Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ISLAMSKI TERRORYZM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ISLAMSKI TERRORYZM. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 kwietnia 2025

POD ROZWAGĘ!

 CZYLI KRÓTKIE POLITYCZNE 

QUI PRO QUO





Dzisiaj dosłownie parę słów odnośnie zbliżających się 18 maja wyborów prezydenckich. Przyznam się szczerze że czekam tego dnia, aby ostatecznie przekonać się na ile mądrość naszego Narodu przetrwała przez te wszystkie potransformacyjne i wszelkie inne zmiany. Ciekawe ile jest Polaka w Polaku? Zadaję sobie to pytanie nie bez przyczyny, gdyż to co obecnie dzieje się w naszym kraju (totalny rozkład aparatu państwowego i próba rozmontowanie również więzów narodowych, a co za tym idzie także społecznych i rodzinnych - bo do tego wszystko zmierza). Poza tym "nasz" tak zwany premier wyjątkowo umiejętnie potrafi stawać na baczność i kłaniać się przed Niemcami. Nie wiem jak Was, ale mnie osobiście to upokarza i dlatego zadaję to pytanie: "Ile w nas jest Polaka?" 

Za niecały miesiąc wybory prezydenckie które zdecydują tak naprawdę o naszej przyszłości, gdyż będą to wybory o to, czy Polska w ogóle ma istnieć, a nie wybory czy podoba mi się Nawrocki, Trzaskowski, Jakubiak, Mentzen, Biejat czy ktokolwiek inny. Tu już walka toczy się o sprawy fundamentalne o nasze być albo nie być, i o to czy będziemy żyli w kraju bezpiecznym, silnym, stabilnym gospodarczo, czy też staniemy się landem europejskim, nową generalną gubernią, w której w Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu, Łodzi i Gdańsku będzie tak samo jak w Paryżu, Londynie, Berlinie czy Mediolanie - brud smród i ubóstwo na ulicach, a wokół ludzie z Trzeciego Świata. 

Niektórzy regionalni prezydenci miast straszą już swoich obywateli że nieprzyjęcie migrantów (a raczej brak zgody na budowę "Centrum Integracji" - cokolwiek by to miało oznaczać, bo wiadomo że z integracją nie ma to nic wspólnego, gdyż tylko idiota może sądzić, że wpuszczając setki tysięcy obcych kulturowo ludzi nie znających języka, kultury kraju do którego zmierzają, ani nie będących w jakikolwiek sposób chętnymi do pracy, że oni się zasymilują z lokalną ludnością. Naprawdę albo trzeba być kompletnym debilem żeby tak sądzić, albo człowiekiem, który z premedytacją i na zimno realizuje pewien plan) że będzie się to wiązało z wstrzymaniem unijnych dotacji. To się pytam - czego!? Od kiedy to Unia Europejska ma swoje pieniądze? Przecież to inne kraje zrzucają się na to  brukselskie pasożytnictwo, które może sobie dzięki temu roić o neo komunistycznej Europie bez państw narodowych i w społeczeństwach wzajemnie wymiksowanych, niezdolnych do podjęcia jakiegokolwiek buntu przeciwko owym panom. 

Polska praktycznie już jest płatnikiem netto, czyli wpłaca do unijnego budżetu więcej niż z niego wyjmuje, ale jeżeli miałbym stawiać na szali bezpieczeństwo mojej kobiety, czy ewentualnie dzieci (których co prawda "jeszcze" nie posiadam) to mówię otwarcie: nie chcemy żadnych "pieniędzy brukselskich", a jednocześnie sami przestaniemy wpłacać do tego komuszego grajdołka i zobaczymy kogo to bardziej zaboli (po wypowiedzeniu ets-ów, zielonego ładu, niebieskiego ładu i oczywiście paktu migracyjnego), a jednocześnie nasi najbliżsi będą bezpieczni, a nasz kraj, nasza piękna Polska nie zostanie zamieniona w chlew, tak jak większość krajów Europy Zachodniej. 

Nigdy nie byłem, nie będę ,nie jestem nawet w tym momencie w którym to piszę - rasistą, moje poglądy są dalekie od jakiegokolwiek uznawania wielkości jednej czy drugiej rasy, ale powiedzmy sobie otwarcie - murzyni są rasą niezwykle agresywną, to po pierwsze; po drugie, rasą która praktycznie nie wytworzyła żadnej cywilizacji (z drobnymi wyjątkami, które jednak były zapożyczeniami z zewnątrz). Natomiast cały rozwój cywilizacyjny naszej Planety odbywał się głównie dzięki rasie białej (kaukaskiej jak kto woli) i rasie azjatyckiej (chińskiej, japońskiej, koreańskiej). To jest smutna prawda, ale tak właśnie jest i nie zmieni tego ani propaganda, ani narzucone nam kalki, które sugerują że "murzyni tworzyli Cywilizację Europejską". Boże kochany, uwierzą w to tylko idioci, albo przerobieni na niewolników ludzie pozbawieni własnych korzeni. To już prędzej uwierzyłbym że taką cywilizację w Europie stworzyli Azjaci.

I właśnie takich ludzi trzeciego świata próbuję się nam tutaj implementować. Problem właśnie polega na tym, że nie mamy polskiego rządu, mamy rząd mianowańców brukselskich i (choć zabrzmi to wyjątkowo mocno) kundli niemieckich. Nie dziwmy się zatem że będziemy broczyć w tej brei, póki ten rząd nie przestanie istnieć. I dlatego tutaj nie chodzi o to czy podoba mi się ten czy tamten kandydat. Chodzi o to, czy my dalej będziemy mogli żyć w naszym kraju i tylko o to chodzi - to jest kluczowa sprawa. Dzisiaj bowiem jak patrzę na Wielką Brytanię i co się zrobiło z tym krajem to mam wręcz przekonanie graniczące z pewnością że to będzie pierwszy w Europie islamski kraj już wkrótce zaraz potem dołączy Francja i Niemcy. A tubylcy? No cóż, albo się dostosują i będą płacić dżizję za to, żeby w ogóle istnieć, albo przejdą na islam, albo... 🔪


MAPA MECZETÓW W EUROPIE 
(Zielony - aktywne meczety 
Czerwony - porzucone meczety 
Biały - brak meczetów)




Zastanówmy się nad tym, bo jest jeszcze czas żeby pewne rzeczy poukładać i zmienić 
w naszym kraju.





sobota, 23 maja 2020

FILMY MOJEJ MŁODOŚCI

CZYLI MÓJ INDYWIDUALNY WYBÓR

FILMÓW DLA FACETÓW




 
 Jaki powinien być facet w dzisiejszym świecie? Na to pytanie bardzo chętnie i często odpowiada cała masa najróżniejszych znawców, którzy wszelkimi sposobami starają się udowodnić, że w dzisiejszym świecie już nie potrzeba męskich mężczyzn i po prostu "ważne aby być sobą". Pod tym neutralnym, a nawet pozytywnie brzmiącym stwierdzeniem - podpisują się również feministki, które wprowadziły nawet do przestrzeni publicznej określenie "toksyczna męskość" - czyli taka, jaka nie pasuje do preferowanego przez nie wzorca sfeminizowanego mężczyzny. Uważają one (a oprócz nich również i cała masa ogłupianych przez nie kobiet) że facetowi powinno się pozwolić na uzewnętrznianie jego emocji poprzez społeczne przyzwolenie na "męski płacz". Ja tutaj w tym momencie nie chciałbym się wypowiadać na temat społecznego przyzwolenia czy nieprzyzwolenia na wrażliwych mężczyzn (gdyż ja sam zaliczam się do tego grona i niestety jestem zbyt wrażliwy - może to ma związek z moją duszą, która niezbyt dopasowała się do ciała jakie posiadam i stąd te "anomalie" 😉), a raczej do tego, co w ogóle rozumiemy pod nazwą męskość i mężczyzna. Oczywiście że mężczyzna ma prawo do płaczu, ale należy też pamiętać, że gdy mężczyzna płacze - jak mawiał klasyk - to już musi być święto. Bowiem mężczyzna nie jest na tym świecie po to, aby się rozpłakał czy chodził na kozetkę do psychoanalityka - w przypadku pojawienia się nieprzewidzianych trudności, z którymi nie zawsze jest w stanie sobie poradzić. Podstawą istnienia mężczyzny i męskości w ogóle jest natomiast... skuteczność. Mężczyzna bezwzględnie musi być skuteczny i uparcie dążyć do celu. Mężczyzna bowiem jest opoką i ostoją cywilizacji, jaka istnieje na tej planecie od niepamiętnych czasów i gdyby tylko zabrakło mężczyzn - natychmiast cała cywilizacja dobiegłaby końca. Dziś feministki mówią o jakimś wydumanym "patriarchacie", a przecież czym innym jest ów patriarchat, jeśli nie cywilizacją w jakiej funkcjonujemy i do jakiej doszliśmy. Gdyby bowiem istniał matriarchat i żylibyśmy w społeczeństwach zarządzanych przez kobiety, dzisiejsza cywilizacja zatrzymałaby się na poziomie oderwanych od siebie enklaw, i umiejscowiła gdzieś na epoce przedindustrialnej, ale nawet wręcz wczesnej starożytności. Oczywiście dla niektórych feministek byłaby to wizja zapewne niezwykle kusząca, ale w takim świecie musiałyby zrezygnować z tych wszystkich udogodnień współczesności, do jakich ludzkość się przyzwyczaiła i w jakich funkcjonuje (np. z brakiem elektryczności, ciepłej wody, telefonów komórkowych, telewizorów, laptopów, etc. etc. czyli tego wszystkiego co stanowi obecnie naturalny poziom rozwoju społeczeństw). A co ciekawe, społeczeństwa matriarchalne w żaden sposób nie byłyby w stanie zapewnić bezpieczeństwa mieszkańcom własnych enklaw i z czasem przestałyby istnieć, gdyż świat w którym nie rządzą mężczyźni - jest światem anarchii i przemocy, a w takim właśnie świecie zwierzyną są najsłabsi, czyli głównie dzieci i kobiety.

