Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 30 października 2022

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XL

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW

OD MEHMEDA II ZDOBYWCY

DO ABDUL HAMIDA II

  



SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XXIX



 


 
ŻONA
SERAJ POD RZĄDAMI ROKSOLANY/HURREM
(1534-1558)
Cz. XIV
 

 
GDZIE DWÓCH SIĘ BIJE...
 
 
 Antonio de Rincón był dobrym dyplomatą, nad wyraz sprawnym i to pomimo swej znacznej nadwagi, która często uniemożliwiała mu szybkie i sprawne poruszanie się. Z pochodzenia był Hiszpanem, ale nie przeszkadzało mu to podjąć służbę na paryskim dworze króla Franciszka I. Król ten, ceniąc sobie zasługi jakie wyświadczał mu Rincón, mianował go w 1538 r. następcą Jeana de La Foresta na stanowisku francuskiego ambasadora w Konstantynopolu (Jean de La Forest rozpoczął swą służbę dyplomatyczną przy dworze sułtana Sulejmana w czerwcu 1535 r. jako pierwszy w dziejach francuski ambasador w Imperium Osmańskim). Rincón był jednak jeszcze sprawniejszy od Foresta, w przekonywaniu wezyrów i baszów a także i samego sułtana, w niezachwianą wierność króla Francji i konieczność utrzymania dalszego sojuszu (który został nadwątlony po wizycie cesarza Karola V w Paryżu - o czym pisałem w poprzednich częściach). Sulejman szybko dał się przekonać Rincón'owi i odesłał go nawet do Paryża, aby stamtąd przywiózł dokładne instrukcje swego monarchy co do nowego sojuszu w zbliżającej się nieuchronnie, nowej wojnie z Hiszpanią. Tak też się stało i po długiej audiencji u sułtana (czego - jak twierdził sam ambasador - Sulejman nie uczynił nigdy wcześniej "ani dla chrześcijanina, ani dla człeka tej samej wiary") Rincón opuścił Konstantynopol i przez Włochy udał się do Francji (początek 1541 r.). Tam, przyjęty przez Franciszka niczym bohater antyczny z wszelkimi honorami, uzyskał od króla dokładne instrukcje co do odnowienia aliansu z Portą i wspólnymi siłami zaatakowania hiszpańskiej floty. Wracając do Turcji, jechał tą samą drogą (czyli przez północną Italię), mimo że otrzymał ostrzeżenie iż nie będzie ona dla niego bezpieczna. Towarzyszący mu w podróży genueński kapitan - Cesare Fregoso doradzał pójście dłuższą, ale w jego mniemaniu bezpieczniejszą drogą przez Alpy, lecz Rincón chciał jak najszybciej znaleźć się w Konstantynopolu i postanowił płynąć łódką Padem ku Morzu Adriatyckiemu. Gdy jednak minęli Mediolan, ich łódź przechwycili ludzie markiza del Vasto (cesarskiego gubernatora Księstwa Mediolanu) i pozbawili życia zarówno Rincón'a jak i kapitana Fregoso, wrzucając ich ciała do Padu (lipiec 1541 r.).

Wiadomość o tym morderstwie dotarła do Paryża a potem do Konstantynopola jakieś dwa miesiące później i w jednej, jak i w drugiej stolicy spowodowała wybuch niechęci do Karola, którego i król i sułtan obwiniali o to morderstwo. Franciszek kipiał ze złości, a Sulejman chciał nawet nabić na pal austriackich posłów, którzy przybyli doń z Wiednia (choć się od tego powstrzymał). Zresztą morderstwo to wkrótce stało się głośne w całej Europie i wszyscy kolejni monarchowie (z papieżem Pawłem III na czele) zgodnie potępiali ów czyn. Cesarz zdawał sobie sprawę, że w tych warunkach nowa wojna z Francją i Imperium Osmańskim jest nieunikniona, a to oznaczało że należało się do niej dobrze przygotować. Cóż jednak najbardziej potrzebne jest na wojnie? Oczywiście pieniądze (Napoleon mawiał, że do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: "pieniądze, pieniądze i raz jeszcze pieniądze"), dlatego też z początkiem 1542 r. zwołał kastylijskie Kortezy, na których uchwalono podatek w wysokości 450 milionów hiszpańskich maravedis. Gdy to osiągnął, zabrał ze sobą syna (don Felipe) i udał się do Nawarry (gdzie przyglądał się umocnieniom Pampeluny), a następnie do Monzon w Aragonii, gdzie uzyskał na Kortezach kolejne 66 milionów maravedis (w tym mniej więcej czasie Calvete de Estrella zakupił dla 15-letniego już następcy tronu, co najmniej trzy książki: "Przysłowia", "Querella pacis" i "Pochwałę głupoty" Erazma z Rotterdamu - jako że książę Filip bardzo uwielbiał czytać książki, słuchać i komponować muzykę i polować - miał też własne mini zoo, złożone ze swoich ulubionych zwierzaków. Ciężka praca wychowawcza jego guwernera - Don Juana de Zuniga przyniosła nadspodziewane efekty i to do tego stopnia, że cesarz Karol - który tak często wyjeżdżał z kraju na wojny i podróże, że bardzo rzadko miał sposobność widywać swego syna - już w 1543 r. stwierdził w rozmowie z Filipem: "Dotychczas, chwała Bogu, nie rzuca się w oczy nic, co należałoby w tobie zganić". I rzeczywiście, chód, postawa, maniery przyszłego króla były nienaganne i biła z nich godność i to do tego stopnia, że nawet człowiek, który by go nie znał i spotkał go samego w lesie, musiałby przyznać iż jest to wielki pan. Don Felipe był do tego przystojny - o czym świadczą chociażby obrazy z pierwszych lat jego panowania, wykonane ręką Tycjana czy Antonisa Mora - choć już od najmłodszych lat cierpiał na pewne niedyspozycje żołądkowe. Może dlatego, że prawie nie jadał owoców, a warzywa bardzo rzadko; jadał zresztą dwa razy dziennie - przed południem i pod wieczór i z reguły takie same dania: smażone lub pieczone kurczęta, kuropatwy czy gołębie, dziczyznę, sarninę i wołowinę - z wyjątkiem piątków, kiedy były ryby. Filip jednak i w tym przypadku - ze względu na problemy żołądkowe - uzyskał od papieża dyspensę na jedzenie mięsa także w piątki, może tylko z wyjątkiem Wielkiego Postu. Nie znaczy to jednak, że owoce i warzywa [np. sałatki] nie gościły na jego stole, tylko że wydatki kuchni królewskiej pokazują że sprowadzano ich bardzo niewiele i wydaje się że Filip też za nimi nie przepadał).

Podróż do Nawarry i Aragonii pozwoliła ojcu i synowi pobyć ze sobą dłużej, czego po śmierci matki szczególnie brakowało młodemu następcy tronu, a i Karol - jako człowiek bardzo kochający swą rodzinę, jednak ze względu na obowiązki, nie poświęcający jej wystarczającego czasu i uwagi - też wykorzystał ten czas, do lepszego poznania dorastającego syna. Był on już w tym wieku, kiedy należało pomyśleć nad wybraniem mu odpowiedniej kandydatki na żonę i zaraz po powrocie do Toledo, Karol V natychmiast się tą kwestią zajął, wybierając dla syna księżniczkę portugalską - Marię Manuelę (rówieśniczkę Filipa). Szybko, bo jeszcze w 1542 r. doszło do podwójnych zaręczyn: Filipa i Marii Manueli a także Joanny i Juana Manuela (syna i następcy króla Portugalii - Jana III), śluby miały się odbyć w kilka miesięcy później. Owe matrymonia miały zapewnić cesarzowi Karolowi sojusznika i spokój na Półwyspie Iberyjskim, gdy przyjdzie czas ruszyć zbrojnie na wojnę. Szczególnie korzystny był związek Joanny z dom Juanem (nie ma tutaj błędu językowego, bowiem o ile w Hiszpanii następców tronu i przedstawicieli wyższej szlachty zwano "donami", o tyle w Portugalii zastępowano spółgłoskę "n" literą "m"), a to z tego powodu, że król Jan III od razu zapłacił posag za córkę w wysokości 300 tysięcy dukatów. Te pieniądze bez wątpienia bardzo przydały się Karolowi w nadchodzącej wojnie, tym bardziej że królewski skarbiec ciągle świecił pustkami.




A tymczasem śmierć Rincóna wcale nie powstrzymała Franciszka i Sulejmana od ponownego zawarcia sojuszu. Nowym ambasadorem Francji w Konstantynopolu został teraz młody (25-letni) kapitan francuskiej floty - Antoni Escalin des Aimars, znany też jako kapitan Polin (a później jako baron de la Gardie). Szybko (wrzesień/październik 1541 r.) przedostał się na Węgry (gdzie wówczas przebywał Sulejman ze swą armią, kończąc podbój tego kraju i utworzenie węgierskiego pasaliku) i stanął przed obliczem sułtana, wioząc ze sobą propozycje króla Franciszka, wspólnego ataku na posiadłości cesarza. Polin okazał się jeszcze skuteczniejszy od Rincóna (jak pisał Brantome: "Chodził, kręcił się, nadskakiwał, negocjował, monopolizował i wszystko robił tak dobrze, tak skutecznie pozyskał sobie kapitana janczarów Porty, że mógł przemówić do Wielkiego Pana, jak tego pragnął, często z nim rozmawiał i jego towarzystwo było dlań tak miłe, że w końcu uzyskał od niego to, czego chciał"). Sułtan ponownie posłał go do Paryża, aby Franciszkowi przedstawił jego propozycje kampanii i tak też uczynił, przemierzając drogę z Konstantynopola do Zamku w Fontainebleau w zaledwie trzy tygodnie (notabene, Zamek w Fontainebleau był oczkiem w głowie króla Franciszka, który planował przenieść tam siedzibę rządu - jak w sto czterdzieści lat później uczynił Ludwik XIV, przenosząc siedzibę francuskiego rządu do Wersalu. Fontainebleau było też królestwem "blondynki o niebieskich oczach" Anny de Pisseleu d'Heilly księżnej d'Etampes - królewskiej metresy. Anna miała już wówczas 34 lata, była więc kobietą jak na owe czasy dość sędziwą, szczególnie że królowie gustowali w młodych dziewczętach - np. hiszpański ambasador w Londynie radził Henrykowi VIII po śmierci Jean Seymour w październiku 1537 r., aby na nową żonę wziął sobie młodą dziewicę, która nie posiadając doświadczenia, będzie mogła być "ukształtowana na królewską miarę" - dokładnie miał rzec: "Wasza Królewska Mość ukształtuje ją sobie podług swego rozmiaru" 😉 Starzejący się - miał 48 lat - król Franciszek bardzo jednak miłował swą kochankę i na wiele jej pozwalał; jednak na dworze w Luwrze z jej koterią konkurowała silna koteria, skupiona wokół stronników kochanki królewskiego syna, 23-letniego księcia Henryka - Diany de Poitiers. 

