Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOTY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOTY. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 listopada 2023

TAJNE PRZEZ... SZALONE - Cz. III

CZYLI NAJDZIWNIEJSZE (I CZĘSTO PRZERAŻAJĄCE) POMYSŁY XX STULECIA







HITLER ZMIENIONY W... BABĘ


 Dziś temat jeszcze bardziej szalony jak prezentowane przez mnie wcześniej, a mianowicie mam tutaj na myśli plany brytyjskiego wywiadu zamienienia Adolfa Hitlera w kobietę, poprzez dosypywanie mu do herbaty i posiłków kobiecych hormonów 😳. Brytyjski profesor Brian J. Ford w swej książce "Secret Weapons" ("Tajne bronie") opisuje taki właśnie zamiar, podjęty przez szefostwo MI6, którego celem była zmiana charakteru Hitlera i przeistoczenie go w bardziej kobiecą istotę. W tym celu brytyjscy agenci mieli systematycznie dosypywać estrogeny do posiłków i napojów przywódcy III Rzeszy (a ponieważ estrogeny są całkowicie pozbawione smaku, przeto osobista służba Hitlera nie byłaby w stanie ich wykryć), miano nimi również zraszać ogródek, na którym uprawiano warzywa dla fuhrera. Być może ten plan w jakiś tam sposób by się powiódł, ale kluczem do sukcesu było konsekwentne podawanie owych estrogenów przez kilka a być może nawet kilkanaście miesięcy non stop, jednak plan dotarcia do najbliższego otoczenia służby Hitlera był opracowany przez brytyjski wywiad i tak naprawdę czekano tylko na sygnał do rozpoczęcia owego planu (który mógłby nosić kryptonim "Helga" 🤭). Ostatecznie jednak do jego realizacji nigdy nie doszło, gdyż przywódcy Wielkiej Brytanii uznali ostatecznie że ów pomysł jest nazbyt szalony i nie gwarantuje pełnego sukcesu. Ostatecznie zrezygnowano z planów zamienienia Hitlera w kobietę, ale dokumentacja pozostała (bo jak wiadomo archiwa nie płoną) dzięki temu dziś możemy przekonać się, jak szalone plany wygrania Wojny Światowej mieli również Brytyjczycy.





PRZECIWPANCERNE MYSZY


 Teraz opuszczamy już Albion (ową "Wyspę ostatniej nadziei" - jak ją nazywali ci, którzy tam się przedostawali z całej Europy podczas II Wojny Światowej) i powracamy do sowieckiego Mordoru, gdzie rodziły się najbardziej bodajże absurdalne pomysły na zwycięstwo w tej wojnie. Takim pomysłem było chociażby stworzenie tzw. "pancernych myszy", których zadaniem było przegryzanie metalowych drutów w celu unieruchomienia czołgów i innych pojazdów mechanicznych. Pracami tymi kierował nijaki dr. Igor Walenko z uniwersytetu w Smoleńsku, który zajmował się tresowaniem myszy w celach naukowych, jeszcze przed wybuchem wojny. Gdy zaś 22 czerwca 1941 r. hitlerowskie Niemcy napadły na Związek Sowiecki, Walenko zdołał przekonać swych przełożonych do pomysłu uszycia myszy jako broni przeciwko niemieckim czołgom. Rozpoczął też intensywne badania i ćwiczenia myszy, których pierwszym celem miało być właśnie dostanie się pod obudowę silnika czołgu i przegryzanie metalowych drutów tego pojazdu. Ćwiczenia wypadły znakomicie (przynajmniej w opinii samego Igora Walenko), wszystko było też już gotowe do użycia owej mysiej broni w bezpośredniej akcji bojowej, ale zbyt szybkie tempo posuwania się Wehrmachtu w głąb Rosji sowieckiej zmusiło Stalina i innych partyjnych wataszków, do skupienia się na bardziej tradycyjnej formie obrony przed wrogiem, dlatego też projekt Walenko został odłożony na bliżej nieokreślony czas, a on sam skierowany do innych zadań.

Mimo to ów naukowiec nie przestał zajmować się swoim projektem, z tym tylko, że teraz ćwiczył owe myszy po godzinach i w czasie wolnym. Po bitwie o Moskwę w grudniu 1941 r. odepchnięciu Niemców od sowieckiej stolicy i ustabilizowaniu frontu, dowództwo sowieckie ostatecznie wyraziło zgodę na wypróbowanie eksperymentu doktora Walenko. Wiosną 1942 r. tresowane przez niego myszy zrzucono z samolotów w rejonie stacjonowania niemieckiej jednostki pancernej koło Kirowa. Eksperyment powiódł się w całej pełni, zostało bowiem unieruchomionych tak wiele niemieckich pojazdów bojowych, że dowództwo Armii Czerwonej zgodziło się na podjęcie kolejnej tego typu próby. Tym razem "mysi desant" zrzucono (w dniach 18 i 19 listopada 1942 r.) na niemiecką 22 Dywizję Pancerną stacjonującą w rejonie Stalingradu. To był kolejny sukces, myszy unieruchomiły ok. 30 % czołgów i bardzo wydatnie przyczyniły się do sowieckiego zwycięstwa pod Stalingradem. Igor Walonko stał się osobą dosyć popularną w gremiach partyjnych Związku Sowieckiego (nawet sam Stalin zaprosił go do siebie na audiencję), ale prawdziwym bohaterem okazał się niejaki "Michaił" - czyli myszka, znaleziona (śpiąca) w komorze silnika jednego z unieruchomionych niemieckich czołgów. I to właśnie Michaił dostał medal Bohatera Związku Sowieckiego, a nie Igor Walenko.

Sukces projektu Walenki był co prawda utrzymywany w ścisłej tajemnicy, ale przynosił nadspodziewane efekty i wśród ludzi blisko z tym projektem związanych budził jak najbardziej pozytywne emocje (sam fakt unieruchomienia takiej liczby czołgów pod Stalingradem przy pomocy myszy, pozwolił jednocześnie ocalić setki a prawdopodobnie tysiące żołnierzy, którzy zginęliby w starciu z tymi maszynami). Fortel jednak nie trwał zbyt długo, bowiem jeszcze w czasie walk pod Stalingradem Niemcy zestrzelili jeden z bombowców z myszami na pokładzie i przejrzeli sowiecki plan. Przerażeni szybkością i skutecznością działań owych myszy, natychmiast powołali specjalne jednostki które miały neutralizować ich działania. Powołano mianowicie Katzesicherheitabteilungen ("Kocie Oddziały Bezpieczeństwa") w skrócie KSA, które zajęły się eliminacją owych gryzoni w czasie bitew na linii frontu. Potem, po zakończeniu II Wojny Światowej, gdy świat zamienił się na dwa wrogie sobie bloki zimnowojenne, zarówno Amerykanie jak i Brytyjczycy utrzymywali w swych oddziałach kocie formacje bojowe, które miały neutralizować sowieckie myszy na wypadek wojennego konfliktu Wschód-Zachód.




