Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 30 kwietnia 2020

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. IV

CZYLI CO SPOWODOWAŁO

ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA

ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?





 PLANY I MARZENIA

Cz. III



OTOCZENIE BLOKU ŚRODKOWOEUROPEJSKIEGO PRZEZ FRANCJĘ I ROSJĘ





 "ROSJI NIE INTERESUJĄ ZIEMIE NIEMIEC, A MY NIE ZAMIERZAMY PODBIJAĆ ROSYJSKICH. W GRĘ MOGĄ WCHODZIĆ JEDYNIE PROWINCJE POLSKIE, KTÓRYCH I TAK OPANOWALIŚMY JUŻ WIĘCEJ, NIŻ JEST NAM POTRZEBA"

OTTO von BISMARCK
(13 stycznia 1887 r.)


 
 18 marca 1890 r. kanclerz Rzeszy Niemieckiej i premier Prus - Otto von Bismarck złożył oficjalną dymisję, która została przyjęta przez cesarza Wilhelma II dwa dni później. Dymisję poprzedziła wzajemna konfrontacja (oczywiście w jak najbardziej dyplomatycznej formule), do której doszło 14 marca, a była ona związana z przypomnieniem przez Bismarcka kompetencji jakie posiadał - według konstytucji Rzeszy z 16 kwietnia 1871 r. - pruski monarcha. Cesarz miał odpowiedzieć "Żelaznemu Kanclerzowi" że nie czuje się w żaden sposób związany "okólnikami" wydanymi przez jego poprzedników. Konflikt kanclerza z cesarzem przybierał na sile z każdym miesiącem panowania tego młodego władcy, który rósł w cieniu blasku wielkości Bismarcka i któremu wreszcie ten blask zaczął przeszkadzać. Tę wzajemną niechęć (lub raczej wybujałą ambicję młodzika, który "nigdy nawet nie wąchał prochu", a cały czas pozował na "silnego człowieka" Europy)  przewidział nawet dziad Wilhelma II - Wilhelm I, który niegdyś rzekł: "Gdy książę Wilhelm zostanie cesarzem, będzie mu zależało na sprawianiu wrażenia człowieka, który sprawuje rzeczywistą władzę. Właśnie dlatego uważam, że on i kanclerz nie za długo będą żyć w zgodzie". Gdy więc 18 marca Bismarck składał dymisję, pokusił się jeszcze na odchodnym o złośliwość w stosunku do kajzera - gdy rozmawiając na temat cara Aleksandra III i polityki rosyjskiej, Bismarck ostentacyjnie włożył rękę do kieszeni z której wyjął jakiś świstek papieru, po czym powiedział że na cara "należy uważać". Gdy Wilhelm poprosił go o okazanie owej kartki, okazało się że jest raport dyplomatyczny, wysłany z Petersburga przez niemieckiego ambasadora, który przytaczał osobistą opinię Aleksandra III o Wilhelmie II, a brzmiała ona: "Chłopak źle wychowany i złej wiary". Nie była to zresztą ostatnia złośliwość, jakiej dopuścił się Bismarck w stosunku do cesarza, który tak naprawdę odetchnął dopiero wtedy, gdy "Żelazny Kanclerz" zakończył życie - 30 lipca 1898 r. Napisał wówczas list do swej matki - cesarzowej Wiktorii , w którym znalazły się takie oto słowa: "Teraz wreszcie Korona rozsyła swoje promienie z "Łaski Bożej" do pałacu i chaty (...) A Europa i świat słuchają, co mówi i co myśli niemiecki cesarz, a nie jaka jest wola jego kanclerza! (...) Na zawsze, na zawsze, jest tylko jeden cesarz na świecie, cesarz niemiecki prawem tysiącletniej tradycji".

Nowym kanclerzem Rzeszy został mianowany (20 marca 1890 r.) wiekowy już - Georg Leo von Caprivi, który będąc jeszcze admirałem, wciąż powtarzał "Następnej wiosny czeka nas wojna na dwa fronty". Caprivi nie był zadowolony z porzucenia kariery wojskowej i objęcia nowego, politycznego stanowiska, a nawet żalił się że: "Teraz grzebię swoją wojskową sławę". Nowy kanclerz, choć był dość dobrym sztabowcem, a nawet w pewnym sensie politycznym wizjonerem (przewidywał wojnę na dwa fronty z Rosją i Francją, oraz wzięcie Niemiec w kleszcze i powtarzał: "Najpierw musimy zakończyć wojnę, która wybuchnie lada chwila, a dopiero potem będziemy mogli rozwijać flotę"), jednak nie nadawał się do polityki. Bardzo często bowiem ulegał kaprysom i humorom politycznym niedoświadczonego kajzera, który chcąc zasłużyć na miano "silnego człowieka" Europy, wymyślał wciąż nowe, często niedorzeczne plany przyszłych sojuszów (np. chciał zawrzeć sojusz z Wielką Brytanią, Francją i Rosją przeciwko Stanom Zjednoczonym, a także sojusz z Francją i Rosją przeciw Wielkiej Brytanii i Japonii, a także sojusz z USA i Chinami przeciw Francji, Wielkiej Brytanii, Rosji i Japonii i jeszcze kilka tego typu konfiguracji politycznych jakie sobie zakładał młody cesarz). Jednym z pierwszych posunięć nowego rządu, było zaś podpisanie tzw.: układu zanzibarskiego (1 lipca 1890 r.), polegającego na oddaniu Wielkiej Brytanii afrykańskiego Zanzibaru i zrzeczenie się pretensji do Ugandy, w zamian za przejęcie wyspy Helgoland na Morzu Północnym. I choć ta polityka była uważana za wielki sukces niemieckiej dyplomacji (oddanie "zanzibarskich błot" w zamian za Helgoland - wyspę o strategicznym znaczeniu dla ewentualnych przyszłych wojennych działań niemieckiej floty na Morzu Północnym), to jednak niemiecka opinia publiczna mocno krytykowała wówczas rząd Capriviego (i stojącego za nim kajzera) za dokonanie tej zamiany.

Leo von Caprivi stał się teraz twarzą "Nowego Kursu" w polityce Niemiec, który opierał się na utrzymaniu sojuszu w bloku środkowoeuropejskim (Niemcy - Austro-Węgry - Włochy - Rumunia) i zabieganiu o przychylność Wielkiej Brytanii, kosztem Francji i Rosji. Z tego powodu Niemcy wypowiedziały w czerwcu 1890 r. (wbrew rosyjskim życzeniom kontynuacji tego sojuszu) układ reasekuracyjny z Rosją zawarty trzy lata wcześniej. Był to poważny błąd, który zemścił się w kolejnych latach i ostatecznie doprowadził do klęski Niemiec w I Wojnie Światowej. W Niemczech bowiem postrzegano wówczas Rosję na dwa sposoby. Po pierwsze obawiano się ekspansjonistycznej polityki rosyjskiej (szczególnie na Bałkanach, Kaukazie i w Cieśninach Czarnomorskich) a także z przerażeniem spoglądano na ogrom tego kraju - uważając że "wojna z Rosją byłaby dla Niemiec nieszczęściem", a jednocześnie postrzegano kraj carów jako kolosa na glinianych nogach, którego co prawda może nie da się w całości rozbić, ale przynajmniej można pobić jego armie i wydrzeć mu cześć terytoriów. Coraz częściej zaczęły dochodzić do głosu takie idee i pojęcia, jak: "Drang nach Osten" ("Ekspansja na Wschód") oraz "Die grossraum Idee" ("Idea wielkiej przestrzeni"). Uważano też, że bardzo łatwo (przy wsparciu Austro-Węgier) będzie można odciąć "polski balkon" (jak w niemieckiej, politycznej terminologii nazywano Królestwo Kongresowe) od reszt Rosji i miażdżącym wypadem z Prus Wschodnich i Galicji rozbić rosyjskie wojska. Pojawił się jednak problem, co dalej zrobić w sytuacji gdy Rosja po tym uderzeniu się nie podda i będzie dalej kontynuowała wojnę w oparciu o swoje terytorium i ogromne zasoby ludzkie. Powstało wówczas kilka propozycji (jak choćby dalsza ofensywa w kierunku Bałtyku i Ukrainy, oraz zniszczenie najważniejszych rosyjskich centrów przemysłowych i rolniczych), ale mimo wszystko politycy niemieccy uważali ewentualną wojnę z Rosją, jako ostateczność bardzo niekorzystną dla Niemiec. Tak naprawdę Niemcom nie zależało na pozyskaniu rosyjskich terenów. Pytano wręcz wprost: "Czegóż moglibyśmy zażądać od Rosji?" i zarazem odpowiadano: "Polaków? Mamy wystarczająco sporo kłopotów z naszymi i nie potrzebujemy tych rosyjskich". Nieprzedłużenie traktatu reasekuracyjnego, "Nowy Kurs" w polityce Niemiec, buńczuczne nawoływania do ustąpienia Niemcom "miejsca pod słońcem", doprowadziły jednak do jawnego zerwania sojuszu z Rosją (która była podstawą polityki Bismarcka i był on nawet w stanie poświęcić dla utrzymania tego sojuszu - układ Niemiec z Austro-Węgrami zawarty w 1879 r.), a to mogło ją tylko pchnąć ku Francji - żądnej rewanżu za klęskę z 1870 r. 

