Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 28 listopada 2022

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. LXV

ŻYCIE PO ŚMIERCI -

CZYLI RELACJE OSÓB,

KTÓRE PRZEŻYŁY WŁASNĄ ŚMIERĆ

 

 
 

VI

MEDIA I SEANSE

Cz. II

 
 
 

 
 
SPOSOBY KONTAKTOWANIA SIĘ Z ZAŚWIATEM
Cz. I 
 
 
WIRUJĄCE STOLIKI
 
 
 Jednym z łatwiejszych sposobów nawiązywania kontaktów z istotami nie z naszego świata są doświadczenia z wirującymi stolikami. Jest to sposób wielokrotnie wyśmiewany przez ignorantów, lecz w wielu przypadkach skuteczny. W tym celu najlepiej posługiwać się niedużym, okrągłym, lekkim stolikiem. Ale gdy zespół uczestników jest odpowiednio dobrany, a ktoś z obecnych ma kwalifikacje medialne, wielkość stołu nie ma znaczenia. Wszak i z ciężkimi, dębowymi stołami osiągano nadzwyczajne wyniki. Liczba uczestników nie powinna przekraczać 6 osób, a najmniejsza liczebność zespołu, to 3 osoby. Oczywiście, ktoś spoza zespołu powinien siedzieć na uboczu i prowadzić protokół. Światło powinno być silnie przyćmione. Najlepiej, kiedy w kącie pokoju pali się żarówka ciemniowa, ciemnoczerwona. Wskazane jest także, aby w pokoju znajdowało się jakieś naczynie z wodą. Pomocna jest również przytłumiona, poważna muzyka. Może być nadawana z taśmy magnetofonowej. Z osób, w danym dniu wyczerpanych seksualnie, wielkiej pociechy nie będzie. Przy stole siadają na przemian kobieta i mężczyzna. Kładą ręce na stole. Dłonie rozstawione tak, iż dotykają się małe palce z palcami sąsiada. Kciuki własne stykają się. W ten sposób tworzy się jakby łańcuch. Jeżeli medium ma wysokie kwalifikacje, nie potrzebuje czerpać cudzej energii. Nie wolno wywierać nacisku na stół. Ręce należy trzymać lekko i swobodnie. Niedopuszczalne jest zakładanie nogi na nogę. Należy powiedzieć otwarcie, iż dawniej, kiedy nie było oświetlenia elektrycznego, doświadczenia udawały się łatwiej. Dziś zaśmiecenie atmosfery różnymi prądami elektromagnetycznego spektrum działa ujemnie na eksperymenty spirytystyczne. 
 
Magnetofon nie musi grać przez cały czas. Wystarczy, że będzie czynny przez pół godziny. Dozwolone są rozmowy na tematy poważne, prowadzone półgłosem. Sprzeczki są niedopuszczalne. Może się zdarzyć, iż któraś z osób obecnych jest silnie medialna i wpada sama w trans, co można także nazwać snem somnambulicznym. Wówczas czekamy spokojnie, co się będzie działo dalej, zaś łańcuch rąk można przerwać. Kiedy zespół jeszcze nie jest ze sobą zgrany, może się zdarzyć, iż przez dłuższy czas nie dzieje się nic. Czasem trzeba czekać pół godziny, a nawet dłużej. Nie należy się tym zniechęcać. Doświadczenia można powtórzyć po kilku dniach. Nie jest wskazane, gdy eksperymenty się udają, powtarzać je częściej niż dwa razy w tygodniu. Wyczerpują one medium i mogą mu zaszkodzić. Choroby nerwowe nie są później rzadkością, a pamiętajmy, iż nasza współczesna medycyna nie potrafi leczyć takich schorzeń i stanów, ba, nawet ich nie rozumie. A wszelkie próby "leczenia" mogą choremu tylko zaszkodzić. Przy jakichkolwiek objawach typu: stukanie, szum skrzydeł, szuranie, szelesty jakby gniecionej gazety, należy obserwować, czy któryś z uczestników zebrania nie zasypia. Nim zespół przystąpi do doświadczeń, należy obrać kierownika całego przedsięwzięcia, aby później nie było zamieszania. Seans powinna prowadzić osoba co najmniej w tych zagadnieniach oczytana. 
 
Nieraz nawet kilkakrotnie powtarzane seanse nie dają żadnych wyników. Nie należy się tym zniechęcać. Spotkania - o ile sytuacja na to pozwoli - w tym samym składzie można wtedy powtarzać dwa, a nawet i trzy razy w tygodniu. Seansów nie należy nadmiernie przedłużać, kiedy już za pierwszym razem osiągnie się zadowalające rezultaty, choćby to było tylko stukanie w stół, szafę, ścianę itp. Kierownik musi ustalić, jakie kwalifikacje ma medium i która z osób obecnych na spotkaniach ma kwalifikacje medialne. Najłatwiejsze i najmniej skomplikowane jest porozumiewanie się za pomocą stukania. Na początek można się umówić, że jedno stuknięcie oznacza "tak", a dwa stuknięcia "nie". Oczywiście, wychodzimy z założenia, że uczestnicy są uczciwi i nikt stolikowi nie pomaga. Stolik sam powinien unosić się, bez względu na jego wagę i pochylać w jedną stronę. Dobre do tego celu są stoliki na trzech nóżkach, niestety dziś już niespotykane. Czasem miewają takie stoliki dziadkowie lub salony "Desy". Można także poprosić, aby stukanie odbywało się w stół, bez poruszania jego nóg albo w szafę lub gdzie indziej. Będzie to nawet wiarygodniejsze.
 
 

 
WAŻNE JEST TAKŻE, iż na seanse na ogół przybywają z tamtego świata istoty o niższym poziomie lub, powiedzmy to oględniej, typy bardziej przyziemne, interesujące się "naszą" rzeczywistością. Często, gdy mamy do czynienia z wybitnym medium, istoty wcielające się w nie twierdzą, że mają do spełnienia coś, jakby misję uświadamiającą. Wspominają o tym znakomici parapsychologowie angielscy Oliver Lodge i William Crookes. Bardzo często miewa się do czynienia z kpiarzami, łobuzerią, gadułami i ćwierćinteligentami. Niedoświadczonym, łatwowiernym eksperymentatorom przedstawiają się takie istoty jako święci, duchy osób wybitnych lub sławnych w historii ludzkości. Prymitywnym sposobem porozumiewania się jest wystukiwanie liter alfabetu. Trwa to dłużej, lecz jest łatwe do notowania. W takim przypadku ktoś z obecnych spoza "łańcucha" siedzi blisko czerwonej lampy i zapisuje na kartce papieru wystukiwane litery. Jeżeli istoty z tamtego świata potrafią się zmaterializować, co w dużym stopniu uzależnione jest od kwalifikacji medium, uzyskujemy bardzo szerokie możliwości eksperymentowania. Opisy takich doświadczeń znajdujemy w książce pułkownika żandarmerii Norberta Okołowicza, pt. "Wspomnienia z seansów z medium Frankiem Kluskim", wydanej w roku 1926 przez warszawską Książnicę Atlas. Niestety, dziś osobiście znam nazwisko tylko jednej osoby w Polsce, która mogłaby być dobrym medium. W przypadkach pełnej materializacji, co się zdarza niezwykle rzadko, zjawa pożycza sobie tak od medium, jak i od innych osób obecnych na seansie, tkaniny do utworzenia własnego ubioru. Swe ciało tworzy zaś z ciała medium. Doświadczenia wykazały, iż medium w momencie materializacji traci na wadze tyle, ile waży zjawa. Tkaniny pożyczone od obecnych zjawa oddaje poniszczone i zabrudzone, tak więc zdarza się, że ktoś przyszedł na posiedzenie w nowym garniturze, sukience, a wychodzi z niego w zużytym ciuchu. 
 
W latach siedemdziesiątych dziewiętnastego stulecia tak Stany Zjednoczone, jak i Wielką Brytanię ogarnął istny szał urządzania seansów spirytystycznych. Sprzyjało temu pojawienie się wielu bardzo znamienitych mediów. Obszerną literaturę na ten temat pozostawił po sobie m.in. Amerykanin, profesor Hyslop. W zależności od kwalifikacji medium oraz od poziomu kulturalnego zjaw, seanse odbywają się na różnym poziomie. Pod tym względem trzeba być przygotowanym na różne niespodzianki. Jeżeli któraś z osób obecnych na seansie wpada łatwo w trans, stan ten objawia się ciężkim oddechem, charczeniem i drgawkami, co może przerazić obecnych. Kierownik seansu musi być na taką ewentualność przygotowany i nie wolno mu tracić głowy. Cokolwiek się stanie, medium, będące w transie o niczym nie wie. Wybitne media, o szczególnych właściwościach sensytywnych, nie potrzebują do zapadnięcia w trans niczyjej pomocy. W licznych przypadkach, istoty pragnące zmaterializować się, żądają dla medium osobnej kabiny, tzw. gabinetu. Jest to zasłonięty kąt pokoju, gdzie stoi fotel, na którym siada medium. Lecz są to problemy indywidualne, które wyjaśniają się same. Najsławniejszym medium amerykańskim XIX wieku była pani Piper. Napisano na jej temat szereg interesujących publikacji książkowych. Na seansach z jej udziałem zjawiało się kolejno po kilkadziesiąt zjaw. W Europie znanych mediów było kilka: Eusapia Palladino, Gina Lazzara, Franek Kluski, Jan Guzik, Daniel D. Home... 
 
Najsławniejszym medium i jasnowidzem niemieckim był urodzony w Opolu Max Moecke. Sławne na naszym kontynencie były jego występy w salonach gier w Monte Carlo, gdzie głośno przepowiadał wygrane numery. Oczywiście, z tego nie korzystał. Ta zasada obowiązuje wszystkich. Zresztą, Moecke przepowiadał wygrane numerki dopiero wówczas, gdy krupier zawołał: "rien ne va plus", czyli "już nie wolno obstawiać" i kulka została rzucona w kierunku przeciwnym do biegu tarczy. W ostatnich stu latach w Europie odkryto ponad pięćdziesiąt znamienitych mediów. Jako ciekawostkę można podać informację, że wszystkie osoby o wysokiej medialności mają bardzo podobne do siebie horoskopy. Mają również identyczne, bardzo rzadko spotykane cechy charakteru. Jak już kiedyś powiedziałem, pewien delikatny sceptycyzm na seansach jest wskazany. Jeżeli chodzi o zestaw członków seansu należy dobierać ludzi o wysokim poziomie etycznym. Istoty z innego świata nie zawsze są ciekawe i interesujące. Lecz to samo obserwujemy i tu, w naszym życiu doczesnym. Uczciwe postacie spotyka się niezwykle rzadko. W okresie międzywojennym ukazało się szereg książek pod wspólnym tytułem: "Karty z zamkniętej księgi bytu". Były w nich przemówienia wygłaszane za pośrednictwem dawniejszego medium doktora Ochorowicza, pani Domańskiej. Wydawnictwo to polscy spirytyści potraktowali wręcz jak jakieś objawienie. Czytano je z nabożeństwem i czcią. Lecz każdy, kto wyznaje się na tego rodzaju przemówieniach, łatwo mógł się zorientować, iż było to zwykłe, beznadziejne ględzenie o wszystkim i o niczym. W ten sposób z reguły wywnętrzają się różne gaduły i osobnicy pozujący na proroków oraz tzw. media ojcowskie. Sam uczestniczyłem wielokrotnie w takich medialnych występach. Nie można tu winić medium, które po zapadnięciu w trans zmienia głos, wyraz twarzy i sposób bycia, normalnie mu obce. 
 
