Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

CENTRUM ŚWIATA - Cz. V

PODRÓŻ W CZASIE





VII

FORUM ROMANUM 

Cz. I



"PAŁACE GODNE KRÓLÓW PRACOWITYM PŁUGOM ZABIORĄ RESZTĘ ZIEMI ŻYZNEJ JUŻ NIEDŁUGO"

HORACY
"ODY"

 






KURIA


 Opuszczając Forum Julijskie i ponownie wchodząc na ulicę Argiletum, kierujemy się teraz na Forum Romanum, czyli do najważniejszego i najbardziej reprezentacyjnego placu targowego antycznego Rzymu. Idąc więc dalej, po prawej stronie mijamy budynek Kurii rzymskiego Senatu, zwanej też Kurią Julijską (przybytek ten został wzniesiony w latach 44-29 p.n.e. na miejscu poprzedniej Kurii Korneliusza, powstałej w latach 52-51 p.n.e., która zaś stanęła na miejscu najstarszego tego typu budynku: Kurii Hostyliusza, wzniesionej ponoć jeszcze w czasach panowania trzeciego króla Tullusa Hostyliusza, czyli w VII wieku p.n.e. Kuria Hostyliusza została spalona w 52 r. p.n.e. w czasie zamieszek i walk ulicznych pomiędzy oddziałami Publiusza Klodiusza Pulchera [stronnika popularów i znanego warchoła politycznego, który od stycznia 58 r. p.n.e. tworzył swoją prywatną armię i dzięki temu przez kilka kolejnych lat siał postrach na ulicach Rzymu], oraz siłami Tytusa Anniusza Milona [przyjaciela Cycerona i zwolennika optymatów], który również - ok. 57 r. p.n.e. - sformował swoje prywatne wojsko do walki z bandami Klodiusza). W czasach rządów cesarza Trajana - o których właśnie mówimy - Kuria Julijska stanowiła jedynie pozostałość dawnej, republikańskiej świetności. Wzniesiona została na planie prostokąta z jedną dużą salą posiedzeń w środku (do sali tej podczas obrad senatu, drzwi wejściowe były zawsze otwarte). Trochę dalej mieścił się przedsionek z kolumnadami, który prowadził do Secretarium Senatus (czyli biur Senatu). Ten drugi budynek również powstał na planie prostokąta, ale był znacznie mniejszy od Kurii. W VII wieku naszej ery na miejscu Kurii Julijskiej powstał Kościół św. Adriana, zaś na miejscu Secretarium - Kościół św. Martina.  




  

 

  
ROSTRA I DAWNE KOMICJUM


Idąc dalej w kierunku południowym docieramy do rozległego placu, który w czasach Republiki stanowił Komicjum (Comitium). Było to miejsce zebrań Zgromadzenia Ludowego (a konkretnie zgromadzenia kurialnego i trybusowego, gdyż komicje centurialne zbierały się na Polu Marsowym). Tutaj to obradowały komicje kurialne (mające polityczne znaczenie jedynie w czasach Królestwa, gdyż wtedy to wolni obywatele wybierali króla spośród kandydatów zaproponowanych przez senat i decydowali o wojnie lub pokoju oraz wyrażali swe zdanie polityczne, religijne i społeczne. W czasach Republiki zgromadzenia kurialne straciły swe dotychczasowe znaczenie, a ich rola została ograniczona do odprawiania inauguracji [polegała ona na uzyskaniu potwierdzenia przychylności bogów np. dla wyboru króla, założenia miasta czy też wzniesienia gmachu publicznego lub sakralnego. Zawsze odprawiał ją augur podczas całkowitego milczenia - które w tłumie zgromadzonych tam obywateli wcale nie było nigdy takie pewne. Wówczas to urzędnik zapytywał kapłana: "Dicito si silentium esse videbitur" - czyli "Czy wydaje się że jest milczenie". Co ciekawe - nie pytano czy milczenie jest, ale "czy się wydaje", gdyż taka właśnie przezorność zawsze cechowała Rzymian, którzy woleli się zabezpieczyć na wypadek jakiegoś błędu popełnionego podczas sprawowania auspicjów i tym samym dopuszczenia się obrazy bogów. Jeśli augur nie dosłyszał żadnych szmerów, potwierdzał słowa urzędnika i wówczas ogłaszano iż bogowie sprzyjają danemu przedsięwzięciu. To były auspicja zwane "ex avibus", ale były też obrzędy, które nazwano "ex tripudiis", a polegały one na rozsypaniu kurom ziarna oraz sprawdzeniu czy jedzą one to ziarno czy też nie. Co ciekawe - w 249 r. p.n.e. przed bitwą morską z Kartagińczykami pod Drepanum, konsul Publiusz Klaudiusz Pulcher przeprowadził na swym okręcie taką właśnie wróżbę, a ponieważ kury nie chciały wówczas dziobać ziarna - co znaczyło że to zły znak i bogowie nie sprzyjają przedsięwzięciu Rzymian - wzburzony konsul wyrzucił wszystkie kury za burtę, mówiąc: "Jak nie chcą jeść, to niech piją". Następnie zaatakował Kartagińczyków i poniósł tam klęskę. Wkrótce potem jego siostra - o czym już kiedyś pisałem - Klaudia, udając się na Forum Romanum i będąc niesiona przez niewolników w lektyce, natknęła się na spory tłum ludzi zdążający w tym samym kierunku, przez co powstał spory harmider i lektyka posuwała się powoli w letnim, italskim słońcu. Wówczas to niecierpliwa dama wychyliła się ze swej lektyki i na cały głos krzyknęła: "Pragnęłabym aby mój brat zmartwychwstał i raz jeszcze wytracił całe to stado baranów". Została potem oskarżona o zamiar "wytracenia ludu rzymskiego" co było równoznaczne z wyrokiem śmierci, ale ponieważ pochodziła z możnego rodu, zmuszono ją jedynie do publicznych przeprosin na Forum Romanum i deklaracji że nie lud rzymski miała na myśli wypowiadając te słowa]). 

(Odprawiano tam również adrogacje [czyli specjalne adopcje, która polegały na przyjęciu do rodu przedstawicieli innej familii, co automatycznie oznaczało prawne i religijne unicestwienie tamtej rodziny i wejście do nowego rodu], oraz do wypełniania "Królewskiej Ofiary" ["Rex Sacrorum" - odprawianej ku czci boga Janusa przez wybranego wcześniej patrycjusza - który nie sprawował żadnego urzędu publicznego. Obrządek ten miał stanowić ciągłość Rzymu z bogami, bez względu na zmiany polityczne i społeczne, a pierwotnie odprawiany był przez królów, stąd też wzięła się jego nazwa]. Na Komicjum obradowały też zgromadzenia trybusowe [którym przewodniczyli konsulowie lub pretorzy i na których wybierano niższych urzędników - czyli kwestorów, edyli kurulnych, trybunów ludowych i edyli plebejskich. Na tych zgromadzeniach zatwierdzano nowe prawa, wcześniej przyjęte przez Senat, a także sądzono niektóre przestępstwa. Głosowali w nich wszyscy wolni obywatele oraz wyzwoleńcy, przyporządkowani terytorialnie do 4 dzielnic miejskich - Suburana, Esquilina, Collina i Pallatina {pierwotnie były tylko trzy dzielnice miejskie - Ramnes, Luceres i Tities} - oraz 31 dzielnic wiejskich. Głosowano sekcjami w ramach dzielnic, a większość stanowił głos całej dzielnicy, co oznacza że plebejusze przypisani w większości do dzielnic miejskich - bez względu na ich liczebność - dysponowali jedynie 4 głosami, wobec 31 głosów wiejskich - do których przypisani byli przede wszystkim nobilowie, a od 89 r. p.n.e. również dawni sprzymierzeńcy Rzymu, czyli Italikowie - otrzymawszy pełne obywatelstwo rzymskie]).


TRIUMF TYTUSA - 71 r. p.n.e.
PO LEWEJ STRONIE ROSTRA, PO PRAWEJ BAZYLIKA JULIUSZÓW



W czasach o których mowa, z dawnego Komicjum (istniejącego prawdopodobnie od ok. 575 r. p.n.e.) nic już nie zostało. Wydzielony kulisty teren zgromadzeń przed samym Forum, został potem wybrukowany, a w 145 r. p.n.e. usunięto niekryty taras, przenosząc obrady Zgromadzeń Ludowych bezpośrednio na Forum Romanum. W sto lat później zaś, za czasów Juliusza Cezara, przeniesiono ostatecznie samą mównicę (Rostra) na zachodnią stronę Forum, otaczając ją jednocześnie balustradą. Rostra Cezara - było to sięgające 3 metry wysokości i 24 metry długości oraz 10 szerokości - podwyższenie. Wejście na Rostrę znajdowało się po zachodniej stronie Forum Romanum, a mówcy przemawiali do tłumu stojącego po stronie wschodniej. Rostra, to było gruntownie wykonane dzieło sztuki, ozdobione od 338 r. p.n.e. dziobami zdobytych w Ancjum przez konsula Gajusza Meniusza okrętów wojennych (stąd też nazwa "Rostra" od "rostrum" - dziób okrętu). Mównica otoczona była dokoła balustradą (zupełnie jednak otwartą od środka), stało tam również pięć korynckich kolumn, na szczycie których zostały umieszczone posągi najwybitniejszych Rzymian w naturalnej wielkości. Środkowa kolumna przyozdobiona była stojącą na kuli (sięgającej dorosłemu człowiekowi powyżej kolana) uskrzydloną boginią zwycięstwa - Viktorią. Były tam również dwie duże balustrady. Jedna - wykonana właśnie w czasach Trajana - przedstawiała samego cesarza idącego obok bogini Romy za którą podążały dzieci (było to odniesienie do założonego przez Trajana - na prośbę jego małżonki Pompei Plotyny - przytułku dla biednych dzieci z Rzymu i Italii, których ojcowie pomarli a matki nie były już w stanie wykarmić), w głębi, na płaskorzeźbie widoczna była Bazylika Emiliusza i święte drzewo figowe (ficus Ruminalis) pod którym wilczyca miała wykarmić braci bliźniaków: Romulusa i Remusa. Widoczny był również posąg Marsjasza (mitologicznego satyra). Druga balustrada przedstawiała zaś spalenie przez Trajana rejestrów prawa spadkowego (co też symbolizowało zniesienie przez cesarza opłat spadkowych). Tam też widoczny był posąg Marsjasza i drzewo figowe, oraz świątynia Wespazjana i Saturna, a także Bazylika Juliusza. Obok samej mównicy znajdował się także (wzniesiony przez Augusta) złoty znak milowy (militium aureus), od którego liczono mile drogowe (w dwieście lat po Trajanie, Konstantyn Wielki wzniesie tam jeszcze tzw.: "Środek Świata", zwany powszechnie "Pępkiem" ["Umbilicus"], co też miało symbolizować znaczenie Rzymu, jako centrum wszelkiego znanego świata). Warto też dodać (co pominąłem) że po prawej stronie Rostry (patrząc od mównicy) znajdował się posąg Marsjasza. Rostra była miejscem, które senatorowie - lub inni dostojni i zamożni Rzymianie - zajmowali podczas wielkich publicznych świąt, stawiając tam swoje krzesła i tobołki, skąd miało się wyśmienity widok np. na idące "Świętą Drogą" imponujące uroczystości triumfalne (jak choćby triumf Tytusa z 71 r. idący z wielkim przepychem na Kapitol - gdzie złożono skarby zdobyte podczas wojny w Judei, jak choćby siedmioramienną menorę ze zdobytej Jerozolimy).


