Łączna liczba wyświetleń

sobota, 30 września 2023

BOHATEROWIE WRZEŚNIA - Cz. III

 POGROMCA GUDERIANA





KLEEBERG i

SAMODZIELNA GRUPA OPERACYJNA

"POLESIE" 

Cz. II







NIEMIECKO-SOWIECKA AGRESJA
(WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 1939)
Cz. I


 Niemiecka agresja na Polskę z 1 września 1939 r. zastała gen. Franciszka Kleeberga jako dowódcę Okręgu Korpusu nr. IX w Brześciu nad Bugiem. Pierwsze wojenne dni upłynęły spokojnie, lecz ponieważ nie udało się zatrzymać nieprzyjaciela na linii obrony na Narwi, Bugu, środkowej Wiśle i Sanie, a Wehrmacht - stosując taktykę blitzkriegu, okrążał jednostki polskie wychodząc na ich tyły i zmuszając je do cofania się na wschód, stawało się coraz bardziej pewne, że Niemcy również dotrą do Brześcia. Gdy 7 września pojawiła się wiadomość o zbliżaniu się do miasta czołgów gen Heinza Guderiana, 9 września Naczelny Wódz marszałek Edward Rydz-Śmigły polecił generałowi Kleebergowi przygotowanie obrony na linii Brześć-Pińsk oraz podporządkowanie sobie wszystkich drobnych grup żołnierzy z rozbitych oddziałów, które wycofywały się na wschód. Zadanie które otrzymał do wykonania gen. Kleeberg nie było łatwe, gdyż główna siła jaką dysponował obsadzała twierdzę brzeską, a żeby teraz utworzyć linię obrony na wschód od niej, musiał w ciągu kilku dni sformować zupełnie nowe jednostki. Trzeba jednak przyznać że los sprzyjał Kleebergowi, gdyż miał do dyspozycji mnóstwo żołnierzy z wcześniej rozbitych na zachodzie jednostek, które teraz szukały swoich macierzystych pułków lub przyłączały się do formacji od nowa tworzonych, takich jak choćby Zgrupowanie "Kobryń", które zaczął formować nasz bohater. Formowanie tego oddziału Tak oto opisywał potem pułkownik Adam Epler: "Nowa dywizja powstawała w oczach, z godziny na godzinę. Nawet broń przyszła na nagle, niespodzianie: przywiozły ją autobusy warszawskie wypełnione po brzegi ewakuowanymi z Dęblina i ckm-ami, rkm-ami, moździerzami, pistoletami. Było jej aż za dużo. (...) Dochodziły do dywizji oddziały artylerii, saperów, łączności, oddziały specjalne, służby, tabory, samochody. Meldowali się oficerowie przydzieleni przez generała na stanowiska w sztabie. Zaczęła się tworzyć dywizyjna kawaleria".

Oczywiście pojawiły się też i problemy oraz niedociągnięcia, brakowało np. armat (w tym dział przeciwpancernych), niewielkie też były rezerwy pocisków artyleryjskich i amunicji. Mimo to gen. Kleeberg postanowił tutaj właśnie na dogodnym terenie, czyli na porośniętej lasem równinie, pełnej rzek i bagien - przyjąć pancerne zagony gen Guderiana. Pierwsze niemieckie czołgi pojawiły się pod Kobryniem 14 września i szybko stało się jasne, że przewaga sprzętowa niemieckiej dywizji została zniwelowana ukształtowaniem terenu, który skutecznie utrudniał wykorzystanie przewagi broni pancernej i powodował, że tak naprawdę "każdy kawałek tego terenu stawał się twierdzą". W ciągu kolejnych dni intensywnych walk stało się jasne, że Niemcy wpadli w pułapkę i czołgi oraz samochody pancerne na niewiele się tutaj zdadzą. Po szczególnie krwawych i zawziętych dwóch dniach walk (17-18 września), Guderian (pod koniec drugiego dnia walk) zdecydowany był wycofać się  stamtąd aby uniknąć dalszych wielkich strat wśród żołnierzy i sprzętu. Mało tego, Kleeberg miał plan okrążenia Niemców i zmuszenia ich do kapitulacji - co wręcz zakrawa na nieprawdopodobne, żeby dziesięciokrotnie słabsza liczebnie armia była do tego zdolna. Ale bez wątpienia gen. Franciszek Kleeberg wpisywał się w najlepsze tradycje wojenne dawnej Rzeczpospolitej, gdy w polu Wojsko Polskie było nie do pokonania dla żadnego wroga, a takie niesamowite wiktorie, jak ta pod Kircholmem (1605), Kłuszynem (1610), Chocimiem (1621), Ochmatowem (1644), Beresteczkiem (1651), Połonką (1660), Cudnowem (1660), Podhajcami (1667), Chocimiem (1673), Żórawnem (1676), Wiedniem (1683), Parkanami (1683), Hodowem (1694) i Podhajcami (1698) - a wymieniłem jedynie największe bitwy z tzw. "Epoki Wielkich Hetmanów". W ogromnej większości przypadków (w ponad 90%) te bitwy zostały wygrane przy co najmniej dwukrotnej lub trzykrotnej przewadze liczebnej nieprzyjaciela, natomiast w bitwie pod Hodowem przewaga ta była stukrotna. W ogromnej większości zwycięstwa te odniesione były dzięki pancernym uderzeniom husarii, przełamującej ciężkiej kawalerii z którą długo nie mogła sobie poradzić żadna armia. Ci uskrzydleni jeźdźcy, których formacja na początku XVI wieku przeniesiona została z Węgier do Polski, stali się wręcz Polski symbolem i choć kilka innych państw próbowało potem również stworzyć formacje husarskie (Francuzi i Moskale) to jednak żadnym się to nie udało (moskiewscy husarze byli przede wszystkim zagrożeniem dla siebie samych).




Niestety jednak ani okrążenie ani też zmuszenie Guderiana do kapitulacji lub odwrotu nie mogło wówczas się ziścić, jako że 17 września cios w plecy zadali nam Sowieci, wypełniając układ zawarty z Niemcami z 23 sierpnia 1939 r. na mocy którego dzielili pomiędzy siebie Europę Środkową. Sowiecki atak spowodował dezorganizację obrony przeciw-niemieckiej, niemożność utworzenia "przyczółka rumuńskiego", jaki był projektowany z zamiarem obrony, a następnie konturuderzenia na pozycje niemieckie (tym bardziej że w połowie września blitzkrieg się realnie zakończył, a wojna przybierała coraz bardziej charakter pozycyjny). Oznaczał również niemożność walki przez Niemcy na dwa fronty (bo w takiej sytuacji Francuzi i Anglicy nie zdecydowaliby się już uderzyć na Niemców, jeśli w ogóle wcześniej mieli jakiekolwiek podobne zamiary), oraz oznaczała realną likwidację państwa polskiego i niemożność wyprowadzenia wojska za granicę w celu dalszej walki z Niemcami. Tak więc 19 września gen. Franciszek Kleeberg otrzymał rozkaz marszałka Rydza-Śmigłego, nakazujący mu wycofanie się w kierunku Rumunii i Węgier przy jednoczesnym unikaniu starć z Armią Czerwoną aby uniknąć strat i prób okrążenia. Nie mając innego wyjścia, generał Kleeberg przystąpił do wykonania rozkazu Naczelnego Wodza. Nim jednak odszedł, zamierzał maksymalnie utrudnić życie Niemcom i jednocześnie uniemożliwić im pościg za sobą, tworząc na szybko grupy dywersyjne, których zadaniem było powstrzymanie dalszego natarcia Wehrmachtu i Armii Czerwonej (konkretnie zaś w instrukcji zalecał, aby organizowano napady na pojedynczych żołnierzy, na transporty żywności i amunicji, oraz niszczenie łączności i podpalanie zapasów paliwa).

Wspomniany już płk. Epler tak to opisuje: "Ostatnie dni przyniosły nam znowu dowody naszej olbrzymiej żywotności narodowej. Napotkaliśmy dwa nasze oddziały dywersanckie. Jeden z nich dowodzony przez znanego nam majora Gr. (major Adam Remigiusz Grocholski ps. "Brochwicz")., drugi przez inżyniera z Genewy, p. W (inżynier Stefan Witkowski - jeden z późniejszych "Muszkieterów"). Oba - każdy w sile kilkudziesięciu ludzi - grasowały na tyłach niemieckich i sowieckich, niszczyły mosty, mordowały żołnierzy, niszczyły nawet samotne wozy pancerne i czołgi. Dawaliśmy im środki do walki i pomagaliśmy razem z ludnością cywilną. Pracowały jeszcze bardzo długo po złożeniu przez nas broni" (pisałem już kiedyś o potwornym, wręcz panicznym strachu jaki udzielał się żołnierzom niemieckim - czego echem były chociażby ich listy wysyłane do rodzin - wobec walki przeciwko "polnische banditen". Walka przeciw grupom dywersyjnym była dla nich gorsza pod względem psychicznym, niż walka z regularnymi oddziałami Wojska Polskiego i to do tego stopnia, że w obawie przed "partyzantami" dochodziło wielokrotnie do zranień, a nawet wzajemnych zabójstw pomiędzy samymi żołnierzami Wehrmachtu). Żołnierze z wyżej wymienionych grup dywersyjnych (szczególnie ta Witkowskiego) wyposażenie byli (wg. Jerzego Rostkowskiego) w słynne przeciwpancerne karabiny kb Ur, zwane "Urugwajami" (był to karabin przeciwpancerny polskiej produkcji, który w tamtym czasie bez wątpienia należał do najlepszych na świecie. Pocisk kumulacyjny wystrzelony z takiego karabinu powodował jedynie małą dziurkę w czołgu, ale wybuch następował wewnątrz pojazdu, zabijając całą załogę i realnie unieszkodliwiając czołg).




22 września gdy gen. Kleeberg stracił łączność z Naczelnym Dowództwem, postanowił iść na odsiecz oblężonej,  Warszawie, wcześniej jednak musiał przejść przez tereny zamieszkałe głównie przez ludność białoruską i żydowską, dość przychylnie nastawioną do wkraczających Sowietów. Wielokrotnie dochodziło do skrytobójczych ataków na żołnierzy, a w każdym razie spotykano się w mijanych wioskach co najmniej z wrogością, jeśli nie z jawnym oczekiwaniem na Sowietów. Gen. Kleeberg musiał temu przeciwdziałać. Kilkakrotnie zmuszony był do pacyfikacji takich wsi i spalenia ich, a w przypadku skrytobójczych ataków na żołnierzy - do odpowiedzenia ogniem i ukarania sprawców karą śmierci. Najbardziej żałosne były prowizoryczne drewniane łuki triumfalne, wystawiane w oczekiwaniu na Armię Czerwoną. Z opisu pamiętników wielu żołnierzy września 1939 r. można wyczytać jak na to reagowali Polacy. Najczęściej takie konstrukcje były natychmiast niszczone, czasem podpalane, w większości przypadków jednak taranowane. Zdarzało się też, że miejscowa ludność czekała z chlebem i solą na powitanie Armii Czerwonej i nagle okazywało się że zamiast niej wróciło Wojsko Polskie. Konfuzja była wielka, najczęściej wówczas po prostu uciekano, ale wsie w których sowietów mianowitać chlebem i solą puszczane były natychmiast z dymem (ja sobie nie wyobrażam żebym mógł tolerować takie zaprzaństwo i gdybym żył w tamtych czasach nie byłoby zmiłuj. Co prawda ludzi - jeśli nie okazaliby jawnej wrogości i nie próbowali strzelać w plecy żołnierzom polskim - zostawiłbym w spokoju, ale cały ich dobytek i całą wieś natychmiast puściłbym z dymem. Była bowiem jawna zbrodnia zdrady i musi być za to kara!). 

