Łączna liczba wyświetleń

sobota, 28 listopada 2020

PRUSY CHCIAŁY DO POLSKI - WIĘC SIŁĄ ZOSTAŁY ZNIEMCZONE - Cz. VI

WALKA O CZARNEGO

PRUSKIEGO ORŁA,

POMIĘDZY CZERWONYM

ORŁEM BRANDENBURCZYKÓW

A BIAŁYM ORŁEM

POLAKÓW/RZECZPOSPOLITAN

 
 

PRUSY PRZED KRZYŻACKIM PODBOJEM

(XII-XIII wiek) 

Cz. I

 
 
 
 
VARIA
 
 
 Prusowie należeli do grona ludów aryjskich, posiadających jednak mieszane haplogrupy krwi (celtycko-bałtyjsko-słowiańskie). Zasiedlali oni tereny dzisiejszego Obwodu Kaliningradzkiego, Warmii i Mazur, a podzieleni byli na szereg plemion. Posiadali również swoją własną, specyficzną kulturę, język i obyczaje. Przez setki lat utrzymywali swą niezależność, walcząc z najeźdźcami pragnącymi zdobyć ich ziemie oraz nawrócić ich na chrześcijaństwo. Najeźdźcami tymi bywały plemiona polskie (np. Mazowszanie, Pomorzanie, Goplanie), Wikingowie (np. Duńczycy) i Rusini, choć Prusowie również potrafili przeprowadzać skuteczne ataki na ziemie swoich sąsiadów (głównie Polaków, Rusinów a nawet Litwinów). W przypadku jednak większego zagrożenia, stosowali metodę uników, chroniąc się całymi rodzinami w lasach i czekając aż nieprzyjaciel sam odejdzie objuczony łupami (miało to ważne znaczenie polityczne, gdyż pozwalało zachować niezależność i prócz straty pewnej ilości dobytku oraz spalonych domostw, niczego więcej nie musieli oddawać, a przypadku wydania walnej bitwy w której ponieśliby klęskę, musieliby wówczas podpisać układy pokojowe, a te nieodzownie wiązałyby się z koniecznością płacenia danin, ofiarowania jeńców, oraz - co zdaje się było tego najważniejszym powodem - konieczności przyjęcia chrześcijaństwa i wyrzeczenia się wiary przodków). Sami jednak byli również sporym utrapieniem dla swych sąsiadów, dokonując częstych napadów, zniszczeń i uprowadzeń ludności, przez co granica z Prusami to była prawdziwa ostatnia rubież chrześcijaństwa na północnym-wschodzie Europy, przez co wymagała ciągłej ochrony. Nie wszyscy władcy byli jednak zdolni taką ochronę zapewnić i dlatego też gdy pojawiła się możliwość przygarnięcia (wygnanego z Transylwanii w 1225 r. - wówczas leżącej na wschodnich rubieżach Węgier) zakonu rycerskiego, powołanego do walki z Saracenami w Palestynie - Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, przeto wydawało się, że oto sama Opatrzność zsyła tych mnichów-rycerzy dla ochrony chrześcijańskich królestw na ziemiach graniczących z Prusami. Jeden z tych władców - Konrad I, książę Mazowsza już w 1226 r. zawarł z Zakonem Krzyżackim umowę, na mocy której ofiarowywał im (tymczasowo) ziemię chełmińską jako miejsce osiedleńcze, celem dokonania podboju Prus i tym samym zlikwidowania niebezpieczeństwa, jakie z tamtej strony groziło chrześcijaństwu. Dwa lata później trzej pierwsi rycerze zakonni pojawili się w ziemi chełmińskiej, a wkrótce potem przybyły pozostałe komturie zakonne i tym samym rozpoczął się okres krwawych walk o ujarzmienie pogańskich plemion Prusów. 
 
Do 1295 r. wygasły ostatnie punkty oporu tego ludu, a Zakon stał się niepodzielnym właścicielem zdobytych terenów (nie zwrócił też Mazowszu ziemi chełmińskiej, którą otrzymał jedynie na czas kontynuowania walk w Prusach). Zachęcony tymi sukcesami Krzyżacy, kontynuowali dalszy podbój ziem na Wschodzie, tym razem występując przeciw (spokrewnionym z Prusami) plemionom Żmudzinów i Litwinów. W 1308 r. Gdańszczanie (wówczas miasto, jak i cała kraina Pomorza, należała do księcia polskiego - Władysława I Łokietka) zaatakowani przez Brandenburczyków z zachodu, zwrócili się z prośbą o pomoc do Krzyżaków, którzy co prawda przegonili najeźdźców, ale jednocześnie wyznaczyli wysoką zapłatę za udzieloną pomoc, która znacznie przewyższała możliwości zarówno Gdańska, jak i księcia Władysława. Zniecierpliwieni czekaniem na pieniądze, "bracia zakonni" w 1309 r. rozbroili polską załogę Gdańska i zajęli miasto (jednocześnie dokonując rzezi wielu mieszkańców miasta - w tym kobiet i dzieci) a wkrótce potem opanowali całe Pomorze. Walka o odzyskanie Pomorza trwała bardzo długo (bo aż 157 lat), a Zakon Krzyżacki już w pierwszej połowie XIV wieku stał się jedną z największych militarnych potęg Europy. W 1343 r. król Polski - Kazimierz III Wielki (syn i następca Władysława Łokietka), po długim okresie sporów prawnych z Zakonem, zawarł ostatecznie z Krzyżakami pokój w Kaliszu (dzięki czemu wychodzące z rozbicia dzielnicowego królestwo, mogło skupić się na zjednoczeniu, odbudowie handlu i gospodarki oraz umocnieniu politycznemu, co też się stało). Ów pokój był prawdziwym błogosławieństwem dla kraju i pozwolił słabemu państwu, ledwie zespolonemu z poszczególnych dzielnic (mających często własne interesy i oddzielną politykę), zamienić w gospodarczą potęgę już w latach 50-tych i 60-tych XIV wieku. Kraj zalany też został całą masą większych i mniejszych twierdz oraz zamków, ujednolicono prawo, rozbudowywano miasta - np. nieopodal Krakowa powstało w 1335 r. zupełnie nowe miasto o nazwie Kazimierz, dziś jedna z krakowskich dzielnic). Założono drugi w Europie Środkowej (po Uniwersytecie Karola w Pradze z 1348 r.) Uniwersytet w Krakowie w 1364 r. (a należy pamiętać że pierwszy Uniwersytet w Niemczech, w Heidelbergu założony został dopiero w 1386 r.). To umocnione przez siebie Królestwo, nie miał jednak Kazimierz Wielki możliwości przekazać swemu potomkowi, gdyż z czterech żon doczekał się jedynie pięciu córek, dlatego też zawarł układ ze swym siostrzeńcem, królem Węgier - Ludwikiem I Wielkim, który po jego śmierci miał objąć dwa trony. Jednak do końca Kazimierz liczył jeszcze na spłodzenie syna, a nawet próbował posadzić na tronie swego wnuka - Kazimierza (Kaźka) Słupskiego - co ostatecznie po śmierci króla nie doszło do skutku i tron objął Ludwik Wielki.
 
 
 KAZIMIERZ WIELKI - ROZMOWA Z WNUKIEM
 
"KOBIETY, TAŃCE, ŚPIEWY, TURNIEJE I TY CHCESZ BYĆ KRÓLEM?"
  
(SWOJĄ DROGĄ DZIWNIE PRZYJMOWAĆ MORALIZATORSKIE WYKŁADY OD DWUKROTNEGO BIGAMISTY I CZŁOWIEKA KTÓRY W ZAMKACH UTRZYMYWAŁ PRAWDZIWE HAREMY)
 
 


Pokój z Krzyżakami przetrwał 66 lat, przez całe panowanie Ludwika Wielkiego, jego córki, królowej Jadwigi, aż do czasów Władysława II Jagiełły, gdy w 1409 r. wybuchła Wielka Wojna z Zakonem Krzyżackim. Wojna ta została rozstrzygnięta w dwóch bitwach stoczonych w roku 1410, z czego ta pierwsza nabrała wielkiego znaczenia dziejowego i stała się podwaliną przyszłego polsko-litewsko-ruskiego mocarstwa, ale ta druga wcale jej nie ustępowała (a nawet niektórzy historycy twierdzą, że była ważniejsza od tej pierwszej). Chodzi oczywiście o bitwę pod Grunwaldem z 15 lipca i bitwę pod Koronowem z 10 października. W obu bitwach rycerstwo Zakonu Krzyżackiego (wspomagane ochotnikami z Niemiec, Francji, Anglii i Włoch) zostało rozbite w pył, a pod Grunwaldem poległ też wielki mistrz Zakonu - Ulryk von Jungingen. Z różnych względów wówczas jednak nie udało się odzyskać Pomorza, ale od tej chwili Zakon Krzyżacki mógł już się jedynie bronić, gdyż przestał być  zdolny do podejmowania jakichkolwiek akcji ofensywnych. Ostatecznie Pomorze i dostęp do Bałtyku (tak niezbędnego dla handlu zbożem) odzyskał dopiero syn i następca Władysława Jagiełły - Kazimierz IV Jagiellończyk (jeden z najbardziej energicznych monarchów na polskim tronie, który podobnie jak ojciec nie pijał wina ani piwa a raczył się tylko czystą wodą i może dlatego też obaj żyli dość długo - Jagiełło zmarł w wieku ok. 80 lat, zaś Kazimierz IV w wieku 65 lat). Wojna Trzynastoletnia (1454-1466) która w początkowym okresie zaczęła się niepomyślnie dla strony polskiej (klęska pod Chojnicami we wrześniu 1454 r. - notabene była to największa klęska jaką rycerstwo polskie poniosło ze strony Zakonu Krzyżackiego i bodajże największa polska klęska w całym średniowieczu), jednak Zakon nie był już zdolny do wygrania wojny i to pomimo posiłków jakie napływały doń z Niemiec, Austrii, Czech i innych krajów zachodniej Europy. Natomiast Królestwo Polskie, pomimo początkowej klęski, miało ogromne zasoby ludnościowe i było znacznie lepiej przygotowane do długotrwałej wojny, jaka się wówczas toczyła. W 1457 r. król Polski wkroczył do Malborka - stolicy Zakonu Krzyżackiego i jednej z najpotężniejszych (a z pewnością największej) twierdzy w Europie. Po zwycięstwach z 1462 r. (pod Świecinem) i z 1463 r. (bitwa morska na Zalewie Wiślanym), wielki mistrz Zakonu - Ludwig von Erlichshausen, nie mając już pieniędzy na opłacenie najemników, musiał poprosić o rozejm. 19 października 1466 r. podpisano w Toruniu pokój, na mocy którego całe Pomorze wraz z Gdańskiem, Tczewem, Elblągiem, Malborkiem i Fromborkiem i wieloma innymi miastami, zostało ponownie przyłączone do Królestwa Polskiego, zaś pozostałe ziemie zakonne miały od tej chwili stanowić lenno Korony. Tak oto Polska odzyskała dostęp do morza bałtyckiego dla swego handlu, zaś w 1525 r. ostatni wielki mistrz Zakonu Krzyżackiego - Albrecht Hohenzollern złożył hołd lenny swemu stryjowi - królowi Polski i Litwy - Zygmuntowi I Jagiellończykowi (synowi Kazimierza IV), definitywnie likwidując państwo zakonne i otwierając jednocześnie XVI-wieczną epokę Złotego Wieku Rzeczpospolitej Obojga (Trojga) Narodów.
 
