Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 29 lutego 2024

NIEWOLNICY DO ZADAŃ SPECJALNYCH - Cz. XX

CZYLI JAKIE BYŁY NAJWIĘKSZE
OŚRODKI HANDLU NIEWOLNIKAMI W
STAROŻYTNOŚCI I ŚREDNIOWIECZU,
ORAZ SKĄD I Z JAKICH
WARSTW SPOŁECZNYCH NAJCZĘŚCIEJ
POCHODZILI KANDYDACI
NA NIEWOLNIKÓW





II

STAROŻYTNY RZYM

(II wiek p.n.e. - V wiek)

Cz. XI







SPRZEDAŻ, DZIEDZICZENIE I WYZWOLENIE NIEWOLNIKÓW
(NA PODSTAWIE ZACHOWANYCH LISTÓW I DOKUMENTÓW STAROŻYTNOŚCI)
(XIX wiek p.n.e. - I wieku naszej ery)
Cz. VIII



XXII
SOSTUS
DELFY
(144 r. p.n.e.)
Cz. III


 Rok 159 p.n.e. był również rokiem wielu ambasad wysyłanych z Hellady i greckich królestw w Azji Mniejszej do Rzymu. Z początkiem tego roku przybyło tam np. poselstwo od króla Prusjasza II z Bitynii, aby oskarżyć się na władcę Pergamonu - Eumenesa II, oskarżając go o dążenia hegemonistyczne (Eumenes wysłał do Rzymu swego brata Attalos, który przemawiał tam w jego obronie). Potem przybyło poselstwo od Ariaratesa V władcy Kapadocj, które przywiozło "koronę" złożoną z 1000 sztuk złota i prośbą od króla o wsparcie Senatu i Ludu Rzymskiego na wypadek zemsty Demetriusza I Sotera (wcześniej bowiem Ariarates - na żądanie Senatu - odrzucił propozycję małżeństwa z Laodiką, siostrą Demetriusza i teraz obawiał się najazdu władcy Syrii na swoje królestwo). Senatorowie usatysfakcjonowani takim niezwykle wartościowym darem, wysłali Arieratesowi berło i krzesło z kości słoniowej na dowód, że uznają go za króla i biorą w opiekę. Demetriusz zaś, po wcześniejszych rozmowach z Tyberiuszem Semproniuszem Grakchiem oficjalnie podporządkował się woli Senatu, ale także wysłał do Rzymu swoje poselstwo wraz z koroną, złożoną z... aż 10 000 sztuk złota (Senatorowie początkowo zastanawiali się czy przyjąć tak hojny podarek, ostatecznie jednak wygrała żądza zysku i dar przyjęto). Potem przybyło poselstwo z Ligii Achajskiej pod przewodnictwem Ksenona i Teleklesa, aby wynegocjować powrót do ojczyzny, wziętych jako zakładnicy 167 r. p.n.e. obywateli miast Związku Achajskiego (głównie chodziło o Polibiusza i Stratiusza, gdyż inni przez ten czas zdołali wykupić się z niewoli). Senat nie zgodził się jednak na zwolnienie owych jeńców i ich powrót do Achai. W tymże 159 r. życie swe zakończył władca Epiru - Charops. Była to śmierć zapewne przez wielu od dawna oczekiwana i mimo że tyczyła się mężczyzny młodego (30-kilkuletniego zaledwie) to mieszkańcy Epiru odetchnęli z ulgą gdy to się stało. Charops bowiem władał Epirem od ok. dziesięciu lat, wcześniej wszedłszy w sojusz z (mającym poparcie Rzymian) Myrtonem i jego synem Nikanorem (z którym się zaprzyjaźnił). Stworzył w Epirze swoistą oligarchię, złożoną z kilku zaledwie rodzin na której czele stanął. Przymilając się do Rzymian i zapewniając sobie ich poparcie, w swoim kraju wprowadził krwawą dyktaturę, skazując na śmierć każdego, kto wcześniej w jakikolwiek sposób wspierał Perseusza z Macedonii, a teraz lekceważąco lub niewłaściwie wypowiadał się o Rzymianach (i oczywiście o nim samym). Na śmierć skazywał całe rodziny, nie tylko mężczyzn ale również ich żony, tak, że dzieci - którym odebrano rodziców i majątek - zasilały szeregi żebraków lub umierały z głodu. Te zaś rodziny, które chciały uniknąć podobnego losu, musiały opłacić się u matki Charopsa - Filotis (ponoć to ona była głową która kręciła postępowaniem Charopsa i była bardziej przebiegła, okrutna oraz żądna bogactw, niż jej syn). 




Aby uzyskać poparcie dla swoich czynów, w 160 r. p.n.e. Charops udał się do Rzymu (zabierając ze sobą Myrtona  -jako rękojmię powodzenia). Gdyby uzyskał wsparcie Senatu (na co bardzo liczył) mógłby kontynuować swoje okrutne rządy i obywatele nie mieliby możliwości mu się przeciwstawić. Senat jednak odrzucił jego pierdzenia, iż zabójstwa których dokonał, wykonał na wrogach Rzymu. Mało tego, Marek Emiliusz Lepidus (pełniący wówczas funkcję najwyższego kapłana - pontifex maximus) oraz żyjący jeszcze wówczas (zmarł przed końcem 160 r p.n.e.) zwycięzca Perseusza Lucjusz Emiliusz Paulus, zabronili mu wstępu do swych domów. Wrócił więc do Epiru z niczym, ale swoim rodakom przedstawił inną opowieść, twierdząc że Rzymianie go poparli. Gdy zaś w roku 159 p.n.e. został ponownie wezwany do Rzymu, zmarł w porcie w Brundyzjum - już po wyjściu na italski brzeg (przyczyna śmierci nie jest znana, zapewne został zamordowany). Rok 159 p.n.e. był również rokiem śmierci innych podobnych cwaniaczków w Helladzie, którzy pod płaszczykiem rzymskiego wsparcia załatwiali swoje prywatne porachunki i budowali wielkie fortuny. Wszyscy oni dziwnym przypadkiem nagle umierali. Tak się stało np. z hegemonem Etolii -  Likiskosem (zamordowanym w czasie buntu Etolczyków), czy z władcą Akarnanii - Chremasem. Z wydarzeń które wówczas miały miejsce w Rzymie, to były konsul (roku 162 p.n.e.) Publiusz Korneliusz Scypion Nazyka ustawił (w krytym pomieszczeniu) zegar wodny, będący ulepszoną wersją postawionego pięć lat wcześniej na Forum Romanum (nieopodal Rostry) zegara słonecznego (ustawionego przez Kwintusa Marcjusza Filipa). Ponoć pierwszy zegar słoneczny w Rzymie wzniesiony został w roku 293 p.n.e. w Świątyni Kwiryna na Kwirynale przez konsula Lucjusza Papiriusza Kursora - ale długo nie przetrwał. Kolejny zegar słoneczny postawił w roku 263 p.n.e. konsul Maniusz Waleriusz Messala (po zdobyciu Katany na Sycylii, zegar słoneczny pochodził właśnie z tego greckiego miasta). Tamten zegar słoneczny był jednak bardzo niedokładny (linie na owym zegarze nie zgadzały się z godzinami) i dopiero Kwintus Filip w 164 r p.n.e. postawił zegar słoneczny,  który właściwie pokazywał zmieniające się pory dnia, ale nocą owego zegara korzystać już nie można było. Dlatego też pięć lat po tym wydarzeniu Scypion Nazyka ustawił zegar wodny. Rok 159 p.n.e. był w ogóle rokiem śmierci. Najpierw zmarła królowa matka Apollonis (małżonka Attalosa I i matka Eumenesa II oraz Attalosa II). Synowie urządzili jej wspaniały pogrzeb, a miasta Lidii i Karii słały listy kondolencyjne i wznosiły posągi Apollonis. Potem (jeszcze przed końcem tego roku) zmarł Eumenes II a jego następcą na tronie Pergamonu został jego brat Attalos II. Zmarła też Papiria Masonia - małżonka pogromcy Perseusza Emiliusza Paulusa i matka jego dwóch (adoptowanych do innych rodów) synów (z których Publiusz Korneliusz Scypion Młodszy w 146 r. p.n.e. zdobędzie Kartaginę). Zmarł również Publiusz Terencjusz Afer - rzymski pisarz komediowy autor wielu komedii takich jak: "Andria", "Hecyra", "Eunuchus", "Formio" (ogromna większość jego prac się nie zachowała). Był to pierwszy rzymski komediopisarz, który był wystawiany również w Grecji i w Azji Mniejszej (trzeba bowiem pamiętać że Grecy, którzy uważali siebie za twórców komedii - poniekąd nimi byli - wszystkich innych uważali za parweniuszy. Zresztą Afer był naturalizowanym Rzymianinem, pochodził bowiem z Afryki kartagińskiej  - choć miał też korzenie greckie).




Rzymianie odbierając przewodnictwo w Grecji Macedończykom, zapewne liczyli się z faktem, że teraz to oni będą musieli rozstrzygać wszelkie spory pomiędzy greckimi państwami. I tak się też działo. Rok 158 p.n.e. rozpoczął się ambasadą Ateńczyków i Delijczyków do Rzymu w związku ze sporem prawnym (tak jak wspomniałem w poprzedniej części, Grecy pod rzymskim przewodnictwem coraz rzadziej wywoływali wojny pomiędzy sobą, a coraz częściej rozwiązywali spory wzajemne na drodze politycznej i prawnej, za pośrednika mając właśnie Rzymian. Odbierało im to wolność polityczną, ale zapewniało spokój i bezpieczeństwo mieszkańcom Hellady). W Pergamonie nowy król Attalos II otworzył Bibliotekę Pergamońską (drugą tak sławną bibliotekę w świecie greckim po Aleksandryjskiej - założonej przez króla Ptolemeusza I Sotera ok. 283/282 r. p.n.e.). Biblioteka została wzniesiona jeszcze przez brata Attalosa Eumenesa II (i niektóre źródła mówią że to on był doprowadził do otwarcia Biblioteki). W każdym razie z powodu zakazu wywozu papirusu z Egiptu (który pełnił rolę współczesnego papieru) dokumenty zaczęto zapisywać na pergaminie, materiale znacznie trwalszym od papirusu, a wywodzącym się właśnie z Pergamonu. W tym że 158 r. p.n.e konsulowie Marek Emiliusz Lepidus i Gajusz Popiliusz Lenas (ten, który zmusił króla Syrii Antiocha IV do odwrotu z Egiptu, kreśląc wokół niego okręg i zmuszając go do ustąpienia - o czym pisałem we wcześniejszych częściach) zgodzili się (po prawie dziesięciu latach) na ponowne otwarcie kopalni złota w Macedonii (teraz jednak pod rzymskim nadzorem). Rok 157 p.n.e. nie obfitował w specjalne wydarzenia w stosunkach grecko- rzymskich, poza tym, że Rzymianie wypowiedzieli wojnę Dalmatyńczykom (mieszkańcom ziem byłej Jugosławii) a także Ateńczycy zbrojnie zajęli miasto Oropos (na północy Attyki). Na początku 156 r. p.n.e Rzymianie podjęli się arbitrażu pomiędzy Atenami a Oropianami, wyznaczając Sykiończyków (mieszkańców Peloponezu z miasta Sykion) na zastępczych arbitrów w tym sporze. Ci ukarali Ateńczyków karą grzywny w wysokości 500 talentów za zajęcie niepodległego polis (Senat potem obniżył tą kwotę do 100 talentów). I gdy już wydawało się, że w roku zbliżającej się 156 Olimpiady poważniejsze spory w Helladzie umilkną i znów zapanuje spokój, okazało się to nierealne. Król Bitynii Prusjasz II napadł zbrojnie na Pergamon i pobił króla Attalosa II. Ten natychmiast wysłał poselstwo do Rzymu, na którego czele stanął jego młodszy brat Ateneusz. Senat początkowo mu nie ufał (myśląc że celowo ich zwodzi, bo sam pragnie zaatakować Prusjasza), tym bardziej że w Rzymie był już obecny poseł Prusjasza -  Antyfilus,który zaprzeczał jakoby jego władca dokonał agresji. Ostatecznie Senat wysłał do Anatolii dwóch legatów - Lucjusza Apulejusza i Gajusza Petroniusza, którzy mieli zbadać sytuację tam na miejscu. 




