Łączna liczba wyświetleń

środa, 29 marca 2023

POLSKA IDEA IMPERIALNA - Cz. IV

CZYLI BROSZURA WYDANA W 1938 ROKU 
POD EGIDĄ "POLITYKI"





POLSKA IDEA IMPERIALNA

Cz. IV







III
ARMIA I POLITYKA ZAGRANICZNA



1) ZASADY OGÓLNE 


 Armia i polityka zagraniczna są dwoma formami gwarancji Niepodległości państwa. Uzupełniają się one wzajemnie, ponieważ nie ma potęgi, która mogłaby sobie pozwolić na politykę wspaniałej izolacji, tak że siła własnego oręża winna być poparta pomyślnym dla kraju układem sił międzynarodowych. W polityce zagranicznej liczą się jednak tylko z państwem silnym militarnie i wewnętrznie skonsolidowanym. W braku tych elementów żadna polityka zagraniczna nie osiągnie trwałych rezultatów.

O ile w społeczeństwie istnieje duże zrozumienie dla konieczności pozostawienia zagadnień wojskowych wyłącznej kompetencji naczelnego wodza, o tyle w polityce zagranicznej spotykamy się z ciągłymi dążeniami do podporządkowania jej woli stronnictw i zmiennej opinii publicznej, mimo to że wpływ obu tych czynników na bieżące zagadnienia polityki zagranicznej może być i zazwyczaj jest wybitnie szkodliwy. W odniesieniu do partii politycznych powodem tego jest, że są one aż nadto skłonne do rozstrzygania zagadnień zagranicznych nie z punktu widzenia racji stanu swego kraju, lecz sympatii względnie antypatii do ustrojów wewnętrznych sąsiednich państw. Ościenne potencje wytężają poza tym wszystkie siły, ażeby uzyskać wpływ na politykę zagraniczną państwa oczywiście w kierunku dla siebie pożądanym. Partie polityczne nie dają z uwagi na swą strukturę organizacyjną żadnej gwarancji bezwzględnej odporności na te wpływy, które są zresztą bardzo trudne do udowodnienia z uwagi na skrzętne zatajanie odnośnych faktów.

Opinia publiczna jest równie podatna jak partie polityczne na sympatie względnie antypatie do ustrojów istniejących w obcych państwach. Ułatwia to znakomicie inspirowanie jej w z góry upatrzonym a niekoniecznie z racją stanu kraju zgodnym kierunku. Opinia publiczna znajduje się poza tym w ocenie bieżących zagadnień polityki zagranicznej w nadzwyczaj trudnym położeniu z następujących względów:

  1. Nie można przed nią ujawniać całego szeregu zasadniczych i dla kierunku polityki zagranicznej rozstrzygających faktów; a bez znajomości tych faktów jest wprost nie sposób nie błądzić w ocenie aktualnej sytuacji zagranicznej.
  2. Opinia publiczna nie znosi nagłych zwrotów w swym nastawieniu, które może ulegać zmianie tylko stopniowo. Utrudnia to niesłychanie prowadzenie polityki elastycznych sojuszów koniecznej dla lawirowania w skomplikowanym układzie sił międzynarodowych w taki sposób, ażeby kraj nie znalazł się w obliczu zbyt silnej przeciwko sobie koalicji.
  3. Nie istnieje też taki system sojuszów, który by obok korzyści nie nasuwał nieraz daleko idących zastrzeżeń, w związku z czym każdy kierunek polityki zagranicznej będzie budził głębokie kontrowersje w opinii publicznej. Nasuwa się tu ścisła analogia do strategii wojskowej w czasie wojny, której przecież nikt partiom politycznym ani też opinii publicznej podporządkowywać by nie chciał.

Wymienione powyżej względy nakazują stanowcze odsunięcie zarówno partii politycznych jak i opinii publicznej od jakiegokolwiek wpływu na bieżące zagadnienia polityki zagranicznej, które muszą być traktowane w sposób zupełnie taki sam, jak zagadnienia natury czysto wojskowej, tzn. podporządkowane w zupełności decyzji czynnika nadrzędnego, w tym wypadku Prezydenta Rzeczypospolitej, który zresztą myśl Konstytucji kwietniowej decyduje o podstawowych rozstrzygnięciach zagranicznych samodzielnie bez aprobaty izb ustawodawczych. Stan ten jest podwaliną silnego ustroju państwowego i za wszelką cenę musi być trwale utrzymany.

Mimo to bynajmniej nie można sobie lekceważyć stanowiska opinii publicznej, a tym samym i partii politycznych w odniesieniu do polityki zagranicznej. Podobnie jak armia, tak samo i polityka zagraniczna lepiej spełni swą rolę, posiadając pełne zaufanie w społeczeństwie, co może mieć miejsce tylko przy opinii publicznej należycie oświeconej i wyrobionej w ocenie racji stanu swego kraju. Z tego też względu winny być podstawowe wytyczne polskiej racji stanu jak najusilniej wdrażane w umysły społeczeństwa, które zyska w ten sposób możliwie najlepszą busolę w ocenie bieżącej polityki zagranicznej rządu; busolę, której tendencyjne magnesy obcych wpływów nie ściągną równie łatwo na manowce, jak przy panowaniu w tej dziedzinie obskurantyzmu.

Domagając się, aby partie polityczne nie wciągały armii, ani polityki zagranicznej do swych wewnętrznych rozgrywek, musimy nawzajem stwierdzić, że czynniki wojskowe winny poświęcać cały swój czas i wysiłek na należytą organizację obrony państwa, zajmując bezwzględnie neutralne stanowisko wobec rywalizujących ze sobą ugrupowań politycznych.

Z całym naciskiem podkreślamy jednakże, że nie ma takich poświęceń, których by nie należało złożyć na ołtarzu potrzeb Armii Polskiej jako ostatecznej i najważniejszej gwarancji niepodległego bytu państwowego.






2) WYTYCZNE POLSKIEJ RACJI STANU


 Wspomnieliśmy, że nasze wielkie posłannictwo dziejowe rozbiło się już raz w przeszłości na skutek wypaczenia w Polsce naczelnych idei moralnych, reprezentowanych przez katolicyzm i nacjonalizm i idącego za tym upadku ładu wewnątrz kraju oraz siły na zewnątrz. Wiele innych państw przechodziło jednak dużo głębszy upadek swej kultury narodowej, a jednak Niepodległości nie straciło. Fatalne następstwa słabszego stosunkowo upadku kulturalnego Polski były wynikiem dwu faktów:

  1. Tworzenia się na naszych granicach w czasie od XV do XIX wieku stale w siłę rosnących imperiów.
  2. Zjednoczenia się tych imperiów we wrogą nam koalicję.

Podobnie jak nie wolno nam po raz drugi powtórzyć błędu polegającego na nieumiejętności w zorganizowaniu siły zdolnej do odparcia przemocy zewnętrznej, tak samo musimy za wszelką cenę przeciwdziałać tworzeniu się na naszych granicach takiego układu sił, który mógłby stać się dla nas śmiertelnie groźny. Tak zatem zasadniczą wytyczną polskiej racji stanu jest:

  1. Nieistnienie na naszych granicach imperiów, które by nam mogły nadmiernie grozić.
  2. Podtrzymywanie pomiędzy tymi imperiami, jak długo one istnieją, przez możliwie długi okres czasu wzajemnego antagonizmu.

Z punktu pierwszego wynika, że podstawowym założeniem polskiej racji stanu musi być dążenie do wytworzenia na naszych granicach jak największej ilości małych państw (Litwa, Białoruś, Ukraina, Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia) na gruzach scentralizowanych imperiów (Niemcy, Rosja). Postulat ten został już spełniony, jeśli chodzi o wybrzeże bałtyckie oraz o kraje wchodzące w skład dawnej monarchii Habsburgów. Tak więc nad Bałtykiem oraz na Południu polityka Polska winna iść w kierunku zachowania małych państw i uniemożliwienia hegemonii Niemiec lub Rosji nad nimi. Środki zmierzające do tego celu muszą być bardzo rozmaite, np. w dziedzinie naddunajskiej nie można sobie wyobrazić wytworzenia wspólnego frontu małych państw bez zaspokojenia niektórych żądań terytorialnych Węgier pod adresem Czechosłowacji oraz bez zmniejszenia ilości mniejszości niemieckiej w Czechach, która czyni to państwo niezdolne do roli realnego sojusznika Polski w ewentualnej rozprawie z Niemcami. Zasadniczo jednak polityka Polski na terenie północnym i południowym winna być konserwatywna, tzn. zmierzać do zachowania i wzmocnienia małych państw wobec wielkich imperiów. To też sfera bałtycka oraz naddunajska jest okolicą, w której reprezentowane są niesłychanie żywotne interesy Polski i wszelkie zmiany terytorialne w tych stronach winny być uzależnione od zgody Rzeczypospolitej.

O ile chodzi o stosunki polsko-niemieckie, to polityka nasza podyktowana musi być koniecznością podtrzymania na jak najdłuższy okres czasu istniejącego obecnie antagonizmu niemiecko-rosyjskiego. Zniknięcie bowiem tego antagonizmu, a fortiori sojusz tych dwóch imperiów, stworzyłby najgorszy dla Polski układ sił, jaki sobie w naszym położeniu w ogóle można wyobrazić. Podtrzymanie antagonizmu niemiecko-rosyjskiego wymaga z kolei udzielenia poparcia tej stronie, która w danej chwili jest źródłem tego antagonizmu, tzn. Niemiec. Dla uzyskania tego celu rozwiązującego nam znakomicie ręce w polityce zagranicznej warto jest też podporządkować szereg ubocznych względów.

Pomimo wszelkich wysiłków z naszej strony nie jest możliwym, ażeby antagonizm niemiecko-rosyjski trwał wiecznie. Tak samo musimy się zawsze liczyć z możliwością ponownego zwrócenia się zaborczości niemieckiej na nasze ziemie zachodnie. Konieczność poparcia Niemiec celem podtrzymania antagonizmu niemiecko-rosyjskiego jest też nadzwyczaj trudna do pogodzenia z krokami, mającymi na celu przygotowanie się do chwili, gdy ekspansja niemiecka skieruje się ponownie przeciwko nam. Rozwiązanie tej sprzeczności musi być jednak pozostawione bieżącej polityce zagranicznej. Konieczność liczenia się z możliwością ponownej ekspansji Niemiec przeciwko Polsce zmusza nas w każdym razie do utrzymywania jak najściślejszej współpracy z Francją, Anglią i Włochami. Współpraca ta, specjalnie sojusz francusko-polski, musi jednak istnieć jako wzajemna gwarancja na wypadek zagrożenia ze strony Niemiec. Nie może być natomiast pojmowana jako popieranie przez Polskę wszystkich, nawet błędnych kroków tych państw, tym bardziej zaś, gdy kroki też znajdują się w wyraźnej kolizji z polską racją stanu.

Najlepsza polityka zagraniczna nie zmieni jednak naszego położenia pomiędzy Niemcami a Rosją. W sposób trwały moglibyśmy podnieść nasze bezpieczeństwo jedynie na skutek rozpadnięcia się tych imperiów na szereg mniejszych organizmów państwowych.

W odniesieniu do Niemiec należy życzenia te uznać za niemożliwe do spełnienia. Niemcy stanowią monolit narodowy. Dziejowy proces scalania się tego monolitu na gruzach dynastycznych państewek dobiega właśnie na naszych oczach swego końca. Odwrócenie tego procesu nie jest ani realne, ani też z moralnego punktu widzenia możliwe do uzasadnienia.

