHODU I JEDZIE W STRONĘ DOMU. CO SIĘ DZIEJE DALEJ?"

2:12 - "JA SPRAWDZAM CZY WSZYSCY SĄ W DOMU... PRZEJEŻDŻAM PRZED DOMEM TRZY RAZY, ZA KAŻDYM RAZEM W INNEJ PERUCE ŻEBY MNIE NIE ROZPOZNALI"

"ŹLE, MUSISZ PRZEJECHAĆ PRZED DOMEM CZTERY RAZY, BO NIE WRÓCISZ NA SWOJE MIEJSCE"
 
"OTÓŻ WRÓCĘ NA SWOJE MIEJSCE, GDYŻ POSIADAM ROWER" 😂
 
3:18 - "W JAKI SPOSÓB PRZECHWYTUJESZ KURIERA?"
 
"KURIER WYRUSZA Z BAZY O godz. 18:40. O 18:50 DOJEŻDŻA DO PRZEJAZDU KOLEJOWEGO - TAM GO PRZECHWYCĘ, TAM MUSI SIĘ ZATRZYMAĆ, BO DOKŁADNIE O TEJ PORZE PRZELATUJE TOWAROWY Z OTMUCHOWA"
 
"MASZ JAKIŚ PLAN "B", JAKBY SIĘ TOWAROWY Z OTMUCHOWA SPÓŹNIŁ?"
 
"TO NIE MA ZNACZENIA"
 
"JAK NIE MA ZNACZENIA, PRZECIEŻ JAK SIĘ POCIĄG SPÓŹNI, TO ON PRZEZ TEN PRZEJAZD PRZEJEDZIE"
 
"NIE PRZEJEDZIE. JA TEN PRZEJAZD OBSERWOWAŁEM OD KILKU DNI I ZAUWAŻYŁEM TAM BARDZO CIEKAWĄ RZECZ - TE SZLABANY, ONE ZAMYKAJĄ SIĘ ZNACZNIE WCZEŚNIEJ, ZANIM W OGÓLE POJAWI SIĘ POCIĄG. NIE PRZEJEDZIE!" 😎
 
4:30 - "IDĘ TRENOWAĆ PRZEJAZDY"
 
"ZWARIOWAŁEŚ? DZISIAJ BĘDZIESZ TRENOWAŁ PRZEJAZDY? PRZECIEŻ CIĘ ROZPOZNAJĄ"

"DZISIAJ MOGĄ MNIE ROZPOZNAĆ, WAŻNE ŻEBY MNIE JUTRO NIE ROZPOZNALI" 😄
 
4:55 - "DZIŚ W NOCY ZMIENIA SIĘ CZAS Z ZIMOWEGO NA LETNI, WIĘC ZAPAMIĘTAJCIE SOBIE, ŻE DZIŚ W NOCY WSZYSCY ŚPIMY GODZINĘ KRÓCEJ"
 
5:05 - "KRÓCEJ, KRÓCEJ - BO CZAS SIĘ COFA" 😂
 
6:05 - "PANOWIE, JA MUSZĘ WIEDZIEĆ KTÓRA JUTRO BĘDZIE GODZINA o 18:50"
 
"WIĘC CIĘ TERAZ POINFORMUJĘ, ŻE JUTRO o 18:50, BĘDZIE DOKŁADNIE 18:50. TYLKO O TRZECIEJ BĘDZIE DRUGA" 😉

8:00 - "A MIAŁEM WCZEŚNIEJ ZAPYTAĆ, TYLKO MI WYLECIAŁO - A JAK TEN PODKOP?"

"OK. KOPIE SIĘ"

8:40 - "DOBRA, SZCZERZE - ILE BRAKUJE?"
 
"2-3 METRY"
 
8:55 - "NIE ZDĄŻYSZ!"
 
"ZDĄŻĘ! DAM RADĘ, MAM ROWER!"
 
"A MÓGŁBYŚ MI WYJAŚNIĆ, CO MA ROWER DO PODKOPU?"
 
9:15 - "SŁYSZAŁEŚ BARANA? OTÓŻ DROGI KOLEGO, JAK MI NIE BĘDZIE SZŁO, TO WSIĄDĘ NA ROWER I POJADĘ PO SZPADEL" 😂
 
10:15 - 19:06 JA WYŁANCZAM PRĄD"
 
"WYŁĄCZAM, ILE RAZY MAM POWTARZAĆ"
 
"JA WIDZĘ ŻE SĄ NERWY, 😅 ALE USTALMY KTO WYŁANCZA PIEPRZONY PRĄD, BO NAM SIĘ CAŁA AKCJA POSYPIE.
 
(...) 11:45 - KIEDY ZAPALA SIĘ ŚWIATŁO, JA JUŻ SIEDZĘ  W SALONIE I JAK GDYBY NIC MÓWIĘ: "BARDZO SIĘ CIESZĘ, ŻE W TYM ROKU ZDECYDOWAŁ SIĘ PAN PRZYJĄĆ KSIĘDZA PO KOLĘDZIE" 😇

 

 
 
 CDN.
 

wtorek, 28 września 2021

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CLII

TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI

SŁOWIANIE I CELTOWIE


 


 

PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE:

SŁOWIANIE

(SŁOWIANIE W GRECJI I NA BLISKIM WSCHODZIE)

(ok. 1800 r. p.n.e. - ok. 1180 r. p.n.e.)

Cz. X


 
 
BLISKI WSCHÓD W OGNIU SŁOWIAŃSKICH ŻAGIEW
(ok. 1200 r. p.n.e. - ok. 1170 r. p.n.e.)
Cz. V
 
 



 
SYRIA, PALESTYNA, EGIPT
KU PIRAMIDOM
Cz. III
 




  
UGARIT
(ok. 1190 r. p.n.e.)
Cz. II
  

 Bogate miasto Ugarit zniknęło nagle z powierzchni ziemi tak, jakby mieszkańcy w ogóle nie spodziewali się ataku i nie byli przygotowani na jego odparcie. Praktycznie do ostatniej chwili miasto tętniło życiem a handel kwitł (w znalezionych w archiwach domów kupieckich z Ugarit glinianych tabliczkach z pismem klinowym, zanotowane są dokładnie wciąż nie zrealizowane umowy handlowe z wieloma okolicznymi miastami Lewantu, z Asyrią - dokąd wysyłano purpurę, oraz z Egiptem - gdzie egipscy faraonowie zamawiali w Ugarit m.in. żelazne miecze) i nagle na to zupełnie nieprzygotowane do walki miasto, spadł cios w postaci najazdu Ludów Północy, które to archeolog Gaston Maspero nazwał umownie "Ludami Morza". Kiedy mniej więcej doszło do zagłady owego tętniącego życiem miasta? Według mnie miało to miejsce ok. 1190 r. p.n.e. lub kilka lat później, ale na pewno przed 1185 r. p.n.e. A skąd w ogóle takie przypuszczenie? Z czterech powodów. Po pierwsze miasto Emar (leżące w głębi Syrii) z którym Ugarit prowadziło bogatą wymianę i korespondencję handlową, zostało zniszczone również około 1185 r. p.n.e. gdyż kontakty się urwały. Po drugie - na jednej z odnalezionych w Ugarit tabliczek, jest mowa o zaćmieniu słońca które miało miejsce dokładnie 21 stycznia 1193 r. p.n.e., co oznacza, że przed tą datą miasto jeszcze istniało i nie mogło być zniszczone. Po trzecie - w 1986 r. został w ruinach Ugarit odnaleziony list, napisany przez egipskiego wezyra o imieniu Bej, który został stracony w piątym roku panowania faraona Siptaha (panował ok. 1194-1188 r. p.n.e.), czyli mniej więcej w 1190/89 r. p.n.e., a to znów pokazuje, że list ów musiał być napisany i wysłany znacznie wcześniej (przed rokiem 1190 p.n.e.). Po czwarte i według mnie najważniejsze - badanie radiowęglowe (z warstwy popiołu z Ugarit - próbka 7 A) datuje zniszczenie miasta na lata 1192-1190 p.n.e. Dlatego też za ostateczny rok zagłady Ugarit przyjąłem właśnie ową datę 1190 r. p.n.e. jako najbliższą (według mnie) prawdzie.

