Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AUSTRIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AUSTRIA. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 lutego 2025

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XLVIII

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XXXVII







ŻONA
SERAJ POD RZĄDAMI
ROKSOLANY/HURREM
(1534-1558)
Cz. XXI






"WIATR, KTÓRY PCHA DO WOJNY Z PERSJĄ - WIEJE Z HAREMU!"
Cz. I





 Gdy flota Hizir Hayreddina Barbarossy odpłynęła z Tulonu (początek kwietnia 1544 r.) temu osmańskiemu admirałowi również towarzyszył w podróży francuski kapitan o nazwisku Polin, baron de la Garde, który poprosił Barbarossę aby mógł nieco szybciej popłynąć do Konstantynopola (Hizir bowiem w tym czasie zajął się jeszcze plądrowaniem włoskich wysepek: Procidy, Ischii, Pozzuoli, Policastro i Lipari). Chciał bowiem osobiście przedstawić Wielkiemu Turkowi wersję wydarzeń króla Franciszka, tak, aby ten nie miał doń pretensji o niewykorzystane zwycięstwa i podjęcie pertraktacji rozejmowych z cesarzem Karolem V. I tak też się stało, kapitan Polin przybył pierwszy do Konstantynopola, a następnie uzyskał audiencję w sali obrad Dywanu u Sulejmana Wspaniałego. Towarzyszył mu wówczas niejaki Jérôme Maurand - ksiądz z Antibes, który pozostawił ciekawą notatkę z tego spotkania. A oto i ona:

"Podczas gdy mój bardzo dostojny pan szedł do drugiej bramy Pałacu, z jednej i z drugiej strony stały konie spahisów, część z jeźdźcami i bardzo bogato przystrojone. Nie dostrzegliśmy konia, który nie miałby złotych lub srebrnych wodzy i podobnych strzemion; większość miała z przodu głowy płytkę ze złota lub srebra w kształcie róży, w której osadzony był rubin, hiacynt lub turkus; i miały uzdy na modłę turecką, wyszywane złotem i karmazynowym jedwabiem, wzbogacone turkusami. (...) Miały małe siodła na modłę turecką, wszystkie złocone; na zadzie trzy palmy złotego brokatu lub haftowanego złotem aksamitu z rzędami guzików zwisającymi po obu stronach i zrobionymi ze złotej nici i karmazynowego jedwabiu. Wszystkie wierzchowce były pięknymi końmi tureckimi lub berberyjskimi, o maści skarogniadej lub karej, gniadej, siwej, jabłkowitej lub białej, a ich cena wynosiła co najmniej 200 dukatów. Doniesiono mi, że Wielki Pan trzyma zwykle w Pałacu 6 000 spahisów konnych. Kiedy mój bardzo dostojny pan przeszedł ze świtą pośrodku tych koni, na które miło było popatrzeć, dotarliśmy do wielkiej drugiej bramy rzeczonego Pałacu, przy której straż trzymają janczarzy. Janczarów jej strzegących jest 12 000 (...) noszą bukiet piór na głowie. (...) Jak tylko mój bardzo dostojny pan przeszedł przez tę drugą bramę, janczarzy, którzy byli ustawieni w pięknym szyku dokoła tego wirydarza, wszyscy wstali, skłonili się, widząc, jak przechodzi mój bardzo dostojny pan, i oddali mu wielkie honory. Pośrodku tego wirydarza, który jest cały zadaszony podobnie jak wirydarze klasztorne, znajduje się wielki plac, a na nim widać różne drzewa, zwłaszcza cyprysy, i różne zwierzęta, jak jelenie, sarny, strusie, kozy indyjskie i inne zwierzęta, które spacerują między drzewami. (...) Powrócę do mojego bardzo dostojnego pana, który dotarł do miejsca, gdzie paszowie zwykle udzielają audiencji, i został tu bardzo uprzejmie powitany przez czterech paszów, duży przedstawili go Wielkiemu Panu. (...)"




"W tej trzeciej sali Wielki Pan siedział na brokatowych poduchach odziany w białą satynę, z niedużym turbanem; na czubku turbanu widać było trochę karmazynowego aksamitu, który wystawał na trzy palce i tworzył kilka fałd; z przodu turbana znajdowała się jakby złota róża, a pośrodku tej róży bardzo błyszczący okrągły rubin, duży jak połowa orzecha laskowego; przy prawym uchu zwisała perła w kształcie gruszki wielkości orzecha laskowego i bardzo ładnie zrobiona; pod brodą, przy rozcięciu kaftana, który był z białej mory, zamiast guzików było dziesięć czy dwanaście pięknych pereł, wielkości dużej cieciorki. Po tym, jak Ambasador ucałował dłoń Wielkiego Pana, panowie paszowie zaprowadzili go do sali audiencyjnej całej wyłożonej dywanami, z małymi siedziskami wysokimi na półtorej palmy, okrytymi dywanami. Tam mój bardzo dostojny pan Ambasador zjadł posiłek z czterema panami paszami, Jego Eminencją przeorem Kapui i innymi, którzy ucałowali dłoń Wielkiego Pana; wszyscy zostali obsłużeni na modłę turecką. Inni szlachcice, którzy nie weszli, by ucałować dłoń Wielkiego Pana, zostali posadzeni do obiadu w jednej z części wirydarza Porty przy Pałacu Wielkiego Pana, gdzie przebywają janczarzy z gwardii rzeczonego Pałacu". Aby nieco skrócić tę przydługą relację, warto podkreślić iż goście sułtana otrzymali wykwintne jedzenie: baranina, jagnięcina, drób, do tego zupy ze zbóż i ziół. Na deser do wyboru bakława lub muhallebi (budyń mleczny), a do tego jako "na przegryzkę" lokum (słodka galaretka o różanym smaku). Służba pojawiała się i znikała niezwykle szybko, obecny na owym przyjęciu baron Wenceslas Wratislaw stwierdził że służących było 200. Ubrani byli w czerwone suknie i czapki na głowie z wyszywaną złotą nicią. Pojawiali się błyskawicznie, zabierali puste naczynia i podawali kolejne, z jadłem. Kłaniali się, a gdy trzeba było poczekać zamierali w ruchu niczym posągi.

Misja kapitana Polina w Konstantynopolu zakończyła się połowicznym sukcesem, gdyż jeszcze wtedy sułtan nie wiedział o zawartym 14 września 1544 r. w Crépy pokoju króla Francji Franciszka I i cesarza Karola V. Franciszek wysłał więc do sułtana kolejnego swego przedstawiciela - Jeana de Monluca, ale ten nie miał łatwego zadania. W Konstantynopolu był traktowany bardzo źle, wielokrotnie sułtan wybuchał przy nim złością, deklarując że król Francji go zdradził, zawierając pokój z Karolem V. Twierdził też, że jeżeli byli sojusznikami i jeżeli on, Sulejman ofiarował Franciszkowi swoją flotę, to dlaczego tamten z niej nie skorzystał i dlaczego nie poinformował go o planach zawarcia pokoju z Hiszpanią. Monluc dwoił się i troił aby tylko wybrnąć jakoś z tej sytuacji, ale jako wytrawny dyplomata, wygłaszał długie, płomienne mowy, deklarując w nich że jego król przystał na powszechny pokój, po to, aby Sulejman mógł rozkoszować się "zwycięstwami, które Bóg mu zesłał". Twierdził że z tego pokoju korzyści będzie czerpał przede wszystkim Sulejman, a nie Karol V, który stracił autorytet w oczach niemieckich chrześcijan i został upokorzony, samemu prosząc o pokój. Czy Sulejman uwierzył w te piękne słówka? Trudno powiedzieć, warto jednak nadmienić że zawarty pokój realnie był mu na rękę. W tym mniej więcej czasie do Konstantynopola przybył również wysłannik arcyksięcia Ferdynanda (brata Karola V - władającego ziemiami Austrii, Styrii, Karyntii, Tyrolu, Chorwacji, Czech, zachodniej części Węgier, Śląska i krajami niemieckimi jako król Rzymian) Girolamo Adorno. Niestety poseł ów, gdy tylko przybył do Konstantynopola mocno się rozchorował, a wkrótce potem zmarł, tak więc nie zdążył nawet rozpocząć negocjacji pokojowych z sułtanem. Zakończenie stanu wojny w Europie i uznanie dotychczasowych nabytków osmańskich (w tym zdobycia przez Sulejmana Budy - 2 września 1541 r.) było teraz celem sułtańskiej dyplomacji, tym bardziej że Sulejman coraz częściej rozglądał się na Wschód.




Od zakończenia ostatniej kampanii przeciw Persji Safawidów, minęło już prawie dziesięć lat, a państwo założone przez szacha Ismaila I pogrążało się coraz bardziej w wewnętrznej anarchii i wielu lokalnych buntach. Safawidzi nie byli Persami. Był to ród turecki, pochodzący z Azerbejdżanu i mówiący tamtejszą odmianą języka tureckiego. Jednak byli zdeklarowanymi, fanatycznymi szyitami i to ich różniło od Osmanów, dla których stali się śmiertelnymi wrogami (i vice versa). W roku 1544 panujący od 20 lat szach Tahmasp I (syn Ismaila) miał już 30 lat, był więc mężczyzną w sile wieku, ale władza coraz częściej wymykała mu się z rąk. Pierwsza dekada jego rządów upłynęła pod całkowitą dominacją mistrzów zakonu Kyzyłbaszy (fanatycznego szyickiego ugrupowania wojowników, które początkowo powołane zostało aby szerzyć wiarę mahometańską {oczywiście w wersji szyickiej}, oraz bronić chłopów i wszelkich ubogich przed nadużyciami feudałów. Potem jednak, gdy już mistrzowie zakonu obrośli w piórka {i w tłuszcz}, to ten postulat przestał być istotny dla zakonu). Fanatyzm Kyzyłbaszy (na których czele stał Ismail od początku swych rządów, czyli od roku 1501), został stępiony dopiero w bitwie w dolinie Czałdyranu w roku 1514 z rąk sułtana Selima I (ojca Sulejmana). Należało więc odtąd opracować nową formę władzy, która nie skupiałaby się tylko i wyłącznie na kwestiach zakonu i jego religijnej misji. Szach Ismail starał się wyrwać spod wszechwładzy kyzyłbaskich wodzów, ale nie udało mu się to do końca. Jego syn Tahmasp również pierwszą dekadę swego panowania spędził jako marionetka
kyzyłbaskich pir'ów (czyli mistrzów) i dopiero w roku 1533 zbuntował się, skazał na śmierć pir'a Hosejn-chana z plemienia Szamlu (który przewodził wówczas Kyzyłbaszom) dzięki temu wyzwolił się spod ich władzy. Hosejn-chan (a w 1530 r. Czucha-soltan z plemienia Tekkelu) został oskarżony o zdradę i spiskowanie z Osmanami, a także o chęć wyniesienia do władzy jednego z braci Tahmaspa - Sama-mirzy, choć jego jedyną winą była... pycha. Po prostu poczuł się zbyt pewny, zbyt wielki i zbyt ważny, a to go zgubiło. Sądząc że kontroluje szacha całkowicie, zabił jednego z jego ministrów, a to spowodowało, że sam stracił głowę. Mimo jednak rozprawienia się z zakonem Kyzyłbaszy, w państwie Tahmaspa nie było spokoju.




