Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą JAPONIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą JAPONIA. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 kwietnia 2022

MOSKWA TONIE...

NIEMCY PŁACZĄ, FRANCJA NIE WIE NA

JAKIM ŚWIECIE ŻYJE A MIĘDZYMORZE...

MIĘDZYMORZE MA SIĘ NAJLEPIEJ 

W CAŁYCH SWYCH 

NOWOŻYTNYCH DZIEJACH



 
 "Idi na chui russkij wojennyj korabiel" wypadałoby powiedzieć i tymi słowy pragnę właśnie rozpocząć ów dzisiejszy temat. Oto bowiem flagowy okręt rosyjskiej floty wojennej poszedł na dno Morza Czarnego, trafiony precyzyjnie dwoma pociskami typu Neptun, produkcji ukraińskiej. Jakże pięknie pokazuje to przyszłość tej wojny, w której Rosja wykrwawi się w sposób nieznany od czasów II Wojny Światowej i stanie się państwem-wydmuszką przyczepioną i uzależnioną od Chin (oczywiście w najlepszym przypadku). Chinom zresztą bardzo zależy na tym, aby Rosja ugrzęzła na Ukrainie i toczyła tam długie oraz wyczerpujące boje, co oznacza że Pekin już pragnie podporządkować sobie Moskwę (w taki lub inny sposób) oferując jej wsparcie polityczne i być może (na małą skalę) militarne, aby ten konflikt przedłużyć. Długa i wyczerpująca wojna nie leży jednak w interesie ani Rosji, ani tym bardziej Ukrainy, ale już dziś widać, że Moskale nie będą w stanie osiągnąć swoich celów sprzed 24 lutego, czyli opanowania całej Ukrainy, dlatego też zapewne będą dążyli do wydarcia Ukrainie części ziem wiodących z Donbasu przez Zaporoże aż na Krym, a symbolem tego ma się stać zdobycie Mariupola (które to miasto obecnie już praktycznie nie istnieje, przypominając Warszawę z 1944 r. - czyli miasto ruin, gdzie ludzie chronią się jak mogą w piwnicach i wszelkich możliwych wyłomach), miasta, które dzielnie opiera się moskiewskiej inwazji. Nie wiem na ile możliwe jest zorganizowanie odsieczy dla walczących tam jeszcze żołnierzy (a większość z nich zapewne nie złoży broni i wybierze śmierć niż niewolę; co jest oczywiście jak najbardziej zrozumiałe, gdyż po kapitulacji zostaliby oni poddani brutalnym torturom - Moskale bowiem uważają walczących tam żołnierzy, a szczególnie tych z pułku Azow za faszystów - a następnie i tak zostaliby zamordowani). Ci żołnierze będą walczyli do końca, ale mając tego świadomość uważam należałoby przedsięwziąć próbę przynajmniej dostarczenia do miasta broni, żywności i środków medycznych (w 1944 r. walcząca samotnie Warszawa też wypatrywała przynajmniej takiego wsparcia ze strony Anglików czy Amerykanów, ale się tego nie doczekała). Teraz co prawda Ukraińcy szykują się do walnej bitwy o Donbas i wszystkie siły kierują w tamtą stronę, ale upadek miasta które tak długo opierało się moskiewskiej nawale byłby nieco zawstydzający i dałby kacapskiej propagandzie powód do świętowania.




Zresztą, jak patrzę co obecnie wyprawiają ruskie zdegenerowane bydlaki, które tylko przez jakąś pomyłkę wciąż nazywane są ludźmi - to zastanawiam się czy świat który widzimy, jest rzeczywisty? Czy russkij mir istnieje? Czy w ogóle istnieje jakaś Rosja? Wydaje mi się bowiem, że podobnie jak w matrixie, przed oczami postawiono nam jakąś nierzeczywistą ułudę, która sprawia wrażenie normalnego państwa, gdy w rzeczywistości na wielkich terenach Azji zajmowanych przez tzw. Federację Rosyjską... nic nie ma! Być może jest tam coś, na kształt Mordoru, wylęgarni wszelkiego możliwego robactwa, które tylko z pozoru przypomina ludzi i które należałoby potraktować tak, jak pleniące się robactwo na to zasługuje. Dla mnie osobiście po tych mordach dokonanych przez moskiewskich orków w Buczy, Irpieniu, Borodziance czy Hostomelu - Rosja już nie istnieje. To miejsce, które jak najszybciej trzeba poddać przymusowej denazyfikacji, dekomunizacji i deturanizacji która to wbiła się głęboko w serca i umysły "ludzi" tam żyjących. Jeśli te żałosne stworzenia, wypierdki ruskiego miru chcą jeszcze kiedykolwiek żyć jak ludzie i taką przyszłość zostawić swoim dzieciom, to po pierwsze muszą poddać się całkowitej i przymusowej przemianie, a Rosja musi wreszcie definitywnie przestać istnieć jako kraj (czyli powrócić do stanu realnego, gdyż Rosji w rzeczywistości nie ma, mamy zaś coś na kształt Mordoru, który jest na co dzień ukryty przed naszymi oczyma). Oczywiście upadek Rosji wiążę się z wydaniem całej broni jądrowej, jaką ten kraj kiedykolwiek posiadał i podziałem na małe, kontrolowane z zewnątrz ośrodki, które nie będą już mogły ponownie się zjednoczyć (kraje Międzymorza już tego dobrze przypilnują). Dopiero wówczas można dopuścić tych gównozjadów nie wiedzących nawet do czego służy muszla klozetowa, do cywilizacji. Nikt nie będzie się nad nimi mścił, ale należy wyplenić z nich wszelką świadomość jakiegokolwiek ruskiego miru, i dopiero wówczas staną się ludźmi, z którymi będzie można normalnie żyć. Rozpad Rosji jest podstawą, bowiem tam nie ma z kim rozmawiać, a jeden jest gorszy od drugiego. Ostatnio zdechł niejaki Władimir Żyrinowski - któremu odprawiono państwowy pogrzeb. Postać niezwykle żałosna, ale będąca symbolem całego tego ruskiego miru, czyli koncesjonowany pułkownik udający polityka, który był tylko tubą propagandową Putina i używany był (jak prostytutka) do wygłaszania poglądów oraz haseł, które obecnemu rzeźnikowi z Kremla nie wypadało powiedzieć. Ot, taka parszywa postać. 

Inną równie podłą postacią jest niejaki Aleksiej Nawalny, który uchodzi za wroga Putina, a tak naprawdę jest jedynie tubą dezinformacyjną na Zachodzie i wielkoruskim nacjonalistą (jak zdechły Żyrinowski). Pieprzył on bowiem od lat, iż Putin to zwykły złodziej, który nie dba o Rosję i nie zależy mu na odrodzeniu rosyjskiej mocarstwowości, a woli pławić się w luksusach, jachtach i złotych wannach. Innymi słowy Nawalny jest tym dla Putina, czym był Trocki dla Stalina - czyli tubą dezinformacyjną. Przecież Stalin, który w pokazowych procesach lub po cichu mordował wszystkich swoich przeciwników politycznych, akurat Trockiemu pozwolił nie tylko przeżyć, ale nawet wyjechać z Rosji, aby tam dalej pluł na generalissimusa, nazywając go zdrajcą sprawy komunizmu, który pragnie "budować socjalizm w jednym państwie", co oczywiście było bzdurą dla łatwowiernych idiotów z Zachodu, którzy chcieli w to wierzyć i łykali takie słowa jak poranną kaszkę. W rzeczywistości bowiem Stalin nie zamierzał budować socjalizmu w jednym kraju, a za sprawą zachodnich - głównie amerykańskich - specjalistów zmodernizować swoje siły zbrojne i zindustrializować kraj po to, aby następnie mógł podbić cały świat (ale Amerykanie nie byli tak do końca w ciemię bici i pomogli Stalinowi jedynie unowocześnić wojska lądowe oraz lotnictwo, ale nie przyłożyli ręki do programu rozbudowy sowieckiej floty wojennej, zdając sobie dobrze sprawę, że taka flota byłaby użyta przeciwko nim samym. I rzeczywiście w II Wojnie Światowej sowiecka flota nie odegrała żadnego znaczenia, całą wojnę spędzając głównie w portach, bowiem bez amerykańskiego wsparcia technologicznego, Moskale nie byli w stanie nawet unowocześnić własnych okrętów). Stalin więc pozwolił Trockiemu żyć i głosić te jego brednie na Zachodzie (w intelektualnych kręgach zachodnioeuropejskiej lewicy) tylko po to, aby uspokoić tamte państwa i ich elity. Chciał, aby myślano że pragnie on jedynie przetrwać i dyktatorsko rządzić w jednym kraju (co już samo w sobie było nieprawdą, jako że Związek Sowiecki składał się z wielu uciemiężonych narodów i państw), po to, aby móc się przygotowywać do wojny z całym światem. Ale oczywiście aby tę wojnę mógł wygrać, musiał mieć na Zachodzie jakiegoś swojego wspólnika, który by mu w tym dopomógł, i takiego znalazł w postaci... Adolfa Hitlera. Putin dziś - choć jego agentura wpływu rozlana jest po wielu krajach Europy i USA - mimo wszystko nie ma takiego wsparcia jakie miał Stalin i dlatego właśnie ta wojna wygląda tak, jak wygląda. Ale i Putin wykorzystał Nawalnego do rozgrywki z Zachodem, pozwalając mu żyć (choć też mordował wszystkich swoich potencjalnych przeciwników, jak np. Aleksandra Litwinienkę czy gen. Aleksandra Lebiedzia), tylko po to, aby głosił na Zachodzie że Putin to złodziej, któremu zależy tylko na pieniądzach i jachtach i willach i który pragnie władzy dla samej władzy. Uspokoił tym samym zachodnią opinię publiczną i skłonił ją do uznania w Putinie i Rosji normalnych partnerów do robienia intratnych interesów (wiadomo że ze złodziejem robi się lepsze interesy, bo można go choćby przekupić). A tak naprawdę Putin był i jest wielkoruskim nacjonalistom, który od dawna (praktycznie od początku swojej władzy w Rosji) marzył o odbudowie Związku Sowieckiego (już w 2004 r. przyznał przecież, że upadek ZSRS był: "Największą geopolityczną katastrofą XX wieku").