Zupełnie inaczej przedstawia się sprawa z Rosją, będącą konglomeratem wielkiej ilości uciemiężonych od setek lat narodów. Tutaj odbywa się proces odwrotny niż w Niemczech. Dojrzewają mianowicie procesy uświadomienia narodowego oraz tendencje separatystyczne podsycane prześladowaniem narodowościowym. Rosja Sowiecka wykazuje poza tym niesłychanie głęboki rozkład moralny, który może łatwo przyśpieszyć dziejową godzinę wyzwolenia ciemiężonych przez nią narodów. Musimy też czuwać, ażeby ta dziejowa godzina została na w pełni przygotowanymi do przeprowadzenia zmian, które by w sposób trwały ugruntowały nasze bezpieczeństwo, usuwając raz na zawsze zmorę koalicji dwu potężnych imperiów, powstałych na naszych granicach.



Program ten był oczywiście jak najbardziej pozytywny i właściwy, nie mogę zgodzić się jednak z kilkoma zawartymi w nim założeniami, które - mam świadomość - w tamtych czasach uważane były za nie do przejścia. Mianowicie chodzi o punkt w którym autor (czy też autorzy bo było ich kilku) stwierdza, iż Niemcy stanowią monolit narodowy, powstały na gruzach dynastycznych państewek niemieckich i odwrócenie tego procesu nie jest możliwe ani moralnie uzasadnione. Przyznam się szczerze w tym momencie zachodzę w głowę a dlaczego nie? Co prawda w tamtych czasach jeszcze nie wyciągnięto dostatecznych wniosków ze wszystkich "dobrodziejstw" jakie na przestrzeni tych 150 lat (począwszy od zjednoczenia Niemiec w 1870 r.) państwo to i naród ten obdarzył Europę oraz Świat. Dziś jednak jesteśmy już w zupełnie innym miejscu i mamy inną wiedzę na temat historycznych doświadczeń związanych z tym "moralnym mocarstwem" które do dziś dnia z wieloma krajami nie rozliczyło się jeszcze ze swych własnych zbrodni, natomiast bardzo chętnie wyciąga rękę do przewidzenia nowemu, zamordystycznemu tworowi pod nazwą IV Rzeszy Europejskiej. Oczywiście współczesne Niemcy są zupełnie innym tworem politycznym (i narodowym nawet), niż w czasach III Rzeszy, Republiki Weimarskiej lub Cesarstwa. Jednak zmiana ta została na nich wymuszona poprzez klęskę zadaną im w czasie II Wojny Światowej. Spowodowało to, że dzisiaj siła państwa niemieckiego nie oparta jest na potędze niemieckiej armii (której realnie praktycznie nie ma, ponieważ Bundeswehra jest skrupulatnie od lat niedofinansowana - oczywiście celowo jest niedofinansowana, ponieważ niemiecki rząd zdaje sobie doskonale sprawę, że Bundeswehra tak naprawdę nie jest niemieckim wojskiem, a armią całkowicie kontrolowaną przez NATO, a konkretnie zaś przez USA. Dlatego też, gdy Trump naciskał na przeznaczenie przez Niemcy 2 procent swego PKB na cele wojskowe, spotykały się z tak silną obojętnością i niechęcią ze strony niemieckich elit) lecz na potędze gospodarczej wyrosłej w dużej mierze na amerykańskich dotacjach niemieckiej gospodarki po Wojnie, oraz na rozgrabieniu Europy w czasie II Wojny Światowej (Niemcy byli bowiem nie tylko mordercami, którzy przemysł zabijania ludzi doprowadzili do mechanicznej wręcz perfekcji, lecz również potwornymi złodziejami którzy kradli wszystko, co tylko stanowiło jakąkolwiek wartość - od znaczków pocztowych po obrazy i dzieła sztuki, od złotych zębów wyrwanych więźniom w obozach koncentracyjnych, po dzieci odbierane rodzicom, które były żywym trofeum aryjskiej rasy panów). Główną podstawą jednak niemieckiej potęgi w nowej IV Rzeszy Europejskiej, miały być dile polityczno-gospodarczo-surowcowe z Moskwą i Chinami - czyli Europa od Władywostoku po Lizbonę, w której USA stanowiłoby tylko zbędną nadbudowę, a na gruzach Bundeswehry można by było wówczas stworzyć coś nowego, na przykład armię europejską pod jakże wzniosłym niemieckim przywództwem.




Bo to, że Niemcy uważają się za mocarstwo moralne, jest niepodlegającym dyskusji faktem. Pytanie tylko brzmi: kto na dłuższą metę w to uwierzy w sytuacji, kiedy Niemcy otwarcie dążą do nowego podporządkowania sobie krajów Europy, jednocześnie zupełnie (ale to zupełnie) nie rozliczając się z własnych zbrodni, szczególnie tych popełnionych w stosunku do krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Zbrodnie których się tam dopuszczano, były nieprawdopodobne w swej skali i okrucieństwie, zadośćuczynienia zaś nie było żadnego (ŻADNEGO!!!). Jak więc współcześnie z taką hieną która wymordowała i rozkradła sporą część Europy - można planować jakąkolwiek przyszłość w zjednoczonej Europie? Jak można budować przyszłość na zbrodni, która jest zbrodnią nierozliczoną i konsekwentnie zamiataną pod dywan. W Polsce Niemcy wymordowali prawie 6 milionów obywateli, zniszczyli wiele miast i miasteczek (o wsiach nawet nie wspominam), w tym naszą stolicę - Warszawę doszczętnie w 99 %. A poza tym standardowo mordowali (na naszych ziemiach założyli najważniejsze obozy koncentracyjne i obozy zagłady), kradli, porywali dzieci aby je zgermanizować itd. itp. nie mówiąc już o tym, że po wojnie ta zniszczona i cofnięta w rozwoju przez Niemców (co najmniej o stulecie) Polska, wpadła następnie w łapy Sowietów i została zamknięta jakby w formalinie sowieckiej rzeczywistości (oczywiście ta nasza rzeczywistość i tak była inna od tej moskiewskiej, a poza tym nawet w takim bloku wschodnim Polska była i tak najbardziej wolnościowym krajem - wraz z Jugosławią - ale mimo to fakt pozostaje faktem). I dzisiaj gdy powstaje możliwość na trwałe zmiany relacji polsko-niemieckich i odrzucenia wzajemnych animozji oraz budowy nowej przyszłości, to Niemcy mówią nie, nie; my tak nie chcemy, my nie będziemy płacić za nasze zbrodnie, bo my jesteśmy mocarstwo moralne, my już się moralnie wykąpaliśmy we krwi naszych ofiar i tyle. Co najwyżej możemy zrobić z Moskalami kilka dili i podzielić Europę do Bugu czy do Wisły. 




Żadnych reparacji płacić nie będziemy - mówią Niemcy ustami swoich przedstawicieli jak również dużej części społeczeństwa, które w ogóle nie ma zielonego pojęcia o skali zbrodni, popełnionej przez ich przodków na polskiej ziemi (nie tylko zresztą na polskiej, ale tutaj było to wyjątkowo bestialstwo i porażająca skala). A najśmieszniejsza jest ta ich argumentacja, że przecież stracili swoje ziemię wschodnie które zostały przyłączone do Polski więc nie muszę już nic płacić, bo już zapłacili ziemiami. Jest to wyjątkowo żałosna i tak miałka retoryka, że tego nawet nie sposób komentować, ale wystarczy powiedzieć po prostu: Przegraliście wojnę misie, przegraliście! Straciliście ziemie, które wcześniej sami odbieraliście innym narodom - to po pierwsze. Po drugie, Polska utraciła swoje Kresy Wschodnie na rzecz Związku Sowieckiego a ziemie zachodnie (tak zwane "Ziemie Odzyskane") miały być rekompensatą za tamtą stratę. Ale nawet gdyby to w ogóle nie miało znaczenia to ziemię jako takiej nie mogą być rekompensatą za zbrodnie popełniane przez ludzi w stosunku do ludzi. I właśnie w tej kwestii widzę tylko jedno rozwiązanie dla Niemiec aby nie płaciły owego zadośćuczynienia, czyli tych reparacji w wysokości ponad biliona dolarów (notabene jest to kwota i tak bardzo niewielka w stosunku do ogromu zbrodni popełnianych przez Niemców w Polsce, wręcz wydaje mi się że to jest kwota koncyliacyjna, stworzona na korzyść Niemiec. Według mnie powinna ona być co najmniej dwa albo trzy razy większa). Problem reparacji będzie bowiem powracał i wcześniej czy później Niemcy będą musiały się z tym tematem zmierzyć, a jeżeli rzeczywiście nie chcą płacić to, ja widzę tylko jedno wyjście aby tego uniknąć... ... rozpad kraju i powrót do stanu sprzed 1870 r. Jeśli zaś do tego nie dojdzie, to mnie kompletnie nie interesuje czy współczesne pokolenie Niemców wychowane jest na ideologii lebensraumu, czy też na ideologii gender i lgbt. I piszę to jako osoba która ma niemieckie korzenie i która zafascynowana jest niemiecką (szczególnie 16-wieczną literaturą).




CDN.

niedziela, 26 marca 2023

GWAŁT - CZY NIEODZOWNY ELEMENT KOBIECEGO LOSU? - Cz. XXXV

NAJWAŻNIEJSZE I (NIEKIEDY)
NAJBRUTALNIEJSZE PRZYPADKI 
GWAŁTÓW W HISTORII





145 r. p.n.e.

GWAŁT NA WESELU

Cz. XXI







BÓG Z ODLEGŁEJ KRAINY
Cz. XXI



TEBAŃSKA REWOLUCJA
Cz. VIII 



Aby zobrazować jaka idea zawładnęła Atenami po 403/401 r. p.n.e. i jacy politycy nadawali jej ton, muszę jeszcze powrócić do opisu życia Sokratesa, gdyż właśnie na jego przykładzie widać będzie dokładnie proces formowania się demokratycznej paranoi, jaka wówczas zawładnęła Ateńczykami, którzy szybko przeszli z jednej (oligarchicznej) skrajności, do drugiej (czyli ubóstwienia demokracji). 