Znany angielski parapsycholog, laureat nagrody Nobla, profesor Oliver Lodge (urodzony w roku 1851) był jednym z najbardziej znanych eksperymentatorów zjawisk spirytystycznych. Oświadcza w jednej ze swych prac, iż nie ulega najmniejszej wątpliwości, że istnieje jeszcze inny świat poza tym, na którym obecnie żyjemy. Jak już wspomniałem, zjawiska przy udziale dobrego medium mogą być bardzo różne. Bywa, że ciężkie stoły "coś" unosi pod sufit, że przesuwają się ciężkie szafy o kilka metrów od osób obecnych na seansie, "coś" brząka na instrumentach muzycznych, na wiszącej na ścianie gitarze lub zamkniętym pianinie. Bardzo ciekawe i rzadko spotykane zjawiska obserwowano na seansach z Frankiem Kluskim, odbywających się w mieszkaniu pułkownika żandarmerii Norberta Okołowicza. Tylko skrupulatności pułkownika Okołowicza zawdzięczamy, iż zachowały się z nich informacje. Na każdym z zebrań spisywano bowiem dokładny raport. Czytanie całej pracy Okołowicza, mającej prawie 600 stron, jest nieco nudne, jako że zjawiska powtarzają się, niemniej dowiadujemy się z niej, iż nie każdy seans musi się udać. Zależy to zarówno od stanu psychicznego medium, jak i od obecnych na nim uczestników. Ze spisu gości dowiadujemy się, iż bywali tam przedstawiciele różnych profesji: dyplomaci, dziennikarze, politycy, uczeni i lekarze. Na seansach z Frankiem Kluskim bywał nieraz i sam marszałek Piłsudski. Naukowe podejście, pozbawione zwykłej ciekawości mieli także i inni sławni badacze zjawisk tego typu, jak: doktor Quade, profesor Sorbony Richet i dr Geley, doktor med. A. Schrenck-Notzing oraz liczni przedstawiciele Stowarzyszenia Nauk Psychicznych w Londynie. W roku 1971 minęła 100 rocznica rozpoczęcia przez Stowarzyszenie edycji sławnych raportów. 
 
Jeżeli w Polsce ktoś chciałby robić w przyszłości doświadczenia spirytystyczne, jest wskazane, aby prowadził dokładne protokoły kontrolne. W mieszkaniach, gdzie odbywają się doświadczenia z dziedziny spirytyzmu, szwendają się zawsze jakieś błędne, obce istoty z innego świata. Zwraca na to uwagę także i pułkownik Norbert Okołowicz, wspominając o poruszających się firankach, stukaniach i szelestach, co mogę również potwierdzić na podstawie własnego doświadczenia. Stukania palcem w szybę nie są rzadkością nawet i wtedy, gdy okno jest na czwartym piętrze budynku mieszkalnego. Kto na naszym świecie był łobuzem, oszustem i kanciarzem, pozostanie nim i na tamtym świecie. Kto tu był głupi, ten i tam pozostanie niespełna rozumu. Najbardziej chętna do kontaktów z naszym światem jest różnego rodzaju hołota, często podszywająca się pod osoby znane i wybitne. Badacze tych zagadnień wspominają także o "mediach ojcowskich". Polega to na tym, że na seans zgłaszają się typy udające Chrystusa oraz różnych świętych i pouczającym głosem udają mentorów, grożą piekłem, nawołują do pobożności i skruchy za grzechy. Medium niejednokrotnie mówi przez sen ordynarne wyrazy. Nie wolno jednak za to winić medium. Lecz, jak powiedziano w jednej z ewangelii: po ich słowach poznacie ich. Poniekąd specjalistą od wykrywania oszustów z zaświatów był w okresie międzywojennym Szwajcar, doktor Sulzer, radca i członek Sądu Apelacyjnego w Genewie. Jego podchwytliwe pytania demaskowały każdego oszusta z tamtej strony bytu. Napisał on na ten temat szereg książek, w których udzielił wskazówek, w jaki sposób można sprawdzić, identyczność zgłaszającej się istoty. Książki doktora Sulzera dostępne są w języku niemieckim. 
 
Znany niemiecki parapsycholog, doktor Quade, zamierzał kiedyś udowodnić na drodze naukowej, że medialność oraz zjawiska spirytyzmu to zwyczajne oszustwo. Początkowo dopuścił teorię animistyczną, to znaczy, iż zjawiska nieświadomie wywołują osoby obecne na seansie. W tym celu posługiwał się różnymi teoriami psychoanalityków i psychologów nauki oficjalnej, obowiązującej w naszym "oświeconym" stuleciu. Niestety, po długoletnich, skrupulatnych doświadczeniach, doszedł podobnie jak dr Schrenck-Notzing do wniosku, iż liczne zjawiska z zakresu spirytyzmu dają się wytłumaczyć jedynie na drodze spirytystycznej. Kto w to wierzy - a pamiętajmy, iż wiara jest inteligencją ignorantów - to jego rzecz. Przecież już F. Voltaire powiedział w jednej ze swych prac, iż przekonywanie ignoranta to strata czasu, choćby i dlatego, że im mniej ktoś o czymś wie, tym bardziej upiera się przy swoim zdaniu. Na oszukańcze seanse najłatwiej dają się nabierać ludzie religijni. W Polsce zdarza się to obecnie bardzo rzadko, jako że z powodu braku odpowiedniej literatury przedmiotu, niewiele osób w ogóle wie przykładowo, co oznacza wyraz "spirytyzm". Czasem jakiś dziennikarz, który wie wszystko o niczym i nic o wszystkim zamieści dla zarobku wesoły komentarz o tej dziedzinie, o której obecnie tak mało wiemy i... to wszystko. W innych krajach działają nawet sekty "rozmawiających" z różnymi rzekomymi świętymi. Wydaje się czasopisma drukujące także nabożne ględzenia oszustów. Rzesze wiernych z nabożeństwem czytają owe androny, na czym różni cwaniacy robią ogromne majątki.
 
 
PS: Moja rada - nie należy próbować "zabaw" z wywoływaniem duchów, jeśli nie ma się pewnego w tym zakresie doświadczenia, lub doświadczonej osoby medialnej znającej się na rzeczy. Należy bowiem pamiętać że jest to bardzo niebezpieczne, ponieważ... "duchy opętujące są najbliżej" nas. Będzie o tym więcej w kolejnych częściach. 
 
 
 

 
 CDN.
  

piątek, 25 listopada 2022

BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY! Cz. XIV

CZYLI DAWNA POLSKA UCHWYCONA NA

KLISZY APARATU FOTOGRAFICZNEGO

 


 

CZĘŚĆ PIERWSZA

WOJNA OBRONNA

(VARIA)

 
 



 
ZAMACH STANU I SOJUSZNICZA ZDRADA
(CZYLI Z NIEZNANYCH DZIEJÓW WRZEŚNIA 1939)
Cz. I
 
  
 Zaleszczyki! Nazwa tej miejscowości stała się samoistnie symbolem nie tylko upadku II Rzeczpospolitej, ale ucieczki władz oraz klęski i długiej, ciężkiej ponad pięcioletniej okupacji ziem polskich przez hitlerowskie Niemcy (w latach 1939-1941 do spółki z Sowietami). To tam ponoć przekroczyć granicę z Rumunią miały polskie władze: prezydent, rząd i Naczelny Wódz - piszę "ponoć", ponieważ dla ludzi niemających pojęcia nie tylko o historii własnego kraju, ale wprost o zwykłej przyzwoitości, hasło "droga na Zaleszczyki" stała się symbolem upadku "sanacyjnej Polski". Wiele złego w tej mentalności wyrządziły lata komuny i powojennego zniewolenia, oraz indoktrynacji, jaką młodzież przechodziła w szkołach "Polski Ludowej", ale duża część tych, którzy powielają te jawne bzdury ma po prostu złą wolę (część nawet porównuje czasy współczesne z tamtymi), a na to już poradzić nie można, co najwyżej należy takie postawy pokazywać, mówić o nich i po prostu je obśmiewać (gdyż żadne argumenty na fanatyków nie działają). Jakim bowiem trzeba być bezmózgiem, aby twierdzić że polskie władze we wrześniu 1939 r. przekroczyły granicę polsko-rumuńską właśnie w Zaleszczykach? Może nazwa tego kurortu jakoś bardziej pasuje do narracji tworzonej przez ludzi, którzy takie debilizmy (bo nie można tego inaczej nazwać) powielają, gdyż miejscowość Kuty jakoś wydaje się mniej znana i cały ten przekaz nie brzmi już tak wzniośle; a to przecież w tej właśnie miejscowości polskie władze i Naczelny Wódz przekroczyły granicę - ale to szczegół, który dla oszczerców nie zmienia faktu, że "sanacyjne" władze uciekły z kraju.

Jak już wspomniałem wyżej, argumenty nie mają dla oszczerców żadnego znaczenia, przeto nie do nich się zwracam, a do ludzi, którzy mają otwarty umysł i pragną poznać mało znane tajemnice Września 1939 r. Otóż, oddając głos gen. Sosnkowskiemu, należy stwierdzić: "W ówczesnych warunkach przekroczenie granicy było smutną koniecznością podyktowaną przez interes Państwa, który wymagał aby została zachowana legalna ciągłość jego najwyższej instytucji, a także utrzymana była ciągłość polskiego wysiłku zbrojnego przez odtworzenie armii na obczyźnie dla kontynuowania walki razem z Francją i Wielką Brytanią. Nikt nie mógł wówczas przewidzieć, że Rząd Rumuński... złamie przyrzeczenie, złożone przed niespełna dziesięciu dniami w sprawie wolnego przejazdu dla państwowych władz polskich oraz przekraczających granicę resztek Wojska Polskiego". W polskiej kulturze odwrót nigdy nie był powodem do wstydu czy hańby, wręcz przeciwnie, był to raczej dowód roztropności i militarnego rozsądku. Książę Józef Poniatowski po nierozstrzygniętej bitwie pod Raszynem nie upierał się żeby kurczowo bronić Warszawy przed Austriakami, tylko oddał miasto zadowolonemu arcyksięciu Ferdynandowi d'Este, a sam przekroczył Wisłę i zajął ziemie trzeciego rozbioru, odcinając Austriaków od zaplecza (1809), a kropkę nad i postawił Napoleon Wielki, niszcząc pod Wagram austriacką armię arcyksięcia Karola Ludwika Habsburga. Podobnie po klęsce Powstania Listopadowego (1831 r.) pozostałe jeszcze oddziały liniowe kierowały się ku granicom z nadzieją przekroczenia jej, dotarcia do Francji i... powrotu, by dalej kontynuować walkę (nieudana akcja płk. Józefa Zaliwskiego z 1833 r.). Celem podstawowym dowództwa było bowiem utrzymanie jedności i spoistości armii w sytuacji niemożności dalszego prowadzenia wojny w kraju, wyprowadzenie tych oddziałów w takiej formie, aby można je było ponownie sprowadzić w stosownej chwili dziejowej. I tak właśnie miało być we Wrześniu 1939 r.

