Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 30 stycznia 2018

JEDYNI, KTÓRZY ZDALI EGZAMIN Z CZŁOWIECZEŃSTWA

KOLEJNE ATAKI NA 

POLSKĘ I POLAKÓW!






I cóż ja mam tutaj kolejny już raz napisać? Ciągle muszę się powtarzać i pisać to samo, ponieważ prawda jest taką leniwą i słabą cnotą, że zawsze wypływa po czasie, natomiast kłamstwo aż się klei dla ludzi, ich postaw i zachowań. I oto mamy kolejny bezpardonowy atak na nasz kraj, na Polskę, tym razem ze strony państwa Izrael. O co w tym wszystkim do cholery chodzi? Dlaczego kłamstwo zalewa nas aż po szyję i zmusza byśmy się w nim taplali? Wybaczcie mi pewne wzburzenie, ale ze względu na pożną porę, jak i z faktu iż bardzo trudno zachować spokój i kulturę widząc i słysząc to co się teraz dzieje, pozwolę sobie na dość swobodny styl. Chciałbym się na początek zapytać, dlaczego tak niewiele narodów Europy (i nie tylko), podczas II Wojny Światowej zdało swój egzamin z... człowieczeństwa? Tak, z człowieczeństwa, bowiem my wszyscy ludzie jesteśmy częścią większej duchowej całości, bytu będącego ponad nami, który to wszystko wprawił w ruch. Ten byt my nazywamy Bogiem. I teraz pragnę się dowiedzieć, dlaczego tak niewiele jest narodów (nie piszę tutaj o ludziach, co bardzo ważne, gdyż w każdej zbiorowości jest najróżniejszy przekrój postaw i zachowań - od zwykłych mętów i zbrodniarzy, po ludzi którzy gotowi są oddać własne życie, dla ratowania życia innej osoby - chciałbym aby to było jasne i oczywiste), które zdały swój test z człowieczeństwa - tak po prostu, nic więcej?

Jeśli prześledzimy sobie historię i działalność poszczególnych narodów podczas II Wojny Światowej (zwanej również drugą Apokalipsą Światową), to dojdziemy do wniosku że liczba narodów, o których możemy z całą pewnością powiedzieć iż zdały swój egzamin z człowieczeństwa jest doprawdy znikoma, żeby nie powiedzieć prawie równa... zeru. Prawie, robi jednak dużą różnicę. O czym pragnę tutaj powiedzieć? O tym mianowicie Kochani, iż jedynym doprawdy narodem, który od początku do końca zdał swój egzamin z człowieczeństwa był właśnie... naród polski. Ktokolwiek z historyków, publicystów, dziennikarzy, polityków chciałby odkopywać nasze dzieje podczas II Wojny, w celu wyszukania tam jakiegoś "brudu", jakiejś niegodziwości, jakiejś wrodzonej nam i wyssanej z mlekiem matki nienawiści do kogokolwiek innego - nie znajdzie tego. Nie ma czegoś takiego w naszych dziejach (co już swoją drogą jest pewnym ewenementem), po prostu NIE MA! I można by na tym zakończyć, jednak takie stwierdzenie niestety nie wyczerpuje tematu. Za wszystko w życiu musimy zapłacić, cokolwiek zrobimy - zostanie nam to zwrócone w tym, lub innym życiu. Ta zasada nie dotyczy tylko i wyłącznie istot żywych, takich jak ludzie czy zwierzęta, ale również np. państw. I teraz pytanie, skoro w naszych dziejach nie sposób znaleźć żadnych większych nikczemności, nienawiści, podbojów etc. etc. to pytanie powinno brzmieć - dlaczego w takim razie los tak bardzo nas doświadcza? Dlaczego tak jest?

Od ponad trzystu lat jesteśmy smagani zimnym wiatrem nieszczęść, spadających na nasz kraj zarówno ze wschodu jak i zachodu. Najpierw rozbiory i podział państwa oraz utrata Niepodległości, potem masowa akcja dyskryminacyjna, połączona z tępieniem polskości w każdym jej wymiarze, zarówno na wschodzie (Rosja) jak i na zachodzie (Niemcy). Zaborcy wmawiali nam że ta Polska już nigdy się nie odrodzi, że to już koniec, że Polacy powinni wybrać czy chcą być dobrymi Niemcami, Austriakami czy Rosjanami. Ale przetrwaliśmy, w tych jakże niesprzyjających warunkach zachowaliśmy nie tylko język, ale i tradycje i naszą historię (pomimo dekad jej upadlania w szkołach niemieckich czy rosyjskich, gdzie polscy uczniowie musieli słuchać najbardziej niedorzecznych kłamstw, godzących w nasz charakter narodowy i nasze dzieje). Przetrwaliśmy! Mało tego, kultura polska była na tyle atrakcyjna w tym czasie, iż przyciągała ku sobie jak magnez i przedstawicieli innych narodowości - Niemców (przecież moja rodzina po ojcu to była rodzina spolonizowanych Niemców, którzy spolonizowali się już w... pierwszym pokoleniu, pokoleniu mojego pradziadka), Francuzów, Anglików, Szkotów, Rosjan czy Żydów. Spójrzcie, nie było państwa, nie było żadnej prawnej ochrony, mogącej zapewnić Polakom lub ludziom bliskim polskiej kulturze jakiekolwiek wsparcie (czy nawet bezpieczeństwo), a mimo to nie brakowało chętnych, których przyciągała do siebie polskość. Bardzo łatwo jest też wytłumaczyć ten fenomen, mianowicie polskość nigdy nie było definiowana biologicznie, nie była utożsamiana z rasą, krwią, pochodzeniem - polskość zawsze była utożsamiana z... kulturą, polskość to była polska wolnościowa kultura, polska niepodległościowa tradycja, polska niesamowita historia. Każdy mógł stać się Polakiem, jeśli tylko pragnął żyć w zgodzie i podzielać nasze wartości, nie było w tej kwestii żadnych wyjątków.




I właśnie dlatego tak bardzo nas tępiono, tak nas nienawidzono. Wreszcie, gdy wydawało się że wszystko bezpowrotnie stracone, że Polska nigdy już się nie odrodzi, pojawiła się nadzieja i za nią poszedł czyn. Czyn zbrojny. Polacy sami sobie wywalczyli niepodległość - stał się prawdziwy cud, Polska zaczęła się odradzać, niczym Feniks z popiołów ponownie pojawiła się na mapach. Ale przy tych wartościach, które wyznawaliśmy, przy tym naszym patriotyzmie i oddaniu sprawie Ojczyzny Odrodzonej, byliśmy szczególnie atakowani. Nasza Niepodległość była bowiem sola w oku państw zaborczych, odrodzona Polska była bowiem zawalidrogą, która burzyła ich plany. Atak szedł z dwóch stron, zarówno ze wschodu jak i z zachodu. W 1920 r. powstrzymaliśmy śmiercionośny dla Europy, marsz bolszewickiej Czerwonej Armii - Zwyciężyliśmy - Przetrwaliśmy - Pozostaliśmy Wolni! Ale trwało to zaledwie dwadzieścia lat, i potem znów mamy kolejny etap nieszczęść, jakie spadają na nasz kraj. Tych jednak nieszczęść, nie da się porównać z żadnymi innymi. Nie ma obecnie w Polsce rodziny, która nie straciłaby kogoś podczas II Wojny (w mojej rodzinie od strony mamy, mój pradziadek zginął w niemieckim obozie w Gross-Rosen, zaś babcia, jako młoda dziewczyna służyła w domu pewnego Niemca o nazwisku zdaje się Modrow, Hans Modrow - tak, dobrze pamiętam z jej opowieści. Była tam służącą jako 12-14-letnia dziewczyna i była bita oraz upokarzana na każdym kroku).

Obóz koncentracyjny (niemiecki obóz koncentracyjny, a nie żaden nazistowski jak wciąż się mówi i pisze w zachodnich mediach) w Auschwitz-Birkenau został zbudowany w 1940 r. właśnie dla... Polaków! Tak, dla Polaków, nie dla Żydów, nie dla jakiegokolwiek innego narodu, tylko dla Polaków. Owszem, Żydzi zaczęli zapełniać Auschwitz od połowy 1941 r. ale należy pamiętać że Niemcy zbudowali ten obóz właśnie dla Polaków, którzy byli drugą niszczoną tam nacją (a w zasadzie to trudno w ogóle postawić tutaj jakąś hierarchię, gdyż zarówno Żydzi, Polacy jak i np. jeńcy rosyjscy byli traktowani tak samo, czyli jak istoty nie mające już żadnego prawa do życia i byli masowo mordowani). Polacy byli narodem nawet nie drugiej a trzeciej albo nawet czwartej kategorii. Byli przeznaczeni do masowej eksterminacji zaraz po rozprawieniu się z Żydami i wygraniu przez Niemcy II Wojny Światowej. Tych, którzy rokowali i dałoby się ich zniemczyć, zostaliby uznani za Niemców (volksdeutschów - mój pradziadek, choć sam był Niemcem, odmówił jednak podpisania volkslisty twierdząc kategorycznie że jest Polakiem, za co trafił wraz z moim dziadkiem do niemieckiego obozu pracy), reszta byłaby zamieniona w niewolników, zaś cała elita, osoby wykształcone, te najbardziej patriotyczne były z góry przeznaczone do fizycznej eksterminacji. I to jest fakt historyczny. Tak było! Tak się działo! Pytanie, kto o tym wie? Czy uczą tego na amerykańskich skomunizowanych uniwersytetach? Czy uczą tego dzieci w szkołach we Francji, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Włoch? Czy uczą tego w szkołach w Niemczech? Nie, w tych szkołach uczy się dziś przede wszystkim islamu (zmuszanie dzieci aby odprawiały islamskie modły itd.), oraz przede wszystkim mówi się o zbrodni Holokaustu na Żydach. O Polakach nie ma tam nic, totalnie NIC!

Czy można więc się dziwić, że o zbrodni Holokaustu na Polakach nie wiedzą także w samym Izraelu? A przecież ludność polska nie była mordowana jedynie przez Niemców, również przez Rosjan i Ukraińców (w zbrodniach na Polakach uczestniczyło też wielu Żydów, ale to temat na zupełnie oddzielny post). W Izraelu istnieje tylko jeden temat, dotyczący II Wojny Światowej, temat Holokaustu Żydów - koniec kropka. Oni nie wiedzą NIC na temat cierpień ludności polskiej podczas niemieckiej i sowieckiej okupacji naszych ziem w czasie II Wojny. Czy można wiec się dziwić, że wielu z nich przeciera oczy ze zdumienia, nie mogąc uwierzyć że Polacy też cierpieli podczas wojny i to na równi z Żydami. Oni tego nie mogą pojąć, bowiem w szkołach ich tego nie uczą. Oni myślą, że obozy koncentracyjne zbudowali jacyś mityczni naziści (prawdopodobnie przybyli z jakiejś odległej galaktyki, choć jak na razie nie mówi się im z jakiej), którym w ich budowie i zagarnianiu Żydów do komór gazowych pomagali Polacy - tak właśnie są uczeni. Nie wiedzą nic na temat okupacji Polski, na temat tego że kraj nasz został we wrześniu 1939 r. napadnięty przez dwa totalitarne mocarstwa - Niemcy i Związek Sowiecki (czyli sowiecką Rosję). Nik nie uczy ich także tego, że ludność żydowska była awangardą komunizmu na ziemiach zajętych przez Sowietów, to właśnie Żydzi organizowali bojówki, które wyłapywały ukrywających się Polaków i wydawali ich w ręce sowieckich katów. Tak też było, ale o tym też nie mówi się nie tylko w Izraelu, ale także w zachodnich mediach i na tamtejszych uniwersytetach.