 


Francuzi szybko podłapali temat (zdając sobie sprawę że sojusz z Rosją doprowadzi do wyjścia Francji z izolacji politycznej, w jaki wpadła po 1871 r.) i już 23 lipca 1891 r. francuskie okręty wojenne wpłynęły do rosyjskiego portu w Kronsztadzie, gdzie nastąpiło oficjalne powitanie z udziałem samego cara, który nawet przysłuchiwał się "Marsyliance" (pieśni dotąd w Rosji zakazanej, jako rewolucyjna i republikańska). Już sam ten fakt spowodował, że o wizycie francuskiej eskadry w Rosji pisały wszystkie gazety w Europie a temat stał się "gorący" także i w gabinetach polityków. 27 sierpnia 1891 r. zostało dodatkowo podpisane francusko-rosyjskie porozumienie polityczne, a 17 sierpnia 1892 r. również i konwencja wojskowa, zaś 10 czerwca 1893 r. traktat handlowy. Sojusz francusko-rosyjski oficjalnie (po przyjęciu przez francuski Parlament) wszedł w życie 4 stycznia 1894 r. Francja do tego czasu udzieliła już Rosji kilku pożyczek (pierwsza wypłacona w 1887 r.), przeznaczonych głównie na rozwój przemysłu, budowę kolei transsyberyjskiej (notabene właśnie z jej powodu o mało co życia nie stracił przyszły car - Mikołaj II, który jeszcze jako następca tronu w marcu 1894 r. wyjechał do Japonii. Tam właśnie został poważnie zraniony szablą w twarz przez japońskiego policjanta, który uznał, że kolej transsyberyjska będzie służyła szybszemu przerzucaniu wojsk rosyjskich nad Pacyfik i w ten sposób Rosjanie zagrożą jego ojczyźnie) oraz walkę z klęską głodu, jaka nawiedza Rosję w latach 1891-1893. Doszło też do wzajemnych wizyt na najwyższym szczeblu państwowym (w 1896 r. car Mikołaj II złożył wizytę w Paryżu, a w 1897 r. z rewizytą udał się do Rosji prezydent Francji - Feliks Faure). W taki oto sposób narodziło się Dwuprzymierze, a Niemcy, Austro-Węgry i Włochy zostały wzięte w kleszcze. Wojna jednak wcale nie musiała wybuchnąć, gdyż ani Niemcy ani Austro-Węgrzy nie wysuwali żądań terytorialnych wobec sąsiednich krajów. Co prawda francuskie dążenie do rewanżu i zadośćuczynienia za "hańbę 70-go roku" było silne (na Place de la Concorde w Paryżu personifikacja Strasburga i Alzacji - była przykryta przez te wszystkie dekady, aż o 1918 r. czarną krezą), ale społeczeństwo francuskie lat 80-tych i 90-tych XIX wieku, już raczej pogodziło się ze stratą Alzacji i Lotaryngii. Rosjanie też nie mieli żadnego powodu aby wszczynać wojnę, choć co prawda głosili potrzebę zjednoczenia wszystkich słowiańskich ziem pod berłem jednego "Cesarza Wszechrusi", to jednak powodów do nowej wojny realnie nie było żadnych. 

Ludzie już pragnęli żyć w spokoju i pokoju, tym bardziej że od lat 50-tych XIX wieku, a szczególnie w latach 80-tych i 90-tych, znacznie podniósł się komfort życia i niewielu pragnęło to wszystko niszczyć, doprowadzając do wywołania wojennej pożogi. Tym bardziej że pomimo powstania dwóch antagonistycznych bloków polityczno-militarnych, tak naprawdę niepewne było jeszcze stanowisko Wielkiej Brytanii a nawet Stanów Zjednoczonych. A przecież, pomimo faktu, że dla Francji konflikt z Niemcami był obecnie priorytetem w polityce, to jednak sytuacje konfliktowe z Wielką Brytanią wcale nie zniknęły i wciąż się objawiały w owych latach. Niemcy również pragnęły przyciągnąć do siebie Angoli, prawiąc o "dwóch germańskich narodach" oraz (ustami cesarza Wilhelma II) wyrażając swój podziw dla potęgi kolonialnej Imperium Brytyjskiego. Brytyjczycy jednak z dużą rezerwą podchodzili to tych niemieckich aliansów, co znów powodowało niechęć (i frustrację) w niemieckich kręgach politycznych (np. Bismarck stwierdził w 1857 r.: "Jeśli chodzi o inne kraje, to przez całe życie odczuwałem sympatię tylko do Anglii i jej mieszkańców, i czasami dotąd nie potrafię się od niej uwolnić. Ci ludzie nie chcą jednak pozwolić na to, żebyśmy ich lubili", a kajzer Wilhelm częstokroć podkreślał swoje brytyjskie pochodzenie: "Moja matka i ja mamy ten sam charakter. (...) W naszych żyłach płynie dobra, uparta angielska krew, która nie zna, co to ustępować", mimo to do żywej pasji doprowadzały go stwierdzenia matki, że tylko Brytyjczycy rozwinęli: "najbardziej swobodną, najbardziej postępową cywilizację" i śpiewane przez nią kołysanki: "Britannia rules the waves".  Wiktoria - matka Wilhelma, podkreślała również na każdym kroku z dumą że jest Angielką i dodawała: "jednak Ty, będąc małym, niemieckim chłopcem, raczej nie odczujesz tego"). Wilhelm II nazywał swą babkę - królową Wiktorię - z nieskrywaną pogardą: "cesarzową Hindustanu", ale jednocześnie cieszył się jak dziecko, gdy mianowała go w 1889 r. admirałem brytyjskiej floty, a przywdziewając brytyjski mundur, stwierdził: "Cóż to za uczucie nosić ten sam mundur co St. Vincent i Nelson. To wystarczy aby przyprawić o zawrót głowy" (w tym też mundurze nawet wyprawiał się do Anglii swym jachtem "Hohenzollern" na coroczne fregaty żaglowców w Cowes). Mimo to często dodawał: "A poza tym uważam, że Brytania powinna zostać zniszczona". Miłość i nienawiść do Wielkiej Brytanii - takie oto uczucia królowa Wiktoria ukształtowała w młodym Wilhelmie. 

Francuzi zaś rywalizowali z Brytyjczykami przede wszystkim w Afryce i często ponosili przy tym dotkliwe porażki (jak choćby wówczas, gdy w 1882 r. Anglicy zajęli Egipt i wyrugowali francuskie wpływy z tego kraju). W 1898 r. doszło jednak do bardzo poważnego konfliktu, który o mały włos nie zakończył się wybuchem otwartej wojny francusko-brytyjskiej. Chodzi oczywiście o "incydent z Faszody", podczas którego Francja zapragnęła zademonstrować prawa do pasa afrykańskiej ziemi, położonej między Atlantykiem a Oceanem Indyjskim i ok. 150 francuskich żołnierzy, pod dowództwem przez majora - Jean-Baptiste Marchanda wyruszyło w tym celu z Brazzaville do sudańskiego fortu Faszoda - położonego nad Nilem. Jednak Francuzom drogę zastąpiła brytyjska eskadra dowodzona przez gen. Horatio Kitchenera (notabene wielbiciela urodziwych pokojówek i seksu analnego). Co prawda wymieniono kurtuazyjne pozdrowienia, ale ani Francuzi ani Brytyjczycy nie zamierzali ustąpić, zaś w Londynie już przygotowywano się do wojny, wysyłając flotę na Morze Śródziemne z rozkazem zaatakowania Francuzów w koloniach. Jednak po kilku tygodniach intensywnych rozmów w Faszodzie, major Marchand wycofał się wraz ze swoimi żołnierzami (listopad 1898 r.), co skutecznie pozwoliło rozładować napięcie i do wojny ostatecznie nie doszło. Lecz właśnie ten incydent dawał Niemcom możliwość do zawarcia trwałego sojuszu z Wielką Brytanią i zatarcia nieprzyjemnego wrażenia, jaki powstał we wzajemnych stosunkach po tzw.: "telegramie Krugera", w którym to kajzer (za namową swego rządu), gratulował prezydentowi Republiki Transwalu - Paulowi Krugerowi - odparcia brytyjskiego najazdu gen. Jamesona w Afryce Południowej. Wywołało to poważny konflikt dyplomatyczny na linii Londyn-Berlin, ale właśnie incydent w Faszodzie mógł posłużyć do zażegnania wzajemnych niesnasek i otwarcia się na nową politykę wzajemnego sojuszu. Oczywiście rozpoczęcie rokowań na temat sojuszu z Niemcami, było podyktowane dużą dozą brytyjskiej nieufności, które wyrażało się zarówno w nominacji Bernarda von Bulowa na stanowisko ministra sprawa zagranicznych Niemiec (który w listopadzie 1897 r. wygłosił przed Reichstagiem swą słynną mowę o "miejscu Niemiec pod słońcem"), a także mianowaniem rzecznika rozbudowy niemieckiej floty - admirała Alfreda von Tirpitza, sekretarzem stanu do spraw marynarki wojennej (maj 1897 r.), który już w kilka miesięcy później, założył "Flotterverein" ("Ligę na rzecz Marynarki Wojennej"), finansowaną przez wielkie przedsiębiorstwa (Krupp i Stumm). 




Tirpitz był zwolennikiem budowy potężnej floty wojennej, która by ochraniała silną flotę handlową i rzuciłaby na morzu wyzwanie Wielkiej Brytanii. Pisał on: "Przyszłość Niemców poza granicami kraju i całej naszej z takim trudem wznoszonej i tak nam potrzebnej pozycji w świecie zależała od tego, czy ludzi może napełnić dumą to, że są Niemcami. (...) Na świecie było jeszcze dosyć miejsca dla Niemców, którzy mogliby zarabiać na życie pozostając Niemcami, a nie stając się niewolnikami na cudzym żołdzie albo dezerterami do innych ras, gdyby poczucie narodowe byłoby im zbyt drogie, żeby je sprzedać". Reichstag przyjął dwie ustawy o flocie (pierwsza z 1898 r. i druga z 1900 r.), a cesarz Wilhelm zainaugurował w 1898 r. (z okazji otwarcia nowej stoczni w Szczecinie) program wielkiej rozbudowy niemieckiej siły morskiej, rzucając hasło: "Przyszłość Niemiec leży na morzu". Od tej chwili trwała konsekwentna budowa nowych, niemieckich jednostek i to zarówno floty wojennej, jak i handlowej (a także od 1900 r. turystycznej), a cesarz jako swoisty "wielki admirał" nie mógł wprost wyjść z podziwu i traktował każdy nowy okręt jak swoją prywatną zabawkę (co ciekawe, podczas I Wojny Światowej, poza jedną dużą bitwą morską i dwiema mniejszymi, nawodna flota wojenna Niemiec nie odegrała większej roli. Na pytanie dlaczego tak się stało, odpowiedź jest bardzo prosta - po prostu kajzer Wilhelm II tak bardzo bał się utraty swoich "zabawek" że zabronił flocie podejmowania bardziej zdecydowanych akcji bojowych). Sam też projektował nowe modele okrętów, które były zbyt doskonałe i przez to nie miały szans zostać wdrożone do produkcji (jeden z oficerów niemieckiej admiralicji, na widok cesarskiego szkicu okrętu wojennego, stwierdził: "Wasza Cesarska Mość, ten okręt jest doskonały i ma tylko jedną wadę - długo nie utrzymałby się na wodzie"). Wilhelm ponoć znał nazwę każdego swojego okrętu wojennego na pamięć i na każdym miał swoją prywatną kajutę, która była komfortowo wyposażona. Nic więc dziwnego że nie chciał aby jego "cudeńka" były narażone na zniszczenie.