Kobiety oczywiście wcale nie są mniej brutalne od mężczyzn (że tak jest - to także kolejna feministyczna bzdura), ale bez wątpienia są znacznie słabsze fizycznie, mniej odporne (zarówno na długie dystanse, jak i przy zranieniu), oraz niestety (tak jest i to nie jest mój wymysł) mniej inteligentne (co nie oznacza że nie są mądrzejsze od mężczyzn. Mądrość bowiem nie jest równa inteligencji). W przypadku więc bezpośredniej konfrontacji anarchizmu z matriarchatem, ten drugi nie miałby żadnych szans na przetrwanie i bardzo szybko doszłoby do fizycznej likwidacji takich skupisk. Innymi słowy - społeczeństwa matriarchalne byłby zawsze systemami t-y-m-c-z-a-s-o-w-y-m-i i zawsze też jedynym antidotum na potęgującą się anarchię oraz przemoc, byłoby powstanie zorganizowanych cywilizacji typu patriarchalnego. Czy cywilizację taką byliby w stanie stworzyć owi sfeminizowani i zapłakani (jak pragną tego feministki) mężczyźni? Otóż odpowiem że nie, gdyż oni staliby się ofiarami na równi z innymi kobietami i dziećmi. I teraz moje pytanie brzmi - jaka kobieta chciałaby wziąć sobie na męża, zapłakanego i niepotrafiącego z niczym sobie poradzić faceta? Po co jej duże dziecko - żeby się miała nim opiekować? I tutaj dochodzimy znów do przedziwnego poplątania z pomieszaniem, jakie to cechuje płeć żeńską. Otóż kobietom zawsze imponują i podobają się faceci w stylu macho, jednak tylko do chwili, gdy taki facet nie zostanie przez kobietę usidlony. Gdy tak już się stanie, to najchętniej chciałaby go sobie podporządkować, zamieniając w takiego "misiaczka" (być może jest o mechanizm obronny, aby zamknąć drogę innym samicom do własnego samca). Problem polega jednak na tym, że gdy już skutecznie zamieni go w takiego potulnego pantoflarza, to z czasem albo bardzo żałuje tego kroku (wspominając jaki to męski był kiedyś), lub też całkowicie traci do niego sympatię i miłość, a taki związek powoli zamiera. Niestety, taka niekonsekwencja jest bardzo częsta wśród kobiet (co znów nie znaczy że powszechna) i dlatego też nie istnieją społeczeństwa matriarchalne i nigdy takowe (na dłużej) nie zaistnieją. Kobieta bowiem potrzebuje nie tylko mężczyzny ale również swoistego przewodnika, który gdy przyjdzie gorszy czas - nie rozpłacze się wraz z nią, tylko albo będzie wiedział co ma robić (u facetów w sytuacjach kryzysowych, takie działania często są instynktowne), albo też obmyśli sposób jak skutecznie wyjść na prostą, by tym samym zabezpieczyć byt swojej rodziny. I to właśnie dlatego mężczyzna a nie kobieta (jak zapewne chciałyby feministki) jest i pozostanie głową rodziny.

Męskie cechy to odpowiedzialność, honor, skuteczność i skrupulatne dążenie do celu, siła woli a także gotowość sprzeciwu wobec ducha czasów. To mężczyźni stali za największymi zbrodniami w dziejach ludzkości (choć jak słucham niektórych feministek, to mam takie wrażenie że gdyby miały one taką możliwość i więcej odwagi, to zgotowałyby ludzkości koszmar - przy którym dzieła Hitlera, Stalina, Mao Zetonga czy Pol-Pota razem wzięte, to byłyby niewinne zabawy chłopców w piaskownicy), to oczywiście prawda, ale jednocześnie to też mężczyźni stanowią jedyną siłę sprawczą, która konsekwentnie doprowadzała do obalenia tych totalitaryzmów (i to jest właśnie ów męski "sprzeciw wobec ducha czasów"). Mężczyźni więc, choć są agresorami i często krzywdzą kobiety (z drugiej strony istnieje też pokaźna liczna kobiet w każdych społeczeństwach, które krzywdzą mężczyzn - ale o tym akurat się nie mówi) to jednocześnie stanowią ich jedyną skuteczną obronę i gwarancję ich bezpieczeństwa (natomiast feministki jedyne czym mogłyby obdarzyć kobiety, to doprowadzenie swymi działaniami do totalnej anarchii, a tym samym do większej przemocy wobec kobiet. Zresztą nie trzeba wcale daleko wybiegać w przyszłość - to przecież feministki opowiedziały się za masowym otwarciem granic i wpuszczeniem do Europy hord obcych kulturowo i nabuzowanych erotycznie mężczyzn z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Efekt jest taki, że dziś kobiety, jeśli tylko pojawią się w pewnych dzielnicach zachodnioeuropejskich miast bez stosownego stroju i chusty na głowie - to jeśli tylko zostaną oplute i zwymyślane, to będą mogły uważać się za prawdziwe szczęściary. A gwałty są tam na porządku dziennym - i nocnym, zaś feministki siedzą cicho - podobnie jak po wyjściu na jaw informacji o pedofilii w celebryckim światku, za sprawą ostatniego filmu Sylwestra Laskowskiego - i dalej atakują białych, heteroseksualnych mężczyzn, opowiadając swoje rytualne bzdury o "toksycznej męskości" i jednocześnie wystawiając kobiety na ataki dzikusów z Maghrebu. W takim razie ja zapytam inaczej - jeśli feminizm nie jest toksyczną kobiecością, to cóż nią jest?). 

A tak na koniec - wspomniałem już że cała ta nasza cywilizacja opiera się na barkach mężczyzn i stanowią oni jej jedyną podporę. Ale jednocześnie należy pamiętać że gdyby nie było kobiet - to ta cywilizacja również nigdy by nie powstała, jako że choć to mężczyżni są jej twórcami, to jednak kobiety stanowią inspirację do twórczego męskiego działania (często bowiem jest tak, że bez kobiety mężczyznę dopada marazm, apatia i zniechęcenie) i to one stanowią sprawstwo wszelkich męskich podniet (zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych). Obie płcie bowiem wzajemnie się wspierają i sobie służą i gdyby tylko zabrakło jednej z nich, druga także długo by nie przetrwała. Zatem bez kobiet nie byłoby owej męskiej, "patriarchalnej" (jak wolą feministki) cywilizacji, jaką mamy. Z tego też powodu pragnę zaprezentować te filmy i seriale, które - jak sądzę - w znacznej mierze ukształtowały mnie, jako mężczyznę i które powinny oglądać kolejne pokolenia młodych mężczyzn. Oto ich lista:



I

ROCKY






O tym filmie kiedyś już pisałem, jest to według mnie wspaniała opowieść o odwadze, determinacji i uporze, który przełamuje wszelkie ograniczenia i stanowi dokładne odzwierciedlenie tego, z jakim zapałem działali ludzie, którzy odnosili potem wielkie sukcesy (i to zarówno mężczyźni jak i kobiety - przecież taka Maria Skłodowska-Curie miała gdzieś wszelkie ograniczenia czy przeszkody jakie nakładano na jej płeć i skrupulatnie dążyła do wybranego przez siebie celu, odniosząc niesamowity sukces. I to wbrew temu co dziś głoszą feministki, że kobiety kiedyś nie mogły bo "dławił jej podły patriarchat" - mogły, jak chciały i miały wystarczająco dużo siły woli i wewnętrznego zaparcia, to mogły wszystko). Jest to historia chłopaka (Amerykanina włoskiego pochodzenia) który zaczynał jako ochroniarz gangstera, a dzięki własnej sile woli, uporowi, konsekwencji w dążeniu do raz wyznaczonego celu, miłości ukochanej kobiety i wsparciu, jakie uzyskał od człowieka który w niego uwierzył (jego trenera - Micke'go Goldmilla) - osiągnął sukces o jakim z pewnością wcześniej nawet nie marzył. Postać Ricky'ego Balboa jest mi szczególnie bliska, jako że grał go Sylwester Stallone, aktor którego lubię nie tylko za jego kunszt aktorski, ale także dlatego, że nosi to samo imię co mój zmarły ojciec - a przy tym jest do niego niezwykle podobny.  

 

II

SKAZANI NA SHAWSHANK


 



Jest to opowieść o determinacji, sile i męskiej przyjaźni w sytuacji błędu, pomyłki lub złego losu, który niszczy nasze stabilne i poukładane życie. Film opowiada o niesłusznie skazanym bankierze - Andym Defresne (granym przez Tima Robbinsa), który oskarżony o zabójstwo żony i jej kochanka, trafia do więzienia o ciężkim rygorze w Shawshank. Film ten pokazuje, jak niestała jest ta nasza codzienna "stabilizacja" i jednocześnie jak bardzo nowe doświadczenia wpływają na nasze działania i dalsze etapy życia. Film warty obejrzenia, gdyż pokazuje dobitnie że nie wszystko to, co nam się wydaje dobre i pozytywne, jest nim w rzeczywistości, oraz że każdy człowiek jest sumą dobra i zła - pytanie tylko której części swej natury pozwoli wziąć górę.



 III

GRAN TORINO


 

 



Mega film w reżyserii sędziwego już Clinta Eastwooda, który opowiada o współczesnej Ameryce, która w dużej mierze przestała być normalnym krajem. Eastwood gra tu amerykańskiego weterana (polskiego pochodzenia) Walta Kowalskiego, którego największym bogactwem jest jego ukochane auto - Ford Gran Torino z 1972 r. Walt stanowi kwintesencję tej odchodzącego pokolenia Amerykanów, którzy stworzyli bogactwo dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, pracą własnych rąk i a potem walczyła za ten kraj przelewając na wojnach swą krew (pot - krew i łzy). Jego dzieci i wnuki, to zupełnie inne pokolenie, niezainteresowane takimi wartościami jak odpowiedzialność, poświęcenie i praca, a nastawione raczej na to, co przez kilka ostatnich dziesięcioleci było Amerykanom wtłaczane do głów - czyli że w pracy masz się realizować (jeśli w ogóle ją podejmiesz, bo przecież łatwiej jest coś ukraść, lub żyć na czyjeś konto, niż samemu na to zapracować), że najważniejsza jest dobra zabawa, seks, narkotyki i że tylko idioci jeszcze pracują lub walczą za ten kraj. Film ten opowiada o rosnącej fali przestępczości, o gangach młodych chłopaków, którzy nie mając żadnych wzorców, ani też oparcia w żadnych autorytetach, zeszli na drogę przestępstwa. Dziś plaga gangów w USA jest bardzo poważnym zjawiskiem, a przestępczość i zbrodnia jest czymś normalnym (jakiś czas temu widziałem reportaż, gdy dwoje dziennikarzy aby przejść przez dzielnicę gangów, musiało najpierw ubrać się w kamizelki kuloodporne - mimo że i tak byli oprowadzani przez jednego z członków lokalnego gangu). Pytanie brzmi, jak to się stało że w przeciągu zaledwie dwóch dekad (począwszy od lat 50-tych) Ameryka tak się wewnętrznie zeszmaciła. Dawne wartości, takie jak męstwo, odwaga, honor czy szacunek wobec kobiet i kobiecości - dziś nie znaczą zupełnie nic. Dziś można dowolnie każdego zabić bez przyczyny i podania powodu, dziewczyny czy kobiety nazywane są "świniami" lub "sukami" (co jest bez wątpienia dużym osiągnięciem feministek - skoro tak walczyły o tę równość, to właśnie ją mają) i to właśnie współcześnie jest trendy, to jest cool. Dziewczynę też można napaść i zgwałcić, bo skoro są równe mężczyznom, to niech się same bronią (faceci przecież są sfeminizowani i płaczą). I oto właśnie chodzi - o upadek wartości, na jakich zbudowano USA.