 Tyrani zachodnich greckich polis z tak zwanej Wielkiej Grecji (czyli greckich kolonii w Italii na Sycylii i Sardynii) opierali się na nieco innych środowiskach, niż ich odpowiednicy w Grecji Centralnej. Tamci bowiem pochodząc najczęściej z arystokratycznych rodów, opierali swoje rządy na sile ludu którym przeciwstawiali potęgę oligarchicznych rodów najbardziej niechętnych ich władzy. Tyranii zachodni zaś zupełnie na odwrót, swoją potęgę opierali na arystokracji i wykorzystywali przeciwko wszelkim wolnościowym dążeniom ludu. Już Gelon sprzedawał najbiedniejszych mieszkańców sycylijskich polis w niewolę, zaś jego brat Hieron oparł na tym swoją ideę rządów i opierając się na słowach swego brata (który stwierdzić miał iż: "Prosty lud to najniewdzięczniejszy współmieszkaniec", jak tylko mógł gnębił najbiedniejszych współobywateli zarówno przesiedlając ich do innych miast lub czyniąc niewolnikami pracującymi w majątkach arystokratów, albo też gnębił ich różnego rodzaju opłatami fiskalnymi. Do tego oczywiście dochodziła wszechobecna kontrola, polegająca na donoszeniu jeden na drugiego (donosiciele byli dobrze wynagradzani), oczywiście działali również zawodowi szpiedzy, którzy wyszukiwali wszelkiego rodzaju niepochlebne słowa o panującej władzy i donosili o tym tyranowi. Zachodnich tyranów przerażała bowiem forma kontroli ich władzy poprzez wszelkie nowości ustrojowe związane z większą władzą daną ludowi. A już myśl o tym, że lud mógłby się zbuntować i sam przejąć władzę wprowadzając rządy demokratyczne, budził w nich realne przerażenie. Dlatego też z takim niepokojem przyglądali się temu, co działo się w Tarencie - dużym doryckim polis założonym ok. 708 r. p.n.e. przez Lacedemończyków w południowo-wschodniej Italii. Tam bowiem w 473 r. p.n.e. miał miejsce atak illiryjskich Japygów (zasiedlających ziemie późniejszej Apulii) na Tarent i sprzymierzony z nim Regium w Zatoce Messańskiej. Tarent od swych narodzin rządzony był przez doryckich arystokratów, którzy posiadali nie tylko pełnię władzy, ale również opływali w największe dobra i majątki. Teraz zaś, w obliczu zagrożenia najazdem barbarzyńców to właśnie oni wystawili największe siły mające odeprzeć atak. Do bitwy doszło gdzieś w rejonie, w którym potem przebiegać będzie rzymska via Appia, prowadząca z Tarentu do portu w Brundisium i zakończyła się ona klęską Tarentian. Poległo mnóstwo arystokratów a straty były tak wielkie, że miasto realnie pozbawione zostało władzy mogącej obronić mieszkańców przed atakiem barbarzyńców. I wówczas do głosu doszedł lud, który sam zorganizował obronę odparł najazd i przejął władzę w mieście wprowadzając pierwsze w Italii rządy demokratyczne (za paradoks może uchodzić fakt, że rządy demokratyczne wprowadzone zostały w Tarencie przez potomków Spartan, którzy na kontynencie byli jednymi z największych wrogów ateńskiej demokracji).

Powstanie pierwszego demokratycznego polis w Italii i to tak potężnego jak Tarent, musiało spędzać sen z powiek wielu sycylijskich tyranów. Nic więc dziwnego że gdy trzeci z braci Dejnomenidów, który objął władzę w Syrakuzach (367 r. p.n.e.) Trazybulos, wprowadził jeszcze większą kontrolę i jeszcze bardziej gnębił lud niż jego bracia. Karał śmiercią za najmniejszą krytykę swej władzy a także torturował tych, których uważał za demagogów prowokujących bunt. Doprowadziło to do ogromnego niezadowolenia ludu, który realnie zbuntował się przeciwko władzy Trazybulosa i rozpoczął z nim walkę. Tak oto w 466 r. p.n.e. Syrakuzy zapłonęły (Trazybul kontrolował tylko wschodnią część miasta wraz z portem, gdzie sprowadzał swych stronników z Etny - którą władał jego małoletni bratanek Dejnomenes - i ściągał najemników). Szybko okazało się jednak że syrakuzański demos uzyskał potężne wsparcie w takich miastach jak:  Gela, Akragas, Himera i Selinunt. Sporą część najbiedniejszej populacji Geli w 484 r. p.n.e. Gelon przesiedlił do Syrakuz, ale najwidoczniej tamtejsi oligarchowie nie byli w stanie przeszkodzić udzieleniu pomocy Syrakuzańczykom przez ich własny lud. W Akragas (po obaleniu Thrasydajosa - syna długoletniego tyrana Therona ok. 470 r. p.n.e.) jeszcze Hieron wprowadził pierwsze na Sycylii rządy demokratyczne (o czym wspomniałem w poprzedniej części). Podobnie było w Himerze (też rok 470 p.n.e. należy uznać za początek "rządów ludu"). Co się zaś tyczy Selinuntu, to niewiele na ten temat wiadomo, aczkolwiek po 480 r. p.n.e. miasto to należało do strefy wpływów Therona - czyli zapewne było bardzo wrażliwe na wszelkie zmiany ustrojowe zachodzące w Akragas czy w Himerze. Tak więc oparciem dla Trazybulosa była jedynie Etna (dawne Naksos - założone jeszcze w 735 r. p.n.e.) i częściowo Messana (dawne Zankle), gdzie władali synowie tyrana Anaksilasa - nad którymi pieczę sprawował najpierw Hieron a teraz Trazybul. Mimo to był on pewny swego, kontrolował przecież najważniejsze części samych Syrakuz - wyspiarską Ortygię (gdzie znajdowały się najważniejsze miejskie świątynie w tym Ateny i Apolla) i Achradinę (gdzie znajdowała się chociażby miejska Agora). Lud zaś przejął władzę w dwóch dzielnicach, które leżały poza murami miejskimi, a były to Neapolis i Tycha. Walki o miasto były niezwykle krwawe, ale póki Trazybul posiadał swoją flotę i miał zapewniony dzięki temu dopływ najemników, był pewien że wojnę tę wygra.




Mimo to zjednoczonej flocie Selinuntu, Akragas i Himery udało się pokonać w bitwie syrakuzańską flotę Trazybulosa, co oznaczało, że został on odcięty i zamknięty w mieście jak w puszce, w której mógł się już tylko udusić, wykrwawiając się w walkach o miasto. Słał on wiadomość za wiadomością do swego bratanka - Dejnomenesa, aby ten przyszedł mu z odsieczą, ale odpowiedź nie nadchodziła, nie było też odsieczy. Widząc w jak tragicznej sytuacji się znalazł, postanowił Trazybul uciec z miasta, dostać się do Etny, przejąć tam władzę a następnie z powrotem na czele tamtejszych sił ruszyć na Syrakuzy. Jego plan polegał na tym, aby nocą na małym statku wymknąć się z okrążonego portu i wypłynąć na morze, nim wrogowie odkryją jego podstęp. Nie udało mu się to jednak, plan wypłynięcia z Portu Mniejszego (czyli głównego portu Syrakuz) zakończył się fiaskiem, a Trazybul musiał wrócić do swego pałacu na Achradinie. Gdy zaczęli dezerterować najemnicy i opuścili go już jego dotychczasowi stronnicy, przymuszony głodem w zamian za zachowanie życia, zaproponował przywódcom ludu że zrzeknie się w swej władzy w mieście, jeśli pozwolą mu je opuścić i nie będą go ścigać. Ci przystali na tę propozycję, Tranzybulos zrzekł się swej władzy w mieście w imieniu swoim i swych potomków (466/465 r. p.n.e.) a następnie pozwolono mu odpłynąć do wybranego przez niego miasta w Italii - były to Lokry Epizefryjskie gdzie dokończył swego żywota. Po wygnaniu tyrana Syrakuzańczycy wprowadzili w swym mieście rządy demokratyczne. Nakazali też złożyć broni wszystkim najemnikom i dotychczasowym stronnikom rodu Dejnomenidów (nie wszyscy podporządkowali się temu rozkazowi w obawie o swoje życie, co doprowadziło do tego, że w niektórych częściach miasta wybuchały jeszcze sporadyczne walki z byłymi stronnikami i najemnikami Trazybulosa). Wprowadzono też w mieście kult Zeusa Eleutheriosa ("Wyzwoliciela"), a ludności wcześniej wysiedlonej przez tyranów pozwolono wrócić do swych dawnych miast. Diodor pisze, że po zaprowadzeniu demokracji nastały czasy "pokoju i pomyślności", niestety jednak nie było tak różowo, jak pragnął to widzieć ów historyk. Po zaprowadzeniu demokracji pojawiło się bowiem szereg nowych problemów przed którymi musieli stanąć i z którymi musieli się uporać nowi władcy miasta, czyli miejski demos. Jednym z nich było zabezpieczenie władzy tak, aby w przyszłości nie pojawili się kolejni tyrani.




Aby temu zapobiec przejęto z Aten instytucję ostracyzmu, która w Syrakuzach zwała się petalizmem (a to z tego powodu, iż imiona osób które według ludu zagrażały demokracji, pisano nie jak w Atenach na skorupkach rozbitych naczyń lub kawałkach kamieni zwanych ostrakonami, tylko na liściach oliwki, które w języku greckim nosiły nazwę petalos). Nie była to jedyna różnica dzieląca ateńską i syrakuzańską demokrację, gdyż w Atenach po głosowaniu ostrakonami dany polityk szedł na wygnanie na lat dziesięć (przy czym zachowywał oczywiście prawa do swojego majątku, do którego mógł powrócić po zakończeniu czasu swego wygnania), w Syrakuzach zaś dany delikwent szedł na wygnanie jedynie na lat pięć. Było to jedyne zabezpieczenie nowego ustroju przed pojawieniem się jakiegoś kolejnego tyrana, ale nowy ustrój nie doprowadził jednocześnie do marginalizacji starych majętnych arystokratycznych rodów, a wręcz przeciwnie - starano się dawne rody włączyć w nowy ustrój, zapewniając im nawet pierwszeństwo przy podziale ziemi. Dla Greków jednak wszelka zmiana (czy to polityczna czy rodzinna) musiała mieć silne umocowanie w religii, dlatego też poparcie bogów było nieodzowne w rozpoczęciu jakiegokolwiek przedsięwzięcia, a już szczególnie tak ważnego jak wprowadzenie nowego ustroju. Wielu poetów czy nawet historyków tamtego okresu (VI pierwsza połowa V wieku p.n.e) traktowała mity nie jako pewien zbiór baśni kształtujących kulturę i elementarną cywilizację społeczności helleńskiej, ale jako rzeczywistość, która była niegdyś (bajanie o Złotym Wieku cywilizacji do którego ludzkość powinna wciąż dążyć), która minęła (gdy z ziemi odeszli bogowie i herosi) i która istnieje (m.in. na Olimpię) obok tej obecnej cywilizacji ludzkiej. Oczywiście nie wszyscy w to wierzyli, ale nie mało było ludzi wykształconych którzy twierdzili że mity są podaniami autentycznymi a co za tym idzie, że to co było, należy brać dosłownie. Więc dziwnego, że zwykli ludzie traktowali kwestie związane z bogami jeszcze bardziej poważnie i z większym pietyzmem oraz strachem (greccy bogowie byli bowiem przede wszystkim bardzo samolubni i łatwo ich było urazić, jeśli więc człowiek był nawet dobry, pomagał innym i żył nie wadząc nikomu, a obraził bogów, mógł być pewien że ci ześlą na niego wszelkie możliwe plagi z puszki Pandory. Przynajmniej tak to sobie wyobrażano). Dlatego też aby zadowolić bogów natychmiast przystąpiono do budowy nowych świątyń (w Syrakuzach rozbudowano świątynię Ateny a w latach 50-tych V wieku p.n.e. wzniesiono świątynię Hery Lakinii, w Geli zaczęto budować nową świątynię Ateny, w Akragas dokończono budowę świątyni Zeusa Olimpijskiego, prace rozpoczęto ok. 500 r. p.n.e. a potem przerwano).

