Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 28 lutego 2021

WIELKA HISTORIA SEKSU - Cz. X

OD CZASÓW STAROŻYTNYCH

PO NAM WSPÓŁCZESNE

 
 

ANTYCZNA GRECJA, MACEDONIA

i EPOKA HELLENISTYCZNA

(ok. 800 r. p.n.e. - ok. 146 r. p.n.e.)

Cz. III

 
 
 

 
 

 KULT WIELKICH BOGIŃ

Cz. III

 
 
 

 
 

KULT MEGALE METER I MISTERIA ATTISA

Cz. I 

 
 
 
 Grecy nie przepadali za tym kultem i nie darzyli go większą (niż należało) estymą. Uważali go wręcz za barbarzyński obyczaj, podczas którego mężczyźni upojeni narkotycznym szałem, pozbawiali się swego przyrodzenia, aby ofiarować je następnie na ołtarzu Wielkiej Macierzy, zwanej przez Greków Megale Meter, a przez Rzymian Magna Mater. Uważano ten obyczaj za niegrecki a przez to nie zasługujący na większe uznanie. I rzeczywiście, kult Wielkiej Bogini nie był kultem greckim i został (w pewien sposób) zaadoptowany do Hellady z Azji Mniejszej, gdzie wcześniej był silnie rozpowszechniony. Kult ten był już znany Hetytom, zaś Wielka Bogini stanowiła tam część składową Wielkiej Rodziny bogów, której przewodził bóg burzy - Teszub. Wielka Macierz występowała tam, jako jego małżonka pod imieniem bogini Hebat. Inną hetycką epifanią Wielkiej Bogini, była Wuruszema, bogini słońca z Arinny. Hetycka królowa Putuhepa z Kizzuwatny (małżonka Hattusilisa III) utożsamiała obie te boginie jako jedną i nazywała ją "patronką ziemi i nieba, opiekunką królów i królowych Chatti". Pomimo to, zarówno Hebat jak i Wuruszema były (jako żeńskie twory) bóstwami drugorzędnymi w porównaniu do bóstw męskich - Teszuba czy też jego syna Telepinu, i to właśnie z nimi są związane najważniejsze akty i mity religijne Hetytów (np. mit o zagniewanym bogu Telepinu - który opuszcza ten świat, bo mu się ludzkość przestała podobać, a wraz z nim gaśnie ogień, usycha zieleń, więdną kwiaty, zwierzęta przestają się rozmnażać i porzucają swoje młode, lub też mit o walce Teszuba z ogromnym Wężem), kobiece bóstwa zawsze jednak stoją obok i służą radą oraz pomocą, gdy bogowie ponoszą klęski (to właśnie bogini Hebat wysyła pszczołę na poszukiwanie syna, gdy cały świat pogrąża się w anarchii, jak również po klęsce Teszuba w walce z Wężem, to bogini Inar przygotowuje ucztę, na którą zaprasza owego Węża, po czym oddaje mu się, a gdy Wąż nie może potem zmieścić się do swej jamy, wiąże go człowiek o imieniu Hupasija, a przyzwany Teszub zabija Węża). Niestety, czasem interwencje bogiń kończą się jeszcze większą katastrofą (pszczoła wysłana przez Hebat spotyka śpiącego Telepinu, po czym boleśnie go żądli co powoduje w nim taką furię iż gotów jest zniszczyć nie tylko świat ludzi, ale i bogów. Uspokajają go dopiero inni bogowie przy pomocy magicznych zaklęć).
 
Jednak grecki (a następnie rzymski) kult Wielkiej Macierzy, wziął się z północno-zachodniej części Azji Mniejszej. Tam bowiem, w rejonie góry Idy (na granicy Frygii Mniejszej z Myzją) istniał kult Wielkiej Bogini, wyznawany przez starożytne plemię Frygów, który to potem (bardzo powoli) zaczął przenikał do Grecji. Jednak był jeszcze jeden małoazjatycki ośrodek tego kultu i znajdował się on w odległym Pessynuncie we Frygii Większej, która to kraina w roku 278 p.n.e. została najechana przez trzy celtyckie plemiona (Tolistobogów, Tektosagów i Trokmów), a ośrodek ten znalazł się odtąd pod ich władaniem. Jak już wspomniałem, Grecy niezbyt przywiązywali się do krwawego kultu Wielkiej Macierzy, dlatego też główne informacje o nim pochodzą z czasów rzymskich, ponieważ Rzymianie skwapliwie przenieśli ten kult do siebie, jako potwierdzenie ich "małoazjatyckiego", trojańskiego pochodzenia. Stało się to pod wpływem rzymskiego rodu Klaudiuszów, którzy - reprezentując opcję nastawioną na ostateczne zniszczenie Kartaginy i rozpoczęcie ekspansji zamorskiej, wbrew stanowisku równie wpływowych Fabiuszów, reprezentujących pogląd że rzymska ekspansja powinna iść w kierunku północnym, do Alp i na ziemie Celtów - stali się naturalnymi sojusznikami ówczesnego konsula Publiusza Korneliusza Scypiona, pragnącego przegnać Kartagińczyków z Italii i zmierzyć się z Hannibalem bezpośrednio na jego własnej ziemi w Afryce. Klaudiusze zaś już od bardzo dawna praktykowali kult Wielkiej Macierzy, a ponieważ dzieje samego rodu były starsze od dziejów Rzymu (protoplastą rodu miał być Sabińczyk o imieniu Attus Clausus, przeto kult ten był ponoć przekazywany w rodzinie z pokolenia na pokolenie, stojąc nieco w opozycji do pierwotnej rzymskiej - ludowej - religijności. Już kilka razy Klaudiusze chcieli uczynić ten kult powszechnym, ale jakoś nigdy nie udawało im się postawić na swoim (po raz pierwszy zamyślano sprowadzić Wielką Macierz w roku 219 p.n.e. gdy wybuchła wojna z Hannibalem, potem w roku 216 p.n.e. gdy Rzym doznał potwornej klęski pod Kannami, która mogła zakończyć się rozpadem całego państwa). Ostatecznie dopięli swego w roku konsulatu Korneliusza Scypiona, gdy okazało się że Sybilla zażądała przeniesienia kultu Wielkiej Bogini do Rzymu (205 r. p.n.e.). Dlatego też początkowo zamierzano wyprawić się do miasteczka Ilium w Troadzie - jako znak jedności Rzymian z ich dawną ojczyzną (za którą uważano Troję) - ale szybko okazało się że Ilium do wioska bez większego znaczenia, w której kult "świętej matki" nie był wyznawany. Myślano też o udaniu się w rejon góry Ida, ale szybko z tego planu zrezygnowano i pospieszono do Pergamonu, w którym to panował król Attalos I - sojusznik Rzymu.
 
 

 
W tych "Nowych Atenach" (jak wówczas zwano Pergamon), w państwie króla "Zbawcy", pochodzącego z dynastii założonej przez... eunucha (Filatejrosa), Rzymianie znaleźli to, czego szukali. Był bowiem Pergamon miejscem kultu Wielkiej Macierzy (która czczona tam była jako bogini wiosny) i chociaż ośrodek pergamoński rywalizował z tym z Pessynuntu, to jednak realnie był tamtego wierną kopią. Rzymscy posłowie przedstawili więc królowi Attalosowi sprawę i poinformowali go o przepowiedni Sybilli, która orzekła iż: "jeśli wróg obcego rodu napadnie ziemię italską, może być wygnany z Italii i zwyciężony pod warunkiem, że Macierz Idejska z Pessynuntu będzie przewieziona do Rzymu". Poprosili więc o wizerunek bogini (Rzymianie nie utrzymywali wówcza stosunków z Celtami z Galatii i tam się wówczas nawet nie zapuszczali, dlatego też do Pessynuntu nie przybyli). Król - w dowód przyjaźni (potem mu się to bardzo opłaci) - ofiarował im swoją własną Macierz Pergameńską (bowiem innej nie posiadał) ze świątyni zwanej - Megalesion. Stamtąd wyniesiono Czarny Kamień (w którym rytualnie miała być obecna Wielka Macierz) i przewieziono go do Rzymu, gdzie 4 kwietnia 204 r. p.n.e. uroczyście złożono kamień w świątyni boginii Wiktorii na Palatynie i z tej też okazji urządzono wspaniałe igrzyska. Należy też pamiętać, że cały czas twierdzono iż jest to Macierz Idejska z Pessynuntu - tak, aby zgadzało się to z przepowiednią Sybilli. Przybycie bogini do miasta nad Tybrem, było niezwykle uroczyste. Wcześniej już wybrano "najlepszego obywatela" i "najlepszą obywatelkę", którzy mieli powitać Kybele (bo takie też imię Wielkiej Bogini było używane) w mieście Romulusa. Najlepszym obywatelem wybrany został kuzyn konsula Publiusza Korneliusza Scypiona - młody Publiusz Korneliusz Scypion Nazika, zaś najlepszą obywatelką wybrały rzymskie matrony równie młodą - Klaudię Kwintę (wywodzącą się z rodu Klaudiuszy). Niestety, w tym też czasie padło na młodą Klaudię dość poważne oskarżenie o to, że jakoby nie jest już "czystą". Złe języki zaczęły szeptać - a szept ten stawał się coraz donoślejszy - iż Kwinta lubuje się w wykwintnych sukniach, nosi starannie czesane warkocze, a jej uroda i delikatność cery przyciąga wzrok wielu. Innymi słowy, zaczęto więc podejrzewać że owa dziewczyna jest po prostu... puszczalska. Pytano więc - jeśli jest taka niewinna, to po cóż się tak stroi, po cóż prowokuje mężczyzn? Ona sama zarzekała się że jest dziewicą i że "nigdy nie poznała żadnego mężczyzny", ale nikt nie chciał wierzyć młodej dziewczynie. Chciano też pozbawić ją godności powitania bogini, gdyż nie godziło się aby reprezentantką rzymskich kobiet było dziewczę pozbawione czci (Klaudia Kwinta nie była jeszcze zamężna, a ponieważ posądzano ją o utratę dziewictwa, tym samym mogła jedynie obrazić boginię i sprowadzić na Rzym jej gniew). Nie pomagały ani prośby, ani łzy, ani zapewnienia o niewinności, ale ponieważ dziewczyna wywodziła się ze szlachetnego rodu Klaudiuszy, postanowiono przychylić się do jej prośby, która polegała na tym, że jeśli bogini ją odrzuci i jej nie zaakceptuje, ona godzi się ponieść natychmiast śmierć z rąk swych współobywateli, ale jeśli ją przyjmie - będzie to dowód jej niewinności i prawdomówności. Decemwirowie (odpowiedzialni za interpretacje ksiąg Sybilli) oraz senatorowie zgodzili się na tę propozycję. Gdy więc orszak Kybele zawitał do portu w Ostii, dziewczyna chwyciła (wraz ze Naziką) linę, prowadząc okręt ku brzegowi, a nastepnie położyła swe dłonie na Czarnym Kamieniu i... nic się nie wydarzyło. Uznano więc iż mówiła prawdę, gdyż bogini ją zaakceptowała i okrzykiem radości przyjęto Macierz Idejską w porcie, a nastepnie w Rzymie, zaś Klaudia Kwinta tym samym ocaliła życie.
 
