Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DUCHOWOŚĆ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DUCHOWOŚĆ. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 kwietnia 2025

RZYM POGAŃSKI i RZYM CHRZEŚCIJAŃSKI - Cz. I

CZYLI KIEDY NASTĄPIŁA

ZAUWAŻALNA ZMIANA




 Gdy (zapewne w kwietniu) 30 roku naszej ery na Golgocie w Jerozolimie ukrzyżowany został Jeszua zwany Chrestosem (czyli "Mesjaszem") przy krzyżu nie było praktycznie żadnego z Jego uczniów, którzy wcześniej towarzyszyli mu w ziemskiej wędrówce przez ten świat. Wszyscy w obawie o własne życie uciekli, Piotr (rozpoznany i oskarżony o znajomość z Chrystusem) trzykrotnie miał się wyrzec znajomości ze swym Nauczycielem. Przy krzyżu pozostały jedynie kobiety (w tym Maria - matka Jezusa), które również zapełniały krąg jego uczennic (ale ponieważ w tamtych czasach edukacja kobiet, nawet jeżeli następowała, nie miała żadnego  praktycznego znaczenia, przez co nawet wykształcone kobiety nie były niczym więcej, niż tylko lokalną ciekawostką) i Jan, jedyny z Jego uczniów. Gdy zaś ciało Chrystusa złożono już do grobu i miejsce to zastawiono ciężkim głazem, również to właśnie głównie kobiety przychodziły tam, aby "zobaczyć Mistrza". W Ewangeliach spisanych już po roku 70 naszej ery zapisane jest, że trzeciego dnia po śmierci Chrystusa Maria Magdalena, Joanna i Maria matka Chrystusa udały się do grobu aby natrzeć ciało Jezusa olejkami. I one jako pierwsze ujrzały pusty grób, bardzo się tym uradowały i ogłosiły tę nowinę innym Jego uczniom (w tym Janowi). Wydaje mi się jednak że takie postawienie sprawy jest błędne, a nawet nielogiczne. W najstarszej bowiem spisanej Ewangelii (która powstała ok. 57-58 roku), czyli Ewangelii Marka po pierwsze nie ma słowa o tym aby kobiety te miały ze sobą jakieś olejki do namaszczenia ciała, a po drugie widok pustego grobu je przeraził, a nie uradował. Ponieważ jednak wydaje mi się że warto czerpać z pierwowzorów, bowiem późniejsze zapisy ewangeliczne niosą za sobą możliwość "nadinterpretacji zdarzeń" czy to w celach rozwoju duchowego danej wspólnoty czy też w celach politycznych, to jestem przekonany że Ewangelia Marka (która kończy się właśnie tym wydarzeniem: kobiety wchodzą do grobu, widzą puste miejsce i są tym faktem przerażone i koniec, Ewangelia kończy się w tym właśnie miejscu) jest najbliższa prawdy. Późniejsze zapiski (innych ewangelistów) iż kobiety te niosły ze sobą olejki do natarcia ciała Chrystusa, są według mnie wymysłem przeznaczonym raczej dla ludzi mieszkających w innych klimatach niż starożytna Palestyna, gdzie natarcie ciała (które w ogromnych upałach praktycznie już zaczęło się rozkładać) nie miałoby większego sensu. Dlatego też w Ewangelii Marka nie ma nic na temat olejków, gdyż on jeszcze zwracał się bezpośrednio do Żydów (a nie do pogan, jak późniejsi ewangeliści), dla których taka informacja byłaby niezrozumiała, a nawet dziwna, gdyż tego po prostu nie praktykowano. Dlatego też Maria Magdalena, Joanna i Maria - matka Chrystusa, poszły odwiedzić grób z potrzeby serca (lub z ciekawości jak pisze Marek).




Widok pustego grobu je jednak przeraża, a nie raduje, gdyż kobiety podejrzewają że ciało Chrystusa zostało skradzione. Ewangelista Marek bardzo często pozostawia nas w niepewności co do wielu opisywanych przez siebie wydarzeń z życia Jezusa, które musimy sobie sami potem dopowiadać. Tak jest i w tym przypadku, które oznacza jednocześnie koniec całej Ewangelii, przerażenie kobiet widokiem pustego grobu jest ostatnią wiadomością jaką otrzymujemy. Kolejni ewangeliści rozwijali ten opis i dodali że Chrystus trzeciego dnia po ukrzyżowaniu zmartwychwstał, pojawił się wśród swoich uczniów (i nie tylko ich), a potem wstąpił do nieba. Ponieważ doświadczenie Tomasza - który dotknął ran Chrystusowych - nie pozwala nam twierdzić iż nauczyciel pojawił się wśród uczniów stosując jedynie sztukę bilokacji czy trilokacji (bowiem pojawiał się w kilku miejscach jednocześnie, często oddalonych od siebie o kilkadziesiąt kilometrów), przeto Jego uczniowie  doświadczyli zapewne prawdziwego ukrzyżowanego ciała Chrystusa. Potem nastąpiło wniebowstąpienie i powrót do "Domu Ojca"... ... czyli gdzie? Jeśli potraktujemy poważnie przesłanie Michaela Desmarqueta z roku 1987, w trakcie którego został on zabrany przez "wysokich, galaktycznych ludzi" na ich rodzimą planetę TJehooba (prawidłowa wymowa tej nazwy jest następująca: "T" jest praktycznie bezdźwięczne, "E" to coś pomiędzy a i e, "B" czytane bardziej jako w, a akcent położony jest na drugie "O". Innymi słowy prawidłowa wymowa brzmi: "-JæhoOwa" - i to już chyba nam coś przypomina 😉) i właśnie na "JæhoOwa" wrócił Jezus. Oczywiście w owej "Misji" Desmarqueta powiedziane jest również że ten Chrystus, który został ukrzyżowany i który zmartwychwstał i który został zabrany na TJehooba, to nie był ten Chrystus, którego urodziła Maria. Śmierć na krzyżu Chrystusa miała być misją swoistego przeprogramowania naszej planety na wyższe wibracje, ale do tego zadania użyto nie prawdziwego Chrystusa zrodzonego z Maryi (którego zarodek objawiło Jej trzech aniołów z TJehooba), lecz klonu prawdziwego Chrystusa, którego celem było takie właśnie poświęcenie. Oczywiście dla chrześcijanina, dla katolika takie słowa brzmią jak herezje. Coś, z czym nie jest w stanie się w żaden sposób pogodzić (nie mówiąc już o tym, aby to w ogóle zaakceptować). Ale jeżeli uświadomimy sobie że prawdziwy Chrystus wiedział o celu swojej misji (to znaczy nie do końca swojej), natomiast jego klon, który był dokładnym jego odzwierciedleniem (choć wydaje się że nie aż tak dokładnym, bowiem gdy ukazywał się niektórym ludziom już po zmartwychwstaniu, ci nie byli w stanie go rozpoznać) nie miał o tym pojęcia, stąd też modlitwa w ogrodzie Getsemani i prośba aby zdjąć z Niego to doświadczenie (odsunąć od niego ten kielich), jeśli to możliwe.




Wiem że zabrzmi to okrutnie, ale Chrystus który miał umrzeć na krzyżu, nie mógł wiedzieć że to wszystko jest pewnego rodzaju spektaklem. Gdyby bowiem wiedział, cała ta misja podniesienia ziemskich wibracji na wyższy poziom nie powiodłaby się, bowiem zachowanie Chrystusa (który wiedziałby że musi odegrać pewną rolę, a następnie iść sobie dalej), byłoby zupełnie inne (może nawet by się z tego śmiał), a to nie tak miało wyglądać. Chrystus musiał cierpieć fizycznie i musiał być przekonany o tym, że naprawdę umrze, inaczej cały sens owej  misji nie miałby najmniejszego sensu. Zresztą w kanonie biblijnym również Chrystus jest przekonany o tym że umrze, natomiast wszelkie Jego zapewnienia że powróci są późniejszym dopiskiem który powstał już po Zmartwychwstaniu. I w tym właśnie zadaniu ogromne zadanie (pozytywne - co należy podkreślić) ma niejaki Judasz Iskariota, który wydaje Jezusa jego oprawcą. W Naszej tradycji chrześcijańskiej taki postępek jest godnym pogardy czynem zdrajcy, człowieka niegodnego, który swego własnego Mistrza wydaje na śmierć w łapy jego wrogów. Ale zastanówmy się nad celem misji Judasza, zanim ponownie (jak Dante) wrzucimy go w największe czeluści piekieł. Przecież gdyby nie on, cała zaplanowana wcześniej misja nie mogłaby dojść do skutku. Tak więc czy jest to zdrajca, który dla 30 srebrników sprzedaje swego nauczyciela, czy też postać pozytywna, gdyż bez niego nie byłoby chrześcijaństwa? Według mnie bezwzględnie to drugie, tym bardziej że zauważmy iż zachowanie Judasza nie jest złe, a wręcz przeciwnie, ten człowiek ma silne opory moralne przed popełnieniem czynu, który uczynił go na zawsze już czarnym charakterem, ale jednocześnie był żydowskim patriotą (zapewne zelotą) dążącym do obalenia rzymskiej władzy nad Judeą, który dołączył do uczniów Chrystusa, gdyż uznał w nim Mesjasza zapowiadanego przez proroków, który uwolni "naród wybrany, spod obcej tyranii. Okazuje się jednak że Chrystus nie przyszedł po to, żeby zabijać wrogów "narodu wybranego", tylko żeby zabijać, a raczej zwalczać wrogów wewnętrznych, których każdy człowiek ma w sobie, a to jest znacznie trudniejsza i trwająca praktycznie całe życie walka (łatwiej bowiem komuś obcemu rozpłatać łeb i powiedzieć że to przez niego całe nasze nieszczęście, niż podjąć walkę z naszymi wewnętrznymi demonami). I to właśnie zniechęciło Judasza do Chrystusa, ten bowiem gotowy był do walki z wrogiem zewnętrznym, a nie wewnętrznym. 




Udał się więc do Sanhedrynu, gdzie za zdradę i wydanie Chrystusa otrzymał 30 srebrników, które w tamtych czasach były dość znaczną sumą pieniędzy (oczywiście pytanie jakie to były pieniądze, bo to też miało znaczenie, ale przyjmijmy że były to szekle, którymi wówczas płacono w Judei). 30 srebrników - w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze - to jakieś niecałe 20 000 zł, czyli nieco ponad 5300 dolarów. Była to kwota którą pisarz dostawał za rok swojej pracy, gdyż owe srebrniki (jak sama nazwa wskazuje) wykonane były ze srebra, a ponieważ w tamtych czasach srebro miało znacznie większą wartość niż obecnie (jako że kopalni srebra było znacznie mniej i były trudniej dostępne), przeto zupełnie inny był również poziom życia ludzi w tamtych czasach. Owe 30 srebrników dla Judasza, to była kwota której - jestem przekonany - nigdy nie widział w swoim życiu i to również go skusiło do zdrady (za jeden taki srebrnik można było kupić dużą amforę wina w dobrej oberży {"Otwieram wino ze swoją dziewczyną, pragnę aby ten czas nie przeminął, nigdy nie przeminął, nigdy nie przeminął..." 🥂). Pamiętajmy jednak że Judasz bardzo szybko uświadamia sobie że popełnił błąd i wraca do Sanhedrynu aby  zwrócić całą kwotę w zamian za uwolnienie Mistrza, co oczywiście nie następuje i z rozpaczy Iskariota popełnia samobójstwo. Jezus zaś zostaje wydany przez Żydów w ręce rzymskiego namiestnika Judei - Poncjusza Piłata (człowieka Lucjusza Eliusza Sejana - prawdziwego twórcy kohort pretoriańskich w Rzymie, choć powstały one jeszcze w czasach Oktawiana Augusta, który zostanie zgładzony na rozkaz Tyberiusza w roku 31 za dążenie do przyjęcia władzy cesarskiej) który został namiestnikiem w roku 26, na cztery lata przed męczeńską śmiercią Chrystusa na krzyżu. Ten człowiek jest wielkim okrutnikiem, który postawił sobie za cel krwawe zdławienie wszelkich buntów w tej niespokojnej prowincji, w której nie uznaje się innych bogów poza tym jednym, tym dziwnym Bogu o imieniu "JæhoOwa". Natomiast w krótkiej rozmowie z Chrystusem Piłat dochodzi do wniosku, że oskarżenia którymi szafowali kapłani Świątyni Jerozolimskiej, sadyceusze i faryzeusze, a także zeloci - są całkowicie bezpodstawne. Oskarżono go bowiem o to, że Chrystus ogłosił się królem żydowskim, czym podważył władzę cezara Tyberiusza, czyli oskarżono go o jawną deklarację polityczną. Był to zarzut bez wątpienia najsilniejszej natury, karany natychmiastową śmiercią, gdyż był jednocześnie buntem przeciwko rzymskiemu panowaniu i nawet jeśli uznamy że poszczególne prowincje wewnętrznie miały (większy lub mniejszy poziom autonomii), to jednak wola cezara była bezdyskusyjna i nikt nie mógł z nią polemizować.