Co prawda, od 1533 r. Delfin Francji żonaty był ze swoją rówieśnicą, włoską szlachcianką pochodzącą z rodu Medyceuszy, bratanicą papieża Klemensa VII - Katarzyną Medycejską, to jednak bez wątpienia gustował w starszych od siebie kobietach, a Diana de Poitiers była od niego prawie o dwadzieścia lat starsza i mogła być jego matką. Spotkali się po raz pierwszy na turnieju rycerskim 7 lipca 1530 r., w tydzień, po powrocie do Francji z hiszpańskiej niewoli jego i jego starszego brata - Franciszka. Podczas tego turnieju obaj bracia stanęli przeciwko sobie w szranki: 12-letni Franciszek walczył w imieniu kochanki swego ojca madame d'Etampes, zaś 11-letni Henryk pochylił kopię właśnie u stóp Diany de Poitiers, żony wielkiego seneszala Normandii - Louisa de Braze. Był on czterdzieści lat starszy od swej małżonki i zmarł w 1531 r. a Diana - wzorem antycznej królowej Halikarnasu Artemizji - wystawiła mu piękne mauzoleum na zamku w Anet i przywdziała kolor sukni biały i czarny. Młody książę zakochał się w Dianie, a ta, wiedząc o tym, pozwalała, by miłował ją platonicznie, z daleka. Trwało to pięć lat, ale gdy w sierpniu 1536 r. zmarł w Tournon w Prowansji następca tronu, starszy brat Henryka - Franciszek [zmarł po wypiciu w upalny dzień jednym haustem kubka wody z lodem, twierdzono jednak potem , że został otruty] teraz 17-letni Henryk stał się następcą tronu, a wówczas to Diana de Poitiers po raz pierwszy mu się oddała na zamku Ecouen w całkowitej tajemnicy, i tak 36-letnia, ale wciąż piękna kobieta, całkowicie zawładnęła sercem 17-letniego młodzieńca i stan ten utrzymywał się praktycznie aż do śmierci Henryka w niefortunnym turnieju w lipcu 1559 r.).




Wojna wybuchła 12 lipca 1542 r. gdy Franciszek I wypowiedział ją cesarzowi (jako powód wojny wymieniał zamordowanie Rincóna i Fregoso, oraz niezwrócenie Francji pewnych niewielkich terytoriów, obiecanych wcześniej w traktacie z Aigues-Mortes z 1538 r.). Papież Paweł III starał się jeszcze zapobiec temu konfliktowi, wysyłając do obu władców swoich przedstawicieli, ale nadaremnie; król Franciszek i dwór francuski pałał wielką nienawiścią do cesarza, a i ten nie pozostawał im dłużny. Delfin Henryk (pożegnawszy się ze swą kochanką Dianą, a zupełnie pominąwszy żonę) wyruszył teraz na południe ku twierdzy Perpignan, leżącej za Pirenejami, której bronić miał książę Alba (notabene, Henryk był duży i silny, ale jak mawiali jemu współcześni "bez blasku", twarz miał bez wyrazu, często też popadał w melancholię i sprawiał wrażenie zadumanego lub zaspanego. Król Franciszek - jego ojciec - nie lubił takich ludzi, sam był bowiem kipiącym gejzerem i osoby zbyt melancholijne doprowadzały go do pasji, dlatego też nie przepadał za swym młodszym synem, całą miłość przelewając na zmarłego w 1536 r. starszego syna Franciszka. Henryk wyczuwał niechęć ojca i często specjalnie go prowokował. W każdym razie na królewskim dworze w Paryżu powstały dwie koterie: pierwszą reprezentował książę Henryk i Diana de Poitiers, drugą księżna d'Etampes do której zbliżyła się - odtrącana przez męża - Katarzyna Medycejska i tą drugą koterię wspierał sam król Franciszek, który Katarzynę lubił, bo potrafiła go rozweselić rozmową i swą śmiałością. Katarzyna bardzo chciała również przynależeć do królewskiej kompanii myśliwskiej, w której kobiety uczestniczyły równie licznie, jak mężczyźni [choć nie zawsze ich celem było polowanie na grubego zwierza, większość z nich bowiem polowała raczej na posażnego i dobrze ustosunkowanego męża, ale i kobiety dawały radę podczas polowań; nawet zakonnice - a i takowe znajdowały się w królewskim orszaku - wyśmienicie strzelały z łuku lub rzucały oszczepem w zająca, sarnę czy dzika]. Królewska kompania myśliwska podróżowała wraz z monarchą po całym kraju - a wraz z nimi kilkanaście tysięcy ludzi, głównie żołnierzy, kucharzy, praczek oraz pań lekkich obyczajów. Dla króla i możnych rozbijano przestronne namioty, reszta chroniła się i sypiała na wozach i pod wozami. Tak więc młoda Katarzyna Medycejska pragnęła dołączyć do tego elitarnego "klubu", a gdy już jej się to udało, ciągle przytrafiały jej się jakieś niemiłe wypadki, które tylko rozbawiały monarchę i jednocześnie budziły w nim sympatię do tej dziewczyny; np. raz spadła z konia tak niefortunnie, że złamała sobie nogę, innym razem uderzyła się w głowę o grubą gałąź i musiała być przewieziona do zamku. Nie były to jedyne "atrakcje" młodej małżonki następcy tronu, bowiem podczas pobytu męża na wojnie, ona znalazła sobie sympatię, w postaci rycerza o imieniu Vendome de Chartres i starała się zwrócić na niego swą uwagę, a ponieważ on nieustannie otaczał się wianuszkiem wielbicielek, było to dość trudne. Ostatecznie jednak po Nowym Roku 1543 r. wpadła na ciekawy pomysł - o którym to opowiem w kolejnej części).

A tymczasem w Konstantynopolu sułtan Sulejman ostatecznie zdecydował (październik 1542 r.) kto obejmie namiestnictwo nieobsadzonej już od prawie półtora roku prowincji Manisy. Nie było żadnego zaskoczenia, że po Mustafie namiestnictwo to przejmie najstarszy syn Sulejmana i sułtanki Hurrem - książę Mehmed. Był to niewątpliwie policzek dla Mustafy, ale wrogowie Hurrem mogli się spodziewać, że przynajmniej teraz, gdy jej syn otrzymał swoją prowincję, ona opuści wreszcie harem i wyjedzie (jak nakazywała tradycja) wraz z synem, wspierać go w rządach. Tak się jednak nie stało. Hurrem zapewne wiedziała, że prawdziwa władza jest w haremie, u boku sułtana, jeśli więc wyjedzie, straci wpływ na bieg wydarzeń (np. takich, że sułtan weźmie sobie nową nałożnicę do alkowy, czego dotąd - z szacunku dla Hurrem - nie czynił; co też potem było powodem oskarżeń Roksolany o czary i rzucenie uroku na Sulejmana). W każdym razie Mehmed w listopadzie 1542 r. wyjechał do Manisy bez matki. Ta bowiem postawiła na swoim - została w haremie, swoim królestwie, którego nie zamierzała opuszczać.



 
CDN.
 

piątek, 28 października 2022

RĘKOPISY NIE PŁONĄ! - Cz. X

CZYLI SPISANE PAMIĘTNIKI

z KLUCZOWYCH WYDARZEŃ

w DZIEJACH POLSKI I ŚWIATA

 

 
 

I

PAMIĘTNIK BOHDANA JANUSZA

Cz. X

 
 
PAMIĘTNIK AUTORSTWA HISTORYKA I ETNOGRAFA BOHDANA JANUSZA, OPISUJE WKROCZENIE WOJSK ROSYJSKICH DO LWOWA (PO EWAKUACJI STAMTĄD WOJSK AUSTRIACKICH) NA POCZĄTKU I WOJNY ŚWIATOWEJ i OKUPACJĘ TEGO MIASTA, TRWAJĄCĄ od 3 WRZEŚNIA 1914 do 22 CZERWCA 1915 r.
 
 
 

 
 
293 DNI RZĄDÓW ROSYJSKICH 
WE LWOWIE
 
 
 W piątek 11 września bardzo wczesnym rankiem, bo przed godz. 3-cią wypędziły wszystkich w mieście z łóżek okrutne huki, od których aż szyby dzwoniły. Kanonada ta piekielna trwała cały dzień bez przestanku i chwilami się zdawało, że walka toczy się pod samem miastem. Rannych zwożono także mnóstwo i w tak okrutnym stanie, iż lekarze podołać nie mogli pracy koło nich. Przejmujące sceny odgrywały się we wszystkich lazaretach - jedni błagali, by ich dobić, potruć - inni znów żegnali się z pozostawioną daleko rodziną, biadając w rozpaczy, iż nigdy jej choćby na chwilę nie będą oglądać. Pod wpływem ogromnych strat, żołnierze nie mieli całkiem ochoty do walki - na rogatkach widziano rzucających się na kolana i błagających Boga, by dał już pokój. Niechęć i obawa przed wojną tak dalece ich przejęła, że sami się kaleczyli, przeważnie obcinając palce u lewej ręki, jak przekonano się z ogromnego mnóstwa w ten sposób okaleczonych w szpitalach. Z wojskiem rosyjskiem było tego dnia na polu bitwy najwidoczniej niedobrze, bo były chwile, że wypierano je niemal na same rogatki miejskie. Ogólnie też wierzono, że odwrót jego jest nieunikniony - czekano więc nań niecierpliwie. Na odpowiedni też grunt padła wiadomość, co lotem ptaka rozeszła się od razu po mieście całem, że na Zamarstynowie rzucił lotnik austryacki z aeroplanu jabłek kilka, w które wetknięte były kartki, pisane na maszynie w języku polskim. Aero-telegramy te szczególne, zawierały następujące powiadomienie:


"Bóg z Wami!
Francya prosiła o zawieszenie broni. Włochy i Bułgarya zajęły Serbię, Turcja wypowiedziała wojnę Rosyi. Lewe skrzydło rosyjskie przełamane, zajęte w Sygniówce i idą na powrót. Czekać cierpliwie kilka dni!"
 
 
Wiadomość ta sprawiła nie małe wrażenie na mało krytyczne masy i zaraz rozeszła się po mieście całem. Widocznie zaś dojść musiała i do uszu Rosjan, bo pewien oficer w jednym sklepie na Chorążczyźnie, kiedy kupcowa nie chciała mu wydać reszty z banknotu rosyjskiego, powiedział: "Nie chcecie przyjmować naszych pieniędzy, ale one będą miały nawet wartość podwójną - nie prawdą są te plotki z jabłek, my jesteśmy zwycięzcami, bo przyszliśmy tu do naszego starego, rdzennego kraju, do naszej ojcowizny, do starego naszego Lwowa" (gwoli wyjaśnienia - Lwów NIGDY nie należał do Rosji, ani za gosudarów - czyli wielkich książąt - ani za carów i dopiero stał się "rosyjski" po 1944 r. wraz z pochodem "wyzwolicielskiej Armii Czerwonej. Ale jak widać mentalność Moswkicinów nie zmieniła się, pomimo upływu ponad stu lat i wciąż jest taka sama - imperialna, rasistowska i bałamutna). Słowa te wypowiedział w wielkiem podrażnieniu i widocznie pod wpływem niepowodzeń. Kanonada, trwająca bez ustanku 30 godzin, zamilkła nagle w nocy około godz. w pół do dziesiątej, dochodząc to chwilowo głuchym odgłosem z coraz to większego oddalenia. W pół godziny potem okazały się na horyzoncie zachodnim języki płomieniste, a później całą połać zachodnią nieba zaległy dymy białe. Od tej chwili huki armatnie pożegnały miasto na długo, pogrążając Lwowian w zwątpienie i żal za nadzieją utraconą. Wojska monarchii cofnęły się dalej na zachód, a dla zrozpaczonej ludności znaczyło to zapieczętowanie na długo niewoli ciężkiej.
 