Rzymianie co prawda uważali się za potomków Trojan, ale ich umysłowość i światopogląd był bardzo zbliżony do greckiego, celtyckiego, iberyjskiego czy nawet słowiańskiego (choć z tymi ostatnimi ludami nie utrzymywano wówczas żadnych kontaktów), natomiast znacznie różnił się od umysłowości Frygów, Kapadoków (i innych ludów Azji Mniejszej), Syryjczyków czy choćby Egipcjan. Tam bowiem (w większym lub mniejszym stopniu) akceptowano zarówno eunuchów, jak również mężczyzn którzy nosili kobiece suknie, natomiast dla Greków czy Rzymian takie coś było nie do pomyślenia (nie na darmo przecież chełpili się Grecy tym, że są prawdziwymi mężczyznami, a nie to, co ci zniewieściali Persowie, którzy nosili spodnie "jak kobiety". Dla Greków bowiem spodnie bardzo przypominały damski peplos lub chiton - czyli strój opadający do samej ziemi, a nie krótkie "spódniczki" noszone wówczas przez hoplitów i innych mężczyzn). Nic więc dziwnego, że gdy Rzymianie ujrzeli kapłanów Wielkiej Macierzy - eunuchów przebranych w kobiece suknie - byli totalnie zgorszeni tym widokiem. Niektórzy zaczęli nawet twierdzić że należy zakazać im zejścia na ląd i przestąpienia progu świątyni bogini Wiktorii na Palatynie (gdzie odtąd miał przebywać Czarny Kamień Macierzy Idejskiej), okazało się jednak że nie można im tego zabronić, jak również nie można zmienić dotychczasowego wschodniego obrzędu i należy przyjąć boginię "w pakiecie" z tym, z czym przybyła. Mimo to nie zamierzano zaakceptować takiego zniewieścienia, które stało w jawnej kontrze do wszystkich rzymskich cnót obywatelskich, dlatego też kapłani Kybele (pomimo początkowych zapewnień) nie otrzymali obywatelstwa rzymskiego, a reszcie obywateli surowo zakazano wstępowania do ich zgromadzenia (kapłani uzupełniani byli poprzed nabór wschodni, głównie małoazjatycki). Mało tego, aby nie rzucali się Rzymianom w oczy, zamknięto ich na klucz w małym domu przy świątyni Wiktorii, skąd byli wypuszczani... tylko raz w roku, gdy wśród mieszkańców miasta zbierali kwestę na rzecz swej bogini. Szybko więc Rzymianom przeszedł zapał do wielbienia Wielkiej Macierzy i jej kult w Mieście Wilczycy odtąd bardziej wegetował niż się rozwijał (nie miała nawet własnej świątyni), a stan ten trwał ponad dwa stulecia.
 
 

 
Dopiero po zamordowaniu Kaliguli i objęciu władzy przez cesarza Klaudiusza (41 r.) sytuacja ta zaczęła się powoli zmieniać. Klaudiusz bowiem - potomek rodu wyznającego kult Macierzy Idejskiej - zaczął rozpowszechniać go najpierw w samym Rzymie a potem w Italii. Zaczęto również powtarzać stary mit o pochodzeniu bogini i jej (wykastrowanego) kochanka Attisa. Opowiadał on o tym, iż król bogów Zeus poszukując kobiety (by dać ulgę swym lędźwiom) i nie mogąc żadnej znaleźć - spuścił się na czarny kamień, który natychmiast zapłodnił. Z kamienia tego narodził się dwupłciowy potwór Agdistis (posiadał zarówno męskie przyrodzenie jak i kobiece piersi). Bogowie jednak schwytali i wykastrowali go, zmieniając w boginię Kybele, lecz krew z odciętego przyrodzenia spadła na ziemię i zrodziła drzewo migdałowe, które wydało słodkie owoce. Z tego drzewa zerwała owoc córka boga rzeki Sangariosa - Nana, zjadła je i zaszła w ciążę, rodząc dziecię któremu nadała imię - Attis. Gdy ten już podrósł i zmężniał, sam postanowił się ożenić, lecz bogini Kybele/Agdistis zakochała się w nim i zjawiła się na jego ślubie. Ten jednak ją odrzucił, za co zesłała ona na wszystkich zebranych dziki szał, podczas którego mężczyźni pozbawiali się przyrodzenia. Tak samo uczynił Attis, który co prawda próbował uciekać, ale szał zesłany przez boginię i jego dopadł. Pozbawił się więc genitaliów pod jodłą i umarł z upływu krwi. Zakochana w nim Kybele pragnęła go wskrzesić, lecz nie zgodził się na to Zeus. Zezwolił jedynie, aby jego ciało pozostało wiecznie młode, a dowodem tego miał być ciągły porost włosów i ruch małego palca w dłoni Attisa. Bogini przybywała więc do ukochanego, aby ciąć mu włosy, obmywać jego ciało i dbać o niego, jednocześnie żałując swojego czynu (wedle innej wersji tego mitu, Attis zmienił się po śmierci w zieloną pinię i tym samym stał się świętym drzewem Wielkiej Macierzy). Istniało jeszcze jedno zakończenie tego mitu, które powstało jednak stosunkowo późno, gdyż dopiero w końcu III wieku p.n.e., a mówiło ono, iż Zeus ostatecznie zgodził się przywrócić Attisa do życia, jednak ten nie odzyskał już swej męskości, co doprowadziło do faktu iż musiał odtąd nosić kobiece suknie. Natomiast Kybele - będąc pierwotnie postacią androgyniczną (mającą podwójną naturę, łączącą ziemię i niebo) nosiła strój męski. Jednocześnie - co bardzo ważne - zarówno Attis jak i Kybele zachowywali całkowitą ascezę seksualną (stąd tak poważny zarzut o obrazę bogini w przypadku Klaudi Kwinty). Asceza seksualna bowiem nie zrodziła się wcale wraz z powstaniem chrześcijaństwa. Poganie także w wielu aspektach zachowywali daleko posuniętą czystość seksualną i często nawoływali do takowego postępowania i życia. Tyle sam mit. 
 
Co ciekawe jeśli chodzi o przywdziewanie przez bohaterów legend i mitów greckich strojów płci przeciwnej - temat taki czasem pojawiał się w greckiej literaturze i religii. Przykładem niech będzie tu choćby Achilles. Ten niewykły grecki heros, symbol seksu, siły i potęgi, z którym mógłby utożsamiać się każdy Hellen, bardzo męski w typie maczo. Ten właśnie wojownik przez pewien okres swego życia przebywał na dworze władcy wyspy Skyros Likomedesa, gdzie ukryła go jego matka - nereida Tetyda - w obawie przed jego przeznaczeniem, jakim miała być śmierć na wojnie. Ponieważ matka nie chciała by ktokolwiek go tam odnalazł - i zabrał na wojnę - poprosiła Likomedesa aby trzymał go wśród swoich córek w... kobiecym przebraniu. I tak też się stało, Achilles żył w otoczeniu córek Likomedesa i wraz z nimi uczestniczył w kobiecych zajęciach (w ruinach Pompei odkopano fresk, który nosił nazwę: "Achilles i córki Likomedesa"). Jednej z nich - Deidamei spłodził nawet dziecko, syna Neoptolemosa. Mimo to, natura okazała się silniejsza i gdy tylko na Skyros przybył Odys w przebraniu kupca (z zamiarem odnalezienia Achillesa i zabrania go na wojnę przeciw Troi) i rozłożył przez dziewczętami klejnoty oraz broń, Achilles jako jedyny chwycił za miecz, czym się wydał. Potem dzielnie walczył przez dziesięć lat pod Troją i ostatecznie zginął, trafiony w piętę - jedyne słabe miejsce na jego ciele - przez Parysa podczas upadu Troi. Podobne doświadczenie z damskimi sukniami, miał inny wielki grecki heros - Herakles. Popełnił on zbrodnię, polegającą na zabiciu władcy krainy o nazwie Ojchala, króla Ifitosa i kradzież trójnoga ze Świątyni Apollona w Delfach, za co - za zgodą Zeusa - został sprzedany na roczną niewolę do królowej Lidii - Omfale. Musiał oddać jej swą maczugę i lwią skórę (w którą był przyodziany), a sam wdziać kobiece suknie i pełnić niewieście zajęcia, takie jak np. przędzenie nici. Sama zaś Omfale stroiła się w jego skórę i zachowała jak mężczyzna (mit ten był dość popularny w starożytności, jednak ani komedie, ani dramaty satyrowe o tym opowiadające nie zachowały się do naszych czasów, poza może nielicznymi malunkami ściennymi w Pompejach. Również później powracano jednak do tego tematu w sztuce, np. w 1537 r. Lucas Cranach Starszy namalował obraz "Herkules i Omfale", ten sam tytuł nosił obraz Bartolomeo Sprangera z 1590 r., podobnie jak Petera Paula Rubensa z 1602 r., zaś w 1607 r. Abraham Bloemaert namalował obraz zatytułowany "Jowisz i Omfale", a w 1869 r. francuski kompozytor - Camille Saint-Saens skomponował symfonię noszącą tytuł: "Kołowrotek Omfali").
 
 

 
Jak jednak wyglądał dokładnie kult Attisa i Kybele i czy wiazało się to z seksualnością (np. za cesarza Klaudiusza, w 52 r. uchwalono prawo, na mocy którego wolna kobieta nie mogła odtąd "dzielić łoża" z niewolnikiem, a gdyby nie posłuchała, sama miała zostać sprowadzona do roli niewolnicy i można było ją sprzedać zgodnie z prawem. Zapewne wydanie takiej uchwały przez senat, miało pewien związek z rosnącą wówczas - również wśród kobiet - swobodą seksualną, podczas której zamożne damy coraz częściej sypiały ze swoimi niewolnikami, co musiało stać się prawdziwą plagą, stąd tak ostre przepisy dopuszczające nawet zniewolenie Rzymianki, gdzie w tym samym czasie obywatele Imperium cieszyli się coraz większymi prawami i przywilejami), o tym opowiem już jednak w kolejnej części.      
 


 
 
 
 CDN.
  

sobota, 27 lutego 2021

NIEWOLNICE - Cz. LI

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI

 
 

 
 

HISTORIA DRUGA

TEHMINA

NIEWOLNICA Z PAKISTANU

Cz. XXX

 
 
 

 
 
 Wyjechaliśmy w towarzystwie rodziny Jatoi i klanu Kharów oraz hordy ich braci z żonami do Arabii Saudyjskiej. Mieliśmy zamiar odbyć pielgrzymkę do Mekki i odprawić tam umrę w podziękowaniu za zwycięstwo Jatoi w wyborach w Kot Addu. Ja jednak zanosiłam własne modły, wołałam do Allaha, że brak mi już sił, by znosić dalsze zdrady i zniewagi Mustafy, i błagałam Go o miłosierdzie. 
 
Po powrocie z pielgrzymki udałam się razem z Mustafą do Londynu, gdzie mieliśmy do załatwienia pewną drażliwą sprawę. Adwokat, który mnie reprezentował w sprawie przeciwko Mustafie o porwanie dzieci, pan Garret, zaskarżył nas do sądu w sprawie swojego wynagrodzenia. Mieli mu zapłacić moi rodzice, ale gdy powróciłam do Mustafy, odmówili i Garret żądał od nas pięćdziesięciu tysięcy funtów i groził nam przejęciem naszego brytyjskiego mienia - apartamentu w mieście i domu na wsi. Przyglądałam się jak Mustafa, siedząc naprzeciwko adwokata targuje się z nim jak z jakimś sprzedawcą na bazarze: 
 
- Płacę panu za nic - zaczął. - Nie widzi pan, że to śmieszne? Pańska klientka siedzi tutaj ze mną. Nie udało się panu sprowadzić mnie tutaj ani aresztować, nie potrafił też pan zwrócić jej dzieci. Musiała do mnie wrócić.
 
