Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 29 listopada 2021

KONCEPCJE MITTELEUROPY - Cz. III

JAK ONE WYGLĄDAŁY W TEORII

I JAK PRÓBOWANO

(I NADAL PRÓBUJE SIĘ)

REALIZOWAĆ JE W PRAKTYCE

 
 


 

MITTELEUROPA

(UJĘCIE TEORETYCZNO-PRAKTYCZNE)

Cz. II


 



 
EUROPA PO ZAKOŃCZENIU I WOJNY ŚWIATOWEJ?
CZYLI PLANY POWOJENNE WIELKICH MOCARSTW
 

 
 Rzecz ta tyczy się oczywiście nie tyle planów wojennych, opracowywanych w sztabach poszczególnych państw biorących udział w I Wojnie Światowej, lecz tych wszystkich założeń, które miały nastąpić już po zakończeniu owej Wojny, i temu jak (własne zwycięstwo) widziały poszczególne europejskie kraje. Europa wkraczała w Wojnę roku 1914 r. niezwykle podniecona i zadowolona, wszędzie spodziewano się, że konflikt będzie krótki (kilkutygodniowy, ewentualnie kilkumiesięczny) i oczywiście zwycięski, po czym wszyscy w glorii sławy i chwały powrócą do swych domów i rodzin. Panowała wręcz atmosfera pikniku, radości że oto ci ludzie dożyli tej wielkiej chwili, iż to im przyjdzie w udziale kształtowanie wielkiej historii dziejów ludzkości (np. brytyjski poeta - Rupert Brooke tak oto pisał w swym tomie "Wierszy 1914": "Dziękujmy Bogu, że wybrał nas w godzinie naszej młodości i zbudził nas ze snu (...) Porzućmy chętnie świat stary i zmierzchły, i serca głuche na honoru zew, ludzi, których zalety dawno pierzchły, miłość zwodniczą jak syreni śpiew. Honor, jak król, znów zstąpił pośród nas, ofiarę z życia nam hojnością słodzić, złote ostrogi wręczyć, miecz, rycerski pas i nas wieczystym lennem wynagrodzić"). W Niemczech ludzie powtarzali sobie hasło: "Za tron i ołtarz", we Francji wielu młodych mężczyzn pragnęło polec, aby tylko pomścić hańbę 70-go roku i przywrócić Francji "godność i honor". Wielu ludzi tęskniło wówczas do wojny, której nie znali (lata, jakie upłynęły od zakończenia wojny francusko-pruskiej 1870-71 r., i opowieści tamtejszych weteranów, czy też relacje uczestników wojny rosyjsko-japońskiej 1904-05, nie przebijały się praktycznie wcale do opinii publicznej ówczesnych społeczeństw), uważając wojnę za wielką, męską przygodę, dzięki której zdobędzie się sławę, szacunek, bogactwo a także ukochaną kobietę. 

Niewielu zadawało sobie też pytanie, jak owa wojna może wyglądać i jaki może na nią mieć wpływ niesamowity wprost postęp technologiczny, jaki miał miejsce po roku 1870. A przecież postęp cywilizacyjny, jaki dokonał się w ciągu tych ostatnich czterdziestu lat do roku 1914, był większy, niż to, co pojawiło się w historii od starożytności aż do początków XVIII wieku. Pojawiły się samoloty (co prawda jeszcze bardzo prymitywne, nie posiadające np. luków bombowych i których pociski lotnicy musieli wypuszczać ręcznie - ale mimo wszystko człowiek wreszcie wzleciał ku niebu, co było marzeniem wielu poprzednich pokoleń, począwszy od mitu o Dedalu i Ikarze), pojawiły się karabiny maszynowe, które "kosiły" całe bataliony w przeciągu jednej chwili, podczas gdy np. w czasie bitwy pod Gniewem (22 września - 1 października 1626 r.) wojska szwedzkie oddały w kierunku polskiej husarii ponad 500 strzał karabinowych i kilkadziesiąt kartaczy, zabijając zaledwie stu kilkunastu husarzy - straty szwedzkie były wówczas znacznie większe, ale warto uzmysłowić sobie, że broń palna jeszcze w XIX wieku nie była zbyt celna, a jej ładowanie zajmowało też trochę czasu i wiele zależało od wyszkolenia i szybkości samego strzelca. Było więc pewne, że wojna ta nie będzie ani szybka, ani łatwa, ani też w niczym nie będzie przypominała szlachetnych starć rycerskich jeden na jednego. Jeszcze 1890 r. Helmuth von Moltke Starszy - autor zwycięskiej niemieckiej kampanii roku 1870 przeciw Francji, stwierdził wprost, stojąc przed Reichstagiem: "Gdy wybuchnie wojna, nie da się przewidzieć ani czasu jej trwania, ani jej końca. Walkę podejmą największe mocarstwa Europy uzbrojone jak nigdy dawniej. Żadne z nich nie może być w jednej czy dwóch kampaniach tak osłabione, aby się uznało za pokonane, aby musiało zawrzeć pokój na twardych warunkach, aby się nie mogło podźwignąć, choćby po dłuższej przerwie do nowej walki. Moi Panowie, może to być wojna siedmioletnia, może to być wojna trzydziestoletnia - i biada temu, kto w Europie wznieci pożar".


 
 
I Wojna Światowa była więc ogólnie nieszczęściem dla całej Europy, choć - paradoksalnie - istniały narody, które w takiej właśnie światowej (a przynajmniej europejskiej) pożodze, upatrywały swego przyszłego losu. Takim narodem był chociażby naród polski, jęczący w niewoli już ponad sto lat. Wojna pomiędzy zaborcami (Niemcami i Austro-Węgrami z jednej strony a Rosją z drugiej) miała odrodzić dawną Polskę, która znów rozbłysłaby na mapie. Nie było ku temu innej drogi jak właśnie wielka wojna pomiędzy państwami które w XVIII wieku doprowadziły do upadku Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Polscy prometeiści (członkowie ruchu prometejskiego), począwszy od XVIII wieku i Józefa Sułkowskiego - osobistego adiutanta Napoleona Bonaparte, poprzez cały wiek XIX, opracowywali plany rozbicia Rosji od środka, lub skonfliktowania jej z innymi krajami, np. Wielką Brytanią, Austro-Węgrami czy Niemcami, zaś każde zbliżenie tych państw było postrzegane bardzo negatywnie (Michał Sokolnicki opisał w "Kalendarium życia Józefa Piłsudskiego", pewne swoje spotkanie w domu Komendanta, mające miejsce z końcem lipca 1914 r. Pisał on tak: "Pewnego dnia pojawił się nadzwyczajny dodatek z wiadomością o wymianie not między Austrią i Rosją i mobilizacji kilku okręgów rosyjskich. Ktoś z dowództwa strzeleckiego pchnął mnie z tym dodatkiem do Komendanta. Mieszkał wówczas Piłsudski na Starej Polanie, w biednawej i podrzędnej dzielnicy Zakopanego. Mieszkanko zajmował małe. Wchodziło się do niego przez kuchnię. Tam w izbie niedużej, zadymionej, oświetlonej lampą naftową zastałem wodza szumnie nazwanej "siły zbrojnej polskiej" z książką w ręku i przy szklance herbaty... Przybycie moje nie zrobiło na Piłsudskim wrażenia. Przeczytał wiadomość, rozłożył na stole mapę Rosji i wodząc po niej palcem, rzekł: - To nie wskazuje na wojnę. Spójrzcie, które gubernie mobilizują. Żadna na pograniczu Austrii. Pogróżka i tyle. W twarzy mej musiał dostrzec rozczarowanie, gdyż poklepał mnie po ramieniu i dodał: - Nie martwcie się. Wojna będzie"). Wojna ta, poprzez trud i poświęcenie, miała ponownie powołać Polskę do nowego, niepodległego życia wśród wolnych narodów Europy. I tak też się ostatecznie stało w roku 1918.

Po zabójstwie (28 czerwca 1914 r.) w Sarajewie austro-węgierskiego następcy tronu, arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego małżonki - Zofii von Chotek, wydarzenia potoczyły się już z siłą pędzącej lawiny i tak - 28 lipca wojnę Serbii (którą rząd austro-węgierski uważał za współwinną zabójstwa) wypowiedziała Monarchia Habsburgów, 1 sierpnia drżącymi rękoma ambasador Niemiec w Petersburgu - hrabia Friedrich Pourtalès wręczył akt wypowiedzenia wojny ministrowi spraw zagranicznych Cesarstwa Rosyjskiego - Siergiejowi Sazonowowi, 3 sierpnia baron von Schön podobne pismo wręczył ministrowi spraw zagranicznych Republiki Francuskiej - Rene Vivianiemu, 4 sierpnia, występując w obronie neutralności Belgii zagrożonej niemieckim najazdem, akt wypowiedzenia wojny Cesarstwu Niemieckiemu, na ręce ambasadora Lichnowsky'ego złożył urzędnik Biura Spraw Zagranicznych Królestwa Wielkiej Brytanii - Harold Nicolson. A potem już poszło - 6 sierpnia wojnę Rosji wypowiedziały Austro-Węgry, a Serbia Niemcom, 7 sierpnia Czarnogóra znalazła się w stanie wojny z Monarchią Habsburgów, a 12 sierpnia z Niemcami. Zaś 11 sierpnia Francja, a 12 sierpnia Wielka Brytania wypowiedziały wojnę Austro-Węgrom. Ostatecznie jeszcze 23 sierpnia Niemcom wojnę wypowiedziała odległa Japonia. Tak oto narody Europy znalazły się w śmiertelnym klinczu, będąc zmuszone do walki na śmierć i życie o przyszły kształt europejskiego (a także światowego) porządku. Jak jednak wyglądały plany owego nowego, powojennego porządku w poszczególnych państwach i jak zamierzano wykorzystać zwycięstwo - o tym właśnie opowiem w tym temacie.
 
