Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 29 września 2022

"NASZA WSPÓLNOTA JEST WYJĄTKOWA!"

 CZYLI JAK UCZYNIĆ POLSKĘ 

ZNOWU WIELKĄ?

 
 
"UPAŚĆ MOŻE I NARÓD WIELKI,
ZNIESZCZEĆ - TYLKO NIKCZEMNY"
 
STANISŁAW STASZIC
 
 
 

 
 
NA PRZYKŁADZIE ANALIZY, UDZIELONEJ MIESIĘCZNIKOWI: "WPIS. PATRIOTYZM I SZTUKA" 
- nr. 6/2017 r. - przez prof. ANDRZEJA NOWAKA
 
 
 
 Stawiając pytanie o źródła wielkości Polski w wiekach XIV i XV, przedmiocie trzeciego tomu "Dziejów Polski", zastanawiamy się równocześnie nad wiekiem XXI - co i jak robić, żeby Polska znów była wielka? Nie kosztem poniżania innych, sąsiadów, nie kosztem zaborów ich ziem, ale własną pracą i wysiłkiem. Żeby była wielka własnym wzlotem duchowym. Tak jak parę wieków temu. Zacznę przekornie może, jakby po marksistowsku, od materialnej podstawy tej wielkości, bo o niej też nie można zapominać; wszak nie samą strawą duchową żyje człowiek.  
 
Nasza wspólnota jest wyjątkowa  
 
 Nie byłoby wielkości Polski, gdyby nie budowa jej materialnych fundamentów przez króla Kazimierza Wielkiego. W wiekach XIV i XV ogromnie wiele zawdzięczaliśmy wyjątkowo udanym monarchom. Był to okres doskonałej, owocnej ich współpracy z narodem - od Kazimierza Wielkiego, przez królową Jadwigę i jej męża Władysława Jagiełłę, po Kazimierza Jagiellończyka. W przyszłym roku moglibyśmy obchodzić uroczyście 650-lecie reorganizacji ekonomicznej państwa, odbudowy tego, co pozwala planować wszystko inne. Mam na myśli ordynację żup solnych, które były naszym głównym bogactwem, naszym najważniejszym przedsiębiorstwem państwowym, jednym z największych w Europie, zatrudniającym w szczytowym okresie rozwoju ok. 2 tys. górników. Bez reorganizacji, której dokonał Kazimierz Wielki, rozwój Polski nie mógłby nabrać takiego rozmachu. Pieniądze są bowiem potrzebne w życiu politycznym. Kazimierzowi Wielkiemu udało się powstrzymać marnotrawstwo grosza publicznego, które dokonywało się przez rabunkową gospodarkę w salinach. Prywatni dzierżawcy żup przejmowali bowiem dochody, które należały się państwu. Monarcha to ukrócił i swym bardzo mądrym, dalekowzrocznym aktem zreformował w bardzo wielu aspektach funkcjonowanie tego ogromnego przedsiębiorstwa. Mowa o Statucie Żup Krakowskich z 22 kwietnia 1368 r. 
 
Dziś może wydawać się to dziwne, ale powtórzmy: sól była naszym głównym bogactwem. Nie mieliśmy złota jak Węgrzy, nasi południowo-wschodni, bardzo dobrzy wtedy i dzisiaj sąsiedzi. Nie mieliśmy też srebra, jak nasi południowo-zachodni sąsiedzi Czesi, którzy korzystając ze wspaniałych kopalń tego kruszcu, mogli w XIV stuleciu zbudować swój złoty wiek. Nie mieliśmy również dostępu do morza, czego pozbawił nas zakon krzyżacki. Jedynym naszym bogactwem materialnym występującym w dużej obfitości była więc sól. Umiejętność jej wykorzystania, stworzenia z niej stałego źródła dochodów dla najrozmaitszych przedsięwzięć w następnych dekadach, była jednym z wielu działań gospodarczych Kazimierza Wielkiego.
 
 
 KAZIMIERZ III
(1333-1370) 
(WIELKI KRÓL KTÓRY Z ROZBITEGO I PODZIELONEGO POLSKIEGO KRAJU ZBUDOWAŁ EKONOMICZNĄ, POLITYCZNĄ I MILITARNĄ EUROPEJSKĄ POTĘGĘ)
 

  
Gdyby jednak Polska żyła tylko strawą materialną, stałaby się ostatecznie łupem dla silniejszych od niej wspólnot politycznych, które mieczem rozgrabiłyby bogactwa, jakie potrafilibyśmy zgromadzić i zbudować. Narody wbrew pozorom żyją także, a może przede wszystkim, strawą duchową. Bardzo pięknie i mądrze mówił o tym Prymas Tysiąclecia, ksiądz kardynał Stefan Wyszyński, że narody, które ustawiły sobie ideały zbyt nisko, na materialnym tylko poziomie, karleją i umierają. Ideały trzeba wystawić sobie na tyle wysoko, by mieć poczucie i pewność, że warto być członkiem właśnie tej, a nie innej narodowej wspólnoty. Potrzebne jest zadanie, wartość wyższego rzędu, może nawet wyzwanie, które przekonuje nas, że nasza wspólnota jest wyjątkowa. Że nie wystarczy tylko ciepła woda w kranie i równa droga, choć jedno i drugie jest bardzo potrzebne. Gdzie indziej jednak woda może być jeszcze cieplejsza, a droga jeszcze równiejsza i szersza - o to bardzo łatwo, to nie może być wystarczającym wyróżnikiem narodu.
 
Gdyby nie unia z Polską
 
 Jest też druga data, o której zapomnieliśmy, a którą w kontekście owej wielkości Polski warto by przywołać dla połączenia perspektywy materialnej z duchową. Ideał, który Polska podjęła na przełomie XIV i XV wieku w sposób tak efektywny, wiąże się z misją chrztu Litwy. Właśnie w tym roku w lutym minęła, niestety niepostrzeżenie, 630. rocznica tego ważnego, brzemiennego w wielowiekowe skutki wydarzenia, jakie dokonało się za sprawą Władysława Jagiełły. Chodzi o uposażenia katedry wileńskiej, której nadano imię świętego Stanisława Biskupa i Męczennika. Ta łączność między Krakowem a Wilnem, między Polską a Litwą, miała od początku duchowy patronat polskiego, krakowskiego świętego. Minęła zatem 630. rocznica już nie tylko religijnego, ale i cywilizacyjnego wymiaru tej misji. Oba te wymiary są razem splecione, o czym pięknie mówił, przypominając słowa papieża Benedykta XVI, ksiądz arcybiskup Marek Jędraszewski.  Misja religijna nawrócenia całego narodu litewskiego, misja krzewienia chrześcijaństwa w jego łacińskim obrządku na wschód od Polski, związana była także z przeniesieniem, rozwijaniem wspaniałych instytucji kultury europejskiej przez Polskę dalej na wschód. Wilnu jako pierwszemu miastu na Litwie zostało 22 marca 1387 r. nadane prawo magdeburskie. To prawo, które tworzy w mieście samorządność, czyni mieszczan obywatelami, szło na Litwę i na Ruś przez Polskę. Potem dojdzie do Mińska, Grodna, aż do Kijowa i obejmie cały obszar, z którym Polska złączy się unią przez ślub Władysława z Jadwigą.
 