CDN.

poniedziałek, 26 września 2022

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. LXI

ŻYCIE PO ŚMIERCI -

CZYLI RELACJE OSÓB,

KTÓRE PRZEŻYŁY WŁASNĄ ŚMIERĆ

 


 

III

ODWIEDZINY Z ZAŚWIATÓW

Cz. III

 
 
 
 
 
PANI W SELEDYNOWEJ SUKNI
 
 
 Niezwykłą przygodę z dziedziny okultyzmu przeżył znany angielski chirurg doktor Marsvield. Doktor siedział kiedyś w lokalu, w którym chętnie i często bywał. Było jeszcze dość wcześnie i restauracja była prawie pusta. Lekarza, jak zwykle, obsługiwał George, młody kelner pochodzący z wyspy Man. Lekarz ze zdziwieniem zauważył, że na powitanie George nie tylko jemu się ukłonił, lecz także pustemu krzesłu obok. Lekarz zdziwił się jeszcze bardziej, gdy kelner - odebrawszy zamówienie - spytał: 
 
- A dla pani?
 
-  Pani? Dla jakiej pani? - spytał doktor, rozglądając się dookoła. Nigdzie w pobliżu nie zobaczył żadnej kobiety. Czyżby kelner już o tak wczesnej porze był pijany? - Przepraszam - odrzekł doktor uprzejmie - lecz którą panią ma pan na myśli? 
 
Kelner zrobił strapioną minę.
 
- Mam na myśli pana towarzyszkę, panie doktorze - wyjąkał.
 
- Ależ ja nie jestem w towarzystwie żadnej pani - ostro zaprotestował lekarz. Nie podobało mu się, że kelner próbuje mu zrobić kawał.
 
- Ależ proszę pana - kelner był coraz bardziej zmieszany - pan doktor chyba żartuje. Widzę wyraźnie pana towarzyszkę, jak się uśmiecha z pana żartu.
 
- A więc widzi pan obok mnie przy stole jakąś panią. Może więc mi ją pan opisze.
 
- Oczywiście - zawołał skwapliwie George, wyraźnie zaskoczony takim obrotem sprawy. - Ta pani ma na sobie seledynową suknię, brązowe rękawiczki, brązowy kapelusz z rozciętym piórkiem, na szyi zaś mały, złoty łańcuszek, na którym wisi broszka przedstawiająca wieloramienne bóstwo indyjskie. Oko tego bóstwa zrobione jest z rubinu, który ma dziwny ogień.
 
- A ja panu oświadczam, że takiej pani przy moim stoliku nie ma, a nawet nie znam żadnej, dla której odpowiedni byłby ten opis.
 
- O ile się nie mylę, to ta pani jest Azjatką - mówił dalej kelner niewzruszonym tonem.
 
- Pan się myli - krzyknął doktor zirytowany i oburzony takim potraktowaniem jego osoby. - Proszę, niech pan przyniesie zamówione wino.
 
Słysząc podniesiony głos klienta, przy stoliku zjawił się pan Harting, właściciel lokalu, aby sprawdzić, co tak wzburzyło gościa.
 
- Czy widzi pan w moim towarzystwie Hinduskę lub jakąś inną panią w seledynowej sukni? Czy ma ona dziwną broszkę na szyi? - spytał doktor Marsvield gospodarza. 
 
- Bardzo mi przykro, lecz niestety nikogo nie widzą brzmiała odpowiedź.
 
- W porządku, lecz pana kelner twierdzi, że ją widzi. 
 
Oczywiście, biednemu kelnerowi jeszcze tego samego wieczora wypowiedziano pracę. Kiedy doktor Marsvield powrócił do domu, nie myślał już o incydencie w restauracji. Jego zdaniem kelner był pijany i w tym stanie po prostu zakpił sobie z poważnego gościa. 
 
Po kilku dniach doktor napisał list do starego przyjaciela Leslie Ovensa, poważnego pisarza, który wiele jeździł po świecie, a ostatnio osiedlił się w Irlandii. W liście dokładnie opisał zdarzenie z kelnerem, wyrażając przypuszczenie, że może materiał ten przyda się przyjacielowi przy pisaniu jakiejś powieści. Było mu bowiem wiadomo, że literaci zawsze polują na ciekawsze tematy, które można by później wykorzystać. Doktor Marsvield bezzwłocznie otrzymał od przyjaciela odpowiedź, która poruszyła go do głębi. Pan Ovens pisał bowiem, że właśnie tego samego dnia jego młoda żona uległa wypadkowi samochodowemu. Pani Ovens była, o czym doktor nie wiedział, Euroazjatką. Co najdziwniejsze, tego dnia, w którym doktor miał scysję z kelnerem, pani Ovens miała na sobie seledynową suknię, którą kelner rozpoznał na niewidzialnej pani. Miała również na złotym łańcuszku dziwną, egzotyczną broszkę z rubinem, dokładnie opisaną przez George'a. Pan Ovens pisał dalej przyjacielowi, że ostatnie słowa umierającej brzmiały: 
 
- Gdyby tu był twój przyjaciel, doktor Marsvield, może by mnie uratował. 
 
Chirurg długo zastanawiał się nad dziwnym zdarzeniem, dochodząc w końcu do wniosku, że kelner był po prostu jasnowidzem. Ta okoliczność pozwalała mu spostrzegać ciała astralne, niewidoczne dla oka przeciętnego człowieka, dostrzegającego tylko przedmioty materialne.
 
 
 
 
 
MEDIALNE MANIFESTACJE
 
 
 W Lipcach pod Charkowem występowały w latach 1853-1856. Od tego czasu na świecie zanotowano więcej podobnych wypadków, nawet w czasach nowszych i najnowszych. Lecz tu, tymi dziwnymi zdarzeniami zajął się sąd, prokurator, żandarmeria i wojsko. Tak więc materiał do tego artykułu wziąłem wprost z protokołów urzędowych. Nie jest więc ani zmyślony, ani fryzowany, jakby to chętnie potraktował ktoś o prymitywnych poglądach materialistycznych, chociaż dziś jako tako wykształcony człowiek wie, iż materia jako taka właściwe nie istnieje, a wszystko co nas otacza to różne postacie skupienia energii. Niniejszy tekst opracował sławny rosyjski parapsycholog A.M. Aksionow, żyjący w ubiegłym stuleciu. Jego prace z parapsychologii przetłumaczono na wiele języków.
 