Walt Kowalski jest symbolem dawnych czasów, w których panował porządek i bezpieczeństwo. W których kobiety nie bały się wychodzić z domu, bo nie było społecznego przyzwolenia na gwałty czy wszechobecną przemoc (dziś co prawda też nie ma przyzwolenia, bowiem na opanowanych przez lewicę uniwersytetach i w mediach dominuje feminizm, genderyzm i afirmacja homo-związków, a mimo to statystyki gwałtów oraz przemocy wobec kobiet rosną). Nie chodzi jednak o sam brak przyzwolenia, lecz o skuteczność w powstrzymywaniu tego typu patologii. A skąd ma się brać owa skuteczność, skoro mężczyznom wmawia się że powinni płakać jak kobiety, ubierać się jak kobiety a może w ogóle zamienić się w kobiety. Tylko co to da - kobiety zamienią się w mężczyzn? 😌 Jak współczesny facet ma powstrzymać piętrzące się społeczne patologie, skoro ma totalnie wyprany mózg i miast się im przeciwstawić, woli pisać na Facebooku, malować pokojowe hasła i kwiatki na ulicach (po zamachach terrorystycznych), albo się "dowartościowywać". To takiego faceta pragną mieć współczesne kobiety (feministek nawet nie pytam), to jest ideał męskości? To może w ogóle pozwólmy się zamordować, gdyż jak tak ma wyglądać świat to nie warto już w nim żyć, gdyż wszystko co stanowiło o jego sile i pięknie - zostało zniszczone. I o tym jest ten film. Walt Kowalski ostatecznie bierze w opiekę młodego chłopaka - syna chińskich sąsiadów, którzy zamieszkują obok niego - o imieniu Thao, który początkowo próbuje skraść jego auto. Najpierw niechętnie, a potem coraz bardziej nabiera zaufania do chłopaka w którym to dostrzega odrodzenia tej starej Ameryki, która zniknęła lata temu. Uczy go więc co to znaczy być mężczyzną i jakie to niesie za sobą obowiązki, wartości i konsekwencje. Film niesamowity, pokazujący jednak coś jeszcze. A mianowicie to, że tamtą Amerykę zbudowali ludzie pracy, w tym również imigranci przybyli do Nowego Świata z takich katolickich krajów jak Irlandia (Irlandczykiem jest szef firmy budowlanej - przyjaciel Walta - w której zatrudnia się Thao), Włochy (Włochem jest fryzjer, również przyjaciel Walta) czy Polska (Walt jest właśnie polskiego pochodzenia). Tak gwoli przypomnienia kto wykuwał potęgę USA.  



 IV

OJCIEC CHRZESTNY






Trzyczęściowy film, który opowiada o dziejach rodu Corleone, począwszy od nestora rodu don Vito (granego przez Marlona Brando), a skończywszy na bratanku jego syna Vincencie Mancinim (granym przez Andy Garcię). Przyznać się jednak muszę, że ogromne wrażenie na mnie osobiście zrobił nie tyle sam don Vito Corleone (którego często przytacza się jako takiego typowego gangstera z lat 30-tych i 40-tych), ale właśnie Michael Corleone - jego najmłodszy syn i następca (grany przez Ala Pacino). Najsilniej odcisnęła na mnie piętno jedna scena, gdy Michael był na Sycylii i gdy poprosił o rękę córki pewnego Sycylijczyka. Przyznam się szczerze, że ta jedna scena, dosłownie wcisnęła mnie w fotel, ten spokój, to opanowanie i ta logiczna konsekwencja dążenia do raz wyznaczonego celu - niesamowite. To według mnie jest właśnie pełna kwintesencja męskości, która bez wątpienia sprawia że od setek (a może tysięcy) lat, tabuny niewiast przez to jedno męskie spojrzenie są gotowe na wszystko. 




  

PS: Postaram się także przygotować listę filmów dla kobiet, które (według mnie) powinny obejrzeć współczesne panny i mężatki, a które to świadczą o sile i pięknie kobiecości.


 

niedziela, 14 stycznia 2018

POLSKĘ TRZEBA ZAŁATWIĆ! - Cz. I

CZYLI O TYM, 

JAK TO NIEMCY, ROSJA I INNE KRAJE

PO I WOJNIE ŚWIATOWEJ, 

WSPÓLNYMI SIŁAMI DĄŻYŁY DO

ZNISZCZENIA ODRADZAJĄCEJ SIĘ

POLSKIEJ PAŃSTWOWOŚCI





"ŻOŁNIERZE! DWA DŁUGIE LATA, PIERWSZE ISTNIENIA WOLNEJ POLSKI, SPĘDZILIŚCIE W CIĘŻKIEJ PRACY I KRWAWYM ZNOJU. KOŃCZYCIE WOJNĘ WSPANIAŁYMI ZWYCIĘSTWAMI, I NIEPRZYJACIEL, ZŁAMANY PRZEZ WAS, ZGODZIŁ SIĘ WRESZCIE NA PODPISANIE (...) POKOJU. ŻOŁNIERZE! NIE NA PRÓŻNO I NIE NA MARNE POSZEDŁ WASZ TRUD. (...) LECZ OD RAZU, OD PIERWSZEJ CHWILI ŻYCIA SWOBODNEJ POLSKI, WYCIĄGNĘŁO SIĘ KU NIEJ MNÓSTWO POŻĄDLIWYCH RĄK, SKIEROWAŁO SIĘ MNÓSTWO WYSIŁKÓW, BY JĄ UTRZYMAĆ W STANIE BEZSIŁY, BY JEŚLI JUŻ ISTNIEJE, BYŁA ONA IGRASZKĄ W RĘKU INNYCH, BIERNYM POLEM DLA INTRYG CAŁEGO ŚWIATA (...) 

ŻOŁNIERZE! ZROBILIŚCIE POLSKĘ MOCNĄ, PEWNĄ SIEBIE I SWOBODNĄ (...) KRAJ, CO W DWA LATA POTRAFI WYTWORZYĆ TAKIEGO ŻOŁNIERZA, JAKIM WY JESTEŚCIE, MOŻE SPOKOJNIE PATRZEĆ W PRZYSZŁOŚĆ"

JÓZEF PIŁSUDSKI
18 Października 1920 r.






 Odnośnie niedawnej rekonstrukcji rządu i wyzwań, jakie nas jeszcze czekają w przyszłości, postanowiłem przypomnieć sytuację, jaka miała miejsce tuż po zakończeniu I Wojny Światowej, gdy po klęsce Niemiec i Austro-Węgier i upadku Rosji, zaczęły się odradzać państwa w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym oczywiście państwo polskie. Chciałbym tutaj pokazać, iluż było wrogów owego odrodzenia i to nie tylko wśród takich krajów jak Rosja czy Niemcy, ale również innych państw, jak choćby Litwa czy Czechosłowacja, a także chociażby... Anglia. Chciałbym właśnie zaprezentować kierunki działań, zmierzające do zniszczenia Polski jako niepodległego państwa lub chociażby takiego jej osłabienia, aby nie była zdolna stanowić przeciwwagi w Europie Środkowej dla tandemu niemiecko-rosyjskiego. Wydaje mi się że w obecnych czasach wielkiej próby, jakie stoją przed nami, jest to również bardzo ważne, aby wiedzieć jak pomimo wielu trudności (znacznie większych i poważniejszych niż dziś), nasi przodkowie potrafili doprowadzić sprawę Niepodległości Polski do końca i "tak ją postawić w sile i mocy" aby nie tylko mogła przetrwać, lecz również aby zaczęła zgłaszać pretensje do uznania jej mocarstwowych ambicji. 




I rzeczywiście, dla wielu było nie do pomyślenia, że państwo, którego jeszcze kilka lat wcześniej nie było na mapach, które było tak zniszczone działaniami wojennymi, że brakowało nawet słomy na chłopskich dachach, którą nawet konfiskowały zaborcze armie dla potrzeb wojennych, że ten mały zdawałoby się, słaby i biedny kraj, może w ogóle myśleć o mocarstwowości. Amerykanie nie dowierzali, pisząc w 1934 r.: "Poprzedni sługa cesarzowej Austrii, cesarzowej Rosji i Fryderyka Wielkiego w Prusach teraz chce być panem w afrykańskim kraju", a "Pittsburgh Courier" dodawał w alarmistycznym tonie: "Liberia może być pochłonięta przez żarłoczną Polskę". Zaś francuski delegat w Radzie Lidze Narodów Joseph Paul-Boncour posunął się do stwierdzenia (na słowa polskiego delegata w Radzie Ligii Narodów - Augusta Zaleskiego że Polska jako mocarstwo ma prawo do podejmowania określonych decyzji w interesujących Ją kwestiach): "O tak, Polska jest mocarstwem. Ale należy pamiętać że są wielkie mocarstwa i jest Polska". Były to słowa wypowiedziane przez przedstawiciela państwa, które (przynajmniej oficjalnie) było nam przyjazne i z którym mieliśmy zawarty od 1921 r. sojuszniczy układ militarny. Pokazuje to dobitnie, że Polska Niepodległa, a już z pewnością Polska mająca własne ambicje mocarstwowe, była nie na rękę nie tylko państwom nam realnie wrogim, ale również i tzw.: sojuszniczym. 


"PRZEZ ZJEDNOCZENIE NARODU 
DO POLSKI WIELKIEJ, SILNEJ I SPRAWIEDLIWEJ"



Należy bowiem pamiętać, że odrodzenie Polski miało od początku służyć celom państw zaborczych. 25 marca 1915 r. przewodniczący Związku Wszechniemieckiego Friedrich von Schwerin, opracował memorandum dla rządu niemieckiego, dotyczące powiększenia niemieckiego terytorium po zwycięskiej wojnie i jego zagospodarowania i zasiedlenia. Pisał w nim mi.in.: "W ramach niemieckiego programu oskrzydlenia Rosji Niemcy muszą poszerzyć swoją strefę wpływu na terenach wschodnich. Jako środek do osiągnięcia tego celu może posłużyć "polskie państwo buforowe" pod niemiecką hegemonią (...) Zgodnie z tym będzie przebiegać zasiedlanie zdobytych terenów kolonizatorami niemieckimi po spełnieniu następujących warunków: a) opróżnienie tych obszarów z ludności polskiej, b) sprowadzenie niemieckich osadników z Niemiec i Rosji (...) c) oddzielenie zgermanizowanym pasem granicznym Polaków z Prus od pozostałych Polaków i ich asymilacja, d) wypłacenie przez polskie państwo buforowe odszkodowań wysiedlonym polskim rolnikom. Zasiedlenie nowo zdobytych obszarów na wschodzie, obok korzyści politycznych, strategicznych i gospodarczych, ma się także przyczynić do zmniejszenia problemów społecznych w samych Niemczech, które jednocześnie poszerzą swoją "bazę" kontynentalną, osiągając pozycję mocarstwową na świecie".