Żydzi byli znienawidzeni na Kresach Wschodnich nie za swoje żydowskie pochodzenie, ale właśnie za swoje prosowieckie sympatie, za to że wskazywali domu polskich urzędników, policjantów, żołnierzy, gdzie podjeżdżało NKWD i zgarniało wszystkich, po czym ślad po nich ginął. I teraz zauważcie jeden kluczowy fakt - Polacy stanowią największą grupę uhonorowanych tytułem (przyznawanym przez instytut Yad Vashem) "Sprawiedliwi wśród Narodów Świata", który grupuje sobie osoby pomagające lub ukrywające Żydów przed Niemcami podczas II Wojny Światowej. A teraz moje pytanie brzmi, ilu jest Żydów chroniących lub ukrywających Polaków przed Sowietami w czasie tej wojny? Nie powiem że nie było takich Żydów, bowiem słyszałem i o takich przypadkach, ale były to doprawdy przypadki wyjątkowe, wręcz jednostkowe, bez porównania zupełnie z Polakami ratującymi Żydów. A przecież znów należy przypomnieć (bo i o tym nikt na zachodzie nie uczy) że w Polsce podczas niemieckiej okupacji za ukrywanie Żydów groziła kara śmierci i to dla całej polskiej rodziny. Na Zachodzie holenderska rodzina, która ukrywała Annę Frank i jej bliskich doznała takich represji jak... zwolnienie z pracy ojca rodziny i przesłuchanie pozostałych jej członków. W Polsce, za coś takiego była natychmiastowa kara śmierci i nikt nie patrzył czy są w domu mały dzieci, czy jest matka w ciąży lub z niemowlętami - wszyscy byli zabijani wraz z Żydami na miejscu. Nie pomagały prośby, łzy - nic, pod mur i kula w głowę.




A mimo to nie tylko ukrywani Żydów, ale wręcz powstała organizacja przy Delegaturze Rządu Rzeczypospolitej Polskiej na Kraj - ŻEGOTA, czyli Rada Pomocy Żydom. Innymi słowy, rząd polski na uchodźstwie w Londynie powołał oficjalną organizację, która miała zajmować się ochroną i niesieniem pomocy ludności żydowskiej, bowiem Żydzi byli także obywatelami polskimi. A dziś Żydzi (głównie z najróżniejszych amerykańskich instytucji) twierdzą że... Polacy za mało zrobili aby ratować Żydów. ZA MAŁO! To co jeszcze można było zrobić, gdy ludzie po prostu bali się o własne życie i życie swoich bliskich? Co można było zrobić? Jakiś czas temu pewien zachodni idiota (nie pamiętam nazwiska, ale nie jest to ważne gdyż nie zamierzam zaprzątać sobie głowy pamięcią nazwiska kogoś takiego), stwierdził iż Polacy podczas II Wojny nie zrobili nic, aby ratować Żydów, a przecież widzieli co się działo, widzieli że byli oni mordowani, mogli wiec chociaż urządzić strajk czy przeprowadzić jakąś inną formę protestu - a tu nic. I teraz spróbujcie na spokojnie, bez nerwów skomentować te słowa - według mnie wymaga to naprawdę bardzo wiele wysiłku i samozaparcia. Z drugiej jednak strony te słowa są wręcz komiczne (wiadomo wypowiadał je jakiś idiota), "mogli urządzić strajk, albo inna formę protestu" - ha,ha,ha. Ja myślę że tłumaczyć to jest poniżej ludzkiej godności, ale z drugiej strony mam świadomość że wielu ludzi na Zachodzie czy w Izraelu rzeczywiście tak myśli. Dlatego też powiem krótko i jasno. Idioto! jaki ty chciałeś zorganizować strajk, skoro za każdą próbę uszkodzenia materiału w fabryce (przypadkową, np. przez nieuwagę), groziła kara śmierci? Szkoda słów. 

A teraz ja zapytam - ilu Żydów pomogło Polakom w czasie wojny na ziemiach zajętych przez Sowietów - i dlaczego było ich tak mało? Dlaczego tak niewiele zrobili aby ratować Polaków, przecież byli ich sąsiadami? Woleli więc częściej sami ich wydawać w łapy NKWD (oraz wstępować do tej zbrodniczej formacji - należy bowiem pamiętać że prześladowcą i katem Witolda Pileckiego, który sam z własnej woli dał się złapać i wywieść do Auschwitz, aby tam zorganizować ruch oporu i doprowadzić do uwolnienia więźniów - był właśnie polski Żyd - Józef Różański vel Josef Goldberg).


 "TY MYŚLISZ ŻE JAK ZDECYDOWAŁEŚ SIĘ NA ŚMIERĆ TO JUŻ NIC GORSZEGO CIĘ NIE MOŻE SPOTKAĆ? ŻE MOŻESZ SOBIE NA WSZYSTKO POZWOLIĆ? JA WIEM ŻE TY MASZ TWARDĄ DUPĘ, ALE JUŻ DŁUŻEJ SIĘ Z TOBĄ PIEPRZYĆ NIE BĘDZIEMY - JUTRO BĘDZIESZ PATRZYŁ JAK TWOJĄ ŻONĘ GWAŁCĄ SZCZOTKĄ OD KIBLA"




"HEJ-HEJ ROTMISTRZU Z HARTOWANEJ STALI - 
NIE SKRUSZYŁ CIĘ HITLER, BAŁ SIĘ CIEBIE STALIN.
HEJ-HEJ ROTMISTRZU ZE ŚMIERCIĄ IGRAŁEŚ, 
DO PIEKIEŁ ZSTĄPIŁEŚ, Z PIEKIEŁ SIĘ WYRWAŁEŚ
HEJ-HEJ ROTMISTRZU ŚMIERCI SIĘ NIE DAŁEŚ,
DO AUSCHWITZ ZSTĄPIŁEŚ, Z AUSCHWITZ SIĘ WYRWAŁEŚ.
BYŁO WAS TYSIĄCE - ZOSTAŁO NIEWIELU,
BO ZABIJA MOSKWA NASZYCH BOHATERÓW.
ROTMISTRZU PILECKI DO APELU STAWAJ,
 ŻYCIE CI ZABRALI LECZ ZOSTAŁA SŁAWA!" 




 Podsumowując więc, każdy naród czeka swoiste katharsis. My, Polacy przeszliśmy już całą masę okrucieństw i mordów, było morze niewinnej krwi, był płacz i potwornie wiele nieszczęść. Lecz wszystko się kiedyś kończy, zarówno złe jak i dobre. Wszystko też podlega zasadzie karmy i wszystko zmierza ku równowadze. Zastanówcie się więc, skoro w naszych dziejach przeszliśmy już tak potworne katharsis co przyniesie nam przyszłość? Tak, tutaj mówię bez ogródek - czeka nas okres wielkości i wspaniałości jakiego nie znaliśmy wcześniej w dziejach, choć stanie się to dopiero ok. połowy tego wieku (być może uda mi się przynajmniej ujrzeć początek tego okresu, by z pełna powagą i odpowiedzialnością móc stanąć przed popiersiem Marszałka Józefa Piłsudskiego, jakie stoi w moim biurze (zresztą obok portretu Cesarza Napoleona Wielkiego) i zameldować: "Komendancie Miły, nadszedł właśnie Twój czas".





A co się tyczy innych narodów, powiem tylko tyle - MÓDLCIE SIĘ DO BOGA! Módlcie się każdego dnia, prosząc Stwórcę o odroczenie tego, co ma nadejść (ja sam też tak czynię). Wszystko podlega bowiem prawom karmy, ale Bóg jest ponad to - Bóg jest wszystkim, jest z nami zawsze i zawsze możemy się do Niego zwrócić z prośbą o pomoc lub radę. Pamiętajcie że my nigdy nie jesteśmy sami, a życie stanowi jedynie "sen wariata" i jego celem jest umieć zdać nasz egzamin z człowieczeństwa. Polska i Polacy ten test zdali na piątkę, a czy inni też będą to potrafili? 


 
Czas ucieka - Wieczność czeka!


 NA ZAKOŃCZENIE PRZYKŁAD JAWNEJ MANIPULACJI - GRUPKA ŻYDOWSKICH DZIEWCZYN WYMYŚLA SOBIE ANTYSEMITYZM, W OGÓLE NIE ROZUMIEJĄC CO MÓWIĄ DO NICH STARSI MĘŻCZYŹNI - TO JUŻ STAJE SIĘ WRĘCZ TYPOWE



 
 DOBRANOC

sobota, 27 stycznia 2018

TO JEST WOJNA!

HYBRYDOWY ATAK NA POLSKĘ




Moi Drodzy, to że mamy (niewypowiedzianą oficjalnie) wojnę przeciwko państwu polskiemu i naszym próbom sprzeciwienia się temu wszystkiemu co niesie ze sobą totalitarny neomarksizm - to jest już oczywiste (i zapewne dla wielu z Was wiadome). Wojna hybrydowa przeciwko Polsce wciąż trwa (mniej więcej od połowy 2015 r.), i z każdym miesiącem akcje uderzeniowe "wroga" będą coraz większe i coraz dotkliwsze i po prostu należy o tym wiedzieć i skutecznie odpowiadać atakiem na atak. To już nie są żarty, tu już idzie o... nowy układ siły w Europie, który powstanie na gruzach układu sił epoki postkomunistycznej. Walka trwa, podobnie jak wówczas w 1939 r. We wrześniu 1939 r. nastąpił bowiem realny koniec naszej wyśnionej i wymarzonej Niepodległej Polski. Dwadzieścia zaledwie lat wolności i pełnej niepodległości skończyło się wspólnym atakiem zbrodniczych systemów totalitarnych - niemieckiego nazizmu i rosyjskiego komunizmu (komunizm leninowski nie miał nic wspólnego z jakąkolwiek narodowością, a już najmniej z narodowością rosyjską, był wręcz zaprzeczeniem wszystkiego, na czym wyrastała dotąd carska Rosja, ale ten multikulturalny komunizm leninowski został wkrótce zastąpiony przez nowy komunizm - stalinowski, a Stalin nadał już temu ustrojowi typowo rosyjskie cechy, połączył go z Rosją i "rosyjskością" do tego stopnia, że już dziś trudno jest odróżnić Rosję od rosyjskiej komunistycznej tradycji ZSRS).

Dwadzieścia lat pełnej polskiej niepodległości zostało brutalnie przerwane i to przy zupełnie biernej postawie sprzymierzonych z nami mocarstw zachodnich, czyli Anglii i Francji. Gdy Francuzi pytali (słowami socjal-faszystowskiego działacza Marcela Deata) na łamach "L'Oeuvre" ("Dzieło"): "Dlaczego musimy umierać za Gdańsk", w podbitej i podzielonej pomiędzy totalitarnych zbrodniarzy Polsce już dochodziło do ludobójstwa. Akcja tępienia polskości w Związku Sowieckim sięgała jeszcze marca 1934 r. gdy szef ukraińskiego NKWD Wsiewołod Balicki, postanowił znaleźć winnego masowej klęski głodu na Ukrainie (sztucznie wywołany przez władze sowieckie głód, doprowadził do wprost apokaliptycznych sytuacji, gdy urodzajna ziemia ukraińska została totalnie ogołocona ze wszystkiego, tak iż mieszkańcom wsi pozostawała do zjedzenia jedynie... trawa i kora z drzew, nic więc dziwnego że dochodziło tam do prawdziwej plagi ludożerstwa) w latach 1932-1933 i znalazł ich w Polakach. Balicki wymyślił sobie "Polską Organizację Wojskową" która miała sabotować zbiory, oraz zinfiltrowała cały sowiecki aparat partyjny na Ukrainie. W marcu 1934 r. na sowieckiej Ukrainie aresztowano ponad 10 800 osób narodowości polskiej (ci ludzie pozostali poza linią układu granicznego Polski i Rosji Sowieckiej z marca 1921 r. zawartego w Tallinie po zakończonej wojnie polsko-bolszewickiej z lat 1919-1920. Ludzie ci, zamieszkujący od pokoleń ogromne tereny na wschodzie, zostali teraz - głównie dzięki negocjacjom polityków ludowych i endeckich - oddani na łaskę i niełaskę Sowietów. Marszałek Józef Piłsudski stwierdził iż "za ten traktat komuś w Polsce powinno się rozbić głupi łeb"). Od lutego 1935 r. zaczęły się masowe przesiedlenia ludności polskiej i niemieckiej, a od czerwca 1936 r. program masowej deportacji Polaków z Ukrainy do Kazachstanu ruszył z pełną siłą (w samym tylko okresie od czerwca do września 1936 r. deportowano do Kazachstanu aż 62 283 osoby, głównie Polaków).