Nastrój w mieście z sobotą 12 września doznał wielkiego spadku - jak długo słychać było potężną muzykę setek gardzieli spiżowych, żywiono nadzieje najlepsze, a kiedy od wystrzałów ostatnich w nocy strzelanie ustało, poczęto źle z tego wróżyć. Dla uspokojenia umysłów postarały się władze o odpowiednie zarządzenie, które wprawdzie nie miało tego właśnie celu na myśli, ale tak zrozumiane zostało przez Lwowian, upatrujących najchętniej we wszystkim dowodów niepowodzeń rosyjskich. Wspominaliśmy już o werbowaniu ochotników do robót koło szańców przy pomocy publicznego wybębniania - sposób ten nie dopisał, bo nikt się nie chciał zgłaszać, wobec czego prezydent Rutowski podał do wiadomości mieszkańców następujące:
 
 
"Obwieszczenie.
 
Zarząd wojskowy ogłasza za pośrednictwem magistratu miasta Lwowa, że potrzebuje do robót ziemnych w najbliższej okolicy Lwowa robotników w ilości przeszło tysiąca ludzi. Płaca 3 korony dziennie. 
Należy się zgłaszać na miejsce roboty wprost do oddziału saperów w Brzuchowicach, Grzybowicach, Sokolnikach, Zubrzy, Skniłowie i Białohorszczy.
 
Rutowski"   
 
 
Efekt powyższego obwieszczenia był chyba taki, że ludzie, widząc tak gwałtowną potrzebę robotników i zestawiając to z widocznemi stratami Rosyan, utwierdzili się w przekonaniu, iż ci jednak będą się musieli cofać, dlaczego też na gwałt się okopują w dawnych fortach austryackich. Dobrej myśli byli ludzie z jeszcze i innych względów, które same dla siebie niezbyt może doniosłe miały znaczenie, ale w ówczesnym, rozgorączkowanym nastroju umysłów jednak za takie uchodziły. Przywieziono mianowicie z pola walki pod miastem do szpitala dwu rannych ciężko generałów rosyjskich, którzy tego samego jeszcze dnia obydwaj umarli. Okoliczność ta, zdaniem ludzi - stwierdziła niepomyślny stan sprawy Rosyan, którzy przy tak wielkich stratach ponieść musieli jeszcze i podobny cios bolesny. Co zaś znaczenie faktu tego mocno zwiększało to szczegół, iż jednym z tych generałów był nie kto inny a tylko ów pierwszy dowódca rosyjski, który pamiętnego dnia 3-go września z rogatki Łyczakowskiej przemówił do mieszkańców Lwowa znanym już nam rozkazem złożenia wszelkiej broni. Generała-lejtnanta von Rode'go, komendanta 42 dywizyi piechoty, znali z nazwiska chyba wszyscy bez wyjątku Lwowianie. On to właśnie zmarł od ran w sobotę 12 września w wojskowym szpitalu we Lwowie. Dowodził wojskami w bitwie pod Janowem, gdzie na samym froncie wydawał rozkazy pod ogniem armat (proszę bardzo - a dziś na Ukrainie wszelkiej maści gienierałowie, komandirzy i pałkownicy chowają się po piwnicach w szkołach lub szpitalach, lub przebywają z daleka od linii frontu, nie mając jednocześnie ŻADNEGO kontaktu ze swoimi oddziałami, a tylko - gdy jest w miarę bezpiecznie - nad ranem przyjeżdżają samochodami do oddziałów liniowych, szybko wydają rozkazy i... uciekają w bezpieczne miejsce. Najwidoczniej nie uśmiecha im się ginąć w bezsensownej wojnie za Putina, tak jak tamtym, którzy ginęli w równie bezsensownej wojnie za cara Mikołaja II. Małe sprostowanie - bezsensowna ta wojna była dla państw zaborczych, dla nas... zbawienna) - odłamek kartacza austryackiego zranił go w pierś, po czem przewieziony został przez sanitaryuszy do Lwowa i tu ulokowany w hotelu Krakowskim. Mimo starań kilku lekarzy zmarł generał w sobotę. Zwłoki złożone w metalowej trumnie, przewieziono do grecko-oryentalnej cerkwi przy ulicy Franciszkańskiej. W niedzielę rano duchowny prawosławny odprawił żałobną mszę śpiewaną za duszę zmarłego, a następnie panachidę nad zwłokami z asystą improwizowanego chóru żołnierzy. Po dokonanych modłach trumnę zalutowano w obecności przedstawiciela wojskowości i na zwykłej furze, przybranej gałęziami smereki przewieziono na cmentarz Lyczakowski. Ostatnie honory oddał zmarłemu oddział piechoty ze swoimi oficerami.
 
Równocześnie prawie odbył się dnia tego z cerkwi prawosławnej pogrzeb drugiego generała, poległego w bojach pod Lwowem, szefa sztabu 14 dywizyi piechoty, Iwana Trofimowa. Przed pogrzebem odbyło się nabożeństwo, trwające 2 godziny, a wzięło w niem udział wielu wyższych oficerów i mnóstwo żołnierzy. Po nabożeństwie niklową trumnę ze zwłokami zalutowano i złożono na zwykłym wozie, ozdobionym zielenią. Na tym samym wozie złożono duży krzyż, wyciosany z surowego drzewa, opatrzony tablicą z napisem, że Trofimow poległ w boju 28 sierpnia starego stylu. Zwłoki jego przywiózł z pobojowiska w Suchej Woli miejski zakład pogrzebowy, który się zajmował też całym pogrzebem, na cmentarz Łyczakowski.
 
 


Pocieszali się ludziska, wobec cofnięcia się wojsk austryackich dalej na zachód, przynajmniej tem, że drogo Rosyan kosztował taki wynik wielkiej walki na Wereszycy, a zresztą, mimo ogromnego upadku ducha, nie chcieli jeszcze całkiem tracić nadziei. Oczekiwano też, co dalej będzie. Zrezygnowano na razie z kombinacyi strategicznych, poświęcając się bardziej ciężkim warunkom życiowym, które coraz więcej stawały się dla wszystkich ciaśniejszymi. Przy wszystkich przedmiotach zainteresowania nie brakło go też dla nowego ogłoszenia urzędowego, w którem widziano dalszy ciąg przytoczonego już przez nas rozporządzenia w sprawie zbrodniczo rzekomo niszczonych przewodów telegraficznych w mieście. Zawiłe określenia jego prawnicze nie zrażały ciekawych przed odczytywaniem, ale zapewne niewielu tylko było aż tak zaciętych, by lekturę tę niestrawną cierpliwie do końca doprowadzić. Opiewała zaś ona następująco:
 
 
"Obwieszczenie.
 
Stosownie do najwyżej zatwierdzonej ustawy ust. 1328 rozdział IV Sądów wojennych "o sądach w czasie wojny" mieszkańcy dzielnic Galicyi, zajętych przez Rosyjskie cesarskie wojska - na podstawie ustawy 1328 tejże ustawy podlegają sądom wojennym: a) uczestnicy przestępstwa popełnionego przez osobę sądom wojennym podlegającą, b) w razie popełnienia jednego z przestępstw wyszczególnionych w dodatku IX ust. 1328, a mianowicie:
1. za wystąpienie przeciw Zwierzchnemu Główno-komenderującemu armiami, przeciw Główno-komenderującemu armiami frontowemi i Komenderującemu armią (oddzielną i nieoddzielną), któremu miejscowość podlega lub przeciw ustanowionym przez nich czasowym władzom i ich członkom, a również za wszelkie nieposłuszeństwo i sprzeciwianie się im (...).
2. za szpiegostwo (...).
3. za rozmyślne podpalenie lub w inny sposób rozmyślne niszczenie lub doprowadzenie do stanu niezdatności  (nieużyteczności) przedmiotów wojskowych, przyrządów, broni i w ogóle wszystkiego, co może służyć tak do ataku jak do obrony - a również zapasów żywności i furażu (...).
4. za rozmyślne zniszczenie lub poważne uszkodzenie w terenie działań wojennych: wodociągów, mostów, grobli, pomostów, śluz, wodospadów, studzien, dróg, brodów i innych środków przeznaczonych dla przetransportowania, przeprawy, spławu, zapobiegania powodziom lub niezbędnych do zaopatrywania w wodę (...).
5) za rozmyślne zniszczenie lub poważne uszkodzenie istniejących na terenie działań wojennych dla celów rządowych: a) aparatów telegraficznych i telefonicznych lub innych używanych dla podawania wiadomości, b) linii kolejowych, ruchomego taboru, sygnałów ostrzegawczych przeznaczonych dla bezpieczeństwa ruchu kolejowego i spławnego (...).
6. za napaść na warty i straże wojskowe (...) jak również za morderstwo warty i członków straży i policyi, a także za następujące przestępstwa: a) rozmyślne morderstwo, b) rozbój, c) rabunek, d) rozmyślne podpalenie lub zatopienie, e) gwałt.
Niniejsze obwieszczenie nabiera mocy z chwilą opublikowania go.
 
Wojenny Gubernator
Pułkownik Cheremeteff.
Miasto Lwów, 29 sierpnia (11 września) 1914"     
 
 
 Ostre te przestrogi dyktowano ludności w chwili rozszerzonego terytoryalnie władztwa rosyjskiego w zajętym kraju, po cofnięciu się wojsk austryackich z linii Wereszycy. Z ustaniem gry armat pod Lwowem uznali Rosyanie stolicę za swoją już niepodzielną własność i stosownie do tego poczęli w niej gospodarować. Dla mieszkańców Lwowa był to cios ogromny, a cały upadek ducha z tego powodu ocenić można należycie, jeśli się weźmie pod uwagę tempo, w jakiem przyszło przyjmować jeden  wypadek po drugim i to, jeden donioślejszy w skutkach od drugiego. Na najmniej się tego spodziewające głowy walić się poczęły ciosy tak dotkliwe i oszałamiające, iż wielkiego trzeba było hartu ducha, by się nie tylko nie złamać, ale i nie ugiąć choćby. Ludzie, gruntujący siłę ducha swego w wiedzy i wykształceniu, na nich opierali stanowczą swą wiarę i przekonanie, ale dla maluczkich potrzeba było prócz ich naiwnej wiary - w chwilach tak krytycznych - także jakiegoś bardziej dla nich namacalnego argumentu. I dziwna rzecz, że tak się składało, iż sądzić można było o istnieniu we Lwowie człowieka jakiegoś czy nawet ludzi, którzy dbali o to, by pokrzepić maluczkich w wierze ich, chwiejącej się chwilowo. Wspomniane już "kartki z aeroplanu" odgrywały właśnie rolę jakby pigułek na pokrzepienie zgnębionych umysłów prostych, zjawiając się - rzecz dziwna - w chwilach najbardziej ku temu stosownych. Zjawiły się wobec tego, oczywiście, i w chwili tak przełomowej.