To, że spodziewano się odwrotu, nie ulega żadnej wątpliwości, to że przewidywano również inwazję sowiecką też nie ulega wątpliwości (wywiad dostarczał informacje o sowieckich przygotowaniach zarówno przed, jak i już w trakcie wojny z Niemcami), jedyne czego nie przewidziano, to postawa naszych zachodnich sojuszników, którym (szczególnie Francuzom) odechciało się walczyć. Skąd jednak wiadomo, że polskie władze przygotowywały się do ewakuacji jeszcze przed wybuchem wojny? Ciekawą informację na ten temat podaje Dariusz Baliszewski w jednym z numerów "Uważam Rze. Historia", otóż pisze on że już w lipcu 1939 r. dyrektor Prezydium Rady Ministrów - Józef Ołpiński wizytował miejscowości na Kresach, dokąd przewidywano ewakuację rządu i urzędów centralnych. Plan ewakuacji na Kresy (potem na Przedmoście Rumuńskie a następnie po inwazji sowieckiej wyprowadzenie urzędów, armii i skarbu przez Rumunię i Węgry do Francji ) był gotowy na długo przed Wrześniem 1939 r. Nasze tak krytykowane "sanacyjne władze", doskonale zdawały sobie sprawę z konieczności utrzymania ciągłości istnienia państwa polskiego, nawet w sytuacji utraty terytorium (tak też było długo po trzecim rozbiorze Polski w 1795 r., gdy zaraz potem zaczęły się tworzyć we Włoszech grupki patriotów, którzy u boku rewolucyjnej Francji - a realnie gen. Napoleona Bonaparte - formowali armię [Legiony Polskie] z myślą o powrocie do kraju i wypędzeniu stamtąd zaborców. Realnie rzecz biorąc więc, Polska pomimo upadku trwała dalej - był co prawda ten krótki, dwunastoletni okres upadku państwowości, ale w tym czasie powstały najpierw Legiony Polskie, potem Legia Naddunajska i wreszcie Wojsko Księstwa Warszawskiego, czyli Armia Polska w tym czasie realnie istniała. Powstało Księstwo Warszawskie a potem w 1815 r. Królestwo Polskie z carem Rosji jako królem, czyli znów instytucje państwa przetrwały, była ciągłość władzy. I dopiero po klęsce Powstania Listopadowego mamy po raz pierwszy w polskich dziejach okres upadku państwowości, po raz pierwszy zabrakło instytucji, która - w takiej lub innej formie zawsze istniała, po raz pierwszy więc od 1832 r. zabrakło i państwa i wojska i dopiero ten okres powinien być oficjalnie uznawany za upadek polskiej państwowości, bo to była rzecz całkowicie nowa. Emigranci, którzy zgromadzili się we Francji, Wlk. Brytanii, Włoszech, Niemczech - nie dysponowali żadną siłą zbrojną, żadnym politycznym przedstawicielstwem, gdyż tzw. Hotel Lambert i tego typu twory służyły jedynie podtrzymaniu ducha polskości w coraz szybciej przyzwyczajającej się Europy do braku Polski na mapie - jeszcze w latach 40-tych XIX wieku na anglo- i francuskojęzycznych mapach Europy, oprócz współczesnych granic, były przedstawione kontury przedrozbiorowej Polski z 1772 r. Zabrakło tego już w kolejnych dziesięcioleciach a Europa coraz bardziej przyzwyczajała się do faktu, że Polski nie ma, nie będzie i... nie potrzeba).


PRZEDMOŚCIE RUMUŃSKIE
(zaznaczone żółtą linią)



Dlatego też myślano nie tylko o ewakuacji, ale przedwojenne władze opracowały nawet... plan powojennej okupacji Niemiec, także brano pod uwagę bardzo wiele czynników i dziejowych okoliczności. Dlatego też ewakuacja wojska i rządu do Rumunii miała być zaledwie etapem w kolejnej fazie, przybliżającej Rzeszę Niemiecką i Związek Sowiecki do ostatecznej klęski. Płk. Józef Jaklicz pisał: "Można z całą pewnością przyjąć, ze Marszałek (Edward Rydz-Śmigły) był nieustraszonym żołnierzem. Dał tego dowody w okresie Legionów, następnie w czasie wojny polsko-sowieckiej 1919-1920 r. Dnia 8 września, w czasie bombardowania Brześcia, z trudem udało mi się go nakłonić, aby schronił się do wykopu, ubezpieczającego od odłamków. Ustąpił pod naciskiem argumentu - kto pokieruje losami wojny, gdy jego braknie. Niezależnie od osobistej odwagi, cechowało go w najwyższym stopniu, poczucie odpowiedzialności za włożony na niego obowiązek. W czasie ofensywy Budiennego i mającego się rozpocząć odwrotu w 1920 r., towarzyszyłem gen. Romerowi, dcy świeżo stworzonej Grupy Operacyjnej, udającemu się po instrukcje do Dcy Frontu Południowego, gen. Listowskiego. W rozdrażnieniu informował gen. Listowski mego dcę, o dwukrotnym wysłaniu rozkazu gen. Rydz-Śmigłemu odwrotu z Kijowa, a Śmigły dwukrotnie odpowiedział, że opuści Kijów tylko na pisemny rozkaz Piłsudskiego. Dlaczego Śmigły nie wykonał rozkazu Dcy Frontu Płd., któremu podlegał? Albowiem jeszcze przed stworzeniem Frontu Południowego, otrzymał decyzję Piłsudskiego: Kijów wolno opuścić tylko na jego pisemny rozkaz. I opuścił Kijów dopiero wtedy, gdy lotnik zrzucił mu rozkaz podpisany przez Naczelnego Wodza. (...) Marszałek powziął decyzję wykonawczą przejścia do Rumunii w Kołomyi przedpołudniem. Potwierdził mi ją osobiście w Kosowie. Następnie, a może już uprzednio, toczył w swoim wnętrzu niedostrzegalną dla otoczenia walkę. Nie mógł się pogodzić z błyskawicznym rozwojem wypadków tego dnia, z wynikającymi z niego konsekwencjami, nie nadążał za nimi psychicznie. Pragnął ten rozwój zahamować, powstrzymać lub przynajmniej opóźnić. Zapadały się w jego umyśle i w jego duszy elementy, które przygotował, przemyślał, zdecydował, a które w wykonaniu nie przyjęły formy, jaką im nakazał. Toczył walkę między powziętą i wydaną już decyzją a osobistym jej wykonaniem. Dowódcą kierowało szlachetne uczucie dzielenia losu walczącego jeszcze żołnierza. Żołnierza, artystę, pociągała romantyczna śmierć na polu chwały. Lecz ta śmierć zwalniała go równocześnie ze straszliwej odpowiedzialności, jaką przyjął na siebie wobec Państwa, wobec Narodu, wobec Żołnierza. Pod Kijowem, żołnierskie poczucie spełnienia włożonego na niego obowiązku, nakazało mu odmówić wykonania rozkazu Dcy Frontu. W Kosowie, tęsknotę za romantyczną śmiercią na polu chwały, pokonało poczucie odpowiedzialności Naczelnego Wodza, którego rola nie kończyła się na tragicznym zakończeniu Kampanii Wrześniowej w Polsce".

Rząd i prezydent Ignacy Mościcki przekroczyli granicę polsko-rumuńską w Kutach dopiero o godz. 00:30, 18 września 1939 r. Naczelny Wódz, marszałek Edward Rydz-Śmigły uczynił to tego samego dnia o godz. 23:00, czyli prawie dobę później. Jak pisał Bogdan Konstantynowicz: "Przez cały dzień 18 września w Kutach stał drugi rzut Sztabu Naczelnego Wodza, mając kontakt z całym byłym Przedmościem Rumuńskim i organizując skuteczna obronę przed Armią Czerwoną, mimo utraty Kołomyi o godzinie 16.00 dnia 18 września 1939 roku. Utrzymaliśmy dnia 18 września łączność z Wilnem, Grodnem, Piaskiem, Warszawą i pośrednio z Modlinem, także z Frontem Północnym generała Dęba Biernackiego, a radiodepesza Stachiewicza dotarła do generała Piskora oraz rozkazy do walki z sowietami - nawet do placówki w litewskim Kownie. Tym samym przeciwdziałano zgubnym skutkom wysłanej z Kut o godzinie 21.30 dnia 17 września 1939 roku "okrojonej" Dyrektywy Naczelnego Wodza. Odzyskaliśmy Śniatyń i Horodenke - były w polskich rękach przed południem 18 września 1939 roku. Zorganizowano obronę wschodniego przedpola Stanisławowa, tak aby w dniu 19 września przed południem mogły tamtędy wycofywać się polskie oddziały na Węgry", a płk. Józef Jaklicz tak pisał o przekroczeniu przez Naczelnego Wodza granicy rumuńskiej: "Marszałek zmęczony, odpoczywał w samochodzie. Miał prosić, aby go nie niepokoić. Po przejeździe przez most stwierdził, że warty rumuńskie rozbrajają naszych wojskowych. Interweniował gwałtownie, zaprzestano rozbrajania. Ruszyliśmy na Starożyniec, do którego przybyliśmy w godzinach przedpołudniowych. Na rynku zastaliśmy stłoczone dziesiątki samochodów, których pasażerowie nie orientowali się dokąd się kierować. W porozumieniu z miejscowymi władzami i przybyłym wkrótce z Bukaresztu, niezwykle nam życzliwym senatorem, który potwierdził mi znane już instrukcje kierowania wozów, rozładowywaliśmy Starożyniec. Mniej więcej do godz. 14 wszystko szło składnie i spokojnie. Lecz popołudniu zjawił się oddział żandarmerii z oficerem rumuńskim. Otrzymaliśmy polecenie składania na miejscu sprzętu wojskowego. Żandarmeria zaczęła rozbrajać oficerów i żołnierzy. Gdy szukaliśmy senatora, okazało się, że nagle gdzieś znikł. Dzięki naszej interwencji, uzyskaliśmy pozostawienie oficerom broni bocznej, żołnierzom pasów. Cały sprzęt składany był początkowo w najbliższych domach, następnie, gdy brakło tam miejsca, wprost na rynku. Odbierano kompaniom telegraficznym aparaty telefoniczne, juzy, aparaty radiowe. Zdejmowano z wozów motocykle, nawet rowery. Nie odbywało się to jednak spokojnie. Żołnierze z wściekłością rozbijali sprzęt. Wobec stałego, licznego napływu wozów, rozbrajanie początkowo dokładne, stawało się coraz więcej powierzchowne i większość sprzętu jechała dalej. Około godz. 17 znudziło się żandarmerii szczegółowe sprawdzanie samochodów, operacja stawała się formalnością".