Poza tym w wojnie dalmatyńskiej konsul Gajusz Mariusz Figulus został początkowo pokonany przez Ilirów na równinie Naro (gdy Rzymianie rozkładali obóz), ale potem obległ gród Delminium, i chociaż nie mógł go zdobyć ani z marszu, ani przy użyciu machin oblężniczych (ze względu na silnie pofałdowany i zalesiony teren) ostatecznie kazał katapultować tam zapalone konary drzew, co spowodowało że większa część miasta stanęła w płomieniach. Ilirowie ostatecznie przyjęli rzymskie warunki i zgodzili się nie atakować rzymskich sojuszników w Dalmacji (155 r. p.n.e.). 156 Igrzyska Olimpijskie (156 r. p.n.e.) zwyciężył (po raz trzeci pod rząd) Leonidas z Rodos (bieg stadionowy). Jego rodak Arystomenes z Rodos zwyciężył zarówno w zapasach, jak i w pankrationie (połączenie boksu i zapasów). Mała wyspa Rodos miała więc powody do radości. Z mniej znanych, aczkolwiek znalezionych przeze mnie ciekawostek z roku 156 p.n.e. należałoby przedstawić nagrodę, jaką zaoferowano za znalezienie (lub doniesienie o pobycie) zbiegłego niewolnika w egipskiej Aleksandrii o imieniu Hermon. Oto tekst ogłoszenia (i jednocześnie nagrody) spisany na papirusie:


"Rok 25 (...) W Aleksandrii zbiegł niewolnik Arystogenesa, syna Chryzypa, posła Alabandy (miasto w Karii w południowej Azji Mniejszej) imieniem Hermon, zwany też Nilusem, z urodzenia Syryjczyk z Bambyc (?), lat około 18, średniego wzrostu, bez brody, ze zdrowymi nogami, dołeczkiem w brodzie, pieprzykiem po lewej stronie nosa, blizną nad lewym kącikiem ust, wytatuowany na prawym nadgarstku dwiema barbarzyńskimi literami. Zabrał ze sobą trzy oktadrachmy (jedna oktadrachma odpowiadała ateńskiej minie srebra i liczyła jakieś 8 drahm) ze złota monetowego, 10 pereł, żelazny pierścień, na którym przedstawiona jest oliwka i strygils (urządzenie do zeskrobywania potu z ciała po kąpieli), ma na sobie płaszcz i przepaskę na biodra. Ktokolwiek sprowadzi tego niewolnika, otrzyma 3 talenty miedzi; jeśli wskaże go w świątyni, 2 talenty; jeśli w domu mężczyzny znaczącego i zdolnego do działania, 5 talentów. Ktokolwiek chce udzielić informacji, powinien donieść agentom strategów (w Egipcie greckich papirusów, strategowie pełnili rolę swoistych burmistrzów poszczególnych nomów, w Grecji zaś stali na czele takich związków, jak choćby Liga Achajska i pełnili funkcje wojskowe). Jest też inny, który uciekł z nim, Bion, niewolnik Kallikratesa, jednego z głównych zarządców dworu. Niski wzrost, szerokie ramiona, grube nogi, i jasne oczy, który odszedł w szacie wierzchniej i szacie się niewolniczej oraz kobiecej sukni o wartości 6 talentów 5000 drach miedzi. Ktokolwiek sprowadzi tego niewolnika, otrzyma taką samą nagrodę jak wyżej. Informacje na ten temat należy także przekazać agentom strategów".


Nim wysłani przez Senat legaci dotarli do Azji Mniejszej, Prusjasz kontynuował swój marsz w kierunku Pergamonu. W Świątyni Asklepiosa (boga medycyny) złożywszy ofiary i uzyskawszy pomyślne znaki, upewnił się że bogowie mu sprzyjają. Wkrótce potem - gdy wszedł ze swoim wojskiem do niebronionego miasta Niceforium - pewny siebie, kazał ograbić tamtejsze świątynie ze wszystkich kosztowności. Następnie obległ miasto Eleję (której bronił przybrany brat króla Attalosa II - Sosander) lecz nie mogąc zdobyć owego grodu wrócił do Tiatejry (po drodze niszczył i palił świątynie Artemidy i Apollina. A gdy okazało się że w armii wybuchła epidemia czerwonki, zawrócił do Bitynii (zabrawszy ze sobą łupy zrabowane z mijanych świątyń). Flota Prusjasza została również zniszczona w trakcie sztormu (155 r. p.n.e.). Rzymscy legaci, usłyszawszy od Attalosa skargi na Prusjasza i ujrzawszy zniszczenia dokonane w świątyniach przez jego wojsko, wrócili do Rzymu, a tam Senat mianował 10 decemwirów do rozwiązania konfliktu pergamońsko-bityńskiego, przy czym Prusjasz miał zapłacić odszkodowanie Attalosowi za dokonane zniszczenia. Prusjasz jednak odmówił spotkania się z decemwirami. Konflikt narastał, a wraz z nim (a raczej obok niego) rodziły się inne konflikty (takie jak choćby spór Rodyńczyków z Kreteńczykami), dlatego też Rzymianie zdeterminowani byli do jak najszybszego zakończenia konfliktu pomiędzy Prusjaszem i Attalosem i w roku 154 p.n.e. po raz drugi wysłali trzech legatów by przekonali Prusjasza do spotkania i zgody na podjęcie rozmów. Zagrozili jednocześnie, że jeżeli Prusjasz po raz drugi odmówi spotkania z legatami, Rzym zmuszony będzie do interwencji zbrojnej. Podskutkowało, Prusjasz spotkał się z wysłannikami Senatu i rozpoczęto rozmowy na temat wypłaty zadośćuczynienia Attalosowi za dokonane zniszczenia. Ostatecznie władca Bitynii miał zapłacić 500 talentów w ciągu 20 lat i przekazać Attalosowi 20 swoich okrętów. Miastom Pergamonu, w których zniszczone zostały świątynie, miał dodatkowo wypłacić odszkodowanie w wysokości 100 talentów. Poza tym oba kraje kończyły wojnę na zasadzie utrzymania dotychczasowego status quo.


AKROPOL W PERGAMONIE



Jako ciekawostkę powiem jeszcze że w roku 155 p.n.e. Marek Porcjusz Katon Starszy po śmierci swej  żony Licynii) poślubił swą niewolnicę Salonikę, którą wcześniej wyzwolił i zapisał jej w testamencie sporą część swego majątku. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Katon miał prawie 80 lat, natomiast jego dwaj synowie bardzo negatywnie podchodzili do planów ojca. Ostatecznie jednak Katon starszy postawił na swoim. Trochę prawdy jest jednak w tym powiedzeniu, że głowa siwieje a d...a szaleje. 😘



CDN.

poniedziałek, 26 lutego 2024

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. V

 CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ SOWIECKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. V


Odzyskana Niepodległość nie mogła być tylko piękną ideą w ustach pięknoduchów i musiała zostać namacalnie dotknięta. Musiała przez lud, który swą pracą przyczynił się do wzrostu i potęgi odrodzonej Polski, musiała owa Niepodległość przez ten lud zostać zaakceptowana jako matka, a nie macocha. Nie mogło w odrodzonym kraju - jeśli nie chciał aby hulała tutaj ekspozytura bolszewicka lub jakakolwiek inna - nie mogło być zgody na traktowanie najuboższych i najsłabszych tak, jak działo się to jeszcze pod zaborami. W odrodzonym państwie nie mogło dochodzić do patologii, jakie miały miejsce w czasach niewoli. Aby sobie uświadomić o czym piszę, przedstawię pewne wydarzenie, które miało miejsce dnia 4 maja 1892 r. w Łodzi. Wówczas od 2 maja trwał strajk robotników fabryki Scheiblera, a owego 4 maja doszło do spotkania pracowników z dyrektorem i współwłaścicielem owej fabryki, niejakim Herbstem. Robotnicy domagali się od kierownictwa zakładu zwolnienia jednego z dyrektorów który uchodził za okrutnika, podwyższenia stawki o 15% i skrócenia czasu pracy z 12 do 10 godzin. Oto jak wyglądała rozmowa fabrykanta z pracownikami, spisana przez jednego z obecnych tam socjalistów: "To ode mnie nie zależy, ja zrobić tego nie mogę" - powiedział Herbst. - "idźcie do roboty!" Na to odezwali się robotnicy: "To niech pan przynajmniej podwyższy żonatym, my z żonami i dziećmi obstać za tę płacę nie możemy!" Herbst w tym momencie zirytował się i rzekł: "To po kiego diabła się żenicie, jeśli nie macie na to, to się nie żeńcie!" Tutaj nerwy puściły już samym robotnikom i natychmiast zniknął "wielmożny pan i pan": "Du verfluchter, ty łajdaku, ty psiakrew, oddaj nam swoją żonę i córki (...) Isz go, jaki mądrek! Bić ścierwo po mordzie i tylo!" Herbst musiał stamtąd szybko uciekać, ale już następnego dnia, 5 maja stojący na ulicy robotnicy poznali go, gdy ten jechał powozem. Wyciągnęli go zeń i poturbowali kijami. Pobito też innego fabrykanta Ignacego Poznańskiego, a To spowodowało że ostatecznie łódzcy przemysłowcy zgodzili się wspólnie podwyższyć pensję robotnikom o 8% i skrócić czas pracy o godzinę. Ponieważ jednak strajk ów przerodził się w rozruchy antyżydowskie (których zarzewiem była plotka o tym, że jakiś żydowski rzeźnik rozłupał głowę pewnej kobiety i o tym, że Żydzi znieważali księży i bezcześcili kościoły). Tak zostały opisane wydarzenia z 5 maja 1892 r.: "Nadciągnęli bałuciarze (nazwa nadana od Bałut, jednej z dzielnic Łodzi) i poczęła się gorąca walka, w której niejednego Żyda zabito na śmierć, w której niejeden też chrześcijanin, wciągnięty w bramę przez Żydów, utracił życie. Żydzi prócz tego strzelali z okien z rewolwerów, leli wrzącą wodę i rzucali na głowy przechodniów kamieniami (…) Na tłumy napadające i uciekające zarówno wpadali kozacy i strażnicy, bijąc, siekąc pałaszami i strzelając naprzód ślepemi, a potem i ostremi ładunkami. Tłum począł się bronić, paru kozaków zranionych kamieniami spadło z koni (…) Formalnie polowano na Żydów, cywilizowanych i obdartych, idących pieszo czy jadących dorożką". Ostatecznie generał gubernator Warszawy (a tak naprawdę całego tak zwanego "Pryvislinskiego kraju") Josif Hurko (wyjątkowo antypolska menda, nawet jak na Moskala) wydał rozkaz ściągniętym przez siebie do Łodzi posiłkom: "Tłumu nie rozpędzać, ale przeciwnie, starać się przyprzeć go do jakiejkolwiek przeszkody, nabojów nie szczędzić, a do jutrzejszego rana przywrócić porządek". Z czego głównie zapamiętano: "Strzelać, nabojów nie żałować!" Padło wówczas wielu zabitych i rannych.




Tak więc odrodzona Ojczyzna nie mogła pozwolić sobie na powtórkę z czegoś tak haniebnego. Godność ludzka bowiem nie ma ceny, a podstawą wszystkiego jest sprawiedliwość, a co za tym idzie również sprawiedliwe wynagradzanie pracownika za wykonywaną przez niego pracę. Chodziło też o to, aby Polacy uświadomili sobie że odrodzona Polska to jest ich Dom i że nie muszą już szukać szczęścia za granicą, a często za oceanem. Przytoczę tutaj inny list polskiego emigranta do USA z 1853 r. aby pokazać że - jak pisał Kazimierz Przerwa-Tetmajer: "Lepsze polskie gówno w polu, niźli fiołki w Neapolu". Emigrant ów postanowił przenieść się do Stanów Zjednoczonych, wierząc głęboko w to, że w tam, w Nowym Świecie zupełnie inaczej podchodzi się do człowieka, że tam za oceanem ludziom powodzi się lepiej, że są lepiej traktowani niż tutaj w kraju, czy nawet w Europie, oto jego spisana relacja: "Przeklęta godzina, w której puściliśmy się do Ameryki! (…) Wszystko, co w Europie prawią, albo piszą o Ameryce, jest przesadzone, z wyjątkiem biedy i nędzy, o której Europa nie ma nawet wyobrażenia. Kto nie przywiózł z sobą pieniędzy na zagospodarowanie się lub rozpoczęcie handlu, kto nie umie - i to doskonale - jakiego rzemiosła, a nie przyzwyczajony jest do ciężkiej ręcznej pracy, ten zgubiony tu niepowrotnie (…). Na nieszczęście, my polscy emigranci, wszyscy bez wyjątku w tym się znajdujemy położeniu. Czytać i pisać po polsku, czasem po niemiecku, albo po francusku, umiemy, słyszeliśmy też trochę o Rzymianach, Grekach itp. ale z tym nikt tutaj nawet do szpitala nie dojdzie, czeka go śmierć głodna na publicznej drodze. Jakoż największa część z naszych zmuszona została, po wielu dniach głodu i zmartwień, udać się do najcięższych prac ręcznych przy budowie dróg żelaznych, tłuc skały i kamienie, przykuć się do taczek na skwarze lub na słocie najokropniejszej, że zaś strawę i do pracy potrzebne narzędzia, jako to: rydle, łopaty, haki, młoty, taczki itd. dostarcza kompanija, i za to sobie z zarobku ile chce potrąca, wszyscy więc po kilku miesiącach najcięższej bezowocnej pracy, obdarci, bosi i z podmarnowanym zdrowiem wrócili do New-Yorka". Oczywiście nie wszystkim rodakom było źle za oceanem, ale wszyscy pracowali tam jako robotnicy budowlani, kamieniarze, lub też w innych pracach wymagających fizycznej siły i sprawności. Teraz zaś po odzyskanej wolności i suwerenności, po odrodzeniu Ojczyzny miłej, można było przynajmniej na jakiś czas zahamować ten ludzki potok, który podążał za chlebem do USA. Tak Józef Okołowicz pisał w 1920 r. po swym powrocie ze Stanów: "Sam miałem sposobność spotykania w Stanach Zjednoczonych takich rodaków, którzy, poprzednio zupełnie już pod każdym względem zamerykanizowani, poczuli się Polakami dopiero po zapisaniu się do "Sokoła" (…) gdzie na nowo uczyli się zapomnianej już i być może dawniej pogardzanej mowy ojczystej".






