Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 31 października 2021

KRWAWA ELŻBIETA - Cz. I

 PRAWDA I LEGENDA O 

PANI NA CZACHTICACH





 
 Ponieważ zbliża się wielkimi krokami dzień Wszystkich Świętych - zwany również Dniem Zmarłych (a przy okazji coś, co w USA przyjęło nazwę Halloween - choć według mnie wywodzi się to z jakiegoś pogańskiego zwyczaju, który na dobrą sprawę jest też zwyczajem dość obrzydliwym, jako że nie skupia się na samej wielkiej istocie śmierci - czyli opuszczenia ciała przez duszę - co jest naturalnym procesem wszystkich materialnych istot - i powrotu jej do miejsca które się umownie nazywa "Niebem" lub też "Zaświatami", oraz tego, że tak naprawdę nigdy się nie rodzimy i nigdy nie umieramy, a jedynie robimy sobie krótką przerwę we wzajemnych relacjach. Halloween natomiast skupia się na obrzydliwościach wprost wyjętych z ludowych podań o wampirach, wilkołakach, zombie itd., które nie mają wiele wspólnego z przeżywaniem procesu śmierci - czyli owego chwilowego rozstania - i podtrzymywania pamięci żyjących o tych, którzy zakończyli już swoją obecną drogę na tym świecie), tak więc postanowiłem zaprezentować dziś historię pewnej damy, która została określona żeńskim odpowiednikiem Vlada Palownika, zwanego też Draculą. Mam tu oczywiście na myśli postać Elżbiety Batory - pani na Czachticach (wieś i zamek leżący w zachodniej Słowacji), która miała dopuszczać się odrażających zbrodni i kąpać w krwi młodych dziewcząt, swych służących. Ile w tym prawdy, a ile późniejszej literackiej nadinterpretacji - postaram się to wyjaśnić w tym temacie. Zatem do dzieła.  
 




 
  

WĘGRY - SIEDMIOGRÓD - SŁOWACJA

(CZYLI JAK POTOCZYŁY SIĘ DZIEJE KRAJU 

W KTÓRYM NA ŚWIAT PRZYSZŁA

ELŻBIETA BATORY?) 


 
Dawne Węgry (zarówno te zdecentralizowane z czasów dynastii Arpadów, jak i te trzymane w dużej mierze silną ręką królewską jak za czasów Andegawenów a następnie Macieja Korwina z rodu Hunyadi) rozpadły się po bitwie z Osmanami i śmierci króla Ludwika II Jagiellończyka pod Mohaczem (29 sierpnia 1526 r.). Od tego momentu rozpoczął się powolny rozpad kraju na trzy części, który spotęgowała jeszcze szalejąca tam wojna domowa, toczona pomiędzy Janem I z rodu Zapolya (którego siostra - Barbara Zapolya, była nieco wcześniej żoną króla Polski i Litwy - Zygmunta I Jagiellończyka), a arcyksięciem austriackim - Ferdynandem Habsburgiem. Nie mogąc uzyskać aktywnego wsparcia ze strony Polski i Francji (Zygmunt nie chciał otwarcie występować przeciwko Habsburgom - z którego to rodu wywodziła się jego matka Elżbieta, i to pomimo usilnych starań Bony Sforzy, jego drugiej małżonki; dlatego też wsparcie dla byłego szwagra było z jego strony zaledwie połowiczne. Natomiast król Francji - Franciszek I był całkiem pochłonięty konfliktem z Hiszpanią i sprawami włoskimi, ewentualnie rywalizacją z królem Anglii - Henrykiem VIII; Węgry interesowały go więc tylko o tyle, o ile mógł z tej strony zaszkodzić Cesarstwu). Jan Zapolya - nie mając innego wyjścia - musiał na polach pod Mohaczem, w lecie 1529 r., złożyć hołd lenny sułtanowi - Sulejmanowi Wspaniałemu. Wojna o Węgry trwała jednak dalej, ale żadna ze stron nie była w stanie przechylić ku sobie zwycięstwa. Z tego powodu, 24 lutego 1538 r. Jan i Ferdynand zawarli tajny układ w Wielkim Waradynie, w wyniku którego oficjalnie podzielili między siebie Węgry na dwie części (i wzajemnie uznali się za królów). Ferdynand miał odtąd panować w zachodnich Węgrzech wraz z Preszburgiem (dzisiejsza Bratysława), a także w Chorwacji (wówczas była to część Królestwa Węgier), oraz w zachodniej Słowacji (do Koszyc). Całą resztę kraju przejmował Zapolya, wraz ze stolicą Budą (i Pesztem), oraz Białogrodem Królewskim (Székesfehérvárem) miejscem koronacji władców Węgier. Zajął też całą wschodnią część kraju z Siedmiogrodem i wschodnią Słowacją (z Koszycami).

Układ ten niestety rozpadł się już w dwa lata później, gdy Janowi Zapolyi urodził się syn i następca - Jan II Zygmunt (7 lipca 1540 r.) a to oznaczało, że Habsburg nie odziedziczy całych Węgier (co też zawarte było w układzie waradyńskim, w przypadku bezdzietnej - czyli bez spłodzenia męskiego następcy - śmierci Jana Zpolyi). Zapolya zmarł jednak piętnaście dni po narodzinach syna i choć małoletni Jan Zygmunt został wybrany nowym królem (24 września 1540 r. na sejmie zebranym nad potokiem Rakos) to było wiadome, że niemowlę władać nie może i w jego imieniu rządzić będzie zapewne matka chłopca - Izabela Jagiellonka (córka Zygmunta i Bony Sforzy). Zgodnie z testamentem Jana Zapolyi (który na łożu śmierci błagał zebranych, aby ci nie oddawali Węgier Habsburgom) węgierska szlachta (aby nie powierzać regencji jedynie na ręce kobiety), wyznaczyła również do tej funkcji biskupa Wielkiego Waradynu - Jerzego Martinuzziego (zwanego też Utiešenovićem, lub po prostu Fratrem Jerzym). Układ taki zaakceptował sułtan Sulejman, ale nie wyraził na niego zgody król Niemiec i arcyksiążę Austrii - Ferdynand I Habsburg, który odnowił wojnę o Węgry. Izabela chciała wraz z synem wracać do Polski, ale matka - królowa Bona nakazała jej wytrwać na miejscu. Wiosną 1541 r. oblężona została przez Habsburgów Buda, ale Sulejman nie zamierzał oddawać Węgier w ich ręce (nasz król zaś całkowicie umywał ręce od tego konfliktu i jeszcze w październiku 1540 r. pisał w liście do cesarza rzymskiego - Karola V: "Droga jest nam córka nasza, drogi jest jej syn, ale o wiele droższe są nam zbawienie i pokój Rzeczpospolitej chrześcijańskiej, nad którą nic wyżej stawać nie należy"), dlatego też sułtan postanowił uderzyć. W sierpniu 1541 r. siły osmańskie były już pod Budą, a 21 dnia tego miesiąca rozbiły w bitwie pod miastem wojska habsburskiego generała - Wilhelma von Roggendorfa i wkroczyły do Budy (której teraz już nie opuściły, jak to miało miejsce po raz pierwszy w 1526 r.). Zginęło wówczas ponad 10 000 żołnierzy chrześcijańskich, a 800 jeńców nakazał sułtan publicznie ściąć. Od tej chwili nie było już podziału na Węgry niezależne i Węgry Habsburgów, teraz wytworzył się nowy podział: Węgry Habsburgów lub niewola turecka.




Izabela, jako żona "niewolnika sułtana" przybyła wkrótce potem do obozu Sulejmana, by prosić go w imieniu swego syna o wsparcie. Sulejman oczywiście pomoc obiecał (nawet potrzymał niemowlę na swych rękach), ale nie było już mowy o przekazaniu Janowi Zygmuntowi większej części Węgier, bowiem teraz on i jego matka mieli się zadowolić wyodrębnioną częścią wschodnią dawnego kraju, czyli księstwem siedmiogrodzkim, natomiast Buda, Białogród Królewski, Segedyn, Temeszwar i całe środkowe Węgry, zostały przyłączone bezpośrednio do Imperium Osmańskiego (2 września 1541 r. kościół Najświętszej Marii Panny w Budzie sułtan przemianował na meczet po swym wkroczeniu do miasta). Izabela - nie wiedząc co dalej czynić - otrzymawszy sprzeczne rady od ojca (który doradzał jej poddanie się Turkom) i matki (która namawiała ją, aby pozostała na Węgrzech i twardo walczyła o koronę dla Jana Zygmunta), a także biskupa Martinuzziego (który wcześniej stawiał na Turcję, licząc na to że będzie mógł skutecznie manewrować pomiędzy Osmanami, Habsburgami i Jagiellonami), doradzającego jej teraz (pod wrażeniem klęski pod Budą i zajęcia dużej części węgierskich ziem przez Turków) zawarcie pokoju i sojuszu z Habsburgami. Sam sułtan zgodził się wspierać Izabellę, ale ponoć był bardzo niezadowolony z bierności Jagiellonów i nawet gniewnie pytał polskiego posła - Andrzeja Górkę: "Dlaczego król polski nie wysłał żadnych wojsk w celu oswobodzenia córki z oblężenia austriackiego? Przecież jest bogaty?" Powoływał się również na zawarty w 1533 r. pomiędzy Rzeczpospolitą a Imperium Osmańskim tzw. "pokój wieczysty", nie pojmując dlaczego król pozostał w tym konflikcie bierny. Ostatecznie 29 grudnia 1541 r. Izabela zgodziła się (w układzie zawartym w Gyalu pod Koloszwarem w Siedmiogrodzie) oddać całe Węgry w ręce Habsburgów, w zamian za co Ferdynand ofiarowałby jej synowi księstwo spiskie. Pomimo tego układu, nie zamierzała jednak Izabela ruszać się z Siedmiogrodu, a wobec Habsburgów grała komedię zniewolonej i ubezwłasnowolnionej przez biskupa Martinuzziego, a wobec własnych rodziców wyrażała obawy przed wywiezieniem jej wraz z synem przez sułtana do Konstantynopola w charakterze branki (dobrze jednak wiedziała, że sułtan jej nie tknie, aby nie zrywać pokoju z jej ojcem). Doprowadziła do tego, że Zygmunt zaczął naprawdę obawiać się o los córki i zastanawiał się nad sprowadzeniem jej do Krakowa, ale w taki sposób, aby nie oznaczało to zerwania pokoju w Turcją (zastanawiano się też nad przyłączeniem się do montowanej - głównie przez kraje niemieckie - ligi antyosmańskiej, a także zamierzano uruchomić książąt Rzeszy z Pomorza, Brandenburgii i Saksonii do udzielenia przez nich w imieniu Rzeczpospolitej - oczywiście aby nie doszło do złamania warunków "wiecznego pokoju" - pomocy Izabeli).

Obawy te zostały uspokojone dopiero wiosną 1542 r., gdy do Wilna przybył poseł turecki, wioząc do króla zapewnienie o niezmiennej przyjaźni sułtana. Zygmunt mógł więc rozpocząć przygotowania do przyjazdu córki do Krakowa, ale Bona w swych listach nakazywała jej pozostać na Węgrzech i strzec korony dla małego Jana Zygmunta - strzec jej przed Habsburgami, których Bona wybitnie nienawidziła. Stąd znów pojawił się mętlik, bowiem ojciec słał do córki naglące listy, by ta jak najszybciej wróciła do kraju, a matka przeciwnie - kazała jej tam zostać (nawet miała stwierdzić, że lepiej byłoby gdyby Izabela zginęła w obronie korony Węgier, niż gdyby Węgry miały wpaść pokojowo przypaść Habsburgom. To też pokazuje, że matka cynicznie wykorzystywała córki, do realizacji swojej polityki opartej na głębokiej nienawiści do Niemców, Austriaków i Prusaków). Bona nawiązała nawet w tej sprawie korespondencję listowną z małżonką Sulejmana - Hurrem, prosząc ją, aby ta miała baczenie nad interesami jej córki (Hurrem zawarła z Boną taki układ i nawet nazwała Izabelę swą "najdroższą córką"), ale po klęsce habsburskiej wyprawy na Węgry (wrzesień 1542 r., co było do przewidzenia, jako że dowódca tej 45 000 niemieckiej armii - Joachim II z Brandenburgii, zwany też "Czarnym Księciem", był skrajnie nieudolny, a poza tym częściej niż swój miecz, widywał karty i alkohol), mimo to pokojowa polityka polsko-turecka zaczęła się pruć i było coraz więcej zadrażnień między obu krajami. Nieustanną bolączką stały się wyprawy Tatarów na ziemie Litwy i Korony. Od czasu zawarcia "wiecznego pokoju" z Osmanami, nastąpiło już kilka takich napadów. W 1534 r. 10 000 Tatarów najechało Wołyń i choć zostali pobici w bitwie pod Wiśniowcem, to jednak uprowadzili nieco pochwyconego wcześniej jasyru. W 1538, 1540 i 1541 r. miały miejsce małe najazdy tatarskie na Podole (w 1541 r. zostali rozbici pod Winnicą), a jednocześnie miały też miejsce polskie wyprawy odwetowe na Krym (w 1538 i 1541 pod wodzą Bernarda Pretwicza - sławnego zagończyka). Poza tym dochodziły i inne problemy, jak choćby sprawa zabójstwa w pobliżu Kamieńca Podolskiego tureckiego kupca - Ejuba i jego 17-osobowej eskorty, oraz zrabowania jego wozów (1538 r.). W tym samym czasie koło Bracławia miał zostać zamordowany inny osmański kupiec, handlujący owcami, a jego towar również został skradziony. Sułtan żądał wydania winnych tych zbrodni i zadośćuczynienia finansowego w wysokości 60 000 akcze. Sprawy te ostatecznie polubownie rozwiązano, ale pojawiały się kolejne zadrażnienia, a Habsburgowie byli żywo zainteresowani w poróżnieniu Rzeczpospolitej z Osmanami i łożyli na ten cel znaczne środki.