 

 
Przy omawianiu tej kwestii należy pamiętać jednak, że na początku tego wielkiego konfliktu, jakim bez wątpienia była I Wojna Światowa (zwana też Wielką Wojną), rządy poszczególnych państw nie definiowały otwarcie swoich celów wojennych i powojennych, gdyż wszelkie aneksje czy okupacje byłyby zapewne źle odbierane przez opinię publiczną, dlatego też w tej "szybkiej, zwycięskiej wojnie" każdy kraj głosił obronę przed zaborczymi sąsiadami. I tak, Niemcy bronili się przed carskim knutem i "barbarzyństwem Wschodu", Francja przed pruskim militaryzmem i zaborczością, Wielka Brytania występowała w obronie napadniętej Belgii i jej neutralności (od 1839 r. Belgia miała status kraju neutralnego i status ten był szanowany przez wielkie mocarstwa, choć istniały też wcześniejsze plany aneksji Belgii, np. cesarz Napoleon III Bonaparte planował zajęcie Belgii i przyłączenie jej do Francji, ale plany te ostatecznie pokrzyżowała wojna z Prusami/Niemcami w roku 1870), Rosja zaś broniła się przed "germańskim zagrożeniem". Celów wojennych również nie ujawniano z obawy przed poróżnieniem członków jednej koalicji (gdyż każdy kraj miał swoje własne cele wojenne i tylko oficjalnie deklarowało się najprostsze rozwiązania, jak: odzyskanie przez Francję Alzacji i Lotaryngii, czy obrona Belgii i Serbii zagrożonych germańskim najazdem), starano się też nie drażnić wielkich państw neutralnych, szczególnie zaś Stanów Zjednoczonych, dlatego też cele wojenne musiały być odpowiednio przemyślane i przygotowane nim można by było je ostatecznie ogłosić do publicznej wiadomości. Ale wraz z przedłużaniem się konfliktu poszczególne rządy zaczęły coraz bardziej ujawniać swoje plany tyczące się wizji powojennej rzeczywistości jaka miała zapanować po ich zwycięstwie na świecie. A jak one wyglądały? Otóż następująco:     
      



Cz. I
PAŃSTWA CENTRALNE
(NIEMCY i AUSTRO-WĘGRY)





 
NIEMIECKA "NOWA EUROPA"
(1914/1915)


"Gdyby nie wojna, rasy niższe lub podupadające łatwo zdławiłyby rozwój zdrowych, dobrze zapowiadających się zalążków i nastałaby powszechna dekadencja (...) Skoro niemal każda część globu jest zasiedlona, nowe terytorium z reguły trzeba dziś uzyskiwać kosztem jego posiadaczy, czyli drogą podboju, który wobec tego staje się prawem konieczności. (...) Musimy w naszym narodzie wzbudzić jednomyślne pragnienie potęgi (...) Tylko wtedy wypełnimy nasze doniosłe zobowiązania wobec przyszłości, wyrośniemy na światowe mocarstwo i odciśniemy na wielkiej części ludzkości chlubne piętno niemieckiego ducha"

gen. Friedrich von Bernhardi
"Niemcy i następna wojna"
1911 r.


 Celem głównym niemieckich planów wojennych i powojennych, było przede wszystkim takie osłabienie Francji, aby nigdy już nie odrodziła się ona jako wielkie mocarstwo europejskie, a także wypchnięcie Rosji możliwie najdalej na Wschód. Pierwszy plan, jasno precyzujący niemieckie cele wojenne, powstał w gabinecie kanclerza Theobalda von Bethmann Hollwega przy Wilhelmstraße 77 w Berlinie, dnia 9 września 1914 r. Cele, jakie wówczas zakładano wyglądały następująco:

  1. Pokonana Francja miała oddać zwycięskim Niemcom cały region Briey i Longwy (na co bardzo naciskał niemiecki wielki przemysł uzależniony w dużej mierze od francuskich rud żelaza z terenów leżących po francuskiej stronie granicy, wykupując jednocześnie tamtejsze kopalnie i fabryki, ale jednocześnie starając się czynić to w "białych rękawiczkach. Np. Krupp, który w Niemczech finansował kilka gazet o profilu "Deutschland, Deutschland über alles", aby ukryć swoje interesy we Francji, namawiał jednego z synów by ten przyjął obywatelstwo francuskie po to tylko, aby opinia publiczna we Francji nie miała powodów twierdzić, że "francuska ziemia przechodzi w niemieckie ręce"). Następnie Belfort i cały pas nadgraniczny z Belgią, aż ku Flandrii z Calais i Boulogne miały także znaleźć się w granicach zwycięskich Niemiec. Francja dodatkowo miała zapłacić wysoką kontrybucję wojenną i zawrzeć z Niemcami traktat handlowy, całkowicie uzależniający ją od Rzeszy. Poza tym francuskie posiadłości kolonialne w Afryce miały odtąd stać się własnością Niemiec i wraz z posiadłościami belgijskimi i portugalskimi utworzyć środkowoafrykańską Mittelafrykę.
  2. Co się tyczy Rosji, to co prawda początkowo nie zamierzano uszczuplać jej terytorialnie, wychodząc z założenia - sprecyzowanego przez księcia Heinricha Schönaich–Carolath, który zapytał publicznie w Reichstagu zaraz po rozpoczęciu wojny: "Czego moglibyśmy pragnąć od Rosji? Polaków? Myślę że mamy wystarczająco dużo naszych własnych, a z nimi i tak wiele kłopotu" (w grę wchodziła tutaj również stara pruska sympatia do Rosji, jako sojuszniczki w wielu sprawach europejskich, a przede wszystkim w sprawie utrzymania podziału i zniewolenia Polski), na pewno też zamierzano ostatecznie wyprzeć z Rosji kapitał francuski. W programie wrześniowym kanclerza Bethmann Hollwega, zaznaczono jednak, że Rosja powinna być możliwie jak najdalej odepchnięta od granic Rzeszy, a to oznaczałoby powstanie na wyzwolonych terenach całkowicie zależnych i kontrolowanych przez Berlin, marionetkowych krajów, takich jak: Polska, Litwa czy Liwonia - ale żadnych konkretów wówczas nie sprecyzowano.
  3. Belgia miała się stać zapleczem gospodarczym Niemiec i podobnie jak Francja, Holandia, Dania, Austro-Węgry i... Polska (owo kadłubowe "królestwo", które Niemcy zamierzali utworzyć z części ziem polskich) wejść do powojennej "niemieckiej unii gospodarczej" nastawionej na ekonomiczny drenaż państw zależnych od Rzeszy.
  4. Co się zaś tyczy Wielkiej Brytanii, to miała ona uznać niemiecką potęgę morską i dominację militarną na Kontynencie, oraz zaakceptować utworzenie niemieckiego imperium kolonialnego z ziem należących do Francji, Belgii i Portugalii. Niemcy mieli swoisty "angielski kompleks", uważając się za gorszych od Anglików i jednocześnie starając się im dobitnie pokazać że mimo wszystko mogą z nimi skutecznie rywalizować jak równy z równym. Uważano też, że jeśli Niemcy szybko pokonają Francję, Wielka Brytania nie będzie miała powodów aby dalej toczyć wojnę i zapewne zawrze z Niemcami jakiś układ, na mocy którego dojdzie do akceptacji przez Londyn niemieckich aspiracji morskich, kolonialnych i mocarstwowych. Uważano, że sojusznik Niemiec z 1813 r. da się ostatecznie przekonać do pokoju na obopólnych korzyściach, niż dalej toczyć bezsensowną i przynoszącą jedynie straty wojnę. Tym bardziej, że niektórzy brytyjscy politycy oraz przemysłowcy widzieli duże korzyści płynące z sojuszu z Niemcami (np. brytyjski premier - William Gladstone w 1884 r. mówił otwarcie w Izbie Gmin: "Jeśli Niemcy mają stać się potęgą kolonialną, mogę tylko powiedzieć: "Z Bogiem". Stają się bowiem naszym sojusznikiem i partnerem w realizowaniu wielkich celów wytyczonych przez Opatrzność dla wydźwignięcia całej ludzkości".

20 maja 1915 r. (jeszcze przed opublikowaniem "Mitteleuropy" Friedricha Neumanna) ukazał się memoriał (był to już drugi memoriał tej grupy, pierwszy powstał 10 marca) przedstawicieli sześciu zrzeszeń gospodarczych, reprezentujących niemiecki ciężki przemysł i wielką własność ziemską, w którym stwierdzano oficjalnie, iż:

  1. Francuski pas graniczny, aż po wybrzeże Kanału La Manche i Sommę, musi znaleźć się w granicach Niemiec. Poza tym należy anektować Verdun, Belfort, Nancy i Longwy oraz zachodnie zbocza Wogezów. Francja zostałaby też obłożona kontrybucją wojenną i gospodarczo uzależniona od Niemiec.
  2. Belgia miała się stać satelitą Niemiec i całkowicie gospodarczo, politycznie i militarnie być uzależnioną od Wielkiej Rzeszy.
  3. W Rosji zaś miano uzyskać znaczne aneksje, mające wzmocnić niemieckie rolnictwo i możliwość ekspansji osadniczej dla niemieckiego chłopstwa. Aneksje te miały przebiegać na zachodniej części Królestwa Polskiego (Kongresówki) obejmując tamtejsze tereny do mniej więcej Łodzi, Częstochowy oraz Mławy włącznie, a także na Litwie i Łotwie mniej więcej do Kowna oraz Lipawy. Poza tym Rosja miała być również obłożona kontrybucją wojenną a niemiecki kapitał miał tam niepodzielnie dominować.  

20 czerwca 1915 r. grupa profesorów z niemieckich wyższych uczelni, przemysłowców, parlamentarzystów i właścicieli ziemskich, wystosowała memoriał do rządu Rzeszy, w którym domagano się tego samego, czego wcześnie pragnęli przedstawiciele niemieckiego przemysłu i pruskich junkrów i jedyne co dodawali owi niemieccy intelektualiści, to większą potrzebę opanowania ziem litewskich, oraz dominacji Niemiec i Austro-Węgier na Bałkanach oraz w Zatoce Perskiej. 







AUSTRO-WĘGRY
CZYLI - RATUJMY IMPERIUM
(1914 r.)


"Pełna bitewnego zapału armia oczekuje zadań, do których została powołana. Idziemy w bój ze świadomością, że to od nas zależy przyszłość cesarstwa. Jeśli powrócimy zwycięsko, to nie tylko podbijemy ościenne kraje, lecz także przywrócimy Austrii szacunek do samej siebie, tchniemy nowe życie w ideę imperium (...) Krew pulsuje nam w żyłach, rwiemy się ze smyczy. Miłościwy Panie! Daj nam sygnał!"

"Danzer'a Armee-Zeitung"
fragment artykułu z 7 stycznia 1909 r. 


Dla Austro-Węgier zbliżająca się wojna (oczywiście zwycięska) miała być lekarstwem i antidotum przed rozpadem Cesarstwa i triumfem narodowych i wolnościowych aspiracji ludów wchodzących w skład Monarchii Habsburgów. Nie brano w ogóle pod uwagę faktu, że owa wojna (nawet zwycięska) jedynie przyspieszy proces rozkładu i rozpadu państwa, gdyż Cesarstwo Austro-Węgierskie było już tak "przeładowane" różnymi narodami, że dodanie doń jeszcze kilku nowych mogło się skończyć tylko "piękną katastrofą". Najważniejszym kierunkiem ekspansji Monarchii Habsburgów były bez wątpienia Bałkany, a tam właśnie największym konkurentem Austrii pozostawała Rosja, z którą należało rozprawić się o ostateczny kształt powojennych granic Europy Południowo-Wschodniej. Zaraz po wybuchu Wojny, w sierpniu 1914 r. opracowany został memoriam autorstwa barona Leopolda Andrian-Werburga. Głównym celem tego memoriały było stwierdzenie, że po wojnie Monarchia Austro-Węgierska powinna znaleźć się wśród głównych światowych mocarstw, wśród których wymieniano: Niemcy, Wielką Brytanię i Rosję, a oto jak zamierzano zrealizować ten cel:

  1. Jednym z głównych celów Monarchii Habsburgów było zdobycie Polski (a konkretnie ziem polskich zaboru rosyjskiego). W tej sprawie pojawiły się trzy propozycje, które miały być następnie skonsultowane z Niemcami. Pierwszą możliwością było przyłączenie całego Królestwa Polskiego (czyli ziem Kongresówki, co należy podkreślać) do Monarchii. Druga możliwość polegała na podziale Królestwa pomiędzy Austrię i Prusy/Niemcy. Zaś Trzecia propozycja polegała na włączeniu części ziem Królestwa do Monarchii, zaś z pozostałych stworzenia marionetkowego polsko-litewsko-białorusko-kurlandzkiego państwa.
  2. Od Rosji bezpośrednio miano przyłączyć jedynie Wołyń i Podole, ale Ukraina pozostać miała po rosyjskiej stronie granicy.