W kolejnych miesiącach również dochodziło do aresztowań i deportacji (choć już na mniejszą skalę), ale wciąż było za mało, przesiedlenia nie wystarczyły, należało wiec pomyśleć nad bardziej drastycznymi środkami represji. I tak oto dnia 11 sierpnia 1937 r. został wydany sławetny rozkaz numer 00485 który mówił o: Całkowitej likwidacji siatek szpiegowskich Polskiej Organizacji Wojskowej" (organizacji która... nie istniała, więc rozkaz ten wymierzony był przede wszystkim w osoby narodowości polskiej jako takie. Był to jeden z wielu jawnie rasistowskich czystek w Związku Sowieckim (nie będę już tutaj pisał - bo to bezpośrednio nie dotyczy tematu - o tym jak Stalin w zawarł umowę z Hitlerem i odsyłał mu rosyjskich Żydów, żeby tamten mógł ich sobie zagazować w obozach koncentracyjnych, zresztą Stalin był wybitnym rasistą i wbrew oficjalnie głoszonej propagandzie - żywo nienawidził Żydów). Rozkaz numer 00485 był pierwszym, który w sposób jawny definiował Polaków, jako ludność przeznaczoną do... fizycznej likwidacji (Stalin osobiście pochwalił Jeżowa, który stał wówczas na czele NKWD, po pierwszych aresztowaniach i masowych egzekucjach: "Bardzo dobrze! Wykopujcie dalej i usuwajcie ten polski bród. Wyeliminujcie go w interesie Związku Radzieckiego"). W latach 1937-1938 doszło do prawdziwego holokaustu ludności polskiej w Związku Sowieckim, w wyniku którego zamordowano ponad 111 000 obywateli ZSRS narodowości polskiej, prawie 29 000 skazano na ciężką pracę w gułagach, a ponad 100 000 deportowano w najodleglejsze rejony sowieckiej Rosji (notabene już w 1937 r. rząd sowiecki poinformował Warszawę o tym iż wszyscy Polacy zamieszkujący dotąd Ukrainę... wyjechali do Polski, lub stali się w pełni oddanymi ludźmi sowieckiej ojczyzny, zamykano więc konsulaty w Charkowie i Tibilisi. Podobnie po wymordowaniu ponad 22 000 polskich oficerów w Katyniu w 1940 r. po agresji Niemiec na ZSRS, rząd sowiecki twierdził że ci Polacy... uciekli do Mandżurii lub do Chin. No proszę, wszyscy im uciekli... ale z tego świata).


  

Obraz Polaka w Związku Sowieckim w latach międzywojennych, był taki sam jak obraz Żyda w hitlerowskich Niemczech. Polska i Polacy byli symbolami absolutnego zła, zawsze byli przedstawiani jako najgorsi krwiopijcy zwykłego ludu (od 1921 do 1940 r. o Polsce jako ziemi krwawych wyzyskiwaczy i agentury międzynarodowego kapitału, powstało ponad 70 filmów, podczas gdy o wszystkich innych narodach świata nawet nie połowa tego). Polska to była: "Najbardziej na wschód wysunięte ogniwo agresji antysowieckiej", dlatego też Stalin postanowił wejść w układ z Hitlerem i podzielić między siebie państwo polskie. 1 września 1939 r. uderzył Hitler a już 17 września dołączył do niego Stalin. Wojsko Polskie, walczące z jednym z agresorów, zostało nagle zaatakowane od tyłu - tej wojny już nie można było w żaden sposób wygrać, choć dochodziło do wielu spektakularnych walk, jak choćby obrona Grodna (dziś uważam, choć Grodno nie jest już w granicach Polski, że tak jak Lwów w latach 1918-1919 i Warszawa za 1939 i 1944 r. otrzymały Ordery Virtuti Militari, tak samo takie odznaczenie powinno zostać nadane również i Grodnu). Grodno, bohaterskie miasto które stawiło opór wkraczającej sowieckiej mordowni, podobnie jak i Lwów (noszący łacińską dewizę "Semper Fidelis" - "Zawsze Wierny"), okazał się godny tradycji wojennej dawnej Rzeczpospolitej. A należy dodać że Sowieci atakując miasto, przywiązywali do czołgów schwytane dzieci, jako żywe tarcze - komentarz chyba wydaje się zbędny.

Przeciwko dwóm agresorom nie sposób jednak było walczyć (tym bardziej że nasi "sojusznicy" Francuzi i Anglicy stali z bronią u nogi u granic i przypatrywali się całej sytuacji, podczas gdy wystarczyło by aby skierowano do Nadrenii zaledwie kilka dywizji (dwie, może trzy), aby cała wojna została wygrana w przeciągu góra dwóch miesięcy. Cała II Wojna Światowa zostałaby sprowadzona do lokalnego konfliktu, zaś klęska Niemiec byłaby przesądzona. Natomiast z samym Związkiem Sowieckim Wojsko Polskie mogło już spokojnie powalczyć, tym bardziej że swoją wartość bojową udowodniła Armia Czerwona podczas kampanii fińskiej 1939-1940 r. gdy Rosjanie nie byli w stanie przełamać oporu maleńkiej 3-milionowej Finlandii. Należało więc czym prędzej ewakuować wojsko z kraju. I tak przedostawano się do Rumunii, na Węgry, na Litwę, Łotwę, byle tylko przedostać się dalej na Zachód, aby móc z Francuzami i Anglikami wrócić do podbitej ale nie pokonanej Ojczyzny. Nikt jednak nie przewidział że Francuzom odechce się walczyć również o swój kraj i tak łatwo skapitulują (podczas gdy posiadali znacznie lepszą armię od niemieckiej, zarówno pod względem liczbowym, jak i jakościowym). Pozostawała więc już tylko "Wyspa ostatniej nadziei" - czyli Wielka Brytania. I w jej obronie Polacy wykazali się zdecydowaną determinacją i męstwem, biorąc udział i przechylając szalę zwycięstwa w powietrznej Bitwie o Anglię (lipiec-październik 1940 r.).




Tymczasem w kraju już dochodziło do mordów. Jeszcze w czasie wojny obronnej we wrześniu 1939 r. niemiecki Wehrmacht dopuścił się wielu zbrodni wojennych (tak, Wehrmacht, nie Gestapo czy SS, a właśnie ów "bohaterski" Wehrmacht), jak choćby po bitwie pod Ciepielowem, gdzie 9 września Wehrmacht (3 Pułk Piechoty Zmotoryzowanej) rozstrzelał 300 wziętych do niewoli polskich żołnierzy z 74 Pułku Piechoty, ich ciała wrzucono do wspólnego rowu. W nocy z 13 na 14 września wymordowano 200 wziętych do niewoli żołnierzy w Zambrowie, w Śladowie 18 września wymordowano ok. 300 żołnierzy, 28 września doszło do wymordowania 500 żołnierzy polskich i ok. 100 cywilnych mieszkańców Zakroczymia, poza tym mordy w Uryczu (ok. 100 żywcem spalonych żołnierzy), Szczucinie (95 ofiar), Serocku (ok. 80 ofiar), Boryszewie (50 ofiar), Majdanie Wielkim (42 ofiary). Poza tym we wrześniu spalono 434 polskie wsie i kilka miast, nie mówiąc już o cywilnych ofiarach bombardowań i celowych ataków lotników niemieckich, kierowanych przeciwko... uciekającej ludności cywilnej na drogach. W Bydgoszczy dokonano mordu na Polakach (tzw. "Krwawa niedziela") 9 września (ok. 800 ofiar), a w kolejnych miesiącach łącznie do stycznia 1940 r. zamordowano w samej Bydgoszczy i okolicach 5 000 ludzi. 

Podobnie Sowieci. Już od 1 września sowiecki nadajnik radiowy "Mińsk" emituje stały sygnał, ułatwiający niemieckim bombowcom precyzyjne osiągnięcie celów, nawet w warunkach niekorzystnych dla nawigacji. Po 17 września doszło do prawdziwego armageddonu polskich Kresów Wschodnich. Ofiarami wkraczającego bolszewizmu padli przede wszystkim polscy ziemianie, osadnicy wojskowi (bohaterowie wojny polsko-bolszewickiej 1919-1920), urzędnicy państwowi, samorządowcy, nauczyciele, policjanci, leśnicy, oficerowie i żołnierze Wojska Polskiego oraz zamożni chłopi. Ludzi obdzierano ze skóry i na wpół żywych zmuszano by patrzyli jak morduje się innych członków rodziny, żołnierzom wypruwano narządy i śledziony okręcano wokół korby od studni po czym puszczano w ruch, wciąż jeszcze żyjąca ofiara, z rozprutym brzuchem biegała tak wokół studni nim nie wyzionęła ducha. Strzelano do dzieci z... dział, wcześniej każąc się im ustawić w jedną grupę (jako "żywy cel"). Wlewano ludziom do gardeł wapno z wodą i tak wrzucano do wapiennych dołów i od razu zakopywano. W zasadzie w tym przypadku trudno jest wymienić jakieś określone zbrodnie, bowiem po 17 września nie było dnia, aby do nich nie dochodziło.




Należy też wspomnieć o pewnym, zapomnianym dziś fakcie, a mianowicie o prawdziwej prokomunistycznej rebelii na Kresach Wschodnich. O tym się nie pamięta, ale tak było, lokalna ludność białoruska, ukraińska czy żydowska, stawiała prowizoryczne bramy triumfalne dla wkraczającej do Polski Armii Czerwonej. Tak niestety było, oto kilka relacji naocznych świadków z tamtych wydarzeń. Relacja Jana Domaszewicza: "We wrześniu 1939 r. byłem na osadzie w zaścianku Zubielewiczach. Okoliczne wsie były zamieszkane przez chłopów wyznania prawosławnego, którzy wkraczającą czerwoną armię witali bardzo radośnie, mówiąc że nareszcie przyszło dla nich zbawienie i wyzwolenie spod władzy pańskiej Polski. Stawiali bramy tryumfalne, rzucając bukiety kwiatów na czołgi sowieckie i całując gwiazdy namalowane na czołgach". Relacja polskiego gajowego spod Nieświeża: "Wojska sowieckie weszły do miasteczka Siniawka nazajutrz po przekroczeniu granicy Polski. Społeczeństwo żydowsko-białoruskie oczekiwało na przybycie armii sowieckiej i bez straty czasu zajęło się przygotowaniami do powitania. Została zbudowana brama triumfalna, nastąpiło wręczenie chleba, soli, kwiatów i wygłoszono mowy powitalne".