    
 

 



ŚWIĄTYNIA ZGODY
(TEMPLUM CONCORDIAE)


 Idąc dalej równolegle od Rostry w kierunku zachodnim, dochodzimy do Świątyni bogini Zgody (Concordii). Budowla ta została wzniesiona w 367 r. p.n.e. przez dyktatora Marka Furiusza Kamillusa, na pamiątkę zgody zawartej pomiędzy patrycjuszami a plebejuszami (polegała ona na zaakceptowaniu i przyjęciu trzech ustaw Licyniusza Sekstiusza Laterana z 376 r. p.n.e., które głosiły że: 1) - przynajmniej jeden konsul musi wywodzić się z plebsu, 2) - nikt nie może użytkować więcej, niż 125 hektarów [500 jugerów] ziemi państwowej, oraz 3) - już spłacony procent zaciągniętego długu, ma być odliczony od kwoty całego długu. W zamian za zgodę patrycjatu na te ustępstwa względem plebsu, ci drudzy musieli zaakceptować powstanie nowego urzędu - pretury, dostępnej jedynie dla patrycjuszy. Do prerogatyw pretorów należało sprawowanie sądów w sprawach cywilnych, rozsądzanie sporów pomiędzy obywatelami a cudzoziemcami w Rzymie, zwoływanie - wraz z konsulami - Senatu oraz tworzenie ustaw. Wybierano ich na zgromadzeniach centurialnych i mieli też prawo do przeprowadzania wróżb wyższego stopnia, sprawowania dowództwa wojskowego, oraz - jako propretorzy - zarządzania prowincjami. Pretor posiadał również 6 liktorów z pękami rózeg i toporami - konsul zaś miał ich 12. Do 242 r. p.n.e. był tylko jeden pretor, potem dwóch, a w czasach Cezara już szesnastu, zaś August podwyższył ich liczbę do osiemnastu. Od 337 r. p.n.e. preturę mogli również sprawować plebejusze). Świątynia bogini Zgody wzniesiona została na planie kwadratu i prowadziły ku niej długie podwójne schody - podzielone stojącą na samym środku wejścia małą kamienną przegrodą. Wejście do świątyni poprzedzało sześć kolumnad korynckich a posadzka wykonana była z kolorowego marmuru. Świątynia ponoć była niezwykle kolorowa i piękna, co powodowało że czasem obrady senatu przenoszono właśnie tutaj. Składała się z dwóch części: mniejszej sali, będącej czymś w rodzaju przedsionka, oraz sali głównej (zwanej czasem "senatorską") gdzie znajdował się posąg bogini Zgody, oraz posągi dwunastu głównych rzymsko-greckich bogów: Jowisza (Zeusa), Junony (Hery), Neptuna (Posejdona), Minerwy (Ateny), Marsa (Aresa), Apolla, Wenus (Afrodyty), Diany (Artemidy), Wulkana (Hefajstosa), Merkurego (Hermesa), Plutona (Hadesa) oraz Libera (Dionizosa), 




DWIE ŚWIĄTYNIE, PORTYK, TABULARIUM




ŚWIĄTYNIA WESPAZJANA,
PORTYK BOGÓW DORADCZYCH
i TABULARIUM


 Po opuszczeniu Świątyni Concordii nadal kierujemy się w kierunku południowo-zachodnim i docieramy do leżącej nieopodal Świątyni cesarza Wespazjana, wzniesionej w latach 80-tych I wieku przez jego młodszego syna - Domicjana. Świątynia ta wyglądem przypomina wcześniejszą, którą właśnie opuściliśmy (również wzniesiona była na planie kwadratu i podzielona na dwie części: przedsionek i salę główną). Na temat tej świątyni nie posiadam zbyt wiele informacji, jedynie tyle że od niej właśnie brała swój początek droga, wiodąca z Forum Romanum wprost na Wzgórze Kapitolińskie (Clivus Capitolinus), gdzie mieściła się najważniejsza rzymska Świątynia Jowisza Najlepszego Największego. Jeszcze dalej w kierunku południowym, znajdował się Portyk Bogów Doradczych (Deorum Consentium). Tam również mieściły się posągi dwunastu największych bogów rzymsko-greckiego panteonu. Te trzy świątynie ulokowane są jedna pod drugą w kierunku południowo-zachodnim, natomiast przybytek zwany Tabularium, zajmował tyle samo miejsca, ile tamte świątynie razem wzięte (miał łącznie 71 metrów długości) i wzniesiony został od ich tylnych stron, stanowiąc jednocześnie ostatnią, najbardziej wysuniętą na zachód budowlę Forum Romanum. Tabularium nie było świątynią sensu stricte, a raczej przybytkiem publicznym, miejscem gdzie urzędowali wybrani trybunowie ludowi i edylowie (kurulni oraz plebejscy). Graniczyło też ze Wzgórzem Kapitolińskim, a jego podmurowane skrzydło stanowiło część fortyfikacji Wzgórza. Tabularium wzniósł (przy okazji odbudowy Świątyni Jowisza Kapitolińskiego) w 78 r. p.n.e. konsul Kwintus Lutacjusz Katulus. Przed wejściem do Tabularium znajdowało się 14 grubych, czworokątnych filarów, ozdobionych czternastoma doryckimi półkolumnami. W środku było też kilka (mniejszych i większych) sal oraz przedsionków. Na miejscu ruin Tabularium w XVI wieku wzniesiono Pałac Senacki (Palazzo del Senatore), a arkady (które przetrwały) ponownie służyły za urozmaicenie wejścia do tego budynku.    



To tyle jeśli chodzi o naszą podróż po zachodniej stronie Forum Romanum. Teraz udamy się w kierunku wschodnim i odwiedzimy: Świątynię Saturna, Bazylikę Julijską, Świątynię Dioskurów (Kastora i Polluksa), obok której znajdował się największy w całej Italii, oraz jeden z większych w Imperium Rzymskim - rynków handlu niewolnikami. A potem odwiedzimy Świątynię Westy, Świątynię Boskiego Juliusza, Bazylikę Emiliuszy oraz Świątynię Wenus i Romy. A potem wrócimy sobie Świętą Drogą (Via Sacra) na Kapitol. Miłego dnia. 






 CDN.
 

sobota, 29 sierpnia 2020

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CXXXVIII

PRZYBYSZE Z PROCJONA

PRZODKOWIE SŁOWIAN I CELTÓW

TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI






POKÓJ I WOJNA "WIELKIEJ RASY" 

Z "RASĄ WIELKIEGO SMOKA" 

I ZAWARCIE NOWEGO 

"TRAKTATU PRZYMIERZA"

(ok. 18 000 r. p.n.e. - ok. 5 500 r. p.n.e.)


 

 
 Potomkowie dawnych żółtoskórych kolonistów z Bakaratini żyli na terenach dzisiejszej Azji Wschodniej od czasu założenia tam pierwszych kolonii (o których pisałem w temacie Hyperborei i zasiedlania jej przez żółtą i czarną rasę z Bakaratini). Z chwilą pojawienia się w "Azji" Asów (Ra-asów) z Procjona, czyli białych uchodźców z Daarii i Lemurii, obie rasy przez długi czas żyły ze sobą zgodnie, przy czym to rasa żółta (jako stojąca wówczas na znacznie niższym stopniu cywilizacyjnego rozwoju) była często wspierana przez naczelników z Imperium Iryjskiego. Gdy jednak do Rasenów z Irii, dołączyli ich pobratymcy z Lemurii: Swietowie i Darowie (ok. 70 000 r. p.n.e.), założone zostało Imperium Ujghur, które dość szybko zaczęło zmieniać dotychczasową politykę zgodnej "kohabitacji" obu ras i zdając sobie sprawę ze swej materialnej (i być może nawet liczebnej) przewagi, szybko obróciło dawnych Bakaratinian w niewolników. Owa niewola nie była jednak na tyle ciężka, aby wywołała jakieś niezadowolenie ze strony żółtoskórych (którzy wówczas jeszcze nie mieli nawet własnej nazwy) niewolników (nic nie wiadomo o jakichkolwiek buntach czy powstaniach i można założyć, że dawni Bakaratinianie pogodzili się ze swoim niewolniczym życiem. Co ciekawe, dzisiejsi Chińczycy też nie są jakoś szczególnie skorzy do buntu i pokornie godzą się na to, co wyprawiają z nim komunistyczne władze). Jednak złote lata świetności Imperium Ujghur minęły, a gwoździem do trumny okazała się konfrontacja militarna z potężnym wówczas II Imperium Atlantydy, którzy doprowadzili do zniszczenia stolicy Ujghurów: Kara-Koty i zagłady tamtego państwa. Wówczas nastąpiła ekspansja "Wielkiej Rasy" na Zachód, ku dzisiejszej Europie i Indiom, lecz nie wszyscy Ujghurzy opuścili wówczas dawną swą ziemię (zwaną zarówno w channelingach jak i w Wedach - "Kolebką"). Większość niedobitków dawnego Imperium co prawda ruszyła w długą i niebezpieczną podróż ku Nowemu Światu i Nowemu Życiu, ale spora część Ujghurów pozostała i postanowili oni - w nowych warunkach - jeszcze raz odbudować swoje państwo. 

Jednak klęska z Atlantami z 18 000 r. p.n.e., spowodowała wyemancypowanie się żółtoskórych niewolników, którzy już wówczas (czy sami z siebie, czy też nazwa ta została im nadana przez Ujghurów) zwali się ludem: "Rasy Wielkiego Smoka" (w skrócie zaś ich nazwa brzmiała Ar-imia). Jednak owa emancypacja nie polegała na próbie realnej konfrontacji z pozostałymi tam Ujghurami, a jedynie na wyzwoleniu się z okowów dotychczasowej niewoli. Oznacza to że po klęsce w wojnie z Atlantami obie rasy: biała i żółta żyły obok siebie w zgodzie i współpracy. I rzeczywiście współpraca zaczęła przybierać takie rozmiary, że... biali Ujghurzy stawali na czele arimiańskich wodzostw, które z czasem zmieniały się w plemiona. Znani są dwaj Ujghurzy (co prawda channelingi nie precyzują ich pochodzenia, ale jest tam wyraźne stwierdzenie że biali wodzowie z plemienia Ujghur, stali pierwotnie na czele wodzostw ludu "Rasy Wielkiego Smoka"), którzy zapoczątkowali rozwój chińskiej cywilizacji. Byli to bracia: Tiandi, Dihuanga i Renhuanga, którzy objęli przywództwo plemienia Shonshe i zapoczątkowali jego ekspansję oraz jednoczenie innych plemion Arimiaków. Ogromny wkład w rozwój żółtoskórych społeczności na ziemiach dawnego Imperium Aryjskiego wnieśli również mieszkańcy legendarnej Agharty (czyli kompleksu podziemnych miast, stworzonego ok. 32 500 r. p.n.e. przez władcę Imperium Ujghur - Murasa i jego córkę Karyatide). Dlatego też wzajemna zgoda i współpraca pomiędzy tymi dwiema rasami trwała długo (przez kolejne 12 000 lat). Nie wiadomo dlaczego doszło do zerwania stosunków i wybuchu konfliktu, można jednak sądzić że powodem tego stanu rzeczy było ogromne wzmocnienie się ludu Ar-imia (również pod względem demograficznym) i tym samym rzucenie wyzwania dotąd żyjącym tam byłym Ujghurom. Ok. 5 510 r. p.n.e. wybuchła krwawa wojna tych dwóch ras, a jej głównym celem stała się teraz dominacja nad ziemiami dawnego Imperium Aryjskiego.




Niewiele wiadomo na temat toczących się walk, można jednak stwierdzić że pomimo liczebnej przewagi Arimaków, Ujghurzy bronili się dzielnie i wielokrotnie przystępowali do kontrataków. Wciąż istniało miasto Iria (zwana również Asgardem), które stanowiło główny punkt obrony Ariów. Siły ludu żółtoskórych Arimaków topniały w kolejnych atakach na miasto (niestety nie wiadomo po której stronie w tej walce opowiedziały się miasta podziemnej Agharty, być może po żadnej, a być może udzieliły jednak jakiegoś wsparcia Ujghurom?). Wojna ta nie została wygrana przez żadną ze stron, ale Arimakowie ponieśli w niej większe straty i nawet utracili część ziem, na których dotychczas żyły poszczególne plemiona dawnych Bakaratinian. Iria (Asgard) przetrwała, a Arimakowie zapewne doszli do wniosku, że nie będą w stanie wyprzeć Ujghurów z tych ziem i w taki właśnie sposób doszło do zakończenia wojny (nie wiadomo też dokładnie kiedy nastał pokój, prawdopodobnie stało się to ok. 5 500 r. p.n.e.) i zawarcia nowego "Traktatu Przymierza". Wzniesiona została wówczas także "Świątynia Przymierza" (brak jakichkolwiek większych informacji na ten temat). Prawdopodobnie właśnie wówczas (lub jeszcze podczas wojny z Ujghurami) w społecznościach Arimaków zaczęło pojawiać się określenie: "Człowiek, który ma gniazdo" ("Jou ts'ao szy"), które z pewnością oznaczało powstanie pierwszych, w pełni niezależnych przed-chińskich królestw (lub też wodzostw). Ale bez wątpienia pierwotna kultura Arimaków była w całości implementowana od Ujghurów. Rozwój typowo chińskiego pisma i kultury, to proces dosyć złożony i trwający kilka tysięcy lat - ostatecznie jednak dopiero pierwsi cesarze chińscy, zastąpili pismo wedyjskie swoimi znakami (nie wiadomo czy Wedy powstały jeszcze przed upadkiem Imperium Ujghur, czy też już po Zagładzie i wyjściu ludu "Wielkiej Rasy" ku Zachodowi, dlatego też użyłem takiej zbiorczej nazwy jak "pismo wedyjskie").