Garret nie stracił pewności siebie i przypomniał Mustafie, że prawo jest po jego stronie. Jeśli nie zapłacimy, będzie mógł sprzedać nasze mienie bez naszej zgody. Mustafa żądał od adwokata obniżenia honorarium ze względu na to, że ten "poniósł porażkę", ostatecznie zgodzili się na sumę trzydziestu pięciu tysięcy funtów. Pieniądze pochodziły z naszego wspólnego portfela i miałam ogromną satysfakcję, że Mustafa musiał się dołożyć do zapłaty za wszystkie spowodowane przez siebie kłopoty. Nareszcie, choć w małym stopniu, zapłacił za to, co zrobił. Śmiałam się w duchu, że musiał zapłacić za własny nakaz aresztowania. Gdy wypisywał czek, pomyślałam: "Jakie to pocieszające wiedzieć, że jestem winna temu człowiekowi trzydzieści pięć tysięcy funtów". 
 
Po powrocie do Pakistanu dowiedzieliśmy się, że moja babka umiera na raka płuc, dawano jej jeszcze dwa miesiące życia. Wszyscy zebraliśmy się w domu mojego wuja Asada w Lahore, gdzie seniorka rodu oczekiwała na swoje odejście. Adila nie czuła powagi chwili i nawet wtedy, gdy z naszej babki ulatywało życie, nie zaniedbywała strojów pilnie bacząc, by wszystkie dodatki pasowały do całości. Jej obecność mnie irytowała, ale nie mogłam jej na razie nic konkretnego zarzucić.
 
Mustafa miał odebrać mnie z domu wuja Asada o piątej po południu, ale zadzwonił i powiedział, że się spóźni z powodu ważnego spotkania. W tym momencie zdałam sobie sprawę, że Adila wyjechała godzinę temu samochodem babki. Zapytałyśmy z Zarminą kierowcę, dokąd ją zawiózł. Odpowiedział, że wysiadła przy księgarni i poprosiła by na nią nie czekał, bo sama wróci do domu. Brzmiało to bardzo dziwnie, nawet ci, którzy mieszkali w Lahore nie ruszyliby się nigdzie bez środka transportu. Zarmina spojrzała na mnie znacząco. Szybko poszłam do łazienki i połknęłam dwie tabletki na uspokojenie. Adila wróciła około wpół do ósmej wieczorem, a Mustafa wkrótce po niej. Nie mogłam spojrzeć im w twarz. Ojciec powiedział mi, że źle wyglądam. Chora babka wyczuła, że jestem roztrzęsiona, ona jedna była w stanie rozszyfrować moje uczucia. Zapytała mnie, co się stało.
 
- Módl się za mnie - poprosiłam ją. - Potrzebuję twojej modlitwy. Nie wiem, co się ze mną dzieje. 
 
Nagle twarz babki poszarzała i wyglądała, jakby się skurczyła, jeszcze nigdy jej takiej nie widziałam. Wiedziała, czuła to w powietrzu - powróciła Adila! Czułam, że Mustafa czeka tylko na śmierć mojej babki, po jej śmierci będzie mógł bez obaw atakować i niszczyć osobę, którą się przez te lata stałam. Mustafa Khar nie był po prostu zdolny żyć z dorosłą kobietą, która była w stanie wziąć na siebie odpowiedzialność za własne życie. Chciał mnie ponownie sprowadzić do poziomu nerwowo chorej i zastraszonej dziewczynki. Młoda i atrakcyjna Adila idealnie nadawała się do tego, by zepchnąć mnie z powrotem na moje dawne miejsce. 
 
Nadchodził kres życia babki, podobnie jak nadchodził kres mojego małżeństwa. Przewieziono babkę do szpitala. Przesiadywałam w jej pokoju, patrzyłam, jak walczy z bólem, pragnąc przekazać jej, jak bardzo ją kocham. Kiedy zadzwoniłam do domu, włączyłam się w jakąś rozmowę, słyszałam głos Mustafy, ale nie mogłam usłyszeć, z kim rozmawiał.
 
- Ktoś jest na linii - zwrócił się Mustafa do swojego rozmówcy. - Zadzwonię do ciebie później. 
 
Natychmiast posłałam Zarminę i Riaza do ich domu, gdzie zatrzymały się Adila z matką. Mieli udać się na górę i podnieść drugą słuchawkę telefonu. Ja zostałam w tym czasie w szpitalu, wykonując przy babce drobne zabiegi, które mogły jej przynieść ulgę i modliłam się, by moje podejrzenia się nie sprawdziły. Zarmina wróciła, usiadła obok mnie i powiedziała, że rozmówcą nie była Adila. Powiedziawszy to, szybko się odwróciła. Szeptem, tak żeby babka nie usłyszała, poprosiłam ją, aby powiedziała mi prawdę.
 
- Miałaś rację - przyznała Zarmina. - To była Adila. Umawiali się na wieczór. Teraz, gdy umiera nasza babka. - to rzekłszy, pobiegła do łazienki, żeby zwymiotować. 
 
Musieli jednak zmienić plany. Babka poczuła, że nadszedł jej czas, więc zwołała całą rodzinę i w obecności wszystkich oświadczyła:
 
- Będę się modliła, żeby Bóg zesłał karę na każdego, kto przysporzy cierpienia Tehminie. Na sercu tego, kto to zrobi, wyrosną wrzody i będzie cierpieć tak, jak nigdy sobie nie wyobrażał że można cierpieć. - Spojrzała na sufit, a właściwie gdzieś hen poprzez sufit i wykrzyknęła: - O Allahu! Zostawiam Tehminę pod Twoją opieką. Nie zawiedź mnie, ona nie ma nikogo, kto by ją chronił, nawet mnie od niej zabierasz. Idę do Ciebie z radością, ale moja dusza błaga Cię, chroń Tehminę. 
 
Przywołała do siebie Mustafę, wzięła go za rękę i powiedziała:
 
- Tehmina jest z tobą bardzo nieszczęśliwa, ale była przy tobie w ciężkich chwilach i walczyła o ciebie. Dzisiaj ja proszę cię o przysługę. Bądź dla niej dobry. Bądź dobrym mężem. Ona nie może być znów nieszczęśliwa. To moja ostatnia prośba do ciebie. To moja ostatnia prośba do wszystkich na tej ziemi. - gdy wypowiadała te słowa, jej głos stawał się coraz słabszy: - Jeśli będziesz szedł przez życie sam bez Tehminy, każdy twój krok, o którym będziesz myślał, że przynosi ci zaszczyt, w rzeczywistości przyniesie ci wstyd. Będziesz szukał sławy, władzy i szacunku, ale nie znajdziesz nic poza upokorzeniem. Jeśli ona będzie z tobą, Bóg pozwoli ci panować nad wszystkimi. Będę się o to modlić.
 
- Proszę się nie martwić - wyszeptał w odpowiedzi Mustafa. - Zaopiekuję się Tehminą, obiecuję. 
 
Babka zapadła w śpiączkę. Czuwaliśmy przy niej na zmianę przez całą, straszną noc. Mimo że była już prawie nieprzytomna, każdy z nas miał jej coś do powiedzenia. Kiedy przyszła moja kolej, płakałam, mówiąc do niej cicho:
 
- Tym razem nie będzie cię przy mnie. Nie będziesz się już za mnie modliła. Nie będę mogła już nigdy przyjść do twego domu. Dokąd mam się udać? Dokąd? 
 
Nie usłyszałam odpowiedzi i spojrzałam na nią, jej twarz była pozbawiona wyrazu. Babka zostawiała mnie, miałam sama stanąć twarzą w twarz z najboleśniejszą sytuacją, jaką mogłam sobie wyobrazić. Wiedziałam, że nie mogę oczekiwać wsparcia ze strony rodziców, zbyt zajętych ratowaniem swej utraconej pozycji towarzyskiej. Wątpiłam, czy babka mogła mnie jeszcze usłyszeć, ale ciągnęłam dalej: 
 
- Odchodzisz ode mnie wtedy, gdy wszystko zaczyna się od nowa. Jestem taka samotna. Dlaczego musisz mnie opuszczać? Dlaczego? - zaczęłam histerycznie płakać. 
 
Nagle zobaczyłam spływające po policzkach babki wielkie łzy. Zapomniałam o własnym cierpieniu i zdałam sobie sprawę, że w ostatnich chwilach jej życia zadawałam jej jeszcze więcej bólu. Chociaż była nieprzytomna, wiem, że usłyszała moje słowa. Próbowałam ją uspokoić:
 
- Nie martw się - szeptałam do niej. - Proszę, przestań płakać. Wytrzymam to, obiecuję ci. Jestem silna, wiesz, że tak jest - wolno odsunęłam się od tej, która była mi zawsze tak oddana.
 
Po mnie przyszła kolej na Adilę. Moja najmłodsza siostra weszła do pokoju pożegnać się z nią, ale była tam tylko przez chwilę i wybiegła z krzykiem:
 
- Coś jej się stało! Kręci głową... wygląda, jakby z kimś walczyła. To straszne. Chodźcie zobaczyć. 
 
Wiedziałam, co się stało, babka, nawet nieprzytomna, nie mogła wytrzymać obecności Adili. Zaraz po tym zmarła, a ja, chociaż żyli moi rodzice, zostałam sierotą. Stałam się taka jak dawniej. Spędzałam całe dnie podsłuchując rozmowy telefoniczne, wąchając jego koszule czy nie pachną jej perfumami, i szukając na nich śladów szminki. Ponownie zaczęłam się modlić. Nienawidziłam go, a jednocześnie chciałam go trzymać przy sobie. Czy to moje serce cierpiało, czy raczej moja miłość własna? Ból był zbyt przejmujący, abym była w stanie to rozróżnić. 
 
Pewnego dnia spotkałam się z Adilą w obecności reszty rodziny. Widziałam, jak spłonęła rumieńcem, gdy mnie zobaczyła. Podejrzewałam, że miała umówione spotkanie z Mustafą, bo chodziła po pokoju i wymyślała jedną za drugą wymówki, dlaczego musi wyjść. W końcu powiedziała, że ma umówione spotkanie z przyjaciółką, niejaką "Sarą", która właśnie przyjechała z Karaczi, i w pośpiechu wybiegła z domu. Zapytałam o to Tasneem, u której to Adila mieszkała.
 
- Nic nie wspominała o przyjeździe przyjaciółki z Karaczi - odrzekła szwagierka Adili. - Właściwie jest tylko jedna "Sara", o której często wspomina, ale ona przebywa za granicą. 
 
Odkryłam ku mojemu zdziwieniu, że mam w niej sojuszniczkę i poczułam ulgę. Tasmeen powiedziała mi, że wie, co się dzieje. 
 
- Twój mąż przyjeżdża tu po nią, a potem ją odwozi - opowiadała. - Nie mogę powiedzieć o tym mojemu bratu, nie uwierzy mi. 
 
Mustafa wrócił do domu po wpół do jedenastej wieczorem, cały zlany potem. Na jego koszuli widniały wyraźne ślady różowej szminki. Powiedział mi, że był na publicznym spotkaniu, gdzie było tak gorąco, że nawet buty mu przemokły! Z tym wyjaśnieniem udał się do łóżka. Przez pewien czas leżałam obok niego z otwartymi oczami zastanawiając się, co począć. Potem zeszłam na dół, zadzwoniłam do Tasneem i zapytałam, o której godzinie wróciła Adila.
 
- Około dziesiątej trzydzieści - odrzekła Tasneem. - Była cała mokra. Od razu pobiegła na górę, unikając ze mną spotkania na wszelki wypadek, gdybym miała jakieś podejrzenia. Ale widziałam, jak ją odwiózł beżowym pajero. 
 