System władzy w Iranie Safawidów (za Ismaila i Tahmaspa) wyglądał następująco: na czele państwa (pierwotnie zakonu utożsamianego z terenem, ziemią na której żyli) stał szach. Niżej od niego był mistrz zakonu Kyzyłbaszy, następnie mianowani przez szacha feudałowie ziemscy, niżej członkowie zakonu, następnie przedstawiciele administracji i wyżsi dostojnicy szyickiego kleru (po roku 1533 mistrzowie Kyzyłbaszy spadli na niższe miejsca w tej piramidzie władzy, równe urzędnikom administracji szacha) Ale ta władza nie była jednostajna, można wręcz powiedzieć że były dwie władze. Drugą stanowili wodzowie nomadów, którzy uznawali władzę szacha jedynie nominalnie, natomiast na swoim terenie to oni stanowili prawa, oni nakładali podatki i oni je egzekwowali. Podatki zaś płacili przede wszystkim najubożsi, a było ich mnóstwo, gdyż państwo nieustannie potrzebowało pieniędzy. Problem polegał tylko na tym, że pieniądze te były marnotrawione, lub... "zamrażone" w skarbcu, co powodowało że nie można ich było użyć, a potrzeby były ogromne. Dochodziło nawet do tego, że wojsko szacha nie otrzymywało żołdu, bo nie było pieniędzy, którymi można było je wypłacić (część pieniędzy bowiem została - jak wspomniałem - "zamrożona", czyli przeznaczona na "trudne czasy", które tak naprawdę trwały w Iranie wówczas non stop). Trwał w kraju permanentny kryzys społeczny, finansowy i polityczny. Drogi były pełne zbójców i lepiej było podróżować morzem, albo nawet jeziorem (ale i tam rozbójnicy rzucali tamy, lub stosowali inne wybiegi, by tylko zarobić na podróżnych). Niekończące się bunty różnych plemion (1526 r. bunt ludność Azerbejdżanu, 1527-28 r. wojna domowa pomiędzy frakcjami Kyzyłbaszy, wygrana przez plemię Tekkelu, 1530 pogrom plemienia Tekkelu zarządzony przez szacha Tahmaspa, 1531 r. bunt plemienia Tekkelu którzy spalili Tebryz, 1535 r. bunt w Gilanie, Interwencja osmańska w latach 1534-1536 pod wodzą najpierw wielkiego wezyra Ibrahima Paszy, a następnie samego sułtana Sulejmana, czego efektem było zdobycie Bagdadu w grudniu 1534 r., 1538 r. bunt w Astrabadzie, 1541 r. bunt w Chozestanie), a poza tym nieustanne wręcz ataki uzbeków (w latach 1524-1540 doszło aż do pięciu takich inwazji). W takich warunkach przetrwanie państwa perskiego było wręcz cudem, tym bardziej że to nie wszystkie kłopoty, jakie spadły wówczas na Persję.




Szach Tahmasp miał bowiem trzech braci. Bahram Mirza był jedynym z nich, który nie knuł przeciwko swemu bratu i nie chciał pozbawić go władzy (w zamian otrzymał dowództwo wojskowe nad armią i nawet nieźle sobie radził jako wódz). Natomiast dwaj pozostali: Sam Mirza (wcześniej gubernator Chorasanu, za próbę buntu przeciwko bratu usunięty stamtąd), oraz Elkas Mirza (gubernator Szirwanu) nieustannie knuli i zawiązywali spiski, w celu obalenia Tahmaspa z tronu Safawidów. Właśnie ten ostatni z braci Elkas Mirza stanie się głównym bohaterem tej części naszej serii, gdyż jego dążenie do obalenia Tahmaspa przywiodło go ostatecznie (dopiero w roku 1547) do Konstantynopola, gdzie będzie błagał sułtana Sulejmana o wsparcie i interwencję przeciwko bratu (a jednocześnie przeciwko własnemu krajowi). Jednak w tym rozpadającym się państwie, gdzie nie było ani bezpieczeństwa, ani też stabilizacji politycznej, zdarzało się że szach podejmował wyprawy wojenne. Głównym obszarem inwazji były państwa Kaukazu, głównie Gruzja (królestwa Imereti, Kartli i Kaketii oraz księstwo Samczke) i Czerkiesia. Pierwsza taka wyprawa została zorganizowana pod osobistym dowództwem Tahmaspa w roku 1541 (druga 1547). Były to wyprawy głównie łupieżcze, zorganizowane w celu pozyskania niewolników (szczególnie zaś niewolnic, gdyż Gruzinki i Czerkieski były poza Europejkami, szczególnie zaś Słowiankami - najbardziej cenionym towarem w haremach Konstantynopola i Tebryzu. Otoczony więc wrogami, buntami poddanych, grasującymi po drogach członkami zakonu Kyzyłbaszy (mordującymi i rabującymi dla zysku, a niekiedy nawet dla przyjemności - co pokazuje jak niebezpieczna wówczas była Persja), niepewny swego tronu (a szczególnie swych braci), jedyne co tak naprawdę potrafił skutecznie przeprowadzić wówczas Tahmasp, to nową liczbę porwanych dziewcząt do swego haremu. 🥴 




Poza tym szach Tahmasp musiał uważać, że nie znajduje się jeszcze w tak złym położeniu, jak inni, a utwierdził go w tym przypadek Humajuna, obalonego władcy Wielkich Mogołów, kontrolującego wcześniej północne obszary Indii (Hindustan). On to właśnie w początkach roku 1544 wraz ze swą małżonką Baga Begum i czterdziestoma ludźmi (po drodze musieli żywić się gotowanym mięsem zabitych koni) przedostał się do Persji, prosząc Tahmaspa o schronienie, a także wsparcie militarne w celu odzyskania władzy. Humajun był synem Babura, emira Kabulu od roku 1504, który po zwycięstwie w bitwie pod Panipatem w roku 1526, założył islamskie Cesarstwo Wielkich Mogołów w północnych Indiach. Może to nie jest ta seria i może znów zbaczam z głównej drogi tematycznej, ale wydaje mi się że warto opisać te dwie postaci Humajuna i Babura, gdyż są one mało znane (szczególnie u nas), a niezwykle ciekawe były to osoby (chociaż można oczywiście uwzględnić fakt, że jakaś część tych opowieści powstała na potrzeby późniejszej propagandy politycznej). Ale ponieważ Tahmasp przyjął Humajuna na swój dwór i udzielił mu wsparcia militarnego aby ten odzyskał władzę w Delhi (choć nie od razu i trwało to dekadę), warto zająć się początkami tej muzułmańskiej dynastii panującej w Indiach, nim przejdziemy do kolejnej inwazji sułtana Sulejmana przeciwko Persji Safawidów (nie zapominając oczywiście o wydarzeniach dziejących się w tym czasie w Hiszpanii, w Niemczech, we Francji, w Anglii i oczywiście w "najpotężniejszym państwie na świecie" czyli w polsko-litewskiej Rzeczpospolitej 😉👍).



"MIAŁEM SZCZĘŚCIE URODZIĆ SIĘ SZLACHCICEM W POLSCE - NAJPOTĘŻNIEJSZYM PAŃSTWIE NA ŚWIECIE"



CDN.

piątek, 29 listopada 2024

WOKÓŁ AKTU 5 LISTOPADA - Cz. I

CZYLI JAK NIEMCY CHCIELI SOBIE STWORZYĆ "SWOJĄ" POLSKĘ?




 Jakiś czas temu rozmawiałem na X-ie z pewnym niemieckim doktorem historii (?), który przekonywał mnie że Niemcy w roku 1916 przywrócili niepodległą Polskę do życia po ponad stuletnim okresie zaborów, ogłaszając właśnie ów akt 5 listopada, w którym rzeczywiście miał powstać taki twór jak Polska. Wcześniej bowiem stwierdziłem, że warunkiem sine qua non odrodzenia niepodległej Polski, była klęska wszystkich trzech jej zaborców, czyli Rosji, Niemiec i Austro-Węgier. Ponieważ tamta rozmowa przypomniała mi się teraz, postanowiłem rozpocząć nową serię o tym, jak to Niemcy próbowały stworzyć "swoją" Polskę w roku 1916, jak i na ile im się to udało, oraz jakie były reakcje międzynarodowe (głównie rosyjskie) na ową deklarację. 

Zapraszam zatem do lektury.






RZECZYWISTOŚĆ POLITYCZNA 


"O wojnę powszechną za wolność ludów, 
Prosimy cię Panie.
O broń i orły narodowe, 
Prosimy cię Panie.
(...)
O niepodległość, całość i wolność Ojczyzny naszej, 
Prosimy cię Panie"


 Oto fragment "Litanii pielgrzymskiej" Adama Mickiewicza, w której autor (żyjący w pierwszej połowie XIX wieku - notabene Mickiewicz zmarł w Konstantynopolu w listopadzie 1855 r. po zatruciu się kebabem), doskonale zdawał sobie sprawę, że niepodległość Polski realnie musi być związana po pierwsze z wzajemną wrogością mocarstw zaborczych, a po drugie z wynikającą z niej wojną europejską (a być może nawet światowej) I o to właśnie się modlił w swej litanii - "o wojnę powszechną za wolność ludów". Polacy bowiem (głównie mam tutaj oczywiście na myśli polską szlachtę) za późno otrząsnęli się z marazmu XVIII wieku. Reformy jakie podjęto pod koniec tego stulecia, mające wewnętrznie wzmocnić państwo i stworzyć stałą armię, oraz wzmocnić władzę królewską czyniąc ją odtąd dziedziczną, przyszły za późno. Co prawda uchwalono pierwszą w Europie i drugą na świecie Konstytucję - 3 maja 1791 r. Ale już nie zdołano obronić tych reform w konfrontacji zarówno z agresją rosyjską (1792 r.) jak i rosyjsko-pruską (1794 r.). W każdym razie przetrwało to pocieszenie, że Polacy - wbrew innym narodom (jak choćby Hiszpanom, u których pierwsze reformy zainicjowały dopiero interwencyjne wojska francuskie po roku 1808), potrafili własnym działaniem politycznym (w obliczu pewnego rozpadu państwa trapionego wewnętrzną anarchią) zdobyć się na taką jedność, która pozwoliła zreformować kraj. Ocalić go już jednak nie była w stanie, gdyż zaborcy okazali się wyjątkowo zgodni w dziele zniszczenia Rzeczypospolitej. Ale upadek państwa był niczym kubeł zimnej wody na te wszystkie dotychczas zaślepione umysły, na tych wszystkich małych paniczyków którzy nie widzieli dalej niż koniec własnego nosa i tylko powtarzali "złota wolność, złota wolność", a prysła ona niczym sen złoty po utracie państwa.