W grudniu 1914 r. wyszło uzupełnienie owego memoriału, tyczące się Serbii i Bałkanów (o czym nie było mowy w części pierwszej). Oto jak miała wyglądać ekspansja habsburska w tamtym regionie:

  1. Serbia realnie straciłaby suwerenność i byłaby odtąd marionetkowym państewkiem zależnym od Wiednia, ale nabytki terytorialne kosztem Serbii miały być niewielkie, jedynie dwa przyczółki mostowe na Dunaju i Sawie, przyłączenie Belgradu i Sabaca oraz opanowanie strategicznych Żelaznych Wrót - wiodących w głąb kraju.
  2. Pojawiło się też uzupełnienie dotyczące Rosji, gdzie Andrian-Werburg brał pod uwagę również i możliwość oderwania od Rosji całej Ukrainy i zepchnięcia jej daleko na Wschód, nawet za Don (swoją drogą takie ogromne państwo Habsburgów nie przetrwałoby długo, gdyż zapełnione byłoby taką ilością różnych narodów, mających odmienne aspiracje, cele i kulturę, że nie dałoby się tego w żaden sposób ze sobą pogodzić - to byłaby beczka prochu, która tylko patrzeć kiedy wybuchnie. Wiedzieli o tym Węgrzy, którzy już w 1867 r. sprzeciwili się przyłączeniu Galicji do Węgier - twierdząc że "węgierski okręt jest już tak przeładowany, że z pewnością zatonie niezależnie od tego, czy się go obciąży cetnarem złota, czym Polacy z Galicji bezwzględnie są, czy cetnarem błota". Słowa te wypowiedział węgierski hrabia Gyula Andrassy). 
 
6 października 1915 r. już po zajęciu ziem Królestwa Polskiego przez Niemców i Austro-Węgrów, cesarsko-królewska Rada Koronna zajęła się planem powojennego ułożenia stosunków politycznych w regionach, w których Austriacy widzieli się dominującym graczem. Propozycje, jakie wówczas padały, można ułożyć następująco:

  1. Polska - czyli ziemie Królestwa zaboru rosyjskiego, miałyby w całości zostać przyłączone do Monarchii Habsburgów, z tym że Polacy powinni otrzymać jakieś "stanowisko odrębne" aby byli "zadowoleni", jednak nie zakładano powstania trialistycznego państwa Austro-Węgro-Polski i twierdzono że ziemie polskie powinny zostać przyłączone do Austrii, z tym tylko, że nadano by im jakąś formę autonomii wewnętrznej, podobnej do tej panującej w Galicji. Zdawano sobie jednak doskonale sprawę że sama Austria jest za słaba, aby wymóc takie rozwiązanie i bez zgody Berlina nie może ono wejść w życie. Poza tym nie ufano Polakom (hrabia Karl von Stürgkh stwierdził wręcz, iż: "Polak jest Polakiem i tylko Polakiem pozostaje, w 150 lat po przyłączeniu Galicji do Austrii Polacy nie są jeszcze Austriakami. Nie przeniknięci tradycjami tego państwa, obcy innym narodowościom, nie rozumiani także i przez nie, żyją oni własnym życiem").


Tak wyglądały cele wojenne Państw Centralnych, czyli Niemiec i Austro-Węgier w pierwszych kilkunastu miesiącach wojny (do końca 1915 r.), czyli przed wydaniem "Mitteleuropy" Friedricha Naumanna. W kolejnej części przejdę do prezentacji celów wojennych Państw Ententy (Rosja, Francja i Wielka Brytania), a następnie omówię samą "Mitteleuropę", po czym nadejdzie pora do opisania konkretnej realizacji wyznaczonych przez poszczególne państwa celów wojennych w praktyce. 




CDN.

sobota, 27 listopada 2021

"JESTEM KRÓLEM WASZYM PRAWDZIWYM, A NIE MALOWANYM..." - Cz. IX

CZYLI, JAK TO W POLSCE

NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?

 



 

KRÓL HENRICUS

Cz. V





 
 Po ucieczce Henryka Walezego do Francji, ogromna niepewność i niepokój zapanowała w Rzeczpospolitej która szybko obróciła się w złość wobec tych, którzy takiego króla sprowadzili i wybrali. Złość szlachty skupiła się przede wszystkim na senatorach, jako tych, którzy największe nadzieje w Henryku pokładali i którzy liczyli na uzyskanie nowych od niego godności. Wszędzie nawoływano do wszczęcia dochodzenia sądowego przeciwko senatorom (dostało się też Janowi Zamoyskiemu za to, iż od Henryka przyjął starostwo knyszyńskie). Wszędzie zadawano sobie pytanie: "Co to za król, który porzuca swoje królestwo?", dochodziło też do wzajemnych zajazdów, oskarżając się jeden drugiego o sprzyjanie Henrykowi (np. Uchański najechał Morszchę z Krasnegostawu, Pretficz wieś należącą do prymasa Jakuba Uchańskiego, Stefan Bielawski zajął wieś Zabieły należącą do Jana Zamoyskiego, Mikołaj Dorochajski zajechał Szerechów, a na przykład na Rusi ród Starzechowskich zajął zbrojnie starostwo drohobylskie). Jednak Francuzów - którzy jeszcze ostali się w Krakowie i którzy nie wiedzieli nic o ucieczce króla Henryka - odstawiono na Zamek i pilnowano, aby im się żadna krzywda nie działa, a następnie wystawiono im paszporty, by mogli swobodnie powrócić do swego kraju. Jeszcze 19 czerwca 1574 r. (czyli w ten sam dzień, w którym dowiedziano się o wyjeździe króla) szlachta posłała listy do Wielkopolski i na Litwę, celem powiadomienia o "niegodziwym odjeździe królewskim" i wezwania tamtejszych senatorów na zjazd do Krakowa. 

21 czerwca wysłano też listy do Wiednia (celem powiadomienia cesarza, że wyjazd Henryka podyktowany był śmiercią jego brata i potrzebą szybkiego objęcia francuskiego tronu. Pisano tam m.in. tak: "Osądziliśmy za rzecz słuszną, aby z powodów sąsiedztwa naszego, dana była Waszej Cesarskiej Mości wiadomość o wypadkach, które się u nas tych przeszłych dni zdarzyły (...) mamy bowiem u siebie za rzecz pewną (...) iż Najjaśniejszy nasz Pan bez wiedzy i woli naszej odjechał z królestwa; dostatecznie bowiem majestatowi Waszemu znana jest wierność i cześć, jaką zwykliśmy zachowywać ku naszym monarchom. Anibyśmy Najjaśniejszemu Królowi naszemu odmówili należytego poszanowania, jeśliby za naszą wiedzą brał przed się swój odjazd (...) ale się Król żadnemi rady nie dał odwieść od swego zamiaru. (...) O tem wszystkiem Waszą Cesarską Mość obszernie zawiadamiamy, naprzód, aby nas nikt nie obwiniał, żeśmy w czem uchybili naszemu Panu"). Wysłano też list do Henryka (który też przebywał wówczas w Wiedniu), w którym proszono go, by czym prędzej powrócił do królestwa i nie opuszczał swoich poddanych. Henryk z Wiednia posłał list do Krakowa, w którym pisał m.in. tak: "Nasz odjazd do Franyi był gwałtownie pilny, że się nie mogło ani ogłaszać go bez niebezpieczeństwa, ani dłużej zwlekać bez narażenia na klęskę owego obszernego królestwa, którego całość tak wielce jest Nam miła. Co się tyczy Naszego do Polski powrotu, o tem się chyba wtedy coś pewnego postanowi, gdy sprawy Francuskie, które nam obecnie na sercu leżą i do których śpieszymy, na to pozwolą. (...) Tymczasem pilno żądamy, iżby z woli Senatu i Stanu Rycerskiego przysłano ku nam do Francyi mężów mądrych a roztropnych, z obszernemi instrukcyami o wszystkiem, co się ściągać może do bezpieczeństwa i godności Naszego Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Tych posłów od was chętnie i ludzko przyjmiemy, i wespół z nimi będziemy się naradzać nad tem, aby z długiej (być może) nieobecności Naszej nie wynikły dla kraju jakie szkody. (...) Pisaliśmy też do Cesarza Tureckiego, iżby z tej strony nie spotkała was jaka klęska, lub niebezpieczeństwo. Nie opuścimy żadnego zdarzenia, iżby czuwać nad królestwem i wami wszystkiemi. Bądźcie zdrowi".

Tymczasem 28 czerwca marszałek wielki koronny - Andrzej Opaliński zwołał dla wielkopolskiej szlachty sejmik do Poznania. Stamtąd wysłano listy do Krakowa i do prymasa Uchańskiego (w tym drugim liście radzono, że pod nieobecność króla, to prymas powinien zwołać sejm, gdyż czas jest taki, iż Rzeczpospolita stanęła właśnie na rozdrożu). Małopolanie wkrótce odpowiedzieli, zapraszając wielkopolską szlachtę na zjazd do Krakowa, ale ci znów napisali że do Krakowa nie przyjadą, bo po pierwsze to "za daleko", a po drugie zapewne nie dotrą tam również i Litwini. Wkrótce potem pojawiły się dwa miejsca wspólnych zjazdów. Pierwsza propozycja - złożona przez Wielkopolan i Mazowszan, mówiła iż sejm miał się zebrać w Warszawie, dnia 24 sierpnia. Druga propozycja - autorstwa szlachty małopolskiej - wyznaczała wspólny zjazd na ten sam 24 sierpień, lecz do Lublina. Była też jeszcze i trzecia grupa, która twierdziła, że bez zgody króla prymas w ogóle nie może zwołać sejmu (taka możliwość pojawia się tylko w sytuacji gdy król umiera). Prymas Uchański długo więc nie mógł podjąć decyzji i konsultował się w tej sprawie zarówno z poszczególnymi senatorami, jak i wojewodami oraz kasztelanami. Tymczasem w całym kraju zaczęły się zbierać sejmiki ziemskie (szlachta sandomierska - 12 lipca w Opatowie, szlachta lubelska - 15 lipca w Lublinie, szlachta małopolska - 16 lipca w Krakowie, szlachta rawska - 20 lipca w Rawie, szlachta kujawska - 24 lipca w Brodnicy, szlachta wielkopolska - 26 lipca w Środzie, szlachta wołyńska i bracławska - 27 lipca w Łucku, szlachta chełmska i ruska - 28 lipca w Przemyślu, szlachta łomżyńska i różańska - 2 sierpnia w Łomży, szlachta płocka - 4 sierpnia w Raciążu i szlachta litewska - 9 sierpnia w Wilnie). Atmosfera na tych sejmikach była bardzo napięta, jedni drugim wyrzucali bowiem iż wkupywali się w łaski Henryka na niekorzyść Ojczyzny. Domagano się też czym szybszego zwołania sejmu konwokacyjnego (czyli sejmu obradującego w czasie bezkrólewia), a to z tej przyczyny, że wkrótce kończyło się zawieszenie broni z Moskwą, a poza tym nie było jasne jak w sytuacji królewskiej ucieczki zachowa się Turcja (o Tatarach nawet nie wspominając). Już przecież z Niemiec dochodziły pierwsze plotki, jakoby Polacy swojego króla z kraju wygnali, mogło więc powstać niekorzystne wrażenie w Europie i odbić się negatywnie na czci Rzeczpospolitej (m.in. z tego powodu Henryk Walezy, goszcząc u cesarza Maksymiliana II w Wiedniu, jak i potem w Wenecji - wszędzie głosił "chwałę Korony i Narodu Polskiego", tak, aby nie narażać królestwa - którego królem wciąż przecież pozostawał - na jakiekolwiek szkody wizerunkowe).