Na Zachodzie zaś tamtejsze elity polityczne i biznesowe uległy całkowicie mirażowi Rosji, jako normalnego kraju z którym można robić wspaniałe interesy i z którym można się politycznie porozumieć, a nawet zbliżyć na tyle, aby stworzyć coś na kształt Eurazji "od Władywostoku po Lizbonę". Szczególnie Niemcy - idąc drogą wytyczoną przez Bismarcka - pragnęli zbliżenia z Rosją, traktując ją jak prawdziwego partnera i wspólnika w realizacji polityczno-gospodarczych planów stworzenia nowej IV Rzeszy europejskiej ("od Władywostoku po Lizbonę"). W takiej Eurazji mogliby się wspaniale odnaleźć, wytyczając jasne strefy wpływów Wschodu i Zachodu mniej więcej na linii rzeki Bug. To co na zachód od Bugu niemieckie, to co na wschód rosyjskie. Jakiś czas temu zaciekawiła mnie wypowiedź jednego z niemieckich polityków (jego nazwisko wyleciało mi z pamięci), który stwierdził jasno i otwarcie: "Nie sądziłem że prezydent Putin będzie działał przeciwko interesom Rosji". To zdanie jest przepiękne, ponieważ jak w soczewce pokazuje zdziwienie i swoiste przerażenie niemieckiej elity polityczno-biznesowej tym, co obecnie wyprawia Rosja na Ukrainie, gdyż plany przecież były zupełnie inne. Miano budować wspólną przestrzeń, wspólną "Rzeszę" gdzie Ukraina (chcąc, nie chcąc) i tak znalazłaby się w rosyjskiej strefie wpływów i Putin mógł ją "połknąć" - przy całkowitej bierności a nawet akceptacji ze strony Zachodu - bezkrwawo. Miał przecież na Ukrainie swoich polityków, swoje stronnictwa i dużą rosyjskojęzyczną mniejszość (szczególnie w regionach wschodnich, północnych i południowych), gdyby więc poczekał jeszcze trochę, uzyskałby w pokojowy sposób więcej, niż obecnie "zyskuje" militarnie. Zresztą Niemcy by mu w tym pomogli. I stąd właśnie bierze się rozczarowanie i nieskrywany żal owego niemieckiego polityka, który nie może się nadziwić dlaczego Putin postąpił tak nierozważnie atakując Ukrainę. Nagle przecież wszystkie geopolityczne plany Berlina i Moskwy musiały się rozpaść, Nord Stream 2 przeszedł do historii, choć był już praktycznie ukończony i czekał na otwarcie. Intratne zamówienia na broń dla Rosji również musiały zostać przerwane, a tym samym geopolityczna pozycja Berlina bardzo podupadła (nic dziwnego, siła Rosji jak również Niemiec zawsze brała się ze wspólnego sojuszu tych dwóch państw, gdy zaś przeciwko sobie występowały, to zawsze prowadziło to do katastrofy któregoś z nich, lub obu naraz). To nie było w planach Berlina, gdyż sytuacja geopolityczna kształtowała się bardzo pomyślnie dla Niemiec, szczególnie od chwili gdy prezydentem USA został Joe Biden, którego otoczenie postanowiło "odpuścić" Europę i przekazać ją w "komisaryczne władanie" Niemcom, a ci - jak wiadomo najbliżej zawsze mieli do Moskwy i tym sposobem Europa "od Władywostoku po Lizbonę" zaczęła się urzeczywistniać, co oczywiście w sposób naturalny odbiłoby się negatywnie na państwach naszego regionu, a szczególnie na Polsce i Ukrainie. Atak Rosji z 24 lutego 2022 r. nagle wszystko przekreślił i spowodował nie tylko uznanie Rosji za kraj bandycki, Putina za rzeźnika a ruskich sołdatów za zwykłych morderców, ale doprowadziło to również do znacznego osłabienia się pozycji Niemiec w Europie i na Świecie (co w tym przypadku było oczywiste), dlatego też żale niemieckiego polityka w tym kontekście są jak najbardziej uzasadnione.

Niemcy ostatnio obrazili się też na Ukraińców, a szczególnie na prezydenta Żełeńskiego, który odmówił (w sposób wybitnie prowokacyjny - czyli taki, jak należało) prezydentowi Niemiec - Frankowi-Walterowi Steinmeierowi prawa do przyjazdu w zorganizowanej przez prezydenta Polski - Andrzeja Dudę, wyprawie przywódców państw naszego regionu (czyli Litwy, Łotwy i Estonii). Nagle w Niemczech podniósł się wielki krzyk że Żełeński obraził Steinmeiera, że Duda i inni prezydenci powinni zaprotestować i również odmówić wizyty w Kijowie. Naprawdę? Bo co? Bo wreszcie Niemiaszkom pokazano gdzie jest ich miejsce? Chcieli robić z Moskwą intratne biznesy i razem budować IV Rzeszę? Chcieli, więc o co ten krzyk? Niemcy muszą zrozumieć, że ich rola w polityce europejskiej dobiega końca, a atak Rosji na Ukrainę jest ku temu wstępem. Zresztą Niemcy, Rosjanie i niestety Francuzi (piszę "niestety" ponieważ moją partnerką jest Francuzka), to narody, które w XX wieku potwornie się skompromitowały. Nie było takiego skurwysyństwa, którego by nie popełnili, nie było takiej hańby, w której by nie uczestniczyli, i co? I oni chcą dalej budować naszą przyszłość, te skompromitowane narody? Stracili kompletnie rozum, czy o drogę pytają?! II Wojna Światowa wybuchła przecież przez nich (Niemcy nie zaatakowałyby Polski we wrześniu 1939 r., gdyby Hitler nie miał sojuszu ze Stalinem i jego zgody na taki czyn, zaś Francja nie tylko skompromitowała się brakiem pomocy dla Polski w 1939 r. do czego zobowiązywał ją sojusz, jak również haniebną kapitulacją w czerwcu 1940 r., ale również odmową wykończenia nazistowskiego reżimu w Niemczech już w 1933 r. gdy taką propozycję wspólnej wojny prewencyjnej złożył im Marszałek Piłsudski). Te trzy państwa są więc winne wybuchu największej geopolitycznej katastrofy XX wieku i największej wojny w dotychczasowych dziejach świata, czyli II Wojny Światowej. I oni chcą nadal budować naszą przyszłość? Ci, którzy pościągali nam tutaj islamskich bojowników udających uchodźców i będących piątą kolumną gotową mordować niewiernych, gdy tylko przyjdzie na to pora i padnie "rozkaz Allaha". Ci ludzie chcą dalej budować naszą przyszłość, przyszłość Europy, przyszłość Świata? Chyba się z końmi na łby pozamieniali 😉. Ich rola i pozycja już się kończy i im prędzej sobie to uświadomią, tym mniej będzie bolało. W 2009 r. wyszła książka amerykańskiego politologa, szefa think-tanku: Strategic Forecasting Inc. (czyli potocznie Stratfordu) - Georgea Friedmana, zatytułowana: "The Next Hundred Years: A Forecast for the 21st Century" ("Następne 100 lat: Prognoza na XXI wiek"), w której to książce autor jasno opisuje, jakie państwa zdobędą dominującą pozycję w XXI i XXII wieku. Będą to oczywiście Stany Zjednoczone (Friedman, jako Amerykanin patrzy na Świat z amerykańskiej perspektywy), Turcja, Japonia i... Polska. To będą kluczowe państwa w drugiej połowie XXI wieku (o Polsce George Friedman mówi wprost: "Za 30 lat Polska będzie potęgą", lub "W 2060 roku Polska będzie mocarstwem", lub też: "Polska to serce Europy, wyłoniła się jako kraj, z którym trzeba się liczyć"). Oczywiście przez lata traktowano zapowiedzi Friedmana, jako rodzaj beletrystyki s-f, lub w najlepszym razie proroctw które nigdy się nie ziszczą, ale wojna na Ukrainie pokazała przede wszystkim który kraj jest najbardziej odpowiedzialny, który kraj od początku ostrzegał Europę i Świat przed mordercami z Kremla i który kraj realnie dopomógł ukraińskim uchodźcom (głównie kobietom i dzieciom, których do Polski przybyło już od początku wojny na Ukrainie - 2 miliony 700 tys., przy czym w Polsce nie budujemy obozów dla uchodźców otoczonych drutami, gdyż Polacy po prostu goszczą tych ludzi bezpośrednio w swoich domach, dzieląc się z nimi tym, co sami mają). W takim świetle, wizyta prezydentów Polski, Litwy, Łotwy i Estonii na Ukrainie u prezydenta Żełeńskiego, pokazuje przede wszystkim niesamowity wzrost pozycji krajów Międzymorza, a szczególnie Polski, jako najważniejszego lepiszcza tej przyszłej federacji wolnych państw dawnej Rzeczpospolitej. I pod tym względem zapowiedzi George'a Friedmana powoli urzeczywistniają się na naszych oczach.
 

POWITANIE DUDY I ŻEŁEŃSKIEGO W KIJOWIE
 



 

 
Na koniec pragnę wrócić jeszcze do Francji, ponieważ tam odbywają się jakieś śmieszne wybory prezydenckie, czy coś takiego. Otóż ja, gdybym był Francuzem - nie miałbym na kogo głosować (zresztą moja Pani również nie uczestniczyła w tych wyborach, choć posiada podwójne obywatelstwo polskie i francuskie, a nawet mnie namawiała, abym i ja przyjął obywatelstwo francuskie, ale poza Bonapartym i kilkoma innymi wielkimi Francuzami, nie czuję do tego narodu zbytniej "słodyczy", a ponieważ nie przyjąłem obywatelstwa niemieckiego i nigdy nie przyjmę, francuskie również nie wchodzi w grę. Ja jestem Polakiem, a czuję się Rzeczpospolitaninem i właśnie takie podwójne obywatelstwo z radością bym przyjął). We francuskich wyborach prezydenckich udział biorą kandydaci, którzy dla mnie osobiście godni są pogardy. Jeden kandydat, to pacynka globalistów, który dąży do "zacieśnienia integracji europejskiej" (czyli innymi słowy stworzenia IV Rzeszy), oraz powrotu do "normalnych" stosunków z rzeźnikiem Putinem i w tym celu telefonuje do niego, starając się mu przetłumaczyć, że wojną niczego nie osiągnie, ale Putin wie lepiej i tego całego Emmanuela Macrona ma głęboko w d..., czyli tam gdzie światło nie dochodzi. Drugą kandydatką jest Marine Le Pen, nieodrodna córeczka swojego tatusia, która twierdzi że Ukraińcy i Rosjanie są "bratnimi narodami". To może pani Le Pen niech pojedzie do Buczy, Irpienia czy Borodzianki i zobaczy jak "bratni" moskiewski naród traktuje Ukraińców. Niech przyjrzy się tym pomordowanym ludziom, tym brutalnie zgwałconym a potem zamordowanym dzieciom i kobietom, ludziom pomordowanym we własnych samochodach, do których moskiewskie robactwo w ludzkiej skórze strzela z czołgów, lub tym, zabitym tylko dlatego, że jechali drogą na rowerze. Czy pani Le Pen ma trochę oleju w głowie, czy może pragnie wejść w buty marszałka Phillipe'a Petaine'a, bo Francuzom dobrze czy to pod niemieckim, czy sowieckim butem, ważne tylko aby mogli delektować się swoimi winami i zajadać serami. Ot i wszystko w temacie.

Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że w przyszłym Pax Polonica, do którego bezwzględnie zmierzamy, Europa dopiero rozkwitnie, mogąc cieszyć się długim pokojem po rozpadzie bandyckiej Rosji i podziale Niemiec - jako kacapskiej kolonii na Zachodzie. Powrót do normalności i odrodzenie cywilizacyjne Europy będzie miało się doskonale pod przewodem krajów Międzymorza. Wzrost zaś pozycji Turcji i Japonii - krajów nam zawsze przyjaznych (z Turkami było co prawda kilka zadrażnień, ale były to walki w dużej mierze sprowokowane przez Kozaków i Tatarów, zaś sojusz polsko-turecki był silny od 1533 r. a nawet wcześniej, czyli od pierwszego poselstwa polskiego do Turcji, wysłanego w 1414 r. przez króla Władysława Jagiełłę do sułtana Mehmeda I; zaś w 1933 r. podczas obchodów 250 rocznicy odsieczy wiedeńskiej, wznoszono toast również za Turcję, w ramach wdzięczności za nieuznanie rozbiorów Polski). Japonia zaś również zawsze była nam bliska i wielokrotnie o tym pisałem (choćby tutaj).  
 