Potrzeba odrodzenia tak świetnego państwa, pełnego wielkich tradycji i wspaniałej historii, stała się odtąd motorem działań przede wszystkim szlachty, która żyła odtąd pod zaborami w cieniu pamięci dawnych wieków. Jak pisał już w XX wieku Władysław Kamieniecki herbu Pilawa: "Dziesiątki senatorskich pokoleń, hetmańskie buławy i marszałkowskie laski, wielkie bogactwa, wspomnienia wielkich cnót i jeszcze większych zbrodni kształtowały od dziecka psychikę tych potomków najmożniejszych rodów dawnej Rzeczypospolitej. Literatura historyczna, a jeszcze bardziej tradycja domowa uczyła ich o zasługach i występach przodków. Zdrada Janusza Radziwiłła czy warcholstwo Jerzego Lubomirskiego było im wskazywane jako odstraszający przykład - wiedzieli, czego się mają wystrzegać. A jednocześnie budziło się w nich przeświadczenie, że w odrodzonej Ojczyźnie przypaść im winna rola pierwszoplanowa". Nie od razu, ale również wśród chłopów zaczęło kształtować się poczucie przynależności narodowej, przejawiające się odmiennością religijną, językową i obyczajową w stosunku do zaborców. Ale poczucie przynależności narodowej (lub też odrębności w stosunku do zaborców), nie oznaczało automatycznie poczucia świadomości narodowej. Można bowiem społeczeństwo polskie w czasach rozbiorów (poniekąd i wcześniej też, ale tamten okres nas nie interesuje) opisać na zasadzie czterech kręgów. Krąg pierwszy (zewnętrzny), to ludzie uważający się za "tutejszych" (głównie chłopi, często Rusini, Żydzi, lub Niemcy wyznania luterańskiego, a także polscy chłopi z bardzo słabym poczuciem przynależności narodowej). Krąg wyższy, to ludzie którzy posiadali już świadomość narodową (częściowo byli to chłopi, częściowo mieszczanie, a częściowo szlachta ze wschodnich rubieży Rzeczypospolitej o rusińskich korzeniach). Trzeci krąg, to obszar Polaków ożywionych świadomością polityczną, a ostatni czwarty a jednocześnie pierwszy krąg wewnętrzny) to krąg ludzi gotowych działać aktywnie w kwestii odzyskania niepodległości i zrzucenia jarzma niewoli.




Dla tych wszystkich ludzi odrodzona, niepodległa Polska, miała być krajem takim, jakim została wcześniej rozszarpana, czyli w najmniejszych granicach z roku 1771 (a były również plany odtworzenia wielkiej Rzeczpospolitej z XV, XVI i XVII wieku). Polska etnograficzna, Polska mała, nigdy - powtarzam to raz jeszcze: NIGDY! - nie wchodziła w zakres jakichkolwiek politycznych kalkulacji, a jeśli już, to tylko jako etap początkowy odrodzenia Państwa (tak, jak miało to miejsce chociażby w roku 1918). Dla polityków zachodnich, polityków brytyjskich, amerykańskich, częściowo również francuskich, włoskich, nie mówiąc już o Niemcach czy Moskalach - był to jasny dowód na polską zaborczość i imperializm. Oni bowiem tworząc państwa (jak choćby w Afryce) po prostu rysowali linie etnograficzne (linia Curzona z 1919 r.) lub tak jak w roku 1884/1885 na kongresie berlińskim, po prostu podzielono Afrykę wzdłuż linii narysowanych na mapie, w ogóle nie zaprzątając sobie głowy lokalnymi stosunkami tamtejszych plemion (i tak pozostało do dzisiaj, gdzie np. w jednym państwie afrykańskim są plemiona wzajemnie się nienawidzące, natomiast w państwach sąsiednich, plemiona ze sobą spokrewnione i bliskie). Świadomość narodowa bowiem Litwinów, Ukraińców czy Białorusinów tak naprawdę w wieku XIX była świadomością narodową Rzeczpospolitan (oczywiście mam tutaj na myśli głównie tamtejszą szlachtę, gdyż chłopstwo żyło jakby obok tego wszystkiego, w opisanym wyżej kręgu czwartym). A świadomość Rzeczpospolitan była nieodzownie zjednoczona ze świadomością bycia Polakiem (niekoniecznie w rozumieniu narodowościowym, ale politycznym). Losy tej walki o niepodległość układały się bardzo różnie na przestrzeni całego wieku XIX. Można powiedzieć że pomimo utraty państwowości w roku 1795, polska elita polityczna przetrwała na ziemiach polskich i ziemiach dawnej Rzeczpospolitej. Odrodzenie w roku 1807 małego, stworzonego przez cesarza Napoleona Wielkiego Księstwa Warszawskiego, było jedynie wstępem do odtworzenia dawnej Rzeczypospolitej (do czego dążył Cesarz w roku 1812, rozpoczynając "wojnę polską" z Rosją). Ale potem również w epoce podporządkowanego Rosji Królestwa Polskiego z lat 1815-1830, polska elita polityczna nie miała powodu aby opuszczać polskie ziemie i pozostała tutaj, nadal będąc siłą z którą należało się liczyć.




Dopiero po zakończeniu Powstania Listopadowego (1830-1831) i rozpoczęciu Wielkiej Emigracji (głównie na zachód Europy, ale również do USA) to był pierwszy taki czas w dziejach Narodu, w którym elita polityczna musiała opuścić swój własny kraj (to było zupełnie coś nowego, wcześniej niespotykanego na żadnym etapie polskiej historii). Emigranci jako punkt najważniejszy swego nowego osiedlenia wybierali Francję (z którą większość z nich była mocno związana jeszcze w czasach wojen napoleońskich, ale i później uważano Francję za "wyzwolicielkę ludów"). Sporo emigrantów (szczególnie na pierwszym etapie podróży) schronienie znalazło w państwach niemieckich, gdzie byli witani jak bohaterowie (w Niemczech bowiem odradzał się wówczas narodowy patriotyzm dążący do zjednoczenia ziem niemieckich i wszelkie ruchy rewolucyjne, powstańcze przeciwko dotychczasowym konserwatywnym władcom i zastanemu ancient regime uważano za pozytywne i dające nadzieję na zmianę rzeczywistości politycznej również w Niemczech i innych państwach Europy). Jedną z najbardziej znanych w Niemczech reakcji artystycznych na ówczesne wydarzenia w Polsce, stał się obraz "Finis Poloniae 1831" namalowany przez Dietricha Montena, na którym twórca przedstawił grupę przygnębionych, lecz dumnych polskich żołnierzy, którzy zgromadzili się obok słupa granicznego z napisem stanowiącym jednocześnie tytuł dzieła (swoją drogą zasługuje na uznanie wybitne znawstwo tego malarza w kwestiach polskich, gdyż słowa "Finis Poloniae" ponoć miał wypowiedzieć Tadeusz Kościuszko po klęsce pod Maciejowicami w roku 1794, natomiast na obrazie znajdował się również książę Józef Poniatowski na białym koniu, który utonął w nurtach Elstery podczas odwrotu spod Lipska w roku 1813, czyli w Powstaniu udziału brać nie mógł, ale autor i tak umieścił go na obrazie). 




Ostatnio w jednym ze swoich tweetów przywołany wcześniej przeze mnie niemiecki doktor historii stwierdził, że to nieprawda iż niemieckie państwo istnieje dopiero od roku 1871, gdyż przecież już na zamku Hambach w roku 1832 powiewano trójkolorową flagą niemiecką czarno-czerwono-złotą, nawołując do zjednoczenia Niemiec. To prawda, ale jak przystało na zwolennika AfD zapomniał on dodać, że podczas tej imprezy na zamku Hambach w Palatynacie było wielu Polaków, byłych powstańców listopadowych. Zapomniał też że powiewały tam biało-czerwone flagi, a także flagi z białym orłem, a podczas przemówienia niemiecki adwokat Johann Wirth stwierdził: "Tylko Niemcy są w stanie przyczynić się do odzyskania przez Polskę niepodległości. Nasz naród jest pod względem prawnym, jak i moralnym zobligowany do odpokutowania za ciężki grzech zniszczenia Polski. Nasz naród musi wreszcie przyjąć do wiadomości, że przywrócenie niepodległości Polski jest jego najpilniejszym, podstawowym zadaniem i leży w jego własnym interesie". Od tego też czasu zaczęto w Niemczech powtarzać często słowa polskiego hymnu narodowego: "Noch ist Polen nicht verloren" czyli "Jeszcze Polska nie zginęła" (w znaczeniu że nie wszystko stracone i wcześniej czy później dojdzie do zjednoczenia Niemiec). Podobnie było w marcu roku 1848, gdy w Berlinie tłumy mieszkańców przywitały owacyjnie wjeżdżającego tam Ludwika Mierosławskiego (zwolnionego z pruskiego więzienia, gdzie oczekiwał wyroku śmierci za próbę wywołania powstania w Wielkopolsce - czyli w ówczesnym Wielkim Księstwie Poznańskim). Gdy jednak Mierosławski wrócił do Wielkopolski i ponownie sformował oddział, który starł się w walkach z wojskiem pruskim, nastroje w Berlinie szybko się zmieniły. Zaczęto teraz Polaków, polskich powstańców przedstawiać w prasie i literaturze (głównie pruskiej) jako brutalnych oprawców Niemców i Żydów, podstępnych strzelców zza węgła. Już nie byli bohaterami jak w roku 1832, teraz twierdzono że Polacy stanowią zagrożenie dla państwa pruskiego i są niczym spiskowcy, którzy potajemnie przygotowują Niemcom istne nieszpory sycylijskie (było to krwawe powstanie antyfrancuskie na Sycylii, które wybuchło 30 marca 1282 r. i doprowadziło do obalenia rządzących wyspą od 1266 r. Andegawenów. Niektórzy historycy twierdzą też, że od tego właśnie momentu datuje się pojawienie w południowej Italii włoskiej mafii). 

Przychylność dla Polaków w Niemczech (a szczególnie w Prusach) zaczęła słabnąć. Prusacy uznali oni bowiem (podobnie zresztą jak pierwszy kanclerz Rzeszy Niemieckiej - Otto von Bismarck), że Polacy stanowią realne zagrożenie dla stabilności i bezpieczeństwa państwa. Przykładem tego było chociażby stanowisko niemieckiego poety Wilhelma Jordana, który zabrał głos podczas obrad parlamentu frankfurckiego w lipcu 1848 r. Stwierdził on bowiem że wszyscy ci Niemcy, którzy popierają odrodzenie Polski, to "sentymentalni głupcy"i mówił: "Polityka która apeluje do nas "oddajcie Polsce wolność, bez względu na koszty", jest polityką krótkowzroczną, polityką słabości, zapominającą o własnych interesach, polityką strachu i tchórzostwa. Przyszedł już chyba czas, aby ocknąć się z tego idealistycznego marzycielstwa, w którym zachwycaliśmy się sprawami wszystkich narodowości, pozostając sami w okowach haniebnego zniewolenia. Czas zbudzić się do życia w zdrowym narodowym egoizmie". Wtórował mu również historyk Rudolf Haym, który stwierdzał iż rozbiór Rzeczpospolitej "był sprawiedliwym sądem nad zepsutym do imentu narodem, który nie miał na tyle siły, aby samodzielnie obalić feudalizm" (co oczywiście jest bzdurą, gdyż Konstytucja 3 Maja stwarzała zupełnie nową rzeczywistość polityczno-społeczną). Co prawda sympatia dla Polski i Polaków pojawiła się w Niemczech jeszcze na krótko w czasie Powstania Styczniowego 1863-1864, ale coraz częściej w świadomości Niemców (zarówno tej politycznej, literackiej jak i codziennej-prasowej) wdzierał się nacjonalizm i "zdrowy narodowy egoizm". Otto von Bismarck bardzo obawiał się Polaków jako "wewnętrznego wroga Rzeszy" (i to w sytuacji kiedy Niemcy rosły w siłę, a Polski nie było nawet na mapach i nie było żadnych nadziei na jakiekolwiek odrodzenie naszego kraju w przyszłości). Jeszcze nim został kanclerzem Rzeszy, a nawet premierem Prus, w swym liście do siostry w roku 1861 tak pisał o Polakach w Rzeszy: "Bijcie Polaków tak długo, dopóki nie utracą wiary w sens życia; współczuję im ich sytuacji, ale jeżeli chcemy przetrwać, nie możemy zrobić nic innego, jak tylko ich wytępić. Wilk nic nie poradzi na to, że Bóg go stworzył jakim jest, a jednak do wilka strzela się, kiedy tylko można".