 
JADWIGA I JAGIEŁŁO
(1386-1399)
(NARODZINY ŚRODKOWOEUROPEJSKIEJ, JAGIELLOŃSKIEJ POTĘGI)
 

 
To przypomnienie wysokiego ideału, jakim była łacińska misja chrześcijańska, cywilizacyjna, kulturowa i religijna podjęta wobec krajów, z którymi Polska zjednoczyła się unią, jest dziś bardzo ważne. Uświadomienie sobie, jak ważne dzisiaj jest to dziedzictwo dla miejsca Polski, jest nieodzowne, by móc przeciwstawić się głupiemu, nierozsądnemu (mówiąc najdelikatniej) tzw. realizmowi politycznemu. "Realizm" ten podpowiada bowiem, że nasze interesy kończą się na Bugu, że od krajów, które nas jakoby nie lubią, są jakoby półdzikie lub "chaotyczne", powinniśmy się raczej odwrócić, a zwrócić się do bardzo wąsko rozumianej Europy - tej na zachód od Polski. Jakbyśmy byli wyłącznie peryferiami, jakąś zacofaną ścianą tej Europy, a za nami tylko chaos i barbaria. Jakby za nami nie było sześciu wieków pracy, które przyniosły przecież niezwykłe rezultaty. Jeśli tego nie zrozumiemy, nie zrozumiemy również niczego zarówno z historii, jak i z naszego obecnego położenia geopolitycznego. Gdyby bowiem nie unia z Litwą i praca wykonana w ślad za nią w oparciu o materialne fundamenty, nie mielibyśmy za wschodnią granicą Ukrainy, Litwy i Białorusi, a tylko jedno państwo wschodniosłowiańskie. Może i sami bylibyśmy częścią tego niezróżnicowanego ogromu, bo przecież bardzo niewiele oddzielało ziemie ruskie, w rozumieniu dzisiejszej Ukrainy i Białorusi, od ziem, na których wtedy rodziła się potęga Moskwy. Była to jedna wspólnota cywilizacyjna, kulturowa, duchowa. Przestała nią być wskutek spotkania, włożenia w tę przestrzeń ruską, wschodniosłowiańską szczepu cywilizacji łacińskiej, co dokonywało się najdłużej poprzez Polskę i sprawiło, że dziś Ukraina nie może być Rosją, podobnie jak Białoruś, oraz że Litwa nie została zatopiona kompletnie w morzu wschodniosłowiańskim. A groziło jej to w sposób absolutnie nieuchronny, gdyby nie unia z Polską. To jest właśnie geopolityczny wymiar pracy, która wtedy się zaczęła.
 
 
 "NASZA PRZYSZŁOŚĆ JEST NA WSCHODZIE"

JÓZEF PIŁSUDSKI
 
 
Mieczem i słowem
 
 Pozwolę sobie wskazać jeszcze na dwa inne punkty w historii, zamknięte między rokiem 1340 a 1468, które mogą i dla nas dzisiaj być istotnymi drogowskazami. Przypomnę dzień 10 maja 1418 r. Było to osiemnaście dni po zamkniętym 22 kwietnia soborze w Konstancji, największym w historii XV-wiecznej Europy zgromadzeniu intelektualistów, polityków, duchownych - całej ówczesnej elity europejskiej w dobrym tego słowa znaczeniu. Polacy wciąż upominają się wtedy o dobre imię Polski na arenie międzynarodowej, bo sprawa ta na soborze nie została do końca załatwiona. Z wielkim uporem i mądrością bronią naszego (swego) dobrego imienia, które opluł, zszargał krzyżacki najmita Falkenberg w swoich rozesłanych po Europie paszkwilach, opisując Polaków jako całkowitych barbarzyńców, których należy wytępić w imię dobra chrześcijaństwa. Do potępiania tego "traktatu", do uznania go za heretycki, dążyli wówczas reprezentanci Polski, zarówno duchowni, na czele z arcybiskupem, pierwszym naszym prymasem, Mikołajem Trąbą, jak i świeccy - dwaj rycerze, Janusz z Tuliszkowa oraz bardzo znany na europejskich dworach, niepokonany uczestnik licznych turniejów rycerskich, Zawisza Czarny z Garbowa. Świadek konsystorza publicznego, który odbywał się przed papieżem Marcinem V właśnie 10 maja 1418 r., opisał, że wystąpili oni twardo z żądaniem, iż dobre imię Polski musi być obronione. Polscy rycerze dotknęli rękami głowni swoich mieczy, co było niesłychanie zuchwałym zachowaniem w obliczu papieża, pokazując, jak zanotował tenże obserwator, że są gotowi "ręką i gębą", czyli czynem i słowem, bronić sprawy Polski.
 
Tak właśnie trzeba postępować w obronie Polski, własnej ojczyzny, i dobrego jej imienia. Nie samą tylko ręką; czyn ręki już się wtedy dokonał - to był Grunwald w 1410 r., który pozwolił Polsce odzyskać suwerenność zagrożoną przez dominację zakonu krzyżackiego nad naszą północną granicą i dostępem do morza. Ale sam czyn, sama ręka nie wystarczy, potrzebne jest także mądre słowo. I to słowo już Polska potrafiła powiedzieć w języku nie tylko zrozumiałym dla Europy, ale też w języku, który zadziwiał Europę swą nowatorską ideą - ideą prawa narodów, które przedstawione zostało na soborze w Konstancji przez profesorów Uniwersytetu Krakowskiego, w szczególności przez Pawła Włodkowica, ale oczywiście w oparciu o naukę jego uniwersyteckich współpracowników. Owa idea prawa narodów mogła być sformułowana na Uniwersytecie Krakowskim dlatego, że uczelnia uposażona była solidnie na żupach wielickich. Bez tych pieniędzy nie byłoby działalności Pawła Włodkowica ani Stanisława ze Skarbimierza. Trzeba było mieć z czego płacić za działalność tak ważnej instytucji jak Uniwersytet Krakowski, który w postawieniu Polski wśród wielkich narodów europejskich odgrywa rolę nie mniej istotną od tej, jaką odegrały miecze polskie, litewskie i ruskie w bitwie pod Grunwaldem czy w innych wtedy i później toczonych bojach. 10 maja 1418 r. wydaje się datą wartą przypomnienia także w roku przyszłym, kiedy będziemy obchodzili stulecie odzyskania niepodległości. Warto bowiem pamiętać, że o dobre imię Polski trzeba umieć upomnieć się mądrze, czyli w sposób zrozumiały i skuteczny, by docierać do odbiorców z zachodniej Europy - i nie tylko tam. Upominać się stanowczo, a więc nie uginając się pod presją rozlegających się krzyków, że jesteśmy izolowani czy że jesteśmy barbarzyńcami. Trzeba jak Zawisza z Garbowa i Janusz z Tuliszkowa chwycić za głownię miecza i odpowiedzieć słowami profesorów Uniwersytetu Krakowskiego z roku 1418.
 