 
TUTAJ POKAZANA JEST SCENA WIZYTY KSIĘŻNICZKI ANNY JAGIELLONKI - CÓRKI KRÓLA ZYGMUNTA I - W KONSTANTYNOPOLU





LECHICI NA POMOC SAMURAJOM 
ŚMIERĆ MOSKIEWSKIEJ GADZINIE!







ZDROWYCH, WESOŁYCH ŚWIĄT (JEŚLI TAKOWE MOGĄ BYĆ W CZASIE WOJNY) WIELKIEJNOCY. OBY ZMARTWYCHWSTAŁY CHRYSTUS BYŁ DLA NAS WZOREM, JAKI ŚWIAT NALEŻY ZBUDOWAĆ PO OSTATECZNYM UPADKU TEJ MOSKIEWSKIEJ HYDRY, GDZIE NIE ZNAJĄ NI BOGA, NI HONORU, NI LUDZKIEJ GODNOŚCI





WESOŁYCH ŚWIĄT! 





sobota, 22 maja 2021

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. IX

CZYLI CO SPOWODOWAŁO

ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA

ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?






PLANY I MARZENIA

Cz. VIII



REWOLUCJA 1905 r.

CZYLI DZIEJE PEWNEJ MISTYFIKACJI

Cz. III






CIOS PIERWSZY: WOJNA!
Cz. I


"KRÓTKA, ZWYCIĘSKA WOJNA DLA POWSTRZYMANIA REWOLUCJI"



 Po niezwykle burzliwych latach 60-tych (XIX wieku) i terrorystyczno-rewolucyjnych latach 70-tych, nastały lata 80-te, a wraz z nimi znaczny regres rewolucyjnego wzburzenia w Rosji. Co prawda po zabójstwie cara Aleksandra II (13 marca 1881 r., choć według kalendarza juliańskiego, obowiązującego wówczas w Rosji, był to 1 marca) wśród rewolucjonistów walczących z caratem rozbudziły się nadzieje na bliskie zwycięstwo i obalenie (lub przynajmniej osłabienie) rządów cara. Szybko jednak okazało się jak płonne był to nadzieje, a do roku 1885 odpowiedzialna za ten zamach Narodnaja Wola (czyli rewolucyjna partia rosyjska, zmierzająca do obalenia caratu metodami terrorystycznymi), praktycznie przestała istnieć (resztki jej członków aresztowano w 1887 r.). Pozwoliło to na długi, bo trwający praktycznie dwie dekady (licząc od wstąpienia na tron nowego cara - Aleksandra III i rozpoczęcia bardziej zdecydowanych represji politycznych, wymierzonych przez władze we wszelką antycarską opozycję) okres wytchnienia dla władzy i zaprzestania (lub skrajnego osłabienia) działań terrorystycznych i rewolucyjnych. Jednak nie oznaczało to wcale rozwiązania jakiegokolwiek problemu, przed którym stanęła ówczesna Rosja, wręcz przeciwnie - czas stabilizacji władze carskie wykorzystały do jeszcze większego tłumienia jakichkolwiek wolnościowych aspiracji obywateli Imperium, jak również do dalszego umacniania carskiego samodzierżawia. Prewencyjnie atakowano również środowiska, które realnie nie chciały ani obalać, ani też zbytnio osłabiać carskiego absolutyzmu, a jedynie dążyły do zmniejszenia carskiej biurokracji i nadania reżimowi bardziej "ludzkiej twarzy". Takim środowiskiem byli na przykład członkowie ziemstw, którzy sami częstokroć wywodzący się z arystokracji, nie pragnęli żadnych rewolucyjnych zmian i anarchizacji kraju, a jedynie dążyli do uznania przez carat autonomii ziemstw, w celu praktycznej poprawy doli ludu (głosili oni potrzebę ponownego "zbliżenia cara do ludu" który według nich został zahamowany poprzez nieustanny rozrost biurokracji). Tak więc większość członków ziemstw, to byli zwolennicy caratu z nieco bardziej liberalnym spojrzeniem, wierzący w "prastarą więź duchową pomiędzy carem a jego ludem", oraz widzący przyszłą Rosję, jako kraj złożony z lokalnych samorządów, będących jednak pod władzą autokratycznego cara. Mimo to, władze zatruwały im życie jak tylko mogły, a od roku 1890 r. budżety ziemstw były mocno ograniczane, zaś niektórzy z ich wybieralnych członków trafiali nawet do aresztu pod różnymi pretekstami. Gdy w 1896 r. została założona Organizację Wszechziemstw, grupująca przedstawicieli wszystkich ziemstw w kraju, carskie władze (wszechwładne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych) w kilka tygodni później organizację tę zdelegalizowały (w 1899 r. członkowie ziemstw założyli tajną "Biesiadę", która też była tropiona przez carat).

Drugim poważnym przeciwnikiem, z którym musieli się zmierzyć przedstawiciele reżimu, byli... studenci (o związkach studenckich i ich dążeniu do zmian w Rosji lat 80-tych i 90-tych XIX wieku, pisałem już w poprzedniej części). Okres względnej wolności rosyjskich uniwersytetów trwał stosunkowo krótko (oficjalnie od 1863 do 1884 r., jednak już w 1865 r. wprowadzono system kar prewencyjnych za posiadanie "antypaństwowych" publikacji, zaś w 1866 r. ograniczono studentom możliwość wyjazdów zagranicznych). W 1884 r. całkowicie zniesiono autonomię rosyjskich uniwersytetów i wprowadzono zakaz działalności studenckich klubów oraz stowarzyszeń. Wyjazd zagraniczny stał się już praktycznie niemożliwy, a specjalni kuratorzy, przysyłani przez władze, nadzorowali "prawomyślność" kadry uniwersyteckiej i listę publikacji. Stan taki trwał do stycznia 1901 r., gdy minister edukacji - Mikołaj Bogolepow, w obawie przez kolejną falą studenckich protestów (jakie miały miejsce w listopadzie 1900 r., w wyniku sprzeciwu wobec utrzymania zakazu zrzeszania się studentów i dalszej kontroli władz nad uniwersytetami) zarządził pobór najbardziej radykalnych studentów do wojska (łącznie wcielono do armii 183 studenckich przywódców). Miesiąc później, student - Piotr Karpowicz (Polak) z partii Socjalistów-Rewolucjonistów (założonej w tym samym 1901 r.) postrzelił Bogolepowa w szyję, a ten w kilka dni później zmarł (2 marca 1901 r.). Od tej pory Karpowicz był uważany za bohatera, wśród ponownie coraz bardziej zrewoltowanej młodzieży, a 4 marca przed Soborem Kazańskim w Petersburgu zebrało się ok. 3000 studentów, którzy jawnie zademonstrowali swój sprzeciw wobec likwidacji autonomii uniwersytetów oraz braku zgody władz, na powstanie studenckich organizacji dyskusyjnych. Demonstrujący rozwinęli czerwone flagi i odśpiewali "Marsyliankę". Głos zabrali również chętni mówcy (m.in. Maksym Gorki), a centrum miasta przez jakiś czas było totalnie sparaliżowane. Wreszcie władze wysłały na studentów kozaków, którzy konno, dzierżąc w dłoniach pałki lub nahajki, uderzali na oślep kogo popadnie. Doszło do masakry, w wyniku której zginęło 13 osób, a setki zostało rannych. Aresztowano w sumie 1500 osób (niektórzy chronili się w cerkwi, licząc że tam zdołają się ukryć, ale kozacy wchodzili tam i wyciągali stamtąd uciekinierów siłą). Osadzono ich w Twierdzy Pietropawłowskiej. Co ciekawe, aresztowano wówczas nie tylko studentów, ale nawet tych spośród gapiów, którzy tam stali i się przyglądali (choć sympatyzowali ze studentami), a to oznacza że w Twierdzy zamknięto również wielu (często majętnych) mieszczan. Pobyt tych osób w więzieniu nie należał do ciężkich, gdyż rodzice zadbali, by niczego im tam nie brakowało (np. lokalny producent tytoniu wysłał do Twierdzy 10 000 sztuk luksusowych papierosów i ów podarek powtarzał co jakiś czas. Inni przysyłali dobre jedzenie, książki, gry - np. szachy - lub instrumenty muzyczne. Gorki po latach nazwał pobyt spędzony wówczas w Pietropawłowskiej Twierdzy, mianem: "Czegoś w rodzaju studenckiego pikniku". Jednak sprzeciw studentów Uniwersytetu Petersburskiego, był pierwszym od co najmniej dwudziestu lat aktem tak jawnie zademonstrowanej niechęci wobec postanowień władzy i jednocześnie można stwierdzić, iż kończył on czas względnego wyciszenia rewolucyjnych dążeń.




Po tym wydarzeniu, wielu studentów wstąpiło do Partii Socjalistów-Rewolucjonistów (zwanych też w skrócie "Eserowcami"). Popularnością cieszył się również (założony w 1903 r.) Związek Wyzwolenia, a także częściowo inne partie nawołujące do zmiany stosunków społecznych w ówczesnej Rosji (w tym też komuniści: Mieńszewicy i Bolszewicy). Widząc ponowny wzrost rewolucyjnych nastrojów w kraju, władze starały się wyjść naprzeciw skumulowanej studenckiej energii i dać jej upust w zupełnie innym miejscu, niż pierwotnie ona miała być użyta, a mianowicie nie przeciwko carskiej władzy i samodzierżawiu, a przeciw "wrogom" Rosji, czyhającym na jej zgubę. Pomysł był bardzo ciekawy i minister spraw wewnętrznych - Wiaczesław Plehwe postanowił znaleźć właśnie takie ujście studenckiej energii, przekierowując ich ku patriotycznej potrzebie obrony zagrożonej Rosji. Władimir Lambsdorff - stojący na czele Ministerstwa Spraw Zagranicznych Imperium Rosyjskiego, również poszukiwał możliwości zagranicznej interwencji, która zmieniłaby się w "krótką, zwycięską wojnę" i tym samym rozbudziła patriotyczne nastroje wśród rosyjskiej młodzieży. Początkowo (1903 r.) skierował swój wzrok ku Bałkanom i wystosował do Turcji żądanie przeprowadzenia pewnych reform, które miały umożliwić mocarstwom skuteczne kontrolowanie tureckiej polityki. Osmańska Turcja była wówczas wygodnym "chłopcem do bicia" dla wielkich mocarstw (np. Wielka Brytania już od lat 90-tych XIX wieku, występowała z coraz mniej skrywaną propozycją "podziału" Turcji, która dla Londynu przestała mieć strategiczne znaczenie, gdy tylko Brytyjczycy opanowali Egipt w 1882 r.). Rosja ostatnią wojnę z Turcją zakończyła 25 lat wcześniej, pokojem w San Stefano (marzec 1878 r.) zmienionym potem na niekorzyść Rosji i Bułgarii na konferencji w Berlinie (czerwiec-lipiec 1878 r.). Była to wojna co prawda krwawa, ale dość łatwa, gdyż Turcja nie stanowiła wówczas realnego niebezpieczeństwa i car bardziej obawiał się stanowiska Anglii, Francji, Niemiec i Austro-Węgier niż tego że Osmanie mogą pokonać jego armię. I rzeczywiście, gdy wojska rosyjskie już zbliżały się do Konstantynopola, a w Petersburgu śniono o odrodzeniu Cesarstwa Bizantyjskiego, mocarstwa zachodnie nakazały Rosji wstrzymać dalszy marsz, deklarując że w przeciwnym razie udzielą Turcji zbrojnej pomocy (tak jak to miało miejsce w czasie Wojny Krymskiej 1853-1855 zakończonej rosyjską porażką). Car Aleksander II nakazał więc zatrzymać zwycięski marsz na Konstantynopol i ostatecznie musiał przyjąć uzgodnione w Berlinie warunki pokojowe. Teraz zaś, po 25 latach od tamtego, niewykorzystanego zwycięstwa, istniała szansa dokończenia dzieła, tym bardziej że Wielka Brytania zapewne już by nie protestowała, a i Francja (będąca z Rosją w jednym sojuszu od 1892 r.) też nie wyraziłaby swego sprzeciwu.