W niedzielę 13 września żegnały się aero-telegramy ze Lwowem, ale z wyraźnem zastrzeżeniem, że pożegnanie to tylko czasowe. "Autentyczny" tekst ich brzmiał następująco: "Do widzenia! Lwów z nami", co znaczyło, iż wojska cofnęły się ale wrócą jeszcze do Lwowa. I czy nie miały racyi? Dla uzupełnienia obrazu nastrojów chwili pozwolimy sobie dosłownie przytoczyć notatkę z kroniczki poufnej zapisaną pod dniem 13 września: "Nastrój w mieście przypomina stan człowieka, który błąkając w pustce, sądził chwilami, że już trafił na ślad dobry, ale od razu się przekonał zniechęcony, iż brak mu najprostszych sposobów oryentacyi. Zdawałoby się i jakoby wszystko za tem przemawiało, że wojska austryackie górą - ogólnie tak myślano - a tu od razu huk dział urywa się, odwrotu spodziewanego wojsk rosyjskich nie widać, a dzienniki niektóre pospieszają z zapewnieniami, że wojsko austryackie cofa się. Brak najprymitywniejszych wskazówek oryentacyjnych, nie daje się wiary sensacjom dziennikarskim, które przedtem z własnej pilności kazały Austryakom bić setki tysięcy Rosyan, a teraz na odmianę tym każą bić Austryaków. Kto raz poparzył się, dmucha na zimne - publika lwowska mocno nie wierzy sensacjom dziennikarskim tego rodzaju, ale też i widać, że jest jak okręt bez steru".
 
 

 
Fakt opuszczenia przez wojska austryackie linii Wereszycy przełomowym był dla Lwowa okupowanego, albowiem do chwili tej nie tylko ludność jego sama, ale nie mniej i sami Rosyanie nie uważali miasta za pewną swą własność. Wszystko, co tu zarządzili dotychczas, nosiło widoczne cechy dorywczości, brak było jeszcze pewności siebie i konsekwencyi w działaniu. Dowodem zaś niejako, iż z chwilą ucichnięcia w mieście odgłosów wojennych, uznano je za "rosyjskie", może być okoliczność, że dopiero 14 września zajęli się Rosyanie powszechnem ogłoszeniem znanego manifestu do Polaków (ogłoszony 14 sierpnia - 1 sierpnia według kalendarza prawosławnego obowiązującego wówczas w Rosji - manifest głównodowodzącego rosyjską armią wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza Romanowa [stryja cara Mikołaja II], który zapowiadał po zwycięstwie Rosji ponowne zjednoczenie pod berłem cara wszystkich trzech części dawnej Polski "swobodnej w swej wierze, języku i samorządzie". Ta deklaracja spotkała się ze sceptycyzmem polskiego społeczeństwa, jako że nie było tam żadnych odniesień nie tylko do niepodległości, ale choćby również do kwestii granic tego w pół-suwerennego państwa polskiego. Odezwa została więc praktycznie odrzucona przez większa cześć narodu i jedynie przedstawiciele "opcji rosyjskiej" - czyli głównie politycy narodowej demokracji [tzw. prawicy] z Romanem Dmowskim na czele, opowiadali się za poparciem rosyjskich propozycji zjednoczenia Polski pod jednym rządem carskim, widząc w tym nie tylko odsunięcie zagrożenia niemieckiego - które było największym niebezpieczeństwem w ich rozumieniu nie tylko dla polskiej niepodległości, ale przede wszystkim dla narodowej jedności - ale również zjednoczenie gwarantowało zdominowanie Rosji przez Polskę we wspólnym Imperium Romanowów. Narodowcy wywodzili to przekonanie z tradycji Królestwa Polskiego lat 1815-1831 które bez wątpienia posiadało nie tylko najsilniejsze siły zbrojne Imperium Romanowów, ale i najbardziej prężną i ekspansywną gospodarkę z którą gospodarka rosyjska nie była w stanie konkurować [a należy pamiętać że było to okrojone państewko do ziem leżących na zachód od rzeki Bug, mimo iż car Aleksander I już w 1815 r. obiecał Polakom "wewnętrzne rozszerzenie", czyli przyłączenie do Królestwa ziem pierwszego i drugiego zaboru rosyjskiego z lat 1772 i 1793, to jednak nigdy do tego nie doszło, a na kolejnych sejmach, począwszy od 1818 r. car mawiał; "Panowie, cierpliwości, jeszcze trochę cierpliwości". W grudniu 1825 r. władzę objął zaś brat Aleksandra - Mikołaj I i sprawa "wewnętrznego rozszerzenia" całkowicie zniknęła z oficjalnych zapowedzi] - Rosjanie domagali się np. od cara zastosowania ceł zaporowych na towary przywożone z Królestwa, jako że były one znacznie lepszej jakości od rosyjskich, co prowadziło do plajty ruskich przedsiębiorców. Społeczeństwo polskie w ogromnej większości odrzuciło więc manifest wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza, ale sprzymierzone z Rosją państwa Europy Zachodniej, a szczególnie Francja, dostały po tej deklaracji spazmów radości, twierdząc że sprawa polska została już rozwiązana. W Paryskich dziennikach można było przeczytać np. "Vive la Pologne" "Résurrection de la Pologne" - co nawet w połowie nie było prawdą). Od zarządzenia tego poczęła się na dobre gospodarka rosyjska we Lwowie, od chwili tej dostał się on pod "opiekuńcze" skrzydła oswobodzicielskiego orła rosyjskiego     
 
 
 KRÓLESTWO POLSKIE (KONGRESÓWKA) GDZIE OBOWIĄZYWAŁA SWOISTA AUTONOMIA (TEORETYCZNIE BYŁO TO W LATACH 1815-1830 PAŃSTWO QUASI-NIEPODLEGŁE) - KOLOR JASNOZIELONY.
ZIEMIE ZABRANE W PIERWSZYM I DRUGIM ROZBIORZE WŁĄCZONE BEZPOŚREDNIO DO ROSJI - KOLOR CIEMNOZIELONY
 
 
 
SZCZEPCIO I TOŃCIO JAK FLIP I FLAP
DWA ZABAWNE LWOWSKIE BATIARY
 
 
 
CDN.
 

środa, 26 października 2022

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. LXIII

ŻYCIE PO ŚMIERCI -

CZYLI RELACJE OSÓB,

KTÓRE PRZEŻYŁY WŁASNĄ ŚMIERĆ

 

 
 

V

CIAŁO FIZYCZNE I CIAŁO ASTRALNE

 
 
 
 
 
 CO TO JEST CIAŁO ASTRALNE?
 
 
 Ciało astralne - określenie to jest dla większości czytelników niezrozumiałe i nie można się temu dziwić. Chaos, jaki istnieje w pojęciach z dziedziny parapsychologii, jest jeszcze bardziej pogłębiany przez religie, sekty i prywatne poglądy różnych domorosłych proroków. Sięgnijmy więc do najstarszej religii świata - magii, jaką jest Huna. Jej ślady odnajdujemy w jaskiniach Altamiry i w grotach Haggaru. Umieszczone tam rysunki naskalne wykonane zostały przez malarzy sprzed 15 000 lat. Huna występuje w martwych językach Fenicjan i Kartagińczyków. Jest widoczna w świętych księgach indyjskich, w Starym Testamencie. Nowoczesne poglądy, mające pretensje do nazwy "nauka" sugerują, że człowiek składa się wyłącznie z mięsa i kości. Ten prymitywny materializm jest wygodny, lecz niezgodny z prawdziwym stanem rzeczy. 
 
Już przed I wojną światową - o czym wspominają autorzy w "Wahres Leben", dwutygodniku Niemieckiego Związku Spirytualistów z roku 1912 - w jednej z holenderskich klinik dokonano ciekawego doświadczenia. Na bardzo czułej wadze postawiono łóżko, na które położono konającego człowieka. Lekarze czekali cierpliwie, wpatrzeni we wskazówkę wagi. W momencie zgonu chory utracił na wadze kilkadziesiąt gramów. Doświadczenie to powtarzano wielokrotnie, również i po II wojnie światowej. Za każdym razem otrzymywano podobny wynik. Można stąd wnioskować, iż "coś" musiało zmarłego opuścić. Tym czymś było właśnie owo tajemnicze ciało astralne. Jeden ze składników istoty ludzkiej. 
 
Stare religie, których symbole są do dziś utrwalone w różnych totemach ludów "dzikich", niezrozumiałe dla naszej wysokiej cywilizacji i kultury, twierdzą jednak, że naprawdę człowiek składa się z: 
 
1. Ciała fizycznego, które jest jak gdyby pokrowcem dla innych, znacznie ważniejszych składników; 
 
2. Dwóch dusz, które należy traktować osobno: świadomości mającej rozum, lecz nie posiadającej pamięci oraz z podświadomości mającej pamięć, lecz pozbawionej umiejętności samodzielnego kojarzenia. Normalnie owe dusze po śmierci człowieka trzymają się razem i religie nazywają je ciałem astralnym lub - jak chrześcijańska - duszą; 
 
3. Tzw. Najwyższego Ja, które można określić mianem anioła stróża. Ta część człowieka znajduje się poza ciałem i kontakt z nim jest możliwy za pośrednictwem niższego Ja. Jest ono bowiem ślepe i głuche. Reaguje natomiast na myśli i pomaga, jeżeli umiejętnie się je o coś prosi. Wszelkie wrzaski, prymitywne pochlebstwa i klepanie modlitw nie dają żadnych wyników.
 
 



ILE WAŻY CIAŁO ASTRALNE?
 
 
 Ciało astralne człowieka jest, zdaniem parapsychologów, siedzibą naszej podświadomości. Jest ona poniekąd sublokatorem naszego ciała fizycznego. Składa się ze szczególnego rodzaju subtelnej materii o niesłychanie delikatnej konsystencji. Przed kilkunastu laty, na międzynarodowym kongresie parapsychologicznym w Paryżu, ktoś powiedział półżartem, że ciało astralne waży tyle, co wąs pchły. Wśród okultystów istnieją różne opinie co do ciężaru ciała astralnego. Andrew Jackson Davis jest zdania, że ciało astralne waży mniej więcej jedną uncję, czyli 28,3 grama. Ciało astralne jest materialne, jednak jego konsystencja jest nam nieznana. 
 
W związku z tym problemem trzeba tu wspomnieć o dwóch holenderskich fizykach. Dr. dr. Malta i dr. Zaalberg Zelst van den Haag starali się ustalić wagę ciała astralnego. Było to przed kilkunastu laty. Zbudowali oni bardzo czuły i skomplikowany aparat, który nazwali dynamistografem. Obaj twierdzą, że za pomocą tego aparatu mogą wejść w kontakt z istotami z tamtego świata bez pomocy medium. Stawiali ten przyrząd w pustym pokoju, obserwując jego działanie przez okienko w ścianie. Później można było stwierdzić, że aparatem posługiwały się jakieś istoty inteligentne i podawały długie komunikaty na drugim końcu dynamistografu, za pomocą tarczy z literami alfabetu. Wspomniani fizycy postanowili też zbadać fizyczne i chemiczne właściwości ciała astralnego oraz układ i ruch drobin odbywający się w nim. W miarę możliwości zamierzali także zbadać i ustalić jego składniki. Otrzymali takie oto wyniki. Pod wpływem woli, ciało astralne może się kurczyć i rozprężać. Ciało astralne może w ten sposób powiększyć się o 1,26 mm, czyli o jedną czterdziestomilionową część swojej normalnej objętości. Kurczyć się może natomiast o mniej więcej 8 mm, czyli o sześć i ćwierćmilionową część swej objętości. Ciężar właściwy ciała astralnego wynosi około 12,24 miligrama, czyli że jest mniejszy, niż ciężar właściwy wodoru. Od ciężaru właściwego powietrza jest mniejszy 176,5 razy.
 