Nasz samochód! Powróciłam do łóżka bez czucia. Mustafa obudził się o trzeciej nad ranem, wziął prysznic, a potem rozłożył matę i zaczął się modlić. Nie zdawał sobie sprawy, że ja wciąż nie spałam i zdziwił się słysząc mój pełen szyderstwa głos.
 
- Myślałam, że robisz ze mnie idiotkę, ale nie miałam racji, ty próbujesz oszukać Boga. 
 
Nie zwracał na mnie uwagi i kontynuował modlitwę, lecz ja nie dawałam za wygraną.
 
- Ośmielasz się zwracać do Niego po tym, jak robiłeś to wszystko, czego On zakazuje? Zrobiłeś dziś coś, czego On wyraźnie zabronił i za co już kiedyś błagałeś Go o wybaczenie. Ponownie Go zdradziłeś. O czym z Nim teraz rozmawiasz, Mustafo? Że znowu jest ci przykro? Czy naprawdę myślisz, że możesz okłamać Boga? Naprawdę tak uważasz? Jeśli wydaje ci się że możesz Go oszukać, to ja muszę być niczym. Nie chcę już nawet dłużej z tobą walczyć, On musi przejąć tę walkę. To Jemu ubliżyłeś znacznie bardziej niż mnie.
 
- Skończ z tymi bzdurami! - powiedział rozkazującym głosem Mustafa przerywając modlitwę. - Zwariowałaś. Nic nie zrobiłem. Wyssałaś sobie to wszystko z palca. Jesteś psychicznie chora. 
 
Do oczu napłynęły mi łzy, instynktownie sięgnęłam po obrazek mojego patrona, świętego Hazrata Ali i trzymałam go przez chwilę kurczowo w ręce. To on wspomagał Mustafę w więzieniu. Mustafa zapomniał o nim po wyjściu na wolność, bo tak mu było wygodnie, ale on wiedział, że moja wiara nie była tylko przelotnym kaprysem. Mustafa podszedł do mnie i wyrwał mi z rąk obrazek.
 
- To! - krzyknął, spoglądając z pogardą na wizerunek świętego. - To ma cię uratować? - porwał obrazek na strzępy i wypadł jak burza z pokoju. 
 
Zbierając kawałki poświęconego papieru, prosiłam Boga o przebaczenie. Od tej chwili nieustannie go śledziłam. Zadzwoniłam do Nuscie, gdy go nie było w domu i razem zastanawiałyśmy się, jak ich złapać na gorącym uczynku. Ponieważ nie wolno mi było wychodzić i nie potrafiłam prowadzić samochodu, detektywem została Nuscie. Była załamana widząc, jaki mam słaby charakter, zamiast się z nim rozwieść, rozpaczliwie próbowałam zbierać kawałki rozbitego szkła pozostając w rezultacie z krwawiącymi ranami. Na nic zdały się jej rady, żadne inne wyjścia były nie do przyjęcia. Zresztą nie mogłam nic zrobić, dopóki nie miałam dowodów. Każdy inny mąż byłby ostrożniejszy wiedząc, że jego żona jest wyjątkowo podejrzliwa, ale nie Mustafa. 
 
Następnego dnia wyszedł z domu o siódmej wieczorem oświadczając, że wróci o dziewiątej. Jak tylko odjechał, zadzwoniłam do Tasneem, która potwierdziła, że Adila także wybiera się gdzieś między siódmą a dziewiątą wieczorem. Potem zadzwoniłam jeszcze raz. Tym razem Tasneem oświadczyła mi, że moja siostra odjechała już z Mustafą. Nie mogłam znaleźć Nuscie. Szybko poprosiłam o pomoc jedną z moich kuzynek. Razem podjechałyśmy pod dom Tasneem i zaparkowałyśmy samochód na rogu, skąd mogłyśmy obserwować wejście. Za piętnaście dziewiąta przed domem zatrzymał się beżowy pajero. Mustafa siedział za kierownicą, a Adila wyskoczyła z przedniego siedzenia, które zwykle ja zajmowałam, i pobiegła do domu. Zauważyłam w oknie wyglądającą zza zasłony Tasneem. Szybko wróciłyśmy z moją kuzynką do domu wyprzedzając Mustafę. Tego wieczoru nie miałam siły z nim się kłócić, nie chciałam słuchać ani jego zaprzeczeń, ani potwierdzenia.
 
 

 
Następnego dnia polecieliśmy do rodzinnej wioski mojej matki, by wziąć udział w chelan zmarłej babki (obrządek kończący czterdziestodniowy okres żałoby). Zdecydowałam się powiedzieć o wszystkim matce. Matka bardzo się tym przejęła i nie ujawniając źródła informacji, zapytała o to Adilę. Adila przyznała, że umawiała się z Mustafą trzykrotnie, utrzymywała jednak, że "nic się nie wydarzyło" i matka jej uwierzyła.
 
- Co to znaczy "nic się nie wydarzyło"? - krzyknęłam, gdy matka mi o tym powiedziała. - Jak mogłaś w to uwierzyć? Jak mogłaś siedzieć i spokojnie wysłuchiwać, jak tłumaczy się z randki z mężem swojej siostry? Jak możesz być taka nieczuła i bierna? Wiesz, że miała kiedyś z nim romans. Widzisz, że zaczęło się to na nowo. A jednak jej wierzysz mimo dowodów, jakie ci dostarczyłam? Podziwiam cię. Zgrzeszyła ponownie i ma odwagę powiedzieć, że nic nie zrobiła? Czy uwierzyłabyś Sabinie, gdyby to ona poszła na randkę z twoim mężem?
 
W stosunku do siebie matka stosowała inne kryteria. Tak było zawsze. Moja rozpacz nie miała końca. Wszyscy widzieli, że płaczę, ale myśleli, że to z powodu babki. W końcu udało mi się porozmawiać z Adilą w obecności matki. Powiedziałam jej, że wiem o wszystkim, i oświadczyłam:
 
- Chcę poinformować was oboje, że udało wam się zniszczyć dom, który ja tak rozpaczliwie próbowałam utrzymać. Zniszczyliście nie tylko mój dom, zniszczyliście również dom czwórki moich dzieci, ale ostrzegam was, że tym razem macie do czynienia z inną osobą. Być może uważacie, że nadal jestem tym nędznym robakiem, którego znaliście w Londynie i którego nieomalże rozdeptaliście. Wiedzcie jednak, że między "Tiną"  a "Tehminą Khar" jest wielka różnica, będę walczyć z niesprawiedliwością, która mnie spotkała, nawet gdybym miała umrzeć.

Adila, niewzruszona, odrzuciła do tyłu długie włosy.
 
- Czy zdajesz sobie sprawę, co dla ciebie zrobiłam? - spytała. - Nie nazwałabyś mnie siostrą, gdybyś wiedziała, nazwałabyś mnie aniołem. Ocaliłam twoje małżeństwo. 
 
Oświadczyła, że Mustafa ugania się za nią i chce się z nią ożenić, lecz ona powiedziała mu, że nie ma zamiaru niszczyć mojego domu. Jeżeli nawet mówiła prawdę, to nie powinna była nigdy pozwolić mu się do siebie zbliżyć. Dlaczego wdawała się w negocjacje, skoro nie miała czego negocjować? 
 
Próbowałam ostrzec Mustafę o gniewie bożym, jaki go czekał.
 
- On wystawia cię na próbę, czy ty tego nie widzisz? - spytałam go. - Sprawdza, czy twoja prośba o miłosierdzie, jaką wznosiłeś do Niego w więzieniu, była szczera. Tauba to umowa z Bogiem co do przyszłości, nie możesz jej tak lekko traktować. - prosiłam go, żeby nie działał na swoją szkodę. - Zniszczysz siebie, żonę, o której odzyskanie walczyłeś, oraz dzieci, które, jak twierdzisz, darzysz miłością. Ucierpi na tym nawet polityka. Dzięki roli, jaką odegrałam w twoim życiu, jestem osobą znaną. Opinia publiczna cię nie oszczędzi.
 
Nic nie odnosiło skutku, nie chciał mnie słuchać. Czasem pocieszał mnie i mówił o moim "rosnącym obłąkaniu", innym razem łajał mnie za "histeryczny brak pewności siebie". Oświadczył, że cierpię na kryzys okresu przejściowego.
 
- Zdarza się to kobietom, które nie mogą zaakceptować faktu, że się starzeją - stwierdził zadowolony z siebie. 
 
Mam trzydzieści sześć lat, Adila o trzynaście mniej. Mustafa zaczął się zachowywać jak młodzieniec, nosił koszulki z krótkim rękawem i dżinsy oraz garnitury w stylu safari i buty z krokodylej skóry. Patrzyłam w lustro i myślałam ze smutkiem, że może ja również powinnam się zmienić: muszę wyglądać jak ona, muszę zacząć ubierać się jak ona, muszę zmienić całą swoją osobowość, tak aby upodobnić się do niej. To jedyny sposób. Być może wtedy moje małżeństwo odżyje. "Spójrz tylko na siebie - myślałam - w tych białych strojach i z głową w chmurach nie podobasz mu się, nie jesteś w jego typie. Adila tak. Lecz mimo to twierdzi, że cię kocha. On tylko tak mówi, cały czas tylko tak mówi". Patrzyłam na swoje odbicie w lustrze i słyszałam głos Mustafy: "Nie ma drugiej takiej kobiety jak ty. Ale chcę, żebyś znów miała szesnaście lat, chcę z tobą romansować". Cofnęłam się. "Nie mogę tego zrobić - pomyślałam - nie mam szesnastu lat. Jestem matką pięciorga dzieci. Mam trzydzieści sześć lat. Jak mogę romansować z mężczyzną, który ma romans z moją siostrą? Jak?" Uciekłam się do Boga. Odwiedzałam świątynie, modliłam się na wszystkie znane mi sposoby:
 
- Proszę, spraw, by mój dom się nie rozpadł. Oszczędź moje dzieci, proszę.
 
Płakałam i błagałam Boga o pomoc. Odpowiadała mi cisza. "Nie możesz się załamać - tłumaczyłam sobie. - Nie wolno ci. Wyjedź na jakiś czas, spojrzyj na wszystko z dystansu". Byłam w stanie zaakceptować inną kobietę, pogodziłabym się z tym i wyszłabym silniejsza. Ale nie moją siostrę, nie Adilę. Wiedziałam, że muszę odejść od Mustafy, ale nie wiedziałam, kiedy, ani jak mam to zrobić. Potrzebowałam też dowodów. Mimo że moja rodzina znała prawdę, to jednak przyjmowała do wiadomości wersję Mustafy i Adili. Utrzymywali, że były to moje urojenia i że tracę znowu rozum. Ponownie stałam się dla nich warzywem.
 
Pewnej nocy Mustafa chciał się ze mną kochać i z jego zachowania wnosiłam, że nie przyjmie odmowy. Musiałam się zgodzić. Kontrolowałam swą nienawiść. Patrzyłam ponad jego ramieniem i błagałam Boga, by go ukarał: "Boże - wołałam w myślach - to jest kazirodztwo, zabroniłeś mężczyźnie żyć w tym samym czasie z dwiema siostrami, tak jest napisane w Twoim Koranie. Jeśli stworzyłeś taką zasadę, to nie pozwolisz, żeby znów mnie to spotkało. Nie pozwól temu człowiekowi nigdy więcej mnie dotknąć, nie pozwól, by z taką zuchwałością sprzeciwiał się Tobie. Ja nie mogę nic zrobić, ale Ty potrafisz położyć temu kres". Zdarzył się cud. Od tamtej nocy Mustafa przestał mnie dotykać. Każdej nocy wchodził do łóżka, kładł głowę na poduszce i usypiał. Było to niezaprzeczalnym dowodem boskiej interwencji. 
 