Jakże przykrym i upokarzającym widokiem dla Polaków był fakt, iż mieszkający wraz z nimi i żyjący od lat sąsiedzi narodowości białoruskiej, ukraińskiej czy żydowskiej teraz tak gorąco i entuzjastycznie witają wkraczających najeźdźców? Co miano o tym myśleć? Co miano myśleć, gdy: "Żydzi rozbrajali małe grupki żołnierzy polskich, zdzierając im orzełki i inne oznaki i rzucając na ziemię i depcząc". Jakże przykry musiał to być widok dla tych ludzi, którzy doświadczali właśnie kolejnej niewoli, widząc jednocześnie zadowolone twarze swych sąsiadów? Szczególnie ludność żydowska na Kresach najbardziej gorliwie wysługiwała się NKWD i Armii Czerwonej. Jak raportował do Londynu gen. Stefan Grot-Rowecki dowódca Armii Krajowej: "Ujawniło się, że ogół żydowski we wszystkich miejscowościach, a już szczególnie na Wołyniu, Polesiu i Podlasiu, zanim jeszcze ustąpiły polskie oddziały, wywiesił flagi czerwone i wystawił bramy triumfalne na powitanie wojsk bolszewickich, że zorganizował samorzutnie rewkomy i czerwoną milicję, że po wkroczeniu bolszewików rzucił się z całą furią na urzędy polskie, urządzał masowe samosądy nad funkcjonariuszami państwa polskiego, działaczami polskimi, masowo wyłapując ich jako antysemitów i oddając na łup przybranych w czerwone kokardy mętów społecznych". Nic dziwnego że to właśnie Żydów zapamiętano później jako prowodyrów sowieckich zbrodni na Polakach. 

Polaków mordowano całymi rodzinami, grabiąc dwory, domy i mieszkania. Dopuszczano się przy tym niesamowitego okrucieństwa, jak na przykład zamordowanie ziemianina Kazimierza Harsdorfa przez uzbrojoną w noże i kije grupę ukraińskiej bandy. Podobnie inny ziemianin Henryk Skirmuntt i jego żona zostali bestialsko zamordowani, a wcześniej torturowani (zerwano im skórę z rąk, rzucano w nich kamieniami a potem żywcem zakopano). Książę Andrzej Czetwertyński i jego żona Róża, zostali zamordowani widłami przez białoruskie chłopstwo, przy całkowitej bierności miejscowych Żydów (poproszony przez księcia o wstawiennictwo znajomy kupiec żydowski, odwrócił się plecami). Osadników wojskowych mordowano m.in.: wiążąc ich razem (mąż i żona) drutem kolczastym i wpychając do ust ziemię lub rozpruwając brzuchy. Torturowano ich również na wszelkie (prymitywne) sposoby. Co ciekawe, mordów tych dokonywali białoruscy, ukraińscy lub żydowscy sąsiedzi, którzy przed wojna byli "miłymi ludźmi" i niekiedy przychodzili z różnymi prośbami do polskich osadników. W tym miejscu ja naprawdę staram się mocno ograniczać, gdyż wymienienie choćby połowy z tych zbrodni, zajęłoby zbyt dużo miejsca i czasu. Co ciekawe, w ogóle nie przedstawiłem jeszcze zbrodni ukraińskich z września 1939 r. a te był... jeszcze okrutniejsze niż te z północnych rejonów kraju.




Nic więc dziwnego że widząc to wszystko wycofujący się ku granicom żołnierze Wojska Polskiego wpadali często w gniew i tak w Trzciannym "Ułani wpadli w tłum, zniszczyli bramę triumfalną" (wystawioną dla Sowietów). Porucznik Marian Kowalewski pisał: "Wioskę Podzamcze puściliśmy z dymem, żołnierz rozdrażniony nikomu pardonu nie dawał, drażniły strzały puszczane zza węgła i widok triumfalnej bramy z czerwienią". Major Henryk Dobrzański "Hubal" późniejszy bohater walk z Niemcami, zniszczył wsie Ostryna i Jeziory, gdzie ukryła się V kolumna sowiecka i gdzie również postawiono bramy triumfalne dla Armii Czerwonej. Komandor Witold Zajączkowski zaś raportował: "Każda wieś, z której strzelano do naszych wojsk, z reguły została spalona". Wojna jednak już była przegrana, należało więc czym prędzej zmierzać ku granicom (najlepiej z Węgrami lub Rumunią), aby stamtąd przedostać się do Francji (a po jej klęsce do Wielkiej Brytanii).






PS: W Polsce nigdy nie będzie miejsca dla ideologii komunistycznej czy nazistowskiej - NIGDY!!! Nie zmieni tego żadna propaganda w mediach i żadna ustawka kilku kretynów (lub płatnych aktorów), którzy fetują urodziny Hitlera, kryjąc się w lesie (bo gdyby zrobili to w środku miasta, pewnie zostaliby wyniesieni przez ludzi, zwykłych przechodniów). Nazizm nie jest częścią polskiej historii i tradycji i nigdy nią nie będzie, bo nie ma takiej fizycznej możliwości aby to połączyć. Natomiast jest częścią historii i tradycji Niemiec, w tym i tych dzisiejszych Niemiec (podobnie jak i Danii, Norwegii i Szwecji - o Szwecji jako kraju typowo rasistowskim jeszcze w latach 70-tych, mógłbym co nieco napisać, dziś to państwo wpada ze skrajności w skrajność z umiłowania rasizmu i życzliwości do nazizmu , ku multi-kulti, poprawności politycznej i refugees welcome, tak czy inaczej Szwecja już praktycznie nie istnieje. Co do Niemiec - to państwo jawnie wypowiedziało nam wojnę, wojnę hybrydową i ona już trwa a ataki na Polskę będą się powtarzać i będą coraz brutalniejsze (pisałem już o tym w kilku poprzednich postach, zresztą wojna hybrydowa ze strony Rosji jest również analogicznie prowadzona). Nazizm jest bowiem częścią historii i tradycji Niemiec, tak jak komunizm jest częścią historii i tradycji Rosji. Natomiast u nas w Polsce budzi się dawna, patriotyczna i niepodległościowa Polska, ta którą mordowano we wrześniu 1939, w zbiorowych dołach w Katyniu, Miednoje, Piatichatkach, Bykowni, Bydgoszczy, Palmirach, Auschwitz, Gross-Rosen (gdzie zginął mój pradziadek), na Wołyniu i w wielu innych miejscach masowych mordów. My, Polacy byliśmy mordowani, okaleczani, upokarzani - a mimo to przetrwaliśmy, i odradzamy się na nowo, my i nasz kraj. Na pohybel wszelakim szkalującym nas czerwono-brunatnym marksistowskim su...synom. 

                   






środa, 24 stycznia 2018

BYŁ ŚWIAT, PIĘKNY ŚWIAT - Cz. II

CZYLI ZAGŁADA POLSKICH DWORÓW

NA KRESACH WSCHODNICH PO 1917 r.

I W LATACH 1939-1945





HORODŁO - 1413 r.
POLSKA Z LITWĄ ZJEDNOCZONA 
W IMIĘ BRATERSKIEJ MIŁOŚCI

 


Unia zawarta w Horodle 2 października 1413 r. była aktem niezwykle wyjątkowym. Wyjątek stanowiło odniesienie się do "potęgi miłości" wspierającej narody, bowiem miłość w akcie horodelskim została przedstawiona w taki oto sposób: "Miłość ta tworzy prawa, włada państwami, urządza miasta, wiedzie stany Rzeczypospolitej ku najlepszemu końcowi, udoskonala wszystkie cnoty (...) a kto nią wzgardzi, ten się wszelkiego dobra pozbędzie. Dlatego my, prałaci, rycerstwo i szlachta Korony Polskiej, chcąc pod tarczą miłości spocząć (...) zespalamy i jednoczymy nasze domy, pokolenia, rody, herby i klejnoty rodowe z wszystką szlachtą i bojarstwem litewskich ziem (...) aby na wieczne odtąd czasy mogli używać naszych herbów i klejnotów i godeł naszych, któreśmy odziedziczyli po ojcach i przodkach naszych, a któremi oni cieszyć się mają w znak prawdziwej miłości (...) Niechaj więc zjednoczą się z nami miłością i braterstwem i staną się nam równymi (...) I przyrzekamy im słowem czci i przysięgi nie opuścić ich w żadnych przeciwnościach i niebezpieczeństwach, lecz stawać im ku pomocy w każdej potrzebie (...) Co też i przyrzeczeni panowie litewskich ziem obowiązali się słowem i przysięgą czynić dla nas nawzajem". W tymże więc akcie Polacy przyznawali takie same prawa polityczne, jakie sami zdobyli na własnych królach, szlachcie i bojarom litewskim i ruskim, aby tym samym poprzez miłość jednoczącą stworzyć jeden naród - Rzeczpospolitan. W żadnym innym akcie polityczno-prawnym w dziejach świata nie spotkamy odniesienia do "miłości narodów", dlatego też unia horodelska stanowi swoiste novum, gdyż to właśnie ona (a nie ta zawarta w Krewie w 1385 r.) stworzyła podwaliny nowego narodu. 

Po Horodle było jeszcze kilka kolejnych unii polsko litewskich (grodzieńska z 1432 r., krakowsko-wileńska z 1499 r., piotrkowsko-mielnicka z 1501 r. i wreszcie lubelska z 1569 r. tworząca już bezpośrednio jedno dualistyczne państwo trzech narodów i... wielu żyjących tu nacji), były one jednak jedynie potwierdzeniem i rozszerzeniem unii zawartej w Horodle, dlatego też właśnie ten akt jest niezwykle ważny i należy go rozpatrywać jako akt twórczy państwa polsko-litewsko-ruskiego czyli Rzeczypospolitej Obojga (Trojga) Narodów. To właśnie na unii horodelskiej wzorowali się Anglicy, tworząc w 1707 r. unię Anglii ze Szkocją (która dopiero w tym roku - 2018 r. prześcignęła w długości istnienia unię polsko-litewską trwającą 410 lat, choć przecież już się mówi o rozpadzie Wielkiej Brytanii i usamodzielnieniu się Szkocji). To właśnie do Krakowa przybyli angielscy posłowie, którzy tworząc akt erekcyjny Wielkiej Brytanii, poznawali zapisy unii z Horodła. Pamięć ludzka bywa ulotna, a ponieważ już od ponad 200 lat Polski albo nie było na mapach, albo była pod panowaniem obcych sił (wyłączając z tego okres dwudziestolecia 1918-1939, który jednak był zbyt krótki, aby utrwalić się w świadomości Europejczyków). Po 1989 r. i upadku komunizmu Polska również niczym szczególnym się nie odznaczała, więc była traktowana jako część Mitteleuropy, czyli jako jedno z "małych państw Europy Wschodniej" leżących pomiędzy Niemcami a Rosją. Nic więc dziwnego że w świadomości opinii europejskiej (a światowej przede wszystkim), nie zachowała się pamięć dawnej naszej wielkości i tego iż niegdyś byliśmy wzorem do naśladowania dla innych państw, które potem stały się europejskimi i światowymi mocarstwami.


UNIA LUBELSKA
ZJEDNOCZENIE DWÓCH PAŃSTW 
I TRZECH NARODÓW
1569 r.



Któż pamięta iż twórcą hologramu był Polak - Mieczysław Wolfke, że najlepszy komputer na świecie K-202, skonstruował w latach 70-tych Polak - inżynier Jacek Karpiński, że lampę naftową, używaną powszechnie w drugiej połowie XIX wieku, stworzył w 1853 r. Polak - Ignacy Łukasiewicz, że pierwszą kamizelkę kuloodporną wymyślili w 1897 r. Polacy - Jan Szczepanik i Kazimierz Żegleń, że wycieraczki samochodowe wymyślił Polak - Józef Hofmann (genialny kompozytor i pianista, który wymyślił również m.in.: zegar elektryczny, elektryczną maszynkę do gotowania, spinacz do papieru, motorówkę, łącznie ok. 100 opatentowanych wynalazków bez których dziś nie potrafilibyśmy żyć). Nie ma sensu wymieniać wszystkie polskie wynalazki (pojazd księżycowy, wykrywacz min, meleks, kamera wideo, system rejestracji kolorowych obrazów w aparatach fotograficznych, grafen, niebieski laser, niewidzialny czołg, tkaniny chroniące przed promieniowaniem itd. itp). Nic więc dziwnego że również w dziedzinie polityki i prawa byliśmy wzorem dla innych państw i narodów (nie tylko w Europie, bowiem należy pamiętać ze Ojcowie Założyciele Stanów Zjednoczonych, przed napisaniem konstytucji tego kraju, skrupulatnie przyglądali się systemowi politycznemu Rzeczypospolitej). Tak też było w przypadku istniejącej do dziś Wielkiej Brytanii (czyli unii angielsko-szkockiej z1707 r.). 