Nie zmieniono jednak kształtu i wartości monet używanych dotąd przez tyranów (np. poeta Pindar chwalił pod niebiosa stabilność gospodarczą i bezpieczeństwo w czasach Hierona, czego dowodem miała być srebrna dekadrachma - nazwana w czasach demokracji demaratejon na cześć bogini Demeter. Wszystko więc nawet ekonomia związane było z bogami). Najwięcej problemów nastręczała jednak zgoda nowych, demokratycznych władców Syrakuz na powrót dawnych mieszkańców innych polis do swoich miast, szczególnie zaś zwrot ich dawnych majętności. Były to problemy które rodziły nowe konflikty powstałe w miejsce starych ran. Gela postanowiła odbudować dawną Kamarinę (zniszczoną jeszcze w 485 r. p.n.e. przez Gelona), a do Katany też zmierzała dawna, wysiedlona stamtąd ludność. Problem stanowili też byli najemnicy. Co prawda zostali rozbrojeni ale jednak wciąż stanowili pokaźną i niebezpieczną grupę, która nie była mile widziana w żadnym polis. Ostatecznie po 461 r. p.n.e. przeniosą się oni do Messany, gdzie stworzą bractwo wojskowe które będzie kontrolowało miasto pod nazwą "Synów Marsa" - Mamertynów - oczywiście jest to ich rzymska nazwa, sami zwali się zapewne bractwem Aresa (to właśnie oni staną się przyczyną wybuchu I Wojny Punickiej pomiędzy Rzymem a Kartaginą w 264 r. p.n.e.). Większość greckich polis na Sycylii i w Italii została uwolniona spod władzy tyranów, pozostały tylko dwa miasta w których jeszcze oni rządzili: Etna i Messana. Miasta te były izolowane, gdyż cała reszta nie chciała z nimi utrzymywać żadnych kontaktów. Duży problem stanowili również Sykulowie - rodzime plemię sycylijskie zamieszkujące wschodnią część Wyspy. Co prawda pomogli oni Grekom syrakuzańskim w wypędzeniu tyrana, ale teraz stanowili zbyt duże zagrożenie aby można ich było lekceważyć. Do tego dochodziło jeszcze niebezpieczeństwo etruskie (szczególnie ich flota stanowiła pokaźne zagrożenie na wodach okalających Sycylię). Wszystko to razem wzięte nie mogło stworzyć nowych czasów "pokoju i pomyślności" - jak chciał Diodor.

W 461 r. p.n.e. niejaki Duketios - wódz plemienia Sykulów, zawarł sojusz z Syrakuzami i postanowił zająć miasto Etna - wciąż rządzone przez tyrana Dejnomenesa. Przed atakiem doszło do podziału wpływów i ziemi w zdobytej Etnie. Miasto miało przypaść Syrakuzom, ale ludność stałaby się własnością Duketiosa. Tak też się stało, miasto zostało zdobyte, Dejnomenes prawdopodobnie poległ albo zbiegł (w każdym razie wszelki słuch o nim zaginął), Syrakuzańczycy przejęli miasto, a Duketios wyprowadził stamtąd ludność i przesiedlił do sekulskiej Inessy (głównym miastem tego plemienia była Henna). Ok. 460 r. p.n.e. skończyła się też władza synów Anaksilasa w Messanie (doszło tam do pro-demokratycznego buntu mieszkańców miasta, wspieranego przez Syrakuzy). Zaraz po tym przewrocie doszło w tymże polis do poważnych zaburzeń ekonomicznych, związanych z biciem złotej monety. Zaczęto bowiem wybijać nie tylko dotychczasowe monety z napisem Messana, ale również wrócono do starej nazwy Zankle, co powodowało bardzo wiele negatywnych perturbacji o charakterze gospodarczym i społecznym, ponieważ nie wszystkie monety były akceptowane przez nowe demokratyczne władze miasta, a to znowu rodziło problemy z tą częścią ludności, które już te monety posiadała i wprowadzała do obiegu. Konflikt zrodził się więc na samej górze nowej władzy ponieważ jedni pragnęli pozostać przy nowej nazwie inni zaś chcieli wrócić do starej, a to generowało problemy natury społeczno-gospodarczej. Do tego doszła jeszcze zgoda Syrakuz na osiedlenie się w Messanie byłych najemników Trazybulosa. Problemy Messany żywo odbijały się również w jej bratnim mieście, położonym po drugiej stronie cieśniny - w Rhegium. Tam nowe demokratyczne władze przyjęły też nowy wizerunek monet, przedstawiający zaprzęg mułów na awersie i zająca na rewersie. Nie spodobało się to mieszkańcom miasta i wymusili oni powrót do starego systemu, wprowadzonego jeszcze przez tyrana Anaksilasa - czyli głowy lwa. Demokratyczne władze Rhegium nie mogły jednak pozwolić, aby symbol tyrana dalej widniał na monetach miejskich, wprowadzono więc kompromis bijąc nowe monety, tym razem przedstawiające legendarnego założyciela miasta Jokastosa.




Obalenie tyranii w dwóch ostatnich sycylijskich miastach Etnie i Messanie (oraz w Rhegium) powinno pozytywnie wzmocnić nowe, demokratyczne władze Syrakuz. Tak się jednak nie stało i już w roku 461 p.n.e. doszło w tym polis do poważnych konfliktów i niepokojów społecznych, związanych z ustalaniem list obywatelskich i podziałem ziemi. Jak już wcześniej wspomniałem, dawne arystokratyczne rody, które wspierały ustrój tyrański, suchą stopą przeszły sobie do demokracji bez żadnych uszczerbków, a jednocześnie przedstawiciele tych rodów byli przy podziale ziemi lepszej jakości. Rodziło to silne niezadowolenie społeczne a trybunem ludu został wówczas niejaki Tyndarides, który otwarcie nawoływał aby lud sam wziął sobie to, co mu się należy. Tyndarides pragnął jednak - niesiony wrogością ludności Syrakuz do nowego podziału ziemi - przejąć władzę i i odnowić ustrój tyrański, z sobą jako nowym władcą Syrakuz. System petalizmu (czyli owego syrakuzańskiego ostracyzmu) nie został jeszcze dobrze przetestowany, więc nowe władze były bezbronne wobec rosnącej liczby zwolenników Tyndaridesa. Jedyną bronią przeciwko rosnącej w siłę tyranii - która miała ponownie nastąpić w mieście, wprowadzona populistycznymi hasłami - była... tępa siła i do tego właśnie odwołały się nowe władze miasta. Podczas jednego z zebrań zwolenników Tyndarindesa, na którym nawoływał on do sprzeciwu wobec podziału ziemi preferowanego przez demokratów - władze skierowały ludzi z kijami, którzy napadli Tyndaridesa i jego stronników i zlinczowali go na miejscu ok 460 r. p.n.e.). To właśnie po tym wydarzeniu i ogólnym wzburzeniu ludności owym morderstwem, zaczęto na większą skalę stosować petalizm. W ciągu kolejnych sześciu lat w czasie których używano tej formy zabezpieczenia ustroju demokratycznego, skazano na wygnanie szereg obywateli których uznano za potencjalnie niebezpiecznych dla nowej władzy. Nie przeszkodziło to jednak wielu ambitnym mieszkańcom miasta w stosowaniu populistycznej retoryki w celu walki ze swymi przeciwnikami politycznymi i wykorzystywania w tym celu petalizmu jako oręża. Wreszcie uznano go za na tyle niebezpieczną formę walki politycznej, że ostatecznie zniesiono petalizm w 454/453 r. p.n.e. Nie tylko Syrakuzy w tym czasie były wystawione na niebezpieczeństwo zamachu stanu i upadku słabego jak dotąd systemu demokratycznego, który z wielkimi trudami przyjmował się wśród Greków Zachodnich. W Akragas ogromne wpływy zdobył filozof Empedokles, który co prawda zreformował Radę Tysiąca (nadając jej bardziej demokratyczny charakter), ale jednocześnie jego osobisty wpływ na władzę był tak wielki, że realnie pełnił on nieoficjalnie władzę tyrańską (a niektórzy współobywatele zaproponowali mu nawet koronę królewską, lecz on odmówił jej przyjęcia). Empedokles swą nieprawdopodobną pozycję polityczną i władzę, jaką nieoficjalnie sprawował w Akragas, zawdzięczał swym umiejętnościom medycznym (leczył on bowiem ludzi, a ponieważ czynił to znacznie lepiej niż większość lekarzy, uważany był wręcz za cudotwórcę, a niektórzy wierzyli wręcz, iż jest posłańcem bogów - szczególnie zaś Asklepiosa - boga medycyny). 

Świadomość słabości rządów demokratycznych i silna obawa przed zmienieniem ich w czasie rewolucji populistycznej na starą formę czy to oligarchii czy też tyranii, nie opuszczała Greków sycylijskich w tamtym czasie. Do tego dochodziło niebezpieczeństwo rosnącego w siłę plemienia Sykulów pod rządami Duketiosa (który ok. 459 r. p.n.e. ogłosił się królem owego plemienia). W tym czasie założył on swoje miasto Menajnon na terytorium należącym do Greków nieopodal miasta Leontinoj, zaledwie kilka kilometrów na północny-zachód od Syrakuz. W 458 r. p.n.e. zdobył Morgantinę (ostatnie nie podlegające jego władzy miasto plemienia Sykulów). Wciąż utrzymywał sojusz z Syrakuzami, ale jego ekspansja była bardzo niebezpieczna dla wszystkich helleńskich polis na Sycylii i było pewne że wcześniej czy później musi dojść miedzy nimi do konfrontacji. Początkowo jednak dążył on do kompromisu i gdy Syrakuzańczycy zaprotestowali przeciwko wdzieraniu się plemienia Sykulów na greckie ziemie, podając jako przykład miasto Menajnon, Duketios zapowiedział że opuści owe miasto i rzeczywiście tak uczynił, budując na południu nowe o nazwie Palike i przesiedlając tam ludność z opuszczonego Menajnon (453 r. p.n.e.). W tym też czasie zaczął bić własne monety na wzór grecki, tytułując się na nich królem Sykulów i Helenów, a to przesądziło o zerwaniu sojuszu i teraz wojna stała się faktem.





CDN.

środa, 22 marca 2023

DZIŚ NAM POTRZEBA NOWEJ SANACJI!

 POTRZEBA JAK DIABLI




Być może takie hasło mocno zniesmaczy (łagodnie mówiąc) wszelkiej maści libków, komuchów starej i nowej daty, oraz zwolenników dmowszczyzny (czy też jej korwinowskiej odnogi), ale tak, tak właśnie uważam - dziś potrzebujemy silnej partii a raczej silnego stronnictwa kilku partii sanacyjnych, partii reformy i naprawy kraju oraz wykorzystania naszego położenia geopolitycznego i strategicznego w obecnej wojennej sytuacji na naszej wschodniej granicy. Oczywiście są to jak na razie pobożne życzenia, gdyż niczego takiego na politycznym horyzoncie nie widać, a PiS, który jak dotąd pełnił funkcję "naprawiacza" kraju, okazał się co najwyżej (i to w najlepszym tego słowa znaczeniu) grupą rekonstrukcyjną Sanacji (chociaż ja osobiście uważam że to jest bardziej jej parodia). Po Prawie i Sprawiedliwości już niczego szczególnego się nie spodziewam (to znaczy żadnych konkretnych i zdecydowanych reform, aczkolwiek biorąc pod uwagę konkurencję polityczną tej partii, to w zasadzie nie ma wyjścia jeśli chodzi o wybór polityczny na kolejne lata, jak niestety dalej przedłużyć te rządy. Bo tutaj w zasadzie nie ma o czym rozmawiać, gdyż wszelkiego typu opozycyjna, totalna folksdojczeria (mniejsza lub większa) nie nadaje się nawet na to żeby zasiadać w sejmie w roli opozycji a co dopiero rządzić krajem. Jest to jednak sytuacja wybitnie toksyczna, nie może być bowiem tak, aby partia rządząca nie miała dla siebie żadnej pozytywnej alternatywy, w postaci silnej partii opozycyjnej. Nie totalnej a kontrolnej, nie zapatrzonej na obce stolice, a słuchającej głosu obywateli (obywateli, a nie fanatyków, w tym ludzi pełnych nienawiści - co częstokroć można spotkać na różnych forach typu wyborcza.pl czy oko.press). Niestety jak na razie takiej politycznej alternatywy nie ma, i nie widać aby w najbliższej przyszłości miało się pojawić. A silna partia sanacyjna jest bardzo potrzebna. Tym bardziej teraz, kiedy - jak jak to stwierdził ambasador niemiecki w Polsce - mamy swoje 5 minut.