Rzeczywistość polityczna Polaków po upadku Cesarza Napoleona w roku 1815 była następująca: na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej trzy mocarstwa rozbiorowe (Rosja Prusy i Austria) były teraz zespolone ze sobą wspólnym celem politycznym, który sprowadzał się do jednego, uniemożliwienia odrodzenia państwa Polskiego w przyszłości, a także w powołanym również ku temu celowi (czyli zakonserwowania decyzji traktatu wiedeńskiego) we wrześniu 1815 r. Świętym Przymierzu. Był to notabene pierwotnie pomysł Adama Jerzego Czartoryskiego - przyjaciela i doradcy młodego cara Aleksandra I z pierwszych lat jego panowania - z roku 1804. Czartoryskim jednak kierowała chęć zwiększenia swobód Polakom, żyjącym teraz w państwie moskiewskim jak reszta niewolników cara (inną sprawą była również jego niechęć do rewolucji francuskiej i obawa przed wpływami rewolucyjnymi w Polsce i w Rosji). To właśnie ten projekt stał się podstawą zawiązania sojuszu czterech mocarstw (Rosji, Prus Austrii i Wielkiej Brytanii) na zjeździe w Chaumont w marcu 1814 r. który (w założeniach) miał przetrwać również po pokonaniu Napoleona i stać się podstawą nowego układu sił w Europie. Jednak w roku 1815 na konferencji w Wiedniu Aleksander I postanowił nadać temu sojuszowi nieco inną, bardziej mistyczną podbudowę. Zafascynowany bowiem mistycyzmem (szczególnie po roku 1812 i zmuszeniu Wielkiej Armii napoleońskiej do odwrotu z Rosji) a także po spotkaniu z mistyczką Barbarą Julią Krüdener w roku 1815, carowi marzyła się federacja chrześcijańskich państw, kierujących się etyką (tę kwestię pewnie zaczerpnął od Franciszka Baadera - monachijskiego teozofa) i dlatego 10 września 1815 r zaproponował cesarzowi austriackiemu Franciszkowi I (jako cesarz byłego Świętego Cesarstwa Rzymskiego "narodu niemieckiego" - nad którym obecnie rozpaczają niemieccy zwolennicy teorii o istnieniu niemieckiego państwa przed rokiem 1871, a co według mnie słusznie zlikwidował Napoleon Wielki w 1806 r., bo był to konglomerat różnych, często skłóconych ze sobą krajów, zupełnie do siebie nie pasujących - występował jako II) i królowi Prus - Fryderykowi Wilhelmowi III, właśnie projekt Świętego przymierza, w którym kanclerz Metternich poczynił pewne zmiany i przyjęto go dopiero 26 września. W układzie tym trzej monarchowie deklarowali, że będą złączeni węzłami braterstwa i wzajemnie okazywać będą sobie pomoc, że w rządach wewnętrznych i zewnętrznych kierować się będą nakazami religii chrześcijańskiej, sprawiedliwości, miłości i pokoju. Do udziału w Świętym Przymierzu zaproszono wszystkie państwa europejskie z wyjątkiem muzułmańskiej Turcji (ale jej przedstawiciela zapewniono, że układ ten nie jest skierowany przeciwko Imperium Osmańskiemu). Bezpośrednio udział odmówił tylko papież Pius VII (ale to dlatego, że do tego układu dołączyć miały narody różnych wyznań), a także brytyjski następca tronu i regent Królestwa - książę Jerzy (który jednak zapewnił, że wszystkie zawarte w tym układzie kwestie są mu drogie). Do roku 1817 akt Świętego Przymierza podpisało łącznie 16 dużych państw (nie licząc drobnych niemieckich krajów). Aleksander I w 1820 r. zaproponował uczestnictwo w tym sojuszu również Stanom Zjednoczonym, ale ich przedstawiciel stwierdził, że USA nie miesza się do spraw europejskich.




Sojusz Świętego Przymierza stał się odtąd niewidzialnym łańcuchem, spajającym ze sobą przede wszystkim Rosję, Prusy i Austrię - czyli państwa rozbiorowe Rzeczpospolitej), chociaż tak na serio traktował ten układ jedynie Aleksander I, a wszyscy inni przywódcy mniej lub bardziej drwili z niego i nie uważali jego zapisów za w jakikolwiek sposób ważne, ale ponieważ Rosja odniosła wówczas wielki sukces militarny i polityczny, nikt nie miał odwagi aby sprzeciwić się carowi. Sojusz ten przetrwał długo, nawet wówczas, gdy samo Święte Przymierze rozpadło się (lub raczej po prostu przestało istnieć, gdyż nie było żadnego oficjalnego aktu odwołującego ten sojusz i jedynie można przyjąć, że nastąpiło to po roku 1822, gdy zaprzestano już zjazdów Świętego Przymierza - do tej pory było ich pięć, w 1818 w Akwizgranie, w 1819 Karlsbadzie, w 1820 w Opawie, w 1821 w Lublanie i w 1822 w Weronie). Pomimo dzielących państwa zaborcze różnic. Austria i Prusy wręcz się nie znosiły (czego przykładem niech będzie nieoficjalna radość, jaka zapanowała w Berlinie, gdy w roku 1805 Napoleon rozbił pod Austerlitz armię austriacko-rosyjską, podobnie choć już z mniejszą sympatią reagowano na klęskę Austrii w roku 1809). W Wiedniu żywiono obawę, że Berlin planuje odebrać Austrii pierwszoplanową pozycję w Związku Niemieckim i rzucić jej wyzwanie na tym polu. Natomiast Prusy i Austrię niepokoiła również mocarstwowa polityka rosyjska, gdzie z Austrią rysowały się już punkty konfliktowe (szczególnie na Bałkanach). Mimo to spajał te wszystkie trzy państwa niewidzialny łańcuch uzyskanych po roku 1815 zdobyczy, ale przede wszystkim najważniejszym powodem dla którego te państwa wzajemnie przeciwko sobie nie występowały zbrojnie przez całe dekady, była obawa przed ponownym odrodzeniem dawnej Rzeczpospolitej - i to była rzecz kluczowa.




CDN.

sobota, 14 września 2024

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XLVII

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XXXVI







ŻONA
SERAJ POD RZĄDAMI
ROKSOLANY/HURREM
(1534-1558)
Cz. XX






GDZIE TRZECH SIĘ BIJE... - CZYLI WOJNA NA ZACHODZIE
Cz. V


 W drugiej połowie 1544 r. wojna w Zachodniej Europie (tuż nad granicą z Francją) praktycznie już dogasała, aczkolwiek niebezpieczeństwo upadku Paryża wciąż było bardzo duże. Włoski kondotier na służbie cesarskiej -  Ferranto Gonzaga (któremu Karol V nadał w 1535 r. tytuł wicekróla Sycylii), 25 maja zdobył Luksemburg, gdzie też wydał proklamację, iż cesarz Karol V "przybył aby obalić tyrana, sprzymierzonego z Turkami" (czyli właśnie króla Francji Franciszka I). Na froncie włoskim francuski sukces pod Ceresole (14 kwietnia 1544 r.), został szybko zaprzepaszczony po zwycięstwie armii cesarskiej w bitwie pod Serevalle (2-4 czerwca), czego efektem było zdobycie przez Alfonsa z Avalos całej Lombardii wraz z Mediolanem. Front pirenejski zaś praktycznie został zamrożony i nie działy się tam żadne poważniejsze ruchy wojenne. Natomiast wraz z przeprawą angielskich żołnierzy na francuskie wybrzeże (dowodzonych przez Henryka VIII, chociaż dwoma armiami wydzielonymi dowodził bezpośrednio książę Suffolk (Karol Brandon) i książę Norfolk (Tomasz Howard), które miały połączyć się pod Paryżem. 19 lipca rozpoczęło się oblężenie francuskiej twierdzy Boulogne (której zdobywaniem osobiście przypatrywał się król Henryk VIII). Franciszek I nie miał wystarczających sił aby wspomóc Boulogne, tym bardziej że obawiał się ataku cesarza na Paryż (zresztą Karol V był niezadowolony z oblężenia Boulogne i w listach do Henryka pisał, że jest to złamanie ich uzgodnień i namawiał króla Anglii do jak najszybszego marszu na Paryż). Henryk VIII jednak nie zamierzał rezygnować z oblężenia Boulogne, chociażby dlatego że już raz (21 lat wcześniej) został namówiony przez swego kardynała Wolsey'a i ambasadora Hiszpanii aby odstąpił od oblężenia Boulogne (gdy w północnej Francji wówczas operowała angielska armia Karola Brandona, księcia Suffolk). Teraz Henryk i Suffolk postawili sobie za cel zdobycie tej francuskiej twierdzy.

W sierpniu armia cesarska (stacjonująca w północnej Francji) zdobyła kilka twierdz na drodze do Paryża, ale chroniczny brak pieniędzy dawał o sobie znać, co powodowało znaczne opóźnienia, a realnie uniemożliwiło Karolowi V atak na francuską stolicę. Z początkiem września 1544 r. do obozu cesarza przyszedł list od jego syna, regenta Hiszpanii - don Felipe, w którym pisał on, iż nie jest w stanie zebrać więcej pieniędzy i radzi ojcu aby jak najszybciej zawrzeć pokój "co jest szczególnie miłe Bogu". Karol V podejrzewał że list ten tak naprawdę podyktowany został przez prymasa i wielkiego inkwizytora Hiszpanii, kardynała Juana Pardo de Tavera (co akurat było prawdą), ale pozbawiony pieniędzy, nie był w stanie realnie dalej toczyć wojny. Mimo to armia cesarska podeszła tak blisko Paryża, że w samym mieście doszło do wybuchu paniki. Ludność miasta (czym tylko mogła) uciekała na południe lub na zachód, przy bramach miejskich zaczęły tworzyć się prawdziwe korki, wybuchały niepokoje, byli ranni a nawet zabici. Król Franciszek starał się położyć kres panice, deklarując że on nie zamierza opuszczać Paryża i że cesarz nie ośmieli się zaatakować miasta, ale przywrócenie spokoju trwało ładnych kilka dni. Rzeczywiście, cesarz nie był w stanie uderzyć na Paryż i 11 września zawrócił stamtąd. Trzy dni później Karol VIII zdobył Boulogne. Wkrótce potem w Crépy doszło do spotkania posłów króla Franciszka z Karolem V. Francuzi zażądali przede wszystkim zawarcia małżeństwa pomiędzy młodszym synem Franciszka, Karolem II - księciem Orleanu, a infantką Marią (córką Karola V), lub też arcyksiężniczką Anną (córką Ferdynanda I - króla Czech i Węgier, brata Karola V). Tak otwarcie aroganckie żądanie Francuzów (w końcu armia cesarska nadal stacjonowała w północnej Francji) brało się stąd, że Franciszek doskonale zdawał sobie sprawę z kłopotów finansowych Karola, i z tego, że zadłużył się on u niemieckich bankierów: Fucara i Welsera. To żądanie nie spodobało się Karolowi, dlatego też (choć gotowy był podpisać separatystyczny rozejm z Francuzami nie oglądając się na Anglików), teraz powiadomił listownie Henryka VIII że jeśli nie połączy się w ciągu kilku dni z jego armią i nie ruszą wspólnie na Paryż, to on podpisze z Francuzami rozejm. Tak się nie stało i 18 września w Crépy podpisano rozejm cesarsko-francuski, na mocy którego Franciszek wycofywał się ze swych zdobyczy w Sabaudii i Piemoncie, zrzekał się Flandrii i Artois, a w tajnej klauzuli obiecywał wspierać politykę cesarską wobec Turków i papiestwa (szczególnie wobec projektowanego przez papieża Pawła III soboru trydenckiego), a także wobec protestanckich książąt Rzeszy. W zamian zaś Karol II Walezjusz miał poślubić jedną z Habsburzanek (Karol V miał zdecydować która to będzie, jedna miała wnieść Flandrię w posagu, druga Mediolan). Tak też dumał nad tym zagadnieniem aż do śmierci księcia Orleanu, która nastąpiła we wrześniu 1545 r.