Tylko że w rozmowie z Chrystusem Piłat (ten "bat na Żydów") zdał sobie sprawę, że Chrystus nie dąży do wywołania żadnego antyrzymskiego powstania, że nie ogłosi się królem żydowskim, a nawet jeśli tak stwierdził, to dodał zaraz że "Królestwo moje nie jest z tego świata". Piłat uznał więc że są to wewnętrzne porachunki religijne Żydów, w co nie chciał się w ogóle mieszać, bo jeżeli interesy Rzymu nie były zagrożone, to on nie interweniował, ale jeżeli zaistniała choćby obawa że może dojść do buntu, to wówczas bywał bezwzględny - ten człowiek bowiem wystawił cały las krzyży na drodze do Jerozolimy. Natomiast dla Sanhedrynu nauki Chrystusa były nie do zaakceptowania i to dla wszystkich religijnych odłamów jahwizmu. Zdając sobie jednak sprawę że jeżeli nie oskarżą Jezusa o działalność na szkodę Rzymu (czyli działalność stricte polityczną), to Piłat umyje ręce i tak też się stało, po rozmowie z Chrystusem oficjalnie stwierdził: "Ja w tym człowieku winy nie widzę", co było realnym uniewinnieniem (nie wiadomo też na ile była to jego własna ocena działalności Chrystusa, a na ile prośba własnej żony Prokuli, która ponoć miała mieć proroczy sen o Chrystusie i  namawiała męża aby go ułaskawił). Żydzi (a szczególnie kapłani, faryzeusze i sadeceusze) gwałtownie protestowali, zarzucając Piłatowi bezczynność wobec antyrzymskiej postawy Jezusa z Nazaretu (a to było już bardzo poważne oskarżenie, za coś takiego - gdyby dotarło to do cezara - Piłat z pewnością zapłaciłby własną głową). Zaproponował on więc Żydom taki oto układ: skaże Chrystusa na biczowanie, a jeżeli przeżyje to biczowanie (które było niezwykle brutalne i znaczna część więźniów nie doczekiwała ukrzyżowania, gdyż umierali już podczas biczowania) wówczas go uwolni. Początkowo się zgodzono, ale ostatecznie Chrystus przeżył biczowanie, a Żydzi dalej dążyli to jego ukrzyżowania ("Na krzyż z nim, królem żydowskim" - padały takie oto oskarżenia). Ubrany więc w koronę cierniową, z plecami pokrytymi krwawą miazgą, z mocno krwawiącą twarzą (gdyż krew spływała z Jego głowy) Chrystus ostatecznie został skazany przez Piłata na ukrzyżowanie (mowa jest oczywiście o ułaskawieniu jednego z więźniów w dniach Paschy, ale ja nie spotkałem się z taką tradycją wśród Żydów, szczególnie respektowaną przez Rzymian, chociaż w jednym z dokumentów pozabiblijnych znalazłem pewne odniesienie do takiego właśnie ułaskawienia więźnia, z tym że jego wina nie była ani winą polityczną {a takową był bunt przeciwko Rzymowi}, ani też nie było to oskarżenie religijne godzące w obowiązującą wiarę żydowską, a raczej drobna kradzież). 




I tutaj miało dojść do wyboru pomiędzy Chrystusem a Barabaszem - który w oficjalnym przekazie biblijnym występuje jako morderca i zbrodniarz. Ale powiedzmy sobie znowu... naprawdę? Kim był Barabasz, mordercą? Tak zostało nam to przedstawione, jako wybór pomiędzy "Barankiem Bożym", czyli tym, który przyszedł zbawić świat, a niegodnym tego świata okrutnikiem, którego woleli wybrać Żydzi. Ale to znowu jest nadinterpretacja późniejszych przekładów, jeśli bowiem Barabasz istniał (a według mnie nie istniał), to był on żydowskim patriotą, a nie mordercą, zapewne zelotą, który trafił do lochu właśnie za swoją anty-rzymską działalność i za próbę wywołania antyrzymskiego powstania został skazany na śmierć przez ukrzyżowanie. Czy teraz mając porównanie: wybieramy patriotę walczącym z rzymską okupacją naszej ziemi, czy człowieka który podważa sens naszej wiary, sam ogłasza się królem żydowskim i Mesjaszem i próbuje nam narzucić swoją wizję drogi do Boga, to kogo wybierzemy? Do prawdy nie dziwmy się więc, że ci, którzy dążyli do skazania Chrystusa, jednocześnie wręcz żądali uwolnienia Barabasza. Dla nich to był bowiem bohater, a Chrystus był uzurpatorem i bluźniercą. Zresztą powiedzmy sobie otwarcie Barabasz nie mógł istnieć, tym bardziej że imię Barabasza to Jeszua Bar-Aba, czyli Jezus Mesjasz wojownik (nie był jedynym, przecież obroną Jerozolimy w latach 66-70 dowodził Szymon Bar-Giora, a w latach 132-135 Szymon Bar-Kochba). Tak naprawdę Barabasz nie był więc drugą osobą, tylko swoistym alter ego Chrystusa, takim, jakiego chciał w Nim widzieć chociażby Judasz Iskariota, czyli bojownika o wolność narodową. Takiego Chrystusa być może kapłani by zaakceptowali (stąd biblijne okrzyki tłumu "uwolnij Barabasza"), ale nie byli w stanie zaakceptować człowieka, który mówił rzeczy dla nich zupełnie niezrozumiałe, a choćby takie, by zburzyli Świątynię Jerozolimską, a on w trzy dni zbuduje ją na nowo (oczywiście nie chodziło Chrystusowi o fizyczny budynek, a o Świątynię Chrystusową w sercu każdego człowieka. Tak proste, a jednocześnie tak trudne do pojęcia dla ludzi którzy byli tak bardzo zapętleni w swojej fizyczności). Chrystus musiał więc umrzeć i wszystko musiało być naprawdę, biczowanie, krew, korona cierniowa, Golgota, krzyż - wszystko! Jezus nie mógł wiedzieć że to wszystko jest pewnego rodzaju grą, grą w której oczywiście musi umrzeć, ale nie na długo. Natomiast właściwy Chrystus w tym czasie podróżował po świecie, był w Indiach, w Chinach i w Japonii - gdzie ostatecznie zmarł. Natomiast Chrystus klon (który posiadał tą samą pamięć czynów właściwego Chrystusa, Jego życia i nauk) "wstąpił do nieba", czyli powrócił na TJehooba. 




W "Misji" Desmarquet opisuje ciało owego Chrystusa, które lewituje w ogromnym doko na planecie TJehooba, obok 146 ciał klonów podobnych mu Nauczycieli, którzy również przez tę rasę Galaktycznej Ludzkości wysłani zostali na inne planety podobne do naszej Ziemi (czyli na planety "bólu i łez" jak się je określa) i tam pełnili rolę proroków i duchowych nauczycieli. Ciało tamtego Chrystusa klona pozbawione jest pępka, jako że nie zrodziła go kobieta, tylko powstał sztucznie jako odzwierciedlenie właściwego Chrystusa - narodzonego w Betlejem (prawdopodobnie w marcu, kwietniu lub maju 4 r. p.n.e.). W kolejnej części przejdę do opisu tego, jak zachowywali się apostołowie po śmierci Chrystusa i po Jego Zmartwychwstaniu (którego notabene nikt nie widział i nawet zapisane jest że: "świadkiem Zmartwychwstania była jedynie noc"), jak rozpoczęły się podróże apostolskie i przede wszystkim przyjdę do rozwoju diecezji rzymskiej i rzymskiego kościoła, pragnąc zobaczyć jak miały się sprawy chrześcijan w stolicy Imperium Rzymskiego w pierwszych wiekach po Chrystusie.





PS: Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że postawa i męczeńska śmierć Chrystusa na krzyżu, zapewne musiała coś zmienić w dotychczas okrutnym podejściu jakim kierował się Poncjusz Piłat. Wysłał on bowiem do Rzymu, do cezara Tyberiusza list, w którym deklarował że Chrystus prawdopodobnie był Bogiem. Te jego zapewnienia były tak silne że cesarz Tyberiusz planował... postawić Chrystusowi świątynię w Rzymie (ostatecznie z różnych względów do tego nie doszło). Byłoby to doprawdy niezwykle zabawne, gdyby świątynia Chrystusa powstała w Rzymie zanim narodziła się rzymska diecezja chrześcijańska 😉.




CDN.
 

sobota, 8 marca 2025

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XLIX

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XXXVIII







ŻONA
SERAJ POD RZĄDAMI
ROKSOLANY/HURREM
(1534-1558)
Cz. XXII



"WIATR, KTÓRY PCHA DO WOJNY Z PERSJĄ - WIEJE Z HAREMU!"
Cz. II


Z początkiem 1544 r. do szacha Tahmaspa do Tebrizu przybył obalony muzułmański władca północnych Indii - Humajun. Przybył tam wraz ze swą małżonką Baga Begum i ok. czterdziestoma zwolennikami, aby prosić władcę Persji o wsparcie w odzyskaniu władzy, a na pewno o tymczasowe schronienie w jego kraju. Postać Humajuna jest dosyć ciekawa (a do tego kompletnie nie znana) dlatego postanowiłem parę słów poświęcić zarówno jego osobie, jak również osobie jego ojca - Babura, który niegdyś, gdy Humajun poważnie się rozchorował, w modlitwie do Allaha oddał za niego swoje "bezwartościowe życie". Zresztą Babura należałoby określić po prostu poszukiwaczem przygód. Przyszedł on na świat dnia 14 lutego 1483 r. (w walentynki, a raczej w chrześcijańskie święto św. Walentego), w domu władcy Fergany - Umara Szajcha Mirzy II, wywodzącego się z rodu Timurydów (którego to założycielem był Timur Kulawe, jeden z największych ludobójców w dziejach świata, który z głów pomordowanych na swój rozkaz ludzi, budował piramidy). Babur był też autorem ciekawego pamiętnika opisującego jego żywot, a w nim jest zapisane pod datą 1494 (oczywiście przekładając muzułmańską rachubę czasu na naszą, chrześcijańską): "W roku 1494, w dwunastym roku mojego życia, zostałem królem Fergany". 100 lat wcześniej jego przodek Timur Kulawy siał postrach na znacznych obszarach leżących od Indii na Wschodzie, po Anatolię i Syrię na Zachodzie, dochodząc nawet do Moskwy na Północy. Jednak gdy umierał na febrę w roku 1405 i pochowany został we wspaniałej świątyni, wzniesionej specjalnie dla niego w Samarkandzie - stolicy Imperium które sam zbudował na krwi setek tysięcy swoich ofiar (ojciec Timura był zwykłym, ubogim kupcem, a jego dziadek uczonym i pierwszym w rodzie konwertytą na islam), Imperium które zbudował chyliło się ku upadkowi (należy tutaj też dodać, że w roku 1402 Timur ocalił od upadku Konstantynopol, pokonując w bitwie pod Ankarą Turków Osmańskich, a sułtan Bajazyd I trafił do jego niewoli. Wyrok na Konstantynopol został więc odroczony o pół wieku). Szybko zaczęły odrywać się poszczególne prowincje, aż ostatecznie potomkowie Timura władali jedynie doliną fergańską (daleko na wschód od Samarkandy).


IMPERIUM TIMURA KULAWEGO 



Rok w którym Babur obejmował władzę w Ferganie po śmierci swego ojca - 1494 - był rokiem ciekawym i obfitującym w różne wydarzenia. W tym czasie Krzysztof Kolumb po raz drugi już eksplorował wybrzeża Haiti (Hispanioli - jak wyspa ta została nazwana), dla katolickich królów Kastylii i Aragonii - Izabelli I i Ferdynanda II. W Rzymie papieżem był Aleksander VI (czyli Rodrigo Borgia), który właśnie w tym roku wystawiał w Tordesillas traktat, dzielący wpływy na nowo odkrytych kontynentach amerykańskich, pomiędzy Kastylię (ojczyznę Rodrigo Borgii) a Portugalię. Poza tym król Francji Karol VIII rozpoczynał wojny włoskie swoją inwazją na Mediolan i Neapol (jego żołnierze głównie walczyli w burdelach, gdzie pozarażali się chorobą, która potem otrzymała nazwę "franca" 😉). W Anglii panował Henryk VII, natomiast w Polsce Jan I Albrecht (Olbracht), któremu w sprawach polityki (ku niezadowoleniu szlachty i możnowładztwa) doradzał włoski humanista Filip Kallimach, zaś jego brat, wielki książę litewski Aleksander, właśnie zakończył wojnę z Moskwą stratami terytorialnymi (co też już pokazywało dobitnie, że bez wsparcia Koroniarzy, Litwini nie są już w stanie oprzeć się Moskalom, nie mówiąc już o bezpośredniej agresji na Moskwę, jak to miało miejsce chociażby za czasów Witolda). Poza tym Leonardo da Vinci kończył właśnie malować "Ostatnią Wieczerzę", rewolucjonizując świat sztuki i nauki (jako że jego wynalazki prześcigały epokę w której żył, o co najmniej 300 lat), Michał anioł zaś dopiero rozpoczynał swoją karierę, podobnie jak Mikołaj Kopernik. Rok 1494 był również rokiem narodzin sułtana Sulejmana, jak również drugiej żony króla Zygmunta I Jagiellończyka - Bony Sforzy. Tak oto wyglądał świat głównie chrześcijańskiej proweniencji w chwili, gdy królem (emirem) Fergany zostawał 11-letni Babur.




Babur nie był jednak dumny ze swego mongolsko-tatarskiego pochodzenia, a postać jego przodka, założyciela dynastii Timura Kulawego napawała go lękiem. Wolał nazywać się Turkiem, natomiast o Mongołach swym pamiętniku pisał tak: "Gdyby rasa Mongołów miała swego anioła, i tak byłaby zrobiona z najpodlejszej ziemi; gdyby imię Mongołów było wypisane trzykrotnie wypalonym złotem, brzmiałoby równie fałszywie, jak dawniej. Z plonów Mongołów nie siej nigdy nasienia, bo nasienie Mongołów jest zaiste fałszywe". Oczywiście określenie Babur nie było imieniem właściwym nowego władcy Fergany, a jedynie przezwiskiem, które nadał mu (wkrótce po narodzinach) jego dziadek od strony matki - Junas i znaczyło ono tyle co "Tygrys". Właściwe zaś imię "Tygrysa" brzmiało Zahir ud-Din Muhammad (czyli "Dowód wiary"). Dziadek który nadał Baburowi jego przydomek, był dostojnym staruszkiem, aczkolwiek Mongołem, więc łamał sobie język jego arabskim imieniem i wolał po prostu nazywać go tygrysem. Jego babcia zaś - Isa-Begum - zasłynęła ze swej wierności mężowi, gdy pewnego razu szejk Dżimul (któremu podlegały ziemie należące do dziadka Babura) porwał ją i oddał innemu mężczyźnie (jednemu ze swych oficerów). Ta oczywiście powitała go w swej komnacie dostojnie, ale był to tylko pozór, gdyż jej służące czekały w ukryciu ze sztyletami w dłoniach i gdy dała im znak, zabiły owego mężczyznę, a ciało wyrzuciły na ulicę. Napisała ona zaraz też list do Dżimula, w którym kategorycznie stwierdzała: "Jestem żoną Junasa! Wbrew prawu oddałeś mnie innemu mężczyźnie, więc go zabiłam! Jeśli chcesz mnie za to ukarać, to przyjdź i mnie zabij, lecz należę do Junasa". Dżimul - będąc pod wrażeniem jej odwagi - zwrócił ją mężowi. 