 
 
 
 
 
CDN.
  

czwartek, 25 lutego 2021

PIERZASTY WĄŻ NADCIĄGA ZE WSCHODU - Cz. VI

W POSZUKIWANIU ELDORADO

 
 

 
 
POD GWIAZDĄ PORANNĄ
 
 
 
 
 
 
"RZEKLIŚCIE, PANOWIE, ŻE NIGDY ŻADEN Z NAJSŁYNNIEJSZYCH WODZÓW RZYMSKICH NIE DOKONAŁ TEGO, COŚMY DOKONALI I RZEKLIŚCIE PRAWDĘ, OTO TERAZ I W PRZYSZŁOŚCI, ZA WOLĄ BOŻĄ, HISTORIA OPOWIADAĆ BĘDZIE ZNACZNIE WIĘCEJ O NAS ANIŻELI O TAMTYCH"
 
HERNAN CORTEZ
 (WRZESIEŃ 1519 r.)
 
 
 Montezuma długo nie mógł zasnąć tej nocy. Cały czas rozmyślał nad przyszłością swego ludu. Czyżby bogowie rzeczywiście zapragnęli sprowadzić koniec świata? Zewsząd dobiegały go odgłosy płaczu i wielkiego żalu mieszkańców Miasta na Wyspie, które to dotąd było niezwyciężone wśród mrowia nieprzyjaciół i wiedzione pewną ręką Kolibra Południa (Huitlzilopochtli), wybrane przez Wężową Matkę (Cihuacoatl), dostępowało zaszczytu napojenia naszego Pana krwią ofiarników, dzięki czemu słońce codziennie rozpraszało mroki nocy. Czy świat który znamy przestanie istnieć? Ponoć biali bogowie nie chcieli przyjąć mięsa zroszonego krwią ofiarników, które wysłane im zostały w dowód naszej czci i uznania. "Biali bogowie". A może to nie są wcale bogowie, może to tylko ludzie - dziwni, niebezpieczni, dosiadający potwory przypominające jelenie, mający przy sobie duże psy i czyniący sporo huku i dymu z przedmiotów przypominających kije i wielkie skały. A jeśli jednak to są bogowie? Przecież wielki Quetzalcoatl - Gwiazda Poranna, nim przepędzony został przez wszechpotężnego Tezcatlipoca (Dymiące Zwierciadło), sam również nie przyjmował ani krwi, ani mięsa złożonych mu w ofierze jeńców. Ponoć wódz owych przybyszów zza Wielkiego Morza, podobnie jak Quetzalcoatl nosi brodę. Czyżby więc to był on? Przecież zapowiedział swój powrót, gdy wsiadłszy na tratwę udał się na wschód, wyrzekł te oto złowróżbne słowa: "Powrócę w roku jednej trzciny i wówczas przywrócę swoje panowanie. Nastanie wtedy czas wielkiego cierpienia ludzi". Ani za Tenocha Prawodawcy (1363) ani też za mego stryja - Montezumy Ilhuicaminy (1467) gdy wypadał Rok Jednej Trzciny - Quetzalcoatl się nie objawił. Aż do teraz, gdy ponownie rok ten nadszedł (1519). Czy mogę więc być spokojny, gdy brodaty wódz "białych bogów" dopytywał się o mnie mych posłańców. A może powinienem się ukryć, schować tak, aby mnie nie odnaleźli - rozmyślał Montezuma - skoro nawet wysłani przeciw nim czarownicy - mający odwieść ich od przybycia do Tenochtitlan - nie dali sobie z nimi rady?  Zbiec do Domu Słońca na zachód, lub do Domu Cintli na południe? A może do Ziemi Tlaloca, póki jeszcze wschodnie przejścia są bezpieczne?

Te rozważania zostały nagle przerwane, gdy słudzy donieśli wielkiemu tlatoani o powrocie wysłanych przez niego wcześniej posłów do "białych bogów" ze wschodu. Montezuma poderwał się na równe nogi i czym prędzej polecił przysłać posłów do wielkiej sali tronowej Pałacu Quetzalpapalotl. Montezuma tak był zafascynowany przybyciem posłów, że nie zdążył się nawet przebrać, a dworska etykieta wymagała by tlatoani ludu Mechikas (Mexicas - inaczej Azteków) zmieniał swój strój cztery razy dziennie, po czym nigdy nie wkładał go już ponownie, a był on uroczyście palony w pałacowym piecu (szyciem kolejnych ubrań dla władcy zajmowała się jego oficjalna małżonka, siostry i inne damy z królewskiego haremu). Gdy więc Montezuma wszedł do sali, znajdował się w niej już spory tłum zebranej pałacowej szlachty (pipiltin) w różnej formie spokrewnionej z panującym monarchą. Posłowie, nim zbliżyli się do władcy, musieli zdjąć swe bogate szaty i przywdziać ubogie stroje pospólstwa (calpultin), zdjąć buty i boso w pewnej odległości od tronu, upaść przed władcą na twarz (nie wolno im było spojrzeć królowi w oczy). Gdy wreszcie Montezuma pozwolił im mówić, jeden z zebranych posłów rzekł: "O Panie i Królu nasz. Ty, co rozświetlasz mroki Południa i Północy, ty co niesiesz przed sobą pióra Quetzalcoatla i cieniem jesteś Tetzalipoca - pana ludzkiego przeznaczenia, o drogo wiodąca do Tlalocan, o pierworodny czcigodnej Tonantzin", gdy poseł skończył swą mowę, Montezuma zadał mu pytanie: "Czy przybysze ze wschodu są bogami?". "O synu Miclantecutli, prawa ręko Dostojnego Węża z Tlailotlac, przesławny wśród wielkich Montezumo - doprawdy trudno pojąć rozumem czym, lub kim są owi biali przybysze. Spotkaliśmy ich na Przełęczy Orła pomiędzy ośnieżonymi szczytami gór Popocatepetl i Iztactepetl gdy powracali z Choluli. Wręczyliśmy im złote chorągiewki z piór quetzala, złote naszyjniki, obręcze i inne przedmioty, które poleciłeś nam przekazać, Ty, który stoisz z Huitzilopochtli w jednym szeregu. Wtenczas oczy jakby się im zaświeciły, twarze ich pojaśniały od uśmiechów i uradowali się bardzo rozkoszując się owym złotem. Jednak, jeśli zapytasz mnie - pokornego niewolnika - czy są to bogowie, powiem że nie! O Panie nasz, niczym małpy podnosili to złoto, siadali na znak zadowolenia i wciąż dopytywali się o więcej, jeszcze więcej złota, wymieniając nazwę Eldorado. Widać że niczym wygłodniałe świnie łakną oni złota, wyrywają je sobie z rąk, potrząsają nim, oglądają je z każdej strony. Niestety, nie wiadomo co mówią, gdyż posługują się językiem nam nieznanym, o barbarzyńskim dźwięku. Doprawdy więc, nie są to bogowie, a jeśli się mylę, to oznacza że bogowie są zupełnie inni, niż nam się zdaje". "A czy biały wódz, czy..." - Montezuma zamyślił się chwilę - "...czy to jest Quetzalcoatl - Pierzasty Wąż ze Wschodu?", "Doprawdy nie wiem o nadziejo Huehueteotla, wygląda jak człowiek, oni wszyscy wyglądają jak ludzie, poza tym że są biali, niczym z wapna".
 
 

 
Dalsza rozmowa zeszła na temat zagrożenia, jakie biali przybysze mogą sprowadzić na Mechikanów i czy rzeczywiście takie niebezpieczeństwo istnieje. "Dosiadają okrakiem potwory i jeżdżą na nich, a te się ich słuchają, plują ogniem na odległość, odziani są w żelazo, nie walczą tak jak ludzie, tak jak my!" - odrzekł ów poseł o imieniu Tzihuacpopoca, "potrafią być niebezpieczni, a morderstwa, jakich dopuścili się w Choluli, powinny być potwierdzeniem mych słów. A poza tym idą z nimi Tlaxcallanie, a ci tchórze oddadzą się każdemu, niczym kobiety w zamian za obronę i zawsze gotowi są wystąpić przeciwko nam. Aby się przypodobać przybyszom, zaczęli nawet powtarzać słowo, które tamci wykrzykują podczas walki, a brzmi ono... Santiago. Chodzą też słuchy, że przybysze rozbili posągi bóstw w Zempoali i że prócz wielkiego zamiłowania do złota, odznaczają się również wielką potrzebą do polewania głów wodą. Ludzie z okolic Zempoali poinformowali nas, że jest wśród nich pewna kobieta, której ojcem był jeden z Mechikanów, a nazywają ją Malintzin. Ona to właśnie miała powiedzieć, że przybysze praktykują coś, co zwą "chrztem" - cokolwiek by to miało znaczyć. Przykładają jednak do tego ogromne znaczenie i żądają by okoliczni mieszkańcy dali sobie polać głowę wodą - cokolwiek by to miało znaczyć. Nie wiem zatem, o Dostojny Panie Gór, czy są to bogowie, czy też nie". Powrót posłów wcale nie uspokoił Montezumy, gdyż o "białych bogach ze wschodu" wciąż niewiele wiedział. Obawiał się też co będzie, jak dotrą do Tenochtitlanu, a ponoć byli już w Tetzcoco - jednym z miast Trójprzymierza, gdzie zostali powitani jak bogowie. Zaniepokojenie Montezumy jeszcze wzrosło, gdy przybyli posłowie opowiedzieli mu historię o pijanym człowieku, jakiego spotkali krótko po tym, gdy ofiarowali złoto przybyszom. Otóż schodzący z góry pijak zaczął lżyć posłów Montezumy, pytając: "Czego tu chcecie?Po co tu przychodzicie? co zamierza uczynić Montezuma? Czy jeszcze nie odzyskał rozumu? Czy nawet teraz jest tchórzliwym nieszczęśnikiem? Popełnił błędy: poprowadził daleko swoich poddanych, spowodował śmierć wielu ludzi. Jedni z drugimi się zwarli, jedni z drugich się naśmiewają". Początkowo posłowie starali się podejść do pijaka, aby go uciszyć, ale ich zamierzenia nie zrobiły na nim żadnego wrażenia i dalej kontynuował swój wywód: "Na próżno przybyliście tutaj! Mechikanie już więcej nie będą istnieć! Na zawsze skończył się wasz czas! Tenochtitlan stanie w ogniu! Odejdźcie stąd, to co miało się zdarzyć, już się zdarzyło!"  Przeraziły posłów te słowa i sparaliżowały ich, a gdy pijak wreszcie zniknął, przekonani że oto sam wielki bóg Tezcatlipoki przemówił do nich, wznieśli mu ołtarz i ruszyli do stolicy. Myśl o płonącym Tenochtitlanie i końcu imperium ponownie pojawiła się w głowie Montezumy, oblewając go zimnym potem. Zmęczony zasnął snem głębokim, śniąc o tym, jak to się wszystko zaczęło.