Tak też zdarzało się na trasie przemarszu oddziałów gen. Kleeberga, z tym że paradoksalnie pomimo toczonych walk jego siły wcale nie malały a wręcz nieustannie rosły, jako że co chwila dołączali się do jego zgrupowania żołnierze z rozbitych wcześniej oddziałów. I wówczas to Kleeberg przemianował swoje zgrupowanie na Samodzielną Grupę Operacyjną "Polesie" (W jego skład wchodziły: Zgrupowanie "Kobryń" płk. Eplera, Zgrupowanie "Brzoza" płk. Ottokara Brzozy-Brzeziny - czeskiego oficera służącego w Wojsku Polskim {formacje oddziałów czeskich zaczęto formować u boku Wojska Polskiego po upadku państwa czechosłowackiego w marcu i kwietniu 1939 r.}, Dywizja Kawalerii "Zaza" - o której to było w pierwszej części, Podlaska Brygada Kawalerii oraz eskadra rozpoznawcza porucznika Edmunda Piorunkiewicza ("ostatniego lotnika 1939 r."). Piorunkiewicz miał jeden samolot na którym latał, a z braku bomb i pocisków do walki używał... własnego rewolweru. Wydawałoby się że coś takiego jest nieprawdopodobne i raczej skazane na niepowodzenie, ale według pułkownika Eplera Piorunkiewicz dokonywał swoim samolotem nieprawdopodobnych i wręcz brawurowych wyczynów, atakując niemieckie i sowieckie kolumny pancerne i paradoksalnie - co może wydawać się dziwne - zadawał im straty, sam zaś wszelkie dziury po kulach w kadłubie, w płatach czy nawet w siedzeniu pilota, łatał na bieżąco czym tylko się dało. A co najważniejsze nigdy nie został zestrzelony.




Nim jednak gen. Kleeberg dotarł do Warszawy, stolica Polski po trzech tygodniach walki, otoczona ze wszystkich stron musiała się poddać (28 września 1939 r.). Wówczas to kleyberg zmienił swoje plany i postanowił teraz przedrzeć się w rejon gór świętokrzyskich, my w tamtejszych kompleksach leśnych prowadzić działania partyzanckie. Tak więc grupa Kleeberga rozpoczęła teraz marsz na zachód, ale na jej drodze stanęły formacje Armii Czerwonej... na swoją zgubę.





PS. Swoją drogą nie chciałbym być złośliwy, ale Totalna Opozycja na 1 października wyznaczyła datę tzw.: "Marszu Miliona Serc" w Warszawie. Nie wiem jednak kto im wybierał tą datę i jacy spin-doktorzy byli tam aktywni, ale jest to również data wkroczenia wojsk niemieckich do Warszawy w 1939 r. I tak mi się jakoś kojarzy tamten poprzedni "marsz miliona serc"





OJCIEC Z CÓRKĄ 
OFIARY NIEMIECKIEGO BOMBARDOWANIA WARSZAWY 
(WRZESIEŃ 1939)



CDN.

czwartek, 28 września 2023

ZEMSTA NA WROGACH!

 CZY ZEMSTA JEST ROZKOSZĄ BOGÓW?





 Dziś chciałbym odpowiedzieć na pytanie - które zawarte jest w tytule, czyli czy zemsta się opłaca i czy ma w ogóle sens? Oczywiście pytanie samo w sobie byłoby bez sensu, jeśli nie podałbym przykładu, który zainspirował mnie właśnie do podjęcia się tego tematu. Dlatego też na początku chciałbym opowiedzieć pewną historię, a dopiero potem wyciągnąć wnioski, które się za nią kryją. Głównym bohaterem zaś tej opowieści będzie postać dość odległa historycznie, ale która przypomniała mi się w dniu wczorajszym i postanowiłem wykorzystać ją właśnie jako przykład do takowego tematu. Mianowicie więc bohaterem tej opowieści jest będzie cesarz rzymski (kejzar - czyli grecka wymowa rzymskiego słowa "cezar") Justynian II Rinotmetos (Ῥινότμητος) - czyli "Podcięty nos" (z racji tego że stracił ów organ, gdy wrogowie postanowili go obalić - co było w tamtym czasie naturalną praktyką stosowaną wobec obalonych władców których z jakichś względów nie zamordowano, ponieważ takie oszpecenie automatycznie dyskwalifikowało z dalszego pełnienia najwyższej władzy w państwie. Problem polegał tylko na tym, że ci, którzy dopuścili się na nim takiego czynu, postąpili gorzej niż gdyby go zabili, bowiem nie docenili jego determinacji, żądzy panowania i odzyskania władzy, a przede wszystkim niepohamowanej żądzy zemsty). Oczywiście można się domyśleć że Justynian II realnie nie był cesarzem rzymskim, a zastosowałem takie określenie ponieważ tak właśnie o sobie wówczas myśleli ci, których potem historycy nazwali Bizantyjczykami. A ów panował w Konstantynopolu w końcu VII i na początku VIII wieku naszej ery. Wydaje mi się on bardzo ciekawym przykładem do omówienia tematu zemsty, zatem zapraszam do lektury życia człowieka który temu zagadnieniu poświęcił wszystkie swoje plany i myśli.



JUSTYNIAN II RINOTMETOS
(668-711)
Cz. I






RODZINA
(608-668)
Cz. I


 Bohater naszej opowieści przyszedł na świat w drugiej połowie (lub zapewne pod koniec) 668 roku. Wywodził się z dynastii Heraklijskiej, założonej przez jego pra-pradziada Herakliusza w 610 r. W tym czasie Imperium odnowione przez Justyniana I Wielkiego przeżywało poważny kryzys. Italia choć odzyskana w ciągu ciężkiej, dwudziestoletniej wojny z Ostrogami (535-554), została jednak tak zniszczona i wyludniona, że już w 568 r. uległa naporowi kolejnych barbarzyńców Longobardów, którzy zajęli całą północ i dużą część środkowych Włoszech. Południowa Hiszpania zdobyta na Wizygotach w latach 552-554, w kolejnych latach również była tracona (w 584 r. padła Kordoba, największe miasto i punkt oparcia Bizantyjczyków w Hiszpanii, ostatni punkt oporu na południu padł w 624 r.). Egipt i Afryka były wówczas bez wątpienia najbogatszymi prowincjami Imperium Rzymskiego (albo raczej tego, co pozostało z dawnego Imperium Romanum), lecz i tam walki z Maurami powodowały duże straty. Poza tym oczywiście ciągłe wojny na wschodzie z Persami, oraz napór plemion słowiańskich i Awarów przez Dunaj na Bałkany, to wszystko razem wzięte powodowało konieczność utrzymywania ogromnej armii i stałych podatków. Najgorszy bez wątpienia był najazd Słowian na Bałkany, jako że walka z innymi ludami mimo wszystko ograniczała się do walki o kresy (nawet wojna z Longobardami w Italii nie była tak ważna dla Imperium, jak utrzymanie Bałkanów przed słowiańską nawałą). Słowianie bowiem zaczęli osiedlać się na Bałkanach na stałe i nawet jeśli przyjmowali protekcję cesarską, to w większości przypadków była ona czysto iluzoryczna. Do tego dochodził też konflikt o przewodnictwo pomiędzy cesarzem a senatem i pomiędzy cesarzem a ludem (dążącym do odzyskania dawnych wolności). Rosły antagonizmy społeczne i religijne oraz walki frakcji cyrkowych (głównie Zielonych i Niebieskich). W armii również dyscyplina była bardzo rozluźniona, czego powodem były nieustanne wojny, jak również częste zaległości w wypłacie rządu. Wszystko to razem wzięte było istną beczką prochu niezbędną stała się potrzeba szybkich reform, jeśli cała struktura państwowa nie miała się rozpaść.

W listopadzie 602 r. obalony został cesarz Maurycjusz - ostatni przedstawiciel dynastii Justynianów, a wojsko cesarzem okrzyknęło prostego żołnierza o imieniu Fokas. Dopuszczać się on miał wielu aktów okrucieństwa (np. najpierw kazał pojmanemu cesarzowi Maurycjuszowi przyglądać się kaźni jego synów, a następnie kazał ściąć i jego samego. Ich ciała wrzucono do morza, a głowy wystawiono na pośmiewisko na widok publiczny). Najstarszy syn Maurycjusza - Teodozjusz zapewne by się uratował, bo ojciec wysłał go z misją do szacha perskiego Chosroesa II (który sam zawdzięczał Maurycjuszowi tron, odzyskany w 591 r. i uważał się za dłużnika - a symbolicznie również i syna - obalonego teraz cesarza bizantyjskiego). Teodozjusz jednak zawrócił - na własną zgubę - bo wkrótce potem został pochwycony przez żołnierzy wiernych Fokasowi i również ścięty. Upadek jednak Maurycjusza i zamordowanie jego synów, oraz późniejsze rządy terroru jakie rozpętał Fokas, dały powód Chosroesowi do rozpoczęcia nowej wojny z Rzymianami (Bizantyjczykami), która wybuchła w tym samym 602 roku. Rządy Fokasa były agonią dawnego Wschodniego państwa cezarów. Nie tylko bowiem Persowie na wschodzie, ale teraz również i Słowianie na Bałkanach robili co chcieli. 605 r. Persowie zdobyli twierdzę Dara, co pozwoliło im w kolejnych latach wlać się do Syrii i Kapadocji, a w 609 r. jeden ich oddział dotarł nawet do Chalcedonu nad Morzem Marmara (nieopodal Konstantynopola). Poza tym dochodziło do prześladowań Żydów, monofizytów i tak naprawdę jedyne wsparcie jakie uzyskał Fokas w czasie swego krótkiego, ośmioletniego panowania, płynęło z Rzymu, od tamtejszych papieży (a szczególnie Grzegorza Wielkiego). W 607 r. Fokas odebrał biskupowi Konstantynopola tytuł patriarchy ekumenicznego (czyli całego Kościoła Chrystusowego), czego od dawna domagali się biskupi rzymscy. Z tego też powodu w Rzymie na Forum Romanum w 608 r. wystawiono Fokasowi pomnik (istniejącą do dziś tzw. Kolumnę Fokasa).