 
 DZIEJE KRÓLESTWA POLSKIEGO 
I ZAKONU TEUTOŃSKIEGO
(1335-1410)
(CZYLI OD WYSZEHRADU DO GRUNWALDU - GDZIE ZRODZIŁA SIĘ POTĘGA RZECZPOSPOLITEJ TRWAJĄCA NASTĘPNE TRZYSTA LAT)
 

 
 
Pouczają nas niedouczeni
 
 Jest jeszcze jedna data, którą przywołał marszałek Sejmu Marek Kuchciński, rozumiejąc jej znaczenie - 9 października 1468 roku. Jestem ogromnie wdzięczny, że zarówno pan marszałek, jak i polski parlament zdecydowali się nawiązać do przypadającej w roku następnym 550. rocznicy uregulowanego, systematycznego polskiego parlamentaryzmu. Bo to nie od 1493 roku, jak przyjmują na ogół podręczniki szkolne, zaczyna się historia polskiego parlamentaryzmu, ale od roku 1468, jak napisał Jan Długosz, a przypomniał i odświeżył tę argumentację najwybitniejszy w moim przekonaniu z dzisiejszych historyków prawa, prof. Wacław Uruszczak z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pozwoliłem sobie podjąć za nim tę interpretację. Właśnie 9 października 1468 roku zebrał się po raz pierwszy w Rzeczypospolitej sejm, który oparty był na strukturze dwuizbowej i regularnego wyboru posłów z poszczególnych ziem do izby niższej. Oparty był nie na zasadzie konfrontacji, ale spotkania racji. Posłów wybrały poszczególne ziemie po dwóch z każdego powiatu. Izba wyższa, którą moglibyśmy nazwać senacką, składała się z najważniejszych urzędników królestwa, duchownych i świeckich. Od tamtej pory aż do upadku Rzeczypospolitej, spowodowanego przez agresję zewnętrznych imperiów, odbyło się blisko 300 posiedzeń takich sejmów.
 
To wielka i wspaniała tradycja, o której trzeba pamiętać, zwłaszcza kiedy słyszymy pouczenia czy połajanki ze strony niedokształconych polityków unijnych, nawiązujące do rzekomej młodości (a więc niedorozwoju) naszej demokracji. Z chęcią pouczają nas bowiem na czym polega demokracja przedstawiciele rozmaitych krajów, w których zrodziła się ona wieki później. Przypomnę tu choćby połajankę ze strony byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Billa Clintona, który w zeszłym, 2016 roku próbował w tej kwestii pouczać Węgrów i Polaków. Węgry są akurat pod względem doświadczeń parlamentarnych jeszcze starsze od Polski i wiele żeśmy się od nich nauczyli. Te tradycje sięgają u nich XIII, XIV wieku. W Polsce także są głębokie, a ugruntowały się ostatecznie 550 lat temu, na 300 lat przed powstaniem Stanów Zjednoczonych Ameryki. Powinniśmy o tym pamiętać oraz innym o tym opowiadać, żeby chronić dobre imię Polski, a także po to, żeby sobie uświadamiać, na czym wtedy polegała istota polskich sukcesów i na czym dzisiaj może polegać: na wolnej reprezentacji interesów wszystkich ziem Rzeczypospolitej, spotykającej się w swobodnej - ale i odpowiedzialnej za dobro wspólne - debacie w parlamencie.
 
Co powinni studiować dyktatorzy Unii Europejskiej
 
 Trzeci tom "Dziejów Polski" opisuje okres bardzo wielu sporów. To nie jest okres żadnej idylli, nie wszyscy nas wówczas kochają. Także unia polsko-litewska nie polega wyłącznie na wzajemnej miłości, o której tak pięknie pisze wprowadzenie do jej horodelskiej wersji z 1413 r. Zawsze jest to ucieranie się rozmaitych interesów, poglądów, a przede wszystkim poczucia godności stron, które wchodzą w większy wspólny krąg polityczny czy tworzą wspólny parlament jednego kraju. Polska stanęła na pierwszym miejscu wśród narodów Europy Środkowo-Wschodniej, choć jeszcze w połowie XIV wieku znajdowała się zdecydowanie niżej w tej hierarchii. Jednak pod koniec wieku XV jest już na szczycie. Dzieje się tak dlatego, że Polacy i Litwini umieli dopracować się zasady zgody i rozstrzygania sporów poprzez kompromis, w którym rozwiązaniem nie była wojna domowa i w której nie było miejsca na opozycję totalną, a była konsekwentnie powtarzana, ponawiana i ostatecznie efektywna próba znalezienia dobra wspólnego. Dlatego to działało. Historia Polski owych 128 lat, które opisuję w III tomie "Dziejów Polski" (1340–1468), nie jest historią wojen domowych; tylko przez chwilę rozgrywała się taka walka na peryferii, na fragmentach ziemi wielkopolskiej rozgrywa się mała wojenka domowa Grzymalitów z Nałęczami. Ale cóż to jest w porównaniu z tym, co się działo wówczas u wszystkich naszych sąsiadów. Wojny domowe niszczą wtedy Węgry, które są dramatycznie osłabiane przez ciągłą walkę wspólnie organizujących się, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli, oligarchów z królami. W Czechach zaś trwa największa, najbardziej wstrząsająca Europą Środkową wojna domowa, spowodowana przez husytyzm, która zepchnęła ten kraj w dół hierarchii europejskiej - to był wielki, ważny, ale ostatecznie tragiczny rozdział w historii Czech. Wojny domowe niszczyły wtedy również Moskwę, kraje niemieckie, Francję i Włochy. A u nas tych wojen nie było, choć - powtórzmy - nie wszystko działo się w atmosferze idyllicznej, lecz w atmosferze ciągłego sporu parlamentarnego, w którym ludzie wolni, Polacy z Litwinami, Małopolanie z Wielkopolanami, zwolennicy biskupa Oleśnickiego z rzecznikami wzmocnienia władzy królewskiej Kazimierza Jagiellończyka, wszyscy oni spierali się, nieraz kłócili, dochodzili do krawędzi konfliktu i - zawsze się znad tej krawędzi cofali. Potrafili znaleźć wspólne dobro Rzeczypospolitej, podnieść je ponad partykularny interes. 
 
Nie wszyscy, którzy Polskę zamieszkują i są jej obywatelami, Polskę lubią. Takich trudno przekonać do współpracy na rzecz dobra wspólnoty, jaką jest Rzeczpospolita. Są tacy, którzy chcą, żeby Polska przestała być Polską. Większość Polaków jednak na pewno można przekonać do znaczenia kompromisu, do zgody dla budowania lepszej i silniejszej Ojczyzny. Nigdy jednak nie może to być zgoda dobra ze złem, bo z takiej niby-zgody nic pozytywnego wyniknąć nie może. W polityce wszakże rzadko mamy do czynienia z radykalnym podziałem, takim, jaki rysuje dzisiejsza opozycja absolutna, totalna. Tylko człowiek nierozumny może uwierzyć, że jakieś siły ciemności zapanowały w centrum polskiego rządu i parlamentaryzmu i dopiero jak zbiorą się opozycyjne siły światła, to ta ciemność zostanie rozproszona. Tego rodzaju manicheizm, działanie według takiej koncepcji jest niszczące dla każdej wspólnoty. Podobnie jak pogarda wobec mających inne zdanie, której wyraźne ślady znajdujemy w poczynaniach dzisiejszej Unii Europejskiej. Unia Europejska powinna udać się po naukę w sposobie ucierania, minimalizowania konfliktów do Polski; tu zaś powinni postudiować sobie, jakie stosowano rozwiązania w unii horodelskiej, która trwała przez 382 lata (a kontynuując tradycję wcześniejszej unii w Krewie – 410 lat). Nie została zerwana wskutek niezgody między jej partnerami, tylko wskutek zewnętrznego zaboru. Ta zgoda odnowiona została w unii polsko-litewskiej w sposób, który warto przedstawić przed oczy dzisiejszym dyktatorom Unii Europejskiej. Wiele jest lekcji, które można, jak sądzę, wyciągnąć współcześnie z naszej historii. W szczególności zaś z historii tego fenomenalnego wzlotu polskości, polskiej wspólnoty politycznej i polskiej politycznej dojrzałości.
 
