Łączna liczba wyświetleń

sobota, 29 maja 2021

MIEJSKIE LEGENDY, OPOWIADANIA I NIEZWYKŁOŚCI - Cz. X

CZYLI MAŁO ZNANE TAJEMNICE

I AUTENTYCZNE WYDARZENIA,

KTÓRE OSNUWA AURA BAJKOWOŚCI

I NIEPRAWDOPODOBIEŃSTWA





 

II

CZY LUKRECJA BORGIA

SYPIAŁA ZE SWOIM OJCEM I BRAĆMI?

Cz. VI

 



 
 MEDIOLAN SFORZÓW
Cz. V
 
 
 
 "Księżna uniosła głowę znad listu i popatrzyła w okna. Gwar dochodzący zza cienkich szyb mącił jej myśli. Minęło ponad dwa i pół roku, odkąd zamieszkała z córkami w pałacu Arengo. Jakże inne to było miejsce od zamku Sforzów, położonego na skraju miasta, otoczonego cienistymi kasztanowcami i pogrążonego w żałobie po Beatrycze d'Este. Tutaj, w pałacu Arengo i wokół, życie tętniło, kipiało na przestronnym Piazza del Duomo, a dzwony katedralne wybijające w południe donośną melodię na Anioł Pański zagłuszały wrzawę, powodując, że tłum na chwilę przystawał i wsłuchiwał się w ich pieśń. Księżna lubiła spoglądać na katedrę, której białe monumentalne marmury srebrzyły się w letnim słońcu (...) W pogodne dni wystawała na balkonie z córkami, pilnie obserwując życie, które toczyło się tuż pod ich stopami" - fragment książki Renaty Czarneckiej pt.: "Madonny z Bari. Matka i Córka - księżna Mediolanu i królowa Bona".
 
 
 Nie zastawszy na zamku w Bari księżnej Izabelli i jej córki Bony, królewscy posłowie - Ostroróg i Konarski zmuszeni byli podążać dalej na południe, do Neapolu, gdzie - jak ich poinformowano - udała się księżna pani wraz ze swą córką. Po drodze docierały do nich wieści, rozsiewane przez wrogów Sforzów, jakoby księżna Izabella była zwykłą intrygantką, starającą się jak najlepiej "sprzedać" swoją córkę, zaś o Bonie mawiano że "jest brzydka jak noc" i biegła w umiejętności skutecznego ukrywania swej brzydoty. Rozmijało się to wiele z wcześniejszych wyobrażeń i opinii, jakie docierały do Krakowa o włoskich księżniczkach z Bari, dlatego też posłowie byli mocno skonfundowani udając się w dalszą drogę do Neapolu. Oskarżenia o brzydotę okazały się oczywiście nieprawdą, ale jednocześnie zarówno król Zygmunt Jagiellończyk, jak też spora część jego dworzan liczyła na to, że poślubi on jakąś nieśmiałą białogłowę, która przypominałaby baśniową królewnę, a tymczasem księżniczka Bona - pomimo młodego wieku - była pewną siebie, bezwzględną kobietą, zdecydowanie dążącą do raz obranego celu - a odziedziczyła te przymioty po swej matce Izabelli Aragońskiej. 20 listopada 1517 r. dwaj polscy posłowie ujrzeli wreszcie księżnę Izabellę i jej córkę w miasteczku Marigliano, dokąd to obie damy przybyły na powitanie wysłanników króla. W sporządzonym tego dnia raporcie dla króla Zygmunta, tak oto sportretowano młodą Bonę: "Włosy ma śliczne jasnopłowe, podczas gdy (rzecz dziwna) rzęsy i brwi są zupełnie czarne. Oczy raczej anielskie niż ludzkie, czoło promienne i pogodne. Nos prosty bez żadnego garbu ani zakrzywienia. Lica rumiane jakby wrodzoną wstydliwością zdobyte. Usta jak koral najczerwieńszy, zęby równe i nadzwyczaj białe, szyja prosta i okrągła. Pierś śnieżnej białości, ramiona najudatniejsze, rączki piękniejszej widzieć nie można. Wszystko zaś wzięte razem, czy cała figura, czy każdy członek z osobna, tworzą najśliczniejszą i najpowabniejszą całość". Dodatkowo posłowie wychwalali intelekt dziewczyny i jej umiejętności taneczne.

21 listopada orszak księżnej pani wjechał uroczyście do Neapolu (przy dźwiękach trąb i w świetle zachodzącego słońca - co musiało sprawiać wyjątkowe wrażenie estetyczne, a Izabella była mistrzynią w odpowiednim dobieraniu środków, które posłużyć miały do realizacji danego celu). Orszak poprzedzało 60 wspaniałych koni różnej barwy, dalej szło 18 mułów, dźwigających skrzynie wypełnione posagiem ślubnym księżniczki Bony, następnie weszło dwunastu paziów w ozdobnych strojach, 18 koni z karmazynowymi kapami, potem 60 jeźdźców z orszaków poselskich a następnie cała reszta notabli. Na przyjęciu, zorganizowanym tej nocy na zamku, księżniczka Bona wystąpiła w oszałamiającej kreacji - haftowanej złotem sukni obszytej w palmy symbolizujące zwycięstwo. Po kolejnych kilku dniach spędzonych w neapolitańskim zamku, całe to towarzystwo (w którym nie brakowało licznych wysłanników cesarza Maksymiliana Habsburga) przeniosło się do nieodległego miasteczka Castel Capuano, gdzie przez kolejne dwa tygodnie trwały przyjęcia, bale i turnieje organizowane na koszt księżnej pani - Izabelli Aragońskiej. Królewscy posłowie - Konarski i Ostroróg zaczęli wówczas furczeć pod nosem, gdyż nic nie tłumaczyło tej przedłużającej się zwłoki, a oni chcieli wracać do kraju jak najszybciej, gdyż przedłużający się pobyt generował jedynie koszty, a także liczono na to, że nowa królowa zostanie ukoronowana w zapusty (w czasie karnawału), tak jak dotąd inne polskie królowe, jednak pobyt Bony w Castel Capuano wciąż się przedłużał i polscy posłowie nie wiedzieli co jest tego powodem. A powód był raczej błahy - choć dla mieszkańców Italii być może okazał się ważny, a mianowicie... księżniczka nie miała odpowiednich futer, które mogłyby ją osłonić przed - jak sądzono we Włoszech - przeraźliwymi polskimi mrozami, w czasie których "słowa zamarzają w gardle". Był też jeszcze jeden powód tej zwłoki, gdyż księżna pani chciała by ślub (per procura) odbył się w Neapolu, a tym samym by została potwierdzona jej pozycja, jako "matki królowej". W tym zaś czasie, spędzonym na radosnych pląsach w Castel Capuano, Bona przygotowywała się do rozpoczęcia nowego życia na dalekiej Północy, pakując kufry pełne sukien (zabrała ich dwadzieścia jeden, a wszystkie obszyte były złotem i klejnotami - obliczono potem, że za suknie Bony można było wystawić i utrzymać przez kilka miesięcy całą chorągiew jazdy oraz zaopatrzyć ją w dobre konie i broń).




W Królestwie Neapolu doszło też do kilku nietaktów dyplomatycznych, gdy np. Włosi uznali że Polacy uwielbiają ciężkie potrawy, pełne ostrych przypraw, podano im zupę tak pieprzną, że nie dało się tego zjeść. Innym razem podano do stołu pieczone kapłony, nazywając je "specjałem italskiej kuchni" (pieczone kapłony był zaś często potrawą kuchni polskiej i uważano je wówczas za "polski przysmak"). Księżna Izabella starała się zapewnić zgromadzonym gościom rozrywkę na odpowiednim poziomie, tak, aby widziano w niej potężną władczynię, godną roli matki "reginae Poloniae", i z tego powodu nie liczyła się z kosztami. Kazała nawet wznieść atrapę zamku, na którym to umieszczono dostojne damy, zaś neapolitańscy rycerze starali się je uwolnić (podobne przedstawienie urządził król Anglii - Henryk VIII - 4 marca 1522 r. i nosiło ono tytuł: "Zielony Zamek", to tam właśnie po raz pierwszy poznał Annę Boleyn, która grała rolę jednej z cnót - "Wytrwałości"). Ostroróg i Konarski starali się też znacznie ograniczyć liczbę dam dworu, jakie chciała ze sobą zabrać księżniczka Bona i twierdzili że optymalna liczba dam z jej włoskiego fraucymeru nie powinna być większa niż dwie panny. Izabella sprzeciwiła się temu, twierdząc że żona "tak potężnego władcy" nie może ograniczać się tylko do dwóch dam i ostatecznie zgodzono się na zwiększenie włoskiego dworu Bony do sześciu panien i dwóch matron (posłowie ci działali zapewne zgodnie z racją królewskich interesów oraz kiesy, bowiem koniecznością każdego monarchy po poślubieniu nowej żony, było odcięcie jej od jej korzeni i dotychczasowego środowiska, aby uniknąć niepożądanych intryg i zminimalizować wpływ obcych agentów, działających jawnie na królewskim dworze. Poza tym wydanie obcych panien za mąż, wiązało się także z obciążeniem dla królewskiej kiesy, gdyż do król musiał wypłacić im posag dla ich przyszłego męża). Pobyt księżniczki Bony w Neapolu niepokojąco się przedłużał i gdy nadeszły Święta Bożego Narodzenia, polscy posłowie ostro zaprotestowali i domagali się natychmiastowego wyjazdu, jeszcze w trakcie trwania świąt. Księżna Izabella nie miała żadnych argumentów, przemawiających za dalszym zatrzymywaniem córki i musiała wyrazić zgodę na jej wyjazd, zaplanowany na 26 grudnia 1517 r.