W tym właśnie czasie w Afryce doszło do buntu na którego czele stanął tamtejszy namiestnik - Herakliusz zwany Starszym. Był on wodzem, który walczył w czasie wojny dwudziestoletniej z Persami (572-591), potem przebywał jakiś czas w Armenii i ostatecznie z rąk cesarza Maurycjusza uzyskał namiestnictwo Afryki (w 598 r. Przybył tam jednak dopiero w 600 r. Przez ten czas zaś władzę tymczasową sprawował tam biskup Innocenty), bogatej krainy pełnej zboża i wspaniałych zabytków. 608 r Herakliusz Starszy - wraz ze swym synem Herakliuszem, wypowiedzieli posłuszeństwo Fokasowi i rozpoczęli walkę o władzę nad Imperium. Najpierw w Egipcie (którego podbój trwał mniej więcej dwa lata - Aleksandria padła z końcem 609 r.), a następnie we wrześniu 610 r. Herakliusz Młodszy wyruszył na wyprawę do Konstantynopola i już 3 października zajął miasto. Dwa dni później pochwycony Fokas - wraz z doradcami - stanął przed obliczem nowego cesarza na Hipodromie. Ten zapytał go: "To ty, potworze, panowałeś tak podle?!", na co uzyskał odpowiedź: "A ty potrafisz rządzić lepiej?" Po tych słowach Herakliusz oddał Fokasa w ręce ludu, który go spalił. Spalono tam wówczas również sztandar frakcji Niebieskich (należącą do jednej z czterech frakcji woźniców rydwanów na Hipodromie - Zieloni, Niebiescy, Czerwoni i Biali - którzy w tym czasie realnie stali się tak silni jak mafia i tak też działali, atakując swoich przeciwników również w ich domach i np. zrzucając z okien kobiety, dzieci czy starców), którzy wspierali Fokasa (notabene to nie oni wynieśli go do władzy, tylko Zieloni, ale potem nastąpiła zmiana stron i Zieloni stali się jego wrogami, a Niebiescy stronnikami). Nowy cesarz był w sile wieku, miał 36 lat gdy zdobył władzę. Był średniego wzrostu i odznaczał się krępą budową ciała i był ponoć przystojny. Miał jasne włosy, niebieskie oczy i gęstą brodę. Był sprawny fizycznie i miał otwarty umysł (zapewne część owego opisu jest nieco przesadzona - gdyż powstała w czasach panowania dynastii, którą on założył - aczkolwiek tylko część, biorąc pod uwagę fakt, że Herakliusz realnie ocalił Imperium przed zagładą). Stanęło przed nim nie lada zadanie, musiał bowiem uporać się z agresją Persów na Wschodzie, Słowian i Awarów na Bałkanach, oraz z upadkiem dawnego systemu sprawowania władzy. Jego zaś ojciec - Herakliusz Starszy zmarł w Kartaginie wkrótce po otrzymaniu wiadomości o objęciu władzy przez syna.

Początkowo Herakliusz zastanawiał się czy w ogóle nie przenieść stolicy do Kartaginy, bowiem stan państwa był katastrofalny, a niebezpieczeństwo ataku - czy to Słowian czy Persów - na Konstantynopol coraz bardziej realne. W przeciągu pierwszej dekady od objęcia przez niego władzy, Słowianie zlikwidowali bizantyjskie panowanie w Dalmacji (niszcząc Salone w 614 r.) i dotarli aż do Grecji, aż na Peloponez - gdzie też zaczęli się osiedlać. Takie miasta jak: Singidunum (Belgrad), Viminacium (Kostolacz), Naisus (Nisz) czy Sardyka (Sofia) zaczęły coraz bardziej nabierać słowiańskiego charakteru, a kolejne słowiańskie fale, jedna po drugiej, zaczęły po sobie napływać. Na froncie wschodnim początkowo Herakliusz odniósł pewne sukcesy (611/612 r.) ale szybko je zaprzepaszczono po klęsce pod Antiochią (613 r.), po której to Persowie weszli do Syrii zajmując Damaszek, Tars i Armenię, a w 614 r. zdobyli (po trzydniowym oblężeniu) Jerozolimę. Przez kolejne trzy dni miasto było wydane na pastwę zwycięskich Persów, a kościół Grobu Świętego (wzniesiony jeszcze przez Konstantyna Wielkiego) został spalony. Persowie zabrali stamtąd istniejący jeszcze fragment (dość duży jak na tamte czasy) Krzyża Świętego (zwanego też "Prawdziwym Krzyżem" bowiem na nim miał skonać Jezus Chrystus) i wywieźli go do Ktezyfontu. W mieście dużą pomoc Persom udzieliła miejscowa społeczność żydowska, która aktywnie wspomagała najeźdźców, a potem zajmowała się chwytaniem w niewolę i sprzedawaniem Persom zniewolonych przez siebie chrześcijan. Dochodziło wówczas to prawdziwych tragedii, jak rozdzielano żony od mężów, albo dzieci od rodziców (trzeba jednak powiedzieć że Żydzi uczynili to z zemsty, gdyż przez lata byli traktowani jak ludzie drugiej kategorii, a za możliwość wyznawania swej wiary musieli płacić specjalny podatek - podobny do tego, jaki potem wprowadzą muzułmanie dla wszystkich nie-muzułmanów). Od 615 r. Rozpoczął się perski podbój Azji Mniejszej, a ich zagony operowały non stop na wybrzeżu Morza Marmara. W latach 617-619 trwał podbój Egiptu. Sukcesy jakie odnosili wówczas Persowie mogły powodować, iż zaczęto głośno mówić nad odrodzeniem dawnej monarchii Achmenidów, którą próbował wskrzesić założyciel perskiego rodu Sasanidów - Ardaszir, na początku lat 30-tych III wieku, ale mu się to wówczas nie udało, a i później Persowie tylko na krótko zajmowali czy to Syrię czy Kapadocję.


CHOSROES II



Herakliusz przez pierwszą  dekadę swoich rządów musiał wykrzesać wiele energii i mądrości, aby utrzymać i odnowić Imperium. Wprowadził reformy administracyjne, zastępując dotychczasowy podział na prowincje (choć prowincje nadal zostały) systemem temów - czyli wielkich ośrodków wojskowych, obejmujących swym z obszarem kilka prowincji. Tamtejsi rolnicy otrzymywali na własność działki ziemi z prawem dziedziczenia ich na swych potomków, w zamian zobowiązywali się do służby wojskowej i ochrony tej ziemi (było to nawiązanie do dawnego systemu rzymskich limes, na którym również osiedlano żołnierzy zwanych limitanei -zobowiązanych do służby wojskowej na danym obszarze). Wychodzono bowiem z dosyć oczywistego założenia, że żołnierz o wiele chętniej będzie chciał walczyć za swój własny majątek i swoją rodzinę, niż za jakieś odległe i nieznane mu i często wrogie ziemie. Przeprowadzono również głęboką reformę administracji cesarskiej, likwidując m.in. funkcje prefekta pretorium, a wprowadzając w jego miejsce kilka innych, pomniejszych z dość jasno sprecyzowanymi kompetencjami. W 619 r. Herakliusz zawarł ostatecznie pokój z Awarami i zaczął sprowadzać część Słowian do Anatolii (osiedlając ich tam i obdarowując ziemią). To wszystko spowodowało że zebrawszy siły w Wielkanoc dnia 5 kwietnia 622 r. po wysłuchaniu mszy świętej w kościele Hagia Sophia w Konstantynopolu, Herakliusz wyruszył na Persów. Na jesieni tego roku pokonał w bitwie we wschodniej Anatolii bardzkiego wodza Szahrbaraza, uwalniając tym samym całą Azję Mniejszą od perskiej okupacji. Ubezpieczając pokój na zachodzie (i wysyłając nowych zakładników wraz z daniną do Ringu - miasta obozu i siedziby chagana Awarów ) w 623 r. po otrzymaniu oszczerczego listu od Chosroesa (który ubliżał w nim religii chrześcijańskiej i samemu Herakliuszowi), cesarz ruszył na Armenię, gdzie zdobył miasto Ganzak - pierwotną siedzibę Ardaszira w Armenii i  jeden z symboli religii zaratusztriańskiej, gdzie zniszczył tamtejsza Świątynię Ognia w odwecie za spalenie kościoła Grobu Świętego w Jerozolimie.




626 r. Persowie rozpoczęli kontrofensywę i ponownie zajęli Azję Mniejszą dochodząc pod mury Konstantynopola. Tak się złożyło że również Awarowie i Słowianie rozpoczęli oblężenie tego miasta od zachodu i wydawało się że jego upadek jest przesądzony. Herakliusza nie było wówczas w stolicy (przebywał w odległej Lazyce na Kaukazie) a obroną dowodził generał Bonus, przyrodni brat Herakliusza - Teodor, oraz patriarcha Sergiusz, który organizował uroczyste procesje, wygłaszał płomienne kazania i organizował modły w kościołach. Ostatecznie o wyniku obrony zadecydowało zwycięstwo bizantyjskiej floty nad flotą słowiańską (wówczas jeszcze nie wynaleziono owego sławnego Ognia Greckiego, którym marynarze rzymscy będą się posługiwali w obronie Konstantynopola podczas pierwszego oblężenia tego miasta przez Arabów pół wieku później). Zwycięstwo na morzu było tylko preludium do zwycięstwa na lądzie nad Awarami, a gdy ci wycofali się spod miasta, Persowie również ustąpili i Konstantynopol przetrwał.
Potem Teodor rozbił jeszcze jedną część armii perskiej w tym samym roku (druga wycofała się do Syrii). W 627 r. Herakliusz rozpoczął wielką ofensywę w granice samej Persji, a w grudniu tego roku zadał Persom największą klęskę w tej wojnie w bitwie pod Ninwą, która realnie kończyła wojnę całkowitym zwycięstwem Rzymian/Bizantyjczyków. W styczniu 628 r. cesarz zdobył Dastagert - ulubioną letnią rezydencją Chosroesa (z której tamten uciekł). Wkrótce potem perski szach został obalony i zamordowany a władzę objął jego syn - Kawad-Sziraz, który natychmiast zawarł pokój z Herakliuszem (wiosna 628 r.). Tak oto kończyła się 26-letnia krwawa wojna która osłabiła oba imperia (a jak wiadomo - gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta). Do Imperium wracały wszystkie wcześniej utracone ziemie: Egipt, Syria, Palestyna, rzymska Mezopotamia i Armenia. Kawad-Sziraz oddał również Herakliuszowi Prawdziwy Krzyż wcześniej wywieziony do Ktezyfontu. Tak oto po pięciu latach nieobecności cesarz wracał do swej stolicy w glorii wielkiego zwycięstwa, witany przez patriarchię Sergiusza i cały lud Konstantynopola kwiatami i girlandami. Na Wielkanoc 630 r. Herakliusz odwiedził Jerozolimę, gdzie przywrócił na miejsce Prawdziwy Krzyż.




Tak oto zarówno Awarowie jak i Persowie zostali pobici i upokorzeni i wydawało się że już nic nie może zagrozić potędze Imperium Rzymskiego rządzonego z Konstantynopola. Ale o tym nie wiedział pewien arabski kupiec, imieniem Mahomet, który w tym czasie zyskał już sporą liczbą zwolenników, a wcześniej natchniony przez "boga" (opiszę jak do tego doszło, opierając się na tych channelingach, które jeszcze posiadam w temacie: "Historia Życia, Wszechświata Wszelkiej Cywilizacji"). A jak mówi przysłowie: "Jeśli coś jest niemożliwe do zrobienia, to trzeba znaleźć kogoś kto o tym nie wie, przyjdzie i to zrobi". I takim kimś był właśnie Mahomet i jego zwolennicy.