Sejm piotrkowski 1544 r. obradował już w cieniu zagrożenia najazdem tureckim, a król w tej kwestii opracował projekt reformy wojskowo-skarbowej, na mocy której opodatkowane zostałyby równomiernie wszystkie stany (również duchowieństwo) i prócz pospolitego ruszenia, miano powołać stałe sześciotysięczne, zawodowe wojsko. Szlachta nie chciała się na to zgodzić, ale ostatecznie postanowiono że plany te wejdą w życie, jeśli "sam cesarz turecki ruszy" lub "jeśliby jakież wielkie wojsko mocne do nas posłał", a konkrety odłożono do następnego sejmu. W październiku 1545 r. Kozacy - żyjący na południowo-wschodnich Kresach Rzeczypospolitej - napadli i spalili turecką twierdzę na Morzu Czarnym - Oczaków. Sułtan domagał się wówczas od króla ukarania winnych tego ataku i odbudowania twierdzy, grożąc w przeciwnym razie wojną (nieoficjalnie, ale czynił aluzje w swych listach do Zygmunta). Wiadomo było, że w całą sprawę zaangażowany był Bernard Pretwicz (taki trop wskazywali Turcy, którzy chcieli Pretwicza pozbawić głowy za jego podjazdy na Krym i w Multany), ale król ani nie mógł (spowodowałoby to protesty szlachty w całym kraju, a być może nawet kolejny rokosz, podobny do tego z 1537 r.), ani też zapewne nie chciał go karać. Napisał jednak list do sułtana, w którym stwierdził iż ukarze sprawców ataku po przeprowadzeniu odpowiedniego śledztwa. Ono jednak wykazało że to nie Pretwicz był mózgiem tej wyprawy, a niejaki kniaź Fiodor Sanguszko - starosta włodzimierski, który był poróżniony z Pretwiczem i starał się na niego właśnie sprowadzić podejrzenie za ów atak. Ostatecznie nikogo nie ukarano (była na dworze zbyt silna "partia wojenna" pod przewodnictwem hetmana wielkiego koronnego - Jana Amora Tarnowskiego, który nalegał na rozpoczęcie wojny z Osmanami i któy chronił takich ludzi jak Pretwicz czy Sanguszko), ale aby ułagodzić gniew sułtana, król wyłożył z własnej kiesy ponad 144 000 asprów w celu odbudowy Oczakowa. W 1546 r. miał miejsce kolejny duży atak tatarski, skierowany tym razem na Ukrainę, a w 1549 r. na Wołyń (gdzie Tatarzy zdobyli Peremirkę i wzięli do niewoli księcia Iwana Wiśniowieckiego, wraz z jego żoną i dziećmi). Gdy król Zygmunt I zmarł (1 kwietnia 1548 r.) w wieku lat 81 (z czego panował przez lat 41), jego miejsce zajął syn - Zygmunt II August. Był on oficjalnie koronowanym królem już od 20 lutego 1530 r., gdy miał zaledwie lat dziesięć. 

A tymczasem na Węgrzech biskup Martinuzzi, zawarł w 1549 r. tajny układ z Ferdynandem, w którym wyrażał zgodę na złączenie wschodniej i zachodniej korony Węgier pod berłem Habsburgów. Izabela oczywiście nie uznała tej umowy i natychmiast poskarżyła się sułtanowi na tę niesprawiedliwość, oraz żądała od niego pomocy w walce z Habsburgami. Wsparł ją w tym brat - Zygmunt August, wyprawiając do Konstantynopola poselstwo niejakiego Bohusza, a następnie Andrzeja Burskiego (1550 r.). Sułtan przyrzekał swe wsparcie i odpowiadał podobnymi poselstwami wysyłanymi do Krakowa (1550, 1551, 1552, 1553, 1554, 1556). Niestety, na niewiele się to zdało i przymuszona przez biskupa Wielkiego Waradynu Izabela, musiała ostatecznie zrzec się korony Węgier w imieniu swego syna, oddać królowi Ferdynandowi węgierską koronę św. Stefana i resztę klejnotów koronnych (19 lipca 1551 r.) i - w zamian za uzyskanie księstwa opolskiego dla Jana Zygmunta, a dla siebie księstwa ziębickiego - opuścić miała Siedmiogród. Dodatkowo uzgodniono, że 11-letni Jan Zygmunt poślubi 4-letnią córkę Ferdynanda - Joannę (co ciekawe, korona św. Stefana, która została przesłana Habsburgom, została pozbawiona górującego nad nią krzyżyka, którego to wymontował z korony młody Jan Zygmunt, twierdząc, że niegdyś cała korona powróci do tego krzyżyka, tak jak całe Węgry zostaną przez niego zjednoczone - niestety, nigdy nie było mu dane urzeczywistnić tej przysięgi). W styczniu 1552 r. królowa matka - Izabela Jagiellonka przekroczyła granicę i wróciła do Polski a następnie osiadła w Krakowie (brat przydał jej dochody z Sanoka i Krzepic, zaś matka z Wielunia i Sambora). A tymczasem biskup Waradynu Wielkiego realizował swoją politykę, która polegała na zjednoczeniu ziem węgierskich pod jednym panowaniem dynastii Habsburgów i tym samym wzięcia w kleszcze ziem środkowych Węgier, będących po okupacją turecką. Wdzięczny mu za to Ferdynand Habsburg, mianował go wojewodą siedmiogrodzkim i wystarał się u papieża o kapelusz kardynalski dla Martinuzziego (1551 r.). Niestety, siły które wprowadził na wschodnie Węgry Ferdynand, były wybitnie niewystarczające, w porównaniu z potęgą Osmanów, którzy wkroczyli zbrojnie do Siedmiogrodu (jesień 1551 r.) i szybko zajmowali (z reguły bez walki, lub przy minimalnym oporze) kolejne twierdze. Martinuzzi użył całego kunsztu swojej dyplomacji aby spowolnić turecki najazd (nawet słał do sułtana listy, twierdząc, że tak naprawdę to jest jego stronnikiem a nie Habsburgów), a jednocześnie oczekiwał nadejścia odsieczy. Odsiecz nie nadeszła, sułtan już nie ufał Martinuzziemu i nie przekonał się do jego zapewnień o lojalności, ale tym właśnie krokiem Martinuzzi stracił całe zaufanie Habsburgów. Tymczasem wódz Ferdynanda w Siedmiogrodzie - gen. Castaldo, pomimo znacznie słabszych sił, jakimi dysponował, zdołał nie tylko powstrzymać impet marszu tureckiego, ale udało mu się odzyskać utracone już twierdze, a nawet zamknął armię osmańską w oblężeniu w twierdzy Lippa. W zamian za bezpieczne wyjście z tej twierdzy, wódz Turków obiecał oddać Lippę i wszystkie pozostałe twierdze Siedmiogrodu, na co Frater Jerzy Martinuzzi wyraził zgodę. Był to jednak dla Habsburgów dobitny przykład jego zdrady i sam Ferdynand polecił gen. Castaldo, aby ten wyprawił biskupa do "lepszego świata". 17 grudnia 1551 r. doszło do skrytobójczego mordu, w wyniku którego Jerzy Martinuzzi zakończył swój ziemski żywot.




Tak oto utrwalił się podział Węgier na trzy części (który trwał aż do końca XVII wieku) i żadna ze stron nie była w stanie opanować całego kraju. Mijały lata, a tymczasem Ferdynand nie wywiązał się ze swojej części umowy i nie przekazał Izabeli tej części odszkodowania (za utracony węgierski tron), która miała być wypłacona gotówką (tak naprawdę nie miał wówczas pieniędzy i sam musiał ciąć swe wydatki związane choćby z utrzymaniem wiedeńskiego dworu, a poza tym obawiał się, że jeśli da jej pieniądze, ona spożytkuje je przeciwko niemu w walce o tron Węgier). To spowodowało, że Izabela tęsknym okiem zaczęła wyglądać za Siedmiogrodem, a gdy dorastający już Jan Zygmunt zapowiedział matce, że albo z nim powróci na Węgry, albo też on tam sam ucieknie - sprawa stała się jasna, czekano tylko sposobnej chwili do powrotu. Od września 1553 r. trwały wciąż ponawiane rozmowy posłów habsburskich z przedstawicielami Zygmunta Augusta i Izabeli, w sprawie uregulowania zobowiązań finansowych Ferdynanda - niewiele one jednak dały i często były zrywane (np. podczas spotkania w Kocku - 1 marca 1554 r. Izabela przybyła na rozmowy, odziana w narodowy strój węgierski, tworząc tym samym aluzję że występuje w imieniu praw swego syna - Jana Zygmunta, jako pełnoprawnego króla Węgier; rozmowy zostały wówczas zerwane przez stronę austriacką). W tym czasie z Polski wyjechała na stałe do Włoch, matka Izabeli i Zygmunta Augusta - sędziwa już Bona Sforza, która po kilkumiesięcznej batalii z synem o wyjazd z kraju (tak naprawdę Bona - która do końca miała słabość do swego jedynaka, z pewnością zostałaby w Polsce, gdyby Zygmunt August ją o to poprosił, ale ponieważ zarówno on, jak i ona byli zbyt dumni na to, a dodatkowo on podejrzewał matkę o sprowokowanie śmierci jego ukochanej Barbary Radziwiłłówny w maju 1551 r., przeto zapowiedział, że matka wyjechać owszem może jeśli chce, ale bez majątku i po zrzeczeniu się przez nią praw do ziem leżących w Koronie i na Litwie, oraz do sum neapolitańskich, które Bonie winien był cesarz Karol V Habsburg. Uparta Bona nie dawała jednak za wygraną i słała listy do cesarza Karola V, do królowej Anglii - Marii Tudor i do króla Francji - Henryka II z prośbą o wsparcie w swej batalii z synem. Pisała bowiem, że: "się jej gwałt dzieje od tego, którego ona w żywocie nosiła i od niego ucierpiała, który cokolwiek ma na świecie dobrego, od niej ma. Od niej żywot, od niej stolicę królewską, za co wszystko (...) w niewolę ją bierze". Ostatecznie w sprawie matki interweniowała u brata Izabela, której udało się przekonać go, by cofnął swój zakaz i zezwolił starej Włoszce powrócić do jej rodzinnego Bari - nie jak żebraczce, a jak matce króla "tak sławnego królestwa"). Bona opuściła Warszawę (w której przebywała od kwietnia 1548 r., czyli od śmierci swego męża) dnia 1 lutego 1556 r., zabierając ze sobą 24 wozy pełne złota, srebra, klejnotów, antycznych waz i innych precjozów (na Mazowszu -  którego była panią od 11 marca 1545 r. gdy sejm przyznał jej takie prawo - należało do niej 35 miast z Warszawą włącznie, 253 wsie, 98 folwarków i 230 młynów). Eskortujący ją starosta ostrołęcki - Wilga, dwuznacznie sugerował królowi, że jeśli ten chciałby go po drodze zatrzymać, to chętnie mu na to pozwoli, aby nie wywozić tylu skarbów z Polski. Poza tym gruchnęła też pogłoska, że na Śląsku czyha na konwój Bony 150 rozbójników, dlatego też królowa matka - zanim przekroczyła granicę i udała się w dalszą drogę - nakazała sprawdzić tę informację, a jednocześnie zatrzymać się na postój. Nim sprawa się wyjaśniła minął tydzień i dopiero wówczas wyruszono dalej.