Babur w wieku 5 lat został zaręczony ze swoją kuzynką Aiszą, a gdy miał lat 11, jego ojciec zginął w wypadku, który tak opisuje "Tygrys" swym pamiętniku: "Rzeka przepływa pod murami zamku, który jest położony na samym skraju wysokiej przepaści, tak, że służy jako fosa. (...) w całej Ferganie nie ma silniejszej twierdzy. Tak więc jeden z murów zapadł się, mój ojciec, karmiąc swoje gołębie, był z gołębiami i gołębnikiem strącony ze szczytu urwiska, i tak sam wzbił się w powietrze do innego świata". Następnie Babur opisuje swego ojca: "Mój ojciec był niskiego wzrostu, miał krótką, krzaczastą brodę i był gruby. Nosił tunikę bardzo ciasno, a gdy ją zakładał, to gdy ją puszczał, sznurki często pękały. Zaplatał turban bez fałd i pozwalał, by koniec zwisał. Średnio strzelał z łuku, ale miał tak niezwykłą siłę w pięściach, że nigdy nie trafił człowieka nie powalając go. Jego hojność była wielka, podobnie jak cała jego natura. Był dobrym władcą i dużo grał w traktaka". Następnie "Tygrys" przechodzi do opisu swego nowego królestwa, które przejął w dość młodym wieku: "Fergana leży na skrajnej granicy zamieszkałego świata. Jest to dolina otoczona ośnieżonymi górami ze wszystkich stron, z wyjątkiem z zachodu, dokąd płynie rzeka i tylko z tej strony mogą wejść wrogowie. Fergana jest niewielka, ale obfituje w zboże i owoce. Jej melony są liczne i doskonałe. Nie ma lepszych gruszek na świecie. Jej bażanty są tak tłuste, że cztery osoby mogą zjeść gulasz z jednego i nie skończyć go. Jej fiołki są szczególnie eleganckie i obfituje w strumienie czystej wody. Wiosną jej tulipany i róże kwitną w wielkiej obfitości, a w górach znajdują się kopalnie turkusu, podczas gdy w dolinie ludzie tworzą aksamit w kolorze karmazynowym". Tak wyglądał kraj oczami 11-letniego chłopca, w spisanej przez niego relacji (spisanej oczywiście znacznie później). 

Oczywiście chłopiec na tronie nie wszystkim się podobał. Jedni chcieli go usunąć, aby samemu objąć władzę, inni zaś chcieli wynieść na tron jego młodszego brata Dżihangira. Ogromnym problemem i niebezpieczeństwem byli jego dwaj wujowie (emirowie Samarkandy i Taszkientu), już wcześniej skonfliktowani z jego ojcem, którzy teraz postanowili obalić młodego Babura. Nie udało im się to - jak opisuje Babur - tylko "dzięki odwadze moich młodych żołnierzy". W tym też czasie "Tygrys" nawiązał przyjaźń z niejakim Hassanem-Jakubem "najlepszym graczem w skakanie żab, jakiego znałem". Okazało się jednak że ów młodzieniec był podstawionym figurantem (zapewne przez wujów młodego władcy), który miał na celu tak kierować emirem, aby ten popełniał błąd za błędem, co w konsekwencji doprowadzić miało do jego usunięcia. Namawiał go również - wbrew religii muzułmańskiej - do spożywania zakazanych mięs. I tutaj wkroczyła babcia Babura, przytoczona wyżej Isa-Begum, która usunęła tamtego chłopaka z otoczenia swego wnuka. Potem ów pisał: "Była niezwykle dalekowzroczna, niewielu przedstawicieli jej płci dorównywało jej w przenikliwości". W roku 1497, po śmierci jednego ze swych wujów (a głównego bodajże antagonistę) i przyjęciu władzy w Samarkandzie przez jego syna, Babur wyruszył zbrojnie na to miasto i po sześciu miesiącach oblężenia zdobył je w listopadzie. Nie miał jeszcze 15 lat, a już zdobył miasto, stolicę Timura Kulawego. Samarkanda była ładnym miastem, centrum kulturowym całego regionu dzisiejszego Kazachstanu, Turkmenistanu i Uzbekistanu. Miasto było bogate, ludne, pełne pięknych domów, świątyń i "domów mądrości" (bibliotek). Jak pisał o Samarkandzie Babur: "W całym zamieszkałym świecie jest niewiele miejsc tak przyjemnie położonych". Ponoć "Tygrys" przez pierwsze tygodnie swoich rządów w Samarkandzie dobrze się bawił, urządzając częste uczty i zabawy (był w końcu nastolatkiem), na których nie brakowało również skąpo odzianych dziewcząt. Te przyjęcia jednak doprowadziły go do bardzo poważnej choroby, która złożyła go w łożu wówczas, gdy z Fergany przyszły złe wieści.




Oto bowiem jego matka - Nigar Hatun pisała w liście, że w Ferganie wybuchł bunt i prosi syna aby czym prędzej wracał. Babur czuł się jednak bardzo źle, a mimo to postanowił wrócić do ojczyzny na wezwanie matki i to był błąd. Babur nie był w stanie usiedzieć na koniu, zemdlał i spadł z niego w taki sposób, że jego najbliżsi towarzysze myśleli że nie żyje. Przeniesiono go jeszcze do pałacu w Samarkandzie, ale jego stan wydawał się krytyczny. Posłano do Fergany jednego z posłów o imieniu Kwaja Kazi, aby zakomunikował matce, że jej syn zmarł. Gdy jednak w Ferganie jego wrogowie dowiedzieli się o tym, najpierw schwytali Kwaja Kazi i powiesili go nad bramą cytadeli (potem Babur napisał w swym pamiętniku: "Bez wątpienia Kwaja Kazi był świętym, był cudownie odważnym człowiekiem"). Następnie przejęli oni władzę w Ferganie, gdyż przyjaciele i stronnicy Babura na wieści o jego śmierci poddali się (1498). Jego matka, babka i siostra - Chanzada zostały wygnane, ale pojawił się inny problem. Otóż Babur stracił również Samarkandę (panował tam jakieś 100 dni). Gdy odzyskał przytomność i wyzdrowiał, okazało się że nie ma ani jednego ani drugiego królestwa... i stał się nikim. Przez dwa kolejne lata wędrował po górach wraz z matką, babką i siostrą i żył nieomal jak pustelnik. Oczywiście jako były emir Fergany, był w stanie przekonać miejscową ludność do tego, aby garnęła się pod jego sztandary, starając się odbudować wojsko i ponownie odzyskać utracone miasta - nie było to jednak łatwe zadanie. Jednak Babur nigdy - przez ten czas swego upadku - nie tracił nadziei na sukces. Gdy matka lub babka traciły ją i płakały, żaląc się nad swym losem, ten pocieszał je, mówiąc że przynajmniej "mamy co jeść, mamy melony, a to już coś". Najtrudniejszym dla nich okresem były pierwsze miesiące po upadku, gdy rzeczywiście stali się wyrzutkami i żebrakami. Mieszkali w górskich grotach, a Babur osobiście szykował swojej matce i babce najlepsze posłania jakie tylko mógł zdobyć, aby nie musiały spać na ziemi, gdyż twierdził że jako żony i matki emira zasługują na najlepsze, choć były to zwykłe stare łachy rozłożone jedynie na ziemi. Sam zasypiał byle gdzie, a poza tym - jak twierdzą źródła - zawsze był pogodny w tych dniach (może dlatego żeby natchnąć swoje kobiety optymizmem, natomiast co myślał prywatnie i jak bardzo był przerażony tą sytuację - bo w końcu jeszcze wciąż był nastolatkiem - tego oczywiście nie wiemy).

Jednak ludność miejsc do których przebywał, wspierała go i pomagała, a mężczyźni często chętnie garnęli się pod jego sztandary, jako że Babur był człowiekiem bardzo otwartym, przyjaznym innym ludziom i łatwo nawiązującym znajomości. Prawie nigdy się nie gniewał, rzadko też można go było widzieć smutnym, co przyciągało doń innych ludzi (powtarzał bowiem, co zresztą zapisał w swym pamiętniku: "Nic się nie dzieje, jak tylko z woli Boga"). W końcu roku 1500 Babur ponownie miał licznych żołnierzy pod swoimi rozkazami, ale byli oni po pierwsze niezbyt zdyscyplinowani, a po drugie nie aż tak liczni jak wojska jego wrogów. Mimo to wiosną roku 1501 z tymi wojskami obległ i ponownie zdobył Samarkandę. Tak oto w tym samym czasie, w którym w północno-zachodniej Persji przywódca zakonu kyzyłbaszy - Ismail (ojciec Tahmaspa), został ogłoszony szachem, a w Imperium Osmańskim sułtan Bajazyd II żył w błogiej nieświadomości tego, co za jakiś czas zaplanuje jego syn - Selim (ojciec Sulejmana), Babur znów był emirem. Niestety na krótko, gdyż samarkandę obległy wojska jego wroga chana Buchary - Muhammada Szajbaniego. Sytuacja była krytyczna, i babór w zamian za bezpieczne opuszczenie miasta wraz ze swoimi wojskami, musiał przystać na żądanie Szajbaniego, wydania za niego za mąż swojej siostry Chanzady. Musiał na to przystać, po czym opuścił Samarkandę i teraz skierował się do Fergany, po ojcowiznę. Miasto, którym władał jego ojciec, wpadło w jego ręce dosyć łatwo jeszcze w 1501 r., ale szybko znów zaczęły się problemy. Tutaj bo wiem ukazał się łagodny i ludzki stosunek Babura do innych, szczególnie tych najsłabszych i najbiedniejszych, którzy nie byli w stanie sami się obronić. Otóż jego żołnierze, którzy zajęli dlań Ferganę (praktycznie bez walki), łupili okolicznych chłopów tak bardzo, że praktycznie zabierali im wszystko. Babur nakazał im oddać zrabowane rzeczy, co doprowadziło do buntu i przez co utracił Ferganę, gdy żołnierze odmówili dalszej służby pod jego rozkazami (w sym pamiętniku opisuje to tak, przyznając się do błędu jaki popełnił: "To było bezsensowne, by drażnić tylu mężczyzn z bronią w ręku. Na wojnie i w sztuce rządzenia rzecz może wydawać się rozsądna na pierwszy rzut oka, ale powinna zostać ponownie rozważona przy stu zapalonych latarniach, nim zostanie ostatecznie podjęta. Ten mój źle oceniony rozkaz, był w rzeczywistości ostateczną przyczyną mojego drugiego wydalenia" (1502).




Wydawałoby się że ponowny upadek załamie ostatecznie Babura, ale nie. Nie tracił pogody ducha przez kilka kolejnych miesięcy swego drugiego wygnania i to nawet wówczas, gdy udając się do Taszkientu (którym władał jeden z jego wujów, a prywatnie osobisty wróg jego ojca) musiał znosić tam wiele upokorzeń. Powtarzał sobie jednak że wszystko jest wolą Boga i każdy dzień w którym ma co zjeść i może oddychać powietrzem oraz cieszyć się blaskiem słońca, nie jest dniem straconym, dlatego też nie powinien się smucić. Często wybierał się więc na konne przejażdżki, polował, słuchał śpiewu ptaków i czasem coś pisał w swoim pamiętniku (umiłowanie do piękna otaczającego go krajobrazu zapewne posiadł od swego dziadka od strony matki -Junasa, a miłość do książek od dziadka ze strony ojca - emira Abu Saida Mirzy). W swym pamiętniku Babur dziękuje Allahowi za każdy dzień, który może spędzić w blasku słońca (ja stosuję taką zasadę, że przed pójściem spać pod koniec dnia w swych myślach wypowiadam trzy słowa: "Dziękuję!" za każdą godzinę przeżytego dnia, "Wybaczam!" - wszystkim którzy w jakikolwiek sposób mogli źle o mnie pomyśleć, lub powiedzieli coś nie tak, oraz powtarzam sobie, że kolejnego dnia będę jeszcze lepszym człowiekiem, a jednocześnie że dopnę tego, czego pragnę). Druga tułaczka Babura trwała dosyć długo, bo aż do 1504 r. Wówczas to dowiedział się o śmierci jednego ze swych wujów - Ulug Bega II emira Kabulu, który zmarł, pozostawiając na tronie swego synka, który był jeszcze niemowlęciem. Dziecko to obalił, a następnie przejął władzę w Kabulu niejaki Mukin Beg. Babur postanowił interweniować wobec tej jawnej niesprawiedliwości, a ponieważ ponownie zgromadził wokół siebie licznych chłopów - z których robił żołnierzy - ruszył do Kabulu. Jego trasa przebiegała przez bardzo wąską przełęcz Sir-i-Tuk, leżącą wśród wysokich i stromych skał. Jak opisuje to w swym pamiętniku: "Na stromych i wąskich przejściach i wąwozach, które musieliśmy pokonać, wiele koni i wielbłądów upadło i wypadło. (...) Nigdy nie widziałem tak wąskiej i stromej przełączy, ani nie podążałem ścieżkami tak uciążliwymi. Mimo to parliśmy naprzód z niewiarygodnym trudem przez przerażające wąwozy i przez ogromne przepaście". Wreszcie dotarli do celu. 