 

 
Zależność lenna nowego państwa pruskiego (w tzw.: Prusach Książęcych, w odróżnieniu od Pomorza, które zwano Prusami Królewskimi) miała trwać do czasu wymarcia pruskiej linii Hohenzollernów, a potem całe Prusy Książęce miały zostać włączone do Korony Polskiej. Jednak nigdy tak się nie stało, gdyż polscy władcy zgodzili się na dziedziczenie w Prusach brandenburskiej linii rodu Hohenzollernów (1618 r.), łącząc tym samym dwa państwa, które odgradzało od siebie jedynie polskie Pomorze. Gdy Rzeczpospolita była silna, jakiekolwiek próby połączenia tych państw nie mogły dojść do skutku, jednak gdy w wyniku ciągłych wojen (z Kozakami w latach 1648-1657, Moskwą 1654-1660/1667, Szwecją 1655-1660, Siedmiogrodem 1657 r. i Brandenburgią 1656-1657) Rzeczpospolita osłabła, musiała zrzec się swej zwierzchności nad Prusami Książęcymi na korzyść Brandenburczyków. W 1701 r. elektor Brandenburgii - Fryderyk I Hohenzollern, koronował się w Królewcu na pierwszego króla Prus, rozpoczynając tym samym dzieje niemieckiego państwa pruskiego, które w wyniku zwycięskiej wojny z Francją w latach 1870-1871 zjednoczyło pozostałe kraje Rzeszy ("krwią i żelazem" jak mawiał Otto von Bismarck) w Cesarstwo Niemieckie, które to w 1914 r. było jednym z głównych prowodyrów I Wojny Światowej - a resztę tej historii już znamy. Tymczasem Rzeczpospolita wdała się (od lat 60-tych do 90-tych XVII stulecia) w długie i wyczerpujące wojny z Turkami i Tatarami, jednocześnie będąc osłabiana od środka przez potęgującą się anarchię polityczną, w którą kraj został wpędzony przez nieodpowiedzialność szlachty i magnaterii, oraz zabójcze dla ustroju prawo weta (liberum veto), które realnie uniemożliwiało przeprowadzenie jakiejkolwiek decyzji na sejmach (np. nad wzmocnieniem wojska czy nowymi podatkami) gdyż do podjęcia ustawy wymagana była jednomyślność wszystkich posłów (zasada "ucierania się"), wystarczył więc sprzeciw jednego z nich (np. przekupionego przez obce dwory, lub też będącego na usługach wielkich rodów magnackich, niechętnych wzmocnieniu władzy królewskiej), aby sejm został rozwiązany i posłowie rozjechali się do domów niczego nie uzgodniwszy. Takich "pustych" sejmów było mnóstwo w drugiej połowie XVII wieku i w pierwszej połowie wieku XVIII (od 1652 r. do 1764 r.). W tym ostatnim stuleciu, słabnąca Rzeczpospolita - coraz bardziej przypominająca "chorego człowieka Europy" - popadała w zależność od rosnącej w siłę Rosji, tej samej Rosji, w której to stolicy jeszcze wiek wcześniej słychać było odgłos kopyt husarskich rumaków, a język polski był oficjalnym językiem moskiewskich władców.
 
 
 

W 1772 r. nastąpił pierwszy rozbiór ziem Rzeczypospolitej i tym samym Brandenburgia oraz Prusy Książęce uzyskały bezpośrednie połączenie przez polskie Pomorze (Prusy Królewskie), które to ziemie zostały przyłączone w pierwszym rozbiorze do Królestwa Prus (jednak bez miasta Gdańsk i Zalewu Wiślanego). W drugim rozbiorze z 1793 r. Prusy zyskały całą Wielkopolskę, Ziemię Sieradzką, Gdańsk oraz zachodnią część Mazowsza, zaś dwa lata później północno-zachodnie Mazowsze (wraz z Warszawą), Podlasie i Suwalszczyznę aż do rzeki Niemen. Rosja, Prusy i Austria w 1795 r. dokonały ostatecznego rozbioru ziem polskich, który to miał już być "wieczny" - zgodnie z decyzjami monarchów tychże krajów, jednak zaangażowanie Polaków w wojnach napoleońskich u boku Cesarza z którym biliśmy zarówno Prusaków, jak Austriaków i Rosjan, doprowadziło do zmian terytorialnych po 1815 r. choć Polska nadal pozostała zniewolona i dopiero w sto lat później (m.in.) czynem legionowym tych młodych chłopaków od Komendanta Piłsudskiego, udało się ostatecznie w 1918 r. wywalczyć Niepodległość Ojczyzny i obronić ją w 1920 r. przed bolszewicką inwazją na Europę. Po okresie historycznych zawirowań dziejowych (agresji niemiecko-sowieckiej z września 1939 r. rozpoczynającej II Wojnę Światową, a następnie krwawej niemieckiej okupacji, oraz sowieckiego wyzwolenia zniewolenia ziem polskich po 1944 r., południowa część ziem dawnych Prusów przypadła Polsce, zaś północna Związkowi Sowieckiemu/Rosji. Cóż, po tylu wiekach uważam że i reszta tych ziem, które zgodnie z traktatem krakowskim z 1525 r. miały przypaść Koronie, również w przyszłości znajdzie się w granicach naszego kraju. A tymczasem przejdźmy już do omawiania poszczególnych pruskich plemion, oraz kultury, jaka panowała na tych ziemiach przed militarną agresją niemieckiego Zakonu Krzyżackiego...  
 
      
 
 
 
CDN.
 

wtorek, 24 listopada 2020

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CXL

TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI

SŁOWIANIE I CELTOWIE

 
 
 
 
 

 PIERWSZE "EUROPEJSKIE"

CYWILIZACJE:

CELTOWIE

(CZASY EKSPANSJI)

(ok. 4 200 r. p.n.e. - ok. 100 r. p.n.e.) 

Cz. I

 
 
 
 
 
 
MEGALITY
CZYLI PRÓBA ZATRZYMANIA CZASU
 
 
 
 Ok. 24 200 r. p.n.e. wśród skupisk aryjskich plemion idących ze Wschodu, nastąpił podział na dwie grupy - starszą: słowiańską (która znacznie wcześniej rozpoczęła migrację na ziemie dzisiejszej Europy Środkowo-Wschodniej, kierując się intensywnie ku Północy i Zachodowi), oraz młodszą: celtycką. Celtowie dość późno podjęli próbę przejścia południowych Karpat i wejścia na tereny dzisiejszych Bałkanów. Według legendy pierwszym - znanym z imienia - Celtem, był niejaki Ossjan (nic więcej o nim nie wiadomo), który to właśnie wyprowadził swój lud przez górskie przełęcze, wkraczając na tereny leżące nieopodal Dunaju. Celtowie byli Ariami i byli spokrewnieni ze Słowianami - którzy już w tym czasie dominowali nad ziemiami Środkowej, Wschodniej i Północno-Zachodniej Europy. Mimo to, cywilizacja Celtów poszła zupełnie innym torem niż Słowian i podczas gdy ci drudzy z reguły palili swych zmarłych na wielkich stosach pogrzebowych (choć oczywiście pewne konstrukcje megalityczne, choć rzadkie, istniały również i na ziemiach zasiedlonych przez Słowian), to Celtowie zaczęli wznosić dla potomności ogromne konstrukcje kamienne, które miały nie tylko uczcić przodków, ale również (a może przede wszystkim) zakląć ich na stałe w kamieniu, tak, aby dusza zmarłych była wieczna niczym owe skały. Nie wiadomo czy Celtowie sami wpadli na pomysł wznoszenia megalitów ku czci zmarłych przodków, czy też był to zwyczaj pierwotnej ludności, na ziemiach której się osiedlili. Wszystko wskazuje raczej na ten drugi wariant (należy bowiem pamiętać że konstrukcje megalityczne wznoszono również w miejscach, do których Celtowie nigdy nie dotarli np. na Malcie, gdzie dotąd odkryto aż siedemnaście świątyń z epoki neolitycznej poświęconych Wielkiej Bogini, z ogromnymi eliptycznymi tarasami służącymi procesjom i rytualnym tańcom kapłanek. I tylko kapłanek - jako że ściany tych sanktuariów zdobią również kamienne rzeźby, przedstawiające leżące na boku kobiety - zapewne więc są to właśnie kapłanki). Nie była to więc pierwotnie tradycja aryjska (czego dowodem odmienność kultów słowiańskich) a jedynie kulturowe przejęcie zwyczajów istniejących wcześniej na tych ziemiach.