Zjednoczenie Polaków, Litwinów i Rusinów przetrwało upadek państwa i rozbiory, przetrwało brutalną germanizację i rusyfikację, prowadzoną przez Prusy, Austrię i Rosję na ziemiach polskich (w zaborze rosyjskim nie wolno było nawet na ulicy rozmawiać w języku polskim). Owszem pojawiły się nacjonalizmy, chęć budowania własnego, ściśle etnicznego państwa (Litwa, Ukraina), ale pamięć dawnej przeszłości, pomimo upływu lat, wojnach światowych i rosyjskiej, komunistycznej okupacji wciąż jest bardzo silna w wielu krajach, tworzących dawną Rzeczpospolitą. Kultura polska bowiem wyrasta z korzeni szlacheckich (w przeciwieństwie np. do niemieckiej kultury mieszczańskiej. Podobnie było we Francji do Rewolucji 1789 r. gdy coraz większą rolę również zaczęło odgrywać mieszczaństwo). Kultura ta była tak silna, że gdy w latach 70-tych wyświetlano w kinach film "Potop" w reżyserii Jerzego Hoffmana (na motywach drugiej części trylogii Henryka Sienkiewicza o tym samym tytule), to oglądające ten film dzieci chłopskie utożsamiały się z głównymi bohaterami, choć korzenie ich przodków były zupełnie inne. Zresztą nasza szlachecka elita została w ogromnej części wymordowana (np. w Katyniu i innych miejscach sowieckiej kaźni, oraz w Palmirach i innych miejscach niemieckiego ludobójstwa), a niedobitki zostały rozproszone po świecie. tworząc potęgę innych państw (innymi słowy Ojczyźnie została wówczas skradziona tożsamość, a w jej miejsce dostaliśmy ersatz w postaci homo sovieticus, czyli pseudo-elitę). Proces odbudowy dawnej elity wciąż się nie zakończył, wciąż trwa i sądzę że dopiero nasze wnuki bądź prawnuki ostatecznie odtworzą to, cośmy utracili w okresie 1939-1945 i latach następnych. Dlatego też ,kierując się tą myślą, pragnę zaprezentować jak wyglądały ataki na "polskość" czyli polskie dwory, domy i rodziny na naszych Kresach Wschodnich, począwszy od 1917 r. czyli od wybuchu rewolucji bolszewickiej (innymi słowy - czasu, gdy piekło wyszło na ziemię i próbowało ją sobie podporządkować).


"POTOP"
JERZEGO HOFFMANA



Nim jednak do tego przejdę, chciałbym pokazać jak wyglądał ów dawny świat kultury szlacheckiej, czyli jak wyglądało życie w polskiej rodzinie szlacheckiej, czym się zajmowano, jak spędzano czas i jak wychowywano dzieci. Przedstawię również tajniki kuchni szlacheckiej (staropolskiej kuchni kresowej), jak również zaprezentuję (pokrótce) kilka wybranych postaci z życia szlachty polskiej. Na końcu zaś przejdę do zaprezentowania samego aktu zniszczenia tamtego świata, którego początek datować należy na lata 1917-1921 a ostatecznie 1939-1963. 




CDN. 

poniedziałek, 22 stycznia 2018

KOBIETY - PAPIEŻE, PATRIARCHOWIE, BISKUPI, PREZBITERZY - Cz. IV

ORAZ TE, KTÓRE PAPIEŻY WYBIERAŁY


MARYJA

MATKA JEZUSA  





"PRZYSZEDŁSZY DO SWEGO MIASTA RODZINNEGO, NAUCZAŁ ICH W SYNAGODZE, TAK ŻE BYLI ZDUMIENI I PYTALI: SKĄD U NIEGO TA MĄDROŚĆ I CUDA? CZYŻ NIE JEST ON SYNEM CIEŚLI? CZY JEGO MATCE NIE JEST NA IMIĘ MARIAM, A JEGO BRACIOM JAKUB, JÓZEF, SZYMON I JUDA? TAKŻE JEGO SIOSTRY CZY NIE ŻYJĄ WSZYSTKIE U NAS? SKĄDŻE WIĘC MA TO WSZYSTKO?"

(Ew. MATEUSZA 13:53-57, BIBLIA TYSIĄCLECIA)


Kim była matka Jezusa Chrystusa, zwana Miriam? W Kościele Katolickim jest ona uważana za Bogarodzicę czyli Najświętszą Maryję Pannę, innymi jeszcze słowy Bożą Rodzicielkę. Gdyby kult Maryi zaistniał w jakiejś pogańskiej religii, wówczas bez żadnego oporu zostałaby ona uznana za boginię, ale w chrześcijaństwie Bóg jest jeden (choć w trzech osobach), dlatego też Maryja nie może stać się żeńską odpowiedniczką boskości i musi jej wystarczyć "tytuł" Matki Boga - Bogarodzicy ("Bogarodzica" to był również najdawniejsza polska pieśń bojowa, którą rycerstwo śpiewało przed bitwami, m.in.: w bitwie pod Grunwaldem z 1410 r. Jednak pieśń ta ma również swoją pogańską historię, bowiem pierwotnie była śpiewana przez wojów ku czci słowiańskiej bogini wojny - Marzanny). Maryja po raz pierwszy została ogłoszona Bogarodzicą na soborze w Efezie w 431 r. Zgromadzeni w tym sławnym mieście biskupi, musieli zapewne wiedzieć że jeszcze do niedawna panował tutaj pogański kult bogini-dziewicy Artemidy, której świątynia należała do Siedmiu Cudów starożytnego świata.Jaka jednak była historia Marii, matki Jezusa, kim była naprawdę? A wreszcie, skąd się biorą te wszystkie objawienia maryjne, których było już dość sporo? Postaram się wyjaśnić (lub przynajmniej nieco naświetlić) te wszystkie, jakże skomplikowane i niejasne kwestie.


"BOGARODZICA, DZIEWICA
BOGIEM SŁAWIONA - MARYJA..."





Kim była Maryja? Pytanie dość trudne, bowiem w Biblii nie ma na ten temat większych informacji, poza faktem iż to właśnie ona została wybrana przez archanioła Gabriela jako matka przyszłego Zbawcy i Odkupiciela Świata. Dlaczego jednak została wybrana i w ogóle jaka była jej historia? Zacznijmy może najpierw od informacji, które mówią że wywodziła się ze znakomitej linii rodowej, która notabene nie była jedynie żydowska (domieszka żydowskiej krwi była doprawdy niewielka). Jej ród bowiem miał zarówno krew syryjską jak i hetycką, byli tam i Fenicjanie i Egipcjanie, byli nawet i... Grecy. Była to więc niezwykle bogata linia genów. I tutaj należy odróżnić pewne nieliczne informacje (zaczerpnięte właśnie z channelingów), od innych przekazów o których dziś wiemy co nieco. Trudno się zdecydować od czego zacząć, bowiem żadna z nich nie mówi o tym jaka była Miriam jako kobieta (czyli jaką była osobą). Może zacznę od informacji nie pochodzących z channelingów - tak bowiem będzie prościej, potem przejdę właśnie do tych i każdy sam będzie mógł sobie wyrobić zdanie i ewentualnie pewną opinię o osobowości Maryi Bogarodzicy. Powszechnie wiadomo że Józef, mąż Maryi nie był ojcem Jezusa. Wiadomo też że w gniewie (dowiedziawszy się iż jest brzemienną), wygnał ją z domu (w Biblii zostało to skrócone, i przedstawione w trochę inny sposób, gdy we śnie Bóg przemówił do Józefa aby przebaczył żonie, gdyż nosi ona pod sercem Syna Boga". Oczywiście nie twierdzę że i ta opowieść jest nieprawdziwa, być może tak też było, ale po kolei).

Dlaczego Józef wygnał z domu Maryję? Oczywiście dlatego, że podejrzewał ją o cudzołóstwo. Ok. tylko jest pewna mała nieścisłość, mianowicie Jezusa uważano za syna Józefa (wywodzącego się z rodu króla Dawida), ale... nie tylko. Jest pewna informacja w dziele Celsusa o tym iż pewien Rabbi o imieniu Eleazar ben Damma, został pewnego razu ukąszony przez żmiję. Przyszedł do niego Rabbi Jakub z Sammy aby go uleczyć w "imię Jezusa syna Pandera". Sytuacja ta miała miejsce długo po ukrzyżowaniu i śmierci Jezusa Chrystusa, skąd jednak wziął się ów "Jezus syn Pandera". Czy mógł to być ten sam Jezus, który umarł na krzyżu? A może to był jakiś inny Jezus, jakiś żydowski Yeshu lub Yeshua? Problem polega na tym, że w tradycji żydowskiej imię Jezus jest dość popularne, to jednak zawsze odnosi się do... raczej niegodziwych postaci (np potępionych za grzech idolatrii czyli bałwochwalstwa). I rzeczywiście, nawet arcykapłani Świątyni Jerozolimskiej (bardzo nieliczni) którzy nosili to imię, nie należeli do osób szlachetnych i bohaterskich, a raczej zdradliwych, wysługujących się obcym aby niewolić własny lud (pisałem już o tym trochę w temacie Żydzi i Chrześcijanie - Jak doszło do podziału?). Nie ma (przynajmniej ja takiego nie znam), żadnego czcigodnego i boskiego męża, którego mogliby uważać kapłani żydowscy za posiadającego boskie moce, bo jakże nazwać fakt, iż Rabbi Jakub przybywa do Rabbiego Eleazara by go uleczyć w imię "Jezusa syna Pandera?". W religii mojżeszowej bowiem, jedynie bóg Jahwe może czynić cuda sprawcze, nikt inny, nawet prorok nie posiada takiej mocy, dlaczego więc wzięło się wśród Żydów to jakże dla nich "haniebne" imię, w odniesieniu do postaci boskiej, mogącej czynić cuda?

Czyżby starożytni wiedzieli więcej, niż wiemy dziś my? Czy to możliwe, aby "Jezus syn Pandera", był właśnie tym Jezusem, który umarł za nas na krzyżu? A jeśli tak, to czyż Józef nie miał racji wyganiając z domu swą niewierną żonę? Skąd bowiem wzięła się informacja że Jezus nie był synem Józefa - z Biblii! Skoro więc taka informacja została tam zamieszczona, to znaczy że współcześni Józefowi uważali go za... rogacza. Nic więc dziwnego że puściły mu nerwy i wygnał swą małżonkę. Ale, jeśli nawet tak było, to skąd pewność że Jezus mógłby być synem jakiegoś tam "Pandera"? I w ogóle co to była za osoba? Była taka osoba w historii. W 1859 r. w niemieckiej miejscowości Bingerbrück nad Renem, została wykopana stela pośmiertna pewnego rzymskiego legionisty o imieniu... Pandera (lub Pantera). Na owej steli znajduje się napis: Tib(erius) Iul(ius) Abdes Pantera Sidonia ann(orum) LXII stipen(diorum) XXXX miles exs(ignifer) coh(orte) I sagittariorum h(ic) s(itus) e(st) - czyli "Tyberiusz Juliusz Abdes Pantera z Sydonu, w wieku lat 62 służył lat 40, niegdyś signifer (chorąży) pierwszej kohorty łuczników spoczywa tu". Mamy więc informację o tym, iż legionista o imieniu Tyberiusz Abdes (imię Abdes to antyczny odpowiednik dzisiejszego imienia Abdul) Pantera (lub Pandera) z miasta Sydon w Fenicji (w czasach rzymskich Fenicja została włączona do rzymskiej prowincji Syrii i podległa była namiestnikowi z Antiochii), zmarł w wieku 62 lat, z czego odsłużył w armii lat 40. 