Rozmowy z Brytyjczykami (rozpoczęte w połowie 1898 r.) zakończyły się oficjalnym fiaskiem w 1901 r., gdyż ostatecznie Niemcy uznali, że konfrontacja z Wielką Brytanią bardziej się im opłaca, niż sojusz z tym mocarstwem. A poza tym sądzili, że suma wzajemnych kwestii spornych z Francją i Rosją, uniemożliwi Anglikom zawarcie z tymi krajami realnych sojuszy politycznych i militarnych. Tym bardziej, że po wybuchu II wojny z Burami (październik 1899 r.) w południowoafrykańskich republikach Transwal i Orania, opinia publiczna w Europie była wybitnie anty-brytyjska. Burowie (a właściwie Boerowie) byli zaś potomkami holenderskich kolonistów, którzy w XVII wieku przybyli do Afryki Południowej i w 1652 r. założyli tutaj kolonię o nazwie Kraj Przylądkowy (dziś Republika Południowej Afryki). Burowie byli więc Afrykanerami, a poza tym w większości stanowili ludność chłopską (prezydent Republiki Transwalu - Paul Kruger całe życie hodował barany i przeczytał tylko jedną książkę - Biblię). Cała Europa, a nawet cały świat z wielkim podziwem przypatrywały się wojnie tej małej, trzystu tysięcznej ludności, z całą potęgą Brytyjskiego Imperium. Deklaracje poparcia dla Burów padały zarówno w gabinetach polityków, jak i salonach artystycznych oraz wśród prostego ludu, zafascynowanego bohaterstwem Afrykanerów. Szczególnie mocny wyraz owe wsparcie dla Burów i niechęć (a nawet nienawiść) do Brytyjczyków, uwidocznił się podczas Wystawy Światowej, organizowanej od kwietnia do listopada 1900 r. w Paryżu. Tam właśnie dano popis swej (często skrywanej wśród Francuzów) niechęci do Anglików. Szturchanie, popychanie, wygwizdywanie a nawet plucie w twarz, należało do naturalnych objawów tamtego niezadowolenia. A przecież dochodziło również do pobić i nawet ówczesna prasa podawała relacje na ten temat z całej Europy, jak choćby "Le Figaro" z lipca 1900 r. gdzie podano że: "gdzieś w Niemczech tłum napadł na dwóch bogatych Polaków" ponieważ wzięto ich właśnie za Anglików (zaatakowani i przyparci do muru, broniąc się swymi laskami, zaczęli w pewnym momencie krzyczeć: "Niech żyją Burowie" i to ich uratowało). Cała Europa, od Moskwy i Petersburga, po Madryt i Lizbonę deklarowała swe poparcie dla tych małych republik, walczących teraz na śmierć i życie z brytyjskim kolosem i nawet Lew Tołstoj, który był znany ze swego pacyfizmu, stwierdził w jednym z wywiadów prasowych: "Szczerze mówiąc, marzę o tym, aby Anglików dobrze poturbowano w tym Transwalu".

Było też sporo ochotników którzy wyjeżdżali do Afryki Południowej i zgłaszali się do walki po stronie Burów. Wśród owych ochotników było zaś wielu arystokratów i ludzi wykształconych: kilku niemieckich hrabiów i baronów, kilku rosyjskich arystokratów i oficerów gwardii carskiej, a także dziennikarze i literaci z wielu krajów Europy. Brytyjczycy skierowali do walki z tym małym ludem, ponad 290 000 żołnierzy i 631 dział, podczas gdy ogólna liczba Burów nie przekraczała 300 000 (z kobietami i dziećmi), a zdolnych do noszenia broni było zaledwie jakieś 40 000 i to bez żadnych dział i ciężkiej broni. Prezydent Kruger we wrześniu 1900 r. odbył podróż do Europy, starając się nakłonić mocarstwa do zdecydowanego opowiedzenia się przeciwko Wielkiej Brytanii, ale niczego wielkiego nie wskórał. Mimo to, podróżując po krajach Europy, przyrównywał Brytyjczyków do najgorszych barbarzyńców, mówiąc: "Ta wojna zbliża nas do granic barbarzyństwa. W ciągu swego życia wiele razy wojowałem ze szczepami Kafrów prawie zupełnie dzikimi. Ci Kafrowie nie byli wcale takimi barbarzyńcami jak Anglicy, którzy palą farmy i wtrącają kobiety i dzieci w stan nędzy zupełnej, nie myśląc o tym, aby dać im nad głową dach i kawałek chleba. Wiem, że Bóg nie opuści narodu boerskiego. Jeśli Transwal i Orania stracą niepodległość, to dopiero po całkowitym wymordowaniu obydwu naszych narodów, wraz z kobietami i dziećmi". Gdziekolwiek pojawiał się okręt wiozący prezydenta Krugera, tam zaraz zjawiały się tłumy, a jego przybycie witano salwami armatnimi. Ludzie witali go bardzo serdecznie i wręcz entuzjastycznie (w Paryżu doszło nawet do omdleń), jednak gdy tylko chciał się spotkać z politykami, nagle okazywało się że poza oficjalnymi sloganami, wypowiadanymi w obronie Burów, nikt nie zamierzał się z nim spotykać (prezydent Francji - Emil Loubet nie odpowiedział nawet na depeszę, Wilhelm II zakomunikował zaś krótko że nie ma czasu, gdyż wyjeżdża na polowanie, a jedyną osobą, która - z żalu - przyjęła prezydenta Krugera, była królowa Holandii - Wilhelmina. Burowie od początku nie mieli żadnych szans na zwycięstwo i ostatecznie po długiej, wyniszczającej wojnie musieli skapitulować i uznać się za pokonanych, tracąc swą niepodległość (traktat z Vereeniging z 31 maja 1902 r.).


 WIELKA ODWAGA BURÓW NIESTETY NIEWIELE IM POMOGŁA 
W WALCE Z DOBRZE UZBROJONYM PRZECIWNIKIEM

 

A poza tym życie toczyło się dalej. W Paryżu na Wystawie Światowej ogromną popularność budził szach Persji - Mozaffar ad-Din z dynastii Kadżarów. Gazety rozpisywały się o jego urodzie, hojności, przystępności i dostojeństwie, a Francuzi nie mogli wyjść spod jego uroku, wznosząc - gdziekolwiek się pojawił - okrzyki na jego cześć. Z innych jeszcze ciekawostek na temat Wystawy Światowej, opowiadano sobie wówczas anegdotę, jak to pewien chłopiec ujrzał pierwszy raz w życiu samochód i krzyknął do matki: "Mamusiu, mamusiu, powóz biegnie, szuka swoich koników". Dochodziło też do ciekawych pojedynków, na przykład pomiędzy Rotszyldem a pewnym francuskim arystokratą (który nazwał go "brudnym Żydem"), a także pomiędzy hrabią Ksawerym Orłowskim a innym francuskim arystokratą. A poza tym francuskie gazety rozpisywały się o "Quo Vadis" Henryka Sienkiewicza - opowieści o czasach pierwszych chrześcijan, prześladowanych za rządów cesarza Nerona. Jednak od Sienkiewicza, jeszcze popularniejsi byli tacy pisarze jak Anatol France (tak naprawdę Anatol Thibault), Oskar Wilde czy Rudyard Kipling. I tak jeszcze na marginesie - francuscy dorożkarze w czasie Wystawy tak bardzo podnieśli ceny, że klienci musieli prosić policję o interwencję przed ich zdzierstwem. A poza tym życie toczyło się dalej po zmiażdżeniu Burów i jeszcze nikt wówczas nie myśli o wojnie europejskiej. Jeszcze!              






CDN.

poniedziałek, 27 kwietnia 2020

FEMINIZM - CO TO WŁAŚCIWIE JEST? - Cz. I

PRAWDZIWI TWÓRCY I RZECZYWISTE

CELE TEGO NAJBARDZIEJ

ANTYKOBIECEGO RUCHU W DZIEJACH





 Jest 6 grudnia 1989 r. Do budynku Politechniki w Montrealu wchodzi 25-letni mężczyzna - Marc Lépine. Nikt nie wie że jest on uzbrojony w broń palną i nóż myśliwski, nikt go też nie sprawdza. Na uczelni spędził on ponad godzinę, nim ostatecznie wszedł do klasy inżynierii mechanicznej i od razu nakazał chłopakom oddzielić się od dziewczyn i przejść na przeciwległe strony sali. Z początku wszyscy myśleli że to jakiś żart, ale gdy Lépine wyciągnął broń i strzelił w sufit, było wiadomo że to nie przelewki. Gdy już chłopcy oddzielili się od dziewcząt, mężczyzna nakazał im wszystkim (w liczbie ok. 50) opuścić salę, podczas gdy wciąż nakazał pozostać tam pozostałym 9 kobietom. Żaden z tych chłopaków nie interweniował, chociaż mieli znaczną przewagę liczebną nad zamachowcem i wszyscy posłusznie opuścili salę. Następnie Lépine zapytał się owych dziewcząt, czy wiedzą dlaczego je tu uwięził, a gdy odpowiedziały przecząco, odparł: "Walczę z feminizmem". Jedna z dziewcząt - Nathalie Provost powiedziała wówczas: "Słuchaj, my tylko studiujemy inżynierię, nie jesteśmy feministkami i nie walczymy z mężczyznami". Wtedy napastnik rzekł: "Jesteście kobietami i wszystkie jesteście grupą feministek, a ja nienawidzę feministek", po czym otworzył ogień do znajdujących się na sali dziewcząt, zabijając na miejscu sześć z nich a trzy poważnie raniąc. Nim ostatecznie popełnił samobójstwo, zabił 14 dziewcząt - wszystkie tylko dlatego że uważał je (jako studiujące inżynierię) za feministki. Żaden chłopak im nie pomógł, żaden nie stanął w ich obronie. W swym liście Lépine napisał: "Postanowiłem odesłać do Stwórcy te wszystkie feministki, które zawsze rujnowały mi życie. Przez ostatnie siedem lat życie nie sprawiało mi żadnej radości i będąc całkowicie zdecydowanym, postanowiłem położyć kres życiu tych jędz". Tak oto przez feminizm życie straciło 14 dziewcząt, a przy tym żaden chłopak nie stanął w ich obronie i nie udzielił im pomocy. Oczywiście feministki wykorzystały tę tragedię jako kolejny atak na mężczyzn, organizując w 1991 r. "Narodowy Dzień Pamięci Przeciwko Przemocy wobec Kobiet" i znów odwracając kota ogonem.