Do sądu powiatowego w Charkowie wpłynęło latem 1853 roku pismo kapitana oddziału konnicy Siergieja Szendaczenko, powiadamiające sąd, że w jego domu dzieją się rzeczy niezgodne ze zdrowym rozumem i rozsądkiem. Ponieważ dla sądu pojęcie parapsychologia, zwana wtedy spirytyzmem, okultyzmem nie istniało, postanowiono do końca wyjaśnić wyczyny chuligańskie jakiegoś nieznanego łobuza. Sprawa była bowiem poważna; bardzo rozpowszechnione wówczas były sprawy o podpalenie, a w tym przypadku również spłonęło obejście... Na przykład w lipcu 1853 roku pożar strawił wiele gospodarstw, a sprawcy nie udało się w żaden sposób wykryć. Wysoki Sąd przypomniał sobie, że podobne wypadki były już kiedyś notowane w jednym z pobliskich powiatów, przy czym podobno słyszano przy tej okazji dziwne i niczym nie usprawiedliwione hałasy, stukania, uderzenia w ściany i drzwi. Było to w gospodarstwie wdowy Rozdiakonowej. Sąd nie ustalił wtedy nic. Dla pewności polecił jednak babę opiece boskiej i tam kazał kierować dalsze skargi. Wypadki w Lipcach nie różniły się zbytnio od tych, o których szeroko mówi się wśród ludu w całej Rosji. Różnica polegała jedynie na tym, że społeczeństwo ma więcej zaufania do zwykłego policjanta jako przedstawiciela władzy, niż uczonego, na którego urząd patrzy podejrzliwym okiem. Ale powróćmy do sprawy Lipiec. W protokole sądowym z dnia 23 sierpnia 1853 roku rejonowy komisarz policji zawiadamia sędziego powiatowego w Charkowie, że wczoraj zgłosił się kapitan Szendaczenko i oświadczył, iż w jego domu nadal występują niesamowite rzeczy. Złożył też zeznanie na piśmie następującej treści:
 
- Zwołałem komisję składającą się z przedstawiciela starostwa, sołtysa, miejscowego policjanta oraz z urzędnika akcyzy, aby poświadczyli, co się właściwie dzieje w moim mieszkaniu. Widocznie działały tu jakieś siły pozaziemskie, bo okna były powybijane, naczynia potłuczone, a ordynans pokaleczony nożem. "Coś" powyrzucało też żywność z beczek i skrzyń. Nad ranem około trzeciej - pisze kapitan Szendaczenko - w pokoju powstał niesamowity hałas. W powietrzu latały cegły. Dzieża z ciastem i walizka znalazły się nagle na środku izby. Latające przedmioty zmusiły obecnych do bezładnej ucieczki. Wtedy hałas trochę się zmniejszył, lecz cegły nadal latały w powietrzu. Po południu, około godziny drugiej, nagle zaczęło się palić łóżko. Na szczęście byłem wtedy wraz z żoną w pokoju, więc ugasiliśmy pożar. Po chwili łóżko znów zaczęło się palić i to równocześnie w trzech miejscach. Kiedyśmy ugasili i ten ogień "coś" zaczęło rzucać w okno cegłami i wybiło cztery szyby. Z uwagi na duże straty materialne postanowiłem przeprowadzić się do innego mieszkania. 
 
W opuszczonym budynku przez osiem dni był względny spokój. Wobec tego kapitan postanowił powrócić do dawnego mieszkania. Przez dwa dni była cisza, tylko w kuchni można było usłyszeć jękliwe westchnienia i żałosne odgłosy jakby maltretowanego człowieka. Po trzech dniach manifestacje rozpoczęły się od nowa. Ktoś niewidzialny znów zranił nożem ordynansa kapitana. Nazajutrz postanowiono więc wprowadzić wszelkie możliwe środki ostrożności.
 
- W kuchni - relacjonuje dalej kapitan - ulokowałem żołnierza i trzech chłopów. W pokoju jednego żołnierza. Mimo to ktoś ciągle rzucał we mnie kamieniami, a także w urzędnika starostwa i inne osoby. Nikomu z nas nie udało się wykryć sprawcy tych napaści. 
 
Drugi raport do sądu powiatowego napisał sołtys. Zawiadamiał w nim, że "coś" rzucało kamieniami w mieszkaniu kapitana Szendaczenko, wybijając w sumie 16 małych szyb w oknach kuchni i pokojach mieszkalnych. Poza tym "coś" wylało w pokoju kilka wiader wody, których to wiader poprzednio tam nie było. Ze strychu spadały liczne kamienie i trafiały w ludzi. W pewnej chwili zapalił się słomiany dach stodoły, od czego spaliła się sąsiednia chata i to w biały dzień, kiedy nikogo nie było w pobliżu. Służba ratownicza zapobiegła rozprzestrzenianiu się ognia. 
 
Kapitan Siergiej Szendaczenko osobiście wysłał też raport do sądu, w którym wspominał, iż jakieś nieznane mu siły wyprawiają dziwne harce, rzucają garnkami i przyborami kuchennymi o ścianę. Na pomoc wezwał też miejscowego popa, aby ten wyświęcił "przeklęte" miejsce, lecz i te zabiegi nie odniosły żadnego skutku. Mimo strachu, jaki nim owładnął, kapitan Szendaczenko postanowił pójść na przetrzymanie sił nieczystych. Tymczasem na strychu "coś" porozbijało wszystkie łamliwe przedmioty. Rozrzuciło i pomieszało na podłodze proso i mąkę. W piwnicy, gdzie były zimowe zapasy, powywracało beczki z ogórkami i kapustą. Po południu znów zaczął się palić dach, tym razem na mieszkaniu kapitana. Nie można było wejść na strych, bo "coś" rzucało ratownikom w twarz cegły i palące się głownie. W protokole szóstym, napisanym przez urzędnika akcyzy, oświadcza się, że sprowadzono popa, lecz kiedy zaczęto śpiewać nabożne pieśni, rzucało kamieniami i kawałkami cegieł do kropielnicy, a z duchówki pieca, poprzez zamknięte drzwiczki, wyleciał żelazny garnek z wodą, chociaż w kuchni nie było nikogo. 
 