Kiedy jednak doszło do realnego upadku Irii i wchłonięcia ostatnich Ujghurów z dzisiejszej Azji do tworzących się Chin? Trudno odpowiedzieć na to pytanie posługując się przyporządkowaniem chronologicznym (w channelingach na przykład zupełnie brakuje dat na określenie tych wydarzeń). Warto jednak zaznaczyć że Tiandi i jego bracia, którzy stanęli na czele plemienia Shonshe, zapoczątkowali jednocześnie rozwój przed-chińskiej kultury Jangszao. Rozbicie plemienne wśród Arimaków było faktem (potrafili się jednak zjednoczyć w czasie wojny z Ujghurami) i ostatecznie po roku 3 000 p.n.e. największymi i najsilniejszymi plemionami Arimaków pozostały już tylko: plemię In z dzisiejszych prowincji Anjang i Honan (zwane też "plemieniem żółwich skorup" - prawdopdobnie to oni zapoczątkowali powstanie chińskich liter pierwotnie pisanych właśnie na skorupach żółwi), plemię Miao i plemię Li z Południa, a także plemię Czi'angów z Zachodu. Nie wiadomo czy na czele tych plemion stali jeszcze Ujghurowie czy byli to już rodzimi władcy (najprawdopodobniej byli to już rdzenni Arimakowie - choć są to jedynie spekulacje). Wiadomo jednak że plemiona te zaczęły toczyć ze sobą krwawe walki o ziemię i władzę i że zwycięsko wyszli z tej konfrontacji Inowie ze Wschodu, pokonując w dwóch bitwach (brak chronologii) pod Fanczu'an i pod Czolu plemię zachodnich Czi'angów. Potem toczyli też walki z Miao i Li. Gwoli ciekawostki warto też dodać, że w tym czasie istniało jeszcze państwo Ujghurów w mieście Iria, choć należeli już wówczas do mniejszości i w ciągu kolejnych dwóch tysiącleci ulegli wchłonięciu przez Arimaków/Chińczyków.  Natomiast Inowie ze Wschodu stali się założycielami pierwszego chińskiego imperium. Więcej informacji na ich temat niestety nie posiadam.
 




PS: W kolejnej części zajmę się tworzeniem pierwotnych ujghurskich (aryjskich) społeczności w Europie i Indiach, choć muszę przyznać że temat ten jest tak rozległy i mętny, że obawiam się w ogóle za niego zabrać. W każdym razie wydaje mi się że chronologia zupełnie się już posypała. Cóż, trudno, channelingi są tak bardzo niejednoznaczne, że i tak cieszę się iż udało mi się dojść tak daleko.   




 

CDN.

piątek, 28 sierpnia 2020

PRZYJACIELE I WROGOWIE 1920 - Cz. I

PRAWDZIWYCH PRZYJACIÓŁ 

POZNAJE SIĘ W BIEDZIE


 


 Dokładnie sto lat temu miały miejsce niezwykle istotne wydarzenia nie tylko w skali kontynentu europejskiego, ale całego ziemskiego globu. Oto bowiem zwrotnice dziejów przesunęły się znów z niezwykłym impetem i doprowadzić mogły do całkowitej zmiany naszych dziejów i do totalnego przeorania Kontynentu wszerz i wzdłuż. Otóż w carskiej Rosji roku 1917, wybuchła rewolucja, która wspierana przez marksistowskie partie Zachodu i finansowana przez nowojorskie Wall Street i londyńskie City nabrała takiego impetu, że nie tylko poradziła sobie w walce z lokalną kontrrewolucją, ale była wręcz w stanie importować tę rewolucję daleko poza granice Rosji, znacznie dalej niż to się komukolwiek wydawało. Rewolucjoniści bolszewiccy bez wątpienia stanowili siłę "postępową" ówczesnego świata i jako tacy mogli liczyć na pomoc oraz wsparcie zrewoltowanych i niechętnych dalszemu prowadzeniu Wojny Światowej - środowisk dążących do zmiany (często po prostu jakiejkolwiek zmiany). Rewolucja marksistowska była wówczas zarzewiem ogromnego i niewygasłego buntu środowisk robotniczych (ale już nie chłopskich - co też jest bardzo istotne), czyli tak zwanego miejskiego prekariatu, ludzi najuboższych i żyjących często w większej lub mniejszej biedzie. Operując hasłami "sprawiedliwości społecznej" (czyli wymordowania arystokracji i elity Starego Świata, by na jego gruzach stworzyć Nowy Świat) natrafiała na podatny grunt wśród ludzi, dla których takie pojęcia jak "Wolność" czy "Demokracja" były jedynie pięknie brzmiącym frazesem bez żadnego realnego przełożenia na życie mas najbardziej upośledzonych, dla których liczyło się tylko to, jakie realne korzyści wyniosą z rewolucji i czy ich życie tym samym zmieni się na lepsze. Niestety, rewolucje nie służą temu, aby zmieniać świat na lepsze i zawsze powodują powstanie znacznie większego zniewolenia i większej biedy, niż to było wcześniej, problem polega jedynie na tym, że wielu ludzi nie jest w stanie sobie tego uświadomić i naiwnie wierzy że po wymordowaniu starej elity, nagle ich położenie ulegnie zasadniczej zmianie a cały kraj stanie się ziemią mlekiem i miodem płynącą.

W latach 1917-1919 bardzo wiele osób i środowisk na kontynencie europejskim, skutecznie zostało opętanych taką wizją, która stojąc w niezgodzie z dotychczasowym systemem kapitalistycznym, wpychała ich jednocześnie w otchłań morderstw, gwałtów, rabunków i ciągłej, beznadziejnej walki o realizację utopijnych ideałów rewolucji marksistowskiej, która jednak wciąż domagała się kolejnych ofiar - a te zaś tłumaczone były przez wielu jako nieodzowne koszty każdej rewolucji (jeszcze tylko ci i tamci muszą zginąć i wtedy już z pewnością powstanie wymarzony "Raj na Ziemi"). Mijały jednak miesiące, potem lata, ofiar wciąż przybywało a zapowiadany dobrobyt nie powstawał, pojawiała się za to nowa, jeszcze bardziej totalna i antyludzka dyktatura, która całe te zrewoltowane masy zamierzała podporządkować sobie za pomocą wszechobecnego terroru. Zapowiadany "Raj na Ziemi" polegał jedynie na tym, że dotychczasową elitę - zastępowali nuworysze żądni wszelkiej władzy i jedynie w ich przypadku rzeczywiście dokonywała się pewna zmiana na lepsze, natomiast masy, które wyniosły tę niewielką grupkę do władzy, od początku do końca pełniły jedynie rolę kozła ofiarnego lub też mięsa armatniego, wystawionego na ataki i nie otrzymującego nic w zamian. Nic, poza pusto-brzmiącymi sloganami, wartymi tylko tyle, ile papier na którym zostały wydrukowane. W nagrodę za swoje zasługi w obalaniu "Starego Porządku" otrzymywali terror nowej władzy i jeszcze większą niewolę osobistą (denuncjacje, szukanie "wrogów ludu", cenzurowanie własnych słów a nawet... myśli). I tak właśnie wyglądała owa rewolucja bolszewicka, zwana też powszechnie Rewolucją Październikową. Wyniosła ona do władzy partyjną grupkę marksistów, którzy następnie zgotowali rosyjskiemu narodowi prawdziwą katorgę, taką, jakiej nie zaznał moskiewski lud w najcięższych czasach caratu. Oczywiście rewolucja nie mogła wybuchnąć i powstać tylko w jednym kraju, gdyż gdyby do tego doszło, to było pewne że bolszewicki kolos, otoczony zewsząd wrogimi mu krajami kapitalistycznymi, musi - wcześniej czy później (a raczej wcześniej) - po prostu uschnąć, jak roślina pozbawiona wody i słońca. Dlatego też tak istotne było eksportowanie rewolucji dalej do Europy Zachodniej, USA, Ameryki Południowej, Azji, Afryki - na cały ziemski glob. Dopiero wówczas, gdy wszędzie już byłoby tak samo, ustrój komunistyczny mógłby przetrwać (generując przy tym nieprawdopodobną wręcz masę mordów i rabunku) pod nową, marksistowską władzą.




Wiele środowisk w Europie dało się opętać wizją rewolucji dążącej do "sprawiedliwości społecznej" i z niecierpliwością wyczekiwało tam pojawienia się "czerwonych armii proletariatu", które miały zburzyć Stare i stworzyć prawdziwy "Raj na Ziemi". Jak już wspomniałem fundament rewolucji mieli stanowić robotnicy i miejska biedota, która zrewoltowana i odpowiednio stymulowana, miała doprowadzić do zamieszek, anarchii i mordów, które otworzyłyby bolszewikom drogę do władzy w wielu krajach Europy (lecz Marks nigdy nie zamierzał rozpoczynać rewolucji w Rosji, jako kraju zacofanym cywilizacyjnie, a upatrywał jej wybuch w najbardziej uprzemysłowionych ośrodkach Anglii, Francji czy Niemiec. Lenin zaś sądził że rewolucja powinna wybuchnąć w... Szwajcarii, jako centrum europejskiego kapitału - banki szwajcarskie należały wówczas do najlepszych na całym Świecie). Rosja była jedynie wypadkiem przy pracy, miejscem na którym rewolucja - jeśli nawet miałaby wybuchnąć - to jedynie po to, aby ów "płomień terroru" zanieść z powrotem na Zachód. W żadnym razie nie chodziło o to by budować komunizm w Rosji, lecz by eksportować bolszewizm do Niemiec, Francji, Włoch, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii czy USA. I tutaj właśnie pojawił się mały problem, jako że od 11 listopada 1918 r. (czyli podpisania kapitulacji przez II Rzeszę Niemiecką i tym samym zakończenia I Wojny Światowej), zaczęło się odbudowywać państwo polskie, którego lud (w tym oczywiście robotnicy) nawet jeśli wyznawał ideały socjalistyczne, to zdecydowanie odrzucał hasła "dyktatury proletariatu" i internacjonalistycznego ruchu robotniczego, który to właśnie miał dokonać krwawej rewolucji. Naród polski był nastawiony patriotycznie i niepodległościowo, o czym przekonali się polscy komuniści, pragnąc zdominować tworzone od 5 listopada 1918 r. na terenie byłej Kongresówki - Rady Delegatów Robotniczych. Napotkali tam wówczas bardzo silny opór PPS-u (Polskiej Partii Socjalistycznej), której program wówczas opierał się co prawda na budowie socjalizmu, ale w oderwaniu od rewolucji bolszewickiej i po odrodzeniu niepodległego Państwa Polskiego (socjaliści i ludowcy byli zawsze największymi wrogami komunistów - których ci nazywali socjal-faszystami lub ludo-faszystami, a na pochodach 1-majowych dochodziło do walk pomiędzy oddziałami milicji partyjnej PPS, a bojówkami komunistów, gdzie często bywało po kilkanaście osób rannych, a nawet po kilkoro zabitych). Polska rodziła się zatem w listopadzie 1918 r. w prawdziwych "bólach porodowych". Kraj był totalnie zniszczony prowadzonymi działaniami wojennymi i przetaczaniem się frontów I Wojny Światowej. Całkiem rozgrabiona Kongresówka i Galicja (nieco lepiej sytuacja wyglądała w Wielkopolsce i na Pomorzu, ale ziemie te jeszcze oficjalnie nie zostały przyłączone do odradzającej się Polski). 