Należy od razu dodać, że od roku 1499 gdy ukrywał się w górach, poślubił przeznaczoną mu wcześniej i zaręczoną z nim swoją kuzynkę Aiszę Begum. Urodziła ona córkę, która otrzymała imię Nissa, a Babur był w niej po uszy zakochany gdy tylko miał taką sposobność, wszystkim pokazywał swoją córeczkę, nazywając ją "Chwałą kobiecości". Niestety jednak, dziewczynka zmarła w jakiś czas po swym urodzeniu jeszcze w 1501 r. Ojciec nie potrafił ukryć swego żalu po stracie córeczki, a jednocześnie od tego momentu jego relacje z Aiszą zaczęły się psuć. Chociaż wydaje się, że stosunki te nigdy nie były dobre, jako że Babur niezbyt interesował się kobietami (co oczywiście nie znaczy że interesował się mężczyznami, wręcz przeciwnie, był raczej człowiekiem którego nazwalibyśmy dzisiaj aseksualnym. Będąc jeszcze chłopcem w gronie swych przyjaciół przebywał oczywiście w otoczeniu nagich kobiet, ale nigdy go to nie pociągało, raczej dostrzegał w człowieku jego duchową naturę niż cielesność). W 1503 r. gdy on miał 20 lat, doszło do ich rozwodu. Kolejne jego relacje z kobietami były trudne, jako że sam napisał w pamiętniku: "Nigdy nie poczułem namiętności do żadnej kobiety", a jednocześnie - jak sam przyznaje - wraz z wiekiem (co wydaje się dziwne) wzrastała w nim nieśmiałość do płci pięknej. Po prostu będąc w otoczeniu kobiet czuł się nieswojo, był nieco zażenowany, czasem plątał mu się język i nie wiedział jak i o czym z nimi rozmawiać, twierdząc że skupiają się one na rzeczach, których on nie pojmuje. Jak sam przyznaje, jeśli przebywał w towarzystwie kobiet, to rozmawiał z nimi o sztuce, literaturze lub pięknie otaczającej go przyrody, ale takie relacje przypominały stosunki pomiędzy przyjaciółmi, a nie kochankami. Natomiast jak wiemy przyjaźń pomiędzy kobietą a mężczyzną (raczej) nie istnieje, bo wcześniej czy później musi zamienić się w jakieś głębsze uczucie, albo zwykłe cielesne pożądanie (😚🥴🥰). I dlatego kontakty z kobietami tak bardzo przerażały Babura. Jednocześnie w pamiętnikach często pojawia się jego żal w stosunku do tych kobiet ze swojej rodziny, którym - czy to z jego winy, czy też z winy losu - powiodło się źle. Wraca tam bo wiem do swej siostry Chanzady, którą musiał oddać za mąż, za swego wroga Muhammada Szajbaniego. Jej ciężki los, który musiała spędzić w haremie Szajbaniego, leżał mu zawsze na sercu, a w swych pamiętnikach wielokrotnie prosił ją za to o wybaczenie, nazywając ją "Najdroższą Damą". Poświęca też trochę miejsca w swym pamiętniku matce oraz babce, kobietom które musiał zostawić podczas swojego drugiego wygnania i których już nie spotkał. Matce dziękował że wydała go na świat, babce zaś że była tak dzielną i mądrą kobietą. 




A tymczasem Babur - na czele swego nowo sformowanego wojska - zbliżał się do Kabulu.


CDN.

niedziela, 22 grudnia 2024

ZJEDNOCZENIE PRUS I INFLANT Z POLSKĄ - Cz. X

POCZĄWSZY OD PIERWSZEGO SPORU POLSKO-KRZYŻACKIEGO (1309-1310), AŻ PO WŁĄCZENIE INFLANT DO RZECZPOSPOLITEJ (1558-1561)





KONRAD I MAZOWIECKI
Cz. X


MOJMIR I
(Obraz wygenerowany przez sztuczną inteligencję) 



 W roku 863 książę Wielkich Moraw -  Rościsław I wysłał na dwór  konstantynopolitański swych posłów, z listem do cesarza Michała III (notabene napisanym po grecku, czyli znajomość tego języka musiała być w krajach słowiańskich już wówczas dość powszechna {oczywiście jedynie w "dyplomacji"}, w końcu przez tzw. Bramę Morawską już od starożytności biegł szlak bursztynowy, czyli trakt handlowy idący ku ziemiom cywilizacji śródziemnomorskiej). W liście tym morawski książę prosił cesarza rzymskiego o wysłanie mu "biskupa i nauczyciela" (przekaz w "Żywocie Konstantyna" i "Żywocie Metodego" trochę się od siebie różni, w jednym jest bowiem stwierdzenie o "biskupie i nauczycielu", a w drugim jedynie o "nauczycielu"). Rościsław przede wszystkim prosił o przesłanie kogoś, kto posiada wyższe święcenia duchowne, oraz kto dobrze zna i rozumie język słowiański. Cesarz Michał odpowiedział pozytywnie na prośbę morawskiego kagana, aczkolwiek zdawał sobie doskonale sprawę że wysłanie biskupa do Moraw, czyli miejsca które już od ponad trzydziestu lat było miejscem "religijnej eksploracji" Kościoła zachodniego (Rzymskiego) narazi go na kolejny konflikt z papieżem Mikołajem. Aby tego uniknąć - a jednocześnie nie zamykać sobie drogi z możliwości religijnego podporządkowania słowiańskiego kraju na północy, leżącego tuż przy granicy z Królestwem Wschodnich Franków - postanowił po prostu obniżyć rangę wysłanego tam "misyjnego poselstwa". Wybór padł więc nie na żadnego z biskupów, a na dwóch nauczycieli, pochodzących z Tessalonik, braci Metodego (zwanego również Michałem) i Konstantyna. Starszy o prawie dziesięć lat od brata Metody, był początkowo prawnikiem w Tessalonikach, a następnie pełnił funkcję archonta miasta (gdzie miał częstą styczność z licznie zamieszkującymi to greckie miasto Słowianami i tam też nauczył się języka słowiańskiego).  Jednak ok. 840 r. (w wieku dwudziestu paru lat) Metody wybrał życie zakonne i wstąpił do sławnego zakonu, mieszczącego się na górze Olimp w Bitynii. Jego zaś młodszy brat Konstantyn (też w wieku dwudziestu lat) w 847 r. przyjął święcenia kapłańskie a od 860 r. uczył filozofii w akademii cesarskiej (powołanej do życia w pałacu Magnaura przez wuja cesarza Michała III - Bardasa, o czym pisałem w poprzednich częściach) i był tam bibliotekarzem. Co prawda Konstantyn był protegowanym poprzedniego patriarchy Ignacego, ale również patriarcha Focjusz pozostawił go na tym stanowisku, tym bardziej że Konstantyn miał opinię człowieka szlachetnego, nie zaangażowanego w politykę filozofa i moralistę. Teraz jednak gdy cesarz zwrócił się do Focjusza z radą kogo wysłać na Morawy, ten bez wahania wskazał na Konstantyna, a Konstantyn zapowiedział że wyruszy tam wraz z bratem, więc posłano ludzi do klasztoru na górze Olimp, aby sprowadzić stamtąd Metodego.

Ci dwaj mnisi już kilkukrotnie przysłużyli się Cesarstwu w misjach dyplomatycznych. Co prawda misja do Samary z roku 851 nie zakończyła się sukcesem Bizancjum (kalif al-Mutawakkil nie wyraził zgody na zakończenie prześladowań chrześcijan i Żydów, jakie rozpoczął kilka miesięcy wcześniej - o których także pisałem już w poprzednich częściach tej serii), to jednak czas który spędzili zarówno tam, jak i w Bagdadzie, upłynął im na nauce języka arabskiego, oraz studiowaniu Koranu. Jednak już wyprawa z roku 860 na dwór kagana Chazarów Manassesa I do Itilu, zakończyła się pełnym sukcesem i odnowieniem traktatu bizantyjsko-chazarskiego wymierzonego zarówno w Kalifat, jak i plemiona Słowian południowo-wschodnich. Wracając do Konstantynopola obaj bracia mieli odnaleźć na Chersonezie kości św. Klemensa Rzymskiego, czwartego chronologicznie papieża, który miał zginąć męczeńską śmiercią w 102 r. za panowania cesarza Trajana właśnie na Chersonezie (miał wyrokiem cesarskim zostać skazany na utopienie w morzu z kotwicą przywiązaną do szyi, ale najprawdopodobniej do tej śmierci nie doszło a Klemens I zmarł wkrótce po zrzeczeniu się pontyfikatu w roku 97. Co prawda cesarz rzymski Marek Ulpiusz Trajan prześladował chrześcijan, ale nie czynił tego zbyt konsekwentnie, a jedynie na zasadzie faktu, iż stawiają oni wyżej Boga niż cezara. Jego przyjaciel {a na pewno zapatrzony w Trajana druh} Gajusz Pliniusz Młodszy {którego wuj, Gajusz Pliniusz Starszy jako dowódca floty wojennej w Misenum, zginął w roku 79 podczas próby ratowania mieszkańców niszczonych przez wybuch Wezuwiusza miast: Pompei, Herkulanum i Metapontum} jako namiestnik {od 111 r.} prowincji Bitynii i Pontu {notabene Trajan powołał tę prowincję w roku 110, po zjednoczeniu dotychczasowych Bitynii i Pontu. W roku 134 cesarz Hadrian włączył tę prowincję do prowincji cesarskich, w zamian za uczynienie Licji i Pamfilii prowincjami senatorskimi} słał do Trajana liczne listy z zapytaniem jak powinien postępować z chrześcijanami {główna część korespondencji pochodzi z roku 112}. Tamten radził, aby uwzględniał jedynie podpisane donosy, gdyż te anonimowe -  chociaż są istnieje wielka pokusa aby również je sprawdzić - jak twierdził Trajan: "są niegodne naszych czasów". Cesarz radził też swemu namiestnikowi aby starał się przede wszystkim przekonywać chrześcijan nie tyle do wyrzeczenia się ich religii, co do zaakceptowania obowiązków wobec państwa, natomiast jeśli by odmówili, miał nakładać na nich kary finansowe. Gdyby to nie poskutkowało, taka osoba trafiałaby do lochu, a gdyby nadal upierał się przy swej wierze, dopiero wówczas miał być uśmiercony. Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że zafascynowany Trajanem {w końcu na jego rządy przypada bodajże najwspanialszy okres w rzymskich dziejach, kiedy Rzym osiągnął swe największe terytorialne rozmiary. Zdobył Ktezyfont - stolicę Partów, Mezopotamię, Asyrię, Armenię i uczynił z nich swe prowincje. Podbił Dację - która tyle kłopotów stwarzała cesarzowi Domicjanowi w latach 80-tych I wieku, wreszcie zajął tereny Arabii północnej, czyniąc tam nową prowincję. Poza tym Rzym stał się prawdziwą metropolią świata, liczącą ponad 1 200 000 mieszkańców. Wtedy też powstały prawdziwe dzieła sztuki, takie jak Kolumna Trajana, czy Forum jego imienia, będące prawdziwie nowoczesnym jak na tamte czasy miejscem spotkań Rzymian} papież Grzegorz Wielki {którego pontyfikat przypadł na lata 590-604} według późniejszej legendy miał poprosić Boga aby pozwolił duszy Trajana powrócić na kilka chwil do ciała, a gdy tak się stało, natychmiast go ochrzcił).


IMPERATOR 
MAREK ULPIUSZ TRAJAN 





Tak więc wybór jaki padł na dwóch braci misjonarzy, wydawał się wówczas najbardziej optymalny z punktu widzenia Cesarstwa. Oczywiście wyprawa do tak odległego kraju musiała być dobrze przygotowana, a przede wszystkim musiała również uzyskać aprobatę samego papieża i o to starali się też dwaj bracia misjonarze. Paradoksalnie przekonanie papieża Mikołaja okazało się łatwe, a z tego powodu, że Konstantyn i Metody wysłali do Rzymu relikwie św. Klemensa rzymskiego odnalezione na Chersonezie (według mnie te szczątki miały tyle wspólnego z Klemensem, co kości ateńskiego króla i herosa Tezeusza, jakie w roku 473 p.n.e. na wyspie Skiros odnaleźć miał ateński strateg i polityk - Kimon. W tym bowiem przypadku po prostu po wcześniejszym spacyfikowaniu wyspy przez ateńskich hoplitów, po prostu odkopano kości jakiegoś nieszczęśnika, a ponieważ zgodnie z legendą na tej właśnie zginął śmiał Tezeusz, więc przywieziono te kości do Aten co oczywiście znacznie podniosło prestiż i znaczenie miasta, a przede wszystkim umocniło polityczne wpływy z samego Kimona. Natomiast czyjekolwiek kość nie zostałyby odnalezione na Chersonezie, to jednak przysłużyły się sprawie uzyskania papieskiego poparcia dla misji Konstantyna i Metodego do Wielkich Moraw). Teraz zaś (ponieważ w poprzedniej części stwierdziłem, iż według mnie owi bracia nie przybyli na Morawy wcześniej, niż w roku 864 {z reguły podaje się datę 862}), postaram się wyjaśnić dlaczego tak uważam. Plemię Morawian przez długi czas nie budziło zainteresowania ani dziejopisów Zachodu, ani też Wschodu i po raz pierwszy pojawiają się oni wymienieni z nazwy w roku 822 podczas zjazdu zwołanego przez cesarza Ludwika I Pobożnego do Frankfurtu (gdzie też zjechać mieli nie tylko wielmoże Cesarstwa Franków, ale również okolicznych plemion słowiańskich i niedobitki Chanatu Awarskiego). Na tym właśnie spotkaniu po raz pierwszy w dziejach wymienili zostali Morawianie w dziele "Roczniki królestwa Franków". Nie stanowili oni wcześniej zainteresowania, ani też nie byli przedmiotem wypraw wojennych Cesarstwa (czy wcześniej Królestwa Franków), jak choćby działo się to z ich sąsiadami Czechami (Wielka wyprawa wojenna wojsk Karola Wielkiego przeciwko Czechom w latach 805-806 czego efektem było zajęcie pasa ziem zasiedlonych przez Czechów i Serbów i powstanie tam Marchii Serbskiej, której granice mniej więcej pokrywają się z dzisiejszą północno-zachodnią granicą niemiecko-czeską. Wyprawa przeciwko Czechom miała być wsparciem dla Awrów, którzy prosili Karola Wielkiego o pomoc przeciwko Bohemom, którzy napadali na ich ziemie. Doszło wówczas do bitwy nad rzeką Ochrza, która zakończyła się klęską Czechów i śmiercią ich wodza Lecha. Według "Kroniki Prokosza" owym Lechem miał być młodszy brat władcy Lechitów - Lecha IX zwanego Walecznym, który został przez zwycięskich Franków skazany na rozerwanie końmi. Notabene Lech IX był dziadkiem niesławnego w naszej tradycji króla Popiela II Zbrodniarza. Dynastia Popielidów/Lechitów która tak pięknie zaczęła {w końcu ojciec Lecha IX Lech VIII objął władzę po zwycięstwie w maratonie, który miał wytypować przyszłego władcę. Lech VIII objąć miał władzę w kraju Lechitów w 20 lat po śmierci w nurtach Wisły sławnej królowej Wandy-amazonki. Notabene, gdyby dzisiaj tak było, to pewnie pan Karol Nawrocki by zwyciężył w pierwszej turze 😄} a ostatecznie tak marnie skończyła).