ARMAND CĂLINESCU



W tym też czasie (17-18 września) Niemcy naciskają na rząd rumuński i króla Karola II, aby Rumunia (wbrew sojuszowi polsko-rumuńskiemu z 1921 r.) rozpoczęła internowanie władz i rozbrajanie żołnierzy oraz oficerów Wojska Polskiego. W dniu 18 września 1939 r. rano, ambasador Związku Sowieckiego w Bukareszcie zagroził sowiecką "interwencją" w Rumunii, jeśli rząd rumuński przepuści polskie władze i wojsko (zgodnie z umową wynegocjowaną wcześniej przez Becka) do portu w Konstancy (a stamtąd morzem miano przedostać się do Francji). Rząd Rumuński premiera Armanda Călinescu ulega temu szantażowi. Călinescu jednak jest bardzo przychylny Polakom (pozwala np. na transport polskiego złota przez Rumunię), za co zostaje zamordowany już 21 września 1939 r. przez członków rumuńskiej Żelaznej Gwardii - faszystowskiej organizacji działającej na zlecenie nazistowskich Niemiec. Tego samego dnia, 18 września, brytyjski poseł w Rumunii - sir Reginald Hoare wręczył notę rządowi rumuńskiemu, z prośbą o umożliwienie kontynuowania podróży polskim władzom dalej na Zachód. Dnia 20 września (dopiero) dołącza do niego ambasador Francji w Rumunii - Adrien Thierry, interweniując u Călinescu który realnie ma związane ręce (obawiając się interwencji sowieckiej i... niemieckiej). Francuska zwłoka nie była wcale przypadkowa (choć akurat francuski ambasador w Rumunii nie był wtajemniczony), bowiem oto zawiązuje się nieprawdopodobna wręcz intryga, która ma na celu obalenie legalnych polskich władz i zastąpienie ich posłusznymi klientami Paryża z gen. Władysławem Sikorskim i całym tym Komitetem Obrony Demokracji Frontem Morges na czele. Ale o tym w drugiej części.  
 


A TAK MOGŁA WYGLĄDAĆ CAŁA II WOJNA ŚWIATOWA ZAKOŃCZONA JESZCZE PRZED KOŃCEM 1939 r. GDYBY FRANCUZI ZGODNIE Z UKŁADEM SOJUSZNICZYM Z POLSKĄ UDERZYLI NA NIEMCY


 
 CDN.
  

środa, 23 listopada 2022

NIEWOLNICE - Cz. LXV

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI

 

 
 

 HISTORIA TRZECIA

SARAH

NIEWOLNICA SEKSUALNA

Cz. XII

 
 
 

 
 
DROGA DO WOLNOŚCI
 
 
 Ucieczka. To słowo tłukło mi się po głowie. Dzień i noc, trzeźwa czy naćpana, nagle miałam coś silniejszego niż narkotyki - determinację, żeby uciec. Było to maleńkie światełko, bardzo odległe, na końcu długiej ciemnej ścieżki. Ale się pojawiło. I wiedziałam, że muszę odnaleźć drogę do niego. Ale jak? Po zabójstwie Par miałam wrażenie, że Gregor i Pavlov mają mnie ciągle na oku. Nawet kiedy nie było ich w pobliżu, wiedziałam, że oni sami albo któryś z ich ludzi obserwuje mnie, żebym przypadkiem nie spróbowała ucieczki. Sprawy nie ułatwiało również to, że pojawiało się coraz więcej pogłosek o specjalnej jednostce policji. I nie były to tylko plotki. Przy mojej witrynie stanęło kiedyś dwoje nieznajomych - mężczyzna i kobieta - którzy próbowali mnie nakłonić, żebym z nimi porozmawiała. Mężczyzna twierdził, że ma na imię Leon, kobieta przedstawiła się jako Helène. Wyglądali młodo, ale nieprzyjemnie - mieli na sobie zwykłe, codzienne ubrania i w jednej chwili nabrałam co do nich podejrzeń. Byłam pewna, że to podstawieni agenci - kolejny test Gregora na dziewczynach. To Leon pojawiał się najczęściej. Kręcił się pod moją witryną, przypatrywał mi się uważnie, jakby moja twarz wydawała mu się znajoma. Od dawna nie przyglądałam się klientom, których obsługiwałam - jakie znaczenie miało to, jak wyglądają? - ale majaczyło mi się, że wcześniej go nie widziałam. Za trzecim razem wszedł po schodach na górę i powiedział, że jest gliniarzem i pracuje w jednostce specjalnej spoza dzielnicy. Nie miałam zamiaru dać się na to nabrać. Udawanie policjanta z komendy na drugim końcu miasta było klasyczną zagrywką ludzi Gregora. Kazałam mu spadać. Ale wręczył mi pieniądze i powiedział, że nie chce seksu, tylko porozmawiać.
 
- Opowiem ci pewną historię. Po mieście krążą pogłoski o młodej Angielce, która została ściągnięta do Amsterdamu przez naciągacza. Podobno była niewinną dziewczyną, dobrą, przekonaną, że przyjeżdża tu do pracy, żeby być opiekunką. Ale stało się inaczej. Mężczyzna, który ją zwabił, zmusił ją do prostytucji gdzieś w Holandii, a potem przekazał ją innemu mężczyźnie. Słyszałaś o kimś takim? 
 
Przyglądał mi się uważnie. Patrzył prosto w oczy i ponaglał mnie, żebym coś powiedziała. Ale nie byłam w stanie otworzyć ust ani wymówić słowa. Skąd to wszystko wiedział? Pewnie, że opowiedziałam moją historię innym dziewczynom, które pracowały w dzielnicy, chyba dziesiątkom. Czyżby któraś z nich puściła parę? Chyba żadna nie byłaby tak głupia, żeby rozmawiać z policją. A poza tym, czemu miałyby komukolwiek opowiadać o mnie? Nie, coś mi nie grało. To nie był prawdziwy policjant. Któryś ze szpiegów Gregora próbował mnie podejść i sprawdzić. Stąd wiedział o młodej Angielce podstępem wrobionej w prostytucję. "Nie ufaj mu, bo skończysz jak Par" - pomyślałam. Och, jak bardzo chciałam wierzyć, że to prawdziwy policjant. Marzyłam, żeby okazał się szczery i chciałam powiedzieć mu prawdę, żeby mnie chwycił, otworzył szklane drzwi mojego więzienia i zabrał mnie w bezpieczne miejsce. Pragnęłam tego tak bardzo, że chociaż wargi miałam zaciśnięte, oczami musiałam go błagać, żeby wydusił ze mnie całą historię. W końcu zaczął się zbierać do wyjścia. Wcisnął mi przedtem do ręki małą, sztywną karteczkę. Była to wizytówka z jego nazwiskiem i numerem telefonu. U góry znajdowało się wydrukowane kolorową pogrubioną czcionką logo holenderskiej policji - tak, żeby się wyróżniało. Po jego wyjściu myśli zaczęły się kotłować w mojej głowie. Czy to możliwe, że to jednak prawdziwy policjant? Chyba nawet Gregor nie zadałby sobie trudu i nie naraził na koszty drukowania podrabianych wizytówek? Ale nawet jeżeli był to prawdziwy policjant, wcale nie znaczyło to, że mogę mu zaufać. Gregor opłacał wielu policjantów. Nie zapomniałam tych siedmiu, którzy przyszli mnie zgwałcić, traktując to jako gratisowy numerek. Więc nic nie powiedziałam ani niczego nie zrobiłam. Wyciągnęłam zapalniczkę i spaliłam małą prostokątną wizytówkę z jego nazwiskiem i numerem telefonu. Po tamtym wydarzeniu Leon i Helène nadal kręcili się w pobliżu. Próbowali mnie skłonić do mówienia. Helène chyba wiedziała o Reubenie i bardzo chciała się dowiedzieć, czy wiedziałam coś na temat jego śmierci. Ale trzymałam gębę na kłódkę i po kilku tygodniach przestali się pojawiać pod moją witryną. Jednak nigdy nie przestałam marzyć o ucieczce. Chociaż wtedy byłam już całkowicie uzależniona od narkotyków, które dostarczali mi Gregor i Pavlov - twierdzili, że każdego dnia przepuszczam na crack i kokę równowartość pięciuset guldenów - widziałam małe białe światełko nadziei w oddali, na końcu długiej, ciemnej drogi. 
 
Było trochę łatwiej, bo zima się ciągnęła i Gregor z Pavlovem trochę odpuścili z pilnowaniem. Widać uznali, że od tamtej strasznej nocy w magazynie minęło dość czasu i mogą być pewni, że nikomu nie powiem o tym, co się przydarzyło biednej Par. Ale gońcy cały czas przynosili mi zapasy prezerwatyw, chusteczek i narkotyków. I wiedziałam, że przekazaliby każdy okruch informacji - donieśliby Gregorowi o najmniejszej zmianie. Więc pracowałam dalej, siedziałam w mojej szklanej klatce, rozchylałam nogi przed niekończącym się strumieniem mężczyzn, których interesowało tylko to, co mam między nimi. Na noc nadal byłam zamykana w sypialni z innymi dziewczynami, którym Gregor kazał spać na materacu obok mojego. Na korytarzu pod drzwiami dyszały i śliniły się psy. O Boże, te psy. Po dziś dzień mam przez nie koszmary, nadal je widzę, słyszę, czuję. Ludzie pytają, dlaczego nie próbowałam uciekać, dlaczego zwyczajnie nie prysnęłam. Ale nie widzieli tych psów. Nie mają pojęcia, jakie przerażenie budziły. A teraz wiedziałam już, skąd się bierze ciepłe czerwone mięso, którym karmił je Gregor - Par nie była jedyną dziewczyną z dzielnicy, która zaginęła bez śladu. Nie, nie mogłam uciec. Ani przed klientami, ani przed gońcami, ani przed gliniarzami, którzy siedzieli Gregorowi w kieszeni i żyli z jego przestępczego procederu. Nie mogłam uciec ze śmierdzącej, wstrętnej sypialni ani od psów, które jej pilnowały. Powoli, żałośnie, migoczące światełko nadziei zaczęło gasnąć. Stopniowo, ale nieuchronnie, zanurzałam się z powrotem w otępiającej mgle cracku i haszyszu, za pomocą których starałam się wybić sobie z głowy myśl o ucieczce. Wiedziałam, że Gregor nie pozwoli mi odejść, dopóki będę cokolwiek warta. A nawet potem znajdzie sposób, żeby wycisnąć ostatnie pieniądze z mojego zmaltretowanego ciała. Poza tym, dokąd miałabym pójść i kto chciałby mnie przygarnąć? Sarah Forsyth stała się uzależnioną od cracku dziwką. Moje miejsce było tutaj, w śmierdzącym szambie De Rosse Buurt. Aż pewnego ranka stał się cud.
 