Ale przenieśmy się teraz nad Bosfor, bo też tam działy się dość ciekawe rzeczy. Haremem sułtana Sulejmana Wspaniałego zarządzała oczywiście jego małżonka Roksolana/Hurtem. Jej władza tam była bezdyskusyjna, a jej frakcja wydawała się być jedyną która istnieje. Hurrem była przede wszystkim nastawiona na konfrontację z księciem Mustafą, który od czerwca 1541 r. był gubernatorem Amasyi (wcześniej zaś od maja 1533 r. zarządzał Saruhanem, znacznie lepszą, sułtańską prowincją, gdyż gubernatorzy Sarahanu byli uważani za następców osmańskiego tronu, ale utracił tę prowincję dzięki knowaniom Hurrem). Książę Mustafa miał prawie 30 lat, był niezwykle popularny w wojsku (szczególnie w korpusie janczarów), a także kochany przez ludność prowincji którymi zarządzał (o czym świadczyły chociażby listy pochwalne, wysyłane do Konstantynopola. Chociaż takie listy mogły zadziałać zupełnie na odwrót niż było to w intencjach ich autorów, sułtan bowiem mógł się poczuć zagrożony, a trzeba pamiętać że w osmańskiej Turcji władza nie była dziedziczna, to znaczy była dziedziczna tylko w obrębie męskich członków dynastii Osmanów, natomiast nie istniała zasada primogenitury, czyli następstwa tronu dla najstarszego z synów, a to powodowało że sułtanem mógł stać się ten, który zyskał wsparcie możnych, ludu a przede wszystkim armii - dokładnie jak w cesarskim Rzymie). Hurrem zdawała więc sobie sprawę z zagrożenia jakie stanowił Mustafa, tym bardziej że okrutna tradycja następstwa tronu Osmanów powodowała, że nowy sułtan (czy chciał, czy nie chciał) musiał zamordować swoich braci, przede wszystkim dlatego aby zaprowadzić spokój w państwie (każdy bowiem brat, który pozostał by przy życiu, stanowiłby automatycznie pokusę dla możnych, którzy przy każdym niepowodzeniu sułtana mogliby wysunąć jego brata lub syna do władzy. Innymi słowy pozostawienie braci przy życiu było jak siadanie na tronie pełnym szpilek i oczekiwanie jak długo jesteś w stanie wytrzymać siedząc w taki sposób (a jak wiadomo nie każdy jest fakirem 😂). Hurrem (po śmierci swego najstarszego Mehmeda - listopad 1543 r.) miała jeszcze trzech synów, przy czym najmłodszy - Dżihangir (ze względu na swoje kalectwo, czyli posiadanie sporego garba na plecach) był wykluczony z dziedziczenia tronu, a przez to traktowany jak kobiety w rodzie Osmanów, czyli całkowicie bezpieczny i nie muszący obawiać się że zostanie zamordowany w walce o władzę. Zostało więc dwóch synów: starszy Selim i niewiele młodszy Bajazyd, obaj wzajemnie się nie znosili i na każdym kroku konkurowali ze sobą aby zyskać względy ojca lub też wsparcie matki. I tutaj właśnie dochodzimy do clou, gdyż Hurrem w tym momencie stawiała właśnie na Selima jako przyszłego sułtana. Ale wbrew pozorom frakcja sułtańskiej małżonki nie była jedyną w haremie. Mniejszą (i działającą w ukryciu) była frakcja jej córki - Mihrimah oraz jej małżonka Rustema Paszy. Oni bowiem wspierali Bajazyda jako przyszłego sułtana. 




Teraz zaś, w drugiej połowie 1544 r. zaistniała okoliczność aby te dwie frakcje ponownie się zjednoczyły w walce przeciwko Mustafie (oczywiście wsparcie udzielane Bajazydowi było nieoficjalne - jak wspomniałem wyżej - także na zewnątrz matka i córka stanowiły jedność w swych politycznych zamierzeniach). Od kwietnia 1541 r. czyli od momentu gdy wielki wezyr Imperium Osmańskiego Lutfi Pasza uderzył w twarz swoją małżonkę, a siostrę Sulejmana - sułtankę Sah (co automatycznie oznaczało karę śmierci, choć akurat w tym przypadku - ze względu na dzieci - sułtanka Sah poprosiła brata aby skazał go jedynie na wygnanie), piątym wielkim wezyrem od czasu wstąpienia na tron Sulejmana Wspaniałego (koniec września 1520 r.) był Sulejman Pasza. Jednak ten prawie 80-letni mężczyzna był już słabego zdrowia, co powodowało że Hurrem postanowiła zastąpić go kimś znacznie młodszym, kto będzie bardziej skory reprezentować jej interesy w walce z Mustafą. Tym kimś miał być właśnie Rustem Pasza. Wpływ Hurrem na sułtana był tak wielki, że z końcem listopada 1544 r. dopięła swego i szóstym wielkim wezyrem Imperium Osmańskiego (za rządów Sulejmana) został jej protegowany Rustem Pasza. Rustem liczył że zostanie wielkim wezyrem już po upadku Lutfi Paszy, ale wtedy jeszcze okazało się to niemożliwe (trzeba bowiem pamiętać że Sulejmana Paszę wystawili do tego urzędu ludzie wspierający księcia Mustafę). Teraz osiągnął to czego pragnął, stał się największym (zaraz po sułtanie) władcą Imperium (oczywiście los Ibrahima Paszy był przestrogą dla każdego wezyra, którego ego podążało w zbyt daleko, przesłaniając zdrowy rozsądek). Oczywiście musiał się liczyć także z Hurrem, gdyż to dzięki niej został wezyrem i to dzięki niej mógł tym wezyrem przestać być, tracąc przy tym również życie). Jednocześnie wraz z otrzymaniem pieczęci wielkiego wezyra przez Rustema Paszę, wzrosły również nadzieje księcia Bajazyda do objęcia tronu po ojcu, a jednocześnie wzajemna niechęć pomiędzy Selimem a Bajazydem przerodziła się praktycznie w nienawiść.




6 października 1544 r. król Polski i wielki książę litewski Zygmunt I przekazał swemu synowi Zygmuntowi II Augustowi władzę na Litwie (na razie dość okrojoną, gdyż zachował dla siebie tytuł wielkiego księcia, jednak realnie Zygmunt August przejął realnie pełnię władzy na Litwie) a 22 października 24-letni Zygmunt August, wraz ze swą małżonką Elżbietą Habsburżanką wjechali uroczyście do Wilna. To małżeństwo nie było szczęśliwe od samego początku. Zygmunt nie pragnął tego związku, a Elżbieta dodatkowo cierpiała na epilepsję i do tego miała częste ataki. Małżeństwo miało miejsce dnia 6 maja 1543 r a wkrótce potem nastąpiła również koronacja Elżbiety (Zygmunt II August był bowiem oficjalnie królem - od 20 lutego 1530 r. - chociaż realne rządy sprawował jego ojciec również król Zygmunt I. Była to jedyna w polskich dziejach sytuacja, gdy realnie panowało dwóch władców ojciec i syn). Zygmunt August urodził się w Krakowie dnia 1 sierpnia 1520 r. jako syn panującego od 8 grudnia 1506 r. Zygmunta I Jagiellończyka (zwanego również "Starym") i królowej Bony z włoskiego rodu Sforzów. Zaś jego przyszła małżonka Elżbieta, urodziła się 9 lipca 1526 r. w Linzu, jako córka króla Czech i Węgier Ferdynanda I Habsburga oraz Anny Jagiellonki (prawnuczki Władysława II Jagiełły). Zygmunt był jedynym synem i następcą tronu (jego brat Olbracht zmarł zaraz po narodzinach, we wrześniu 1527 r. w czasie gdy królowa Bona uczestniczyła w polowaniu na niedźwiedzia w Niepołomicach. Wówczas niedźwiedź zaatakował jej orszak, a ona spadła z konia rodząc przedwcześnie martwe dziecko. Do końca życia nie mogła sobie wybaczyć tego, że uczestniczyła wówczas w tym polowaniu). Matka zadbała o jego gruntowne wykształcenie, szczególnie w języku łacińskim i włoskim (zresztą w Rzeczypospolitej język łaciński był bardzo powszechny, włoski {który jest zwulgaryzowaną formą łaciny} również, natomiast z językiem niemieckim już był kłopot i na przykład na sejmach trzeba było szukać tłumaczy dla posłów przybyłych z Prus Książęcych). Za młodu przyjmował hołdy mieszkańców Bari i Rosano (dziedzicznych księstw Bony w Italii, których był spadkobiercą). Królewicz od młodości otoczony był zbytkiem i niczego mu nie odmawiano (Bona natomiast znacznie surowiej traktowała swoje córki, których miała z Zygmuntem Starym łącznie cztery). Młody August miał wiele zabawek (nawet swój własny gołębnik na Wawelu) i liczną służbę. Matka już wkrótce po jego narodzinach postarała się o to, aby był on następcą swego ojca (w polskich warunkach co prawda w tamtym czasie jeszcze istniała dziedziczność tronu, ale tylko w ramach rodu Jagiellonów, natomiast nie było pewności czy panowie wybiorą właśnie syna, czy może brata króla). Bona (dzięki swemu uporowi i niespożytej energii) wymogła 4 grudnia 1522 r. na dostojnikach i szlachcie litewskiej uznanie Zygmunta Augusta za następcę tronu wielkoksiążęcego. Teraz przyszła trudniejsza batalia, bo należało przekonać panów polskich, ale gdy 18 października 1529 r. Zygmunt August został oficjalnie ogłoszony w Wilnie wielkim księciem litewskim, również z Polakami poszło szybciej. 18 grudnia tego roku wybrali oni Zygmunta Augusta na króla, a 20 lutego 1530 r. nastąpiła oficjalna koronacja w Krakowie na Wawelu (od tej chwili w Polsce panowało dwóch monarchów: ojciec i syn).