Mówi się, że pierwsi Celtowie oddawali cześć duchowi boga Fingala - ale nic więcej na ten temat nie wiadomo. Wraz z kolejnymi migracjami ludności celtyckiej w kierunku zachodnim (ok. 2 500 r. p.n.e. Celtowie wkroczyli na słowiańskie ziemie dzisiejszych południowych Niemiec, ok. 2 250 r. p.n.e. pojawili się w Galii - czyli dzisiejszej Francji, ok. 2 200 r. p.n.e. wkroczyli do północnych Włoch, zaś ok. 2 100 r. p.n.e. dokonali inwazji na Wyspy Brytyjskie, przepływając Kanał La Manche), coraz więcej można było spotkać większych skupisk megalitycznych, które to stawiano właśnie dla podkreślenia kultu przodków. Megality służyły jako siedziba dla dusz zmarłych, które to (jak wierzono) wracały, aby odwiedzić swe wioski i swych bliskich. Jednocześnie megality pełniły również funkcje społeczne, służyły na przykład utrwaleniu genealogii danego rodu, gdyż Celtowie wierzyli że imię człowieka będzie zapamiętane na wieki za sprawą kamienia. Wierzono również, że dzięki owym megalitom umarli korzystają z niezwykłej mocy i że dzięki tym budowlom można zatrzymać wieczność oraz pokonać czas. Warto też zauważyć, że o ile w takich miejscach jak Malta czy Kreta, nieodłącznym elementem kultów megalitycznych była wiara w Wielką Boginię i silny związek kapłanek z megalitycznym centrum, o tyle w Europie Zachodniej bardzo szybko miejsce kapłanek zastąpili kapłani - czyli druidzi, zwani również "ludźmi spod dębu". Kobiety coraz częściej stawały się "kapłankami ogniska domowego", choć oczywiście instytucja celtyckich kapłanek przetrwała właściwie aż do I wieku p.n.e. (Wercyngetoryks - z celtyckiego plemienia Arwernów, wódz narodowego powstania Galów przeciwko Rzymowi, w młodości - podobnie jak inni młodzi chłopcy z możnych rodów - uczył się sztuki strzelania z łuku i posługiwania lekką bronią u boku celtyckich kapłanek z żeńskiego kręgu druidów, z którymi to zapewne miewał również i pierwsze doświadczenia seksualne).
 
 
 
 
Według mitów (nie wiadomo czy prawdziwych) pierwotnie szczepami celtyckimi przewodziły właśnie kobiety - wieszczki (one to też wyprowadziły ocalałych po zagładzie Imperium Ujghur ku nowemu życiu). Jednak nie zawsze mając wizję zesłaną im przez bogów, uznały że dla lepszego kontaktu z boskimi istotami, należy składać im krwawe ofiary z ludzi (jakiś cień prawdy musiał w tym być, jako że np. na Krecie kapłanki składały krwawe ofiary z młodych mężczyzn, których następnie zakopywano w ziemi w taki sposób, jak dziecko będące w łonie matki - co miało oznaczać równowagę między śmiercią a nowym życiem, czyli między końcem a początkiem). Nie wiadomo kiedy ostatecznie kapłanki utraciły swój wpływ na ludzi w celtyckich społecznościach, wiadomo tylko że ostatecznie to męscy kapłani - czyli właśnie druidzi stali się symbolem cywilizacji celtyckiej i to począwszy od Hiszpanii, aż po północne ziemie dzisiejszej Szkocji i Irlandii. Warto też wymienić największe i najważniejsze celtyckie grobowce i kręgi megalityczne. Największym z nich był bez wątpienia Carnac w południowej Bretanii - gdzie do dziś znajduje się ok. 3 000 kamieni (menhirów), ustawionych w pewnej od siebie odległości. Potem jest Puy de Paulhiac w Akwitanii, Perarine w Oksytanii, Stonehenge w południowej Anglii, Merry Maidens z Kornwalii, Great Langdale w Północno-Zachodniej Anglii, Callanish na Hybrydach czy Krąg Brodgara na Orkadach. Poza tym mnóstwo grobów megalitycznych, rozsianych od południowej Hiszpanii, po Irlandię i Orkady. 



PS: W kolejnej części zaprezentuję rozwój społeczności celtyckiej na zdobytych terenach i powstawanie najważniejszych obwarowanych murami grodów - oppidiów, a następnie przejdę do opanowania Hellady przez słowiańskie plemiona - i to zarówno od strony mitologicznej, jak i tej zaczerpniętej z channelingów. Następie zaś przeniesiemy się na krótko do Iranu i Indii, gdzie dodam jeszcze (nieliczne już, ale ważne i wcześniej pominięte, gdyż nie pochodzące z channelingów) informacje na temat charakteru walk Ariów z czarnoskórymi plemionami Amazirów.
 
 
 
 CDN.
 

niedziela, 22 listopada 2020

DOMINATORKI - Cz. XII

CZYLI RZECZ O ZNANYCH

I NIEZNANYCH KOBIETACH W HISTORII,

KTÓRE POTRAFIŁY

RÓŻNYMI SPOSOBAMI OWINĄĆ SOBIE

MĘŻCZYZN WOKÓŁ PALCA

 
 

 
 

DOMINATORKI STAROŻYTNEGO EGIPTU

Cz. XII

 
 
"DYNASTIA KRÓLOWYCH"
 
 
 
 
 

TEJE

KRÓLOWA-LWICA

Cz. III

 
 
 
 Pierwsza dekada rządów faraona Nebmaatre Amenhotepa III i królowej Teje, przebiegała na nieustannych podróżach, inspekcjach i kampaniach wojennych (główna kampania wojenna w Nubii, prowadzona w pierwszych latach panowania młodego władcy). Ok. 1378 r. p.n.e. para królewska na stałe już osiadła w Tebach, a raczej po drugiej - północno-wschodniej - części Stubramnych Teb, czyli w Malgatcie (nieopodal zespołu świątynnego Totmesa III w Medinet Habu). Tam właśnie Amenhotep III nakazał wznieść dla siebie i swej rodziny wygodny pałac, oraz wykopać sztuczne jezioro, po którym można by było pływać łodzią. Tam też przyszły na świat kolejne dzieci pary królewskiej. Wielkim świętem były narodziny syna, czyli królewskiego następcy tronu, który otrzymał imię - Totmes. Wkrótce potem narodziła się najstarsza z córek - księżniczka Sitamun. Narodziny Iset - drugiej córki, również były powodem do radości, gdyż ze względu na częste zgony niemowląt, każde dziecko które tylko przeżyło okres niemowlęctwa (szczególnie zaś chłopcy - jako naturalni następcy tronu - kontynuatorzy dzieła Boskiego Stworzenia Świata i utrzymania w nim porządku i sprawiedliwości) było na wagę złota. Oczywiście przez pierwsze kilkanaście miesięcy (a nawet kilka lat) rodzice starali się zbytnio nie przywiązywać do dziecka, jako że ciężej by było im potem przeżywać jego stratę, dlatego też niemowlęta i małe dzieci wychowywały się pod okiem mamek i opiekunów. Dopiero po ok. piątym roku życia dziecka rodzice (szczególnie matki) coraz częściej spędzali z nimi czas (dzieci odstawiano od piersi mamek z reguły w trzecim roku życia, choć czasem karmiono je mlekiem aż do wieku pięciu lat, aby nabrały większej odporności, gdyż zbyt szybkie odstawienie od piersi w ówczesnych warunkach często oznaczało po prostu śmierć dziecka). Nie wiadomo jaką matką była królowa Teje (biorąc pod uwagę jej posągi o zimnym obliczu z nieco azjatyckimi kształtami twarzy (choć Azjatką nie była), zapewne jednak bardzo kochała swe dzieci i radowała się z faktu że przetrwali oni w zdrowiu pierwsze lata życia.
 