Księżniczka Bona w nocy poprzedzającej wyjazd z Neapolu, wymknęła się z zamku w samej białej szacie przykrytej płaszczem i kapturem zarzuconym na głowę, w towarzystwie dwóch innych dam (damy dworu i pewnej mniszki), udała się konno do położonych za miastem ruin rzymskiego amfiteatru. Tam owe panny odnalazły tajemną jaskinię (do której z pewnością przybywały nie pierwszy raz), która to wypełniona była lekkim dymem. W środku przebywał "czarodziej", czyli człowiek, z usług którego Bona korzystała nie pierwszy raz, a był to zapewne astrolog trudniący się przepowiadaniem przyszłości, niczym dzisiejsze wróżki. Księżniczka chciała zapewne się dowiedzieć co ją jeszcze czeka u boku polskiego monarchy. Ów "czarodziej" przepowiedział przyszłej królowej że będzie potężną władczynią, ale musi się strzec drugiego smoka (Sforzowie mieli w swym herbie węża lub smoka, stąd pierwszym wężem miała być sama Bona, a drugi przez jakiś czas pozostawał nieznany, póki królowa nie dowiedziała się - będąc już w Krakowie - że istnieje legenda o Smoku Wawelskim z podkrakowskiej groty). Ów człowiek miał ją także ostrzec przed trucizną, która pozbawiła życia jej ojca (jak wiadomo królowa Bona została otruta w listopadzie 1557 r. w wieku 63 lat). Ponoć bardzo przeraziło to młodą kobietę i szczególnie dbała potem o bezpieczeństwo zarówno swoje, jak i swoich dzieci. Nazajutrz, przystrojona w brokatową suknię, na białym koniu okrytym pozłacaną kapą z aksamitu wyruszyła w podróż do nowego kraju. Była już wtedy oficjalnie żoną Zygmunta Jagiellończyka (ślub "w zastępstwie" - zgodnie z życzeniem księżnej Izabelli - zawarto w Neapolu 6 grudnia 1517 r., ale oczywiście prawdziwa uroczystość miała się odbyć już w Krakowie). Księżniczka zabierała ze sobą do dalekiego i nieznanego kraju: 21 dostojnych sukien, 20 haftowanych jedwabiem prześcieradeł, 115 koszul (w tym 12 nocnych), 120 przetykanych złotem chustek do nosa, 96 nakryć głowy (w tym 36 męskich czapek, jako prezent dla męża). Ale była to zaledwie niewielka część tego, co też do Krakowa zabrała ze sobą Bona (a mianowicie wzięła również całą swą sypialnię, z wielkim łożem, czterema materacami pokrytymi niebieskim jedwabiem, zasłoną, pozłacanym, aksamitnym baldachimem oraz niezliczoną ilością poduch ozdobionych srebrnymi wzorami). Cały Neapol żegnał wyjeżdżającą księżniczkę, która mogła być dumna i czuć się uradowana (osiągnęła przecież to, czego wraz z matką pragnęły - koronę jakiegoś znacznego królestwa, zaś Polska była pod tym względem krajem wyjątkowym, szczególnie jeśli bierzemy pod uwagę fakt, iż posiadłości wielu magnatów na Kresach Rzeczpospolitej były znacznie większe, niż kilka włoskich księstw razem wziętych. Był to więc kraj ogromny, potężny i doskonale się zapowiadający - jednak dopiero po przyjeździe do Krakowa Bona dostrzegła również wiele problemów, jakie trapiły to Królestwo, jak choćby bardzo słaba władza królewska, król uzależniony był od szlachty i możnych, kraj co prawda duży, ale skarb prawie pusty, ze względu na niechęć szlachty do płacenia podatków oraz wyprzedawanie lub oddawanie pod zastaw domen królewskich z których potem już kto inny - król bowiem z reguły nie miał pieniędzy aby je wykupić - czerpał zyski. Ona sama starała się potem wiele z tego naprawić. Jednym z najpotężniejszych magnatów w kraju, był biskup krakowski, który dysponował ponad 230 wsiami i 4 miastami w Królestwie, oraz zarządzał całym udzielnym księstwem siewierskim z większością znajdujących się tam wsi i 3 miastami. Pozycja biskupa krakowskiego była tak nobilitująca z racji przebywania tego w Krakowie, u boku króla, iż nawet awans na arcybiskupa gnieźnieńskiego i prymasa Polski był niechętnie widziany i związany ze znacznym zmniejszeniem wpływów nominata, stąd np. Zbigniew Oleśnicki wolał w 1423 r. otrzymać sakrę biskupa krakowskiego, niż awans na arcybiskupstwo gnieźnieńskie, bo to się również wiązało z władzą, a biskup krakowski miał stały dostęp do króla).

  


Zatem uradowana, choć wciąż pewnie pełna niepokoju o swoją przyszłość, zmierzała teraz księżniczka Bona ku nowemu życiu do królestwa którego nie znała i które dopiero zamierzała odkryć. W głowie tej młodej kobiety zapewne wciąż dźwięczały słowa matki: "Nie jesteś zwykłą dziewczyną, ty urodziłaś się do rządzenia, one do służenia przyszły na świat, one cedzidłem i wrzecionem niech się posługują, ty prawami, nauką i dobrymi obyczajami". Podobnie mawiał osobisty nauczyciel Bony i jej siostry Hippolity, zatrudniony przez jej matkę - Antoni de Ferrariis "Galaeto", który przekonywał ją: "Wam, księżnym, danym jest panować nawet nad mężczyznami, przeglądajcie księgi świętych mężów i filozofów (...) abyście okazały się godne i mogły rozkazywać mężczyznom". Tak więc orszak Bony, przyszłej królowej Polski i wielkiej księżnej Litwy (złożony łącznie z 285 osób, plus 58 ludzi kondotiera - Prospera Colonny) wyruszył z Neapolu (z willi w Poggioreale), ku morskiemu portowi w Manfredonii. Po dotarciu na miejsce, oczekiwał tam już okręt królewski, jednak pora roku i szalejące na Adriatyku sztormy, uniemożliwiły przez kilka kolejnych tygodni przeprawę orszaku królowej do Triestu. Niektórzy wręcz doszukiwali się w tym woli Bożej, odwlekającej rozstanie matki z córką (Izabella Aragońska również była obecna w Mafredonii). Sztorm ustał dopiero 3 lutego nad ranem i tego dnia cały orszak wsiadł na statek i odpłynął ku ziemiom Północy. Wcześniej doszło jeszcze do rozdzierającego serce pożegnania księżnej Izabelli z córką, która zalała się łzami (nie wiadomo na ile był to autentyczny żal, a na ile odgrywane przedstawienie, bowiem należy pamiętać że panujący często robili wiele rzeczy na pokaz, jeśli było to korzystne dla ich interesów). Wiadomo na pewno, że księżna pani kazała na tamtejszym kamieniu wyryć słowa: "Tutaj stanęła królowa polska, kiedy żegnała się z Donną Izabellą, matką swoją, księżną Mediolanu". Według kronikarza podróży Bony - Antoniego Carmignano, cała jedenastodniowa przeprawa morska, upłynęła wśród niedogodności i niewygód. Wkrótce po odbiciu od brzegu ponownie zerwał się sztorm i większość członków orszaku zeszła pod pokład (gdzie zapewne często i gęsto wymiotowali, jako że byli nienawykli do morskich podróży, a przy szalejącym wietrze, który bujał statkiem na prawo i lewo wymioty tylko się wzmagały). Gdy wreszcie 14 lutego okręt przybił do portu w Trieście i cały orszak wyszedł na ląd, wszyscy liczyli że to już koniec nieprzyjemnych niespodzianek i teraz trasa podróży będzie znacznie łatwiejsza. Niestety, ci, którzy tak twierdzili - bardzo się pomylili i rozczarowali.

Triest był największym portem Krainy i pierwszym miastem Cesarstwa Rzymskiego, do którego przybyła Bona Sforza, dlatego też (aby ją sobie usposobić, jako przyszłą królową Polski) mieszkańcy miasta zgotowali jej wspaniałe powitanie. Niestety, pogoda była tak zła (nieustanna ulewa i wichury), że nie dało się niczego więcej zorganizować. Bona w Trieście szukała jednak koni, jako prezentu dla swego małżonka, gdyż te pięć, które wiozła z Neapolu, nie przetrwały sztormu i wszystkie padły - zapewne ze strachu). Na ich miejsce otrzymała dalmatyńskie rumaki od rady miasta i 22 lutego wyruszono w drogę. Dalsza część podróży przez Krainę, Karyntię i Styrię ku Austrii, przebiegała w okowach przenikliwego mrozu, wciąż padającego deszczu który zamieniał drogi w błotniste potoki oraz mgły, co rozpościerała się wokół podróżnych. Była to iście gotycka podróż, a gdy już błoto i mgła ustąpiła, to przed orszakiem stanęło kolejne wyzwanie - zaspy śnieżne, uniemożliwiające dalszą drogę. Należało więc nieustannie odgarniać śnieg i tym samym wytyczać sobie możliwość dalszej podróży. Nad rzeką Zalą (rzeka w zachodnich Węgrzech) miała miejsce nieprzyjemna sytuacja, gdy jadące na mule dwie dwórki królowej, wpadły wraz ze zwierzęciem do tej oblodzonej rzeki i tylko wielkim trudem udało się je uratować (muł oczywiście utonął). Dalsza podróż przebiegała równie niebezpiecznie i nie chodziło tylko o warunki pogodowe, gdyż ziemie, przez które podążano, były spustoszone niedawnymi jeszcze wyprawami tureckimi oraz powstaniem chłopskim, jakie wybuchło w Syrii, Karyntii i Krainie w roku 1517. Zostało ono krwawo stłumione przez lokalnych panów, a ludność chłopska ukarana, stąd nie należy się dziwić że nienawistne spojrzenia chłopów na bogaty orszak królowej Bony nie były jedynym zmartwieniem całego orszaku. Przecież ci ludzie, często głodni i pozbawieni własnych domostw, zapewne pokusiliby się o zdobycie jakichś kosztowności, gdyby tylko ktoś odłączył się od grupy, a ta nie była dobrze strzeżona przez ludzi Prospera Colonny, choć ich akurat nie było zbyt wielu. 24 lutego orszak dotarł do Lublany, gdzie wreszcie można było odpocząć. 3 marca wyruszono zaś w dalszą, niebezpieczną drogę na Północ, przez rwące potoki oraz zasypane ciężkim śniegiem trakty i górskie stoki. 

5 marca 1518 r. w miejscowości Celje Bona ujrzała pierwszych wysłanników króla Zygmunta, jej przyszłego małżonka. Przywieźli oni ze sobą karety, co wzbudziło powszechną radość członków orszaku królowej. Po krótkim odpoczynku w Celje, ruszono dalej do Marburga (Mariboru), skąd (9 marca) podróżni przybyli do Grazu, gdzie Bonę powitano po królewsku - wjechała ona do miasta w asyście wojska (100 jeźdźców i 500 piechoty), a na jej cześć oddano salwy honorowe z armat miejskich, po czym odprowadzono królową do przeznaczonych dla niej komnat w pałacu. W Grazu Bona otrzymała też pierwszy list od Zygmunta (datowany na 4 marca), w którym małżonek prosił ją by się nie nadwyrężała i baczyła na swoje zdrowie, lecz jednocześnie w niezwykle wyszukanym i dyplomatycznym tonie, ponaglał ją do jak najszybszego przyjazdu do Krakowa, gdzie już wszystko było przygotowane na jej koronację (termin ślubu wyznaczono na 18 kwietnia). Bona odpisała, że pragnie czym prędzej ruszać dalej w podróż, a jednocześnie zapewniała Zygmunta o swym oddaniu, miłości i trosce "jak przystoi słudze wobec pana". W Grazu jednak przebywała dwa dni, gdyż nie mogła odmówić zaproszeniu, złożonemu przez cesarskiego namiestnika, na polowanie na jelenia w cesarskim lasku. Dopiero po jego zakończeniu cały orszak (11 marca) udał się w dalszą drogę. Jednak podróż znów zamieniła się w szereg udręk, gdy się okazało że drogi na Północy są w jeszcze gorszym stanie, niż te na Południu - musiano więc z żalem przesiąść się z wygodnych karoc, które zakopywały się w śniegu, i jechać dalej konno. Gdy orszak dotarł do Alp Styryjskich, trzeba było zejść z koni i prowadzić je za uzdę po ciasnych i stromych ścieżkach, mając pod nogami śnieg i lód. Można sobie wyobrazić jak to wyglądało, gdy kroczono jeden za drugim w powolnym i męczącym marszu, mając pod nogami niewielką ścieżkę obsypaną śniegiem, a niżej już tylko przepaść. Nikt jednak wówczas nie zginął, choć kilka osób poważnie się rozchorowało, przemarzając na kość.