Rzeczpospolita Polska, która w 1920 r. miała powstrzymać potęgę Armii Czerwonej (wspartą zaciągami oddziałów carskich), w 1918 r. przypominała jedną wielką układankę puzzli. Było kilkadziesiąt partii politycznych, a większość z nich tworzyła własne milicje i oddziały partyjne. Nie było wojska (jedynie nieliczne oddziały legionowe lub korpusy "Puławian", w większości jednak przebywające z dala od rodzącego się kraju). Znana była niechęć socjalistów z endekami (Narodową Demokracją), chadeków z ludowcami, codziennie na ulicach Warszawy (i kilku innych miast) toczyły się regularne walki pomiędzy partyjnymi bojówkami, które rozumowały jedynie w kategoriach bieżących, nie zdając sobie większej sprawy z ogromnego zagrożenia, jakie już wówczas zawisło nad tym, co jeszcze nawet nie było Polską. Powstawały też samodzielne twory polityczne, jak choćby Republika Tarnobrzeska, na której czele stał komunista Tomasz Dąbal i (pełniący obowiązki księdza) Eugeniusz Okoń. Na Kielecczyźnie i w Zagłębiu Dąbrowskim również wrzało. Bezrobocie było przeogromne, ludzie głodowali, cały przemysł został rozgrabiony podczas wojny i odradzający się kraj bardziej przypominał Afganistan niż jakiekolwiek cywilizowane europejskie państwo. Na Podolu powstała też Galicyjska Socjalistyczna Republika Sowiecka ze stolicą w Tarnopolu (kto dziś o tym w ogóle pamięta?), która miała stać się "furtką" otwierającą bolszewikom drogę na Zachód. Na czele tego "podolskiego nowotworu" (jak wyraził się o nim osiadły w Kanadzie dziennikarz - Benedykt Haydenkorna), stali skomunizowani austriaccy i ukraińscy oficerowie (których potem Stalin kazał rozstrzelać za nieudolność). Powstała rusofilska Republika Łemkowska w Gładyszewie, która co prawda nie powielała (tak jak ci z Podola) "nieśmiertelnej myśli Marksa i Lenina", ale przez swoje rusofilstwo, stanowiła niebezpieczne podglebie dla nadciągającego ze Wschodu wroga. Podobnie było we wsi Florynka (między Krynicą a Gorlicami) gdzie powstała Ruska Republika Ludowa. Poza tym już na samym początku swych narodzin musiała się Polska zmierzyć z niechęcią (lub wręcz nienawiścią) największych państw sąsiednich - czyli Rosji (i to zarówno tej czerwonej jak i białej), Ukrainy, Litwy, Czechosłowacji i Niemiec. Zresztą lista państw nam niechętnych, była znacznie dłuższa, lecz te cztery właśnie były żywotnie zainteresowane w upadku młodej i jeszcze niestabilnej polskiej państwowości (co się tyczy Rosji i Niemiec to sprawa nie podlega dyskusji, chodziło o utrzymanie co najmniej granicy z 1914 r., która dla Niemców była niezwykle istotna a rodząca się Polska po prostu w tym przeszkadzała, zaś dla bolszewików Polska jako kraj niepodległy, stanowiła realną zaporę przed importem rewolucji na Zachód i dlatego nie miała prawa przetrwać. Ukraińcy również chcieli zawładnąć tzw.: "Galicją Wschodnią", której główne miasta - w tym Lwów, Tarnopol, Stanisławów - były skarbnicami polskości i polskiej kultury. Natomiast nie pojmuję polityki rządów: litewskiego i czeskiego. Dla mnie osobiście ci pierwsi to byli kompletni kretyni, którzy sprzymierzyli się z Sowietami bo chcieli jedynie odzyskać Wilno - naprawdę myśleli że Sowieci oddadzą im Wilno za darmo? Jeśli tak, to gratuluję rozsądku. Ci drudzy zaś, to dupodajki, cieszący się z każdego sowieckiego sukcesu, byle tylko na szkodę Polski. Cóż, "czechoza" to jak widać nie tylko stan umysłu, ale również sposób na życie, jak nie jednemu, to drugiemu (Niemcom) podstawi się tyłek i będzie się zgodnie maszerowało w rytm melodii: czy to "Wyklęty powstań ludu ziemi...", czy też "Deutschland, Deutschland über alles...").




W takich warunkach wszechobecnej niestabilności politycznej, administracyjnego rozbicia, groźby komunistycznego zamachu, niemieckiego ataku i wrogości wielu innych państw Europy - rodząca się do niepodległego bytu Polska po prostu nie miała prawa przetrwać. Mogła co najwyżej dryfować przez kilkanaście miesięcy (jak inne tego typu twory państwowe w Europie Wschodniej czy na Kaukazie), ale nie miała szans na trwałe zaistnienie na mapie Świata. Żaden szanujący się hazardzista nigdy nie postawiłby za przetrwaniem Polski swoich pieniędzy, gdyż jej upadek był tak prawdopodobny, jak to że po nocy przychodzi dzień. Niemcy zresztą od początku nazywali nasz kraj "państwem sezonowym" ("saisonstaat") i niestety mieliby rację, gdyż rzeczywiście przy tak niesprzyjających warunkach geopolitycznej konfrontacji przetrwanie państwa, próbującego "wyskrobać" sobie miejsce pomiędzy dwoma kolosami - Rosją i Niemcami - było NIEMOŻLIWE!... A jednak się udało! I to udało się jak cholera jak mawiał klasyk. Nie tylko zjednoczyliśmy się terytorialnie, odtworzyliśmy wojsko - które potem zlikwidowało wszelkie te "marksistowskie nowotwory", ocaliło Lwów i doszło do Zbrusza, likwidując Zachodnio-ukraińską Republikę Ludową, wyzwalając Wilno z rak bolszewików (słynne są słowa, wypowiedziane do żołnierzy 31 grudnia 1918 r. na Placu Łukiskim w Wilnie, przed atakiem bolszewików na miasto, przez rotmistrza Jerzego Dąbrowskiego ps. "Łupaszko": "Chłopcy - Ojczyzna - bolszewicy - kurwa ich mać!" Te krótkie, lakoniczne słowa, spowodowały liczne omdlenia zebranych na placu pań i uśmiech na twarzach żołnierzy), następnie przywracając do Macierzy Wielkopolskę i Pomorze i wspomagając walki na Śląsku. I wreszcie rozbijając w dwóch bitwach siły ośmiu sowieckich armii, które już widziały się zwycięzcami, idąc za rozkazem Lenina na podbój Europy. Nic wiec dziwnego że państwo i jego elity, które dokonało takiego czynu, miało potem pełne prawo uważać się za jedno z największych europejskich mocarstw (idea mocarstwowa była bardzo silna w II Rzeczpospolitej - o czym zresztą już kilkukrotnie pisałem - uosabiała się chociażby w planach zdobycia zamorskich kolonii), ze stabilną gospodarką, rozbudowującą się flotą, czwartą pod względem wielkości armią lądową Europy, a nawet... planami podboju przestrzeni powietrznej. 

Prócz licznych wrogów, jakich nie brakowało odradzającej się Rzeczpospolitej w 1920 r. (w czasie inwazji sowieckiej), byli jednak również i nieliczni sojusznicy a nawet prawdziwi przyjaciele, dzięki którym pomocy udało się tę wojnę zakończyć zwycięstwem i właśnie od nich zamierzam zacząć tę nową serię, poświęconą realnym i ukrytym wrogom, oraz prawdziwym i "przyszywanym" sojusznikom, których działania wpływały negatywnie lub pozytywnie (dla nas) na przebieg wydarzeń na froncie. Zacznijmy może zatem od przyjaciół i sojuszników, gdyż ich wielu nie było w czasie owych przełomowych walk roku 1920 r. 



PS: Należy też pamiętać, że ogromną rolę w zwycięstwie odegrał również i nasz wywiad. 
Poniżej ciekawy spektakl Teatru Telewizji pt.: "Człowiek, który zatrzymał Rosję", opowiadający o podpułkowniku Janie Kowalewskim - naczelniku Wydziału II Biura Szyfrów Sztabu Generalnego Naczelnego Dowództwa, który (m.in.) wsławił się dekryptażem wielu sowieckich szyfrogramów podczas wojny z Sowietami z lat 1919-1920

 



 

CDN.

środa, 26 sierpnia 2020

SPOWIEDŹ DIABŁA

CZYLI POWRÓT DO LEGEND


 SZCZYPTA HUMORU NA CIĘŻKIE CZASY PANUJĄCEJ POWSZECHNIE "PANDEMII". OTO POWRÓT DO LEGEND POLSKICH I CIEKAWEGO WYWIADU Z DIABŁEM BORUTĄ O PRZESZŁOŚCI, TERAŹNIEJSZOŚCI I PRZYSZŁOŚCI. ZEJŚCIE DO PIEKŁA, PRZEGLĄD DEMONÓW SŁOWIAŃSKICH I WIELE INNYCH KWESTII. 


😎


 MAŁE PRZYPOMNIENIE


LEGENDA JANA TWARDOWSKIEGO:


(FILMY SĄ DOSTĘPNE W KILKU WERSJACH JĘZYKOWYCH)








LEGENDA BABY JAGI:






LEGENDA BAZYLISZKA:






LEGENDA SMOKA WAWELSKIEGO:






A OTO SAM WYWIAD Z DIABŁEM BORUTĄ


MIŁEGO OGLĄDANIA


😉





wtorek, 25 sierpnia 2020

NIEWOLNICE - Cz. XLVI

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI






HISTORIA DRUGA

TEHMINA

NIEWOLNICA Z PAKISTANU

Cz. XXV



  

 
 Wylądowaliśmy na lotnisku w Islamabadzie. W dniu, w którym wysłałam dzieci, by odwiedziły ojca w więzieniu, Mustafa był pod nadzorem policji w sądzie i tłumnie zgromadzeni fotoreporterzy utrwalali na zdjęciach tonące we łzach spotkanie Lwa ze swoimi lwiątkami. 

Odwiedziłam Mustafę następnego dnia i zauważyłam, że bardzo schudł. Przez dłuższą chwilę żadne z nas się nie odzywało, aż wreszcie Mustafa przełamał lody:

- Dajmy naszemu małżeństwu jeszcze jedną szansę - zaczął prosić. - Spróbuję cię zrozumieć, a ty musisz spróbować zrozumieć mnie. Zapomnijmy o tym, co było. 

Opowiadał mi, jak bardzo był przygnębiony z powodu mojej nieobecności, że cały czas się modlił i płakał tak głośno, że jego żałość udzielała się nawet strażnikom. Byli oni podobnie jak ja załamani widząc, jak ten tak potężny człowiek cierpi. Prawo islamskie zabrania posiadania jakichkolwiek podobizn Proroka i jego towarzyszy. Zakaz ten został wprowadzony po to, by zapobiec bałwochwalstwu. Jednakże członkowie sekty Shia, zwłaszcza ci w Iranie, noszą przy sobie obrazki Hazrata Alego, kuzyna Proroka. Hazrat Ali, czczony przez wszystkie sekty, uznawany jest za tego, który wstawia się za niewinnymi do Proroka, za symbol siły, do którego muzułmanie zwracają się w nieszczęściu o obronę. Mustafa miał w swojej celi taki właśnie obrazek i wyznał mi, że kiedy tylko nawiedzało go uczucie bezradności, zwracał się do Hazrata Alego błagając go o pomoc.

- Gdyby nie moja wiara, załamałbym się dawno - przyznał. - Samo jego imię wyzwala we mnie moc, która pozwoliła mi przetrwać.

Po wejrzeniu w głąb siebie, co było dla niego bolesne, ale konieczne, zdał sobie sprawę z wszystkich okropności, których od niego doznałam. Wspomnienie własnej gwałtowności nie dawało mu spokoju. Wyznał mi, że często ukazywała mu się w snach moja udręczona twarz. Wspomniał też o historii z Adilą. Był przekonany, że wstąpił wtedy w niego zły duch. Zrozumiał, że kiedyś mnie więził, że byłam przez niego samotna i uważał, że Bóg ukarał go skazując go na więzienie, podczas gdy ja byłam na wolności. Myślał, że utracił mnie na zawsze i że wszystko, co teraz posiada, to ta cela i Bóg. Zdał sobie sprawę, co musiałam czuć podczas porodu Alego, samotna i opuszczona przez wszystkich. Trapił się także, że byłam młoda i atrakcyjna i że w każdej chwili mogę spotkać innego mężczyznę i rozpocząć z nim nowe życie. Doszły go słuchy o tym, co robiłam na wolności, i szalał z zazdrości.