Matce do granicy towarzyszyła Izabela Jagiellonka (jechała wraz z nią w jej kolasce), która była już wówczas pewna swego powrotu na Węgry. W marcu 1556 r. zebrał się węgierski sejm w Szászsebes, gdzie zgromadzona szlachta wypowiedziała posłuszeństwo Ferdynandowi Habsburgowi i przysięgła wierność Janowi Zygmuntowi, prosząc go, by czym prędzej przybył na Węgry. Izabela wraz z synem - 23 września 1556 r. wyjechała ze Lwowa, a w październiku była już w Koloszwarze w księstwie Siedmiogrodu. Tam też, 22 października witał swą mową króla Jana Zygmunta i królową matkę, 23-letni wówczas Stefan Batory z rodu Samlyo, przyszły król Polski (i pogromca Moskali). Z tego samego rodu, tylko z innej jego linii - Ecsed, wywodziła się bohaterka tej serii - Elżbieta Batory, która przyszła na świat 7 sierpnia 1560 r. W tym czasie Siedmiogrodem władał już Jan II Zygmunt Zapolya. Jego matka - Izabela, zmarła we wrześniu 1559 r., do końca życia piastując funkcję regentki (udało jej się w tym czasie załagodzić parę spraw, jak choćby uspokoić gwałtownego i skorego do buntów - Jerzego Batorego z linii na Ecsed, czyli ojca Elżbiety Batory; a także przywołać do porządku Franciszka Babeka - węgierskiego magnata z pogranicza, który utraciwszy swe wpływy w Nagyszebenie - stolicy Siedmiogrodu - pojechał do sułtana i starał się go przekonać do obalenia Jana Zygmunta i jego matki, którzy ponoć mieli spiskować z Habsburgami - i rzeczywiście, prawie mu się to udało, ale ostatecznie Izabela potwierdziła zależność swego syna od sułtana i to uspokoiło Sulejmana. Izabela starała się odsunąć wielkie węgierskie rody magnackie od władzy, zdając sobie sprawę z ich ulotnej i nietrwałej lojalności, a oprzeć się na nowej elicie, którą miała tworzyć drobna szlachta węgierska i przybyli wraz z nią na Węgry nieliczni Polacy, jak Stanisław Niżowski czy Stanisław Ligęza. O ile linia rodu Batorych na Ecsed była przez regentkę pomijana w nadaniach i tytułach, o tyle linia na Samlyo wprost przeciwnie, a Andrzej Batory (starszy brat Stefana) otrzymał nawet funkcję ochmistrza dworu. Po śmierci Izabeli jej syn kontynuował tę samą politykę. Nim jednak przejdziemy dalej, skupmy się teraz na dzieciństwie małej Elżbiety Batory i na otoczeniu w jakim ona wówczas żyła i dorastała. 



STEFAN BATORY
KRÓL POLSKI I LITWY - 1576-1586
(Z LINII SAMLYO)
WRAZ Z HETMANEM WIELKIM
JANEM ZAMOYSKIM


"WIDZIELI ŻE RWAŁEM SIĘ DO SZABLI? - WIDZIELI!
DOCZEKAJĄ SIĘ, SAMA WYJDZIE Z POCHWY. NIECH NIE MYŚLĄ ŻE USTĄPIĘ.
ZWRÓCĘ SIĘ DO SEJMU, DO SZLACHY, POCIĄGNĘ JESZCZE RAZ NA MOSKWĘ!"

"RAZ JESZCZE?"

"I TY SIĘ WAHASZ? TERAZ, GDY PODZIWIA NAS CAŁA EUROPA, PAPIEŻ NAM SPRZYJA..."




CDN.

sobota, 30 października 2021

PRAWDZIWA HISTORIA KOPCIUSZKA - Cz. I

BAJKA OPARTA NA 

REALNYCH PRZYKŁADACH 

"KSIĄŻĄT" ZAKOCHANYCH W

PRAWDZIWYCH "KOPCIUSZKACH"

 




WPROWADZENIE

 
 Bez wątpienia najpopularniejszą bajką o Kopciuszku - czyli o biednej, ale pięknej, uprzejmej i niezwykle łagodnej dziewczynie, która zmagać się musi z przeciwnościami losu po śmierci swego ojca - jest opowieść autorstwa braci Grimm (Wilhelma Karola i Jakuba Ludwika). Ale takich historii jest znacznie więcej i nie mówię tutaj tylko o opowieściach Charles'a Perraulta, Giambattisty Basilie'go czy Antoniego Józefa Glińskiego, ale również o tych starożytnych (chińskiej i grecko-rzymskiej). Aby jednak nie oddalać się za daleko od naszego kręgu kulturowego, warto na szybko przedstawić krótką historią greckiej kurtyzany - Rhodopis, zamieszkałej w Egipcie, w której to miał zakochać się faraon Psametyk I (założyciel XXVI Dynastii, który przepędził z kraju zarówno czarnoskórych władców z dynastii nubijskiej, jak i z powodzeniem walczył z Asyryjczykami króla Aszurbanipala). Według opowieści, spisanej najpierw przez Strabona, a następnie powtórzonej w jego "Historii" przez Klaudiusza Elianusa - Rhodopis była piękną, grecką heterą zamieszkałą w Egipcie (co akurat nie było niczym zaskakującym i to nawet na długo przed najazdem Aleksandra Wielkiego), która pewnego razu wybrała się - wraz ze swoimi służebnymi - nad Nil, aby się wykąpać. Gdy służące pilnowały jej szat, nagle na ziemię zleciał orzeł, porwał jeden z jej bucików i ze swoją zdobyczą pognał ku niebu, do Memfis. Tam król Psametyk właśnie odprawiał sądy, gdy nagle z nieba spadł mu żeński but. Zafascynowany jego pięknem, polecił aby odnaleźć jego właścicielkę. Tak więc królewscy posłańcy wyruszyli do miast i wsi Egiptu, aby poszukiwać dziewczyny, na której stopę dokładnie pasował będzie ów bucik. Oczywiście bajka ta skończyła się happy endem, Rhodopis została odnaleziona, bucik na nią pasował, ona sama udała się do Memfis, gdzie zakochany król, uczynił z niej swą kochankę. A potem oczywiście żyli długo i szczęśliwie 😄. Tyle sama opowieść, która w następnych swych odsłonach prezentowana była przez kolejnych, bardziej współczesnych już nam autorów. Ale czy rzeczywiście były to wszystko tylko piękne bajki? Czy taka historia kiedykolwiek mogła się wydarzyć w rzeczywistości? 

Oczywiście że tak, i to nie raz. Takich miłości "książąt" do "kopciuszków" było w dziejach bardzo wiele, choć dla mnie jedna z najbardziej ciekawych, to historia miłości generała Jean-Louis Moranda (napoleońskiego oficera, który był bodajże najważniejszym autorem zwycięstwa w bitwie pod Auerstedt z 14 października 1806 r., gdy dywizja Gudina została rozbita przez Prusaków, a dywizja Frianta odcięta i zagrożona tym samym, wówczas właśnie atak sił Moranda przeważył szalę zwycięstwa na stronę Francji. Morand zresztą wsławił się również i pod Austerlitz) do panny Emilii Łucji Parys, która choć pochodziła z możnego rodu mazowieckiej szlachty - wielu jej przodków było kasztelanami, wojewodami i senatorami - to jednak jej rodzina w ciągu XVIII wieku bardzo zubożała i panienka ta - pomimo swojej urody - nie miała wielu adoratorów, gdyż nikt nie chciał wziąć sobie żony bez posagu, innymi słowy "żony-żebraczki". Generał Morand jednak tak się w niej zadurzył (na balu, zorganizowanym w Warszawie - 23 grudnia 1807 r. z okazji urodzin króla Saksonii i władcy Księstwa Warszawskiego - Fryderyka Augusta I), że wkrótce ją poślubił. Jest to bardzo ciekawa opowieść, którą z pewnością również zamieszczę w tej serii, ale jeszcze nie teraz. Teraz chciałbym się skupić na nieco innych "kopciuszkach", które w równy (a może jeszcze większy) sposób, potrafiły wywrzeć wrażenie na swoich "książętach z bajki". Będzie wiele takich historii, jak choćby opowieść o Loli Montez, kochance króla Bawarii - Ludwika I Wittelsbacha; o Marcie Skowrońskiej - niewolnicy i kochance cara Piotra I Wielkiego, która stała się pierwszą carycą Rosji pod imieniem Katarzyny I; o Matyldzie Krzesińskiej - metresie ostatniego cara Rosji Mikołaja II, która omal nie stanęła na przeszkodzie jego małżeństwu z Wiktorią Alicją Heską (czyli po prostu Aleksandrą Fiodorowną) i wielu, wielu innych. Można by ewentualnie ograniczyć się jedynie do tych z kobiet, które ostatecznie osiągnęły cel główny - jakim bez wątpienia było małżeństwo ze swoim "księciem" - ale myślę że wówczas pominąłbym wiele pięknych historii, które i tak kończył się dla tych niewiast happy endem, bez względu na to czy stawały na ślubnym kobiercu, czy też nie.




Jako zaś pierwszego "kopciuszka", pragnę zaprezentować w tej serii, postać niejakiej Teodory, która potrafiła tak bardzo rozkochać w sobie największego władcę Cesarstwa Bizantyjskiego - Justyniana I Wielkiego, iż ten całkowicie stracił dla niej głowę, a gdy zmarła, przywdział żałobę i już do końca swego życia (a żył jeszcze lat siedemnaście) nie ożenił się (co też oznaczało że nie spłodził następców, gdyż z Teodorą dzieci nie posiadał). Ponieważ interesującego tematu czasów Justyniana dotąd nie przedstawiłem (np. interesujący jest zakres i skala tzw.: "plagi justyniańskiej", która nawiedziła ówczesne Imperium w 542 r. i pochłonęła setki tysięcy ludzkich istnień. Zapewne więc ta plaga była w dużej mierze winną temu, że Cesarstwo po śmierci Justyniana w 565 r. tak łatwo zaczęło ustępować z Italii. Bez wątpienia duży spadek liczby ludności musiał być tego powodem, tak samo jak duży spadek liczby ludności w czasie epidemii "Czarnej Śmierci" w latach 1347-1353, spowodował to, że Europa przez kolejne prawie dwa stulecia musiała odbudować stan swej populacji sprzed epidemii, a ponieważ liczba ludności miała znaczenie, a ziemie Europy Środkowej - szczególnie zaś ziemie polskie - odnotowały wówczas jeden z najniższych przypadków śmiertelności, zaś Czarna Śmierć praktycznie nas ominęła - jako nielicznych na naszym kontynencie - przeto w wieku XV a potem XVI byliśmy w stanie stworzyć pierwsze, nowożytne, demokratyczne europejskie imperium. Dziś również wydaje się, jakoby historia zataczała koło i jestem przekonany, że stoimy u progu nowego "Imperium Idei Polskiej" i w ogóle, że jesteśmy dziś Italią Europy, na kilka - może kilkanaście - lat, przed wybuchem wielkiego konfliktu I wojny punickiej), dlatego teraz też nadrabiam to opóźnienie. To tyle wyrazem wprowadzenia do tematu nowej serii - dziś krótko, ale jutro obiecuję poprawę.   



 
CDN. 
  

czwartek, 28 października 2021

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XLVIII

PONOWNE ODRODZENIE POPRZEZ

POZNANIE SAMEGO SIEBIE

Cz. XVII





 
RELACJA KATARZYNY W CZASIE
TERAPII HIPNOTERAPEUTYCZNEJ
 
 
 
 Minęło trzy i pół miesiąca od naszego pierwszego seansu hipnotycznego. Nie tylko ustąpiły u Katarzyny wszelkie niepokojące objawy i została uleczona, lecz całkiem się zmieniła. Była radosna, promieniowała spokojem i energią. Ludzie się do niej garnęli. Kiedy jadła śniadanie w szpitalnej kafeterii, spieszyli do niej zarówno mężczyźni, jak i kobiety. "Chciałem(łam) ci tylko powiedzieć, że pięknie wyglądasz" - mówili do niej. Miałem wrażenie, że przyciąga ich niewidzialną wędką. A przedtem przez wiele lat w tej samej kafeterii nikt na nią nie zwracał uwagi. 

Jak zwykle zapadła szybko w głęboki trans hipnotyczny w moim słabo oświetlonym gabinecie, a jej blond włosy rozsypały się na dobrze znanej beżowej poduszce.