Walkę rozpoczęli wojownicy Itzcoatla na grobli wiodącej ku Tlacopan. Potem przyłączyli się przebrani na biało Acolhuakanie z Tetzcoco pod wodzą Nezahualcoyotla, atakujący z rejonu Tepanac na północ od Tenochtitlanu i Tlatelolco. Na południu stał zaś ze swoimi wojownikami Montezuma Ilhuicamina, wiedząc że Tepanakowie z Azcapotzalco stoją również w Colhuacan i Xochimilco. Bitwa rozpoczęła się od uderzeń bębna i trwała długo, mijały godziny, potem dni, a wojownicy obu walczących stron wciąż się ze sobą pojedynkowali, używając do walki głównie obsydianowych mieczy, których długie, ale płytkie i nieco stępione ostrza, nie tyle miały zabijać przeciwnika, co go ranić, osłabiać i tym samym umożliwiać zwycięzcy wzięcie jeńców na ofiary (Hiszpanie po pierwszych walkach z Aztekami i ich sojusznikami, zaprzestali nawet noszenia swych metalowych zbroi, poprzestając na zwykłych ubiorach, co może dowodzić że zarówno miotana broń Azteków, jak też ich miecze nie wyrządzały im większych szkód. Celem bowiem dla Azteków i innych ludów z doliny Anahuac było zyskanie sławy poprzez zdobycie w boju jeńca, którego potem można byłoby złożyć w ofierze, dlatego też zadawano śmierć na polu walki jedynie w ostateczności). Podczas walki każdy wojownik walczył indywidualnie, a nie zbiorowo, dlatego też jakakolwiek pomoc druhowi w starciu z przeciwnikiem, mogła być przez niego źle zrozumiana, jako chęć odebrania mu jeńca. To nie wodzowie armii dowodzili w boju (ich rola sprowadzała się jedynie do dbania o uporządkowanie szyku przed walką  utrzymania jakiej takiej dyscypliny, ale już po rozpoczęciu bitwy ich jedynym zadaniem było rozsądzanie sporów o jeńców), a ci najdzielniejsi wojownicy, zwani quauchic, którzy pierwsi rzucali się na przeciwnika (jeśli wojownik zdobył w bitwie piątego jeńca - i to spośród ludów Doliny Anahuac, gdyż inni byli uważani za mniej godnych tego zaszczytu - otrzymywał tytuł quauchic, a na plecy zarzucano mu jaskrawoczerwony, pleciony płaszcz z błękitną przetyczką oraz golono mu głowy, pozostawiając jedynie przewiązany czerwonym sznurem czub na jej szczycie). Największym upokorzeniem wojownika, było porównanie go do kobiety, poprzez ofiarowanie mu kobiecych strojów i przyborów tkackich, a za takiego można było być uznanym, jeśli się np. uciekło podczas walki w obawie przed przeciwnikiem (uciekających z pola walki mieli więc obowiązek zabić na miejscu inni wojownicy z ich calpulli - czyli braterskiego związku). Podobnie, jeśli wojownik utracił jeńca podczas walki, lub sam odniósł ranę i wycofał się z boju - był wówczas sprowadzany właśnie do roli kobiety i nie mógł potem opuścić swego domu (gdzie przebywał z żoną i z dziećmi), aby nie pokazywać się innym mężczyznom na oczy, póki nie uzyskał przebaczenia od samego tlatoani - który jako żyjący bóg, mógł cofnąć jego niesławę. Podczas kampanii wojennej wojownikom towarzyszyły też ich kochanki (dlatego, gdy Hiszpanie przybyli do Tlaxcalli - stolicy Tlaxcallanów, ci, ujrzawszy że nie mają ze sobą kobiet - "ofiarowali im swoje córki", co akurat nie spodobało się Cortezowi).
 
 

 
Walka toczyła się więc już kilka dni, jednak koalicjanci coraz intensywniej spychali siły Tepaneków w stronę ich miasta. Ostatecznie Maxtla - wielki król Azcapotzalco, wycofał się do swojego umocnionego grodu. Tam również, u wrót Miasta Mrowiska (jak wówczas zwano stolicę Tepaneków) toczyły się intensywne i zażarte walki. Dumni wojownicy z Azcapotzalco o barwnych piuropuszach i o twarzach pomalowanych na czerwono - wcale nie zamierzali się poddać, lecz gdy mijał już czwarty miesiąc walk, w oblężonym mieście pojawił się głód. Postawieni w obliczu niehonorowej i okrutnej śmierci głodowej Tepanakowie, odstąpili od swego władcy, który tymczasem schronił się w łaźni. Wyciągnięto go stamtąd i lżąc oraz złorzecząc mu, zaprowadzili go Tepanakowie przed oblicze Nezahualcoyotla z Tetzcoco (któremu Maxtla wcześniej zabił ojca, a jego samego także próbował uprowadzić i złożyć w ofierze). Zarzekali się Tapanakowie, że oni zawsze pragnęli pokoju, a wszelkie nieszczęścia i wojny były powodowane jedynie przez Maxtlę i jego przodków - którzy zawsze mieli skłonność do tyranii. Nezahualcoyotl dał teraz upust swojej pomsty wobec Maxtli, osobiście składając go w ofierze i wyrywając mu serce, a jego krew rozpryskując "na cztery strony świata". Azcapotzalco było zdobyte, a po ulicach Miasta Mrowiska tańczyli rozradowani wojownicy z ludu Mechikanów z Tenochtitlan prowadzonych przez Itzcoatla, Tepaneków z Tlatelolco pod Cuauhtlatoatlem, Acolhuacanów z Tetzcoco króla Nezahualcoyotla, oraz nielicznych wojowników Tlaxcallan, tych z Xuexotzinco czy opozycjonistów z Tacuby. Montezuma Ilhuicamina (bratanek Itzcoatla) stał jeszcze ze swoimi wojownikami w Acozac, gdy doszły go wieści że Maxtla nie żyje, a Azcapotzalco padło. Wiadomości były jednak bardzo niespójne, niektórzy mawiali że Maxtla zabity został przez Nezahualcoyotla, inni że przez Cuauhtlatoatla, jeszcze inni że zdążył zbiec brzegiem jeziora Texcoco na południe do Coyohuacanu i jest teraz w niewoli u tamtejszych rybaków. W każdym razie Azcapotzalco zostało zdobyte. Z Wielkiej Świątyni wyniesiono posąg wielkiego boga Tepaneków, patrona Azcapotzalco - Turkusowego Pana (Huehueteotla), bardzo starego boga, ponoć starszego niż świat, starszego niż czas. Przewieziono go do Tenochtitlanu, a świątynię w Azcapotzalco spalono (jako symbol zwycięstwa i uwięzienia boga pokonanego miasta). Huitzilopochtli triumfował i żądał teraz ofiar na swe ołtarze, które niezwłocznie mu złożono, gdy zwycięzcy wojownicy powrócili do swych domostw.

W Mieście na Wyspie przyjęto ich niezwykle uroczyście i nazwano "Założycielami Tenochtitlanu", których "sława trwać będzie aż do skończenia świata". Miasto bowiem teraz przygotowywało się do zupełnie nowego życia, wolnego od nieustannych danin, od strachu i niepewności ze strony potężnych Tepaneków z Azcapotzalco. Ci bowiem okrutnie postępowali z pokonanymi przez siebie miastami (np. po zdobyciu leżącego na północy Cuauhtitlanu [ok. 1400 r.], wielki władca Tepaneków Tezozomoc - ojciec Maxtli - nakazał posadzić agawę na placu targowym w tym mieście, jako dowód że zostało ono ostatecznie zwyciężone i stało się teraz polem uprawnym). Mechikanie i ich sojusznicy nie byli jednak tak okrutni, pozwolili nawet utrzymać w Azcapotzalco targ niewolników - będący ostatnim symbolem dawnej wielkości tego grodu. Prawdziwym zwycięzcą tejże wojny nie był jednak ani Itzcoatl, ani Montezuma, ani też żaden z wodzów sprzymierzonych armii, gdyż autorem zwycięskiego planu wojny z Azcapotzalco był przyrodni brat tego ostatniego - Tlacaelel. On to, wyznając głęboką wiarę w ostateczne zwycięstwo dane Mechikanom od bogów, a szczególnie od samego Huitzilopohtli, otrzymał teraz od swego stryja dostojny tytuł tlacochcalcatla ("Pana domu oszczepów"), mając odtąd pieczę nad miejskim arsenałem. Zwycięzcy rozdzielili teraz między siebie ziemie Tepaneków (najwieksze działki oczywiście przyznali sobie członkowie domu królewskiego, a Itzcoatl wziął swoją część w samym Azcapotzalco). Wkrótce cała ziemia od Tenayocanu aż do Tlacopanu i Popotlanu została rozdana. Nastała teraz nowa epoka dla Miasta na Wyspie, a rok ów (1428) miał się zapisać w pamięci kolejnych pokoleń Mechikanów, jako rok ostatecznego zwycięstwa, zaś każdy mieszkaniec Tenochtitlanu mógł z dumą powiedzieć - "Zdobyłem tę ziemię własnym mieczem". Niestety, nie był to koniec kłopotów dla zwycięzców, którzy szybko doszli do wniosku że bardziej opłaca im się dalej trwać w przymierzu, niż żyć i walczyć samodzielnie, tym bardziej że na horyzoncie znów poczęły gromadzić się czarne chmury.
 
 
 

 
 
CDN.
 

wtorek, 23 lutego 2021

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XXII

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW

OD MEHMEDA II ZDOBYWCY

DO ABDUL HAMIDA II

 
 

SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XI

 
 

 
 

 MATKA

SERAJ POD RZĄDAMI AYSE HAFSY

(1520-1534)

Cz. X

 
 

 
 
 Sulejman i Hurrem z końcem 1532 r. byli już rodzicami pięciorga dzieci (Mehmeda, Mihrimah, Selima, Bajazyda i najmłodszego, urodzonego w grudniu 1531 r. kalekiego Cihangira). Jednak Hurrem nie była małżonką padyszacha, a posiadała jedynie tytuł kadiny - przyznawany tym niewolnicom, które urodziły sułtanowi synów. Dumna i ambitna Roksolana, która ponad dziesięć lat wcześniej przyjęła islam, wciąż uznawana była powszechnie za niewolnicę, co jej nie odpowiadało nie tylko ze względów ambicjonalnych, ale również z faktu konkurencji o względy sułtana z Mahidewran - matką Mustafy, który powszechnie był uważany za prawowitego następcę tronu po swym ojcu. A wstąpienie na sułtański tron Mustafy, to wyrok śmierci dla synów Roksolany - o czym ona doskonale zdawała sobie sprawę i doprawdy nie miało tu żadnego znaczenia ani przywiązanie, ani braterska miłość, gdyż w grę wchodziły kwestie znacznie ważniejsze, jak stabilność wewnętrzna państwa, a nawet bezpieczeństwo samej dynastii Osmanów. Władca, który okazałby litość swym braciom, musiałby się liczyć z poważnymi konsekwencjami w przyszłości, łącznie z buntami janczarów i spahisów - którzy z pewnością wykorzystaliby owych książąt przy najmniejszej fali niezadowolenia z poczynań swojego sułtana. Padyszach który przedkładając miłość braterską nad interes państwa i swojej rodziny (nikt by mu wówczas nie zagwarantował że jego synowie przejmą po nim władzę), byłby uważany za słabeusza niegodnego korony. Władca bowiem nie mógł pozwolić sobie na najmniejszy przejaw człowieczeństwa w stosunku do ludzi, którzy mogliby w jakikolwiek sposób zagrozić stabilności państwa - tak wówczas rozumowano, a ponieważ jeszcze nie istniała praktyka luksusowych "klatek" w których zamykano książąt praktycznie do końca ich życia, aby ci nie mogli w niczym zagrozić władzy sułtana - przeto pozostawało jedynie prawo bratobójstwa, wprowadzone jeszcze przez sułtana Mehmeda II Zdobywcę (pradziada Sulejmana) w 1477 r. Zatem Roksolana doskonale zdawała sobie sprawę zarówno z własnego położenia jako jednej z kadin, jak i z położenia jej synów, którzy będąc młodsi od Mustafy i nie mając takiego poparcia jak on wśród paszów i wojska - byli wręcz skazani na śmierć. Aby tego uniknąć i postarać się zawalczyć o ich przyszłość, Hurrem postanowiła położyć swój własny los na ostrzu miecza. Tu walka toczyła się o życie, a Roksolana zdawała sobie doskonale sprawę po jak cienkim lodzie stąpa. Mimo to - w walce o swych synów - podjęła się czynu, który nigdy wcześniej nawet nie przeszedł przez myśl żadnej z jej poprzedniczek, a mianowicie ta córka prawosławnego popa z Rohatyna postanowiła rzucić wyzwanie władcy państwa rozpostartego na trzech kontynentach. Gdyby przegrała, straciłaby życie zarówno ona jak i jej synowie.