Bez wątpienia pierwszym świętem, w jakim wzięła udział para królewska - po powrocie do Teb - było święto Opet, które odbywało się co roku w drugim miesiącu pory wylewów Nilu (pora wylewów trwała od połowy lipca do połowy grudnia, czyli drugi miesiąc to byłby sierpień). Trwało ono 11 dni, a z tej okazji faraon (wraz ze swą Wielką Małżonką Królewską) udawał się do zespołu świątynnego w Medinet Habu - gdzie  gromadził się okoliczny lud (głównie mieszkańcy królewskich Teb), aby okazać mu swe boskie oblicze. Podczas tego święta para królewska wyjątkowo blisko zbliżała się do poddanych, ofiarowując im najróżniejsze dary (ciasta, bochenki chleba, dzbany piwa). Jednak owe rozdawnictwo było ostatnim elementem całego święta, które rozpoczynało się w wielkiej świątyni Amona-Re w Karnaku (Ipet-Sut), po czym w niezwykle uroczystej procesji "Świętej Rodziny z Teb" (przedstawiającej bogów Amona-Re, jego małżonkę boginię Mut i ich syna - Chonsu), para królewska, idąc na czele owej procesji (jednak tuż za świętymi posągami bogów) wzdłuż brzegów Nilu, dochodziła do Świątyni Amona-Re w Luksorze (jednej z dwóch dzielnic z której składały się królewskie Teby. Luksor był jednak bardziej zurbanizowany i zamieszkiwało go znacznie więcej ludności, niż całkowicie podporządkowany klerowi Amona - Karnak). Po drodze zatrzymywano się na sześciu stacjach procesyjnych w rozbudowanych za czasów Hatszepsut dziedzińcach świątynnych. Następnie, u pierwszego pylonu świątyni Amona-Re w Luksorze, czekały barki, którymi "Święta Rodzina z Teb" miała przepłynąć na drugi brzeg Nilu (każdy wizerunek boga umieszczony został na innej barce), zaś na czwartej i ostatniej barce, płynęła rodzina królewska w otoczeniu swego dworu (zaś pozostała ludność przepływała Nil na splecionych przez siebie, prowizorycznych tratwach. Swoją drogą była to niebezpieczna przeprawa ze względu na czyhające w wodach krokodyle i hipopotamy). Barki następnie holowali na brzeg, grupy mężczyzn wywodzących się spośród dworskich dostojników (oni wcześniej płynęli na małych łodziach, ciągnących i eskortujących "Święte Barki"). Potem procesja szła po "Ziemi Amona", prosto do świątyni Medinet Habu, gdzie lud mógł zgłaszać swe prośby do bogów, jak i do królewskiego ka (w rozumieniu Starożytnych Egipcjan, królewskie ka było duszą stanowiącą część boskiej istoty, wspólnej zarówno dla samych bogów jak i królewskich przodków faraona). Tam też następowało (po 11 dniach) zakończenie procesji i rozdawnictwo darów spożywczych.
 
 

 
W świątyni Amona-Re w Luksorze faraon przemieniał się w "boską istotę" (w otoczeniu kapłanów recytujących modlitwy i magiczne formułki, oraz w smugach dymu z kadzideł) i odtąd stawał się już bogiem na kolejny rok (do następnego święta Opet), a tym samym przestawał być człowiekiem i (w świadomości ludu) był w stanie spełniać błagalne prośby swych poddanych. Było to niezwykle ważne wydarzenie dla władzy z punktu widzenia ideologiczno-propagandowego, gdyż wyrabiało w poddanych przekonanie o boskim złączeniu panującego władcy z bogiem, a tym samym utrzymaniu porządku świata i ładu społecznego oraz oddaleniu chaosu (wierzono, że aby słońce mogło codziennie wzejść, potrzebny jest władca połączony z bogiem, który to właśnie zapewni, dając światu jasność i ciepło). Dlatego też w dziejach Egiptu tak rzadko spotyka się jakiekolwiek spiski czy próby obalania panujących władców (jedynie w epokach wielkich niepokojów społecznych i wstrząsów politycznych). Jak bowiem można obalić władcę, który zjednoczony jest z bogiem za sprawą swego ka? Przecież w takiej sytuacji duch i intelekt władcy równał się (w rozumieniu Egipcjan) duchowi i inteligencji samego bóstwa. Oczywiście dane dynastie mogły wymrzeć, ale zawsze musiał objawić się jakiś nowy król (choćby nawet pochodził z innego kraju i w nim rezydował), dzięki któremu każdego ranka wzejdzie słońce, a życiodajny Nil zapewni przetrwanie zarówno ludziom jak i zwierzętom. Gdyby bowiem zabrakło władcy (jak sądzono) zapanowałby powszechny chaos a świat uległby rozpadowi, przeto w niespokojnych czasach, gdy nie można było szybko wyłonić nowego władcy, kontynuowano panowanie poprzedniego - nawet jeśli ten zbiegł lub już nie żył. Było to niezwykle ważne dla utrzymania ładu i porządku społecznego (a jednocześnie dla podkreślenia dotychczasowej władzy egipskiego kleru). Koronacja nowego faraona (szczególnie zaś takiego, który nie był związany z poprzednią dynastią więzami pokrewieństwa) z reguły odbywała się podczas święta Opet, przy czym łączono koronację ze zjednoczeniem ka nowego władcy z samym bogiem, aby tym samym zapewnić mu trwałe i spokojne panowanie.




Ok. 1377 r. p.n.e. (w jedenastym roku panowania Amenhotepa III) młody faraon (nie miał wówczas zapewne nawet 20 lat)... postanowił ponownie się ożenić. Oczywiście królowa Teje (która z pewnością była rówieśnicą swego męża, lub też o rok, dwa od niego starsza) pozostawała najważniejszą żoną, ale z przyczyn politycznych król musiał ponownie się ożenić, bowiem od czasów jego dziada Aacheperure Amenhotepa II, panował sojusz polityczny z dotychczasowym wrogiem Egiptu (i sprawcą wszelkich anty-egipskich buntów w Syro-Palestynie) królestwem Mitanni. Sojusz ten, zawarty po raz pierwszy ok. 1417 r. p.n.e., przetrwał w nienaruszonym stanie do czasu Amenhotepa III, jednak teraz, po czterdziestu latach pojawiła się dodatkowa okoliczność, która jeszcze mocniej pchała ku sobie Mitanni i Egipt. Tą okolicznością było coraz bardziej agresywne anatolijskie królestwo Hetytów, a szczególne obawy rodził wówczas młody hetycki król - Suppiluliuma I, który wstąpił na tron w Hattuszan (stolicy państwa Hetytów) ok. 1380 r. p.n.e. Ten młody człowiek o duszy zdobywcy i wojownika, już za czasów rządów swego schorowanego ojca - Tuthalijasa II, odznaczył się wieloma zasługami na polu bitwy i gdy stary król zmarł, Suppiluliuma objął po nim władzę nad anatolijskim państwem Hetytów. Według relacji jego syna i następcy - Mursilisa II, kraj przed wstąpieniem na tron Suppiluliumy prezentował się w ponurych barwach i dopiero objęcie władzy przez nowego króla odmieniło sytuację. Mursilis II zapewne celowo zarysował ponury obraz kraju, aby tym samym świadomie ukazać sukcesy swego ojca w jeszcze lepszych barwach. Niewątpliwie jednak od czasu śmierci wielkiego króla - Mursilisa I (panującego na przełomie XVII i XVI wieku p.n.e.), kraj Hetytów bez wątpienia wszędzie ustępował pola hurryckiej potędze Mitanni, a dodatkowo atakowany przez barbarzyński lud Kasków z północy Azji Mniejszej, był w ciągłej defensywie. Przetrwał do naszych czasów nawet tekst modlitwy, jaką wygłosił hetycki król - Arnuwandas I (panujący ok. 1440-1420 r. p.n.e.) wraz ze swą małżonką - Asmunikal, do hurryckiej bogini Arinny, z prośbą o zatrzymanie inwazji Kasków. W swej żałobnej pieśni-modlitwie, król Hetytów żalił się bogini: "Świątynie, które wy posiadaliście w tym kraju, spustoszyli ludzie Kaska, a wasze bogów posągi rozbili. Zagrabili srebro, złoto, rytony (naczynia do picia w kształcie zwierząt lub... butów), (...) podzielili między siebie świętych kapłanów, matki bogów, pomazańców, muzykantów, śpiewaków, kucharzy (...) i uczynili ich swymi niewolnikami".
 
Wraz z objęciem władzy przez Suppiluliumę I (po obaleniu i zabiciu w zamachu swego starszego brata - Tuthalijasa III), kraj został umocniony (rozbudowano system twierdz na północy) a ostatecznie król rozbił Kasków w kilku bitwach i całkowicie uśmierzył niebezpieczeństwo zagrażające państwu z ich strony. Teraz, żądny nowych zwycięstw i uskrzydlony dotychczasowymi sukcesami, postanowił skierować swój wzrok na Mitanni i północną Syrię. Problem z Hetytami był jeszcze taki, że wprowadzili oni do obiegu nową, bardzo niebezpieczną broń, której niezwykle rzadko używano w wojskach Mitanni (ich siła opierała się głównie na pancernym uderzeniu rydwanów i zasypaniu przeciwnika lasem strzał, wypuszczanych ze składanego łuku hurryckiego, który był bardziej praktyczny, a jednocześnie pozwalał strzelać na znacznie dłuższe odległości, niż np. łuk egipski), a w armii Egiptu nie używano tej broni wcale. Chodzi oczywiście o... żelazo i stal. Miecze, włócznie, strzały i sztylety wykute w żelazie i w stali, były nieporównanie lepsze, niż te wykute w brązie. Na dworze królów Mitanni w Waszszuganni urządzano nawet specjalne pokazy, które wykazywały ogromną wyższość żelaza nad brązem, gdy na przykład miecze z brązu były przecinane w pół jednym uderzeniem broni wykonanej ze stali). Egipcjanie byli pod wielkim wrażeniem tej nowej broni i stąd też zapewne brała się niechęć Amenhotepa III przed podejmowaniem nowych kampanii wojennych wzorem swych przodków, gdyż sytuacja polityczna, a szczególnie militarna, znacznie zmieniła się od tamtych czasów. Pokój zawarty najpierw przez Amenhotepa II z władcą Mitanni - Szausztatarem I (ok. 1417 r. p.n.e.) a następnie przez ich synów: faraona Totmesa IV z królem Artatamą I (ok. 1397 r. p.n.e.) zakończonego małżeństwem egipskiego władcy z mitannijską księżniczką - Mutemweią (matką Amenhotepa III) - wyznaczał jasne granice wpływów obu mocarstw w Syro-Palestynie. Północ wraz z ziemiami potężnego i bogatego niegdyś królestwa Jamhadu (ze stolicą w Haleb) przypadło Mitanni (pierwszym królem Jamhadu był syn Hammurabiego, władcy Babilonu - Abba'el), wszystko zaś co było na południe od miasta Kadesz i Alalach (w Alalach mieścił się wspaniały pałac królewski Idrimiego I, panującego tutaj w latach ok. 1510-1480 p.n.e., który uczynił z tego miasta prawdziwą syryjską metropolię dorównującą a nawet znacznie przerastającą Haleb - miasto władców Jamhadu) - znalazło się w strefie wpływów Egiptu, łącznie z całym pasem wybrzeża morskiego i z takimi portami, jak: Tyr, Sydon, Byblos, Arad i Ugarit. W obu strefach panowali lokalni książęta, którzy jednak zobowiązani byli złożyć przysięgę wierności swemu suwerenowi (krzywoprzysięzca był zaś uważany za przeklętego przez bogów). Musieli oni płacić daniny i utrzymywać porządek na własnym terytorium.
 