Tak, 5 minut i tylko tyle? Od kilku już ładnych miesięcy intensywnie przyglądam się wypowiedziom (i działaniom) polityków, komentatorów, dziennikarzy oraz ambasadorów niemieckich na temat Polski i zauważyłem jedną ciekawą rzecz. Mianowicie przed 24 lutego 2022 r. sytuacja była w miarę klarowna. Owszem, nasze stosunki z Niemcami po 2015 r. nie należały do łatwych, ale nie powodowało to jakiegoś większego wzburzenia czy też większej aktywności medialnej polityków i publicystów nad Szprewy, panował tam raczej spokój (szczególnie po 2020 roku i zwycięstwie Joe Bidena w wyborach prezydenckich w USA). Ani politycy, ani dziennikarze niemieccy raczej nie zabierali zbyt często głosu na tematy Polski. Wyglądało to tak, jakby nie chcieli wtrącać się w wewnętrzne sprawy naszego kraju, co oczywiście się chwali, choć była druga strona tego medalu. A działano tak, ponieważ interesy niemieckie i tak były zabezpieczone zarówno wewnętrznie, przez rodzimą folksdojczerię, jak i zewnętrznie przez politykę USA Joe Bidena i Demokratów, która oddała kontrolę nad Europą w niemieckie ręce. Tak więc panowie (i panie) znasz Szprewy nie widzieli sensu ani potrzeby zbyt często zabierać głosu na tematy tak oczywiste dla nich, jak niepodważalna pozycja Niemiec w Europie, powiązanych sojuszem surowcowo-politycznym z Moskwą. Nawet kwestia reparacji dla Polski za zbrodnie popełnione przez przodków dzisiejszych Niemców w czasie II Wojny Światowej (choć budziła ich irytację) nie powodowała większego wzmożenia, ani też nerwowości.

Sytuacja jednak nagle zmieniła się po 24 lutego 2022 r. gdy moskowia postanowiła w imperialnym narkotycznym szale napaść na niepodległe państwo Ukrainę. Niesamowita i nigdzie wcześniej niespotykana pomoc, jaką ukraińscy uchodźcy znaleźli w Polsce i wsparcie, jakie udzielone zostało całej Ukrainie przez państwo polskie (zarówno w sprzęcie militarnym jak i politycznym i gospodarczym) doprowadziło do znacznego przetasowania geopolitycznego w Europie, do którego również swoim postępowaniem przyczynili się Niemcy. Ich konformizm, ich dwulicowość i wyczekiwanie na zwycięstwo moskowian, doprowadziło do sytuacji w której cała niemiecka soft power runęła na pysk i nawet Amerykanie (a raczej rządzący w USA demokraci) którzy wiele uczynili żeby dać Niemcom wolną rękę w Europie, zobaczyli że na Berlinie nie mogą polegać, gdyż Niemcy dążą (w taki czy inny sposób) do odnowienia relacji z moskowią, do powrotu do sytuacji sprzed 24 lutego, wyczekują tego momentu i są gotowi wiele poświęcić aby do tego doprowadzić. Amerykanie zauważyli więc, że stawiając na Niemców postawili na konia trojańskiego w Europie, na konia, który bocznymi bramami próbował przycisnąć moskiewskie wpływy na nasz Kontynent i ubrać to w hasło: "Europy od Władywostoku po Lisbonę". A Amerykanie - którzy podjęli się już jawnej (choć jeszcze nie gorącej i otwartej) konfrontacji z Chinami na Dalekim Wschodzie, muszą jednocześnie mieć zabezpieczone swoje wpływy w Europie, zaś stawianie na Niemcy, które widzą jedynie swoją przyszłość w sojuszu z moskowią te wpływy automatycznie niweluje. Nic więc dziwnego że prezydent biden dwa razy w ciągu jednego roku odwiedził Polskę, natomiast całkowicie pominął rusofilskie państwa typu Niemcy i Francja, które pragną jedynie powrotu do tego co było, i co doprowadziło do tej najokrutniejszej od czasów II Wojny Światowej - wojny na Ukrainie.




I tutaj też dochodzimy do zmiany niemieckiego stanowiska co do Polski, bo nagle okazało się, że Berlin do końca nie przewidział politycznych konsekwencji własnych działań. Nagle bowiem po 24 lutego 2022 r. obudzili się Niemcy w świecie, w którym nie oni już bezpośrednio rozdają karty w Europie, w świecie w którym Stany Zjednoczone już nie stawiają tak bezdyskusyjnie na niemiecką kartę i w świecie w którym w sposób nieprawdopodobnie szybki wzrosło geopolityczne znaczenie Polski. Wszystko to razem wzięte (a szczególnie ten ostatni punkt) powoduje bardzo silną niemiecką frustrację i przekłada się ona na wypowiedzi oraz działania niemieckich polityków, komentatorów, dziennikarzy, profesorów i oczywiście niemieckiego ambasadora w Polsce, pana Thomasa Baggera, którego jak widać chyba bardzo boli te nasze 5 minut. Dla Niemiec (i oczywiście dla Moskwy) wzrost znaczenia Polski w polityce europejskiej - nie mówiąc już oświatowej - jest krótko mówiąc nie do zaakceptowania. I ktoś mógłby tutaj powiedzieć że to jest ta typowa niemiecka buta, ten typowy niemiecki szowinizm, wywodzący że naród niemiecki jest zawsze i pod każdym względem lepszy (a ponieważ mam niemieckie korzenie, to i coś na ten temat mogę powiedzieć), zaś to wszystko co mieszka na Wschodzie (z wykluczeniem oczywiście Moskwy której Niemcy się boją), to jest słowiańska hołota z którą nie ma co się liczyć i należy ją wziąć pod but. Kwintesencją tego myślenia jest chociażby oberleutnant von Nogay z filmu "CK Dezerterzy" z 1986 r.), który robiąc musztrę, kazał ustawiać żołnierzy wielce walecznej armii austro-węgierskiej wedle narodowości i był mocno zdziwiony że w oddziale nie ma żadnego Austriaka, natomiast jest wiele narodów takich jak Słowacy, Serbowie, Czesi Morawianie, Polacy. Podsumował to więc krótko: "Czyli jednym słowem cała banda słowiańskich bydląt niezdolnych do samodzielnego życia". Choć jest to tylko filmowa fikcja, dobitnie pokazuje ona realną niemiecką butę i szowinizm.


płk. Wagner też zresztą Austriak - krótko podsumował działalność von Nogaya:
"Barbarzyństwo którym się pan wykazał jest biegunowo odległe od regulaminu. (...) Wie pan że nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić pańskie postępowanie".



Tak niemiecki szowinizm jest bardzo silny w tamtejszym narodzie (dodatkowo uważam że jest odwieczny, a nazizm był jedynie najbardziej ordynarną formą owego odwiecznego niemieckiego szowinizmu), to jednak w niemieckim postępowaniu politycznym (w szczególności zaś w postępowaniu w stosunku do Polski) nie on jest najważniejszy. Tutaj decyduje geopolityka i niestety czy to nam się podoba czy nie realnie rzecz biorąc Niemcy muszą podporządkować sobie Polskę, aby dzięki niej móc kontrolować nie tylko całe Bałkany ale również i państwa bałtyckie (Ukraina i Białoruś uważane były do tej pory za strefę wpływów moskowi). Zbytni bowiem wzrost pozycji Polski natychmiast odbija się na pozycji geopolitycznej oraz gospodarczej Niemiec (oczywiście mówimy tutaj o kwestiach hegemonii i dominacji, a nie o pokojowym współistnieniu i życiu naszych narodów czy w ogóle narodów europejskich). Stąd też podważenie dotychczasowej roli Niemiec na kontynencie natychmiast spowodowało jazgotliwy atak z tamtej strony, czego ostatnim chociażby przejawem była rozdmuchana w mediach niemieckich sprawa masowych grobów na granicy polsko-białoruskiej, jakoby polska Straż Graniczna chowała w masowych grobach (liczonych w setkach a nawet w tysiącach) bliskowschodnich migrantów, ściąganych tutaj przez reżim tego śmiesznego dyktatorka z Białorusi (towarzysza marchewki 😅). Oczywiście kilka zgonów było, ale nie były to ani setki ani tym bardziej tysiące, a ci, którzy przeszli na polską stronę otrzymali pełną pomoc medyczną i humanitarną (nas bowiem nie trzeba uczyć humanitaryzmu, ani zasad wolności czy praworządności. My to mamy w naszym DNA, w naszych genach, tak samo jak niestety i powtórzę to raz jeszcze niestety Niemcy mają w swoim DNA ten cholerny szowinizm w stosunku do Polaków i innych Słowian). Mało tego, część z owych migrantów przedostała się nawet do Niemiec, co też spowodowało że Niemcy - gdy ich wyłapali u siebie - to odesłali ich na polską stronę bo przecież oni ich u siebie nie chcą (i jak twierdzili Polska była pierwszym krajem w którym złożyli oni prośbę o azyl).

Potem przyszły inne medialne ataki ze strony Niemiec, jak choćby twierdzenia że Polska tak naprawdę niewiele pomaga Ukrainie, trochę tam zaczęła - teraz przestała, sprzęt jest słabej jakości i w ogóle to nie ma co liczyć na Polskę, gdyż to przecież Niemcy najbardziej pomagają Ukrainie (szczególnie wysyłając im partie kilkunastu tysięcy nie nadających się do użytku hełmów), a ci masowo zawyżają swoją pomoc, włączając w nią nie tylko ten sprzęt,który zadeklarowali się wysłać ale wciąż nie wysłali, lecz również takie kwestie jak szkolenie Ukraińców czy wysyłanie koców. Realna pomoc polega na umożliwieniu Ukrainie szybkiego zakończenia tej wojny i tylko taka pomoc się liczy. Żadne pieprzenie (za przeproszeniem) o humanitaryzmie, o wysyłaniu jakichś tam koców czy hełmów nie nadających się do użytku niczego nie zmieni. Ukraińcy muszą szybko wygrać z mostowianami te wojnę, wypędzić ich ze swojej ziemi i spowodować żeby na Kremlu żaden następca karzełka Putina nie pomyślał chociażby o podjęciu w przyszłości zbrojnej ofensywy przeciwko jakiemukolwiek państwu w Europie czy w Azji czy gdziekolwiek indziej. A tutaj Niemcy koncertowo dali ciała. Niemcy jako kraj o szowinistycznej mentalności, nie lubią też jak się ich poucza nie lubią jak się im pokazuje ich błędy i jak się ich pogania. Nie są przyzwyczajeni do takiego systemu, a szczególnie już nie są przyzwyczajeni do połejanek ze strony Polaków i to ich bardzo denerwuje, do tego stopnia że odzywają się te głosy w polityce niemieckiej, które do tej pory (czyli do 24 lutego 2022 r.) milczały. Ponieważ jednak Niemcy widzą, że Amerykanie przestawili wajchę bardziej na Wschód i zdając sobie sprawę że bez Polski nie ma Ukrainy (nie ma żadnej możliwości udzielenia pomocy Ukrainie bez Polski), postanowili mimo wszystko zmienić swoje podejście i postawić na Polskę a nie na Niemcy, stąd furia ambasadora, który twierdzi że to nie jest jeszcze takie do końca pewne, że my mamy tylko te 5 minut (uż sam fakt mówienia o 5 minutach pokazuje, że albo ktoś jest niestabilny emocjonalnie, albo jawnie był naszym wrogiem - i nie mówię tutaj o samym ambasadorze a o państwie niemieckim jako takim).