BONA SFORZA d'ARAGONA



Królowa Bona chciała wyswatać Zygmunta Augusta z jedną z córek króla Francji Franciszka I, ale ostatecznie padło na ślub z córką Ferdynanda Habsburga, do czego ona nie chciała w żadnym razie dopuścić, uważając zarówno Habsburgów jak i rządzących w Prusach Książęcych (jako lenników Królestwa Polskiego) Hohenzollernów, za śmiertelnych wrogów dynastii Jagiellonów (a przede wszystkim wrogów jej księstw włoskich: Bari i Rosano). Ostatecznie w tym temacie jej wysiłki spełzły na niczym i 11 listopada 1530 r podpisano w Poznaniu specjalną umowę przedślubną w imieniu 10-letniego króla Zygmuntem II Augusta i 4-letniej Elżbiety Habsburżanki. Oficjalne zaręczyny odbyły się w 1538 r., a do ślubu doszło 6 maja 1543 r. w Krakowie. Zygmunt August (choć chowany przez matkę i przez to obawiano się że wyrośnie na słabego i niemrawego maminsynka), okazał się dorodnym i przystojnym mężczyzną, brunetem o ładnej, pociągłej twarzy, oraz ciemnych, dużych oczach. Miał szczupłą, zgrabną figurę ciała. Bardzo rzadko chorował, cieszył się dobrym zdrowiem i był odporny na trudy oraz zahartowany. Był rannym ptaszkiem, wstawał codziennie między 5:00 a 7:00 rano, codziennie brał kąpiel i dbał o sprawność ciała. Znał trzy języki (oprócz polskiego oczywiście) łacinę, włoski i niemiecki. Poza tym otrzymał dosyć dobrą wiedzę w dziedzinie geografii, przyrody, matematyki i alchemii. Uwielbiał książki (jego księgozbiór, który zachował się po dziś dzień, liczył prawie 1300 woluminów). Poza tym uwielbiał muzykę i polowania (a także kobiety). Natomiast jego przyszła małżonka Elżbieta, większość swego dzieciństwa spędziła w Innsbrucku, czasem odwiedzając Wiedeń i Pragę. Jej rodzice Ferdynand i Anna bardzo się kochali (Ferdynand nazywał swą małżonkę: "po Bogu największym skarbem". Elżbieta była oczkiem w głowie swego taty i podobnie jak w przypadku Bony (która była surowa dla swych córek, a synowi pozwalała na wiele), tak samo Ferdynand Elżbiecie pozwalał na bardzo wiele, natomiast swych synów trzymał krótko (w jego obecności nie wolno im było nawet usiąść). Anna Jagiellonka była w tym w tej kwestii znacznie surowsza i wszystkim swym dzieciom wpajała rygorystyczną dyscyplinę (swoją drogą stosunki Zygmunta Augusta z ojcem też nie były łatwe). Matka swoje dzieci przygotowywała do różnych kolei losów. Co prawda urodzili się w rodzinie królewskiej, ale starała się pokazać im, że zbytek jest jedynie darem Boga i można go utracić,  dlatego też podawano dzieciom bardzo proste pożywienie (czarny chleb, kwaśne wino, zwykłą wodę i bardzo cienkie piwo). Nie wiadomo też kiedy u Elżbiety wystąpił pierwszy przypadek padaczki, ale zapewne stało się to w młodym wieku (choć rodzice skrzętnie to ukrywali).

Oczywiście w domu Elżbiety mówiono po niemiecku, aczkolwiek znała ona również łacinę (wciąż jeszcze wówczas język międzynarodowy). Lubiła również muzykę i śpiew. Gdy jeszcze przed jej wyjazdem do Polski, na początku 1543 r. do Innsbrucku przybył jej stryj - cesarz Karol V aby ujrzeć rodzinę brata, podarował Ferdynandowi niektóre z klejnotów Montezumy, zrabowanych w 1521 r. z Tenochtitlan. Dla młodej Elżbiety był to pierwszy kontakt z tak odległym światem zniszczonego już wówczas królestwa Azteków. 21 kwietnia 1543 r. arcyksiężniczka Elżbieta opuściła Innsbruck, a do Kronenburgu odprowadzała ją matka (gdzie rozstały się we łzach). W dalszej drodze arcyksiężniczce towarzyszył margrabia Brandenburgii - Jerzy, biskup wrocławski i ołomuniecki, oraz wiele innych książąt i panów. W Ołomuńcu napotkano delegację polską z podkanclerzym Maciejowskim i wojewodą poznańskim -  Latalskim. W Oświęcimiu dołączyły księżne: oleśnicka Krystyna z Szydłowieckich i kasztelanowa krakowska Zofia z Szydłowieckich, po drodze jeszcze dołączali senatorowie. Zygmunt August powitał swą przyszłą małżonkę na łące pod Krakowem, gdzie rozbito trzy czerwone namioty. Na drodze arcyksiężniczki wyłożono czerwone sukno, po którym kroczyła u boku margrabiego Jerzego i księcia legnickiego. Młodzi tam powitali się wzajemnie ukłonem, po czym Elżbieta wsiadła do swej złocistej karocy (zaprzężonej w osiem koni), a Zygmunt August towarzyszył jej konno. Miasto było odświętnie udekorowane, a wjazd wspaniale przybranych magnatów i szlachty powodował, że rok 1543 zapisał się w dziejach Korony Polskiej bodajże jako rok ostatniej wielkości Jagiellonów. Najbardziej wyróżniał się 224-osobowy oddział husarii prymasa Piotra Gamrata, hiszpańska piechota hetmana Jana Amora Tarnowskiego i tatarskie hufce Radziwiłłów (nie zabrakło także Turków, a również i Murzynów). Cały wjazd trwał 3 godziny, następnie orszak udał się na Wawel, gdzie w Katedrze Zygmunt i Bona oczekiwali synowej. Bona starała się jak mogła aby nie dopuścić do tego małżeństwa i jeszcze w tym samym 1543 r. podniosła sprawę zaręczyn Zygmunta Augusta z francuską królewną Małgorzatą, córką Franciszka I Walezjusza (w tej sprawie napisała list do Hurrem i uzyskała poparcie samego Sulejmana. Ciekawe jak bardzo była zdeterminowana aby jej syn nie poślubił Habsburżanki). Jej wysiłki spełzły jednak na niczym, król bowiem pragnął aby doprowadzić to małżeństwo do końca i tak też się stało. Ślub odbył się 6 maja 1543 r. a wkrótce potem Bona Sforza stała się dla swej synowej prawdziwą teściową z piekła rodem.




CDN.

wtorek, 16 lipca 2024

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. XVII

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ SOWIECKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. XVII



 Wraz ze śmiercią Lenina (21 stycznia 1924 r.), i rozpoczęciem walki o władzę w Związku Sowieckim pomiędzy Lwem Trockim a Józefem Stalinem, niepokoje dały się zauważyć również w Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. W styczniu 1924 r zmiany zaszły również w Komunistycznej Partii Niemiec. Po niepowodzeniu "niemieckiego października" w Hamburgu i Saksonii, czyli powstania komunistycznego wspieranego przez Moskwę, dotychczasowe kierownictwo Heinricha Brandlera i Augusta Thaiheimera musiało ustąpić na rzecz lewicowej opozycji w niemieckiej partii komunistycznej, czyli Ruth Fischer i Ernsta Thälmanna. Fischer została przewodniczącą, Thälmann wice - czyli ostrze niemieckich komunistów jeszcze bardziej się zradykalizowało. W Berlinie znalazła się też grupa opozycjonistów z KPRP - Julian Leszczyński-Leński, Henryk Stein-Domski, Zofia Unszlicht "Osińska" i Leon Prentski "Damowski". W lutym 1924 r w niemieckiej prasie komunistycznej w Berlinie pojawił się artykuł (napisany zapewne przez Leńskiego), a zatytułowany: "O kryzysie w KPRP i najbliższych zadaniach partii", ostro atakujący dotychczasowe "prawicowe" kierownictwo partii - 3W (czyli Warski-Wera-Walecki). Była to więc rozgrzewka przed zbliżającym się w marcu plenum Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Robotniczej Polski.

W powołanym 19 grudnia 1923 r. rządzie Władysława Grabskiego doszło również do pierwszych poważnych zgrzytów. Premier nie potrafił bowiem porozumieć się z ministrem spraw wojskowych Kazimierzem Sosnkowskim (który nieustannie domagał się przywrócenia Marszałka Piłsudskiego do najwyższych władz wojskowych) i 17 lutego 1924 r. musiał go zdymisjonować, a na jego miejsce powołał Władysława Sikorskiego.

W dniach 16-17 lutego w Warszawie odbyła się konferencja ministrów spraw zagranicznych Polski, Łotwy, Estonii i Finlandii (czyli państw - oprócz Polski - należących do tzw. Związku Bałtyckiego). Na owej konferencji starano się wypracować wspólne stanowisko wobec kwestii rozbrojenia, omawianego wówczas na forum Ligii Narodów, ale nie przyjęto żadnych konkretnych ustaleń. Po tej konferencji nieco ochłodziły się stosunki Polski z owymi państwami, a Sztab Generalny Wojska Polskiego oficjalnie obwiniał Finlandię, Łotwę i Estonię o zamrożenie prac nad sojuszem z Polską.

Na przełomie stycznia i lutego we francuskim Chamonix po raz pierwszy rozegrane zostały zimowe Igrzyska Olimpijskie. Polska reprezentacja po raz pierwszy wzięła w nich udział, jednak nie zdobyła żadnych medali. Najwięcej medali zdobyła Norwegia, Finlandia i Austria, natomiast reprezentacja Niemiec nie została dopuszczona do udziału tej olimpiadzie (za karę za I Wojnę Światową).

Kraj który w tych igrzyskach zajął trzecie miejsce - czyli Austria - rządzona była wówczas przez Partię Chrześcijańsko-Społeczną na której czele stał kanclerz Austrii (od 31 maja 1922 r.) prałat profesor doktor Ignaz Seipel. Ten zwolennik wprowadzenia dla Żydów numerus clausus, z równym zaangażowaniem zwalczał zarówno austromarksizm jak i socjalizm. Dzięki kredytom międzynarodowym (z gwarancjami Ligii Narodów) udało mu się ustabilizować w kraju kryzys finansowy. 1 stycznia 1923 r. utworzono austriacki Bank Narodowy który w miejsce dawnych zdewaluowanych koron zaczął wydawać nowe szylingi. To znacznie poprawiło i ustabilizowało gospodarkę Austrii, chociaż bezrobocie wciąż było na wysokim poziomie. Za jego też rządów 4 października 1922 r. Austria podpisała w Genewie protokół, iż na 20 lat rezygnuje z przystąpienia do Rzeszy. Po wyborach z 1924 r. kierowana przez niego Partia Chrześcijańsko-Społeczna nie uzyskała wymaganej większości i musiała stworzyć rząd koalicyjny z Obozem Wszechniemieckim i Związkiem Chłopskim. Stworzyło to jeszcze bardziej prawicową koalicję niż była ona po roku 22, a jednocześnie na ulicach Wiednia i innych austriackich miast toczyła się utajona wojna domowa pomiędzy paramilitarnymi oddziałami socjalistów a takowymi oddziałami Schutzbundu czy związków kombatanckich, a także Heimwehry. Ale Wiedeń to była przecież stolica walca, tak więc 28 lutego 1924 r. odbyła się tam prapremiera "Hrabiny Maricy" Imrego Kálmána, która odniosła ogromny sukces.