KIMON NA SKIROS



Oczywiście Czesi nie pozostawali bierni i również napadali ziemie Cesarstwa (w roku 811 Karol Wielki musiał wysłać liczne wojsko do Marchii Panońskiej, zdobyte przez Franków w roku 791 na Awarach, gdyż Panonia zmagała się wówczas z najazdem Czechów). Ale o Morawianach nic nie słychać aż do roku 822. W roku 833 Morawianie zajmują ziemie zachodniej Słowacji (jest to też ogólnie przyjęta data w której większość historyków umiejscawia powstanie Księstwa Wielkich Moraw). Jednak ekspansja militarna nie była jedyną, jaka cechowała wówczas rzeczywistość polityczną tamtych czasów. Równie silna (a można nawet powiedzieć znacznie skuteczniejsza) była ekspansja religijna, która miała za zadanie podporządkowanie sobie danych władców i obszarów polityce dworu, który tej ekspansji by dokonał. Po zniszczeniu przez Franków Chanatu Awarskiego i zdobyciu Ringu (ufortyfikowanego miasta obozu Awarów) w roku 796, natychmiast działalność tam rozpoczęli frankońscy misjonarze. Przyciśnięty do ściany (od zachodu ekspansją Franków, od wschodu wojowniczą polityką bułgarskich chanów -  szczególnie Kruma, zaś od północy inwazjami słowiańskich plemion -  głównie Czechów) kapkan Awarów - Teodor w roku 805 oficjalnie przyjął chrzest z rąk frankońskich misjonarzy. Opanowane zaś jeszcze w 791 r. ziemie Panonii, zostały oficjalnie po roku 796 podzielone pomiędzy diecezje w Pasawie i Salzburgu (metropolia salzburska powstała w roku 798). Spowodowało to od razu konflikt pomiędzy biskupami, o tereny leżące pomiędzy Drawą a Rabą, które do tej pory wchodziły w skład metropolii akwilejskiej, a teraz weszły w skład metropolii Salzburga. Cesarz Karol Wielki dwukrotnie wydawał ukaz, w którym określał rzekę Drawę, jako granicę pomiędzy oboma metropoliami (803 i 811 r.). Pierwszym metropolita Salzburga, biskup Arn otrzymał od Karola Wielkiego jeszcze w 798 r. polecenie udania się na ziemie Słowian w celu ich chrystianizacji i budowy tam kościołów. Arn swoją posługę kapłańską pełnił aż do swej śmierci w roku 821, ale skupiał się przede wszystkim na chrystianizacji Słowian panońskich i Awarów, natomiast jego działalność na północ od Dunaju praktycznie nie istniała. Jednak nieprawdą jest, jakoby to właśnie działalność owych dwóch braci Konstantyna (później przyjął zakonne imię Cyryl pod którym jest bardziej znany) i Metodego, rozpoczęła liturgię w języku słowiańskim. Już bowiem biskup Arn utworzył na terenie swojej metropolii szkoły dla księży, którzy mieli nauczać wśród Słowian, a którzy najpierw musieli dobrze poznać język słowiański (takie szkoły powstały w Tulln, Maria Saal i Mosaburgu). To właśnie bawarscy duchowni jako pierwsi rozpoczęli tłumaczenie modlitwy (głównie słów "Ojcze nasz") na język słowiański, a także podjęli pierwsze próby zapisu i tłumaczenia Pisma Świętego w języku słowiańskim (należy też dodać że bardzo licznie - o czym świadczą zachowane eksponaty archeologiczne - na ziemiach słowiańskich pracę misyjną podjęli również misjonarze z dalekiej Irlandii, a także z Brytanii, którzy "ponoć" jako pierwsi mieli stosować język słowiański w kontaktach z ludnością, którą zamierzali nawracać. Mówi się też, że to właśnie dzięki ich pracy misyjnej zanikał stopniowo dotychczas stosowany rytuał pogrzebowy na ziemiach słowiańskich, polegający na paleniu zmarłych i chowaniu ich spopielonych szczątków w mniejszych i większych kurhanach, natomiast coraz większą popularność zyskiwały pochówki szkieletowe, czyli po prostu chowanie zmarłych w grobach).

Nie wiadomo co dokładnie doprowadziło do przyjęcia chrztu z rąk frankońskich misjonarzy (bawarsko-iroszkockich) przez panującego na Morawach księcia Mojmira I w 831 r. (panującego w latach ok. 820-846). Czy doprowadziła to do tego właśnie intensywna działalność misjonarska skupiona głównie w klasztorze Kremsmünster w Tulln (gdzie znajdowała się sławna biblioteka Madalwina, licząca 56 woluminów i skąd wychodzili misjonarze dobrze znający język słowiański). Trudno powiedzieć. Wiadomo tylko że właśnie w roku 831 książę Mojmir, wraz ze swym dworem i licznymi poddanymi przyjął chrzest z rąk biskupa Passawy - Reginharda (przy czym na Słowacji musiało to nastąpić wcześniej, gdyż pierwszy kościół wzniesiony tam został w roku 828 w Nitrze przez lokalnego księcia Priwinę na obszarze grodu książęcego. W roku 833 Nitra została przyłączona do Księstwa Wielkich Moraw -  Mojmira I). Co prawda po przyjęciu chrztu książę Mojmir (a bardziej dokładnie po zajęciu zachodniej Słowacji wraz z Nitrą i wygnaniu księcia Priwiny z kraju) zaczął dążyć do stworzenia rodzimej metropolii, niezależnej od tej w Passawie. Wydaje się że było to w dużej mierze spowodowane właśnie ucieczką Priwiny najpierw do Marchii Wschodniej (inaczej zwanej Marchią Panońską), gdzie od razu (jeszcze w 833 r.) popadł w konflikt z tamtejszym zarządcą - Ratbodem. Jednak poparcie możnych bawarskich i samego cesarza Ludwika spowodowało, że Ratbod musiał pogodzić się z Priwiną, a to stwarzało duże niebezpieczeństwo dla rosnącego w siłę Księstwa Mojmira. Jednak pomimo faktu iż hołubiony na salonach Akwizgranu, Pawii i Salzburga Priwina (uważany za prawowitego władcę Nitry), nie doczekał się nigdy takiego poparcia, aby cesarz w jego imieniu wystąpił zbrojnie przeciwko Mojmirowi. Według mnie istnieje na to wytłumaczenie trojakie. Po pierwsze "źle się działo w państwie duńskim", czyli po prostu w samym Cesarstwie nie było spokoju (w latach 832-833 zbuntowali się synowie Ludwika Pobożnego pod przywództwem najstarszego z nich - Lotara, który uznał że ojciec chce pozbawić go tronu wbrew złożonej przysiędze i prawu sukcesji określonemu w roku 817. Braciom udało się początkowo pozbawić ojca władzy na kilka miesięcy, ale potem doszło między nimi do konfliktu i ostatecznie ojciec wrócił na tron, a Lotar został wygnany do Italii, którą zarządzał z tytułem króla - pisałem już o tym w innym temacie. Zresztą w latach 838-840 Lotar ponownie się zbuntował przeciwko ojcu). Po drugie sam Priwina nie był do końca fair, gdyż przyjął on chrześcijaństwo dopiero po ucieczce z Nitry - i to na polecenie samego cesarza, ale uważano (i te przypuszczenia wcale nie były bezpodstawne), że nie przestał on wyznawać wiary w dawnych bogów, a jego konwersja była jedynie aktem politycznym (zauważcie proszę że to wcale nie wyklucza faktu wzniesienia przez niego kościoła w Nitrze, kościół mógł bowiem służyć kupcom frankońskim). Po trzecie zaś (pomimo prób, czy też zamiarów utworzenia własnej metropolii na Morawach), Mojmir nie prowadził w żadnym aspekcie swej polityki działalności antyfrankońskiej.




Pomimo starań Mojmira realnie chrystianizacja Wielkich Moraw szła opornie przez długie lata. Ludzie co prawda powoli przyzwyczajali się do pewnych nowych zachowań (w tym na przykład nowych form pochówku), ale szło to bardzo ciężko. Często zdarzało się też tak że nawet ci którzy przyjęli już chrześcijaństwo, nadal praktykowali pogańskie kulty jak choćbym urządzanie przyjęć na grobach zmarłych w rocznicę ich śmierci (picie dużych ilości wina i częstowanie się nim również ze zmarłymi), a także składanie ofiar za pomyślność zmarłych w zaświatach (archeolodzy na odkopanych warstwach grobów słowiańskich na obszarze Wielkich Moraw znaleźli szkielety ptaków i drobnych zwierząt). Zresztą to normalne, przyjęcie nowej religii nigdy nie następuje w ciągu roku czy dwóch, a jest to etap rozciągający się nie tylko na dekady, ale wręcz na pokolenia. Oczywiście to nie miało żadnego znaczenia z punktu widzenia polityki (a ta w tamtym czasie łączyła się nierozerwalnie z religią). Dla Cesarstwa liczyło się tylko to, że Księstwo Mojmira jest księstwem chrześcijańskim i co najważniejsze, podległym zarówno instytucjonalnie (poprzez metropolię w Passawie, a po średnio również w Salzburgu) jak i politycznie Frankom. W dokumentach frankońskich Księstwo mojmira nie jest wymieniane ani razu po roku 838 (aż do 846), co też sugeruje, że w tym czasie stosunki między nimi były dobre. Zapewne Mojmir płacił Cesarstwu jakąś formę trybutu, w zamian zaś otrzymywał spokój na granicach, bezpieczeństwo wewnętrzne i ochronę zewnętrzną w przypadku najazdu wrogów (choć sam nie musiał wysyłać wojska jako wsparcia dla cesarza). To było wszystko czego potrzebował, aby skutecznie skonsolidować i umocnić swoje państwo. Poza tym zapewne trwała również intensywna wymiana handlowa pomiędzy Wielkim Morawami a krajami Franków. Niestabilność polityczna i częste bunty synów Ludwika Pobożnego, były również pozytywnym aspektem rozwoju kraju Mojmira. Gdy więc zmarł on 20 czerwca 840 r. w namiocie (raczej był to mały domek przypominający namiot) na małej wyspie na Renie w pobliżu Ingelheim, przygotowując się do kolejnej wyprawy wojennej przeciwko swym synom (głównie Lotarowi), wydawało się że los ponownie uśmiechnął się do Wielkich Moraw. Cesarz Ludwik zmarł w wieku 62 lat na rozedmę płuc i guz który go powalił (w ostatnich miesiącach życia cierpiał na mdłości oraz liczne duszności, nie mógł też niczego jeść i odczuwał wręcz fizyczny wstręt do jadła). Umierał niespokojnie, krzyczał bowiem do kogoś: "Precz, precz!" tak jakby widział ducha który po niego przyszedł (często jest bowiem tak, że umierający ludzie na krótko przed śmiercią widzą swoich bliskich, którzy do nich przychodzą. Jest to bardzo częsta praktyka wydaje się wręcz że prawie zawsze tak się dzieje. Jeden mężczyzna który doświadczył stanu śmierci klinicznej, stwierdził że odwiedził go jego dziadek, którego on zawsze bardzo dobrze pamiętał, ale który zmarł gdy był dzieckiem. Pokazał mu się jako młody chłopiec, więc ów mężczyzna stwierdził, że nie może być jego dziadkiem, skoro jest młodszy od niego. Tamten uśmiechnął się tylko i rzekł że przybrał tę postać aby było mu swobodniej z nim rozmawiać, ale skoro nie czuje się komfortowo, to przybrał postać dziadka którego on pamiętał). W zapisach historycznych jest też powiedziane, że Ludwik zmarł, gdy przez dłuższy czas wpatrywał się w jeden punkt. Zmarł z uśmiechem na twarzy, tak jakby mówił "Wracam!" (Ponieważ świat w którym żyjemy jest tylko naszą szkołą doświadczeń, często bywa tak, że z najbliższymi nam z naszej grupy docelowej mówimy sobie przed narodzinami "do zobaczenia po śmierci". Wiem że to dla nas żyjących brzmi bardzo dziwnie - i to jest stwierdzenie dosyć łagodne, ale doświadczyłem już tylu rzeczy z "Tamtej strony" że do prawdy nie jest to coś, czego mógłbym nie uznać za jak najbardziej możliwe). Jego ciało zostało złożone w starym grobowcu Karolingów w Metzu, obok jego matki Hildegardy (953 lata później sankiuloci wedrą się do tego grobowca i wyrzucą stamtąd ciała Ludwika Pobożnego, jego matki oraz innych Karolingów).

Po śmierci Ludwika jego synowie rzucili się sobie do gardeł, niczym młode wilki, a żaden z nich nie chciał pozwolić którekolwiek innemu (szczególnie zaś Lotarowi) aby objął tron po ojcu. To dawało księciu Mojmirowi szansę wyrwania się z zależności od Cesarstwa i realnego usamodzielnienia, poprzez stworzenie własnej metropolii na Morawach.

 
WILLA HADRIANA W TIVOLI
(REKONSTRUKCJA)



CDN.

niedziela, 24 listopada 2024

SŁOWA KTÓRE UCZĄ MYŚLEĆ - Cz. VI

CZYLI SENTENCJE I AFORYZMY OD
STAROŻYTNOŚCI PO WSPÓŁCZESNOŚĆ





PITAGORAS 
Cz. III






W KRĘGU PITAGORASA I PITAGOREJCZYKÓW:


METAMPSYCHOZA


 Czego nauczał bezpośrednio sam Pitagoras w swej założonej w Krotonie szkole zwanej pitagorejską (a istniejącej ponad 20 lat, od ok. 520 r. p.n.e. do ok. 497 r. p.n.e.)? Tego niestety nie można powiedzieć z całą pewnością, ponieważ (jak wspominałem w poprzednich częściach) Pitagoras nie pozostawił po sobie żadnych pism. Jednak Arystoteles obszernie opisuje nauki pitagorejczyków (choć nie wspomina przy tym o samym Pitagorasie). W każdym razie jedną z głównych nauk tak Pitagorasa jak i jego uczniów, była bez wątpienia metampsychoza - czyli wiara w nieśmiertelność duszy, oraz w to, że po śmierci wciela się ona w nowe fizyczne ciało. Potwierdzał to również Ksenofanes (urodzony ok. 570 r. p.n.e. w Kolofonie, był filozofem, teologiem, poetą i krytykiem greckiego politeizmu {mawiał na przykład, że gdyby konie i bydło miały ludzki rozum i ludzkie członki, tworzyłyby postaci bogów pod wizerunkami koni i bydła}, który w wieku 25 lat opuścił swą rodzinną Jonię i przez kolejne 67 lat swego życia podróżował po całym ówczesnym greckim świecie - ojkomene), potwierdzają to również: Ion z Chios (urodzony ok. 490 r. p.n.e. na wyspie Chios. Był poetą lirycznym, filozofem i pisarzem, przyjacielem Sokratesa. Jest znany chociażby z napisania hymnu ku czci Okazji, jako najmłodszego dziecka Zeusa. Zmarł ok. 420 r. p.n.e.) i Herodot (urodzony ok. 484 r. p.n.e. w Halikarnasie w Jonii. Grecki historyk, poeta, gawędziarz i twórca jednej z najstarszych greckich maps świata. Tworzył głównie w Atenach, które stały się jego nową ojczyzną. Zmarł ok. 426 r p.n.e.). Wszyscy oni potwierdzali że Pitagoras nauczał o nieśmiertelności duszy i o reinkarnacji, ale nic dokładniej na ten temat nie napisali. 