 

 
Obudziłam się, jak zwykle, w rogu materaca w głębi sypialni. Byłam sama. Pozostałe dziewczyny, które towarzyszyły mi, kiedy zapadałam w narkotyczny sen, znikły. Poczłapałam do drzwi i z zaskoczeniem stwierdziłam, że nie są zamknięte na klucz. Przytknęłam do nich głowę, spodziewając się, że usłyszę niskie, złowrogie warczenie bulmastifów. Cisza. O co chodzi? Gdzie są wszyscy? Czemu zostawili mnie samą? Jak zwierzę z zoo, które pewnego dnia zastaje otwartą klatkę, siedziałam w pokoju, zbyt oszołomiona i zdezorientowana, żeby cokolwiek zrobić. Nagle zerwałam się do biegu. Stopy niosły mnie za próg, na dół, do wielkich ciężkich drzwi na ulicę. One też były otwarte. Pociągnęłam je do siebie i wybiegłam na dwór. Umysł mi się wyłączył, a stery przejęło ciało, kierowane resztkami instynktu samozachowawczego. Nie miałam pojęcia, dokąd pójść. Wiedziałam tylko, że muszę biec, i to tak szybko, jak tylko nogi są mnie w stanie nieść. Biegnij, Sarah, biegnij. Mijałam ulicę za ulicą, wejście za wejściem, sklep za sklepem. Biegłam, przerażona, że usłyszę głosy Gregora i Pavlova, wyczuję zbliżające się do mnie psy. Że poczuję leciutką ostrzegawczą zmianę w powietrzu przy kostkach i zorientuję się, że ich pyski są blisko i że zabawa się skończyła. Biegnij, Sarah, biegnij. Więc pędziłam na złamanie karku, nie oglądając się za siebie. Nagle stanęłam jak wryta. Nie wiem, co by się stało, gdybym nagle - na szczęście - nie uprzytomniła sobie, że minęłam znak: "Politie". Policja. Zawróciłam biegiem, aż znowu na niego trafiłam. Wpatrywałam się w znak i z całych sił pragnęłam spokojnie podejść, otworzyć drzwi i poprosić o pomoc. Ale moje stopy nie chciały się ruszyć. Wydawało mi się, że wrosły w ziemię. Nie mogłam ich podnieść ani przesunąć. Jak długo tak stałam? Bóg jeden wie. W końcu zmusiłam się, żeby na ołowianych nogach pokonać drogę na komisariat. 
 
W środku było ciepło mimo ogromnych okien wychodzących na ulicę. W głębi pomieszczenia znajdowała się lada z małym dzwonkiem i kilka krzeseł dla ludzi czekających na swoją kolej. Zajęte było tylko jedno, przez kobietę w średnim wieku, która czytała książkę. Zauważyłam angielski tytuł. Wcisnęłam dzwonek i wydawało mi się, że czekam wieki. Cały czas oglądałam się przez ramię, przekonana, że Gregor i Pavlov zobaczą mnie przez szybę i dopadną. Nagle zobaczyłam policjanta. I poczułam, że to koniec. Byłam pewna, że widziałam go wcześniej. Że mnie zna i wie, kim jestem. Rozpłakałam się i wyjąkałam moją historię, przekonana, że nic dobrego mi to nie przyniesie. Byłam przerażona. Bałam się, że policjant wyciągnie mnie na zewnątrz, odprowadzi brudnymi uliczkami do kawiarni Gregora i odda wprost w jego szpony. A wtedy zostanę zakuta w łańcuchy w magazynie i zabita jak Par. A potem porąbią moje ciało na pokarm dla tych okropnych psów. Ale okazało się, że się myliłam. Nie mogłam przestać płakać. Policjant wyszedł zza lady, stanął przede mną i próbował mnie wyprowadzić. Nagle kobieta z książką wstała i odezwała się do niego:
 
- Co pan ma zamiar zrobić? Dokąd zabiera pan tę dziewczynę? Nie widzi pan, że jest w szoku? 
 
Wpatrywałam się w nią z wdzięcznością. Zwykła Angielka. Nie alfons, nie diler ani prostytutka jak ja. I usiłowała mi pomóc. Policjant odparł, że jestem jedną z tych Angielek, które żyją na ulicy i są znane z tego, że kradną paszporty. Ale nie dała się zbyć. Coś w zachowaniu policjanta sprawiło, że kobieta nabrała podejrzeń.
 
- Ta dziewczyna jest Angielką i widać, że ma kłopoty. Sugeruję, żeby w tej chwili zadzwonił pan do ambasady brytyjskiej. Zaczekam przy panu. 
 
Miałam ochotę ją uściskać. Ta wspaniała nieznajoma spokojnie, ale stanowczo postawiła się brutalnemu
policjantowi. Nikt nigdy nie zrobił dla mnie niczego takiego. Nikt się za mną nie wstawił, nikt nie stanął na linii ognia. Prawdę mówiąc, nigdy w życiu nikt nie wyświadczył mi żadnego dobra. Tymczasem ona sprzeciwiła się policjantowi, nie myśląc o własnym bezpieczeństwie. Nagle wiedziałam, że wszystko skończy się dobrze. Ta odważna, niesamowita kobieta uratowała mi życie, chociaż nie mogła o tym wiedzieć. Policjant wrócił za ladę i podniósł słuchawkę, wskazując mi, żebym usiadła na którymś z krzeseł. Wydawało się, że nie minęła chwila, kiedy do środka weszły dwie osoby. Widziałam ich wiele razy, zanim przekroczyłam próg tego pomieszczenia. To byli Leon i Helène. Zabrali mnie na górę, do przestronnego, zabezpieczonego kłódkami gabinetu. W środku ze zdumieniem dostrzegłam zdjęcia starannie porozwieszane na każdym wolnym fragmencie ściany - fotografie witryn z prostytutkami z dzielnicy, uzupełnione imionami, dopisanymi u dołu markerem. Były wśród nich także zdjęcia każdego sex shopu, burdelu, miejsca pokazów na żywo i każdej kawiarni narkotykowej. Przypominało to mapę piekła w kolorze. Każdy złowrogi zaułek został zaznaczony. Wydaje mi się, że nie było zakątka czy dziupli, której by nie sfotografowali i nie opisali.
 
- Obserwowaliśmy cię od dawna, Sarah - wyjaśniła Helène. - Wiedzieliśmy, że to ty, nie pytaj nas skąd, nie możemy ci powiedzieć. Ale wiedzieliśmy, że jesteś dziewczyną, o której mówią ludzie, opiekunką zwabioną tu z Anglii. Nie chciałaś z nami rozmawiać, więc mogliśmy tylko siedzieć i czekać
 
Okazało się, że Helène i Leon należeli do specjalnej jednostki, o której było tak głośno. Tej, która miała prowadzić dochodzenia w sprawie całego brudu pleniącego się w Dzielnicy Czerwonych Latarni. Działali zupełnie niezależnie od jednostki policji skorumpowanej przez Gregora. Najbardziej zainteresowani byli właśnie korupcją. Na pierwszym miejscu ich listy znajdowało się morderstwo Reubena. Odniosłam wrażenie, że szczególnie Helène zależy na tym, żeby dociec, kto za nim stał. Mówiła o Reubenie tak, jakby coś do niego czuła. Zanosiło się na to, że mam stać się głównym źródłem informacji. Ale wszystko to mogło zaczekać. W tamtej chwili musieli przede wszystkim zabrać mnie w bezpieczne miejsce i trzeba było zaangażować w to ambasadę brytyjską. Mimo że przez wiele miesięcy pracowałam jako prostytutka i miałam wszystkie objawy silnego uzależnienia od narkotyków, Leon i Helène umieli spojrzeć poza teraźniejszość i dostrzec we mnie dziewczynę, którą byłam kiedyś - Sarah Forsyth, bezbronną angielską opiekunkę, która rozpaczliwie potrzebowała pomocy. Znalezienie bezpiecznego domu zabrało sporo czasu. Leon i Helène nie mieli złudzeń co do tego, że w Amsterdamie nie mogą ufać nikomu. Denerwowali się nawet, że muszę przebywać na terenie Holandii. Ale przewiezienie mnie do innego kraju wymagało całej serii zezwoleń. W końcu zostali zmuszeni do tego, żeby zaangażować w sprawę holenderski odpowiednik wydziału specjalnego. Tylko tak można mnie było przewieźć przez granicę, do Belgii.
 
 

 
Negocjacje ciągnęły się całe popołudnie, do późnego wieczora. Z każdą mijającą godziną ogarniał mnie coraz większy strach. Tkwiłam na komisariacie, niedaleko kawiarni Gregora, Pavlova i wszystkich ich ludzi, o broni nie wspominając. Wiedziałam - Leon i Helène również zdawali sobie z tego sprawę - że Gregor przekupił połowę miejscowej policji. Mogłam rozpoznać większość skorumpowanych policjantów - zwłaszcza tych siedmiu, którzy mnie zgwałcili. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby się zorientować, że znajduję się w dużym niebezpieczeństwie. Poza tym zaczęłam odczuwać głód narkotykowy. Moje ciało do tego stopnia przyzwyczaiło się do regularnego palenia kryształków cracku, a po nich mocnych jointów haszyszu, że każda minuta spędzona na komisariacie wydawała mi się godziną dzielącą mnie od upragnionej działki. Moją paranoję nakręcała jeszcze mocniej rozpacz i upokorzenie. O północy prawie chodziłam po ścianach. W końcu zapadła decyzja, żeby sprowadzić lekarza specjalistę. Nawet w tolerancyjnej, jeśli chodzi o narkotyki, Holandii, była to rzadkość. Miałam dostać medyczną dawkę narkotyku w samym komisariacie. Kiedy wyciągano lekarza z łóżka, ambasada brytyjska pracowała gorączkowo nad tym, żeby dotrzeć do osoby, której głos najbardziej pragnęłam usłyszeć, do mojej mamy. W końcu chyba nad ranem powiedzieli mi, że jest przy telefonie. Ręce trzęsły mi się strasznie, kiedy brałam słuchawkę od Leona. Nie pamiętam, co mówiłyśmy. Ile dni, tygodni, miesięcy czekała na wiadomość ode mnie? Musiała odchodzić od zmysłów ze zmartwienia, a jednak słyszałam w jej głosie jedynie łagodność. Od bardzo, bardzo dawna nie zaznałam niczyjej łagodności. Wiem, że mama powiedziała, że zarezerwuje bilet na pierwszy poranny samolot - miała jej w tym pomóc ambasada - i że zobaczymy się następnego dnia wieczorem. Ale nie dotarły do mnie jej słowa. Zobaczę mamę? Jutro? Jak to możliwe? Byłam dziwką i narkomanką. Mama nie będzie chciała mnie widzieć. To moje ciało - obolałe, złaknione narkotyków, drżące ciało próbowało mnie zmylić. Ale mój umysł wiedział, że mama przyjeżdża. Byłam bezpieczna. 
 
Nagle do środka wszedł lekarz. Na jego widok zaczęłam się martwić. Jeżeli był klientem i regularnie odwiedzał dzielnicę? Jeżeli tak, czy mogę mu ufać? Zaczęłam wzywać pomocy, chciałam kogoś przywołać, ale poczułam tylko silne dłonie i igłę wbijającą się w moją rękę. A potem ogarnęło mnie słodkie, totalne zapomnienie. Był to zabawny początek drogi do wolności.
 
 
 
 
 
 CDN.
  

niedziela, 20 listopada 2022

GWAŁT - CZY NIEODZOWNY ELEMENT KOBIECEGO LOSU? - Cz. XXXIII

NAJWAŻNIEJSZE I (NIEKIEDY)

NAJBRUTALNIEJSZE PRZYPADKI

GWAŁTÓW W HISTORII

 



145 r. p.n.e.