IGNAZ SEIPEL



Kwestia wprowadzenia nowej waluty w Polsce i powołania Banku Polskiego, była co prawda najważniejszą sprawą dla rządu Władysława Grabskiego, ale nie jedyną istotną. Równie ważną było ustabilizowanie sytuacji na Wschodzie, gdzie najróżniejsze bandy przenikały przez granicę polsko-sowiecką i dokonywały tutaj różnych ataków, podpaleń i dywersji. Poza tym w Małopolsce Wschodniej Ukraińcy zajęli wobec państwa polskiego stanowisko nie tylko niechętne, ale wręcz otwarcie wrogie. Cztery główne ukraińskie stronnictwa polityczne utworzyły (po marcu 1923 r. i przeniesieniu powstałego 1 sierpnia 1920 r. rządu Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej na emigracji, z Wiednia do Berlina) Radę Międzypartyjną, kierowaną w Galicji Wschodniej przez Cyryla Studinskiego. Głoszono hasła niepodległościowe, a przyszła z Zachodnioukraińska Republika Ludowa miała się składać z Galicji, Bukowiny i Rusi Przykarpackiej. Polskie rządy we Lwowie i Galicji Wschodniej nazywano "wrogą okupacją". Pomstowano na likwidację lokalnych odrębności, powstałych jeszcze w czasach Monarchii Austro-Węgier i na postępującą polonizację całego regionu. Sprzeciwiano się nazwie Galicja Wschodnia i podziale na województwa. Sprzeciwiano się też poborowi do Wojska Polskiego. Rząd Władysława Grabskiego postanowił w tym przypadku przykręcić śrubę Ukraińcom, jednocześnie zapominając też o przestrogach Piłsudskiego, który jeszcze w 1918 r. mówił że Ukraińcy w Galicji Wschodniej nie mogą mieć praw gorszych od tych, jakie posiadali w Monarchii Cesarsko-Królewskiej. Ale z drugiej też strony Ukraińcy mieli zapewnione zarówno w Galicji Wschodniej i jak i w całej Polsce takie same prawa polityczne jak cała reszta (w tym Polacy), ich prasa mogła się swobodnie ukazywać i podlegała konfiskacie tylko w przypadku nazbyt jaskrawych wystąpień przeciwko państwu polskiemu. Istniała sieć ukraińskich szkół, które (choć nieznacznie to jednak) wzrastały (1923 r. było ich 2470 o 50 więcej niż w 1912). Działały ukraińskie ogniska kulturalno-oświatowe, takie jak: "Ridna szkoła", "Uczytelska Hromada", czy Towarzystwo Naukowe im. Szewczenki i Mogiły. Istniało 81 filii czytelni "Proswita" (z 2 000 czytelni). Istniał spółdzielczy ukraiński związek mleczarski "Masłosojuz" (197 tys. członków). 

Jedynie ślimaczyło się powstanie we Lwowie Uniwersytetu ukraińskiego (miał powstać jeszcze w 1923, ale nie powstał, jako że od studentów tego uniwersytetu wymagano dwóch rzeczy, po pierwsze obywatelstwa polskiego, a po drugie odbycia służby w Wojsku Polskim. To spowodowało że w tymże 1923 Ukraińcy założyli tajny uniwersytet, z 65 katedrami. Rocznie kształciło się w nim ok. 1 500 studentów, którzy na studia uzupełniające wyjeżdżali za granicę (głównie do Czech i do Niemiec). A po powrocie do Polski (jako że w ogromnej większości nie mogli podjąć pracy w administracji) stawali się wylęgarnią ukraińskiego antypolonizmu. Najpierw z Wiednia a potem z Berlina nad Radą Międzypartyjną swoistą "opiekę" sprawowała centrala Jewhena Petruszewycza - ukraińskiego adwokata i byłego prezydenta Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Nawiązał on kontakty z Sowietami, którzy na mocy tej umowy mieli finansować rząd ZURL. Poza tym w 1921 r. powstała Ukraińska Organizacja Wojskowa kierowana przez przebywającego na emigracji pułkownika Strzelców Siczowych - Eugeniusza Konowalca, korzystająca ze wsparcia zarówno Czechów jak i Niemców. Pierwszą jej akcją była próba zamachu na Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego - 25 września 1921 r. czego efektem był postrzał w dłoń i ramiona towarzyszącego Naczelnikowi wojewody Grabowskiego (sprawcą tej próby zamachu był ukraiński bojowiec Teofil Olszański, który następnie zbiegł do Niemiec, gdzie w październiku 1924 r. uzyskał prawo azylu). W roku 1922 przypadku ataków i podpaleń na na dwory i zagrody chłopskie było znacznie więcej (według sprawozdania posła Federowicza z 26 września 1922 r. od początku tej akcji w ciągu siedmiu tygodni odnotowano 470 takich podpaleń). Niszczono nie tylko zagrody i dwory, ale również zboże na polach, a celem tego wszystkiego było zmuszenie Polaków do opuszczenia całej Galicji Wschodniej, lub przynajmniej uzyskania autonomii politycznej dla Ukraińców. 

Po raz pierwszy bowiem w ustawie o wykonaniu reformy rolnej z 15 lipca 1920 r. wprowadzono możliwość nabycia przez weteranów (po zwycięskiej Wojnie z bolszewikami), ziem na Wschodzie po niższych cenach i z prawem pierwszeństwa. Był to bowiem okres gdy Armia Czerwona stała pod Warszawą i również takimi sposobami starano się zmobilizować Polaków do wstępowania w szeregi Wojska Polskiego (potem zostało to potwierdzone w odezwie premiera Witosa z 6 sierpnia 1920 r.). Jednak dopiero po szczęśliwym zakończeniu Wojny ruszyły prace nad kolonizacją wyrwanych bolszewizmowi dawnych ziem Rzeczypospolitej. Po raz pierwszy w swym rozkazie z 18 października 1920 r. Naczelnik Państwa Józef Piłsudski zapisał: "Zaproponowałem już rządowi, by część zdobytej ziemi została własnością tych, co ją polską zrobili, uznoiwszy ją polską krwią i trudem niezmiernym. Ziemia ta, strudzona siewem krwawym wojny, czeka na siew pokoju, czeka na tych, co miecz na lemiesz zamienią, a chciałbym, byście w tej pracy przyszłej tyleż zwycięstw pokojowych odnieśli, ileście jej mieli w pracy bojowej". Podstawą prawną dla tej kolonizacji, były dwie ustawy przyjęte 17 grudnia 1920 r. Pierwsza o przejęciu na własność przez państwo polskie byłych carsko-rosyjskich ziem wraz z budynkami i infrastrukturą, a druga o nadaniu części tych ziem weteranom, inwalidom wojennym i ochotnikom. W ramach wsparcia weterani mieli otrzymywać konie i tabor z demobilu, 80 m.³ materiału budowlanego na gospodarstwo i 2 miliardy marek polskich w postaci kredytów na całe osadnictwo. Powołano też do życia Sekcję Osad Żołnierskich która miała typować żołnierzy wytyczonych na przyszłych osadników. Pierwsi weterani wojskowi przybyli na Kresy (w tym na Wołyń) w kwietniu 1921 r. a byli to w większości młodzi ludzie (w wieku 20-25 lat), żołnierze Wojny z bolszewikami. Według statystyk 43% z nich było odznaczonych Krzyżem Walecznych lub Virtuti Militari. Ich przekrój wojskowy był jednak bardzo różny, byli to zarówno Legioniści Piłsudskiego, jak i żołnierze 1 Korpusu Polskiego, członkowie Polskiej Organizacji Wojskowej, ochotnicy, Powstańcy Śląscy i Wielkopolscy. Oczywiście musieli zaczynać od zera, czyli najpierw pobudować sobie jakieś prowizoryczne ziemianki aby tam zamieszkać przez jakiś czas. Do września 1921 r. otrzymywali żołd, czyli mieli z czego żyć, ale musieli też szybko podjąć jakąś pracę, problem był jednak taki że w większości były to tereny albo wiejskie, albo odległe od miast. Jedynym więc wyjściem było podjęcie prac żniwnych na polu i sprzedaż plonów. Oczywiście pojawienie się tam weteranów spotkało się z niechęcią lokalnej ludności (i to zarówno polskiej, jak i ukraińskiej czy ruskiej). Szczególnie protestowali ziemianie. Jeszcze w lutym 1921 r. prezes Związku Ziemian Wołynia -  Karol Waligórski wystosował ostry sprzeciw wobec osadnictwa wojskowego na tym terenie. Twierdził bowiem że żołnierze zdołali się już skompromitować i to zarówno pod względem politycznym jak i gospodarczym, i że lepiej by było gdyby osadnictwo tworzyli nie żołnierze weterani, a polscy koloniści-włościanie (ach ten nasism, ten stary podział na "panów i chłopów" - żałosne.  Więcej bowiem zaufania miałbym do żołnierza-weterana który wywalczył ziemię własną odwagą i ofiarnością i "polską ją uczynił", niż do zasiedziałego włościanina, który miał wszystko gdzieś czy będzie żył w Polsce, czy w Rosji czy... może gdzieś indziej).






Otwarcie wrogi stosunek wobec weteranów-kolonistów okazywali Ukraińcy, którzy sądzili że byłe ziemie rosyjskie w ramach reformy rolnej przypadną im (oczywiście przy rozdziale ziemi zdarzały się też niestety nadużycia, a przydział w niektórych regionach był robiony w sposób wręcz chaotyczny, zdarzały się też przypadki samowolnego zajmowania ziem przez żołnierzy-osadników i wypędzania stamtąd ludności folwarcznej - głównie ukraińskiej). Przez pierwszy rok osadnicy gospodarowali wspólnie, dopiero potem nastąpił podział na działki (chodź opóźnienia były również spowodowane długim oczekiwaniem na urzędnika, który miał odmierzyć podział gruntu). Najgorzej mieli ci z osadników, którzy przybyli na te ziemie po okresie żniwnym, czyli po wrześniu 1921 r. bo ci naprawdę byli skazani na głodowanie w zimie (chyba że otrzymali jakąś pomoc od wspólnoty osadniczej, lub ewentualnie z administracji, ale na to drugie raczej były marne szanse, a na to pierwsze też znikome). Stałe przydziały drewna dla osadników zaczęto organizować dopiero wiosną 1922 r. iod tego roku położenie osadników znacznie się poprawiło. Zaczęto organizować dla osadników kursy dokształcające (szczególnie z zakresu rolnictwa i gospodarstwa domowego), zaczęto zakładać spółdzielnie osadnicze (pod koniec 1922 r. na Wołyniu było już 13 spółdzielni osadniczych z 3052 członkami). Zaczęto organizować samopomoc osadniczą, sąsiedzi (byli weterani wojenni) zaczęli wzajemnie sobie pomagać, wspierać się i organizować również milicję osadniczą na wypadek ataków band sowieckich czy ukraińskich. W marcu 1922 r. w Warszawie zorganizowano pierwszy zjazd osadników wojskowych, na którym powołano Centralny Związek Osadników Wojskowych (potem przekształcony na Związek Osadników). W marcu 1923 r. dalsza akcja osadnicza na Kresach Wschodnich została wstrzymana, a ostatecznie zlikwidowana po przyjęciu reformy rolnej 28 grudnia 1925 r. (oczywiście nie oznaczało to że dotychczasowi osadnicy przestawali być osadnikami, oni nadal tworzyli własne działki i własne wsie osadnicze, z tym tylko że już więcej weteranów-osadników nie powoływano i nie przyznawano im ziemi).