 
 
 
 

poniedziałek, 26 września 2022

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. LXI

ŻYCIE PO ŚMIERCI -

CZYLI RELACJE OSÓB,

KTÓRE PRZEŻYŁY WŁASNĄ ŚMIERĆ

 


 

III

ODWIEDZINY Z ZAŚWIATÓW

Cz. III

 
 
 
 
 
PANI W SELEDYNOWEJ SUKNI
 
 
 Niezwykłą przygodę z dziedziny okultyzmu przeżył znany angielski chirurg doktor Marsvield. Doktor siedział kiedyś w lokalu, w którym chętnie i często bywał. Było jeszcze dość wcześnie i restauracja była prawie pusta. Lekarza, jak zwykle, obsługiwał George, młody kelner pochodzący z wyspy Man. Lekarz ze zdziwieniem zauważył, że na powitanie George nie tylko jemu się ukłonił, lecz także pustemu krzesłu obok. Lekarz zdziwił się jeszcze bardziej, gdy kelner - odebrawszy zamówienie - spytał: 
 
- A dla pani?
 
-  Pani? Dla jakiej pani? - spytał doktor, rozglądając się dookoła. Nigdzie w pobliżu nie zobaczył żadnej kobiety. Czyżby kelner już o tak wczesnej porze był pijany? - Przepraszam - odrzekł doktor uprzejmie - lecz którą panią ma pan na myśli? 
 
Kelner zrobił strapioną minę.
 
- Mam na myśli pana towarzyszkę, panie doktorze - wyjąkał.
 
- Ależ ja nie jestem w towarzystwie żadnej pani - ostro zaprotestował lekarz. Nie podobało mu się, że kelner próbuje mu zrobić kawał.
 
- Ależ proszę pana - kelner był coraz bardziej zmieszany - pan doktor chyba żartuje. Widzę wyraźnie pana towarzyszkę, jak się uśmiecha z pana żartu.
 
- A więc widzi pan obok mnie przy stole jakąś panią. Może więc mi ją pan opisze.
 
- Oczywiście - zawołał skwapliwie George, wyraźnie zaskoczony takim obrotem sprawy. - Ta pani ma na sobie seledynową suknię, brązowe rękawiczki, brązowy kapelusz z rozciętym piórkiem, na szyi zaś mały, złoty łańcuszek, na którym wisi broszka przedstawiająca wieloramienne bóstwo indyjskie. Oko tego bóstwa zrobione jest z rubinu, który ma dziwny ogień.
 
- A ja panu oświadczam, że takiej pani przy moim stoliku nie ma, a nawet nie znam żadnej, dla której odpowiedni byłby ten opis.
 
- O ile się nie mylę, to ta pani jest Azjatką - mówił dalej kelner niewzruszonym tonem.
 
- Pan się myli - krzyknął doktor zirytowany i oburzony takim potraktowaniem jego osoby. - Proszę, niech pan przyniesie zamówione wino.
 
Słysząc podniesiony głos klienta, przy stoliku zjawił się pan Harting, właściciel lokalu, aby sprawdzić, co tak wzburzyło gościa.
 
- Czy widzi pan w moim towarzystwie Hinduskę lub jakąś inną panią w seledynowej sukni? Czy ma ona dziwną broszkę na szyi? - spytał doktor Marsvield gospodarza. 
 
- Bardzo mi przykro, lecz niestety nikogo nie widzą brzmiała odpowiedź.
 
- W porządku, lecz pana kelner twierdzi, że ją widzi. 
 
Oczywiście, biednemu kelnerowi jeszcze tego samego wieczora wypowiedziano pracę. Kiedy doktor Marsvield powrócił do domu, nie myślał już o incydencie w restauracji. Jego zdaniem kelner był pijany i w tym stanie po prostu zakpił sobie z poważnego gościa. 
 
Po kilku dniach doktor napisał list do starego przyjaciela Leslie Ovensa, poważnego pisarza, który wiele jeździł po świecie, a ostatnio osiedlił się w Irlandii. W liście dokładnie opisał zdarzenie z kelnerem, wyrażając przypuszczenie, że może materiał ten przyda się przyjacielowi przy pisaniu jakiejś powieści. Było mu bowiem wiadomo, że literaci zawsze polują na ciekawsze tematy, które można by później wykorzystać. Doktor Marsvield bezzwłocznie otrzymał od przyjaciela odpowiedź, która poruszyła go do głębi. Pan Ovens pisał bowiem, że właśnie tego samego dnia jego młoda żona uległa wypadkowi samochodowemu. Pani Ovens była, o czym doktor nie wiedział, Euroazjatką. Co najdziwniejsze, tego dnia, w którym doktor miał scysję z kelnerem, pani Ovens miała na sobie seledynową suknię, którą kelner rozpoznał na niewidzialnej pani. Miała również na złotym łańcuszku dziwną, egzotyczną broszkę z rubinem, dokładnie opisaną przez George'a. Pan Ovens pisał dalej przyjacielowi, że ostatnie słowa umierającej brzmiały: 
 
- Gdyby tu był twój przyjaciel, doktor Marsvield, może by mnie uratował. 
 
Chirurg długo zastanawiał się nad dziwnym zdarzeniem, dochodząc w końcu do wniosku, że kelner był po prostu jasnowidzem. Ta okoliczność pozwalała mu spostrzegać ciała astralne, niewidoczne dla oka przeciętnego człowieka, dostrzegającego tylko przedmioty materialne.
 
 
 
 
 
MEDIALNE MANIFESTACJE
 
 
 W Lipcach pod Charkowem występowały w latach 1853-1856. Od tego czasu na świecie zanotowano więcej podobnych wypadków, nawet w czasach nowszych i najnowszych. Lecz tu, tymi dziwnymi zdarzeniami zajął się sąd, prokurator, żandarmeria i wojsko. Tak więc materiał do tego artykułu wziąłem wprost z protokołów urzędowych. Nie jest więc ani zmyślony, ani fryzowany, jakby to chętnie potraktował ktoś o prymitywnych poglądach materialistycznych, chociaż dziś jako tako wykształcony człowiek wie, iż materia jako taka właściwe nie istnieje, a wszystko co nas otacza to różne postacie skupienia energii. Niniejszy tekst opracował sławny rosyjski parapsycholog A.M. Aksionow, żyjący w ubiegłym stuleciu. Jego prace z parapsychologii przetłumaczono na wiele języków.
 
Do sądu powiatowego w Charkowie wpłynęło latem 1853 roku pismo kapitana oddziału konnicy Siergieja Szendaczenko, powiadamiające sąd, że w jego domu dzieją się rzeczy niezgodne ze zdrowym rozumem i rozsądkiem. Ponieważ dla sądu pojęcie parapsychologia, zwana wtedy spirytyzmem, okultyzmem nie istniało, postanowiono do końca wyjaśnić wyczyny chuligańskie jakiegoś nieznanego łobuza. Sprawa była bowiem poważna; bardzo rozpowszechnione wówczas były sprawy o podpalenie, a w tym przypadku również spłonęło obejście... Na przykład w lipcu 1853 roku pożar strawił wiele gospodarstw, a sprawcy nie udało się w żaden sposób wykryć. Wysoki Sąd przypomniał sobie, że podobne wypadki były już kiedyś notowane w jednym z pobliskich powiatów, przy czym podobno słyszano przy tej okazji dziwne i niczym nie usprawiedliwione hałasy, stukania, uderzenia w ściany i drzwi. Było to w gospodarstwie wdowy Rozdiakonowej. Sąd nie ustalił wtedy nic. Dla pewności polecił jednak babę opiece boskiej i tam kazał kierować dalsze skargi. Wypadki w Lipcach nie różniły się zbytnio od tych, o których szeroko mówi się wśród ludu w całej Rosji. Różnica polegała jedynie na tym, że społeczeństwo ma więcej zaufania do zwykłego policjanta jako przedstawiciela władzy, niż uczonego, na którego urząd patrzy podejrzliwym okiem. Ale powróćmy do sprawy Lipiec. W protokole sądowym z dnia 23 sierpnia 1853 roku rejonowy komisarz policji zawiadamia sędziego powiatowego w Charkowie, że wczoraj zgłosił się kapitan Szendaczenko i oświadczył, iż w jego domu nadal występują niesamowite rzeczy. Złożył też zeznanie na piśmie następującej treści:
 