W chwili upadku i całkowitym zniszczeniu tego bogatego, lewantyńskiego miasta, zasiedlało go ok. 35-40 tys. mieszkańców, z czego uciekło z miasta w chwili najazdu "Ludów Morza" jakieś 8000 osób - którzy nigdy już tam nie powrócili. Ludność miasta była w większości pochodzenia aramejskiego (czyli wywodziła się z grupy Semitów północno-zachodnich do których to należeli również Kananejczycy i Hebrajczycy), ludności kananejskiej nie było jednak dużo, o czym świadczy fakt, iż przybycie do miasta pewnego Kananejczyka, zostało specjalnie uwypuklone na jednej z ugaryckich tabliczek z pismem klinowym. Ostatnim władcą miasta był niejaki - Hammurapi (Ammurapi), syn króla Ibiranu i wnuk Ammistamru II (znanego z oskarżenia o niewierność i wygnania swej żony, córki władcy Amurru - Bentesziny - o czym pisałem w poprzedniej części). Jednak Hammurapi (podobnie jak i jego brat - Nikmadu III - panujący przed nim) nie był wybitnym władcą, a czasy jego panowania niczym się nie odznaczyły (poza faktem zniszczenia Ugarit za jego rządów 😏). Król był (podobnie jak potem w Izraelu) również ofiarnikiem, który składał ofiary najwyższym bogom w imieniu miasta, choć sam nie był ani najwyższym kapłanem, ani też nie należał do kapłańskiej elity - był po prostu świeckim ofiarnikiem oddającym miasto i jego mieszkańców pod opiekę bogów. Do najważniejszych świąt obchodzonych w Ugarit (w których uczestniczył bezpośrednio sam król, a nie najwyższy kapłan), należało "Święto Nowego Roku" ku czci Baala (święto to trwało aż półtora miesiąca, ale król brał udział jedynie w obchodach podczas nowiu i pełni pierwszego miesiąca roku - które to obchodzono szczególnie uroczyście). Ważne też było święto, zwane "Rytuałem Przymierza". Podczas tego święta król przecinał na dwie połowy wybraną jałówkę, kozę oraz młodego barana, po czym rozkładał porąbane części naprzeciw innych i tak pozostawiał je na ofiarę bogom (kapłani zaś odpędzali dzikie ptactwo i hordy much, które się tam zlatywały), a najwyższy kapłan wyczytywał z tych wnętrzności przepowiednię dla miasta i jego mieszkańców.




Było kilku najwyższych bogów Ugarit, a na ich czele bez wątpienia stał bóg EL (w języku ugaryckim: "L", w hebrajskim: "EL", w akadyjskim: "ILU", a w arabskim: "ILAH"). Wyraz ten znaczył tyle, co: "silny", "mocny" i bez wątpienia był on ojcem wszystkich bogów ugaryckiego panteonu. Królowie panowali z jego łaski i przyzwolenia ("mlk" - znaczyło po ugarycku "król"). El był bogiem życzliwym ludziom (choć nie można było zbytnio zbliżać się przed jego oblicze), sprawiedliwym i mądrym (kapłani pod wpływem jego natchnienia mieli tłumaczyć sny i głosić proroctwa). El był też bogiem pierwotnym, wiecznym i bardzo starym, który realnie nie piastował już władzy nad światem, a tę powinność scedował na Baala. Jego symbolem był byk. Drugim wielkim bogiem był zaś DAGON, a patronował on rolnictwu i urodzajowi zboża. W Ugarit znajdowała się wielka świątynia ku czci tego boga, choć ciężko dopatrzyć się jego pokrewieństwa z Elem, to wiadomo, iż miał być ojcem Baala. Dagon stał się potem  największym i najważniejszym bogiem Filistynów (czyli słowiańskiego plemienia Peleset), osiadłych w rejonie Gazy, Aszkelonu, Aszdodu i Joppe, a dla Izraelitów będzie tożsamy z demonem. Synem Dagona był - BAAL, młody, silny i pełen zapału bóg, będący bez wątpienia centralną postacią w ugaryckich poematach literackich. O ile Ela przedstawiano jako starca pełnego rozwagi i mądrości, to Baala cechowała energia i porywczość. Był bogiem burzy i życiodajnego deszczu, władcą i panem świata (jego imię dosłownie znaczy "Pan", zapisywane w języku ugaryckim jako "b'l", a ponieważ imię to łączone było z osobą boga Hadada - boga burzy, tak więc Baal i HADAD to ta sama postać, pisana po prostu jako "Pan Hadad", czyli "hdd"). O przygodach Baala opowiada szereg ugaryckich tekstów literackich i religijnych (np. zwyciężył on w walce Jama - boga morza, jak i z Mota, bogia śmierci i świata podziemnego). Baal był dobroczyńcą ludzkości a jego siedzibą znajdowała się na górze Sapon, gdzie El pozwolił mu zbudować dla siebie pałac. Baal był bardzo popularnym bóstwem w całym Kanaanie i nawet Izraelici początkowo oddawali mu cześć (dopóki nie przerzucili się na Jahwe). 

Warto też wspomnieć o jakimś żeńskim bóstwie, jak choćby o bogini ASZIRAT - żonie Ela i matce bogów. Mieszkańcy Ugarit zwali ją "stworzycielką bogów" ("qnjt") lub po prostu "wielką Panią", a także "tą, która stąpa po Morzu". Jej symbolem był osioł (stąd właśnie wielkie damy Ugarit często podróżowały na ośle). Była ona boginią urodzaju i zmysłowej miłości a w jej świątyni na centralnym miejscu znajdował się długi pal, będący symbolem męskiej witalności (dochodziło tam również do aktów miłości pomiędzy mężczyznami i kobietami) przez to bogini ta przedstawiana była z reguły nago, jadąc na lwie i trzymając w jednej ręce lilię, a w drugiej dwa węże. Była bardzo popularna w całym Kanaanie, a jej ślady pozostały również w Starym Testamencie, w którym jest napisane: "Nawet aszera stała w Samarii"(2 Krl 13,6), a także: "Natomiast zburzcie ich ołtarze, skruszcie czczone przez nich stele i wyrąbcie aszery" (Wj 34,12n). Warto też wspomnieć o ANAT , siostrze, kochance i żonie Baala - bogini miłości, płodności wojny i zemsty, a jednocześnie uosobieniu dziewczęcej kobiecości. Jej symbolem był koń (często ukazywano ją nagą, jadącą na koniu). Była jednak również boginią krwawą i lubującą się w mordach oraz krwi (to właśnie na jej ołtarzach składano ofiary z nowo narodzonych dzieci). Była boginią, która mogła zajść w ciążę, ale już nie urodzić i musiał ją "otwierać" któryś z bogów (najczęściej był to Baal). To tyle jeśli idzie o ugaryjski panteon.


WSPÓŁCZESNA BOGINI ANAT



Ugarit zostało doszczętnie spalone a budynki zamieniły się w "bezkształtne kopce gruzu", jak pisała archeolog - Marguerite Yon z francusko-syryjskiego zespołu badaczy. Tylko jakieś 8000 ludzi udało się wydostać z płonącego miasta, ci ludzie nigdy już tam nie powrócili, mimo że większość z nich zakopała lub ukryła drogocenne przedmioty, których nie można było ze sobą zabrać, a które archeolodzy odnajdowali nawet po trzydziestu wiekach. Nowe miasto na gruzach Ugarit powstało dopiero w latach 30-tych VI wieku p.n.e. 

 

RAS-IBN-HANI
(ok. 1190 r. p.n.e.)


Miejscowość Ras-Ibn-Hani, leżąca na wybrzeżu Morza Śródziemnego, na północ od Ugarit, była w starożytności letnią rezydencją władców tego grodu. Prawdopodobnie tuż przed najazdem "Ludów Morza" ludność tej miejscowości zdołała uciec (lub też została ewakuowana), gdyż nie odnaleziono tam ludzkich kości ani grot strzał czy włóczni, sugerujących walkę. Natomiast z całą pewnością miasto to zostało spalone zaraz po wejściu tam owych północnych najeźdźców, lecz wkrótce potem ponownie zasiedlone, już przez nową ludność (prawdopodobnie tą ludnością byli Mešweš, czyli lud Medźwiedzi, walczący w klasycznych nakryciach głów ze skóry niedźwiedzi - gdyż lud ten osiadł właśnie w północnych terenach Syrii. Prawdopodobnie towarzyszyło im także plemię Lukka - czyli Lukanów, gdyż wiadomo o tym, że Lukanowie ruszyli bardziej na Zachód, a Medźwiedzie bardziej na Wschód w kierunku Eufratu. Prawdopodobnie też doszło do wewnętrznych walk między tymi dwoma plemionami i wydaje się, że Lukanowie zostali pokonani i zmuszeni do obrania drogi na Zachód. Być może więc to właśnie oni (wraz z plemieniem Karkisa - które to można przetłumaczyć na "Karogrodzian" - od Carogrodu, czyli... antycznego Krakowa. Co do tego ostatniego plemienia, to nie ma całkowitej pewności czy byli oni w Syrii wraz z Lukanami, gdyż wymienieni są tylko raz na egipskiej steli, jak atakowali Deltę wraz z Mešweš, dlatego dodałem ich jedynie profilaktycznie)byli autorami ostatecznego zniszczenia miasta Ugarit.  






RAS-al-BASSIT
(ok. 1190 r. p.n.e.)