Empedokles (urodzony ok. 494 r. p.n.e. w doryjskim Akragas w południowej Sycylii {Rzymianie nazwali to miasto później Agrigentum i wydaje się że bardziej znane jest pod tą nazwą} wydaje mi się że kiedyś już o nim wspominałem, W każdym razie był to filozof który twierdził, że cała materia składa się z czterech elementów: wody, powietrza, ziemi i ognia, a spaja je ze sobą element najważniejszy - Phila, czyli Miłość. Zmarł ok. 434 r p.n.e.) pisał nawet, że Pitagoras pamiętał cztery swoje poprzednie wcielenia, ale wydaje się to być teoria mocno naciągana, po pierwsze dlatego że Pitagoras nie pozostawił po sobie żadnych pism, a po drugie Empedokles nigdy nie miał możliwości spotkać i porozmawiać z Pitagorasem cztery oczy, jako że żyli w innych epokach. Tamten zmarł, nim ten zdążył się narodzić. Dlaczego śmiem twierdzić że tak było? Ano dlatego, że Empedokles pisał iż Pitagoras miał pamiętać takie wcielenia jak: Etalidesa - syna boga Hermesa (który to bóg pozwolił mu zapamiętać kolejne wcielenia), Euforbosa - jednego z bohaterów (co prawda pomniejszych, ale jednak) wojny trojańskiej, następnie wcielił się w filozofa Hermotimosa - który miał rozpoznać tarczę Euforbosa w Świątyni Apollona w Delfach, a ostatnim jego wcieleniem miał być Pyrrus - rybak z Delos (ja oczywiście nie podważam faktu że Pitagoras mógł pamiętać swoje wcielenia {ja sam pamiętam poprzednie życie, a w zasadzie moment śmierci, więc nie mogę twierdzić że jest to niemożliwe}, pragnę tylko przypomnieć, że to nie on sam o tym pisał, a pisali o tym inni i to długo po jego śmierci, co stwarzało ogromne pole do najróżniejszych nadużyć). Natomiast Dikaerch (Dicaearchos) z Messany (urodzony ok. 350 r. p.n.e. - filozof, kartograf, geograf, matematyk, uczeń Arystotelesa z ateńskiego Liceum. Zmarł ok. 285 r. p.n.e.) dodał jeszcze jeden żywot Pitagorasa, jako pięknej kurtyzany i twierdził że był to jego najpiękniejszy żywot (😂).





MISTYCYZM


 Inną "przepisywaną" Pitagorasowi nauką, jaką głosić miał w swojej szkole, była wiara w "harmonię sfer", która głosiła że planety i gwiazdy poruszają się zgodnie z równaniami matematycznymi, a te zaś odpowiadają nutom muzycznym i w ten sposób wytwarzają niesłyszalną, boską symfonię życia (ja osobiście coraz bardziej przekonuję się do tego, że - tak jak już kiedyś pisałem: "BÓG JEST MUZYKĄ"). Pitagoras miał nauczać że 7 muz to tak naprawdę 7 planet które razem śpiewają. A ponoć zapytany kiedyś po co bogowie stworzyli człowieka, odpowiedział że po to, aby obserwował on niebo i otaczającą go przyrodę.

 



MATEMATYKA i NUMEROLOGIA


 Jak pisał Arystoteles: "Tak zwani pitagorejczycy, którzy jako pierwsi zajęli się matematyką, nie tylko rozwinęli tę dziedzinę, ale też nią się przejęli, wyobrażając sobie, że zasady matematyki są zasadami wszechrzeczy". Według Arystotelesa, pitagorejczycy używali matematyki jedynie z mistycznych powodów, pozbawionych praktycznego znaczenia. Wierzyli że wszystko składa się z liczb. Liczba "1" (monada) reprezentowała początek wszystkiego, a liczba "2" (diada) reprezentowała materię. Liczbą idealną była "3", jako że miała początek, środek i koniec (i była najmniejszą liczbą punktów, za pomocą których można było zdefiniować płaski trójkąt - który dla pitagorejczyków był symbolem boga Apollina). "4" oznaczała cztery pory roku i cztery żywioły. "5" była symbolem małżeństwa, gdyż odpowiadała dwójce i trójce, czyli... rodzicom i dzieciom. "7" również była liczbą świętą, gdyż tyle było planet (czyli muz), a także strun w lirze. Poza tym pitagorejczycy uważali że liczby nieparzyste są rodzaju męskiego, a parzyste żeńskiego (to ciekawe, ale ja też tak uważam 😊). Liczbę "10" uważali oni za liczbę doskonałą i nigdy nie zbierali się w grupach większych niż 10 osób. Właśnie Pitagoras miał wymyślić tetraktys - trójkąt równoboczny składający się z dziesięciu kropek, z jedną kropką w górnym rzędzie, dwiema w drugim, trzema w trzecim i czterema na samym dole - łącznie tworzył on więc liczbę doskonałą, którą pitagorejczycy uważali za symbol o najwyższym mistycznym znaczeniu i to do tego stopnia, że pitagorejczycy składali na niego przysięgi.

Pitagoras miał być też autorem twierdzenia geometrycznego o trójkątach prostokątnych, która mówi że suma kwadratów długości przyprostokątnych, jest równa kwadratowi długości przeciwprostokątnej, czyli a² + b² = c² (suma pól kwadratów a i b jest zawsze równa polu kwadratu c). Oczywiście istnieje też opinia (głównie wyrażona przez współczesnych badaczy jak choćby przez Waltera Burkerta), że tak naprawdę Pitagoras niewiele miał wspólnego z matematyką (co najwyżej z arytmetyką) i nie był tak naprawdę autorem ani twierdzenia Pitagorasa, ani też twórcą tetraktysu. Twierdzą oni, że prawdziwym autorem i twórcą pitagorejskiej matematyki był późniejszy pitagorejczyk o imieniu Filolaos z Krotonu (żył w latach ok. 470-399 p.n.e.), jeden z najgenialniejszych pitagorejczyków w dziejach. Trudno dociec jaka jest prawda, W każdym razie Pitagoras pozostaje współtwórcą geometrii euklidesowej, a także nauk związanych z wiarą (czy też właściwie można by było powiedzieć - wiedzą) w istnienie czegoś takiego jak reinkarnacja, oraz boskiego stworzenia na zasadzie harmonii sfer.





SZKOŁA


 Jak funkcjonowała szkoła pitagorejska w krotonie? Gdybym miał to streścić w jednym słowie, to powiedziałbym po prostu - klasztor! Ci, którzy przystępowali do zgromadzenia pitagorejskiego, składali przysięgę zarówno wobec samego Pitagorasa, jak innych braci i sióstr, że będą ściśle przestrzegać surowych praktyk religijnych i ascetycznych zgromadzenia, a także że będą studiować filozoficzne i religijne koncepcje założyciela owej szkoły. Zgromadzenie pitagorejskie było wspólnotą w ścisłym tego słowa znaczeniu. Ci, którzy do niej należeli, mogli liczyć na wzajemne wsparcie we wszelkich przedsięwzięciach i działaniach (często dochodziło do tego, że pitagorejczycy zrywali kontakty z członkami swoich rodzin, natomiast za rodzinę odtąd uważali członków wspólnoty). Jedli wspólnie posiłki, spędzali czas w swoim gronie i rzadko kiedy utrzymywali kontakt ze światem poza szkołą. Nie było wśród nich własności, gdyż wyznawali zasadę "koinà tà philõn" ("wszystko wspólne wśród przyjaciół"). Jamblich (żyjący w latach ok. 244-326 r. przedstawia wspólnotę pitagorejską, jako idealny pogański odpowiednik chrześcijańskich wspólnot, które istniały w jego czasach) twierdzi że istniały dwie grupy pitagorejczyków. Pierwszą byli mathematikoi ("uczący się matematyki"), drugą zaś akousmatikoi ("słuchający muzyki"). Czy pierwsi mieli być określani jako bardziej intelektualna i modernistyczna frakcja, skupiona głównie na aspektach naukowych. Drudzy zaś mieli być skupieni na numerologii, mistycyzmie i religii. Taki podział przedstawił nam Jamblich. Jednak wydaje się że krotońskie zgromadzenie któremu przewodniczył Pitagoras, nie było podporządkowane tym podziałom i że było bardzo płynne, jedna i druga strona wzajemnie się przenikały. Trudno też sobie wyobrazić aby jedna część uczniów Pitagorasa wybierała muzykę, a druga matematykę, tym bardziej że pitagorejczycy wierzyli że muzyka oczyszcza duszę (i poświęcona jest Apollinowi), podobnie jak medycyna leczy ciało (istnienia taka anegdota, że pewnego razu Pitagoras ujrzał dwóch pijanych młodzieńców, którzy próbowali włamać się do domu cnotliwej damy. Stanął więc przed nimi i zaimponował pieśni pełną długich spondejów, aż tam ci ostatecznie zrezygnowali ze swego zamiaru i odpuścili).

Jednak pitagorejczycy nie szkolili się jedynie w zakresie nauk matematycznych, mistycyzmu i metampsychozy, a kładli równie wysoki wymóg posiadania sprawności fizycznej i utrzymania zdrowego ciała, twierdząc że "w zdrowym ciele może zamieszkać zdrowy duch". Ćwiczenia fizyczne, biegi, lekkoatletyka pływanie w rzece lub w morzu, a także taniec i codzienne poranne spacery w blaskach wschodzącego słońca (stąd właśnie Fiodor Bronnikow namalował w 1869 r. obraz pt.: "Pitagorejczycy oddają cześć wschodzącemu słońcu") były codziennością w krotońskim zgromadzeniu założonym przez Pitagorasa. Co ciekawe, zaraz po wstaniu z łóżek, jak również przed położeniem się spać, zalecano chwilę kontemplacji, wyciszenia się wewnętrznego i swoistej "rozmowy z bogami" (czyli czegoś na wzór modlitwy). Była to ważna część życia członków zgromadzenia, gdyż pozwalała nabrać wewnętrznej energii na dalszy dzień, oraz podziękować bogom (lub losowi) za szczęśliwe jego zakończenie. Życie członków zgromadzenia opierało się na naukach Pitagorasa zwanych "symbolami". Wzajemnie przysięgali sobie i jemu że nikomu spośród zgromadzenia nie wyjawią nic, co będzie tam rozważane, a ci, którzy złamali owe przyrzeczenia, byli wykluczani ze społeczności, a na polach wokół szkoły stawiano im symboliczne nagrobki (jako że dla pitagorejczyków tamci już umarli). Tak się z pewnością stało również z owym Kylonem, który zostawszy wykluczony ze zgromadzenia, poprzysiągł pitagorejczykom zemstę i przystąpił do stronnictwa Ninona (postulującego usunięcie członków tej "sekty" z Krotonu). Ostatecznie stał się on sprawcą ich wygnania i późniejszej śmierci (498/497 r. p.n.e.), o czym pisałem już w poprzedniej części.




Symbole czyli nauki Pitagorasa prezentowane jego uczniom, nie odnosiły się jedynie do kwestii matematyki, czy też rozważań na tematy religijne i metafizyczne. Było tam bowiem równie dużo zakazów i napomnień aby unikano skalania, jak samych nauk. Pitagoras bowiem ogromnie duże znaczenie przywiązywał do kwestii jedności ciała z duszą i choć ja również podzielam te kwestie (choć nie w stu procentach, gdyż powiedzmy sobie szczerze - dbamy o nasze ciała po to, aby nam służyły, abyśmy dobrze się w nich czuli, byli zdrowi, sprawni itd itp. ostatnio rozmawiałem z pewnym 70-latkiem który ma kondycję czterdziestolatka i byłem pod wielkim wrażeniem jego intensywnego trybu życia. Pamiętajmy jednak że ciało to nie jesteśmy my, to jest po prostu pojazd o który trzeba dbać żeby służył, żeby można nim było jeździć sprawnie i szybko. Ale jest to pojazd, który wcześniej czy później ulegnie zniszczeniu, bez względu na nasze starania... i tyle, nie będę się więcej wymądrzał w tym temacie), to jednak wydaje mi się że spora część zakazów które były tam uskuteczniane, była po prostu... głupia (ale to jest tylko moje zdanie). Pitagoras bowiem z zabraniał swoim uczniom np noszenia wełnianych szat (?), a także łamania chleba, rozniecania ognia mieczami, a także zbierania okruchów (😯). Nakazywał też Pitagoras aby zawsze po wstaniu z łóżka wkładano najpierw prawy sandał, a dopiero potem lewy (ta tradycja do dzisiaj przetrwała chociażby w przekonaniu że lepiej wstać prawą nogą niż lewą, bo wtedy dzień będzie dla nas szczęśliwszy, notabene ja zawsze wstaję prawą nogą, bo akurat... śpię z tej strony łóżka 😂. Chyba że "przejdę" przez moją Panią 🤭 ❤️). Zalecał też Pitagoras aby nie nosić wizerunków bogów na pierścieniach, gdyż wbrew pozorom to wcale szczęścia nie przynosi. Twierdził też że ludzie nie powinni podążać za głosem tłumu, gdyż bywa on wadliwy (i często prowadzi na manowce), a raczej za głosem nielicznych, którzy dzięki swej wiedzy, mądrości i doświadczeniu potrafią wskazać właściwą drogę. Bogów zalecał czcić przede wszystkim muzyką, gdyż to ona jedyna dociera do uszu i raduje serca (a więc niektóre pomysły Pitagorasa nie były wcale takie nierozsądne).




CDN.