Na sejmikach wołano w kierunku senatorów: "Oddajcie nam naszego króla!", sugerując, iż magnatom na rękę jest stan bezkrólewia, gdyż w ten właśnie sposób władać mogą Rzeczpospolitą jako samowładni namiestnicy. Wołano bowiem: "Płonne to wasze nadzieje namiestnictwa, bo nikogo nad sobą nie ścierpimy, jeno Króla!" Pomstowano też na Henryka: "Któżby wierzył, iżby Książę, któregośmy dla jego cnót na Króla obrali, którego obyczaje i roztropność tak przypadły do serca narodu, rychło nas objeżdżał (...) wśród tylu tysięcy wyborców, powierzylim mu tak obszerne państwo, nasze mienie i życie. Tem ciężej nas dotyka jego odjazd, iż zostawił Rzeczpospolitą bez żadnej opieki, jako okręt na pastwę burzy bez kotwicy i steru. Jakże odtąd mamy wierzyć ojcowie synom, synowie rodzicom, sąsiedzi sąsiadom, jeżeli jest wątpliwą wiara takiego monarchy, nie słowy lub pismem utwierdzona, ale związana przysięgą. Takaż to jest opieka nad opuszczonym ludem? Za cóż mają mówić z urągowiskiem o Polsce, która aż dotąd godność swą zachować umiała, iż odprawiła swojego Króla?" Poza wszechobecnymi żalami i upomnieniami, oraz wyrzutami jedni na drugich, ostatecznie uzgodniono na sejmikach powołanie sądów kapturowych (czyli funkcjonujących w czasie bezkrólewia - bowiem z chwilą śmierci lub dłuższej nieobecności monarchy w kraju - sądy królewskie musiały zaprzestać swej pracy), uzgodniono zabezpieczenie granicy (szczególnie tej na południu i wschodzie) poprzez zwołanie pospolitego ruszenia województw najbardziej zagrożonych najazdem tatarskim, tureckim lub moskiewskim. Ostatecznie też - po długim namyśle i intensywnych naradach w gronie senatorów - prymas Jakub Uchański zwołał sejm konwokacyjny do Warszawy na dzień 30 sierpnia 1574 r. (w międzyczasie znów odbywały się zjazdy sejmikowe szlachty poszczególnych ziem, na których debatowano czy Henryk jest jeszcze królem Rzeczypospolitej, czy już nie jest, i należy rozpocząć nową elekcję) zaś jego marszałkiem wybrano kasztelana bieckiego - Stanisława Szafrańca.

W tym samym czasie (od września 1574 r.) Henryk Walezy przebywał już w Lyonie, gdzie królowa matka - Katarzyna Medycejska zorganizowała na jego cześć huczne festyny i turnieje. Król spędzał czas błogo, pływając łódką po Saonie i bawiąc się ze swoimi małymi lyońskimi pieskami (które kazał potem sprowadzać sobie z całego kraju, a jego ludzie wykradali te pieski nawet damom z ich domów, a także zakonnicom z klasztorów - gdy tylko padło podejrzenie że takowe psy tam przebywają), a także oczekiwał obiecanego transportu koni od księcia Mantui i konie te po kilku tygodniach wreszcie dotarły do Lyonu (miały na grzbiecie wypalony królewski znak lilii, aby nie było żadnych wątpliwości że należą one do Henryka). Również w Lyonie odwiedził Henryka sławny miłośnik przygód i awanturnik - Pierre de Bourdeille (zwany po prostu Brantôme). To właśnie on spisał informacje o królewskiej podróży z Krakowa przez Wiedeń, Wenecję i Mantuę do Lyonu. Ten francuski poeta, był jednocześnie gorącym kochankiem (miał prawdziwe haremy jawnych i mniej jawnych dam, z którymi sypiał), wiele też podróżował (do Włoch, na Maltę, do Hiszpanii, do Anglii, odprowadził też Marię Stuart z Francji do Szkocji w sierpniu 1561 r., a poza tym lubił wdawać się w awantury i często pojedynkował na szpady, a przez krótki czas był nawet korsarzem na Morzu Śródziemnym - zatem miał dość bujny życiorys. W Lyonie przybyła wówczas także (należąc do dam dworu królowej Katarzyny Medycejskiej) siostra Brantôme'a - mademoiselle Madeleine de Bourdeille, która ewidentnie starała się przyciągnąć ku sobie wzrok Henryka (jej brat nie miał o niej dobrego zdania, ale on przecież również nie należał do świętoszków). Mówiono we Francji, że kobiety, takie jak mademoiselle de Bourdeille: "Błagały miłosierdzia Boskiego, aby im były darowane grzechy, popełnione z królami, książętami, kardynałami, szlachtą, biskupami, opatami, przeorami, poetami i całym szeregiem innych szczęśliwców" (panna de Bourdeille nigdy nie wyszła za mąż i zestarzała się na królewskim dworze za panowania Henryka IV Burbona, a pewnego razu - już jako starszą matronę - wypatrzył ją tam poeta Agrippa d'Aubiegne, gdy siedziała wraz z dwoma innymi pannami w jej wieku na ławce w królewskim ogrodzie i stwierdził że wszystkie one razem mają 140 lat, a gdy owe damy spostrzegły przyglądającego się im młodzieńca i zapytały go, czemu się tak im przypatruje, ten odrzekł z ironią w głosie: "Madame, podziwiam starożytności naszego królewskiego dworu" 😄).

Panna de Bourdeille starała się więc przykuć uwagę króla, który w tym czasie przeżywał żałobę, gdyż właśnie zmarła w połogu - 30 października 1574 r. - jego kochanka - którą musiał opuścić wyjeżdżając do Polski - Maria de Cléves, księżna Condé. Miała wówczas zaledwie 21 lat. Król ją opłakiwał i nawet kazał sobie przyszyć do ubrania oznaki żałoby (w tym trupie główki i krzyż boleści, który nosił jako kolczyk w uchu), ale królowa matka była niechętna tak publicznie deklarowanym oznakom żałoby wobec kochanki (w końcu żony innego mężczyzny) i kazała usunąć te wszystkie oznaki żałoby z jego ubrań oraz butów. Henryk szybko to zaakceptował i znów rzucił się w wir zabaw (trwoniąc pieniądze pożyczone od weneckich bankierów). Zaś w połowie listopada opuścił wreszcie Lyon i udał się do Awinionu, gdzie nocami oddawał się tańcom, zabawom i seksualnym figlom, zaś dni spędzał w tamtejszym klasztorze jezuitów, w którym nawet zapisał się do bractwa pokutników i namówił do tego również męża swojej siostry Małgorzaty de Valois (zwanej po prostu "Margot") - Henryka III Burbona, króla Nawarry (późniejszego króla Francji - Henryka IV), przebywającego wówczas "w złotej klatce" na dworze Walezjuszów w Paryżu (jego siedzibą był Luwr), będąc oficjalnie w gościnie, a realnie więźniem królowej matki (która kazała go zatrzymać po Nocy św. Bartłomieja - 23/24 sierpnia 1572 r., jako niebezpiecznego pretendenta do francuskiego tronu). Zarówno Henryk Burbon, jak i jego małżonka nie byli sobie wierni i "nałogowo" wręcz się zdradzali (zresztą seksualna namiętność to było jedyne, na co mu wówczas zezwalano w Paryżu Henrykowi). Katarzyna Medycejska starała się również przekonać córkę, aby ta wyznała, iż Henryk "nie jest mężczyzną" (czyli, że nie sypiał z nią w jednym łożu i tym sposobem nie doszło do skonsumowania małżeństwa), co byłoby podstawą do wszczęcia rozwodu. Małgorzata jednak na to się nie zdobyła (zresztą prawie cały dwór wiedział że Henryk sypiał z Małgorzatą i nie była to wcale żadna tajemnica), ale za to z przyjemnością przyprawiała swemu małżonkowi rogi (jednym z jej kochanków był np. Ludwik de Bussy d'Amboise, który pisywał do niej miłosne wiersze i był ponoć "eleganckim, subtelnym i błyskotliwym" kochankiem, a jednocześnie typem zawadiaki i nieustraszonego żołnierza, który chętnie wdawał się w pojedynki na szpady i kilkukrotnie walczył z paroma przeciwnikami na raz. Małgorzata obsypywała go - prócz pocałunków - najróżniejszymi podarkami i wychodziła z przekonania, że skoro zarówno jej bracia, jak i małżonek mogą sypiać z kim chcą, to i ona może czynić tak samo). Tak więc mijały dni i tygodnie po powrocie Henryka Walezego do Francji.




A tymczasem w Polsce - 30 sierpnia 1574 r. zebrał się sejm konwokacyjny (ponieważ jednak szlachta zjeżdżała się powoli i wciąż oczekiwano na senatorów i posłów z dalszych województw kraju, zatem oficjalne obrady rozpoczęły się dopiero 10 września). Pierwsze pytanie, jakie szlachecka brać zadała senatorom po otwarciu sejmu, brzmiało: "Czy mamy jeszcze króla?"...





PS: Jako ciekawostkę jeszcze nadmienię, że to właśnie Henryk III Walezy rozpowszechnił we Francji sztućce używane podczas spożywania posiłków (głównie zaś noże i widelce). Zatem stwierdzenia, które padły w 2016 r. gdy Polska zrezygnowała z zakupów francuskich helikopterów typu "Caracal" i wówczas powstał swoisty klincz dyplomatyczny z tego powodu na linii Warszawa-Paryż - to Bartosz Kownacki z Ministerstwa Obrony Narodowej stwierdził, że: "To my uczyliśmy Francuzów jeść nożem i widelcem"; i rzeczywiście, jest w tym dużo prawdy, gdyż choć noże i widelce były znane we Francji od dawna, to jednak prawie się nimi nie posługiwano i dopiero po powrocie do Paryża, Henryk Walezy wprowadził taką właśnie "modę dworską" która szybko się przyjęła po kraju i... trwa po dziś dzień 😉.