Wreszcie 19 marca królowa Bona wjechała do Wiednia. Nic, czego wcześniej doświadczała, nie mogło się równać wspaniałościom wjazdu do tej habsburskiej stolicy, gdzie została powitana, niczym prawdziwa cesarzowa. Mieszkańcy Wiednia przygotowali na jej cześć wspaniałe mowy, drogocenne podarunki, oraz spełniali jej wszelkie zachcianki, oddając do jej dyspozycji kwatery w cesarskim Pałacu. Niestety, całe to piękno uroczystości zostało przyćmione przez brak obecności cesarza Maksymiliana w mieście. Wysłał on jedynie na powitanie Bony, margrabiego brandenburskiego - Kazimierza Hohenzollerna (brata wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego - Albrechta), by ten czynił honory gospodarza w jego imieniu. Królowa Bona rzeczywiście miała powody do wdzięczności cesarzowi, gdyż to właśnie dzięki niemu Zygmunt zdecydował się na ożenek z włoską księżniczką (jednak dużą część tej pracy wykonała Izabella Aragońska, która swymi listami, słanymi do Wiednia i Innsbrucku - ulubionej miejscowości Maksymiliana - nieustannie przypominała cesarzowi o istnieniu Bony i prosiła go, by pomyślał o królewskim dla niej małżeństwie). Jednak Maksymilian był też Habsburgiem, a za tym rodem Sforzowie akurat nie przepadali, dlatego też cesarski afront w postaci nieobecności głównego gospodarza, zapewne Bona pamiętała bardziej, niż wyświadczone jej w Wiedniu ukłony i ofiarowane podarki. W każdym razie już 24 marca (po naprawie zerwanego przez Dunaj wiedeńskiego mostu) orszak królowej ruszył w dalszą drogę. Przez cały ten czas krążyli gońcy, wiozący listy od króla i odpowiedzi królowej i tak też się stało, gdy 30 marca Bona zajechała do Ołomuńca na Morawach. Napisała wówczas do Zygmunta list, dziękując mu za jego troskę: "Składam największe podziękowanie Waszej Królewskiej Mości i pragnęłabym się odwdzięczyć za to, że tak troszczy się o mnie (...) Donoszę zatem Waszej Królewskiej Mości, że cieszę się najlepszym zdrowiem i tym lepiej się czuję, gdy przez wielu posłów dowiaduję się o pomyślnym zdrowiu Waszej Królewskiej Mości. Tymczasem, gdy do niego pospieszam, niech najszczęśliwiej żyje, i na koniec ręce jego królewskie całuję".

31marca do Ołomuńca przybyli, posłani przez króla: kanclerz wielki koronny - Krzysztof Szydłowiecki, biskup poznański - Jan Lubrański i kasztelan poznański - Łukasz Górka, na czele 200 jeźdźców, dzierżących królewskie proporce. Ich wjazd do miasta, miał również zawarty w sobie element propagandowy - jeźdźcy wjeżdżali dostojnie z uniesionymi do góry sztandarami z wizerunkiem Białego Orła w koronie, otoczonego wielką literą "S" (od łacińskiego słowa Sigismundus, czyli Zygmunt). Byli oni również uzbrojeni po zęby w miecze, kusze i arkebuzy (ówczesną, prymitywną broń palną, która jednak robiła więcej hałasu, niż wyrządzała szkody przeciwnikowi na polu bitwy, stąd używano jej głównie do... płoszenia koni) zaś sami panowie obwieszeni byli klejnotami i ubrani w przepiękne szaty. Ich wjazd poprzedzała głośna orkiestra, w której prym wiodły bębny, trąbki i piszczałki. Wszyscy trzej wysłannicy powitali uniżenie swą przyszłą królową, ofiarowując jej podarek od króla Zygmunta  - naszyjnik przetykany perłami, rubinami i szmaragdami (wart był tyle, co jedno średniej wielkości miasto lub kilkanaście wsi). Największą jednak radość wzbudziło ujrzenie dwudziestu karoc, jakie owi możni posłańcy ze sobą przyprowadzili. Największa, złocona karoca, ciągnięta przez osiem czystej krwi białych ogierów, przeznaczona była dla samej królowej. W środku obita była szkarłatnym adamaszkiem (kolorem królów), a na zewnątrz wykończona zielonym adamaszkiem. Tak też cała wyprawa ruszyła już czym prędzej w dalszą drogę do Krakowa, nie musząc przejmować się trudami i niebezpieczeństwami podróży. W Ostrawie dołączył do orszaku książę Kazimierz Cieszyński, namiestnik Śląska z woli króla Czech i Węgier - Władysława II Jagiellończyka (brata Zygmunta), a wraz z nim szereg możnych z Czech, Moraw, Austrii i Niemiec (teraz orszak Bony liczył już ponad 1000 osób). 11 kwietnia 1518 r. przekroczono granicę księstwa oświęcimskiego, wjeżdżając do Królestwa Polskiego. Bona została tam powitana przez starostę oświęcimskiego - Mikołaja Jordana z Zakliczyna. Następnie powitał ją wojewoda lubelski - Andrzej Tęczyński "pan na Tęczynie".




Włosi byli nieco oszołomieni brakiem zimna i wielkich śniegów, jakimi ich straszono w Italii, a jednocześnie urzeczeni polską gościnnością. Antoni Carmignano - autor kroniki podróży Bony Sforzy, tak pisał o powitaniu orszaku królowej: "Nie potrafiłbym na tych kilku kartach opisać miłość wszystkich i serdeczne przyjęcie, z jakim spotykaliśmy się na każdym kroku". Do królowej dołączyły również poczty magnackie i chorągwie wojskowe posłane przez króla, łącznie jakieś 10 000 ludzi. Sam Zygmunt rozłożył się obozem w Łobzowie pod Krakowem, gdzie w otoczeniu dostojników świeckich i duchownych, oraz 200 przystrojonych odświętnie gwardzistów - niecierpliwie oczekiwał przybycia małżonki. Bona tymczasem zatrzymała się (13 kwietnia) w Morawicy, miejscowości leżącej zaledwie kilka kilometrów od Łobzowa (powozem drogę tą można było przebyć w zaledwie godzinę). 15 kwietnia, gdy król z dworzanami w wielkiej niecierpliwości oczekiwali przyjazdu nowej królowej, ta wciąż nie nadjeżdża. Okazało się potem, że powodem zwłoki Bony, było przybycie tego dnia do Morawicy arcybiskupa Mediolanu i jednocześnie kuzyna przyszłej monarchini - Hipolita d'Este z gwardią 367 konnych (posłanych córce przez Izabellę Aragońską), z którym to ucięła sobie pogawędkę, trwającą trzy godziny. Potem, gdy goniec od króla powiadomił orszak o królewskim oczekiwaniu i zniecierpliwieniu, Bona postanowiła czym prędzej ruszać, ale wówczas wybuchła w jej obozie karczemna awantura, której stronami stali się wspomniany wyżej kardynał d'Este, oraz margrabia Kazimierz Hohenzollern. Obaj panowie pokłócili się o to, który z nich będzie otwierał królewski pochód Bony. Kazimierz znieważył wówczas arcybiskupa Mediolanu, a ten oburzony, wsiadł na koń i ze swoimi ludźmi popędził w stronę Łobzowa, aby pierwszy powitać króla Zygmunta, nim uczyni to cała reszta. Wreszcie, tuż przed zachodem słońca - 15 kwietnia 1518 r. orszak królowej Bony pojawił się w Łobzowie, wzbudzając wśród zebranych wielkie wrażenie. Po bokach Bony jechali jej kondotier - Prospero Colonna oraz Kazimierz Hohenzollern. Królowa ukłoniła się przed swym małżonkiem i ucałowała jego dłoń, po czym ten przytulił ją do swej piersi (król był dość dużym, postawnym i silnym mężczyzną, który ponoć łamał w rękach podkowy - choć akurat należy pamiętać, że w tamtych czasach podkowy były wykonywane z dość lichego materiału i były znacznie łatwiejsze do przełamania). 

70 armat odezwało się na powitanie nowej królowej, a następnie głos zabrali oficjele: prymas i arcybiskup gnieźnieński - Jan Łaski (którego bratanek, też o tym samym imieniu, stanie się potem jednym z czołowych przedstawicieli reformacji religijnej w Niemczech, Anglii - dokąd zostanie zaproszony przez arcybiskupa Canterbury Tomasza Cranmera - i Polsce, który zostanie potem uwieczniony na Pomniku Reformacji w Genewie), następnie rektor Uniwersytetu Krakowskiego (Jagiellońskiego) Stanisław Biela, zaś w imieniu Bony (królowej nie wypadało odpowiadać osobiście) głos zabrał jej sekretarz - Ludwik Alifio. Zaś w imieniu polskich kobiet witała ją księżna mazowiecka - Anna Radziwiłłówna, wdowa po księciu Konradzie III Rudym, która w absolutny sposób (od października 1503 r.) władała Mazowszem, nie zwracając uwagi na fakt, że jej synowie: Stanisław i Janusz dawno już osiągnęli pełnoletność. Była to kobieta chorobliwie ambitna i uparcie dążąca do celu, można powiedzieć lustrzane odbicie Bony i jej matki Izabelli Aragońskiej. Miała też zapewne prywatny żal do Bony, gdyż nie udał się jej plan, posadzenia na królewskim tronie - jako małżonki dla Zygmunta - swej córki, też Anny, z którą Zygmunt nie chciał się jednak żenić. Samo powitanie ze strony księżnej mazowieckiej było tak chłodne, na ile tylko pozwalała na to dyplomacja, ale jednocześnie należy stwierdzić że była to pierwsza lekcja dla Bony, aby upewnić się, kto może być jej wrogiem, a kto sojusznikiem w nowym królestwie (zresztą jednocześnie włoska księżniczka wówczas zraziła się do rodu Radziwiłłów, a gdy w trzydzieści lat później, jej syn - Zygmunt II August zakomunikuje rodzicom że pragnie poślubić swą poddankę - Barbarę z rodu Radziwiłłów, Bona wpadnie w prawdziwy szał. Z całą energią zajmie się zwalczaniem małżeństwa swego syna, a gdy Zygmunt August poślubi Barbarę potajemnie, bez zgody rodziców, w Wilnie - między 28 lipca a 5 sierpnia 1547 r. - Bona będzie czyniła wszystko co w jej mocy, aby unieważnić to małżeństwo. Gdy Zygmunt I Jagiellończyk umrze 1 kwietnia 1548 r., jego syn Zygmunt August automatycznie zostanie nowym królem - wybrany najpierw na wielkiego księcia Litwy w przypadku śmierci ojca już 4 grudnia 1522 r. jako dwuletnie dziecko, a następnie 18 października 1529 r. jako współpanujący wielki książę jeszcze za życia ojca, zaś 18 grudnia 1529 r. wybrany został również na króla Polski i od tej chwili Rzeczpospolita miała dwóch, panujących równocześnie ze sobą monarchów - ojca i syna, zaś koronacja młodego Zygmunta Augusta, miała miejsce w Krakowie - 20 lutego 1530 r. Wszystko to stało się dzięki wielkiej determinacji Bony, która pragnęła posadzić syna na królewskim tronie, jeszcze za życia i panowania swego małżonka. Gdy więc z końcem października 1548 r. zebrał się sejm w Piotrkowie, królowa Bona czyniła wszystko, aby podburzyć szlachtę przeciw nowemu małżeństwu syna. Już podczas otwarcia sejmu, poseł ziemi sieradzkiej - Jan Sierakowski, powitał króla tymi oto słowy: "Jesteś sługą wolności, nie panem. Wedle prawa, nie wedle woli swojej, panować powinieneś". Potem przemawiali senatorowie, inni posłowie, ale wszyscy w tonie nieakceptującym małżeństwa króla z nierówną mu urodzeniem kobietą.