- Nareszcie jestem w stanie zrozumieć, jak cierpiałaś - powiedział. - I mogę to zrobić dzięki własnym doświadczeniom. 

Obiecał się zmienić. Po raz pierwszy naprawdę mu uwierzyłam. Ale czy mogłam jeszcze raz zaryzykować i zaufać mu? Nikt nie znał na to odpowiedzi, a jednak podjęłam decyzję już wcześniej, wtedy gdy kupiłam bilety lotnicze na powrót do Pakistanu. Nie obchodziło mnie, co myślą inni. Kiedy dziennikarze poprosili mnie o wyjaśnienie przyczyn mojego braku zdecydowania, przypomniałam sobie, co Mustafa mówił mi kiedyś o znaczeniu pewności siebie w życiu: "ludzie są jak barany, pójdą za tobą, jeśli czują, że znasz drogę". Sama podjęłam decyzję o wyjeździe i sama zdecydowałam się na powrót. Będę kontynuować walkę o uwolnienie mojego męża. 

Bardzo się ucieszyłam, gdy znów zobaczyłam Shuguftę i dai Ayeshę. Shugufta stała się teraz elegancką młodą damą, zaczęła naśladować mój sposób ubierania i stała się znacznie pewniejsza siebie. Mustafa mawiał często, że jestem jak cesarzowa Noor-jahan, która słynęła z propagowania wśród służby nowej mody. Dai Ayesha smuciła się nieco widząc zażyłość, jaka łączyła mnie z Shugufta, ale ja to rozumiałam.
Podczas każdej mojej wizyty Mustafa raczył mnie historiami z więziennego życia.

-  Tutaj działa czarny rynek - objaśnił mi któregoś razu. - Za odpowiednią cenę można nabyć wszystko. Więzienia działają na podobnych zasadach jak mafia. Naczelnik jest szefem. Zdaję sobie sprawę z wszystkiego, co się wokół mnie dzieje i wyrwę to z korzeniami. 

Innych więźniów traktował jak rodzinę; był dla nich feudalnym ojcem biorącym na swoje barki ich problemy. Po nocach straszyło mnie wspomnienie wyrazu oczu pozostałych więźniów, gdy zwracali się do Mustafy; wyglądali, jakby tylko w nim była ich nadzieja.

-  Naczelnik bierze od wszystkich więźniów pieniądze za ochronę - wyjaśnił mi Mustafa. - Płaci się co tydzień. Kto odmówi lub nie może zapłacić wymuszonego podatku, jest karany chłostą lub zostaje zakuty w kajdany. Wielu więźniów pozbawianych jest posiłków za to, że nie mogą zapłacić. Całe rodziny muszą przychodzić im z pomocą i uginają się przez to pod ciężarem długów. 

Znał wszystkie rodzaje tortur. Niektóre z nich są zbyt straszne, by je opisać. Mustafa patrzył na mnie nie widzącym wzrokiem i ciągnął dalej:

- Naczelnik to wstrętny pasożyt, Tehmino. On żyje z ludzkiego cierpienia, rozkwita na czyimś bólu. Zbiera od tych nieszczęśników pięćdziesiąt do osiemdziesięciu tysięcy rupii miesięcznie i część tej sumy rozdziela jak łup między swoich podwładnych. To nie jest więzienie, gdzie można wprowadzić jakieś ulepszenia, to obóz niewolników, którzy wskutek tego bezmiaru niesprawiedliwości stają się zbrodniarzami. To jest powód, dla którego zajmuję się polityką i nie spocznę, dopóki ten nieludzki system nie zostanie zmieciony z powierzchni ziemi. 

Mój gniew wzrósł jeszcze, gdy sama stałam się świadkiem kilku okrucieństw. Widziałam kobiety, z których wiele więzionych było razem z dziećmi, i które w więzieniu były napastowane i wykorzystywane. Widziałam błagalny wzrok niewinnych ludzi skazanych na podstawie fałszywych zeznań. Jeśli istniało na ziemi jakieś piekło, to było ono właśnie tutaj. Mustafa widział, jakie to robi na mnie wrażenie i żartował:

- Gdy dojdę do władzy, mianuję cię ministrem do spraw więziennictwa.

- Trzymam cię za słowo - odrzekłam poważnie.




Pewnego dnia naszą rozmowę przerwał rozdzierający krzyk.

- To brzmi tak, jakby wyrywano komuś duszę z ciała - powiedziałam do Mustafy.

Zatkałam palcami uszy próbując zagłuszyć te straszliwe jęki, bo zdawałam sobie sprawę, że nie mogliśmy nic pomóc. Oczy Mustafy płonęły gniewem. Odczekał chwilę, po czym zerwał się z krzesła i skierował w stronę zamkniętych drzwi celi. Uderzył w nie pięścią i rozkazał:

- Otwierać!

Przestraszony strażnik pośpiesznie otworzył drzwi i zasalutował. Mustafa odepchnął go na bok jak jakąś natrętną muchę i udał się w kierunku, skąd dochodziły krzyki. Biegłam za nim próbując dotrzymać mu kroku, a strażnik, obawiając się konsekwencji, trzymał się w pewnej odległości za nami. Wyszliśmy na zewnątrz. Na ogromnym placu siedziało w koło wielu więźniów i otrzymywało brutalną lekcję, która miała na celu ich zastraszenie. Na środku leżał rozpostarty na ziemi jeden z więźniów i kilku policjantów kopało go i biło pałkami. Lała się z niego krew i był prawie nieprzytomny, ale wciąż jeszcze wydawał z siebie przeraźliwe jęki. Cierpiałam widząc, jak dwóch strażników złapało go nagle za nogi i zaczęło z całej siły ciągnąć w przeciwne strony. Mężczyzna znów zaczął krzyczeć i z bólu wywrócił oczami, tak że widać było tylko białka. Potem nastąpiła śmiertelna cisza. Mustafa szybko, niczym błyskawica, rzucił się w kierunku zastępcy naczelnika. Jego oczy ciskały gromy. Złapał go za kołnierz i z całej siły uderzył kilka razy w twarz. Urzędnik był jak rażony piorunem, nie wiedział, co zrobić; Mustafa Khar mógł być więźniem, ale nie był człowiekiem, którego można było lekceważyć.

- Jeśli jeszcze raz usłyszę jęki więźniów, zrobię z ciebie miazgę! - ryknął Mustafa, po czym popchnął go tak, że tamten upadł na siedzenie z nogami w powietrzu.

Wtedy Mustafa odwrócił się i odszedł w kierunku swej celi. Pozostali więźniowie, gdyby się odważyli, z pewnością biliby mu brawo, ale poprzestali jedynie na niemym wyrażeniu wzrokiem swego podziwu. Wkrótce potem w celi Mustafy pojawił się zastępca naczelnika w towarzystwie trzech policjantów.

- Proszę pana - powiedział do niego cicho - nie powinien był pan uderzyć mnie na oczach wszystkich więźniów. Straciłem ich szacunek. Musimy trzymać ich w posłuchu, wie pan o tym.
-  Nie zasługujesz na ich szacunek - odparł Mustafa stanowczym tonem. - Nie można rządzić za pomocą strachu i gwałtu. Każę zwolnić cię z pracy, ty draniu! Nie będę się nad tobą litował! Wynoś się stąd! Nie będę marnował więcej czasu na rozmowę z tobą. Zajmę się tobą, jak przyjdzie czas.

Nieszczęśliwy zastępca naczelnika wykrztusił przeprosiny i odszedł. Byłam ogromnie dumna z swojego męża i zapytałam go:

- Co cię skłoniło do zrobienia tego? Jesteś ich więźniem, a przeciwstawiłeś się im.

Opowiedział mi historię, o której przeczytał w jednej z polecanych mu przez Bhutto książek.

- Napoleon Bonaparte kopnął kiedyś w drzwi celi, w której był więziony, i oznajmił oniemiałym strażnikom, że jest Napoleonem! To wystarczyło, bo był tak sławny. Pamiętaj, polityka opiera się na przeświadczeniu, że to, co się zrobiło, było słuszne. W sensie moralnym racja była po mojej stronie, ale gdybym zawahał się choćby na moment, zastępca nie oszczędziłby mnie. Można się dużo nauczyć od pełnego pewności siebie oszusta, który bez skrupułów wykorzystuje naiwność swojej ofiary, udając szczerość i życzliwość. Nie możemy sobie pozwolić na pokazanie naszych słabych miejsc, w naszej zbroi nie może być żadnej luki.

Opór, który stawił Mustafa, przeszedł do legendy więzienia. Naczelnik znienawidził go jeszcze bardziej, ale nie mógł nic zrobić, ponieważ Mustafę chroniła rosnąca wśród więźniów popularność. Władze zdawały sobie sprawę, że podobnie jak iskra może wywołać pożar, tak wystarczy jedno skinienie Lwa Pendżabu, by w więzieniu wybuchł bunt.

Moja polityczna edukacja rozpoczęła się na serio. Mustafa wiedział, że to polityka skusiła mnie do powrotu do niego i podsycał tkwiący we mnie idealizm. Zachęcał mnie do stawiania mu pytań i czułam, że czasami zmuszałam go do wyjaśniania mi spraw, którymi nigdy przedtem nie zaprzątał sobie głowy. Jego zachowanie było nienaganne. Zrozumiał, że przygotowywaliśmy się nawzajem do spektakularnego powrotu na pakistańską scenę polityczną i wiedział, że przywódca powinien służyć przykładem. Uczył mnie swojego rzemiosła, objaśniał strategię działania i uświadamiał ideologicznie. Był to powolny proces "klonowania". Miałam stać się na wolności jego drugim "Ja". Kombinacja jego umysłu z moim całkowitym oddaniem sprawie zapewni mu zwolnienie. Podzielił się ze mną szczegółami wizji, która powstała w jego umyśle podczas długich lat kontemplacji. Już wcześniej miałam o niej jakieś pojęcie, ale teraz mogłam to wszystko ułożyć w logiczną całość. Punktem wyjścia dla niego był naród. Aspiracje i oczekiwania prostego człowieka zostały według niego zapomniane przez goniących za władzą polityków. Mówił o wyzysku, o istniejącym porozumieniu między biurokracją cywilną i wojskową a feudałami oraz panami z miasta.

- Współcześni politycy - oświadczył - zapominają, jaką siłę stanowi naród, i to jest ich słabość.

Mustafa kładł nacisk na potrzebę organizowania się na najniższych szczeblach. Wyobrażał sobie system polityczny, którego siła płynęła od dołu.

- Przewrócimy piramidę władzy do góry nogami - zapowiadał.

Orędował za powrotem do dawnych zasad islamu. Polemizował z marksizmem wskazując na jego wady, ale podziwiając uniwersalne znaczenie tej ideologii. Ponownie przekonywał mnie o potrzebie redukcji sił zbrojnych.

- Musimy odebrać tej bestii nasze znikome zasoby - mówił mi. - Nasz naród potrzebuje jedzenia i dachu nad głową, ubrań, sprzętu medycznego, wody do picia oraz oświaty. To wojsko pochłonęło bogactwa naszego państwa. Wojsko to strata siły roboczej i stałe zagrożenie dla konstytucyjnej władzy. Jeśli dojdę do władzy, będzie ono wykorzystywane wyłącznie do budowy dróg i mostów.

Mustafa stał się żarliwym orędownikiem bratniej współpracy ze Związkiem Sowieckim. Nie uznawał stanowiska generała Zii, który potępiał inwazję wojsk sowieckich na Afganistan, i występował przeciwko przyjmowaniu przez Pakistan afgańskich uchodźców.

- Zia poświęca naszą przyszłość dla doraźnych korzyści - twierdził. - Nie może zrozumieć, jakie ogromne straty poniesiemy w związku z naszym niepotrzebnym angażowaniem się w tę sprawę. Rosjanie nigdy nam tego nie zapomną. Handel bronią i narkotykami to naturalne rezultaty tego konfliktu. Generałowie są krótkowzroczni, zaślepieni dolarową dyplomacją Amerykanów. A ci nie są sojusznikami, na których można polegać, będą się z nami przyjaźnić dotąd, dopóki nie osiągną własnych celów.