 

 
W strefie egipskiej w Syrii było powołanych trzech "komisarzy", mających czuwać nad utrzymaniem regionu w podległości i złożeniem przysięgi każdemu nowemu egipskiemu władcy (gdyż przysięga ta wygasała wraz ze śmiercią faraona i każdy następny musiał spieszyć na północ - często prowadząc ze sobą wojsko na wyprawę tłumiącą lokalne bunty - aby ową przysięgę odebrać). Jeden egipski namiestnik rezydował w Gazie w kraju Retenu (kontrolował ziemię Kanaan), drugi w Kumidi w kraju Upe (kontrolował rejon Damaszku i okolicy), trzeci przebywał w Simirze w prowincji Kor (kontrolował rejon północnych miast portowych - Byblos, Arad, Ugarit). Do ich zadań należało stałe monitorowanie regionu i wyłapywanie wszelkich oznak niezadowolenia oraz buntowniczych nastrojów ludności syryjsko-palestyńskiej. Oni też organizowali zbiórkę danin (wysyłaną następnie do królewskich Teb, lub ewentualnie do Memfis, w zależności gdzie akurat przebywał faraon), a w wyjątkowych sytuacjach ustanawiali egipskiego "doradcę" u boku jakiegoś księcia, wobec którego istniało podejrzenie chęci zrzucenia egipskiej zależności (zdarzało się jednak i tak, że to lokalni władcy ochraniali zbrojnie posiadłości egipskich namiestników, gdyż siły egipskie skierowane do tego zadania bywały zbyt nieliczne). Natomiast w obszarze dominacji Mitanni, często sama przysięga nie wystarczała i wówczas władcy Nahariny (jak też kraj ten zwano w Egipcie) musieli spisywać osobiste układy z poszczególnymi władcami syryjskich miast (np. z Haleb), aby tym samym uniemożliwić im wchodzenie w sojusze z Hetytami. Tym bardziej że na początku panowania Amenhotepa III w północnej Syrii narodził się ruch, który zmierzał do oderwania tej krainy od Mitanni i zawarcia układu z władcą Hetytów, celem odrodzenia dawnej potęgi miast-państw Jamhadu. Założył go niejaki Abdiaszirty - człowiek nieznanego pochodzenia, który zdobył pewne poważanie wśród Amurytów, a nawet nawiązał kontakty z dworem egipskim i został mianowany "protektorem-gwarantem" siedziby egipskiego namiestnika w Simirze. Przeciw niemu występował książę miasta Byblos - Ribaddi, który słał listy do faraona, oskarżające Abdiaszirtę o najróżniejsze przewiny. Jednak na dworze egipskim nie traktowano tych skarg poważnie i uważano Ribaddiego (postulującego zorganizowanie wyprawy wojennej przeciw Amurytom) za panikarza. Takie właśnie opinie płynęły od egipskiego namiestnika w Simirze, do którego Ribaddi zwracał się w liście w takich oto słowach: "Niech Baalat z Gubla da ci moc przed królem, twoim panem, tak iżbyś mógł wyjść w pole z wojskiem i najechać kraj Amurru. (...) Popatrz teraz - czyż nie sprzyjają one Abdiaszircie? A co on im czyni? (...) Gdy on napisał ludziom w Ammija: zabijcie swego pana - a oni przyłączyli się do ludzi zwanych Hapiru (Habiru - "Pokryci Piaskiem" - pierwotne określenie ludu z którego wyłonili się następnie Hebrajczycy/Izraelici). (...) W ten sposób wszystkie kraje przyłączą się do Hapiru. Rzeknij więc te słowa przed królem, panem twoim (faraonem): ponieważ ty jesteś ojcem i panem moim. (...) Ty znasz moje sprawy, albowiem byłeś w Simierze i wiesz że jestem twym wiernym sługą. Przemów tedy do króla, pana twego, by jak najprędzej wysłał do mnie swe wojska z ratunkiem". Ruch zapoczątkowany przez Abdiaszirtę ostatecznie doprowadził do oderwania ziem Jamhadu od Mitanni i Egiptu, oraz zawarcia sojuszu z Hetytami, ale uczynią to ostatecznie dopiero jego synowie.
 
A tymczasem Suppiluliuma przygotowywał się do wielkiej wyprawy wojennej na Hanigalbat (jak też Hetyci zwali kraj Mitanni), co spowodowało konieczność uzyskania wsparcia przez ten kraj ze strony Egiptu. Najlepszym zaś sposobem takiego sojuszu było małżeństwo, czyli wydanie córki mitannijskiego władcy za młodego faraona (egipskich księżniczek nie wydawano za mąż za obcych władców, jak również w dyplomacji nie stosowano egipskich hieroglifów - uważając to pismo za przeznaczone jedynie dla Egipcjan i posiadające przez to magiczne właściwości, niegodne poznania obcym, azjatyckim "barbarzyńcom"). Dawno w Mitanni zapomniano ów nieszczęsny rok, gdy po zwycięstwie na "jałowym wzgórzu" pod Haleb (1447 r. p.n.e.) faraon Totmes III Wielki rozpoczął ekspansję w głąb  Mitanni. Od tego czasu minęło już siedemdziesiąt lat, czterdzieści lat temu zawarto pierwszy pokój z Egiptem a od dwudziestu lat panował nieprzerwany sojusz. W Egipcie wyrosło już drugie pokolenie, które nie pamiętało działań wojennych, prowadzonych w Naharinie. Jeszcze ojciec Amenhotepa III - Totmes IV musiał wysyłać aż sześć poselstw na dwór do Waszszuganni, zanim władca Mitanni - Artatama I wyraził zgodę na ożenek swej córki Mutemwei z faraonem, teraz - ze względu na zagrożenie hetyckie - poszło to znacznie szybciej. Na tronie Mitanni panował wówczas (1377 r. p.n.e.) król Szuttarna II (syn Artatamy) i bardzo szybko wyraził on zgodę na poślubienie Amenhotepa przez jedną z jego córek - Giluhipę (było to więc do pewnego stopnia małżeństwo kazirodcze, jako że matka Amenhotepa III - Mutemweia, była siostrą Szuttarny i ciotką Giluhipy - nowej małżonki jej syna). Młoda księżniczka z Nahariny przybyła więc do Egiptu aby poznać swego męża. Małżeństwo zostało zawarte w Pałacu Królewskim w Malgatcie, a nowa królewska małżonka weszła do haremu władcy, w którym oprócz innych dziewcząt, były też jego siostry i córki. Najważniejszą zaś kobietą bez wątpienia była Wielka Małżonka Królewska - Teje, która od początku traktowała małżeństwo Amenhotepa z Gluhipą, jako związek polityczny. Nie wiadomo jednak dokładnie jakie były relacje pomiędzy obiema paniami, gdyż żadne tego typu dokumenty nie zostały spisane (Egipcjan nie interesowały relacje "dam haremowych", tym bardziej że harem egipski był miejscem dość swobodnym, gdzie kobiety mogły spotykać się ze swą rodziną, a nawet przyjmować niespokrewnionych z nimi gości). Zapewne więc pozycja królowej Teje w żaden sposób nie została uszczuplona nowym związkiem jej męża. A tymczasem w samym Mitanni zaszły poważne zmiany polityczne.
 
 


   

 
 
  
CDN.
 

piątek, 20 listopada 2020

HISTORIA NIE KOŃCZY SIĘ NIGDY!

 CZYLI TEATR TELEWIZJI pt.:

"MARSZAŁEK"

 
 
 
 
 
PRZYGOTOWANIA DO ROZPOCZĘCIA WOJNY PREWENCYJNEJ Z HITLEROWSKIMI NIEMCAMI 
1933 r.
 