Ostatecznie wszyscy padli na kolana przed królem, prosząc go, by oddalił Barbarę. Zygmunt wzburzony wstał z tronu, ściągnął z głowy koronę i wyszedł z sali, przekładając obrady na następny dzień. A gdy dzień ten nadszedł, zabrał głos, mówiąc: "Słyszymy, że żałujecie wszyscy, iżeśmy równą Waszmościom, a nie stanowi naszemu pojęli małżonkę: alboż nie wiecie, że samych nawet królów z pospolitego ludu obierano w Polsce? Czemużby królowe, na których mniej zależy, nie miały być też z równiejszych stanów obierane? Nie żona męża, ale mąż żonę oszlachca. (...) Za rozrządzeniem Boskiem, każdy sobie wybiera małżonkę: chcieliżbyście nam tejże swobody zabronić? (...) Małżonkę naszą iżebyśmy opuścić mieli, tego nam się nie godzi, gdyż przysięgliśmy do śmierci jej nie opuszczać, a w tej rzeczy większe na Pana Boga, a na ślub mamy baczenie, niż na co innego. (...) Jeśli bowiem na wierze króla stoi Rzeczpospolita, jakąż miałaby podstawę, gdybyśmy tej wiary nie dotrzymali żonie własnej? (...) Co się więc stało, to już odstać się nie może. Zaiste, szczerze kochamy Rzeczpospolitą, życie nie jest nam milsze od niej, ale wiara milsza nam jeszcze niżeli wszystkie królestwa: ważymy więcej duszę niżeli rzeczy doczesne, i jako powiedzieliśmy, czego bez obrażenia sumienia uczynić nie mogliśmy, tego do ostatniej koszuli i ciała naszego nie uczynimy". Wzburzenie szlachty przygasło po tej przemowie na tydzień i dopiero Piotr Kmita - stronnik Bony, wróg hetmana Jana Amora Tarnowskiego, zwolennika króla i Barbary - zabrał głos, nazywając władcę "zaćmionym słońcem" co było już jawną obrazą, aż król wstał ze swego miejsca, przerwał mu i głośno krzyknął w jego stronę "Silentium!" - Zamilcz". Kmita już głosu nie zabrał. Potem przemawiał wojewoda brzeski - Rafał Leszczyński ze stronnictwa Bony, mówiąc wprost: "Nie pomnisz królu nad jakim panujesz narodem, przerywasz głos najzacniejszym senatorom, jak gdybyśmy o Rzeczpospolitej tak byli obowiązani mówić i sądzić, jak tobie podoba się. Obyczajem naszym czcić królów szanujących prawa, poskramiać takich którzy niemi gardzą. Patrz więc, królu, abyś, gwałcąc twoje przysięgi, nie wyzwolił nas od tej, którąśmy wykonali. Wolne były dotąd głosy nasze, postaramy się, aby tak i na przyszłość było". Wreszcie głos zabrał Jan Amor Tarnowski, rozprawiając, czym był dla Polski ród Jagielloński i zwracając się do króla, rzekł: "Cokolwiek inni postanowią ja nie zapomnę, królu, żem jest twoim senatorem, żeś ty przewodnikiem rad naszych, wodzem na wojnie i sędzią najwyższym, że nigdy mojej wierności braknąć ci nie powinno: tak, zaiste, myślą ci wszyscy, którzy całości Rzeczypospolitej pragną". Potem głos zabrał arcybiskup Mikołaj Dzierzgowski obiecując, w przypadku porzucenia Barbary, dla uspokojenia sumienia króla, rozdzielić grzech jego małżeńskiego krzywoprzysięstwa na wszystkie stany i cały lud Rzeczypospolitej. Jan Tęczyński obrażając zaś Barbarę, naigrywał się z jej imienia mówiąc, iż wolałby już na tronie ujrzeć brodę Sulejmana (broda - po łacinie "barbam", czyli gra słów od imienia Barbara), niż tę "dziewkę". Sejm się rozjechał bez ostatecznych decyzji i nie uradzono nawet podatków na obronę potoczną, a gdy Tatarzy wpadli we wrześniu 1549 r. na Ruś i Wołyń (paląc Peremirkę i uprowadzając w niewolę tysiące ludności, w tym księcia Michała Wiśniowieckiego wraz z jego małżonką) pretensje o to do króla miał niejaki Mateusz Stadnicki, twierdząc że królowi bardziej zależy na kochance, niż na dobru Ojczyzny. Król zawezwał go przed siebie, a gdy Stadnicki się zjawił, nie był już tak butny, upadł na kolana przed królem i odwołał wszystko co wcześniej mówił, a król mu przebaczył. Ostatecznie Zygmunt August postawił na swoim i szlachta musiała uznać jego małżeństwo z Barbarą Radziwiłłówną, zaś 7 grudnia 1550 r. Barbara została oficjalnie koronowana na Wawelu w Krakowie na królową. Niestety, radość króla nie trwała długo, gdyż jego ukochana małżonka zmarła w pięć miesięcy później - 8 maja 1551 r. potęgując tym samym rozpacz króla, który odtąd przywdziewał jedynie czarne stroje. O śmierć Radziwiłłówny podejrzewano Bonę, która miała - włoskim sposobem - podać jej truciznę. Nie wiadomo jaka była prawda o śmierci Barbary, ale pewnym jest że królowa Bona zginęła w sześć lat później w taki właśnie sposób, od trucizny.



     

  Ale to dopiero pieśń przyszłości, a teraz Bona szykowała się do swego oficjalnego ożenku i koronacji na królową Polski, zaś dzień ten wyznaczono na 18 kwietnia 1518 r. 


CDN.
 

piątek, 28 maja 2021

ŚWIATY RÓWNOLEGŁE - Cz. I

 CZYLI ALTERNATYWNA RZECZYWISTOŚĆ

OBOK NASZEGO WSZECHŚWIATA






 Dziś chciałbym rozpocząć temat, do którego napisania przymierzałem się już od pewnego czasu, ale nie posiadałem odpowiednio dużo materiału lub też po prostu zajęty byłem innymi sprawami. Temat "Światy Równoległe" jest tak naprawdę trzecim tematem tego bloga (dwa pozostałe to oczywiście: "Historia Życia - Wszechświata - Wszelkiej Cywilizacji" oraz "Umieramy i co dalej? - czyli co się z nami dzieje po śmierci?"), w którym skupiam się na rzeczach niezdefiniowanych, nieudowodnionych i pozostających w kręgu czegoś co można nazwać "wytworem fantazji", choć oczywiście jest to tylko opinia jednej strony ludzi, którzy sądzą że świat zbudowany jest ot tak po prostu na zasadzie ewolucyjnej, a ludzkość zawsze dąży do rozwoju, od epoki prehistorycznej do czasów współczesnych. Nie biorą oni w ogóle pod uwagę faktu, że tak jak ludzkość może się rozwijać i wznosić na wyższy poziom umysłu i duchowości, tak też może się cofać w rozwoju i wracać do form bardziej prymitywnych (tak przecież było już wielokrotnie w historii, np. po wielkich wojnach, po których ludzkość musiała od nowa budować stary świat, czego dowodem jest choćby fakt, że w takiej Anglii dopiero w kilka lat po wojnie zniesiono reglamentację towarów i bony na artykuły luksusowe, a w 1948 r. podczas pierwszych powojennych Igrzysk Olimpijskich, organizowanych w Londynie - część sportowców musiała... żywić się na własną rękę, gdyż władze Wielkiej Brytanii nie były w stanie zapewnić wyżywienia dla wszystkich uczestników Igrzysk. Dziś to jest nie do pomyślenia, a wówczas była to rzeczywistość dnia codziennego). Wielokrotnie ludzkość wznosiła się i upadała na swej drodze rozwoju duchowego i cywilizacyjnego, a część tych wydarzeń zamieściłem w przytoczonych wyżej tematach. Teraz jednak pragnę otworzyć drzwi do jeszcze bardziej nieznanej rzeczywistości, ale czy możemy jednoznacznie stwierdzić że jest ona nieprawdziwa? Tego uczynić nie możemy, gdyż nie mamy dowodów ani na potwierdzenie, ani też na zaprzeczenie tym relacjom, faktom lub konfabulacjom.

Pytanie podstawowe brzmi jednak - skąd czerpię źródła do opisu poszczególnych alternatywnych światów, bo właśnie to zamierzam uczynić? Podobnie jak w przypadku "Historii Wszechświata" opierałem się głównie na channelingach, zaś w temacie "Życia po Życiu" na hipnozie regresyjnej, tak w tym przypadku źródeł mam jeszcze mniej. 😉 Gros tego co mam, pochodzi (niestety) z czeluści "mrocznej strony internetu" zwanego darknetem, do którego prawie nie zaglądam, ale niekiedy, gdy potrzebuję informacji jakiej nie sposób uzyskać w "górnych pokładach internetu", czasami schodzę do tych (niebezpiecznych) "podziemi". Ale mniejsza o to. W każdym razie udało mi się znaleźć (po też długich poszukiwaniach) dość ciekawe informacje na temat ewentualności (co bardzo ważne, gdyż nie mamy żadnej pewności, czy to co jest tam przedstawione, można uznać za prawdziwe, dlatego też tę serię tematyczną zamierzam traktować jedynie w kategoriach czysto rozrywkowych) istnienia światów równoległych. Na razie (i myślę że nic więcej chyba tu już nie dodam) zebrałem pewne informacje o zaledwie kilku światach równoległych, które przypominają naszą Ziemię, ale funkcjonują w innej rzeczywistości - czyli innym wymiarze. Raz jeszcze zaznaczam, że o ile w przypadku wcześniejszych serii tematycznych, byłem mniej sceptycznie nastawiony co do prezentowanych tam informacji, o tyle tutaj w większości traktuję to jako wytwór wyobraźni, lub zwykłą fałszywkę - co oczywiście nie znaczy że mogę się mylić, wykluczyć niestety niczego nie można w tym przypadku. Tak więc zaprezentuję przykłady alternatywnej Ziemi opierające się na założeniach (prawie) całkowitego nuklearnego zniszczenia życia na naszej planecie po zakończeniu "Zimnej Wojny", która to przerodziła się w wojnę "gorącą", świat w którym zwyciężyli niemieccy naziści, świat opanowany przez komunizm, świat zarządzany przez korporacje, w którym ludzkość również sprowadzona została do roli niewolników (np. wprowadzono tam obowiązek cyklicznych szczepień - to naprawdę nie jest mój wymysł - gdyż ludzkość notorycznie zapada na różne choroby i aby przeżyć, przynajmniej raz w miesiącu należy się poddać szczepieniu). Jest świat w którym wciąż panuje średniowiecze i świat w którym ludzie muszą ukrywać się przed ogromnymi i krwiożerczymi zwierzętami. Jednak w tym temacie zaprezentuję świat odwróconej rzeczywistości, w którym to kobiety są dominującą płcią i pełnią niepodzielną władzę nad całą (alternatywną) planetą Ziemią. Jest też świat zupełnie przeciwny, podobny do tego, przedstawionego w twórczości Johna Normana o cywilizacji Gor, w którym kobiety w większości sprowadzone zostały do roli niewolnic, zwanych kajira. Przejdźmy zatem do tematu: 