- Widzę budynek... z kamienia. I coś ostrego na jego szczycie. To mocno górzysta okolica. Bardzo tu wilgotno... bardzo duża wilgoć na zewnątrz. Przejeżdża wóz. Przejeżdża przed... frontem. Ten wóz załadowany jest sianem czy słomą, czymś, co jedzą zwierzęta. Są tutaj jacyś mężczyźni. Niosą chyba sztandary, coś co powiewa na końcu kija. Są bardzo kolorowe. Mówią o Maurach. I o tym, że toczy się wojna. Na głowie mają coś metalowego... metalowe okrycia na głowie. Rok jest 1483. To wszystko ma coś wspólnego z Duńczykami. 

- Czy walczymy z Duńczykami? 

- Toczy się jakaś wojna.

- Czy jesteś tam? - spytałem.

- Nie widzę tego - odparła cicho. - Widzę teraz wozy. Każdy ma dwa koła... dwa koła i otwarty tył, boki z drewnianych listew. Widzę... coś metalowego, co noszą na szyjach... to ciężki metal w kształcie krzyża. Ale końce są zaokrąglone. To uroczystość jakiegoś świętego... Widzę miecze. Oni mają jakby noże albo miecze... bardzo ciężkie, z bardzo ostrymi końcami. Przygotowują się do bitwy.

- Spróbuj siebie znaleźć - poleciłem. - Rozejrzyj się. Może jesteś żołnierzem. Widzisz ich z pewnej odległości?

- Nie jestem żołnierzem - powiedziała stanowczo.

- Rozejrzyj się.

- Przywiozłam jakieś prowianty. To wioska... - zamilkła.

- Co teraz widzisz?

- Widzę sztandar, coś w rodzaju sztandaru. Jest biało-czerwony... biały z czerwonym krzyżem.

- Czy to sztandar twego narodu? - spytałem.

- To sztandar żołnierzy króla - wyjaśniła.

- Czy to jest twój król?

- Tak.

- Czy wiesz, jak ten król ma na imię?

- Nie słyszałam. Jego tu nie ma.

- Czy możesz spojrzeć i zobaczyć, co nosisz na sobie? Spójrz uważnie i powiedz, co nosisz?

- Coś ze skóry... na wierzchu skórzany kaftan... na bardzo grubej koszuli. Skórzany krótki kaftan... Trzewiki ze skóry zwierzęcej... nie trzewiki, raczej buty albo mokasyny. Nikt się do mnie nie odzywa.

- Rozumiem. Jakiego koloru są twoje włosy?

- Jasne, ale ja nie jestem stara, trochę są siwe.

- Jaki jest twój stosunek do tej wojny?

- Przywykłam do niej, to mój zawód. W poprzedniej walce straciłam dziecko.

- Syna?

- Tak - powiedziała z wielkim smutkiem.

- Kto ci został? Kto został z twojej rodziny?

- Moja żona... i córka.

- Jak twój syn miał na imię?

- Nie widzę jego imienia. Pamiętam go. Widzę moją żonę.

Katarzyna wielokrotnie była to mężczyzną, to kobietą. W obecnym wcieleniu straciła dziecko, ale w poprzednich miała wiele dzieci.

- Jak wygląda twoja żona?

- Jest bardzo zmęczona, stara. Mamy kilka kóz.

- Czy twoja córka nadal mieszka z tobą?

- Nie, wyszła za mąż i zostawiła nas.

- A więc jesteś teraz tylko z żoną?

- Tak.

- Jakie jest twoje życie?

- Jesteśmy bardzo zmęczeni i bardzo biedni. Nie było nam łatwo.

- Straciłaś syna. Czy bardzo za nim tęsknisz?

- Tak - odparła krótko, ale z wyraźnym smutkiem.

- Czy byłaś wieśniakiem? - zmieniłem temat.

- Tak. Rośnie tu pszenica... pszenica, coś podobnego do pszenicy.

- Czy w tym kraju podczas twego życia było wiele wojen, wiele tragedii.

- Tak.

- Ale jednak dożyłaś starości.

- Wojny toczą się z dala od wsi, a nie we wsi - wyjaśniła. - Oni muszą dojechać na pole bitwy... przez pasma górskie.

- Czy znasz nazwę kraju, w którym żyjesz? Albo najbliższego miasta?

- Nie widzę tego, ale musi mieć jakąś nazwę. Nie widzę jej.

- Czy to jest wojna religijna? Widziałaś krzyże u żołnierzy? Czy to ma dla ciebie jakiś związek z religią?

- Dla innych tak, nie dla mnie.

- Czy ktoś z twojej rodziny oprócz żony i córki żyje jeszcze?

- Nie.

- Twoi rodzice zmarli.

- Tak.

- Bracia i siostry?

- Mam siostrę, ona żyje. Nie znam jej - dodała mając na myśli swoje obecne życie.

- Dobrze. Spójrz, czy nie rozpoznajesz kogoś we wsi albo w twojej rodzinie.

Jeśli ludzie przeżywają reinkarnację grupowo, może znalazłaby tam kogoś, kto odgrywał istotną rolę w jej obecnym wcieleniu.

- Widzę kamienny stół... i miski.

- Czy to twój dom?

- Tak. Widzę coś ugotowanego, coś żółtego... jakby z kukurydzy... lub coś w tym rodzaju... żółtego. My to jemy...

- W porządku - powiedziałem, starając się przyspieszyć jej relację. - Miałaś bardzo trudne życie, bardzo trudne. O czym teraz myślisz?

- O koniach - szepnęła.

- Czy masz konie? Albo ktoś inny?

- Nie mam... ale żołnierze mają, niektórzy z nich. Większość porusza się na piechotę. Ale to nie są konie, to są osły, w każdym razie są mniejsze niż konie. Bardzo złe.

- Przesuń się teraz naprzód w czasie - poleciłem. - Jesteś bardzo stara. Postaraj się znaleźć w ostatnim dniu swego życia jako stary człowiek.

- Kiedy ja nie jestem bardzo stara - zaprotestowała. 

Nie przejmowała się specjalnie tymi swoimi wcieleniami. To, co się działo, to się działo. Nie mogłem jej podsuwać ówczesnych przeżyć. Nie mogłem jej skłaniać, żeby zmieniała szczegóły tego, co się wydarzyło i co pamiętała.

- Czy w tym twoim wcieleniu coś się jeszcze wydarzy? - spytałem, zmieniając temat. - Ważne, żebyśmy to wiedzieli.

- Nic istotnego - odparła obojętnie.

- A więc przesuń się w czasie. Dowiedzmy się, czego powinnaś się nauczyć. Wiesz już?

- Nie. Ciągle tam jestem.

- Tak, wiem o tym. Czy coś widzisz?

Dopiero po dłuższej chwili wyszeptała:

- Unoszę się.

- Czy opuściłaś jego ciało?

- Tak, unoszę się.

Znowu stała się duchem.

- Czy teraz wiesz, czego powinnaś się nauczyć? Znowu miałaś bardzo ciężkie życie.

- Nie wiem. Po prostu unoszę się.

- W porządku. Odpocznij... odpocznij.

Upłynęło w milczeniu kilka minut. Potem sprawiała wrażenie, że czegoś nasłuchuje. Nagle zaczęła mówić, głos jej był donośny, głęboki. To nie mówiła Katarzyna.

- Wszystkiego jest siedem płaszczyzn, siedem płaszczyzn, a każda składa się z wielu poziomów, jeden z nich jest poziomem skupienia. Na tym poziomie wolno ci zebrać myśli. Możesz zobaczyć swoje życie, które właśnie się skończyło. Tym z wyższych poziomów wolno zobaczyć wypadki historyczne. Mogą się cofnąć i potem uczyć tego, czego się dowiedzieli. Ale nam z niższych poziomów wolno tylko zobaczyć swoje życie... które właśnie minęło. Mamy długi, które trzeba spłacić. Jeśli ich nie spłacimy, będziemy musieli je zabrać do następnego życia... po to, żeby nad nimi pracować. Żeby osiągnąć postęp, trzeba spłacić swoje długi. Niektóre dusze osiągają postęp szybciej niż inne. Kiedy jesteś w fizycznej powłoce, pracujesz nad kształtem swego życia... Jeśli coś przeszkodziło ci w spłaceniu twego długu, musisz wrócić na płaszczyznę skupienia i tam czekać aż dusza, wobec której masz dług, przyjdzie do ciebie. A kiedy obie będą mogły w tym samym czasie wrócić do cielesnego kształtu, wtedy będzie ci wolno wrócić. Ale to ty decydujesz, kiedy wrócisz. To ty decydujesz, co należy uczynić, żeby spłacić ten dług. Nie będziesz pamiętać innych swoich wcieleń... tylko to jedno, z którego właśnie przybyłeś. Tylko duszom na wyższym etapie — mędrcom — wolno wrócić do czasów historycznych i minionych wydarzeń, żeby nam pomóc, nauczyć tego, co musimy zrobić. Jest siedem płaszczyzn... siedem, przez które musimy przejść, nim zostaniemy odesłani. Jedną z nich jest płaszczyzna przejściowa. Tu trzeba czekać. Na tej płaszczyźnie będzie postanowione, co możesz zabrać do następnego życia. Każdy z nas ma... dominującą wadę. Może to być chciwość, pożądanie i tak dalej, ale cokolwiek to będzie, musisz spłacić dług tym ludziom, których skrzywdziłeś. Potem musisz nad tą wadą zapanować właśnie w tym życiu. Musisz nauczyć się panować nad chciwością. Jeśli ci się nie uda, kiedy wrócisz, będziesz musiał przenieść tę wadę, jak również inne, do twego następnego życia. Ciężar się powiększy. Z każdym wcieleniem, które przeżyłeś nie spłaciwszy swoich długów, następne będzie trudniejsze. Jeśli je spłacisz, otrzymasz łatwe życie. Tak więc sam decydujesz, jakie będziesz mieć życie. W następnej fazie będziesz odpowiadać za życie, jakie masz. To ty decydujesz. - Katarzyna zamilkła.




Najwyraźniej to nie był żaden z Mistrzów. Określił siebie jako "my z niższych poziomów", w przeciwieństwie do tych dusz na wyższym poziomie - "mędrców". Ale przekazana wiedza była jasna i prosta. Ciekaw byłem pozostałych pięciu poziomów. Czy etap odnowy był jedną z tych płaszczyzn? A co z etapem nauki i etapem decyzji? Cała mądrość ujawniona w przesłaniach tych dusz o różnych wymiarach duchowości była konsekwentna. Styl wypowiedzi różnił się, jak też słownictwo i budowa zdań, ale treść pozostawała niezmiennie taka sama. Systematycznie zdobywałem zasób wiedzy duchowej, na którą składała się miłość i nadzieja, wiara i miłosierdzie. Mówiła ona o cnotach i wadach, długach, jakie się miało wobec innych ludzi i siebie samego. Obejmowała minione wcielenia i duchowe płaszczyzny pomiędzy wcieleniami. Głosiła postęp duszy poprzez harmonię i równowagę, miłość i mądrość, postęp, którego celem był mistyczny i ekstatyczny związek z Bogiem. Było przy tym wiele praktycznych wskazówek, podkreślono doniosłe znaczenie: cierpliwości i czekania; mądrości, jaka się kryje w równowadze przyrody; wyzbycia się strachu, zwłaszcza strachu przed śmiercią; zaufania i przebaczenia; uczenia się, a nie sądzenia innych; tego, że nikogo nie wolno pozbawiać życia; gromadzenia i posługiwania się siłami intuicji i może nade wszystko niezachwianej wiary, że jesteśmy nieśmiertelni, że jesteśmy poza życiem i śmiercią, poza przestrzenią i czasem, że jesteśmy jak bogowie, a oni są nami.

- Unoszę się - wyszeptała Katarzyna.

- W jakim jesteś teraz stanie? - spytałem.

- Żadnym... Unoszę się... Edward jest mi coś winien... coś mi jest winien.

- Czy wiesz, co ci jest winien?

- Nie... jakąś informację. Ma mi coś do powiedzenia, może o dziecku mojej siostry.

- O dziecku twojej siostry? - powtórzyłem.

- Tak... to dziewczynka. Na imię ma Stefania.

- Stefania? Czego masz się o niej dowiedzieć?

- Muszę się dowiedzieć, jak nawiązać z nią kontakt. - odpowiedziała Katarzyna, która nigdy dotąd nie wspomniała mi o tej siostrzenicy.

- Czy ona jest ci bardzo bliska? - spytałem.

- Nie, ale chciałaby ich znaleźć.

- Kogo znaleźć? - spytałem zdumiony.

- Moją siostrę i jej męża. A tylko przeze mnie może to zrobić. Ja jestem ogniwem łączącym. On ma tę informację. Jej ojciec jest lekarzem, praktykuje gdzieś w Vermoncie. Ta informacja przyjdzie do mnie, kiedy będzie trzeba. 