Wola oddziałuje na ciało astralne automatycznie. Ciało astralne podlega prawu o sile ciężkości. Istnieje jakaś nieznana nam energia, która trzyma w skupieniu drobiny tego ciała. Atomy, z których składa się ciało astralne, są bardzo małe, znacznie od siebie oddalone i ciężkie. Gęstość ciała astralnego równa się mniej więcej gęstości powietrza zewnętrznego, jeżeli ciśnienie atmosferyczne się zwiększa, to także to samo następuje wewnątrz ciała astralnego. Wagę ciała astralnego obliczono i ustalono na mniej więcej 69,5 grama. Te wyniki są zbieżne z rezultatami otrzymywanymi przed kilkudziesięciu laty przez doktora Duncana Mc Dougella. Ważył on wówczas kilku konających na gruźlicę. Stawiał w tym celu pacjenta wraz z łóżkiem na bardzo czułej wadze. W chwili zgonu wskazówka wagi uchylała się pokazując ubytek 2-2,5 uncji, czyli 56,6 do 70,75 gramów. Doświadczenie to, przeprowadzone niezależnie od eksperymentów holenderskich, potwierdzałoby słuszność otrzymanych wyników.
 
 
 
 
 
 BILOKACJA, CZYLI WYSYŁANIE CIAŁA ASTRALNEGO
 
 
 W ostatnich latach kilku uczonych stwierdziło, że po przejściu pewnych ćwiczeń praktycznych każdy może nauczyć się wysyłania swego ciała astralnego i to za życia doczesnego. Piszą na ten temat autorzy amerykańscy S.S. Muloon i H. Carrington. Teoretyczne podstawy takich eksperymentów podaje M.F. Long w swym dziele: "Wiedza tajemna za cudami". W zasadzie chodzi tu o jeden z systemów jogi, znany szerzej pod nazwą Elcancar. Liczna literatura tego tematu jest dostępna w językach niemieckim i angielskim. 
 
Subtelna konsystencja ciała astralnego przenika nas. Podczas snu następuje jednak lekkie rozluźnienie obu składników, które dla łatwiejszego zrozumienia potraktujemy jako dwie odrębne osobistości, zamieszkałe, powiedzmy, w jednym pokoju. W czasie snu ciało astralne, widoczne przez jasnowidzów oraz niektóre osoby widujące aurę, lekko unosi się ponad ciało fizyczne człowieka w celu nasycenia się energią kosmiczną. Na ten temat pisano już dużo, istnieją też różne teorie. Dlatego na razie odniesiemy się do tego z pewną rezerwą, aby uniknąć polemiki, która nie jest celem naszej pracy. 
 
Akcja odłączania ciała astralnego od ciała ziemskiego, gdy konkretna osoba nie jest w śnie somnambulicznym, a na jawie, może objawiać się zawrotami głowy, omdleniami, a nawet katalepsją i spadkiem temperatury ciała. Podczas snu natomiast - w postaci snów o fruwaniu, o nagłym wznoszeniu się w górę (np. windą). Może to oznaczać, iż ciało astralne ma ochotę odczepić się od przynależnego mu ciała ziemskiego. Jedną z innych charakterystycznych cech takiego stanu są drgawki występujące w chwili zasypiania. Jest to pewna wskazówka, że ciało astralne chciałoby na "własną rękę" opuścić przynależne mu ciało ziemskie i wybrać się na wycieczkę. 
 
Świadomość ludzka w takich przypadkach nawet nie orientuje się o co chodzi. Lecz uwaga: rozstanie się nie następuje całkowicie. Ciało astralne i ciało ziemskie są stale połączone ze sobą żywą tkanką pulsującą, jak przewód krwionośny. Taśma ma kolor srebrny. W odległości kilku metrów ma ona grubość kilku centymetrów, lecz w miarę oddalania się ciała astralnego od ciała ziemskiego wydłuża się i staje się cienka jak nić. Jednakże zawsze utrzymuje żywy kontakt z ciałem macierzystym. Stan taki można porównać z psem uwięzionym na elastycznej taśmie gumowej. Ruchem ciała astralnego, jego oddalaniem się i rozciąganiem srebrnej nici rządzi ludzka podświadomość. 
 
Istnieje kilka stanów współzależności między ciałem człowieka a jego ciałem astralnym. Teorie tych powiązań są dość skomplikowane i nie jest konieczne zapoznawać przeciętnego czytelnika z tymi zagadnieniami. Samorzutne oddzielenie się ciała astralnego jest dość częste, chociaż ludzie nie zdają sobie z tego sprawy. Takie rozstania odbywają się z reguły na niezbyt dużą odległość. Początkowo ciało astralne unosi się w górę równolegle do leżącego na łóżku ciała "zwykłego", po czym na wysokości około dwóch metrów staje na nogi. (Wiadomo to z obserwacji przeprowadzonych przez media i jasnowidzów). Ciało astralne, przyuczane do wycieczek za pomocą systematycznych ćwiczeń, może udawać się bez obaw na większe odległości. W tym czasie ciało ziemskie jest nieruchome, sztywne i jakby martwe. Z takich wypraw bilokacyjnych znany był Mahomet, inżynier Ossowiecki oraz liczne media. Nabierało to cech świętości w oczach pospólstwa. W interesie Kościoła bowiem takie fakty umacniały wiarę maluczkich w boskie cechy medialnej osoby. 
 
W chwili zgonu ciało astralne opuszcza swe ciało ziemskie, lecz czyni to na zawsze. Srebrna taśma ulega wówczas zerwaniu. Konającemu pomagają w tym istoty z tamtego świata, aby ułatwić umierającemu przejście na "tamtą stronę". Dopóki nasza podświadomość działa samodzielnie, a świadomość nie wpływa na bilokacyjne wycieczki wysyłanego ciała astralnego, jest ono, mówiąc potocznie, bardzo strachliwe. Przy najmniejszym, nawet pozornym zagrożeniu, srebrna wstęga kurczy się w ułamku sekundy i ciało astralne wraca błyskawicznie "do domu". Kiedy ciało astralne nauczy się oddalać na większą odległość, nabiera ono w sposób nam nieznany dodatkowo cech świadomości lub ją po prostu zabiera ze sobą. Dzięki temu może działać samodzielnie, podczas gdy ciało ziemskie leży sobie zimne i półmartwe. Nie ma wówczas żadnego kontaktu z nikim i niczym, a jakiekolwiek próby obudzenia takiego pozornie martwego człowieka grożą mu śmiercią. Na tej, nielicznym znanej, zasadzie polegają różne komunikaty, ostrzeżenia i wiadomości wysyłane na odległość. Spotykamy się z tym od niepamiętnych czasów. Są to działania z dziedziny parapsychologii i udokumentowane zostały historycznie przez licznych pamiętnikarzy i dziejopisów.
 
Czy bilokacji można się nauczyć? - Ależ oczywiście. Lecz wymaga to cierpliwości, wytrwałych ćwiczeń i jednak pewnych kwalifikacji - widocznych szczególnie w horoskopie indywidualnym. Same ćwiczenia nie są ani trudne, ani męczące. Wszystko polega na przyzwyczajeniu naszej podświadomości do obcych dla niej sytuacji. Zaczynamy od tego, że przed zaśnięciem próbujemy "wyjść z siebie" i z pewnej odległości popatrzeć na swe ciało. Zaznaczam jednak, że główne trudności bilokacji polegają na strachliwości naszej podświadomości, która kieruje się uczuciem, a nie rozsądkiem i trzeźwym myśleniem, opartym na życiowym doświadczeniu. Po prostu panicznie boi się wysyłania swego ciała astralnego, a naszej świadomości nie chce słuchać. Oczywiście, istnieją w tej dziedzinie liczne wyjątki. Uchodzą one za świetnych parapsychologów, wybitne media lub za "świętych"', w zależności od tego, w jakim otoczeniu się wychowali lub mówiąc dosadniej: kto ich dostał w swe ręce. 
 
Różne próby z sugestywnymi snami, o czym już wspominałem, są mało przekonywające. Istnieje jednak sposób sprowokowania podświadomości. Idzie się wieczorem około dwudziestej trzeciej spać, zjadłszy uprzednio coś słonego. Przed położeniem się do łóżka stawia się na stole szklankę z wodą. Nie dla ugaszenia pragnienia, a dla zwrócenia na to uwagi podświadomości - którą normalnie trudno okłamać - iż na stole jest szklanka z wodą, mogąca ugasić pragnienie. Przed zaśnięciem myślimy intensywnie o owej szklance wody i o możliwości ugaszenia pragnienia oraz staramy się z tą myślą zasnąć. Podczas zasypiania można myśleć także o windzie i o jej równomiernym wznoszeniu się w górę. Sny o nierównomiernej jeździe windą łatwo kojarzą się ze snami o podłożu seksualnym. A więc: opuszczamy pokój, wsiadamy do windy, jedziemy przez chwilę w górę, po czym wszystko tak samo odbywa się w kierunku odwrotnym. Nie jest to jeszcze bilokacja, ale w ten sposób przyzwyczajamy naszą podświadomość, mającą kontakt z ciałem astralnym, do późniejszej "prawdziwej" eksterioryzacji. 
 
Jak już wcześniej powiedziałem, ciało astralne opuszcza nasze ciało, aby sobie pochodzić po okolicy. Ludzka świadomość zazwyczaj nie zdaje sobie z tego w ogóle sprawy. Należy przypuszczać, że na tej drodze powstają w człowieku różne sny prorocze, albowiem po "tamtej stronie życia" czas w naszym ujęciu zagadnienia nie istnieje. Poza naszym życiem po prostu go nie ma.
 
 
 
 
 
SOBOWTÓRY - SZCZEGÓLNE PRZYPADKI BILOKACJI
 
 
 Istnienie duchów staje się tym mniej wątpliwe, jeżeli przyjmiemy za fakt występowanie sobowtórów. Pojawienie się takich eidoolon, jak nazywano sobowtóry w starożytnej Grecji, obserwowano bowiem już w czasach zamierzchłych. Nieraz słyszy się o takich wypadkach i w czasach najnowszych. Pisał na ten temat Francuz de Roclias, a inny Francuz Durville, jako pierwszy, potrafił z człowieka, będącego w transie, wydzielić ciało astralne, które stanowiło samodzielną osobowość i stawało obok uśpionego. W takich przypadkach obie postacie bywają połączone ze sobą taśmą fluidalną wychodzącą z czoła, pępka lub żołądka medium. Kto stawał w pobliżu takiego tworu wydzielonego ze śpiącego medium, odczuwał chłód i zimny powiew. Przy dotyku tej sztucznej zjawy miało się wrażenie, iż jest to jakaś wilgotna masa. Od takiego dotyku palce świeciły fosforyzującym blaskiem. 
 
Niektóre osoby, będące w transie, mogły swemu wydzielonemu sobowtórowi dawać polecenie stukania, zamykania drzwi, a nawet spoglądania przez przedmioty nieprzejrzyste. W rzadkich przypadkach taki sobowtór potrafił nawet przenieść się do cudzego mieszkania i tam zamanifestować się obecnym. U niektórych osób podatnych w tym kierunku sobowtór, czyli ciało astralne, oddziela się podczas snu i może działać na duże odległości. 
 