 
Ciekawy spektakl Teatru Telewizji pt.: "Marszałek", ukazujący plan Józefa Piłsudskiego rozpoczęcia wojny prewencyjnej z Hitlerem, póki jeszcze nie jest za późno. Co prawda początkowo Marszałek próbował (przewidując dojście nazistów do władzy w Niemczech) w jakiś sposób porozumieć się z Hitlerem i w latach 1929-1930 wysyłał do niego swych pełnomocników (zaufanych ludzi), którzy mieli nawiązać kontakty z narodowymi socjalistami i wypracować jakiś modus vivendi, a być może nawet wspólny sojusz, obejmujący i inne państwa Europy Środkowej. Szybko jednak do niego dotarło że flirt z nazistami nic nie da i słuchając wystąpień führera z jego parteitagów, uświadomił sobie skalę wiszącego nad Polską i Europą zagrożenia (a może od początku to wiedział i po prostu liczył że uda się w jakiś sposób zneutralizować nazistów, wciągając ich do jakichś wspólnych sojuszy. Ale z chwilą dojścia Hitlera do władzy w Niemczech (30 stycznia 1933 r.) stało się jasne że nic takiego nie może się udać, a Niemcy będą jedynie grać na czas, aby odbudować armię i podjąć walkę o dominację w Europie i Świecie.Hitler co prawda mówił o wojnie z bolszewizmem, wojnie ze Związkiem Sowieckim, ale Piłsudski wiedział że jeśli już dojdzie do takiej wojny, to stanie się to po trupie Polski i Polaków (w spektaklu, Marszałek - grany przez Mariusza Bonaszewskiego - wypowiada słowa: "Jeśli dojdzie do wojny niemiecko-sowieckiej, to żaden Polak już tego nie zobaczy"). Dlatego też rozpoczął zakrojone na dużą skalę (choć tajne) przygotowania do rozpoczęcia wojny prewencyjnej z niemieckim narodowym socjalizmem i ich wodzem Adolfem Hitlerem. Jednak sprzeciw Francji wobec rozpoczęcia takiej wojny (Marszałek wysłał tam zarówno gen. Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego jak i swego byłego adiutanta - senatora Jerzego Potockiego) , doprowadził do utrwalenia się władzy Hitlera w Niemczech i w konsekwencji do wybuchu II Wojny Światowej i milionów ofiar niemieckiego (jak i sowieckiego) ludobójstwa. Jak jednak do tego doszło, opowiem w serii: "PIŁSUDSKI & HITLER - CZYLI WOJNA PREWENCYJNA Z NIEMCAMI 1933 r.". Tymczasem zapraszam na  spektakl.  
 
 
 
 "KIEDY SIĘ CZŁOWIEK TOPI, TO CHOĆBY BYŁ NAJWIĘKSZYM MOCARZEM, 
TO WŁASNĄ SIŁĄ ZA WŁOSY SIĘ NIE WYCIĄGNIE"
 
 
 
17:35 - "HITLER NAWET Z POCZĄTKU PODOBAŁ MI SIĘ, BO POMYŚLAŁEM SOBIE - PROSTY CHŁOPAK, Z LUDU, NIE PRUSAK, BO TE JUNKRY SĄ NAJGORSI, ONI NAS NIENAWIDZĄ"
 
"NAS?"
 
"NAS, POLAKÓW! BO ONI SIĘ CZUJĄ OD NAS LEPSI. A POZA TYM TŁUŚCI SĄ, GRUBI JAK TEN ICH PREMIER - JAK ON SIĘ NAZYWA - GOERING. JAK MOŻNA SIĘ TAK UTUCZYĆ PANOWIE? NA DWÓCH KRZESŁACH MUSIAŁ SIEDZIEĆ, A JESZCZE MU SIĘ PO BOKACH WYLEWAŁA TA JEGO WIELKA DUPA... A TEN HITLER TO JEST NOWOCZESNY CZŁOWIEK. CHUDY JEST, MIĘSA NIE JE, PIWA NIE ŻŁOPIE, NOWOCZESNY CZŁOWIEK - A JEDNAK SZUBRAWIEC! JESZCZE MU TYMI ŁAPAMI MACHAJĄ "HAIL!", "HAIL!"
 
"PODOBNO W "MAIN KAMPF" NAPISAŁ ŻE WIEDEŃ GO ODMIENIŁ. BYŁ SZARYM OBYWATELEM, ALE WYJECHAŁ Z WIEDNIA JAKO FANATYCZNY ANTYSEMITA"
 
"I DO TEGO IDIOTA!... KANCLERZ RZESZY NIEMIECKIEJ JEST IMBECYL! ALE PANOWIE, TO JEST PEWNA SZANSA DLA NAS. ZDMUCHNIEMY GO JAK ŚWIECZKĘ I ZA ROK NIKT NIE BĘDZIE O NIM PAMIĘTAŁ"
 
 

 

środa, 18 listopada 2020

PATOINTELIGENCJA!!!

CZYLI DO CZEGO PROWADZI

"BEZSTRESOWE NAUCZANIE"

 
 

 
"TAKIE BĘDĄ RZECZYPOSPOLITE, 
JAKIE JEJ MŁODZIEŻY CHOWANIE"
 
 HETMAN WIELKI KORONNY - JAN ZAMOYSKI
(1542-1605)
 
 
 
 Do czego prowadzi bezstresowe nauczanie, wszelkie programy "szkół demokratycznych" i tego typu marksistowskich projektów "edukacyjnych" - oto przykład, zaprezentowany na podstawie nagranego przez uczniów jednej z klas szkoły zawodowej, filmu z lekcji języka angielskiego. Film oczywiście jest już dość stary, bowiem pochodzi z 2003 r., jednak ukazuje bardzo niebezpieczne tendencje, które już wówczas zostały wdrażane w systemie szkolnictwa, polegające na "bezstresowym" nauczaniu dzieci i młodzieży, a co za tym idzie upadkiem najpierw autorytetu nauczyciela, a następnie jakichkolwiek innych autorytetów. Takie nauczanie wcześniej czy później doprowadzi do patologizacji młodzieży - czego efekt było widać na ulicach polskich miast jeszcze do niedawna, gdy rozwrzeszczane feministki i aborcjonistki a z nimi setki wspomagających je cuckoldów, jedyne co realnie potrafiły powiedzieć to: "WYPIERDALAĆ!" i takie też było hasło owych marszów "kobiet".
 .
Film przeraża (w tamtym czasie zrobiło się o nim głośno właśnie dlatego że wszystko to zostało nagrane przez samych uczniów) i gdy pomyśli się że takich klas było wówczas znacznie więcej - to wręcz włosy stają dęba. Bowiem czego dzisiejsza młodzież może nauczyć się w tak patologicznej atmosferze (dziś - szczególnie na lewicy - furorę robi słowo "toksyczny", więc może i ono by tutaj bardziej pasowało). Jakie wartości wyniosą ci młodzi ludzie z takiej szkoły, czego oni nauczą swoje dzieci? Jak można porównać dzisiejszą szkołę choćby nawet z tą z czasów komuny (nie mówiąc już o szkole Polski międzywojennej, gdzie zarówno program nauczania, jak i wpajane młodym ludziom wartości były w ogóle nieporównywalne z dzisiejszymi). Przecież rodzice tych młodych troglodytów (bo tak właśnie należałoby ich nazwać) kształcili się co prawda w nienormalnej rzeczywistości Polski zniewolonej przez komunę i Związek Sowiecki, a jednak w szkołach uczeni byli w sposób normalny, dziś zaś żyjemy (przynajmniej teoretycznie) w normalnych czasach, a mino to nasza młodzież kształcona jest w sposób nienormalny (zresztą nie tylko nasza, to samo zjawisko występuje w praktycznie wszystkich państwach tzw.: "cywilizacji zachodniej" - jeśli w ogóle dzisiaj słowo to cokolwiek jeszcze znaczy). Czyżbyśmy więc cofali się w rozwoju, wraz z narastaniem lewicowego "postępu"? Bo takie mam wrażenie, że im więcej owego postępu neokomuny, tym większe spustoszenie w umysłach młodych ludzi, którzy bardziej przypominają dziś chodzące zombi, niż odpowiedzialnych za swe wybory i czyny ludzi.
 
Spójrzcie proszę na to co oni wyrabiają z tym nauczycielem, który nie może nawet podnieść na nich  głosu, bo gdyby spróbował, to szybko wyleciałby z pracy za "znieważenie" ucznia. I ta banda młodych troglodytów doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dopuszczając się nawet włożenia nauczycielowi na głowę kosza na śmieci. Takim to postępem obdarzyła naszą cywilizację lewica, postępem który bezpośrednio prowadzi do nihilizmu, kradzieży i przemocy. To jest właśnie "postęp", którym od dziesiątek lat próbują wymuszać na nas owi marksistowscy "naprawiacze" świata, a wszystko to prowadzi zawsze do jednego - pełni władzy dla lewicy, któremu bandy bezproduktywnych troglodytów będą zawdzięczać swoje przetrwanie, gdyż niezdolni do podjęcia jakiejkolwiek efektywnej i społecznie użytecznej pracy, skazani zostaną na rządowe darowizny, które to komuś owe lewicowe rządy będą musiały po prostu ukraść. I tak właśnie tworzy się lewicowy zombi-elektorat, czego efekty mieliśmy ostatnio na ulicach i to zarówno u nas w kraju, jak i w USA. Pytanie tylko czy naprawdę musi dojść do katastrofy, aby wreszcie spróbować odwrócić ten niekorzystny trend i odbić z lewicowych łap szkoły, uniwersytety, kina, teatry, media i oczywiście całą humanistykę. Pytanie to pozostawiam otwarte do przemyślenia w duchu, umyśle i sercu każdego, któremu jeszcze jest droga ta zdegenerowana i ledwie chwiejąca się nasza cywilizacja. Bowiem takie właśnie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie.        
 
 
 
"LEKCJA JĘZYKA ANGIELSKIEGO"
2003 r.
 