Później dowiedziałem się, że siostra Katarzyny i jej przyszły mąż oddali do adopcji swoją malutką córeczkę. Byli wtedy bardzo młodzi i nie mieli nawet ślubu. Adopcję załatwił Kościół. Potem wszelki kontakt urwał się. Nie było żadnych informacji.

- Tak - zgodziłem się. - Kiedy nadejdzie odpowiedni czas.

- Tak. Wtedy on mi powie.

- Jakie inne informacje ma dla ciebie?

- Nie wiem, ale ma mi coś do powiedzenia. I coś mi jest winien... coś. Nie wiem co. - Zamilkła. 

- Czy jesteś zmęczona? - spytałem.

- Widzę uzdę na ścianie - wyszeptała w odpowiedzi. - I jakieś wędki. Uzdę... widzę koc leżący na zewnątrz stajni.

- A może to stodoła?

- Oni tam trzymają konie. Mają wiele koni.

- Co jeszcze widzisz?

- Dużo drzew... z żółtymi kwiatami. Mój ojciec jest tutaj. Zajmuje się końmi.

Zrozumiałem, że mówię do dziecka.

- Jak on wygląda?

- Jest bardzo wysoki, ma siwe włosy.

- Czy widzisz siebie?

- Jestem dzieckiem... dziewczynką.

- Czy twój ojciec jest właścicielem tych koni, czy tylko się nimi zajmuje?

- Zajmuje się nimi. Mieszkamy w pobliżu.

- Czy lubisz konie?

- Tak.




- Czy masz jakiegoś ulubionego?

- Tak. To mój koń. Na imię mu Jabłko.

Przypomniałem sobie jej wcielenie jako Mandy, kiedy również pojawił się koń imieniem Jabłko. Czyżby powtarzała wcielenie, w które kiedyś się przeniosła? Może patrzyła na nie z innej perspektywy.

- Jabłko... tak. Czy twój ojciec pozwala ci jeździć na Jabłku?

- Nie, ale mogę mu dawać różne rzeczy do jedzenia. On jest zaprzęgany do powozu naszego pana, ciągnie ten powóz. Jest bardzo duży, ma wielkie kopyta, trzeba bardzo uważać, bo może nadepnąć.

- Kto jeszcze jest z tobą?

- Moja matka. Widzę siostrę... jest starsza ode mnie. Poza tym nie widzę nikogo.

- A teraz co widzisz?

- Tylko konie.

- Czy jesteś szczęśliwa?

- Tak. Lubię zapach stajni.

- Czujesz zapach koni?

- Tak.

- Siana też?

- Tak... Konie mają takie miękkie pyski. Są tu również psy... czarne, i koty... dużo zwierząt. Psy są używane do polowania. Kiedy jest polowanie na ptaki, psy też biorą w nim udział.

- Czy coś się z tobą dzieje?

- Nie.

Moje pytanie było zbyt ogólnikowe.

- Czy ty mieszkasz na tej farmie?

- Tak. Ten człowiek, który się zajmuje końmi... - urwała i dokończyła: - Tak naprawdę nie jest moim ojcem.

Byłem zaskoczony.

- Nie jest naprawdę twoim ojcem?

- On nie jest moim ojcem. Ale jest dla mnie jak rodzony ojciec. To mój drugi ojciec. Jest dla mnie bardzo dobry. Ma zielone oczy.

- Spójrz mu w oczy, w te zielone oczy, i powiedz, czy go rozpoznajesz. On jest dla ciebie dobry, kocha cię.

- To mój dziadek... mój dziadek. Bardzo nas kochał. Często nas ze sobą zabierał tam, gdzie chodził na piwo, a myśmy dostawali wodę sodową. Kochał nas.

Moje pytanie przeniosło ją z tego wcielenia w jej stan obserwacyjny, nadświadomy. Oglądała teraz życie Katarzyny i jej stosunki z dziadkiem.

- Czy bardzo ci go brak? - spytałem.

- Tak - odparła cicho.

- Ale jak widzisz, był też z tobą przedtem - wyjaśniłem jej, próbując ją pocieszyć.

- Był dla mnie bardzo dobry. Kochał nas. Nigdy się nie gniewał. Dawał nam pieniądze i często ze sobą zabierał. Lubił to. Ale umarł.

- Będziesz z nim znowu razem. Wiesz o tym.

- Tak, byłam z nim przedtem. Nie był taki jak mój ojciec. Oni są zupełnie różni.

- Dlaczego dziadek kochał cię tak bardzo i dobrze traktował, a ojciec jest całkiem inny?

- Dlatego, że trzeba się uczyć. Dziadek spłacił dług, jaki zaciągnął, a mój ojciec nie spłacił swego długu. Musiał wrócić... nie zrozumiał... Będzie musiał spróbować jeszcze raz.

- Tak - zgodziłem się. - Będzie musiał nauczyć się kochać dzieci, wychowywać.

- Tak - powiedziała tylko.

- Jeżeli ludzie tego nie rozumieją - dodałem - traktują dzieci jak swoją własność, zamiast kochać je.

- Tak - odparła znowu.

- Twój ojciec musi się jeszcze tego nauczyć, a twój dziadek już to wie...

- Ja też wiem... - przerwała mi. - Mamy tyle etapów do przejścia, kiedy jesteśmy w fizycznym ciele... takie jak etap ewolucji. Musimy przejść przez etap niemowlęctwa, dzieciństwa... Musimy odbyć długą drogę, nim osiągniemy... nim osiągniemy nasz cel. Etapy w fizycznym ciele są trudne. Te w fazie astralnej są łatwe. Tam tylko wypoczywamy i czekamy. Teraz te etapy są trudne.

- Ile płaszczyzn jest w stanie astralnym?

- Siedem - odpowiedziała.

- Jakie są?

Wiedziałem już o dwóch, wymienionych podczas tego seansu i chciałem poznać pozostałe.

- Powiedziano mi tylko o dwóch - wyjaśniła. - O etapie przejściowym i etapie skupienia.

- O tych dwóch ja też słyszałem.

- Inne poznamy później.

- Uczyłaś się w tym samym czasie co ja - zauważyłem. - Dziś nauczyliśmy się o długach. To bardzo ważne.

- Zapamiętam to, co powinnam zapamiętać - dodała tajemniczo.

- Zapamiętasz te płaszczyzny? - spytałem.

- Nie. Dla mnie nie są ważne. Ważne są dla ciebie.

Już przedtem słyszałem, że to było przeznaczone dla mnie. Żeby jej pomóc, ale jeszcze coś więcej. Żeby mnie pomóc, ale także jeszcze coś więcej. Nie mogłem jednak dociec, jaki nadrzędny cel krył się w tym.

- Moim zdaniem twój stan bardzo się poprawił - ciągnąłem. - I tyle się nauczyłaś.

- Tak - odparła.

- Dlaczego teraz ludzie tak do ciebie lgną? Co ich przyciąga?

- Ponieważ uwolniłam się od wszystkich moich lęków i mogę im pomóc. Przyciąga ich do mnie moja duchowa wrażliwość.

- Czy potrafisz sobie z tym poradzić?

- Tak. Nie mam żadnych wątpliwości. Wcale się tego nie boję - dodała.

- Ja ci w tym pomogę.

- Wiem, że mi pomożesz, jesteś moim nauczycielem - odparła.

Umówili się za tydzień na kolejne spotkanie.
 





PS: Ciekawi mnie, czego ja musiałbym się nauczyć w moim życiu - bowiem wad niestety mi nie brakuje. Mam też może i parę zalet i takie dziwne przeświadczenie, że... trochę nie pasuję do tego świata - ale to może tylko moje przeświadczenie. Ciekawym jest też fakt, dlaczego udało mi się mimo wszystko przypomnieć moje poprzednie wcielenie (o którym już kilkukrotnie pisałem). Czyżby po to, abym przestał się bać? Bo rzeczywiście odczuwałem strach jako dziecko, ale teraz wydaje mi się, że to wcale nie chodziło o tamten strach i tamte dziecięce sny. Wydaje mi się - więcej - coraz bardziej jestem przekonany, że pozwolono mi ujrzeć (i zrozumieć) poprzednie życie, właśnie po to, abym nieco się zmienił w obecnym czasie. Wiem że wiele elementów na mojej drodze obecnego życia, pozwoliło mi zrozumieć i łożyć pewne mechanizmy, ale wciąż wydaje mi się, że do przepracowania mam jeszcze jakąś lekcję. Jaka to lekcja? - nie mam pojęcia, ale czasem się zastanawiam - ciekawym faktem w tym wszystkim jest choćby to, że byłem osobiście świadkiem śmierci obojga moich rodziców (tata zginął na moich oczach - choć udało mi się z nim jeszcze pożegnać, zaś mama zmarła krótko, nim do niej dotarłem, ale jeszcze tego samego dnia - z nią już się nie pożegnałem. Byłem też osobiście przy śmierci mojej babci, w dzień, w którym zawiozłem ją do hospicjum - jeszcze nie zdążono jej przyjąć, a po kilkunastu minutach już nie żyła. Miała 85 lat. I właśnie zastanawiające w tym wszystkim jest to, że - biorąc pod uwagę moment mej śmierci z poprzedniego życia, to ja właśnie wówczas praktycznie zginąłem na oczach ówczesnych mych rodziców - czy to ma jakiś związek z mym obecnym życiem? Trudno powiedzieć, ale jest to wybitnie zastanawiające. Cechuje mnie też olbrzymia wrażliwość i to, iż ludzie lubią zwierzać mi się ze swoich problemów, ale... mam też takie nieodparte wrażenie że wielu z nich wciąż jestem sporo winien. Cóż, życie jak wysoka wieża, takie życie w mordę jeża... 😉
 



 
 CDN.
 

środa, 27 października 2021

KSIĄŻĘ - Cz. IV

CZYLI RZECZ O FRYDERYKU AUGUŚCIE I

 
 



KSIĘSTWO WIELKICH NADZIEI

Cz. II






 
 Gdy 15 kwietnia 1809 r. o godzinie siódmej rano, armia arcyksięcia Ferdynanda Karola d'Este przekraczała Pilicę pod Nowym Miastem (książę Józef Poniatowski - który na mocy rozkazu króla Fryderyka Augusta I z 21 marca, pełnił funkcję Naczelnego Wodza Wojska Polskiego - dowiedział się o tym dopiero o godzinie ósmej tego samego dnia) Wojsko Polskie wyszło z Warszawy (1, 2, 6 i 8 pułk piechoty, 2 pułk jazdy, artyleria oraz korpus saski) i skierowało się pod wieś Raszyn, gdzie rozbito obóz. 16 kwietnia w Warszawie zebrała się Rada Stanu Księstwa Warszawskiego (pod przewodnictwem Stanisława Kostki Potockiego) i na mocy królewskiego dekretu z 25 marca, powołała do życia warszawską Gwardię Narodową (powołani zostali do niej wszyscy mężczyźni od 16 do 60 roku życia). Ci, którzy nie mieli własnej broni, otrzymali karabiny z arsenału (gdzie znajdowało się 60 000 sztuk). Dowódcą warszawskiej Gwardii Narodowej mianowany został Francuz - pułkownik Sebastian Louis Saulnier. Rada Stanu zarządziła również umocnienie Szańców Kościuszkowskich i do tych prac werbowano ludność miasta (prócz Gwardii Narodowej również obecna była młodzież szkolna i kobiety). Rada Stanu powołała następnie w całym kraju pospolite ruszenie, wyznaczając dowódców poszczególnych departamentów (warszawskiego - książę Stanisław Jabłoński, poznańskiego - wojewoda Józef Wybicki - autor polskiego hymnu narodowego - Mazurka Dąbrowskiego, płockiego - prefekt Antoni Garczyński, kaliskiego - prefekt Rajmund Rembieliński, łomżyńskiego - prefekt Szymon Lasocki, i bydgoskiego - prefekt Antoni Gliszczyński). 18 kwietnia zaś, wydana została odezwa do narodu, w której (m.in.) zapisano, jak to 126 lat wcześniej oręż polski króla Jana III Sobieskiego ocalił Wiedeń oraz monarchię Habsburgów przed Turkami, za co Austria winna jest teraz Polsce swą wdzięczność.