CDN.

wtorek, 26 września 2023

O RETY KABARETY! - Cz. XXIII

 DZIŚ NA SPORTOWO


STARE TO, ALE JAKŻE AKTUALNE Z TYM ŻE ZAMIAST SKOCZKÓW NARCIARSKICH MOŻNA BY WSTAWIĆ SIATKARZY:


KABARET MORALNEGO NIEPOKOJU I KABARET ANI MRU MRU W SKECZU:



"OPTYMIZM PIŁKARZY"


0:20 - "Ile w końcu było, bo przestałem liczyć po trzeciej?" 🥴

 "0:6 (...) W w Europie nie ma już słabych drużyn!

0:35 - "Tak a my to kto?" 🤭

"Ale Lesotho nie leży w Europie"

0:50 -"Gadałem z jednym z nich, dzisiaj po raz pierwszy grali skórzaną piłką, a nie dmuchanym pęcherzem z krokodyla" 🐊

2:50 - "Jak się nazywa ten nasz trener? Nawałka! A poprzedni? Fornalik! Kurde Fornalik i Nawałka, jak dwóch bohaterów z czeskiej bajki" 😄

4:50 - "Oto ludzie którzy zarażą was optymizmem, pokażą wam jak wygrywać, nasi wspaniali polscy skoczkowie: Stoch Ziobro i Żyła"

 "Czym nas zarażą?" 🤭

5:20 - "Ten gruby też skacze?" 😂

7:10 - "Powiedzcie mi, o czym myślicie przed skokiem?"

"Po pierwsze żeby wygrać"

"A po drugie żeby się nie zabić" 😊

8:15 - "Gdzie są skoczkowie?"

"Jeden się powiesił, a dwóch się rozpiło!" 🥴

"Nie pokonali ich ani niemieccy ani austriaccy skoczkowie, pokonali ich polscy piłkarze" 😏




"MECZ PIŁKARSKI"


0:05 - "Znów jesteśmy w grupie śmierci. Tak się modliłem żebyśmy nie wylosowali tej Andory"

"Ja się modliłem żebyśmy nie wylosowali nikogo" 👍

3:45 - "Ta bramka jest do odrobienia, to była dopiero pierwsza połowa. Panie Bubek, jak pan mógł puścić taką szmatę?"

"Zasłonięty byłem trenerze, on mnie zasłaniał"

"Jak on mógł pana zasłonić jak pan jest od niego o głowę wyższy?"

"Ale nie jak siedzę" 😂

4:35 - "Czy pan podpisał jakiś traktat pokojowy? Dlaczego pan nie strzela, miał pan taką okazję czemu pan się nie rzucił szczupakiem?"

"Proszę pana rzuciłem się, ale na drodze stał ten Mbutu. Mówię mu suń się, suń się mówię a on stoi"

"Czy pan przetłumaczył to słowo?"

"Tak, ale "suń się" w narzeczu Mabutu to jest 16-sylabowe słowo. Zanim doszedłem do połowy, to ten pan już leżał na Mbutu". 😚

6:20 - "Powraca pytanie o kondycję naszej gwiazdy, naszego czarnoskórego Mbutu. Jak to się stało że w 12 minucie przebiegł pan 20 m. i potem padł jak nieżywy na murawę i tak leżał już do końca pierwszej połowy meczu? Co się stało?"

"Mówi że nie wie?!" 🤣

9:55 - "1:6 to chyba nie jest najlepszy wynik z Andorą?"

"Nie, dlaczego Andora się cieszyła" 😂




A NA ZAKOŃCZENIE JESZCZE COŚ SPOZA SPORTU, ALE RÓWNIE ZABAWNE:




niedziela, 24 września 2023

DEMETRIUSZ, PYRRUS, ARATOS... - Cz. XII

CZYLI, PRAWDZIWI "CELEBRYCI" 
EPOKI HELLENISTYCZNEJ





I

DEMETRIUSZ POLIORKETES

(337-283 r. p.n.e.)

Cz. XII




ALEKSANDER WIELKI JAKO KRÓL AZJI



 Po zwycięstwie pod Gabiene i przekazaniu Antygonowi Jednookiemu związanego Eumenesa z Kardii, Srebrne Tarcze Antygenesa podpisały z Antygonem nowy układ, na mocy którego ten zwracał im wszystkie tabory, złoto (jakie zdobyli w trakcie wielu lat wojen toczonych od czasów Aleksandra Wielkiego) oraz oczywiście ich żony, konkubiny, dzieci i niewolników. Wydawało się więc że odnieśli oni sukces, uzyskali bowiem to, czego chcieli, lecz nie trwało to długo. Antygon bowiem kazał pojmać, związać, wrzucić do wykopanego dołu i podpalić dowódcę Srebrnych Tarcz - Antygenesa, który przecież był głównym sprawcą zdrady i klęski Eumenesa. Eumenes zaś miał tę gorzką przyjemność obserwować, jak zdrajca kończy swój żywot w płomieniach. Prócz Antygenesa Antygon Jednooki zgładził również innych wodzów byłej już armii Eumenesa, m.in.: Eudamosa (który przywiózł z Indii tak liczne zastępy słoni), oraz Kelbanosa (niezwykle mu wrogiemu). Poza tym formacja Agryraspidow została rozwiązana, a poszczególni żołnierze Srebrnych Tarcz wysłani do dalekich prowincji z rozkazem Antygona, aby nigdy już nie powrócili nad brzeg Morza Egejskiego. Teraz zaś przyszła kolej na podjęcie decyzji co do przyszłości Eumenesa, który przecież był dawnym druhem Antygona (obaj znali się bardzo dobrze i można powiedzieć że przyjaźnili się). Antygon długo nie wiedział jak z nim postąpić, choć większość jego żołnierzy i dowódców radziła, by go zgładził. Za życiem dla Eumenesa wystąpił jednak syn Antygona - Demetriusz, który zafascynowany męstwem i dotychczasowym powodzeniem jakim cieszył się Eumenes z woli bogów, namawiał ojca aby darował mu życie. Decyzja jednak nie zapadała, aż sam Eumenes zaczął się niecierpliwić, pytając dlaczego Antygon po prostu go nie zabije, lub też nie daruje mu życia i nie uwolni, aby przynajmniej darować mu hańbę niewoli.

Odpowiedź przyszła niespodziewanie i oficjalnie nie została podjęta przez Antygona (choć co do tego nie ma pewności). Zarządzono mianowicie zwinięcie obozu i wymarsz w dalszą drogę i wtedy właśnie dwaj żołnierze udusili Eumenesa (oficjalnie miało to nastąpić bez wiedzy Antygona, prawdopodobnie jednak był to jego rozkaz, bo trudno sobie wyobrazić aby żołnierze dopuścili się takiego czynu bez pozwolenia swojego dowódcy). Tak o to zginął Eumenes, któremu dotąd w życiu się powodziło i który słynął z tego, że jest w czepku urodzony i ma ogromne poparcie bogów. Antygon tym czynem zacierał też ostatnie ślady dawnego życia, przygotowując się jednocześnie do nowego życia jako... król. Biorąc pod uwagę ten fakt należy stwierdzić, że śmierć Eumenesa nie była przypadkowa i nie została popełniona bez wiedzy Antygona, a wręcz przeciwnie. Jednooki doskonale wiedział że Grek stał na straży jedności Imperium Aleksandra Wielkiego i był wierny dynastii królewskiej Argedów, a to niestety godziło w plany Antygona, który sam siebie widział już w roli władcy Azji (takim tytułem został okrzyknięty przez wojsko po swym zwycięstwie pod Gabiene w styczniu 316 r. p.n.e. Notabene wcześniej ten tytuł również dzięki aklamacji żołnierzy nosił Aleksander Wielki i choć w publicystyce czasem nazywa się go królem Persji, to realnie nigdy takiego tytułu nie posiadał. Armia okrzeknęła go bowiem królem Azji, a nie Persji, a to była różnica. Antygon był więc teraz drugim który piastował ten tytuł, drugim po... bogu). Skremowane prochy Eumenesa w srebrnej urnie odesłano do Kapadocji, do jego żony i dzieci. Odsyłając rodzinie prochy Eumenesa pięknie oprawionej urnie, jednocześnie Antygon dał wyraz temu, iż co prawda musiał go zgładzić, bo taka była potrzeba polityczna (nie mógł przecież pozwolić żyć człowiekowi wiernemu innej dynastii niż tej, którą sam Antygon pragnął założyć), ale był on jego przyjacielem i cenił go. Innym przykładem który potwierdzał te słowa, jest choćby stosunek, jaki Antygon miał do Hieronima - rannego w czasie bitwy pod Gabiene - serdecznego druha, przyjaciela i krajana Eumenesa. Antygon nie tylko go nie zgładził, ale otoczył opieką, przyjął do siebie i obsypał bogactwem oraz tytułami. Hieronim z Kardii dożył sędziwego wieku i jako starzec żył jeszcze na dworze wnuka Antygona Jednookiego - Antygona II Gonatasa - otoczony powszechnym szacunkiem i bogactwem (miał on bowiem przeżyć aż 104 lata i zmarł po 260 r. p.n.e.). Hieronim odwdzięczył się Antygonowi, spisując na papirusie dzieje swego życia, w których przedstawił historię walki Antygona z Eumenesem i gdzie oczywiście unieśmiertelnił Eumenesa, ale jednocześnie w pięknych słowach opisał zarówno z samego Antygona jak i jego potomków - Demetriusza i Antygona II. To, co dziś wiemy o tych postaciach, wiemy właśnie z dzieła Hieronima z Kardii.


HIERONIM Z KARDII
(OBRAZ WYGENEROWANY PRZEZ SZTUCZNĄ INTELIGENCJĘ)



Antygon po zwycięstwie nad Eumenesem stał się teraz najpotężniejszym satrapą ze wszystkich i realnie miał prawo nosić tytuł "króla Azji" (o wydarzeniach dziejących się w tym samym czasie w Grecji i w Macedonii celowo nie piszę, jeśli nie ma to bezpośredniego związku z Antygonem lub Demetriuszem. Do wydarzeń tych powrócę, gdy będę omawiał losy kolejnego z naszych bohaterów - Pyrrusa z Epiru). Szybko też nakazał wymarsz do Medii, gdzie przejął 5000 talentów nieobrobionego srebra, w Suzie zdobył 15 000 talentów, a w obozie Eumenesa dodatkowe 5000. Był to więc olbrzymi majątek i ogromna siła wojskowa, jaką teraz, po zwycięstwie pod Gabiene dysponował nowy król Azji. Jednak aby stać się prawdziwym królem przede wszystkim samych Macedończyków, musiał Antygon złamać to odwieczne macedońskie umiłowanie wolności, którego wcześniejsi królowie też nie potrafili przezwyciężyć (o problemach jakie miewał Aleksander Wielki ze swym wojskiem warto jeszcze wspomnieć, ale może już nie w tym temacie). Do tego jeszcze oczywiście dochodziła ambicja poszczególnych dowódców, którzy wcale nie uważali się za gorszych od Antygona i którzy również dla siebie samych pragnęli wykroić jakieś królestwa. Największymi przeciwnikami do korony Azji dla Antygona, wcale nie byli regent Macedonii Poliperchont czy królowa-matka Olimpias, a raczej wodzowie, którzy byli tam, na miejscu, czyli dotychczasowy dowódca lekkiej kawalerii i satrapa Medii - Peithon (który również marzył o własnym królestwie), satrapa Persydy - Peukestas oraz Seleukos - satrapa Babilonii. Najpierw Antygon rozprawił się z Peithonem - dotychczasowym swym sprzymierzeńcem, który teraz zaczął przekonywać dowódców do poparcia jego sprawy, opłacał żołnierzy i starał się ich werbować na swoją stronę aby wznowić wojnę z Antygonem. Czynił to oczywiście nieoficjalnie i wydawało mu się, że nikt się o tym nie dowie. Oczywiście nie mogło to przejść niezauważonym, tym bardziej że Antygon podejrzewał owych satrapów o tajemne knowania i zapewne obserwował ich otoczenie. Gdy dowiedział się o planach Peithona, zaproponował mu wsparcie 5000 macedońskich falangistów i 1000 Traków, których ten miał osobiście odebrać w obozie Antygona. Gdy Peithon tylko się tam zjawił, został związany i postawiony przed sądem Macedończyków, który natychmiast skazał go na śmierć (wiosna 316 r. p.n.e.). Jednego z głowy - jak myślał zapewne Antygon.