Dlaczego o tym piszę? Otóż dlatego, że przypadek Marca Lépine'a (który prawdopodobnie był albo bardzo słaby psychicznie, albo też miał nierówno pod sufitem), wcale nie jest odosobniony i to nie dlatego że każdy mężczyzna pragnie poniżać, gwałcić, upokarzać lub zabijać kobiety, ale dlatego że prawdziwym problemem dzisiejszego świata stało się już jawne szczucie kobiet na mężczyzn, a do tego właśnie zadania najlepiej nadają się feministki - szczególnie radykalne - a przy tym często lesbijski. Jest wiele powodów dlaczego zdeklarowane lesbijski stały się radykalnymi feministkami, ale najważniejszym z nich jest wciąż sączona do ich główek propaganda, mówiąca o tym, że każdy mężczyzna jest potencjalnym gwałcicielem i oprawcą kobiety, że dobrowolny seks pomiędzy kobietą a mężczyzną nie istnieje i zawsze jest wymuszany, a to oznacza że z definicji musi być gwałtem. Nim rozwinę ten temat, chciałbym jeszcze na moment opowiedzieć o moim doświadczeniu z radykalnymi feministkami, którego doświadczyłem w ostatnich dniach. Otóż, ponieważ ta koronowirusowa pandemia nieco ograniczyła moje relacje zawodowe (choć już powoli wracamy do pracy), przeto z nudów coraz częściej szukałem w internecie najdziwniejszych i najbardziej kontrowersyjnych aspektów wzajemnych damsko-męskich relacji i rzeczywiście kilka z nich udało mi się znaleźć i poznać, jak to wygląda od strony tych, którzy dany model relacji dwustronnych praktykują. A znalazłem naprawdę dziwne związki, jak choćby środowiska opartego na relacji goreańskiej. Chodzi tutaj o pewien styl życia, polegający na tym że istnieje relacja oparta na... rzeczywistym, choć całkowicie dobrowolnym niewolnictwie kobiet, które nazywane są kajirami (opartym na motywach powieści o fantastycznym świecie Gor, autorstwa Johna Normana z lat 60-tych, 70-tych i 80-tych). Ich model związku, oparty na relacji Pan-niewolnica, jest co prawda w pewien sposób podniecający, ale jednocześnie całkowicie upokarzający dla kobiety (przynajmniej ja tak uważam, są jednak kobiety które to lubią). Bo jak inaczej nazwać prowadzenie niewolnicy na smyczy po ulicy, lub inne tego typu podobne fetysze. Ja też oczywiście przyznaję się - lubię spanking (ale bez wiązania i tego typu dodatków z repertuaru BDSM, ja raczej wolę relację na zasadzie dominacji mentalnej a nie fizycznej, zaś sam spanking jest jedynie dodatkiem i nie zawsze musi być stosowany - ale piękne jest już samo zdominowanie kobiety w taki sposób, aby zawsze była gotowa na lanie, bez względu na to czy do niego dojdzie, czy też nie), jednak takie upodlenie (wybaczcie, ale inaczej tego nie nazwę) kobiety, po prostu mnie odrzuca, choć na tym forum bardzo przyjemnie mi się konwersowało. 

Innym, bardzo podobnym, aczkolwiek odwróconym o 180 stopni, było forum feministyczne, ale skupione bardziej na nietypowych relacjach. Ok. ja jestem osobą tolerancyjną (oczywiście do pewnego stopnia) i ci, którzy czytają to forum zdążyli się już o tym przekonać (😋). Dlatego też podchodzę z pewną dozą akceptacji do (prawie) każdego urozmaicenia relacji dwustronnych, dwojga dorosłych osób odmiennej płci (homoseksualistów zostawmy w spokoju bo mnie ten temat zupełnie nie interesuje). Dlatego też, wchodząc na owe feministyczne forum, które było poświęcone... zamianie mężczyzn w kobiety - że tak to kolokwialnie ujmę - również podchodziłem do tego co prawda z przymrużeniem oka, ale przecież każdy zdrowy, dorosły człowiek kontroluje własne odruchy i własne ekscytacje i ma prawo praktykować taki styl życia, jaki chce (pod warunkiem oczywiście że przy tym nie krzywdzi drugiej osoby) i tak właśnie początkowo było (oczywiście oba fora były anglojęzyczne, bowiem u nas w Polsce nie jesteśmy jeszcze na takim stopniu zdeprawowania, żeby praktykować jawną niewolę kobiet lub feminizację mężczyzn - tak mi się przynajmniej wydaje), lecz gdy poczytałem sobie posty na owym forum (do którego linków podawał nie zamierzam), przyznam się szczerze że złapałem się za głowę. Oto bowiem owe radykalne feministki (swoją drogą forum było zdominowane przez facetów lubiących przebierać się za kobiety, a prawdziwych kobiet było tam zaledwie... dwie), postulowały bowiem jakąś rewolucję, trwającą co prawda chyba przez dekady, a polegającą na radykalnym odwróceniu relacji kobiet i mężczyzn o 180 stopni. Chodziło tam o to, że kobiety przejmą męskie zawody a faceci żeńskie i że oczywiście wszyscy mężczyźni będą zmuszeni nosić sukienki etc. etc. Początkowo traktowałem to forum, jako dobrą okazję do rozładowania nastroju, czyli po prostu do beki (a że lubię się pośmiać, to tego nigdy nie ukrywałem 😇). Z czasem jednak zacząłem się zastanawiać nad tym co one (i oni) tam radzą i ogarnął mnie... smutek. Nie dlatego abym uważał te brednie za możliwe do urzeczywistnienia (bo to jest oczywiste), ale dlatego że w ich sposobie myślenia zobaczyłem typowe totalitarne myślenie człowieka, który pragnie Nowego, Lepszego Świata i który oczywiście zawsze musi powstać na gruzach starego. 




Twórcy "Encyklopedii" z 1751 r., też chcieli przecież tylko uczynić świat lepszym, a ostatecznie to dzieło dało asumpt dla jednej z najkrwawszych wydarzeń w dziejach świata - Rewolucji Francuskiej, która z mordowania ludzi uczyniła wręcz sztukę. Sztukę tę następnie znacznie rozbudowali marksistowscy myśliciele, którzy mamili świat wizją Nowych, Wspaniałych Czasów po Rewolucji bolszewickiej i nastaniu komunizmu, w którym każdy będzie mógł mieć tyle, ile mu potrzeba (jedyna zaś równość, jaką naprawdę wprowadzili komuniści to była równość cmentarna - każdy, bez względu na stan społeczny, materialny, rasę czy płeć - każdy był równy... w umieraniu). To samo było z idealistami nazizmu i faszyzmu - którzy także śnili o lepszym świecie, a zgotowali temu światu prawdziwe piekło. Ponieważ ja należę do ludzi, którzy nie lubią stać z boku, lub milczeć, gdy głupota triumfuje, przeto zalogowałem się na to forum i wyznając oczywiście moje zrozumienie dla ich zabaw (już sam fakt że nazwałem to "zabawą", bardzo ich oburzył), zacząłem skrupulatnie tłumaczyć (jak Urban w tym skeczu Tadeusza Drozdy z 1988 r.: "Wiecie co mi się nie podoba? Korespondenci zagraniczni. Przyjeżdża taki do kraju, węszy, szuka, pyta i całe szczęście że tera w naszym roku, co wtorek zgarnia ich minister Urban i im "tłuumaczy". Wiecie, jak takiemu raz na tydzień prawdę wyłożyć, to on z czasem znormalnieje. Oni mają tam przygotowane pytania na tę konferencję prasową, typu: "Panie ministrze, dlaczego to i to i to i to i to?", a minister im mówi: "Bo to i to!". A oni wtedy: "Achaaa"). Tak mniej więcej wyglądały nasze konwersacje na tym forum, gdy próbowałem im wytłumaczyć że myślenie typu "coś się narzuci i coś się przymusi" - jest myśleniem osób o światopoglądzie TOTALITARNYM! Oczywiście nikogo nikt nie obrażał i obie strony zachowywały daleko posuniętą grzeczność, ale ostatecznie po zaledwie dwóch (może trzech dniach) tej naszej konwersacji, otrzymałem dożywotniego bana 😂. Coś już zresztą przeczuwałem, gdy na moje argumenty brak było odpowiedzi, a jedynie pojawiały się sformułowania typu "Wielkie Nieba", "Niesamowite" itd. Gdy zaś zacząłem im (w ogromnym skrócie) opisywać historię marksizmu i feminizmu - to chyba ich cierpliwość nie wytrzymała i dali mi bana. Cóż, od pierwszego dnia się z tym liczyłem, bo wiedziałem że tak to się właśnie skończy (nie po to się zresztą tam logowałem, aby dzielić się z nimi swoimi "doświadczeniami"). 