PS2: Zresztą nie była to jedyna nowinka, którą przywiózł z Polski francuski monarcha, gdyż kolejną takową były... toalety, a raczej wychodki, których brakowało w zamkach znad Loary i Rodanu, zaś nad Wisłą, Odrą, Bugiem, Niemnem i Dnieprem była to oczywistość (i to nie tylko na Zamku Królewskim na Wawelu, ale również w innych magnackich i szlacheckich posiadłościach). Francuzi bowiem nie budowali na zamkach toalet, ponieważ uważali że wypróżnianie się jest tak podłą czynnością, iż człowiek nie powinien się na tym skupiać, ani też przeznaczać ku temu żadnych pomieszczeń - czego efektem był potem wielki smród, jaki panował po zamkach, gdyż dworacy musieli przecież gdzieś się wypróżnić, a biegać na zewnątrz w zimie nie każdemu się chciało. Sikano więc i defektowano do kominków lub w ciemniejsze kąty korytarzy, a służba potem chodziła i zbierała te "pozostałości" po swoich panach i paniach. Aby zaś zabić wszechobecny odór, wszędzie wokoło rozpylano pachnidła (stąd po dziś dzień Francja pozostaje perfumeryjną stolicą świata). Gwoli ścisłośi należy jednak dodać, że tak nie było w średniowieczu, gdzie wychodki normalnie budowano we francuskich zamkach, ale potem przyszło jakieś dziwne odrętwienie i uznano że defekacja to "nie brzmi dumnie", a wychodki psują pałacową architekturę i... przestano je budować.       
 


0:40 - "TO JEST NOCNIK, DURNIU!"
"TO TYLKO W NOCY Z NIEGO PIĆ MOŻNA?"
"HETMAN POTOCKI DO NIEGO SZCZAŁ, I SRAŁ!"
"ŁŻESZ, NAWET PIES SZCZY NA DWORZE" 😀

 
 
 
CDN.
 

środa, 24 listopada 2021

NIEWOLNICE - Cz. LVII

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI

 
 


 

HISTORIA TRZECIA

SARAH

NIEWOLNICA SEKSUALNA

Cz. IV






 
 MIEJSCE ZWANE MIŁOSIERDZIEM
 
 
 Lotnisko Schiphol wydawało mi się olbrzymie. Jest co prawda dopiero piąte w Europie pod względem wielkości - a w bardziej szczegółowych rankingach międzynarodowych plasuje się jeszcze niżej - ale zbudowano je tak, że tego nie widać. W odróżnieniu od innych głównych lotnisk terminale odlotów i przylotów - a są trzy - mieszczą się w jednym potężnym gmachu. Każdego roku przez Schiphol przewija się prawie pięćdziesiąt milionów pasażerów, którzy nieustannie przemieszczają się z jednego końca terminalu na drugi w poszukiwaniu bramki odlotów, jedzenia czy osoby, która na nich czeka. Gdyby spojrzeć na lotnisko z góry, musi wyglądać jak wielkie mrowisko, w którym trwa nieustanne poruszenie.

Był wrzesień 1995 roku. Ja, Sarah Forsyth z Gateshead, stałam wśród tych tysięcy ludzi z całego świata. Byłam w moim najlepszym ubraniu, miałam staranny makijaż, byłam podniecona i, kiedy przechodziłam przez rękaw, który łączył samolot z halą przylotów, trochę zdenerwowana. Ten dzień - dzień jak co dzień dla tysięcy innych pasażerów - miał być dla mnie pierwszym dniem nowego życia. 

Wszystko zaczęło się kilka tygodni wcześniej. Chris i ja w końcu się rozstaliśmy. Bez goryczy, bez ostrych słów, po prostu oboje zdaliśmy sobie sprawę, że nie jesteśmy sobie pisani i że im bardziej będziemy próbować, tym mocniej będziemy sobie grać na nerwach. Widzieliśmy tylko jedno wyjście, więc bez zbędnych ceregieli podjęliśmy decyzję. Mimo wszystko towarzyszyło mi odczucie, że poniosłam bliżej nieokreśloną porażkę. Mój pierwszy dojrzały związek nie wypalił, a cudowny dom, miejsce, o którym marzyłam przez wszystkie zimne, samotne lata w domu dziecka, miał zostać sprzedany. Byłam potwornie, potwornie smutna. Jednak wiedziałam, że muszę się z tym pogodzić. Poszłam do naszej spółdzielni mieszkaniowej i powiedziałam, że chcemy sprzedać dom i spłacimy hipotekę, jak tylko wpłyną pieniądze. Później pojechałam do mamy. Nie czułam się gotowa, żeby szukać samodzielnie kolejnego lokum, poza tym nie byłam pewna, ile potrwa sprzedaż. Wcześniej nie mogłam sobie pozwolić na zaliczkę, a już z pewnością nie mogłam myśleć o nowym kredycie, który musiałabym zaciągnąć samodzielnie. Więc postanowiłam wprowadzić się do mamy. Nie myślcie, że któraś z nas była tą koniecznością zachwycona. Nie przeżyłam z mamą większej części życia, poza tym wiedziałam, że uważa mnie za trudną i upartą. Kazała mi obiecać, że tym razem będę się porządnie zachowywać - żadnego włóczenia się po nocy, żadnych dzikich imprez. Byłam tak szczęśliwa, że się zgodziłam. Nie ciągnęło mnie do mężczyzn, a poza tym postanowiłam, że czas wreszcie uporządkować swoje życie. Ale mimo wszystko złościło mnie, że jestem traktowana jak niegrzeczne dziecko, które za karę zostaje w szkole po lekcjach, kiedy inni uczniowie mogą wrócić do domu. No i, słusznie czy nie, w dalszym ciągu w dużej mierze winiłam mamę za to, co robił mi tata. W każdym razie mama zgodziła się, żebym się do niej wprowadziła. 

Tym razem nie zmienił się jedynie mój adres. Miesiąc przed rozstaniem z Chrisem zaproponowano mi pracę ze starszymi ludźmi w domu opieki. Przyjęłam ją. Patrząc wstecz, nie bardzo wiem, dlaczego to zrobiłam. Uwielbiałam opiekować się dziećmi i chociaż starsi ludzie byli cudowni, a miejsce, w którym pracowałam, dość przyjemne, jakoś oddaliłam się od obowiązków, które sprawiały mi prawdziwą radość. Opieka nad dziećmi to coś innego niż sprzątanie po staruszkach, którzy mają problemy z nietrzymaniem moczu. Owszem, oni też potrzebowali pomocy i na ogół okazywali ogromną wdzięczność za wszystko, co robiłam, ale nie mogłam poradzić sobie ze świadomością, że mają swoje życie - dzieci i rodziny, a jednak musi się o nich troszczyć ktoś obcy, komu za to płacą. Może było to wynikiem zamieszania i smutku z powodu zerwania z Chrisem i sprzedaży domu. Bardzo prawdopodobne, że cały czas towarzyszyła mi trauma z powodu aborcji. Może wydawało mi się, że gdzie indziej trawa jest bardziej zielona albo że potrzebna mi zmiana miejsca. Nie ulega wątpliwości, że życie z Chrisem stawało się coraz bardziej klaustrofobiczne. Zmiana pracy też nie pomogła. Nadal byłam smutna i miałam poczucie porażki, tęskniłam do dzieci.

Razem wziąwszy, po kilku tygodniach mieszkania u mamy wrażenie klaustrofobii zamiast maleć, jeszcze się spotęgowało. Czułam się uwięziona, bezużyteczna i żałosna. Gateshead wydawało mi się małe i ograniczające, moja praca - nudna i niesatysfakcjonująca. Aż pewnego dnia zobaczyłam ogłoszenie. Zamieszczono je w jednej z codziennych gazet, które przynoszono mamie do domu. Nie mogę sobie dzisiaj przypomnieć, jaki nosiła tytuł. Na pewno był to jakiś brukowiec. Ogłoszenie obwiedziono małą ramką, w osobnej kolumnie, dzięki czemu wyróżniało się wśród pozostałych. Kiedy je zobaczyłam, pomyślałam, że moje modlitwy zostały wysłuchane. W małym polu widniały słowa: "Poszukiwana pielęgniarka do pracy w żłobku za granicą. Możliwość zakwaterowania". Przeczytałam je raz, ale nie bardzo do mnie docierało. Wydawało się to zbyt piękne, żeby było prawdziwe - praca, którą kocham, z dala od Gateshead i wszystkich związanych z nim wspomnień.




Wyglądało to tak idealnie, że bałam się, że wszystko sobie wymyśliłam. Bałam się, że jeżeli oderwę wzrok od małej ramki, słowa - wraz z obietnicą, którą niosły - znikną. A jednak usiadłam spokojnie na kanapie w salonie, zamknęłam oczy, wzięłam głęboki oddech i otworzyłam je znowu, pragnąc, żeby ogłoszenie nadal było w gazecie. Było. Przez następną godzinę czytałam je na okrągło. W końcu chwyciłam gazetę i zabrałam ją do kuchni, żeby pokazać mamie. Na niej jednak nie zrobiło wrażenia, co mnie zdenerwowało. Nie umiała dostrzec wszystkich wspaniałych możliwości, które otwierały się przede mną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pod warunkiem, że skorzystam z tej niebywałej okazji. Doskonale widziała za to wszystkie minusy i bardzo szczegółowo zaczęła mi je opisywać. Miałam dopiero dziewiętnaście lat. Przeżyłam wieloletnie molestowanie, mieszkałam w domu dziecka, miałam za sobą dwa nieudane związki i aborcję. Dopiero co zaczynałam stawać na nogi... Aha, a wspomniała już, że mam dopiero dziewiętnaście lat? Przecież w tym wieku jest się jeszcze dzieckiem.

Co wiedziałam o firmie, która je zamieściła? Jacy ludzie szukają pielęgniarki, dając ogłoszenie w szmatławcu? Za granicą? Co, do licha, wiem o pracy za granicą? Nie znam słowa w żadnym obcym języku. W tym wszystkim było coś nie tak, nieodpowiedniego dla mnie. Zapomnij, Sarah. Skup się na tym, żeby uporządkować swoje życie tutaj, na miejscu. Ale ja nie miałam żadnego życia. Pojawiła się przede mną cudowna okazja, żeby wszystko odmienić. Był to dar losu, który jak nic mi się należał i miałam zamiar chwycić go w obie dłonie. Kłóciłyśmy się z mamą zaciekle. Sprzeczałyśmy się cały tamten dzień, do później nocy. Moja młodsza siostra stanęła po stronie mamy, nawet mój brat wyraził opinię, że wszystko to brzmi zdecydowanie podejrzanie. Im bardziej mnie ostrzegali, tym bardziej obstawałam przy swoim i tym mocniejsze miałam postanowienie, żeby skorzystać z tej okazji bez względu na wszystko. U dołu ogłoszenia podany był numer telefonu. Kiedy go wybierałam, wiedziałam, po prostu wiedziałam, że w tej chwili moja passa się odmieni. 