Przekonany był, że z wyjątkiem Związku Sowieckiego Pakistan powinien zachować dystans w stosunku do innych mocarstw. Według niego naród powinien przynajmniej na jakiś czas być izolowany od świata zewnętrznego, aby stworzyć w nim poczucie niezależności.

- Spójrz na Chiny, spójrz na Indie - mówił do mnie. - One rozwijają własne technologie produkcji, nie chodzą i nie żebrzą u innych. Posiadają własną dumę narodową. My wybraliśmy łatwiejszą drogę, wszystko jest u nas importowane, nawet nasze własne pomysły.

Był naturalnym spadkobiercą polityki swego nauczyciela. Bhutto pozostawił po sobie kłopotliwy spadek - był populistą, miał gotowe slogany, którymi elektryzował naród, lecz zabrakło mu czasu na przeprowadzenie koniecznych reform. Mustafa głęboko wierzył, że teraz nastąpił jego czas. Czułam, że w końcu narodził się mężczyzna, jakiego zawsze pragnęłam. "Oto pozbawiony egoizmu polityk - myślałam - który razem ze mną zgłębia istniejące problemy kraju i ukazuje mi prawdę". Miał w sobie cechy Mesjasza, które jego status więźnia jeszcze uwydatniał. Mustafa w bardzo subtelny sposób przygotowywał mnie do uczestniczenia w życiu publicznym kraju, w którym wygląd, zwłaszcza w przypadku kobiety, ma duże znaczenie. Dowcipkując, ale bez złośliwości drażnił się ze mną na ten temat i nakłaniał do najbardziej korzystnych dla mnie zmian. Zdarzało się, że prawił mi komplementy mówiąc, że wyglądam jak modelka, która przed chwilą opuściła strony magazynu mody, a gdy się z tego cieszyłam, zaczynał się śmiać i mówić, że mój wygląd jest jednak trochę niestosowny jak na żonę znanego więźnia politycznego. Któregoś dnia zrobiłam sobie miedziane, złote i popielate pasemka na moich kasztanowych włosach. Tak strasznie go to zaskoczyło, że wybuchnął śmiechem, zaproponował jednak, bym powróciła do swoich "długich kasztanowych warkoczy, które go zniewoliły" piętnaście lat temu. Jeszcze bardziej był zszokowany, gdy po zrobieniu trwałej ondulacji pojawiłam się u niego z długimi, poskręcanymi lokami.

- Co to? Wyrosły ci na głowie sprężyny? - zapytał mnie.

Pewnego dnia weszłam do jego celi bezpośrednio po zakończeniu mityngu politycznego w Gujrat. Przepełniał mnie optymizm, spotkanie bowiem okazało się wielkim sukcesem. Ubrana byłam tradycyjnie: miałam na sobie luźne czarne spodnie, biało-czarną bluzkę z czerwonym kołnierzem i mankietami oraz narzuconą na ramiona czerwoną pelerynę z kaszmiru. Rozpuszczone włosy spływały mi luźno na plecy. Mustafa spojrzał na mnie i rzekł:

- Wiesz, jak wyglądasz? Jak Margaret Thatcher ubrana w czador. Gdzie odbyło się to spotkanie? W Birmingham, w Southall czy w Gujrat?

Uśmiechnęłam się i przyznałam z niepewną miną, że powinnam była ubrać się bardziej odpowiednio.
Innym razem kręcił ze zdumieniem głową widząc mnie wchodzącą na dziedziniec więzienia bez zasłony.

- Że też musiałem dożyć takiego dnia - lamentował. - Moja żona wchodzi do więzienia, w którym dookoła jest pełno mężczyzn, bez zasłony na twarz.

- Zapomniałam jej włożyć - powiedziałam wzruszając ramionami.

- Czy o tym można zapomnieć? - zapytał ostrym, lecz pozbawionym złośliwości tonem. - Zapomniałaś o podstawowej rzeczy. Ona ma świadczyć o twojej nieśmiałości oraz kobiecej skromności.




Zawstydziłam się, Mustafa miał rację, wolność to nie to samo co swoboda. Zawsze fascynowały mnie kolory, ale któregoś dnia coś się we mnie zmieniło i zdecydowałam, że od tej chwili będę nosiła jedynie prostą, białą bawełnę. Kiedy poinformowałam Mustafę o mej decyzji, nie wyraził zdziwienia; wręcz przeciwnie, zachował się tak, jakby tego oczekiwał. Chodziło mu o to, żebym nie wzbudzała zainteresowania w świecie mężczyzn, w którym się obecnie obracałam. Wiedział jednak, że nie mógł mnie do tego zmusić. Jeśli chodzi o mnie, czułam, jakbym pozbyła się wielkiego ciężaru. Biała bawełna nie stanowiła tylko symbolicznego gestu, była rezultatem długiego i bolesnego procesu odkrywania własnej siebie. Moje nadmierne zainteresowanie strojami i potrzeba bycia piękną to spuścizna okresu dzieciństwa spędzonego u boku matki jako jej garderobiana. Wykorzystałam to w moim dorosłym życiu do maksimum. Swoim wyglądem oczarowałam i usidliłam Mustafę wpadając przy tym we własne sidła. Za pomocą strojów usiłowałam utrzymać go przy sobie, a Adila próbowała mi go zabrać za pomocą swoich. Stroiłam się, żeby zrobić wrażenie na innych - oto pojawiła się czarująca i elegancka żona więźnia politycznego, przeciwieństwo smutnej, niepozornej kobiety, którą spodziewano się zobaczyć. Ale teraz koniec z tym. Teraz miała się tylko liczyć moja osobowość i moje idee. Uświadomiłam sobie sprzeczność, jaka we mnie tkwiła: pycha oddalała mnie od ludzi, których chciałam reprezentować.

Podczas długiego pobytu w więzieniu Mustafa pisał do mnie listy z instrukcjami, doręczane zawsze do rąk własnych. Pouczał mnie w nich, żebym w czasie negocjacji nie ujawniała swoich prawdziwych uczuć.

- Nie pokazuj po sobie emocji - mówił - a wtedy przeciwnicy nie będą w stanie przewidzieć twoich reakcji.

Radził mi, abym była życzliwa, lecz stanowcza, wypytywała o wszystko, lecz sama nie udzielała informacji. Ostrzegał o niebezpieczeństwach, jakie czyhają w pozornie niewinnych rozmowach, oraz uczył sztuki wychodzenia cało z podstępnych pytań zadawanych przez dziennikarzy podczas konferencji prasowych. Okraszał te listy romantycznymi wstawkami. Wyjaśniał w nich swoją obsesyjną potrzebę posiadania oraz brak poczucia bezpieczeństwa. Pisał: "Wszystkie znane legendy o miłości kończą się tragicznie... ich miłość była wielka, lecz niepraktyczna i nierozsądna. W miłości nie ma równowagi, dlatego jeśli pragniesz miłości, musisz być przygotowana na udźwignięcie jej ciężaru". Przemawiał do moich kobiecych uczuć, wyznawał, jak bardzo mnie potrzebuje i jak bardzo jest ze mnie dumny. "Bez ciebie nie mogę niczego osiągnąć - pisał. - Gdy czuję twą obecność u mojego boku, wiem, że mogę osiągnąć wszystko. Mogę wtedy podjąć największe ryzyko. Z radością bym umarł, nawet dzisiaj, gdybym wiedział, że pozostaniesz mi oddana". Czasami proponowałam Mustafie, żeby swoje poglądy przelewał na papier, tak abyśmy mogli to wydrukować i w formie broszur rozdać ludziom. Byłam pewna, że pobudziłyby one wyobraźnię ubogich. Ale on odpowiadał na to:

- Nasz naród jest niepiśmienny. Ludzi nie obchodzą broszury. Pragną przywódcy, który jest w stanie ubrać w słowa ich żądania i który wyczuwa ich potrzeby. Trzeba stanąć przed nimi przemawiając językiem, który oni rozumieją. Jeśli spiszę to wszystko, czego chcę dokonać, władze na pewno się tym zainteresują i szybko się mnie pozbędą. Dlaczego mam im to ułatwiać? Zaatakuję ich na polu bitwy, nie na papierze.

Musiałam przyznać mu rację. Mustafa był zwolennikiem Związku Sowieckiego. Sprzeciwiał się natomiast militaryzacji, feudalizmowi, uprzemysławianiu kraju i korupcji. Ci, którzy byli u władzy, nigdy nie zaakceptowaliby takiego programu przemian socjalistycznych. Plany te Mustafa musiał więc zachować na razie dla siebie, podzielić się nimi mógłby jedynie wtedy, gdyby był na wolności i przemawiał do mas, a i wtedy nie ujawniłby ich w całości. W oczekiwaniu na ten moment musiał usypiać czujność sił reakcyjnych. Często rozmawialiśmy o przyszłości oraz o tym, że doświadczenie więzienne zmusiło nas do wielu zmian w naszym życiu. Władza jako taka nie stanowiła już celu samego w sobie. Przeciwnie, przejęcie władzy za pomocą naszej strategii politycznej zmusiłoby nas do obniżenia naszego poziomu życia. Pragnęliśmy prostego życia, chcieliśmy czcić Boga i służyć ludziom.  


 




 

CDN.

niedziela, 23 sierpnia 2020

GWAŁT - CZY NIEODZOWNY ELEMENT KOBIECEGO LOSU? - Cz. XX

NAJWAŻNIEJSZE I (NIEKIEDY)

NAJBRUTALNIEJSZE PRZYPADKI

GWAŁTÓW W HISTORII






145 r. p.n.e.

GWAŁT NA WESELU

Cz. VI







 BÓG Z ODLEGŁEJ KRAINY

Cz. VI



 
"GDYŚCIE NAD BARDZO WIELOMA 
GRODAMI PANOWALI, 
WŁAŚNIE WTEDY NAJWIĘCEJ 
ZROBILIŚCIE SOBIE NIEPRZYJACIÓŁ"

TEBAŃCZYCY DO ATEŃCZYKÓW
TUŻ PRZED ZAWARCIEM SOJUSZU WYMIERZONEGO PRZECIW SPARCIE
(ok. 395 r. p.n.e.)



 Z początkiem 398 r. p.n.e. zakończył życie król Sparty z dynastii Eurypontydów - Agis II, powstała więc konieczność ustanowienia nowego króla. Tutaj jednak pojawił się spór pomiędzy dwoma przedstawicielami dynastii, bratem zmarłego władcy - Agesilaosem i synem Agisa - Leotychidasem. Agesilaos oskarżył jednak swego bratanka iż nie jest on synem króla, tylko Ateńczyka Alkibiadesa, który będąc w Lacedemonie, nawiązał romans z matką Leotychidasa i żoną Agisa II - Timaią. Rzeczywiście, gdy w 415 r. p.n.e. podczas święta Adonisa w Atenach uszkodzono wiele kolumn z podobiznami Hermesa, odrywając to, co wystawało (hermy wykonane były w ten sposób, że przedstawiały głowę boga i niżej jego fallusa w stanie wzwodu), o ten czyn oskarżono Alkibiadesa i ludzi z jego otoczenia. Pojawiło się mnóstwo donosów (w kolejności chronologicznej, były to donosy: Antymacha, Teukrosa, Diokleidesa, Andokidesa, Agarysty i niewolnika Lidosa) i wszyscy oni oskarżyli w nich albo samego Alkibiadesa, albo też grono jego przyjaciół (Eufiletosa, Teodorosa, Pulytiona i kilku innych). Doszedł również poważny zarzut sparodiowania misteriów ku czci bogini Demeter (misteria eleuzyńskie na cześć tej właśnie bogini - do których jeszcze zapewne powrócę, choć może już w innym temacie - należały do najbardziej szlachetnych i najgodniejszych w całej Helladzie, zaś wtajemniczeni w te praktyki religijne, uważali siebie za prawdziwą elitę, ludzi wybranych i umiłowanych przez bogów). Był to bardzo poważny zarzut i choć w tym czasie Ateny (i Związek Morski) prowadziły wojnę na śmierć i życie ze Spartą (i Związkiem Peloponeskim), a wyprawa na Sycylię przeciwko Syrakuzom była już gotowa, to jednak zarzut świętokradztwa okazał się na tyle poważny, że nie można było nad tym przejść do porządku dziennego. Co prawda początkowo Alkibiadesa uniewinniono z zarzutów i pozwolono mu objąć dowództwo w wyprawie na Syrakuzy, jednak gdy flota już wyruszyła, heliaja (ateński trybunał sądowy) zmieniła zdanie i (zapewne po pojawieniu się kolejnego donosu, tym razem wniesionego przez Tessalosa - przeciwnika politycznego Alkibiadesa - który oskarżył go o bezbożność w odniesieniu do bogiń: Demeter i Persefony) nakazała Alkibiadesowi powrócić do Aten, by tam ponownie stanął przed sądem i wytłumaczył się z oskarżeń (wnoszonych - co by nie powiedzieć - przez ludzi godnych i wywodzących się ze szlachetnych ateńskich rodów i jedynie niewolnik Lindos odstawał od tej arystokratycznej gromadki). Ten jednak - obawiając się skazania - zbiegł najpierw do ateńskiej kolonii w południowej Italii - Thurioi (gdzie zapytany: "Alkibiadesie, nie ufasz ojczyźnie?", miał rzec: "Co do wszystkiego innego tak, co do mego życia, to nie ufam nawet własnej matce") a następnie do miasteczka Killene w Elidzie, po czym przeniósł się do Argos (gdzie dotarł do niego wyrok śmierci na jaki zaocznie skazano go w Atenach). Obawiając się jednak że Argiwczycy zechcą wydać go Atenom, postanowił ostatecznie udać się do Sparty.