Liczne inne sprawozdania i raporty skierowane do sądu nie wnoszą w zasadzie niczego nowego. Relacje powtarzają się: Przedmioty nadlatują znikąd. Są widoczne dopiero wtedy, kiedy "lecą". W każdym razie ogień wybuchał kilkakrotnie. Spaliła się stodoła i chałupa, a od nich zajęło się kilka dalszych chat. Gęsie pióra z worków znajdowano rozrzucone w różnych miejscach. Ważnym szczegółem jest tu fakt, iż spośród kilkunastu różnych raportów i sprawozdań skierowanych do władz, wszystkie w swej treści są zbieżne i nie przeczą sobie w żadnym szczególe. Wszystkie mówią dokładnie to samo.

Po ostatnim pożarze w dniu 25 października skończyła się udręka biednego oficera. Nagle wszystko ustało. Okoliczni chłopi wyrażali przypuszczenie, iż winę za to całe zamieszanie ponosi pewien włóczęga, pijak, którego kapitan kazał zamknąć kiedyś do aresztu za wyprawianie brewerii i awantur. Pijak ten odgrażał się podobno, że po śmierci zemści się na nim. Włóczęga ten krótko potem zmarł. Czy jego pogróżki można było brać poważnie? Gdyby wszystkie groźby sprawdzały się, to ludzkość dawno już przestałaby istnieć. Do wywołania zjawisk, które wyżej opisano, potrzebny jest przede wszystkim czynnik pobudzający, czyli ktoś, kto daje w tym kierunku impuls. Takich osobników jest wielu. Wszak człowiek, umierając, nie staje się na tamtym świecie od razu inny, lepszy. Jego ewolucja w kierunku doskonalenia się trwa długo. Tak twierdzą istoty z tamtego świata, przemawiające przez media w transie; ta ewolucja jest także zależna od poziomu intelektualnego, etycznego i od uświadomienia za życia. Ale to jeszcze i tak nie wszystko. Taka istota, pozbawiona ciała doczesnego, potrzebuje odpowiedniego ładunku energii, aby móc się nam, żywym, widocznie zamanifestować. I w tym tkwi najtrudniejszy do wytłumaczenia problem. Potrzebne tu jest medium - pośrednik - z którego istota, z naszego punktu widzenia niematerialna, może czerpać energię. W każdym razie nie podlega dyskusji, że kapitanowi Szendaczenko chciał ktoś zaszkodzić i znalazł w jego otoczeniu osobnika, nadającego się znakomicie do tego celu, kogoś, z którego można było łatwo czerpać energię. 
 
Dalszych dochodzeń w sprawie wydarzeń w miejscowości Lipce nie prowadzono. Ponieważ wydarzenia te były kiedyś bardzo głośne w całej carskiej Rosji, jest rzeczą pewną, iż można o nich przeczytać w gazetach z tamtych czasów, znajdujących się w bibliotekach, które uszły wojennym pożogom.
 
 
 
 
 
ZJAWY ZMARŁYCH ZWIERZĄT
 
 
 Prof. dr Emil Mattiesen, autor znanego 3-tomowego dzieła pt.: "Życie po śmierci" jest zdania, że zwierzęta o wyższym rozwoju psychicznym bezsprzecznie - tak jak człowiek - kontynuują swe życie po swej fizycznej śmierci. Problem ten, poruszany już kilkakrotnie przez parapsychologów, nie jest do końca wyjaśniony. Wiadomo, że zwierzęta domowe na przykład, przywiązane za życia do człowieka, ukazują mu się po śmierci. Zdjęcie takiej zjawy wykonano między innymi na jednym z seansów u pułkownika żandarmerii Norberta Okołowicza w Warszawie. Na przeszkodzie w zdobyciu bliższych wyjaśnień stoi brak możliwości porozumienia się ze zwierzęciem. Zwierzę nie potrafi mówić. My zaś, naszym tępym umysłem, nie potrafimy się wczuć w psychikę zwierząt. 
 
Znany szwajcarski parapsycholog, Georg Sulzer, opisuje w swych pracach liczne wypadki, kiedy zmarłe (celowo używam tego określenia) psy ukazywały się swym paniom lub gospodarzom. Osoby medialne - kontynuuje dalej prezes Sulzer - mają dar widywania nie tylko zmarłych ludzi, ale także i zjaw zwierząt. Różne zwierzęta są związane psychicznymi więzami sympatii z człowiekiem. Lecz bywa i na odwrót. Nieraz chłop na wsi zapłacze nad ulubionym koniem, który zdechł nagle wskutek wypadku przy pracy. Takie "więzy" obowiązują także i na tamtym świecie. Pewna jasnowidząca znajoma Sulzera opowiadała mu, że zjawa jej zmarłej psiny przez długie lata chodziła za nią, widoczna tylko dla swej pani. Ciała astralne zwierząt czerpią energię do zmaterializowania się nawet z osoby swej byłej pani. Jak to robią, tego nie wiemy... W jednej ze swych prac wspomina pan Sulzer o własnym kocie. Kot ten przebywał w rodzinie Sulzerów przez pełne dwanaście lat. Miał on zwyczaj punktualnie o godzinie dwunastej przychodzić do jadalni, gdzie był już przygotowany dla niego talerzyk z jedzeniem. Talerzyk stał zawsze w tym samym miejscu. Wchodząc do jadalni kot cicho miauczał, dając znać o swojej obecności. Kiedy zwierzę na stare lata zachorowało, leżało na dywaniku w pobliżu gorącego pieca i tam mu też noszono jedzenie. Kiedyś, podczas obiadu, usłyszano w kącie znane miauknięcie. Spojrzeliśmy w tym kierunku, lecz nie było tam nikogo. Tknięci przeczuciem przeszliśmy do drugiego pokoju, gdzie stał piec. Przy nim leżał kotek. Był martwy. 
 
Angielska gazeta "Morning Post" pisała o pewnej pani, która była bardzo zmartwiona zgonem ulubionego spaniela. Stale o nim myślała. Ta okoliczność pozwoliła pieskowi naładować się energią, czerpaną ze swej pani. Dało mu to także możność zmaterializowania się. Pies ukazał się kiedyś w towarzystwie małego pudelka. Kiedy zdarzenie to opowiedziała swym sąsiadom, ci od razu zrozumieli o kogo chodzi. Był to ich niedawno zmarły pies, o czym właścicielka spaniela już wiedzieć nie mogła. 
 