Niemcy teraz próbują pokazać że cokolwiek robią, że zerwali z Rosją i że zrozumieli swoje błędy, jednocześnie atakując Polskę za to, że pomaga najbardziej Ukrainie (biorąc pod uwagę zarówno pomoc humanitarną jak i militarną i ekonomiczną). Niemcy pragną pokazać się Amerykanom jako dobry piesek, ten który już nie gryzie, już zrozumiał że nie może i już teraz przyjaźnie merda ogonkiem. Rzeczywistość jest jednak taka, że to Niemcy i Francuzi najbardziej żałują wybuchu tej wojny (oczywiście ta wojna jest nieszczęściem i jej wybuch był katastrofą, ale jednocześnie tak jak wybuch I Wojny Światowej przyniósł nam Niepodległość, tak wojna na Ukrainie dała nam możliwość zmiany naszego geopolitycznego położenia. Wraz z Ukrainą Polska wraca na swoje miejsce w Europie, przerwane ponad dwieście lat temu rozbiorami i komunistycznym zniewoleniem. Jednak aby wykorzystać tą okazję geopolityczną, jaka kształtuje się przed naszym krajem, należy przywrócić dawną Sanację (oczywiście nową jej wersję, uwspółcześnioną) ale mentalnie tę dawną, tę, która wytworzyła tak wspaniały rodzaj ludzkiego charakteru.



niedziela, 19 marca 2023

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XLII

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XXXI







ŻONA
SERAJ POD RZĄDAMI
ROKSOLANY/HURREM
(1534-1558)
Cz. XVI



"JAKŻE WSZYSTKO UMILKŁO WOKÓŁ"
CZYLI ZNÓW NIESZCZĘŚCIA



"Chwało władców religii chrystusowej wiedz, że na prośbę twego ministra Polina przyznałem mu mą straszliwą flotę wyposażoną we wszystko, co niezbędne. Wydałem rozkaz Hayreddinowi, memu Kapudan Paszy, by wysłuchał twych zamiarów i uformował swe działania ku zatracie twoich wrogów... Uważaj, by twój wróg znowu cię nie zwiódł, zgodzi się na pokój z tobą, tylko jeśli zrozumie, że jesteś zdecydowany na to, by toczyć z nim nieustannie wojnę. Niech Bóg błogosławi tych, którzy cenią sobie mą przyjaźń i których chronią me zwycięskie wojska" - list takiej treści wysłał sułtan Sulejman do Paryża, do króla Franciszka, tuż przed opuszczeniem przez siebie Konstantynopola 23 kwietnia 1543 r. Nim jednak przejdę do początków tego konfliktu i trwogi, jaka wówczas spadła na Italię a w szczególności na Rzym, warto nadmienić jeszcze o innych listach wysyłanych w tym czasie bezpośrednio z sułtańskiego haremu ale pisanych ręką nie samego Sulejmana a jego małżonki, sułtanki Rokolany/Hurrem. Gdzieś tak bowiem w styczniu 1543 r. (a może nawet jeszcze z końcem poprzedniego roku) nawiązała ona korespondencję listowną z królową Węgier (a właściwie już tylko Siedmiogrodu) Izabelą Jagiellonką i jej matką, polską królową Boną z rodu z Sforzów. Nie wiadomo czy inspiracja do pisania owych listów wyszła ze strony samego sułtana, czy też to Hurrem osobiście nawiązała owe kontakty, w każdym razie wytworzył się swoisty żeński triumwirat, w którym (o czym zresztą świadczą owe listy) wszystkie trzy niewiasty rozumiały się ze sobą bardzo dobrze. Hurrem obiecywała w nich Izabeli swoje wsparcie dla niej i dla jej syna (zaledwie 3-letniego Jana Zygmunta Zapolyi). Tytułowała też Izabelę swoją "najdroższą córką" i zapewniała, że może ona liczyć na wsparcie sułtana i jego armii w walce z Habsburgami. Ponadto Hurrem w korespondencji z Boną obiecywała jej swe poparcie co do planów małżeństwa króla Zygmunta II Augusta z francuską księżniczką Małgorzatą, do czego też dążyła Bona aby uniemożliwić mariaż jej syna z Elżbietą Habsburg. Byłoby to bowiem dopełnienie sojuszu Imperium Osmańskiego z Francją i Polską, a jednocześnie przerwałoby tak niebezpieczny dla Osmanów związek jagiellońsko-habsburski.

W tej właśnie sprawie do Krakowa przybył 28 stycznia 1543 r. poseł turecki Jan Kierdej, który prócz darów dla króla Zygmunta I Jagiellończyka, przywiózł listy do królowej Bony od sułtanki Hurrem. Zygmunta w tym czasie nurtowało wielkie pytanie: bić się z Turkami w obronie wiary chrześcijańskiej, czy nie bić? Dworskie stronnictwo hetmana wielkiego koronnego - Jana Amora Tarnowskiego opowiadało się za wojną, przeciwko była oczywiście królowa Bona i związani z nią ludzie. Sam Zygmunt był raczej niechętny wojnie, jako że mierzył siły na zamiary i dobrze wiedział że szlachta nie zgodzi się na nowe podatki w wojnie napastniczej, a bez pieniędzy nie było nawet co myśleć o wojnie. 29 stycznia 1543 r. doszło na Wawelu do narady z tureckim posłem, podczas której król wyraził oburzenie postępowaniem Turcji na Węgrzech, w szczególności zaś zajęciem Budy i Pesztu oraz stworzeniem pasaliku ze środkowych Węgier. Jednocześnie Zygmunt skarżył się na działania Osmanów, którzy dopuszczają do najazdów Tatarów na ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego i Korony Polskiej i deklarował że jeżeli te dwa państwa mają być przyjaciółmi i sojusznikami to takie rzeczy nie mogą być tolerowane. Na owym spotkaniu obecna była również królowa Bona Sforza i to ona wówczas zadeklarowała, że lepiej: "aby Izabela zginęła razem z synem lub była zakładniczką u Turków, niż żeby Ferdynand drogą pokojową opanował Węgry". Tego typu deklaracja była ogromnym skandalem, gdyż nie tylko podważała politykę króla Zygmunta, ale również godziła zarówno w chrześcijaństwo jak i w samą Izabelę. Zygmunt nie zamierzał zostawiać córki samej i w najlepszym wypadku radził jej utrzymać przyjaźń z sułtanem, natomiast Bona żądała wręcz od córki, aby ta zabiegała o względy Sulejmana i czyniła wszystko, by przeszkodzić Habsburgom w opanowaniu całych Węgier. Gdy Izabela w swych listach do matki prosiła ją o pieniądze - aby móc ratować się ucieczką z Węgier, ta odpisywała że woli widzieć Węgry w rękach Turków, niż pod berłem Ferdynanda i że córka ma zostać na miejscu, aby strzec praw swego syna do Korony św. Stefana.




A tymczasem w maju i czerwcu 1543 r armia sułtana Sulejman wkroczyła na Węgry. Kolejno padały poszczególne twierdze wierne Ferdynandowi Habsburgowi, m.in: twierdza Valpovo nieopodal Osijeku (zdobyta została przez bejlerbeja Rumelli - Ahmeda Paszę, czy twierdza Siklos. 23 lipca sułtan był już w Budzie, gdzie należycie wynagradzał dowódców, którzy wsławili się w dotychczasowej kampanii. Szybko też ruszono w kierunku twierdzy Esztergom (duchowej stolicy Węgier) której bronił garnizon składający się z 1300 najemników (Niemców Włochów i Hiszpanów). Obrona trwała trzy dni, po czym Sulejman w zdobytym Esztergomie (w tamtejszej katedrze zamienionej na meczet) odprawił swoje modlitwy do Allaha. Znoszono też ku niemu i rzucano pod nogi odcięte nosy i uszy obrońców owej twierdzy. W sierpniu padł też Białogród Królewski (czyli Szekesfehervar), miejsce pochówku królów Węgier. Stamtąd to Sulejman wysłał swe listy do króla Francji, do weneckiego doży, do przywódców miasta Raguzy i do gubernatorów Imperium Osmańskiego, zawiadamiające ich o zdobyciu węgierskich twierdz i pokonaniu Ferdynanda, który - jak dodawał Sulejman - ponownie uciekł niczym kobieta, nie podejmując walki. W tym czasie królowa Izabela Jagiellonka przeżywała ciężkie chwile w siedmiogrodzie, nie wiedząc co czynić dalej i gdzie szukać schronienia. Przyszłość jej i jej syna wydawała się rysować w ciemnych barwach a ona gotowa była szukać schronienia nawet w Wiedniu (co też spotkało się z histerycznym wręcz zakazem Bony, która stwierdziła, że córka w ostateczności może przybyć do Krakowa). Ostatecznie nie doszło jednak do wyjazdu, gdyż sułtan Sulejman - syty zdobyczami osiągniętymi na Węgrzech -we wrześniu 1543 r. powrócił do Konstantynopola. Europejska granica Imperium Osmańskiego była stabilna jak nigdy dotąd, wzmocniona dodatkowo pasem ziem wokół Budy. Sulejman mógł więc w glorii chwały powrócić do swej stolicy i choć nie dotarł do Wiednia (zbliżała się już jesień a lekcja z 1529 r. nie poszła w zapomnienie) to mógł uważać się za największego zwycięzcę tej kampanii.