Ale to, co mnie zaskoczyło, to takie bezrozumne przekonanie, że kobiety są w stanie cokolwiek uczynić bez zgody i poparcia mężczyzn - a przecież nawet na tamtym forum dominowali faceci i to w ogromnej większości, gdyż normalnych kobiet takie kwestie jak feminizacja - do tego przymusowa co szczególnie było komiczne - mężczyzn, zupełnie nie interesują). Wszystkie prawa jakie osiągnęły kobiety, nie zostały im przyznane przez inne kobiety, ale właśnie przez mężczyzn, przez tych znienawidzonych samców. I to wcale nie dlatego (jak głosi współczesna feministyczna propaganda), że wywalczyły to sobie swoimi protestami (czy jakkolwiek nazwać to co robiły sufrażystki - które notabene wcale nie były feministkami, a gdyby ujrzały co też wyczyniają ich dzisiejsze potomkinie, złapałyby się z przerażeniem za głowy), tylko dlatego że taka stawała się konieczność dziejowa, zaś kobiety własną pracą i poświęceniem w czasie dwóch wielkich Wojen Światowych - udowodniły, że nie tylko należy im przyznać prawo do głosowania, ale i do pracy takiej, jaką zapragną. I wcale stopień rozwoju ruchu sufrażystek w danym kraju, nie miał najmniejszego przełożenia na szybkość przyznawania kobietom praw (głównie wyborczych), gdyż weźmy sobie na przykład taką Polskę, która w 1918 r. po 123 latach (oficjalnie, realnie zaś po 150, licząc od pierwszego rozbioru w 1772 r. do zjednoczenia ziem polskich w 1922 r.) odzyskała niepodległość i która od razu w tym samym roku przyznała kobietom równe z mężczyznami prawa wyborcze. U nas natomiast ruch sufrażystek praktycznie (poza jakimiś marginalnymi "kółkami gospodyń wiejskich") nie istniał. Natomiast w Wielkiej Brytanii, we Francji czy w USA był to ruch dość duży. A w tych krajach kobiety otrzymały prawa wyborcze znacznie później: USA - 1920, Wielka Brytania - 1928, Francja - 1944 r. Natomiast w takiej bogatej Szwajcarii, w części kantonów dopuszczono kobiety do głosowania w 1971 r. (natomiast we wszystkich kantonach dopiero w 1990 r.). Spójrzcie, tyle dekad walk sufrażystek i feministek i nic, większość państw miało zupełnie gdzieś ich postulaty i dopiero z czasem (cezurą była tu szczególnie I a potem II Wojna Światowa) przyznano im prawa wyborcze na równi z mężczyznami. I to mężczyźni ofiarowali im te prawa, nie sufrażystki ani nie feministki - one niczego nie wywalczyły, one wielokrotnie poniżały same siebie i swoją płeć, co tylko budziło efekt przeciwny przyznaniu im jakimkolwiek praw (jak na przykład współczesne paradowanie z gołymi cyckami tych ogłupionych propagandą i wykorzystywanych dziewcząt z "Femenu", czy też "marsze szmat" - co jak wiadomo przybliżają one kobiecą godność i wyrabiają w mężczyznach poczucie, że kobiety są im równe - z pewnością tak jest 😅).

Nie tylko prawa wyborcze (i jakiekolwiek inne) ofiarowali kobietom mężczyźni, ale nawet sam feminizm (tzw.: "drugiej fali"), został wymyślony nie przez kobiety, tylko właśnie przez mężczyzn. Kobiety (szczególnie te radykalne feministki-lesbijski, którym się wydaje że coś mogą zrobić) są tam jedynie w roli "mięsa armatniego" i taką tylko pełnią funkcję, jako przystawki atakujące normalnych facetów i wmawiające im że pocałunek to gwałt lub molestowanie, że seks kobiety z mężczyzną jest zawsze wymuszony i że istnieje jakaś "kultura gwałtu", oraz "toksyczna męskość". To bardzo pięknie wpasowuje się w teorie feministek-lesbijek, które przecież (szczególnie te radykalne) nie znoszą mężczyzn i najchętniej (jak ta idiotka Valerie Solanas) poddaliby ich masowej eksterminacji. A atakowani z każdej strony (szczególnie przez media, filmy, seriale, prasę i nawiedzone aktywistki z gołymi cyckami) faceci, którym ciągle się wmawia że są "głupi", "niepotrzebni" i że tylko "myślą o tym aby swój sprzęt włożyć do jakiejś dziury" (jak mi powiedziała jedna z pań feministek na wyżej wspomnianym forum), wreszcie zaczną odwracać się od kobiet. Już teraz powstają (coraz liczniejsze) grupy mężczyzn zwane (przez feministki) incelami - którzy właśnie zaczynają obwiniać kobiety za to, że nie wychodzi im w związkach z kobietami i będą za to owe kobiety nienawidzić (to naturalna reakcja każdego zagonionego w pułapkę stworzenia, które nie mając już gdzie uciec, będzie się bronić i atakować), lub - równie popularne - ruchy MGTOW (Men Going Their Own Way - Mężczyźni, Którzy Poszli Własną Drogą), nie dbające o kobiety i wykorzystujące je przedmiotowo  jedynie dla zaspokojenia własnych popędów, bez konieczności wchodzenia w jakieś relacje typu małżeństwo. Wiele kobiet zadaje sobie pytanie: "Gdzie ci mężczyźni?"i nie znajduje na nie odpowiedzi. A odpowiedź jest prosta - zostali poniżeni przez feministki (często lesbijki - co jest ważne) i uznani za potencjalnych gwałcicieli, oskarżeni o molestowanie za to tylko, że powiedzieli kobiecie komplement, zaś ich uczucie w stosunku do kobiet określone zostało "toksyczną męskością". Po co więc mają się męczyć w domu z kobietami, które chcą ciągle z nimi walczyć? Mają to gdzieś i idą własną drogą, która jednak nie spodoba się kobietom (już się nie podoba, wystarczy poczytać co na forach piszą kobiety o owych grupach "inceli" lub właśnie tych MGTOW-ach). Jeśli wszystko, co robią od wieków jest złe, to może kobiety zrobią to lepiej? Niech robią, ciekawe jak długo wytrzymają (a te osoby z męskich grup naprawdę są zdeterminowane, prawie tak bardzo jak ów nieszczęsny Marc Lépine, który zamordował bezbronne dziewczęta tylko dlatego że uznał je za feministki które zniszczyły mu życie, więc oni z pewnością nie popuszczą, a to odbije się tylko na kobietach. Już teraz nazywanie kobiet "świniami" lub "małpami" jest czymś naturalnym na tych grupach).

 


Oczywiście jest to celowy zabieg, ustawiony specjalnie aby uderzyć w mężczyzn - gdyż to właśnie na ich barkach istnieje ten świat od tysięcy lat i od tysięcy lat to właśnie faceci są największymi  obrońcami i opiekunami kobiet (feministki tego nie akceptują, ale prawda jest taka, że największym wrogiem kobiety jest właśnie druga kobieta). Ale feministkom zależy właśnie na tym aby te wzajemne relacje na trwale zniszczyć. Zapewne sądzą że większość kobiet stanie się wtedy lesbijkami i wreszcie będzie można przeprowadzić eksterminację wszystkich "samców". Problemem jednak dla feministek są te kobiety, które nie myślą jak zaprojektowane roboty, tylko mają gdzieś feministyczne ględzenie i kochają swoich mężczyzn. To właśnie dzięki nim świat nabiera piękna, a poranna rosa zamienia się w prawdziwy nektar bogów. Nie ma bowiem na tym świecie niczego piękniejszego od kobiety, która pielęgnuje swoją kobiecość i ofiarowuje ją swojemu mężczyźnie jak prawdziwy dar. To właśnie dla takich chwil chce się żyć i tworzyć, to stąd faceci czerpią swoją moc do działania i upiększania tego świata. I to właśnie te miliony normalnych kobiet są największymi przeciwniczkami "feministyczno-lesbijskiego raju". Czyż bowiem ikona feminizmu, autorka "Drugiej płci" - Simone de Beauvior w rozmowie z inną "ikoną" Andreą Dworkin (zdeklarowaną lesbijką - uważającą każdy męsko-żeński akt seksualny za gwałt na kobiecie) w 1975 r. nie powiedziała wprost: "Nie, nie wierzę, że każda kobieta powinna mieć wolny wybór. Żadna kobieta nie powinna mieć możliwości pozostania w domu, aby wychowywać swoje dzieci. Społeczeństwo powinno być zupełnie inne. Kobiety nie powinny mieć takiego wyboru, właśnie dlatego, że jeśli posiadają taki wybór, zbyt wiele kobiet zdecyduje się na niego. Należy więc im tego zabronić, a jest to jedyny sposób na zmuszanie kobiet do podążania w określonym kierunku". Oczywiście nie muszę tu dodawać, że ta "ikona feminizmu" była tak zafascynowana swoim partnerem - zdeklarowanym komunistą - Jean-Paulem Sartre, że dla niego... molestowała swoje uczennice i niektóre z nich przyprowadzała aby i on z nich skorzystał. Wmawiała tym dziewczętom że tworzą swoiste "trio", a prywatnie twierdziła że uwodzi dziewczęta, aby Sartre mógł posiąść ich dziewictwo. To właśnie taka była ta ikona. Inna radykalna feministka - Valerie Solanas stwierdziła zaś że prawdziwym problemem dla stworzenia nowego, feministycznego społeczeństwa, nie są wcale mężczyźni, tylko kobiety, te (jak je nazwała) "córeczki tatusia" zapatrzone w facetów, z którymi niczego nie da się zbudować. Należy więc je w jakiś sposób zmusić do współpracy (tak samo mówiły kobiety na owym forum). 