środa, 7 sierpnia 2024

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VIII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA
Cz. VIII



WŁADYSŁAW IV WAZA



 Po otrzymaniu zaproszenia do pałacu Nevers wysłanym przez księżniczkę Gonzagę, królewicz Jan Kazimierz przybył tam dnia następnego - incognito. Spotkanie trwało godzinę, po nim doszło jeszcze do czterech kolejnych już jawnych. Pojawiły się plotki o romansie tych dwojga (chociaż przybyli do Paryża wysłannicy króla Władysława pilnowali aby kochliwy królewicz nie uczynił niczego niestosownego i politycznie kompromitującego). 30 marca 1640 r. (w miesiąc to swym uwolnieniu z twierdzy Vincennes) Jan Kazimierz opuścił Paryż i powrócił do Polski, a Maria Gonzaga przeżyła kolejne rozczarowanie. W tym też czasie zaprzyjaźniła się w madame de Rambouillet, prowadzącą słynny błękitny salon w Paryżu (nazwa owego salonu wzięła się od obić ścian w głównej komnacie, w której owa dama przyjmowała odwiedzających, leżąc na łożu pod baldachimem w otoczeniu swoich służących - taki był wówczas zwyczaj, gości przyjmowano w sypialni, a pani domu kładła się wówczas do łóżka). Salon pani de Rambouillet słynął z wyrafinowanego języka i manier, przybywała tam nie tylko arystokracja, ale również elita umysłowa Francji, dyskutując na tematy literackie i preferując umiłowanie poezji (w prowadzeniu tego salonu pomagała jej córka Julia). Maria Gonzaga była częstą bywalczynią salonu madame de Rambouillet gdyż przyjaźniła się nie tylko z nią, ale również z jej córką i sama od 1640 r. (w Pałacu Nevers) prowadziła swój własny, znacznie skromniejszy salon poetycki. To właśnie w Pałacu pani de Rambouillet, podczas artystycznych wieczorów z panią de Sevigné, Maria Gonzaga poznała młodszego od siebie o 10 lat księcia Ludwika d'Enghien (zwanego później Wielkim Kondeuszem, sławnego wodza z czasów Ludwika XIV). Nie była to wcale przypadkowa znajomość, bowiem tych dwoje znało się praktycznie od dziecka, tym bardziej że matka Ludwika, księżna Condé opiekowała się Marią po śmierci jej matki i często przebywała ona na zamku Condé (zapewne aby odciążyć jej opieką Katarzynę de Longueville - ciotkę Marii Gonzagi). Para ta więc zapewne lubiła się i młody Ludwik często gościł zarówno w Pałacu Nevers, jak również sama Maria w rezydencji książąt Condé, a także spędzali razem wakacje w Trie - majątku siostry Ludwika - Anny Genowefy (żony syna pani de Longueville). Z tego też powodu szybko pojawiły się plotki o ich romansie.

Były to bowiem czasy, gdy arystokracja używała sobie na całego w swych majątkach, a pozycja króla (choć niezwykle silna już wówczas - dzięki zabiegom kardynała Richelieu a później kardynała Mazarin) nie była jeszcze tak potężna, że arystokracja godziła się porzucać swoje ogromne majątki na prowincji po to tylko, aby uzyskać skromny pokoik w Wersalu i służyć królowi podczas jego porannych i wieczornych ablucji (co uważano za ogromny honor, móc uczestniczyć w porannym wypróżnianiu się króla do nocnika i w jego ubieraniu się 😉). Maria, młoda i ładna dziedziczka Nevers była niezwykle popularna na paryskich solonach, ale równie popularna była jej młodsza siostra Anna, która zaprzyjaźniła się z księżną de Chévreuse i wraz ze swą kuzynką, księżną de Longueville (córką swej ciotki), stworzyły swoiste trio które odznaczało się nie tylko dosyć nieskrępowaną swobodą obyczajów, ale również pięknem, zalotnością, umiłowaniem poezji oraz wszelkich nauk. Anna była bodajże ładniejsza niż Maria, a na pewno przykładała nieco więcej uwagi do kwestii nauki, chodź raczej nie dbała o swoją opinię w kręgach paryskiej arystokracji (zakochała się bowiem w księciu de Guise, biskupie Reims i była to tak wielka miłość z jej strony, że dziewczyna gotowa była uczynić dla niego dosłownie wszystko). Ze swym kochankiem, księciem de Guise zawarli nawet potajemny ślub w 1639 r. (co ciekawe, pan młody jako biskup Reims sam sobie udzielił dyspensy 🤭). W roku 1640 książę de Guise wziął udział w spisku przeciwko kardynałowi Richelieu, i po jego wykryciu musiał uciekać z Francji do Flandrii. Anna była tym zrozpaczona, chciała natychmiast podążyć za ukochanym i pomimo rad siostry aby tego nie czyniła, wdziała męski strój, obcięła włosy i podążyła konno do Flandrii za swym mężem. Tam jednak dowiedziała się że de Guise... ponownie się ożenił, co złamało jej serce. Maria natomiast również wdała się w romans. Pierwszym jej kochankiem był nieznany kawaler, którego zwano monsieur X, drugim zaś był Henryk d'Effiat markiz Cinq-Mars. Henryk był znacznie młodszy od Marii, bardzo przystojny, niezwykle elegancki i gustowny (być może dlatego tak bardzo jej się spodobał). Można nawet powiedzieć że był modnisiem i bardzo też dbał o higienę (ubrania zmieniał cztery razy dziennie, co jest bardzo ważne dla tamtych czasów, gdyż ludzie z reguły wówczas nie brali kąpieli zbyt często, największe czyściochy może nawet raz w tygodniu - uwcześni lekarze zalecali bowiem aby kąpać się jak najrzadziej, gdyż kąpiele miały osłabiać organizm i tym samym wykańczać ciało przyspieszając śmierć, natomiast na potęgę stosowano puszczenie krwii to praktycznie na wszystkie dolegliwości, co tym bardziej osłabiało organizm - ale za to codziennie zmieniano - przynajmniej raz - ubrania na czyste, co powodowało że nawet jeśli pod pachami nieprzyjemnie pachniało, to jednak nowa koszula tłumiła ten odór. Swoją drogą teraz, jak wyjdzie projektowany właśnie "Niebieski ład", do czego otwarcie dąży już Unia Europejska, to my się cofniemy właśnie do tego okresu, gdyż wzięcie prysznica będzie nas kosztowało tak wiele, że kąpiel raz w tygodniu będzie marzeniem. Swoją drogą zobaczcie jak pięknie cofają nas w rozwoju: nie wolno nam się myć, nie wolno nam podróżować, latać samolotami to już w ogóle, własność jest zła 15-minutowe miasta, do tego niekontrolowana imigracja muzułmańska, zacieranie wszelkich korzeni (zarówno rodzinnych jak i narodowych) promowanie wynaturzeń seksualnych, wszystko po to, żeby trzymać nas w całkowitym poddaństwie i posłuszeństwie, bo jeśli będziesz posłuszny to może coś ci dadzą, i będziesz szczęśliwy... nie mając niczego 😬).

Romans Marii z Cinq-Marsem trwał jednocześnie z jej romansem z panem X, a ona nie potrafiła wybrać jednego z nich. Z czasem jednak, gdy Cinq-Mars zaproponował Marii małżeństwo (1641 r.) ta się zgodziła, ale powstał problem, gdyż on (królewski koniuszy i osobisty druh Ludwika XIII) nie mógł poślubić prowincjonalnej księżniczki (gdy poprosił o wsparcie kardynała Richelieu, ten go wyśmiał i wyrzucił ze swych komnat). Maria zauważyła jednak że małżeństwo z Henrykiem może bardzo jej się opłacać i sama zaczęła naciskać na kochanka aby postarał się uzyskać królewską zgodę. Król Ludwik XIII jednak również nie chciał o tym słyszeć, co spowodowało że Henryk Cinq-Mars popełnił zdradę stanu, zawierając tajną umowę z przedstawicielami króla Hiszpanii Filipa IV (który miał mu wypłacać wysoką pensję). Problem polegał jednak na tym, że Francja toczyła wówczas wojnę z Hiszpanią i gdy tylko Richelieu otrzymał dowód zdrady Cinq-Mars'a (dzięki sieci swych agentów) los markiza był już przesądzony. Król - pomimo iż darzył Henryka sympatią i nawet wcześniej nieustannie dopytywał się o jego zdrowie oraz zasięgał jego rad - teraz bez oporów skazał go na śmierć (wyrok wykonano 12 września 1642 r. przy czym odważna i szlachetna postawa Cinq-Mars'a w chwili śmierci stała się potem wręcz legendarna i była wielokrotnie przytaczana w twórczości literackiej. Swoją drogą to kolejny przykład upadku mężczyzny przez ambicje kobiety. Innym podobnym przykładem takiego właśnie nieco toksycznego związku, był związek Marka Antoniusza i Kleopatry, gdy ona w czasie bitwy pod Akcjum - prawdopodobnie przestraszyła się klęski i zawróciła za swą flotą - wówczas Antoniusz, już w trakcie bitwy, widząc odpływającą ukochaną, rzucił się za nią wpław do morza, poświęcając swoją armię, flotę, całą swoją przeszłość i przyszłość na tym jednym ołtarzu miłości 🥴). Gdy tylko Cinq-Mars został aresztowany, a następnie skazany i ścięty, Maria przeraziła się, obawiając iż może doń dołączyć. Roztrzęsiona i przerażona zjawiła się w Pałacu madame de Rambouillet, błagając ją o wsparcie u króla (La Rochefoucauld zanotował potem, iż pani de Rambouillet wyznała mu, że nigdy wcześniej nie widziała jej w takim stanie - tak bardzo przerażonej). Madame de Rambouillet zadziałała szybko, znając doskonale siostrzenicę kardynała Richelieu (która również należała do bywalczyń jej błękitnego salonu), poprosiła ją, aby kompromitujące Marię dokumenty przestały istnieć, i tak też się stało - dziewczyna wykradła swemu stryjowi wszelkie obciążające Marię papiery i je spaliła, co ocaliło Gonzagównie życie. Wyjechała ona teraz do swego majątku w Nevers, gdzie przeżywała śmierć ukochanego, nosząc czarne, żałobne suknie. 




Wkrótce potem - 4 grudnia 1642 r. zmarł wszechwładny kardynał de Richelieu, a jego miejsce (pierwszego ministra państwa) zajął kardynał Juliusz Mazarin. 14 maja 1643 r zmarł zaś Ludwik XIII, pozostawiając tron swemu synowi, zaledwie 5-letniemu dziecku - Ludwikowi XIV, nad którym regencję sprawowała matka, królowa Anna Austriaczka. Wówczas to Maria Gonzaga mogła powrócić do Paryża. Wcześniej jeszcze, przeżywając żałobę po Cinq-Mars'ie, Maria stała się niezwykle religijna co akurat w tamtym czasie nie odbiegało od normy (Francja w XVI a szczególnie w XVII wieku to kraj hiper-katolicki, księża, mnisi - a szczególnie mniszki - były naturalnym krajobrazem francuskich miast i prowincji. Kobiety wręcz dominowały w zakonach, stanowiły 60% wszystkich francuskich mnichów. Jednocześnie - co ciekawe właśnie wówczas, a nie w tym, jakże pogardzanym średniowieczu - mnożyły się też wszelkiego typu oskarżenia o praktykowanie czarów i konszachty z diabłem. W czasach o których piszę, najsławniejszym tego typu procesem był proces opętanych mniszek z Loudon i proboszcza Grandier, który według sędziów miał wydać je diabłu. Został za to spalony na stosie (1634 r.). Ogromną władzę religijną we Francji zaczęli (po swym powrocie do kraju w 1603 r. po krótkim wypędzeniu przez Henryka IV) pełnić jezuici, zakładając sieć szkół, szpitali i zyskując ogromne wpływy na dworze. Poza tym franciszkanie, kapucyni, a szczególnie zakony żeńskie: urszulanki, karmelitanki, szarytki, lazaryści zakładali sieć akcji charytatywnych, pomagając sierotom, bezdomnym i ubogim, chorym psychicznie a także świadcząc posługę duchową galernikom (to już męscy misjonarze). Francja XVII wieku w niczym nie przypominała tej obecnej, która otwarcie już pluje na swoje korzenie i tradycje, a przykład tego gówna, jakim było otwarcie igrzysk olimpijskich pokazuje dobitnie, że realnie Francji już nie ma (i powiem Wam kochani, że chociaż ja sam nie jestem człowiekiem zbytnio religijnym - jak już kiedyś pisałem, ja już nie potrzebuję religii, i choć może to zabrzmieć butnie, to ja już znam drogę do Boga, doświadczyłem pamięci poprzedniego życia, doświadczam bliskości Boga praktycznie codziennie więc zwykła wiara jest mi zupełnie niepotrzebna - ale ostatnio przeczytałem artykuł {już nie pamiętam gdzie dokładnie to było}, że w całej Francji organizowane są pielgrzymki do nowo odbudowanej Katedry Notre-Dame dame i wiecie co, dawno już nic tak nie ucieszyło mnie z wiadomości o Francji, jak właśnie to). Ale wróćmy do tematu. Pomimo tych wszystkich akcji dobroczynnych prowadzonych przez zakony, zaczęła pojawiać się również ich krytyka, jak i krytyka wszechwładzy papieży. Bowiem ksiądz który posiada taką moc iż podczas mszy przemienia chleb w ciało Boga, i biskup który dał mu tę władzę, stają się jakoby nadludźmi, znacznie wyższymi od reszty śmiertelników (niekiedy nawet wyższymi od samych królów). 