Piszę o tym, ponieważ bieda i nędza jakie szczególnie zapanowały po zakończeniu I Wojny Światowej i Wojny z bolszewikami, były pożywką dla wszelkich bolszewickich agitacji, które mogły w jakiś sposób zakłócić stabilność odrodzonego Państwa. Tym bardziej że od połowy 1921 r. polscy komuniści bardzo liczyli na wybuch jakiegoś społecznego fermentu, większego niezadowolenia, które mogłoby przerodzić się w rewolucję, wspomaganą z zewnątrz siłami Armii Czerwonej. Szlachcianka Janina Konarska pisała w swym pamiętniku - co prawda jeszcze w listopadzie 1918 r. ale można było założyć że jeśli nic się nie poprawi w odrodzonym państwie, to agitacja bolszewicka zyska znacznie większe wsparcie niż stało się to w czasie wojny roku 1920, gdzie rzeczywiście chłopi masowo występowali w obronie odrodzonej Ojczyzny. Natomiast Konarska pisała o wydarzeniach związanych z rodzącą się Polską w roku 1918 na przykładzie chłopów w taki oto sposób: "Wszędzie tylko widać orzełki i amaranty. Wszyscy wstępują do wojska. Uniwersytet w Krakowie zamknięty, młodzież się zaciągnęła. Tylko na wsi cicho niestety - tej bryły nic nie poruszy, szczególnie, jak chodzi o czyn patriotyczny (…) Agitacja bolszewicka szerzy się przerażająco, a choć chłopi jeszcze na nią nie reagują - nie można jednak się łudzić, by tak było do końca, bo z drugiej strony apetyty na ziemię bardzo rozbudzone. Ci wszyscy, co byli w Rosji i obecnie powracają, mówią, że tam się tak samo zaczynało". Konarska co prawda obawiała się tego, że jej ziemia rodowa zostanie rozdzielona pomiędzy bezrolnych chłopów, ale mimo wszystko dosyć ciekawie opisała panujące wówczas w listopadzie 1918 roku nastroje w mieście i na wsi odradzającej się Polski. Wpis w jej Pamiętniku z 17 listopada był następujący (jednocześnie dosyć optymistyczny): "Dwór odwiedziło trzech kandydatów na ułanów (…) hrabia Antoni Potocki z Parzymiech, Piotrowski i Frank - zdążali do Kielc, gdzie tworzy się pułk ułanów polskich, i u nas popasali. Byli na obiedzie. Zajechali konno, ze strzelbami, z orzełkami i amarantowymi kokardkami na sztykach - tak to dziarsko i mile wyglądało". Zaś w styczniu 1919 r. znów pisała o wsi i chłopach w taki sposób: "A tu poboru jak nie ma, tak nie ma. Tam garstka młodzieży, kobiet i dzieci ginie, bohatersko broniąc Kresów polskich, a tu tysiące młodych i zdrowych chłopaków wałęsają się na wsi i cieszą się, że tam "szlachtę mordują". Teraz chodziło o to, aby, jak pisał Krzysztof Jelitczyk w broszurze z 1916 r. "Nasz obowiązek, aby wszystkie stany w ojczyźnie naszej kochały się i pomagały sobie wzajemnie jak bracia i dzieci jednego Ojca Niebieskiego i jednej matki-ziemi polskiej!"

W dniach 22 czerwca - 12 sierpnia 1921 r. W Moskwie odbył się III Kongres Kominternu, na którym również debatowano nad możliwością wybuchu w Polsce rewolucji komunistycznej. Z ramienia Komunistycznej Partii Robotniczej Polski uczestniczyli w tym kongresie Adolf Warszawski-Warski, Maksymilian Horowitz-Walecki, Adam Landy, Stefan Królikowski i Stanisław Bobiński (notabene Warski, Walecki i Wera Kostrzewa byli w partii uważani za "prawicowców" a to dlatego że postulowali jakąś chęć współpracy z Polską Partią Socjalistyczną. Byli też frakcją tzw. "większościowców", w odróżnieniu od frakcji "mniejszościowców" której przewodził Julian Leszczyński-Leński). Zaczęto teraz bardzo skrupulatnie przygotowywać się do nowej rewolucji, organizowano jaczejki (komunistyczne struktury) w zakładach pracy a przede wszystkim w wojsku (które w tym czasie przechodziło proces demobilizacji). Umieszczenie swych agentów w wojsku było niezwykle ważne, ponieważ w sytuacji wybuchu rewolucji i kolejnej sowieckiej agresji na Polskę, należało maksymalnie osłabić możliwość Wojska Polskiego do skutecznej obrony. Te struktury były podstawą dla stworzonej już oficjalnie od połowy lat 20-tych tzw. "wojskówki" (Centralny Wydział Wojskowy KPP). Ostatecznie została ona rozbita przez policję w grudniu 1935 i styczniu 1936 r., mimo że była to struktura tak tajna, że nawet wewnątrz samej KPP niewielu o niej wiedziało (wojskówka początkowo złożona była z pięciu osób, w 1928 r. jej personel zwiększono do dziesięciu). Przygotowania do rewolucji trwały pełną parą, tym bardziej że Polska na początku lat 20-tych była krajem w którym szalała inflacja, a do tego panowała powojenna bieda i okrutna drożyzna, która odbierała wielu osobom radość z odzyskanej Niepodległości. Poza tym kryzysy polityczne, szybko zmieniające się rządy i demokracja partyjno-gabinetowa, oraz niekończące się spory sejmowe potęgowały wrażenie, że - posługując się kolokwialnym stwierdzeniem Ferdynanda Kiepskiego - "Nie o taką Polskę walczyłem". Prawo pracownicze było nieustannie łamane (chociaż dekret o ośmiogodzinnym dniu pracy został wprowadzony już 23 listopada 1918 r., o powołaniu Inspekcji Pracy z 3 stycznia 1919 r., oraz o Pracowniczych Związkach Zawodowych z 8 lutego 1919 r.). Najlepiej pod tym względem było w fabrykach z kapitałem państwowym, najgorzej niestety w prywatnych firmach i przedsiębiorstwach. Publikacje Haliny Krahelskiej zastępczyni Głównego Inspektora Pracy w latach 1919-1921 i 1927-1931, pokazują zatrważający obraz łamania prawa pracy przez pracodawców. Zatrudnienie dzieci w różnych zakładach, w tym w przemyśle było powszechne (najmłodsze które zostało zgłoszone do ubezpieczenia Kasy Chorych miało 10 lat), a to z tego powodu że dzieciom można było płacić głodowe stawki, a i tak wykonywali pracę taką samą jak dorośli (mało tego, w jednej warszawskich wytwórni metalowych, dzieciom nie płacono przez cały rok, gdyż twierdzono że ciągle są na okresie próbnym). Powszechną praktyką było też nie udzielanie urlopów i to zarówno młodocianym jak i dorosłym. Krahelska pisała: "Są fabryki, gdzie wprost oznajmia się przy przyjmowaniu robotnikowi, iż praca trwa 12 godzin i że jest to warunek otrzymania pracy; są fabryki, gdzie dyrekcja obwieszcza przedłużenie dnia pracy na piśmie, przyczem redakcja takich ogłoszeń brzmi kategorycznie, robotnika się nie pyta o zdanie. W innych wypadkach, wprowadzając zmiany przedłużone, dyrekcja spekuluje bezpośrednio na strachu robotnika przed utratą pracy. Proponuje się pracę po godzin 12, a gdy propozycja nie spotyka entuzjazmu śród ogółu robotników, to się oświadcza, że trzecia zmiana (ośmiogodzinna) może być przyjęta, ale później, wobec konieczności redukcji, będzie się zatrzymywało ludzi z tej trzeciej zmiany, a zwalniało ze zmian obecnie pracujących. Są fabryki, gdzie stopniowo przedłużało się dzień roboczy, ażeby uśpić czujność robotników bardziej uświadomionych. W niektórych fabrykach wprowadzenie dnia przedłużonego odbywa się bardzo uroczyście, w drodze zbierania ogółu robotników i głosowania za 8-godzinnym dniem pracy lub przeciw niemu. (…) dzisiejsza psychika robotnika łódzkiego (poza biedą i nędzą materialną) w wysokim stopniu jest uległą pracodawcom i przez nich steroryzowaną".




W takich warunkach komuniści polscy uznali, że przeprowadzenie rewolucji nie będzie aż tak trudne, tym bardziej jeśli zdoła się doprowadzić do masowych strajków, połączonych z infiltracją wojska (a nawet policji) i interwencją Armii Czerwonej. Lata 1921-1924 były pod tym względem bardzo niebezpieczne. Na wschodzie co prawda wytyczono już nową granicę (zgodnie z "wyrokami" traktatu ryskiego), ale wciąż była ona niezbyt dobrze zabezpieczona, a wszelkie bolszewickie bandy przechodziły przez nią praktycznie bezkarnie, dokonując po polskiej stronie różnych napadów, podpaleń i rabunków (nie mówiąc oczywiście o agitacji komunistycznej, ale w tych warunkach nie była ona skuteczna). Wydawało się że komunistom wkrótce uda się doprowadzić do tego, czego nie udało się uzyskać w lipcu i sierpniu roku 1920. 19 października 1921 r. Włodzimierz Lenin wystosował specjalny list do działaczy Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, w którym nieco studził nastroje, przestrzegając ich przed sprowokowaniem zbyt wczesnego wystąpienia zbrojnego i rewolucyjnego w Polsce. Twierdził że rewolucja wkrótce i tak nastąpi, ale na razie (choć oczywiście o tym nie wspominał w swym liście) Armia Czerwona nie była gotowa do przeprowadzenia jakiejkolwiek akcji zbrojnej przeciwko Polsce. 30 października we Lwowie (w zabudowaniach katedry św Jura) odbyła się konferencja Komunistycznej Partii Galicji Wschodniej (założonej w lutym 1919 r.). Partia ta, początkowo porządkowana Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy, stała na skraju rozpadu wewnętrznego, gdyż powstał konflikt w jej łonie na temat tego czy nadal podlegać KP(b)U czy też podporządkować się KPRP (tym bardziej że Galicja Wschodnia weszła w skład państwa polskiego). Towarzysze jednak nie doszli do porozumienia, nie zdążyli. Na salę bowiem wkroczyła policja i aresztowała wszystkich 26 delegatów KPGW. W kolejnych dniach kontynuowano aresztowania i w sumie doprowadzono do schwytania 150 osób, jednocześnie prawie całkowicie rozbijając struktury Komunistycznej Partii Galicji Wschodniej. Niestety jednak, nie wszystkim udowodniono potem zarzut uczestnictwa w nielegalnej partii, a przed sądem zdołano postawić jedynie 39 komunistów. Pozostałym nie można było udowodnić winy, ponieważ działali oni podobnie jak grupy dywersyjne, które były organizowane w ramach KPRP, ale ich członkowie oficjalnie nie należeli do partii z tego powodu, aby w przypadku wpadki nie powiązać ich z działalnością komunistyczną. Poza tym w partii od 1 stycznia 1922 r. obowiązywała doktryna Kominternu budowy "jednolitego frontu" komunistów i socjalistów. Lenin uznał bowiem, że w państwach w których panuje "dyktatura kapitalizmu" należy przejąć hasła socjalistyczne, niekiedy nawet narodowe po to, aby podporządkować masy idące za tymi  hasłami - rewolucji. Dlatego też na wniosek Warskiego, Waleckiego i Kostrzewy przegłosowano w partii (stosunkiem głosów 26 do 9 i 4 wstrzymujących się), następującą uchwałę: "KPRP winna zwracać się do partii socjalistycznych i klas owych związków zawodowych z propozycją wspólnej walki" (już w parę lat później ten zwrot zostanie uznany za "faszystowski").