Armia austriacka składała się z siedmiu pułków piechoty, czterech pułków jazdy i dwóch pułków stojących w odwodzie, oraz 94 dział artylerii. Łącznie armia ta liczyła ponad 30 000 żołnierzy (kilka pułków zostało przetrzebionych dezercjami Polaków z Galicji, zwerbowanych siłą do armii habsburskiej, ale i tak ogromna większość tego wojska, składała się z wypróbowanego w bojach żołnierza austriackiego lub węgierskiego). Arcyksiążę Franciszek Karol miał za zadanie szybki marsz ku Warszawie, opanowanie miasta, zmuszenie do kapitulacji Wojska Polskiego i wyeliminowanie Księstwa Warszawskiego z dalszej wojny, a następnie przerzucenie swych sił na front niemiecki i wsparcie arcyksięcia Karola Ludwika Habsburga w zmaganiach z Francuzami. Polaków księcia Józefa Poniatowskiego było pod Raszynem zaledwie 12 000 (z 32 działami) i było pewne, że jeśli bitwa zostanie przegrana, to Warszawa z pewnością wpadnie w austriackie ręce, gdyż Szańce Kościuszkowskie były w opłakanym stanie (a zaczęto je naprawiać dopiero 17 kwietnia), zaś Wały Zygmuntowskie (z 1621 r.) już prawie nie istniały. Najlepiej przygotowana do obrony była Praga, czyli prawobrzeżna część Warszawy (tam dowodził obroną major Józef Hornowski - niezwykle barwna postać epoki napoleońskiej) ale główne miasto praktycznie było bezbronne. W nocy z 17 na 18 kwietnia, major Hornowski wyprowadził z praskiego garnizonu 110 żołnierzy (80 piechoty i 30 jazdy) i pod Grzybowem natarł na zbliżających się od strony Pragi 200 austriackich huzarów, rozbił ich i zmusił do ucieczki (straty austriackie wynosiły 40 zabitych i rannych) a następnie powrócił do miasta. Było to pierwsze starcie tej wojny na odcinku polskim.




Bitwa raszyńska rozpoczęła się 19 kwietnia nad ranem, gdy kawaleria gen. Aleksandra Różnieckiego, starła się w boju pod Nadarzynem z przednią strażą jazdy arcyksięcia Ferdynanda Karola. Bitwa ta została wygrana, poległo i zostało rannych ok. 100 Austriaków, a drugie tyle pochwycono w niewolę. Właściwa bitwa zaczęła się jednak ostrzałem artyleryjskim w rejonie wsi Falenty o godzinie drugiej po południu. O godzinie trzeciej, Austriacy zdobyli tamtejszy lasek olszowy i wieś Falenty, wypierając stąd piechotę gen. Michała Sokolnickiego. Widząc cofający się w nieładzie 8 pułk piechoty, książę Józef Poniatowski doskoczył konia i stanąwszy na czele 1 pułku piechoty, ruszył na nieprzyjaciela i odzyskał Falenty wraz z całym okolicznym laskiem. Wkrótce jednak nadeszły austriackie posiłki a dysproporcja wynosiła już trzech do jednego i utrzymać się tam nie było łatwo. Cała wieś Falenty płonęła, więc żołnierze się stamtąd pospiesznie wycofali pod ogniem austriackich kartaczy. Austriacy jednak ponawiali ataki i wówczas poległ w boju dowódca 8 pułku - pułkownik Cyprian Godebski (January Suchodolski namalował potem obraz "Śmierć Cypriana Godebskiego pod Raszynem"). Ten legionista, wsławił się w wielu bitwach stoczonych we Włoszech i w Niemczech, został poważnie ranny pod Weroną, odznaczył się pod Hohenstadt i Hohenlinden, a po powstaniu Księstwa Warszawskiego powrócił do Ojczyzny i osiadł w Warszawie. W bitwie pod Raszynem został ranny trzykrotnie, z czego drugi postrzał, prosto w pierś był śmiertelny (dwa pozostałe otrzymał w lewą i prawą nogę), choć zgon nie nastąpił od razu i trwał aż do wieczora. a jego żołnierze wynieśli go z pola bitwy, przebiwszy się tam bagnetami przez austriacki oddział (po śmierci Godebskiego, w dowód jego uznania i talentu poetyckiego, król Fryderyk August I przeznaczył wdowie po nim 4000 złotych dożywotniej pensji, zaś hrabina Stanisławowa Potocka zapisała jego dwóm małoletnim synom - 20 000 złotych, z której odbierali procent, do czasu uzyskania pełnoletności, a potem suma ta została im przekazana).

Rozpoczął się więc odwrót w kierunku Raszyna (podczas którego ranny został - dość pechowy  - gen. Fiszer, który w prawie każdej bitwie odnosił jakąś ranę). Austriacy uderzyli teraz na samą wieś Raszyn, oraz na Jaworowo i Michałowice i choć początkowo zajęli część Raszyna, to jednak szybko zostali stamtąd wyparci, a ponawiane przez nich ataki na niewiele się zdały. O godzinie dziewiątej wieczór Austriacy wycofali się spod Raszyna do Falent, a obie armie odgradzał teraz most na rzece Utrata ("Utrato, ty moja Utrato"). Bitwa została nierozstrzygnięta i co prawda Polakom nie udało się jej wygrać, ale też jej nie przegrali, zaś Austriacy - pomimo prawie trzykrotnej przewagi liczebnej, nie byli w stanie wyprzeć wojsk Poniatowskiego z Raszyna i w czasie walk ponieśli duże straty (poległo ponad 800 Austriaków a 1600 zostało rannych). Wojsko Polskie również odnotowało straty (450 zabitych, 900 rannych, a 40 dostało się do niewoli). W bitwie pod Raszynem uczestniczył również (dowodząc wystawioną na własny koszt baterią artylerii) Włodzimierz Potocki - syn owego targowiczanina - Szczęsnego Potockiego (twierdził bowiem, iż pragnie krwią własną wobec Ojczyzny, zmazać zdradę i hańbę swego ojca. Nie był też w tym jedyny - wielu bowiem potomków tych, spośród zaprzańców z czasów upadku państwa, walczyło potem mężnie za odrodzenie dawnej Rzeczpospolitej aby zmyć ze swego nazwiska hańbę rodzicielskiej zdrady). Ówczesne bitwy miały jeszcze to do siebie, że często były też ciekawym widowiskiem dla postronnych cywili, którzy zjeżdżali się tam niczym na piknik, aby obserwować toczących krwawe boje żołnierzy. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to nieco przerażające, ale wówczas taka była specyfika wojen i bitwa pod Raszynem pod tym względem niczym się nie różniła, a mieszkańcy Warszawy też tłumnie obserwowali zmagania obu armii (i tu od razu przypomniał mi się widok tłumów, które zjechały z Waszyngtonu - niby na piknik - w czasie pierwszej bitwy amerykańskiej Wojny Secesyjnej, bitwy po Bull Run z marca 1861 r., gdzie siły Południa, dowodzone przez Thomasa "Kamienną Ścianę" Jacksona, powstrzymały nacierające wojsko Unii, a bitwa zamieniła się ostatecznie w pogrom sił US Army. Te tłumy cywilnych mieszkańców Waszyngtonu, zebranych całymi rodzinami z kocami i prowiantem, niczym na pikniku, które potem zbiegały się do ucieczki - ujrzałem w filmie "Północ-Południe". To była kapitalna scena).




Po bitwie pod Raszynem, saski gen. Polentz pożegnał się z księciem Poniatowskim i wraz z 2000 swoich żołnierzy (trzy bataliony piechoty, dwa szwadrony huzarów i 12 dział, które w bitwie raszyńskiej wielce dopomogły obrońcom) ruszył do Saksonii, gdzie od 22 marca 1809 r. przebywał już król Fryderyk August I (bardziej się on  bowiem obawiał austriackiego ataku na Saksonię - która nie była przygotowana do wojny, a poczynania saskich "jenerałów" - w większości pamiętających jeszcze czasy wojen Fryderyka Wielkiego i mentalnie wciąż żyjących w XVIII wieku - były wprost odpychające. Sklerotyczni generałowie: Cerrini, Zastrow czy Oebschelwitz oraz kilku innych, nie czyniło wiele więcej w sprawach wojskowości, poza robieniem pończoch na drutach i szyciem koszul, oraz odstępowaniem broni z saskich arsenałów tym, którzy tego pragnęli - w tym również Prusakom, gdzie poszło ponad 10 000 karabinów, a przecież Prusy nie były wówczas wcale pewnym krajem, gdyż tamtejsza "Partia Wojenna" starała się nakłonić Fryderyka Wilhelma III do wojny z Francją i Polską u boku Austrii. Mimo to ci sascy generałowie mieli to wszystko gdzieś i postępowali tak, jakby niebezpieczeństwo ze strony Prus sprzymierzonych z Austrią w ogóle nie mogło się zdarzyć i zagrozić Saksonii. Zresztą dumni z siebie i mający wysokie mniemanie o własnych talentach, a odznaczający się zwykłą tępotą umysłową - potrafili tylko okazywać butę i arogancję swym podwładnym, a jednocześnie płaszczyli się haniebnie przed królewskimi dworzanami niczym sterowane kukiełki. Nic więc dziwnego, że zarówno Fryderyk August, jak i sam Napoleon Bonaparte uważali Saksonię za znacznie bardziej zagrożoną atakiem, niźli Księstwo Warszawskie). Odwrót Sasów był dużym ciosem dla Poniatowskiego, bowiem jeszcze bardziej uszczuplał jego wątłe siły, ale na ich przybycie mocno nalegał sam marszałek Jean Baptiste Bernadotte, dowodzący wówczas obroną Saksonii (zresztą należy tutaj dodać, że Sasi nie opuścili Polaków przed bitwą pod Raszynem, w obawie aby nie zarzucono im tchórzostwa. Odeszli dopiero wówczas, gdy mieli pewność, że nie sprowadzi to ujmy na ich honorze).




O godzinie dziesiątej wieczór, na polu bitwy pod Raszynem zjawili się (przybywszy osobno) generałowie: Jan Henryk Dąbrowski (który na wieść o wyniku bitwy podał Poniatowskiemu dłoń, choć wcześniej obaj nie darzyli się sympatią) oraz Józef Zajączek. Wówczas książę Józef Poniatowski zwołał naradę wojenną. Uradzono wycofać się do Warszawy, w obawie przed kolejnym atakiem Austriaków i tak też uczyniono o godzinie jedenastej w nocy, zebrawszy z pola walki wszystkie działa (poza dwiema armatami, które ugrzęzły w błocie) cofnięto się do okopów warszawskich (ciągnących się od rogatek Czerniakowa do Mokotowa) które uzbrojone były w 46 armat. 20 kwietnia nad ranem, do Warszawy przybyło 800 żołnierzy kapitana Rybińskiego, oraz 12 pułk piechoty gen. Weissenhoffa z Torunia, dzięki czemu armia Poniatowskiego znów wróciła do liczby 12 000 żołnierzy. Siły te jednak były wybitnie niewystarczające aby powstrzymać Austriaków i było pewne że Warszawy utrzymać się nie da. Austriacka konnica pojawiła się na rogatkach miasta już około południa 20 kwietnia, ale celny ogień z dział, zmusił ją do odwrotu. Był to jednak zaledwie zwiad, a główny atak nastąpił ok. godziny drugiej po południu. Atak tyralierą został jednak powstrzymany i obawiając się że Warszawa zamieniona została w twierdzę, postanowił arcyksiążę Ferdynand Karol wysłać swego parlamentariusza (godzina trzecia po południu) do polskiego obozu z prośbą o rozmowę. Książę Józef przyjął tę propozycję i ok. czwartej godziny spotkał się z arcyksięciem w karczmie za rogatkami Jerozolimskimi. Według Piotra Strzyżewskiego (szefa szwadronu 3 pułku ułanów) Ferdynand Karol zapytał wówczas Poniatowskiego: "Książę, jaki masz zysk bić się za Napoleona?", na co ten mu odpowiedział: "Zysk to dla mnie wielki, przeto walczyć mogę przeciw wojsku waszej arcyksiążęcej mości". Ferdynand Karol zaproponował kapitulację, ale na nią Poniatowski zgodzić się nie chciał, dlatego też uzgodniono jedynie zawieszenie broni na 24 godziny. Na drugi dzień ponownie zjechano się do tej samej karczmy i ułożono tam umowę, na mocy której Wojsko Polskie miało się ewakuować z Warszawy w pełnym uzbrojeniu w ciągu 48 godzin, licząc od piątej po południu 21 kwietnia 1809 r. Austriacy - po upływie tego czasu - mogli zająć Warszawę, ale nie wolno im było nakładać na mieszkańców żadnej kontrybucji wojennej. Rząd i urzędnicy miejscy mieli pięć dni na opuszczenie miasta a po tym czasie było to już niemożliwe. Chorzy i ranni znaleźć się mieli pod opieką austriackiej armii, a gdy dochodzili do zdrowia, mogli bez przeszkód udać się do swoich jednostek (zobaczcie jaka kultura wówczas panowała- a teraz porównajmy to z II Wojną Światową, gdzie w dużej większości efektem umów kapitulacyjnych było wymordowanie jeńców lub inne tego typu szykany).