- Zwołałem komisję składającą się z przedstawiciela starostwa, sołtysa, miejscowego policjanta oraz z urzędnika akcyzy, aby poświadczyli, co się właściwie dzieje w moim mieszkaniu. Widocznie działały tu jakieś siły pozaziemskie, bo okna były powybijane, naczynia potłuczone, a ordynans pokaleczony nożem. "Coś" powyrzucało też żywność z beczek i skrzyń. Nad ranem około trzeciej - pisze kapitan Szendaczenko - w pokoju powstał niesamowity hałas. W powietrzu latały cegły. Dzieża z ciastem i walizka znalazły się nagle na środku izby. Latające przedmioty zmusiły obecnych do bezładnej ucieczki. Wtedy hałas trochę się zmniejszył, lecz cegły nadal latały w powietrzu. Po południu, około godziny drugiej, nagle zaczęło się palić łóżko. Na szczęście byłem wtedy wraz z żoną w pokoju, więc ugasiliśmy pożar. Po chwili łóżko znów zaczęło się palić i to równocześnie w trzech miejscach. Kiedyśmy ugasili i ten ogień "coś" zaczęło rzucać w okno cegłami i wybiło cztery szyby. Z uwagi na duże straty materialne postanowiłem przeprowadzić się do innego mieszkania. 
 
W opuszczonym budynku przez osiem dni był względny spokój. Wobec tego kapitan postanowił powrócić do dawnego mieszkania. Przez dwa dni była cisza, tylko w kuchni można było usłyszeć jękliwe westchnienia i żałosne odgłosy jakby maltretowanego człowieka. Po trzech dniach manifestacje rozpoczęły się od nowa. Ktoś niewidzialny znów zranił nożem ordynansa kapitana. Nazajutrz postanowiono więc wprowadzić wszelkie możliwe środki ostrożności.
 
- W kuchni - relacjonuje dalej kapitan - ulokowałem żołnierza i trzech chłopów. W pokoju jednego żołnierza. Mimo to ktoś ciągle rzucał we mnie kamieniami, a także w urzędnika starostwa i inne osoby. Nikomu z nas nie udało się wykryć sprawcy tych napaści. 
 
Drugi raport do sądu powiatowego napisał sołtys. Zawiadamiał w nim, że "coś" rzucało kamieniami w mieszkaniu kapitana Szendaczenko, wybijając w sumie 16 małych szyb w oknach kuchni i pokojach mieszkalnych. Poza tym "coś" wylało w pokoju kilka wiader wody, których to wiader poprzednio tam nie było. Ze strychu spadały liczne kamienie i trafiały w ludzi. W pewnej chwili zapalił się słomiany dach stodoły, od czego spaliła się sąsiednia chata i to w biały dzień, kiedy nikogo nie było w pobliżu. Służba ratownicza zapobiegła rozprzestrzenianiu się ognia. 
 
Kapitan Siergiej Szendaczenko osobiście wysłał też raport do sądu, w którym wspominał, iż jakieś nieznane mu siły wyprawiają dziwne harce, rzucają garnkami i przyborami kuchennymi o ścianę. Na pomoc wezwał też miejscowego popa, aby ten wyświęcił "przeklęte" miejsce, lecz i te zabiegi nie odniosły żadnego skutku. Mimo strachu, jaki nim owładnął, kapitan Szendaczenko postanowił pójść na przetrzymanie sił nieczystych. Tymczasem na strychu "coś" porozbijało wszystkie łamliwe przedmioty. Rozrzuciło i pomieszało na podłodze proso i mąkę. W piwnicy, gdzie były zimowe zapasy, powywracało beczki z ogórkami i kapustą. Po południu znów zaczął się palić dach, tym razem na mieszkaniu kapitana. Nie można było wejść na strych, bo "coś" rzucało ratownikom w twarz cegły i palące się głownie. W protokole szóstym, napisanym przez urzędnika akcyzy, oświadcza się, że sprowadzono popa, lecz kiedy zaczęto śpiewać nabożne pieśni, rzucało kamieniami i kawałkami cegieł do kropielnicy, a z duchówki pieca, poprzez zamknięte drzwiczki, wyleciał żelazny garnek z wodą, chociaż w kuchni nie było nikogo. 
 
Liczne inne sprawozdania i raporty skierowane do sądu nie wnoszą w zasadzie niczego nowego. Relacje powtarzają się: Przedmioty nadlatują znikąd. Są widoczne dopiero wtedy, kiedy "lecą". W każdym razie ogień wybuchał kilkakrotnie. Spaliła się stodoła i chałupa, a od nich zajęło się kilka dalszych chat. Gęsie pióra z worków znajdowano rozrzucone w różnych miejscach. Ważnym szczegółem jest tu fakt, iż spośród kilkunastu różnych raportów i sprawozdań skierowanych do władz, wszystkie w swej treści są zbieżne i nie przeczą sobie w żadnym szczególe. Wszystkie mówią dokładnie to samo.

Po ostatnim pożarze w dniu 25 października skończyła się udręka biednego oficera. Nagle wszystko ustało. Okoliczni chłopi wyrażali przypuszczenie, iż winę za to całe zamieszanie ponosi pewien włóczęga, pijak, którego kapitan kazał zamknąć kiedyś do aresztu za wyprawianie brewerii i awantur. Pijak ten odgrażał się podobno, że po śmierci zemści się na nim. Włóczęga ten krótko potem zmarł. Czy jego pogróżki można było brać poważnie? Gdyby wszystkie groźby sprawdzały się, to ludzkość dawno już przestałaby istnieć. Do wywołania zjawisk, które wyżej opisano, potrzebny jest przede wszystkim czynnik pobudzający, czyli ktoś, kto daje w tym kierunku impuls. Takich osobników jest wielu. Wszak człowiek, umierając, nie staje się na tamtym świecie od razu inny, lepszy. Jego ewolucja w kierunku doskonalenia się trwa długo. Tak twierdzą istoty z tamtego świata, przemawiające przez media w transie; ta ewolucja jest także zależna od poziomu intelektualnego, etycznego i od uświadomienia za życia. Ale to jeszcze i tak nie wszystko. Taka istota, pozbawiona ciała doczesnego, potrzebuje odpowiedniego ładunku energii, aby móc się nam, żywym, widocznie zamanifestować. I w tym tkwi najtrudniejszy do wytłumaczenia problem. Potrzebne tu jest medium - pośrednik - z którego istota, z naszego punktu widzenia niematerialna, może czerpać energię. W każdym razie nie podlega dyskusji, że kapitanowi Szendaczenko chciał ktoś zaszkodzić i znalazł w jego otoczeniu osobnika, nadającego się znakomicie do tego celu, kogoś, z którego można było łatwo czerpać energię. 
 