Na dobrą sprawę informacja zawarta na tej steli niewiele nam mówi, ale sam fakt iż legionista ten pochodził z Sydonu, czyli z Fenicji (a jak już wcześniej wspomniałem, ród Marii miał również i fenickich przodków). Ale to też o niczym nie świadczy, gdzie wiec może leżeć interesujący szczegół? Mianowicie w fakcie iż wspomniana wyżej "pierwsza kohorta łuczników" stacjonowała w... Judei aż do 9 roku naszej ery, czyli bardzo długo, dopiero potem została przeniesiona nad Ren (po upokarzającej klęsce Rzymian w bitwie z "Germanami" Armiriusza w Lesie Teutoburskim), jako wzmocnienie legionów Germanika (małżonka Agrypiny, wnuczki cesarza Augusta), który w 14 roku ruszał za Ren, aby pomścić klęskę teutoburską. Tak więc wspomniany Abdes Pantera (imię Tyberiusz Juliusz musiał otrzymać dopiero za rządów cesarza Tyberiusza, czyli jakieś dwadzieścia lat po narodzeniu Jezusa), którego oddział stacjonował w Judei, mógł spotkać na swej drodze niejaką Miriam, czego efektem była ciąża, gniew i wygnanie jej przez Józefa. Czy tak było? Trudno dziś z całą pewnością odpowiedzieć na to pytanie, choć bez wątpienia pewna logiczna ciągłość wydarzeń świadczy ku temu na korzyść. Ale oznaczałoby to, że Maria nie tylko nie była żadną dziewicą, ale wręcz była... puszczalską pannicą, która zdradziła swego męża. No cóż, taka jest pierwsza opinia o Miriam, drugą zaprezentuję w kolejnej części (już opierając się bezpośrednio na dostępnych channelingach).

  


 
 CDN.

niedziela, 21 stycznia 2018

GWAŁT - CZY NIEODZOWNY ELEMENT KOBIECEGO LOSU? - Cz. VI

NAJDZIWNIEJSZE I (NIEKIEDY)

NAJBRUTALNIEJSZE PRZYPADKI

GWAŁTÓW W HISTORII





40 r.

GWAŁTY W CESARSKIM PAŁACU

Cz. IV


 DWORSKIE INTRYGI:
ŚMIERĆ DRUZUSA KASTORA
23 r.


14 września 23 r. na 23 dni przed swymi 35 urodzinami, zmarł Druzus Juliusz Cezar zwany Kastorem, jedyny syn cesarza Tyberiusza który jednocześnie był uważany za naturalnego następcę swego ojca. Druzus Kastor był kuzynem zmarłego Germanika a ich relacje zawsze były poprawne (zresztą otrzymał imię na pamiątkę po ojcu Germanika, który był bratem Tyberiusza - Druzusowi Klaudiuszowi Neronowi. Tyberiusz bardzo kochał swego brata, a po jego śmierci w 9 r. p.n.e. w Germanii, sam ponoć idąc całą drogę przed orszakiem żałobnym aż do samego Rzymu, niosąc na rękach urnę z prochami brata). Agrypina, choć nie znosiła Tyberiusza i oskarżała go o spowodowanie śmierci jej męża Germanika, z Druzusem Kastorem utrzymywała przyjacielskie stosunki. Jego poparcie dla budowanej przez nią "frakcji dworskiej" też nie było bez znaczenia, tym bardziej że ich przeciwnikiem był człowiek bardzo potężny i wpływowy, posiadający ogromną władzę i kontrolę nad wojskiem (gwardią pretoriańską) - Lucjusz Eljusz Sejan. Człowiek ten, niezwykle ambitny (choć nie wywodzący się ze stanu senatorskiego), skrupulatnie odsuwał wszystkich krewnych cesarza, od bezpośrednich spotkań z Tyberiuszem (odtąd można było się spotkać z cesarzem, uprzednio zapowiedziawszy wcześniej takie spotkanie u samego Sejana). Takie praktyki powodowały niechęć i gniew przedstawicieli domu panującego, szczególnie otwarcie demonstrował je syn Tyberiusza - Druzus Kastor. Pozwalał sobie w stosunku do Sejana na bardzo obraźliwy język, jednocześnie nie przestrzegał ustalonych przez niego zasad i odwiedzał ojca zawsze gdy tego zapragnął (Sejan nie odważył się użyć przeciwko niemu siły). Raz nawet uderzył Sejana w twarz przy świadkach, co było jawnym upokorzeniem tego tak wszechwładnego prefekta pretorianów. 

Sejan znosił jednak humory Druzusa z pokorą, przynajmniej tak oficjalnie to wyglądało. W rzeczywistości podjął kroki, mające na celu usunięcie (fizyczne usunięcie) Druzusa i innych ewentualnych krewnych cesarza z dworu a nawet z Rzymu. Zdobył nieprawdopodobny wpływ na Tyberiusza i to właśnie on stał za większością (jeśli nie za wszystkimi) z jego decyzji. Ta wiedza była powszechnie znana i wśród senatorów tylko najodważniejsi byliby w stanie sprzeciwić się oficjalnie decyzjom Sejana (które on formułował jako decyzje samego cesarza). Bano się go i głosowano zgodnie z jego wolą. Nawet "stronnictwo dworskie" Agrypiny nie ośmieliło się nigdy oficjalnie wystąpić przeciwko Sejanowi (nie licząc poszczególnych osób, które jednak szybko były aresztowane, brutalnie przesłuchiwane i stracone w ramach wszelkich anty-cesarskich spisków.). Władza Sejana była więc praktycznie absolutna, a jego wola znaczyła więcej nawet od woli Tyberiusza (którego on i tak całkowicie "kontrolował"). Jedynym poważnym przeciwnikiem, którego musiał usunąć jeśli chciał utrzymać swoje wpływy, był właśnie Druzus Kastor. Do tej roli Sejan przygotował się skrupulatnie uderzając Druzusa w najczulszy punkt - jego żonę niezwykle piękną Klaudię Liwillę. Zdołała ją w sobie rozkochać i został jej kochankiem. Liwilla była w nim zakochana po uszy, choć (według Tacyta) miewała pewne przebłyski świadomości i: "kalała siebie, przodków i potomnych przez stosunek z gachem niskiego stanu". W każdym razie Sejan również i ją skutecznie sobie podporządkował, rozkochując i obiecując jej małżeństwo.




Oczywiście nim to miało nastąpić, najpierw należało załatwić stojące na drodze ku temu "przeszkody". Pierwszy krok wykonał Sejan, dając do zrozumienia Liwilli że jest gotów uświęcić ich związek - w 23 r. rozwiódł się ze swą dotychczasową żoną - Apicatą (która urodziła mu trójkę dzieci). Pozostał problem Druzusa Kastora, ale Liwilla nie mogła się z nim tak po prostu rozwieść. Po pierwsze dlatego że byłoby to źle odebrane w rodzinie i zapewne Tyberiusz nie zezwoliłby na taki krok, a po drugie kobieta musiała w tamtym czasie mieć wsparcie swoich krewnych aby się rozwieść, co w zasadzie sprowadzało się do jednego. Pozostało więc już tylko jedno wyjście, należało Druzusa uśmiercić. Ale jak to zrobić, aby nie zostawić za sobą śladów. Wyjście znów podsunął Liwilli Sejan, przynosząc jej pewną buteleczkę z nieznaną cieczą. Jak się okazało była to trucizna, która jednak działała powoli, tak że jej skutki wyglądały na normalną kilkudniową chorobę. Liwilla miała to teraz dodać niepostrzeżenie do posiłku męża. Zakochana kobieta postanowiła to uczynić, zaprzęgnęła jednak w tę sprawę jeszcze dwóch ludzi - swego lekarza Eudemusa i niewolnika (eunucha) Ligdusa, który miał wlać truciznę do napoju Druzusa (Ligdus służył Druzusowi podczas posiłków). Tak też się stało, nieświadomy niczego Druzus Kastor wypił napój wraz z trucizną i szybko się rozchorował, a po kilku dniach zmarł (14 września 23 r.). 

Śmierć syna i następcy, była ogromnym szokiem dla Tyberiusza, Agrypiny i "frakcji dworskiej" (która właśnie w nim upatrywała swego przywódcę, który mógłby doprowadzić do obalenia wszechwładnego Sejana). Po odczekaniu stosownego czasu, przeznaczonego na żałobę, Sejan postanowił (pewny swej kontroli nad cesarzem) poprosić Tyberiusza o rękę owdowiałej Klaudii Liwilli. I tutaj po raz pierwszy bodajże Sejan doświadczył sprzeciwu, bowiem Tyberiusz nie zgodził się na jego małżeństwo z Liwillą. Dlaczego cesarz, który miał tak wielkie zaufanie do swego prefekta, że wręcz udostępniał mu swą cesarską pieczęć, a cała cesarska korespondencja przechodziła przez ręce Sejana? Powodów odmowy Tyberiusza było kilka, jedną z nich (choć bodajże najsłabszą) był czas, mianowicie Sejan wystąpił z prośbą o rękę Liwilli wkrótce po zakończeniu kilkudniowej żałoby, czyli jeszcze w końcu 23 r. Drugim powodem odmowy, był niski stan społeczny Sejana, wywodzącego się ze stanu ekwitów, czyli niegodnego ręki przedstawicielki cesarskiej dynastii, wywodzącej się przecież od samego "Boskiego Cezara" i "Boskiego Augusta". Trzecim powodem, był fakt iż Tyberiusz po śmierci Germanika i skazaniu Pizona, starał się poprawić swoje relacje z Agrypiną. W tym celu wykonał gest, jakim było oficjalne uznanie jej synów za potencjalnych spadkobierców do władzy i powierzenie ich opiece senatu. Wiedział też jaką niechęcią Agrypina darzy Sejana i gdyby zezwolił na jego małżeństwo z Liwillą, wkrótce stosunki w rodzinie cesarskiej ponownie by się popsuły, otwierając kolejny front wrogości Agrypiny z Liwillą. To było mu do niczego nie potrzebne, dlatego też odrzucił prośbę Sejana o rękę wdowy po swym synu.



"DWORSKIE INTRYGI"
AFERA KLAUDII PULCHERII
WYJAZD TYBERIUSZA Z RZYMU
26 r.




       
 Minęły kolejne trzy lata. Agrypina wciąż nosiła żałobę po swym mężu Germaniku (czarna stola opadająca do stóp), jednak wśród przyjaciół jej domu coraz częściej zaczęły pojawiać się głosy aby wzięła sobie kolejnego męża, co prawda ma już szóstkę dzieci, w tym trzech synów, ale nowe małżeństwo mogłoby poszerzyć jej możliwości polityczne, tym bardziej że mimo swych 39 lat, wciąż była powabna i mogła się podobać mężczyznom. I te właśnie głosy przyjaciół, spowodowały że Agrypina zaczęła się poważnie zastanawiać nad nowym małżeństwem. Wcześniej jednak należało znaleźć odpowiedniego kandydata (a że miał być to ślub polityczny, było wiadome od samego początku). Jej wybór ostatecznie padł na Gajusza Asiniusza Gallusa Salonina, wpływowego senatora ze "stronnictwa dworskiego" wrogiego (choć otwarcie nie występującego) Sejanowi. Poprosiła więc o zgodę na to małżeństwo Tyberiusza, ale ten (prawdopodobnie nie pragnąc wzmacniać frakcji dworskiej przeciwko Sejanowi) odmówił jej swej zgody. Odżywiło to ponownie głęboko skrywaną niechęć Agrypiny do cesarza, która wkrótce ujawniła się ponownie w tym samym roku w tzw.: "aferze Klaudii Pulcherii". Afera ta została najprawdopodobniej znów uknuta przez Sejana i miała uderzyć w rodzinę cesarską i wspierającą ich frakcję dworską w senacie. O cóż tam chodziło?