 
 
 
A TAK WYGLĄDAŁA SZKOŁA ZA KOMUNY
(1945/1956-1989)
 
 

 
 
 
TAK ZAŚ W DWUDZIESTOLECIU MIĘDZYWOJENNYM
(1918-1939) 
 
 

 
 

wtorek, 17 listopada 2020

NIEWOLNICE - Cz. XLVIII

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI

 
 
 
 
 

HISTORIA DRUGA

TEHMINA

NIEWOLNICA Z PAKISTANU

Cz. XXVII

 
 
 
 
Głodujący byli właśnie w trakcie modłów, gdy pojawiła się policja. Wyszłam policjantom na spotkanie i oświadczyłam, że nie mogą aresztować strajkujących podczas modlitwy, więc zawahali się i zdecydowali się zaczekać. Ale modły nie miały końca. Tymczasem zebrały się tłumy ciekawskich, którzy chcieli zobaczyć, która strona pierwsza się złamie. Działacze nie przestawali się modlić. Policja straciła w końcu cierpliwość, wtargnęła do środka, wyciągnęła modlących się z meczetu i w akompaniamencie okrzyków antyrządowych oraz żądań wypuszczenia więźniów politycznych prowadziła ich w kierunku więzienia. My natomiast z pomocą prasy postaraliśmy się, żeby cały naród usłyszał o profanacji meczetu przez funkcjonariuszy rządu, który nazywał się islamskim. Nastąpiły dalsze strajki. Wszystkie odbywały się w najbardziej uczęszczanych miejscach Islamabadu: ponownie przed Senatem, przed prezydencką rezydencją, w innych meczetach, a nawet w centrach handlowych. Fala pokojowych protestów ogarnęła całą stolicę, a centrum tego wszystkiego byłam ja. Wiedziałam już wtedy, że rodzina przywódcy także musi ponieść ofiary. Jak dotąd brano do więzienia jedynie biednych robotników. Namówiłam więc dwóch synów Mustafy, Abdura Rehmana i Bilala, by wzięli udział w jednym ze strajków głodowych. Aresztowano ich przed budynkiem Senatu.
 
Posuwaliśmy się naprzód. Nasze akcje wywoływały poruszenie, prasa przedstawiała nasze pokojowe próby wymuszenia zmian w pozytywnym świetle oraz rozpisywała się na temat represji stosowanych przez policję. Za każdym następnym posunięciem zauważaliśmy, że coraz więcej ludzi stoi po naszej stronie i wspiera strajkujących, drwiąc przy tym z władz. Mimo to Mustafa i tysiące innych więźniów politycznych nadal marniało w więzieniach. "Jak znaleźć wyjście z tej sytuacji?" - zastanawiałam się. Zaproponowałam Mustafie, że ja również przyłączę się do strajku głodowego. Zdawałam sobie oczywiście sprawę, że ta nieprzemyślana decyzja mogłaby doprowadzić do mojej śmierci, ponieważ gdybym raz zaczęła, nie mogłabym się wycofać, miałam jednak przeświadczenie, że wzbudzi to takie zainteresowanie krajowych i zagranicznych środków przekazu, że rząd uświadomi sobie, że nie może dopuścić do tego i uwolni więźniów politycznych. Wiedziałam, że mam za sobą życzliwość prasy - rola żony walczącej o uwolnienie męża dobrze się prezentowała na jej łamach i reporterzy coraz częściej chcieli wiedzieć, co zamierzałam. Poznałam nową generację wykształconych dziennikarzy, oddanych sprawie zaprowadzenia sprawiedliwości w Pakistanie, którzy, dzięki temu że używali do pracy komputerów, uzyskali przezwisko "komputerowych partyzantów". Wiedziałam, że będą po mojej stronie. Poza tym Mustafa i ja mieliśmy świadomość, że mój ojciec także będzie zmuszony wstawić się za mną, żeby mnie ocalić. Miał wielu wpływowych przyjaciół w wojsku oraz w Senacie i z pewnością byłby w stanie wywrzeć na nich w tej sprawie silny nacisk. Rozpoczęliśmy przygotowania. Zorganizowaliśmy grupę lekarzy, która była gotowa zająć się mną, gdy zostanę aresztowana. Mustafa włączył do tej grupy doktora Sułtana, lekarza związanego z więzieniem Adyala, żeby mógł on dokładnie informować go o moim stanie. 
 
W ciągu dwudziestu czterech godzin poczuje pani zmęczenie - uprzedził doktor. - Możliwe, że w miarę upływu czasu ulegną zmniejszeniu ważniejsze organy w pani ciele, takie jak na przykład nerki. Jeśli będzie to trwało zbyt długo, to równiez pani mózg może przestać funkcjonować i zapadnie pani w śpiączkę. - Po czym dodał: - Ale nie pozwolimy pani umrzeć. Będzie pani otrzymywać dożylnie płyny oraz będzie pani pić mleko! 
 
Byłam bardzo przestraszona, lecz w dalszym ciągu zdecydowana. Sytuacja jednak nagle się zmieniła i na moje szczęście prezydent zapowiedział uwolnienie niektórych więźniów politycznych. Wprawdzie nie obejmowało to Mustafy, ale proces się rozpoczął i mój strajk głodowy odłożyłam na pewien czas. Rozmawiałam z każdym politykiem i generałem, jakiego udało mi się przydybać. Jeden z nich wypowiedział w rozmowie ze mną rozpowszechnianą przez niektórych opinię: 
 
- Mustafa to zdrajca! Nie mogę pomóc zdrajcy mojego kraju. 
 
Chaos jeszcze się spotęgował, gdy zapowiedziano wybory. Nasz stary przyjaciel Mustafa Jatoi bez uprzedzenia nas przyłączył się do IJI - sojuszu partii wspieranym przez Zię i będącym obecnie przy władzy - i zaproponował Mustafie, by zrobił to samo. Jeśli się zgodzi, drzwi jego celi zostaną natychmiast otwarte. Mustafa rozpaczliwie pragnął wolności, by móc przystąpić do wyborów i rozmyślał nad ubiciem interesu. Odbierałam mnóstwo telefonów, w których moi rozmówcy próbowali mnie przekonać, żebym namówiła mojego męża do przyłączenia się do tego narodowego frontu pakistańskiego. Jeden z nich ostrzegł mnie, że Mustafa nigdy nie wyjdzie z więzienia, jeśli się do nich nie przyłączy.
 
- Zgnije tam - zapowiadał. - Pani tego nie chce, nieprawdaż?
 
 

 
Zmieniłam się. Po piętnastu latach małżeństwa nie byłam już dłużej zaprogramowanym przez Mustafę robotem, lecz myślącą i zdolną do podejmowania niezależnych decyzji osobą. Odrzucałam wszelkie argumenty przemawiające za wstąpieniem Mustafy do IJI i przyczyny tego wyjaśniałam mu następująco: Jeśli by się do nich przyłączył, wyparłby się wszystkiego, o co walczył. To są partie, które swój nienaturalny wzrost zawdzięczają temu, że biły przed Zią pokłony. One wyrosły na krwi Bhutto. Sprzymierzyć się z IJI znaczy zaprzepaścić walkę przeciwko stanowi wojennemu i wieloletnie starania o demokrację. Lata spędzone na wygnaniu byłyby stracone. Poza tym byłoby to dla Mustafy upokarzające, ponieważ liderem IJI jest Nawaz Sharif, człowiek, którego Mustafa przez długi czas określał publicznie mianem politycznego karła. Oświadczyłam swojemu mężowi, że straciłabym dla niego szacunek, gdyby się teraz sprzedał. Lepiej jest pozostać do końca życia otoczonym szacunkiem w więzieniu, niż pędzić pełne upokorzeń życie na wolności. Mustafa rozważał możliwe wyjścia: albo opuści w ciągu dwudziestu czterech godzin więzienie, albo zachowa honor i żonę. Zdecydował się odrzucić propozycję Jatoi.
 
- To twoja siła pozwoliła mi podjąć tę decyzję - powiedział, chwaląc mnie za radę, jakiej mu udzieliłam. - Jestem zadowolony, że tak postąpiłem. Dojście do władzy na skróty jest niehonorowe. 
 
Zawiadomiłam dziennikarzy w imieniu Mustafy o odrzuceniu przez niego propozycji Jatoi oraz o odłączeniu się od niego i utworzeniu w ramach NPL Grupy Khara.
 
- Więźniowie nie mogą prowadzić negocjacji, a Mustafa nie jest wolnym człowiekiem - oświadczyłam im cytując słowa Nelsona Mandeli. 
 
Zdecydowaliśmy, że Mustafa będzie się ubiegał o miejsce w Parlamencie z celi więziennej! Zgłosi swą kandydaturę na dwa miejsca w Zgromadzeniu Narodowym i na trzy w Lokalnym Parlamencie i w czasie walki wyborczej zdecyduje, gdzie skoncentruje swoje wysiłki. Najważniejsze starcie miało się odbyć w Lahorę, gdzie rywalem Mustafy był Nawaz Sharif, sam ówczesny główny komisarz Pendżabu. Gdy Mustafa zgłosił swój udział w wyborach, znów był tym samym odważnym i niepokonanym Lwem Pendżabu ryczącym teraz spoza krat więzienia. Okazało się to jednak niełatwe. Bracia Mustafy zdecydowali się również kandydować w swym rodzinnym okręgu wyborczym Muzaffargarh i zdołali uzyskać poparcie wpływowych kół powiązanych z rządem. Wypełniłam konieczne do rozpoczęcia przez Mustafę pięciu kampanii wyborczych formularze, ale wiedziałam, że wygrana nie przyjdzie nam łatwo. Rozpoczęłam w zastępstwie Mustafy kampanię wyborczą w Muzaffargarh. Zebrany tłum był zdezorientowany sytuacją. Mustafa przysłał kobietę, żeby przemawiała w jego imieniu? Dlaczego nie przysłał swojego brata lub syna? Mustafa przewidział trudności tego rodzaju i przygotował mi odpowiednie argumenty. Wznosząc do góry ramię powiedziałam do nich:
 
- Sardarowie (przywódcy) innych prowincji ukrywają swoje żony przed biednymi, wyzyskiwanymi ludźmi z wiosek. Trzymają je za zasłoną, czadorem, abyście wy, którzy pochodzicie z tej samej co oni ziemi, nie mogli spojrzeć na to, co stanowi ich "honor", chociaż w miastach pozwalają swym żonom zdjąć zasłonę i przebywać w towarzystwie obcych. Mustafa prosił mnie, żebym im powiedziała, że nie należy do tego rodzaju mężczyzn. - Tłum zaczął głośno klaskać i wznosić hasła poparcia dla Mustafy. - Mustafa udowodnił wam za pomocą mojej tu obecności, że możecie oglądać jego kobietę, ponieważ dla was jestem córką, matką i siostrą - mówiłam dalej. - Stanowicie jego rodzinę. Nie będzie przed wami ukrywał swojej żony, zrywa dzisiaj dla was z tradycją fałszu i hipokryzji! Te argumenty przekonały tłum, który zaczął teraz ryczeć i modlić się głośno o uwolnienie Mustafy oraz o jego sukces w wyborach. 
 