I w tym właśnie kierunku szły kolejne niemieckie memoranda, jak choćby to z 31 lipca 1915 r. opracowane przez przemysłowca Gustava Kruppa (stojącego na czele potężnego koncernu stalowego, produkującego głównie sprzęt przeznaczony na potrzeby wojenne). Uznał on bowiem że po zwycięstwie, Niemcy nie powinny organizować żadnej międzynarodowej konferencji pokojowej, tylko po prostu każdemu krajowi podyktować własne warunki zawarcia pokoju. W swoim memorandum pisał on również tak: "Wszyscy Niemcy, którzy są rdzeniem Europy, muszą się jak najsilniej zjednoczyć, aby Europie przewodziła kultura niemiecka. Wykorzystując czynniki polityczne i wojskowe, zapewnić, aby Niemcy w nieodległej przyszłości już nie mogły zostać oskrzydlone (...) Utworzenie na wschodzie samodzielnej Polski jako państwa buforowego, którego pierwotne tereny nadal pozostaną w posiadaniu Prus (...) Obce narody zamieszkujące tereny przylegające i przywłaszczone nie mogą mieć praw wyborczych do sejmu Rzeszy, a ich liczba zostanie zmniejszona poprzez opanowanie tych terytoriów oraz zniemczenie tamtejszej ludności". Prócz tego, miała zostać utworzona unia celna zwycięskich Wielkich Niemiec z innymi państwami, takimi jak: Austro-Węgry, Szwajcaria, Dania, Szwecja, Norwegia, Finlandia, Holandia (Belgia miała zostać wcielona do Rzeszy, wraz z północnym wybrzeżem Francji i terenami na zachód od Wogezów), państwa bałkańskie, państwa bałtyckie i odtworzone kadłubowe i ściśle kontrolowane przez Berlin organizmy państwowe, takie jak Polska, Ukraina i Białoruś. 




Było to bezpośrednie nawiązanie do koncepcji Mitteleuropy, wydanej w formie książkowej w październiku 1915 r. przez Friedricha Neumanna (polityk, bankier i redaktor pisma "Mitteleuropa"). Koncepcja ta nie była jedyną, bowiem należy chociażby wymienić jej wcześniejsze odsłony, jak choćby koncepcja geopolityczna Hermanna Wagnera z 1883 r. koncepcja Paula de Lagarde z 1886 r. (twórcy pojęcia iż pokój w Europie mogą zapewnić tylko potężne Niemcy, sięgające od Ems do Dunaju i od Dźwiny do Triestu), Josepha Partsha z 1904 r. (prawdziwego twórcy pojęcia Mitteleuropa), Alfreda Hettnera z 1907 r. czy Rudolfa Tannenberga z 1911 r., który w swej książce "Gross Deutschland" przedstawił najobszerniejszy teren niemieckiej kontroli w ramach Mitteleuropy, sięgający od północnych i zachodnich granic Francji, przez Szwajcarię, Austrię i Węgry, całe Bałkany (bez Grecji), kończąc na państwach bałtyckich i podchodząc prawie pod Moskwę. Jednak to właśnie praca Friedricha Neumanna stała się najbardziej popularna i nadała nazwę całej tej geopolitycznej koncepcji. Neumann twierdził bowiem, że centrum Mitteleuropy winny być Niemcy i Austro-Węgry, to był swoisty "trzon rdzeniowy" całej koncepcji. Dalej zaś wchodziły takie kraje jak Polska (kadłubowe tereny Królestwa Kongresowego), Holandia, Belgia i Luksemburg (dwa ostatnie kraje przyłączone do Rzeszy), cała Francja, Włochy, Szwajcaria, Serbia, Rumunia, Grecja, Dania, Szwecja i Norwegia, innymi słowy prawie cała Europa, przy czym takie kraje jak Bułgaria czy Turcja miały być "sprzymierzone" co oznacza iż również poddane politycznej i gospodarczej presji Niemiec. W sytuacji jednak klęski Państw Centralnych w I Wojnie Światowej, koncepcje te musiały zostać odłożone. 


TAK MOGŁABY WYGLĄDAĆ EUROPA PO ZWYCIĘSTWIE NIEMIEC W I WOJNIE ŚWIATOWEJ



Podobnie było z Rosją. Już 14 sierpnia 1914 r. głównodowodzący armii rosyjskiej wielki książę Mikołaj Mikołajewicz, wydał manifest skierowany do Polaków, w którym była obietnica połączenia wszystkich trzech rozdartych części Polski w jedno, pod berłem cesarza rosyjskiego ("Niechaj się zatrą granice rozcinające na części Naród Polski. Niech Naród Polski połączy się w jedno ciało pod berłem Cesarza Rosyjskiego. Pod berłem tym odrodzi się Polska, swobodna w swej wierze, języku i samorządzie"). Był to jednak same propagandowe frazesy, bez żadnych konkretów, tym bardziej że szybko wielki książę uznał za stosowne wysłać specjalny okólnik dla gubernatorów, w którym wyjaśniał że słowa o "swobodnej Polsce" nie dotyczyły ziem "priwislinija" (czyli terenów Kongresówki), a jedynie ziem dopiero zdobytych na Niemcach i Austriakach. Mimo nawet takiej deklaracji, głównodowodzący armią, spotkał się z powszechną krytyką w samym rządzie, gdzie wielu ministrów uznało iż w swych obietnicach dla Polaków posunął się "zbyt daleko". W listopadzie 1914 r. minister spraw zagranicznych Rosji - Siergiej Sazonow, przedstawił projekt rozwiązania kwestii polskiej po zakończonej wojnie. Stwierdził tam iż Królestwo Polskie zostanie "zjednoczone" z ziemiami zaboru pruskiego i austriackiego, tylko po to aby powiększyć obszar samej Rosji. Nie było mowy o żadnej autonomii Królestwa, jedynie co to ofiarowywał w miarę autonomiczny samorząd do rad gminnych, powiatowych, gubernialnych i do rady ogólnokrajowej. Przy czym kompetencje polskiego samorządu miały ograniczać się jedynie do kwestii wyznaniowych, oświatowych i gospodarczych. Język polski oficjalnie byłby zrównany z rosyjskim w szkołach i urzędach, ale w specjalnym aneksie zalecał on aby uczyć polskiego jedynie na poziomie szkół podstawowych, zaś w szkołach średnich i wyższych miał już obowiązywać jedynie rosyjski, jako "bardziej cywilizowany".




Ten projekt również upadł, ponieważ znów w rządzie uznano iż idzie zbyt daleko i daje Polakom zbyt duże "przywileje". Tak więc przez cały okres wojny, aż do upadku caratu w 1917 r. Rosja nie wyraziła zgody na żadne ustępstwa w kwestii autonomii Królestwa Polskiego. Zmroziła ich też wspólna proklamacja cesarzy Niemiec i Austro-Węgier z 5 listopada 1916 r., mówiąca o powstaniu "samodzielnego państwa polskiego z ziem panowaniu rosyjskiemu wydartych".  Była to realnie deklaracja samodzielności (choć nie niepodległości) przyszłego Królestwa Polskiego, stworzonego pod egidą Berlina i Wiednia, co nie mieściło się w świadomości polityków rosyjskich. Nic więc dziwnego że szybko (14 listopada) wydano nową proklamację, potwierdzającą obietnicę przyznania autonomicznego samorządu Kongresówce i jednocześnie atakowano Akt 5 listopada. Nie było jednak odwrotu, gdyż aby przekonać Polaków do siebie, należało im dać "coś więcej". Dlatego też już w grudniu 1916 r. nowy premier - Aleksander Trepow, roztoczył w Dumie wizję: "Polski wolnej w jej granicach etnograficznych", którą następnie potwierdził car Mikołaj II w swym rozkazie z 25 grudnia tego roku, obiecując powstanie "Polski wolnej i zjednoczonej ze wszystkich części dotychczas rozdzielonych". Te deklaracje nie miały już jednak żadnego znaczenia, gdyż w Rosji już zaczynała się wrzawa rewolucyjna (na którą wielu czekało z utęsknieniem, jak choćby... Piłsudski: "Rewolucja w Rosji mi się spóźnia" - 1916 r.), oraz w sytuacji klęski militarnej Niemiec i Austro-Węgier na froncie zachodnim. Jedni i drudzy pragnęli tylko wykorzystać pomoc polskiego rekruta, dając jakieś mgliste obietnice bez realnej możliwości (a często i chęci) ich spełnienia, jednocześnie w zamian domagając się walki i poświęcenia w imię swoich monarchów.


EUROPA PO ZWYCIĘSTWIE ROSJI 
W I WOJNIE ŚWIATOWEJ 



Ciekawą jest chociażby rozmowa profesora Stanisława Głąbińskiego, przeprowadzona z ministrem spraw zagranicznych Austro-Węgier hrabia Leopoldem Berchtoldem jeszcze w lipcu 1914 r. czyli na kilka dni przed wybuchem I Wojny Światowej. Hrabia Berchtold zapytał Głąbińskiego (który pojechał ze Lwowa do Wiednia, pragnąc uzyskać od rządu Austro-Węgier gwarancje odbudowania państwa polskiego po zakończonej wojnie), już na początku rozmowy: "Czy już wszystko przygotowane dla rozpoczęcia powstania?", na co zdziwiony Głąbiński zapytał: "Nic nie wiem o powstaniu, o jakim powstaniu Ekscelencja mówi?", "Przecież o powstaniu na tyłach armii rosyjskiej" - odparł Berchtold, na co Głąbiński: "Takiego powstania nie będzie!". "Ależ na Boga, co Ekscelencja mówi! Takie powstanie być musi, zostało mi święcie przyrzeczone, ja przyjąłem wobec sztabu stanowcze zobowiązanie, sztab na nie liczy!", na co Głąbiński: "Nie wiem, kto Panu mógł coś podobnego przyrzec. W każdym razie był to jakiś człowiek niesumienny wobec narodu i wobec nas samych", "Dlaczego?" - zapytał Berchtold, "Bo sumienny Polak nie mógłby do tego dopuścić, aby za cenę chwilowego wstrzymania armii rosyjskiej narazić swój lud na wytępienie, a kraj na zniszczenie z zemsty". Berchtold złapał się za głowę: "Ale to nie może być, na to już wszyscy rachują.Zaprosiłem tu w tym celu nuncjusza, czeka w drugim salonie. Niech Ekscelencja z nim pomówi! (...) Przecież Polacy są katolikami. Mamy pomoc papieża", "My jesteśmy katolikami, ale to nie może mieć wpływu na wywołanie powstania". 