Francuski astronom i parapsycholog światowej sławy, Camil Flamarion opisuje w jednej ze swych książek następujący wypadek. Znajomy, młody człowiek miał inteligentnego, lecz bardzo agresywnego psa. Z powodu licznych skarg rodzice chłopca postanowili dać psa do uśpienia. Synowi nie wspomniano o tym ani słowem. Któregoś dnia chłopiec usłyszał, jak otwierają się drzwi wejściowe i zobaczył w nich swego psa, który wszedłszy do mieszkania położył się u nóg chłopca, kiedy jednak chciał psa pogłaskać, zwierzę znikło. Chłopiec przeczuwając najgorsze, pobiegł do telefonu i wykręcił numer instytutu weterynarii.
 
- Tak - odpowiedziano mu - niedawno była tu jakaś pani ubrana na czarno i oddała psa do uśpienia. Pies od kilku minut już nie żyje. 
 
Przed ogłoszeniem tej historii redakcje gazet dokładnie sprawdziły przebieg wydarzenia i relacje świadków. 
 
Do grona najbardziej znanych parapsychologów zajmujących się światem zwierzęcym należał angielski teolog Charles Tweedale. Przedstawił on w swych pracach kilka wręcz niewiarygodnych wydarzeń, których był osobiście świadkiem. I tak kiedyś na przykład ukazała się w jego domu zjawa zmarłej przyjaciółki jego ciotki w towarzystwie psa, który także już nie żył. Pies zdechł przed dwunastu laty. Natomiast ciotka zmarła sześć lat później. Nim cokolwiek się pokazało, obecni usłyszeli warczenie i słabe szczekanie. Początkowo nie wiedziano, co to ma znaczyć, sądzono, że może jakiś brzuchomówca pozwolił sobie na kawał. Dopiero po chwili ukazały się zjawy w całej okazałości. Powyższy wypadek, opisany tu w skrócie, w całości podaje pan Tweedale w swej książce: "Man's Survival after Death". 
 
Zdaniem europejskiego specjalisty z zakresu anatomii F.W. Pawłowskiego, zajmującego się także parapsychologią, najczęściej zjawiają się zmaterializowane wiewiórki, psy, koty i ptaki. Pułkownik Norbert Okołowicz wspomina o małpoludzie pojawiającym się na seansach z Frankiem Kluskim. Odbywały się one wprawdzie w półmroku, lecz obecni mogli dotknąć sierści zjawy o zapachu jakby mokrego psa. Znany w okresie międzywojennym dr med. Max Moecke, pisze w swych wspomnieniach, że kiedyś udało mu się narzucić obecnym wrażenie zmaterializowanego lwa. Uczestnicy seansu ze strachu powskakiwali na stoły. Afrykańscy magowie potrafią narzucić widzowi wizję jadowitego węża. Taki wypadek opisuje znany pisarz powieści kryminalnych, Edgar Wallace w swych pamiętnikach, kiedy to będąc jeszcze młodym człowiekiem, pracował jako sanitariusz w koloniach angielskich w Afryce. Fakty są bezsporne. Ciekawy jest jednak sposób, w jaki się to odbywało. Czy drogą sugestii? 
 
Czytając o problemach z dziedziny parapsychologii nadal błądzimy po omacku. Tworzymy teorie oparte na domysłach. Kto uważa się za wybitnie inteligentnego, ten się z takich wydarzeń śmieje. No cóż, w tej kwestii wszystko zależy od tego, kogo na co stać. Angielski marszałek polny, lord Wolseley, wspomina w swej biografii, że w jego obecności zmaterializowała się kiedyś foka oraz jakieś rzadkie zwierzę występujące w Indiach. W roku 1923 w Niemczech ukazała się książka generała Józefa Petera, w której przedstawił około 50 znanych i udokumentowanych wypadków materializacji zwierząt. 
 
Znaną osobistością w sferach parapsychologów jest Anglik Frederic Scultorp. Ma on rzadko spotykany dar bilokacji, czyli wysyłania swego ciała astralnego w dowolnym czasie i na duże odległości (Scultorp opisał swe przeżycia w książce: "Moje przeżycia w świecie duchów"). Frederic Scultorp zajmuje się bilokacją od kilkudziesięciu lat. W rozdziale swej książki o zwierzętach pisze m.in., że zwierzęta przechodzą na tamten świat łatwo i bez trudności. Jeżeli chodzi o zwierzęta drapieżne, zatracają one z czasem zamiłowanie do polowań. Wszak jedzenie jest im już niepotrzebne. Zresztą siła fizyczna, tak ważna w naszym życiu "tutejszym", tam nie znaczy nic. 
 
Ciekawe zdolności miał pies pewnej mieszkanki Weimaru, pani Freytag-Loringhoven. Potrafił on rozwiązywać trudne zadania matematyczne. Zwierzę wyszczekiwało swe wypowiedzi według wcześniej uzgodnionego kodu. Jego błyskawiczne i bezbłędne odpowiedzi wzbudzały zdumienie, a jego pani była z psa niesłychanie dumna. Była przekonana, że pies swą inteligencję zawdzięcza jej pedagogicznym uzdolnieniom. Było obojętne, z kim pies miał do czynienia; doświadczenia zawsze się udawały. Niektóre osoby przypuszczały, że pies, jak i sławne w historii konie elberfeldzkie, miał zdolności telepatyczne... Zdaniem doświadczonych parapsychologów problem jednak był znacznie prostszy. Tak pies, jak i wspomniane konie miały kwalifikacje medialne. Możliwe także, że ktoś z obecnych podświadomie im pomagał - pośredniczył. Takie wypadki zdarzają się często u ludzi. Wszak spotyka się media o intelektualnym poziomie analfabetów, które w transie rozmawiają licznymi, nieraz nawet martwymi językami. Na tej zasadzie działają też tzw. wirujące stoliki, które "pośredniczą" i pomagają się wypowiadać istotom z innego świata.
 
 
 
PS: W następnej części nowy podtytuł:  
"Moje kontakty z tamtym światem".
 
 
CDN. 
 

czwartek, 12 marca 2020

ŻYCIE W CZASACH ZARAZY!