Na stanowisko satrapy Medii mianował teraz Antygon Orontobatesa - rodowitego Medyjczyka, co do którego miał pewność, że nie będzie z nim konkurował o władzę. Wraz z nim wysłał tam również Greka Hippostratosa z korpusem 3500 greckich najemników jako wsparciem. Mylił się jednak bardzo licząc na to, że Medowie poprą swojego, w zamian za narzuconego im wcześniej Macedończyka Peithona i gdy tylko wyruszył do Persepolis, aby tam rozprawić się z Peukestasem (notabene dawnym stronnikiem Eumenesa, którego jednak zdradził pod Gabiene wycofując się z bitwy), w Medii wybuchł bunt zwolenników Peithona, którzy pociągnęli za sobą Medów. Na czele spisku stanęli Melager i Menojtas, którzy zebrali pod swoją komendę błąkających się po okolicy byłych żołnierzy Eumenesa i Peithona w liczbie 800 konnych. Tymi siłami zaatakowali oni stojących obozem Orontobatesa i Hippostratosa. Atak na obóz zakończył się co prawda niepowodzeniem, ale i tak buntownikom udało się przeciągnąć na swoją stronę część żołnierzy tam stacjonujących, mocno osłabiając siły wybrańców Antygona. Plusem buntowników było to, że głównie wsparli ich konni, czyli mogli dokonywać szybkich ataków na wybrane cele i równie szybko się wycofywać. Do bitew jednak nie dochodziło, a raczej do napadów na cześć medyjskich stronników Orontobatesa, oraz na mniejsze oddziały Hippostratosa. Bunt ten jednak nie trwał długo, ponieważ co prawda Melager i Menojtas posiadali siły mobilne w postaci kawalerii, to jednak nie posiadali oni piechoty, która była niezbędna do wygrywania bitew i umacniania zajętych terenów. Zostali więc zapędzeni do wąwozu, z którego nie byli już w stanie się wydostać i tam większość buntowników zginęła, a tylko niewielka część dostała się do niewoli (zginęli m.in. Melager i Med - Okranes, Menojtas zaś dostał się do niewoli, a wkrótce potem został stracony). Tak oto bunt w Medii został uśmierzony.


GRECKI TEATR



 Warto też dodać - choć to temat poboczny - że wiosną 316 r. p.n.e. doszło do poważnego kataklizmu, jaki wydarzył się na wyspie Rodos. W ciągu dnia nagle niebo zachmurzyło się i zaczął padać tak rzęsisty deszcz oraz grad, że miejskie ulice szybko zamieniły się w potoki, a cała woda zaczęła się gromadzić w niżej położonej części miasta, wokół Agory przy świątyni Dionizosa (która została całkowicie zalana). Ludzie ratowali się na wszelkie możliwe sposoby - jedni uciekali do portu na statki, inni gromadzili się w górnych partiach teatru, jeszcze inni wchodzili na dachy własnych domostw lub na najwyższe ołtarze. Gdy Agora zamieniła się w jezioro, a woda zaczęła podchodzić pod Asklepiejon (świątynię Asklepiosa - leżącą w wyżej położonych częściach miasta), ludzi ogarnęła powszechna panika, wszyscy byli bowiem pewni że miasto czeka katastrofa, a wraz z nim jego mieszkańców. Los jednak sprzyjał mieszkańcom, gdyż w pewnym momencie powstał wyłom w murze, a następnie część tego muru rozpadła się umożliwiając wypłynięcie wody w stronę morza, co ocaliło miasto i jego mieszkańców. Straty były jednak spore, zginęło utopiło się ponad 500 mieszkańców (a trzeba pamiętać że dziesięć lat później w 305 r. p.n.e. miasto Rodos liczyło sobie zaledwie 24 000 mieszkańców - 
i to razem z kobietami i dziećmi, zaś zdolnych do noszenia broni było wówczas tylko 6 000). Spora część domów (mimo że wzniesione zostały z kamienia, a nie z cegły, dzięki temu były trwalsze i łatwiej było się chronić na ich dachach) zawaliła się, a część również uległa pomniejszym uszkodzeniom. Była to więc prawdziwa katastrofa dla tego, jak jakby nie powiedzieć młodego jednak miasta, powstałego bowiem dopiero w 408 r. p.n.e. w wyniku połączenia się trzech innych Lalysos, Lindos i Kamejros. Samo miasto zaś jak i cała wyspa wzięła nazwę od róży (które to słowo w języku greckim znaczy "rhodos"), a stała się ona symbolem wyspy, stąd też była Rodos zwana wyspą róż i słońca i prawdziwie wolnym polis (jeszcze w czasach Cesarstwa Rzymskiego wyspa Rodos posiadała bardzo rozległą autonomię). Rodyjczycy sami tworzyli własne prawa i nie ulegali pod tym względem żadnym władcom (prawa na Rodos zwano "Dobrymi") i chodź na wyspie było wielu cudzoziemców, to jednak Rodyjczycy niedopuszczali ich do swoich stowarzyszeń i związków. Ich dzieci uczyły się tylko z dziećmi innych Rodyjczyków, zaś cudzoziemcy nie mieli prawa głosu ani obywatelstwa (choć mogli zakładać swoje własne stowarzyszenia - a najczęściej parali się handlem i bankierstwem). Ot taka ciekawostka znad Morza Egejskiego, odnośnie wydarzeń dziejących się wówczas w Azji.




Antygon po wkroczeniu do Persepolis kazał stamtąd również wypędzić dotychczasowego satrapę Persydy i stronnika Eumenesa - Peukestasa, a gdy dotychczasowi zwolennicy Peukestasa zaczęli się przeciwko temu burzyć pod przewodnictwem Thespiosa (podobnie jak w Medii), aby uciąć bunt w zarodku, natychmiast kazał ich stracić (Peukestasowi jednak - zapewne za jego zdradę Eumenesa podczas bitwy pod Gabiene darował życie i zaprosił nawet na swój dwór, na którym Peukestas przebywał przez kolejne lata, aż do 301 r. p.n.e., a po tej dacie znajdował się wśród towarzyszy Demetriusza). Nowym namiestnikiem Persydy mianował Antygon niejakiego Asklepiodorosa. Tam też, w Persepolis zadecydował o losach innych satrapów, wymieniając dotychczasowych jako niepewnych lub wiernych Eumenesowi innych zaś pozostawiając na stanowisku. Tak więc potwierdził władzę w Baktrii - Stasanora a w Karmanii - Tlepolemosa (cieszyli się oni bowiem zbyt dużym poparciem miejscowej ludności i na razie nie było możliwości aby ich stamtąd usunąć, bez groźby wybuchu kolejnego buntu). W Arachozji stanowisko swe utrzymał również Sybirthos (do niego też posłał Antygon największą liczbę Agryraspidów powierzając mu pieczę nad tymi jeszcze, ostatnimi weteranami z formacji Srebrnych Tarcz. Jak bowiem już w poprzedniej części pisałem, Agryraspidzi byli zawodowymi mordercami którzy co prawda doskonale sprawdzali się w boju, ale jednocześnie dokonywali wielu zbrodni wojennych na rannych a nawet wziętych do niewoli, dlatego też w swym liście do Sybirthosa Antygon pisał, aby: "przenosił te bezbożne zwierzęta z miejsca na miejsce, by je wytracić i nigdy już nie pozwolił im ujrzeć brzegu Morza Egejskiego". Antygon najwidoczniej miał zaufanie do Sybirthosa, jako że tamten jeszcze przed bitwą pod Gabiene wycofał się z walki przeciwko Jednookiemu). Potwierdził też Antygon satrapię Oksjartesa w Paropanisadzie (dziś Hindukusz), ale to zapewnie dlatego, że Oksjartes był dziadkiem króla Aleksandra IV (bowiem jego córka Roksolana, była żoną Aleksandra Wielkiego i matką jego syna). Następnie gdy Antygon ruszył w kierunku Suzy, naprzeciw wyszedł mu klucznik tamtejszego skarbca - Ksenofilos. Ten, wiedząc jakim majątkiem dysponuje klucznik, starał się nie zrazić go do siebie i powitał go z ogromną radością. Gdy zaś wkroczył do Suzy, zajął twierdzę i położył rękę na skarbcu królewskim (m.in. w jego ręce wpadł wówczas "Złoty krzew winorośli" - dzieło autorstwa Teodora z Samos, będące prezentem Lidyjczyka Pytiosa dla króla Persji Dariusza I Wielkiego ok. 510 r p.n.e.), wówczas dopiero pozbawił Antygon Ksenofilosa stanowiska i wygnał go z kraju.

Niektórych Jednooki jedynie pozbawiał stanowiska i wypędzał, innych zaś pozbawiał życia, jak choćby satrapę Arii-Drangiany - Stasandra, którego na tym stanowisku zastąpił Ewitus. Długo też nie wiedział Antygon co poczynić z Seleukosem który dotąd był mu przecież wierny, ale jednak teraz zaczął sobie zbyt swobodnie poczynać, tak jakby samemu zamierzał objąć władzę nad całą Azją. Był on satrapą Babilonii i gdy Antygon polecił mu listownie przedstawić sprawozdanie finansowe za okres którym zarządzał Babilonią, Seleukos odpisał, że nie ma takiego obowiązku, ponieważ jego mianowali Macedończycy (na zjeździe w Tripadejsos w 321 r. p.n.e.) więc nie musi nikomu innemu podlegać i przed nikim się tłumaczyć. Było oczywiste że po takiej deklaracji Seleukos nie ma szansy utrzymać się na swym stanowisku i tak też się stało. Antygon wysłał przeciwko niemu wojsko, lecz Seleukos - uprzedzając wydarzenia - wraz z pięćdziesięcioma stronnikami opuścił Babilon i udał się do Egiptu, do Aleksandrii, gdzie władzę sprawował Ptolemeusz. Tam zaś, w Egipcie nie sięgała już bezpośrednia władza Jednookiego (Ptolemeusz żył jakby na uboczu wydarzeń dziejących się wówczas w Imperium Aleksandra Wielkiego, nie uczestniczył w nich, a jedynie ugruntowywał swoją władzę w tym jednym kraju nad Nilem i kraj ten zapragnął przekazać w darze swym potomkom jako niezależne królestwo). Antygon mianował też Nikanora, dotychczasowego satrapę Kapadocji, "hegemonem Wschodu", czyli terenów zdobytych przez Aleksandra Wielkiego w 326 r p.n.e. na Hindusach, bo tam macedońskie panowanie już od jakiegoś czasu zaczęło się sypać, macedońskie załogi zostały wycięte lub porzuciły swoje stanowiska, a nad Indusem wzrastała potęga magadyjskiego władcy Indii Ćandragupty z rodu Maurja.