Jest to notabene ciekawy przykład kalki pojęciowej, jaką myśli wielu ludzi - skoro Polacy są katolikami, to pewnie posłuchają papieża i dadzą się wymordować w bezsensownej rzezi, lub ewentualnie przyjmą niekontrolowaną liczbę imigrantów bo papież nawołuje do "miłosierdzia" Notabene, nie dostrzega tych wszystkich masowo gwałconych kobiet i dzieci, zabijanych ludzi (nie tylko w zamachach, zauważcie od dobrych kilku miesięcy nie było żadnego dużego zamachu, a mimo to ofiar brutalnych mordów jest znacznie więcej, niż ginęło w zamachach. Ciekawe dlaczego jest "taki spokój" prawda? może dlatego że rządzący neomarksiści przestraszyli się o swój projekt i zawarli z muslimami deal, aby mordowali pojedynczo, nie jeden zbiorowy zamach o którym pisałaby prasa, tylko kilkadziesiąt niezwiązanych ze sobą napaści - efekt jest więc ten sam a nawet większy, więcej ofiar, ale o tym nie mówi się już w mediach bo przecież ludzie giną pojedynczo, prawda?), zamykanych kościołów w Europie Zachodniej, coraz powszechniejszej cenzury - obywatele w wielu państwach Unii Europejskiej obecnie boją się już publicznie wyrażać swoje myśli, jeśli już to w zaufanym towarzystwie i to jeszcze półszeptem, zaś w samych Niemczech od 1 stycznia tego roku oficjalnie już obowiązuje cenzura w sieci, także w Niemczech jako pierwszym kraju Unii Europejskiej, nie ma już realnie wolności słowa). Miłosierdzie jest jak najbardziej ważne, ale należy pamiętać o proporcjach, co bowiem mówi drugie przykazanie? "Będziesz miłował bliźniego swego, jak SIEBIE SAMEGO!". I oto chodzi - najpierw należy zapewnić bezpieczeństwo swoim bliskim, dzieciom, sąsiadom, rodakom, a dopiero potem myśleć o innych ludziach. Nie będę się nad tym teraz długo rozwodził, ale zadziwia mnie iż tak łatwo można dać się robić w konia na "zmiękczanie serduszek" i na "papieskie miłosierdzie" (szczególnie ludziom, którzy o tym miłosierdziu nie mają zielonego pojęcia). 

Zastanawia mnie też inna kwestia. Ostatnio jakaś brytyjska dziennikarka z "Daily Mirror" o imieniu Sue Jolly, przyjechała do Polski (a konkretnie do Gdańska) i... myślała że pomyliła samoloty. Spodziewała się bowiem jakichś post apokaliptycznych wizji, jakichś konnych furmanek, zakurzonych ulic, jakiegoś zamordyzmu i dantejskich scen na ulicach. Okazało się że nie tylko jest czysto (znacznie czyściej niż np. w Anglii), to jeszcze toczy się normalne życie, ludzie przesiadują w ogródkach przed kawiarniami, popijając swoje shakerato lub caffe latte, spacerowała wokół przepięknych średniowiecznych uliczek i domów, przechadzała się Długim Targiem, przed pomnikiem Neptuna i Dworem Artusa, chodziła ulicą szeroką nad Motławą, obserwując cumujące w porcie statki pasażerski i jachty itd. itp. A teraz konkluzja - gdzie my żyjemy? W średniowieczu? Czy naprawdę osoba inteligentna, od której należałoby wymagać pewnego poziomu, musi się tak bezprzykładnie kompromitować? Przecież w dzisiejszych czasach, w dobie internetu, wystarczą dwa kliknięcia myszy, aby znaleźć informacje o danym mieście, regionie czy kraju,  i naprawdę nie trzeba robić z siebie idiotki, pisząc że myślała iż jedzie do kraju trzeciego świata. Przecież to nie tylko ją sama, ale w dużej mierze samo dziennikarstwo na Wyspach - totalnie kompromituje (bo przecież zapewne nie jest ona żadnym wyjątkiem). Tam naprawdę ludzie myślą, że na wschód od Niemiec to mieszka jakaś dzicz, która nie umie zliczyć do dwóch i posługuje się konikami i furmankami aby podróżować, a samochód czy telewizor, nie mówią już o komputerze, laptopie lub smartfonie, to tutaj nowość, na którą mogą sobie pozwolić nieliczni?

Przeraża mnie to, bowiem tak pustymi ludźmi można łatwo sterować. Pani pseudo dziennikarka (bo dla mnie jej kompromitacja jest tak duża, iż nie powinna ona marnować swojego czasu jako dziennikarka, a zająć się jakimiś pożyteczniejszymi zajęciami). No cóż, daruję sobie złośliwości, bowiem nie ma sensu znęcać się nad ułomnymi ludźmi, w każdym razie dla tych którzy wciąż twierdzą (tak jak Jan Christian Smuts - premier rządu Związku Południowej Afryki w latach 1919-1924, który stwierdził iż narody zamieszkujące na wschód od Niemiec: "Przecież to są kafirzy" czyli innymi słowy ludy niewolnicze, które można również w anglosaskim slangu nazwać "czarnuchami"), podobnie jak ta pani iż "na wschodzie mieszkają nieucywilizowani kafirzy", dedykuję ten oto filmik. 




PS: owa dziennikarka twierdziła że pomyliła samoloty i wylądowała w Amsterdamie, otóż pragnę stwierdzić ze już wkrótce Amsterdam, jak i inne miasta Europy Zachodniej to będzie prawdziwe zadupie i trzeci świat, gdzie ludzie będą obawiali się o swoje życie, nie mówiąc już o stosach śmieci (już teraz) zalegającego na ulicach Paryża, Londynu, Neapolu, Malmo, Sztokholmu i wielu innych miast (o wyżej wymienionych wiem na pewno). A tak oto sytuacja wygląda w Polsce:





W kolejnej części przejdę już do reakcji Francji, Wielkiej Brytanii i USA na polską niepodległość, oraz innych działań Niemiec i Rosji mających tę odradzającą się Polskę ponownie zniszczyć
                       

CDN.

niedziela, 27 sierpnia 2017

GDZIE SĄ KAMIENIE MILOWE EUROPY? Cz. II

CO TO JEST EUROPA?

JAKIE SĄ JEJ CYWILIZACYJNE,

EKONOMICZNE I ETNICZNE GRANICE?

I JAK MOŻE WYGLĄDAĆ 

EUROPA PRZYSZŁOŚCI






Islam i islamiści nie są więc obecnie żadnym zagrożeniem dla Europy, bowiem Europejczycy mogliby się z nimi rozprawić w bardzo szybki i skuteczny sposób... gdyby tylko chcieli (a nie chcą, bo mózgi mają wyprane w neomarksistowskiej propagandzie, serwowanej przez lokalne elity jak i unijny establishment). Dziś Europejczycy zastanawiają się jaki wpływ miał islam na działania terrorystów i czy w ogóle można to łączyć z ich religią - Boże drogi - gdyby takie same dylematy mieli nasi przodkowie, to dziś cała Europa byłaby muzułmańska. Jak myślicie, czy król Jan III Sobieski pod Wiedniem zastanawiał się nad moralnym wpływem religii muzułmańskiej na działania popełniane przez tureckiego sułtana? Nie, on po prostu powiedział: "Mości Panowie, rozpieprzmy to w drobny mak" i tak właśnie się stało - polska Husaria przeszła przez Turków/islamistów "gładko jak gówno przez gęś" (używając słów gen. George'a Pattona). Nikt się wówczas nie zastanawiał nad moralnym aspektem islamu, czy to jest "religia pokoju", czy może nie - po prostu, zagrażali oni naszemu bezpieczeństwu więc musieliśmy się bronić, spuszczając im przy okazji niezłe manto. Dziś jeszcze można zrobić to samo z agresywnymi muslimami, tylko że dziś trzeba mieć odwagę nie tyle wystąpić przeciwko islamistom, ale przede wszystkim przeciwko "rodzimym" marksistom, stanowiącym wewnętrzną piątą kolumnę w naszych krajach. Dlatego też dziś islam nie stanowi poważnego zagrożenia dla Europy (może to się zmienić w przyszłości, jeśli nie powstrzymamy tego szaleństwa). 

Spójrzmy bowiem na islam jako religię i jako system społeczno-wychowawczy społeczeństw Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. To prawda że islam nie jest jednorodny (podobnie jak chrześcijaństwo), i że posiada wiele nurtów (niektóre wręcz wzajemnie się wykluczają) jak wahabityzm, jazydyzm, druzdyzm, mutazylizm czy sufizm. Nie ulega też wątpliwości że islam średniowieczny przechował dla Europy dzieła grecko-rzymskiego antyku (mam tu jednak na myśli już ten inny islam, ten z IX wieku, bowiem islam wcześniejszy był prymitywną religią pasterzy kóz i owiec, gdzie wszelkie możliwe pory rozstrzygano przy pomocy siły), oraz że wydał wielu mędrców, jak choćby: Al-Ghazali, IbnTajmijj, Jakub ibn Ishak al-Kindi, Ar-Razi, Ibn Rushd czy Muhiyuddin Mohammed ibn Arabi - zwany "Wielkim Nauczycielem". Oni wszyscy byli reformatorami islamu, chcieli zaprowadzić tę "religię" z drogi pasterzy kóz, na drogę mistycyzmu i nie obawiali się przy tym czerpać z dorobku pogańskiego antyku jak i chrześcijaństwa (al-Kindi pisał w IX wieku: "Nie wstydźmy się uznać prawdy i przyjąć jej z każdego źródła, z jakiego do nas przychodzi, nawet jeśli przynoszą ją poprzednie pokolenia i obce ludy"). Prawdą jest że Europejczycy przyjęli arabskie cyfry jako swoje (dotąd bowiem obowiązywała rzymski system numeryczny), prawdą jest że dzięki kontaktom z islamem, chrześcijańska Europa poznała rachunek różniczkowy a idea średniowiecznych europejskich uniwersytetów, wzięła się po części również z niezwykle prężnej formy szkół koranicznych, rozsianych od Hiszpanii i Maghrebu po Iran, Afganistan i Indie. 