Wojna z Turcją to łatwa i szybka wojna, oraz dość proste zwycięstwo które pozwoliłoby ponownie rozbudzić patriotyczne nastroje w społeczeństwie i skierować je ku wsparciu władzy, a nie ku walce z caratem i samodzierżawiem. Aby więc pobudzić młodzież w odpowiednim kierunku i jednocześnie zneutralizować ich dążenie do liberalizacji władzy w Rosji, car Mikołaj II wydał manifest (26 lutego 1903 r.) w którym zapowiadał przeprowadzenie pewnych reform państwowych, jednocześnie opiniując ich wprowadzenie stosownym ministrom (swoją drogą ciekawe - najwięksi przeciwnicy jakichkolwiek reform w kraju, mieli teraz opracować ich projekt? To pokazuje że zmiany - jeśli w ogóle miały nastąpić - byłyby jedynie kosmetyczne, innymi słowy tak należałoby zmienić kraj w rozumieniu cara, aby... wszystko zostało po staremu - i skąd my to znamy, prawda?). W sierpniu tego roku pierwszym ministrem (premierem) Imperium Rosyjskiego, został mianowany długoletni minister finansów - hrabia Siergiej Witte. Był on gorącym zwolennikiem powstania Kolei Transsyberyjskiej (budowanej od 1891 r.), która ostatecznie została ukończona na całej trasie od Bałtyku do Pacyfiku - 18 września 1903 r. (notabene poprzednik Wittego na stanowisku ministra finansów Rosji - hrabia Kankrin stwierdził, że połączenie kolejowe Bałtyku z Pacyfikiem będzie niemożliwe przez... kilka następnych stuleci). Wraz z nowym premierem w Rosjan (głównie dziennikarzy, publicystów a także niektórych pisarzy) wstąpił duch rosyjskiego panslawizmu, który dobitnie streścił w swym nieco sarkastycznym tonie Władimir Sołowjow, pisząc tak: "Zniszczyć Turcję, zniszczyć Austrię, podbić Niemcy, zabrać Konstantynopol, a jeśli się uda, to i Indie". Ów poeta wcale nie przesadzał, gdyż w rosyjskiej prasie i publicystyce pojawiały się głosy, twierdzące że zdobycie Konstantynopola i opanowanie brytyjskich Indii... to za mało, Rosji bowiem należą się całe Chiny, Japonia i wszystkie wyspy Pacyfiku. Ale najpierw należy zdobyć Konstantynopol. Wielka Brytania nie zamierzała jednak pozwalać, by rozwijały się plany opanowania ziem, już należących do brytyjskiej Korony, a takimi właśnie był Indie. Aby więc skierować Rosję z dala od Azji Środkowej, należało zepchnąć ją na Daleki Wschód, ku Chinom, Mandżurii i Japonii. Już 30 stycznia 1902 r. zawarto w Londynie brytyjsko-japoński układ, o podziale stref wpływów w Azji i wzajemnym wsparciu w przypadku ataku państwa trzeciego. Rosja od 1898 była w posiadaniu dwóch niezamarzających portów w Mandżurii - Port Artur i Talienwan, zaś w wyniku międzynarodowej ekspedycji do Chin (tłumiącej tamtejsze Powstanie Bokserów), od 1900 r. okupowała również całą Mandżurię. Japonia domagała się wycofania sił rosyjskich z portów i ziem Mandżurii, a Rosjanie (choć deklarowali chęć wycofania swych sił) realnie niczego takiego nie uczynili. Japonia była jednak nieugięta (mściła się za złamanie przez Rosję traktatu pokojowego z Simonoseki, kończącego wojnę japońsko-chińską z 1895 r. na mocy którego Port Artur i część półwyspu Liaotung miały należeć do Japonii, w zamian za wycofanie się tej z Korei. Rosja jednak stworzyła koalicję i z pomocą Niemiec oraz Wielkiej Brytanii zmusiła Japonię do zrzeczenia się tych terenów) i ostatecznie 6 lutego 1904 r. rząd Cesarstwa Japonii zerwał stosunki dyplomatyczne z rządem Imperium Rosyjskiego. Wojna wówczas stała się faktem.




Warto też na chwilę zwrócić się w kierunku Japonii, gdyż to nie Turcja, z którą w zwycięskiej wojnie Rosja miała rozwiązać swe wewnętrzne problemy, ale właśnie Japonia stała się teraz jej głównym wrogiem. Wojna z Japonią miała być także: "szybka, łatwa i zwycięska", jak powszechnie sądzono zarówno w rosyjskim dowództwie, jak i wśród elit carskiego imperium. Dla rosyjskiej władzy, "skośnoocze dzikusy" byli jedynie elementem umożliwiającym ekspansję rosyjskich wpływów na Dalekim Wschodzie i opanowanie nie tylko Mandżurii, ale Kuryli, a być może także wyspy Hokkaido i zdobycia kontroli nad całą Koreą oraz Chinami. Ta wojna miała być "szybkim marszem do Tokio", mającym udowodnić całemu światu jak potężna jest Rosja i że wewnętrzne zawirowania w żaden sposób nie wpływają na jej siłę i stabilność. W Rosji powstało też kilka planów wojny z Japonią, a pierwszy opracowany został już w 1895 r. po zakończeniu wojny japońsko-chińskiej. Był to plan wybitnie defensywny i zakładał jedynie obronę Władywostoku i kraju nad Amurem. Drugi plan opracowany w 1898 r. po zajęciu Portu Artur, co wiązało się również z obroną tych terenów. Kolejny plan defensywny powstał w 1899 r. i zakładał dodatkowo obronę Kolei Transsyberyjskiej. Czwarty plan obronny opracowano w rosyjskim sztabie generalnym w 1901 r. (po interwencji w Chinach) i zakładał wycofanie się sił rosyjskich w Mandżurii do Charbinu i tu oczekiwanie na przybycie posiłków z europejskiej części Rosji (przy jednoczesnej obronie Portu Artur, Władywostoku i Kolei Transsyberyjskiej). Ostatni, piąty plan, zwany planem "namiestnika Aleksiejewa" powstał w 1903 r. Zamierzano w nim zorganizować pierwszy opór sił rosyjskich na rzece Jalu (graniczna rzeka między Koreą a Mandżurią), a następnie wycofać się do gór Frynsiaolin, a po mobilizacji sił rosyjskich przejść do działań ofensywnych (najpierw zdobycie przewagi na Morzu Żółtym, wysadzenie desantu na zachodnim wybrzeżu Korei i stopniowe spychanie sił japońskich na południe, przy jednoczesnym zagrożeniu wybrzeży wyspy Hokkaido przez rosyjską flotę z Władywostoku). Plan ten był niedopracowany, pełen błędnych założeń (nie uwzględniających np. trudności transportu wojsk koleją, nie brano również pod uwagę możliwości zdobycia przez Japonię dominacji na Morzu Żółtym), a także znacznie niedoszacowujący japońską armię. Uważano bowiem że Japonia nie jest w stanie przeprowadzić skutecznej akcji zaczepnej i że po przybyciu odpowiednich posiłków z Rosji, będzie można spokojnie wyprzeć Japończyków "aż do Tokio". Nie doceniano Japonii, a nie była to bowiem ówczesna upadająca Turcja, lecz kraj szybko się modernizujący i pewien sposób już zeuropeizowany (przynajmniej zewnętrznie). Spójrzmy zatem jak dokładnie wyglądała Japonia (i jej armia) tuż przed wybuchem wojny z Rosją w 1904 r. i czy Rosja miała szansę na zwycięstwo w tej wojnie? 









CDN.

czwartek, 15 października 2020

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. VI

 CZYLI CO SPOWODOWAŁO

ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA

ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?

 
 

 
 

 PLANY I MARZENIA

Cz. V

 
 

 
 

ENTENTE CORDIALE

CZYLI CAŁY W TYM AMBARAS

ABY DWOJE CHCIAŁO NARAZ

Cz. II

 
 
 
 "JEŚLI NIE ZDĄŻYMY WYPOWIEDZIEĆ NIEMCOM WOJNY, ZANIM ZBUDUJĄ ONI JESZCZE WIĘCEJ POŁĄCZEŃ TRANSPORTOWYCH, ODBIERAJĄC NAM HANDEL, OZNACZAĆ TO BĘDZIE, ŻE JESTEŚMY NAIWNI I POPEŁNILIŚMY GŁUPI BŁĄD"
 
PREMIER WIELKIEJ BRYTANII - ARTHUR BALFOUR
(1907 r.)
 
 
 Stosunki pomiędzy Francją a Wielką Brytanią były tradycyjnie od dekad jak najgorsze, a konflikt w Faszodzie (1898 r.) i wojna Brytyjczyków z Burami (1899-1902) jeszcze bardziej rozpaliły wzajemną niechęć Paryża i Londynu. Jednak konflikt zbrojny pomiędzy tymi oboma państwami realnie nie leżał w interesie żadnego z nich, jako że na politycznym firmamencie pojawił się kolejny, znacznie groźniejszy przeciwnik - zjednoczone Niemcy. Francja została przezeń upokorzona utratą Alzacji i Lotaryngii (1871 r.), oraz nakazem spłaty ogromnej kontrybucji wojennej, natomiast Wielka Brytania była w ciągłym zatargu z Niemcami od chwili uruchomienia przez nich ambitnego programu rozbudowy floty wojennej, wspieranego przez admirała Alfreda von Tirpitza (który twierdził że niemiecka flota powinna być tak potężna, aby jej zniszczenie spowodowało ogromne straty w siłach nieprzyjaciela i przez to stało się nieopłacalne), który to ostrzegał przed planami wstrzymania zbrojeń, strasząc "skopenhagowaniem" okrętów niemieckich (chodziło tutaj o brytyjski atak na duńską flotę wojenną w Kopenhadze w 1807 r. i jej zniszczenie). Plany rozbudowy niemieckiej potęgi morskiej zostały przyjęte przez Reichstag w 1898 r. i potem nowelizowane w kolejnych latach (1900, 1906, 1908, 1912), całkowicie zmieniając charakter niemieckiej floty z przybrzeżnej na oceaniczną - a to już bezpośrednio godziło w bezpieczeństwo Wielkiej Brytanii, która to od lat stała na stanowisku, że dla utrzymania brytyjskiego panowania nad morzami, flota brytyjska musi być większa niż dwie kolejne największe floty globu razem wzięte. Zresztą, od czasów Trafalgaru (1805 r.) żadne państwo nie ośmieliło się rzucić Brytanii wyzwania i zagrozić jej bezpieczeństwu, przez co Anglicy czuli się bezpieczni na swej wyspie (o której mawiano że nie jest częścią Europy, a jedynie z nią sąsiaduje), ochraniani przez siłę Royal Navy. Jednak na początku XX wieku cała ta dotychczasowa koncepcja bezpieczeństwa uległa rozkładowi, a ponieważ armia niemiecka była uważana za najlepszą w Europie (gdy niechęć w stosunku do Brytyjczyków wciąż wzrastała w Europie po ich inwazji na małe afrykanerskie państewka: Transwal i Oranię - sekretarz stanu do spraw kolonii Joseph Chamberlain, wygłosił w Edynburgu 25 października 1901 r., mowę, piętnującą obłudę takich państw jak Francja, Niemcy czy Rosja, mówiąc iż: "Ci, którzy piętnują politykę angielską wobec Burów, powinni sami pamiętać, co wyrabiali w Polsce, na Kaukazie, w Tonkinie, w Algierze czy w czasie wojny niemiecko-francuskiej". Na te słowa odpowiedział mu kanclerz Niemiec Bernhard von Bülow, który stwierdził w Reichstagu że: "Kiedy pewien minister musi koniecznie bronić swej polityki, zrobiłby lepiej, aby pozostawił w spokoju armię niemiecką. W odpowiedzi możemy się tylko powołać na słowa Fryderyka II, który powiedział, że ten, kto usiłuje obniżyć reputację armii pruskiej, ten gryzie granit"). A teraz Niemcy zamierzali również rzucić wyzwanie Brytyjczykom na morzach, a na to Londyn w żaden sposób nie mógł sobie pozwolić, jeśli chciał utrzymać nie tylko swoje kolonie, ale i bezpieczeństwo własnej Wyspy.
 