Zaś inna feministka-lesbijska (również ikona - tam bowiem są same ikony które cały czas walczą... tylko wroga na razie nie widać 😂) Alice Schwarzer - zwana "papieżycą niemieckiego feminizmu", uważała, że tradycyjny seks pochwowy zawsze jest gwałtem mężczyzny na kobiecie, gdyż - jak twierdziła: "Orgazm pochwowy nie istnieje. Jest fizjologicznym absurdem, bowiem pochwa ma tyle zakończeń nerwowych co jelito grube, a to znaczy: prawie wcale. Jej główna część może być operowana bez znieczulenia". Nie wiem co papieżyca-ikona brała i czy kiedykolwiek cokolwiek wsadzała sobie w tylny otwór - aby sprawdzić czy rzeczywiście jelito grube nie ma żadnych zakończeń nerwowych i nic to nie boli, ale już sam fakt że stwierdziła iż pochwa może być operowana bez znieczulenia - jest wybitnym przykładem jej potwornej wręcz nienawiści do kobiet, które nie podzielają jej lesbijsko-feministycznych mrzonek. Ciekawe co by powiedziała dziewczynkom z Afryki, które przymusowo się obrzezuje. To zapewne w ogóle nie boli, bo tak właśnie powiedziała feministyczna ikona. To że ona sama nigdy nie miała przyjemności ze stosunku pochwowego, uznała za pewnik, iż wszystkie kobiety nie posiadają z takiego seksu przyjemności, zatem - idąc logicznym tropem dalej - każdy stosunek pochwowy jest automatycznie gwałtem mężczyzny na kobiecie. Można by - parafrazując i nieco modyfikując słowa mości Zagłoby - rzecz: "sama żem to wymyśliła, bom taka ikona" 😂. To tyle na dzisiaj, a od następnego tematu rozpocznę właśnie od Simone de Beauvoir i jej "Drugiej płci", a następnie wyjaśnię kto, po co i dlaczego w ogóle założył ruch feministyczny i jedynie dodam że nie była to żadna kobieta. Tak więc drogie panie, feminizm jest takim samym rakiem, jakim był komunizm, nazizm czy faszyzm, zresztą nie  jedyny w swoim czasie. Obok niego powstał tzw.: ruch wyzwolenia czarnoskórych Amerykanów "Black Power" i "Czarne Pantery", a potem został mocno napompowany ruch gejowski i genderowy, a wszystko po to aby zniszczyć stare społeczeństwo, starą kulturę i pognębić jej jedynego obrońcę - białego, heteroseksualnego mężczyznę, który od wieków stoi na straży tej cywilizacji i przede wszystkim jest prawdziwym, a nie wydumanym obrońcą kobiety. 

 

 

CDN.

RETRO-GIRLS - Cz - II

PIĘKNE KOBIETY 

XX wieku






 JAKIE TO SZCZĘŚCIE ŻE PRÓCZ GARSTKI NAWIEDZONYCH FEMINISTEK, ISTNIEJĄ NA ŚWIECIE MILIONY NORMALNYCH KOBIET. W TYM TEMACIE CHCIAŁBYM WŁAŚNIE ZŁOŻYĆ HOŁD KOBIECOŚCI I POTĘDZE ORAZ PIĘKNU MACIERZYŃSTWA. 


NIECH NAM ŻYJĄ KOCHANE KOBIETKI

NIECH ŻYJE KOBIECOŚĆ!!!







GLORIA STUART
(lata 30-te)

 


 
GINGER ROGERS
(lata 30-te)





 TERESA WRIGHT
(lata 40-te)





MARILYN HANOLD
(miss czerwca 1959 r.)





DZIEWCZYNY w MALIBU
(1931 r.)


  




JEAN SIMMONS
jako ELŻBIETA I
(1953 r.)





MELINDA WINDSOR
(miss lutego 1966 r.)





ROMY SCHNEIDER
(lata 50-te)





MARILYN MONROE
(i jej najlepsza scena - lata 50-te)





ELIZABETH TAYLOR i JOAN BENNETT
(1951 r.)






JULIE ADAMS
(1954 r.)





 AUDREY HEPBURN i GARY COOPER
(1957 r.)


 



BETTIE PAGE
Nienasycona dziewczynka?
(lata 40-te)







 

niedziela, 26 kwietnia 2020

DZIENNIKI ZBRODNIARZA - Cz. VIII

CZYLI OPIS I KOMENTARZ DO

DZIENNIKÓW JOSEPHA GOEBBELSA





1925

 

DZIENNIKI DLA JOSEPHA GOEBBELSA

od 27 CZERWCA 1924 r.

do 9 CZERWCA 1925 r.

Cz. III






 26 MARCA 1925 r.


 Prześladowania i aresztowania u Francuzów (Goebbels ma na myśli lewobrzeżny obszar Nadrenii, okupowany przez Francuzów w latach 1918-1930)

Hitlerowi zamknięto usta (po wypuszczeniu z twierdzy Landsberg, w lutym 1925 r. rząd Bawarii wydał Hitlerowi zakaz publicznych przemówień, obowiązujący do maja 1927 r.). Knebluje się nas do nieprzytomności. To dowód słuszności naszych idei. (...) Hitler napisał z tuzin ulotek, które są znakomite. Cóż to za facet! Wczoraj z Kaufmannem (Karl Kaufmann - członek Freikorpsów i gauleiter NSDAP, od 1933 r. namiestnik Rzeszy w Hamburgu), Ripkem (AxelRipke - dziennikarz i gauleiter NSDAP, usunięty z partii w wyniku konfliktu z Goebbelsem w 1934 r.) i Etterichem (Arthur Etterich - członek NSDAP i wysoki funkcjonariusz Frontu Pracy Rzeszy). Katolicyzm i protestantyzm. Twierdzę, że katolicyzm to muzyka (uczucie), a protestantyzm - poezja (rozsądek i odpowiedzialność). Beethoven i Mozart byli nieprzypadkowo katolikami, a Goethe i Schiller - protestantami. Ripke i Kaufmann mają na myśli jezuitów, gdy mówią o katolicyzmie. To bez wątpienia fałszywa teza. Prawdziwy katolicyzm pozostaje równie wrogi jezuitom jak każda inna władza. Istnieje uczucie katolickie. Również coś takiego jak essentia catholica! (...) Etterich: dr Goebbels to Robespierre narodowego socjalizmu. (...)



30 MARCA 1925 r.


 Wczorajsza bitwa wyborcza nierozstrzygnięta (zakaz działalności NSDAP został zniesiony w styczniu 1925 r., a partia ta oficjalnie została reaktywowana 27 lutego 1925 r. na zjeździe w Monachium i od tej chwili czas stażu w partii był liczony od lutego, a okres do 30 stycznia 1933 r. zaliczany był do tzw.: "Kampfzeit" - "Czasu Walki" starej partyjnej gwardii. Goebbels pisze tu o pierwszej turze wyborów prezydenckich z 29 marca 1925 r. którą zwyciężył z poparciem Niemieckiej Partii Ludowej, Niemieckiej-Narodowej Partii Ludowej i NSDAP - były wicekanclerz Karl Jarres, który jednak zrezygnował przed drugą turą wyborów, na rzecz Paula von Hindenburga. Natomiast Ludendorff uzyskał najsłabsze poparcie ze wszystkich najważniejszych siedmiu kandydatów na urząd prezydenta Niemiec). Dojdzie do drugiej tury. Ludendorff odniósł godny uznania sukces, gromadząc 400 000 głosów. Jestem z tego zadowolony. (...) Należy dalej walczyć. Staliśmy się zbyt literaccy. 

Rozmyślam tak długo o uwarunkowaniach i nie dochodzę do żadnego wniosku. Czuję jednak jedno całkiem jasno: coś musi się zmienić w moim życiu. Czy to wyłącznie kwestia pieniędzy? Nie sądzę. Dziś wieczór chcę znowu pojechać do Rheydt. Żebrać o pieniądze. Okropność! Takiego życia nie mogę już znieść. Muszę wreszcie stać się panem własnego życia. Nikt nie żyje wyłącznie powietrzem i ranną rosą. Także samymi słowami z ust Pana Boga. Kto mi pomoże? Nie mogę tak dalej! Pogrążam się w rozpaczy! Chce mi się odebrać wiarę! 



16 KWIETNIA 1925 r.


 (...) Wczoraj poważny zatarg z Ripkem. Chce mnie upokorzyć w związku z pieniędzmi, których nie otrzymuję. Ponadto nienawidzi mojego radykalizmu jak zarazy. Jest on przecież jedynie zamaskowanym burżujem. Z takimi hamulcowymi nie robi się rewolucji. I to, co najgorsze: on może powoływać się na Hitlera. Jeśli wszystko pójdzie dalej tak, jak on przedstawia, to narodowy socjalizm nie jest już tym, co ja w nim widziałem. Dlaczego spieramy się o (?) społeczny lub socjalistyczny? Nie na darmo chcę się nazywać narodowym socjalistą! (...)



27 KWIETNIA 1925 r.


 Hindenburg wybrany z przewagą 900 tysięcy głosów nad Marxem (druga tura wyborów prezydenckich w Niemczech roku 1925, odbyła się 26 kwietnia. Zwyciężył w nich gen. Paul von Hindenburg z poparciem Niemieckiej Partii Ludowej, Niemiecko-Narodowej Partii Ludowej, Bawarskiej Partii Ludowej i właśnie NSDAP. Wilhelm Marx miał zaś poparcie Socjaldemokratycznej Partii Niemiec, Niemieckiej Partii Demokratycznej i Centrum). Niekończąca się radość mas. "Niech żyje Hindenburg!". Całe miasto (Elberfeld) przystrojone w barwy czarno-biało-czerwone. To etap prowadzący do ostatecznego celu. Nie mniej i nie więcej. Niech żyje Hindenburg!



28 KWIETNIA 1925 r.


 Prezydentura Hindenburga oznacza erę Tirpitza (o admirale Alfredzie von Tirpitzu - twórcy potęgi niemieckiej floty wojennej przed wybuchem I Wojny Światowej - kiedyś jeszcze coś więcej napiszę). albo Ludendorffa. Tirpitzowi jest do nas, hitlerianów, okropnie daleko. Stary, przebiegły lis z tamtego świata. Może nie będzie nam potem do śmiechu. Niemieckonarodowi nie są tacy głupi, jak ich przedstawiają marksiści. Centrum okropnie zbłaźnił się w tych wyborach. Przede wszystkim pan Marx. (...)

 

11 MAJA 1925 r.


  U Ripkego. Stary zrzęda. Arterioskleroza. Nie wolno, aby przeszkadzał nam w pracy (Goebbels i Ripke wzajemnie donosili na siebie do Hitlera i toczyli personalne boje o wpływy w partii. Ostatecznie zwyciężył Goebbels). (...)



18 MAJA 1925 r.


 Piątek w Rheydt. Else jedzie ze mną do Krefeldu. W Essen bez sukcesu. Kołtuństwo. W sobotę znowu w Elberfeldzie. (...) Ripke to łajdak. W sprawach pieniężnych nie ma sentymentów. Z powrotem do Essen. Bezładne zebranie związkowe. (Lehmann) prowadzi je jak głupiec. Wieczorem ze Stürtzem (Emil Stürtz - członek NSDAP, inwalida wojenny) i (Wasserloosem) do Hattingen. Kochani, wierni faceci! Niektórzy z robotników są nieocenienie dobrzy. Dyskusje do nocy. Walka klasowa. Czy jest to konieczność historyczna? Wczoraj w niedzielę konferencja okręgu (NSDAP). Dobry referat Ripkego, potem z nim do Löwenbräu. Napięta atmosfera. (...) Albo Ripke musi upaść, albo ja. Dzisiaj rano długa dysputa z Kaufmannem. Nienawidzi Ripkego. Odczekać! Zaraz potem do Krefeldu. 