Głos po drugiej stronie słuchawki okazał się całkiem miły. Odebrał mężczyzna, który przedstawił się jak John Reece i potwierdził, że szuka wykwalifikowanej pielęgniarki z doświadczeniem do żłobka, z którym był powiązany. Czy mam odpowiednie kwalifikacje, bo nie ma czasu na rozmowy kwalifikacyjne z kimś, kto ich nie posiada? Odebrałam to jako kolejny dobry znak. Z dumą poinformowałam go, że posiadam dyplom NNEB (National Nursery Examination Board) ze szkoły w Gateshead. Mężczyzna był wyraźnie pod wrażeniem. Spytał, jakie mam doświadczenie, więc szczegółowo opowiedziałam o miejscach, w których pracowałam i o dzieciach, którymi się opiekowałam. Wydawał się usatysfakcjonowany moimi odpowiedziami. Następnie spytał, ile mam lat i czy mam paszport. Będzie mi potrzebny, bo - jak zaznaczono w ogłoszeniu - żłobek nie znajdował się w Wielkiej Brytanii, a w Amsterdamie. Od razu mi się to spodobało, więc mu to powiedziałam. Wyjaśniłam też, że chociaż mam dziewiętnaście lat, wyjeżdżałam już za granicę i mam ważny paszport. Rozmowa się ciągnęła, a ja z dreszczem podniecenia zorientowałam się, że najwyraźniej zaimponowałam Johnowi. Powiedział, że wszystko, czego się dowiedział, brzmi obiecująco. Po pół godzinie zadał mi kilka osobistych pytań - jak wyglądam, czy jestem czysta i schludna, jak się zwykle ubieram, czy lubię wychodzić wieczorami i czy uważam się za intro- czy ekstrawertyczkę. Powiedział, że musi uzyskać te wszystkie informacje, ponieważ znalezienie pielęgniarki, która ma się opiekować cudzymi dziećmi, wiąże się z ogromną odpowiedzialnością i chce mieć pewność, że się nadaję. Poprosił mnie, żebym dostarczyła referencje od obecnego i poprzedniego pracodawcy i zakończył rozmowę, mówiąc, że za kilka dni skontaktuje się ze mną jego asystentka i powiadomi mnie, czy dostałam posadę. Kiedy odkładałam słuchawkę, byłam pewna, że dobrze mi poszło i że całkiem możliwe, że dostanę pracę moich marzeń. Pobiegłam z powrotem do pokoju i pochwaliłam się mamie. Zmierzyła mnie spojrzeniem, które dosadnie wyrażało, że ma mnie za idiotkę.




Zgodnie z zapowiedzią Johna Reece’a zadzwoniła do mnie jego asystentka. Odezwała się któregoś wieczoru, kiedy wróciłam z pracy z domu opieki. Powiedziała, że otrzymali moje referencje i że są imponujące. I że ma dobrą wiadomość. Dostałam pracę. Byłam wniebowzięta. Udało mi się! Miałam zacząć nowe życie w niewiarygodnie ekscytującym mieście, wykonując pracę, którą uwielbiam. Myślałam, że eksploduję ze szczęścia. Asystentka Johna wydawała się bardzo miła. Już w chwili, kiedy odbierałam telefon, miałam wrażenie, że nadajemy na tych samych falach. Powiedziała, że sama jest z wykształcenia pielęgniarką i opowiedziała mi o żłobku. Umowa o pracę miała być na początek na sześć miesięcy z możliwością przedłużenia, jeżeli się sprawdzę. Poinformowała mnie, jaką będę otrzymywać pensję. Kwota nie była zawrotna, ale kobieta wyjaśniła, że nie będę płaciła za mieszkanie. Dostanę własny pokój w mieszkaniu w centrum miasta wraz z innymi osobami, które zatrudnił wcześniej John. Poza tym obiecała, że osobiście wyjedzie po mnie na lotnisko, zawiezie mnie do mieszkania i pomoże mi się zaaklimatyzować przed pracą, którą rozpocznę następnego dnia. Wszystko, co powiedziała, sprawiło, że ogarniało mnie coraz większe podniecenie.

Asystentkę Johna nazwę Sally. Nie jest to jej prawdziwe imię. Długo się zastanawiałam, czy powinnam je zdradzić. Nie ma żadnych prawnych przeszkód, żebym to zrobiła i wiele osób może być zaskoczonych - biorąc pod uwagę to, co się potem wydarzyło - że postanowiłam ją chronić i użyć pseudonimu. Mam powody, żeby tak postąpić. Po przeczytaniu dalszego ciągu historii będziecie mogli ocenić, czy waszym zdaniem są słuszne. Sally poinformowała mnie, że pracę zacznę z początkiem września i że wkrótce prześle mi bilet na samolot do Amsterdamu. Ponieważ miałyśmy się zobaczyć dopiero kiedy dotrę na Schiphol, poprosiła mnie, żebym opowiedziała, jak wyglądam. Zrobiłam to. Podałam, ile mam wzrostu, jakiego koloru mam włosy i oczy, w co będę ubrana. Ona opisała siebie - mniej więcej, ale byłam pewna, że ją jakoś rozpoznam. 

Do wyjazdu zostało tylko kilka tygodni, ale dni wlekły się niemiłosiernie. Byłam nieustannie podniecona, zdeterminowana, żeby zostawić za sobą dawne życie. I gorączkowo przebierałam nogami, żeby poznać Amsterdam. Nigdy nie byłam w Holandii, więc poszłam do biblioteki i pożyczyłam przewodniki, które opisywały wszystko, co można by chcieć wiedzieć o Amsterdamie. Zaskoczył mnie fakt, że chociaż miasto to jest stolicą Holandii - czy Królestwa Niderlandów, jak oficjalnie nazywa się ten kraj - nie ma tam siedziby holenderskiego rządu ani najważniejszych organizacji - policji, sądu i wszystkich zagranicznych ambasad, które mieściły się w oddalonej o prawie sto kilometrów Hadze. Z tego, co pisano w książkach, Amsterdam jest głównie ośrodkiem kulturalnym i biznesowym. No i, przede wszystkim, popularnym miejscem turystycznym. Nazywa się go Wenecją Północy i jest piątym najczęściej odwiedzanym miastem w Europie, zwłaszcza przez Brytyjczyków. Studiowałam przewodniki i fotografie. Zakochałam się w architekturze - siedemnastowieczne drewniane budynki wzniesione przy czterech słynnych półkolistych kanałach sprawiały wrażenie żywcem wyjętych z baśni Hansa Christiana Andersena. Wyobrażałam sobie, że mieszkam w jednym z nich, jeżdżę do pracy na rowerze ścieżkami wzdłuż kanałów, jak każdy prawdziwy mieszkaniec Amsterdamu. Uśmiechnęłam się, czytając nieśmiałe wzmianki o dwóch największych atrakcjach turystycznych miasta - kawiarniach, które półlegalnie sprzedawały marihuanę i haszysz, i niesławnej Dzielnicy Czerwonych Latarni, w której setki prostytutek bezwstydnie kuszą klientów przez wysokie szyby. Nigdy nie próbowałam narkotyków, a Dzielnica Czerwonych Latarni wydała mi się wyjątkowo zapuszczona. Ale przewodniki podkreślały, że Amsterdam jest miastem tolerancji i wolności. Miał nawet motto: "Dzielni, zdecydowani, miłosierni". A skoro rząd holenderski od lat pozwalał na funkcjonowanie kawiarni i kontrowersyjnych okien wystawowych, jakie miałam prawo krytykować? 

Mama, oczywiście, na wszystko patrzyła inaczej. Była coraz bardziej zdenerwowana moim wyjazdem z Gateshead i wątpiła, czy jestem wystarczająco dojrzała, żeby poradzić sobie w mieście tak barwnym i potencjalnie niebezpiecznym jak Amsterdam. Zamartwiała się też moimi odpowiedziami za każdym razem, kiedy zaczynała temat. Słusznie uważała je za naiwne i płytkie. Narkotyki, prostytucja, pokusy nocnego życia wielkiego miasta... W ciągu ostatnich paru lat zdążyłam się kilka razy nieźle zakręcić, w dodatku w miejscowości względnie bezpiecznej, jaką było Gateshead. Jak pomyśli, co się, do cholery, stanie, kiedy znajdę się z dala od jej dyscypliny i wpływu? Skończy się tym, że będę balować całymi nocami, palić zioło (jak trafnie je nazywała) i w końcu mnie zwolnią z pracy za złe wypełnianie obowiązków. A potem, oczywiście, będę chciała, żeby to ona mnie ratowała.

- Wielkie dzięki, Sarah, ale dość już miałam problemów z twoim ojcem, molestowaniem, twoim domem dziecka i całą resztą. Muszę myśleć o twojej siostrze i bracie. Może zastanowiłabyś się, jak oni się czują? 

Oczywiście, nie słuchałam. Nie mogłam. Zatykałam uszy. Oczy zaślepiała mi pełna blasku przyszłość, która czekała na mnie w Amsterdamie, Wenecji Północy. Powiedziałam więc mamie, że będę zupełnie bezpieczna.

- Nie zamierzam spędzić dużo czasu w Dzielnicy Czerwonych Latarni - w moim głosie słychać było sarkazm, kiedy wypowiadałam to zdanie - i absolutnie nie interesują mnie narkotyki ani kawiarnie, które nimi handlują. A jeżeli chodzi o brata i siostrę. Cóż, może po prostu mi zazdroszczą. 

Ale żadne moje słowa nie były w stanie przekonać mamy, że naprawdę będę tam bezpieczna. Życie z ojcem przez te wszystkie lata uzmysłowiło jej brutalną prawdę, że bez względu na to, jak dobre intencje ma kobieta, źli mężczyźni potrafią tak manipulować, żeby zawsze zdobyć to, czego chcą. Z doświadczenia wiedziała, że to, czego na ogół chcieli, sprowadzało się do pieniędzy i seksu. A jeżeli jeszcze dodać do tej mieszanki narkotyki, zwłaszcza legalny handel nimi... Dopiero teraz rozumiem, dlaczego wychodziła z siebie ze zmartwienia. 

Już w drodze na lotnisko zatrzymała samochód, odwróciła się do mnie i usiłowała mi powiedzieć, że jeszcze nie jest za późno, że nie muszę jechać. Mogę zostać u niej, wrócić do starej pracy i, ciężko harując, odbudować moje życie w Gateshead. Ale nie słuchałam. Nie chciałam odbudowywać starego życia. Chciałam wieść całkiem nowe, ekscytujące życie w jednym z najbardziej czarujących miast na świecie. W miejscu, które niosło obietnicę i możliwości; miejscu, którego motto mówiło o miłosierdziu.
 


 
CDN. 
  

poniedziałek, 22 listopada 2021

GWAŁT - CZY NIEODZOWNY ELEMENT KOBIECEGO LOSU? - Cz. XXV

NAJWAŻNIEJSZE I (NIEKIEDY)

NAJBRUTALNIEJSZE PRZYPADKI

GWAŁTÓW W HISTORII

 



 

145 r. p.n.e.