Nic więc dziwnego że działające od 1895 r. Towarzystwo Entente Cordiale (na rzecz zbliżenia brytyjsko-francuskiego), któremu przewodził książę Walii, a od 22 stycznia 1901 r. król Wielkiej Brytanii - Edward VII, pracowało nieprzerwanie, pomimo czasowych konfliktów na linii Paryż-Londyn. Edward VII bardzo lubił Francję (miał z tego kraju przyjemne wspomnienia, również te... erotyczne) i choć w polityce takich drobnych sympatii nie należałoby za bardzo przeceniać, to jednak nie pozostają one bez całkowitego wpływu na podejmowane potem decyzje. Sympatie i antypatie są bowiem bardzo silnym bodźcem, często decydującym o ścieżce życiowej danego człowieka. Okres "Splendid Isloation", czyli polityki zapoczątkowanej przez George Canninga w 1827 r. i trwającej nieprzerwanie do czasów Roberta Gascoyne-Cecila, markiza Salisbury, dobiegł ostatecznie końca w 1902 r. Teraz Wielka Brytania musiała już się opowiedzieć po której stronie powinna stanąć - czy bloku "germańskiego" (Niemcy, Austro-Węgry i Włochy) czy też francusko-rosyjskiego. Z Niemcami był pewien problem, ponieważ jakiekolwiek próby nawiązania rozmów na temat ewentualnego sojuszu były od razu torpedowane (słynne "Wielkie Nie" Holstaina), ponieważ Niemcy obawiali się, że gdyby do takiego sojuszu doszło, to zostaliby zmuszeni do ograniczenia rozbudowy własnej floty wojennej, a poza tym uważali iż animozje i wzajemne sprzeczności pomiędzy Londynem i Paryżem są tak wielkie, że te państwa nigdy nie będą w stanie się porozumieć, ani tym bardziej zawiązać jakiegokolwiek antyniemieckiego sojuszu. Pomylili się jednak, gdyż w obliczu rodzącego się wspólnego zagrożenia (a takim zagrożeniem dla obu tych państw były zjednoczone i potężne Niemcy), nawet najwięksi wrogowie są w stanie skutecznie się pojednać. Polityka zmierzająca do wzajemnego zbliżenia, prowadzona przez takich ludzi jak właśnie Edward VII, czy francuski minister spraw zagranicznych - Theophile Delcasse, wybitnie przyczyniła się do zakończenia wzajemnych brytyjsko-francuskich niesnasek i zmiany polityki obu tych państw.
 
 

 
Pierwszym poważnym krokiem, podjętym ku wzajemnemu pojednaniu, była wizyta króla Edwarda VII we Francji (1 maja 1903 r. przybył on do Paryża). Król od samego początku chciał nadać tej wizycie najbardziej oficjalny charakter, licząc na to że szerokie nagłośnienie tej wizyty, może jedynie przysłużyć się wzajemnemu pojednaniu i dać nauczkę Niemcom że nie wszystko, co na pierwszy rzut oka wydaje się niemożliwe, jest tym w rzeczywistości. Niestety, początkowo doszło do kilku nieprzyjemnych incydentów, gdy na trasie królewskiego powozu zgromadzony tłum Francuzów zaczął skandować: "Niech żyją Burowie!", "Niech żyje Rosja!" (Wielka Brytania w 1902 r. zawarła sojusz z Japonią wymierzony w ekspansywną politykę rosyjską na Dalekim Wschodzie). Król jednak udawał że nie słyszy tych głosów i cały czas się uśmiechał oraz kłaniał na prawo i lewo. Wieczorem, gdy monarcha - w towarzystwie prezydenta Republiki Emila Loubeta - udał się do teatru, tam również podniosły się nieprzyjazne, antybrytyjskie głosy i gdy Loubet zaczął przepraszać króla za ten nietakt, ten odrzekł: "Nic nie szkodzi, ja nic nie słyszę". Zaś po zakończeniu widowiska wyszedł ze swej loży na spacer po kuluarach teatru, podszedł do aktorki - Joanny Granier, ucałował jej dłoń i rzekł: "Mademoiselle, była pani niezwykła, tak jak wtedy, gdy podziwiałem panią w Londynie". W ciągu kilku kolejnych dni król pokazywał się publicznie na wyścigach konnych i w operze, wszędzie wyrażając się pochlebnie o Francji i Francuzach oraz udając że nie słyszy haseł wymierzonych w jego kraj. Podczas oficjalnego obiadu, wydanego przez prezydenta Loubeta, Edward VII wzniósł toast, mówiąc: "Znam Paryż od dzieciństwa. Wielbię piękno tego miasta, jedynego na świecie. Wielbię umysłowość jego mieszkańców". Takimi właśnie gestami szybko spowodował zmianę nastawienia francuskiej opinii publicznej i gdy wyjeżdżał z Paryża, wołano już doń "Niech żyje król!". Było to pierwsze, choć niezwykle solidne skruszenie lodu, dzielącego dotąd oba te narody. W lipcu 1903 r. zaś z rewizytą przybył do Londynu prezydent Emil Loubet.
 
 
 JOHN BULL I MARIANNA IDĄ RAZEM, 
WBREW KAJZEROWI WILHELMOWI
 

 
8 kwietnia 1904 r. zostało zawarte pomiędzy Wielką Brytanią a Francją "Serdeczne Porozumienie", które jednak w rzeczywistości nie miało ani charakteru politycznego, ani wojskowego. Tworzyły go bowiem trzy konwencje. W pierwszej Francja zrzekała się niektórych przywilejów związanych z połowem ryb w Nowej Fundlandii, otrzymując w zamian nowe nabytki terytorialne w Senegalu i Nigerii. W drugiej ustanowiono wspólny francusko-brytyjski zarząd nad Nowymi Hybrydami, oraz rozdzielono strefy wpływów obu państw w Syjamie. W trzeciej zaś (i najważniejszej) konwencji, Francja ostatecznie uznawała brytyjskie wpływy w Egipcie, zaś Wielka Brytania francuskie wpływy w Maroku. Do tego układu dołączone były również tajne klauzule (ujawnione w 1911 r.), które przewidywały zmianę statusu politycznego (aż do utworzenia protektoratów) zarówno Egiptu jak i Maroka. Układ ten nie był więc bezpośrednio skierowany przeciwko jakiemukolwiek innemu państwu, ale jednocześnie tworzył formalny sojusz brytyjsko-francuski, który mógł zmienić się w sojusz polityczny i militarny w wypadku np. niemieckiej agresji na którekolwiek z tych dwóch państw. Szybko jednak ta obopólna umowa została wystawiona na szwank, gdy 6 lutego 1904 r. Japonia (wspierana przez Wielką Brytanię) zerwała stosunki dyplomatyczne z Rosją (sojuszniczką Francji), a 8 lutego flota wojenna Cesarstwa Japonii zaatakowała w Porcie Artur w Mandżurii tamtejszą rosyjską Flotę Pacyfiku. 27 marca Port Artur został skutecznie zablokowany, zaś 25 lutego, 9 marca, 27 marca i 5 maja Japończycy dokonali desantów pod Liaotang i w Korei, bardzo szybko zmuszając Rosjan do odwrotu z Mandżurii. Wychowani w oparciu o samurajski kodeks busido, nacierali żołnierze japońscy na wroga z prawdziwą pogardą dla śmierci (w tym samym 1904 r. baron Suyematsu w liście do lorda Newtona, tak opisywał japońską armię: "Ta część wychowania wojskowego, którą nazywamy kształceniem ducha, do której przywiązujemy największą wagę i która w swojej istocie jest nauczaniem o wysokiej wartości etycznej, wpaja mężczyznom wzniosłe uczucia moralne, zwłaszcza w tym, co dotyczy patriotyzmu i prawości"). Jakież było więc zdziwienie, gdy ta pogardzana Japonia, rozgromiła armię rosyjską w Mandżurii i zniszczyła rosyjską Flotę Pacyfiku oraz wysłaną jako wsparcie Flotę Bałtycką (27-28 maja 1905 r. w bitwie pod Cuszimą). Tam właśnie "Złote Chryzantemy" udowodniły ostatecznie że Rosja jest jedynie kolosem na glinianych nogach (nie pomogły też modły, odprawiane przez admirała Zinowija Rożestwienskiego na jego okręcie flagowym).
 
 
 
 

 
Należy też dodać, że jeszcze w 1904 r. do Tokio udał się z propozycją sojuszu, polegającego na wywołaniu antyrosyjskiego powstania w Kongresówce - Józef Piłsudski w towarzystwie Tytusa Filipowicza (inna sprawa czy takie powstanie miałoby wówczas w ogóle szanse powodzenia). Niewiele tam jednak zyskali i w zasadzie na deklaracjach bez pokrycia się skończyło (aby storpedować owe porozumienie intensywnie wówczas działał, obecny również w Japonii - Roman Dmowski), jednak otworzyło to drogę do porozumienia na przyszłość, gdy kontakty polsko-japońskie od lat 20-tych XX wieku były bardzo intensywne, zaś japońscy oficerowie szkolili się z techniki dekryptażu i technik wywiadowczych właśnie w Polsce (Japonia była też jedynym państwem Bloku Osi, przeciwko któremu polscy żołnierze odmówili walki - co prawda z Włochami również oficjalnie nie walczyliśmy, ale np. podczas obrony Tobruku w Libii, trudno było rozróżnić czy atakują Niemcy czy Włosi - gdy więc w 1941 r. Amerykanie i Brytyjczycy chcieli skierować - w ramach sojuszniczego wsparcia - kilka polskich okrętów na Pacyfik. Padło wówczas z ust polskich marynarzy jasne i zdecydowane: "Z Japończykami nie walczymy!" Zrezygnowano więc z planu posłania tam polskich okrętów). W czasie II Wojny Światowej Japończycy zaopiekowali się też polskimi dziećmi, które przeszły przez piekło sowieckich sierocińców i ostatecznie trafiły do Japonii. Po wojnie zaś dochodziło nawet i do mieszanych małżeństw polsko-japońskich, a jeden z chłopców urodzony z takich związków. wypowiedział takie oto słowa: "Nie lubię Ruskich, bo zabrali nam Lwów i Kuryle". Na temat współpracy Polaków z Japończykami mógłbym się rozpisywać dość długo, ale jednak nie tego dotyczy temat, tak więc wracam do głównego wątku.
 