19 MAJA 1925 r.


 Miasto popisuje się zielenią i oflagowaniem. Święto tysiąclecia! Polityczny festyn. Niewiele sobie z tego robię. Niemcy są wstrętnym narodem. Cieszą się ze swojego zniewolenia. Próżne czary! Poniedziałek w Krefeldzie. Krappen (Heinz Krappen) jest durniem, ale może płacić. We wtorek rano u Ripkego. Długa, poważna rozmowa. Napłynęły mi łzy ze wstydu i wściekłości. Wtedy on ukląkł przede mną i prosił mnie o przebaczenie. Mogę się temu oprzeć! Chodzi poważnie o Hitlera i o ruch. Robimy z narodowego socjalizmu partię walki klasowej. I to jest słuszne. Kapitalizm musi zostać nazwany po imieniu. Przeklęty Stresemann! (Gustav Stresemann - lider Niemieckiej Partii Ludowej, długoletni minister spraw zagranicznych Niemiec 1923 - 1929, główny autor traktatu lokarneńskiego, który uznawał co prawda granicę niemiecko-francuską i niemiecko-belgijską, ale pozostawał otwartą kwestię granicy niemiecko-czechosłowackiej a przede wszystkim niemiecko-polskiej. To właśnie obawa przed niezdecydowanymi działaniami polskiego rządu, skłoniła ostatecznie Marszałka Józefa Piłsudskiego w maju 1926 r. do zdecydowanych działań)



29 MAJA 1925 r.


 Ripke spędził u mnie pięć godzin. Wspólnota narodowa to produkt składający się z miłości i nienawiści. Nie potrzebujemy dzisiaj polityków, lecz fanatyków i rozrabiaków. Hitler jest na drodze do walki klasowej. Ripke nazwał mnie Maratem (Jean-Paul Marat był jednym z najbardziej znienawidzonych i jednocześnie najbardziej sfanatyzowanych dziennikarzy czasów Rewolucji Francuskiej, nawołujący do czynnego i ciągłego terroru. Jego wpływ na polityków był jednak ogromny (taki Adam Michnik lat 90-tych XX wieku). Ostatecznie został zamordowany w wannie - gdzie pobierał kąpiele które łagodziły jego chorobę skóry - przez zwolenniczkę liberalno-mieszczańskich żyrondystów Charlotte Corday w lipcu 1793 r.). Będziemy się ze sobą spierać. Socjalizm oznacza wyzwolenie proletariatu, a nie złamanie postanowień wersalskiego traktatu pokojowego. Boże, zachowaj we mnie mój żar. Płomieniem z pewnością jestem!






(Jeszcze mała informacja - w kwietniu 1925 r. Hitler powołał do życia nową gwardię przyboczną, nadając jej nazwę - Schutzstaffel (czyli SS), która początkowo składała się z ośmiu ludzi, członków dawnej gwardii - Stosstruppe Adolf Hitler. SS rozbudował osobisty kierowca Hitlera i pierwszy dowódca SS - Julius Schreck, stopniowo tworząc od sierpnia 1925 r. oddziały nazistowskiej gwardii w całych Niemczech. Plan ten został ostatecznie wykonany do stycznia 1926 r. i oddziały SS zostały sformowane w większości landów. W kwietniu 1926 r. nowym komendantem SS, został były szef Stosstruppe - Josef Berchtold)





 
CDN.
 

piątek, 24 kwietnia 2020

KOBIETA JEST UKORONOWANIEM STWORZENIA - Cz. XIX

CZYLI KIEDY I GDZIE W HISTORII

ISTNIAŁ MATRIARCHAT?





IV

KOBIECY SENAT i

RZYMSKI MATRIARCHAT

(218-235)

Cz. XI





 RZĄDY JULII MAMEI

(226-235)

Cz. IX



NADCIĄGA PERSKA APOKALIPSA

Cz. VIII





 

ORFIZM

OD KULTÓW PITAGOREJSKICH I APOLLIŃSKIEJ

"EKSTAZY"

KU MISTERIOM WTAJEMNICZENIA

Cz. V




 Od ok. 537 r. p.n.e. Pitagoras przebywał w Babilonie, gdzie w Świątyni Bela zgłębiał tajniki wiedzy kapłańskiej i to zarówno tyczącej historii, geografii jak i matematyki, astronomii a nawet... magii. (kapłani babilońscy pokazali mu tajniki białej magii, służącej do wypędzania demonów). Dopuścili go oni do swych tajemnic, mimo że wiedza jaką się posługiwali, była przeznaczona tylko dla niewielkiej (misteryjnej) grupy wtajemniczonych. Kapłani babilońscy nie zapisywali bowiem swych nauk w pismach, a przekazywali je sobie ustnie - gdyż pojęcie wtajemniczenia dominowało we wszelkim ich nauczaniu (nie każdy bowiem był godny aby posiąść te tajemnice). W Babilonie Pitagoras zapoznał się też z osiągnięciami kapłanów w dziedzinie matematyki (Babilończycy połączyli system dziesiętny z systemem mającym za podstawę liczbę 60 lub jej podzielniki 6 i 12. Uważali bowiem że liczba 60 jest najniższą z tych, które posiadają najwięcej podzielników i właśnie na jej podstawie wyznaczali pory roku, miesięcy i dni. Dziś system liczby 60, jej wielokrotności i podzielników, nazywamy jest systemem seksagezymalnym i stosuje się go zarówno do mierzenia kątów i łuków jak i do... podziału czasu. To właśnie dzięki Babilończykom minuta ma dziś 60 sekund, a godzina 60 minut). Pitagoras spędzał również sporo czasu w wyroczni Ahura-Mazdy, boga perskich zdobywców (którzy to od października 539 r. p.n.e. władali Babilonem i całą Mezopotamią jako satrapią Babirus), gdzie miał ujrzeć tajemniczy przedmiot "rozświetlający noc", nazywany przez perskich magów "lwem niebieskim" (dokładnie nie wiadomo co to takiego było, ale jeśli wierzyć opisom, był to "ukryty, bezcielesny ogień, rodzący światło i rozpraszający ciemności". Mowa jest tam jeszcze o "wężach" porażających ludzi, niczym pioruny - ale nie ma żadnych pewności czy chodzi tu o przewody elektryczne zasilające "lwa niebieskiego", czy może o coś zupełnie innego. Ciekawe, bo skoro były to jednak przewody elektryczne, to... gdzie było źródło zasilania, pod które mogły zostać podpięte?).

Pitagoras spędził w Babilonie około trzech lat, gdyż okazało się że aby mógł stamtąd wyjechać, musiał najpierw uzyskać zgodę "Króla Królów", czyli perskiego władcy - Cyrusa II, a nie było to wcale łatwe, gdyż otrzymanie audiencji w Suzie graniczyło z cudem. Pitagorasowi udało się to tylko dzięki pomocy pewnego Greka, który pełnił wówczas funkcję oficjalnego medyka króla i królowej Persji, a zwał się on Democedes. Tak więc (dzięki protekcji) powrócił Pitagoras na swoją rodzinną wyspę Samos (która wówczas już - od 537 r. p.n.e. rządzona była przez tyrana Polikratesa). Na obczyźnie spędził prawie dwadzieścia lat i gdy powrócił do kraju miał już prawie lat czterdzieści. Jego matka - Partenis jeszcze wówczas żyła, a Pitagoras utrzymywał się teraz z udzielania nauk jakie poznał przez te wszystkie lata w Egipcie i Babilonii. W pewnej gocie nad brzegiem morza, kreślił na placu pokrytym drobnym piaskiem morskim najróżniejsze figury geometryczne. Szczególnie zaś skupił się na kwadracie, a myśl jego krążyła wokół pytania - jak go podwoić? Próbował wielokrotnie, ale wciąż nic mu nie wychodziło i wynik zawsze był nieścisły. Zastanawiał się nad słowami starego Anaksymenesa, którego znał będąc młodzieńcem, a który twierdził że miarą wszechrzeczy jest powietrze. Myślał też nad teorią innego swego nauczyciela - Talesa, który to miarą wszechrzeczy uczynił wodę. W głowie jego powstawały myśli o kształcie i budowie Wszechświata, zastanawiał się bowiem czy świat jest żywy czy martwy, a jeśli żywy - to co to jest życie? Przyjmując zaś że jest to ruch, to czy Ziemia się porusza? A powietrze, czy się porusza? Co pobudza Ziemię do ruchu? Takie to myśli zaprzątały wówczas głowę Pitagorasa (a wiadomo o tym, ponieważ z nich potem wyszły nauki jakich udzielał już w Italii w kręgu pitagorejczyków). Ostatecznie w uzyskaniu odpowiedzi na wiele z tych pytań dopomogła mu przekątna linia, którą poprowadził od narysowanego na piasku kwadratu i wyszło mu że kwadrat zbudowany na przekątnej innego kwadratu, będzie zawsze w dwójnasób większy, czyli równać się będzie sumie obu kwadratów, zbudowanych na dwóch jego bokach. Ta sama zasada dotyczyła również i prostokąta i wielu innych figur geometrycznych. Tak oto stało się jasne, że to właśnie matematyka jest kluczem do poznania zasad tego Wszechświata.