Północna placówka miasta Ugarit, w której to odnaleziono pewną ilość kości i złamanych grotów strzał, co może sugerować że miało tu miejsce pierwsze starcie Ludów Północy z Aramejczykami z Ugarit. Wydaje się jednak, że większa część ludności zdołała stąd uciec, reszta zaś zginęła (jeśli tak się stało, to pytanie brzmi, dlaczego mieszkańcy Ugarit nie zostali w porę ostrzeżeni przed zbliżającym się niebezpieczeństwem i nie zdołali przygotować obrony. A może atak postępował kilkutorowo i część Ludów Północy atakowało te placówki, a inne ludy ruszył bezpośrednio na samo Ugarit?). 
 

 
GIBALA
(ok. 1190 r. p.n.e.)


Drugie portowe miasto należące do Ugarit. Spalone i zniszczone w tym samym czasie, co poprzednie, z tym że tutaj znajduje się znacznie więcej pozostałości toczonych walk, niż w Ras-al-Bassit czy nawet w samym Ugarit.






KARKEMISZ
(ok. 1185 r. p.n.e.)


Wydaje się, że Karkemisz - miasto namiestnika Hetytów i wicekróla całej północnej Syrii, przetrwało najazd "Ludów Morza" na Ugarit i zdobyte zostało dopiero w kilka lat później po tej lewantyńskiej zagładzie. Od czasów Suppiluliumy I (ok. 1380-1340 r. p.n.e.) miasto to znajdowało się pod panowaniem dynastii Pijaszsziliego (panował w Karkemisz pod huryckim imieniem - Szarrikuszucha), syna Suppiluliumy I. Miasto było siedzibą książąt-namiestników całej Syrii (Syrii Północnej, czyli hetyckiej, gdyż Południowa, na mocy układu z Egiptem z 1258 r. p.n.e., pozostawała pod dominacją faraonów), a władcy Karkemisz z czasem stali się na tyle niezależni, że królowie Hetytów musieli się z nimi układać, jak równy z równym. Karkemisz było najsilniejszym ośrodkiem wojskowym Syrii i to władcy z tego miasta stali za uśmierzaniem lokalnych buntów syryjskich wielmożów, jednak w chwili upadku Imperium Hetytów (ok. 1200 r. p.n.e.) i zdobycia miast Północnej Syrii, Karkemisz nie miało szans się ostać, jako niezależna wyspa na morzu słowiańskich żagwi i (jak pisze o tym Ramzes III na swej steli): "Żaden kraj nie oparł się ich broni (czyli "Ludów Morza"), począwszy od Hatti, Kode (Kizzuwatna czyli Cylicja), Karkemisz, Arzawa, także Alaszija - naraz zniszczone". Prawdopodobnie ludem (ale czy jedynym?) który zdobył Karkemisz, byli Šekeleš - czyli Ślężanie znad Ślęży. Zapewne wspomagali ich, osiadli niedaleko Miedźwiedzie (to jest też tylko moje przypuszczenie i nie ma tu żadnego potwierdzenia odnośnie kierunków poruszania się tych ludów). W każdym razie Karkemisz - podobnie jak i inne miasta Syrii - przestało istnieć.  


  
SAMUR (AMURRU)
(ok. 1185 r. p.n.e.)


Jak dalej pisze w swej inskrypcji Ramzes III: "Rozbili obóz na jakimś miejscu w Amurru. Zniszczyli jego lud, a jego kraj był, jakoby nigdy nie był. Szli na Egipt i fala ognia szła przed nimi". Niewiele wiadomo na temat zniszczenia Samur, ale można założyć że miasto to również zostało starte z powierzchni ziemi, podobnie jak wcześniej Ugarit, gdyż nie ma już potem żadnych informacji na temat ponownego zamieszkiwania ludności w Samur. 



EMAR - ALALAH - TUNIP - KADESZ
(ok. 1185 r. p.n.e.)


Miasta te, będące partnerami handlowymi Ugarit, przestały istnieć również w tym samym mniej więcej czasie, co Karkemisz i Samur. Nic więcej jednak na ten temat nie wiadomo.






ARAD - BYBLOS - SYDON - TYR
(ok. 1185 r. p.n.e.)


Te miasta przetrwały najazd "Ludów Morza", a przynajmniej ucierpiały w niewielkim tylko zakresie i były w stanie ponownie odbudować swoją pozycję w kolejnych dziesięcioleciach. Przykładem tego niech będzie inskrypcja niejakiego Wenamona, kapłana ze Świątyni Amona-Re w Tebach, który został posłany do Byblos (ok. 1075 r. p.n.e., czyli w sto lat po omawianych wydarzeniach) przez Herhora (faraona Górnego Egiptu), w celu zdobycia drzewa cedrowego pod budowę nowej, wielkiej łodzi procesyjnej dla boga. Wenamon (zaopatrzony jedynie w niewielką ilość złota i srebra) uważał, że władca Byblos przekaże mu potrzebne drzewo tak, jak czynili to wcześniej przodkowie tego króla. W swej inskrypcji Wenamon opisuje, iż spotkał władcę Byblos: "Na górnym piętrze pałacu przy oknie, skąd można się było przyglądać falującemu morzu". Król miał zadać kapłanowi pytanie: "Z jakim właściwie zleceniem przybyłeś tutaj?", na co tamten odrzekł: "Przybyłem tu po drzewo potrzebne do wielkiego i wspaniałego statku Amona-Re, boga królów. Twój ojciec czynił to, twój dziadek także i ty uczynisz to również". Jednak władca Byblos odparł: "Oni czynili to istotnie i - gdy ty mi coś za to dasz, abym to uczynił - uczynię to także. Zaiste moi przodkowie wypełniali takie polecenia, ale faraon przysłał tu również sześć statków wyładowanych egipskimi towarami i nasi wyładowali je do swoich spichrzów. Tak więc i tym mi coś przywieź". Był to ewidentny przykład upadku władzy Egiptu na terenie Palestyny i Syrii, o czym ów król Byblos nie opatrzył dodać: "Ale ja nie jestem twoim sługą, ani sługą tego kto cię wysłał!" Wenamon nic nie wskórał i ostatecznie musiał poprosić faraona o przysłanie okrętów z towarami wymiennymi, za które mógł dopiero otrzymać libański cedr. To pokazuje jak nisko upadła dawna potęga Egiptu, oraz to, że Byblos (jak i inne miasta wybrzeża) przetrwały najazd słowiańskich plemion z Północy, które po zniszczeniach w Syrii przeniosły się teraz na Południe, do Kanaanu, w którym już od co najmniej stu lat zamieszkiwały plemiona Habiru, zwane dziś po prostu Hebrajczykami lub Izraelitami. Droga przez Kanaan zaś, wiodła bezpośrednio do Egiptu.


CDN.

niedziela, 26 września 2021

WOJNA 39 - Cz. III

NA PODSTAWIE RELACJI RZĄDOWYCH,

INSTRUKCJI I ARTYKUŁÓW PRASOWYCH

DZIEŃ PO DNIU

od 5 stycznia do 27 grudnia 1939 r.

 



 

TRUDNY SOJUSZ

CZYLI RELACJE POLSKO-FRANCUSKIE

(KRÓTKA RETROSPEKCJA ROKU 1933)


 




 
"FRANCJA ZAWSZE USTĘPOWAŁA I USTĄPI TERAZ"


JÓZEF PIŁSUDSKI w rozmowie z LOUIS'EM BARTHOU
(Kwiecień 1934 r.)
 

 
Marszałek Józef Piłsudski aż trzykrotnie w ciągu 1933 r. starał się porozumieć z Francuzami w kwestii rozpoczęcia wojny prewencyjnej z Niemcami. Najpierw z misją wybadania czynników francuskich co do nowej sytuacji w Niemczech (powstałej po zdobyciu władzy przez nazistów), udał się do Paryża z końcem stycznia 1933 r. - hrabia Jerzy Potocki. Miał on również złożyć propozycję władzom francuskim położenia ostatecznego kresu agresywności Hitlera i militaryzacji życia w Niemczech. Spotkał się on z francuskim ministrem spraw zagranicznych - Josephem Paulem-Boncour'em, wiernym realizatorem polityki "briandyzmu" (o czym jeszcze wspomnę w dalszej części) i tam po raz pierwszy - oczywiście w formie zawoalowanej dyplomatycznym pustosłowiem - Piłsudski usłyszał francuskie "Nie" w kwestii wojny z Hitlerem. Po raz drugi posłał Marszałek do Francji swego wiernego współpracownika i zaufanego oficera - pułkownika Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego (marzec-kwiecień 1933 r.). Wówczas Piłsudski usłyszał francuskie "Nie" po raz drugi. Mało kto wie jednak, że Marszałek podjął jeszcze jedną, ostatnią akcję przekonania Francuzów co do ocalenia nie tylko postanowień Traktatu Wersalskiego, ale i utrzymania dotychczasowego status quo w Europie. 14 października 1933 r. Niemcy opuściły konferencję rozbrojeniową i zapowiedziały wyjście z Ligii Narodów (co też uczyniły 19 października). Dla Marszałka był to wystarczający powód do rozpoczęcia interwencji zbrojnej, gdyż fakt ten świadczył dobitnie o wzroście tendencji militarystycznych w Niemczech, a co za tym idzie do zagrożenia europejskiego bezpieczeństwa (Marszałek uważał że Francuzi wreszcie przejrzeli na oczy i doszli do tych samych względów). Jeszcze w październiku 1933 r. do Paryża udał się więc z tajną misją hrabia Ludwik Hieronim Morstin (poeta, tłumacz, filozof, emisariusz). Piłsudski za pośrednictwem Morstina zadawał francuskim władzom dwa podstawowe pytania, na które żądał jasnych odpowiedzi "tak" lub "nie" bez zbytniego pustosłowia. Pytanie pierwsze brzmiało: Czy w razie zaatakowania Polski przez Niemcy na jakimkolwiek odcinku jej granicy, Francja odpowie ogólną mobilizacją wszystkich sił zbrojnych? Pytanie drugie: Czy Francja wystawi w tym przypadku wszystkie rozporządzalne siły zbrojne na granicy z Niemcami? Nad tymi pytaniami radziła francuska Rada Ministrów z udziałem samego prezydenta - Alberta Lebrun'a, lecz odpowiedź była jednoznacznie negatywna.