 

 
Wojna z Japonią odsłoniła nieudolność dowództwa i administracji rosyjskiej, a klęska poniesiona w tej wojnie była jeszcze większa, niż ta, z czasów wojny krymskiej (1853-1856). Autorytet samodzierżawia legł w gruzach, a potęgujące się administracyjne nonsensy (jak na przykład walka rządu z ambulansami szpitalnymi, tylko dlatego że wyekwipowały je i wysłały na front lokalne ziemstwa), zaś minister spraw wewnętrznych - Wiaczesław Plehve, w samym tylko 1904 r. pod byle pretekstem kazał aresztować ponad 60 000 "przestępców politycznych", kierując ich albo do więzień, albo też na Syberię. Plehve zginął w lipcu 1904 r. w zamachu bombowym w Petersburgu, a jego następca - książę Piotr Światopełk-Mirski (notabene o polskich korzeniach, który zapewne był jednym z członków tzw.: "prometejskiej konspiracji", do której to należało tak wielu różniących się ideowo ludzi - których jedynym celem stało się rozbicie Rosji i wyzwolenie uciemiężonych przez nią narodów), wcale nie był lepszy. Dochodziło do wielu tak bzdurnych zarządzeń administracyjnych, które jawnie wręcz nawoływały do wybuchu społecznego niezadowolenia, a nawet do jakiejś powszechnej rewolucji społeczno-politycznej. Świętopełk-Mirski wcale jednak nie dążył do ich rozładowania, a wręcz przeciwnie - działał tak, jakby z premedytacją chciał by owa rewolucja wybuchła i by pokryła Rosję w politycznej anarchii i bezładzie. Ciekawe, co też ten arystokrata (który zezwolił by litewskie i białoruskie teksty ponownie pisano alfabetem polskim, a nie cyrylicą czy grażdanką) miał na celu? W każdym razie aby opisać powstanie Trójporozumienia (Francja - Rosja - Wielka Brytania), należy na moment przyjrzeć się wydarzeniom, które miały miejsce w Rosji w latach 1905-1907. Doszło bowiem wówczas do rewolucji, która za cel postawiła sobie ostateczne osłabienie caratu, a nawet doprowadzenie do jego upadku, co skutkowałoby rozbiciem Imperium Rosyjskiego i wyzwoleniem wielu ujarzmionych w tym "więzieniu ludów" narodów. Jakie jednak były jej konsekwencje i kto skorzystał na owej Rewolucji 1905 r. - o tym opowiem już w kolejnej części Walkirii... 
 
  
 
PIOTR ŚWIATOPEŁK-MIRSKI


 
 CDN.
 

wtorek, 11 sierpnia 2020

MIĘDZYKULTUROWI RASIŚCI

CZYLI SZCZYPTA HUMORU 

NA UPALNE DNI


 



PONIŻEJ PREZENTUJĘ KILKA WYBRANYCH FILMIKÓW, GDZIE W ZABAWNY SPOSÓB PORUSZONA JEST KWESTIA RASIZMU. MIŁEGO OGLĄDANIA




"13 POSTERUNEK"

"TRZEBA ŁYSYCH POKRYĆ PAPĄ, 
A CZARNYCH ASFALTEM"
(kultowa scena w wykonaniu Czarka Pazury 😂)


1:15 - "POWIEDZIAŁ ŻE JEGO PLEMIĘ RZUCI NAS NA POŻARCIE SIMBIE 😄





"CHCĘ ZABIĆ NIEMCA!"


0:00 - "COŚ MI SIĘ WYDAJE ŻE TO RASIŚCI"

"JACY RASIŚCI? JESTEŚMY ZUPEŁNIE NORMALNI, JAK WSZYSCY POLACY - TOLERANCYJNI I OTWARCI NA ODSZCZEPIEŃCÓW" 😅

0:45 - "POLNISCHE RASSISTEN. RAUS!"

"SŁYSZYCIE? ON MÓWI DRUTEM KOLCZASTYM" 😄

1:00 - "MOIM PRZODKIEM BYŁ ZAWISZA CZARNY. NIEMCY GO ZABILI!"

"ZABILI GO TURCY!"

"ALE NIEMCY IM KAZALI"

"MIAŁEŚ CZARNYCH PRZODKÓW, BRACIE?"

"NIEMCY TO NASZ WRÓG, BRACIE!" 😎


 


"INTEGRACJA MIĘDZYKULTUROWA: 
POLAK, FRANCUZ I JAPOŃCZYK"


 0:40 - "TO JAKIŚ RODZAJ OBŁĘDU!"

"TO JEST RODZAJ POPĘDU. GWAŁCIMY ZAWSZE W PRACY" 😉 

1:40 - "TU JEST POLSKA I TU SIĘ PIJE!" 😋

1:50 - "CO TU SIĘ DZIEJE?"

"INTEGRACJA EUROPEJSKA!..."

"JAPONIA NIE LEŻY W EUROPIE"

"BO PRZEGRAŁA WOJNĘ. TO NIE JEST ICH WINA" 😅

4:15 - "JAPOŃCZYK, KTÓRY Z MIECZEM SAMURAJSKIM GONIŁ DZIŚ PO POŁUDNIU GRUPĘ POSŁÓW, ZOSTAŁ ZATRZYMANY POD ŁOWICZEM, GDY PRÓBOWAŁ ZATRZYMAĆ POCIĄG I WYMUSIĆ OD MASZYNISTY WÓDKĘ" 😂






A TERAZ PRZYKŁAD AMERYKAŃSKIEGO MIEDZYRASOWEGO HUMORU W WYKONANIU AMERYKAŃSKIEGO CZARNOSKÓREGO KOMIKA - ERICA BLAKE'A. 
ŚWIETNY SKECZ, POKAZUJĄCY DOBITNIE, JAK AMERYKANIE MUSZĄ UWAŻAĆ ABY NIE PODPAŚĆ CENZURZE POLITYCZNEJ POPRAWNOŚCI


"NIGGER!" 😅

 




NA KONIEC CHCIAŁBYM DODAĆ ŻE JEDNYM Z MOICH ULUBIONYCH POLSKICH BOKSERÓW JEST IZU UGONOH. WOLAŁBYM MIEĆ W KRAJU WIĘCEJ TAKICH WSPANIAŁYCH, POLSKICH PATRIOTÓW JAK IZU, A W ZAMIAN Z RADOŚCIĄ ODDAŁBYM WIELU BIAŁYCH LEWACKICH MIERNOT SPOD ZNAKU SIERPA I MŁOTA
 




niedziela, 5 stycznia 2020

JANKESI KONTRA PERSOWIE

CZYLI O CO TYLE RABANU?




 
 3 stycznia 2020 r. w godzinach porannych (czasu polskiego), zabity został (pociskiem wystrzelonym z drona) na lotnisku w Bagdadzie, 62-letni irański generał Kasem Solejmani. Cały świat nagle wstrzymał oddech, cóż to się szykuje? Czyżby groził nam apokaliptyczny konflikt bliskowschodni, czy też nawet III wojna światowa, która - podobnie jak I Wojna - zacznie się od politycznego morderstwa? Obecnie panuje atmosfera wyczekiwania i wielkiego niepokoju - co też będzie dalej i jak należy się zachować przy ewentualnym wybuchu konfliktu zbrojnego na linii USA-Iran. Ja przyznam się szczerze, już od jakiegoś czasu przestałem interesować się problemami Bliskiego Wschodu i próbować "rozgryźć" sieć tamtejszych (często wzajemnie się przenikających i zmiennych) powiązań, układów i sojuszy. Wiem że to trochę krótkowzroczne na dłuższą metę, ale obecnie raczej interesują mnie zależności, jakie mogą powstać w obszarze umownie nazwanym "Międzymorzem" i "Trójmorzem" (wbrew pozorom - oba te określenia nie oznaczają tego samego), szczególnie zaś interesuje mnie i intryguje problem (jeśli można to tak nazwać) Białorusi i uważam że Polska, jako największy i najsilniejszy kraj Międzymorza, miałaby w tej kwestii wiele do zrobienia na drodze zbliżenia Mińska zarówno do Brukseli, jak i (przede wszystkim ) do Warszawy. Bowiem obecne kłopoty jakie ma Białoruś w relacjach z Moskwą i planem tzw.: "pogłębionej integracji" (czytaj - wcieleniem Białorusi do Rosji jako jednej z guberni, z czasowym zapewne pozostawieniem prezydenta Łukaszenki w charakterze lokalnego gubernatora w zamian za wyrażenie zgody na owe "zjednoczenie"), stanowi jawną próbę odbudowy imperium sowieckiego (którego to rozpad Władimir Putin uznał za: "największą geopolityczną katastrofę XX wieku"), nie mówiąc już o tym że Moskwa na Bugu, to Polska w rosyjskiej (lub projektowanej po cichu euroazjatyckiej: "Od Lizbony po Władywostok") strefie wpływów - do czego oczywiście nie można nigdy już dopuścić. Tym bardziej że ze strony Mińska już wychodzą sygnały, świadczące o tym że Białoruś nie zamierza dobrowolnie stać się kolejną moskiewską gubernią i woli zbliżyć się z zachodnim kręgiem kulturowym, który niegdyś stworzył obszar cywilizacyjny Rzeczpospolitan. O Białorusi mógłbym pisać dużo i w szczegółach, gdyż od jakiegoś czasu interesuję się tym krajem i mam kontakty z ludźmi którzy tam żyją. To jest jednak temat znacznie dłuższy i szalenie pasjonujący, ale (niestety) nie na dziś.