To wszystko prawda nieulegająca wątpliwości, ale ja mam jedno pytanie - co dzisiejszy islam stworzył takiego wyjątkowego, abyśmy mieli czerpać z niego swoje wzorce? Może ktoś odpowie mi na to pytanie, bo ja uważam że dzisiejszy islam cofnął się w rozwoju do swych korzeni i znów stał się religią "pasterzy kóz", których jedynym celem jest umrzeć dla Allaha, by potem w Raju pobrykać sobie z dziewiczymi hurysami. Co więc takiego stworzył islam od ponad 500 lat, co byłoby godne uwagi i cywilizacyjnie nam niezbędne? Otóż NIC, zupełnie nic. Samochody, telefony, komputery, tablety, smartfony z których tak ochoczo korzystają również islamiści, nie zostały wynalezione na Bliskim Wschodzie, Arabii czy Afryce Północnej, lecz właśnie w Europie i Stanach Zjednoczonych (dwóch bliźniaczych półkulach jednego kulturowo-genetycznego organizmu). Od ponad 500 lat (jeśli nie dłużej), to świat islamu czerpie pełną garścią z osiągnięć i wynalazków stworzonych w świecie chrześcijańskim, więc według mnie islam nie stanowi dla Europy zagrożenia, bowiem można go zwalczyć dość szybko i łatwo (trzeba tylko trochę ku temu konsekwencji). Największym zagrożeniem dzisiejszej Europy jest neomarksizm, kolejna (po bolszewizmie, nazizmie, częściowo faszyzmie, feminizmie i genderyzmie) mutacja tej choroby, na którą zapadł świat w XIX wieku i wciąż nie może się z niej wyzwolić. A nieleczona i to leczona skutecznie - choroba ta zawsze prowadzi do śmierci organizmu który zatruje. Dlatego tak ważne jest uświadomienie sobie skali niebezpieczeństwa, jakie dziś zagraża Europie ze strony "rodzimej" marksistowskiej piątej kolumny.

Nim przejdę do tematu, chciałbym jeszcze parę słów powiedzieć o USA. Mianowicie uważam że Europa i Ameryka od XVIII wieku konsekwentnie na siebie oddziaływają. Zauważmy jedną rzecz - Europa jest naturalnie przyzwyczajona i przywykła do wszelkiej różnorodności narodowej i państwowej (dziś marksiści kulturowi starają się to zmienić) i wszelkie próby jej zjednoczenia zawsze kończyły się fiaskiem. Stało się tak, bowiem próby te od czasów Imperium Rzymskiego zawsze koncentrowały się na militarnym podboju i podporządkowaniu sobie mniejszych organizmów państwowych, czyli wszystko zawsze oscylowało w kategorii wojny, podboju i przemocy. Ale my Polacy od co najmniej średniowiecza zdajemy sobie sprawę, że mieczem można jedynie przeciąć, a połączyć jest już niezwykle trudno. Aby zszyć ze sobą narody od siebie zupełnie odmienne, należy podejść do tematu nieco inaczej. Należy budować na zasadzie równości i wzajemnej godności innych kultur i narodów, nie siłowo a łagodnie zszywać podzielone państwa Europy w jeden kulturowo-ekonomiczny organizm (przy zachowaniu całkowitej politycznej i militarnej odrębności poszczególnych państw). Tak właśnie nasi przodkowie zbudowali Unię polsko-litewską, która przekształciła się w potężne mocarstwo zwane Rzeczpospolitą, dające łupnia wokoło wszystkim agresorom i chroniące państwa Europy Zachodniej tak przed najazdami turecko-tatarskich islamistów, jak przed zakusami dzikich Moskwicinów, których władza opierała się na całkowitym posłuszeństwie i zamienieniu wszystkich poddanych w prawdziwych niewolników (w Rosji car decydował o wszystkim, był prawdziwym bogiem a cała reszta jego wyznawcami/niewolnikami).


BITWA O FORT ALAMO
1836 r.


Tak więc plany zjednoczenia Europy, podejmowane przez kolejnych władców kończyły się fiaskiem, bowiem budowali oni (jak mówi Biblia) na piasku, miast na skale. I tutaj Europejczykom z pomocą przyszedł, kto? Oczywiście Stany Zjednoczone Ameryki, które to w latach 40-tych i 50-tych XX wieku... same stworzyły Europejską Wspólnotę (z której potem narodzi się neomarksistowska Unia Europejska). Tak, to właśnie Amerykanie zbudowali zjednoczoną Europę, sami wcześniej biorąc przykład z tradycji narodów, które Amerykę zasiedlały (w tym z tradycji Rzeczpospolitej Obojga Narodów, z której czerpali Ojcowie Założyciele Stanów Zjednoczonych - o czym jeszcze kiedyś napiszę więcej). Amerykański naród zszywał się długo, bardzo długo. Elementami spajającymi Amerykanów z różnych stanów, była przede wszystkim konfrontacja z Wielką Brytanią, ich główną kolonialną "matką" (bo przecież było wiele matek pośrednich). Dwie wojny (o Niepodległość z lat 1775-1783 i z lat 1812-1815) z Brytyjczykami, oraz wojna z Meksykiem (z lat 1846-1848, tutaj bardzo silny był mit straceńczej obrony fortu Alamo w1836 r. - w którego obronie notabene uczestniczyli również... Polacy, o czym zapewne niewielu wie, również w Polsce - dla etosu zjednoczeniowego amerykańskiej wspólnoty), spowodowały zjednoczenie się poszczególnych regionów USA. Jednak konflikt na linii Północ-Południe był coraz silniejszy i zdeterminował późniejsze wydarzenia, które przeszły do historii jako amerykańska Wojna Secesyjna (1861-1865 - w tej wojnie również walczyli Polacy i to po obu stronach konfliktu). 




Pomimo klęski Konfederatów i utrzymania zjednoczonej Unii, naród znów się głęboko podzielił, a wzajemna nieufność wdarła się w serca wielu Amerykanów (zresztą to co wyprawiał na Południu gen. Sherman z jego wojskami, można by porównać do przemarszu wojsk Dżyngis-chana. Niszczono i rozkradano wszystko co było wartościowe, Richmond w stanie Wirginia - stolica Konfederacji zamieniona została w jedno wielkie gruzowisko, podobnie jak Atlanta w Georgii i wiele innych miast Południa). A późniejsza "Rekonstrukcja" przeprowadzana w latach 1865-1977 był łagodniejszym (cywilnym) przedłużeniem rabunkowej polityki Północy na Południu. Wzajemna nienawiść i uprzedzenia trwały w amerykańskim społeczeństwie dość długo, a pierwszym momentem ponownego zjednoczenia się Amerykanów z podzielonych stanów, była... wojna. Tak, była to wojna z Hiszpanią, toczona w 1898 r. (kwiecień - sierpień). Była to wojna sprawiedliwa (Hiszpanie bowiem pobudowali na Kubie prawdziwe obozy koncentracyjne zwane reconcentrados, w których przetrzymywano i zamęczono na śmierć tysiące Kubańczyków - głównie cywilów, w tym kobiet i dzieci. Istnieją zdjęcia, pokazujące jak układano czaszki pomordowanych... jedna na drugą) , która ponownie zjednoczyła amerykańskie społeczeństwo. Ta krótka wojna naprawdę zjednoczyła Amerykanów, bowiem brali w niej udział oficerowie, aktywni jeszcze w czasie Wojny Secesyjnej, oraz niektórzy weterani tamtej, bratobójczej wojny, po raz pierwszy od ponad 30 lat podali sobie wzajemnie prawice (np. dwóch weteranów bitwy pod Gettysburgiem z 1863 r.). Orkiestry wojskowe grały zarówno marsze Unii jak i Konfederacji - naród ponownie się zjednoczył (choć niektórym wciąż pozostawały dawne przyzwyczajenia, jak choćby generałowi Josephowi Wheelerowi - atakującego armię pustoszącego Południe gen. Shermana w 1864 r. - który w czasie bitwy z Hiszpanami pod San Juan krzyknął do swoich żołnierzy: "Dalej! Spuście łomot tym pieprzonym Jankesom").






Zwycięstwo w tej wojnie i późniejsze lata (m.ni.: również odbudowa amerykańskiej floty wojennej, bowiem po zakończeniu Wojny Secesyjnej amerykańska marynarka bardzo podupadła i w przeciągu kolejnych piętnastu lat dramatycznie się skurczyła, co spowodowało że 1880 r. US Navy nie była w stanie konkurować nie tylko z Royal Navy, Kaiserliche Marine czy Marine Nationale, ale również z flotami Meksyku czy państw Ameryki Południowej. Dopiero od 1883 r. powoli flota zaczęła wychodzić z tego prawie dwudziestoletniego marazmu), doprowadziły do stworzenia prawdziwego amerykańskiego narodu. Wiele aspektów umacniało ów amerykański patriotyzm, jak choćby małe, rodzinne farmy, rozsiane po tzw.: "Dzikim Zachodzie" i kolonizacja tych terenów przez osadników ze Wschodniego Wybrzeża (co niestety doprowadziło w konsekwencji do wybicia tamtejszych Indian i zamknięcia ich w rezerwatach. Datą graniczną wojen z Indianami jest masakra nad Wounded Knee w Dakocie Południowej, w czasie której 29 grudnia 1890 r. kawaleria Stanów Zjednoczonych wymordowała ponad 150 Indian z plemienia Lakota, w tym gównie kobiet i dzieci. To co zrobiono z Wielką Stopą, Siedzącym Bykiem i Geronimo - najsławniejszymi wodzami indiańskich plemion drugiej połowy XIX wieku, też zakrawa o hańbę). Ale budowano również amerykański mit "Dzikiego Zachodu", w czym niewątpliwie największe zasługi należy przyznać legendzie amerykańskiego pogranicza Williamowi Federickowi Cody'emu, znanemu  bardziej jako Buffalo Bill (ja też przyznam się szczerze wychowałem się na legendzie Dzikiego Zachodu, szczególnie poprzez takie dzieła filmowe jak: "Siedmiu Wspaniałych" z Yulem Brynnerem, "Rio Bravo" z Johnem Waynem, "W samo południe" z Garym Cooperem, "15:10 do Yumy" czy na serialu "Bonanza". W ogóle uwielbiam stare filmy z lat 50-tych i 60-tych, szczególnie historyczne. Mniej jest tam bowiem efektów specjalnych, ale więcej prawdziwego życia, no i... kobiety były wtedy jakieś ładniejsze, naturalnie kobiece, nie to co dzisiejsze wymuskane aktoreczki z sylikonem na piersi i pośladkach).