8 stycznia 1922 r. odbyły się na obszarze tzw. Litwy Środkowej wybory do Sejmu Wileńskiego które, na znak protestu zostały zbojkotowane przez Litwinów, Białorusinów i Żydów. Mimo to frekwencja wyniosła prawie 65% uprawnionych do głosowania (w ogromnej większości ludności polskiej) co dało nowemu parlamentowi Litwy Środkowej demokratyczną legitymację do decydowania o przeszłości regionu. Tak więc 20 lutego Sejm Wileński podjął uchwałę o przyłączeniu Wileńszczyzny do Polski. Piłsudski początkowo (jeszcze w czasie Bitwy Niemeńskiej we wrześniu 1920 r.) zakładał połączenie polskiego Wilna z białoruskim Mińskiem i litewskim Kownem i ten związek polsko-białorusko-litewski miał z czasem połączyć się (na zasadach federacyjnych) z Rzeczpospolitą. Decyzję podjęte w Rydze i utrata Mińska za sprawą polskich politykierów, znacznie zmieniły te plany. Nie udało się utworzyć niepodległego państwa na Ukrainie, wyrzeczono się Mińska białoruskiego, a Litwa kowieńska była bardzo negatywnie nastawiona do jakichkolwiek związków z Polską obawiając się głównie tego, że Polska w tym związku (jako partner większy i silniejszy) będzie co zrozumiałe dominować. A poza tym obawiano się na Litwie atrakcyjności kultury polskiej. Litwa więc podburzana przez Moskwę i Berlin i mająca wsparcie mocarstw zachodnich (Wielkiej Brytanii, Francji i USA) domagała się kategorycznie zwrotu Wilna - jako prastarej stolicy Litwy. Strona polska postulowała zorganizowanie na Wileńszczyźnie plebiscytu, podobnego do tego, jaki był organizowany na Śląsku czy na Warmii i Mazurach (a także w niektórych innych spornych terenach Europy Środkowej). Państwa zachodnie chciały oddać Wileńszczyznę Litwie, ponieważ nie wierzyły w to, że Litwa zdoła utrzymać swą niepodległość i widziały ten kraj w związku (być może nawet federacyjnym) z nową Rosją (oczywiście niekomunistyczną). Piłsudski nie chciał włączenia Wileńszczyzny do Polski. Sądził bowiem że Litwinom znacznie łatwiej będzie porozumieć się z rządem Litwy Środkowej, niż z Warszawą, ale dążenia mieszkańców samej Wileńszczyzny do powrotu do Polski okazały się silniejsze. Litwa jednak od tego momentu całkowicie zamroziła stosunki z Polską (stając się jednocześnie kukiełką zarówno Niemiec jak i Sowietów i będąc przez nich wykorzystywana jako teren do akcji dywersyjnych na terenie Polski). Aby to niebezpieczeństwo zlikwidować można było w tamtym czasie podjąć tylko jedną decyzję - marsz z Wileńszczyzny na Kowno i to nie zbuntowanych oddziałów Żeligowskiego, a regularnych formacji Wojska Polskiego pod dowództwem Piłsudskiego. Marszałek jednak odrzucał jakąkolwiek formę agresji przeciwko Litwie, do końca wierząc że uda się porozumieć z owym "rządem kowieńskim" (jak go kpiąco nazywał). W latach 20-tych gdy przybywał do Druskiennik (gdzie miał mały domek ofiarowany mu w ramach zasiedlania zdobytych terenów przez polskich weteranów wojennych), przechadzał się wokół jeziora będącego granicą pomiędzy Polską a Litwą (notabene dziką granicą, bowiem od października 1920 r. Litwa nie utrzymywała z Polską żadnych kontaktów, nie tylko dyplomatycznych ale również handlowych, granicznych czy kulturalnych. Granica ta więc była dosyć niebezpieczna) i długo, czasem godzinami wpatrywał się w tamten odległy litewski brzeg, nucąc być może w myślach słowa inwokacji Adama Mickiewicza "Litwo, ojczyzno moja. Ty jesteś jak zdrowie, ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie".






CDN.

sobota, 24 lutego 2024

PIERWSZE" ODKRYCIE AMERYKI - Cz. IV

CZYLI JAK WŁADCY MUCHOMORZA DOTARLI DO NOWEGO ŚWIATA





HALFDAN JASNOWŁOSY
Cz. III





 Na zjeździe w Paderborn (777 r.) Karol Wielki nie tylko doprowadził do złożenia mu hołdu przez większość saskich rodów i przyjęcia przez nich chrześcijaństwa, ale tam właśnie ustanowił Marchię Wschodnią (lub Saską) która miała być pierwszym krokiem do opanowania całej Saksonii, oraz do wypraw na ziemie innych ludów słowiańskich. Warto też nadmienić że w tym czasie, na ziemiach, które obecnie należą do państwa polskiego, najpotężniejszym władcą lechickich plemion, był książę plemienia Lędzian - Lech VI (zwany pierwotnie Przemysławem). Trzeba bowiem tutaj podkreślić, że rzeczywiście Imperium Lechickie jako scentralizowany podmiot polityczny nie istniało, natomiast było szereg mniejszych plemion, które w pewnych okresach czasu dominowały nad resztą i których władcy byli kimś w rodzaju pierwotnych pogańskich władców Polski. W okresie o którym opowiadam najsilniejszym takowym władcą był właśnie Przemysław, zwany następnie Lechem, który rozpoczął swą władzę ok. 760 r. po zakończeniu tzw. "drugiej anarchii" politycznej lechickich plemion, która trwała też ok. dwudziestu lat i nastąpiła po śmierci ostatniej wielkiej władczyni plemienia Wiślan (z głównym grodem w Krakowie) Wandy Amazonki (miała ona panować w latach 735-740). Lech VI (oczywiście numeracja poszczególnych władców jest już późniejsza) panował z miasta Przemyśla nad Sanem - które sam założył - przenosząc swą stolicę z Sandomierza. 

W każdym razie Marchia Wschodnia którą w Paderborn założył Karol, miała być wstępem pod dalszą ekspansję Franków, najpierw na tereny Obodrytów i Wieletów, a potem zapewne Serbów i Czechów. Była to jednak pieśń przyszłości, teraz przede wszystkim należało podporządkować Sasów, a to wcale nie było łatwe i to nie tylko ze względu na silną opozycję zwolenników Widukinda, ale również na błędy które popełnił sam Karol. Do owego Paderborn przybyła bowiem delegacja z odległej Hiszpanii, na której czele stał zarządca muzułmańskiej wówczas Saragossy - Ibn al-Arabi i jego syn Józef. Al-Arabii stał na czele buntu przeciwko emirowi Kordoby (z rodu Omajadów) - Abd al-Rahmanowi i starał się pozyskać Karola do interwencji w Hiszpanii. Ten uznał bowiem, że wyprawa przeciwko Sasom zakończyła się sukcesem i kraj został spacyfikowany, dlatego można rozpocząć nową kampanię na Południu. Poza tym zapewne marzył również o sławie swego dziada Karola Młota, który w bitwie pod Poitiers (732) rozbił arabskich najeźdźców, co to planowali podbić Królestwo Franków, podobnie jak dwadzieścia lat wcześniej uczynił to z Hiszpanią Tarik ibn Zijad. Ponowne zdobycie i rechrystianizacja Hiszpanii zapewne wówczas leżała na sercu Karola i pragnął on sławy podobnej do tej, jaką niegdyś zyskał Aleksander Macedoński.



 
Swoją drogą zbyt duża pewność siebie i pycha która się z tym wiąże, przekonanie o własnej nieomylności które jakże często dotyka rządzących, poddanych nieustannym pochlebstwom, to jest gwóźdź do trumny każdego władcy, ba, każdego człowieka. Od razu mi się przypomina postać Benito Mussoliniego, który bez wątpienia szczyt swojej popularności osiągnął dnia 9 maja 1936 r. gdy z balkonu Palazzo Venezia w Rzymie ogłaszał powstanie "Nowego Imperium Rzymskiego" po zwycięstwie i podboju Etiopii (Abisynii). Rzeczywiście w tamtym czasie gdy oznajmiał - najpierw 5 maja - o zakończeniu wojny i przywróceniu pokoju, a potem o odrodzeniu Imperium, był u szczytu swej sławy i popularności, a ok. 200-tysięczny tłum zgromadzony pod Palazzo Venezia doznawał wręcz euforycznej ekstazy - podobnej do tej, którą czuje się po zwycięskim meczu własnej drużyny. Ów starszy pan - bowiem już 54-letni, teraz dopiero stawał się bogiem i realnie w tym momencie mógł uczynić wszystko w polityce wewnętrznej Włoch. Mógł usunąć króla, wprowadzić republikę, samemu uznać się za imperatora, mógł również doprowadzić do wolnych wyborów które faszyści w tamtym czasie wygraliby w cuglach i mieliby całkowitą demokratyczną podbudowę swoich rządów. Dopiero teraz słowa, które w 1925 r. wypowiedział pewien dziennikarz włoski, iż Mussolini "ma zawsze rację" stawały się rzeczywistością. Zwycięstwo i podbój Etiopii zjednoczyły kraj w sposób nieprawdopodobny (i to naprawdę do tego stopnia, że dotychczasowi przeciwnicy polityczni Mussoliniego teraz chcieli pławić się w jego blasku. Mało tego, włoscy komuniści i liberałowie namawiali wręcz swoich zwolenników aby ci wspierali faszystów Mussoliniego, bo idą oni w dobrym kierunku) a Mussoliniego wywyższyło tak, jak później Hitlera wywyższyło zwycięstwo nad Francją w 1940 r. Mussolini wówczas otrzymał również tytuł "Twórcy Cesarstwa", który był pewnym substytutem dla tytułu "Imperatora" - cesarzem został bowiem król Wiktor Emanuel III, dla którego znowu wymyślono dziwną formułę w typie "królewskiego cesarza". Mussolini był wówczas także bardzo popularnym politykiem w Europie, do którego łasili się inni politycy - jak Winston Churchill, czy premier Francji Leon Blum - próbując przekonać go do sojuszu przeciwko Hitlerowi. Wyobraźcie sobie co by było, gdyby Włochy przystąpiły do sojuszu przeciwko Niemcom. Przecież ustrój faszystowski mógłby spokojnie dalej funkcjonować po Wojnie, a Mussolini zapewne byłby jednym z bohaterów zwycięstwa nad Niemcami. 

Ale tutaj właśnie nastąpiła pewna zmiana, która przesądziła o jego losie, jak i o losie całych Włoch. A mianowicie Mussolini - do tej pory polityk w miarę rozsądnie myślący, chociaż jego przemówienia bez wątpienia ekstatyczne, jednocześnie pozbawione były treści i potrafił czarować jedynie siłą swego głosu - przestał rozumować logicznie. Po 9 maja 1936 r. wszystkie jego decyzje były błędne, pozbawione sensu a wręcz głupie, tak jakby nastąpiła w nim jakaś zmiana osobowości. Skąd to się wzięło? Otóż odpowiedź jest bardzo prosta, z potoku, a wręcz z oceanu pochlebstw, jakie w tamtym czasie na niego spadały. Spowodowało to, że nawet logicznie myślący człowiek przestaje w końcu rozumować logicznie i skoro inni uważają cię za boga, w końcu ty sam uznasz się za boga - bardzo niewiele osób zdoła się oprzeć tej pokusie. Ponoć w owym 1936 r. żona Mussoliniego (o czym pisała w swoich pamiętnikach) namawiała go, aby wycofał się z polityki i przeszedł na emeryturę, gdzie mógłby hodować kury w ciszy i spokoju z dala od zgiełku polityki - nawet się nad tym zastanawiał - ale pochlebstwa zrobiły swoje. Odebrały mu zdolność logicznego myślenia i uczyniły zeń ofiarę własnej propagandy. Zaczął też wkrótce pieprzyć coś o gwieździe pod którą się zrodził i o tym, że jest w stanie przewidywać przyszłość i to było już wiadomo, że to koniec. Rok 1936 dzieli zaledwie 7 lat od roku 1943 gdzie Mussolini stracił władzę i został aresztowany, oraz 9 lat od roku 1945 gdy włoscy partyzanci zabili go i powiesili na szubienicy nogami do góry. Tak kończy pycha (jako ciekawostkę dodam jeszcze tylko, że tego samego dnia gdy ogłosił odrodzenie Imperium Rzymskiego, czyli 9 maja 1936 r. wywiad z nim chciała zrobić pewna francuska dziennikarka, ale nie do końca jej się to udało. Mussolini bowiem zerwał z niej ubranie i po prostu odbyli stosunek. Zresztą popularność dawała również i to, że dziewczyny były na każde jego skinienie - ale to już inna sprawa).