Terror Ukraińskiej Organizacji Wojskowej dotykał nie tylko siedzib polskich kolonistów i weteranów wojskowych, ale również lojalnych wobec Rzeczpospolitej Ukraińców, takich jak Sydor Twerdochlib - kandydat do Sejmu. Został on zamordowany w Kamionce Strumiłowej. Policja szybko wpadła na trop owej organizacji i UOW z końcem roku 1922 został realnie unieszkodliwiony (aczkolwiek już w roku następnym odrodził się na nowo i chociaż jego akcje były podejmowane na niewielką skalę i nie przynosiły zbyt wielkich strat, to jednak były niezwykle uciążliwe, tak jak uciążliwy potrafi być latający komar lub mucha). Proces polonizacji Kresów też był dosyć powolny. szczególnie dobitnie widać to było na Wołyniu, gdzie ok. 1930 r. Polacy zwarte skupienia tworzyli tylko w sześciu (i to oddalonych od siebie), punktach, a cała reszta rozsypana była po całym Wołyniu, tonąc w ukraińskim morzu nawet nie wysepkami polskości, a pojedynczymi rodzinami. Gorzej też że niewielu było chętnych do przenoszenia się na stałe na Wołyń, gdyż nie widzieli oni swej przyszłości w miastach pozbawionych całkowicie przemysłu, z handlem praktycznie w 100% będącym w rękach Żydów, w zniszczonym przez wojnę regionie. Jak już wspomniałem wyżej koloniści przez pierwszy rok (a być może nawet dłużej) mieszkali w prowizorycznych ziemiankach i aż do otrzymania pomocy materiałowej od państwa, nie byli w stanie zmienić tego położenia. Mimo to miasta na Wołyniu (ok. roku 1930) zaczęły przybierać prawie w 100% charakter polski. Powstawały polskie biblioteki, kina, szkoły, teatry, opery, kluby i restauracje, słuchano lokalnych rozgłośni Polskiego Radia, grano polską muzykę i przeboje, słuchano polskich artystów (potem co prawda we Lwowie, ale jednak popularni byli na Kresach, a nawet w całej Polsce) powstała "Wesoła Lwowska Fala" z Szczepciem i Tońciem jako głównymi jej bohaterami.




Największe pola do niezadowolenia lokalnej ludności ruskiej to były (oprócz akcji kolonizacyjnej): polityka oświatowa i ponowna rewindykacja cerkwi, które kiedyś były kościołami katolickimi przejętymi przez rosyjskiego zaborcę i zamienionymi na cerkwie. Co się tyczy szkolnictwa to biorąc pod uwagę chociażby przykład z powiatu lubomelskiego (charakterystyczny również nie tylko dla Wołynia ale i innych częściach polskich Kresów) było tam 17 polskich szkół 19 mieszanych polsko-ukraińskich i 16 polsko-rosyjskich, jednak według spisu ludności na 59 000 mieszkańców powiatu, było tylko... 37 Rosjan. Tak samo w całym województwie wołyńskim większość szkół wyższych była polska i tylko dwa gimnazja ukraińskie (na 2 miliony ukraińskiej ludności Wołynia) i 10 gimnazjów rosyjskich (chociaż na Wołyniu żyło tylko 15 000 Rosjan). To były takie niewielkie drobiazgi, ale niezwykle uporczywe, które powodowały niechęć lokalnej ludności (głównie ukraińskiej) do odrodzonej Polski. Co się zaś tyczy rewindykacji cerkwi, to w wielu przypadkach ludzie się już do tych miejsc przyzwyczaili, i ponowna zmiana ich na kościoły katolickie była bardzo źle odbierana przez ludność zarówno ukraińską jak i rosyjską. Trzy pierwsze lata bytności polskiej na Kresach nie były dobre. Nie służyły sprawie polskiej, a wręcz przeciwnie -  oddalały lokalną ludność od Polski. Ludność tęskniła do dawnych, rosyjskich rządów, co było bardzo niebezpieczne. Należało więc wiele poprawić, a przede wszystkim trzeba było przywiązać tych ludzi którzy tam przebywali (również jako przedstawiciele administracji) do tamtej ziemi, uczynić ich "apostołami polskości", ale nie na zasadzie tępe go wymuszania działań polonizacyjnych, a ukazywania możliwości jakie lokalnej ludności daje polonizacja. Jednak żeby tak się stało, trzeba było wyrobić w Polakach (którzy przybywali na Kresy) świadomość tego, że te ziemie są już polskie i polskie pozostaną, bowiem ogromna większość z nich przy pierwszej sposobności porzucała służbę państwową na Wschodzie i przenosiła się na Zachód (lub też wyjeżdżała na Pomorze, do budowanej właśnie Gdyni). Do 1924 r. na Wołyniu było aż 11 wojewodów - niesamowite. A im szczebel niżej tym sytuacja była jeszcze gorsza. Poza tym wojenne zniszczenia i powojenna bieda powodowały, że również nie można było budować przywiązania do polskości przez chociażby wygląd urzędów (które w większości były zwykłymi kanciapami pozbawionymi telefonów - czyli odciętymi od świata, z niekompetentnymi urzędnikami i policjantami). Co prawda minęły dopiero cztery lata od kiedy Polska na trwale objąć miała te ziemie w posiadanie, ale jednak to były aż cztery lata, podczas których stosunek do Polski lokalnej ludności zaczął być gorszy, niż przed rokiem 1920, i coś należało z tym fantem zrobić.


CDN.

czwartek, 5 października 2023

CIEKAWOSTKI Z BELLE EPOQUE - Cz. I

Z DZIEJÓW CESARSKO-KRÓLEWSKIEJ PRASY


 Dziś taki mały przerywnik anegdotyczny związany z Belle Époque z państwa Franciszka Józefa I (choć może uda mi się zamienić to w kolejną serię, bowiem kilka ciekawostek przygotowałem). Jest to informacja prasowa na temat polskiego oficera służącego w 56 Pułku Piechoty w Krakowie, który został skazany przez sąd na degradację i trzymiesięczny areszt, za awanturę jaka została wywołana na tle narodowościowym. Opis całej tej sytuacji pojawił się w Ilustrowanym Kurierze Codziennym w Krakowie z dnia 3 stycznia 1911 r. Warto przeczytać jako pewną ciekawostkę z tamtych czasów.



OFICEROWIE CESARSKO-KRÓLEWSKIEJ ARMII
(1909)




SUROWY WYROK SĄDU WOJSKOWEGO


TRZY MIESIĄCE ARESZTU I DEGRADACYA ZA OBRAZĘ CZCI



W onegdajszym numerze podaliśmy telegraficzną wiadomość z Wiednia, według której oficer 56 pp. w Krakowie p. Maryan Sakiewicz został skazany na utratę szarży oficerskiej i trzechmiesięczny areszt garnizonowy za obrazę czci, popełnioną na osobie towarzysza pułkowego porucznika Wernera. Obecnie nadchodzą bliższe szczegóły w tej smutnej sprawie.

Po ukończeniu szkoły kadeckiej w roku 1901 wstąpił Maryan Sakiewicz w randze podchorążego do 56 pp. w Krakowie. W rok później został porucznikiem. Był wzorowym oficerem, nie miał żadnej kary, prowadził się solidnie i nie miał żadnych długów, to też tak koledzy, jak i przełożeni bardzo go cenili i lubieli.

W dniu 22 listopada 1909 grał porucznik Sakiewicz jeszcze z dwoma porucznikami w taroka, a porucznik Werner "kibicował", ale w ten sposób, że ustawicznie się do gry wtrącał, czem bardzo partnerów irytował. Po grze wybuchła sprzeczka między Sakiewiczem i Wernerem, w toku której Sakiewicz się odezwał: "Odejdź, ty "hochstaplerze", ty wogóle nie masz nic do gadania". Porucznik Werner odparł na to: „Ty jesteś polskim "hochstaplerem", jak w ogóle wszyscy Polacy!

Tą obrazą swej narodowości uczuł się Sakiewicz tem bardziej dotknięty, że Werner jeszcze poprzednio się wyraził, iż "raczejby się ożenił z czeską kucharką, aniżeli z polską hrabiną". Porucznik Sakiewicz wpadł w pasyę i w najwyższem zdenerwowaniu rzucił Wernerowi obelgę: "Ty mnie w ogóle nie możesz obrazić! Tobie, gdy ci się napluje w twarz, zdaje się, że to deszcz pada". Werner posłał nazajutrz Sakiewiczowi sekundantów, lecz komendant pułku zakazał pojedynku i skierował sprawę do sądu honorowego, który ze swej strony odstąpił sprawę sądowi wojskowemu.

Że przełożeni Sakiewicza nie przywiązywali do tej całej sprawy zbyt wielkiego znaczenia, wynika choćby z tego, że już w toku postępowania sądowego porucznik Sakiewicz został zamianowany samodzielnym komendantem pułkowego oddziału karabinów maszynowych, stanowisko, na które powołuje się tylko wybitnie zdolnych i dobrze opisanych oficerów.




Sąd wojskowy pierwszej instancyi skazał Sakiewicza na kilka dni zwykłego aresztu, przyczem przyjął sąd wszystkie okoliczności łagodzące, jak zdenerwowanie, nienaganne prowadzenie się i t. d.

Komendant korpusu bar. Weigel jednak nie potwierdził tego wyroku, wskutek czego w myśl procedury wojskowej, sprawa cała poszła przed wyższy sąd wojskowy w Wiedniu. Sąd ten nie uwzględnił żadnych okoliczności łagodzących, lecz skazał Sakiewicza za obrazę czci na trzy miesiące aresztu garnizonowego, utratę stopnia oficerskiego, utratę wojskowego krzyża jubileuszowego i usunięcie z szeregów armii.

Wyrok ten, zatwierdzony onegdaj przez III-cią instancyę, to jest przez najwyższy Trybunał wojskowy jest już nieodwołalnie prawomocny.

Wyrok ten sądu wojskowego wywołał w szerokich kołach ludności cywilnej silne wrażenie, ba nawet w kołach wiedeńskich!

Komendant pułku, który niepozwolił na pojedynek, lecz sprawę skierował do sądu honorowego, zasługuje na uznanie, gdyż raz już trzeba energicznie wyplenić manię pojedynkowania się, manię która rok rocznie tyle ofiar pochłania. Jak nas informują sprawa zostanie poruszoną przez posłów polskich w parlamencie, a nie wątpimy, że minister wojny, który dba o dobre stosunki między ludnością cywilną a wojskowymi zwłaszcza w krajach różnej narodowości da zadawalniającą odpowiedź.





Taki wstępniak dla tej serii, w następnej części opiszę romantyczną, aczkolwiek zakończoną tragicznie miłość dwojga ludzi pod rosyjskim zaborem.




CDN.