Wróćmy zatem na Bliski Wschód i odpowiedzmy sobie na fundamentalne pytanie - czy będzie wojna? Wojną straszą nas przecież najróżniejsi mędrkowie, od prawa do lewa - jedni mówią że Trump ma krew na rękach (krew nie, co najwyżej mógł się lodami pobrudzić, bo w czasie gdy Amerykanie namierzali i wysadzili w powietrze Solejmaniego - Donald Trump akurat... jadł lody, pewnie truskawkowe). Co do przepowiedni lewicy to ja od dawna nie mam już żadnych złudzeń, że w tym środowisku narodzi się jakaś pozytywna, państwowotwórcza i przede wszystkim kulturotwórcza myśl, więc odpuśćmy sobie słowa pana Biedronia czy innych jemu podobnych przedstawicieli tego środowiska. Co zaś się tyczy prawej strony, a szczególnie Konfederacji, to powiem tyle - jeśli ta formacja nie pozbędzie się ze swoich szeregów panów takich jak Korwin Krul czy Winnicki, to formacja ta zawsze będzie tylko kanapową pseudo-alternatywą dla Prawa i Sprawiedliwości i nie ma szans na zdobycie więcej niż co najwyżej 10 % głosów poparcia w wyborach. Uważam bowiem że te osoby jawnie szkodzą owej formacji i tym samym pociągają ją w dół (oczywiście co się tyczy samego PiS-u, to również uważam że istnieją tam siły które jawnie szkodzą tej partii, przestawiając wektory polityki w bardzo niepokojących kierunkach). To właśnie od tych środowisk wychodzą coraz bardziej alarmistyczne w przekazie ostrzeżenia przed czekającą nas już niedługo wielką wojną na Bliskim Wschodzie, która to z pewnością przerodzi się w konflikt światowy. Ja powiem tak - wojna o której mowa... już trwa i to od co najmniej kilkunastu lat, choć nie przybiera takich rozmiarów jak wielkie batalie wojen konwencjonalnych, a raczej jest to wojna cicha, walki toczą się na zupełnie innych polach rywalizacji a konflikty przybierają kształt wojen hybrydowych, czy też niewielkich uderzeń asymetrycznych (takich jak zamachy na kontenery lub rafinerie lub też ataki terrorystyczne). Dlatego powiem otwarcie - wojny konwencjonalnej, wyrosłej ze śmierci Solejmaniego NIE BĘDZIE!




Nie będzie, ponieważ żadnej ze stron tego konfliktu to się po prostu nie opłaca. Nie opłaca się to zarówno Stanom Zjednoczonym, które już od jakiegoś czasu starały się przekonać reżim ajatollahów do podjęcia rozmów w ramach rozładowania konfliktu i zniesienia niszczących irańską gospodarkę sankcji. Donaldowi Trumpowi tuż przed wyborami prezydenckimi nie jest potrzebny duży konflikt zbrojny, który (pomimo słabości gospodarczych Iranu i dość kiepsko uzbrojonej armii irańskiej, w której jedyną prawdziwą siłę stanowi co najwyżej Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej - a w nim szczególnie siły specjalne Al-Kuds, którymi to dotychczas dowodził Kasem Solejmani), mógłby potrwać dość długo i przysporzyć zarówno Ameryce jak i innym jej sojusznikom znacznych strat, a to ze względu na dużą liczebność wojsk Iranu (pomimo tych wojsk realnej słabości). Rozpętanie takiej wojny byłoby dla Donalda Trumpa politycznym samobójstwem, dlatego też zaraz po "wyeliminowaniu" (wybaczcie mi to oryginalne słowotwórstwo, niżej postaram się wyjaśnić dlaczego właśnie tak pisze o bądź co bądź - oczywistym morderstwie człowieka) Solejmaniego, wystosował on ponowny apel do Teheranu, z kolejną już propozycją podjęcia wzajemnych rozmów mających na celu zażegnać wzajemny konflikt bliskowschodni. Oczywiście Iran również nie pragnie wojny, zdając sobie doskonale sprawę z własnej zarówno gospodarczej jak i militarnej słabości - nie mówiąc już o niestabilnej sytuacji wewnętrznej i częstych antyrządowych protestach, które (tak jak te ostatnie) reżim musiał brutalnie stłumić. Wojna więc z USA wcale nie jest na rękę ajatollahom, a mimo to reżim ten zachowuje się prowokacyjnie i robi wszystko aby za żadną cenę nie doprowadzić do zażegnania tego konfliktu - dlaczego? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna i należałoby raczej postarać się wytłumaczyć dlaczego w zasadzie doszło do zabójstwa Solejmaniego i co się za tym kryje.

Zacznę może od tego, że ja osobiście bardzo lubię i cenię naród perski (Iran to jest sztuczna nazwa kraju, która została wprowadzona w 1935 r. aby oddzielić nowy rozdział historii Persji, od wcześniejszych okresów historycznych tego kraju - ale akurat to jest teraz zupełnie nieistotne). Persowie to wielki naród, który stworzył wielką kulturę i to zarówno tę sprzed arabskiego podboju, jak i tę, która wyrosła na korzeniach szyickiego islamu (np. Awicenna). Naród ten był też zawsze przychylny Polsce i Polakom (porównując Persów do chociażby Żydów z Izraela, którzy obecnie są nam już zdecydowanie wrodzy i to nie wrodzy na zasadzie jakiejś niechęci, ale wręcz wrodzy biologicznie. Wystarczy sobie obejrzeć te wszystkie filmy z wycieczek młodzieży izraelskiej do obozu w Auschwitz-Birkenau, jakie są na YouTube i tego co się tam wówczas wyrabia, jak ci młodzi ludzie są odgórnie programowani w genetycznej nienawiści do Polaków. Przyjeżdżają tutaj z ochroną - która ma przy sobie broń automatyczną jakby byli gdzieś w jakimś bantustanie ogarniętym wojną -  bo tłumaczy im się wcześniej że na każdym rogu czeka ich niebezpieczeństwo, a jeśli się na dłużej oddalą od grupy to już w ogóle mogą nie wrócić. Programuje się te młode umysły Izraelczyków potworną falą nienawiści, którą oni zarówno wysysają z mlekiem matki a potem utrwalają sobie w szkołach. W Izraelu zresztą wygrywa się wybory na antypolonizmie i kto ma bardziej antypolskie wypowiedzi ten zdobywa większą popularność. A jak jest w Polsce? U nas nie tylko nikt nie ma najmniejszych szans na zwycięstwo wyborcze posługując się hasłami antysemickimi, ale wręcz taka osoba od razu zostaje uznana za co najmniej szaloną i stanowi to dla niej całkowitą polityczną śmierć. Nikt jeszcze w Polsce nie wygrał wyborów ani nawet nie wprowadził istotnej siły politycznej do sejmu, posługując się antysemickimi hasłami. Zresztą Polakom bardzo daleko jest od wszelkich ekstremizmów i radykalizmów. My po prostu jesteśmy ludźmi którzy pragną żyć w zdrowiu i spokoju na tej ziemi i tyle. Nie lubimy tylko jak ktoś nas napada, obraża i próbuje przypisać nam własne, wrodzone cechy charakteru. Po za tym mamy alergię - a przynajmniej większość z nas - na wszelką propagandę i jawne kłamstwo, a już szczególnie to, która jest w tak prostackie,  a-humanitarne i w konsekwencji zawsze prowadzi do zbrodni. Taką propagandą jest właśnie to, czym są obecnie karmieni młodzi ludzie w Izraelu, którym celowo wbija się do głów przekaz, że cały świat jest przeciwko Żydom i że na każdym kroku muszą oni mieć się na baczności bo każdy może ich skrzywdzić. Czy można się zatem dziwić, że taki nastolatek, gdy już podrośnie i wstąpi do armii, nie będzie miał najmniejszych skrupułów moralnych przed zabiciem z zimną krwią palestyńskiego dziecka, jeśli tylko przekroczy ono linię wyznaczonego obszaru - a takie palestyńskie getta są zarówno w Strefie Gazy jak i na zachodnim brzegu Jordanu. W końcu skoro cały świat jest przeciwko Żydom, to dlaczego miałby izraelski żołnierz mieć jakiekolwiek skrupuły - prawda? I tak się właśnie rodzi nienawiść i tak się tworzy totalitaryzmy).


ILE TYM DZIECIAKOM WTŁACZA SIĘ DO GŁÓW NIENAWIŚCI, ILE PROPAGANDY, ILE JAWNYCH PERFIDNYCH KŁAMSTW. PRZY JEDZENIU OPOWIADA IM SIĘ JAKIEŚ PRZERAŻAJĄCE, WYMYŚLONE HISTORIE, ABY JESZCZE BARDZIEJ ICH PRZESTRASZYĆ I WYROBIĆ W NICH NIENAWIŚĆ. SWOJĄ DROGA OSTATNIE SŁOWA SĄ CIEKAWE - KRWAWA BRYGIDA - TO MI PRZYPOMINA EROTYCZNE KOMIKSY, WYDAWANE W IZRAELU W LATACH 50-tych i 60-tych, GDZIE NAZISTKI Z PEJCZAMI W DŁONIACH, BYŁY PRZEDSTAWIANE JAKO EROTYCZNE TOTEMY W PIEKLE HOLOKAUSTU. I TO TEŻ MUSIAŁ WYMYŚLIĆ JAKIŚ TOTALNIE SPATOLOGIZOWANY LUB TOTALNIE ZIDEOLOGIZOWANY UMYSŁ





Zresztą zarówno w Iranie jak i w Iraku Polska zawsze miała dobrą opinię. Przecież to Polacy (polski wywiad) uratowali i wywieźli z Iraku w 1990 r. podczas "Operacji Samum" amerykańskich wojskowych, którzy zostali tam uwięzieni i niechybnie czekałaby ich śmierć z rąk Irakijczyków - a stało się tak właśnie w ogromnej mierze dzięki dobrej opinii, jaką Polacy mieli na Bliskim Wschodzie (i trudno się dziwić, to przecież polscy inżynierowie budowali tamtejszą infrastrukturę drogową i przemysłową). Zresztą Izrael (o czym zapewne dzisiejsza młodzież tego kraju nie ma zielonego pojęcia) również został założony przez Polaków - a była jedyna skuteczna misja kolonizacyjna w całych polskich dziejach. Zresztą przyjazne nam narody to nie tylko Irakijczycy czy Irańczycy, ale również Syryjczycy, Libańczycy, Palestyńczycy, Kurdowie a także Hindusi czy też... Japończycy. Zresztą o stosunkach polsko-japońskich już nieco pisałem, można tylko dodać że Japończycy są wielkimi miłośnikami polskiej kultury klasycznej, ze szczególnym uwzględnieniem muzyki, a przede wszystkim muzyki Fryderyka Chopina. Nie mówiąc już o tym że w czasie II Wojny Światowej pomimo tego, że rząd polski został zmuszony przez naszych anglo-amerykańskich sojuszników do wypowiedzenia wojny Japonii (notabene był to jedyny kraj któremu w XX wieku Polska oficjalnie wypowiedziała wojnę), Japończycy nie tylko że nie przyjęli tego do wiadomości, ale przez całą wojnę pomiędzy wywiadem Armii Krajowej a wywiadem Cesarstwa Japonii trwała wzajemna współpraca (przekazywano sobie tajne informacje na temat ZSRS i hitlerowskich Niemiec). Polacy odmówili też jakiegokolwiek zbrojnego ataku na Pacyfiku (u boku Amerykanów), wymierzonego przeciw Japonii, gdyż naszym jedynym wrogiem podczas tamtej wojny, były dwa państwa (choć realnie traktowane jako jeden i ten sam totalitarny Mordor) nazistowskie Niemcy i Związek Sowiecki i tylko przeciwko tym totalitarnym anomaliom politycznym pragnęliśmy się bić. 