ĆANDRAGUPTA MAURJA



CDN.

piątek, 22 września 2023

WIELKA UNIA - Cz. I

 CZYLI CO SIĘ STAŁO, ŻE SIĘ UDAŁO?







 Wielka Unia! Tytuł jaki dałem tej serii od razu nastręcza odpowiedź, co do tematu jaki chciałem podjąć. Oczywiście, jak zapewne można się domyśleć, nie mam zamiaru pisać tutaj o współczesnym nam tworze, zwanym Unią Europejską (co oczywiście nie znaczy, że i tym tematem w przyszłości się nie zajmę, aby pokazać mechanizmy jakie ukształtowały Wspólnoty Europejskie potem przemianowane na Wspólnotę Europejską a ostatecznie na Unię Europejską i dlaczego przybrała ona taki charakter, jaki obecnie posiada). Moim celem jest ukazanie genezy, samych początków kształtowania się Unii polsko-litewskiej (zwanej też Unią Jagiellońską), zawartej po raz pierwszy w Krewie w roku 1385. Mechanizmy i siły które do niej doprowadziły nie miały wcale łatwego zadania, a można wręcz powiedzieć że była to tytaniczna praca, która od początku skazana była na niepowodzenie. Nic zresztą dziwnego, skoro Unia ta rwała się w kolejnych latach i dziesięcioleciach kilkukrotnie, lecz od razu należy dodać, że rozsądek polityczny naszych przodków pozwolił za każdym razem z powrotem ją zszywać. Nie było bowiem innej drogi, jak tylko wspólny sojusz Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, które również dominowało nad ziemiami ruskimi dawnego Księstwa Kijowskiego. W tym temacie (nim dojdę do początków Unii zawartej w Krewie) chciałbym również przedstawić opis społeczeństw, tamtych społeczeństw Lechitów (czyli Polaków) oraz Litwinów i Rusinów, a także (jako taki dodatek, który jednak był ważny, ponieważ determinował sojusz polsko-litewsko-ruski, przypieczętowany wiktorią grunwaldzką 1410 r.) pokażę również (począwszy od X/XI wieku) również społeczeństwo i mentalność Franków Wschodnich czyli Niemców. Wydaje mi się to niezbędne, biorąc pod uwagę fakt, iż wiele zjawisk z tamtych czasów można przenieść do współczesności.

Nim jednak przyjdę do tematu, chciałbym na moment jeszcze pochylić się nad bieżączką z ostatnich dni i tygodni, która jednak również swym wyrazem nawiązuje do tematu owej serii. Mam tutaj na myśli oczywiście (jak nie trudno się domyślić) ostatnią woltę niektórych polityków ukraińskich odnośnie Polski i Niemiec. Jest to temat niezwykle ciekawy i pasjonujący i zapewne nikogo nie zdziwię (a być może jednak zdziwię? 🤔) stwierdzając, że już od dłuższego czasu spodziewałem się czegoś takiego w wykonaniu ukraińskich polityków z Wołodymerem Żełeńskim na czele. Jest to naturalna kolej rzeczy która wcześniej czy później musiała się stać i wydaje mi się że dobrze, że stała się teraz. Nie należy według mnie obrażać się na ową rzeczywistość (a niestety my, Polacy, jesteśmy zbyt emocjonalni, mamy zbyt gorące głowy - co oczywiście dobrze świadczy o nas, jako ludziach, ponieważ potrafimy w chwili największej próby przyjąć pod własny dach miliony uchodźców wojennych, nie tworząc dla nich żadnych - ale to żadnych obozów, nie zmuszając ich do przebywania w jakiś obskurnych na szybko sklecionych budach, tylko zapraszamy ich do siebie, pod własny dach. Bo tak postępuje człowiek który pragnie pomóc innemu człowiekowi zagrożonemu śmiercią. I my już tacy jesteśmy. W czasie okupacji niemieckiej, gdy za pomoc udzieloną Żydom, za podanie szklanki wody groził natychmiastowy wyrok śmierci nie tylko dlatego który pomagał, ale dla całej jego rodziny, to mimo to nie ma w całej Europie drugiego takiego narodu, który pomagałby choć w zbliżonej do Polaków w skali. Chociaż na Zachodzie za pomoc Żydom nie groziła śmierć, a co najwyżej można było stracić pracę, lub doznać jakichś innych szykan administracyjnych i tyle. Mimo to, ten nasz emocjonalny stosunek przekłada się niestety również na kwestie polityczne, co nie jest zbyt rozsądne,, bowiem w polityce nie ma sentymentów).

Mimo to - jak już wspomniałem - spodziewałem się takiej volty najważniejszych polityków ukraińskich względem Polski, ponieważ oczywistym jest to, co dla niektórych jest albo niewidoczne, albo też traktowane w sposób właśnie emocjonalny (jak choćby niestety również nasze władze), a mianowicie to, że dobre stosunki jakie nastąpiły pomiędzy Polską i Ukrainą, realnie nie są nikomu w Europie potrzebne, mało tego - są wręcz przez niektórych uważane za śmiertelnie niebezpieczne. Z doświadczeń historycznych warto też przypomnieć, że gdy po zakończeniu I Wojny Światowej w 1918 r. odradzała się niepodległa Polska, realnie również nie była ona nikomu potrzebna, ponieważ Europa i Świat przez ponad stulecie po trzecim rozbiorze Polski w 1795 r przyzwyczaiła się do takiej właśnie sytuacji i nawet jeśli w pierwszych dekadach XIX wieku, na mapach wydawanych czy to w Wielkiej Brytanii czy Francji można jeszcze było ujrzeć kontury dawnej Rzeczpospolitej (oczywiście już w zmienionych granicach politycznych, ale jednak nadal istniała ta pamięć dawnej polsko-litewskiej państwowości), to mniej więcej od lat 50-tych XIX stulecia ten element również zanika. Europa i Świat po prostu przyzwyczaiły się do sytuacji że Polski nie ma, nie będzie, a nawet nie potrzeba. Dlatego też w 1919 czy 1920 r. tak trudno było Brytyjczykom, Amerykanom, a nawet Francuzom (którzy jako jedyni spośród Aliantów zachodnich byli naszym sojusznikiem - ale tylko dlatego, że w Rosji panował chaos rewolucyjny, a Francuzi potrzebowali mieć sojusznika na wschodzie który był szachował jednocześnie Niemcy i odciążał ich przed próbą kolejnej niemieckiej agresji), tak trudno im było zrozumieć nasze prawa do Lwowa, do Wilna i do ziem, na których wciąż mieszkali nie tylko Polacy, ale ludność o mentalności dawnych Rzeczpospolitan, czyli ziem sprzed pierwszego rozbioru Polski (1772 r.).




Dla nich to był przejaw polskiej zaborczości i imperializmu, nie pojmowali bowiem że tam na Wschodzie przebiega granica pomiędzy ludźmi miłującymi wolność i mającymi tę wolność wpojoną w geny i wyssaną z mlekiem matki, a między zniewolonymi rabami bez względu na ich status społeczny czy majątkowy. Nie rozumieli, że to tak, jakby oddać Mordorowi dużą część Śródziemia (posługując się oczywiście metaforą literacką) i im więcej tej ziemi Polska wówczas wyzwoli (niekoniecznie zaś przyłączy do swego kraju, bo nie taki był cel. Cel był bowiem w wyzwoleniu narodów ukraińskiego i białoruskiego i umożliwieniu im swobodnego rozwoju w sojuszu z odrodzoną Rzeczpospolitą), to tak, jakby wyrwać spod władzy ciemności kolejne rzesze zniewolonych ludzi. Tam, na Zachodzie, mieli bowiem zupełnie inne wyobrażenie, nie znając mentalności ani Polaków, ani Rosjan ani tym bardziej Ukraińców czy innych ludów zniewolonych przez ruski Mordor. Nie rozumieli że Polska nie idzie na Wschód w celu podboju i uzurpacji sobie ziem, które jej się "nie należą", ale idzie z wyzwoleńczym marszem Wolności, aby dać tym ludziom - którzy dotąd nie wiedzieli co to znaczy wolność, możliwość swobodnego rozwoju. Oczywiście samą wolnością człowiek się nie naje, a niekiedy niewolnik żyje lepiej niż człowiek wolny, to jednak życie w niewoli jest o stokroć gorsze niż możliwość decydowania o tym, jaką drogę dla siebie w życiu wybierzemy. Już sama możliwość wyboru jest ogromną zdobyczą ludzkości, a ludzi o mentalności wolnościowej nie tak łatwo jest zniszczyć. I z takim właśnie przeświadczeniem, z taką rolą szła Polska na Wschód, wyzwalając ziemie spod sowieckiej niewoli w roku 1919 i 1920.


"Polska idzie wszędzie z hasłem swobody, Polska idzie nie z chęcią ucisku brutalnym butem żołnierskim, nie z chęcią narzucenia komukolwiek stosowania się do jej praw. Będę dumny z Polski, będę dumny ze swoich żołnierzy, będę dumy wreszcie z siebie samego, jeżeli będę mógł tej nieszczęsnej ziemi dać najcenniejszy dar boży - dar swobody"

"Polska, której mam zaszczyt być przedstawicielem, polskie wojsko, któremu mam honor przewodzić, z chwilą uzyskania swej własnej swobody, z chwilą możliwości oddychania pełną piersią, postanowiła przeciwstawić systemowi gwałtu i przemocy system swobody"

"Przyniesienie wolności ludom z nami sąsiadującym będzie punktem honoru mego życia, jako męża stanu i żołnierza. Oswobadzając tych uciśnionych, chcę tym samym zetrzeć ostatnie ślady rozbioru. Przywiązać ich do Polski pod grozą bata? - Nigdy w życiu. Byłaby to odpowiedź udzielona gwałtem teraźniejszości na gwałty przeszłości"


Oto wypowiedzi ówczesnego Naczelnika Państwa - Józefa Piłsudskiego z 1919 i 1920 r.




Tak jak wówczas nie rozumiano a nawet nie potrzebowano odradzającej się Polski, tak i dziś wielu politykom zachodnim sens z powiek spędza świadomość, iż ta Polska, ta krnąbrna Polska która już dawno miała być tylko drenowaną kolonią gospodarczą i państwem politycznie podporządkowanym tzw. "Starej Europie", ta Polska nie tylko nie siedzi cicho (jak w 2003 roku życzył sobie prezydent Francji Jacques Chirac), ale wręcz ma czelność majaczyć o jakiejś równości w Unii Europejskiej. A już w ogóle nie do pomyślenia jest to, że Polska - udzieliwszy pomocy Ukrainie - liczy na sojusz z tym krajem w ramach Unii. Nie tak to wszystko miało wyglądać w 2004 r. gdy Polska i inne kraje Europy Środkowej wchodziły do owej Unii Europejskiej, nie tak. Tylko że wtedy były inne czasy, Polska była znacznie biedniejsza niż jest obecnie a Niemcy znacznie bogatsze niż są teraz. Panta rhei - jak rzekł Heraklit z Efezu, wszystko płynie i wszystko się zmienia. Szczególnie zmieniła się pozycja Polski po 24 lutego 2022 r. i od tego można by było w zasadzie zacząć, bo wydaje mi się że to, co się wówczas wydarzyło (i nie mam tutaj na myśli samej rosyjskiej agresji i toczącej się na Ukrainie wojny, choć ona również jest w tym przypadku istotna), kompletnie wszystkich zaskoczyło. I mówiąc wszystkich, mam na myśli największych graczy światowej geopolityki, największe mocarstwa, które zupełnie nie były przygotowane na to, co nadeszło. A bez wątpienia zmieniło się wiele i zmiany te wcale nie zostały zakończone, gdyż proces ten wciąż postępuje i jego końca jak na razie nie widać. Otóż zmieniło się to, że pozycja Polski w sposób gwałtowny poszybowała w górę niczym rakieta, a złożyło się na to wiele zjawisk które Wojna na Ukrainie jedynie przyspieszyła. A mianowicie szybki wzrost gospodarczy naszego kraju, który notowany był jeszcze na długo przed samym konfliktem. 