Podczas gdy sułtan umacniał swoją władzę na Węgrzech, jego admirał Hayrredin Barbarossa na czele 200 okrętów wypłynął na morze, obierając kurs na Italię. Rzym ogarnęła panika, a to, co wówczas działo się w owym mieście trudno opisać słowami. Ludzie uciekali w popłochu - porzucając swe domostwa, aby czym prędzej wydostać się z owego grodu Romulusa, który jak powszechnie uważano - skazany jest już na upadek. Kto miał konia był szczęściarzem, reszta pakowała swój dobytek na wozy i zaprzęgała do nich nawet osły a niekiedy psy czy choćby świnie, byle tylko uciec jak najdalej. W najgorszym położeniu były oczywiście kobiety, szczególnie te, które nie mogły liczyć na pomoc żadnego mężczyzny. Włoski kronikarz Paulo Giovio - naoczny świadek tamtych dni, tak oto opisuje to, co działo się z niewiastami - które wiadomo było jak skończą w przypadku zdobycia Rzymu przez Osmanów: "Kobiety zamężne, panny na wydaniu, mniszki - wszystkie opuszczały swoje domy i swoje klasztory i zapominając o własnej godności, płaczliwym głosem nagabywały pierwszego lepszego przechodnia napotkanego w mroku, by pokazał im drogę do najbliższej miejskiej bramy i niósł przed nimi światło". Opis ów nie oddaje jeszcze całej grozy tamtych wydarzeń i tego, że w zamian za ratunek kobiety były skłonne oddawać się komukolwiek aby tylko uniknąć osmańskiej niewoli, co uważano za gorsze od śmierci. A tymczasem Hayreddinowi Barbarossie wystarczał sam strach, jaki budziła jego osoba i miast na Rzym, kierował się ku Marsylii na spotkanie z królem Franciszkiem. Wcześniej jednak, w miesiącach kwiecień-czerwiec 1543 r. jego ludzie pustoszyli wybrzeża Kalabri, Sardynii, Korsyki i Neapolu, nie stroniąc przy tym od gwałtów i porwań. Sam Wielki admirał postanowił się nieco rozerwać. On, 65-letni wilk morski zakochał się i poślubił 18-letnią córkę gubernatora Don Diego Gaetano - Donnę Marię, która dla niego przyjęła islam i została żoną największego muzułmańskiego korsarza w dziejach. Barbarossa był w niej tak bardzo zakochany że częstokroć nie całymi dniami nie opuszczał swej kajuty na okręcie (ona oczywiście płynęła z nim, ale jako muzułmanka nie opuszczała kajuty, aby nie pokazywać się innym mężczyznom - a jeśli już to tylko z odpowiednim nakryciem głowy i twarzy), a potem powiadano, że to właśnie chęć sprostania obowiązkom małżeńskim doprowadziła do jego przedwczesnej śmierci trzy lata później.




A tymczasem osmańska flota dotarła do Marsylii, gdzie była witana z wielką pompą przez królewskiego namiestnika na morzach Lewantu - Francois de Bourbon monsieur d'Enghien. Wraz z nim obecny był tam francuski następca tronu 24-letni książę Henryk (syn króla Franciszka), który ofiarował admirałowi Barbarossie specjalnie wykonaną szablę i kilka z innych podarków (ten zaś odwdzięczył się kilkoma końmi arabskimi z kosztownymi siodłami i czaprakami, które były prezentem dla króla Franciszka). Tłumy ciekawskich otaczały wówczas samego kapudan paszę i to zarówno ze strony szlachty (która ściągała tam z Paryża całymi rodzinami) jak i zwykłych mieszczan, chętnych na własne oczy ujrzeć sławnego korsarza Morza Śródziemnego. Urządzano też dla niego nieustannie bankiety oraz parady i to do tego stopnia, że wreszcie samemu Barbarossie zaczęło to przeszkadzać. Król Franciszek jednak pragnął się pokazać z jak najlepszej strony i jednocześnie udowodnić sulejmanowi że godzien jest jego przyjaźni (choć stan floty i armii francuskiej mocno temu przeczył). Na paryskim dworze Franciszka Walezjusza zawsze było mnóstwo cudzoziemców, nie tylko Francuzów ale również Włochów, Hiszpanów, Niemców, Szkotów i Polaków. Tak naprawdę jednak w tym czasie rządziły dwie koterie dworskie na których czele stały dwie kobiety: Anne de Pisseleu d'Heilly księżna d'Etampes - królewska faworyta (którą Franciszek nazywał swoją blondyneczką) oraz Diana de Portiera - kochanka następcy tronu, księcia Henryka. Małżonka delfina - Katarzyna Medycejska znajdowała się w tym czasie na uboczu, ale była się ona w kręgu ulubienic samego króla i dla niego uczyła się nawet greki (o czym pisałem już w poprzednich częściach). Poseł florencki pisał w grudniu 1544 r. iż: "La Delfina pilnie poświęca się naukom, a przede wszystkim studiom greckim, tak dalece, że wzbudza podziw w każdym mężczyźnie". Ani ona jednak, ani żadna z kobiet będących na dworze Franciszka Walezjusza (oczywiście nie licząc tych które przyjechały do Marsylii wraz ze swoimi mężami), nie widziały jednak Barbarossy na własne oczy.

Nie widział go i nie spotkał się z nim również sam król, któremu tylko donoszono o zachowaniu tureckiego admirała. A ten wpadał w coraz większy gniew, bowiem okazało się, że Francuzi zapomnieli dostarczyć zaopatrzenia jego załogom, a poza tym pierwotny plan ataku uległ zmianie, co nie było wcześniej uzgodnione z samym sułtanem. Barbarossa dążył bowiem do szybkiego zaatakowania hiszpańskiej floty pod wodzą samego Andrea Dorii (tego, którego pokonał w bitwie pod Prewezą w 1538 r.), ale król Franciszek obawiał się ataku na Hiszpanię (przede wszystkim obawiał się reakcji chrześcijańskiego świata na fakt, iż sprzymierzył się z muzułmanami przeciwko chrześcijańskiemu władcy) i odmówił podjęcia takiej wyprawy. Jak pisał Prudencio de Sandoval, turecki admirał: "Ryczał, rwał sobie brodę, wściekły, bo odbył tak długą podróż, z tak wielką flotą, by przekonać się, że z góry jest skazany na bezczynność". Oczywiście nie do końca pozostawał bezczynny. Miał bowiem młodą żonę, która pobudzała w nim młodzieńcze instynkty i którą (jak już wcześniej wspomniałem) praktycznie nie opuszczał, nie wychodząc ze swojej kajuty. Zamiłowanie do pięknych kobiet (a Donna Maria ponoć była bardzo piękna, do tego blondynka) których w swoim życiu miał bardzo wiele (w tym kilka żon), dzielił Barbarossa z królem Franciszkiem, który mawiał że dwór jest jak ogród a kobiety są jak kwiaty które ten ogród czynią pięknym. Niestety, od częstego "wąchania" owych "kwiatów" nabawił się Franciszek męskiej niemocy i w owym 1543 roku wyprawił ekspedycję do Brazylii, aby stamtąd przywieziono mu pewien tajemniczy korzeń - stosowany przez miejscowych Indian dla pobudzenia męskości. Tak też się stało, ale niestety niewiele to pomogło i król do końca swego życia (które nastąpiło cztery lata później) rzadko kiedy mógł ponownie stanąć na wysokości zadania, a co najwyżej jedynie popatrzeć sobie na to, co kochał od młodości.




Nim jednak przyjdę do działań wojennych, prowadzonych na zachodnim froncie w roku 1543 i 1544, przenieśmy się teraz na moment do Konstantynopola, czyli do miasta, do którego wrócił zwycięski Sulejman. Radość z odniesionego zwycięstwa nie trwała jednak długo, już bowiem dwa miesiące później czyli w listopadzie 1543 r. nadeszła nad Bosfor smutna wiadomość. Oto bowiem w Manisie (do której został wysłany zaledwie rok wcześniej) zmarł książę Mehmed - najstarszy syn Sulejmana i Hurrem oraz faworyt ojca w walce o następstwo osmańskiego tronu (niektórzy historycy twierdzą, że Sulejman popierał Mehmeda i to jego widział właśnie jako swego następcę, całkowicie pomijając najstarszego syna zrodzonego z Mahidevran - księcia Mustafę, którego odesłał z Manisy i wysłał do dalszej, wschodniej prowincji Amasyi - co niewątpliwie przez Mustafę mogło być odebrane za rodzaj swoistej kary, lub też utraty ojcowskiego wsparcia). Według oficjalnych przekazów książę Mehmed zachorował na ospę 31 października 1543 r. a zmarł w wieku 22 lat 7 dni później. Pozostawił po sobie jedną córkę, sułtankę Humasah (jej matką prawdopodobnie była nałożnica księcia - Aya Hatun) która stała się ulubienicą swego dziadka sułtana. Sulejman bardzo przeżył śmierć swego ulubionego potomka, ku jego pamięci kazał wznieść meczet w Konstantynopolu oraz napisał elegię na cześć swego syna. 






CDN.

czwartek, 16 marca 2023

ZABAWNE SCENY Z POLSKICH FILMÓW I SERIALI - Cz. XXV

RAZ JESZCZE POWRÓT DO "MIODOWYCH LAT"



DZIŚ ZAMIERZAŁEM PRZEDSTAWIĆ NIECO INNY TEMAT, ALE PONIEWAŻ NIE UDAŁO MI SIĘ WYROBIĆ, PRZETO POSTANOWIŁEM RAZ JESZCZE POWRÓCIĆ DO ZABAWNYCH FRAGMENTÓW Z SERIALU "MIODOWE LATA". SERIAL TEN KRĘCONY PONAD DWADZIEŚCIA LAT TEMU, ŚMIESZY DO DZIŚ I WEDŁUG MNIE WCALE SIĘ NIE ZESTARZAŁ. DLATEGO TEŻ ZAPRASZAM DO OBEJRZENIA WYBRANYCH FRAGMENTÓW SERIALU, DZIŚ JEDNAK WYJĄTKOWO W FORMIE OBRAZKOWEJ:






I

KAROL KRAWCZYK ZNAJDUJE W TRAMWAJU WALIZKĘ, POTEM OKAZUJE SIĘ ŻE JEST TAM FAŁSZYWA FORSA


"Może sprzedaj tę walizkę za trzy dychy?"

"Czyś ty zgłupiał? Jaki debil kupiłby taki szajs za 30 zł?!"

"Norciu, a może chcesz kupić...?" 😄




II

KAROL KRAWCZYK PRAGNIE ZROBIĆ AFRYKAŃSKI BIZNES ŻYCIA


"To może teraz twoja murzyńska i moja biała, konkreten machen, bitte"

"Ale że co?" 😀




III

KAROL KRAWCZYK CHCE ZOSTAĆ SUPER- SIERŻANTEM I WALCZY O GŁOS SWEGO PRZYJACIELA - TADEUSZA NORKA Z KTÓRYM WCZEŚNIEJ SIĘ POKŁÓCIŁ


"A pamiętasz jak kiedyś dostałeś strzałą z łuku? To kto zamówił taksówkę i odwiózł cię do szpitala? Ja! Kto cię odwiedzał codziennie? Ja! Kto przynosił ci napoje, słodycze? Ja!"

"A kto do mnie strzelał? Ty!" 😅




IV

PEWIEN OSZUST PODAJĄCY SIĘ ZA PROFESORA, SPRZEDAJE KAROLOWI KRAWCZYKOWI RECEPTURĘ NA POROST WŁOSÓW


"Nie tyle, zwariowałeś? Człowieku, przecież profesor pracował nad tymi składnikami 30 lat. To jest H2O a ty to lejesz jakby to była zwykła woda" 🤣




V

KAROL Z TADKIEM CHCĄ NAPISAĆ PIOSENKĘ, KTÓRA MA STAĆ SIĘ PRZEBOJEM 


"Tramwaj pędzi po prostej, i po rondzie, a w nim motorniczy..."