CYWILIZACJA MATRIARCHATU





 Na tej alternatywnej Ziemi kobiety nie tylko dominują w sferze polityki i ekonomii, ale są również fizycznie znacznie silniejsze od żyjących w tym świecie mężczyzn. Kobieca dominacja w tym społeczeństwie polega na tym, co jest najlepsze dla kobiet, ponieważ to, co jest najlepsze dla kobiet, jest również najlepsze dla społeczeństwa i samej ludzkości. Oznacza to że mężczyźni muszą okazywać kobietom szacunek i pokorę, zarówno na poziomie społecznym, jak i osobistym. Kobiety powinny zawsze mieć prawo do szacunku, na jaki zasługują od mężczyzn, za pomocą wszelkich środków, które kobieta uzna za stosowne. Nie powinno mieć znaczenia, czy te środki są upokarzające, czy poniżające dla mężczyzn, w rzeczywistości zwykle lepiej, jeśli tak jest. Mężczyźni nie mogą pełnić żadnych stanowisk kierowniczych, choć jednocześnie mogą być artystami, naukowcami, mechanikami, inżynierami etc. etc. tylko nie mogą sprawować żadnej władzy nad kobietami, ani też nad innymi mężczyznami, jeśli jest ich zbyt dużo. Mężczyźni nie mają też praw politycznych, gdyż cała polityka, prawo i ekonomia znajdują się całkowicie w rękach kobiet.

Rodzina jest taką samą komórką społeczną jak w naszym świecie, z tym że tam również panuje całkowita dominacja kobiet, zaś mężczyźni od najmłodszych lat uczeni są szacunku, miłości i oddania w stosunku do "płci pięknej". Najważniejsze jest posłuszeństwo, którego chłopców uczy się już od młodości. Dziewczęta uczą się odgrywać bardziej aktywną rolę w bezpośrednim przewodzeniu i rządzeniu chłopcami, a chłopcy uczą się odgrywać bardziej aktywną rolę w służbie i zapewnianiu rozrywki dziewczętom. Właściwie jest to świat skrajnie odwrócony, gdzie kontrolowana jest nawet płodność i rozmnażanie mężczyzn. Kobiety w małżeństwach są w większości pełnoprawnymi właścicielami swoich mężów i cieszą się szeregiem przywilejów w odniesieniu do ich męskiego majątku. Każda kobieta jest panią swojego związku i absolutną władczynią we własnym domu. Żony mogą dyktować mężom takie reguły zachowania, jakie im się podobają. W istocie żonaty mężczyzna jest aktywnym przedłużeniem życia i osoby swojej żony i oczekuje się od niego, że będzie działał zgodnie z jej upodobaniami, osobowością, poleceniami i życzeniami.

Mężczyźni będą mogli pracować w dowolnej dziedzinie, chociaż nie będą mogli sprawować żadnego stanowiska zarządzającego. Mężczyźni mogą nadal posiadać własne firmy lub być niezależni finansowo, jednak przedsiębiorcom płci męskiej zostaje przydzielony urzędnik z Departamentu Pracy, który będzie śledził ogólne działania, zgodność z prawem i zdrowiem oraz upewniał się, że firma jest odpowiedzialna społecznie. Mężczyźni jako słabsi fizycznie od kobiet, nie są też zatrudniani do ciężkich prac fizycznych, choć pod tym względem istnieją pewne wyjątki. W większości przypadków jednak mężowie zostają w domach i zajmują się dziećmi. I to w zasadzie na tyle, jeśli chodzi o tamtą równoległą Ziemię (nie ma tego dużo), a w następnym temacie przejdziemy do świata opanowanego przez nazistów.



PS: Jak dla mnie niezła bajka, ale przecież świat alternatywny ma to do siebie, że stanowi (znacznie lub tylko częściowo) odmienną rzeczywistość od tej, w której żyjemy. Swoją drogą może wyjdę na strasznego seksistę, ale również uważam że... kobiety nie przetrwałyby bez mężczyzn nawet roku, a cywilizacja upadłaby już w tydzień po zniknięciu męskiej części populacji, a te kobiety, które by jeszcze przetrwały, bez wątpienia cofnęłyby się do stanu prymitywnego, choć i w tych warunkach nie miałyby szansy długo przetrwać. Warto się nad tym zastanowić.






CDN.

poniedziałek, 24 maja 2021

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CXLVIII

TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI

SŁOWIANIE I CELTOWIE






PIERWSZE EUROPEJSKIE

CYWILIZACJE:

SŁOWIANIE

(SŁOWIANIE W GRECJI I NA BLISKIM WSCHODZIE)

(ok. 1800 r. p.n.e. - 1180 r. p.n.e.)

Cz. VI



BLISKI WSCHÓD W OGNIU SŁOWIAŃSKICH ŻAGIEW
(ok. 1200 r. p.n.e. - 1170 r. p.n.e.)
Cz. I






"Ojcze, czy nie wiedziałeś, że wszystkie moje siły stacjonują w kraju Hetytów, a wszystkie moje okręty nadal stoją w Lukka i jeszcze nie powróciły? Ten kraj jest więc pozostawiony sam sobie" 

Fragment listu władcy miasta Ugarit - Ammurapiego, do króla Cypru (Alaszij) 
(koniec XIII wieku p.n.e.)



 Zdobycie i zniszczenie Troi nie było ani wyjątkowym, ani jedynym przejawem tak doniosłych wydarzeń, które realnie doprowadziły do zakończenia pewnego ustabilizowanego politycznie i etnicznie świata i na jego gruzach stworzenia czegoś zupełnie nowego (a przynajmniej znacznie różniącego się od dotychczasowych form ustrojowo-ekonomiczno-społecznych). Ludy, które przywędrowały z Północy, nie zatrzymały się ani w Grecji, ani w Anatolii, a poszły znacznie dalej, aż do Syrii i Egiptu. Ich pochód znamionowały łuny płonących miast i pałaców władców, którzy dotąd uchodzili za niezwyciężonych i którzy jedynie równych sobie statusem i potęgą uważali za godnych jakichkolwiek bliższych relacji. Teraz to wszystko zostało wywrócone do góry nogami, a ci, którzy dotąd uważali się za panów i władców ziem, na których mieszkali, musieli czym prędzej uchodzić przed potęgą, która dla nich okazała się nie do zatrzymania. Potęgę tą uosabiali biali wojownicy w Północy, o dość dziwnych hełmach, przypominających niekiedy te, znane nam z opowiadań o wikingach. Rogate hełmy były jednak wśród tych ludów w mniejszości, natomiast znacznie bardziej rozpowszechnione i używane jako przykład odmienności kulturowej plemion Północy (od tych, przez których ziemie przechodzili) były dziwne nakrycia głowy, nieco przypominające niewielkie pióropusze. Jednak ci, którzy mogliby sądzić, że miało to coś wspólnego z Indianami mocno by się pomylili, gdyż okazuje się że takich nakryć głowy (a przynajmniej bardzo podobnych) używają do dziś mieszkańcy pewnych terenów kraju, o nazwie Polska. Ale o tym potem. Teraz wszakże przejdźmy do tras, jakie poszczególne plemiona obrały sobie, w swym niszczycielskim pochodzie na Południe, a których kwintesencją było dotarcie do Egiptu, Libii i Palestyny i osiedlenie się tam (np. w jakiś czas po osiedleniu się "Ludów Morza" wśród libijskich plemion, ludy te zjednoczył się na tyle, że... zdołały opanować Egipt i zainstalować tam własną, libijską dynastię, co wcześniej, w czasach świetności Kraju Piramid było nie do pomyślenia).  



GRECJA  
CZYLI KTO PIERWSZY NA PELOPONEZ





 
 W poprzednich częściach tej serii, pisałem już o greckich mitach, które mówiły że w czasie (lub wkrótce po jej zakończeniu) Wojny Trojańskiej, na Peloponez weszło plemię Dorów, prowadzone przez prawnuków Hyllosa, syna Heraklesa, którzy podstępem, dzięki władcy Etolii - Oksylosowi, pokonali Achajów i stali się panami Argolidy, Lakonii i Mesenii. Jak już mówiłem, mit z reguły ma coś wspólnego z prawdą i rzeczywiście plemię Dorów (jest to późniejsza, zniekształcona nazwa "ludu Ognia" z Północy, czyli właśnie "Gorów" - a słowo to pochodzi od starosłowiańskiego "gore" - czyli "płonie", "pali się" lub "parzy"), weszło na Peloponez ok. 1180 r. p.n.e., pytanie tylko, czy było jedynym które dokonało zniszczenia cywilizacji achajskiej, czy też miało swoich pomocników? Na steli faraona Merenptaha (z ok. 1207 r. p.n.e.) widnieje osiem ludów Północy, z którymi musiał się ów faraon zmierzyć (ich nazwy wymieniałem w poprzedniej części), ale biorąc pod uwagę fakt, że do ataku na Peloponez doszło po roku 1200 p.n.e., należy przyjąć że była to druga grupa tych plemion, których tym razem (według Ramzesa III) było pięć, i z którymi również przyszło się mierzyć Egipcjanom oraz innym ludom Syro-Palestyny. Najprawdopodobniej jednak samą Grecję zaatakowali jedynie Gorowie/Dorowie, ale, biorąc pod uwagę fakt że atak mógł również być prowadzony od strony morza (przecież Cypr był wówczas zagrożony atakiem morskich sił ludów o nieznanym pochodzeniu, które przeszły przez tę wyspę, jak również przez morskie porty i emporia Syrii, niczym nóż który wbija się w masło), można więc przyjąć, że niektóre plemiona spośród tej piątki (Danuna, Karkisa, Waschasch, Tjeker, Peleset) również mogły brać udział w ataku na Ahhijawę (achajską Grecję). Jednak warto przede wszystkim przyjrzeć się temu, co po sobie zostawili najeźdźcy na Peloponezie, gdyż pewna część tamtejszych grodów nigdy już nie została ponownie odbudowana i zasiedlona.  