GWAŁT NA WESELU

Cz. XIX



 



BÓG Z ODLEGŁEJ KRAINY
Cz. XIX
 
 
 
TEBAŃSKA REWOLUCJA
Cz. VI
 
 
Aby zobrazować jaka idea zawładnęła Atenami po 403/401 r. p.n.e. i jacy politycy nadawali jej ton, muszę jeszcze powrócić do opisu życia Sokratesa, gdyż właśnie na jego przykładzie widać będzie dokładnie proces formowania się demokratycznej paranoi, jaka wówczas zawładnęła Ateńczykami, którzy szybko przeszli z jednej (oligarchicznej) skrajności, do drugiej (czyli ubóstwienia demokracji). 

 


 Aby zrealizować plan opanowania całej zachodniej Sycylii i wypędzenia stamtąd Kartagińczyków, musiał Gelon zyskać potężnych sojuszników. Co prawda Gela (której tyranem stał się po śmierci - w bitwie z Sykulami - dotychczasowego władcy Geli - Hippokratesa w 491 r. p.n.e.) była już wówczas najpotężniejszym miastem Sycylii (kontrolowała co najmniej takie polis jak: Kamarinę, Naksos, Kallipolis i Leontinoj), ale to mogło nie wystarczyć, aby usunąć z wyspy osadników z Kart Hadaszt. Przezorny Gelon postanowił wówczas zawrzeć sojusz z tyranem sąsiedniego miasta Akragas (leżącego na północny-zachód od Geli) Theronem i poślubił jego córkę - Demarate, samemu zaś ofiarował Theronowi za żonę córkę swego brata Polyzelosa. Gelon starał się jeszcze o wsparcie Greków z kontynentu, szczególnie zaś Lacedemończyków, ale były to czasy dość niespokojne w Grecji Centralnej, związane z najazdem perskim na Ateny i Eretrię (zakończone zwycięską bitwą pod Maratonem w 490 r. p.n.e.), dlatego też Spartanie (choć nie wzięli udziału w tej części kampanii perskiej) nie byli skorzy wysyłać swych wojsk za morze i pomoc taka z ich strony nie została Gelonowi wówczas udzielona. Mimo to zawiązało się przymierze południowe (doryckie) na którego czele stały dwa duże doryckie ośrodki na Sycylii - Gela i Akragas. Wytyczono też kierunki ekspansji każdego z tych polis, ponieważ wrogów nie brakowało, zaś Kartagińczycy byli najmniejszym problemem tworzącego się przymierza. Oto bowiem na północy tworzyć się zaczęło drugie przymierze (zwane północnym lub jońskim), a jego centrum stało się miasto-państwo Rhegion (leżące w Italii, nad Cieśniną Mesyńską). Władał tam (jako tyran) arystokrata meseński (wówczas jeszcze miasto to zwało się Zankle) Anaksilas. W 494 r. p.n.e. pomógł on kolonistom z Samos opanować swoje rodzinne miasto - Zankle (leżące po drugiej stronie Cieśniny Mesyńskiej) licząc na wspólny sojusz, ale ponieważ Samijczycy nie byli chętni wchodzić z Anaksilasem w układy, ostatecznie wyprawił się przeciwko nim zbrojnie, zdobył Zankle, przepędził Samijczyków i założył miasto na nowo, teraz już pod nazwą Messana (ok. 491/490 r. p.n.e.). Teraz Anaksilas kontrolował już całą Cieśninę, a wkrótce potem zawarł układ z Himerą (miastem leżącym daleko na północny-zachód od Messany), dawnej kolonii Zankle (założonej ok. 650 r. p.n.e.). Anaksilas poślubił też córkę tyrana tego miasta - Terillosa. Tak oto narodziło się przymierze północne, którego celem stało się niedopuszczenie do opanowania całej Sycylii przez Gelona i jego teścia Therona.

A tymczasem w 490 r. p.n.e. miało miejsce pewne wydarzenie, które zmieniło równowagę sił na Sycylii. Otóż, w tym czasie mieszkańcy Syrakuz wypędzili z miasta lokalną arystokrację (zwaną gamoroi) która dotąd rządziła tymże polis. W Syrakuzach wprowadzono demokrację na kształt ateński, a wypędzeni oligarchowie (wraz z rodzinami) znaleźli schronienie w mieście o nazwie Kasmene (leżące na południowy zachód od Syrakuz). Gelon postanowił to wykorzystać, a ponieważ dażył on pogardą ludzi ubogich (i postępował z nimi okrutnie) przeto wystąpił jako obrońca i mąż opatrznościowy wypędzonych syrakuzańskich arystokratów. Zaproponował im, że zdobędzie Syrakuzy i pozwoli im na powrót do miasta, pod warunkiem jednak, że uznają go swoim władcą. Arystokraci zgodzili się na taki układ, ale mniej chętne były władze miasta Kasmene - które co prawda obawiały się zbyt ekspansjonistycznej polityki Syrakuz (które przecież w 550 r. p.n.e. zdobyły i zniszczyły swoją własną kolonię - Kamarinę, która sprzeciwiła się władzy swej metropolii. Kamarina została odbudowana dopiero za rządów tyrana Geli - Hippokratesa w 498 r. p.n.e., po jego zwycięstwie nad armią Syrakuz w bitwie nad rzeką Eloros). Jednak strach przed Syrakuzami był mniejszy, od strachu przed rosnącą potęgą Geli i przymierza południowego, które realnie zagrażało teraz suwerenności Kasmene. Dlatego też władze miasta odrzuciły propozycję Gelona. Ten jednak wyjątkowo źle przyjmował wszelkie odmowy i w 485 r. p.n.e. pomaszerował zbrojnie na owe polis, zdobył je i włączył do swego południowego imperium sycylijskiego. Teraz zaś przyszła kolej na Syrakuzy. Miasto, otoczone z morza i lądu (armia Gelona składała się z 20 000 hoplitów, 2000 jazdy, 2000 łuczników, tyleż samo procarzy i tyle samo lekkozbrojnej piechoty, wyćwiczonej do walki u boku jeźdźców; a poza tym dysponował 200 okrętami wojennymi - trójrzędowcami) broniło się dzielnie przez kilka miesięcy, ostatecznie jednak pozbawione wsparcia musiało się poddać (co prawda tyran miasta Cumae - Aristodemos obiecywał wsparcie - sam w końcu też przejął władzę w wyniku zamachu stanu w 505 r. p.n.e. i wymordował wszystkich dotąd rządzących miastem oligarchów, ale ostatecznie takiej pomocy nie udzielił. Tym bardziej że sam miał już problem z niejakim Tarkwiniuszem Priskusem, wypędzonym ponad dwadzieścia lat wcześniej ostatnim królem Rzymu - latyńsko-sabińsko-etruskiej wioski, leżącej nad Tybrem, która dotąd czerpała pewne handlowe przywileje dzięki temu że należała do etruskiej strefy wpływów i była postrzegana jako miasto etruskie).

Po kapitulacji Syrakuz (pod koniec 485 r. p.n.e.) Gelon przeniósł swój dwór do tego miasta i tam ogłosił się tyranem, czyniąc z Syrakuz swoją stolicę i główną siedzibę (a ponieważ był dość pamiętliwy, przeto nie zapomniał o obietnicy Aristodemosa z Cumae udzielenia pomocy najechanym Syrakuzańczykom i uruchomił przeciw niemu opozycję, wysyłając swe złoto na wsparcie arystokratów z Cumae, zbiegłych i poukrywanych w kampańskich miastach i wioskach. Dzięki tym pieniądzom stworzył z nich armię, która wkrótce potem (ok. 485/84 r. p.n.e. zdobyła Cumae, zabijając Aristodemosa i po dwudziestu latach tyranii, ponownie przywracając w mieście rządy oligarchiczne). Władzę zaś w Geli powierzył Gelon swemu bratu - Hieronowi, a sam przeprowadził do Syrakuz wielu mniej zamożnych Gelijczyków, wszystkich mieszkańców Kamariny (a ich miasto zburzył - osobiście mordując sprzeciwiającego się temu tyrana Kamariny - Glaukosa, którego wcześniej sam tam zainstalował, a który był też bokserem i zwycięzcą Igrzysk Olimpijskich), oraz zamożnych obywateli Kasmene (wraz syrakuzańskimi oligarchami), zaś tych niezamożnych po prostu sprzedał w niewolę (jak wcześniej pisałem - Gelon gardził niezamożnymi ludźmi i uważał ich za równych niewolnikom), a uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczył na rozbudowę i utrzymanie swej armii. Dzięki tym przesiedleniom, uczynił Gelon z Syrakuz najludniejsze miasto greckiego świata. Wzniósł też nowe, potężne mury obronne (które przez prawie trzy stulecia uczyniły to miasto niezdobytym, aż do zajęcia Syrakuz przez Rzymian w 212 r. p.n.e. Syrakuzy wówczas wspomagał swymi wynalazkami jeden z największych konstruktorów starożytności - Archimedes, póki rzymski miecz nie rozłupał mu głowy). Znacznie się też wzbogacił, dzięki łupom, sprzedawanym w niewolę najbiedniejszym mieszkańcom podbijanych polis, jak również dzięki nakładanym podatkom. Stał się teraz najpotężniejszym władcą greckiego świata, a Syrakuzy pragnął uczynić stolicą tego świata.




Oczywiście nie zrezygnował też z nowych podbojów i już w 483 r. p.n.e. napadł na Megarę Hybleę (miasto założone ok. 720 r. p.n.e. przez doryckich najemników, którzy przybyli na Sycylię w poszukiwaniu nowego zajęcia i lepszego życia). Miasto broniło się kilka miesięcy, ale ponieważ nie miało szans na jakąkolwiek odsiecz, było zdane na klęskę. Ostatecznie (po długich negocjacjach) miasto skapitulowało. Oligarchów - którzy dotąd władali miastem i mobilizowali lud do walki z nim - przesiedlił Gelon do Syrakuz nadając im obywatelstwo, biedotę zaś ponownie sprzedał w niewolę (część została sprzedana poza Sycylię, ale część - zamieniona w niewolników - miała odtąd pracować na roli wokół miasta dla swoich nowych panów z Syrakuz). Następnie (jeszcze w tymże 483 r. p.n.e.) Gelon wyruszył zbrojnie przeciwko miastu Euboa, zdobył je i postąpił dokładnie tak, jak wcześniej z Kasmene i Megarą Hybleą, miasto zaś zburzył doszczętnie, tak iż do dziś trudno jest ustalić dokładnie jego położenie. A tymczasem zięć Gelona - tyran Akragas - Theron również nie próżnował. W tym samym czasie, gdy Gelon podbijał Syrakuzy i inne okoliczne polis, Theron obległ i zdobył Himerę, miasto przymierza północnego, zarządzane przez Terillosa (który stamtąd uciekł do swego zięcia Anaksilasa z Rhegion). Teraz wpływy Therona sięgały Fitnery na północy Sycylii, a Gelona całego pasa południowo-wschodniego osadnictwa dorycko-jońskiego z największym miastem Syrakuzami na czele. Tak oto przymierze południowe odniosło zwycięstwo, choć wojna nie została jeszcze zakończona i należało spodziewać się wzmożonego oporu, tym bardziej że Therillos pragnął odzyskać Himerę, a Anaksilas również widział się jako przywódca całej greckiej Sycylii (a aby to osiągnąć musiał pokonać Gelona). Jak jednak tego można było dokonać? Odpowiedź nasuwała się sama - zawrzeć sojusz z kartagińskimi emporiami na Zachodzie oraz z samym Kart Hadaszt (należy bowiem pamiętać, że opanowanie przez Kartaginę miast w zachodniej Sycylii w latach 555-545 p.n.e. za czasów króla Malthusa - ostatniego przedstawiciela rodu Dydonidów - nastąpiło co prawda zbrojnie, ale miasta te zawsze posiadały bardzo szeroką wewnętrzną autonomię, łącznie z prawem wyboru własnych lokalnych władz). W 481 r. p.n.e. Anaksilas i Therillos wyprawili poselstwo do grodu bogini Tanit i tam zostali przyjęci i wysłuchani przez lokalną arystokrację rządzącą Kartaginą (Grecy zwali ich gerontami, Rzymianie senatem, zaś w języku punickim ich instytucja - czyli Rada Starszych - zwała się h'drm, co można tłumaczyć jako hederim) oraz oczywiście przez samego króla Hamilkara I (trzeciego władcę z rodu Magonidów). Postanowili oni przyjść Jonom z odsieczą oraz wspomóc ich w walce z Gelonem i Theronem.