Zmieniały się Stany Zjednoczone i zmieniało się amerykańskie społeczeństwo (również pod wpływem imigrantów, których jednak w żaden sposób nie można porównać z dzisiejszym islamskim zalewem Europy). XIX wiek był prawdziwym okresem w którym można było zrealizować "amerykański sen" i narodziło się w tym okresie wiele fortun (od pucybuta do milionera). Ożyły teatry (raczej modne wśród klas wyższych i mało popularne do lat 70-tych XIX wieku wśród klasy średniej w USA), a najpopularniejszymi gwiazdami lat 80-tych i 90-tych byli tacy amerykańscy aktorzy jak Lawrence Barrett czy Edwin Booth. W teatrach również prezentowano bardzo popularne w tamtym czasie (dziś już jednak całkowicie zakazane przez neomarksistowską poprawność polityczną) kabarety "Black Face Minstrel Show", w czasie których biali aktorzy malowali sobie twarze czarną farba i robili śmieszne wygłupy i żarty, oraz wodewile, a w klubach taneczny kankan. Potem przyszła epoka filmu niemego i również bardzo szybko zdobył on popularność, szczególnie jarmarczne kina za pięć centów zwane "Nickel Odeonami". Początki amerykańskiej kinematografii także (podbnie jak dzieje Dzikiego Zachodu) były burzliwe. Należy bowiem pamiętać, że pierwsze filmy w USA kręcono pod ochroną detektywów, prywatnych policji lub po prostu dany reżyser (którego nie było na to stać) sam się uzbrajał w odpowiedniego kolta. O co chodziło i przed czym się chroniono? Mianowicie przed atakami innych bojówek (lub opłaconych prywatnych policji), które miały za zadanie zniszczenie aparatury i uniemożliwienie kręcenia filmów. Wszystko bowiem szło o pieniądze, a twórcy kręcili swe filmy w strachu przez atakiem bojówek, albo pozwem sądowym, wytoczonym przez pana Thomasa Edisona (który był głównym hamulcowym rozwoju amerykańskiej kinematografii w latach 90-tych XIX wieku), uważającym się za odkrywcę kinematografu i kinetoskopu (1891 r.).

Mimo to w latach późniejszych narodziły się prawdziwe gwiazdy amerykańskiego kina jak Charles Chaplin ,Max Linder, Mary Pickford, John Gilbert i wreszcie Douglas Fairbanks, Rudolph Valentino, Vilma Banksy, Kathleen Kay, George Bancroft i wielu innych. Najpopularniejszymi filmami w USA był wówczas: "Napad na ekspres" (1903 r.), pierwszy w dziejach film gangstersko-kowbojski, którego scena początkowa w tamtych czasach mroziła krew w żyłach widzów, gdyż film zaczynał się sceną... strzału w kierunku kamery (widza) z rewolweru, który trzymał aktor Justus D. Barnes. "Narodziny narodu" (1915 r.), dziś uważany za wybitnie rasistowski film, ale wówczas okazał się prawdziwym finansowym sukcesem, zarabiając 20 mln. ówczesnych dolarów (według dzisiejszego przelicznika wyszłoby to ok. 1 331 000 000 dolarów - czyli suma wręcz astronomiczna), ten film również przyczynił się do pojednania Północy z Południem. "Nietolerancja" (1916 r.) - niezwykle efektowny film ze wspaniałymi, monumentalnymi dekoracjami, których rozbiórka po zakończonym filmie trwała... 12 lat i przez ten cały czas piętrzyła się nad Hollywood. Film był niezwykle ciekawy i piętnował nietolerancję na przykładzie czterech równocześnie prowadzonych opowieściach o upadku Babilonu w 538 r. p.n.e. przez króla Persji Cyrusa II Wielkiego, męce i śmierci Jezusa Chrystusa, paryskiej rzezi hugenotów z 1572 r. i współczesnej pomyłce sądowej. Film pierwotnie trwał 72 godziny, z czego w ostateczności skrócono go do trzech. Był też i inne, równie popularne filmy, ale o tym w innym temacie.

Amerykanie wielokrotnie przychodzili też z pomocą zagrożonej Europie (choć miały także swój epizod zarówno rasistowski jak i faszystowski o czym znów zapewne niewiele osób wie (zdecydowanym rasistą, antysemitą i zwolennikiem komunizmu był chociażby jeden z największych prezydentów USA - Franklin Delano Roosevelt, to on pomagał wprowadzić numerus clausus dla żydowskich studentów na Uniwersytecie Harvarda w 1923 r. W 1938 r. już jako prezydent USA stwierdził że Żydzi za mocno kontrolują polską gospodarkę, w 1941 r. chciał ograniczyć w Oregonie zatrudnianie żydowskich pracowników do tamtejszej administracji, twierdząc że jest tam: "Za dużo Żydów", a w 1943 r. gdy trwało Powstanie w Getcie Warszawskim i Żydzi walczyli o przetrwanie, robił sobie antysemickie żarty, strasząc Arabów że wyśle do nich Żydów z Europy. Nic więc dziwnego że nie kiwnął nawet palcem, on i jego administracja, gdy Jan Karski przedstawił mu dowody na zagładę Żydów w całej, okupowanej przez Niemców Europie. Był też wielkim zwolennikiem Stalina i Związku Sowieckiego i uważał że Ameryka powinna dopomóc Sowietom w opanowaniu "swojej części świata". Zresztą nie tylko jego, na początku kadencji za ciekawego polityka uważał również Adolfa Hitlera, a niemiecka/nazistowska prasa w samych superlatywach wypowiadała się o prezydencie Roosevelcie. Ale na jego obronę można by dodać, że zarówno w stosunku do Hitlera, jak i - trochę później - w stosunku do Stalina wreszcie opadły mu klapki z oczu. Szybko zrezygnował z jakichkolwiek flirtów z Berlinem, zaś na przełomie 1944 i 1945 r. zamierzał... zmienić swój kurs w stosunku do Moskwy i Stalina, tylko że już nie zdążył - zmarł 12 kwietnia 1945 r.).




Stany Zjednoczone w czasie I Wojny Światowej doprowadziły do klęski kajzerowskich Niemiec i Austro-Węgier, tworząc nowy europejski ład w Wersalu w 1919 r. Po ponad 20 latach zostali zmuszeni do ponownego uczestnictwa w kolejnej europejskiej awanturze i ponownie rozbili hitlerowskie Niemcy, uwalniając większość państw Europy Zachodniej (które dziś tak plują na USA, traktując ich jak swego największego wroga). Amerykanie doprowadzili do zwycięstwa nad "Imperium Zła", jakim bez wątpienia był Związek Sowiecki i rozpadu tego więzienia ludów (swoją drogą któż wie, że pierwszym który mógł doprowadzić do rozpadu Związku Sowieckiego i upadku systemu komunistycznego jeszcze w latach 50-tych, zaraz po śmierci Stalina, był nie kto inny jak... Beria, w któremu inni partyjni towarzysze skazali na śmierć i zginął (1953 r.) pod swoją daczą podziurawiony od serii kul (niczym w gangsterskich porachunkach). Swoją drogą jak my mało wiemy o historii i jak odkrywa ona wciąż przed nami swe tajemnice. Prezydent Izraela Ezer Weizman stwierdził kiedyś: "Gdybym powiedział wam prawdę, naród byłby zszokowany" - bez wątpienia, większość z nas po prostu akceptuje to, co mówi się oficjalnie i nie bada szczegółów, które dla wielu nie są interesujące. A wiedza to podstawa, bowiem przekłada się zarówno na pieniądze jak i na wpływy i znaczenie, zaś historia jest najdoskonalszą nauczycielką życia. Pozwala bowiem unikać kiedyś już popełnionych błędów w przyszłości, dlatego też jej znajomość jest (według mnie) niezwykle ważna. 

Jak zatem Amerykanie doprowadzili do powstania projektu "Zjednoczona Europa?" Za wszystkim oczywiście stało CIA. "Wszystko zaczęło się w Waszyngtonie" jak mówił Robert Schumann (który jest uważany za jednego z Ojców założycieli Unii Europejskiej, przepraszam - BYŁ, dziś za głównego ojca założyciela uważany powszechnie w strukturach unijnych jest oczywiście Altiero Spinelli i jego marksistowska banda z klubu Krokodyla). Schumann dostał tylko gotowy tekst do podpisania, była to tzw.: "Deklaracja Schumana", a została ona przygotowana i zredagowana przez amerykańskiego sekretarza stanu Deana Achesona. Był to plan ekonomicznego zjednoczenia Europy, za którym miała iść jedność kulturowa (ale już nie polityczna, gdyż w amerykańskich zarysach Europa miała się zjednoczyć tylko w taki sposób aby łatwiej można było doń eksportować amerykańskie produkty, natomiast polityczne zjednoczenie nigdy nie leżało w interesie USA... i chwała Bogu). Byłaby to więc Europa Ojczyzn. I tak amerykańska kulka śniegowa coraz szybciej się rozpędzała, a Europa wzajemnie się gospodarczo i kulturowo integrowała  (Europejska Wspólnota Węgla i Stali - 1952 r. Europejska Wspólnota Energii Atomowej (Euratom) - 1958 r. i Wspólnoty Europejskie - 1958, które konsekwencją działań Altiero Spinellego - który poświęcił 45 lat swego życia na realizację chorej idei Marksa o utworzeniu komunistycznego państwa totalitarnego i choć przez większość czasu ponosił klęski na tej drodze, to pod koniec życia w 1986 r. udało mu się doprowadzić do podpisania przez kraje członkowskie Wspólnoty Europejskiej: Jednolitego Aktu Europejskiego, który de facto był rewolucyjną zmianą zasad funkcjonowania Unii od jej początków (od Planu Schumana), bowiem miast integracji gospodarczej, na pierwszy plan wysuwał już integrację polityczną. 

Wciąż jednak nie była to jeszcze Unia Europejska jaką mamy dzisiaj. Altiero Spinelli zmarł (23 maja 1986 r.) wkrótce po podpisaniu Jednolitego Aktu Europejskiego, zostawiając dalszą pracę w kierunku marksistowskiego totalitaryzmu swoim następcą. Potem był Traktat z Maastricht z 1992 r. tworzący już Unię Europejską w miejsce Wspólnot Europejskich, ale wciąż (pomimo niejasnych zapisów owego traktatu) nie była to Unia taka, jaką mamy dziś. Pierwsza zdecydowana próba (no nie pierwsza, bowiem takowa była w 1984 r. i skończyła się fiaskiem, a więc druga próba), wprowadzenia w życie Unii Europejskiej zbudowanej na zasadach zjednoczonego państwa z neomarksistowska ideologią polityczną (ubraną we frazesy "demokratyzacji"), był projekt Konstytucji dla Europy, który został przyjęty w październiku 2004 r. w Rzymie (jako tzw.: Traktat o Konstytucji). Działo się to na tle wielkiej euforii z okazji rozszerzenia Unii o nowe państwa Europy Środkowo-Wschodniej (m.in.: Polska, Czechy, Słowacja i Węgry), co spowodowało że unijni szacher macherzy od nowej pieriekowki, uznali że najlepszym rodzajem akceptacji nowej konstytucji przez "lud", będzie referendum i to nawet w tych krajach, w których takie referendum nie było konieczne. Sądzili bowiem że społeczeństwa Europy same zatwierdzą plan marksistowskiego totalitaryzmu, ale bardzo szybko tego pożałowali, gdy okazało się że w dwóch ważnych krajach Francji i Holandii w 2005 r. Konstytucja Europejska została przez te społeczeństwa odrzucona w referendach. 