MYKENY






"Wielu było dzielnych i przed Agamemnonem ale, 
nie opiewani przez poetów, utonęli w nocy zapomnienia"

Horacy
("Pieśni")


 Przybycie słowiańskich "Ludów Morza" z Północy, co prawda ostatecznie położyło kres istnieniu Myken - jednego z największych ośrodków politycznych achajskiej Grecji, ale nie było to wcale jedyną katastrofą, jaka spotkała owe miasto w ciągu ostatnich stu lat przed zagładą. Podobnie jak Troja nie upadała raz, a co najmniej dwa, lub trzy razy, tak i Mykeny zostały zniszczone po raz pierwszy ok. 1250 r. p.n.e. zapewne przez potężne lokalne trzęsienie ziemi. Jednak dopiero ostatnie zniszczenia (biorąc pod uwagę omawiany okres, czyli pierwsze dwa dziesięciolecia XII wieku p.n.e.), noszą ze sobą bezpośrednie ślady działania ognia. Poza tym wiele spopielonych elementów (np. gruz ze spalonych cegieł, belek i zwapnionego kamienia) świadczy ewidentnie że doszło do prób przedostania się do miasta jakiejś siły z zewnątrz (nadpalony gruz znajdował się od strony wewnętrznej bramy miejskiej na północnym-wschodzie miasta, którą zapewne nieprzyjaciel próbował wywarzyć i podpalić), znaleziono też ślady obróconych w gruzy domów mieszkalnych. Te ślady podpaleń i zniszczeń (jak sugerują niektórzy archeolodzy, np. Spyros Iakovidis z Uniwersytetu Pensylwania, który pisze: "Lokalne i niekoniecznie równoczesne pożary wybuchły w Centrum Kultowym, Domu Tsountasa, części Budynku Południowo-Zachodniego, Domu Panaghii (...) i być może w pałacu", zaś Elizabeth French z Uniwersytetu Cambridge dodała: "Bezpośrednio po "zniszczeniu 1200 roku", bez względu na to, co je spowodowało, cytadela w Mykenach popadła w ruinę. Na tyle, na ile udało się to stwierdzić, żadna z jej budowli nie nadawała się już więcej do użytku. Ślady ognia i gruzy widoczne był wszędzie...") wcale jednak nie sugerują (zdaniem wyżej wymienionych naukowców, szczególnie zaś Iakovidisa) że doszło tam do ataku z zewnątrz ("Kontekst archeologiczny (...) nie pozwala na stwierdzenie jakichkolwiek masowych migracji lub inwazji czy też lokalnych niepokojów, które miałyby miejsce w XII i XI wieku. Myken nie spotkał dramatyczny koniec. Obszar ten nie został nigdy (...) opuszczony, ale (...) scentralizowany system, który reprezentowała i uosabiała (...) władza, która go stworzyła, nie mógł już dłużej sprawować swojej funkcji, co doprowadziło do powszechnego upadku, w czasie którego miejsce to powoli i stopniowo popadało w ruinę").

Jak więc było naprawdę? Czy w Mykenach rzeczywiście doszło do interwencji z zewnątrz, do niepokojów wewnętrznych czy może zniszczenia były efektem powtórnego trzęsienia ziemi, jakie mogło nawiedzić ten region ok. 1180 r. p.n.e. (bo właśnie z tego okresu pochodzą spopielone gruzy dawnych Myken). Bez wątpienia trzęsienie ziemi należy wykluczyć (ze względu na jawne działanie ognia i wysokiej temperatury, która raczej nie powstaje w wyniku przesuwania się płyt tektonicznych ziemi). Czy mogło zatem dojść do rozruchów wewnętrznych (jak np. stało się w kananejskim mieście Chasor - o czym wspominałem w poprzedniej części), tego niestety nie wiadomo, ale pytanie brzmi: dlaczego wyklucza się interwencję z zewnętrz? Czyżby spalone pokłady miejskich budowli i nadpalone mury nie mogły świadczyć o takim ataku? Postaram się to wytłumaczyć i jednocześnie powiem jakie jest moje zdanie. Otóż warto zauważyć, że Homer sytuuje Mykeny, jako centrum polityczne Argolidy (najważniejszej dzielnicy Peloponezu), mimo że warunki naturalne nieco temu przeczą. Gdy spojrzymy na mapę, to dostrzeżemy, że Mykeny leżą co prawda na równinie argiwskiej, ale jednak są nieco "wciśnięte" w boczny kąt tej doliny i nie znajdują się w jej centrum. Równinę argiwską otaczają zaś z trzech stron (od zachodu, od północy i od wschodu) wysokie góry: Chaon, Treton i Arachneon i jedynie z południa otwiera się dolina, schodząca wzdłuż rzeki Kefizos ku Zatoce Argiwskiej i Morzu Egejskiemu. Widać też wyraźnie, jakie miasto wybija się tam na plan pierwszy - jest to Argos, centrum polityczne Argolidy. Jednak można założyć, że Argos przed przybyciem "Ludów Morza" został zepchnięty na dalszy plan i to właśnie przez Mykeny, a droga ku temu mogła wieść poprzez otoczenie Argos twierdzami pobudowanymi w dolinie (do czego doszło i co potwierdzają wykopaliska archeologiczne) i opanowanie Nauplii - jedynego portu wiodącego do Argos. Nie jest to wcale niemożliwe, jako że Homer podaje, że Agamemnon - ów sławny król, który miał stanąć na czele wyprawy Greków przeciw Troi, pochodzący z rodu Pelopidów - był przecież władcą zarówno Myken jak i Argos, co może świadczyć, że albo doszło do pokojowego połączenia się tych dwóch ośrodków, albo też do zdominowania Argolidy przez Mykeny na drodze zbrojnej (wersja według mnie prawdopodobniejsza). Mimo to Mykeny wciąż były wobec Argos, niczym młodszy brat wobec starszego i Gorom/Dorom mogło wystarczyć zdobycie samego Argos, aby tym samym opanowali oni całą argiwską równinę.

Mimo to, ślady zniszczeń w Mykenach są ewidentne i niepodważalne, czy więc mogło tam dojść do jakichś wewnętrznych walk o władzę. Nie - wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne. Uważam też, że Mykeny zostały zdobyte zbrojnie przez siłę zewnętrzną, która wówczas rozlała się pod całej Helladzie, niczym powódź i zmiatała wszystko na swej drodze. Przybysze nie musieli więc odpuszczać Mykenom, choć zniszczenia jakich tam dokonano, nie przeszkodziły potem w ponownym zasiedleniu tego miasta (podobnie zresztą rzecz miała się z Argos). Miasto zresztą było ewidentnym ośrodkiem politycznym, dysponowało Zamkiem wzniesionym na wzgórzu obronnym, Akropolem, Murami Cyklopimi, Lwią Bramą, Skarbcem Atreusza (który pełnił funkcję królewskiego grobowca). Było to również - idąc za przekazem Homera - "miasto obfitujące w złoto" (niemiecki dziewiętnastowieczny archeolog - Heinrich Schliemann, odnalazł przy 17 odkopanych przez siebie zwłokach 13,5 kg. szlachetnych metali, w tym głównie złoto. Znaleziono tam też mnóstwo klejnotów - szczególnie przy ciałach kobiet -  diademów, pierścieni, a także broni, złotych masek oraz pucharów. Musiało być więc to dodatkowo miasto dość zamożne, dlatego z pewnością było ono przedmiotem ataku tzw.: "Ludów Morza" i w wyniku tego zostało zniszczone. Warto też na chwilę pochylić się nad władcą tego grodu - Agamemnonem, który według Homera był odważnym, dumnym i ambitnym królem, choć również niezdecydowanym i łatwo się zniechęcającym. Był on bratem Menelaosa ze Sparty, męża Heleny. To właśnie Agamemnon odebrał Achillesowi jego niewolnicę-konkubinę - Bryzejdę, co doprowadziło do konfliktu tych dwóch mężów i krótkotrwałego wycofania się Achillesa z walk pod Troją. Agamemnon również poświęcił życie swej córki - Ifigenii, składając ją na ołtarzu Artemidy, gdy wojska greckie z powodu ciszy morskiej nie mogły wypłynąć z Aulidy. Jego małżonka - Klitajmestra, nigdy mu tego nie wybaczyła i gdy po dziesięciu latach powrócił ze zdobytej Troi, zabiła go w kąpieli, wraz ze swym kochankiem - Egistem. "Agamemnon" był też tragedią pierwszej części trylogii Ajschylosa pt.: "Oresteja", wystawionej na Lenajach w Atenach w 458 r. p.n.e.  







TIRYNS





Idąc na południe od Myken równiną argiwską ku Zatoce Argiwskiej, dojdziemy bezpośrednio do Tirynsu, grodu, które w epoce najazdu na Peloponez plemienia Gorów/Dorów, posiadało podobne do mykeńskich "cyklopie" mury. Miasto to również nosi ślady podobnych zniszczeń, datowanych na ok. 1180 r. p.n.e. Główną budowlą miejską, był bez wątpienia Zamek królewski, który wznosił się na wysokim na 22 m. nad poziomem morza szczycie otaczającym cały teren. Ze względu na pochyłość skał od strony północnej do południowej, w rzeczywistości były to więc dwa zamki: Zamek Dolny (na północy) i Zamek Górny (na południu). Połączone były one małym przejściem (odrzynkiem), zwanym "Zamkiem Środkowym" (mieściły się tam głównie mieszkania służby). Król przebywał w swoich komnatach na Zamku Górnym, zaś na północy mieściły się pokoje możnowładców, kuchnie i stajnie. Pałac ten uległ zniszczeniu, jednak nie tak, jak to miało miejsce w Mykenach, dlatego też sugeruje się (w środowisku archeologów) że tutaj właśnie doszło do trzęsienia ziemi, które zniszczyło mury miejskie, Zamek i budynki Tirynsu (znaleziono bowiem ludzkie ciała przygniecione przez kawałki walących się ścian budynków). Czyżby więc Tiryns ocalał z pożogi "Ludów Morza" i został zniszczony przez siły przyrody? Ani channelingi, ani źródła historyczne czy archeologiczne nic dokładnego na ten temat nam nie mówią, więc wciąż pozostajemy w kręgu przypuszczeń i niedomówień. 



ARGOS





 Stolica całej Argolidy (zwanej też Argeją) i bez wątpienia największe miasto ówczesnego Peloponezu. Gród leżący w samym środku równiny argiwskiej, miał doskonałe połączenie zarówno z morzem (poprzez port w Nauplii, a w późniejszych czasach również w Asine), jak i z resztą Peloponezu (szczególnie droga na południe, ku Sparcie była szczególnie uczęszczana, a to za sprawą uroczych gajów oliwnych, latem zraszanych potokami gór Tajgetu, co też sprawiało wrażenie przepięknej oazy). Kraina ta była właściwie samowystarczalna ekonomicznie, gdyż bogata była zarówno w pastwiska, jak i w winną latorośl, figi, oliwki, jeżyny a nawet kukurydzę (uprawianą na bagnistych gruntach koło Lerny i Tirynsu). Co ciekawe, w Argos przetrwało bardzo mało śladów zniszczeń, pamiętających czasy najazdu plemion północnych. Trudno to wytłumaczyć, gdy bierze się pod uwagę zarówno strategiczne położenie tego miasta (pozwalające kontrolować całą Argolidę), jak i jego zaplecze ekonomiczne. Ale może rzeczywiście w greckich mitach jest nieco więcej prawdy, niż myślimy i to właśnie Mykeny zdetronizowały Argos na krótko przed inwazją "Ludów Morza" na Peloponez, skoro to właśnie tam znajdujemy największe ślady zniszczeń i podpaleń, tak właśnie należałoby przyjąć. Mimo to dziwnym jest fakt, iż Argos wyszło z tej demolki praktycznie bez szwanku (nie licząc pewnych zniszczeń w centralnych pokładach miasta, ale nie na tyle dużych, aby zakładać jakieś poważniejsze walki, czy też nawet trzęsienia ziemi). Wiadomo że nad Argos dominowało wzgórze Larisy, gdzie też wzniesiony był królewski Zamek. Przez miasto przepływała rzeka Inachos, będąca dopływem Kefizosu. W czasach klasycznych Argos stało się centrum kultu bogini Hery (na Akropolu argiwskim w V wieku p.n.e. wzniesiono świątynię tej bogini - Herajon i jej posąg dłuta Polikteta). Homer w Iliadzie nazywa tę krainę "królestwem Diomedesa" - najdzielniejszego po Achillesie wojownika Greków w Wojnie Trojańskiej. 