To było do przewidzenia, tym bardziej że już od jakiegoś czasu pojawiały się pomysły ogólnego rozbrojenia, a jednocześnie podniesienia liczebności armii niemieckiej do równej liczebności armii innych państw (szczególnie francuskiej). Jedną z takich dziwnych propozycji była koncepcja "wschodniego Locarno", która zaczęła się kształtować w dość mglistych jeszcze zarysach od czerwca 1930 r., a swój ostateczny kształt przybrała w listopadzie 1931 r. Autorem tej koncepcji, był Wysoki Komisarz Ligii Narodów w Gdańsku - Włoch Manfredo Gravina. Stwierdził on bowiem już w czerwcu 1930 r. w rozmowie z kierownikiem referatu Ligii Narodów w brytyjskim Foreign Office - Alexandrem Cadogan'em, iż: "Żaden wielki naród (miał na myśli Niemcy) nie pogodzi się z sytuacją, w której podzielony jest na dwie części przez taki korytarz, jak polski", dodawał jednak że: "korytarz jest w większości zamieszkały przez Polaków". Zaproponował więc następujące rozwiązanie polsko-niemieckiego konfliktu o "korytarz" (czyli nasze Pomorze - swoją drogą czy ktoś się zastanawiał po co Włochom Wenecja wraz z całym regionem? Przecież równie dobrze można by tam stworzyć niezależne państwo, albo podzielić ten kraj pomiędzy Słoweńców i Austriaków 😏). Obszar Wolnego Miasta Gdańska miał zostać powiększony kosztem polskiego Pomorza, tak, aby uzyskał wspólną granicę z Niemcami (na zachodzie) i był na tyle duży, aby pomieścił jedną lub dwie linie kolejowe łączące Niemcy z Prusami Wschodnimi. Północna część "korytarza" miała pozostać przy Polsce wraz z Gdynią, ale komunikacja z nią odbywałaby się przez terytorium Wolnego Miasta Gdańska, mając zapewniony swobodny tranzyt. Polska zachowałaby również dostęp do portu w Gdańsku pod gwarancjami Ligii Narodów (które tak naprawdę były zwykłymi świstkami papieru, którymi co najwyżej można by sobie podetrzeć to, co pozostaje po zjedzeniu obfitego posiłku). Gravina twierdził że byłoby to rozwiązanie kompromisowe, które co prawda do końca nie zadowalałoby żadnej ze stron, ale przynajmniej byłoby jakąś formą zakończenia konfliktu o "korytarz". 

W sporządzonym przez niego (15 listopada 1931 r.) memoriale, twierdził dalej Gravina że co prawda "czas pracuje dla Polski", a "korytarz" szybko się polonizuje, i że ubytek ludności niemieckiej postępuje wraz z większym przyrostem naturalnym u Polaków, a powstanie Gdyni związało cały ten obszar bardziej z Polską, niż z Niemcami, ale jednak dodawał że Niemcy wciąż protestują przeciwko "niesprawiedliwej granicy", a program rewizjonistyczny podzielają wszystkie niemieckie partie polityczne. Co prawda Polacy są gotowi bronić "korytarza" i mają nad Niemcami obecnie przewagę w uzbrojeniu i liczebności, ale Niemców jest dwa razy więcej niż Polaków i zawsze mogą się dozbroić. Co będzie, jeśli za parę lat Niemcy będą w stanie siłą odebrać Polsce ów "korytarz"? - zapytywał Gravina. Oczywiście memoriał przewidywał - bliżej jeszcze nieokreślone - zadośćuczynienie dla Polski (gdyż ustępstwo z jej strony doprowadzi do tego, iż "trzeba będzie jej coś dać"). W styczniu 1933 r. projekt Graviny został dopracowany przez Brytyjczyków, a jego autorem był pracownik departamentu Foreign Office - Robert Hankey junior. Odrzucił on koncepcję Wolnego Miasta Gdańska jako nierealną i wysuwał trzy (zbliżone do siebie) koncepcje rozwiązania problemu Gdańska oraz "korytarza". W każdej z trzech koncepcji Gdańsk wracał do Niemiec (po przeprowadzonym tam plebiscycie). Polska zachowałaby Gdynię i pas wybrzeża morskiego jaki dotąd posiadała, a także miałaby zapewnioną strefę wolnocłową w porcie gdańskim, oraz specjalne przywileje tranzytowe. Niemcy jednak dostałyby kontrolę nad linią kolejową, idącą z Berlina do Królewca, "łącznie z odpowiednią przestrzenią ziemi, potrzebną dla zbudowania głównej drogi dla ruchu tranzytowego" przez Tczew, ale z ominięciem tego miasta. Polska dalej utrzymałaby połączenie z resztą Pomorza i z Gdynią, za pomocą dróg i linii kolejowych biegnących nad niemiecką linią Berlin-Królewiec (miało to się odbywać w założeniu Hankey'a za pomocą mostów wiszących nad eksterytorialną linią niemiecką). Projekt ten został oficjalnie zaprezentowany 18 stycznia 1933 r. (na dwanaście dni przed dojściem Hitlera do władzy w Niemczech). Oczywiście było pewne, że ani Niemcy, ani Polska na taki plan nie wyrażą zgody i nie ma on przed sobą żadnej przyszłości.




W pamiętniku kapitana Mieczysława Lepeckiego, adiutanta Marszałka Piłsudskiego, znalazł się taki oto opis wydarzeń związanych z kwestią Gdańska: "6 marzec 1933. Późnym wieczorem, gdy wiedziałem, że Marszałek już dawno skończył "myślenie" o państwie, co wchodziło w program Jego prac codziennych, zajrzałem do gabinetu, sądząc, że może dobrze by było zagadnąć o czymkolwiek, byle jak najdalszym od polityki. Nieraz udawało mi się w ten sposób wyrwać Marszałka z zaklętego koła Jego trosk politycznych, które przeżywał zawsze bardzo osobiście. Każda trudność i niepowodzenie Polski były dla Niego własnymi trudnościami i niepowodzeniami. (...) Odsunąłem roletę i spojrzałem na ogród. Padał drobny śnieżek, wiał wiatr. - Pogoda marcowa - rzekłem. Marszałek podniósł głowę, nachyloną nad stolikiem. - Jaka? - zapytał żywo. - Marcowa. Śnieg i wiatr. Ale ponieważ wiedziałem, że taka wiadomość może Marszałka wprowadzić w zły humor, prędko dodałem: - Do rana może się jeszcze przejaśnić, jutro może być najładniejsza pogoda. Marszałek jednak nie był zbyt pobłażliwie tego dnia do mnie usposobiony. - Prorok, pim (Państwowy Instytut Meteorologiczny) - mruknął w moją stronę. Zamilkłem skonfundowany i zamierzałem wynieść się do swego pokoju, gdy Marszałek zapytał:  - Macie może u siebie gazetę z rezultatami wyborów w Niemczech? Pobiegłem do swego pokoju i za chwilę podałem Marszałkowi "Kurier Czerwony". Rzucił nań okiem i rzekł: - Tak, siedemnaście i siedem milionów. A jak to było w jesieni? Miał oczywiście na myśli oddane głosy na partię narodowosocjalistyczną (17 milionów głosów) i socjalistyczną (7 milionów głosów). Ponieważ gazety komentowały wówczas obszernie rezultaty wyborów do Reichstagu, (...) mogłem więc odpowiedzieć na pamięć: - Na Hitlera padło wtedy jedenaście milionów, a na socjalistów też siedem. Hitler idzie do góry kosztem wszystkich partii z komunistami włącznie. (...) Było już około pierwszej w nocy. O tej porze panowała w naszym mieszkaniu przeraźliwa, nieznośna cisza. (...) - Tych Gdańszczan, panie Marszałku - odezwałem się - to chyba skóra swędzi. O Batorym to już zapomnieli. Marszałek Piłsudski ożywił się (...) - O Batorym mi przypominacie - rzekł i nagle zachmurzył się. - Właśnie, coś za dużo sobie pozwalają - Marszałek ruszył ramionami. - Ja już im kazałem - rzekł - Batorego przypomnieć. Ja się z nimi nie liczę, ja z armat będę do nich strzelał, ja to miasto z ziemią zrównać każę! Marszałek Piłsudski nasrożył się cały, podniósł głos, zmarszczył brwi, aż mu nawisły na oczy. - Ja z armat do nich będę strzelał, ja to miasto z ziemią zrównać każę! - powtórzył. Nie wiedziałem jeszcze wówczas, że flota polska miała już wydany rozkaz zbombardowania Wolnego Miasta w wypadku znieważenia godła państwowego Rzeczypospolitej lub jakiegoś gwałtownego przeciw władzy polskiej wystąpienia, ale już z tych słów zrozumiałem, że Marszałek przemówił do Gdańszczan surowo. Długo jeszcze w nocy dochodziły mnie z gabinetu wzburzone słowa Marszałka, który prowadził sam z sobą jakąś dyskusję, a niekiedy bił pięścią w stół, aż echo szło po pokojach. Cała Polska spała wtedy spokojnie i bezpiecznie (...) Sprawa policji portowej została załatwiona w kilka dni później w Lidze Narodów i w myśl życzeń Polski. (...) Ponadto, Gdańsk zapewnił Polskę o zupełnym bezpieczeństwie polskich składów amunicji, co nasz rząd przyjął do wiadomości. W ten sposób próba zamachu na polski stan posiadania w Wolnym Mieście została z miejsca i bezwzględnie odparta".