 

Tak też powstało "Twierdzenie Pitagorasa" (którego przyznać się muszę, gdy jeszcze chodziłem do szkoły, ciężko mi było zapamiętać - a dziś jest to dla mnie coś oczywistego), czyli jeśli trójkąt jest prostokątny to suma kwadratów długości przyprostokątnych jest równa kwadratowi długości przeciwprostokątnej (innymi słowy: kwadrat zbudowany na linii ukośnej - przeciwprostokątnej - równa się sumie obu kwadratów, zbudowanych na obu jego pozostałych liniach - przyprostokątnych). To nie żywioły więc, a liczby są zatem boską tajemnicą Wszechświata. Mało tego, Pitagoras doszedł do wniosku że Ziemia jest kulista i się porusza. Definiował to zasadą siedmiu dźwięków odpowiadających siedmiu znanym wówczas planetom, do tego dokładał ósmą sferę dźwięku czyli ogdoadę, składającą się na sklepienie niebieskie, oraz sferę dziewiątą - czyli Ziemię i... zabrakło mu jeszcze jednej sfery niesłyszalnych dla ludzkiego ucha dźwięków, którą nazwał "liczbą doskonałą" lub "przeciw-ziemią". Na takich właśnie badaniach i tworzeniu nowych twierdzeń naukowych, spędzał Pitagoras kolejne lata na swej ojczystej wyspie, lecz ok. 531 r. p.n.e. na Samos przybyli posłowie z achajskiej kolonii z południowej Italii - Krotonu, których to właśnie ściągnęła sława jaką już wówczas w świecie greckim zyskał sobie Pitagoras. Krotończycy przybywali aby prosić Pitagorasa by nimi zarządzał, gdyż nie znali nikogo odeń mądrzejszego, a miasto ich właśnie teraz potrzebowało roztropnego przywódcy. Oto bowiem zagrażali im ich konkurenci handlowi z północy, Sybaryci, którzy niedawno rozgromili ich wojska i odebrali im znaczną część żyznych ziem uprawnych. Posłowie z Krotonu twierdzili że pomrą z głodu, jeśli Pitagoras nie zechce im pomóc i przybyć do ich miasta w celu objęcia władzy. Miasta Kroton i Sybaris słynęły wówczas w całej Nowej Grecji ze swych bogactw, szczególnie zaś Sybaryci pławili się w luksusie i postrzegani byli jako lud wielce zniewieściały, lubujący się w wykwintnych ucztach i radościach stołu oraz łoża. Natomiast Kroton, to miasto znanych atletów - którzy po wielokroć zwyciężali w Igrzyskach Olimpijskich, oraz lekarzy o ugruntowanej sławie w Nowej Grecji. Tak się jednak złożyło, że to właśnie Sybaryci zadali klęskę Krotończykom, a sława ich dzięki temu zwycięstwu dotarła również do ich starej ojczyzny - Hellady.

Krotończycy mieli farta, jako że Pitagoras właśnie powrócił z Delf, gdzie udzielał nauk tamtejszej pytii - Teoklei (wychodził bowiem z założenia - które to wpoili mu zarówno egipscy jak i babilońscy kapłani - że nie wszyscy ludzie są zdolni posiąść tajemną wiedzę i jedynie wybrani są do tego predestynowani przez samych bogów - a Pitagoras był bardzo religijny i każdą swą czynność poprzedzał modlitwą lub złożeniem ofiary bogom. Uważał jednak że wśród owych "wybranych" przez bogów do poznania ich tajemnic ludzi, są zarówno mężczyźni jak i kobiety, dlatego też nie czynił wśród płci żadnego podziału, z tą tylko różnicą że kobiety miały swoją sekcję a mężczyźni swoją). Przez rok nauczał więc Pitagoras w Świątyni Apollina w Delfach - tamtejszą kapłankę o imieniu Teoklea. Wyrabiał w niej przekonanie, że misją jej życia jest teraz przekazywanie woli samego Apollina, a swe myśli i czyny miała ona skupiać na oddaniu się bogu zarówno ciałem jak i duszą (do dziś jednak nie wiadomo w jaki sposób te kobiety wpadały w trans, nazywany przez Platona "szałem Pytii?" Wiadomo tylko że te kapłanki, wybierane do swej roli przepowiadania bożego planu spośród okolicznych chłopek mieszkających w rejonie Delf, żuły okadzane liście laurowe i piły wodę ze źródła Kassotis, jednak żadne z tych składników nie ma właściwości upajających, dlatego też nie ma jasnej co do tego odpowiedzi i pozostają jedynie spekulacje). Pitagoras powrócił na Samos właśnie ok. 531 r. p.n.e. gdy przybyli tam posłowie z Krotonu, ze skierowaną do niego prośbą o pomoc. Podążył więc (wraz z matką) do Italii, na zawsze już opuszczając rodzinną Samos, a przybywszy na miejsce uznał że klęska jaką ponieśli Krotończycy w bitwie z Sybarytami, wzięła się z bożego gniewu, dlatego też nakazał wszystkim mężczyznom w mieście zgromadzić się w świątyni Apollina, a wszystkim kobietom w świątyni Hery, gdzie na ołtarzach bogów mieli złożyć swoje piękne szaty i inne trofea, których dotąd pożądali. Namówił ich również do wystawienia świątyni Muz i do większego otwarcia się na muzykę która doskonale potrafi leczyć gniew, strach i inne złe namiętności. W Krotonie powołał też Pitagoras - spośród działających w tym mieście orfików - Związek Pitagorejski (ok. 530 r. p.n.e.), który działał na zasadzie zakonu (wtajemniczeni - mężczyźni i kobiety - mieli wieść wspólne życie, a ci którzy by się do tego nadawali, zostawali wybrani mistrzami i kontrolowali życie całej pitagorejskiej wspólnoty). Każdy kto chciał przynależeć do tego Związku, musiał przekazać cały swój majątek na ręce kuratora - jego własność była mu potem zwracana, gdy tylko zechciał odstąpić od zgromadzenia. Jako miejsce swych spotkań, obrali pitagorejczycy właśnie ową otoczoną cyprysami i gajami oliwnymi - Świątynię Muz.




Świątynia Muz poświęcona była dwóm bogom: Wielkiej Bogini Kybele - jako patronki kobiet i Ziemi, oraz bogu Heliosowi - jako patronowi mężczyzn i Nieba. Pitagorejczycy wzajemnie się wspierali i pomagali sobie we wszystkim. Młodzież męska ćwiczyła gonitwy na arenie lub szkoliła się w posługiwaniu mieczem i ciskaniu włócznią (ale już bez zapasów atletycznych, które Pitagoras uważał za nieprzyzwoite i rodzące wzajemną nienawiść, dlatego też kategorycznie ich zabraniał. Uważał bowiem że bracia z jednej wspólnoty nie mogą nawzajem tarzać się w piasku z żądzą pokonania jeden drugiego, jak jakieś dzikie zwierzęta. Pitagoras twierdził bowiem że walka jest co prawda ważna i należy się szkolić do boju - dziś byśmy nazwali to samoobroną - ale nie po to aby rosła przy tym wzajemna nienawiść i chęć stania się lepszym od reszty braci). Nowych adeptów, chcących dołączyć do Związku traktowano co prawda z wielką życzliwością, pozwalając im mówić co tylko chcieli - a jednocześnie bacznie ich obserwowano i przysłuchiwano się. Pitagoras uważał bowiem, że złego człowieka zdradzają zarówno jego oczy jak i śmiech. Śmiechu bowiem nie da się upiększyć, przeto właśnie stwarzano nowicjuszom okazję do tego aby się pośmiali. Jeśli nie miano do nich pod tym względem żadnych zastrzeżeń, poddawani byli kolejnym testom. Każdy nowy pitagorejczyk musiał bowiem wykazać się osobistą odwagą, przez to miał spędzić noc w jaskini, o której mu powiedziano iż nawiedzają ją zjawy i upiory. Jeśli ów śmiałek nie wytrwał do poranka i uciekł wcześniej, nie mógł już dołączyć do grona wtajemniczonych . Gdy i tę próbę przeszedł pomyślnie, zamykano go teraz w ciasnym pomieszczeniu i kazano odgadnąć znaczenie któregoś z pitagorejskich symboli, pozostawiając jednocześnie tabliczkę szyfrową. Po dwunastu godzinach wypuszczano go stamtąd i stawiano przed kolegium pitagorejczyków - którzy ten ostatni raz mieli prawo z niego drwić i naśmiewać się, jednocześnie przysłuchując się temu co miał do powiedzenia. To również była próba - próba samokontroli i trzymania nerwów na wodzy - kto bowiem nie wytrzymał szyderstw i wpadł w gniew, ten był skreślony i nie mógł już przynależeć do grona wtajemniczonych (notabene, tacy odrzuceni potem częstokroć stawali się śmiertelnymi wrogami pitagorejczyków). 

Pomińmy jednak dalsze trzy stopnie rozwoju duchowego człowieka, jaki był stosowany przez pitagorejczyków i przejdźmy wreszcie do apollińskiej ekstazy i owych kultów misteryjnych, gdyż temat nieco mi się wydłużył i dość długo nie wiedziałem jak ponownie do niego podejść. Dlatego też do tematu pitagorejczyków zapewne jeszcze kiedyś powrócę w innym temacie, teraz jednak jak najszybciej chciałbym przejść do rządów Julii Mamei, niestety, a niestety niepotrzebnie zboczyłem w owe "boczne ścieżki" i teraz uporczywie poszukuję możliwości zawrócenia z nich lub znalezienia chociażby jakiejś "drogi na skróty". W każdym razie od następnego tematu przejdę już do misteriów i apollińskiej ekstazy, po czym szybko postaram się opowiedzieć o kultach perskich z czasów Sasanidów i czym prędzej wracam do tematu głównego. Na zakończenie wątku pitagorejczyków jedynie dodam, że w 510 r. p.n.e. Kroton pokonał, zdobył i spalił Sybaris - do czego mocno zagrzewał właśnie Pitagoras. To on bowiem polecił zniszczyć miasto do ostatka a ziemię wypalić i następnie skierować na owe gruzy, wody z miejscowej rzeki - Kratysu. To nieopisane barbarzyństwo, posłużyło potem ludziom niechętnym pitagorejczykom, jako pretekst do ataku na Związek (w czym był niezwykle aktywny niejaki Cylon - który niegdyś pragnął dołączyć do pitagorejczyków, ale... nie przeszedł próby wytrwałości i w chwili gniewu potłukł swą tabliczkę, złorzecząc na wyśmiewających się z niego braci). Do upadku Związku i spalenia Świątyni Muz przez wzburzony tłum Krotończyków, doszło ok. 500 r. p.n.e. Pitagoras zmarł wkrótce potem (497 r. p.n.e.) w Metaponcie w wieku (ok.) 75 lat. Ruch pitagorejski jednak przetrwał i choć w rozproszeniu, dalej wyznawał poglądy swego mistrza, łącząc je z orfizmem i hermetyzmem.        





 
CDN.