PYLOS





 Podobnie jak w przypadku Myken, tak i w przypadku Pylos - miasta w zachodniej Mesenii, mamy do czynienia z potężnymi zniszczeniami. Archeolog Carl Blegen tak je opisał podczas badań w 1939 r.: "Musiał to być pożar o wielkiej intensywności, gdyż mury wewnętrzne w wielu miejscach stopiły się w bezkształtną masę, a tworzące je głazy uległy zwapnieniu", zaś w 1955 r. dodawał: "Wszędzie (...) odsłonięto wyraźne ślady zniszczeń spowodowanych przez ogień (...) temperatura była na tyle wysoka, że doprowadziła do zwapnienia kamienia i stopienia się wykonanych ze złota ozdób". Podobnie twierdzi współczesny badacz - Jack Davis z Uniwersytetu w Cincinnati: "Główny budynek płonął z taką intensywnością, że tabliczki zapisane pismem linearnym B, przechowywane w jego Sali Archiwalnej, zostały wypalone, a niektóre z naczyń znajdujących się w jego magazynach uległy stopieniu". Zniszczenia te również datuje się na ok. 1180 r. p.n.e. Ciekawe jednak są, odnalezione w ruinach pradawnego Pylos te tabliczki, którym udało się ocaleć przed niszczącą siłą ognia. A są one o tyle ważne (z punktu widzenia historycznego), ponieważ umieszczono na nich informację o dziwnych "obserwatorach morza", mających strzec portu i piaszczystych plaż wybrzeża Mesenii. Kim oni byli i przed kim niby mieli strzec Pylos? Warto też zastanowić się, czy rzeczywiście możliwe jest że Gorowie/Dorowie nie byli jedynym najeźdźcą tych ziem i że atak prowadzono również drogą morską? (co oznacza, że atakowały też i inne plemiona). Wszystko na to wskazuje, ale jedno pozostaje pewne bez względu na wszystko - Pylos, bogate, ludne i duże miasto portowe epoki Grecji mykeńskiej - zostało doszczętnie zniszczone. Podobne zniszczenia (ale już z udziałem innych ludów północnych) miały miejsce w Anatolii, Syrii Palestynie i Egipcie, jednak najważniejsze w tym wszystkim będzie to, jakie państwa założyli owi napastnicy na tych ziemiach i... dlaczego tamtejsza kultura okazała się potem niezwykle zbliżona do kultury słowiańskiej, a szczególnie... lechickiej. O tym wszystkim będzie w następnym i jeszcze kolejnych częściach tej serii. 




CDN.

sobota, 22 maja 2021

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. IX

CZYLI CO SPOWODOWAŁO

ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA

ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?






PLANY I MARZENIA

Cz. VIII



REWOLUCJA 1905 r.

CZYLI DZIEJE PEWNEJ MISTYFIKACJI

Cz. III






CIOS PIERWSZY: WOJNA!
Cz. I


"KRÓTKA, ZWYCIĘSKA WOJNA DLA POWSTRZYMANIA REWOLUCJI"



 Po niezwykle burzliwych latach 60-tych (XIX wieku) i terrorystyczno-rewolucyjnych latach 70-tych, nastały lata 80-te, a wraz z nimi znaczny regres rewolucyjnego wzburzenia w Rosji. Co prawda po zabójstwie cara Aleksandra II (13 marca 1881 r., choć według kalendarza juliańskiego, obowiązującego wówczas w Rosji, był to 1 marca) wśród rewolucjonistów walczących z caratem rozbudziły się nadzieje na bliskie zwycięstwo i obalenie (lub przynajmniej osłabienie) rządów cara. Szybko jednak okazało się jak płonne był to nadzieje, a do roku 1885 odpowiedzialna za ten zamach Narodnaja Wola (czyli rewolucyjna partia rosyjska, zmierzająca do obalenia caratu metodami terrorystycznymi), praktycznie przestała istnieć (resztki jej członków aresztowano w 1887 r.). Pozwoliło to na długi, bo trwający praktycznie dwie dekady (licząc od wstąpienia na tron nowego cara - Aleksandra III i rozpoczęcia bardziej zdecydowanych represji politycznych, wymierzonych przez władze we wszelką antycarską opozycję) okres wytchnienia dla władzy i zaprzestania (lub skrajnego osłabienia) działań terrorystycznych i rewolucyjnych. Jednak nie oznaczało to wcale rozwiązania jakiegokolwiek problemu, przed którym stanęła ówczesna Rosja, wręcz przeciwnie - czas stabilizacji władze carskie wykorzystały do jeszcze większego tłumienia jakichkolwiek wolnościowych aspiracji obywateli Imperium, jak również do dalszego umacniania carskiego samodzierżawia. Prewencyjnie atakowano również środowiska, które realnie nie chciały ani obalać, ani też zbytnio osłabiać carskiego absolutyzmu, a jedynie dążyły do zmniejszenia carskiej biurokracji i nadania reżimowi bardziej "ludzkiej twarzy". Takim środowiskiem byli na przykład członkowie ziemstw, którzy sami częstokroć wywodzący się z arystokracji, nie pragnęli żadnych rewolucyjnych zmian i anarchizacji kraju, a jedynie dążyli do uznania przez carat autonomii ziemstw, w celu praktycznej poprawy doli ludu (głosili oni potrzebę ponownego "zbliżenia cara do ludu" który według nich został zahamowany poprzez nieustanny rozrost biurokracji). Tak więc większość członków ziemstw, to byli zwolennicy caratu z nieco bardziej liberalnym spojrzeniem, wierzący w "prastarą więź duchową pomiędzy carem a jego ludem", oraz widzący przyszłą Rosję, jako kraj złożony z lokalnych samorządów, będących jednak pod władzą autokratycznego cara. Mimo to, władze zatruwały im życie jak tylko mogły, a od roku 1890 r. budżety ziemstw były mocno ograniczane, zaś niektórzy z ich wybieralnych członków trafiali nawet do aresztu pod różnymi pretekstami. Gdy w 1896 r. została założona Organizację Wszechziemstw, grupująca przedstawicieli wszystkich ziemstw w kraju, carskie władze (wszechwładne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych) w kilka tygodni później organizację tę zdelegalizowały (w 1899 r. członkowie ziemstw założyli tajną "Biesiadę", która też była tropiona przez carat).

Drugim poważnym przeciwnikiem, z którym musieli się zmierzyć przedstawiciele reżimu, byli... studenci (o związkach studenckich i ich dążeniu do zmian w Rosji lat 80-tych i 90-tych XIX wieku, pisałem już w poprzedniej części). Okres względnej wolności rosyjskich uniwersytetów trwał stosunkowo krótko (oficjalnie od 1863 do 1884 r., jednak już w 1865 r. wprowadzono system kar prewencyjnych za posiadanie "antypaństwowych" publikacji, zaś w 1866 r. ograniczono studentom możliwość wyjazdów zagranicznych). W 1884 r. całkowicie zniesiono autonomię rosyjskich uniwersytetów i wprowadzono zakaz działalności studenckich klubów oraz stowarzyszeń. Wyjazd zagraniczny stał się już praktycznie niemożliwy, a specjalni kuratorzy, przysyłani przez władze, nadzorowali "prawomyślność" kadry uniwersyteckiej i listę publikacji. Stan taki trwał do stycznia 1901 r., gdy minister edukacji - Mikołaj Bogolepow, w obawie przez kolejną falą studenckich protestów (jakie miały miejsce w listopadzie 1900 r., w wyniku sprzeciwu wobec utrzymania zakazu zrzeszania się studentów i dalszej kontroli władz nad uniwersytetami) zarządził pobór najbardziej radykalnych studentów do wojska (łącznie wcielono do armii 183 studenckich przywódców). Miesiąc później, student - Piotr Karpowicz (Polak) z partii Socjalistów-Rewolucjonistów (założonej w tym samym 1901 r.) postrzelił Bogolepowa w szyję, a ten w kilka dni później zmarł (2 marca 1901 r.). Od tej pory Karpowicz był uważany za bohatera, wśród ponownie coraz bardziej zrewoltowanej młodzieży, a 4 marca przed Soborem Kazańskim w Petersburgu zebrało się ok. 3000 studentów, którzy jawnie zademonstrowali swój sprzeciw wobec likwidacji autonomii uniwersytetów oraz braku zgody władz, na powstanie studenckich organizacji dyskusyjnych. Demonstrujący rozwinęli czerwone flagi i odśpiewali "Marsyliankę". Głos zabrali również chętni mówcy (m.in. Maksym Gorki), a centrum miasta przez jakiś czas było totalnie sparaliżowane. Wreszcie władze wysłały na studentów kozaków, którzy konno, dzierżąc w dłoniach pałki lub nahajki, uderzali na oślep kogo popadnie. Doszło do masakry, w wyniku której zginęło 13 osób, a setki zostało rannych. Aresztowano w sumie 1500 osób (niektórzy chronili się w cerkwi, licząc że tam zdołają się ukryć, ale kozacy wchodzili tam i wyciągali stamtąd uciekinierów siłą). Osadzono ich w Twierdzy Pietropawłowskiej. Co ciekawe, aresztowano wówczas nie tylko studentów, ale nawet tych spośród gapiów, którzy tam stali i się przyglądali (choć sympatyzowali ze studentami), a to oznacza że w Twierdzy zamknięto również wielu (często majętnych) mieszczan. Pobyt tych osób w więzieniu nie należał do ciężkich, gdyż rodzice zadbali, by niczego im tam nie brakowało (np. lokalny producent tytoniu wysłał do Twierdzy 10 000 sztuk luksusowych papierosów i ów podarek powtarzał co jakiś czas. Inni przysyłali dobre jedzenie, książki, gry - np. szachy - lub instrumenty muzyczne. Gorki po latach nazwał pobyt spędzony wówczas w Pietropawłowskiej Twierdzy, mianem: "Czegoś w rodzaju studenckiego pikniku". Jednak sprzeciw studentów Uniwersytetu Petersburskiego, był pierwszym od co najmniej dwudziestu lat aktem tak jawnie zademonstrowanej niechęci wobec postanowień władzy i jednocześnie można stwierdzić, iż kończył on czas względnego wyciszenia rewolucyjnych dążeń.