Dalszych dochodzeń w sprawie wydarzeń w miejscowości Lipce nie prowadzono. Ponieważ wydarzenia te były kiedyś bardzo głośne w całej carskiej Rosji, jest rzeczą pewną, iż można o nich przeczytać w gazetach z tamtych czasów, znajdujących się w bibliotekach, które uszły wojennym pożogom.
 
 
 
 
 
ZJAWY ZMARŁYCH ZWIERZĄT
 
 
 Prof. dr Emil Mattiesen, autor znanego 3-tomowego dzieła pt.: "Życie po śmierci" jest zdania, że zwierzęta o wyższym rozwoju psychicznym bezsprzecznie - tak jak człowiek - kontynuują swe życie po swej fizycznej śmierci. Problem ten, poruszany już kilkakrotnie przez parapsychologów, nie jest do końca wyjaśniony. Wiadomo, że zwierzęta domowe na przykład, przywiązane za życia do człowieka, ukazują mu się po śmierci. Zdjęcie takiej zjawy wykonano między innymi na jednym z seansów u pułkownika żandarmerii Norberta Okołowicza w Warszawie. Na przeszkodzie w zdobyciu bliższych wyjaśnień stoi brak możliwości porozumienia się ze zwierzęciem. Zwierzę nie potrafi mówić. My zaś, naszym tępym umysłem, nie potrafimy się wczuć w psychikę zwierząt. 
 
Znany szwajcarski parapsycholog, Georg Sulzer, opisuje w swych pracach liczne wypadki, kiedy zmarłe (celowo używam tego określenia) psy ukazywały się swym paniom lub gospodarzom. Osoby medialne - kontynuuje dalej prezes Sulzer - mają dar widywania nie tylko zmarłych ludzi, ale także i zjaw zwierząt. Różne zwierzęta są związane psychicznymi więzami sympatii z człowiekiem. Lecz bywa i na odwrót. Nieraz chłop na wsi zapłacze nad ulubionym koniem, który zdechł nagle wskutek wypadku przy pracy. Takie "więzy" obowiązują także i na tamtym świecie. Pewna jasnowidząca znajoma Sulzera opowiadała mu, że zjawa jej zmarłej psiny przez długie lata chodziła za nią, widoczna tylko dla swej pani. Ciała astralne zwierząt czerpią energię do zmaterializowania się nawet z osoby swej byłej pani. Jak to robią, tego nie wiemy... W jednej ze swych prac wspomina pan Sulzer o własnym kocie. Kot ten przebywał w rodzinie Sulzerów przez pełne dwanaście lat. Miał on zwyczaj punktualnie o godzinie dwunastej przychodzić do jadalni, gdzie był już przygotowany dla niego talerzyk z jedzeniem. Talerzyk stał zawsze w tym samym miejscu. Wchodząc do jadalni kot cicho miauczał, dając znać o swojej obecności. Kiedy zwierzę na stare lata zachorowało, leżało na dywaniku w pobliżu gorącego pieca i tam mu też noszono jedzenie. Kiedyś, podczas obiadu, usłyszano w kącie znane miauknięcie. Spojrzeliśmy w tym kierunku, lecz nie było tam nikogo. Tknięci przeczuciem przeszliśmy do drugiego pokoju, gdzie stał piec. Przy nim leżał kotek. Był martwy. 
 
Angielska gazeta "Morning Post" pisała o pewnej pani, która była bardzo zmartwiona zgonem ulubionego spaniela. Stale o nim myślała. Ta okoliczność pozwoliła pieskowi naładować się energią, czerpaną ze swej pani. Dało mu to także możność zmaterializowania się. Pies ukazał się kiedyś w towarzystwie małego pudelka. Kiedy zdarzenie to opowiedziała swym sąsiadom, ci od razu zrozumieli o kogo chodzi. Był to ich niedawno zmarły pies, o czym właścicielka spaniela już wiedzieć nie mogła. 
 
Francuski astronom i parapsycholog światowej sławy, Camil Flamarion opisuje w jednej ze swych książek następujący wypadek. Znajomy, młody człowiek miał inteligentnego, lecz bardzo agresywnego psa. Z powodu licznych skarg rodzice chłopca postanowili dać psa do uśpienia. Synowi nie wspomniano o tym ani słowem. Któregoś dnia chłopiec usłyszał, jak otwierają się drzwi wejściowe i zobaczył w nich swego psa, który wszedłszy do mieszkania położył się u nóg chłopca, kiedy jednak chciał psa pogłaskać, zwierzę znikło. Chłopiec przeczuwając najgorsze, pobiegł do telefonu i wykręcił numer instytutu weterynarii.
 
- Tak - odpowiedziano mu - niedawno była tu jakaś pani ubrana na czarno i oddała psa do uśpienia. Pies od kilku minut już nie żyje. 
 
Przed ogłoszeniem tej historii redakcje gazet dokładnie sprawdziły przebieg wydarzenia i relacje świadków. 
 
Do grona najbardziej znanych parapsychologów zajmujących się światem zwierzęcym należał angielski teolog Charles Tweedale. Przedstawił on w swych pracach kilka wręcz niewiarygodnych wydarzeń, których był osobiście świadkiem. I tak kiedyś na przykład ukazała się w jego domu zjawa zmarłej przyjaciółki jego ciotki w towarzystwie psa, który także już nie żył. Pies zdechł przed dwunastu laty. Natomiast ciotka zmarła sześć lat później. Nim cokolwiek się pokazało, obecni usłyszeli warczenie i słabe szczekanie. Początkowo nie wiedziano, co to ma znaczyć, sądzono, że może jakiś brzuchomówca pozwolił sobie na kawał. Dopiero po chwili ukazały się zjawy w całej okazałości. Powyższy wypadek, opisany tu w skrócie, w całości podaje pan Tweedale w swej książce: "Man's Survival after Death". 
 
Zdaniem europejskiego specjalisty z zakresu anatomii F.W. Pawłowskiego, zajmującego się także parapsychologią, najczęściej zjawiają się zmaterializowane wiewiórki, psy, koty i ptaki. Pułkownik Norbert Okołowicz wspomina o małpoludzie pojawiającym się na seansach z Frankiem Kluskim. Odbywały się one wprawdzie w półmroku, lecz obecni mogli dotknąć sierści zjawy o zapachu jakby mokrego psa. Znany w okresie międzywojennym dr med. Max Moecke, pisze w swych wspomnieniach, że kiedyś udało mu się narzucić obecnym wrażenie zmaterializowanego lwa. Uczestnicy seansu ze strachu powskakiwali na stoły. Afrykańscy magowie potrafią narzucić widzowi wizję jadowitego węża. Taki wypadek opisuje znany pisarz powieści kryminalnych, Edgar Wallace w swych pamiętnikach, kiedy to będąc jeszcze młodym człowiekiem, pracował jako sanitariusz w koloniach angielskich w Afryce. Fakty są bezsporne. Ciekawy jest jednak sposób, w jaki się to odbywało. Czy drogą sugestii? 
 
Czytając o problemach z dziedziny parapsychologii nadal błądzimy po omacku. Tworzymy teorie oparte na domysłach. Kto uważa się za wybitnie inteligentnego, ten się z takich wydarzeń śmieje. No cóż, w tej kwestii wszystko zależy od tego, kogo na co stać. Angielski marszałek polny, lord Wolseley, wspomina w swej biografii, że w jego obecności zmaterializowała się kiedyś foka oraz jakieś rzadkie zwierzę występujące w Indiach. W roku 1923 w Niemczech ukazała się książka generała Józefa Petera, w której przedstawił około 50 znanych i udokumentowanych wypadków materializacji zwierząt. 
 