Karol uważał że łatwo zdobędzie Hiszpanię, tym bardziej gdy zbuntowała się Saragossa swoista brama do Kordoby, gdzie urzędował emir (który zwał się również malikiem - czyli królem) Abd al-Rahman. Władca ten był jednym z ostatnich - a bodajże ostatnim wielkim przedstawicielem rodu Omajadów. Pierwszym przedstawicielem tej dynastii był trzeci kalif i bliski współpracownik oraz zięć Mahometa - Osman (sprawował swe rządy w latach 644-656). I chodź pochodził on z bocznej gałęzi tego rodu, to za jego kalifatu dynastia Omajadów przejęła wiele kluczowych stanowisk w arabskiej ummie. Za jego czasów nepotyzm stał się tak naturalny, jak powietrze którym oddychano, a jednocześnie Osman zabraniał bogatym rodom arabskim z Mekki oraz wyróżniającym się dowódcom wojskowym, zakładania prywatnych posiadłości na zdobytych terenach (np. w Iraku czy w Syrii). Ostatecznie doprowadziło to do tego, że został zamordowany. Zdążył jednak mianować namiestnikiem Syrii bezpośredniego przodka Abd al-Rahmana -  Muawiję (który oczywiście również wywodził się z rodu Omajadów). Po krótkich rządach kalifa Alego (656-661) ostatniego z "raszidun" (czyli "sprawiedliwych") jak uważają muzułmanie (a szyici nie uznają innych kalifów którzy przejęli władzę po śmierci Alego, a tymi innymi byli właśnie Omajadzi). Władzy Alego nie uznał Muawija rezydujący w Damaszku. Wsparli go przedstawicielem możnych rodów z Mekki i Medyny którzy liczyli że w zamian zmieni się dotychczasowa polityka i będą mogli opanować żyzne tereny Persji, Syrii i Egiptu. Muawija ogłosił się kalifem już w 657 r. i w tym czasie rozpoczęła się tzw "Pierwsza Fitna" (czyli konflikt pomiędzy Arabami). Ostatecznie Ali zamordowany został w swym obozie w Al-Kufie przez członka sekty charydżytów (ugrupowania religijnego, które nie wspierało ani Alego ani Muawiji, twierdzili bowiem, że nowym kalifem powinien zostać nie ten, kto jest najpotężniejszy, ale ten, kto najbardziej wielbi Allaha. Nie dostrzegali kogoś takiego ani w Alim, ani w Muawiji i twierdzili że Allah ukaże owych nikczemników. Jeden z takich wyznawców odebrał życie Alemu). Jego następcą został syn - Al-Hasan, który szybko porozumiał się z Muawiją, zrezygnował z władzy i w zamian za bezpieczne i wygodne życie przeniósł się do Medyny, gdzie zmarł w kwietniu 670 r. (prawdopodobnie otruty na polecenie Muawiji, jako że w chwili śmierci Hasan miał jakieś 45 lat, Muawija był starszy o co najmniej dwadzieścia i chciał swym następcą uczynić swego syna - Jazyda. Hasan w tym momencie uważany przez dużą część wyznawców Allaha za "sprawiedliwego" był więc niezwykle niebezpieczny). Tak oto od 661 r. nowym i jedynym kalifem wszystkich muzułmanów stał się Muawija, a nową stolicą Damaszek.

Ogłosił on również że zabójstwo pierwszego mężczyzny, który pod wpływem nauk Mahometa przyjął islam (czyli jego krewniaka Osmana), było czynem haniebnym i bezbożnym i na tym też budowano legendę rodu Omajadów. Muawija stworzył system, w którym oddzielano Arabów od przedstawicieli innych nacji, wprowadził też ograniczenia dla nowych wyznawców islamu, a także jego dwór w Damaszku zaczął się coraz bardziej bizantynizować, oddalając się od pierwotnej ubogiej ummy z Mekki czy Medyny (np. jego harem był jeszcze wówczas dosyć nieliczny, ale już jego następcy coraz bardziej rozszerzali liczbę swoich żon, jak i tych kobiet, które trzymali w haram). Muawija nadal rozszerzał Imperium Arabskie, w 664 r. zajął Kabul, w 670 r. Kairuan (rozpoczynając tym samym podbój Ifrikij -  Afryki, a konkretnie dzisiejszej Tunezji, tyle że bez regionu Kartaginy), 669 r jego flota dotarła do wybrzeży Sycylii, a w latach 674- 678 rozpoczął ciężką wojnę z Bizancjum, którego ukoronowaniem było czteroletnie nieudane oblężenie Konstantynopola (nieudane chociażby z powodu tego, że Bizantyjczycy zastosowali w walce nową broń - ogień grecki, dzięki któremu zatapiali arabskie okręty jeden po drugim, plując na nich ogniem - niczym z miotacza ognia. Swoją drogą takie nowinki techniczne były bardzo ciekawe np. Archimedes - obywatel Syrakuz, wspierał swoje miasto podczas rzymskiego oblężenia w latach 214-212 p.n.e. stosując najróżniejsze nowinki techniczne, między innymi dźwig, który przypominał łapę i który chwytał okręty i je miażdżył. Ostatecznie Syrakuzy zostały zdobyte, a Archimedes tak był zajęty nowym wynalazkiem, że nie zauważył rzymskiego żołnierza który wdarł się do jego komnaty, żołnierz ten rozłupał mu czaszkę na dwoje. Swoją drogą mało brakowało a ogień grecki nie zostałby w Konstantynopolu, bowiem jego wynalazca nie uzyskał odpowiedniej ceny i początkowo nie spotkał się z uznaniem ze strony cesarza rzymskiego/bizantyjskiego i był nawet gotów sprzedać swój patent Arabom. Ostatecznie jednak tak się nie stało i wynalazek ten pozostał w Bizancjum, a stał się sławny właśnie jako "ogień grecki").






Muawija zmarł w 680 r. Wcześniej jednak wyznaczył swego syna Jazyda I na nowego kalifa i swego następcę. Nie spotkało się to z uznaniem zwolenników rodu Alego, a ponieważ po śmierci Hasana teraz to w jego młodszym bracie Husajnie widziano kolejnego z raszidun, przeto namówiono go aby ruszył z Medyny i na czele wiernych sobie oddziałów odzyskał to, co należało się jego ojcu i co jest zgodne z wolą Allacha. Na równinie Karbala doszło do bitwy (680 r.) w której oddziały Husajna (w tym kobiety i dzieci, bo przecież wyruszono całym dobytkiem), otoczone zostały przez przeważające siły Jazyda. Doszło do prawdziwej rzezi, ostatni zginął sam Husajn, tuląc w ramionach swego synka. Tak też rozpoczęła się Druga Fitna, która trwała dwanaście lat. Za czasów Jazyda Arabowie rozpoczęli długi rekonesans po wybrzeżu Afryki Północnej, dochodząc do Cieśniny Gibraltarskiej (682-683), ostatecznie jednak zostali oni rozbici przez oddziały Berberów z Maghrebu w bitwie pod Tahudha (683 r.). W tym też roku w Hidżazie (czyli na ziemiach arabskich, na których znajdowały się miasta Mekka i Medyna), doszło do kolejnego buntu przeciwko dynastii Omajadów. Jego inicjatorem był niejaki Abd Allah Ibn az-Zubajr - syn Al-Zubajra Ibn al-Awwama, który w 657 r. walczył przeciwko Alemu w przegranej "Bitwie Wielbłądów" nieopodal Basry. On również nie pałał sympatią do rodu Omajadów i pragnął powrotu do dawnej ummy w Mekce. Nie podobało mu się przeniesienie stolicy do Damaszku i coraz większe rozluźnienie moralne społeczności arabskiej (choć jeszcze w tamtym czasie mimo wszystko słabo dostrzegane, sam przecież Muawija był przede wszystkim wiernym muzułmaninem, a dopiero potem kalifem i częściej się modlił niż sprawował władzę, rozkładając swój dywan i kierując wzrok w stronę drugiej kibli - czyli Mekki, pierwszą kiblą była Jerozolima, w stronę której pierwotnie modlił się Mahomet). W 683 r. wojska Omajadów zdobyły Medynę, lecz Mekka wciąż się broniła. W międzyczasie zmarł Jazyd I (683) oraz jego syn i następca Muawija II (684). 


KARBALA 
ŚMIERĆ HUSAJNA I JEGO SYNKA
(680)



Nowym kalifem obrano az-Zubajra, ale ten wciąż był odcięty w Mekce. Dodatkowo zbuntowali się charydżyci w środkowej Arabii i w Persji (684), dodatkowo w Al-Kufie zbuntowali się szyici, pragnący pomścić śmierć Husajna. W tych warunkach w czerwcu 684 r. nowym kalifem został kuzyn Muawiji I - Marwan. Wywodził się on z bocznej linii rodu Omajadów, którego członkowie pochodzili od al-Hakama bin Abu al-Asy (przyrodniego brata Abu Sufiana, ojca Muawiji I). Marwanidzi - bo tak należy ich nazwać - być dumni z tego, że nie pochodzą od Abu Sufiana, czyli tego, który początkowo wyparł się Mahometa i traktowali gałąź linii Muawiji z wyższością. Marwan I zmarł już w 685 r. a władzę po nim przejął jego syn Abd al-Malik. W ciągu kolejnych sześciu lat zdołał on całkowicie ujarzmić szyitów i charydżytów, a w 692 r. zdobył Mekkę i skazał na śmierć Ibn az-Zubajra, kończąc tym samym Drugą Fitnę. Był to bodajże pierwszy władca który realnie dążył do centralizacji swojej władzy. Wprowadził język arabski jako oficjalny język administracji (do tej pory był to tylko język Koranu i język poezji) natomiast w administracji na Wschodzie wciąż posługiwano się językiem perskim, na Zachodzie zaś, czyli w Syrii, Palestynie i Egipcie - greckim). W 691 r. ukończył budowę wielkiego (i istniejącego do dziś) meczetu Kopuły na Skale w Jerozolimie. Zaczął też bić pierwszą arabską monetę, ozdobioną cytatami z Koranu. Ostatnie trzynaście lat jego rządów upłynęły w spokoju i dobrobycie. Za rządów al-Malika zajęto prawie cały Maghreb (690-709), zdobyto Kartaginę 698 r. (i potem 699, gdy Bizantyjczycy na krótko ponownie opanowali miasto). Rozpoczęto też zmasowaną eksplorację wybrzeży Sycylii. Nie był to jeszcze złoty wiek kultury arabskiej (jaki zapanuje za kalifa Haruna ar-Raszida sto lat później - notabene jest to ten kalif, za którego powstały sławne dzieła takie jak: opowieść o Dżinie z lampy Aladyna, czy Alibabie i 40 rozbójnikach), ale był to bez wątpienia przedsmak tego, co miało nastąpić.




Już za al-Malika (a nawet wcześniej, choć za jego rządów stało się to szczególnie popularne) zaczęły powstawać szkoły religijne, interpretujące z pozycji islamu to, jak człowiek powinien zachowywać się aby pozostać wiernym Bogu. Piszę o tym, ponieważ z punktu widzenia Omajadów było ważne, czy dani kadaryci (interpretujący boskie wyroki) są im przychylni czy też nie. Chadżyryci nie byli, uważali wręcz że Omajadzi zasłużyli na śmierć, ponieważ wyrzekli się Allaha i nie wypełniają jego woli. Ruch kadarytów jaki zrodził się wokół Al-Hasana al-Basri w Basrze, co prawda wspierał Omajadów - jako tych którzy przywracają porządek i niszczą chaos - ale pozostawił sobie furtkę umożliwiającą ich krytykę. Twierdzili oni bowiem że kalifowie - podobnie jak i inni ludzie - są odpowiedzialni za swe uczynki, a Bóg nigdy nie nakłada na człowieka więcej, niż ten jest w stanie unieść, dlatego też jeśli człowiek nie byłby zdolny do uczciwego i cnotliwego życia, to Allah by tego od niego nie wymagał. Jeśli więc kalif sprzeniewierza się bożym wymogom, spieniewierza się jednocześnie swojej naturze. Uczeni Al-Hasana Wasil Ibn Ata w ogóle potępiał wszelki zbytek panujący na dworach kalifów, twierdząc że wszyscy ludzie są sobie równi, i równi jesteśmy w oczach Boga. Nie ma bowiem wyższych i ważniejszych od innych, chociażby jedni byli kalifami, a inni żebrakami, choćby jedni byli mędrcami a inni głupcami - wszyscy jesteśmy sobie równi (wyrażając własne zdanie pragnę potwierdzić, nie ma znaczenia czy ktoś jest inteligentny czy nie, czy ktoś jest władcą czy niewolnikiem, wszyscy jesteśmy równi, i póki tego nie zaakceptujemy, nie będziemy mogli niczego więcej osiągnąć, a jeżeli wpadniemy w pychę, to będzie koniec balu panno Lalu w tym życiu. Przykład Mussoliniego jest tutaj niezwykle jaskrawy). Było to trochę niebezpieczne dla Omajadów, ale akceptowali te ruchy, tym bardziej że nie podważały one ich władzy.