Klaudia Pulcheria, kuzynka Agrypiny często (na jego własne życzenie) widywała się z cesarzem Tyberiuszem bez zgody Sejana. Te spotkania były dość częste, a Tyberiusz nie mówił swemu prefektowi o wszystkich szczegółach, dlatego też ten uznał że najprawdopodobniej szykuje się przeciwko niemu kolejny atak, który tym razem ma go skutecznie usunąć. Przewidujący prefekt, nakazał więc obserwować Pulcherię, co robi, z kim przebywa, z kim się spotyka itd. Szybko okazało się, że Pulcheria odwiedza pewnego mężczyznę niskiego stanu, z którym najprawdopodobniej ma romans. Było to to, czego właśnie potrzebował Sejan, aby zniesławić Pulcherię w oczach Tyberiusza, bowiem zarzut że dama pochodząca z cesarskiej rodziny, spotyka się potajemnie z jakimś prostakiem z ludu, był kompromitujący dla cesarza. Sejan jednak jeszcze nie zamierzał bezpośrednio uderzyć w Pulcherię, najpierw rozpoczął przeciwko niej akcję zniesławiającą. Rozkazał wypisywać po całym mieście oszczercze i wulgarne napisy o Pulcherii, porównujące ją do nierządnic (rysowano np. męskie członki przy kobiecej twarzy z podpisem Pulcheria itp.), i dobrze płacił za takie właśnie akcje. Poza tym zatrudnił pewnego retora przybyłego niedawno do Rzymu z Nimes (miasto w Galii) - Domicjusza Afera, aby ten publicznie oskarżył Pulcherię przez cesarzem o niemoralność. Domicjusz Afer przeszedł samego siebie, bowiem w swych oskarżeniach posunął się nie tylko do zarzutu niemoralności Pulcherii, ale również twierdził że kobieta ta praktykuje czary i rzuca na cesarza uroki, które szkodzą zarówno rodzinie cesarskiej, jak i państwu. Tyberiusz zgodził się wytoczyć jej proces, który jednocześnie był wyrokiem skazującym. Oskarżono ją o spiskowanie przeciwko cesarzowi i próbę rzucenia na niego czaru, co automatycznie oznaczało wyrok śmierci.


GALIJSKIE NIMES W STAROŻYTNOŚCI
 


Próbę obrony swej kuzynki (i przyjaciółki) podjęła jeszcze Agrypina, udając się do Tyberiusza z zamiarem prośby o zmianę jego wyroku. Ten akurat składał ofiarę w prywatnym sanktuarium na Palatynie bogu Augustowi. Agrypina widząc to, poczekała do końca uroczystości, po czym zarzuciła Tyberiuszowi nieszczerość, gdyż składa hołdy Augustowi, a jednocześnie skazuje na śmierć przedstawicieli jego rodu. Nic na tym jednak nie wskórała i Klaudia Pulcheria została stracona. Agrypina zdawała sobie sprawę, że w jej i jej dzieci żyłach płynie krew "Boskiego Augusta", którego Tyberiusz jest tylko adoptowanym synem. Czyli prawa jej dzieci do władzy są większe niż Tyberiusza i rodu Liwii Druzylli (matki Tyberiusza i żony Augusta). W każdym razie po śmierci Pulcherii Agrypina mocno się załamała, do tego stopnia że całymi dniami nie wychodziła z łoża i płakała. Wreszcie odwiedził ją osobiście sam Tyberiusz, ale ta wizyta tylko pogorszyła jej stan. Ta silna kobieta, która nie załamała się po śmierci męża i otwarcie sprzeciwiała się działaniom Sejana, teraz popadła w stan swoistej melancholii lub nawet depresji. Stan ten nie trwał długo i po pewnym czasie Agrypina odzyskała wigor i chęć do życia. Miała dla kogo żyć - jej synowie byli następcami Tyberiusza, najbliższymi spadkobiercami władzy, postanowiła więc przeczekać Tyberiusza, bo następnie osadzić u władzy jednego ze swych synów, który już doprowadziłby do upadku wszechwładnego Sejana i pozwolił rodowi Germanika odzyskać wpływy i znaczenie. 

Ale Sejan nie próżnował. Zdawał on sobie dokładnie sprawę, że nie może uderzyć bezpośrednio w Agrypinę dopóty, dopóki nie odejdzie z tego świata stara Liwia Druzylla. Tylko że ona, mająca już 83 lata, wcale nie zamierzała umierać. Owszem, w 23 r. poważnie zachorowała i to tak że spodziewano się jej śmierci. Ale wyzdrowiała. Ta kobieta, tak niezależna, będąca wzorem dla wielu matron (szczególnie tych z rodziny cesarskiej), już od 60 lat była kobietą w pełni niezależną (bowiem August w 35 r. p.n.e. oficjalnie zdjął z niej prawną konieczność posiadania męskiego opiekuna). Jako pierwsza kobieta została też wyobrażona na monetach (sestercje wybijane z napisem: "SPQR Iuliae Augustiae" - "Senat i Lud Rzymu dla Julii Augusty"),oraz prawem do podróżowania po Rzymie inaczej niż inne kobiety, czyli na sposób męski, czyli wozem zaprzężonym w konie, a nie tylko pieszo bądź w lektyce. Poza tym dysponowała ogromnym majątkiem, wpływami i przywilejami. I wcale i nie zamierzała umierać. Ponoć tajemnicą jej długowieczności był... alkohol, a mianowicie pewnego wina z rejonu Picenum, którego spożywała jedną łyżkę każdego dnia (potem taki sam sposób na długowieczność zalecał lekarz Galen, żyjący w 150 lat później). W każdym razie ta kobieta nie chciała umrzeć, dlatego też w interesie Sejana było ją poróżnić z synem. Sejan zdobył wpływ na Mutylię Pryskę, przyjaciółkę Liwii, która go informowała o jej stanie zdrowia i posunięciach politycznych. 

Już w 22 r. wybuchł poważny konflikt na linii matka-syn, gdy Liwia wystawiła posąg Augusta nieopodal Teatru Marcellusa w Rzymie, a na inskrypcji umieściła własne imię nad imieniem cesarza. Tyberiusz wpadł w gniew i stwierdził że nie zamierza być uważany jedynie za: "syna Liwii" (taki dość upokarzający dla niego tytuł przyznał mu senat po śmierci Augusta).. Tyberiusz co prawda przyjechał do Rzymu z uzdrowiska w Kampanii (gdzie leczył się na reumatyzm i inne dolegliwości), gdy Liwia poważnie zachorowała w 23 r. ale już wkrótce (zapewne przy dużym udziale Sejana) doszło do kolejnego konfliktu z matką, gdy Liwia zamierzała wciągnąć jednego z jej stronników do rejestru dekurialnego, Tyberiusz zdecydowanie odmówił, co spowodowało że Liwia rzuciła mu prosto w oczy kilka niemiłych słów, które wypowiadał o nim August. Po namowach Sejana (który udając stronnika Liwii) poprosił cesarza aby ten przystał na prośbę matki, Tyberiusz wreszcie wyraził zgodę, ale pod warunkiem iż zostanie dopisane że: "zostało to na nim wymuszone przez matkę". Tego było już za wiele i wzburzona Liwia wyciągnęła stare listy Augusta, w których bardzo niepochlebnie wyrażał się o zdolnościach i osobie Tyberiusza, po czym odczytywała je publicznie. Tyberiusz poczuł się upokorzony do głębi, postanowił więc opuścić Rzym i udać się do Neapolu (skąd w 27 roku uda się na wyspę Capri, gdzie będzie przebywać przez ostatnią dekadę swego życia i nigdy już nie powróci do Rzymu. Zacznie tam gromadzić literaturę i sztukę pornograficzną). I oto właśnie chodziło Sejanowi, teraz bowiem miał już wolną rękę i mógł zacząć na poważnie przygotowywać się do usunięcia potencjalnych następców Tyberiusza do władzy.





CDN.

sobota, 20 stycznia 2018

POLSKĘ TRZEBA ZAŁATWIĆ! - Cz. II

CZYLI O TYM,

JAK TO NIEMCY, ROSJA I INNE KRAJE

PO I WOJNIE ŚWIATOWEJ,

WSPÓLNYMI SIŁAMI DĄŻYŁY DO 

ZNISZCZENIA ODRADZAJĄCEJ SIĘ

POLSKIEJ PAŃSTWOWOŚCI



"W CHWILI OBECNEJ NIE MAMY 
ŻADNEGO GORSZEGO WROGA"

gen. HANS von SEECKT 
Dowódca REICHSWEHRY
Luty 1920 r.





DZIAŁANIA NIEMIECKIE

1918-1922

Cz. I 


Po podpisaniu aktu zakończenia wojny (który w rzeczywistości był aktem kapitulacji kajzerowskich Niemiec) 11 listopada 1918 r. w wagonie kolejowym we francuskiej miejscowości Compiegne, tego samego dnia w Warszawie (i w wielu innych miastach dawnej Kongresówki) rozpoczęło się rozbrajanie Niemców. Niemiecki garnizon warszawski liczył sobie 12 000 żołnierzy, jednak większość z nich była już mocno zdemoralizowana i zrewolucjonizowana, a tym samym niechętna dalszej walce i pragnąca czym prędzej wrócić do domu (sprawność bojową utrzymała jedynie 4000 załoga warszawskiej Cytadeli). Jednak wieści o masowym rozbrajaniu Niemców na ulicach Warszawy, w połączeniu z informacjami o fizycznych atakach na żołnierzy (które miały miejsce sporadycznie od początku listopada), mogły spowodować zmianę nastawienia niemieckiego garnizonu, gdyż nic tak nie mobilizuje ludzi do dalszej walki jak groźba śmierci. Przybyły w godzinach porannych 10 listopada 1918 r. do Warszawy Józef Piłsudski (wypuszczony przez Niemców z więzienia w Magdeburgu, w którym przebywał ponad rok, począwszy od internowania w Warszawie 22 lipca 1917 r.), zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. Nie tylko problemem był sam niemiecki garnizon w Warszawie, Niemcy bowiem utrzymywali w Królestwie Polskim ok. 60 000 żołnierzy, zaś cała armia stacjonująca na Wschodzie tzw.: Ober-Ostu (Oberbefehlshaber Ost - Naczelne Dowództwo Wschód) liczyła ok. 400 000 żołnierzy. Była to siła, która mogła wprost "zdmuchnąć" odradzającą się polską państwowość, tym bardziej że pod bronią było wówczas zaledwie 5 000 żołnierzy regularnego wojska (Polnische Wehrmacht), 4 000 niewyszkolonych i praktycznie nieuzbrojonych ochotników, którzy zaciągnęli się parę tygodni wcześniej, oraz ok. 12 000 żołnierzy POW-u (Polskiej Organizacji Wojskowej), też z reguły bardzo słabo uzbrojonych. 

Należało więc czym prędzej unormować stosunki z Niemcami, był to bowiem warunek sine qua non, bez którego spełnienia nie można było myśleć o odbudowie polskiej niepodległości. Jeszcze 10 listopada, nakazał podporucznikowi Adamowi Kocowi ustawić patrole peowiaków przed niemieckimi posterunkami, w celu zapobieżenia samowolnym atakom ludności na niemieckich żołnierzy. Delegacja niemieckiej Rady Żołnierskiej, która stawiła się w tymczasowym miejscu zakwaterowania Piłsudskiego (pensjonat panien Romanowych przy ulicy Moniuszki 2), która stwierdziła że pragnie w spokoju opuścić miasto i udać się do ojczyzny, ale jeśli ataki na żołnierzy będą się powtarzały "będą musieli siłą otwierać sobie drogę". Piłsudski oczywiście wyraził zgodę, ale zażądał jednocześnie wydania broni, niemieckich lokomotyw i wagonów, oraz użycia niemieckiej aparatury telegraficznej i telefonicznej. Nie zapadły tego dnia jeszcze żadne wiążące decyzje. Noc z 10 na 11 listopada spędził Piłsudski w rozmyślaniach i układaniach scenariuszy przyszłego porozumienia (w oparach dymu papierosowego i mocnej herbaty, którą lubił pijać). Następnego dni o godzinie 8:00 rano udał się do Pałacu Namiestnikowskiego (dziś to jest Pałac Prezydencki) na Krakowskim Przedmieściu do niemieckiego generał-gubernatora Hansa von Beselera. Potwierdził tam swą zgodę na bezpieczne ewakuowanie niemieckiego garnizonu z Warszawy, jednocześnie zwracając się do żołnierzy niemieckich (mocno już zrewoltowanych), że w Niemczech mogą sobie rozbić ze swymi oficerami co chcą, ale tu, na polskiej ziemi niewolno niemieckich oficerów ani znieważać, ani też zdzierać z nich oznak wojskowych i jednocześnie oświadczył: "Ja, jako przedstawiciel narodu polskiego, oświadczam wam, że naród polski za grzechy waszego rządu nad wami mścić się nie chce i nie będzie". 