Jednocześnie w tym samym czasie (481 r. p.n.e.) do Syrakuz przybyło poselstwo z Grecji właściwej, z prośbą o przysłanie - w imię jedności wszystkich Hellenów - wsparcia przez Gelona polis kontynentalnych, zagrożonych nową inwazją Persów. Ponoć Gelon miał się wówczas żalić, że gdy on dziesięć lat wcześniej prosił miasta Grecji właściwej o pomoc w walce z Kartagińczykami w imię "jedności Greków" i pomszczenia śmierci Dorieusa (pisałem o tym w poprzedniej części), to ci wówczas owego wsparcia mu nie udzielili. Zapowiedział też, że przyjdzie im z pomocą, jeśli Grecy kontynentalni wybiorą go naczelnym dowódcą anty-perskiej krucjaty, na co ci nie mogli się zgodzić i do sojuszu nie doszło (bez żalu ze strony Gelona, który miał przecież na głowie wojnę z przymierzem północnym i ich sojuszem z Kartagińczykami). Obawiając się jednak zarzutu o "medyzm" (czyli zdradę greckiego świata i sprzyjanie Persom - w mentalności Greków będących barbarzyńcami), posłał do Delf swego zaufanego człowieka imieniem Dorieus (noszącym to samo imię, co poległy w bitwie z Kartagińczykami pod Eryksem w 510 r. p.n.e. brat króla Sparty - Kleomenesa I), z pokaźną ilością złota dla tamtejszej amfiktionii i cichą prośbą do tamtejszych kapłanów boga Apolla, aby wieszczka tego boga zabroniła Syrakuzańczykom wyprawy na Persów, wróżąc tym niepomyślne znaki. Tak też się stało (złoto najwidoczniej zawsze czyni cuda), a Gelon zyskał czas na przygotowanie się do nieuniknionej konfrontacji ze swymi sycylijskimi wrogami. Kartagińczycy bowiem na wiosnę 480 r. p.n.e. rozpoczęli wyprawę na Sycylię (matką króla Hamilkara I Magonidy była grecka arystokratka z Syrakuz, był on więc po części Hellenem i szybko znalazł wspólny język z Therillosem z Himery, a Anaksilas z Rhegion posłał mu nawet swoje dzieci jako zakładników, aby udowodnić że ma czyste intencje i nie knuje spisku ani nie zawrze z Gelonem i jego teściem separatystycznego pokoju). Niestety, w drodze ku zachodnio-sycylijskim emporiom kartagińską flotę (złożoną z ok. 100 okrętów) dosięgła burza, która mocno nadwyrężyła ich szeregi, zatapiając kilka okrętów i poważnie uszkadzając kolejnych kilkanaście. Gelon dowiedziawszy się o tym, postanowił wykorzystać to propagandowo, rozgłaszając po całej Sycylii że bogowie są niezadowoleni z greckich zdrajców i renegatów spod znaku przymierza północnego i tak jak o mały włos nie unicestwili kartagińskiej armii i floty, tak z pewnością zniszczą ów "nikczemny sojusz" (Gelon celowo głosił takie rzeczy, aby odwrócić uwagę greckiego świata od siebie samego i nieudzielenia wsparcia Hellenom z kontynentu przeciw perskiej inwazji Króla Królów).




Kartagińczycy, dotarłszy do portu w Panormos, wysadzili na brzeg swoją armię (ok. 30 000 zbrojnych, z czego zapewne jakaś część utonęła w morzu podczas przeprawy). Armia złożona była z rodowitych Kartagińczyków (zapewne ochotników) i jakiejś części libijskich najemników (nie była to więc - jak potem oskarżano króla w Kartaginie - "prywatna wyprawa Hamilkara", ta wojna miała poparcie Rady Starszych i zapewne sporej części kartagińskiego społeczeństwa, choć należała raczej do wypraw awanturniczo-przygodowych i nie była istotna z punktu widzenia żywotnych interesów grodu bogini Tanit). Król Hamilkar do Panormos (punickiego emporium w północno-zachodniej Sycylii) ściągnął posiłki, złożone z Fenicjan, rdzennego plemienia sycylijskich Elymów oraz Greków z miasta Selinunt (leżącego na południu Sycylii, bliżej portów kartagińskich na zachód od Akragas, ale i tak bardziej obawiającego się owego greckiego polis niż kartagińskich emporiów; Selinuntem od 505 r. p.n.e. władał dawny oficer armii Dorieusa - Euryleon) i na czele taj armii ruszył wzdłuż północnego wybrzeża wyspy ku Himerze (jego plan zakładał zdobycie miasta i zwrócenie go Terillosowi, a następnie połączenie się z armią Anaksilasa pod Messaną i wspólny marsz na Syrakuzy). Gelon najmniejsze poparcie miał wśród marynarzy swej floty (złożonej z Syrakuzańczyków, którzy nie widzieli w Kartagińczykach dla siebie żadnego zagrożenia), dlatego też nie wyprowadzał swej liczniejszej (złożonej z 200 okrętów) floty na morze, by zaatakować Kartagińczyków pod Panormos, bo obawiał się zdrady w tych szeregach. Jednak armia była jego oczkiem w głowie (szczególnie wierna mu była konnica, obsadzona przez przedstawicieli wielkich rodów z Syrakuz czy Geli) i całkowicie na niej polegał.

Pod Himerą wojska Therona z Akragas (które okupowały miasto) postanowiły przyjąć bitwę i hoplici wyszli z miasta w pole, ale Kartagińczycy szybko zmusili ich do ucieczki i powrotu do miasta. Dla Hamilkara było jasne, że miasto szybko się nie podda i trzeba je będzie zmusić do kapitulacji oblężeniem, dlatego też kazał założyć obóz pod miastem i wyciągnąć swe okręty na brzeg - otaczając je ochronną palisadą. Gelon tymczasem zdążał już pod Himerę, prowadząc prawie całą swoją armię - 20 000 hoplitów, 2000 jazdy i 6000 lekkozbrojnych piechurów. Greccy (a potem macedońscy) hoplici przez długie wieki od mniej więcej połowy VI wieku p.n.e. uważani byli za najdoskonalszych żołnierzy swoich czasów, a ich uzbrojenie za idealne i godne prawdziwego wojownika. Owi "mężowie spiżowi" zakuci w hartowany metal ze swoją włócznią, tarczą i mieczem (oraz nagolennikami i często nałokietnikami) byli tożsami ze średniowiecznymi rycerzami i przez długi czas (do połowy II wieku p.n.e.) stanowili najdoskonalszą siłę militarną Antyku (potem ich miejsce zajęli rzymscy legioniści - zdobywając przewodzenie mniej więcej od bitwy pod Kynoskefalaj z 197 r. p.n.e. a szczególnie od bitwy pod Pydną z 168 r. p.n.e. gdzie już definitywnie rzymski legion okazał się lepszy od grecko-macedońskiej falangi). Gelon zjawił się pod Himerą i założył własny obóz po wschodniej stronie miasta.


REPUBLIKAŃSKI LEGION OBYWATELSKI Z II WIEKU P.N.E. 
OSTATECZNIE ROZBIJA ZAWODOWĄ MACEDOŃSKĄ FALANGĘ 
W BITWIE POD PYDNĄ 
(168 r. p.n.e.)


 
Do bitwy doszło w pogodny, letni dzień o wschodzie słońca. Armie wyszły w pole i stanęły naprzeciw siebie, ale o ile Grekami osobiście dowodził Gelon, o tyle król Hamilkar wyznaczył do bitwy swoich oficerów, a sam pozostał w obozie, rozpalając wielki stos i składając w ofierze Melkartowi (takiemu punickiemu Herkulesowi) kilkadziesiąt sztuk bydła (potem, za ów czyn był Hamilkar przez greckich historyków wyszydzany, gdyż w ich wyobrażeniu, wódz powinien zagrzewać swoich żołnierzy do walki, a ofiary składać przed bitwą a nie w jej trakcie. Ci, którzy tak pisali - np. Eforos czy Diodor z Halikarnasu - zupełnie nie rozumieli punickiej mentalności i religijności. Król dla Kartagińczyków co prawda był wodzem naczelnym, ale przede wszystkim był kapłanem i do jego obowiązku należało zapewnić przychylność bóstw dla wojska i całej kampanii właśnie w trakcie bitwy. W punickiej religijności bardzo ważnym aspektem była obrzędowość i ofiarność - w rozumieniu składania ofiar, a nie łożenia na biednych i potrzebujących. Kohanim - czyli puniccy kapłani, byli służebnikami swych strasznych bogów i nie mogli zapomnieć czy pominąć żadnej ofiary, przewidzianej dla bogini Tanit, boga Baal Hammona, Melkarta, Eszmuna, Reszefa, Szadrapy, Istarty, Jama, Dagona czy wielu pomniejszych bóstw. Czasem, w przypadku wielkiej katastrofy naturalnej czy poważnej klęski militarnej składano też ofiary z ludzi - niekiedy, choć rzadko, również z kapłanów. Niestety, punicka religijność pozbawiona była tego, co u Greków wprowadzone zostało drogą filozofii i literatury a u Rzymian drogą papugowania Greków - czyli elementu bożego miłosierdzia [oczywiście zarówno u Greków jak i u Rzymian było ono bardzo prymitywne, dlatego potem chrześcijaństwo tak łatwo zdobyło poklask wśród ciemiężonych warstw rzymskiego społeczeństwa, gdyż dawało ludziom nadzieję na zbawienie  i lepsze życie po śmierci. W Quo Vadis Sienkiewicza, Marek Winicjusz zapytuje się chrześcijan: "Grecja dała światu piękno, Rzym siłę, a co wy przynosicie?" i odpowiedział mu św. Piotr: "My przynosimy Miłość"]. Kartagina pozbawiona była nawet tego ułomnego, "filozoficznego" pojęcia bożego miłosierdzia (o kartagińskiej i punickiej religijności oraz wierze w życie pozagrobowe mógłbym nieco więcej napisać, ale nie czas teraz na to w tym temacie. Warto może nadmienić tylko, że tuż po śmierci Dariusza Wielkiego w październiku 486 r. p.n.e. i objęciem władzy przez jego syna - Kserksesa, ale jeszcze przed perską inwazją na Grecję z 480 r. p.n.e. do Kartaginy przybyło poselstwo od Króla Królów. Przywieźli oni skargę i jednocześnie żądanie od swego władcy, aby Kartagińczycy zaprzestali "składać ofiary z ludzi i zjadać psie mięso". Nie wiadomo czy to poselstwo było powodem, ale rzeczywiście od V wieku p.n.e. w Kartaginie coraz rzadziej składano ofiary z ludzi, coraz częściej zaczęto palić zwłoki niż grzebać w ziemi oraz ponoć zaprzestano spożywania psiego mięsa).          
 