O co jednak chodziło? A mianowicie o... odmowę dzielenia z sułtanem wspólnego łoża, gdyż jako muzułmance, nie godziło jej się sypiać z mężczyzną bez ślubu (stwierdziła ponoć iż nie może "kłaść głowy na jednej poduszce" z sułtanem i więcej nie przybędzie do jego alkowy, chyba że ten zmusi ją do tego siłą). Można sobie wyobrazić odwagę takiego stwierdzenia. Realnie rzecz biorąc, żadna z kobiet zamkniętych w haremie nie miała wyjścia i jej los zależał od woli, a nawet od zwykłego kaprysu sułtana. Ten mógł ją wywyższyć i uczynić ulubienicą lub nawet osobistą faworytą, lecz ani tytuł, ani urodzone potomstwo nie gwarantowały kobiecie bezpieczeństwa i pozycji. Wszystko zależało od woli padyszacha. Wczorajsze faworyty mogły stać się zwykłymi niewolnicami i to zupełnie bez przyczyny, po prostu władca przestał darzyć je swym uczuciem i skupił uwagę na innych, młodszych dziewczętach. Utrata sułtańskich względów nie była jeszcze najgorszą ewentualnością, gdyż można było też stracić życie za choćby niewyraźny uśmiech, lub też nie taki kolor włosów, jaki preferował władca (np. sułtan Ibrahim I, panujący w latach 1640-1648, po całonocnych igraszkach seksualnych w ramionach kobiet ze swojego haremu, rano postanowił wymienić je wszystkie na nowe "sztuki", nakazał więc wrzucić je do worków, zawiązać i tak... potopić w Bosforze. Utopiono wówczas cały harem, ponad 280 kobiet). Dlatego też każdy gest, kolor włosów (niektórzy preferowali blondynki, inni brunetki, jeszcze inni lubili kobiety o bujnych włosach aż do ziemi - np. Mahmud I panujący w latach 1730-1754 długimi włosami swych nałożnic okrywał ich nagie ciała - jeszcze inni byli potwornymi sadystami, jak np. sułtan Osman III panujący w latach 1754-1757, który okrutnie bił kobiety ze swego haremu, jeśli tylko którakolwiek pokazała mu się na oczy - Osman nienawidził kobiet i był efektem skutków działalności "klatki", spędziwszy w niej większość swego życia, po prostu postradał tam rozum), mógł przesądzić o przyszłości danej nałożnicy. Obowiązkiem każdej haremowej niewolnicy - jeśli tylko dostąpiła zaszczytu odwiedzenia sułtańskiej alkowy (a biorąc pod uwagę że w haremie było zebranych kilka setek kobiet, mających własne historie rodzinne, mówiących często różnymi językami i nieustannie przebywających we własnym towarzystwie - nie licząc eunuchów - było oczywistym iż marzeniem każdej z nich stało się wyrwanie z tego otoczenia i spędzenie co najmniej jednej nocy w ramionach mężczyzny, którym dla nich mógł być jedynie sułtan), musiała ściśle trzymać się odpowiedniej procedury. I tak sułtan witał swą wybrankę leżąc już w łóżku, ona zaś miała obowiązek wsunąć się mu pod kołdrę (lub to, czym padyszach się nakrywał) od strony stóp i prześliznąć się ku niemu dalej. Tak właśnie wyglądały "zaloty" sułtana z jego wybrankami.
 
 

 
Stawiając teraz wszystko na jedną kartę, Hurrem igrała z ogniem. Żadna z faworyt a nawet z sułtańskich żon (gdyby Sulejman je miał) nie odważyłaby się na taki krok, jednak Roksolana nie miała wyjścia. Tytuł kadiny nic nie znaczył, a ponieważ miała też licznych wrogów (jednym z największych był wielki wezyr - Ibrahim Pasza), z pewnością nie zdołałaby osadzić jednego ze swych synów na tronie. Mustafa miał już 17 lat, był młodym mężczyzną, zaś najstarszy syn Hurrem dopiero co skończył lat 10, był więc jeszcze dzieckiem. Oczywiście sułtan Sulejman z pewnością panowałby jeszcze długie lata i jej synowie mogliby podrosnąć, ale przecież nie miała żadnej pewności że tak się właśnie stanie. Gdyby podczas kampanii wojennej jakaś zbłąkana kula dosięgła padyszacha, cóż ona wówczas by poczęła, nie mając oparcia praktycznie w nikim poza samym sułtanem (sułtanka-matka Ayse Hafsa i jej córki również nie pałały do niej przyjaźnią). Czy wówczas ocaliłaby synów? A jeśli tak, to na jak długo? Jej los i tak był przesądzony, więc swym zachowaniem postanowiła jedynie przybliżyć to, co nieuniknione. Nie wiemy dziś jak początkowo zareagował sułtan na jej "łóżkowy bunt", ale można się domyślić że jako władca, który miał ambicje zdobycia Rzymu i Włoch, podboju Austrii i Niemiec, rozbicia Hiszpanii, a nawet... dotarcia do Nowego Świata i nawracania tam amerykańskich Indian na islam - z pewnością nie mógł być zadowolony taką butą jednej ze swoich niewolnic. W końcu on, który mógłby mieć każdą kobietę w swym imperium, teraz miałby ulec szantażowi jednej niewolnicy? Los Hurrem był więc już w zasadzie przesądzony i wszyscy jej wrogowie zacierali ręce, odliczając dni (a może godziny) do jej egzekucji. Nie wiadomo co myślała sobie wówczas Roksolana. Czy liczyła że to przeżyje? W końcu sułtan mógł ją na przykład wygnać z haremu (była przecież matką jego synów), a wtedy już więcej nie ujrzałaby swoich dzieci. Jej czyn był więc nie tylko brawurowy, ale wręcz szaleńczy, gdyż na jednej szali stawiała całe swoje życie i przyszłość swych synów, nie mając żadnej gwarancji że wyjdzie z tego zwycięsko. Mogła jedynie liczyć na miłość, jaką darzył ją sułtan, tylko czy miłość ta była wystarczająco mocna, aby przezwyciężyć jego gniew? Cóż, ostatecznie jednak okazało się, że wrogowie Hurrem pomylili się, sądząc że są to jej ostatnie dni, sułtan bowiem (pomimo z pewnością początkowego wzburzenia) ostatecznie przyznał Roksolanie rację, wyzwolił ją z niewoli i stwierdził że rzeczywiście muzułmanka nie powinna sypiać z mężczyzną bez ślubu (swoją drogą było to wyjątkowo kuriozalne stwierdzenie, gdyż jak wcześniej wspomniałem, Hurrem przeszła na islam co najmniej dekadę wcześniej, tak więc gdy rodziła sułtanowi dzieci, była już muzułmanką i wówczas nie przeszkadzało jej że sypia z nim bez ślubu. Jej argumenty były więc tak słabe i tak łatwe do obalenia, że nie dziwota iż jej wrogowie już widzieli ją w objęciach kata. Ostatecznie jednak oni wszyscy ponieśli porażkę, a Hurrem triumfowała). Nie wiadomo tylko czy przygotowania do ślubu rozpoczęto w owym 1533 r. i czy wówczas się on odbył. Nie ma co do tego żadnej pewności, ale wydaje się bardziej prawdopodobne, że ślub nastąpił dopiero w roku następnym, już po śmierci sułtanki-matki, która z pewnością nie zgadzała się na taki związek. Jednak Hurrem, będąc już wolną kobietą i mając obietnicę sułtana co do ich przyszłego małżeństwa, była spokojniejsza o los swych synów i znów powróciła do jego alkowy. 
 
A sułtan miał przecież na głowie sprawy znacznie poważniejsze, niż humory i kaprysy jednej z niewolnic jego haremu. Jeszcze w 1532 r. podczas wojny z cesarzem rzymskim Karolem V i jego bratem arcyksięciem austriackim Ferdynandem I, wynajęty przez Karola genueński admirał - Andrea Doria, zdobył na Peloponezie dwie osmańskie twierdze Koron w Morei i Patras. Było oczywistym że Hiszpanie zmierzają do opanowania całego Peloponezu, odbicia Rodos i odebrania Turkom prymatu po wschodniej części Morza Śródziemnego. Teraz co prawda zarówno cesarz, jak i jego brat byli już wyczerpani ostatnią wojną (w samych Niemczech narastały trudności wewnętrzne i wrzenie religijne, zwolennicy Tomasza Muntzera - anabaptyści - przejmowali kolejne miasta w Niemczech i Niderlandach, pragnąc tworzyć tam "nowe społeczeństwo" oparte na biblijnym Jeruzalem. Poza tym w lutym 1531 r. zawiązał się Związek Szmalkaldzki - czyli sprzysiężenie protestanckich stanów Niemiec. Wciąż też tlił się konflikt z Francją, a cesarz starał się odwieść papieża Klemensa VII od wspierania króla Franciszka I), dlatego też postanowiono wysłać do Sulejmana posłów mających doprowadzić do rozejmu. Sułtanowi też odpowiadało zakończenie konfliktu na Zachodzie, gdyż jego wzrok zaczął teraz padać na Wschód i Persję rządzoną przez szyicką dynastię Safawidów - dlatego też zgodził się na zawarcie rozejmu, do którego doszło w czerwca 1533 r. w Konstantynopolu. Arcyksiążę (i król Czech oraz części Węgier) Ferdynand I Habsburg, wysłał więc do sułtana swego przedstawiciela - Hieronimusa von Zarę z zamiarem zawarcia "wiecznego pokoju". Sulejman jednak zgodził się jedynie na rozejm, deklarując iż pokój zostanie zawarty dopiero wówczas, gdy Ferdynand przekaże mu klucze do miasta Ostrzyhomia, jednak gdy poselstwo przybyło i takowe klucze zostały sułtanowi uroczyście ofiarowane, do pokoju dalej nie doszło, gdyż Karol wraz z kluczami przysłał list, w którym raz jeszcze żądał oddania mu całych Węgier, za co on byłby w stanie zwrócić Osmanom zdobytą niedawno twierdzę Koron na Peloponezie. Wiadomo że takie warunki nie mogły spodobać się sułtanowi, jednak rozejm został ostatecznie zawarty (obie strony były już zbyt zmęczone wzajemnym wojowaniem). Posłowie Ferdynanda zauważyli podczas tej wizyty, jak bardzo wzrosła pycha wielkiego wezyra Ibrahima Paszy, który przemawiał do nich tonem nieznoszącym sprzeciwu, deklarował że Sulejman woli zbrojnie zdobyć Koron, niż układać się o niego z giaurami (było to pogardliwe określenie chrześcijan, stosowane wśród muzułmanów w Hiszpanii i na Bliskim Wschodzie). W opinii posłów zachowanie Ibrahima było nie tyle obraźliwe dla nich samych i cesarza, co... dla sułtana. Ibrahim twierdził bowiem w ich obecności, że ma taką władzę iż: "może ze stajennego uczynić sułtana", że może nadać i odebrać ziemie komu zechce, a sułtan nawet się nie odezwie. Twierdził też że gdy rozkazuje, to wykonywana jest jego wola, a nie wola Sulejmana. Był to pierwszy tak poważny dowód, że "woda sodowa" mocno już uderzyła do głowy Ibrahimowi i że w przeciwieństwie do Roksolany (która też stąpała po cienkiej linii życia), nie postępuje on rozsądnie, co może w przyszłości doprowadzić go do zguby. W każdym razie rozejm został zawarty. Ferdynand ogłosił się: "przyjacielem przyjaciół i nieprzyjacielem nieprzyjaciół" sułtana, zaś Sulejman nazwał Ferdynanda "swym synem". Wszystko też pozostało po staremu, Zapolya (jako lennik sułtana) zachowywał władzę nad częścią Węgier a granice miały być ostatecznie ustalone w przyszłości. Był to więc klasyczny rozejm, który mógł zostać w każdym momencie zerwany, gdyż żadnej ze stron do niczego nie zobowiązywał.
 