Znany uczony i badacz amerykański Hyslop wspomina, jak to jeden z jego przyjaciół, lekarz w Buffalo, zbudził się którejś nocy 1907 roku pod wrażeniem, że ktoś jest w jego pokoju. Kiedy otworzył oczy, spostrzegł obok łóżka swoją żonę, która przed kilkoma dniami wyjechała na wycieczkę.
 
- Co ty tu robisz? - spytał lekarz, a ona na to: 
 
- Chciałam zobaczyć, jak ci się powodzi - podeszła do męża, objęła go za szyję, po czym nagle zniknęła. 
 
Doktor wyskoczył z łóżka jak oparzony i zapalił światło, lecz w pokoju nie było nikogo. Kiedy żona po kilku dniach powróciła z wycieczki do domu, spytała męża, czy w ostatnią sobotę zauważył coś szczególnego. Wyjaśniła mu następnie, iż przeczytawszy podręcznik Hudsona o wysyłaniu ciała astralnego, dowiedziała się, że przed spaniem należy intensywnie zapragnąć przeniesienia się w jakieś określone miejsce, a ciało astralne samo potem ten eksperyment wykona. Oczywiście, żona lekarza musiała mieć w tym kierunku jakieś zdolności, jeżeli doświadczenie od razu jej się udało.
 
Tego rodzaju bilokacje udają się także na drodze medialnej. Znany uczony angielski prof. William Crookes eksperymentował z panią Fay, z której wydzielił się sobowtór astralny i podał mu książkę z odległości 2,5 metra. W tym czasie pani Fay była przywiązana do krzesła. 
 
Pewien misjonarz opowiadał panu Hyslopowi o znajomym mu murzyńskim czarowniku w Afryce, który wysłał kiedyś swe ciało astralne do wioski odległej o cztery dni drogi. Na polecenie misjonarza sobowtór po drodze wstąpił do znajomego, mieszkającego o trzy dni drogi i poprosił w imieniu misjonarza o przysłanie paczki naboi do karabinu. Aby wprowadzić się w trans, Murzyn rozpalił wpierw ogień z aromatycznego drzewa, natarł się jakąś kleistą cieczą i śpiewał inwokacje do duchów lasów i wód. Następnie położył się i zapadł w stan katalepsji, w którym jego ciało stało się nieczułe na ukłucia, a źrenice niewrażliwe na światło. W tym stanie był przez całą noc. Rano przebudził się i powiedział, że sprawę naboi załatwił. I istotnie, po trzech dniach przybył goniec i naboje przyniósł. Przyjaciel misjonarza zawiadamiał, że jakiś Murzyn wsunął do pokoju głowę przez półotwarte drzwi i przekazał prośbę.
 
Do jednego z najbardziej znanych przypadków samorzutnej bilokacji w wieku XIX należy historia francuskiej nauczycielki, panny Emilii Sagee z Dijon. Pani ta, w latach 1845-1846 uczyła języka francuskiego w pensjonacie dla dziewcząt w Inflantach. Już po kilku tygodniach zaczęto opowiadać sobie, że pannę Sagee widuje się nieraz równocześnie w dwóch miejscach. Dyrektorka przyjęła to za plotki, lecz kiedyś panna Sagee stanęła w klasie przy tablicy, a równocześnie wydzielił się z niej sobowtór, który stanąwszy obok naśladował ruchy piszącej coś nauczycielki. Innym razem nauczycielka siedziała przy stole, a za nią stał sobowtór, wykonując te same ruchy. Kiedyś dziewczyna zachorowała i leżała przez kilka dni w łóżku. Jej przyjaciółka, panna Wrangel, dotrzymywała jej towarzystwa. Nagle spostrzegła, że przez pokój przeszedł sobowtór nauczycielki leżącej w łóżku. Pewnego dnia uczennice w klasie były zajęte haftowaniem, a nauczycielka siedząca z nimi wyszła z pokoju. Wówczas uczennice zauważyły, że na fotelu przy nich nagle pojawiła się panna Sagee, a jej oryginał widoczny przez okno nadal zbierał w ogrodzie truskawki. Po chwili postać nauczycielki, która nagle pojawiła się w klasie, zaczęła się robić przejrzysta i zniknęła. Ponieważ tego rodzaju wypadki powtarzały się przez półtora roku, a pensjonat wskutek tego pustoszał w zastraszającym tempie, biednej nauczycielce wypowiedziano posadę.
 
- Już dziewiętnasty raz wypowiadają mi z tego powodu posadę - skarżyła się dziewczyna. 
 
W historii starożytnej Tacyt wspomina o ciekawym przypadku bilokacji. Kiedy Wespazjan był kiedyś w świątyni Serapisa w Aleksandrii, stanął przed nim nagle kapłan Basilides. Jak się później okazało, Basilides był w owym czasie chory i znajdował się o osiemset mil od Aleksandrii. 
 
A oto inne jeszcze przypadki z tej dziedziny. Święty Józef z Copertino obiecał swemu przyjacielowi Piccinowi, że go odwiedzi przed jego, Piccina, śmiercią. Święty dotrzymał przyrzeczenia nie opuszczając Rzymu. Później nie wychodząc ze swej celi w Asyżu, był także przy zgonie matki Piccina. 
 
Kiedyś św. Antoni wygłaszał kazanie w Hiszpanii, kiedy równocześnie oskarżono jego ojca o morderstwo i skazano na karę śmierci. Tuż przed egzekucją święty nagle pojawił się w Rzymie i udowodnił niewinność ojca, wskazując prawdziwego mordercę. Podczas procesu kanonizacyjnego wydało się, że święty nie opuszczał wówczas Hiszpanii. 
 
Szkot Robert Bruce, lat około 30, służył w roku 1828 na niedużym statku handlowym, kursującym pomiędzy Liverpoolem a Saint John w Kanadzie. Kiedyś, ustalając położenie statku, nie był pewny wyniku. Poszedł więc do kabiny kapitana, aby się go poradzić. Lecz przy biurku zobaczył obcego człowieka. Pobiegł więc na mostek kapitański i po chwili wraz z kapitanem weszli obaj do kabiny, by przyłapać intruza na gorącym uczynku. Nie zastali tam jednak nikogo. Znaleźli jedynie kartkę, na której obcy napisał: Sterujcie na północny zachód. Przeszukano cały statek i porównano pismo wszystkich obecnych, ale to nic nie dało. Ponieważ wskutek zastosowania się do apelu, jaki pozostawił obcy, statek straciłby najwyżej kilka godzin, kapitan nakazał zmianę kursu. Niebawem trafiono na dużą górę lodową, w której tkwił wrak innego statku. Statek ów płynął do Quebec. Gdy łodzie statku Bruce'a przywiozły rozbitków, marynarz rozpoznał wśród nich obcego, który przed kilkoma godzinami gościł na jego okręcie, w kabinie kapitana. Jego pismo też było identyczne z charakterem, jakim sygnowano żądanie zmiany kursu. Kapitan wraku wyjaśnił, że tajemniczy gość przez cały czas był na pokładzie jego statku i pod jego okiem. Około południa położył się na koi i zasnął. Po około 30 minutach obudził się i stwierdził: Dziś będziemy uratowani. Śniło mi się, że byłem na statku, który zdąża nam na pomoc. Tu dokładnie opisał wygląd statku Bruce'a. Dziś już wiemy, co się wówczas wydarzyło: ciało astralne jednego z pasażerów oddzieliło się czasowo od ciała fizycznego i przeniosło się na statek, który potem uratował rozbitków.
 
Spontaniczne oddzielenie się ciała astralnego jest wypadkiem dosyć rzadkim. Co prawda, można się tego nauczyć. W ostatnich czasach znany był z tych umiejętności włoski zakonnik, Padre Pio. W dawniejszych wiekach umiejętność tę posiadali liczni święci np. św. Augustyn, św. Franciszek Ksawery, św. Antoni Padewski i inni, którzy byli często widywani w dwóch miejscach równocześnie. 
 
 
 

 
BILOKACYJNE WYPRAWY W ZAŚWIATY
 
 
Pani Aintree z Southsea w Wielkiej Brytanii ma 48 lat i jest najnormalniejszą w świecie kobietą. W gronie znajomych znana jest ze swych zdolności medialnych, dlatego też odwiedzają ją liczni przyjaciele, aby dowiedzieć się czegoś więcej o swoich najbliższych, o których przez dłuższy okres nie mają wiadomości. Tego rodzaju zdolności mają liczne media, a wszelkie inicjacje ezoteryczne w tym kierunku, jak: umartwianie się, wegetarianizm, wystrzeganie się papierosów i alkoholu, a nawet stosunków seksualnych, to akcesoria rytualne, o których przysłowie mówi, że do rzemiosła konieczny jest hałas. Znany polski jasnowidz, inżynier Ossowiecki, nie stronił od uciech tego świata, a mimo to eksperymenty jasnowidcze, czyli po prostu wysyłanie swego ciała astralnego w inne okolice, udawały mu się wspaniale. Doświadczenia Helen Aintree były nieraz na bardzo wysokim, wręcz artystycznym poziomie. Zapytana kiedyś, jak właściwie wygląda tamten świat, Helen dała taką odpowiedź:
 
- Jest to miejsce ciszy i spokoju, gdzie nasze ziemskie kłopoty, troski i zmartwienia nie istnieją. Jest to kraina pagórków, dolin, pięknych, złotych miast i wspaniałych budowli. Dookoła spotyka się wesołe, uśmiechnięte twarze. Nie ma tam słońca, jak u nas, a jednak jest światło. Jest raczej coś jakby żarzenie się. Ma się wrażenie, że wszyscy i wszystko to światło wydzielają. Dookoła brzmią łagodne dźwięki muzyki, lecz nie są to rzeczy skomponowane przez człowieka. Są to dźwięki wydawane przez przyrodę, ale zrozumiałe dla każdego. Nie ma tam walki o byt, zawiści, nienawiści i innych brzydkich, ziemskich namiętności. 
 
Kiedy panią Helen Aintree spytano, dlaczego nie musi umierać, aby zobaczyć tzw. tamten świat, odpowiedziała:
 
- Moim zdaniem, część składników ludzkiej istoty jest niezniszczalna. Nazywamy je duszą. Śmierć oddziela ją od naszego ciała doczesnego i przenosi w inne dziedziny, tam, gdzie powinna przebywać. Jeżeli takie wyższe sfery istnieją rzeczywiście, nie widzę powodu, dla którego byłyby one dostępne tylko dla tych, którzy już umarli. Mnie wystarczy rozwinąć w sobie potężne uczucie tęsknoty i pragnienia, i drogą myślową wpłynąć na czasowe oddzielenie się duszy od ciała, aby znaleźć się w tej prawie baśniowej krainie. Tam, w owym "innym" świecie, możemy sobie według swoich pragnień utworzyć oryginalny, własny świat. Tam udzielą nam także pomocy i wskazówek, jak to zrobić. Ludzie o niskim poziomie etycznym trudniej to zrozumieją. Lecz ktoś, kto za życia doczesnego był pozbawiony egoizmu i starał się żyć nie tylko dla siebie, lecz także dla dobra swych bliźnich, ma po "tamtej stronie" znacznie ułatwioną dalszą ewolucję. Tak tu, jak i tam, jest nasze istnienie takie, jak je sobie utworzymy.
 