12 listopada Piłsudski otrzymał ze strony Rady Regencyjnej misję utworzenia nowego rządu, tego też dnia wystosowana została odezwa do Narodu Polskiego w kwestii umożliwienia bezpiecznego przemarszu Niemcom do ojczyzny, znalazły się w niej takie oto słowa: "Wielki przewrót w Niemczech postawił na straży interesów narodu niemieckiego rząd ludowo-socjalistyczny. Okupacja w Polsce przestaje istnieć. Żołnierze niemieccy opuszczają naszą Ojczyznę. Rozumiem w pełni rozgoryczenie, jakie we wszystkich kołach społeczeństwa obudziły rządy okupantów. Pragnę jednak, abyśmy nie dali się porwać uczuciom gniewu i zemsty. Wyjazd władz i wojsk niemieckich musi odbyć się w najzupełniejszym porządku. (...) Obywatele! Wzywam was wszystkich do zachowania zimnej krwi, do równowagi i spokoju, jaki powinien panować w narodzie, pewnym swej wielkiej i świetnej przeszłości". Odezwa oczywiście tyczyła się całego kraju, nie tylko samej Warszawy, ale w tamtych czasach, w sytuacji wojennych zniszczeń i braku bezpośredniej łączności z wszystkimi terenami, nie wszyscy dowiedzieli się o jego wydaniu. W Międzyrzeczu z tego powodu doszło do tragedii, gdy próba rozbrojenia wycofujących się Niemców, skończyła się rozbiciem małego oddziału POW-u, a następnie przez kolejne trzy dni (16-18 listopada) Niemcy dokonali masakry cywilnych mieszkańców miasta a na koniec nałożyli na władze wysoką kontrybucję. Tego właśnie Piłsudski starał się uniknąć, dlatego też tak ważne było spokojne wycofanie się Niemców do kraju (gdyby bowiem armia Ober-Ostu przeszła przez Polskę bez zawarcia umowy i wytyczenia szlaków, to takich Międzyrzeczy byłoby mnóstwo w wielu polskich miastach).




Ewakuacja garnizonu warszawskiego trwała do 19 listopada - tego bowiem dnia ostatni niemiecki żołnierz opuścił stolicę. 20 listopada w godzinach rannych, do Warszawy przybył pierwszy niemiecki poseł - Harry Kessler, znajomy Piłsudskiego jeszcze z okopów z października 1915 r. który następnie eskortował przyszłego marszałka z twierdzy Magdeburg do Polski, po jego uwolnieniu przez władze niemieckie i który 9 listopada (w dniu abdykacji cesarza Wilhelma II i proklamowaniu Republiki Niemieckiej przez Philippa Scheidemanna z balkonu Reichstagu - po której to Scheidemann wrócił do spożywania obiadu, który przerwał tylko na ową proklamację, był bowiem bardzo głodny), ofiarował Piłsudskiemu swoją własną szablę oficerską, bowiem nie godziło się aby komendant wracał do kraju bez szabli. Niemcy postanowili bowiem zawrzeć z Polskę stosunki dyplomatyczne już 14 listopada (jeszcze przed oficjalną proklamację państwa polskiego, wysłaną do rządów najważniejszych państw świata), długo jednak myślano nad odpowiednim kandydatem do tej roli (16 listopada postanowiono wysłać do Warszawy kobietę, ale szybko z tego zrezygnowano). 18 listopada wybór padł właśnie na Harrego Kesslera (o którym już wielokrotnie pisałem na tym blogu), niemieckiego multimilionera, oficera i dyplomatę (oraz literata, filantropa, kolekcjonera sztuki i publicysty w jednym). Nawiązanie stosunków dyplomatycznych z Polską miało jeszcze jeden cel. Chodziło bowiem o... zdyskredytowanie odradzającej się Polski w oczach zwycięskich mocarstw, gdyż to właśnie Niemcy jako pierwszy kraj uznał niepodległość i nawiązał stosunki dyplomatyczne z Polską. Była to więc podwójna gra Berlina, uwikłana w celu wyciągnięcia z tego dla siebie jakichś politycznych korzyści. 

Podczas swojej krótkiej misji poselskiej w Warszawie, Kessler zdołał jedynie wynegocjować umowę o przemarszu wojsk niemieckich ze ogromnych terenów na Wschodzie do Rzeszy, poza tym miał na głowie inne problemy. Musiał mianowicie co jakiś czas zmieniać hotele, bowiem gdy tylko bojówki Narodowej Demokracji dowiedziały się gdzie on przebywa, rozbijano szyby i wdzierano się do środka, co powodowało że niejednokrotnie musiał on uciekać przed wzburzonym tłumem (tak było chociażby w hotelu Bristol, gdy kelner ostrzegł Kesslera w ostatniej chwili: "Panie Kessler (...) bierz pan nogi za pas. Wiej pan przez kuchnię, to w tej chwili (...) jedyna dla pana droga ratunku"). 2 grudnia 1918 r. dowództwo armii Ober-Ostu zaakceptowało polskie warunki wycofania sił niemieckich do kraju i do 15 grudnia opracowano pierwszy kształt umowy, na mocy której Niemcy mieli wycofać się do Rzeszy trasą wiodącą przez Kowel, Białystok i Grajewo do Prus Wschodnich (ostateczna umowa w tej sprawie podpisana została 5 lutego 1919 r.). 15 grudnia jest również ostatnim dniem, w którym Harry Kessler pełnił funkcję posła niemieckiego w odradzającej się Polsce. Tego bowiem dnia został on poproszony o opuszczenie kraju i powrót do Niemiec. Tak oto zostały zerwane pierwsze stosunki dyplomatyczne Polski z Niemcami.

27 grudnia 1918 r. wybuchło w Poznaniu powstanie antyniemieckie, stało się to wbrew stanowisku polskiej Komisariatu Naczelnej Rady Ludowej, która nie godziła się na wybuch powstania, a raczej wolała rozmawiać z Niemcami o autonomii dla Wielkopolski. Powstanie wyszło z kręgów młodych polskich oficerów z armii niemieckiej, na czele z Mieczysławem Paluchem (zapominanym już dziś pierwszym przywódcą Powstania Wielkopolskiego). Paluch został zapominany, ponieważ rozbijał opowiastkę endecji o tym jak to Józef Dowbor-Muśnicki odzyskał Wielkopolskę. Prawda była taka, że gdy Muśnicki nawet jeszcze nie zamyślał o powstaniu, tzw.: radykalna grupa Nogaja (w skład której wchodził Paluch - który notabene był zagorzałym piłsudczykiem), opracowała i wprowadziła w życie plan odbicia Poznania i całej Wielkopolski. Paluch i jego szkolny kolega (też piłsudczyk) Bohdan Hulewicz nie zamierzali bowiem czekać na to aż zwycięskie mocarstwa Anglia i Francja oddadzą nam Wielkopolskę (na co właśnie liczyli sparaliżowani strachem przed niemiecką armią endeccy politycy z Naczelnej Rady Ludowej), i postanowili dokonać czynu zbrojnego, który dałby owym mocarstwom powód do przyznania Poznańskiego Polsce. 27 grudnia to właśnie Mieczysław Paluch dał sygnał do rozpoczęcia powstania, które przeszło do historii jako Powstanie Wielkopolskie. Błyskawicznym atakiem zajął lotnisko Ławica, wraz z wieloma stacjonującymi tam samolotami (umożliwiło to 9 stycznia 1919 r. dokonanie pierwszego w historii Polski nalotu bombowego na niemieckie miasto - Frankfurt nad Odrą, gdzie polskie samoloty z Poznania siały postrach wśród niczego się nie spodziewających mieszkańców miasta).

Na wiadomość o wybuchu powstania Naczelna Rada Ludowa wpadła we wściekłość i aby jakoś udobruchać Niemców, dołączyła w swe szeregi dwóch zagorzałych hakatystów (Hakata - czyli Deutscher Ostmarkenverein - Niemiecki Związek Marchii Wschodniej) i zażądała zaprzestania walk w mieście. Paluch jednak uznawszy zwierzchność NRL, jednocześnie nawiązał kontakt z Wojciechem Korfantym, jedynym rozsądnym przedstawicielem NRL-u, który twierdził że skoro powstanie już wybuchło, to należy je prowadzić, on też przekonał pozostałych członków tej organizacji do wsparcia powstania. Nim jednak gen. Dowbor-Muśnicki objął dowództwo nad powstaniem (6 stycznia 1919 r.) większa część Poznańskiego była już w rękach polskich, czyli powstanie przetrwało i rozszerzyło się na wiele innych miast i miasteczek Wielkopolski. Powstanie zakończyło się ostatecznie 16 lutego 1919 r. ugodą zawartą pod przymusem zwycięskich mocarstw Anglii i Francji w Trewirze, na mocy której cała Wielkopolska pozostała w rękach Polskich, zaś ostatecznie 28 czerwca 1919 r. po podpisaniu traktatu wersalskiego, została oficjalnie przyznana Polsce, ostatecznie do marca 1920 r. Wielkopolska została całkowicie zintegrowana z resztą kraju. Powstanie Wielkopolskie było potężnym ciosem dla Niemców, którzy w żadnym razie nie godzili się na uszczuplenie swojego stanu posiadania i uznawali jedynie granicę z 1914 r. Już w maju 1919 r. przegrupowano spore jednostki Grenzschutzu nad granicę z Polską, tymczasem większość sił polskich była wówczas rozlokowana na wschodzie (właśnie w maju ruszyło główne polskie uderzenie w Małopolsce Wschodniej, które do końca czerwca doprowadziło do zajęcia ogromnych terenów, zaś do sierpnia 1919 r. opanowano całą Małopolskę Wschodnią, ostatecznie likwidując istniejącą na jej terenie Zachodnio-ukraińską Republikę Ludową).



"O BOŻE A DOKĄD BÓG PROWADZI?
WARSZAWĘ ODWIEDZIĆ BYŚMY RADZI
GDY ZWIEDZIM WARSZAWĘ JUŻ NA WILNO - 
ZOBACZYĆ TO STARE NASZE WILNO.
A Z WILNA JUŻ DROGA JEST GOTOWA - 
PROWADZI PROŚCIUTKO AŻ DO LWOWA"



Do niemieckiego ataku jednak nie doszło (Niemcy były wówczas zbyt osłabione wojną światową, kontrybucjami i redukcją wojska, poza tym obawiano się reakcji Francji i Anglii na tak agresywny krok), za to wybuchło kolejne polskie powstanie w Rzeszy, tym razem na Śląsku - 16 sierpnia 1919 r., poza tym trwał spór niemiecko-polski o przynależność Pomorza (zwanego potem w niemieckiej prasie i późniejszej historiografii "polskim korytarzem") i Gdańska (już Kessler, jeszcze jako poseł niemiecki w Warszawie zdecydowanie twierdził: "Gdańska nie oddamy"), o tym jednak w kolejnej części.



CDN.