PODCZAS "OPERACJI SAMUM" w 1990 r. POLSKI WYWIAD W IRAKU, EWAKUOWAŁ AMERYKAŃSKICH ŻOŁNIERZY, RATUJĄC ICH TYM SAMYM PRZED TORTURAMI I ŚMIERCIĄ Z RĄK ŻOŁNIERZY SADDAMA HUSAJNA




Wróćmy jednak do tematu Iranu. Otóż należałoby odpowiedzieć sobie na pytanie kim tak naprawdę był zabity w Bagdadzie gen. Kasem Solejmani? Nie będę się zagłębiał w jego życiorys (który można sobie wyczytać z Wikipedii), a przejdę od razu do sedna sprawy, otóż powiem tak - Kasem Solejmani był wysoko postawionym oficerem armii irańskiej - i to też powszechnie wiadomo. Ale chciałbym dodać tutaj jeszcze pewne wyjaśnienie. Otóż niepisane prawo wojenne mówi, że oficerowie, którzy zostają skazani na karę śmierci, powinni zostać pozbawieni życia w sposób honorowy, to znaczy przez rozstrzelanie. Tak się przyjęło uważać, ale - i tutaj mała dygresja - nie każdy oficer jest godny by umrzeć w taki właśnie sposób i tak właśnie było z Kasemem Solejmanim. Powiem krótko (żeby zbytnio nie zawoalować tego, co powinno zostać wypowiedziane w sposób jasny i prosty) TO BYŁ ZWYKŁY BYDLAK! Może niektórym z czytelników te słowa się nie spodobają, ale ja już nic na to nie poradzę, mówię tylko to, czego wcześniej zdążyłem się o nim dowiedzieć, a zdążyłem dowiedzieć się już sporo. Taki człowiek jak Solejmani, dla mnie osobiście nie jest godnym nie tylko na karę śmierci poprzez rozstrzelanie, ale nawet na szubienicę - takich bydlaków należałoby po prostu topić w smole i to bez względu na ich stopień oficerski. Żeby wyrobić sobie przekonanie o tym człowieku, należałoby go porównać z najbardziej sadystycznymi zbrodniarzami (zarówno nazistowskimi jak i sowieckimi) z czasów II Wojny Światowej, dopiero wówczas - mając już pewne  wyobrażenie - można cokolwiek dalej na jego temat powiedzieć. Ten człowiek zabijał z zimną krwią, organizował zamachy terrorystyczne, nadzorował żołnierzy przygotowujących miny-pułapki które zabijały żołnierzy (wybuchając np. pod kołami wojskowego pojazdu), w tym i polskich żołnierzy. Torturował z zimną krwią wziętych do niewoli zarówno żołnierzy jak i pochwyconych cywilów - można by więc tę litanię jego zbrodni rozszerzać w nieskończoność a i tak byłoby to niczym, w porównaniu do tego jak zachowywał się w stosunku do własnych współobywateli - Irakijczyków. To był fanatyczny zwolennik islamskiej rewolucji (dla porównania taki typowy nazista czy sowiecki komisarz), on był gotów mordować własnych obywateli, urządzać jatki na ulicach, porywać ludzi, wyrywać paznokcie, torturować prądem, przypiekać i palić ludzi w piecach, łamać stawy kolanowe etc. etc. Praktyki wyjęte z kanonu niemieckich i sowieckich służb.

Ale kim tak naprawdę był Kasem Solejmani? Otóż był on prawą ręką (i wykonawcą woli) Alego Chamenei. A kim jest Ali Chamenei? Oficjalnie (od 1989 r.) pełni funkcję najwyższego przywódcy  Islamskiej Republiki Iranu, wcześniej zaś (od 1981 r.) piastował urząd prezydenta tego kraju. A nieoficjalnie? Chamenei nie jest nawet Persem, pochodzi z Azerbejdżanu i przez długi czas był agentem służb specjalnych wielu krajów (np. wschodnioniemieckiej Stasi, KGB, brytyjskiego MI6, współpracował też z CIA i z dużą pewnością z Mosadem), poza tym prywatnie jest homoseksualistą (co oczywiście nie miałoby większego znaczenia, poza tym jednym faktem że w Iranie homoseksualizm karany jest śmiercią). W ogóle cały ten reżim ajatollahów spod sztandaru Ruhollaha Chomeiniego, został Persom w 1979 r. w sposób perfidny narzucony w wyniku ówczesnej "irańskiej wiosny", czyli operacji specjalnej w wyniku której obalony został szach Mohammad Reza Pahlawi, władca dążący do zdecydowanej modernizacji kraju i w dużej mierze to mu się udało. Ale ponieważ chciał uczynić z Iranu bliskowschodnie mocarstwo, musiał zostać usunięty przez siły, dla których nie było to korzystne. Wprowadzono więc do władzy agenta (Chomeini tak samo miał kontakty z CIA, Stasi, KGB, MI6, DGSE - agencja wywiadu francuskiego, jak Chamenei). Sprzeciwił się on modernizacji kraju, oddania ziemi chłopom (nie było to "oddanie" ziemi za friko, chłopi musieli oczywiście wpłacić określoną kwotę, ale potem ziemia stawała się ich własnością, a wcześniej byli tylko wyrobnikami, pracującymi na ziemi należącej albo do szacha - czyli do państwa, albo do kleru szyickiego, który dysponował ogromnymi połaciami ziemi w Iranie i ostro sprzeciwiał się "Białej Rewolucji" szacha Pahlawiego, wprowadzanej konsekwentnie od 1963 r.), sprzeciwiał się też przyznaniu kobietom praw obywatelskich (można sobie sprawdzić jak wyglądał Iran jeszcze czterdzieści lat temu, a jak wygląda obecnie i jak wtedy żyły kobiety a jak żyją obecnie - można sobie wówczas wyrobić zdanie o odgórnie narzuconym Persom reżimie ajatollahów). W bardzo krótkim czasie po rewolucji islamskiej, kraj został cofnięty nawet nie o kilkadziesiąt a wręcz kilkaset lat wstecz, zaś Chomeini zajmował się również takimi sprawami obywateli jak... sposoby oddawania moczu i wypróżniania się. To, oprócz fanatyzmu religijnego, było szczytem jego możliwości intelektualnych, więc w zasadzie trudno się czemukolwiek dziwić.




Trudno też dziwić się temu, że taki bydlak jak Solejmani, fanatyczny zwolennik owych miłośników moczu i defekacji, gotów był zamienić kraj w krwawą łaźnię, jeśliby tylko społeczne bunty miały przybrać na sile (podczas protestów studenckich stwierdził nawet, że jeśli najwyższy przywódca nie położy kresu tym rozruchom, to on wkroczy do akcji wraz ze swoimi oddziałami Al-Kuds i zrobi "krwawy porządek"). Dlatego też, gdy słychać teraz coraz głośniejszych obrońców zabitego bydlaka, który gotów był bez mrugnięciem oka torturować i mordować w najbardziej wymyślny sposób swoich obywateli (nie mówiąc oczywiście o obywatelach innych krajów), oraz wylewanie kubłów pomyj na głowę Donalda Trumpa, któremu zarzuca się iż ma już "krew na rękach" - to ja powiem tak: społeczeństwo aby nie popaść w ekstremizm, nie stoczyć się w radykalizm lub nie poddać się wewnętrznemu rozkładowi - musi posiadać silne kody kulturowe, które będą je odróżniały od zachowań zwierząt (a według Darwina i dzisiejszego lewactwa, wszyscy przecież jesteśmy zwierzętami). Takie kody sygnalizują nam co jest dobre a co jest złe i nie na zasadzie bodźców oddolnych (np. strachu, bólu, smutku czy radości) jak zwierzęta, a na zasadzie rozumowego przyporządkowywania pojęć. Oczywiście wiadomo że nic nigdy nie jest czarno-białe i zawsze są tylko różne odcienie szarości. Jednak człowieczeństwo polega właśnie na tym, że potrafimy te "odcienie" rozpoznawać i przyporządkować do określonej kategorii. Jeżeli zaczniemy takich zbrodniarzy jak Solejmani, traktować na zasadach równoważnych z innymi ludźmi, którzy nie okazali się jemu podobnymi kreaturami - to rzeczywiście nie ma już żadnej różnicy między nami a zwierzętami. Przeto człowiek może być poddawany najróżniejszym społecznym doświadczeniom (czym bowiem był komunizm i nazizm, jak nie próbą wybadania jak pod takimi systemami będzie funkcjonowało społeczeństwo?), szkolony, sterowany i poddawany intensywnemu, programowemu praniu mózgu.

Już dziś próbuje się  to nam odgórnie narzucać i stosować zasadę: to nie zbrodniarz jest winny że popełnił zbrodnię. Winne jest społeczeństwo, które doprowadziło go do takiego stanu, że zdecydował się tę zbrodnię popełnić - tak bowiem brzmi już oficjalnie lewicowy przekaz. Nie godzę się na to i nigdy się nie zgodzę, jeśli bowiem popełniasz przestępstwo (nawet nie tyle przestępstwo, to dotyczy wszystkiego co robimy w naszym życiu) to odpowiedzialność jest tylko i wyłącznie twoja. Próba obarczenia tym kogokolwiek innego (naród, społeczeństwo, przywódcę politycznego, szefa w pracy lub Świętego Mikołaja, bo nie dotarł na czas z prezentami) jest jedynie nieudolną próbą zabicia własnych wyrzutów sumienia, bowiem to nie inni ludzie nami rządzą. To my sami decydujemy o własnym życiu i choćbyśmy siedzieli w obozie zagłady i zdani byli na łaskę i niełaskę obozowych kapo, to i tak to od nas zależy jak zechcemy to życie przeżyć. A ponieważ jest ono jedynie krótką igraszką, postarajmy się przeżyć je w miarę spokojnie i bezkonfliktowo. Chyba że już zdamy sobie sprawę że się nie da i jakiś bydlak spróbuje wedrzeć się do naszego domu, zabrać nam naszą własność, wymordować rodzinę a na koniec powiedzieć że przy paleniu mieszkania skaleczył się w palec - więc i on jest jednym z pokrzywdzonych. Otóż uważam że w takiej sytuacji należy zdecydowanie i do końca walczyć o sprawiedliwość, pomimo wszelakich życiowych przeszkód. To tyle, jeśli idzie o tę sprawę, na koniec jeszcze wiersz Władysława Broniewskiego, który według mnie doskonale oddaje sytuację, którą tu przedstawiłem:



               

Kiedy przyjdą podpalić dom,

ten, w którym mieszkasz - Polskę,

kiedy rzucą przed siebie grom,

kiedy runą żelaznym wojskiem

i pod drzwiami staną, i nocą

kolbami w drzwi załomocą -

ty, ze snu podnosząc skroń,

stań u drzwi.

Bagnet na broń!

Trzeba krwi!



Są w ojczyźnie rachunki krzywd,

obca dłoń ich też nie przekreśli,

ale krwi nie odmówi nikt:

wysączymy ją z piersi i z pieśni.

Cóż, że nieraz smakował gorzko

na tej ziemi więzienny chleb?

Za tę dłoń podniesioną nad Polską -

kula w łeb!



Ogniomistrzu i serc, i słów,

poeto, nie w pieśni troska.

Dzisiaj wiersz - to strzelecki rów,

okrzyk i rozkaz:

Bagnet na broń!

Bagnet na broń!

A gdyby umierać przyszło,

przypomnimy, co rzekł Cambronne,

i powiemy to samo nad Wisłą.








A CO RZEKŁ PIERRE CAMBRONNE POD WATERLOO, GDY BRYTYJSKI OFICER KAZAŁ CESARSKIEJ GWARDII NAPOLEONA ZŁOŻYĆ BRON, ABY UNIKNĄĆ ŚMIERCI?


GWARDIA UMIERA, 
ALE SIĘ NIE PODDAJE!





 
A POZA TYM:
 
MERDE!!!