Znaną osobistością w sferach parapsychologów jest Anglik Frederic Scultorp. Ma on rzadko spotykany dar bilokacji, czyli wysyłania swego ciała astralnego w dowolnym czasie i na duże odległości (Scultorp opisał swe przeżycia w książce: "Moje przeżycia w świecie duchów"). Frederic Scultorp zajmuje się bilokacją od kilkudziesięciu lat. W rozdziale swej książki o zwierzętach pisze m.in., że zwierzęta przechodzą na tamten świat łatwo i bez trudności. Jeżeli chodzi o zwierzęta drapieżne, zatracają one z czasem zamiłowanie do polowań. Wszak jedzenie jest im już niepotrzebne. Zresztą siła fizyczna, tak ważna w naszym życiu "tutejszym", tam nie znaczy nic. 
 
Ciekawe zdolności miał pies pewnej mieszkanki Weimaru, pani Freytag-Loringhoven. Potrafił on rozwiązywać trudne zadania matematyczne. Zwierzę wyszczekiwało swe wypowiedzi według wcześniej uzgodnionego kodu. Jego błyskawiczne i bezbłędne odpowiedzi wzbudzały zdumienie, a jego pani była z psa niesłychanie dumna. Była przekonana, że pies swą inteligencję zawdzięcza jej pedagogicznym uzdolnieniom. Było obojętne, z kim pies miał do czynienia; doświadczenia zawsze się udawały. Niektóre osoby przypuszczały, że pies, jak i sławne w historii konie elberfeldzkie, miał zdolności telepatyczne... Zdaniem doświadczonych parapsychologów problem jednak był znacznie prostszy. Tak pies, jak i wspomniane konie miały kwalifikacje medialne. Możliwe także, że ktoś z obecnych podświadomie im pomagał - pośredniczył. Takie wypadki zdarzają się często u ludzi. Wszak spotyka się media o intelektualnym poziomie analfabetów, które w transie rozmawiają licznymi, nieraz nawet martwymi językami. Na tej zasadzie działają też tzw. wirujące stoliki, które "pośredniczą" i pomagają się wypowiadać istotom z innego świata.
 
 
 
PS: W następnej części nowy podtytuł:  
"Moje kontakty z tamtym światem".
 
 
CDN. 
 

niedziela, 25 września 2022

Z UKRAIŃSKIEGO FRONTU... Cz. I

 FILMY, ZDJĘCIA I MEMY

 
 
DZIŚ ZAPRASZAM NA ZABAWNE PODSUMOWANIE OSTATNICH WYDARZEŃ NA FRONCIE WOJNY Z KACAPIĄ, NA PRZYKŁADZIE ZABAWNYCH MEMÓW, ZDJĘĆ I FILMÓW. ZAPRASZAM:
 
 
 

 
 
"Wojna będzie się przeciągała aż do całkowitej klęski Rosji. 
My już przegraliśmy. Reszta to kwestia czasu"
 
Oto komentarz Igora Girkin-Striełkowa (ps. "Wodka") zbzikowanego na punkcie carskiej "białej Rassji" sowieckiego trepa z Donieckiej Republiki Chujowej Ludowej, na temat obecnej sytuacji na froncie rassjisko-ukraińskim
 
 

 
 
A TERAZ, 
TYSIĄCLETNIE DZIEJE RASSJI 
(AUTORSTWA ALEKSANDRA SIEMIONOWA ps. "LAZY SQUARE") PRZEDSTAWIONE W 50 SEKUND NA PRZYKŁADZIE... JEDNEJ KAŁUŻY 
 

 
 
"RATUJMY KOMUNIZM"
TAKIE DEBILIZMY ODCHODZĄ W TYM ZACZADZONYM WÓDĄ, TĘPĄ IDEOLOGIĄ I WSZECHOGARNIAJĄCĄ BEZNADZIEJĄ "RUSKIM MIRZE"
 

 
 
 "I JAK? WYGRYWAMY?
"JAKBY TO POWIEDZIEĆ, DRUGIE MIEJSCE" 😅
 

 
 
"CZEKALIŚMY NA WAS!"
TAK MIESZKAŃCY WYZWALANYCH OD RUSKIEGO SYFU MIRU UKRAIŃSKICH WIOSEK I MIAST WITAJĄ SWOICH ŻOŁNIERZY
 

 
 
WYZWOLONY IZIUM
MOSKALE UCIEKALI Z TAKĄ SZYBKOŚCIĄ, ŻE ZOSTAWILI ARTYLERIĘ I CZOŁGI, ALE I WIELU WŁASNYCH ŻOŁNIERZY (OFICEROWIE UCIEKLI PIERWSI - JAK TO W ROSJI, GDZIE NIE MA ANI POCZUCIA HONORU, ANI GODNOŚCI LUDZKIEJ ANI NAWET SZACUNKU DLA ŻYCIA. ZRESZTĄ RUSKA SZLACHTA NIE WZIĘŁA SIĘ - TAK JAK W POLSCE CZY EUROPIE ZACHODNIEJ Z TRADYCJI RYCERSKIEJ CZYLI HERBOWEJ, TYLKO ZE... SZLACHTOWANIA I CAŁKOWITEGO POSŁUSZEŃSTWA CAROWI. JUŻ CZAADAJEW PISAŁ W XIX WIEKU, ŻE ROSJA TO KRAJ BEZ HISTORII, TRADYCJI, KULTURY I PRZYSZŁOŚCI. INNYMI SŁOWY - CZASY SIĘ ZMIENIAJĄ, A KAŁUŻA ZOSTAJE TA SAMA)
 

 
 
WYZWOLONA BAŁAKLIJA 
MIESZKAŃCY BAŁAKLIJI WITAJĄ 
SWOICH WYZWOLICIELI
 

 

 
 
 UKRAIŃSKA FLAGA ZNÓW ZAŁOPOTAŁA 
W IWANÓWCE
 

 
 
PREZYDENT WOŁODYMYR ZEŁEŃSKI 
WIZYTUJE WYZWOLONE TERENY
 

 
 
 A TERAZ PRAWDZIWA KOMEDIA. MOSKIEWSCY KAMANDIRZY I PAŁKOWNICY UCIEKALI TAK SZYBKO, ŻE DUŻĄ CZĘŚĆ SWOICH ODDZIAŁÓW POZOSTAWILI W OKRĄŻENIU NA PASTWĘ UKRAIŃCÓW. TUTAJ WIDAĆ JAK ZAŁOGA RUSKIEGO CZOŁGU PRÓBUJE PRZEDRZEĆ SIĘ DO SWOICH, DO RASSJI, I... 
TRAFIA W DRZEWO 😂
 

 
 
RUSCY "Z" - ZBRODNIARZE
ODNAJDYWANE ZWŁOKI POMORDOWANYCH MIESZKAŃCÓW WYZWALANYCH MIEJSCOWOŚCI
 

 

 
 
 A NA KONIEC:
TOWARZYSZ MARCHEWKA...
 