CZYLI ZDROWY ROZSĄDEK 

PRZEDE WSZYSTKIM



 
 Nie! Nie będzie dziś wcale o koronawirusie i tej całej pandemii histerii, jaka coraz silniej wylewa się obecnie z mediów i od polityków, powodując niekiedy wręcz szaleńcze zachowania ludzi. Przyznam się szczerze, że ja już po dziurki w nosie mam tych ciągłych, podawanych na okrągło, praktycznie 24/h informacji o tym jak to z poważną pandemią mamy do czynienia i co należy zrobić aby się nie zarazić. Oczywiście rozumiem że należy informować ludzi o konieczności zachowania podstawowych zasad higieny i bezpieczeństwa, ale co za dużo, to nie zdrowo. Rozumiem też że politycy muszą się wykazać, aby nie spadła na nich krytyka że nie podejmują żadnych działań by uchronić ludzi przed skutkami chińskiego wirusa z Wuhan, ale nie pojmuję dlaczego tą drogą podążają również dziennikarze - gdyż to właśnie przez nich tworzy się swoista panika i ludzie na potęgę wykupują towary ze sklepów, oraz boją się nawet podać drugiej osobie ręki na powitanie - tak jakby oczekiwali z niepokojem kiedy w końcu ich samych dopadnie ta zaraza. Ja jeszcze nie pisałem o koronawirusie na blogu, ale prawdę powiedziawszy nie zamierzam tego czynić. Nie będę też analizował przyczyn dlaczego koronawirus wydostał się z laboratorium w Wuhan, gdyż na ten temat powstały już najróżniejsze elaboraty, łącznie z najbardziej niesamowitymi teoriami spiskowymi. Osobiście przychylam się do opinii, że wirus (który był przygotowywany już od lat w Chinach i zapewne miał posłużyć jako broń biologiczna w konfrontacji z Tajwanem - szczególnie że to właśnie Azjaci są najbardziej podatni na jego wpływ), został celowo wypuszczony, w wyniku wewnętrznych walk o władzę w chińskiej partii komunistycznej i miał ugodzić bezpośrednio w Xi Jinpinga. Tylko że "nieco" wymknął się spod kontroli (podobnie jak zakładana przez peerelowską bezpiekę Solidarność, która też nieco wymknęła im się z rąk i miast obalić samego Edwarda Gierka, stała się na tyle poważnym zagrożeniem dla całego systemu komunistycznego - nie tylko w Polsce - że nie było wyjścia i Jaruzelski musiał wprowadzić Stan Wojenny aby ocalić system). Ale nie mam zamiaru dalej drążyć tego tematu (chyba że coś się wyjątkowo zmieni, choć nic takiego nie przewiduję) i sądzę że za kilka, kilkanaście dni temat zarazy umrze śmiercią naturalną i tyle będzie z zapowiadanej medialnie "epoki koronawirusa" (te głupkowate teksty w stylu: "Jak się żyje ludziom w epoce koronawirusa?". Należałoby to pytanie odwrócić w stronę dziennikarzy i zapytać ich: "jak wam się żyje w epoce dominacji marksizmu i wszech-otaczającej nas głupoty?").

W zasadzie miałem dziś pisać o czymś zupełnie innym, a tego tekstu wcale nie powinno być, ale do jego napisania sprowokowała mnie pewna żurnalistka z Newsweek'a (czy też raczej z Lisweeka - jak mawiają niektórzy złośliwcy 😉). Otóż ta pani, o imieniu zdaje się Katarzyna Burda, była łaskawa wyrzucić z siebie artykuł pt.: "Dżuma. Jak 700 lat temu zaraza zabiła pół Europy". Ponieważ jednak rzadko ostatnio czytuję tygodniki, a już w szczególności Lisweeka, przepraszam - Newsweeka, czy też postkomunistyczną "Politykę", to jednak czasem korci mnie aby sprawdzić, co też tam za nowe mądrości powstają. I tak się właśnie stało dziś, gdy przez przypadek - stojąc w kolejce do kasy w sklepie - przejrzałem sobie tygodnik redaktora Lisa i natrafiłem właśnie na artykuł pani Burdy. Szybko przeleciałem najważniejsze fragmenty, z których pani żurnalistce wyszło dlaczego to w XIV wieku epidemia dżumy - przywleczona z Krymu przez genueńskich żeglarzy, wracających z Kaffy w styczniu 1348 r., która opanowała całą południową Europą, skąd momentalnie rozeszła się na resztą kontynentu - nie dotarła na polskie ziemie (a raczej na tereny ówczesnego Królestwa Polskiego, gdyż Pomorze i Śląsk zostały objęte tą epidemią). Otóż według pani Burdy - która opierała się o opinię pewnego norweskiego czy też szwedzkiego historyka, nie pamiętam jego nazwiska - było to spowodowane... zapóźnieniem cywilizacyjnym Europy Środkowej, którą omijały główne w średniowieczu szlaki handlowe. To jest jedna, ale wcale nie jedyna przyczyna ominięcia przez dżumę ziem polskich. Inna (również oparta o tezy Norwega) to stwierdzenie że... do żadnego ominięcia nie doszło, tylko po prostu nikt tego nie badał i nikt wówczas o tym nie pisał, ale epidemia czarnej śmierci wcale nie ominęła Polski (czyli w jednym tekście wzajemnie sobie przeczy). Co ciekawe, była jeszcze trzecia przyczyna ominięcia Europy Środkowej przez tę zarazę. Pani żurnalistka raczyła stwierdzić że Czarna Śmierć wybuchła w Europie dlatego, że... Zachodni Europejczycy ze swoich krajów wypędzili ludność żydowską, która to przybyła na ziemie polskie i tutaj uchroniła mieszkańców od niebezpieczeństwa, pokazując im jak dbać o higienę 😂. I to w zasadzie tyle, pani żurnalistka Burda pisząc o Czarnej Śmierci zainkasowała za ten tekst zapewne jakieś pieniądze i finito. Tylko że ja, czytając te jej wypociny robiłem się coraz bardziej czerwony na twarzy.