Kolejnym planem rewindykacji ziem polskich na korzyść Niemiec, był tzw.: "Pakt Trzech" autorstwa Benito Mussoliniego. Jego zarysy powstały po raz pierwszy 2 marca 1933 r. w rozmowie Mussoliniego z francuskim ambasadorem - Bertrandem Jouvenel'em. Mussolini miał się wówczas wyrazić, że: "korytarz polski jest najniebezpieczniejszym problemem, który należy usunąć". Przewidywał zatem zwrócenie Gdańska Niemcom, wraz z pasem wybrzeża Pomorza "nie głębszym jak od 10-15 km., dla umożliwienia Niemcom swobodnej komunikacji z Prusami Wschodnimi". W zamian proponował bliżej niesprecyzowaną rekompensatę terytorialną dla Polski. Na kolejnym spotkaniu (18 marca 1933 r. w Rzymie), tym razem z brytyjskim premierem Ramsay'em MacDonaldem, Mussolini otwarcie stwierdził że: "Polski Korytarz był wielkim błędem popełnionym w Wersalu" - celem było więc stworzenie takiej sytuacji politycznej, która umożliwiłaby rewizję polskich granic na Pomorzu i oddania tych terenów do Niemiec, dlatego też Włosi porozumieli się zarówno z Brytyjczykami, jak i z Francuzami (jako sojusznikami Polski). Francuzi, którzy zapoznali się z włoskimi planami z końcem marca 1933 r., wnieśli doń sporo poprawek. Przede wszystkim odrzucali rewizję granic (nie widziano bowiem realnej możliwości rewizji granic państw takich jak Polska czy państwa Małej Ententy bez ich zgody). Postulowano natomiast stworzenie stałego "Dyrektoriatu" czterech mocarstw, dodając do Francji, Wielkiej Brytanii i Włoch jeszcze Niemcy (a potem nawet pięciu, z Belgią jako piątym "mocarstwem"). Ów Pakt Czterech miał odtąd monitorować kwestię granic, poprzez wspólne konferencje czterech mocarstw (już 11 grudnia 1932 r. Francja, Wielka Brytania oraz Włochy zezwoliły Niemcom na etapowe dozbrajanie swojej armii). Państwa Małej Ententy (Rumunia, Czechosłowacja i Jugosławia) przyjęły ten plan jeszcze w formie projektu - 30 maja 1933 r. Polska czekała do jego ostatecznego kształtu, parafowanego 7 czerwca. Minister spraw zagranicznych Rzeczpospolitej - Józef Beck zapoznał się z nim 9 czerwca, a dnia następnego, w swej przemowie w sejmie, odrzucił go w całości, mówiąc: "Żadne postanowienia powzięte na podstawie tego paktu, które dotyczyłyby bezpośrednio lub pośrednio interesów państwa polskiego, nie będą miały dla rządu polskiego w żadnym wypadku mocy obowiązującej" (w prywatnej zaś rozmowie z ambasadorem Francji w Polsce - Julesem Laroche, stwierdził Beck że jeśli mocarstwa pragną wprowadzać zmiany w Traktacie Wersalskim "które nie dotyczą wyłącznie tych mocarstw, rząd polski zastrzega sobie podobną możność", np. w kwestii granicy jugosłowiańsko-włoskiej, czy wypowiedzenia traktatu o mniejszościach narodowych). 

Laroche starał się przekonać Becka do akceptacji tego projektu, jako gwaranta pokoju w Europie, ale ten stwierdził tylko, iż przyjęcie tego planu oznaczać będzie w praktyce dominację nie czterech, a trzech mocarstw, jako że Francja zawsze wówczas znajdowałaby się w mniejszości. Laroche depeszował do Paryża, tłumacząc powody odmowy przyjęcia tego paktu ze strony Polski tymi oto słowy: "Uważając się za semi-wielkie mocarstwo, Polska czuje się urażona, że nie jest traktowana jako takie", a także że: "Francja stara się wyzbyć zobowiązań wobec Polski". Beck dodawał że: "Polska nigdy nie pozwoli na to, aby stać się zabawką w czyimkolwiek ręku", twierdził również, że sojusz z Francją pozostaje jednym z fundamentów polityki polskiej, ale dopytywał: "Z jaką Francją, Francją Bluma, czy Francją Milleranda". I tutaj też dochodzimy do sedna kwestii zmiany francuskiej polityki względem Polski i Niemiec. Otóż Francja Alexandra Milleranda (z którą sojusz polsko-francuski był zawierany 19 i 21 lutego 1921 r.), a tym bardziej Francja Georges'a Clemenceau już wówczas nie istniała. Teraz na długie lata francuską politykę zdominowała osoba Aristide Brianda (ministra spraw zagranicznych Francji w latach 1925-1932) i jego ideowych kontynuatorów z "kartelu lewicy". Briand dążył bowiem do trwałego pojednania z Niemcami, i dzięki temu utrzymania pokoju w Europie, ale niestety koszty takiego porozumienia zapłacić miała Polska. W koncepcji politycznej Aristide Briand'a mało miejsca zajmowała bowiem sprawa sojuszu z Polską, a wręcz przeciwnie, uważał on sojusz z Warszawą za niepotrzebny i tylko wiążący Francji ręce w jej stosunkach z Niemcami (zresztą przyznał kiedyś, że gdyby nie Rzesza, to rozmowy z Polakami w ogóle nie miałyby sensu). Briand (podobnie jak wielu jego następców) był zwolennikiem relacji z Polską tylko o tyle, o ile miałoby to służyć bezpośrednim interesom Francji, bez zbytniego angażowania się, ale jednocześnie uważał że Polska nie może w ten sam sposób traktować stosunków z Paryżem (jakże wielkie powstało oburzenie wśród francuskich elit rządzących, gdy 25 lipca 1932 r. doszło do zawarcia polsko-sowieckiego paktu o nieagresji. Francuskie gazety wręcz krzyczały o zdradzie Polaków i to pomimo faktu, że w tym samym czasie Francja starała się również podpisać z Sowietami podobny układ. A już totalna paranoja wystąpiła nad Sekwaną, po podpisaniu polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 r.).