 


 
 
I MOJA DYGRESJA W TYM TEMACIE:
 
 
Ostatnio na Ukrainie (8 września) świętowano (i pamiętano) rocznicę wielkiej, zwycięskiej bitwy pod Orszą z 1514 r. w której to hetman wielki litewski (i święty cerkwi prawosławnej) - Konstanty Ostrogski w pył rozbił prawie trzykrotnie liczniejsze siły moskiewskie - Iwana Czeladnina. Niegdyś pamiętano o tym zwycięstwie również na Białorusi, ale obecnie jest to już moskiewska atrapa państwowa, a towarzysz marchewka już od dłuższego czasu pełni rolę przybocznego kundla Putina. Teraz jednak, gdy przyglądam się postępom armii ukraińskiej na froncie charkowskim i widzę panikę i ucieczkę moskiewskich z-brodniarzy, od razu przypomina mi się rok 1920 i paniczna ucieczka "niezwyciężonej Armii Czerwonej" do Moskwy. 
 
 
"TAM UCIEKLI BOLSZEWICY"
 

 
Widać więc, że historia zatoczyła koło, a historia to dobra nauczycielka życia, tylko trzeba umieć uczyć się na jej przykładach i właściwie wyciągać wnioski. Dawna Rzeczpospolita Polsko-Litewsko-Ruska była potęgą nie do przejścia i nie do pobicia, dopóki nie zaczęła być demoralizowana wewnętrznie (przy wybitnym wsparciu dworu moskiewskiego, wiedeńskiego, berlińskiego i... paryskiego). Ale i to nie dawało gwarancji rozbicia Rzeczpospolitej, gdyż nawet Polska osłabiona, z nieistniejącą armią była groźna dla mocarstw zaborczych. Dopiero wspólne działanie Moskwy, Austrii (Świętego Cesarstwa Rzymskiego) i Prus pozwoliło ostatecznie wymazać ów jedyny kraj, dający bezpieczeństwo i gwarantujący niepodległość krajom Międzymorza. Dopiero wspólna praca "trzech czarnych orłów" dała pożądane rezultaty w postaci rozbiorów Rzeczpospolitej. dziś jesteśmy mądrzejsi i potrafimy przewidzieć i przeciwdziałać niszczycielskim tendencjom w polityce międzynarodowej i geopolityce. a te tendencje to... silne Niemcy i silna Rosja, czyli powrót do gorbaczowowskiej koncepcji Eurazji z 1987 r., potwierdzonej przez Putina w Berlinie (2001 r.) i Paryżu (2005 r.). Nie miejmy więc żadnych złudzeń, że celem Niemiec jest zwycięstwo Ukrainy w wojnie z moskiewską kacapią. Celem Berlina (i Paryża) jest zakończenie tego konfliktu w miarę najszybciej (oczywiście kosztem Ukrainy) lub wymiana przywódcy Kremla (np. na takiego opozycjonistę Nawalnego, który niby to siedzi w kolonii karnej - a każdy rozsądny człowiek powinien się domyślić jak wygląda ruska kolonia karna - ale jednocześnie ma możliwość nagrywania filmików na telefon i... umieszczania ich w sieci. Niczym Lech "Bolesław" Wałęsa w ciężkim więzieniu w Arłamowie, zamawiający sobie kolejne butelki alkoholu i specjalnie przygotowywanego jedzenia do swojej celi. Ciekawe prawda?). Wymiana przywódcy byłaby najbardziej korzystną z punktu widzenia Paryża i Berlina, bo można by było "zacząć od zera", czyli resetujemy to co było dotąd, i zaczynamy od nowa z czystą kartą, deklarując wszem i wobec że Nawalny (lub też jakaś jego odmiana) to rosyjski "liberał i demokrata" a tak w ogóle to trzeba go wspierać, bo przyjdą nacjonaliści i znów będzie wojna. Czyli po zmianie wszystkiego w taki sposób, aby... nic nie zostało zmienione (poza wymianą jednego przywódcy Kremla), powrót do polityki "business as usual". Tak więc, gdy Rosjanie nie mają na Zachodzie jakiegoś Hitlera, Scholtza, czy innego sukinsyna, to potulnie siedzą w swoich syberyjskich norach i nie próbują nawet wychylać głowy, z obawy że mogą je stracić.
 
Coś takiego jest nie do zaakceptowania, gdyż jedynym celem krajów Międzymorza zawsze musi być jak największe osłabienie dwóch potencjalnych agresorów i niszczycieli europejskiego porządku, czyli Rosji i Niemiec. Według mnie, najlepszym rozwiązaniem dla całego Świata, Europy i oczywiście samych zainteresowanych krajów byłby powrót do sytuacji sprzed zjednoczenia i sprzed tzw.: "zbierania ziem ruskich", czyli po prostu do rozpadu Niemiec i Rosji na poszczególne landy, prowincje, regiony, przy jednoczesnym powstaniu większego związku politycznego pod sztandarem dawnej Unii Jagiellońskiej. Przyniosłoby to wreszcie upragniony pokój w Europie na dekady (a być może na stulecia). Wiedzą o tym Ukraińcy (wiedza również Białorusini), pamiętając o triumfie spod Orszy, jako symbolu ponownie jednoczącego wszystkich Rzeczpospolitan.   
 
 
 BITWA POD ORSZĄ
(1514)
 

 
 
A OTO ATAMAN PIOTR KONASZEWICZ-SAHAJDACZNY
JEDEN Z NAJWIĘKSZYCH KOZACKICH WODZÓW DAWNEJ RZECZPOSPOLITEJ, UCZESTNIK WYPRAW NA MOSKWĘ z lat 1610-1612 i 1617-1619
 



ZIEMIE WYZWOLONE PRZEZ UKRAIŃCÓW
(KOLOR JASNO-ŻÓŁTY I JASNO-RÓŻOWY)
 
 
 
CDN.
 

środa, 21 września 2022

OTO POLSKA WŁAŚNIE... Cz. II

CZYLI NAJPIĘKNIEJSZE

I NAJBARDZIEJ NIESAMOWITE

MIEJSCA NASZEJ OJCZYZNY

 
CUDZE CHWALICIE, SWEGO NIE ZNACIE, 
CZYLI KILKA KOLEJNYCH UROCZYCH MIEJSC, 
KTÓRE NIE WSZYSCY ZNAJĄ:
 
 
 

 
 
WARSZAWA
ZAMEK KRÓLEWSKI
(w 1870 r., 1971 - tuż przed odbudową w wyniku całkowitego zniszczenia przez Niemców w Powstaniu Warszawskim 1944 r., oraz współcześnie)
 

 
 
KRASICZYN
ZAMEK
 

 
 
BIAŁYSTOK
PAŁAC BRANICKICH
 

 
 
WARSZAWA
PAŁAC W WILANOWIE
 

 
 
WARSZAWA
PAŁAC W ŁAZIENKACH KRÓLEWSKICH
(PAŁAC NA WODZIE) 
 

 

 
 
MOSZNA
PAŁAC
 

 
 
ANTONIN
DOMEK MYŚLIWSKI
(Obraz - Karla Friedricha Schinkel'a z 1824 r.)
 

 
 
WARSZAWA
KOLUMNA KRÓLA ZYGMUNTA III WAZY
PRZEZ ZAMKIEM KRÓLEWSKIM
 



 
 
WARSZAWA
 

 

 

 
 

 

 
 

 
 
 WARSZAWA
CHOINKA PRZED 
ZAMKIEM KRÓLEWSKIM
(BOŻE NARODZENIE 2020)
(Zdjęcie Aleksander Głowacki)
 

 

 

 
 
ROMAN KRAMSZTYK
POLSKA - 1918 r.: ZMARTWYCHWSTANIE
(Roman Kramsztyk zginął w 1942 r. w warszawskim Gettcie)
 

 
 
 
CDN.