I właśnie dlatego postanowiłem stworzyć ów temat, bo przyznam się szczerze - większych głupot nie słyszałem. Zastanawia mnie bowiem jak można sobie wzajemnie przeczyć, pisząc w jednym tekście o tym że dżuma dotarła do Polski, a następnie że jednak nie dotarła i że było to spowodowane cywilizacyjnym zapóźnieniem Polaków (wiadomo, przecież dopiero niedawno zeszli oni z drzewa) i jednocześnie próbą udowodnienia że prawdziwą cywilizację (w tym oczywiście higienę) przynieśli nam dopiero uciekający z europejskich krajów Żydzi. Dużo pracy umysłowej musiała ta pani Burda wnieść, aby jakoś to ze sobą spróbować połączyć, bo zupełnie nie trzyma się to kupy. A już w ogóle stwierdzenie że Europa Środkowa, czyli centrum kontynentu, bez którego dziś nie można utrzymać stabilnych relacji handlowych na linii Wschód-Zachód, to był jakiś zapóźniony w rozwoju grajdołek, to jest jakaś totalna aberracja umysłowa. Jeżeli tak by doprawdy było, to należy tu od razu postawić pytanie - dlaczego więc o te ziemie w centrum Europy, od wieków wojowali z wielką natarczywością i konsekwencją zarówno Niemcy jak i Moskale? Skoro te ziemie nic nie znaczyły i były swoistą białą plamą, to po co jedni i drudzy chcieli je sobie pozyskać, a co jeszcze ciekawsze - dlaczego im się to nie udało? Przyznam się szczerze, że nie oczekuję od pani żurnalistki odpowiedzi na powyższe pytania (nie sądzę też aby potrafiła nawet na nie odpowiedzieć), przeraża mnie jednak poziom umysłowy wielu dziennikarzy, polityków i tzw.: "autorytetów". Większość z nich bowiem nie ma zielonego pojęcia o tematach na które się wypowiada. Sądzę też że pani Burda miałaby spore problemy w wytłumaczeniu, dlaczego to właśnie przez polskie ziemie biegły główne szlaki handlowe z Południa na Północ, a także ze Wschodu na Zachód? A już w ogóle zwoje mózgowe z pewnością by się przegrzały, gdyby musiała odpowiedzieć na pytanie, dlaczego polscy władcy piastowscy ofiarowywali cesarzom rzymskim niezwykle bogate prezenty, nie ograniczające się jedynie do kosztowności, ale również do rzadkich zwierząt, jak choćby wielbłądów czy żyraf. Przecież w Polsce takie zwierzęta w średniowieczu nie występowały, podobnie zresztą jak i w Niemczech czy w innych krajach Europy, a mimo to polscy władcy ofiarowali te zwierzęta władcom zachodnioeuropejskim. Skąd je brali? Ja nie wiem, za głupi jestem, może pani Burda odpowie. 

Co zaś się tyczy drugiego zarzutu, o tym że nie było żadnych informacji na temat Czarnej Śmierci, to rzeczywiście, tutaj muszę przyznać że po przeanalizowaniu kilku średniowiecznych kronik i relacji z epoki, w zasadzie nigdzie nie natknąłem się na żadną informację o tej zarazie dziesiątkującej wówczas Europę. Są co prawda bardzo nieliczne, jedno, dwu zdaniowe wstawki o tym że epidemia taka grasuje w Europie, ale nie ma nic o liczbie zgonów ludności na ziemiach polskich (dopiero XIX-wieczny kronikarz Teodor Morawski, w dosłownie jednym słowie, wciśniętym w informacje na temat zjazdu krakowskiego z 1364 r. mówi że w Krakowie też wcześniej doszło do epidemii zarazy w wyniku której miało zginąć... 20 000 mieszkańców miasta. Problem polega jednak na tym, że nigdzie indziej takie - czy nawet zbliżone do nich - liczby nie występują. Gdyby to była prawda - a nie kronikarska nadinterpretacja - to czy naprawdę byłoby możliwe aby nie zauważyć szalejącej po kraju epidemii, która zbierała ogromne śmiertelne żniwo? Czy śmierć 20 000 mieszkańców Krakowa, w sytuacji gdy ówczesne miasta nie miały nawet 100 000 mieszkańców - mogła przejść zupełnie niezauważona? I gdyby nawet było tak, że epidemia dotarła do Polski i również tutaj czyniła "postępy", to nikt by o tym nie wspomniał, nie napisał? Jak to w ogóle możliwe?). Gdy w latach 1349-1353 wszyscy okoliczni sąsiedzi Polski (także Czechy, gdzie epidemia miała dość łagodny przebieg), Zakon Krzyżacki, kraje Rzeszy, Żmudź oraz księstwa rosyjskie (czyli ziemie dzisiejszej europejskiej Rosji), wszystkie objęte zostały epidemią dżumy, to jedynie ziemie Korony Królestwa Polskiego i dużej części Litwy oraz Rusi (a także niewielkie tereny wokół Mediolanu i te w Pirenejach) nie zostały nią objęte. Czy to może być prawda, aby tak duże połacie ziemi wolne były od przywleczonej do Europy Czarnej Śmierci?




Otóż odpowiem tak - ziemie polskie nie były całkowicie wolne od tej epidemii, gdyż takowymi być po prostu nie mogły. Polska nie była odcięta od reszty państw Europy ani przez wielkie góry, ani przez rzeki, ani też inne naturalne przeszkody uniemożliwiające rozwój tej pandemii. Dlatego też w niektórych relacjach średniowiecznych polskich kronikarzy (np. Jana Długosza) pojawiają się wręcz symboliczne stwierdzenia o tejże epidemii, przywleczonej z Zachodu, ale są one tak skąpe, że doprawdy musiałem stracić na ich poszukiwanie prawie pół dnia. Czarna Śmierć więc do Polski przyszła, lecz były to symboliczne przypadki zachorowań i śmierci, których nawet nie notowano w żadnych kościelnych kronikach. Jak więc to się stało, że Polaków i (w dużej mierze) Litwinów oraz Rusinów (ale już nie Rosjan - co bardzo ważne), ominęła te europejska pandemia, która w samych Niemczech zebrała ogromne, śmiertelne żniwo (w wielu miastach, np. w Munsterze i Erfurcie życie straciła ponad połowa mieszkańców, w Strasburgu naliczono zaś 16 000 ofiar - choć przypuszcza się że są to znacznie zaniżone dane). W 1300 r. w Niemczech żyło 11 milionów mieszkańców, a w 1450 r. już tylko 7 milionów (należy też pamiętać że przez ponad sto lat od czasów tej pandemii, nieco odtworzono już demografię), co pokazuje skalę jaką zebrała ta epidemia (w całej Europie zaś w 1300 r. mieszkało 73 miliony ludzi, a w 1450 r. już tylko 50 milionów). W ogóle lata 1342-1356 były bardzo niekorzystne (mokre i zimne lata, powodzie które niszczyły mosty na rzekach jak choćby w Ratyzbonie, Bambergu, Wurzburgu, Frankfurcie, Dreźnie czy Erfurcie, podniesienie poziomu mórz, szarańcza, częste opady gradu, przeplatające się ze sobą zimne i ciepłe lata a nawet trzęsienia ziemi). Na to wszystko właśnie w roku 1348 nałożyła się epidemia Czarnej Śmierci, która trwała przez kolejne cztery lata. W tym samym zaś czasie Królestwo Polskie zaczęło rozkwitać i jak pisał Teodor Morawski: "Rósł porządek, z porządkiem rosła potęga krajowa". Należy jednak zadać sobie pytanie, jak to się właściwie stało, że ziemie polskie zostały w dużej mierze oszczędzone przed zalewem epidemii dżumy, która dziesiątkowała wówczas całą Europę i to zarówno na Zachodzie jak i na Wschodzie?