Tak oto, przy powszechnym oburzeniu mieszkańców Warszawy (książę Poniatowski został np. obrzucony zgniłymi jajami, pomidorami a nawet... kamieniami) rozpoczęto ewakuację wojska i administracji Księstwa ze stolicy. Senat i Rada Stanu wyjechały do Torunia, rząd do Tykocina, amunicję i broń wysłano na statkach Wisłą do Modlina. 23 kwietnia o czwartej po południu Wojsko Polskie ustąpiło z Warszawy i przez Pragę skierowało się do Serocka, a wkrótce potem do stolicy wkroczyły austriackie "białasy". Pozostała jeszcze jedna kwestia, która nie została wówczas uzgodniona, a mianowicie rola Pragi i tamtejszego umocnionego garnizonu majora Hornowskiego, który nie zamierzał się ani poddać, ani stamtąd ustępować. Wytworzyła się przeto dość dziwna sytuacja, gdy oficjalnie Austriacy opanowali Warszawę, ale nie całą, bez jej prawej części, a poza tym utknęli tutaj na prawie trzy tygodnie, co było zabójcze dla losów wojny (przecież armia arcyksięcia Ferdynanda Karola, która bezczynnie stała w Warszawie, mogła się przydać choćby w bitwie pod Wagram, a poza tym gdyby arcyksiążę miał więcej oleju w głowie, to ruszyłby czym prędzej na północ, do Torunia i potem połączył się z Prusakami, a następnie spróbował wywołać antyfrancuskie powstanie w Niemczech, a tymczasem siedział on w Warszawie, a książę Józef Poniatowski "odkrajał" od Austrii polską Galicję. W niemieckim piśmie "Minerwa" - wydawanym w tym samym czasie - chyba w Wiedniu, ale nie jestem tego pewien - pod redakcją Archenzoltza, obwiniał on właśnie arcyksięcia o przegraną kampanię tymi oto słowy: "Kapitulacja Warszawy przywiodła arcyksięcia Ferdynanda o utratę jego wojska i obu Galicji (...) Z tego się pokazuje, że Austria łagodnym swym postępowaniem chciała odciągnąć od Francji ludy z nią sprzymierzone, i tym sposobem można by wytłumaczyć dlaczego arcyksiążę Ferdynand po bitwie pod Raszynem nie uderzył na Warszawę; czemu chcąc koniecznie zawrzeć kapitulację, nie wymógł na wojsku polskim, żeby w tej wojnie przeciwko Austrii nie walczyło, i czemu przynajmniej w konwencji nie objął mostu warszawskiego na Wiśle i warownego przedmieścia Pragi; czemu na koniec, zamiast zajmowania się bezbronną stolicą dozwolił wojsku polskiemu wyjść ze wszelkimi zapasami za Wisłę do twierdz warownych, skąd książę Józef miał wolny wstęp do bezbronnych Galicji austriackich; dlaczego dozwolił wynieść się z Warszawy najważniejszym osobom należącym do rządu i uprowadzić z sobą wszelkiej wagi sprzęty wojenne, archiwa itp".

Aby uświadomić sobie bezczynność Ferdynanda Karola (lub przynajmniej postarać się go w jakiś sposób usprawiedliwić) warto też przyjrzeć się, jak wyglądała wówczas sytuacja na innych odcinkach tej wojny i czy upadek Wiednia (do którego Napoleon Wielki wkroczył 13 maja 1809 r.) była pewnym wyjaśnieniem postępowania arcyksięcia? 
 



 
 CDN.
   

poniedziałek, 25 października 2021

"JESTEM KRÓLEM WASZYM PRAWDZIWYM, A NIE MALOWANYM..." - Cz. VIII

CZYLI, JAK TO W POLSCE

NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?

 




KRÓL HENRICUS

Cz. IV






  
 Podkomorzy Jan Tęczyński, gdy tylko upewnił się że króla Henryka nie ma w jego komnacie na Wawelu, natychmiast - wraz z kilkoma towarzyszami i mając przy sobie kilkunastu polskich Tatarów - ruszył w pogoń za uciekającym ze swego królestwa monarchą. Następnie dołączył do niego Mikołaj Zebrzydowski, który zebrał oddział kilkuset jeźdźców (mówi się o ok. 500). Król Henryk tymczasem dotarł już do Oświęcimia i szybko z niego wyjechał. Orszak królewski został jednak dostrzeżony i powiadomiono o tym starostę oświęcimskiego, a ten niedawno wybudzony i przez to zupełnie nagi (w stroju Adama) dosiadł konia i puścił się w pogoń za królem, a gdy król przekraczał Wisłę, też rzucił się do wody, wołając w stronę ustępującego orszaku: "Najjaśniejszy Panie, dlaczego uciekasz?" Gdy Henryk wyjeżdżał z Oświęcimia, drugą bramą już wjeżdżał tam Jan Tęczyński ze swymi ludźmi, ale doścignął króla dopiero pod Pszczyną na terytorium cesarskim, poza granicami Rzeczypospolitej. Usłyszawszy za sobą pościg, król się nie zatrzymał, jedynie zwolnił i posłał do Tęczyńskiego swoich ludzi - Larchant'a i Sonvrai'a, którzy mieli się spytać, czy przybywa jako przyjaciel, czy nieprzyjaciel. Tęczyński poprosił o rozmowę z królem, oddawszy wcześniej swoją broń, to samo polecił uczynić reszcie pościgu. Upadł przed obliczem Henryka na kolana i błagał go o powrót do kraju. Powoływał się na słowa Biblii, gdzie pasterz nie może opuszczać swojej owczarni, gdyż bez niego ona nie istnieje. Stwierdził również, że nikt królowi nie będzie czynił przeszkód w powrocie do Francji, ale niech uczyni to zgodnie z prawem i obowiązującymi standardami - niech zwoła sejm, na którym wyznaczy interreksa i określi jak długo pragnie pozostać we Francji. Henryk odrzekł wówczas: "Nie chciejcie u siebie wątpić o moim sercu ku tej Rzeczypospolitej, gdy wiele wam i ojczyźnie waszej winienem, żeście mię uczynili królem takiego państwa. Chcę, abyście wierzyli, że dokąd mi życia i krwi wystarczy, nie zapomnę waszej ku mnie przychylności. Lecz abym zaniechał tę drogę, ani ja uczynić, ani wy żądać nie możecie. Jeżeli teraz z wami zostanę, Królestwo Francuskie, które jest moim dziedzictwem, przejść może w inne ręce. Wkrótce wrócę. Króla waszego nie na długo będziecie pozbawieni, a przybędzie niemało czci i potęgi, jeżeli otrzymawszy królestwo ojczyste, wszystkie bogactwa Królestwa Polskiego, nic dla siebie nie biorąc, obrócę na jego własne potrzeby. (...) Przez krótki czas mej niebytności, mądry Senat w moim imieniu łacno sprawom Rzeczypospolitej zaradzi. Taką wam daję odpowiedź". Henryk obiecał więc, że powróci za trzy, cztery miesiące, a w dowód prawdziwości swych słów, zdjął z palca pierścień i wręczył go Tęczyńskiemu. Król na Wawelu pozostawił też listy do kilku dostojników, w tym samym tonie pisane. Zatem Tęczyński zawrócił do kraju, mając w ręku jedynie królewski pierścień i przysięgę, że Henryk wróci do kraju, którego władcą został koronowany ledwie cztery miesiące wcześniej.

Król, podczas swej podróży kazał się teraz zwać kapitanem Lamothe, a ponieważ tak popędzał naprzód, że jeszcze w Pszczynie padł pod nim z wyczerpania koń (to już drugi, na jakim jechał od chwili swej ucieczki z Wawelu w nocy z 18 na 19 czerwca 1574 r.). Musiał więc ponownie wymienić konia i tak jechał aż do Ostrawy na Morawach, gdzie już oczekiwał na niego powóz, który zawiózł go do Wiednia (po drodze, jeszcze w Oświęcimiu, gdy do królewskiego orszaku zbliżał się polski pościg, dwóch Francuzów - Pibrac i Villequier, których konie nie mogły już dłużej biec, skryło się w lesie. Co prawda potem Villequier doścignął orszak Henryka, ale Guy de Pibrac się zagubił. Za Oświęcimiem spotkał gromadkę lokalnych chłopów, przed którymi uciekł w obawie, iż ci mogliby go okraść lub zabić. Nie mieli oni jednak takich zamiarów, ale widząc że przed nimi ucieka, rzucili się za nim w pogoń. Koń jego uciekł, zrzuciwszy Pibrac'a do wody, gdy ten zbliżył się do moczarów. Cały przemoczony, w poszarpanym ubraniu, ukrywał się więc w lesie, gdzie też odnaleźli go chłopi i zaprowadzili w stronę Zatora. Pibrac miał jednak szczęście, gdyż drogą tą jechał właśnie wielki referendarz królewski - Krzysztof Dębiński. Dowiedziawszy się od chłopów co nastąpiło, dał Francuzowi ubranie i konie, aby ten mógł dogonić swego króla). W Wiedniu cesarz Maksymilian II Habsburg powitał króla Henryka bardzo dobrze (spodziewając się, że jego ucieczka z Krakowa stworzy możliwość do ponownego ubiegania się Habsburgów o koronę Królestwa Polskiego). Z Wiednia, przez Styrię, Karyntię i Tyrol, dotarł Henryk do Wenecji - gdzie zabawił przez kolejne dziewięć dni (a przecież tak mu się spieszyło do Francji), wspaniale podejmowany przez Signorię i dożę - Alvise Mocenigo. Przebywał tam również wówczas książę Ferrary - Alfons II d'Este, który zapoznał Henryka z piękną poetką-kurtyzaną Weronicą Franco. Henryk wjechał do Wenecji dnia 18 lipca 1574 r. Na jego przybycie oczekiwano z ogromną radością (mawiano, że zgrzybiali starcy obawiają się umrzeć, nim go zobaczą na własne oczy). Na główną siedzibę w mieście przeznaczono mu pałac Foscarich, na Lido wzniesiono dla niego bramę triumfalną, odnowiono i ponownie odmalowano sławnego Bucentaura - czyli okręt wizytówkę dożów Wenecji, który witał wjeżdżającego króla Henryka, w towarzystwie szeregu gondol i małych statków. Na powitanie strzelano z dział, dzwony rozbiły się we wszystkich kościołach miasta, chóry śpiewały, tłumy wiwatowały, ale Henryk - co prawda oszołomiony tym przyjęciem - szybko skupił się na innych atrakcjach i jeszcze tego samego wieczoru po swym przybyciu do Wenecji, udał się gondolą do pałacu Fondaco dei Turchi, w którym swą siedzibę miał książę Ferrary, i gdzie odbywało się przyjęcie, połączone z towarzystwem pięknych kurtyzan (tam wpadła Henrykowi w oko - Vittoria Pissima z Ferrary, artystka trupy teatralnej Gelosich).




Kolejne dni spędzał Henryk w towarzystwie Alfonsa, który oprowadzał go gondolą po mieście (notabene wizyta księcia Ferrary bardzo nie podobała się Signorii, jako że członkowie rady weneckiej musieli ustępować mu miejsca przy boku króla w gondoli - a przecież to oni byli gospodarzami miasta). To również Alfons przedstawił Henrykowi Weronikę Franco, wówczas kochankę weneckiego patrycjusza - Andrea Troni. Odznaczała się ona nie tylko urodą, ale i również potrafiła pisywać sonety, recytowała z pamięci wiersze Wergiliusza, Horacego, Owidiusza i wielu innych autorów. Nie nadużywała też biżuterii ani kosmetyków - wystarczały jej perły, jakiś naszyjnik za piętnaście talarów i brylant na palcu lewej ręki. Nie używała też perfum i zamiast nich wolała olejki z wiciokrzewu lub werbeny. Czuła zapewne duży wstręt do profesji, której się oddawała, a która pozwalała jej żyć na dość wysokim poziomie i mieszkać w pałacach swych "adoratorów". Na pewno chciała być szanowana jako kobieta, a ponieważ nie znała innego sposobu aby ten szacunek sobie zapewnić, przeto stała się luksusową kurtyzaną - podziwianą wszędzie, gdzie się pokazywała (czasem też, wraz ze swoją służącą - udając się np. do kościoła - przywdziewała męską odzież, co oczywiście budziło zniesmaczenie, tym bardziej gdy stawała po tej części kościoła, która była przeznaczona dla kobiet. Pewnego razu, spóźniwszy się na mszę i będąc w stroju męskim, uklękła dyskretnie obok jakiejś damy, która ujrzawszy ją tak przebraną, ostentacyjnie wstała, by poszukać sobie innego miejsca, na co Weronika Franco miała rzec z komizmem w głosie: "Pani, nie musisz odsuwać się ode mnie. Zapewniam, że moja przypadłość dotyka jedynie te, które tego pragną"). Pewnego razu jakaś kobieta przyprowadziła do niej swoją umalowaną i wyperfumowaną córkę, aby ta nauczyła ją, jak stać się dobrą kurtyzaną, na co Weronika miała odpowiedzieć: "Ni stąd, ni zowąd wbiła jej pani do głowy czczy kaprys malowania sobie włosów i twarzy. I oto pokazuje ją pani w towarzystwie z ufryzowanymi włosami, obszernym dekoltem wylewającym się ze stanika, gołym czołem, ze wszystkimi tymi ozdóbkami i pozorami, które zwykle znamionują chęć dobrego sprzedania towaru. (...) To zbyt okrutne i sprzeczne z ludzką wrażliwością przymuszać człowieka do takiego zajęcia, do takiego niewolnictwa, o których myśl sama napawa przerażeniem". Kobieta ta była jednak niezadowolona z odmowy Weroniki Franco i uznała jej odpowiedź za obraźliwą.