"O głupim wyglądzie" 😀




VI

KAROL MÓWI TADKOWI ŻE ON U SIEBIE W DOMU JEST PANEM, A JEGO ŻONA ALINA TYLKO "CZĘŚCIĄ INFRASTRUKTURY". NAMAWIA WIĘC NORKA ABY POSTAWIŁ SIĘ SWOJEJ ŻONIE DANUCIE, ZBUDZIŁ JĄ W ŚRODKU NOCY I KAZAŁ SOBIE ZROBIĆ KAKAO


"Przecież sam mówiłeś, tak? No powiedz Ali żeby ci zrobiła kakao!" 🤣




I JESZCZE JEDNO:

Tadek mówi do Karola 
"Skoro jesteśmy panami domu, to dlaczego musimy spać na materacu w kuchni a dwie infrastruktury śpią sobie w wygodnych łóżkach?" 😭



KAROL CHCE WYGRAĆ KONKURS NA NAJMILSZEGO MOTORNICZEGO I TRENUJE W DOMU... PRZY TEŚCIOWEJ 




WALKA PŁCI
PAN DOMU I INFRASTRUKTURY 😅




KRAWCZYKOWIE I NORKOWIE ZAKŁADAJĄ LOKALNĄ GRUPĘ MUZYCZNĄ: "LAS WOLAS"



poniedziałek, 13 marca 2023

POLSKA IDEA IMPERIALNA - Cz. III

CZYLI BROSZURA WYDANA W 1938 ROKU 
POD EGIDĄ "POLITYKI"





POLSKA IDEA IMPERIALNA

Cz. III







II
USTRÓJ POLITYCZNY



1) POGODZENIE IDEAŁÓW SIŁY I WOLNOŚCI 


 Wskrzeszenie polskiej siły państwowej przy równoczesnym zachowaniu tradycyjnych wartości polskiej kultury narodowej było celem życia Józefa Piłsudskiego. Misja ta znalazła swój wyraz w Konstytucji z 23 kwietnia 1935 r. Zarówno całe życie Piłsudskiego, jak i dosłowne brzmienie Konstytucji kwietniowej wskazują wyraźnie, w jakim kierunku winna iść dalsza jej realizacja. Przebija z nich na każdym kroku troska o pogodzenie ideałów siły i wolności.

Państwem nie może rządzić gromada jednostek reprezentujących rozbieżne interesy polityczne i gospodarcze. Jednostka kierująca państwem musi panować niepodzielnie nad skłóconymi grupami interesów, nie zaś im podlegać. Tylko wtedy bowiem będzie ona mogła obrać tego rodzaju wytyczną działania, która by była syntezą nadrzędnych interesów państwa, a nie szkodliwym kompromisem stwarzającym niczym nieuzasadnione przywileje i podważającym spoistość państwa.

Reprezentować nadrzędny interes państwa może tylko jednostka, stojąca ponad rozbieżnymi grupami interesów, ale tworzyć potęgę państwa musi cały naród. Twórczość jest jednakże czynnością duchową i jako taka może się pomyślnie rozwijać tylko w atmosferze ładu i wolności.

Wyrazem potrzeby siły i wolności oraz należytego między nimi kompromisu jest Konstytucja kwietniowa. Dlatego też stoimy na gruncie tej Konstytucji, domagając się jednak szczerego wykonania nie tylko jej litery, ale również i ducha: uczciwego wypełnienia nie tylko tych artykułów, które mówią o uprawnieniach władzy wykonawczej, lecz również tych, które mówią o współudziale społeczeństwa w pracy państwowo-twórczej. Odsunięcie społeczeństwa od tej pracy, zepchnięcie obywateli do roli biernych, zalęknionych i w głębi duszy nienawidzących autokartyzmu poddanych jest prawie równym nieszczęściem, jak słabość rządów liberalno-parlamentarnych. (...) Odebranie jednak społeczeństwu wpływu na stanowienie praw, oraz kontroli nad rządem co do sposobu wykonywania ustaw, prowadzi do dyktatury biurokratycznej odgradzającej zarówno prezydenta jak i rząd od rzeczywistych opinii i potrzeb społeczeństwa.

Ucisk biurokratyczny oraz upadek moralności publicznej, wywołany niewłaściwym systemem doboru administracji, powoduje ruchy rewolucyjne stające się zarzewiem anarchii. W ten sposób zarówno podporządkowanie władzy wykonawczej nieskrępowanemu partyjniactwu, jaki uzależnienie składu izb ustawodawczych od woli rządu prowadzi do jednakowych rezultatów: rodzi komunizm, względnie formy bezideowego totalizmu. Odrzucamy bezwzględnie jedno i drugie, domagając się stanowczo odseparowania funkcji władzy wykonawczej od funkcji organów stanowiących prawa.

Partie polityczne w żadnym wypadku nie mogą mieć możności rządzenia krajem; Konstytucja kwietniowa przewiduje dostatecznie silne gwarancje w tym względzie. Tak samo władza wykonawcza nie może w sposób ani jawny, ani też ukryty przez odpowiednio skonstruowaną ordynację wyborczą, mianować składu izb ustawodawczych. Wtedy bowiem praworządność ograniczająca samowolę władzy staje się fikcją, albowiem uzależniony od władzy wykonawczej sejm i senat uchwalą takie prawa, jakich ta władza zażąda. 


2) ORDYNACJA WYBORCZA 


 Obowiązujące obecnie w Polsce ordynacja wyborcza wprowadziła system ustalania kandydatur, który dopuszcza do izb ustawodawczych wyłącznie elementy dogadzające panującemu reżimowi. Uzależnienie zarówno obecnego jak i poprzednich sejmów od woli rządu, doprowadziło do uchwalenia takich ustaw, które odebrały społeczeństwu najbardziej istotne gwarancje praw obywatelskich, jakimi są niezawisłość sędziowska, samorząd terytorialny i gospodarczy, aparat administracyjny zdyscyplinowany, ale pewny swoich praw, wolności prasy i wolność zrzeszenia się. Jesteśmy świadkami coraz bardziej fatalnego uzależnienia życia gospodarczego od dowolności biurokratycznej, tak że nawet ta ostatnia gwarancja niezależności obywatelskiej, jaką jest własność prywatna, wysuwa się coraz bardziej z rąk społeczeństwa. Możliwość szykan biurokratycznych, przed którymi nie ma realnych i szybkich środków obrony, umożliwia wywieranie presji nie tylko na świat urzędniczy, ale i na każdą prywatną jednostkę.

Wszystko to sprawia, że o ile społeczeństwo nie ma się oddalać coraz bardziej od państwa, system ustalania kandydatur musi być w ordynacji wyborczej zmieniony w taki sposób, aby pozwolił wszystkim grupom społecznym na swobodne stawianie kandydatur. Jest to kardynalny warunek, bez którego nie można sobie wyobrazić panowania w kraju zagwarantowanej przez Konstytucję władzy, która by posiadała za sobą nie tylko przymus fizyczny, ale i poparcie moralne społeczeństwa.

Wypowiadając się za zmianą systemu ustalania kandydatur, domagamy się równocześnie wprowadzenia możliwie ostrych przepisów mających na celu:

  1. Zagwarantowanie czystości wyborów;
  2. Zapewnienie zdecydowanie polskiej większości;
  3. Utrudnienie demagogii partyjnej;
  4. Likwidację wpływu obcych agentur na wynik wyborów;

W tym celu żądamy pozostawienia głosowania na osoby, a nie listy, ustanowienia kurii narodowościowych w okręgach o ludności mieszanej, specjalnie zaś wyznaczeni a dla kur i żydowskiej najwyżej 3 % ogólnej ilości posłów i senatorów, ustanowienia wyjątkowo ostrych przepisów przeciwko osobom i organizacjom korzystającym z pomocy oraz ulegającym wpływom obcych agentur. Wypowiadamy się, w myśl wyżej wyrażonych punktów, przeciw zasadzie proporcjonalności, zniesionej zresztą przez samą Konstytucję.

Ordynacja wyborcza do senatu winna być oparta na analogicznych zasadach co ordynacja wyborcza do sejmu, z wprowadzeniem jedynie klauzul mających na celu dopuszczenie do senatu w wyższym stopniu czynnika rozwagi politycznej oraz fachowości. Dałoby się to uzyskać poprzez podwyższenie granicy wieku, wymaganie pewnego minimum wykształcenia, wprowadzenie ograniczonej ilości nominatów Prezydenta i ewentualnie wirylistów piastujących godność senatora w związku z zajmowanym stanowiskiem. Łączna ilość nominatów i wirlistów nie mogłaby jednak wynieść więcej niż 1/4 ogólnej liczby senatorów, a to w tym celu, aby nie przesądzać przez to o wynikach pracy senatu.

Przeciwko uniezależnieniu składu izb ustawodawczych od woli rządu walczy się stale argumentem, że z chwilą gdy do tego dojdzie, role ulegną odwróceniu i z kolei rząd stanie się uzależniony od izb ustawodawczych, co grozi powrotem do czasów anarchii parlamentarnej. Stanowisko takie dowodzi albo nieznajomości Konstytucji kwietniowej, albo też złej wiary w jej interpretacji. Konstytucja kwietniowa nie daje bowiem izbom ustawodawczym żadnego wpływu na mianowanie rządu, którego skład jest w zupełności zależny od woli Prezydenta. Izby ustawodawcze mają jedynie prawo kontroli nad rządem, obaliwszy jednak rząd czy też ministra, nie tylko nie mają prawa mianować w ich miejsce swych własnych kandydatów, ale same mogą ulec rozwiązaniu. W ten sposób dąży Konstytucja kwietniowa do ścisłego oddzielenia funkcji rządzenia od funkcji ustawodawczych oraz kontrolnych i zatarcie tego podziału byłoby zniweczeniem jednej z najbardziej istotnych postanowień tejże Konstytucji. 


3) REFORMA STOSUNKÓW WEWNĄTRZ-POLITYCZNYCH


 Po przeprowadzeniu naczelnego postulatu zmiany ordynacji wyborczej, żądamy dokonania następujących reform:

  1. Wprowadzenia trybunału stanu sprawdzającego zgodność ustaw z Konstytucją;
  2. Gruntownej reformy samorządu terytorialnego i gospodarczego mającej na celu: a) usunięcie z jego terenu rozgrywek politycznych przez odseparowanie wyborów do ciał samorządowych od wyborów do izb ustawodawczych; b) uwolnienie samorządu od nadmiernej zależności ze strony administracji państwowej przez dopuszczenie do niego absolutnie niezależnego czynnika obywatelskiego, zniesienie rządów komisarycznych i odciążenie od nadmiaru poruczonych czynności administracyjnych; c) ściślejsze zespolenie samorządu gospodarczego z potrzebami lokalnymi przez jego rozbudowę w głąb do niższych jednostek samorządu terytorialnego;
  3. Zniesienia tych klauzul pragmatyki sędziowskiej, które czynią z niezawisłości sądów fikcję;
  4.  Uchwalenia odpowiedniej pragmatyki służbowej, której brak czyni z wyższej biurokracji panów życia i śmierci administracji państwowej;
  5. Ustanowienia wyjątkowo ścisłych środków kontroli, która by uniemożliwiała jednostkom piastującym wyższe godności państwowe wyzyskiwanie swoich wpływów dla korzyści osobistych lub też politycznych;
  6. Pełnej niezależności prac Najwyższej Izby Kontroli oraz poddania jej badaniom wszelkich bez wyjątku instytucji i przedsiębiorstw publicznych i społecznych, a nie tylko administracji państwowej w ścisłym tego słowa znaczeniu;
  7. Ustawowego zakazu tajnych związków;
  8. Wprowadzenia w życie ustawy prasowej, o zgromadzeniach i stowarzyszeniach, uniemożliwiającej z jednej strony nadużywanie swobód, a z drugiej stosowanie przez administrację państwową nieuzasadnionych szykan.


ZABAWNY FRAGMENT Z "KARIERY NIKODEMA DYZMY":

3:50 - "Pan nie czuje dystansu jaki nas dzieli?"

"Jaki dystans? Chyba ten, że ja jestem normalny a ty masz fiksum dyrdum we łbie!"



CDN.