Panią Helen Aintree - jak już wspomniałem - odwiedza bardzo wiele osób. Większość jest ciekawa, jak się powodzi ich drogim zmarłym. Inni proszą o przekazanie wiadomości.
 
- Przychodzą do mnie także ludzie nauki - mówi Helen Aintree - ciekawi, w jaki sposób odbywają się moje kontakty z tamtym światem... A więc: Zamykam się w pokoju, gdzie panuje zupełna cisza. Zasłony na oknach są zasunięte. Panuje półmrok. Kładę się wygodnie w obszernym fotelu i staram się wprowadzić w trans, aby rozluźnić więzy łączące mnie z tym światem. Nie trwa długo, zanim poczuję, jak moje ciało astralne oddziela się od mego ciała fizycznego. Oddycham wtedy głęboko, wydychając powietrze ustami i skupiam całą swoją uwagę w kierunku oddzielenia się od mojego ciała ziemskiego. I wówczas nagle dostrzegam swoje ciało leżące w dole, ja zaś unoszę się w górze. Jest wskazane spoglądać wtedy w górę, aby nie widzieć różnych okropności i okrucieństw, jakie wyczyniają ludzie na dole. 
 
Najsławniejszy jasnowidz naszego stulecia, Edgar Cayce, wyjaśnia, że unosząc się w górę, mija sfery o różnych poziomach etycznych ich mieszkańców. Wstępuje w górę po promieniu świetlnym, aż dociera do celu, czyli tam, gdzie przebywają istoty pokrewne jego osobowości. Powróćmy jednak do relacji pani Helen Aintree.
 
- Pani Beale, która od niedawna jest wdową, pragnęła dowiedzieć się, gdzie przebywa jej zmarły mąż i czy jest tam szczęśliwy. Mimochodem wdowa wspomniała, że nie może znaleźć polisy ubezpieczeniowej męża, opłacanej przez wiele lat. Żal mi się zrobiło starej kobiety - stwierdziła pani Helen - i obiecałam jej pomóc. Zdawałam sobie jednak sprawę z pewnych trudności. Po "tamtej stronie" można znaleźć tylko kogoś, kto już osiągnął najwyższy szczebel doskonałości (inni jasnowidze, jak i autorzy, są odmiennego zdania). Kto wiódł spokojne i uczciwe życie, znajduje się na poziomie, który można by nazwać portem wyczekiwania. W jego pamięci istnieją jeszcze tylko wydarzenia związane z przeżyciami uczuciowymi. Sprawę pani Beale udało mi się jednak szczęśliwie rozwiązać. Okazało się, że jej zmarły mąż już od jakiegoś czasu starał się nawiązać kontakt z wdową. Ułatwiłam mu to i dowiedziałam się od niego, że poszukiwane dokumenty znajdują się na dnie starej szafy, stojącej aktualnie w ogrodzie, w altanie. Otrzymane tą drogą informacje potwierdziły się. Dokumenty rzeczywiście tam były i wdowie wypłacono polisę ubezpieczeniową.
 
W swej książce pt.: "Leben nach dem Tode" Artur Fosd wspomina o własnych przeżyciach: "... chwilę później unosiłem się nad moim łóżkiem i patrzyłem obojętnie na moje nieruchome ciało. Obchodziło mnie tyle, co nic. Odczuwałem wewnętrzny spokój i ogarnęła mnie dziwna pogoda ducha. Potem chwila bezdennej pustki bez poczucia czasu. Kiedy odzyskałem przytomność, unosiłem się w powietrzu. Wiedziałem jednak, że ja jestem mną. Dookoła były jakieś góry pokryte zielenią. Zewsząd zbliżali się do mnie ludzie, których kiedyś znałem i uważałem od dawna za zmarłych. Jedni wydawali mi się młodsi, inni znów starsi. Wszyscy witali mnie serdecznie. Chciałem spytać o inne, znane mi zmarłe osoby, lecz w tej samej chwili zacząłem widzieć wszystko, jak przez mgłę. Inni znajomi mijali mnie obojętnie. Chyba obowiązywały tu prawa powinowactwa duchowego. Po chwili powiedziano mi, że muszę powrócić tam, skąd przyszedłem. Nagle poczułem też, iż wpadam w przepaść. Otworzyłem oczy i zobaczyłem nad sobą pielęgniarkę w bieli. Okazało się, że przez dwa tygodnie byłem w zapaści".
 
 
 
 CDN.
 

poniedziałek, 24 października 2022

BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY! Cz. XI

CZYLI DAWNA POLSKA UCHWYCONA NA

KLISZY APARATU FOTOGRAFICZNEGO

 
 

CZĘŚĆ PIERWSZA

WOJNA OBRONNA

(15-16 września 1939)

 
 
 
OBRONA I BOMBARDOWANIE WARSZAWY
Życie mieszkańców zniszczonych domostw
(WRZESIEŃ 1939)
 

 
 
WARSZAWA
Szpital przy ulicy Żelaznej
(ofiary niemieckich bombardowań leżą wraz z kobietami, które niedawno urodziły. Część nowo narodzonych dzieci już została zraniona potłuczonym szkłem szpitalnych okien, które pękły w wyniku wybuchu bomby)
(ok. 15 WRZEŚNIA 1939)
 

 
 
WARSZAWA
Zniszczenie domu przy ulicy Żelaznej, stojącego nieopodal Szpitala
(Julien Bryan tak oto relacjonował to wydarzenie: "250-funtowa bomba trafiła w nowoczesny, pięciopiętrowy budynek. Stało się to przed chwilą (...) przed Miejskim Szpitalem Położniczym, gdzie nie było ani jednego okna. (...) To był piękny, nowoczesny dom, z około czterdziestoma mieszkaniami, a teraz wyglądało to tak, jakby wielka łyżka do lodów zajmowała całą centralną część budynku".
Znaleziono tam zwłoki czternastu kobiet i dzieci i ok. dwudziestu rannych)
(WRZESIEŃ 1939)
 

 
 
WARSZAWA
Ulica Żelazna
(10-latek uciekł ze zniszczonego domu, 
ratując jedynie klatkę ze swymi kanarkami)
(WRZESIEŃ 1939)
 

 
 
WARSZAWA
Bródno, ulica Julianowska
(Dom tej rodziny przestał istnieć po bombardowaniu, 
więc życie przeniosło się na podwórze)
(WRZESIEŃ 1939)
 

 
 
WARSZAWA
Mieszkańcy miasta przy kopaniu rowów przeciwczołgowych
(WRZESIEŃ 1939)
 

 
 
WARSZAWA
Dojenie krowy przed budynkiem ambasady USA, 
przy Alejach Ujazdowskich 29
(WRZESIEŃ 1939)
 

 
 
WARSZAWA
Więzienie na Pawiaku
(Amerykański korespondent - Julien Bryan kameruje grupę wziętych do niewoli niemieckich jeńców w więzieniu na Pawiaku)
(WRZESIEŃ 1939)
 

 
 
WARSZAWA
Ofiary niemieckich bombardowań
(WRZESIEŃ 1939)
 

 
 
Z PAMIĘTNIKA WITOLDA GIEŁŻYŃSKIEGO
(PISARZA I PUBLICYSTY)
 
 
  "15 września. Ani bombardowania, ani braki wyżywienia nie są tak męczące, jak zupełna nieświadomość, co się dzieje na frontach. Nawet komunikaty Naczelnego Dowództwa nie dochodzą do Warszawy. Polega się na niepewnych i przypadkowych wiadomościach radiowych oraz na plotkach. Gdyby im wierzyć - wszystko jest jak najlepiej, nasza obrona okrzepła: Gdynia broni się, bitwa pod Kutnem przybiera pomyślny obrót, Niemcy mieli odstąpić od oblężenia Warszawy. Rzeczywiście, dzisiaj naloty słabsze, ostrzał armatni też... Byle przetrwać! Tak brzmią codzienne przemówienia radiowe Starzyńskiego (prezydenta miasta) i płk. Lipińskiego, który zastąpił Umiastowskiego. Tak głoszą odezwy dowodzącego armią warszawską gen. Rómmla, znakomitego kawalerzysty, znanego z zawodów hipicznych, lecz zupełnie nie znanego z talentów strategicznych (notabene spolonizowanego Niemca, wywodzącego się z gałęzi rodowej von Rummel z Inflant, ale zupełnie nie spokrewnionego z niemieckim generałem Erwinem Rommlem).
 Według źródeł niemieckich rząd polski miał już udać się do Rumunii. Co gorzej, to samo miał zrobić Naczelny Wódz! Nie do wiary..."
 
"16 września. Noc okropna. Jakiś nieustający szczęk żelaziwa, jakby tanki nacierały na tanki. Nie słychać już oddzielnych strzałów, tylko ciągły grzmot. Trudno zdać sobie sprawę, czy to odgłosy oddalającej się bitwy, czy przeciwnie - pod samą Warszawą walka wręcz.
Na krótkiej fali warszawskiej przedstawiciele państw neutralnych, którzy jeszcze pozostali w Warszawie, apelowali we wszystkich językach o pomoc dla Warszawy i możliwość jej ewakuacji. Mają w najbliższych dniach opuścić stolicę na podstawie porozumienia z oblegającymi. Od południa bombardowanie wzmogło się. Nie ominęło naszego domu redakcyjnego. Pocisk zburzył balkon i wyrwał kawał muru, posypały się szyby. Na ulicy byli ranni, nam się nic nie stało, ale postanowiliśmy przenieść pracę do przedpokoju, nie mającego okna."
 