Weronika, gdy spotkała się z królem Henrykiem, miała 28 lat. Od ośmiu lat pracowała jako luksusowa dama do towarzystwa . Jej pierwszym stałym kochankiem i sponsorem (a także  pierwszą wielką miłością) był niejaki Marco Venier - potomek znakomitego weneckiego rodu. Poznała go w 1571 r., gdy miała prawie 25 lat. Poznali się w kościele, a on potem przesłał jej poemat o miłości, do którego dołączył sznur pereł. Poemat przyjęła, ale perły odesłała, zdając sobie sprawę, że tym gestem jeszcze bardziej go do siebie przyciągnie (poza tym w ogóle była Weronika bardzo złego zdania o kobietach, które afiszowały się swym bogactwem i które nie potrafiły odmówić mężczyźnie przyjęcia kolejnych ozdób, a tak właśnie czyniła też jej matka - Vanozza, która również była luksusową wenecką kurtyzaną). Ponieważ jednak nie była głupia i wiedziała z czego się utrzymuje, postanowiła tak to rozegrać, aby zwrot pereł nie został potraktowany jako afront, a wręcz przeciwnie, jako zachęta do dalszej kokieterii. Dlatego też poprosiła jednego ze swoich klientów - Pietra Aretina (który nie należał do zamożnych i musiał czekać, aż jego mecenas wyśle mu pieniądze za poezję którą pisywał, a wraz z nim często na "swoją dolę" czekała również i Weronika. Tym razem też był jej winien pieniądze i postanowiła zamienić je na przysługę, którą mógłby jej wyświadczyć). Aretino był częstym gościem w pałacu Venierów, dlatego też Weronika poprosiła go, by zabrał ją ze sobą, a w zamian oferowała anulowanie jego długów wobec niej. Tak też się stało, a przybyła ona do pałacu w masce na twarzy i w pelerynie, zaś gdy ją zrzuciła, okazało się że przywdziała czarną suknię bez żadnych ozdób (chciała tym pokazać Venierowi że nie musi stroić się w perły które jej przysłał). Zrobiła na nim wówczas ogromne wrażenie i odtąd była już częstym gościem w pałacu rodziców Marco. Zapewne się w nim zakochała i pragnęła by i on poczuł do niej to samo uczucie, więc często towarzyszyła mu w drodze do kościoła, lub na balach, ale jednocześnie nie pozwalała mu zbliżyć się do siebie i odmawiała wstępu do swojej garsoniery. Ten pisywał do niej słodkie listy miłosne, prosząc by zezwoliła mu posmakować jej ust.




Szybko okazało się jednak, że Marco ma konkurenta do serca Weroniki - był nim jego kuzyn - Maffio Venier. Niestety, chłopak w młodości stracił ojca i odtąd wychowywał się w pałacu swego stryja - ojca Marco, nie miał więc czym "zaimponować" drogiej kurtyzanie takiej jak Weronika. Weronika szybko też dała mu kosza, a upokorzony mężczyzna zapragnął teraz się zemścić. Rozgłaszał wszędzie, że oddaje się ona dwóm mężczyznom na raz, byle tylko byli wystarczająco bogaci - ale to nie czyniło większego wrażenia na mieszkańcach Wenecji. Wreszcie poskarżył się swemu stryjowi, że Weronika pragnie omotać Marco, aby go poślubić i wejść do zamożnej patrycjuszowskiej rodziny. Zaczął też wysyłać do niej listy, pisane niby przez Marca (i stemplowane jego pieczęcią), w których dwuznacznie opisywał ją jako dziwkę. Ponieważ listy te były stemplowane pieczęcią Marca, Weronika uznała że są jego autorstwa i że jest to jego zemsta na zbyt długą odmowę zbliżenia z jej strony. Odpisała mu więc tym samym tonem: "Wygląda na to, że jesteś głupi (...) skoro przez długie tygodnie, wspomagając się licznymi podarkami, ubiegałeś się o miłość groszowej dziwki, o której cała Wenecja wie, że jest niezdolna do jakichkolwiek uczuć. Musisz być także ślepy, skoro ta dziwka po bliższym przyjrzeniu okazuje się wręcz paskudna. (...) Teraz, kiedy już wiesz, ile jest warta, z pewnością dasz jej święty spokój i przestaniesz wzdychać pod jej oknami". Urażony tonem tego listu, przybył Marco do jej kamienicy, aby zapytać dlaczego tak okrutnie go potraktowała, ale nie wpuściła go do siebie. Siedział więc do nocy pod jej oknem i czekał aż mu otworzy. Gdy zrobiło się ciemno (w obawie że może mu się stać coś złego po jej domem, a potem Venierowie oskarżą ją o nasłanie zbirów, a nie chcąc z nimi zadzierać) wpuściła go do swego domu. Tą noc spędzili razem, najpierw w kąpieli, a potem w łożu. Gdy Maffio dowiedział się o tym, napisał do niej kolejny list (oczywiście w imieniu Marco), w którym piętnował wszelkie niedoskonałości jej ciała. Co gorsze, list ten nie został wysłany tylko do niej, a jego odpisy kursowały już po całym mieście. Weronika poczuła się upokorzona. Zamknęła się w swym mieszkaniu i nie chciała nikogo widzieć (ponoć przez kilka dni nie przyjmowała też posiłków). Ostatecznie postanowiła w inny sposób bronić własnej czci. Posłała Marcowi kolejny list, w którym żaliła się na jego grubiaństwo i twierdząc iż mu zaufała, a on zdradził jej uczucia, postanowiła... wyzwać go na pojedynek na szpady.





PRZYPOMNIAŁA MI SIĘ OD RAZU NAUKA SZERMIERKI PANIENKI BASI PRZEZ MICHAŁA WOŁODYJOWSKIEGO
W "PRZYGODACH PANA MICHAŁA"
(od 5:30)




Było to dosyć niekonwencjonalne zachowanie jeśli idzie o kobietę i rozbawiło ono Wenecjan. Ale Weronika traktowała to wszystko zupełnie poważnie - zamknęła swój dom i ogłosiła że nikogo już nie będzie przyjmowała, dopóki nie odzyska honoru (a trzeba pamiętać że kurtyzana nie była tylko prostytutką, jeśli była powszechnie znana, na jej salonach gromadzili się ludzie kultury, sztuki i polityki, było to więc miejsce spotkań towarzyskich). Zaczęła też intensywnie trenować szermierkę u boku weneckiego fechmistrza po trzy, cztery godziny dziennie. Ostatecznie do pojedynku jednak nie doszło, gdyż Marco ponownie zjawił się przed jej domem i przysiągł, że nigdy w niczym jej nie uchybił i nie napisał listów, o które jest posądzany. Marco zaczął podejrzewać o autorstwo listów swego kuzyna Maffio, jako że mieszkali w jednym domu i tylko on mógł posłużyć się jego stemplem. Weronika wyzwała więc na pojedynek Maffio, ale miał to być już pojedynek poetycki, jako że zarzuciła mu beztalencie i to, że listy które do niej pisywał, tak naprawdę w jego imieniu pisywał ktoś inny. Maffio przyjął wyzwanie, a Weronika w określonym dniu zjawiła się na Placu św. Marka w męskim stroju do szermierki, po czym publicznie wyzwała Maffio na pojedynek, pozwalając mu wybrać broń (sugerowała pojedynek poetycki po włosku, wenecku lub w języku burleski). Pojedynek ten wygrała, a Maffio został wygwizdany. Niestety, jej romans z Marco też dobiegał już kresu, tym bardziej że rodzice chcieli go ożenić z dziedziczką rodu Correrów i to wtedy, gdy Weronika zaszła z nim w ciążę i urodziła mu córkę (1573 r.). Potem wyjechała do Mantui, na dwór tamtejszego księcia, a po powrocie do Wenecji (koniec 1573 r.) zażądała od Marca by się z nią ożenił - deklarując, że wcześniej go o to nie prosiła, ale teraz byłby to dobitny dowód jego miłości do niej. Marco uznał córkę i wyposażył ją, ale odmówił poślubienia Weroniki. Wówczas "zaopiekował" się nią Andrea Troni, a Weronika Franco zamieszkała w jego pałacu w pobliżu San Giovanni Christostomo. W lipcu 1574 r. przez osiem dni umilała czas królowi Henrykowi Walezemu (prawdopodobnie jednak nie doszło do zbliżenia). On uczynił ją ambasadorem Francji w Wenecji, a ona ofiarowała mu na pamiątkę spotkania swój portret.

Król spędził w Wenecji dziewięć dni, podczas których trwały nieprzerwane bale, festyny, tańce i iluminacje. Henryk jednak nie tańczył (był w końcu w żałobie po śmierci swego brata, króla Francji - Karola IX), choć podczas tańca balio del capello - w którym panie wybierały swych partnerów do tańca, wręczając im trzymane w dłoni kapelusze - kilka dam chciało wręczyć królowi swoje kapelusze, ale ten musiał odmówić. 27 lipca Henryk opuścił Wenecję w towarzystwie księcia Alfonsa II d'Este, a 29 lipca przybył do jego księstwa - Ferrary, leżącej za Padem. Tam również czekało go uroczyste powitanie (strzały z armat, bicie dzwonów, liczne iluminacje). W pałacu powitały króla - żona (Lukrecja) i siostra (Eleonora) księcia Ferrary. Spędził tu tylko dwa dni, a trzeciego popłynął Padem do Mantui. Tutaj otrzymał od księcia - Wilhelma I - dwanaście koni z jego słynnego stada. W połowie sierpnia król wyjechał w dalszą drogę, do Turynu, a stamtąd znów (wyjechawszy z miasta 27 sierpnia 1574 r.) wjechał do Lyonu. W mieście tym oczekiwała już na spotkanie z synem (z eskortą ok. 12 000 żołnierzy), królowa matka - Katarzyna Medycejska, ich spotkanie nastąpiło w Bourgoin. Już wcześniej na życzenie Henryka, jego matka uwolniła z "więzienia domowego" Franciszka Herkulesa, księcia d'Alençon (swego najmłodszego syna i potencjalnego kandydata do tronu Francji), oraz króla Nawarry i męża Małgorzaty "Margot" de Valois (swojej córki) - Henryka III (który w 1589 r. obejmie tron Francji jako Henryk IV Burbon i będzie założycielem królewskiej linii Burbonów). Co prawda Katarzyna tak uczyniła, ale ta przebiegła Włoszka dobrze wiedziała że nie należy ufać pozorom i aby odciągnąć swego najmłodszego syna od polityki oraz planów zdobycia tronu, podsunęła mu do łoża sławną "Circe" (jak o niej mawiała), czyli słynną z urody - Charlottę de Sauve, która doskonale potrafiła zająć czas młodemu księciu. Co ciekawe, madame de Sauve sypiała jednocześnie z królem Nawarry, co ostatecznie spowodowało, że obaj panowie zaczęli być o nią zazdrośni. Niestety, pani de Sauve żadnego z tych mężczyzn nie darzyła uczuciem, a traktowała te spotkania jako część polecenia królowej matki (osobiście zadurzyła się zaś w księciu de Guise - Henryku I, przywódcy Ligii Katolickiej, którego twarz pokrywały liczne blizny) i to do niego wzdychała po nocach.




W samym czasie, gdy Henryk wjeżdżał do Lyonu, obejmując w posiadanie swoje francuskie królestwo, w drugim jego królestwie - Polsce, szlachta - tłumnie zgromadzona w Senacie - radziła co czynić dalej po ucieczce i porzuceniu Rzeczpospolitej przez króla panującego zaledwie cztery miesiące.    
 
 
 
 CDN.