 

 
Bitwa pod Himerą trwała cały dzień. Kartagińczycy starali się przełamać linie greckiej falangi, ale wszędzie napotykali pancerną ścianę z wyciągniętych ku nim włóczni i tarcz. Król Hamilkar przez cały dzień - aż do zapadnięcia zmroku - wrzucał w ogień kolejne zarżnięte ofiary z cieląt, kóz i owiec aby Melkart (mający również cechy solarne) dopomógł jego wojom w zwycięstwie. Niestety, bóg pozostał głuchy na owe prośby i krwawe ofiary. Gdy więc słońce poczęło zachodzić a mrok nadchodzącej nocy zaczął otaczać pole bitwy, Hamilkar już wiedział że bitwa jest przegrana (choć kartagińskie szeregi jeszcze nie zostały rozbite). Kartagińczycy bowiem toczyli bitwy zawsze w dzień, przy słonecznym blasku, bowiem zapadająca noc przynosiła triumf nadchodzącego chaosu (a wówczas żadne ofiary nie miały już znaczenia). Puniccy wojownicy również tak myśleli i gdy tylko słońce zaszło za horyzont, oni... rzucili się do ucieczki. Wówczas dopiero doszło do rzezi, gdyż najwięcej Punitów padło właśnie podczas ich panicznej ucieczki z pola bitwy. Widząc że jego armia się rozpadła, król Hamilkar nad ofiarnym stosem popełnił rytualne samobójstwo, rzucając się w płonący stos. Na placu boju polegli prawie wszyscy kartagińscy wojownicy (tylko garstce udało się uciec i schronić w zachodnich punickich emporiach), Grecy spalili też całą kartagińską flotę. Była to jedna z największych klęsk militarnych grodu bogini Tanit w historii, Grecy zaś odnieśli pełne zwycięstwo a przymierze południowe ostatecznie zatriumfowało na Sycylii. Rada Starszych (Hederim) całą winę za klęskę zrzuciła na zmarłego władcę, zarzucając mu przy tym że bez jej zgody podjął się tej wyprawy (wypędzono też z miasta jego syna - Giskona, który osiadł w greckim Selinuncie). Władza królewska została też znacznie osłabiona (prawdopodobnie w ogóle zaprzestano używania słowa król czyli "milk", a władców z rodu Magonidów zaczęto nazywać sędzią ["szofet" l.m. "szofetim" czyli sufet). W 396 r. p.n.e. ponownie dokonano reformy i podzielono urząd króla i sufeta - ten drugi przejął wszystkie urzędowe i religijne uprawnienia władcy, królowi pozostało "tylko" dowodzenie wojskiem na polu bitwy i funkcje ceremonialne, zaś po 308 r. p.n.e. w ogóle zniesiono monarchię, pozostawiając w to miejsce dwóch (zaś po klęsce Kartaginy w wojnie z Rzymem w 201 r. p.n.e. wprowadzono aż czterech) wybieranych co roku sufetów. Tak oto monarchia w Kart Hadaszt przestała istnieć.

Ale nim to nastąpiło, królowie wciąż jeszcze byli wybierani (zawsze z rodu Magonidów). Wina, jaką Hederim chcieli obarczyć Hamilkara, nie mogła jednak przekroczyć pewnych granic, bowiem król ten postąpił honorowo - popełniając rytualne samobójstwo i rzucając się w ogień (podobnie jak przed wiekami uczyniła to założycielka Kartaginy - Dodona). Poza tym lud uważał go za bohatera (a niektórzy wręcz za boga) i zaczęto stawiać mu pomniki w wielu kartagińskich emporiach na Sycylii, a nawet na Sardynii i w samej Kartaginie. Bitwa pod Himerą była jednak dla Kartagińczyków poważnym ciosem nie tylko militarnym i gospodarczym (o czym zaraz powiem), ale również mentalnym i metafizycznym. Oto bowiem okazało się, że pomimo tylu złożonych ofiar, Melkart nie usłuchał modlitw Hamilkara i nie dopomógł Kartagińczykom odnieść zwycięstwa. To było dla nich dojmujące i niewytłumaczalne przeżycie, które nieco zmieniło ich zapatrywania religijne. Oto bowiem dotychczasowi potężni bogowie: Baal Hammon i Melkart ustąpili miejsca bogini Tanit (która już wcześniej była czczona, ale zawsze znajdowała się na boku owych dwóch głównych bogów). To pomogło nieco złagodzić psychiczną traumę odwrócenia się bogów od mieszkańców Kart Hadaszt, a Kartaginę odtąd zwano "grodem bogini Tanit". Była to więc - jak się zdaje - wielka, zbiorowa terapia psychologiczna mieszkańców tego miasta, terapia uzdrawiająca bo nic tak nie dołuje człowieka, jak świadomość że bogowie (lub Bóg) się od niego odwrócili. Po klęsce pod Himerą nastąpiła też dość poważna (ale krótkotrwała) stagnacja gospodarcza, o czym świadczą uboższe nagrobki wystawiane w Kartaginie po 480 r. p.n.e. I choć zasada ta utrzymała się dość długo (praktycznie do końca istnienia tego miasta), to twierdzenie iż panował tam odtąd permanentny kryzys nie wytrzymuje krytyki, tym bardziej, że dość majętne nagrobki wciąż były wystawiane w kartagińskich emporiach na Sycylii, Sardynii, Korsyce, Balearach czy nawet w Małej Syrcie. Jedynie stan taki utrzymał się w Kartaginie, więc jeśli nawet pojawił się kryzys gospodarczy, to był on krótkotrwały, ale jednocześnie doprowadził do stałego ograniczenia zbytku cmentarnego Kartagińczyków (być może wydane zostało prawo, które obowiązywało w samym mieście i jego okolicy, że należy ograniczyć wystawność pogrzebów oraz wkładanie do grobu cennych przedmiotów. To tylko moja hipoteza, ale wydaje mi się ona jak najbardziej logiczna).

Co się zaś tyczy Gelona, to odniósł on pod Himerą swoje najwspanialsze zwycięstwo, jednak nie zamierzał (wbrew radom swego teścia) kontynuować tej wojny i gdy tylko przybyli doń posłowie z Kartaginy z zamiarem podpisania pokoju, szybko na to przystał (dalsza wojna wzmacniałaby raczej Therona, a szczególnie opanowanie kartagińskich emporiów na zachodzie). Kartagina zapłaciła kontrybucję w wysokości 2000 talentów (czyli ponad 50 ton srebra) i zakupili złoty wieniec dla Damarete (małżonki Gelona) która oficjalnie występowała w imieniu Kartaginy jako łagodząca konflikt. Jednak posiadłości Kartaginy na Sycylii nie zostały uszczuplone. Anaksilaos z Rhegion pogodził się z Gelonem, zaś Terillos z Himery zginął w dziwnych i do końca niewyjaśnionych okolicznościach. W Selinuncie obalono (sędziwego już) tyrana Euryleona i wprowadzono tam ustrój oligarchiczny, zawierając jednocześnie sojusz z Akragas i Syrakuzami. Gelon stał się odtąd bardzo sławny w greckim świecie, wystawił też na własny koszt trzy nowe świątynie (w Himerze, Akragas i Syrakuzach), ale wciąż było mu mało, tym bardziej po zwycięstwie Greków kontynentalnych w bitwach z Persami pod Salaminą (480 r. p.n.e.) i Platejami (479 r. p.n.e.). Wciąż mu się wydawało, że w Grecji nazywają go "medystą" (sojusznikiem Persów) co go bardzo irytowało. Zaczął więc rozgłaszać (a ponieważ jego skarbiec był pełen złota i srebra, znalazł do tego wielu chętnych poetów, pisarzy i mówców) po całej Helladzie, że nie mógł przyjść z odsieczą, ponieważ walczył na Sycylii z takim samym zagrożeniem, z jakim zmagali się Grecy z kontynentu. Mało tego, to właśnie od niego wyszła plotka (potem powtarzana przez kilku greckich pisarzy, jak choćby wspomniani tu wcześniej: Eforos i Diodor z Halikarnasu, choć już Herodot o tym nie wspomina) że Kartagina była w ścisłym sojuszu z Persami i wspólnie pragnęli oni zgnieść Hellenów od Wschodu i Zachodu. Ta plotka miała zamknąć usta tym wszystkim, którzy oskarżali Gelona o "medyzm", ale realnie była bzdurą. Kartagińczykom wcale nie zależało na zwycięstwie Persów nad Grecją, bo wtedy powstałaby tam perska satrapia, a kolejnym etapem perskiej zachłanności stałaby się zapewne Sycylia - a tam przecież były punickie emporia podporządkowane Kartaginie. Jaki sukces odniosłaby więc Kartagina w takiej sytuacji, musząc zmierzyć się z wielonarodową potęgą Króla Królów (który już stawiał Kartagińczykom warunki we wspomnianym wyżej poselstwie). Co prawda być może Persowie chcieliby zawrzeć taki anty-grecki sojusz, ale Kartagińczycy nie wyrazili na niego zgody i nawet jeden okręt z Kart Hadaszt nie popłynął na Wschód na pomoc Persom w bitwie z Grekami (głównie Ateńczykami) pod Salaminą. Miasto bogini Tanit nie życzyło sobie perskiej obecności w pobliżu własnych portów i perskich interesów, które kolidowałyby z ich własnymi. Dlatego też pogląd że doszło do zawarcia persko-kartagińskiego sojuszu jest zwykłą propagandową... lipą.




Ale Gelon miał ten kompleks, czego przejawem było ufundowanie przez niego w Świątyni Apolla w Delfach złotego trójnoga i posągu bogini Nike z napisem: "Poświęcił Apollonowi Gelon, syn Dejnomedesa, Syrakuzanin, wykonał zaś trójnóg i posąg Nike Bion, syn Diodora, Milezyjczyk". Podobny trójnóg i posąg wystawili w tej świątyni po bitwie pod Platejami Ateńczycy i Spartanie. Gelon zmarł wkrótce potem (jeszcze w 478 r. p.n.e.) u szczytu swej sławy, pozostawiając władzę nad stworzonym przez siebie sycylijskim imperium, swemu bratu - Hieronowi, który kontynuował ekspansywną politykę brata. 




CDN.