Poza tym niesamowita wręcz i nigdzie wcześniej niespotykana polska gościnność i dobroć, jaką okazali Polacy swoim sąsiadom z Ukrainy uciekającym przed bombami, przyjmując tych ludzi nie do przygotowanych dla nich obozów dla uchodźców, ale do własnych domów - co nigdzie w historii wcześniej nie zostało odnotowane na taką skalę (a trzeba pamiętać, że Ukraińców przybyło do nas w pierwszych miesiącach wojny ponad 5 milionów). Obecnie w Polsce pozostało ponad milion ukraińskich uchodźców (głównie kobiet i dzieci), którym państwo polskie zapewnia świadczenia i utrzymanie (dopóki nie znajdą pracy). Unia Europejska nie dała na to żadnych pieniędzy (przepraszam, wypłacone zostały jakieś niewielkie środki, które starczyły co najwyżej na przysłowiowe waciki 🤭) i do dziś ci ludzie utrzymywani są z pieniędzy polskiego podatnika, a Polacy nie mają z tym większych problemów (nie licząc szurii i kilku zaistników). Idźmy dalej, Polska jako drugi kraj po USA, przekazała Ukrainie ogromną część swego sprzętu wojskowego - wszystko dla frontu, wszystko aby Ukraina zdołała obronić swą niepodległość, bo ta wojna również jest naszą wojną (choć nie w takiej skali, w jakiej niektórzy politycy na Ukrainie chcieliby sądzić - o czym też kiedyś już pisałem). Polska udzieliła również Ukrainie ogromnego wsparcia finansowego, gdyż (trzeba to otwarcie powiedzieć i nie ma co bawić się w piękne słówka - Ukraina realnie jest bankrutem, a ta wojna, gdyby nie wsparcie udzielone przez takie kraje jak: Polska, USA, Wielka Brytania, czy Estonia, mimo bohaterstwa Ukraińców skończyłaby się ich sromotną klęską, bo nie mieli już czym walczyć i tak jak gen. Kleeberg - o którym pisałem w poprzednim temacie, skapitulował dopiero wówczas gdy skończyła mu się amunicja - tak i Ukraińcy musieliby się poddać, gdyż byliby wygłodzeni i nie mieliby czym strzelać). Na wzrost pozycji Polski przyczyniło się również jeszcze kilka pomniejszych elementów (o których teraz nie będę wspominał), ale fakt pozostaje faktem - Polska niewspółmiernie urosła do tego, co do tej pory o nas sądzono na Zachodzie i to niestety dla niektórych polityków Zachodu jest poważny problem.

Najbardziej interesujące w tym wszystkim jest (dla mnie osobiście) zaskoczenie samych Amerykanów, gdyż ta zmiana która nastąpiła, jest jedną z niewielu geopolitycznych zmian powstałych po zakończeniu II Wojny Światowej, w których Amerykanie aktywnie nie uczestniczyli. Mówiąc bardziej dobitnie Amerykanie nie tylko nie uczestniczyli w tej zmianie, w tym wzroście pozycji Polski, ale nawet nie chcieli tego i sam proces mocno ich zaskoczył. Jak już bowiem kiedyś wspominałem - Amerykanom zależy tylko na tym, aby Polska była na tyle silna, by ponownie nie wpadła pod dominacją rosyjską i ewentualnie niemiecką, natomiast w żadnym razie w ich interesie (niestety wbrew temu co pisał George Friedman), nie jest stworzenie z Polski lokalnego mocarstwa na wzór dawnej Rzeczpospolitej polsko-litewsko-ruskiej. Oczywiście można powiedzieć że akurat tej ekipie która obecnie jest u władzy w Waszyngtonie (ekipa Obamy która wciąż dominuje w administracji Bidena) niezbyt zależy na wsparciu rządu PiS-u, których oni postrzegają jako ideologicznych przeciwników? Ale ja niestety sądzę że również republikanom wcale nie zależy na tym, aby Polska zbytnio urosła w siłę. Mimo to zmiana owa nastąpiła i stało się to pomimo dążeń USA a nawet wbrew ich woli. Oczywiście dla wielu może to być dziwne, jak to się w ogóle stało że tak się wszystko zmieniło, ale dziwne nie jest dla mnie, który z tyłu głowy ma słowa wypowiedziane chociażby przez Stefana Ossowieckiego jednego z najsławniejszych jasnowidzów II Rzeczpospolitej, który jasno powiedział, że po zakończeniu II Wojny Światowej Polską będą rządzić komuniści, a następnie szubrawcy i świnie. "A potem będzie jeszcze większa niż jest obecnie, tylko nikt z nas tego nie dożyje, dopiero wnukowie". Ktoś może powiedzieć że to tylko głupia przepowiednia, która nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Być może,  każdy ma prawo do własnych osądów. Ale należy też pamiętać, że to nie tylko Ossowiecki pisał o niezwykłym wzroście pozycji Polski w XXI wieku, lecz wielu było takowych jak choćby ojciec Klimuszko. I wszyscy oni deklarowali, że gdy patrzą na Wschód, to nie widzą końca polskiej granicy (czyżby zatem odrodzona Unia Jagiellońska, Unia Międzymorza czy też Trójmorza stanie się faktem oczywistym dla naszych dzieci a być może jeszcze dla nas samych? Nie mam co do tego żadnej wątpliwości). Ten proces się już rozpoczął i on trwa.




Pomimo tego, iż Amerykanie zostali zaskoczeni ową zmianą jaka się dokonała po 24 lutego 2022 roku, to jednak nie oni najbardziej się tym przerazili. Bez wątpienia ten fakt nie jest na rękę Moskwie, ponieważ Moskwa jasno zdeklarowała się jako nasz wróg i za takiego nas uważa (tutaj nie ma dwóch zdań, oni nadal roją że planujemy dokonać agresji na Ukrainę, że zamierzamy zająć Lwów i tego typu podobne bzdury). Stanowisko Moskwy (szczególnie w sytuacji wojny na Ukrainie i ogromnej pomocy jakiej udzieliła Ukrainie Polska), jest jasne i przewidywalne, więc nie ma sensu się nim zajmować - przejdźmy zatem dalej. Drugim państwem, któremu bardzo niesmak jest wzrost pozycji Polski w Europie, są oczywiście Niemcy. I ja się wcale temu nie dziwię, bowiem każdy kraj ma swoje własne interesy. Moskalom zależy na odrodzeniu dawnego Imperium Sowieckiego połączonego najlepiej z dawnym Imperium carskim, a bez wątpienia Polska i jej polityka, a już szczególnie wzrost pozycji naszego kraju temu nie służą. Niemcom zaś zależy na powrocie do dilu z Moskwą, który obu stronom przynosił (przed wojną na Ukrainie) obopólną korzyść. Ukraina w planach niemieckich zawsze była tylko przedmiotem które można w danym momencie przehandlować w imię dobrych wspólnych interesów z Moskwą. Trzeba bowiem pamiętać, że już od czasów Bismarcka Niemcy alergicznie reagowali na wszelkie konflikty na linii Berlin-Petersburg. Bismarck postawił wszystko na utrzymanie dobrosąsiedzkich stosunków z Rosją, zdając sobie sprawę że wojna pomiędzy tymi krajami może doprowadzić do katastrofy zarówno Niemcy jak i Rosję. Podobnie Moskale. Np. hrabia Kokowcow (który w styczniu 1914 r. został zwolniony przez cara Mikołaja II ze stanowiska przewodniczącego Rady Ministrów za swą podróż do Niemiec jesienią 1913 r. a już wówczas stosunki pomiędzy Berlinem a Petersburgiem zaczęły się psuć. Ów hrabia ponoć ostrzegał cara mówiąc że nadchodząca wojna skończy się dla Rosji i Niemiec katastrofą, bez względu na to który z nich zwycięży, a dynastia Romanowów zostanie zmieciona z powierzchni ziemi. Car na te słowa odparł krótko: "Wola Boża!"

Wojna rzeczywiście zakończyła się katastrofą dla wszystkich państw zaborczych, które z końcem XVIII wieku doprowadziły do rozbiorów Polski. Zgodnie z planem Józefa Piłsudskiego upadły trzy czarne orły, trzy mocarstwa zaborcze i na ich gruzach odrodziła się niepodległa Polska. Potrzeba było kolejnych 20 lat i sojuszu niemiecko-rosyjskiego (zwanego paktem Hitler-Stalin, czy też bardziej popularnie Ribbentrop-Mołotow), aby tę odrodzoną i wzrastającą ku mocarstwowości Polskę ponownie zniszczyć. Bez wsparcia Moskwy Berlin niczego by nie osiągnął, podobnie jak Moskwa nie zajęłaby połowy Europy, gdyby nie dopomógł jej w tym Hitler i Niemcy jako ich sojusznik. Niemcy więc zawsze będą dążyli ku Moskwie i poświęcą na tej drodze wszystkich, którym obecnie próbują robić wodę z mózgu twierdząc, że im pomagają. A takim krajem jest chociażby Ukraina, która zostanie sprzedana natychmiast, gdy tylko Moskwa zdecyduje się ponownie wysyłać do Niemiec swój gaz i inne surowce. Według mnie Ukraina - tak jak twierdzi Rafał Ziemkiewicz - została stworzona przez Niemcy w 1917 r. nie tylko jako część projektowanej niemieckiej mitteleuropy, ale przede wszystkim jako przeciwwaga dla Polski, która miała tylko i wyłącznie jedno zadanie - podgryzać i ewentualnie atakować Polskę od wschodu, gdyby tylko przyszłoby nam do głowy upomnieć się na Niemcach o Poznań, Wielkopolskę, Śląsk i Pomorze. Rola Ukrainy została więc jasno zdefiniowana, miała być swoistym pieskiem łańcuchowym na użytek niemieckiego pana, który będzie nią dyscyplinował niesforną Polskę, ot i cały sens istnienia państwa ukraińskiego w rozumieniu Niemców.