Po tym wydarzeniu, wielu studentów wstąpiło do Partii Socjalistów-Rewolucjonistów (zwanych też w skrócie "Eserowcami"). Popularnością cieszył się również (założony w 1903 r.) Związek Wyzwolenia, a także częściowo inne partie nawołujące do zmiany stosunków społecznych w ówczesnej Rosji (w tym też komuniści: Mieńszewicy i Bolszewicy). Widząc ponowny wzrost rewolucyjnych nastrojów w kraju, władze starały się wyjść naprzeciw skumulowanej studenckiej energii i dać jej upust w zupełnie innym miejscu, niż pierwotnie ona miała być użyta, a mianowicie nie przeciwko carskiej władzy i samodzierżawiu, a przeciw "wrogom" Rosji, czyhającym na jej zgubę. Pomysł był bardzo ciekawy i minister spraw wewnętrznych - Wiaczesław Plehwe postanowił znaleźć właśnie takie ujście studenckiej energii, przekierowując ich ku patriotycznej potrzebie obrony zagrożonej Rosji. Władimir Lambsdorff - stojący na czele Ministerstwa Spraw Zagranicznych Imperium Rosyjskiego, również poszukiwał możliwości zagranicznej interwencji, która zmieniłaby się w "krótką, zwycięską wojnę" i tym samym rozbudziła patriotyczne nastroje wśród rosyjskiej młodzieży. Początkowo (1903 r.) skierował swój wzrok ku Bałkanom i wystosował do Turcji żądanie przeprowadzenia pewnych reform, które miały umożliwić mocarstwom skuteczne kontrolowanie tureckiej polityki. Osmańska Turcja była wówczas wygodnym "chłopcem do bicia" dla wielkich mocarstw (np. Wielka Brytania już od lat 90-tych XIX wieku, występowała z coraz mniej skrywaną propozycją "podziału" Turcji, która dla Londynu przestała mieć strategiczne znaczenie, gdy tylko Brytyjczycy opanowali Egipt w 1882 r.). Rosja ostatnią wojnę z Turcją zakończyła 25 lat wcześniej, pokojem w San Stefano (marzec 1878 r.) zmienionym potem na niekorzyść Rosji i Bułgarii na konferencji w Berlinie (czerwiec-lipiec 1878 r.). Była to wojna co prawda krwawa, ale dość łatwa, gdyż Turcja nie stanowiła wówczas realnego niebezpieczeństwa i car bardziej obawiał się stanowiska Anglii, Francji, Niemiec i Austro-Węgier niż tego że Osmanie mogą pokonać jego armię. I rzeczywiście, gdy wojska rosyjskie już zbliżały się do Konstantynopola, a w Petersburgu śniono o odrodzeniu Cesarstwa Bizantyjskiego, mocarstwa zachodnie nakazały Rosji wstrzymać dalszy marsz, deklarując że w przeciwnym razie udzielą Turcji zbrojnej pomocy (tak jak to miało miejsce w czasie Wojny Krymskiej 1853-1855 zakończonej rosyjską porażką). Car Aleksander II nakazał więc zatrzymać zwycięski marsz na Konstantynopol i ostatecznie musiał przyjąć uzgodnione w Berlinie warunki pokojowe. Teraz zaś, po 25 latach od tamtego, niewykorzystanego zwycięstwa, istniała szansa dokończenia dzieła, tym bardziej że Wielka Brytania zapewne już by nie protestowała, a i Francja (będąca z Rosją w jednym sojuszu od 1892 r.) też nie wyraziłaby swego sprzeciwu.

Wojna z Turcją to łatwa i szybka wojna, oraz dość proste zwycięstwo które pozwoliłoby ponownie rozbudzić patriotyczne nastroje w społeczeństwie i skierować je ku wsparciu władzy, a nie ku walce z caratem i samodzierżawiem. Aby więc pobudzić młodzież w odpowiednim kierunku i jednocześnie zneutralizować ich dążenie do liberalizacji władzy w Rosji, car Mikołaj II wydał manifest (26 lutego 1903 r.) w którym zapowiadał przeprowadzenie pewnych reform państwowych, jednocześnie opiniując ich wprowadzenie stosownym ministrom (swoją drogą ciekawe - najwięksi przeciwnicy jakichkolwiek reform w kraju, mieli teraz opracować ich projekt? To pokazuje że zmiany - jeśli w ogóle miały nastąpić - byłyby jedynie kosmetyczne, innymi słowy tak należałoby zmienić kraj w rozumieniu cara, aby... wszystko zostało po staremu - i skąd my to znamy, prawda?). W sierpniu tego roku pierwszym ministrem (premierem) Imperium Rosyjskiego, został mianowany długoletni minister finansów - hrabia Siergiej Witte. Był on gorącym zwolennikiem powstania Kolei Transsyberyjskiej (budowanej od 1891 r.), która ostatecznie została ukończona na całej trasie od Bałtyku do Pacyfiku - 18 września 1903 r. (notabene poprzednik Wittego na stanowisku ministra finansów Rosji - hrabia Kankrin stwierdził, że połączenie kolejowe Bałtyku z Pacyfikiem będzie niemożliwe przez... kilka następnych stuleci). Wraz z nowym premierem w Rosjan (głównie dziennikarzy, publicystów a także niektórych pisarzy) wstąpił duch rosyjskiego panslawizmu, który dobitnie streścił w swym nieco sarkastycznym tonie Władimir Sołowjow, pisząc tak: "Zniszczyć Turcję, zniszczyć Austrię, podbić Niemcy, zabrać Konstantynopol, a jeśli się uda, to i Indie". Ów poeta wcale nie przesadzał, gdyż w rosyjskiej prasie i publicystyce pojawiały się głosy, twierdzące że zdobycie Konstantynopola i opanowanie brytyjskich Indii... to za mało, Rosji bowiem należą się całe Chiny, Japonia i wszystkie wyspy Pacyfiku. Ale najpierw należy zdobyć Konstantynopol. Wielka Brytania nie zamierzała jednak pozwalać, by rozwijały się plany opanowania ziem, już należących do brytyjskiej Korony, a takimi właśnie był Indie. Aby więc skierować Rosję z dala od Azji Środkowej, należało zepchnąć ją na Daleki Wschód, ku Chinom, Mandżurii i Japonii. Już 30 stycznia 1902 r. zawarto w Londynie brytyjsko-japoński układ, o podziale stref wpływów w Azji i wzajemnym wsparciu w przypadku ataku państwa trzeciego. Rosja od 1898 była w posiadaniu dwóch niezamarzających portów w Mandżurii - Port Artur i Talienwan, zaś w wyniku międzynarodowej ekspedycji do Chin (tłumiącej tamtejsze Powstanie Bokserów), od 1900 r. okupowała również całą Mandżurię. Japonia domagała się wycofania sił rosyjskich z portów i ziem Mandżurii, a Rosjanie (choć deklarowali chęć wycofania swych sił) realnie niczego takiego nie uczynili. Japonia była jednak nieugięta (mściła się za złamanie przez Rosję traktatu pokojowego z Simonoseki, kończącego wojnę japońsko-chińską z 1895 r. na mocy którego Port Artur i część półwyspu Liaotung miały należeć do Japonii, w zamian za wycofanie się tej z Korei. Rosja jednak stworzyła koalicję i z pomocą Niemiec oraz Wielkiej Brytanii zmusiła Japonię do zrzeczenia się tych terenów) i ostatecznie 6 lutego 1904 r. rząd Cesarstwa Japonii zerwał stosunki dyplomatyczne z rządem Imperium Rosyjskiego. Wojna wówczas stała się faktem.




Warto też na chwilę zwrócić się w kierunku Japonii, gdyż to nie Turcja, z którą w zwycięskiej wojnie Rosja miała rozwiązać swe wewnętrzne problemy, ale właśnie Japonia stała się teraz jej głównym wrogiem. Wojna z Japonią miała być także: "szybka, łatwa i zwycięska", jak powszechnie sądzono zarówno w rosyjskim dowództwie, jak i wśród elit carskiego imperium. Dla rosyjskiej władzy, "skośnoocze dzikusy" byli jedynie elementem umożliwiającym ekspansję rosyjskich wpływów na Dalekim Wschodzie i opanowanie nie tylko Mandżurii, ale Kuryli, a być może także wyspy Hokkaido i zdobycia kontroli nad całą Koreą oraz Chinami. Ta wojna miała być "szybkim marszem do Tokio", mającym udowodnić całemu światu jak potężna jest Rosja i że wewnętrzne zawirowania w żaden sposób nie wpływają na jej siłę i stabilność. W Rosji powstało też kilka planów wojny z Japonią, a pierwszy opracowany został już w 1895 r. po zakończeniu wojny japońsko-chińskiej. Był to plan wybitnie defensywny i zakładał jedynie obronę Władywostoku i kraju nad Amurem. Drugi plan opracowany w 1898 r. po zajęciu Portu Artur, co wiązało się również z obroną tych terenów. Kolejny plan defensywny powstał w 1899 r. i zakładał dodatkowo obronę Kolei Transsyberyjskiej. Czwarty plan obronny opracowano w rosyjskim sztabie generalnym w 1901 r. (po interwencji w Chinach) i zakładał wycofanie się sił rosyjskich w Mandżurii do Charbinu i tu oczekiwanie na przybycie posiłków z europejskiej części Rosji (przy jednoczesnej obronie Portu Artur, Władywostoku i Kolei Transsyberyjskiej). Ostatni, piąty plan, zwany planem "namiestnika Aleksiejewa" powstał w 1903 r. Zamierzano w nim zorganizować pierwszy opór sił rosyjskich na rzece Jalu (graniczna rzeka między Koreą a Mandżurią), a następnie wycofać się do gór Frynsiaolin, a po mobilizacji sił rosyjskich przejść do działań ofensywnych (najpierw zdobycie przewagi na Morzu Żółtym, wysadzenie desantu na zachodnim wybrzeżu Korei i stopniowe spychanie sił japońskich na południe, przy jednoczesnym zagrożeniu wybrzeży wyspy Hokkaido przez rosyjską flotę z Władywostoku). Plan ten był niedopracowany, pełen błędnych założeń (nie uwzględniających np. trudności transportu wojsk koleją, nie brano również pod uwagę możliwości zdobycia przez Japonię dominacji na Morzu Żółtym), a także znacznie niedoszacowujący japońską armię. Uważano bowiem że Japonia nie jest w stanie przeprowadzić skutecznej akcji zaczepnej i że po przybyciu odpowiednich posiłków z Rosji, będzie można spokojnie wyprzeć Japończyków "aż do Tokio". Nie doceniano Japonii, a nie była to bowiem ówczesna upadająca Turcja, lecz kraj szybko się modernizujący i pewien sposób już zeuropeizowany (przynajmniej zewnętrznie). Spójrzmy zatem jak dokładnie wyglądała Japonia (i jej armia) tuż przed wybuchem wojny z Rosją w 1904 r. i czy Rosja miała szansę na zwycięstwo w tej wojnie? 









CDN.