"Jeśli Ateńczycy uważają mnie za zbrodniarza i zdrajcę, to niech przynajmniej mają do tego powód" - jak sądził wówczas Alkibiades i przybywszy do Lacedemonu, zaczął głosić swe bliskie związki rodzinne ze Spartą (ród z którego się wywodził - Alkmeonidzi - miał zawartą umowę "gościnną" czyli proksenię ze Spartą, Alkibiades miał również za młodu lacedemońską niańkę Amyklę - choć to akurat nie należało wówczas do rzadkości wśród arystokratycznych ateńskich rodów, gdyż niańki ze Sparty były wówczas bardzo cenione, gdyż uważano że kobiety stamtąd lepiej potrafią wychować chłopców i stworzyć z nich prawdziwych mężczyzn. A poza tym imię "Alkibiades" również było lacedemońskiego, a nie ateńskiego pochodzenia). Alkibiades utrzymywał też bardzo wiele znajomości i przyjaźni (np. to właśnie jego przyjaciele z Messyny na Sycylii zamierzali otworzyć bramy swego miasta przed Ateńczykami, ale gdy dowiedzieli się o jego odwołaniu i oskarżeniu, zmienili zdanie, i w taki to sposób Ateńczycy nie opanowali strategicznie ważnej Cieśniny Messyńskiej). W Sparcie zatrzymał się w domu swego przyjaciela Endiosa, który pamiętał z jakim szacunkiem Alkibiades przyjął przed dziesięcioma laty lacedemońskich jeńców, wziętych w niewolę po klęsce w bitwie z Ateńczykami pod Sfakterią (było to jedno z największych ateńskich zwycięstw w tej wojnie). Alkibiades wystąpił też o ochronę do króla Sparty Agisa II, lecz nim ją uzyskał, przyszło mu tłumaczyć się ze swego poparcia dla demokratów (nie pytano go jednak o współudział w zagładzie mieszkańców wyspy Melos, dokonanej zaledwie rok wcześniej - 416 r. p.n.e. - gdzie wszystkich mężczyzn wymordowano, a kobiety i dzieci wzięto w niewolę. Stało się to właśnie na wniosek Alkibiadesa, który mocno za tym agitował na ateńskim Zgromadzeniu Ludowym. Trudno się jednak temu dziwić, mordercza wojna trwała już prawie szesnaście lat, więc jakiekolwiek opory moralne obu stron uległy stępieniu i gdy jeszcze na początku wojny pozwalano ludności opuścić zdobyte miasta i zabrać ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy - mężczyźni mogli zabrać strój w którym byli, zaś kobiety po dwie suknie - to teraz już nie było litości i najczęściej pokonanych po prostu mordowano). Alkibiades miał również przedstawić prawdziwe cele ateńskiej wyprawy na Sycylię, mówiąc przed zgromadzeniem prytanów: "Najpierw zamierzaliśmy zawładnąć Sycylią, potem Italią, następnie posiadłościami Kartaginy, a wreszcie i Kartaginą samą. Później (...) mieliśmy zwrócić wszystkie siły przeciw Peloponezowi. Pod naszymi rozkazami znajdowałyby się wówczas ogromne wojska, złożone zarówno z helleńskich, jak i barbarzyńskich mieszkańców Italii, a nawet z Iberyjczyków. (...) Nasza flota wojenna zostałaby poważnie rozbudowana dzięki lasom Italii. (...) Dzięki tym siłom i zasobom łatwo by było zamknąć Peloponez od strony morza. Jednocześnie nasza armia lądowa współdziałając z flotą zdobyłaby niektóre miasta. Tym sposobem (...) cały półwysep dostałby się pod nasze panowanie. Potem zawładnęlibyśmy resztą Hellady".




Alkibiades namawiał również Lacedemończyków, aby przenieśli działania wojenne bliżej samych Aten, twierdząc że stosowana dotąd przez Spartę taktyka corocznych ataków na Attykę i pustoszenia okolic od Eleusis do Dekelei - nic nie daje. Ateńczycy są niepokonani na morzu, zaś ludność z zagrożonych terenów po prostu ucieka do Aten i czeka aż nieprzyjaciel sobie pójdzie. Alkibiades twierdził że głód nie zagrozi Atenom, póki mają flotę i panują nad wieloma ziemiami na Morzu Egejskim, oraz kontrolują cieśniny wiodące na Morze Czarne (skąd sprowadzane jest zboże do Aten), oraz drogę na Cypr i do Egiptu, mogą zatem przeboleć zniszczenie "kilku wiejskich chat" w Attyce. Radził więc by Spartanie opanowali dużą twierdzę Dekeleję, a skąd nieustannie już będą mogli szarpać Ateńczyków bez konieczności opuszczania Attyki na zimę (tak się właśnie stało w 413 r. p.n.e.). Dzięki tym propozycjom i zadeklarowaniu wierności Sparcie, Alkibiades uzyskał schronienie o które prosił, a nawet sympatię samego króla Agisa. Jednak korzystając z gościnności lacedemońskiego króla, postanowił również skosztować... wdzięków jego żony - Timai, a ponieważ był wciąż jeszcze młody (miał ok. 35 lat), a do tego nieziemsko przystojny (jak twierdzą historycy) i "od zawsze" otoczony wianuszkiem zakochanych w nim kobiet (i nie tylko, wchodził bowiem także i w związki homoseksualne), bardzo łatwo potrafił rozkochać w sobie kobiety. Timaia była zauroczona jego osobą, a ich związek trwał dość długo (wyszedł na jaw dopiero w jakiś czas potem). Zaszła też w ciążę w chwili, gdy jej mąż właśnie zdobywał Dekeleię i urodziła syna - Leotychidasa - już po powrocie Agisa z wyprawy. Ten został poinformowany o szczególnym rodzaju "opieki", jaką zapewniał jego żonie Alkibiades, ale król początkowo w ogóle nie chciał wierzyć tym plotkom i twierdził że zbiegły Ateńczyk nie dopuściłby się czegoś tak haniebnego (notabene zdradził własny kraj i wspierał nieprzyjaciół, podpowiadając im jak mają skutecznie zniszczyć ateńską flotę i zdobyć same Ateny, dlaczego więc miałby nie wykorzystać okazji jaka mu się nasunęła, tym bardziej że wkrótce potem zdradził i samych Spartan, uciekając z ich kraju). Jednak po jakimś czasie królowi się przypomniało, że pewnej nocy, którą zamierzał spędzić w sypialni swej małżonki, doszło do trzęsienia ziemi i wówczas Agis poprzysiągł bogom że jeśli ono się nie powtórzy, przez rok nie odwiedzi Timai w sypialni. Słowa dotrzymał (wyruszył wówczas na wojnę do Attyki), a po powrocie ujrzał nowo narodzonego syna.

Alkibiades, obawiając się zemsty Agisa, postanowił skontaktować się z perskim satrapą Lidii i Karii - Tissafernesem (akurat ten przybył z poselstwem do Sparty, było to w roku zawarcia pierwszego sojuszu spartańsko-perskiego z 412 r. p.n.e.) i z jego też pomocą planował wydostać się z kraju Lacedemończyków. Radził także Tissafernesowi, aby ten jedynie miarkował pomoc dla Sparty i dążył raczej do jej jak największego osłabienia, a ten z chęcią przyjmował jego rady i postępował zgodnie z instrukcjami obiecując Sparcie pomoc, a nie przysyłając swych sił i pieniędzy w terminie. Sprytny Alkibiades postanowił też oczyścić swoje imię wśród Ateńczyków i posłał wiadomość na Samos (gdzie znajdowała się główna baza ateńskiej floty operującej na wschodnich rubieżach Morza Egejskiego), że trzyma w garści Tissafernesa i radzi mu aby nie udzielał Sparcie żadnego realnego wsparcia. To spowodowało że stosunek Ateńczyków do Alkibiadesa uległ zmianie i (mimo sprzeciwu Frynichosa - który twierdził że Alkibiadesowi nie zależy ani na demokracji ani na oligarchii, ani na Atenach ani na Sparcie, a jedynie na sobie samym. Frynichos zresztą sam wkrótce potem się skompromitował, gdy wysłał do spartańskiego wodza - Astiochosa, ostrzeżenie przed zdradą Alkibiadesa. Potem okazało się też, że Frynichos - w obawie o własne życie - zamierzał wydać Lacedemończykom cały ateński obóz wraz z flotą, ale nim ta wiadomość ujrzała światło dzienne, Frynichos zginął na Agorze z ręki niejakiego Hermiona, który pchnął go sztyletem). Ateńczycy znów przyjęli więc Alkibiadesa i oczyścili go z zarzutu zdrady oraz świętokradztwa (411 r. p.n.e.). Ten, w swej mowie wygłoszonej do obywateli, próbował jednak wytłumaczyć się ze swojego postępowania i zostało ono przyjęte. Alkibiades następnie został mianowany strategiem floty stacjonującej na Samos i w 410 r. p.n.e. (o czym już wcześniej pisałem) odniósł jedno z najświetniejszych zwycięstw, jakich Ateńczycy doświadczyli w czasie tej długiej, 27-letniej wojnie, zwanej peloponeską. Bitwa morska pod Kyzikos (za Hellespontem w Propontydzie), była prawdziwym pogromem spartańskiej floty (choć wielu jednostkom udało się uciec), czego dowodem były tak pesymistyczne meldunki, słane po bitwie do Sparty, jak ten: "Okręty przepadły, Mindaros (lacedemoński dowódca) nie żyje. Ludzie głodują. Nie wiemy, co robić!" Udało się również Alkibiadesowi doprowadzić do upadku krótkotrwałego panowania oligarchów w Atenach (411/410 r. p.n.e.) i to samą tylko zapowiedzią przybycia na rozmowy z nowym rządem (najbardziej prodemokratyczne nastroje były w ateńskiej flocie, której to marynarze i żołnierze chcieli czym prędzej płynąć do Aten i rozprawić się z oligarchami - nasłuchawszy się opowieści że nowy rząd pragnie poddać się Lacedemończykom i prześladuje weteranów - co było nieprawdą, ale tutaj w grę wchodziły już emocje, które okazały się silniejsze od prawdy). W każdym razie ze zdrajcy, stał się Alkibiades bohaterem narodowym i zwycięzcą, na którego imię zmieniały się ustroje polityczne. Ostatecznie po klęsce Aten w 404 r. p.n.e., Alkibiades został zamordowany gdzieś w Azji Mniejszej z polecenia spartańskiego stratega - Lizandra (jego ciało zostało rzucone na pożarcie dzikim zwierzętom).