Przede wszystkim należy podkreślić tutaj kwestie higieny. Co prawda epoka średniowiecza nie była okresem brudu - jak się dziś próbuje wmawiać - szczególnie zaś w porównaniu z epokami późniejszymi, to jednak zamiłowanie do częstych kąpieli i wizyt w saunach, nie wszędzie było jednakie. Na ziemiach polskich, ruskich i w Imperium Osmańskim często kąpiele były oczywistością. W wydanej w 1687 r. w Paryżu książce - Gaspara de Tende, skarbnika francuskiej księżniczki i królowej Polski - Ludwiki Marii Gonzagi, pt.: "Relation Historique De La Pologne. Contenant Le pouvoir de ses Rois, leur élection" ("Historyczne związki Polski. Zawierające potęgę swych Królów i ich elekcje"), autor pisał: "Mimo że w Polsce panuje wielkie zimno, kąpiele są tam bardzo popularne i nie ma lepszego domu, który by nie posiadał łazienki. Zwyczaj ten pochodzi zapewne stąd, że wszystkie dzieci w Polsce kąpie się dwa razy dziennie. Każde miasto posiada publiczne łaźnie". Zwyczaju tego więc wcale nie przynieśli na polskie ziemie Żydzi - jak sugeruje żurnalistka Burda, a było ono znacznie starsze, niż sama polska państwowość, pamiętające jeszcze czasy pogańskiej Lechii. Ale to tylko jedna z ewentualnych przyczyn, które spowodowały zatrzymanie zarazy mniej więcej na granicach królestwa. Drugą był fakt dużej ilości kotów w Koronie, a koty wyłapywały myszy i szczury rozsiewające tę epidemię (dopiero w 1894 r. odkryto że średniowieczną dżumę przenosiły pchły z rodzaju Xenopsylla Cheopsis, gnieżdżące się w sierści szczurów i susłów). Zarażone szczury, opuszczały swe nory w poszukiwaniu jedzenia (szczególnie gdy występowały silne deszcze, powodzie, susze i trzęsienia ziemi - o czym wspominałem wyżej) i tym samym zbliżały się do siedlisk ludzkich, czyli do miast. A ponieważ już były zarażone, straciły wiele ze swego pierwotnego instynktu samozachowawczego. Wówczas to pchły (które wysysając krew szczurów, jednocześnie wraz z nią połykały wielką ilość bakcyli - które te zwierzęta miały w sobie - a zarazki te blokowały pchłom przewód pokarmowy, co doprowadzało je do szału) zaczęły kąsać mocniej i zajadlej nie tylko zwierzęta, ale i ludzi, w błyskawiczny sposób przenosząc bakcyla dżumy z jednej osoby na drugą. Nieodzowne więc w tym momencie okazywały się koty, lub przynajmniej domowe łasice - a z kotami w Europie Zachodniej był wówczas... duży problem. 

Koty były bowiem w Europie Zachodniej zabijane od lat 30-tych XIII wieku, gdyż podejrzewano je iż są zwierzętami diabła. Szczególnie aktywna była w tym procederze papieska inkwizycja, której przedstawiciele zaczęli twierdzić że szatan pojawia się na ziemi albo jako upiór, albo też pod dwiema postaciami zwierząt: ropuchy i czarnego kocura. To niejednokrotnie był wyrok śmierci, wydany na te zwierzęta. W Królestwie Polskim zaś inkwizycja praktycznie nie istniała (nie licząc Śląska), a jej władza była wręcz iluzoryczna i w niczym nie porównywalna do tej, jaką cieszyła się we Włoszech, Hiszpanii, Francji, Niemczech czy nawet Anglii, dlatego też tutaj nie przeprowadzono holokaustu kotów, a w Europie Zachodniej w przeciągu kolejnych dziesięcioleci liczba kotów diametralnie spadła, co zaowocowało rozprzestrzenieniem się plagi szczurów i myszy (zaś te szczury, które przybyły na genueńskich okrętach z Kaffy w 1347 r. - były już zarażone), co doprowadziło w szybkim tempie do rozwoju epidemii dżumy. I tak właśnie to się zaczęło. Natomiast jeśli chodzi o ziemie polskie, to mówi się iż król Kazimierz III Wielki nakazał wprowadzić kwarantannę na granicach (tak jak obecnie uczynił już - jako pierwszy w Europie - polski rząd w sytuacji zagrożenia tym koronawirusem), ale nic więcej na ten temat nie wiadomo. W ogóle w Polsce życie toczyło się tak, jakby o żadnej epidemii nie było mowy, król zajęty był sprawami kodyfikacji prawa (statut wiślicki wydany w 1347 r.) i opanowywaniem Rusi (1349 r. - zdobyte Chełm, Łuck, Włodzimierz, Brześć, czyli Cały Wołyń z Polesiem Brzeskim), i jak już pisałem wyżej, nie ma żadnych informacji na temat szalejącej w Europie epidemii dżumy. To w zasadzie tyle w kwestii owej średniowiecznej zarazy (która w drugim rzucie powróciła do Europy jeszcze w 1361 r., choć już wówczas zebrała znacznie mniej śmiertelne żniwo). To samo tyczy się szaleństwa koronawirusa - myjmy ręce, bierzmy kąpiele, utrzymujmy czystość i będzie dobrze, a już za kilkanaście dni (sami zobaczycie) ta zaraza zacznie obumierać (wszystkie one są cykliczne i żerują jedynie na brudzie) a w mediach nareszcie przestaną pisać o "życiu w epoce koronawirusa".





PS: Pewnej młodej pannicy ze Szwecji przydałby się wykład na temat zmieniających się na przestrzeni dziesięcioleci zjawisk klimatycznych, aby wreszcie przestała opowiadać androny w stylu: "za kilka lat wszyscy zginiemy, nastąpi masowe wymieranie"


Więc Greta:     

  



  HOW DARE YOU!

 

sobota, 12 marca 2016

ZABAWNE ZWIERZAKI - Cz. I

ŚMIESZNE FILMIKI ZE ZWIERZAKAMI


TROSKLIWA MAMA




ZDZIWIONY




 MIZIU - MIZIU




LISEK CHYTRUSEK 




HOP - NA RĄCZKI




A JUŻ BYŁ TAK BLISKO - JUŻ WITAŁ SIĘ Z GĄSKĄ




 GWIEZDNE WOJNY




DZIDZIUŚ




POBRYKAMY?




MAMA WRÓCIŁA





CDN.