To właśnie Briand doprowadził do Locarno (czyli podpisania tzw.: "paktu reńskiego", gwarantującego nienaruszalność granicy francusko-niemieckiej i belgijsko-niemieckiej, przy jednoczesnym pominięciu gwarancji dla granic: polsko-niemieckiej i czesko-niemieckiej), był też zwolennikiem Paneuropy, której zaczątkiem miało być porozumienie przemysłowców francuskich i niemieckich (Briand stał się honorowym prezesem ruchu paneuropejskiego i mocno wspierał założoną w 1924 r. przez Richarda Coudenhove-Kalergiego - Międzynarodową Unię Paneuropejską - będącą zaczątkiem powojennej Wspólnoty Europejskiej. Notabene Coudenhove-Kalergi to ten sam gostek, który opracował plan dzisiejszej zagłady Europy poprzez masową migrację tutaj ludzi o innej kulturze i rasie. Coudenhove-Kalergi pisał bowiem już w 1922 r.: "Człowiek przyszłości będzie rasy mieszanej. Dzisiejsze rasy i klasy będą stopniowo znikać ze względu na eliminację przestrzeni, czasu i uprzedzeń. Eurazjatycko-negroidalna rasa przyszłości, podobna z wyglądu do starożytnych Egipcjan, zastąpi różnorodność narodów i różnorodność jednostek. Zamiast niszczyć europejski judaizm, Europa, wbrew jej woli, uszlachetniła i wykształciła tych ludzi, popędzając ich do przyszłego statusu wiodącego narodu poprzez ten sztuczny proces ewolucyjny. Nic dziwnego w tym, że naród który uciekł z getta-więzienia, stał się duchową szlachtą Europy. Tym sposobem litościwa troskliwa Europa stworzyła nową rasę arystokratów. To się wydarzyło, gdy upadła europejska arystokracja feudalna z powodu emancypacji Żydów". Tacy ludzie byli potem współwinni klęsce Francji w 1940 r., bo łatwiej im było dogadać się z Niemcami i wraz z nimi budować "wspólną Europę", niż walczyć z tym nazistowskim łajnem. Duchowymi następcami Brianda (a także w dużej mierze Coudenhove-Kalergiego) byli tacy politycy francuscy, jak: Edouard Herriot, Joseph-Paul Boncour czy Edouard Daladier. To Briand był też wielkim zwolennikiem budowy Linii Maginota na granicy francusko-niemieckiej, mającej być w założeniach potężną "siłą odpierającą". Budowana i rozszerzana ogromnym kosztem (7 miliardów franków w złocie) od 1930 r. linia fortyfikacji najeżonych działami, karabinami maszynowymi i potężnymi zasiekami przeciwczołgowymi, poddała się praktycznie bez jednego wystrzału w czerwcu 1940 r., gdy Niemcy obeszli te umocnienia od strony Belgii (gdzie umocnień nie zbudowano, aby nie popsuć sobie stosunków z Belgami 😄) i wyszli na tyły potężnie ufortyfikowanej twierdzy Linią Maginota, zmuszając tamtejszą liczną załogę do kapitulacji bez walki.

Problem polegał na tym, że przez ludzi takich jak Briand, Francuzi zostali realnie wykastrowani, opierając swoje powodzenie wojenne na sile defensywnej, obronnej. Wygląda na to, że po 1918 r. Armia Francuska realnie utraciła jakąkolwiek zdolność ofensywną i jedyne na co było ją stać, to powolne oczekiwanie na kapitulację w umocnionym schronie. A przecież nie od dziś wiadomo, że najlepszą obroną jest właśnie atak i taka to też taktyka panowała w Wojsku Polskim przez cały okres Dwudziestolecia Międzywojennego (z drobną rezerwą na lata 1921 - 1926, gdzie Wojsko Polskie realnie, przez rządy tzw. "demokratów" doprowadzone zostało do stanu realnego upodlenia. Politycy zmniejszali uposażenie oficerom i żołnierzom do tego stopnia, że kapitan zarabiał mniej niż dozorca w kamienicy, a żołnierze sami musieli kupować sobie uzbrojenie, naboje a nawet mundury z niewielkiego i wciąż okrajanego żołdu. Jednocześnie zmuszano żołnierzy (kto zmuszał? politycy, wielcy panowie dupokraci, jojczący potem w niebogłosy jakaż to ta sanacja była zła i okropna) do handlu czarnorynkowego (np. węglem), aby móc się utrzymać. Realnie Wojsko przestało pełnić w latach 1921-1926 swoje naczelne funkcje, a zostało sprowadzone do roli n ę d z a r z y i zwykłych śmieci (tak, jak żołnierzy Wojska Polskiego i Straży Granicznej ostatnio nazwał Władysław Frasyniuk). Dopiero powrót Marszałka Piłsudskiego do władzy w maju 1926 r. (i wzięcie za "twarz" panów-dupokratów myślących tylko o interesie własnym i pełnej kiesie) diametralnie odmieniła tę zabójczą na dłuższą metę dla państwa sytuację (trzeba powiedzieć, że ludzie, którzy w II Rzeczpospolitej odpowiadali za takie upodlenie wojska, to byli mniej więcej ludzie o mentalności takiego właśnie Frasyniuka, choć większość z nich nigdy by publicznie nie wypowiedziała tych słów, jakie on wypowiedział. Gdyby jakimś trafem pan Frasyniuk przeniósł się teraz do lat 30-tych XX wieku i nazwał żołnierzy Wojska Polskiego "śmieciami" lub "watahą psów", to można się spodziewać - z przekonaniem graniczącym z pewnością - że jeszcze tej samej nocy miałby on wizytę u siebie w domu kilku kawalerów Orderu Virtuti Militari, przybyłych tam, aby mu dokładnie wytłumaczyć niestosowność jego zachowania. I gdyby po tej "rozmowie" pan Frasyniuk (lub ktokolwiek inny o tej samej mentalności) byłby w stanie jeszcze chodzić o własnych siłach, to doprawdy miałby dużo szczęścia. Miałby też szczęście, gdyby go nie zabrano do Berezy Kartuskiej - gdzie takie elementy (doprawdy trudno mi znaleźć określenie na ludzi szkalujących dobre imię żołnierzy Wojska Polskiego) miałyby czas przemyśleć sobie swoje postępowanie w odosobnieniu (po drodze oczywiście kolejny wpierdziel od strażników, połączony z całowaniem i przepraszaniem polskiej ziemi za podłe, antypolskie zachowanie - jak to miało miejsce chociażby w przypadku posła Liebermanna w 1930 r.). Trochę się niepotrzebnie uniosłem, ale napisałem co uważam o ludziach pokroju pana Frasyniuka, który buńczucznie stwierdził wręcz że on... "nie przeprosi". 

Komunista, jakim był Karol Radek (polski Żyd), który odwiedził Polskę w lecie 1933 r. (tutaj w Tarnowie mieszkała jego matka z którą miał bardzo silny związek emocjonalny, zresztą jego żona, która mieszkała w Moskwie, także była Polką), stwierdził w rozmowie z kapitanem Lepeckim: "Wy (piłsudczycy) jesteście tym samym w Polsce, czym nasi towarzysze partyjni są w Związku. Stanowicie trzon. Wszyscy, jak my, znacie się, wzajem sobie ufacie i wzajemnie się podtrzymujecie. Nawet w stosunkach towarzyskich najlepiej czujecie się w swoich legionowych kołach. To śmieszne, ale macie ten sam zwyczaj mówienia, wspominając o jakimś urzędzie lub oddziale wojskowym, że jest w nim ten lub inny legionista, przy czym często nie bywa to najwyższy oficer czy urzędnik". Oczywiście może i podobieństwa istniały przy pewnych formach relacji, sposobu mówienia lub nawet upodobań, jednak różnica podstawowa była w tym przypadku fundamentalna - ludzie sowieccy (bolszewicy) byli zaangażowani w chorą, antyspołeczną, antyludzką ideologię władzy, która poprzez zniewolenie człowieka miała zapanować nad światem. Natomiast piłsudczycy to nie była żadna ideologia polityczna, to był ruch oddolny, ruch legionowy, peowiacki, ruch młodych zapaleńców którzy często musieli wymykać się z domów aby wstąpić do Legunów w "14-tym roku", do tej Pierwszej Kadrowej, która niesiona natchnionym duchem Bożym, szła w drogę, by zerwać kajdany i oswobodzić z ponad stuletniej niewoli "umiłowaną Ojczyznę Matkę", odpowiadając tym samym na modły poprzednich pokoleń, cierpiących pod zaborami, a szczególnie owych "Żołnierzy Wyklętych roku 1863". 




Leguny był ich sumieniem, ich pamięcią, ich nadzieją na lepszą przyszłość. Polskę więc różniło od Francji zarówno w 1933 r. jak i potem w 1939 r. bardzo wiele - przede wszystkim zupełnie inna mentalność i podejście do otaczającego życia, gdzie nie było zatrutych kompromisów i pojednań z diabłami. Ludzkich diabłów się z powrotem wypędzało do piekła siłą bagnetów i niezłomnej, czystej wiary w ostateczne zwycięstwo. Czy to nazbyt idealistyczne, nierealne? Być może, ale tacy właśnie byli ideowi następcy Józefa Piłsudskiego, a dzięki tej wierze ta garstka chłopaków, wyruszająca 6 sierpnia 1914 r. z krakowskich Oleandrów dokonała cudu - ostatecznie zwyciężyła trzy wielkie imperia i wyzwoliła swą Ojczyznę z niewoli.       

 

DUSZĘ CHCESZ? - DUSZĘ DAJ!



 
 
CDN. 
 

sobota, 25 września 2021

"JESTEM KRÓLEM WASZYM PRAWDZIWYM, A NIE MALOWANYM..." - Cz. VI

CZYLI, JAK TO W POLSCE

NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?