Teraz więc Leotychidas był powszechnie uważany za syna Alkibiadesa (który ponoć śmiał się że zapłodnił Timaię tylko po to, aby jego potomkowie zasiedli na tronie Sparty) i takie właśnie oskarżenie wytoczył przeciwko niemu jego stryj i konkurent do korony - Agesilaos. Na korzyść Leotychidasa przemawiała jednak treść przepowiedni delfickiej, która głosiła aby Lacedemończycy wystrzegali się "kulawej władzy". A tak się akurat złożyło, że Agesilaos miał problem z jedną nogą, która była słabsza i na którą utykał (swoją drogą ciekawe jak w młodości przeszedł inspekcję niemowląt i agogę - szyli spartańską szkołę wychowania młodzieży. Nic nie wiadomo bowiem o jego dzieciństwie i młodości, więc pewnie kaleką stał się w późniejszym wieku) . Dlatego też uważano, że przepowiednia mówiła właśnie o nim. Ale Lizander - który jawnie opowiedział się po stronie Agesilaosa - stwierdził że owa przepowiednia źle jest interpretowana, bowiem - jak twierdził: "Bóg (Apollo) nie nakazuje wystrzegać się kalectwa, spowodowanego potłuczeniem nogi, lecz raczej tego, by królem nie został ktoś nie będący z rodu królewskiego, bo byłoby to niewątpliwie królestwo kulejące, gdyby grodowi Lacedemończyków przewodzili ludzie, nie pochodzący od Heraklesa" (rody królewskie Agiadów i Eurypontydów twierdziły że wywodzą się od Hyllosa - syna Heraklesa). Po przedstawieniu tych argumentów, nowym królem okrzyknięty został Agesilaos II. Leotychidas został natomiast wypędzony z Lacedemonu, zaś nowemu królowi wpadł w ręce cały majątek Agisa II, który umiejętnie potrafił wykorzystać do celów politycznych i propagandowych (dzięki temu stworzył sobie silne zaplecze własnych zwolenników). Znany był też z ogromnej atencji, jaką okazywał gerontom - strażnikom ustroju (powołani zostali przez spartańskiego prawodawcę - Likurga, jeszcze w IX wieku p.n.e.), których zadaniem było przeciwstawiać się demokracji i w tym celu współpracować z królami, a także wspierać lud tam, gdzie istniała obawa pojawienia się tyrani. Gerontów zawsze było 28, a razem z królami tworzyli swoisty parlament w liczbie 30 powołanych do tego arystokratów. Agesilaos zawsze podkreślał nadrzędność geruzji i nawet tam, gdzie prawo dawało mu pewne przywileje, postępował tak, aby podkreślić swój szacunek dla tej instytucji (np. wstawał ze swego miejsca gdy pojawiali się geronci, choć jako król nie musiał tego czynić, oraz zjawiał się na każde wezwanie gerontów, nie czekając na ich ponaglenia). Tak więc rozpoczęło się nowe panowanie, choć od razu przyćmił je spisek, jaki się zawiązał i jaki zagroził nie tylko ustrojowi Sparty, ale samemu Lacedemonowi jako państwu.




Oto bowiem (jeszcze w tym samym 398 r. p.n.e.) objawił się człowiek o imieniu Kinadon, który co prawda był spartiatą, ale nie posiadał swojej ojcowizny , należał więc do grona owych ubogich spartiatów, którzy (jak pisze Plutarch) siedzieli: "w mieście jako tłum w nędzy i po ojcach". Kinadon szukał zwolenników koncepcji "zemsty na spartiatach", którzy takich jak on pozbawili ojcowizny i należnych bogactw po zakończeniu wojny z Atenami. Nie ulega bowiem atpliwości że po zwycięstwie stała się Sparta najpotężniejszym i najbogatszym państwem całej Hellady. Bogactwo, jakie wówczas napłynęło do Lacedemonu było tak ogromne, że w całych dziejach Sparty nigdy nie widziano czegoś podobnego. Majątek jaki zdobyli Lacedemończycy (i nie podzielili się nim z Tebami i Koryntem, którzy domagali się 1/12 łupów), wynosił ok. 2000 talentów (a była to kwota ogromna, dla porównania za 1 talent można było nabyć okazały pałac, lub wystawić dwa okręty wojenne wraz z załogą). Kwota ta przerażała samych Spartan (niektórzy historycy twierdzą, że to właśnie napływ tego bogactwa był powodem rozluźnienia obyczajów i upadku dotychczasowego systemu wychowania młodzieży zwanego - agoge), a byli i tacy (jak efor Skirafidas i efor Flogidas), którzy sprzeciwili się wpuszczeniu pieniędzy do miasta (nie wyjaśnili jednak co należy z nimi uczynić - przeznaczyć na jakiś konkretny cel, zniszczyć lub może... oddać pierwotnym właścicielom?). Ostatecznie jednak (pod wpływem zwolenników i żołnierzy Lizandra) postanowiono zatrzymać pieniądze, ale poczyniono ograniczenia, polegające na upaństwowieniu całego tego bogactwa i wprowadzeniu kary śmierci za prywatne posiadanie pieniędzy (komunizm w pełnej krasie. Warto tutaj jeszcze dodać, że w tym czasie Sparta - jako jedno z nielicznych greckich polis - nie biła własnej monety, posługując się pieniędzmi obcymi, lub prowadząc bezpośrednią wymianę towarową). Długa wojna z Atenami i częste braki środków na budowę i wyekwipowanie floty (po to przecież zawierano umowy z Persją, aby Król Królów dał pieniądze na wystawienie spartańskiej floty wojennej), pokazały jednak że pieniądze mogą się przydać i nie muszą stanowić zagrożenia, jednak początkowo obawy były duże (szczególnie obawiano się demoralizacji młodzieży tak wielkim bogactwem). Szybko jednak one ustąpiły, gdyż już w kilka lat po zakończeniu wojny majątki jednych Spartiatów niepomiernie wzrosły, inni zaś utracili całą ojcowiznę. Stało się tak nie tylko przez napływ owych bogactw (i nierównomiernym ich podziale pomiędzy współobywateli), ale również przez wprowadzenie nowego prawa (rhetry) przez efora (eforowie - w liczbie pięciu, z czego trzech zawsze przebywało w Sparcie - tworzyli rząd Lacedemonu, gdyż to oni decydowali o wojnie i pokoju, przewodniczyli obradom Zgromadzenia Ludowego, ustanawiali nowe prawa itd.) Epidateusa, który poróżniony ze swoim synem, wprowadził zasadę iż każdy obywatel ma prawo oddać swój majątek lub przekazać w testamencie komu tylko zechce, a jego dzieci (synowie) nie będą już automatycznie dziedziczyły ojcowizny po jego śmierci. 

W ten sposób wprowadzone zostało prawo, które w przeciągu kilku lat doprowadziło do zwiększenia się majątków arystokratów i zmniejszenia się ziem, należących do uboższych obywateli, którzy tracąc ziemię, automatycznie tracili również status spartiatów i prawo głosu na Zgromadzeniu Ludowym (Apella). I właśnie przeciwko temu postanowił zaprotestować ów Kinadon. Pałał on wielką nienawiścią do spartiatów (Ksenofont - najlepiej uświadomiony w sprawach Sparty Ateńczyk, który spędził tam wiele lat i wiele widział na własne oczy, pisze iż Kinadon pałał taką niechęcią do Spartiatów, że: "nikt nie jest w stanie ukryć, że chętnie jadłby ich nawet na surowo") i wokół siebie zgromadził innych niezadowolonych: ubogich spartiatów, którzy potracili ojcowizny i żyli w mieście niczym żebracy, periojków (byli to przedstawiciele innych ludów zamieszkali w Sparcie i nie posiadający praw obywatelskich. W dużej mierze również mogli to być Achajowie, czyli wcześniejsi panowie Peloponezu, którzy zostali podbici i podporządkowani przybyłemu z północy "ludowi ognia" czyli Gorom, nazwanych potem Dorami), neodamodów (wyzwolonych niewolników - "tych, których wyzwolono ze stanu helockiego") i oczywiście helotów (niewolników państwowych). Kinadon udawał się co jakiś czas na spratańską Agorę w towarzystwie jednego lub co najwyżej dwójki zwolenników i... liczył spartiatów, powtarzając że są to ich śmiertelni wrogowie. Powiadał też że w samym mieście wrogów jest niewielu, a jeszcze mniej na wsi ("w każdej wsi jest tylko jeden wróg - gospodarz"), wszyscy inni zaś są potencjalnymi sojusznikami, dlatego też uważał że należy się do nich zwracać z apelem by dopomogli rewolucji próbie zamachu stanu i wymordowali wystąpili przeciwko swym prześladowcom. Kinadon stworzył też doskonałą siatkę konspiracyjną, która polegała na tym, że nawet przywódcy spisku nie wiedzieli dokładnie ile osób jest w to zaangażowanych i nie znali ich imion (zapewne w obawie przed torturami).




Ktoś jednak doniósł eforom o spisku Kinadiona i jego zwolenników, a ci (w wielkiej tajemnicy, aby nie spłoszyć spiskowców) zebrali się na naradzie z gerontami i postanowili posłać Kinadiona do miasta Aulon w północnej Messeni z jakimś zadaniem, które nie miało jednak większego znaczenia (polecono mu na przykład przyprowadzić z Aulon pewną kobietę słynącą z urody, która jakiś czas temu ośmieliła się pozostać niewzruszona na względy spartiatów). W drogę wysłano z nim sześciu ludzi, którzy byli jednak odpowiednio wtajemniczeni i mieli za zadanie aresztować Kinadiona, gdy ten tylko opuści Spartę (wysłano za nimi jeszcze korpus jazdy), obawiano się bowiem dokonać aresztowania w samym mieście, nie wiedząc ilu dokładnie miał tam zwolenników. Tak też się stało, Kinadion został aresztowany i poddany torturom w wyniku których wymienił imiona wszystkich wtajemniczonych w spisek (oczywiście tylko tych, których sam znał), a którzy to wkrótce również zostali aresztowani (co ciekawe - zapytany podczas tortur dlaczego zamierzał obalić spartański "ustrój przodków", Kinadion miał rzec że wcale nie pragnął tego czynić, a jedynie przywrócić sprawiedliwość tym, którzy zostali wykluczeni z grona spartiatów-obywateli). Kinadion - z głową i rękoma ujętymi w dyby, smagany biczem i kłuty włóczniami - prowadzony był przez całe miasto na miejsce kaźni, aby Lacedemon widział jak władze karzą nieprowomyślnych i tych, którzy się buntują przeciwko prawom, ustalanym przez kilku arystokratycznych wybrańców. Wraz z nim stracono jeszcze jednego uczestnika spisku - wieszczka Tisamenosa, który pochodził z Elidy i był członkiem tamtejszego rodu kapłańskiego - Iamidai. Pierwotnie rodzina należała do grupy periojków, ale w 480 r. p.n.e. przodek Tisamenosa uzyskał spartańskie obywatelstwo i uczestniczył w bitwie z Persami w wąwozie Termopile pod wodzą Leonidasa. Potem jednak rodzinie nie wiodło się dobrze, dlatego właśnie Tisamenos zdecydował się przyłączyć do spisku Kinadiona.

A tymczasem w 397 r. p.n.e. Sparta zawarła sojusz z Egiptem, a faraon Bienre Neferites (I) obiecał dostarczyć żywność i wyposażenie dla 100 okrętów wojennych. Niestety, transport (wysłany w roku następnym) wpadł w ręce sprzymierzonych z Persami Rodyjczyków i Spartanie nie otrzymali już więcej pomocy ze strony Egiptu, będąc zmuszonymi do prowadzenia wojny z Persją w "życzliwym osamotnieniu" ("życzliwym" - jako że wojnę z Persją Grecy na ogół postrzegali za chwalebną, natomiast w "osamotnieniu" dlatego, iż prawie nikt nie udzielił im w tej walce pomocy, a było coraz więcej takich, którzy uważali że dominacja Sparty zaszła za daleko i należy ją przystopować). W 397 r. p.n.e. nie doszło do żadnych decydujących wydarzeń militarnych na froncie w Azji Mniejszej. Derkyllidas (spartański wódz od 399 r. p.n.e.) podjął się ataku na Karię, ale satrapa Tissafernes (wraz z Artabazosem - satrapą Myzji i Frygii), uderzył na Jonię, czym zmusił Derkyllidasa do odwrotu. Ostatecznie ponownie zawarto rozejm, gdyż obie strony obawiały się podjęcia walki w jednej, decydującej bitwie (Persowie bali się greckiej falangi i niezwyciężonych spartańskich hoplitów, zaś Lacedemończycy obawiali się ataków doskonałej jazdy perskiej). Decydująca rozgrywka miała zapaść w roku następnym (396 p.n.e.) gdy do Azji Mniejszej wybrał się na czele większej armii sam król Lacedemonu - Agesilaos II.     








 
CDN.