Kalif al-Malik zdołał w sposób pokojowy przekazać swą władzę na ręce syna i następcy al-Walida i po raz pierwszy w dziejach muzułmańskiej ummy dziedziczenie z ojca na syna zostało zaakceptowane bez sprzeciwu, co też potwierdzało, iż czasy się zmieniają i pierwotne arabskie tradycje nomadyczne odchodzą w niepamięć na korzyść bardziej zjednoczonej i zurbanizowanej cywilizacji, w której rządy władcy absolutnego - tej tradycji wcześniej Arabowie nie znali - jest naturalną konsekwencją stworzenia Imperium. Tak więc gdy al-Malik zmarł (705 r.) al-Walid został nowym kalifem. To właśnie za jego rządów Arabowie osiągnęli swój największy terytorialny obszar, zdobywając Kaganat Zachodnioturecki z miastami z Samarkanda i Bachara (710), Sind i Multan (713) na Wschodzie, oraz wizygocką Hiszpanię na Zachodzie (711-719). Ale za tego władcy zaczęły pojawiać się też i pierwsze poważne trudności, które w przyszłości stały się powodem rozpadu owego Imperium. Mianowicie Omajadzi władali terenami rozciągającymi się od rzeki Indus na Wschodzie i od Jeziora Aralskiego na Północy po Jemen i Saharę na Południu, aż do gór Kaukazu i Pirenejów na Zachodzie. Był to tak olbrzymi teren, że zarządzanie nim z maleńkiej Syrii to było co najmniej zadanie karkołomne. Już Rzymianie po wielkich podbojach Trajana na Wschodzie w latach 113-117 zdali sobie sprawę że Imperium Rzymskie staje się zbyt rozległe, a co za tym idzie zbyt odległe od centrum, czyli od Rzymu. Zarządzanie takim molochem przez jednego człowieka który rezydował w Italii było niemożliwe, dlatego też następca Trajana - Hadrian zrezygnował ze zdobycznych terenów Mezopotamii, Asyrii i Armenii jakie w czasie wojny zdobyto na Partach. Potem Dioklecjan zdając sobie sprawę z niemożności zarządzania takim imperium w sytuacji upadku władzy centralnej w czasie anarchii III wieku, postanowił podzielić się władzą z dobranymi sobie współpracownikami i każdy z nich przejął określony odcinek. Oficjalnie było dwóch cesarzy, jeden na Wschodzie a drugi na Zachodzie, ale każdy z nich miał jeszcze po jednym cezarze, który odpowiadał za utrzymanie bezpieczeństwa na granicach w sytuacji gdy cesarz potrzebny był gdzie indziej. System tetrarchii dioklecjańskiej wprowadzony oficjalnie 287 r. (pierwsi cezarowie - czyli pomocnicy i następcy władców - pojawili się w 293 r.), działał od tej pory w miarę bezbłędnie (oczywiście poza drobnymi wypaczeniami, na które podatny był ustrój ówczesnego Rzymu). Tak też było z Arabami, ale tutaj nikt nie wpadł na pomysł żeby władzą się podzielić i jednocześnie utrzymać jedność w wielości. Syria była za mała i za biedna żeby mogła utrzymać takiego kolosa, dlatego też rozpad był nieunikniony.

A Syria była biedna, ponieważ dotychczasowy rozwój gospodarczy tego regionu został zahamowany z chwilą zdobycia go przez Arabów, jako że szlaki handlowe wiodące do Anatolii i Konstantynopola zostały przerwane i jedynie utrzymywano te, istniejące w kierunku południowym, czyli do Egiptu, oraz na Wschód, do Persji i dalej do Indii. Dzięki temu rozwijały się miasta dzisiejszego Iraku i Iranu oraz Chorasanu (czyli regionu wschodniej Persji i zachodniego Afganistanu). Tam napływała ludność arabska, tam rozbudowywały się miasta, tam zaczynała się tworzyć nowa kultura, Syria zaś coraz bardziej przypominała prowincję, a Damaszek zapyziałą dziurę. Po śmierci al-Walida (715 r.) władzę na krótko przejął jego brat Sulejman (do 717). Po jego śmierci kolejnym kalifem został Omar, który również wywodził się z rodu Omajadów (dodatkowo jego matka była wnuczką kalifa Omara, z zabitego w 644 r.), a on sam znalazł się na damasceńskim dworze al-Malika i następnie Sulejmana, z którym mocno się zaprzyjaźnił. To spowodowało że po śmierci Sulejmana został jego następcą. Za czasów Omara II uwidoczniły się już pierwsze poważniejsze problemy w polityce zagranicznej, Arabowie zostali pokonani przez Basków pod Cowadonga (718), co oznaczało koniec podboju Hiszpanii. Jednocześnie rozpoczęte jeszcze za Sulejmana oblężenie Konstantynopola (drugie takie wielkie w dziejach wojen z Arabami) z lat 717-718 zakończyło się ponownie klęską (również dzięki technice ognia greckiego). Niepowodzenia militarne i polityczne to jedno, natomiast pod względem kultury to rzeczywiście czasy Omara są wyjątkowe. Przede wszystkim nakazał spisanie wszystkich hadisów, a także wydał polecenie aby wszyscy jego obywatele (oczywiście mężczyźni) umieli czytać i pisać, co powodowało że Arabowie znacznie bardziej dominowali kulturowo nad chrześcijańskimi Europejczykami (których władcy częstokroć sami byli niepiśmienni, nie mówiąc już o zadbaniu o analfabetyzację swego ludu). I Omar krótko panował, zmarł w 720 r., a nowym klifem został teraz syn al-Malika Jazyd II. Zmarły Omar cieszył się bardzo dobrą reputacją wśród swych poddanych. Przede wszystkim dlatego, że na równi traktował wszystkie swoje prowincje i jako człowiek głęboko religijny namawiał mieszkających w jego państwa chrześcijan, Żydów czy mitraistow do przyjęcia islamu. Czynił to niestety również na swoją niekorzyść, bowiem ci, którzy przyjmowali islam, zwalniani byli z podatku (dzizji) który musieli płacić niewierni. A to powodowało że skarbiec Omajadów topniał w oczach, a przecież koszty wcale nie malały, a wręcz przeciwnie, nieustannie rosły. Jazyd II z pewnością się tym nie przejmował. Był on bowiem człowiekiem, który przede wszystkim skupiał się na doczesnych przyjemnościach. Uwielbiam bowiem osobiście kupować na targu niewolnice do swego haremu, a także był miłośnikiem wszelkiego rodzaju wykwintnych potraw. Większość dnia leżał w swym pałacu otoczony poduszkami, kobietami i przepychem. Budziło to niechęć nie tylko wśród szyitów, ale również wśród radykalnych uczniów szkół muzułmańskich (o których wspomniałem wyżej).

Panowanie Jazyda II nie trwało długo. Zakończył swe życie już w styczniu 724 r. a nowym kalifem został jego młodszy brat (syn al-Malika) Hiszam. On przywrócił muzułmańską religijność i prostotę na dworze damasceńskim, chociaż władał jak prawdziwy despota i za to również był krytykowany przez wyznawców Allaha, którzy nie byli przyzwyczajeni do despotycznych rządów swoich kalifów. Starał się też Hiszam zwiększyć swą kontrolę nad poddanymi, aby uniknąć ewentualnych buntów, które zawsze wybuchały pod hasłami odnowy religijnej. Szczególnie niebezpieczni byli szyici (którzy nadal dążyli do wyniesienia rodu Alego do władzy), ale i inne odłamy islamu były podejrzane. W tym czasie dla szyitów prawdziwym kalifem był potomek Alego - Ali Abd Allah, który ze swą rodziną i zwolennikami mieszkał w oazie al-Humajma, leżącej na południe od Morza Martwego. Szybko stała się ona kryjówką wszelkich przeciwników rodu Omajadów. Za rządów Hiszama Karol Młot na polach Poitiers rozbił arabski najazd na Królestwo Franków (732 r.). Arabowie później już nie próbowali ponownych ataków. Oficjalnie twierdzono, że stało się tak z powodu małej wartości Europy jako nabytku dla muzułmanów. Europa bowiem miała być zwykłym zadupiem, które nie warto w ogóle zdobywać, poza tym na Północy panował okropny klimat dla Arabów, a śniegi i mrozy było tym, z czym oni sobie nie radzili. Ale to nie wróg zewnętrzny był tym, z czym najciężej musieli zmagać się Omajadzi. W Al-Kufie bowiem członkowie klanu Banu Haszim (z którego wywodził się również Mahomet) i potomkowie Abbasa ibn Abd al- Muttaliba (wujka Mahometa), uważali że mają znacznie większe prawo do władzy, niż członkowie klanu Omajadów. Przewodził im wówczas Muhammad ibn Ali. Zawarli oni sojusz z szyjkami Abd Allaha (który scedować miał na ibn Alego swoje prawo do władzy - potem okazało się że nie jest to prawda). Słysząc te pogłoski Biszam miał ponoć skontaktować się z Muhammadem i w formie ustnej lub pisemnej (w każdym razie dokumenty te nie zachowały się) przekazał mu władzę po swej śmierci. Tak się jednak złożyło że Hiszam zmarł w roku 743 a władzę przejął syn Jazyda II - al-Walid II. Muhammad zmarł zaś w roku 744 i prawo do imamatu przeszło na jego syna - Ibrahima (zwanego "Imamem"), który teraz wysłał do Chorosanu (gdzie zaistniały najbardziej anty-omajadzkie nastroje) swego zaufanego człowieka Abu Muslima, aby ten pod czarnym sztandarem rodu Abbasa wzniecił bunt przeciwko występującym pod białym sztandarem Omajadom. Karty zostały rzucone, a los rodziny Abd al-Rahmana został przypieczętowany. Nastał bowiem dla nich teraz okrutny i krwawy czas.




CDN.

czwartek, 22 lutego 2024

SOLIDARNOŚĆ 2.0

RODZI SIĘ COŚ PIĘKNEGO 

I MAM NADZIEJĘ ŻE TRWAŁEGO




 Całym sercem wspieram i popieram protest rolników w Polsce i w Europie - i jest to dla mnie deklaracja tak oczywista, że nie ma sensu w ogóle z tym polemizować. Przyznam się szczerze że nie sądziłem że rolnicy zdobędą się na taki krok, a to może dlatego, że sam nie jestem rolnikiem i z tym środowiskiem większych kontaktów nie mam, ale jestem mile rozczarowany. Zresztą trudno się dziwić ludziom którzy walczą o życie, a w tym przypadku tak właśnie jest, bo jeśli upadną rolnicy, jeśli rolnictwo zostanie przejęte przez wielkie koncerny, to my staniemy się królikami doświadczalnymi na których będzie można testować dosłownie wszystko. Mało tego, nie będziemy w ogóle wiedzieć co jemy i czym jesteśmy podtruwani, bowiem dyrektywy Unii Europejskiej nie będą dotyczyły żywności która będzie sprowadzana czy to z Ukrainy czy z Ameryki Południowej. Jeśli upadną rolnicy, zniszczony zostanie bodajże ostatni szczebel który powstrzymuje "ich" przed stworzeniem mega oligarchicznego i mega zamordystycznego, neomarksistowskiego quasi państwa europejskiego (oczywiście taki model zapewne będzie stosowany również i w USA, a być może i w innych krajach. Już teraz widać chociażby jak Bill Gates wykupuje ziemie od drobnych farmerów w USA i jak bardzo mu na tym zależy). Oczywiście możemy udawać że tego nie dostrzegamy i żyć nadal w swoim świecie różowych jednorożców, ale w końcu rzeczywistość dopadnie również i nas czy tego chcemy, czy nie.

A tymczasem co uczynił generalgouverneur Donald Tusk aby ratować interesy globalistycznych koncernów? Przejścia graniczne z Ukrainą wpisał na listę infrastruktury krytycznej kraju, czyli de facto wprowadził stan wojenny na całej wschodniej (szczególnie południowo-wschodniej) granicy Polski. Wszystko po to żeby zmusić rolników to zaprzestania strajków, żeby ich protesty rozwiązywać przy użyciu policji (a kto wie, może również i wojska) i żeby dalej swobodnie towary z Ukrainy - które powiedzmy sobie szczerze nie są najlepszej jakości - nadal mogły być sprzedawane w Polsce i w Europie. Jeśli rolnicy ulegną, jeśli zgodzą się na to i wywieszą białą flagę - to koniec zarówno z nimi, jaki i pośrednio również z nami i nie jest to mowa trawa która ma kogokolwiek przestraszyć. Tutaj chodzi o przyszłość naszą, a szczególnie o przyszłość naszych dzieci. Jeśli pozwolimy żeby ci ludzie, którzy chcą decydować o tym czy możemy podróżować, czym mamy podróżować, czy możemy jeść mięso czy nie (i będą wpisywać nas na listy zatruwaczy powietrza którzy wydzielają zbyt duże ilości CO2, a co za tym idzie, jeśli przekroczymy limit, będziemy zapewne zamykani w jakiś ośrodkach odosobnienia, a kto wie może tak jak krowy w Holandii mamy zostać w przyszłości przeznaczeni do utylizacji, bo przecież człowiek jest największym szkodnikiem planety, więc lepiej będzie jeśli przestanie istnieć. Oto "Nowy Wspaniały Świat" którego niegdyś pragnął sam Karol Marks. Świat bez ludzi - a przynajmniej bez jakichś 90% ludzkiej populacji. Piękne prawda?). O tym wszystkim nie my będziemy decydować tylko ktoś za nas będzie decydował, a my będziemy dostawali tylko punkty lub impulsy które będą nas obligowały do przetrwania kolejnego dnia. To nie są teorie science fiction, to rzeczywistość którą chcą nam wprowadzić i którą już nam wprowadzili w czasie zamordyzmu covidowego. Wtedy też były przecież paszporty covidowe, gdzie nie wolno ci było wejść do samolotu jeśli nie byłeś zaszczepiony, albo nie miałeś odpowiedniego zaświadczenia że jesteś "naprawdę" zdrowy - w tym miejscu przypomina mi się fragment z filmu Alternatywy 4 gdy prezes spółdzielni mieszkaniowej informuje mężczyznę który stara się o własne mieszkanie, przynieść zaświadczenie, że to mieszkanie jest mu naprawdę potrzebne 😂. Rzeczywistość z lat 80-tych zatoczyła koło, bo teraz komunizm realnie odrodził się na Zachodzie).