 
 15 września rozpoczęło się silne niemieckie natarcie na wybrzeżu Bałtyku, lecz pod Oksywiem siły niemieckie zostały odparte przez oddziały Obrony Wybrzeża (jako ciekawostkę powiem, że moja zmarła babcia twierdziła - zapewne tak poinformowana - że jej drugi mąż, walczył właśnie w oddziałach Obrony Wybrzeża. Potem okazało się - mój dziadek od strony ojca, który sam miał niemieckie korzenie, znalazł jego zdjęcie w niemieckim mundurze, a dziadek był konkretny facet i nie lubił jak się go okłamywało - że tak naprawdę to "Janek", bo tak się nazywał - walczył wtedy w szeregach Wehrmachtu. 😏 Cóż, takie koleje losu). Zbombardowany został port w Jastarni, gdzie znajdowały się jeszcze polskie stawiacze min i kilka mniejszych statków - które zostały zatopione. Tego dnia nalot Stukasów niszczy też największy na Helu skład amunicji.
 Nad Bzurą Niemcy zaczynają zyskiwać przewagę, dzięki skierowaniu w ten rejon wycofanych spod Warszawy dywizji, oraz dzięki nieustannemu bombardowaniu lotniczemu. Nasi jednak - pomimo tego piekielnego ciążenia, braku map terenu na którym walczą, jedzenia i paszy dla koni - nie dawali łatwo za wygraną; po bitwie o Brochów (część Bitwy nad Bzurą) rotmistrz Szacherski z 7 Pułku Strzelców Konnych, tak oto pisał o sytuacji z 15 września: "Na drodze i wśród gruzów leżały trupy Niemców, obok walały się karabiny i hełmy. Nasi strzelcy zaczęli właśnie przenosić poległych w jedno miejsce, aby ich pochować. Kazałem starannie przeszukać mapniki i kieszenie zabitych w nadziei, że znajdzie się tak bardzo potrzebna nam mapa. (...) Nasze poszukiwania zostały wreszcie uwieńczone pomyślnym rezultatem. U poległego podoficera znaleźliśmy mapę rejonu Brochowa i Sochaczewa. Była to dla nas najcenniejsza zdobycz wojenna". Tego dnia, rozkazem gen. Tadeusza Kutrzeby Wielkopolska i Podolska Brygada Kawalerii miały się połączyć w jedną Grupę Operacyjną Kawalerii i oczyścić Puszczę Kampinoską z Niemców, otwierając sobie drogę ku Warszawie.
 Gen. von Brauchitsch rozkazuje 3 Armii ponowne podjęcie szturmu Warszawy. Tego dnia po raz pierwszy Niemcy podchodzą pod Twierdzę Modlin - atak zostaje odparty. Warszawa jest już prawie całkowicie otoczona, z wyjątkiem północnego odcinka frontu od Palmir po Modlin - ale łączność z Twierdzą jest utrzymana.
 Hitler przybywa na przedpola Pragi i wieży kościelnej w Glinkach na prawym brzegu Wisły obserwuje walki pod Warszawą.
 Ciężkie walki toczą się też pod Twierdzą Brześć nad Bugiem, ale XIX Korpus Pancerny Guderiana nie jest w stanie opanować miasta.
 4 Dywizja Lekka (gen. Ritter von Hubicki) złożona głównie z Austriaków, dociera do Włodzimierza Wołyńskiego - najdalej na wschód wysuniętego przyczółka, do którego dotąd dotarł Wehrmacht.
 Niemcy wkraczają do Przemyśla.
  Pod Lwowem koncentruje się polska obrona Frontu Południowego.
 W Moskwie zostaje podpisane zakończenie walk w Mandżurii między Japonią a Związkiem Sowieckim. Stalin tylko na to czekał, teraz ma już wolną rękę do wspólnego z Hitlerem uderzenia na Polskę (notabene, w zawarciu tego porozumienia ogromny wkład miała niemiecka dyplomacja, która chciała przyspieszyć interwencję Związku Sowieckiego w Polsce).
 
 16 września niemiecki pierścień wokół Bzury się zaciska, ale dywizje Armii Poznań przebijają się przez dolną Bzurę ku Warszawie, ten manewr nie udaje się jednak dywizjom Armii Pomorze, które zostają odcięte.
 Tego dnia niemiecki I Korpus Armijny (gen. Petzel) ostatecznie zamyka okrążenie Warszawy od strony Modlina. Z niemieckich samolotów prócz bomb lecą teraz także ulotki z propozycją ewakuacji z Warszawy ludności cywilnej i korpusu dyplomatycznego. Pojawiają się też niemieccy parlamentariusze z żądaniem kapitulacji stolicy. Gen. Rómmel nawet ich nie przyjmuje, ale godzi się na opuszczenie miasta przez dyplomatów obcych państw. Po odmowie kapitulacji, Niemcy przeprowadzają silne natarcie z zamiarem zawładnięcia mostami na Wiśle. Atak zostaje odparty.
 Ciężkie walki toczą się tego dnia pod Lwowem, Biłgorajem i Brześciem nad Bugiem.
 Gen. Piskor - dowódca Armii Lublin, obejmuje także dowództwo nad Armią Kraków i przebija się w kierunku Lwowa.
 W sztabie Naczelnego Wodza w Kołomyi, rysuje się plan przeprowadzenia dużego kontruderzenia od strony Przedmościa Rumuńskiego siłami już zebranych wojsk Frontu Południowego i Frontu Środkowego (które mają wyjść na tyły wojsk niemieckich). Front Północny ma zaś przeciwdziałać niemieckim atakom z kierunku Brześć nad Bugiem- Międzyrzecz-Dęblin. Do Lwowa wciąż zmierzają kolejne dywizje, co daje szansę na skuteczne skumulowanie sił i przeprowadzenie uderzenia, podobnego do tego znad Bzury. W każdym razie nastroje w sztabie Naczelnego Wodza są wielce optymistyczne.
Tego dnia, o godz. 18:00 ambasador Niemiec w Moskwie - hrabia von der Schulenburg dowiaduje się od ministra Matołowa Mołotowa, że Sowieci uderzą jutro lub najpóźniej pojutrze. Mołotow twierdzi, że w ciągu kilku kolejnych godzin poda Schulenburgowi dokładną datę sowieckiej interwencji.
 A tymczasem sekretarka szefa Wydziału Operacyjnego Frontu Białoruskiego (który ma w dniu jutrzejszym uderzyć na Polskę) Leonida M. Sandałowa - mdleje, po przeczytaniu pierwszych linijek otrzymanego do przepisania na maszynie rozkazu ataku na Polskę. Sowieci są już gotowi do wojny. 
 
 
 Cóż, jak pisał (w 1946 r.) Aleksander Bregman o 17 września 1939 r.: "Prawdopodobnie przez lata całe będziemy analizowali tę straszliwą klęskę i dociekali, czy można jej było uniknąć. Jest to dyskusja konieczna. Ale, rzecz jasna, nie może to być tylko obrachunek błędów i szukanie ewentualnych winowajców. Rzeczą stokroć ważniejszą jest wyciągnięcie wniosków na przyszłość. Musimy analizować niedawną przeszłość, aby znaleźć odpowiedź na pytanie, jakie są warunki odzyskania utraconej niepodległości i - nieutracenia jej znowu. W ciągu dwudziestu lat niepodległości i jeszcze w pierwszych latach wojny polska myśl polityczna wychodziła na ogół z założenia, zrodzonego z doświadczeń rozbiorów, wydarzeń wieku XIX i pierwszej wojny światowej, że o ile współpraca niemiecko-rosyjska oznacza nieuniknioną klęskę Polski, o tyle konflikt i rywalizacja niemiecko-rosyjska niemal automatycznie prowadzi do odrodzenia i umocnienia niepodległego państwa polskiego.  Najdosadniej ujął tę tezę Stanisław Mackiewicz, który w r. 1941 pisał: "Jak istnieją prawa ekonomiczne, jak istnieje prawo popytu i podaży, tak istnieje prawo rządzące polityką polską. Znaczenie polityczne Polski jest funkcją stosunków rosyjsko-niemieckich. Z chwilą kiedy stosunki te są złe, znaczenie Polski urasta, Polska odzyskuje polityczną samodzielność. Kiedy stosunki rosyjsko-niemieckie naprawiają się, samodzielność polityki polskiej pada. W chwili niemiecko-rosyjskiej jedności działania niepodległość Polski zamiera. (...) Dziś, w świetle wydarzeń ostatnich sześciu lat, cała teza ta wymaga zasadniczej rewizji. Okazała się ona słuszna tylko w swojej negatywnej części: porozumienie niemiecko-rosyjskie jest oczywiście zabójcze dla Polski. Natomiast konflikt niemiecko-rosyjski nie stanowi jeszcze gwarancji wzmocnienia stanowiska Polski. Tragizm naszej sytuacji wyraża się w tym, że podczas gdy porozumienie Rosji i Niemiec z 23 sierpnia 1939 oznaczało rozbiór Polski, wojna tych dwu państw prowadziła - bez względu na jej wynik - do zaboru Polski przez państwo zwycięskie. Różnica zaiste niewielka. Tezę o "prawie rządzącym polityką polską" musimy więc poddać rewizji. Znaczenie polityczne Polski jest nie tyle funkcją stosunków między Niemcami a Rosją ile raczej siły tych państw. Znaczenie Polski rośnie, gdy Niemcy i Rosja są słabe, i to bez względu na to, czy współdziałają ze sobą czy też walczą ze sobą. Natomiast niepodległość Polski jest zagrożona, gdy któryś z tych sąsiadów staje się na tyle potężny, by móc wznowić tradycyjną politykę ekspansji i podbojów. (...) 
 
W stosunkach niemiecko-rosyjskich istnieje osobliwe wzajemne przyciąganie, dla którego trudno znaleźć analogię w stosunkach między jakimikolwiek innymi mocarstwami na świecie. Grają tu jakieś podświadome instynkty masowe, obopólna wiara, że - wszystko jedno czy przez porozumienie czy też przez walkę - dwa te narody muszą się zlać ze sobą, złączyć się i... władać światem. Mówi się, że zbrodniarza ciągnie na miejsce zbrodni. Można by bodaj twierdzić, że te dwa narody rozbójnicze ciążą ku sobie nawet wówczas gdy dzieli je wszystko, nawet gdy wiedzą, że ich cele nawzajem się wykluczają. Wszystko jedno czy współpracują ze sobą, czy też przygotowują się do walki - zawsze dążą do bezpośredniego kontaktu. Jakiekolwiek są w danej chwili ich stosunki, Polska przeszkadza i Niemcom i Rosji. Jeżeli pragną - z tych czy innych względów - współpracować, przeszkadza im, rozdzielając ich terytoria. Jeśli jedno z nich czuje się na siłach by poddać sobie drugie i urzeczywistniać siłą plan imperium od Renu (czy Atlantyku) po Władywostok, tak jak Hitler wczoraj, a Stalin dzisiaj - znowu Polska przeszkadza mu, stanowiąc zaporę, którą trzeba zniszczyć. (...) Polska nie może być niepodległa o ile jeden lub obaj jej sąsiedzi są w stanie budować imperium euroazjatyckie. W jakim wypadku warunek ten będzie spełniony? Kiedy zarówno Rosja jak Niemcy nie będą w stanie urzeczywistniać swego snu o bloku od Renu po Władywostok. Wydaje się, że pełną gwarancję dawałoby jedynie rozbicie Niemiec i Rosji na kilka mniejszych państw, przy jednoczesnym sfederowaniu się państw międzymorza bałtycko-czarnomorskiego. Tylko wówczas tragiczna dysproporcja sił między Niemcami, Polską i Rosją, wyrażająca się w stosunku, mniej więcej, 70:30:180, uległaby radykalnej zmianie".
  
 
I do tego właśnie potrzebujemy Ukrainy i Białorusi, a Białoruś i Ukraina potrzebują Polski. Jesteśmy na siebie skazani, na wspólną przyszłość (co oczywiście nie znaczy, że od razu mamy żyć w jednym kraju, nie o to chodzi) i im więcej zmierza ku temu faktów, tym lepiej, a serce me raduje się z każdym kolejnym tego typu zwiastunem odrodzenia wspólnoty dawnych Rzeczpospolitan:
 
 
TO UKRAIŃSKI PLAKAT MÓWIĄCY:
 
 
"BILIŚMY MOSKWĘ WTEDY, BĘDZIEMY BIĆ I TERAZ"
 
 
 
Podkreślam, to jest ukraiński plakat, a to co szczególnie rzuca się w oczy, to husarz i żołnierz w rogatywce. Rodzi się nowy naród, nowa Ukraina, która jest i będzie nam przychylna. To jest nieprawdopodobny kapitał na przyszłość, który jednak zapoczątkowali sami Polacy, przyjmując pod swój dach kilka milionów ukraińskich uchodźców. Odbudujemy Rzeczpospolitą w nowej formie, a Jej fundamentem już jest wsparcie i pomoc Polaków dla Ukraińców w tej wojnie, która tworzy nową jedność. Dziś, bogatsi o błędy przeszłości...
 
 

 
Stworzymy siłę, która w tej części Europy będzie stanowiła opokę dla wszystkich krajów Międzymorza, od Skandynawii po Grecję.
 
  
 
 
CDN.