 
 



KRÓL HENRICUS

Cz. II





 Orszak króla Henryka Walezego w drodze do Polski liczył 1200 osób, z czego samych Francuzów było ok. 600, a wśród nich tak zacni panowie, jak: Ludwik IV - książę de Nevers, książę de Mayenne, margrabia d'Elboeuf, hrabia de Rochefort, Eligiusz hrabia de Chaunes, Ludwik książę Mirandoli, szambelan Henryka - Renat de Villequier, Wincenty Lauro - biskup Mondovi i wielu, wielu innych. Do tego należy doliczyć wozy wypełnione bagażami, meblami, kosztownościami, a także paniami lekkich obyczajów, które Henryk i jego przyjaciele (zwani potocznie mignonami - do których to zaliczali się choćby Ludwik de Guast i Filip Desportes, lubujący się np. w... podpalaniu włosów łonowych prostytutkom i czerpaniu z tego radości, a ponieważ należeli do bliskich dworaków króla, przeto i jego szybko "zarazili" tymi upodobaniami) zabrali ze sobą w drogę do nowego kraju. Cesarz rzymski - Maksymilian II Habsburg nie czynił już żadnych problemów orszakowi Henryka (miał nawet stwierdzić, że: "Polacy to naród bitny, potężny i pyszny", przeto znacznie łatwiej ich pozyskać dobrotliwością, niźli wrogością). Pomimo licznego orszaku dam i panien lekkich obyczajów, Henryk - przejeżdżając przez Wirtembergię - zapragnął nieco "pobaraszkować" w ramionach napotkanych tam niewiast, na których jednak jego pochodzenie i królewska korona nie wywarła wrażenia i nie zamierzały one być mu uległe. Uciekły więc stamtąd i zawiadomiły swych mężów, a ci natarli na zupełnie zaskoczonego i zdezorientowanego Henryka oraz jego mignonów i dotkliwie ich pobili. Tylko szybka ucieczka i zawiadomienie straży królewskiej uchroniły Henryka - dopiero co obranego króla polskiego - przed niechybną śmiercią lub trwałym kalectwem (potem Henryk żądał od lokalnego księcia ukarania tychże mężczyzn, jako że poważyli się oni podnieść rękę na jego królewski majestat, ale ów książę - wyrażając oczywiście ubolewanie z zaistniałej sytuacji - stwierdził, że w Wirtembergii nikt nie ma prawa ubliżać czci niewiastom, bez względu na to, czy jest chłopem czy królem. Mimo to poszkodowanych Francuzów obdarował jednak szczodrymi upominkami w ramach zadośćuczynienia).

Następnie królewski orszak skierował się na północ, gdzie we Frankfurcie nad Menem oczekiwał monarchę internuncjusz papieski w Polsce - Antoni Maria Gratiani, wysłany tam przez prymasa Polski - Jakuba Uchańskiego i biskupa warmińskiego - Stanisława Hozjusza. Gratiani zapewniał króla Henryka, że jedynym realnym oparciem dla niego w Polsce będzie hierarchia duchowna, która zamierza go wspierać w dążeniach do wzmocnienia władzy królewskiej, o której miano się wyrazić, że w warunkach polskich jest ona możliwa, gdyż polskie instytucje na to zezwalają, tylko trzeba z nich umiejętnie korzystać. Potem, we Frankfurcie nad Odrą, witał Henryka elektor brandenburski - Jan Jerzy Hohenzollern, a następnie (na wspaniałych odkrytych saniach, podarowanych nowemu władcy przez marszałka wielkiego koronnego - Jana Firleja) wjechał Henryk, dnia 24 stycznia 1574 r. do Międzyrzecza (delegacja powitalna senatu - na czele z biskupem kujawskim - Stanisławem Karnkowskim, wyszła do króla, gdy ten jeszcze stał po drugiej stronie granicznej rzeki Obry). Czekała go tam delegacja złożona z: biskupa kujawskiego - Stanisława Karnkowskiego, wojewody brzesko-kujawskiego - Jana Służewskiego, wojewody inowrocławskiego - Jana z Krotoszyna, wojewody rawskiego - Andrzeja Gostomskiego, kasztelana gdańskiego - Jana Kostki i marszałka nadwornego koronnego - Andrzeja Opalińskiego. Króla powitał mową biskup Karnkowski, na co odpowiedział mu w imieniu Henryka - Guido de Pibrac. Wokół stały wspaniałe chorągwie magnackie (każda na innych koniach, w innym stroju i z inną bronią), w oddali zaś, w Międzyrzeczu nieprzeliczone tłumy ludzi, ciekawskich zobaczyć swego nowego króla (i to pomimo wyjątkowo ostrej zimy, gdzie wokół śnieg leżał dość obficie). Karnkowski stwierdził, iż w Rzeczpospolitej król "sam rządzi, senat doradza mu, a stan rycerski tylko słucha" (nie była to prawda, czego wyrazem stały się pomrukiwania niezadowolenia zgromadzonej wokół szlachty, ale nikt nie się odważył zabrać głosu i przerwać mowę powitalną biskupa kujawskiego).




Wcześniej już, na sejmikach (które zjeżdżały się od 1 września 1573 r.) podjęto szereg ważnych postanowień, w których Francuzom (jako gościom) przyznawano we wszystkim pierwszeństwo, zezwalano też na obowiązywanie monety francuskiej w Rzeczpospolitej (wyznaczono specjalny jej kurs). Następnie odbyła się w Międzyrzeczu przed nowym monarchą defilada niemieckich rajtarów (idących u boku Henryka), a potem kolorowych chorągwi polskich. To cieszyło nieco oko Henryka, gdyż widok kraju, w którym śnieg występował tak licznie (tego roku była wyjątkowo mroźna zima) nie mógł go radować, ale zmieniło się to, gdy wjechał do Poznania (28 stycznia) - pierwszego dużego miasta na swej drodze w nowym kraju. Do tego miasta wprowadzał króla Wojciech Czarnkowski - kasztelan rogoziński, wraz z grupą wielkopolskich senatorów i 3000 bogato przystrojonego rycerstwa wielkopolskiego. Wszyscy się radowali z nowego monarchy, zakładając że teraz czeka Rzeczpospolitą nowy okres wielkości (swoją drogą jeszcze niedawno, zaraz po śmierci Zygmunta Augusta twierdzono powszechnie że oto nadchodzi już kres Rzeczpospolitej i ciężkie dlań czasy). Henryk zatrzymał się w pałacu biskupim, gdzie przez trzy kolejne dni prymas Jakub Uchański, wojewoda poznański - Stanisław Górka, a także władze miejskie nie szczędziły pieniędzy na wystawne uczty i bale dla uczczenia przybycia do kraju nowego króla. Ponoć jedzenia było tak dużo, że nie dało się tego zjeść w ciągu tygodnia, zaś trunków tak wiele, że większość przybyłych z Francji gości, praktycznie nie miała czasu aby wytrzeźwieć. Potem obdarowano króla i przybyłych wraz z nim Francuzów pięknymi końmi i kunsztownie zdobioną zbroją. 31 stycznia orszak królewski opuścił Poznań (mowę pożegnalną wygłosił jeden z przywódców szlachty wielkopolskiej - Adam Zbąski, który ostro potępił bratanie się ostatniego króla Zygmunta II Augusta z magnaterią - czyli z senatem - i radził nowemu królowi, aby tego błędu już nie popełniał, gdyż - jak rzekł - to naród, czyli szlachta jest prawdziwą władzą w Rzeczypospolitej). 

Królewski pochód wiódł następnie przez Pyzdry, Kalisz, Wieluń, Częstochowę i wreszcie 17 lutego Henryk wjechał do Balic (pod Krakowem), witany tam przez niezliczone tłumy mieszkańców królewskiego miasta. Przybyli tam też wszyscy senatorowie z Polski, Litwy i innych ziem Rzeczpospolitej, wraz ze swymi rotami zbrojnymi, które odziane w kolorowe stroje, pięknie się prezentowały na tle zaśnieżonych bronowickich błoni. Króla osobiście witał tam marszałek wielki - Jan Firlej (wcześniej, w czasie elekcji zwolennik Habsburgów). Przybyła tam również księżna Anna Jagiellonka w otoczeniu 6000 zbrojnych oraz licznego pocztu magnatów i szlachty. Annie zależało, aby Henryk się z nią ożenił, a ponieważ punkt ten został oficjalnie wykreślony z podpisanych w Paryżu zobowiązań Henryka, przeto musiała ona liczyć na presję i wsparcie panów królestwa (pomoc w tej kwestii obiecywał jej m.in. prymas Uchański). Henrykowi jednak nie spieszyło się do ślubu ze starszą od niego o prawie trzydzieści lat kobietą. Nowy monarcha "pozdrowił wyciągniętą prawicą każdy ze stanów", a potem rozpoczęły się mowy powitalne w imieniu senatu, dworzan, mieszczan i żaków z Uniwersytetu Krakowskiego. Henryk Walezy wjechał do Krakowa dopiero 18 lutego 1574 r. o drugiej w nocy. Tydzień wcześniej odbyło się tutaj uroczyste złożenie do grobu ciała poprzedniego króla - Zygmunta Augusta Jagiellona, które sprowadzone zostało z Tykocina do Warszawy (wrzesień 1573 r.) gdzie najpierw spoczęło w kolegiacie św. Jana. Potem - 30 stycznia, kondukt pogrzebowy wyruszył w stronę Krakowa, gdzie dotarł 10 lutego i tam też rozpoczęły się uroczystości pogrzebowe którym przewodziła księżna Anna Jagiellonka (w Katedrze Wawelskiej - gdzie w kaplicy Zygmuntowskiej spocząć miało ciało poprzedniego króla, obok ciał innych monarchów - miało miejsce dość przerażające, choć wyreżyserowane przedstawienie, gdy podczas modłów do świątyni wjechał na koniu krajczy koronny - Jerzy Mniszech, przebrany w zbroję Zygmunta Augusta, stanął następnie na środku kaplicy i... nagle zapadł się pod ziemię. Było to przerażające widowisko, ale dopracowane i wyreżyserowane, tak więc nikomu nic się nie stało, natomiast miało to pokazać w symboliczny sposób złożenie do grobu zwłok ostatniego Jagiellona).