GWAŁT NA WESELU

Cz. XI






 
BÓG Z ODLEGŁEJ KRAINY
Cz. XI
 
  
 Założyciel XXX Dynastii - Cheperkare Nektanebo I (który pierwotnie nosił imię Nechtenebef i pomimo późniejszych prób powiązania go z władcami poprzedniej dynastii - szczególnie z Achorisem - był zapewne niezwiązanym z XXIX Dynastią synem generała Dżedhora z Sebennytos, osiadłym w "Mieście Tota", czyli w Hermopolis, a po ojcu dziedziczącym stanowisko dowódcy tamtejszego garnizonu) po obaleniu i zabiciu Neferitesa II (syna Achorisa, który panował zaledwie cztery miesiące w roku 379 p.n.e.) oraz jego nieletniego synka - Neferitesa III, sam wstąpił na tron i zaraz koronował się w "Mieście Gęsi", czyli świętym Sais. Sam Nektanebo pochodził zaś z Hermopolis (czyli "Per-Dżehuti" jak brzmiała egipska nazwa tego miasta) z XV nomu Delty i choć przeniósł się do Sais (IV nom Delty) i tam zamieszkał, do końca pozostał wierny bogom swego rodzinnego miasta (Totowi i bogini Nehemet-auai). Zaraz na początku swego panowania (listopad 379 r. p.n.e.) sformułował program rządów, który sprowadzał się do stwierdzenia, iż: ocali świątynie, ochroni Egipt przed nieprzyjaciółmi "rozpłata serca nędznikom, dobro zaś uczyni tym, którzy mu wierność dochowają i ci tylko spać mogą w spokoju, zarówno w dzień, jak i w nocy, gdyż serca ich przepełnia wspaniałość czynów jego", poza tym deklarował że we wszystkich sprawach świątynnych będzie zasięgał rady kapłanów, ołtarze bogów zapełniał ofiarami i kadzidłem i pomnażał bogactwo świątyń. W Sais uznał się oficjalnie za syna Neit - wojowniczej patronki miasta, która pierwotnie (jeszcze w swym starym wcieleniu, jako pra-bogini - "Niebiańska Krowa") zrodzić miała Słońce. Oddał też hołd Ozyrysowi - "Panu Wieczności" (który również był opiekunem Sais i miał tam swoją świątynię). Wprowadził też nowy 10-procentowy podatek od wszystkich towarów importowanych ("Wszelkiej rzeczy, jaką z Morza Jonów przywożą, i opłatą dla skarbca w mieście zwanym Hent obkładają" - jak zapisano na steli z czarnego granitu, ustawionej w Naukratis) oraz produkcji własnej wyrobów i surowców ("Takoż dziesięcinę od złota, srebra i wszystkiego, co wyrabiają w Naukratis, nad brzegiem rzeki Anu, a z czego biorą opłatę dla skarbca; za ofiary te niechaj co dnia i po wieki poświęcają wołu jednego, gęś jedną, dzbanów wina pięć") dla świątyni bogini Neit ("Reszta jest zaś dla skarbca matki mojej Neit, gdyż ona nad morzem Panią jest").

Początek rządów pierwszego władcy z XXX Dynastii był pomyślny dla kraju. Faraon Nektanebo mianował swym pierwszym ministrem kapłana ze świątyni w Bahbit imieniem Horsiese, który dbał o rozwój gospodarki kraju. Egipt rozkwitł ponownie i choć dalekom mu było jeszcze do renesansu z czasów saickich (XXVI Dynastia) to jednak prosperita była widoczna, a wraz z nią przyszło również odrodzenie narodowe, zaś prawie dwudziestoletnie rządy Nektanebo I bardzo temu dopomogły. Już w 378 r. p.n.e. faraon odbudował świątynię Horusa w Edfu (patrona Egiptu i władzy faraonów), w 376 r. p.n.e. ponownie otworzył kamieniołomy w Hammamat, w roku następnym kamieniołomy w Tura, a w 373 r. p.n.e. w rejonie Amarny. Ok. 375 r. p.n.e. wzniósł wspaniałą świątynię bogini Nehemet-auai (małżonki boga Tota) w Hermopolis, pod nazwą "Domu Chemenu" (Chemenu - czyli miasto ósemki bogów, Ogdoady), a tamtejszych kapłanów obdarzył znacznymi przywilejami podatkowymi, rozbudował tam też świątynię Tota. Odnowiono dawne święta, a kraj przeżywał okres prawdziwej prosperity (choć jednocześnie władca nakładał na poddanych wciąż nowe podatki). Ale w tym właśnie czasie nad Egiptem zaczęły się zbierać czarne chmury, częściowo również z winy samego Nektanebo. Oto bowiem, pragnąc odrodzić ducha Egiptu, zaczął wchodzić w konflikt z Grekami, szczególnie tymi, osiedlonymi w emporii handlowej w Naukratis. Spowodowało to tylko niepotrzebne zadrażnienia, ale ponieważ Egipcjanie uważali Greków (i innych przybyszy) za barbarzyńców (czemu często dawali wyraz, odmawiając np. spożywania posiłków w towarzystwie Greków lub Żydów), siebie samych zaś za kontynuatorów pradawnej kultury, przeto taka polityka na krótką metę być może zyskiwała władcy poparcie poddanych, ale realnie była bardzo niebezpieczna dla kraju. Już bowiem zimą (380/379 r. p.n.e.) do Aten powrócił sławny strateg - Chabrias (ten sam, który był autorem zwycięstwa nad Persami podczas ich inwazji na Egipt, z lat 385-383 p.n.e.), zaś już w 379 r. p.n.e. Królowi Królów - Artakserksesowi II udało się przyciągnąć do siebie równie sławnego wodza ateńskiego - Ifikratesa, który miał zreformować perską armię przed ponownym atakiem na Egipt. Nektanebo I miał jednak dużo szczęścia, bowiem Grecy, którzy wraz z Ifikratesem przybyli do Syrii (gdzie gromadziła się perska armia inwazyjna), długo nie mogli dojść do porozumienia z perskimi strategami i stąd inwazja z roku na rok była odraczana. Fatalna wyprawa na zbuntowanych Kadusjów z lat 379-378 p.n.e. (w czasie której perska armia została tak osłabiona walkami podjazdowymi z tym ludem - toczonymi na bardzo ciężkim, górzystym terenie - że w czasie swego powrotu przypominała bardziej pochód zombie, niż wojsko Króla Królów. Zresztą sam Artakserkses musiał iść wówczas piechotą, bo większość koni padła, a te, które zostały... zjedli wygłodzeni żołnierze). Tak więc renoma Persów mocno ucierpiała, a Grecy domagali się przekazania im całości dowodzenia nad armią, na co Persowie zgodzić się nie chcieli i nie mogli, przez co Egipt zyskał czas na ponowne przygotowanie się do obrony.




W 378 r. p.n.e. gdy znów posypały się stosunki Aten i Sparty, Ateńczycy wysłali posłów do miast greckich, zachęcając je, aby upomniały się o prawo do powszechnej wolności Hellenów, które to prawo było mocno ograniczone istniejącą od 404 r. p.n.e. hegemonią Lacedemonu, a ponieważ akcja ta spotkała się z dużym odzewem greckich polis, przeto w 377 r. p.n.e. oficjalnie utworzono nowy, drugi już Związek Morski pod hegemonią Aten (Synedrion - czyli Rada Związku była najpierw na Chios, potem w Byzantion, potem na Rodos, Mitylenie i jeszcze w kilku innych miastach - do czego zresztą wkrótce wrócę, gdy dla kontekstu wydarzeń - znów przejdę do Grecji). Ale w odnowionym Związku nie było miejsca dla Egiptu, czy innych buntujących się poddanych Persów. I choć Związek Morski miał być gwarantem "wolności" i "autonomii", to jednak dotyczył jedynie Greków i to tylko tych, które dotąd podlegały hegemonii Sparty. Dla Egiptu zabrakło już tam miejsca, tym bardziej że egipska polityka "odrodzenia narodowego" również nie służyła zbliżeniu z Hellenami. Ale Persja też przeżywała kryzys, Kadusjowie znad Morza Kaspijskiego realnie wybili się na niepodległość (po owej nieszczęsnej perskiej kampanii, o której pisałem w poprzedniej części); w 377 r. p.n.e. Bitynia w Azji Mniejszej też stała się niezależna od Króla Królów; karyjscy satrapowie władali tak, jakby byli suwerennymi władcami (Hekatomnos - satrapa tej krainy, który władał nią prawie dwadzieścia lat, przed śmiercią w 377 r. p.n.e. bez zgody Artakserksesa przekazał władzę swemu synowi - Mauzolosowi, którego małżonka, sławna Artemizja unieśmiertelniła dla potomnych, wznosząc dlań sławne Mauzoleum w Halikarnasie - jedno z Siedmiu Cudów Starożytnego Świata), wTelmessos zaś - Med o imieniu Artembares bił monety z własną podobizną, a władza Artakserksesa praktycznie tam nie sięgała (takich przypadków było jeszcze kilka, jak choćby w Limirze, gdzie tamtejszy satrapa - Teborseti władał niepodzielnie, a ponieważ nie miał synów tylko same córki, przeto wydał jedną z nich za przybranego przez siebie syna - Losandra [imię jego zostało zhellenizowane i brzmiało - Lizander), którego notabene znalazł jako sierotę na ulicy i zabrał do pałacu, po czym ogłosił go swym synem i następcą). Do tego dochodził jeszcze konflikt z Grekami Ifikratesa o przywództwo w Syrii, tak więc w tych okolicznościach atak na Egipt był z roku na rok cyklicznie odraczany.




Ale wreszcie Artakserkses powiedział "dość" i w 374 r. p.n.e. przesunął swą armię z Syrii do Palestyny, a dowództwo mieli wspólne sprawować Ifikrates i satrapa Syrii - Farnabazos (jeden miał dowodzić Grekami, a drugi Persami, ale mieli działać zgodnie i wspólnie, co nie było wcale takie łatwe). W Ake w Palestynie rozbito wielki obóz i tam szkolono wojsko bezpośrednio do inwazji na Egipt. W tym samym (374 r. p.n.e.) Artakserkses II zawarł układ z Dionizjuszem I, tyranem Syrakuz (który wówczas toczył walki z kartagińską ekspansją na Sycylii) ubezpieczający go od Zachodu przed ewentualnym wsparciem Greków dla Egiptu (wciąż przecież obowiązywał "Pokój Królewski" zawarty z miastami Grecji właściwej, w tym z Atenami i Spartą w 387/386 r. p.n.e.). Cypr, od czasu kapitulacji w 379 r. p.n.e. też był posłuszny, a jego władca - Euagoras, już się nie buntował, jednak w 374 r. p.n.e. został on zamordowany przez swego eunucha i władzę objął jego syn - Nikokles, który jednak nie zyskał "sympatii" Króla Królów, ale zbuntować się nie mógł, bowiem Cypr był wyczerpany ostatnią wojną, toczoną w latach 381-379 p.n.e., a kraj był zrujnowany. Panowała powszechna bieda, ale mimo to Nikokles zdołał wysupłać ogromną kwotę 20 talentów (w tym czasie jeden okręt z pełnym wyposażeniem kosztował ok. pięciu talentów) dla Isokratesa (sławnego mówcy i nauczyciela wymowy, ucznia Sokratesa), aby ten ułożył mowę pochwalną na cześć zamordowanego - Euagorasa (należy jednak dodać, że ów Isokrates dla siebie wziął jedynie niewielką część tej sumy, a całą resztę przeznaczył dla świątyń: Ateny i Afrodyty). Nikokles starał się też mocno wprosić w łaski Artakserksesa, ale ten odmawiał mu audiencji i taki stan niepewności utrzymywał się dość długo (w Palestynie była przecież duża armia perska i tyran Cypru mógł się obawiać, że jeśli nie uzyska potwierdzenia swojej władzy, to ta armia zamiast na Egipt, skieruje się przeciw niemu; ale Artakserkses myślał już wówczas tylko o odzyskaniu Egiptu i widział się drugim Kambyzesem oraz Dariuszem Wielkim, dlatego tolerował władzę Nikoklesa na Cyprze... przynajmniej do czasu odzyskania "Kraju Piramid").