Jedyny bowiem podział społeczny jaki rzeczywiście występuje od wieków, to nie jest podział na zwolenników tej, czy innej partii, czy nawet wyznawców tej, czy innej religii. Jedyny realny podział jest na tych, którzy rządzą i tych, którzy są rządzeni i to jest niezmienne. Ci pierwsi z reguły dążą do tego, żeby swą władzę utrwalać i umacniać w sposób nieskończony. Żeby wraz z władzą budować swą potęgę finansową i polityczną, a potem żeby ją rozbudować jeszcze bardziej w zasadzie w nieskończoność. W tym celu - aby uśmierzyć jakikolwiek sprzeciw - wszyscy rządzeni muszą być odpowiednio kontrolowani i choć formy tej kontroli oczywiście się zmieniają, ale cel pozostaje niezmienny. Żeby pewne warstwy mogły się bogacić, musiały zawsze mieć swoich niewolników którzy będą za nich pracować, którzy będą ich oporządzać, podawać im jedzenie i dbać o ich wygodę. I to się nie zmieniło, chociaż zmieniają się metody jakie są użyte żeby te elementy utrwalać i oczywiście okoliczności w których przyszło im działać. Dzisiaj celem w Europie (ale również w USA, i w całym tzw. "Świecie Białego Człowieka") jest stworzenie multinarodowego, pozbawionego wszelkich korzeni, tradycji i historii społeczeństwa niewolniczego, które będzie całkowicie kontrolowane przez tych, którzy rozdają karty i decydują o naszym losie. Demokracja zaś będzie służyła tylko za fasadę, dając ludziom poczucie że mogą coś zmienić, realnie zaś utwierdzając status quo. Dziś gnębi się nas podatkami i to coraz bardziej wydumanymi. Podatkami od deszczówki, podatkami od powietrza, od ilości CO2 które wydychamy do atmosfery - dlaczego nie, jak ktoś za gruby to będzie płacił więcej, a chudziakowi się trochę obniży i tyle. To nie jest wcale pieśni odległej przyszłości, to już się dzieje na naszych oczach, celem jest tylko spacyfikowanie nas, pozbawienie nas jakichkolwiek możliwości oporu - JAKICHKOLWIEK, a wtedy już będzie można zrobić z nami na co tylko rządzącym przyjdzie ochota.




Będą nas karmić robakami - a dlaczego nie? przecież tutaj chodzi o ratowanie planety, musimy więc się poświęcić. Nie możemy podróżować, nie możemy latać samolotami po wytwarza to wszystko zbyt wiele ilości CO2, no chyba że mamy odpowiedni certyfikat przyznany przez tych, którzy już teraz są niewybieralni (zastanawialiście się bowiem jak wybiera się władze w Komisji Europejskiej? przecież tam nie ma żadnej nawet szczątkowej formy demokracji, tam się zdobywa stanowisko tylko na zasadzie koleżeństwa, przez kooptację i odpowiednie poparcie). Ale nawet dla wybranych w sposób demokratyczny przedstawicieli naszych władz - i to nie ma znaczenia jakich (czy obecnych władz polskich o mentalności folksdojczów i szmalcowników, czy też niemieckich władz z tzw. "sygnalizacji świetlnej", czy też francuskich globalistycznych elit, o Brytyjczykach nie wspominając etc.etc.) my sami jesteśmy tylko nawozem, tylko bydłem które ma pracować póki nie zdechnie i najlepiej żeby zdechło zanim się zestarzeje, bo przecież nie ma pieniędzy żeby wypłacać nam emerytury, pieniądze się kończą - Unia Europejska realnie jest już bankrutem (a przynajmniej stoi nad przepaścią i jedyne co może zrobić, to finansowo wydrenować te państwa - i te społeczeństwa - które jeszcze można sobie podporządkować w tym między innymi Polskę i kraje Europy Środkowo-Wschodniej). Co się tyczy Polski zobaczcie jak wielki skok poczyniliśmy przez ostatnie osiem lat (co by nie mówić o PiS-ie to jedno należy przyznać, chodź to też nie jest tak że to dzięki politykom tak się stało, może po prostu mniej przeszkadzali) obecnie jesteśmy 21 gospodarką świata, za chwilę wejdziemy do G20 najpotężniejszych gospodarek globu. Myślicie że tym, którzy potrzebują teraz kasy nie przyszło na myśl aby odebrać nam to bogactwo, aby nas wydrenować (chociażby z coraz większej liczby polskiego złota, które w ciągu ostatnich ośmiu lat wzrosło bodajże o 100%, albo więcej). Przecież to są bandyci, mentalnie to są komuniści, a bandyta kradnie, nie pyta.






Dlatego też protest rolników jest tak ważny dla nas wszystkich i to nie tylko dla nas Polaków, ale dla nas Europejczyków, a tak naprawdę dla wszystkich ludzi którym wolność i demokracja leży na sercu. Dlatego z całego serca wspieram protest zarówno polskich rolników jak i rolników niemieckich, francuskich, hiszpańskich i  jakichkolwiek innych. Tutaj nie możemy już się poddać (mówię "My" chociaż nie jestem rolnikiem) inaczej zostaniemy stłamszeni i nikt już nam nie pomoże gdy przyjdą po nas ze swoimi zamordystycznymi nakazami i zakazami. Tak więc do boju Rolnicy, do boju Polsko do boju Europo!


PS: Nie mogę też sobie darować pewnego porównania do sytuacji jaka była w roku 1980 w Stoczni Gdańskiej gdzie rodziła się Solidarność, która bardzo szybko stała się masowym 10 milionowym ruchem społecznym, który ostatecznie Jaruzelski musiał stłamsić wprowadzając stan wojenny. Mam nadzieję że żaden nowy "Bolesław" Wałęsa się nie ujawni, choć bez wątpienia jakaś ogólnopolska reprezentacja rolników będzie potrzebna. Dobrze by było skoordynować te działania na szczeblu krajowym, a nawet międzynarodowym, tak, żeby nie można było nas pokojowo wygaszać. W każdym razie uważam że wsparcie Polaków dla rolników jest ogromne (zdaje się że około 80% społeczeństwa popiera protesty, co widać chociażby po reakcjach ludzi w miastach i tylko niestety jebaćpisy jak zwykle niezadowolone) a to daje niesamowitą podbudowę pod stworzenie nowego ruchu społecznego, który doprowadzi do upadku tej okrągłostołowej III RP. Polacy mają ambicje stworzyć silne państwo, które wreszcie dla własnych obywateli będzie matką, a nie macochą.




wtorek, 20 lutego 2024

NA CZYM POLEGAŁ FENOMEN RZYMSKIEJ ARMII REPUBLIKAŃSKIEJ...

 W STARCIU Z ARMIAMI PAŃSTW HELLENISTYCZNYCH NA PRZYKŁADZIE MACEDONII W II WIEKU P.N.E.




 Na czym polegał fenomen rzymskiej Armii republikańskiej z II wieku p.n.e. (jeszcze sprzed reform Gajusza Mariusza z lat 104-103 p.n.e. które realnie stworzyły rzymską armię zawodową, podległą bardziej swoim dowódcą aniżeli senatowi i Republice), w konfrontacji z Armią Macedońską (i innymi armii państw hellenistycznych)? Na to pytanie można by było dosyć łatwo i krótko odpowiedzieć, iż różnica realnie polegała na tym, że armie państw hellenistycznych nie mogły pozwolić sobie na zbyt wielkie straty poniesione w bitwach, ponieważ uzupełnienie owych strat nie było tak proste, a poza tym armie państw hellenistycznych (w tym oczywiście macedońska), to były armie zawodowe, finansowane w całości przez państwo - czyli przez królów. Po raz pierwszy tę nowinkę do Macedonii wprowadził już król Filip II (ojciec Aleksandra Wielkiego) na początku swego panowania (ok. 359 r. p.n.e.). Wcześniej bowiem Armia Macedońska była tworzona na wzór armii greckich, które w tamtym czasie były najdoskonalszą formacją zbrojną, często wykorzystaną również przez Persów (stąd wielu Greków tak chętnie - w zamian za złoto - służyło w Armii Perskiej. Potem zaś Aleksander wszystkich Greków którzy walczyli po przeciwnej stronie skazał na śmierć bez żadnej litości i łaski). A greccy ciężkozbrojni falangici musieli na własny koszt zakupić włócznię, tarczę i miecz, nie wspominając oczywiście o hełmie, nagolennikach, czy (przynajmniej niektórzy) metalowym lub brązowym pancerzu osłaniającym tors. To były znaczne koszty i nie wszystkich obywateli danego polis stać było na taki wydatek. Cała więc reszta zasilała oddziały lekkozbrojnych, używając do walki głównie łuków, proc, ewentualnie włóczni i wiklinowych najczęściej tarcz. Nic więc dziwnego że w takiej sytuacji nawet najbardziej ludne i potężne greckie polis (takie jak Ateny czy Sparta, a także Teby i Korynt) mogły wystawić do bitwy co najwyżej kilka tysięcy falangitów. Bardzo rzadko liczba ta dochodziła do 10 000 i nigdy też jej nie przekraczała. Natomiast wprowadzona przez Filipa II zmiana, polegająca na państwowym uzbrojeniu żołnierzy, automatycznie zwiększała liczbę tych, którzy mogli zasilić szeregi ciężkozbrojnej piechoty (nie mówiąc oczywiście o jeździe, bo to zupełnie odrębna kwestia). Tak więc gdy Aleksander przeprawiał się do Azji na podbój Imperium Perskiego, prowadził ze sobą 12 000 falangitów i 3 500 jazdy, a w kraju pozostało drugie tyle falangi i 1 500 jazdy. Dobitnie to pokazuje że armia macedońska znacznie wzrosła, właśnie dzięki poborowi wśród najbiedniejszych, których dotąd nie było stać na zakupienie sobie pełnego ekwipunku falangity. Oczywiście druga sprawa że uzbrojenie żołnierzy pochłaniało znaczne sumy ze skarbca królewskiego, ale to się opłacało, ponieważ liczna (to znaczy znacznie liczniejsza niż dotychczas armia), do tego armia nowego wzoru, stworzona na zupełnie innych niż dotychczas zasadach, wygrywała bitwy w ponad 90% częściej niż działo się to w klasycznych armiach greckich polis, a to oznaczało że poniesione koszty można było szybko uzupełnić poprzez rabunek podbitych państw. I to się zwracało w dwójnasób.




Ale Armia Macedońska - choć znacznie liczniejsza niż wcześniej i liczniejsza niż armie greckich polis - miała tę wadę, że nie mogła sobie pozwolić na zbyt duże straty w bitwach, gdyż szybkie uzupełnienie owych strat i wyszkolenie nowego żołnierza zajmowało pewien czas. Zbyt długi czas, aby można było sobie na to pozwolić. I tutaj właśnie leży podstawa wyższości rzymskiego legionu republikańskiego nad zawodową falangą macedońską. Sukces Rzymian nie polegał wcale na tym że byli oni lepszymi wojownikami od Greków czy Macedończyków, a właśnie na tym, że bez względu na straty zawsze mogli wystawić drugą armię. Po klęsce jaką zadał Rzymianom Hannibal w bitwie pod Kannami w 216 r p.n.e., poległo tam aż 80 000 żołnierzy rzymskich - to była prawdziwa katastrofa dla republiki, ale Republika nie upadła. Gdyby takiej klęski doświadczył Hannibal, gdyby doświadczyli jej Macedończycy lub Egipcjanie greckich Ptolemeuszy czy Syryjczycy greckich Seleucydów, o Grekach nawet nie wspominając - kraje te już nigdy nie podniosłyby się z upadku i natychmiast przestałyby istnieć. Republika Rzymska przetrwała tę katastrofę (chociaż powstały bardzo rachityczne co prawda ale jednak, plany opuszczenia Rzymu i założenia Nowego Miasta w południowej Galii. Chociaż plany te dotyczyły tylko grupki senatorów i nie miały przełożenia na większość społeczeństwa rzymskiego, to warto jednak wspomnieć że się pojawiły), mało tego, Republika wystawiła kolejną armię, a potem kolejną, która w Afryce pod Zamą zadała Hannibalowi ostateczny cios (202 r p.n.e.). I to właśnie było podstawą sukcesu rzymskiego legionu republikańskiego, możliwość nieustannego (oczywiście nie w nieskończoność, ale jednak w sposób niemożliwy do przeprowadzenia dla innych państw) uzupełniania strat i wystawiania nowych armii (dokładnie tak samo jak potęga Wehrmachtu była niezwyciężona dopóty, dopóki w miarę bezpiecznie pracował niemiecki przemysł. Natomiast rozsypała się jak domek z kart z końcem 1944 i na początku 1945 r. po wielkich bombardowaniach Rzeszy z lata 1944, kiedy przemysł niemiecki został totalnie zniszczony i nie można było w żaden sposób nie tylko uzupełniać braków w postaci nowych czołgów, ale również chociażby dostarczać paliwo do jeszcze istniejących. To samo było też w Związku Sowieckim w pierwszych miesiącach 1941 r. gdy Sowieci porzucali praktycznie niezniszczone przez Niemców czołgi i to nie dlatego że uciekali na wschód, tylko dlatego że po prostu skończyło im się paliwo, a oni nie mieli możliwości w chaosie wojennym uzupełnić owych braków na miejscu).