Wjeżdżającemu nocą do Krakowa (rozświetlonego pochodniami) przez bramę św. Floriana - Henrykowi Walezemu, towarzyszyły wszędzie po drodze łuki triumfalne (na których były umieszczone epigramy z dzieł Jana Kochanowskiego), przez które tenże przejeżdżał, a także iluminacja świateł i salwy wystrzelane z miejskich dział. Łącznie przybyło na powitanie 30 000 szlachty na bogato przystrojonych koniach, "A wszystko (jak pisze Heidenstein) co postrzegłeś, lśniło się złotem, srebrem, klejnotami, kosztownym pierzem, futrami, jedwabiami; giermkowie nawet błyszczeli drogiemi kamieniami. Niektórzy panowie mieli złote strzemiona i takież u koni podkowy". Król wjechał do miasta pod złocistym baldachimem trzymanym nad jego głową, a poprzedzali go panowie francuscy wraz z polskimi senatorami. Przed bramą kanoniczną po wjeździe na Wawel, gorejący światłem biały orzeł z liliami na piersiach, sztucznie schylił głowę przed nowym królem. Henryk następnie udał się do Katedry Wawelskiej na modlitwę, a po jej zakończeniu odwiedził księżną Annę w jej pokojach na Zamku Królewskim - witając się z nią bardzo serdecznie i cały czas trzymając ją za rękę (co wyrobiło w niej przekonanie, że Henryk jednak się z nią ożeni). Dopiero potem nowy monarcha udał się na spoczynek. Następnie (rankiem) król udał się do Katedry Wawelskiej, gdzie pochylił się przed relikwiami św. Stanisława ze Szczepanowa (oficjalnie patrona Polski - ale prywatnie powiem że taki patron to zakała dla kraju, jako że co prawda zginął śmiercią tragiczną i ciało jego miało zostać posiekane na kawałki z polecenia króla Bolesława II Śmiałego w kwietniu 1079 r. ale wcześniej wspierał on wrogów królestwa, głównie Niemców i Czechów i dla mnie to żaden patron, a raczej zwykły zdrajca). Dzień królewskiej koronacji Henryka został wyznaczony na 21 lutego 1574 r., a tymczasem w całym kraju zbierały się sejmiki ziemskie, na których dogłębnie (artykuł po artykule) omawiano uchwały podjęte w Paryżu. Gdy król (20 lutego) wezwał senatorów i szlachtę zebraną w Krakowie na rozmowy do Zamku Królewskiego, większa część szlachty nie chciała przybyć, jako że Henryk nie został jeszcze koronowany i oficjalnie nie był królem, ale gdy usłyszeli że senat się zjawi na królewskie wezwanie, przybyli i oni. Mimo to wdało się też wówczas trochę nerwowości, gdy marszałek Firlej (który niedawno tak uroczyście gościł wjeżdżającego do kraju Henryka i ofiarował mu piękne sanie), teraz miał stwierdzić że nie zgodzi się na koronację dopóty, dopóki król raz jeszcze nie przysięgnie na prawa które zaakceptował w Paryżu. Mało tego, Firlej zaczął stwarzać Francuzom różne przeszkody (m.in. umieścił ich w podrzędnych kwaterunkach, tak, iż godziło to z ich szlachecką godnością - wówczas król Henryk zaprosił ich do Zamku, co też stworzyło nieco kłopotu, zważywszy na liczbę jaką stanowili Francuzi). Ostatecznie Pibrac uspokoił popędliwość Firleja i stwierdził iż król raz już przysiągł, a jeśli teraz ma przysięgać po raz wtóry, to znaczy że jego słowo i tak nic nie znaczy, jeśli nie ufa mu się za pierwszym razem.

21 lutego 1574 r. odbyła się królewska koronacja. Henryka prowadzili do Katedry Wawelskiej dwaj biskupi: krakowski - Franciszek Krasiński i kujawski - Stanisław Karnkowski, nieśli oni przed monarchą ozdoby królewskie. Kasztelan krakowski - Sebastian Mielecki (w zastępstwie sędziwego Walentego Dembińskiego) niósł koronę królewską, wojewoda krakowski, marszałek wielki koronny - Jan Firlej niósł berło królewskie, wojewoda wileński - Mikołaj Radziwiłł "Rudy" (w zastępstwie wojewody poznańskiego) niósł królewskie jabłko, a miecznik koronny - Andrzej Zborowski królewski miecz koronacyjny - Szczerbiec. Królowi towarzyszyli posłowie: papieski, cesarski, francuski, węgierski, szwedzki, duński, wenecki, brandenburski, brunszwicki, pomorski, pruski, ferrarski, siedmiogrodzki i moskiewski. Przed wielkim ołtarzem stał tron królewski, przy którym Henryk ukląkł i słuchał modlitwy, a następnie mowy prymasa Uchańskiego o cnotach monarszych (przede wszystkim Wierności - Sprawiedliwości i Odwadze), po czym został poproszony o ich dopełnienie w formie złożenia przysięgi na Ewangelię. Wówczas jednak zaprotestował Firlej, ponownie domagając się zaprzysiężenia uchwał paryskich (w tym przede wszystkim zasady wolności religijnej), krzycząc w stronę króla: "Jak nie przysięgniesz, nie będziesz panował!" (powielając tym samym słowa, wypowiedziane w Paryżu przez Zborowskiego). Ostatecznie jednak król przysiągł na Ewangelię że dochowa powinności monarszych a Firleja znów uspokoiła pojednawcza mowa Pibraca. Teraz rozdzwonił się wielki Dzwon Zygmunta, a chór chłopięcy począł śpiewać pieśni religijne, gdy prymas Uchański namaścił czoło oraz prawe ramię Henryka od dłoni do łokcia olejem świętym (jako symbol boskiej godności królewskiej i waleczności). Następnie biskupi zdjęli z króla albę (w którą był przyodziany) i przebrali go w szaty królewskie, a prymas podał królowi Szczerbiec (który ponoć pamiętał jeszcze czasy Bolesława Chrobrego i miał zostać wydrążony uderzeniem króla w bramę Kijowa w 1018 r. W rzeczywistości jednak miecz-Szczerbiec pochodził z czasów znacznie późniejszych i po raz pierwszy został użyty podczas koronacji królewskiej Władysława I Łokietka w 1320 r. Do dziś znajduje się on na Wawelu - jako jeden z nielicznych insygniów koronacyjnych, gdyż korona królewska, berło i jabłko zostały zrabowane przez Prusaków z Wawelu w 1794, a następnie z rozkazu Fryderyka Wilhelma III przetopione w marcu 1809 r. jako ostateczne dopełnienie całkowitej zagłady Polski). Henryk wykonał owym mieczem znak krzyża, a następnie na zapytanie marszałka wielkiego, czy lud akceptuje nowego króla, rozległ się okrzyk zgromadzonych tłumów: "Niech żyje król!". Prymas włożył wówczas na skroń Henryka Koronę Królów i podał do prawej ręki berło a do lewej jabłko. Uroczystość zakończyła się powitaniem króla przez jego poddanych, komunią świętą i hymnem św. Ambrożego wykonanym przed grobem św. Stanisława, gdzie wisiały chorągwie zdobyte na nieprzyjaciołach od czasów Płowiec (1331 r.) i Grunwaldu (1410 r.). Król następnie wyprawił wspaniałą ucztę z 257 naczyniami złotymi, srebrnymi, pozłacanymi i wysadzanymi drogimi kamieniami. Po roku i siedmiu miesiącach oczekiwania Rzeczpospolita nareszcie znów miała swego króla, radowali się więc wszyscy nie myśląc, że wspaniałe uczty i pijaństwo nie mogą przecież przesłonić codziennej prozy życia.






CDN.