Inwazja rozpoczęła się latem 373 r. p.n.e. Kilkudziesięciotysięczna armia perska, wsparta 12 000 Greków i ubezpieczana od strony morza przez 300 okrętów - ruszyła do natarcia (główny szlak wiódł drogą lądową przez Synaj, ale flota płynęła ku Delcie celem wysadzenia tam desantu i zajścia sił egipskich z drugiej strony). Naktanebo jednak nie próżnował przez te wszystkie lata i dobrze przygotował swój kraj do obrony. Bardzo silnie umocniona była Delta (siedem ujść Nilu zostało wzmocnione nowymi fortami, uniemożliwiającymi wpłynięcie obcych okrętów w górę rzeki). Pierwszym celem dla floty (i wojsk, które miały dokonać desantu morskiego) była twierdza Peluzjum, strzegąca granic Egiptu od strony Półwyspu Synaj - ale dzięki dobrej obronie egipskich wojsk, okręty nie mogły sforsować peluzyjskiej odnogi i desant tam się nie powiódł. Popłynięto więc nieco dalej i zaatakowano fort w odnodze mendezyjskiej. Tutaj atak już się udał i fort został zdobyty, a Persowie (i Grecy) ponownie stanęli na egipskiej ziemi. Ifikrates dowiedział się od jednego z jeńców, że Memfis - główne miasto Dolnego Egiptu jest nieprzygotowane do obrony i nalegał, aby okręty płynęły w górę Nilu w celu opanowania miasta i destabilizacji egipskiej obrony, ale Farnabazos odmówił. Stwierdził, że taki atak przyniósłby tylko straty, gdyż okręty nie mogłyby liczyć na wsparcie piechoty, wolno posuwającej się lądem (poza tym zapewne górę wzięły duma i niechęć do Ifikratesa - zresztą Farnabazos uważał się za jedynego wodza całej kampanii, a Ifikratesa traktował jedynie jako najemnego żołnierza). Ifikrates więc zaproponował, że osobiście poprowadzi atak na Memfis siłami skoncentrowanymi na okrętach, ale Farnabazos ponownie kategorycznie mu tego zakazał (jednocześnie słał posłów do Artakserksesa, informując go, że Grecy pragną zachować Egipt dla siebie). Niesnaski wśród dowództwa wyprawy spowodowały, że Egipcjanie zyskali czas na przygotowanie solidnej obrony Memfis i na szarpanie podjazdami wojsk, stacjonujących w okolicy Mendes. Mijały kolejne miesiące a Farnabazos (nie ufając Grekom i nie przepadając za Ifikratesem) nie mógł zdecydować się na żaden odważniejszy atak. W końcu przyszło lato, a z nim wylew Nilu, który okazał się dobrodziejstwem dla Egipcjan. Zalane i podmokłe tereny stały się teraz nie do przejścia, a załoga w Mendes znalazła się w pułapce (główna część armii wciąż stała pod Peluzjum). Ifikrates słał posłów do Farnabazosa , prosząc go o wsparcie, ale gdy ten tylko dowiedział się o utrudnieniach związanych z wylewem Nilu i niemożności swobodnego marszu ku Mendes, po prostu... zwinął obóz i wycofał się do Syrii, pozostawiając Ifikratesa na pastwę Egipcjan. Ten, widząc co się dzieje, przekupił dowódcę jednego z okrętów, który odwiózł go z powrotem do Aten. Reszta floty stacjonującej w Mendes wkrótce potem również odpłynęła. W Atenach nie wyciągnięto przeciw Ifikratesowi żadnych konsekwencji z tego powodu (tym bardziej, że armia Greków którą dowodził, nie była tylko ateńska, a składała się z wielu greckich polis, których ochotnicy, skuszeni perskim złotem i możliwością złupienia egipskich skarbów, zaciągali się na służbę u Króla Królów), a nawet mianowano go dowódcą floty ateńskiej. Teraz Persowie mieli poczuć na własnej skórze gniew tego człowieka, bowiem po nieudanej egipskiej kampanii, stał się on ich śmiertelnym wrogiem.




A tymczasem najpierw w Memfis, a potem w Sais, Naktanebo świętował wielkie zwycięstwo. Uznał, że zwycięstwo to zawdzięcza bogu Sopedowi - "Jastrzębowi Wschodu", który skutecznie poraził dzikie ludy "Fenchu" i "Mencho" (jak Egipcjanie obraźliwie nazywali Fenicjan oraz Medów i Persów). Już druga wielka inwazja na Egipt zakończyła się totalną klęską Persów. Naktanebo wystawił więc nową świątynię bogu Sopedowi (w której sam siebie przedstawił jako tego, który zabija potwora Apopisa). Ogłosił też, że kraj jest pod szczególną oieką bogów i że okres klęsk oraz zniszczeń nieodwołalnie minął, a Egipt czeka teraz era wszelkiej pomyślności. Urządzono wspaniałą procesję dziękczynną w Sais, gdzie tłumy na wpół-nagich muzykantek, grających na bębnach, piszczałkach i lutniach odgrywały sceny dziękczynne dla bogów: Sopeda, Ozyrysa i Neit. W tych dniach Naktanebo uważał się zapewne za wybrańca bogów. Wiele już osiągnął, choć panował zaledwie siódmy rok. Odrodził egipską gospodarkę, wzniósł wiele nowych świątyń, powrócił do tradycyjnej nauki egipskiego pisma (eliminując coraz popularniejszą w kontaktach handlowych grekę) i wreszcie ocalił swój kraj przed kolejną perską inwazją. Miał wszelkie powody, aby uważać się za wybrańca, za prawdziwego zwiastuna nowej ery pomyślności; i rzeczywiście tak też się stało, Egipt pod jego rządami doświadczył kolejnych lat spokoju i dobrobytu. Faraon rozpoczął też następne wielkie budowy: w 371 r. p.n.e. wzniósł z białego kamienia nową świątynię Tota w Sais - współcześni, którzy ją widzieli na własne oczy, mieli twierdzić iż: "Nigdy nie zrobiono czegoś podobnego od pradawnych czasów". Na wyspie Filaj wzniósł piękną świątynię dla bogini Izydy z Abatonu, "Pani Filajów". W Senmetu poświęcił świątynię bogini Hathor. Rozbudował świątynię Nechbet w Nechab (El Kab), w Medinet Habu wzniósł małą świątynię przy dziedzińcu wielkiej świątyni, w Abydos (w "Świętej Ziemi" gdzie ponoć znajdowała się głowa Ozyrysa odcięta przez Seta) za jego rządów powstała świątynia i kapliczka ku czci boga świata podziemnego - Ozyrys, a w Hermopolis wzniósł wapienny ołtarz ku czci boga księżyca i patrona mądrości - Tota. Naktanebo odnowił też świątynie Totmesa Wielkiego i Chonsu (Górno-egipski bóg księżyca) w Karnaku, a także wbił Nilometr - mający odtąd pokazywać głębokość Nilu o każdej porze roku (nie ma sensu wymieniać innych prac budowalnych tego władcy, warto tylko sobie uświadomić, że to, co wymieniłem, dotyczy tylko najważniejszych jego dzieł, nie uwzględniając tych pomniejszych, jak np. sarkofagi czy pylony, które stawiał w wielu miastach Górnego i Dolnego Egiptu). Naktanebo był także rodzinnym mężczyzną i często spędzał czas w haremie, w otoczeniu żony i dzieci, zaś w 366 r. p.n.e. oficjalnie ogłosił swego syna - Teosa współwładcą i powierzył mu ambitne zadania kierowania państwem (dobrobyt i wiara w bożą opatrzność była wówczas w Egipcie tak wielka, że młody Teos (miał wówczas ok. 30 lat) zaczął poważnie rozważać egipską inwazję na Palestynę, Syrię a nawet... na Persję).

A tymczasem po nieudanej inwazji Farnabazos, starając się odsunąć od siebie karę za poniesioną klęskę, całą winę zrzucił na zbiegłego Ifikratesa. Artakserkses, który już widział się w podwójnej koronie Górnego i Dolnego Egiptu - pomimo swego gniewu - wybaczył Farnabazosowi i przyjął jego wytłumaczenie, tym bardziej, że satrapa Syrii wznowił przygotowania do kolejnej inwazji na Egipt. Zdając sobie sprawę że bez Greków ciężko mu będzie podjąć się tego zadania, ponownie zaproponował dowództwo kontyngentu greckiego zawodowemu żołnierzowi - Timoteosowi z Aten, który po powrocie Ifikratesa, stracił na jego rzecz dowództwo nad ateńską flotą (wiadome więc, że nie pałał do niego życzliwością). Timoteos który z końcem wiosny 372 r. p.n.e. był już w Syrii i pozostał tam przez kolejne pięć lat (podczas których Farnabazos przekonywał go, że już wkrótce dojdzie do inwazji na Egipt, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło i gdy Farnabazos zmarł - w 367 r. p.n.e. - Timoteos wrócił do Aten). A tymczasem Artakserkses nie przestawał myśleć o odzyskaniu egipskiego tronu i większość jego polityki podporządkowana była odzyskaniu tej "zbuntowanej satrapii". W 371 r. p.n.e. Król Królów - zapewniany przez Farnabazosa że już wkrótce dojdzie do kolejnej inwazji na Egipt - zaproponował Grekom przedłużenie Pokoju Królewskiego (aby mieć wolną rękę z tej strony i uniemożliwić Hellenom zaciąganie się na żołd Nektanebo). Ale niestety, wśród Hellenów nie było jednomyślności w tej sprawie i choć Ateny oraz Sparta wyraziły się raczej przychylnie co do tej propozycji, to jednak właśnie w owym 371 r. p.n.e. zaszły w Helladzie bardzo duże zmiany, które ostatecznie pokrzyżowały królewskie plany "zneutralizowania" Greków przed kolejną perską inwazją na Egipt. 
 


  
CDN.