Warto zatem sobie uświadomić że do dzisiaj sytuacja się nie zmieniła i jeżeli Niemcy chcą odbudować swoją pozycję sprzed rosyjskiej inwazji na Ukrainę, to ich głównym i najważniejszym zadaniem jest podporządkowanie sobie Polski i obecnie nie ma ważniejszego dla Niemców zadania, niż właśnie zduszenie polskich ambicji, które bezpośrednio godzą w niemiecko-rosyjski plan nowej mitteleuropy od Władywostoku po Lizbonę. Ukraińcy w tym wszystkim znowu są jedynie wykorzystywaną i niestety łatwo dającą się manipulować marionetką, laleczką która gdy tylko przestanie być potrzebna zostanie wyrzucona jak niechciany śmieć. A Niemcy muszą zdławić Polskę bez względu na koszty i to z kilku powodów. Po pierwsze obecnie niemiecka gospodarka przeżywa lekkie załamanie, które już wkrótce może przerodzić się w poważny kryzys, a związane to jest oczywiście z brakiem taniego rosyjskiego gazu m.in. dla niemieckiego przemysłu samochodowego i chemicznego, aby nadal utrzymać je konkurencyjnymi. Poza tym Niemcy są strasznie zapóźnionym technologicznie krajem, szczególnie w branży komputerowej, gdzie np. płatność kartą w sklepie jest w większości przypadków niemożliwa, co w Polsce jest na porządku dziennym praktycznie wszędzie. Polacy wyprzedzają więc Niemców w branży ITI na wszystkich możliwych poziomach, co było nie do pomyślenia jeszcze 10-15 lat temu. Ale Niemcy niestety zawsze zachowywali się jak taki symbiot, który żeruje na czyimś organiźmie aby samemu móc przetrwać. Już w planach mitteleuropy w czasie I Wojny Światowej było stworzenie na Wschodzie szeregu zależnych od Niemiec gospodarczo i politycznie (oraz oczywiście militarnie) państewek, które będzie można gospodarczo drenować na potrzeby Wielkiej Rzeszy Niemieckiej. To, co nie udało się podczas tamtej wojny, Niemcy planowali uczynić w czasie II Wojny Światowej ale już bez tworzenia marionetkowych państw, tylko bezpośredniej kolonizacji, przesiedlenia i eksterminacji przede wszystkim Narodów słowiańskich, które miałyby pełnić funkcję niewolników (oczywiście tylko ci, którzy okazaliby się  pożyteczni dla nowej rasy panów. Resztę należałoby zlikwidować, ewentualnie zniemczyć).

Zbrodnie jakich dopuszczali się Niemcy głównie w Europie Środkowo-Wschodniej są niewyobrażalne i mogą być porównywalne jedynie z niemieckim złodziejstwem. Niemcy bowiem rozkradli w czasie wojny całą Europę i to do tego stopnia, że po wojnie pomimo klęski kraj mógł się z biegiem lat dźwignąć z upadku, dzięki właśnie rabunkom wojennym i amerykańskiej pomocy, która miała odbudować gospodarczo powojenne Niemcy. Zaś po 1989 r. i upadku Żelaznej Kurtyny Niemcy skutecznie zdominowały gospodarczo większość krajów Europy Środkowo-Wschodniej w tym Polskę. Następowało wówczas kupowanie za bezcen polskich gazet, mediów elektronicznych, likwidacja stoczni (aby nie czynić konkurencji dla stoczni niemieckich) i powolna likwidacja kopalni etc. etc. Przede wszystkim zaś postępował drenaż mózgów. Z czasem jednak to wszystko ustało, Polacy nie chcieli już jeździć na szparagi, coraz rzadziej Polki wyjeżdżają do pracy w Niemczech jako opiekunki dla starych osób (dobrze pamiętających czasy wujka Adolfa). Nie ma więc kto pracować na niemiecki dobrobyt bo Polakom żyje się za dobrze. Tak być nie może. Poza tym Polska gospodarka (i gospodarka innych krajów Międzymorza) nieustannie rośnie, co musi być niezwykle frustrujące dla Niemców. Niemcy przestały być też dysponentem dobrobytu w tej części Europy, co oczywiście nie znaczy że przestały być również potężnym gospodarczo krajem - tylko że to już nie jest to samo co było kiedyś. Inna kwestia to inicjatywa Trójmorza i Bukaresztańska Dziewiątki - które to inicjatywy bardzo powoli lecz nieubłaganie (z poparciem USA) mogą w przyszłości stać się alternatywą dla Unii Europejskiej zdominowanej przez Niemcy (niedawno do Trójmorza dołączyła Grecja). Cały ten region trzech mórz Bałtyk, Adriatyk, Może Czarne, to jedyny region w Europie który może skutecznie rzucić wyzwanie niemieckiej dominacji i odnieść sukces. Takiego wyzwania Niemcom nie mogą rzucić ani Francuzi, ani Włosi, ani Hiszpanie, ani Brytyjczycy gdyż interesy tych państw są ze sobą sprzeczne, a w pojedynkę są za słabi aby zagrozić Niemcom.

Ostatnim punktem dla którego Niemcy muszą zmiażdżyć Polskę aby ponownie wyjść na swoje, jest kwestia reparacji za zbrodnie wojenne z II Wojny Światowej, których Polska domaga się od Niemiec na kwotę ponad 1 biliona dolarów. Niemcy dotąd bowiem starały się wmówić światu, że oni się już rozliczyli z okresu nazizmu, że wszystko zapłacili (szczególnie izraelowi i Żydom) i oni mają to już za sobą, mają to już przepracowane i teraz mogą pełnić funkcję swoistego "moralnego mocarstwa", które będzie innym mówić jakie błędy popełnili i z czego się nie rozliczyli. Jest to oczywiście bardzo przyjemne i wygodne myślenie, niestety całkowicie niezgodne z prawdą. Wielokrotnie pisałem już o tym jak Niemcy po wojnie chroniły zbrodniarzy wojennych i że tak naprawdę ten cały proces norymberski to był pic na wodę fotomontaż (mówiąc kolokwialnie). Skazano bowiem wówczas na karę śmierci (ewentualnie na więzienie) kilku czołowych nazistów i tyle, i to było całe rozliczenie się z nazizmem. Ale przecież ci ludzie tak naprawdę nie brali udziału w zbrodniach do których doprowadzili. Hitler nikogo nie zabił, Himmler panicznie bał się widoku krwi - nie mówiąc już o tym żeby do kogoś strzelał, Goering co prawda walczył w I Wojnie Światowej w lotnictwie, ale potem spasł się strasznie i głównie kolekcjonował obrazy oraz inne dobra materialne, skradzione w całej Europie. Realnie zaś sprawcy zbrodni wojennych nie zostali ukarani i dożywali sobie spokojnie ostatnich dni na emeryturze, a często piastując także wysokie stanowiska publiczne (jak choćby Heinz Reinefarth - kat warszawskiej Woli, który mordował ludność cywilną Ochoty i Woli w czasie Powstania Warszawskiego w sierpniu 1944 r. Po wojnie był burmistrzem Westerlandu i zmarł w 1979 r. w wieku 75 lat. Nigdy nie poniósł odpowiedzialności za swe zbrodnie, a takich jak on były w Niemczech powojennych setki tysięcy jeśli nie miliony).




Podsumowując zatem - Niemcy nie są żadnym "mocarstwem moralnym", nie rozliczyli się z czasów nazizmu w żaden możliwy sposób, W ŻADEN! Dlatego też polskie żądania reparacyjne są dla nich tak niebezpieczne, ponieważ Polska nigdy się z tych żądań nie zrzekła i Niemcy nie mają żadnych (ponownie powtórzę - ŻADNYCH!) dowodów na to, że Polacy kiedykolwiek zrzekli się reparacji za II Wojnę Światową. Poza tym do Polaków mogą dołączyć również inni, jak choćby Grecy czy Serbowie - a to stanowi już poważny problem międzynarodowy i mocno obniża to niemiecką soft power. Poza tym temat reparacji jest bardzo dobrym biczem, którym można Niemców okładać przy jakiejkolwiek okazji i oni nie będą mogli w żaden sposób się przed tym obronić. To spowoduje ogromne straty wizerunkowe dla Niemiec a co za tym idzie kolejne straty dla niemieckiej gospodarki i trzeba będzie wreszcie coś z tym zrobić, temat bowiem nie umrze śmiercią naturalną, nie ma takiej możliwości. On będzie wracał przy każdej możliwej okazji, aż do ostatecznego wypłacenia Polsce przez Niemcy zaległych rekompensat za potworne straty (i cofnięcie nas realnie do XIX wieku) poniesione w czasie II Wojny Światowej. Wyobrażacie sobie że my Niemcy spełnili te żądania jeśli nie zostaną do tego przymuszeni? Oni przede wszystkim będą próbowali uciszyć Polskę ponownie podporządkować ją i sprowadzić do roli takiej, jaką chcieliby nas widzieć a nie jaką my sami dla siebie wybraliśmy. Jednym z tych elementów jest właśnie działanie poprzez ukraińskie władze, a przede wszystkim ukraińskich oligarchów i tak zwany "kryzys zbożowy". Niemcy próbują teraz przekonać Ukraińców że są jedynym ich (a przynajmniej drugim po Amerykanach) sojusznikiem i że nikt inny tak im nie pomagał, jak oni (głównie wysyłając nienadające się do użytku hełmy, bo to jest bez wątpienia największy dar, jaki Niemcy przekazali Ukraińcom w czasie tej trwającej od lutego 2022 roku wojny). Ukraińcy zaś niestety jak widzę mają w sobie ów gen samozagłady (w końcu Chmielnicki który wywalczył w XVII wieku dla Ukrainy pewną suwerenność, potem to wszystko oddał za bezcen Moskwie), co jest dla mnie trochę dziwne, ale jednocześnie przyjmuję to do wiadomości.




Natomiast radziłbym polskim gorącym głowom wstrzemięźliwość. My lubimy się unosić świętym oburzeniem albo wielką miłością, a w polityce coś takiego nie istnieje. Róbmy powoli swoje, pomagajmy Ukrainie i Ukraińcom w dalszym ciągu tak, jak pomagaliśmy dotąd, bo kacapia musi tę wojnę przegrać. A jednocześnie budujmy sobie naszą własne propolskie stronnictwo na Ukrainie, a mamy ku temu ogromne możliwości. Mamy u siebie w kraju ponad milion Ukraińców. To jest ogromna siła wyborcza. Wystarczy ich odpowiednio nakierować, pokazać pomoc jaką im daliśmy i co zyskali dzięki nam, i co jeszcze zyskają, oraz to, co stracą wraz z Niemcami. Poza tym na Ukrainie jest mnóstwo polityków nam przychylnych, jednym z nich jest np. Ołeksij Arestowicz. Jednocześnie nie rezygnujmy z Żełeńskiego - w końcu wciąż jest tam prezydentem. Powolutku, pocichutku budujmy naszą siłę na Ukrainie. Polska Fundacja Narodowa dostała jakiś czas temu 100 milionów złotych dotacji. Można by te pieniądze wykorzystać właśnie w interesie Polski, tworząc tam nasze stronnictwo. Nagradzajmy ludzi którzy wspierają projekt nowej Unii Jagiellońskiej i spuszczajmy w niebyt tych, którzy próbują temu przeszkodzić. Nie potrzebujemy bowiem tutaj kacapskich ani germańskich sługusów. Sami decydujemy o sobie, o naszej przyszłości i sami o tej przyszłości zadecydują Ukraińcy. Tylko trzeba im pomóc, bo niestety mają w sobie ten negatywny gen zagłady, który niszczy co chwila ich kraj. A jeśli im pomożemy, to razem będziemy nie do pokonania, tak jak to było przed wiekami.







CDN.