Bracia Mustafy sprzymierzyli się przeciwko mnie rozpowiadając, że przynoszę hańbę ich ojcu. Niektórzy utrzymywali, że chciałam wysłać męża na szubienicę. Odbywałam w Lahore liczne spotkania z członkami partii. Wszyscy oni wyrażali swoje zadowolenie z decyzji Mustafy, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że pozbawiła go ona poparcia głównych sił politycznych. Omawialiśmy więc możliwość innych sojuszy, nie wiedzieliśmy jednak, czy powinniśmy ponownie połączyć się z Partią Ludową, czy też wejść w koalicję ze zdymisjonowanym premierem Junejo. Mustafa poprosił mnie, abym spotkała się z Benazir Bhutto, więc skontaktowałam się z jednym z jej asystentów i zapytałam go o możliwości uzyskania poparcia Benazir i jej partii dla Mustafy. Jego odpowiedź była enigmatyczna:
 
- Myślę, że musimy poczekać na uwolnienie pana Khara - powiedział. 
 
Zrozumiałam, że Benazir nie spodziewa się uwolnienia Mustafy i nie chce udzielić poparcia człowiekowi, którego odrzuca wojsko. Być może chciała także, by jej stary "wujek" pozostał w więzieniu i nie wchodził jej tym samym w drogę. 
 
Prowadzenie kampanii w zastępstwie męża było dla mnie bardzo trudne. Mustafa powiedział, że jedynym sposobem na uzyskanie dla niego poparcia w najważniejszym okręgu, jakim było Lahore, pod jego nieobecność będzie tradycyjne chodzenie od drzwi do drzwi, ludzie będą wzruszeni osobistym wstawiennictwem jego żony. Mnie wydawało się to jednak krępujące, w przeciwieństwie do rozemocjonowanego tłumu prostych ludzi w Muzaffargarh, wyborcy w Lahore, gdzie nie byłam tak popularna, odnosili się do mnie nieufnie. Wyczuwałam, że według nich nie nadawałam się do zastępowania swojego męża, zwłaszcza że jego przeciwnikiem w tym okręgu wyborczym był aktualny główny komisarz. Powinien tu koniecznie być sam Mustafa, tylko on mógł odnieść zwycięstwo. 
 
 

 
Skontaktowałam się z Wewnętrzną Służbą Wywiadowczą i wyraziłam chęć spotkania z jej dyrektorem, generałem Hameedem Gulem, ale jego zastępca, dowódca brygady Imtiaz powiedział mi, że go zastąpi. Nasze spotkanie w głównej kwaterze WSW przemieniło się w pięciogodzinną dyskusję, była ona dobrze przygotowana i prowadzona profesjonalnie. Dowódca miał przed sobą kompletne akta Mustafy, które zawierały dowody jego nieszczęsnego powiązania z Indiami. Twierdził na podstawie tych dowodów, że mój mąż jest zdrajcą. Próbowałam bronić Mustafy jako dalekowzrocznego patrioty, ale nie udało mi się go przekonać. Kiedy powiedziałam mu o moich spotkaniach z generałem Rehmanem, bardzo się zdziwił, wywiad nic o nich nie wiedział! Spotkaliśmy się kilka razy, zanim pozwolono mi w końcu na rozmowę z generałem Hameed Gulem i poleciałam w tym celu do Islamabadu. Wiedziałam, że to nasza ostatnia szansa. Spotkanie nie było łatwe, generał wysłuchał uważnie moich argumentów, nie byłam jednak w stanie ocenić jego reakcji. W końcu zdesperowana zaczęłam go prosić, żeby osobiście spotkał się z Mustafą. Wierzyłam, że Mustafa dzięki swym zdolnościom krasomówczym zdoła go przekonać, żeby wypuszczono go z więzienia. Byłam bardzo podniecona i szczęśliwa, gdy generał Gul wyraził zgodę. Zdawałam sobie sprawę, że świadczyło to także o tym, że nasz kraj wkroczył na drogę przemian - nigdy przedtem nie zdarzyło się, by tak wysoki rangą oficer złożył wizytę więźniowi. Nikt nie miał jednak wiedzieć o tym planowanym spotkaniu, nawet Mustafa! 
 
Dowódca brygady zawiózł mnie do więzienia Adyala o północy. W biurze naczelnika zastałam generała Gula, a następnie przyprowadzono do nas bardzo zdziwionego Mustafę. Ku mojemu przerażeniu Mustafa zachowywał się podczas rozmowy niepewnie i nienaturalnie, tak jakby siedzący naprzeciw niego odgadywał, co dzieje się w jego sercu. Podczas gdy w zachowaniu generała wyczuwało się cechującą go charyzmę, on sam zaś był bezpośredni i wyrażał się precyzyjnie, Mustafa był nijaki. Zarówno jako mój mąż, jak i przywódca zmalał w moich oczach. "Odwagi, Mustafa - zachęcałam go w myślach. - Musisz to powiedzieć. Musisz ich przekonać. To twoja jedyna i ostatnia szansa". Gdy spotkanie dobiegło końca, asystent generała dał nam do zrozumienia, że decyzja została podjęta już wcześniej. Uśmiechnął się do mnie skinąwszy głową, a następnie zwrócił się do Mustafy:
 
- Nie mógł pan znaleźć sobie lepszego ambasadora.
 
- Bez Tehminy niczego bym nie dokonał! - odrzekł z uniesieniem Mustafa, po czym opanował się i już spokojnie zwrócił się do mnie: - Jeśli kiedykolwiek napiszę swoją autobiografię, przedstawię cię w niej jako mego najmądrzejszego doradcę politycznego. 
 
Następnego dnia, po prawie trzech latach spędzonych w więzieniu, sąd wydał nakaz zwolnienia Mustafy. Radość i smutek szły jednak w parze. W tym samym czasie otrzymałam niepokojącą wiadomość od moich sióstr, Zarminy i Rubiny: ojciec zakochał się w innej kobiecie! Ta kobieta to Sabiha Hasan, która pracowała z ojcem, w czasie gdy był on prezesem Narodowego Banku Pakistanu. Matka się kompletnie załamała. Moje siostry chciały zwołać rodzinną naradę i podjąć próbę ocalenia małżeństwa rodziców. Matka była gotowa ponownie przyjąć mnie do rodziny, bym mogła pomóc jej przetrwać ten ciężki okres. Ta przedziwna kombinacja szczęścia i smutku, które pojawiły się jednocześnie, wprowadziła w mojej głowie zamęt. Moje życie było jak kalejdoskop w niespokojnych rękach dziecka.
 
 

 
Przez ponad rok latałam co niedziela z Lahore do Islamabadu tym samym samolotem o szóstej trzydzieści rano, lecz tego dnia, czwartego listopada 1988 roku było inaczej. Gdy jak zwykle pewna siebie przechodziłam wraz z czworgiem dzieci przez odprawę paszportową, zostałam nagle zatrzymana. Sprawdzono nasze dokumenty i poddana zostałam kontroli osobistej, niczego jednak nie znaleziono. Personel lotniska witał nas uśmiechami. Gdy znaleźliśmy się na pokładzie samolotu, załoga odszukała nas, by złożyć nam gratulacje, a kiedy po zapięciu pasów zajęłam się przeglądaniem prasy, jeden ze współpasażerów nachylił się do mnie i powiedział:
 
- Pani mąż musi być z pani bardzo dumny. 
 
Uśmiechnęłam się tylko życzliwie do niego zdając sobie sprawę, że walka dopiero się zaczynała. Podczas lotu wpatrywałam się w okno, przyglądając się, jak zawieszony w nicości zabłąkany obłok błyszczał oświetlony pierwszymi promieniami słońca. Czułam narastające we mnie podniecenie, dwa etapy mojego małżeństwa dobiegły końca. Pierwszym było wygnanie, które przyniosło ze sobą zdradę i przemoc, w tym czasie znajdowałam się w środku burzy, nieustannie walcząc o przetrwanie. Następnym etapem było więzienie Mustafy, które dla mnie oznaczało frustrację, samotność i zmęczenie, ale także dało mi możliwość praktycznego poznania polityki, pozwoliło mi dojrzeć i uzyskać niezależność. Teraz rozpoczynaliśmy z Mustafą nowy etap, etap wolności i zaufania. Przeżyliśmy wiele nieszczęść, a teraz po raz pierwszy czekała nas normalność.     
 
 
 

 
 
 CDN.