To był prawdziwy szok dla neomarksistów. Już bowiem byli w ogródku, już witali się z gąską - że tak się wyrażę, a tu znów dupa, znów nic. Ponieważ projekt Konstytucji Europejskiej upadł, należało wprowadzić coś zastępczego, jednocześnie cały czas w krajach członkowskich prowadząc propagandę paneuropejską. W 2007 r. w Lizbonie kraje członkowskie podpisały Traktat Lizboński. I znów jeden kraj odrzucił ów traktat w referendum, była to Irlandia gdzie w 2008 r. mieszkańcy opowiedzieli się przeciwko temu projektowi. Co zrobiła Unia Europejska? Zarządziła kolejne referendum w tym kraju, jednocześnie grożąc Irlandczykom że jeśli znów zagłosują przeciw, to ograniczy im się unijne dotacje. To poskutkowało, w drugim referendum Irlandczycy Traktat Lizboński przyjęli i wszedł on w życie w 1 grudnia 2009 r. Od tego momentu mamy już do czynienia z projektem neomarksistowskiej Unii, do której dążył Spinelli i jego następcy z klubu Krokodyla. W 2010 w Parlamencie Europejskim powstała też tzw.: Grupa Spinelli, której zadanie sprowadzało się do zakończenia procesu integracji europejskiej na wzór swego mistrza (do tej grupy oczywiście należą Polacy, jak komisarz Danuta Hubner i Róża Thun und Hohenstein, z domu Woźniakowska). Ostatnim etapem domykającym ową integrację ma być niekontrolowana imigracja muzułmanów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu do Europy. To dla neomarksistowskich elit jest kwestia życia i śmierci i oni się przed tym nie cofną, bo jeśli to zrobią to będzie ich koniec i oni o tym doskonale wiedzą. Dlatego nie ma szans na zatrzymanie imigracji z ich pomocą gdyż to jest kwestia życia i śmierci, zarówno dla nich jak i dla nas. A na zakończenie zadam takie dość przewrotne pytanie: "Czy pozwolimy aby tym neomarksistowskim (sukisynom) elitom powiódł się plan zniszczenia europejskiej cywilizacji w imię chorego planu Marksa, Engelsa i Spinlliego?              





 
 CDN.
 

GDZIE SĄ KAMIENIE MILOWE EUROPY? Cz. I

CO TO JEST EUROPA? 

JAKIE SĄ JEJ CYWILIZACYJNE,

EKONOMICZNE I ETNICZNE GRANICE? 

I JAK MOŻE WYGLĄDAĆ 

EUROPA PRZYSZŁOŚCI






"ZABRZMI TO DZIWNIE, ALE TA WŁAŚNIE EUROPEJSKA CYWILIZACJA, KTÓRA SKĄDINĄD ZAWŁADNĘŁA NIEMAL WSZYSTKIMI DZIEDZINAMI DUCHA I NATURY, NIE POTRAFIŁA JAK DOTĄD WYPRACOWAĆ JEDNOZNACZNEJ I SPÓJNEJ WIZJI WŁASNYCH POCZĄTKÓW"

HANS GEORG WUNDERLICH

 

Czym jest Europa? Jakie są jej początki? Gdzie ma swoje granice? Co się wreszcie składa na pojęcie "europejskości" i jak można odbudować i odrodzić cywilizację europejską - na te wszystkie pytania postaram się w miarę dokładnie (i niezbyt rozwlekle) odpowiedzieć właśnie w tym temacie. Uważam bowiem, że w dzisiejszych czasach (szczególnie w dzisiejszych czasach) wszyscy Europejczycy powinni wiedzieć skąd wywodzą swoje korzenie i gdzie jest początek tak Europy (jako podstawy cywilizacji) oraz ich samych, jako Jej mieszkańców. Każdy z nas, mieszkających na tym niewielkim kontynencie świata, jest obywatelem swoich państw i etnicznie przynależy do poszczególnych narodów, jednak musimy też pamiętać że wszyscy jesteśmy Europejczykami (przede wszystkim w formie kulturowej, ale nie tylko, równie ważna jest bowiem kwestia grup krwi, duchowości oraz po części systemów prawa i ekonomi, jakie powstały na tym kontynencie). Uważam bowiem że wszyscy Europejczycy powinni się zjednoczyć przeciwko czyhającym na nas z wielu stron zagrożeniom, ale nie w formie takiej, jaką proponuje Unia Europejska. Jest to bowiem twór (już obecnie) całkowicie neomarksistowski, dążący do zaprowadzenia jakiejś formy totalitarnej (komunistycznej) kontroli nad obywatelami europejskich państw, wymieszania narodów, likwidacji państw, stworzenia środków przymusu i kontroli (m.in.: armia i policja europejska) i przekształcenia Europejczyków w posłusznych niewolników, będących konsumentami "niezbędnych" wytworów wielkich korporacji (bo nie oszukujmy się - neomarksizm najbardziej wielbi pieniądze).

Zjednoczenie według mnie, powinno polegać na umacnianiu tożsamości kulturowej przynależności do jednej wspólnej rodziny, przy zachowaniu wszelkich możliwych tożsamości narodowych i etnicznych. Różnorodność narodów Europy jest piękna i dlatego właśnie należy ją chronić, umacniać i utrwalać, ale nie na zasadzie wymieszania kultur z muzułmańskimi najeźdźcami z Afryki Północnej (i Środkowej, a wkrótce może ruszyć i Południowa) oraz Bliskiego Wschodu - bo tak postępuje albo skończony idiota, samobójca lub po prostu neomarksista. Różnorodność pielęgnujmy u siebie, tak abyśmy odwiedzając się nawzajem mogli podziwiać własne dokonania kulturalne, polityczne, ekonomiczne czy jakiekolwiek inne i móc brać z nich przykład (implementując to co dobre i pożyteczne do swoich kultur, ale jednocześnie przetwarzając je zgodnie z własną dynamiką rozwojową, tradycją i historią i dodając do tego własne modyfikacje). Marksizm kulturowy dąży jednak do całkowitego ujednolicenia wszystkich społeczeństw, szachując przy tym hasłami o "otwartości na inne kultury" (czyli po prostu bezdyskusyjnej akceptacji i przyjęcia kultury muzułmańskiej), "większej różnorodności" (innymi słowy "wincy migrantów, wincy" - "refugees welcome"), "tolerancji" (czyli przymykania oczu na muzułmańskie zamachy bo przecież są to tacy sami ludzie jak my, tylko albo dziewczyna ich rzuciła, albo mają problemy psychiczne, w każdym razie nie można tego łączyć z wyznawaną przez nich religią. Zatem w imię tolerancji oddajmy im nasze kobiety i większy socjal to wtedy "może" przestaną nas mordować i trochę... "ubogacą nas kulturowo". 




A jak nie, to zawsze zostaną nam kredki i pluszowe misie jako odpowiedź na kolejne ataki).



 
 
Prawdziwym problemem współczesnej Europy nie jest bowiem wcale niekontrolowany napływ muzułmańskich imigrantów (który jednak należy natychmiast zamknąć, wprowadzając kontrole na granicach i wydalając jednostki i grupy najbardziej zradykalizowane - odpowiedzialność zbiorowa całej lokalnej społeczności jest w tej kwestii niezbędna, wręcz kluczowa. A efekt przejdzie najśmielsze oczekiwania i podziała jak to, co na początku XX wieku (1909 r.) na Filipinach uczynił amerykański generał (jedyny w historii USA wódz, który otrzymał tytuł "General of Armies") John "Black Jack" Pershing, który kazał rozstrzelać 49 islamistycznych bojowników Moro, kulami umoczonymi w świńskiej krwi (co dla muzułmanina jest tożsame ze śmiercią z ręki kobiety - co spowoduje że taki islamista nie trafi do Raju, gdzie nie  będzie mógł posuwać dziewiczych hurys i popijać alkoholu gdy Allah nie będzie patrzył - swoją drogą śmiać mi się chce że muzułmanie naprawdę mają swojego boga za idiotę, którego można oszukać - Czyli jego śmierć pójdzie na marne). Następnie kazał ich pochować w dole wraz ze świńskimi szczątkami, co było swoistym armageddonem dla ich dusz. Potem posłał 50-tego z owych bojowników, aby opowiedział o tym swym ziomkom. Przez kolejne 42 lata na świecie nie zanotowano żadnego przypadku ataku terrorystycznego z udziałem muzułmanina. Tak więc to nie muzułmanie, nie islam i nawet nie terroryści stanowią dziś największe zagrożenie dla Europy, Jej przyszłości i całej europejskiej tradycji kulturowo-historycznej.


RÓŻNORODNOŚĆ KULTUR NARODOWYCH W EUROPIE O WSPÓLNEJ JEDNOŚCI GENETYCZNEJ 
 
 


Największym zagrożeniem współczesnej Europy jest wciąż silny w wielu krajach i oplatający lokalne państwa neomarksizm kulturowy z jego wytworami: poprawnością polityczną (nowomową), ojkofobią (nienawiścią do własnego narodu i własnej kultury) oraz próbą kulturowego (czy raczej antykulturowego) przemielenia społeczeństw do poziomu intelektualnej i moralnej papki (zauważyliście że "twórczość" feministek z reguły obraca się wokół ich narządów rodnych - tak jakby miały na tym punkcie jakieś kompleksy i potrzebowały porządnego (kutasa) członka by, jak to powiedział Borys Szyc w jednej głupiej komedii - "wyłotoszył im żubra, aby ujrzały poprzednie wcielenie"). I z tym właśnie dziś należy bezlitośnie walczyć, antykomunizm powinien być ideą, która będzie łączyła wszystkich Europejczyków, bowiem prowadzi on do totalnego upodlenia i odczłowieczenia ludzkości i nie może być dla niego miejsca w Europie XXI wieku. Zapraszam zatem do lektury tematu o początkach europejskiej cywilizacji.      



ZABAWNY MOMENT Z RÓWNIE GŁUPIEJ KOMEDII: "LEJDIS"


"A U CIEBIE JAK Z PŁUCAMI?"
"U MNIE ZE WSZYSTKIM BARDZO OK, Z NIEKTÓRYMI RZECZAMI NAWET BARDZIEJ"
"A GENY?"
"WIELKIE, JĘDRNE, BEZLITOSNE"
"WSZYSCY TAK MÓWICIE A SIĘ POTEM OKAZUJE SMUTNY KORNISZONEK. ALE DOBRA, ZARYZYKUJĘ - ALE MASZ MI ZROBIĆ DZIECKO"
"CHYBA NIE ZROBIĆ"
"WŁAŚNIE ZROBIĆ. PROCEDURA JEST DOKŁADNIE TA SAMA, TYLKO NA MECIE TROCHĘ INACZEJ. DASZ RADĘ?"
"ALE TO TAK Z MARSZU, BEZ WSTĘPÓW?"
"JA NIE MAM CZASU NA WSTĘPY, MI SIĘ DNI PŁODNE KOŃCZĄ"
 "AA, JAKIŚ PROGRAM, TAK? "USTERKA"?"





 CDN.