Na korzyść macedońskiej falangi przemawiało również uzbrojenie, a przede wszystkim owe długie na 5,5 m włócznie zwane sarissami. Wytwarzane były one z drzewa dereniowego które licznie rosło w Macedonii i miało tę zaletę że ich drzewce były zarówno elastyczne (czyli łatwe do manewrowania) jak i twarde. Na końcu Drzewca umieszczony był żelazny grot, a dla równowagi po drugiej stronie sarissa posiadała żelazny kolec, który w razie potrzeby można było wbić w ziemię. Żołnierze atakowali w falandze w formacjach złożonych z szesnastu falangitów w pierwszej linii, cały zaś batalion (syntagma) liczył 256 żołnierzy, a cała falanga składała się z 64 batalionów. Ta formacja pozwalała również żołnierzom macedońskim ustawić się ściśle jeden obok drugiego, tak, że każdy dalszy szereg poza pierwszym był praktycznie osłonięty i bezpieczny od ataków wroga, natomiast pierwszy szereg też był zabezpieczony, poprzez wyciągnięte przed siebie długie włócznie (w kierunku wroga swoje sarissy wyciągało pięć pierwszych szeregów falangi, reszta trzymała włócznie w pozycji pionowej lub przygotowując do opuszczenia w pozycji ukośnej). Macedońska tarcza nie była długa i miała okrągły kształt - najczęściej była koloru białego z jasną obramówką wokół (może to trochę dziwnie zabrzmi ale jak widziałem te tarcze ściśle odwzorowane i przedstawione na rysunku, to w tym kolorze i w ten sposób przypominały mi one... smaczne lukrowe ciasteczka które kiedyś jadłem 🤭). Tarcza była przywiązana do lewej ręki falangity, tak, aby oboma rękoma mógł on trzymać długą włócznię. Szyk musiał być na tyle zwarty, aby poszczególne tarcze dotykały się jedna drugiej. Całą falangą dowodził oczywiście generał, czyli strategos (czasem był nim sam król). Jednym skrzydłem falangi (liczącym 32 bataliony) dowodził kerarcha, batalionem - syntagmatarcha, dwiema parami kolumn w jednym batalionie (64 żołnierzy) dowodził tetrarcha, czterema kolumnami (128 żołnierzy) taksjarcha. Falanga miała również pomniejszych dowódców, jak dowódca kolumny (16 żołnierzy) - lochagos, dowódca dwóch kolumn (32 żołnierzy) - dilochita, dowódca półkolumny (8 żołnierzy) - hemilochita, a także dowódca ćwiartki kolumny (4 żołnierzy) - enomotarcha.




Prócz oczywiście sariss, żołnierze macedońscy mieli przy sobie miecze, a używano najczęściej tradycyjnych mieczy greckich, czyli takich z lekko wygiętym ostrzem (zwanych kopis), lub też prostego miecza greckiego hoplity o długości ok. 60 cm. Używano też klasycznego hełmu trackiego który został nieco zmodyfikowany przez Macedończyków (z dodaniem np. czegoś, co na czubku hełmu przypominało późniejsze czapki frygijskie, noszone przez sankiulotów podczas Rewolucji Francuskiej). Hełmy te nie tylko ochraniały głowę, ale również policzki i brodę. Używano również hełmów beckich (które nieco przypominały czapkę z daszkiem). Jazda macedońska (hetajrowie) zaś (i podobne formacje w armiach innych państw hellenistycznych) była bardzo dobrze uzbrojona. Żołnierze używali również drugich włóczni i zaokrąglonych tarczy. Istniały również konne jednostki łuczników i miotaczy oszczepów. O ile też piechota macedońska ustawiała się w najróżniejsze formacje (np. otwarty trójkąt, otwarty kwadrat, półksiężyc, szyk ukośny i szyk prosty) o tyle macedońska jazda zawsze tworzyła szyk trójkątny (formacja ta zwała się "ile" składała ze 136 kawalerzystów uszeregowanych od 1 do 16), przy czym dowódca zawsze był na pierwszej linii, najbardziej wysunięty do przodu. Warto też dodać, że dyscyplina w Armii Macedońskiej była na znacznie niższym poziomie niż w Armii Rzymskiej i chociaż była to armia zawodowa, to żołnierze byli towarzyszami króla, dlatego też nie można było ich skazać za przewiny np. na karę chłosty. Było to bowiem nie do pomyślenia dla Macedończyków, a potem przyjęło się również i w innych armiach hellenistycznych. Falangitę można było ukarać poprzez uwięzienie go lub ewentualnie skazanie na śmierć, ale nie upokorzenie w taki sposób, w jaki karało się niewolników. W rzymskim legionie zaś kara chłosty nie była niczym rzadkim, nawet w legionie republikańskim.




Po zakończeniu I Wojny Punickiej w Rzymie prawdopodobnie przeprowadzono reformę wojskową (mówią "prawdopodobnie" ponieważ nic na ten temat nie wiadomo, natomiast pewnym jest że ok. 220 r. p.n.e. Armia Rzymska była już inna niż wcześniej). W czasach królów rzymską formacją zbrojną była formacja greckiej falangi, z tym że podzielona na centurie. Od czasów Romulusa w Rzymie walczyli tylko najbogatsi (czyli ci, którzy mieli najwięcej ziemi - wszystko to bowiem pierwotnie byli rolnicy). Rzymska falanga liczyła wówczas 4 000 żołnierzy podzielonych na 40 centurii i tak było za pierwszych pięciu królów. Szósty król - Serwiusz Tuliusz (panował w latach 578-535 p.n.e.) dodał do klasy najbogatszych (triarii) również dwie pozostałe klasy majątkowe średnio bogatych (hastati) i najbiedniejszych (welita) czym zwiększył skład rzymskiej Armii do 6 000 dzieląc ją na 6 centurii. Z końcem IV wieku p.n.e. porzucono formację falangi i wprowadzono zupełnie nową, typowo rzymską formację legionu. W latach 20-tych III wieku p.n.e. przeprowadzono kolejną reformę, dzieląc legion na manipuły (oczywiście utrzymano również podział na centurie) i tak z chwilą wybuchu II Wojny Punickiej z Hannibalem (218 r. p.n.e.), rzymska Armia składała się z czterech legionów, a w każdym legionie służyło 4 200 obywateli (czasami było to nawet 5 000), nie licząc oczywiście formacji sprzymierzeńców, a nawet dwóch legionów złożonych z niewolników. Legion składał się z 60 centurii. 20 centurii po 30 triarii każda (czyli 600 żołnierzy), 20 centurii po 60 hastatus (1 200 żołnierzy), 20 centurii po 60 principes (1 200 żołnierzy) oraz 1 200 welitów. Dwie centurie tworzyły manipuł. Triarii to byli najbardziej doświadczeni żołnierze, weterani których dodatkowo stać było na zakup szerokiej tarczy (sięgającej żołnierzowi od stopy do szyi), włóczni i miecza. Hastati i principes - czyli grupy średniozamożne (ci pierwsi to byli młodsi mężczyźni, ci drudzy zaś, mężczyźni w sile wieku), uzbrojone były w taką samą szeroką tarczę jak triarii, lecz zamiast włóczni posiadali dwa lekkie oszczepy, oraz oczywiście miecz. Velici zaś uzbrojeni byli w okrągłą tarczę, krótki oszczep, procę i miecz. Ci ostatni nie nosili też hełmów ani nagolenników, głowę zaś osłaniali skórami upolowanych zwierząt - najczęściej wilków.


HASTATI i PRINCIPES



W czasie bitwy w szyku bojowym hastati ustawieni byli w prostokąt, złożony ze 120 ludzi (10 rzędów po 6 żołnierzy w każdej centurii). Przed nimi stawali lekkozbrojni welici (50-60 welitów w jednym manipule) którzy szli na pierwszy ogień. Za żołnierzami formacji hastati ustawiali się principes (osłaniali oni przerwy między manipułami hastati w drugiej linii, czyli jak żołnierze stoją obok siebie, to przerwy które pomiędzy nimi występują w drugiej linii osłania formacja principes). Na końcu ustawiali się weterani czyli triarii. Bitwa rozpoczynała się od uderzenia hastati i welitów - ci pierwsi ciskali w nieprzyjaciela oszczepami i ruszali z obnażonymi mieczami do walki wręcz, ci drudzy ciskali mniejszymi oszczepami lub procami i również atakowali z mieczami w dłoni. Gdy bitwa szła dobrze, postępowali dalej a pozostałe formacje szły za nimi, gdy zaś nie układała się korzystnie, hastati i welici wycofywali, się a do walki przystępowali principes. W tym samym czasie triari klękali na jedno kolano osłaniając się tarczami i wysuwali do przodu włócznie tworząc jakoby mur, za którym przegrupowywały się oddziały hastati. W przypadku gdy formacja principes również nie była w stanie przemóc nieprzyjaciela, do ostatecznej walki przystępowali triari wspierani przez welitów. Tak wyglądał atak piechoty, rzymska jazda zaś ustawiała się na skrzydłach armii. W konfrontacji z falangą macedońską, czyli zwartą formacją stojącą jeden przy drugim, luźno działający legion rzymski tak naprawdę nie miałby szans w starciu z takim jeżem. Okazało się jednak że elementem decydującym, który przeważył nad sukcesem legionu nad falangą, były właśnie lekkie oszczepy hastati i principes, którymi oni najpierw ciskali we wroga - osłabiając tamtejsze szeregi - a potem wdzierali się z obnażonymi mieczami prosto na oddziały macedońskie w których już były poczynione wyrwy. Poza tym ogromnym atutem była również ruchliwość Rzymian, czego nie można było powiedzieć o Macedończykach. I taka właśnie formacja rzymskiego legionu wygrała dwukrotnie w wielkich bitwach z Macedończykami pod Kynoskefalaj (197 r. p.n.e.) i Pydną (168 r. p.n.e.), oraz z syryjskimi Seleucydami pod Magnezją (190 r. p.n.e.).

Na czele rzymskiej armii stał konsul, czyli najwyższy władzą przedstawiciel w Republice (każdego roku wybierano zawsze dwóch konsulów z taką samą władzą). Miał do pomocy sześciu mianowanych przez siebie trybunów. Podlegali im centurioni wybierani zwani primus pilus (centurion wybierany dowodził całym manipułem, czyli 170/200 żołnierzami - 120 hastati, principes lub triari i od 50 do 80 welitów). Łącznie manipułami dowodziło 30 wybranych centurionów. Niżej od nich stali centurioni mianowani, dowodzący tylko jedną centurią (100 żołnierzy). Rzymska jazda republikańska zaś, liczyła w każdym legionie 300 ludzi (wybranych spośród ekwitów, czyli na tyle majętnych, że stać ich było na konia). Kawaleria legionowa dzieliła się na 10 turm po trzy dekurie (szwadrony), a w każdej turmie było 30 jeźdźców. Co się tyczy uzbrojenia, to podstawowym mieczem rzymskiego legionisty był gladius - niezwykle poręczny, dobrze leżący w dłoni, klasyczne miecz, który doskonale sprawdził się we wszystkich wojnach toczonych przez Rzym od III wieku p.n.e począwszy aż na II wieku naszej ery skończywszy. Typowych hełmów greckich używano bardzo mało, raczej stosowano hełmy etruskie (z osłoną na policzki) do których można było przyczepić pióropusz, lub też hełmy italskie (również z osłoną policzkową) i ołowianą wkładką na szczycie, do której też mocowano pióropusz. Jeśli zaś idzie o osłonę ciała, to najbogatsi (czyli triari) nosili pancerz podobny do późniejszej kolczugi, ale będący czymś w rodzaju kamizelki. Mniej zamożni (hastati i principes) nosili na piersiach metalowe tabliczki w kształcie kwadratu, osłaniające piersi i część żołądka (resztę osłaniała długa tarcza). welici zaś najczęściej nosili wzmacniane pasy lub nie mieli żadnej osłony (poza lekką tuniką, która przed niczym oczywiście ich uchronić nie mogła). Poza tym noszono ochraniacze na nogi (czyli nagolenniki) ale najczęściej tylko na lewą nogę, którą wysuwano do przodu w trakcie ataku. Ale też nie wszyscy, bo welici nie mieli takich osłon wcale.




Tak oto wyglądała Armia Rzymska która zmierzyła się z Macedończykami i ich pokonała. Mam nadzieję że wyjaśniłem dosyć jasno na czym polegała przewaga Rzymu nad resztą państw hellenistycznego Wschodu.