 

 
Cesarz Karol V był jednak usatysfakcjonowany i mógł wreszcie opuścić Włochy i przez Genuę udać się do Hiszpanii, gdzie oczekiwała go małżonka - Izabela Portugalska wraz z dziećmi Filipem i Marią. On też zapewne tęsknił już do rodziny (czego dowodem jest gorące powitanie cesarza, jakie odbyło się w Barcelonie), gdyż prawdziwie kochał swą małżonkę i dzieci (jak pisał bowiem w swoich "Memorias", niczym Cezar - do którego często się porównywał - w "Wojnie Galijskiej" o sobie w trzeciej osobie: "Bardzo tego pragnął, ponieważ od czterech lat pozostawał w rozłące z cesarzową, swoją żoną"). W tym samym 1533 r. został zawarty jeszcze jeden układ, znacznie trwalszy niż krótkotrwały rozejm sułtana Sulejmana z arcyksięciem Ferdynandem, a mianowicie "Pokój Sulejmański" z Rzeczpospolitą. Rozbicie pod Obertynem (22 sierpnia 1531 r.) armii hospodara mołdawskiego (który oficjalnie uznawał się za lennika Turcji, a realnie lawirował jak tylko mógł często zmieniając strony, podobnie jak jego ojciec - hospodar Stefan III Wielki) Piotra Raresza zwanego też Petryłą, nie doprowadziło to wcale do pogorszenia się stosunków turecko-polskich. Król Zygmunt I Jagiellończyk co prawda początkowo mocno się zapalił do wizji nowej krucjaty przeciwko Turkom, ale po roku 1532 było pewne że Węgry porzuciły już sprawę chrześcijaństwa, Ferdynand i Karol V dążyli do układu z Sulejmanem, Francja zawarła z Osmanami traktat handlowy i nawet Wenecja - która dotąd najmocniej opowiadała się za krucjatą antyturecką - ukorzyła się przed sułtanem i w zamian za spokój zgodziła się płacić coroczną daninę. A poza tym szlachta na sejmach nawet nie chciała słyszeć o nowym podatku na wojnę z Osmanami, zatem król - widząc własną niemoc - musiał zgodzić się na podjęcie rozmów z Sulejmanem. Tym bardziej że sułtan był zawsze uprzejmy w stosunku do króla (zapewne ogromny wpływ na jego postepowanie miała właśnie Roksolana, która wywodziła się z ziem Rzeczypospolitej i niegdyś była poddanką polskich monarchów). W listach pisanych do Zygmunta, Sulejman często wspominał też Hurrem, jako przykład piękna kobiet z ziem będących pod panowaniem lechickiego króla. Gdy wybuchł konflikt z Piotrem Rareszem o Pokucie, sułtan nie tylko nie wsparł swego lennika, ale wręcz delkarował listownie (list w kancelarii Jana Osieckiego - pisarza królewskiego), że prędzej da już pomoc przeciw Mołdawianom (wówczas nazywano ich Wołochami, zaś Wołochów prawdziwych zwano Multanami - takie to trochę pokręcone). Sułtana nie obraziło również wsparcie Wiednia w 1529 r., jakie udzielił (drogą dyplomatyczną) Zygmunt I (mając matkę Habsburzankę, nie mógł postąpić inaczej), a wysłanego wówczas do Konstantynopola Jakuba Wilamowskiego przyjął godnie. Teraz zaś polecił paszy Sylistrii przyjąć "posłów z Lechistanu", którzy przybyli (z końcem 1532 r.) pod przewodnictwem kasztelana łęckiego - Piotra Opalińskiego. Ostatecznie uzgodniono przyznanie Osmanom praw do brzegów Morza Czarnego (które i tak kontrolowali w całości), w zamian za co Polska zyskała prawo do swobodnego prowadzenia handlu na tym morzu, zakazano także Tatarom łupieżczych najazdów na Wielkie Księstwo, Podole, Wołyń czy Ruś Halicką (ci jednak niewiele sobie robili z sułtańskich zakazów). Hospodar Mołdawski miał być zawsze chrześcijaninem i choć był lennikiem sułtana, to zastrzeżono enigmatyczne stwierdzenie iż ma: "sprzyjać obydwu panom". Zygmunt Jagiellończyk przyrzekł nie wspierać (ani jawnie, ani tajnie) nieprzyjaciół sułtana. Pokój został zawarty na czas życia króla i sułtana, ale Sulejman wyraził nadzieję że jego potomkowie zechcą go przedłużyć. Sułtan wysłał też list do chana Tatarów Krymskich Sahib-Gireja I, nakazując mu, by trzymał w ryzach swych Ordyńców i zabraniał pustoszyć ziemie Rzeczypospolitej. 
 
Pokój został zatwierdzony na zwołanym w styczniu 1533 r. sejmie w Środzie. Przybyli tam zarówno posłowie od Sulejmana jak i od Sahiba. Debatowano też nad wzmocnieniem obrony potocznej na Kresach Wschodnich (z reguły nielicznej i słabo opłacanej, tak naprawdę trzon obrony wobec podejmowanych rokrocznie najazdów tatarskich - swoją drogą jak ci ludzie musieli tam żyć w ciągłym zagrożeniu, wiedząc że wiosną, gdy opadnie śnieg, znów na horyzoncie pojawią się Ordyńcy i będą palić, rabować i uprowadzać w jasyr całe wsie - stanowiło jedynie pospolite ruszenie miejscowej szlachty [pamiętam jak mój ojciec kładąc się spać, żartował do mojej mamy, mówiąc: "Obudź mnie tylko w wypadku wojny, albo pospolitego ruszenia"]. Mimo to znoszone w bitwach tatarskie czambuły, choć osłabiały siłę Chantu, to jednak nie doprowadziły do zaprzestania najazdów. Nic w tym dziwnego, bowiem Chanat Krymski to nie było zwykłe państwo, a raczej zwiazek piracki pod władzą muzułmańskiego chana - kultywującego tradycję wielkich Mongołów Dżyngis-Chana. Napadanie i rabowanie było więc częścią ich życia, podobnie jak piraci morscy napadali na okręty i rabowali ich zawartość, tak Tatarzy - czyli piraci lądowi - napadali na okoliczne ziemie i uprowadzali w niewolę tamtejszą ludność). Na sejmie w Środzie podjęto więc debatę nad wzmocnieniem obrony potocznej, a obecny tam Eustachy Daszkiewicz - starosta czerkaski (który sktecznie walczył z Tatarami na Kresach, niczym Michał Wołodyjowski półtora wieku później, zaś w 1521 r. omal nie zdobył Moskwy, gdy podszedł pod to miasto ze swoim zagonem) zapytany o sposoby trwałego ubezpieczenia kraju od najazdów, oświadczył że potrzeba do tego stałych sił złożonych z 2000 piechoty i 400 rycerzy (szlachty) by Ordyńcom skutecznie uniemożliwić przeprawę przez Dniepr. Poza tym należy wzmocnić ostrowy na rzekach: Kochanie, Chorczycy, Tomakówki i Sinuchy, wówczas zablokowano by dwa główne szlaki, którymi Tatarzy podążali do Rzeczypospolitej (szlak "Czarny" - przez Czerkasy, Kaniów, Kijów, Połonne, Łuck, Sokal i Żółkiew, oraz szlak "Kuczmański" zwany też "Podolskim" przez Sawrań, Kodymę, Rohatyn - miejscie urodzenia Roksolany - i Lwów). Szlachcie spodobał się ten plan, ale gdy przyszło rozprawiać o pieniądzach potrzebnych na wzmocnienie wojska, zaczęto się wykręcać, jako pretekst podając brak obecności Litwinów na sejmie, a przecież nie godziło się uchwalać nowego podatku bez zgody szlachty z Wielkiego Księstwa. Ostatecznie więc niczego nie uzgodniono, a Tatarzy z nastaniem wiosny 1533 r. wpadli znów na Podole w liczbie ok. 800 Zaporożców. Jeden czambuł wycieły poczty wojewody kijowskiego, reszta jednak uszła ze zdobycznym jasyrem. Wiosną 1534 r. 10 000 Ordyńców ponownie wpadło, tym razem na Wołyń pustosząc go niemiłosiernie i znów zostali rozbici przez szlacheckie pospolite szuszenie w bitwie pod Wiśniowcem, jednak była to też jedynie część rozproszonego tatarskiego "kosza", reszta zaś Zaporożców spokojnie wróciła do siebie ze zdobycznym jasyrem.
 
 

 
A tymczasem sułtan, ponownie baraszkując w objęciach Hurrem (i czytując swoje "Księgi Jadeitowej Komnaty" - które były zwykłymi erotykami podobnymi do hinduskiej Kamasutry, jak choćby... "Księga wystaw nauk kopulacji" - tak brzmiało to w tłumaczeniu, czy też "Wonny ogród ku duszy rozrywce". Szczególnie ten drugi był prawdziwą turecką Kamasutrą, zawierającą wiele seksualnych instrukcji i porad - głównie skierowanych do mężczyzn, którym erekcja sprawiała trudność. Księga ta powstała na początku XVI wieku, a jej autorem był wezyr Nefzawi, będacy na usługach beja Tunisu. Szybko stała się popularna w całym muzułmańskim świecie - oczywiście głównie na sułtańskich dworach i wśród chanów, wezyrów oraz szachów. Nefzawi wymienił tam 11 standardowych pozycji seksualnych i dodał jeszcze 25 pozycji rodem z Indii i Chin. Najbardziej zaś zachwalał jedną z nich - twierdzac jednak, że jest to pozycja szalenie wyczerpująca i trudna, mogąca spowodować wiele urazów, szczególnie dla kobiety - możliwa tylko dla nielicznych par - która wygląda następująco: kobieta kładzie się na łóżku na plecach, mężczyzna siada na jej piersiach z twarzą zwróconą w stronę stóp partnerki. Podciąga nogi, palcami stóp zapiera się o ziemię, unosi biodra. Kobieta w tym czasie unosi się na plecach i poddaje biodra w taki sposób, że następuje zbliżenie. Ciekawe jak długo kobieta byłaby w stanie wytrzymać w tej pozycji?). Jednocześnie Sulejman już zamyślał o wyprawie na Wschód, przeciwko szyickim Safawidom, których pod Czałdyranem (1514 r.) rozgromił jego ojciec, sułtan Selim Groźny. Teraz Sulejman marzył po powtórce tego wyczynu. Myślał też przede wszystkim o zdobyciu Bagdadu - dawnej stolicy kalifatu Abbasydów i rozpoczął wielkie przygotowania do tej nowej, wielkiej wojny, a slub z Hurrem musiał z tego powodu zostać (z pewnością) przełożony.
 
 
 
 
 
 
CDN.