W tym właśnie czasie stał się popularny we Francji ksiądz Du Vergier de Hauranne, opat Saint-Cyran, który ostro wystąpił z krytyką hierarchii duchownej. Gdyby oczywiście na tym poprzestał (w końcu królowi również zależało na tym, aby promować kościół gallikański czyli narodowy, jednocześnie osłabiając władzę papieża we Francji) zyskałby przychylność, a być może nawet wsparcie dworu, ale Saint-Cyran na tym nie poprzestał. Uderzył przede wszystkim w samego kardynała Richelieu, ostro krytykując jego dwulicowość, czym zgotował sobie przykry los. W 1638 r. Richelieu nakazał go aresztować i wtrącić do lochu (gdzie przebywał przez kilka miesięcy, tracąc tam zdrowie, siedząc w wilgotnej i zimnej celi). Wypuścił go zaś stamtąd w chwili, gdy ten był już umierający i wkrótce potem zmarł. Ale wkrótce potem pojawił się inny duchowy buntownik, przyjaciel Saint-Cyrana, niejaki Jansenius - biskup Ypres. W 1640 r. opublikowany został (pośmiertnie, gdyż Jansenius zmarł dwa lata wcześniej) jego traktat pt.: "Augustianus", który był otwartą krytyką dotychczasowych poglądów wyznawanych przez Kościół rzymskokatolicki, szczególnie zaś Jansenius (a zanim jego zwolennicy janseniści) kładli nacisk na akt Łaski Bożej, jednocześnie uważali że najważniejszym sakramentem jest sakrament komunii, gdyż wszelkiego rodzaju niewdzięcznicy nie będą go godni. Uważali też że człowiek od urodzenia skazany jest raczej na zbawienie lub potępienie (co poniekąd oczywiście można tłumaczyć tym, niż przybywamy na ten świat z pewnymi rolami do odegrania, ale wszystkie religie jakie powstały na Ziemi nie biorą pod uwagę jednej rzeczy, która według mnie się wydaje się najważniejsza, a mianowicie że to, co my tutaj robimy, choćby były to największe zbrodnie {i wiem że teraz mogę sam sobie strzelić nie tylko w kolano, ale wręcz w podbrzusze}, nie jest na tamtym świecie traktowane jako coś, za co musimy zostać ukarani. To wydaje się być herezją, gdyż wiadomo że za zło się każe, a za dobro nagradza i jeżeli te wartości zostaną pomieszane, nastąpi powszechna anarchia. To prawda, tak bowiem powinniśmy działać i postrzegać rzeczywistość jako ludzie żyjąc tutaj. Ale - że tak kolokwialnie powiem, używając słów Plutarcha - bogowie na to tak nie patrzą. Tu też ciekawa jest kwestia Świadków Jehowy, których to ruch (ja nazywam go z "Zakonem") jest typową sektą. Swoją drogą jest to sekta która wmawia swoim wyznawcom że ich zbawienie nastąpi wówczas, kiedy Bóg w Armagedonie wymorduje całą resztę ludzkości, czyli innymi słowy celem świadków Jehowy jest oczekiwanie powszechnego mordu, jaki ma zgotować tutaj Jehowa, Jahwe (TJehooba? 🧐). Ale na zdrowy rozum, powiedzcie mi Kochani po co Bóg miałby to robić (gdyby w ogóle Jehowa był Bogiem, ale załóżmy że tak jest) po co miałby wymordować miliardy ludzi (dla garstki wyznawców o wcześniej odpowiednio wypranych mózgach) przecież to jest totalnie oderwane od wszelkiej logiki i jakiegokolwiek zdrowego rozsądku. I  odpowiadając na to pytanie, należałoby wcześniej wręczyć Świadkom Jehowy dzieło Plutarcha "O odwlekaniu kary przez bogów" (w ogóle uważam że Świadkowie Jehowy powinni przeczytać dzieło Plutarcha, bo ono jest kwintesencją tego, co ja pragnę przekazać w nieco innych słowach, ale tamte słowa, archaiczne i w sposób niezwykle prosty wypowiedziane - zresztą tak jak wówczas ludzie rozumieli świat - jest dokładnym streszczeniem tego, kim my jesteśmy na tym świecie). 


ARMAGEDON WEDŁUG ŚWIADKÓW JEHOWY 
(TO NAPRAWDĘ JEST JAKIEŚ CHORE)



W najprostszych słowach, można sprowadzić to wszystko do stwierdzenia: po jasną cholerę Bóg miałby zabijać choćby największych grzeszników na tej Ziemi, skoro ci grzesznicy wcześniej czy później i tak do niego wrócą (😙). Ktoś więc kto wymyślił Armagedon musiał być niezłym zjebem (mam tutaj oczywiście na myśli powszechne zniszczenie sprowokowane przez Boga i tylko do tego teraz się odnoszę). A potem dzieci w rodzinach Świadków Jehowy żyją z tą traumą, że jeżeli Jehowa się na ciebie obrazi, to ty już jesteś skazany na śmierć w Armagedonie, a może się obrazić za wszystko, chociażby za to że namalowałeś choinkę podczas lekcji plastyki w szkole. Najgorzej też mają ci, którzy odchodzą od tej sekty, gdyż dla całej reszty są oni już umarli, i takie dziecko musi nagle zerwać kontakty czy to z matką, czy z ojcem, czy nawet z babcią bo ta odeszła z "Zakonu". Nie ma znaczenia czy kochasz rodzica czy nie kochasz ono już jest skazane na śmierć w armagedonie bo się Jehowa obraził (😅) Hardkor totalny. Ale nie przedłużając - na zdrowy ludzki rozum, gdybym ja był Bogiem to nie robiłbym nic żeby przeszkodzić tym ludziom którzy popełniają zbrodnie, gdyż po pierwsze oni mają Wolną Wolę (czyli swobodę wyboru własnej drogi życiowej - nawet jeśli ta droga jest wcześniej wyreżyserowana, bo tak jest!), a oni w żaden sposób by przede mną nie umknęli, bo nie mieliby gdzie i wcześniej czy później by do mnie przyszli. Ale pomijając już ten nieco komiczny aspekt, uważam że (szczególnie) grzesznicy mają czas na to, żeby naprawić swoje winy i pisał o tym właśnie Plutarch, że bogowie pozostawiają im długie życie właśnie po to, aby odmienili się, i aby zadośćuczynić za to co wcześniej uczynili. Bowiem poprzestańmy też postrzegać naszą obecność tutaj, jako coś w rodzaju kary - choć bezwzględnie wszystko wskazuje na to że żyjemy w piekle. To nie jest żadna kara, to jest swoista zabawa, my tutaj przybywamy żeby poznać coś, czego nie jesteśmy w stanie doświadczyć Tam, czyli zła, cierpienia, bólu i odrzucenia. A myk w tym wszystkim polega na tym, że aby wyrwać się z tego materialnego piekiełka, to trzeba tym wszystkim którzy nam wyrządzili jakąś krzywdę lub uczynili wielkie zło, po prostu... przebaczyć. Przebaczyć i postarać się ujrzeć w nich to, czym wszyscy jesteśmy - Boga. Bożą Jedność i Miłość i to jest wszystko, nie trzeba do tego religii, nie trzeba kanonów, przykazań i tym podobnych. Droga wyjścia i powrotu do "DOMU" jest jasno wytyczona, pytanie tylko czy możliwa dla nas do spełnienia już w tym życiu?

Ale się rozpisałem nie na temat, w każdym razie wracając do Janseniusa, trzy lata po wydaniu "Augustinusa", francuski teolog Antoni Arnauld (ojciec Arnauld), wydał swój własny traktat, zatytułowany: "De la fréquente communion" ("O częstej komunii"). Po co w ogóle o tym piszę? Otóż dlatego, że po śmierci Cinq-Mars'a Maria Gonzaga zbliżyła się właśnie do kręgu jansenistów, rekolekcje odbywała w opactwie Port-Royal (słynnym aż do początku XVIII wieku, głównym ośrodku jancenizmu. Został on oficjalnie zamknięty i zburzony na rozkaz Ludwika XIV w 1709 r.). Nawiązała też przyjaźń z przeoryszą klasztoru Port-Royal, matką Angeliką (jednak nie została jansenistką, potem bowiem, już w Polsce okazywała znaczną życzliwość przeciwnikom jansenizmu - jezuitom). W każdym razie żyła takim życiem przez pewien czas, aż w marcu 1644 r. w dalekim Wilnie zmarła królowa Cecylia Renata Habsburżanka, małżonka króla Rzeczpospolitej - Władysława IV. Ten teraz ponownie rozglądał się za nową małżonką i kardynał Mazarin obawiając się aby Polska ponownie nie wpadła w krąg habsburski, wysłał do Warszawy (latem 1644 r.) wicehrabiego de Brégy (oficjalnie z kondolencjami, a realnie w celu zawarcia sojuszu polsko-francuskiego przypieczętowanego małżeństwem z jedną z francuskich księżniczek). Dowiedziawszy się o tym, Maria Gonzaga postanowiła że tym razem uczyni wszystko, aby to właśnie ona była najważniejszą kandydatką na przyszłą żonę Władysława IV (tym samym spełniłaby swoje marzenie z dzieciństwa zostania królową). Wspierała ją w tym życzliwa aczkolwiek już sędziwa księżna Condé, która uruchomiła bardzo wiele wpływów i to zarówno na dworze francuskim, jak i w Wiedniu, a nawet w Warszawie. Nawiązała przyjacielskie stosunki z wysłannikiem Władysława IV w Paryżu, Włochem Roncallim. Zapraszała go do siebie na przyjęcia, spełniała jego zachcianki i oferowała znaczne sumy pieniędzy, on zaś w listach do króla pisał, że Maria jest wyjątkowo piękna, a do tego majętna. Gdy zaś latem 1645 r. de Brégy ponownie przybył do Warszawy, wiózł ze sobą propozycję małżeństwa odnośnie trzech francuskich księżniczek: Gonzagi, de Guise i de Longueville, przy czym zalecał aby król wybrał tę pierwszą, która jest bez wątpienia najpiękniejsza. Przywiózł też portret Marii (mocno wyretuszowany jak to byśmy dzisiaj nazwali, ukrywający wszelkie jej defekty, szczególnie to, że w ciągu kilku lat Maria nieco nabrała ciała - oczywiście nie była gruba, ale również nie tak szczupła jak na obrazie). W Warszawie bardzo przypadła ona do gustu zarówno królowi jak i jego dworakom. Jednym z powodów wyboru księżniczki mantuańskiej było również jej pochodzenie od linii ostatnich cesarzy bizantyjskich, a to niezwykle ważna kwestia w projektowanej przez Władysława IV wielkiej wojnie z Imperium Osmańskim (w celu odzyskania Konstantynopola). Tak więc decyzja zapadła, Maria miała stać się nową polską królową.




Teraz przystąpiono do uzgodnień detali (a jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach 😀), czyli ustalania wysokości posagu. Maria nie była tak bogata jak twierdził że Brégy i jak życzono by sobie tego w Warszawie. Poza tym wkrótce na dwór Władysława IV dotarły plotki o romansie Marii z Cinq-Mars'em, de Brégy miał więc wiele pracy, musząc odpowiednio przekupić wielu senatorów (w tym kanclerza Ossolińskiego, Kazanowskiego nawet wojewodę Denhoffa) a także osobistego królewskiego astrologa, który ułożył odpowiednio dobrany horoskop. Nie dość na tym, de Brégy musiał też zadeklarować dodatkowy posag zapłacony przez Ludwika XIV. 13 lipca 1645 r. po zgodzie Senatu, polski poseł zakomunikował Marii: "Dzięki Najwyższemu ziściła się nadzieja, Wasza Książęca Mość jest mianowana Polską Królową". Teraz Gonzagówna oczekiwała już tylko przybycia oficjalnego poselstwa z Warszawy, które miało ją zabrać do Polski.


KANCLERZ OSSOLIŃSKI Z SYNAMI




PS: To co ostatnio odstawił Krzysztof Stanowski ze swoją prowokacją wymierzoną w Zbigniewa Stonogę (na co zresztą złapało się mnóstwo polskich pato-dziennikarzy, niczym jak na rzuconą w wodę wędkę, na którą po kolei łapie się wianuszek ryb) to prawdziwe mistrzostwo świata. Oczywiście Stanowski niczego by nie osiągnął, gdybyśmy nie mieli prawdziwych kretynów udających dziennikarzy, kretynów udających polityków i całą masę tych patocelebrytów. Zobaczcie, nikomu nie chciało się sprawdzić źródła. Ja osobiście przyznam się szczerze nie śledzę na bieżąco Kanału Zero Stanowskiego, ale i mnie od razu zaczęło się coś tutaj nie kleić i gdy tylko realnie zależało mi na tym, żeby wykorzystać taki materiał, to natychmiast bym sprawdził to, o czym oni mówią natychmiast sprawdziłbym fakty, bo jeżeli bym tego nie zrobił i puścił to dalej w eter, to przede wszystkim sam wystawiłbym o sobie świadectwo i sam zrobił z siebie kretyna. Ale z drugiej strony patrząc jak oni mieli sprawdzić źródło? Przecież to, co im podrzucił Stanowski, to było dokładnie to, jakby wygłodniałym zombiakom rzucić kawał mięsa. Oni w swoim własnym kółku wzajemnej adoracji od dawna się utwierdzali w przekonaniu że Stanowski to pisior, bo brał pieniądze do PiS-u, od Ziobry itd. (zapewne brał, jak większość dziennikarzy, którzy już totalnie zanurzali ten zawód w łajnie, ale robienie z niego "pisiora" jest zwykłym debilizmem, Stanowski po prostu jest konformistą, ale zarówno wcześniej - jeszcze w Kanale Sportowym - jak i teraz w Kanale Zero, dostał silny atak ze strony michnikowszczyzny i to go nieco ustawiło na pewnych pozycjach, na których zapewne nie chciałby się sam umieścić (tym bardziej że jego przyjaźń ze Zbigniewem Bońkiem, który obecnie już jest takim totalnym platformianym błaznem, pokazuje że ten człowiek nie jest żadnym pisiorem i nigdy nim nie był). Ale ośmielił się podważyć pewien kanon, mówiący o tym że ci, którzy mogą robić dobre i popularne media, to są ci, których wytypuje salon, a salon tworzy Adam Michnik i jego akolici. Otóż okazało się że to nieprawda, że dobry i popularny internetowy (bo przecież internet to przyszłość) kanał medialny można stworzyć bez wsparcia tak zwanego salonu, nowej po okrągłostołowej szlachty. I to wzbudziło nienawiść michnikowszczyzny oraz polityków wspierających opcję obecnie rządzącą, do tego żeby umiejscowić Stanowskiego po stronie "pisiorstwa". 

A tym jednym aktem Stanowski pokazał jak łatwo można z nich wszystkich zakpić i jakimi są durniami. Stonoga był gotów zapłacić każde pieniądze za taki kompromat (a jeszcze dopytywał się czy oni mają tego więcej, to też jest totalna kpina. Stanowski odpowiedział mu bardzo inteligentnie:"Panie Zbigniewie, my mamy tego ile pan zechce, naprodukujemy panu filmów na mnie ile pan tylko chce i pan się nie wypłaci do końca życia" 😄🤣 Ale to jest właśnie to o czym ja wyżej pisałem, ci ludzie są chorzy z nienawiści, dla nich cały świat może upaść byleby tylko dobić pisiora. Nic się nie liczy CPK, Port Kontenerowy, rozwój Polski, nic kurwa się nie liczy, tylko walka z PiS-em. Dlatego też pięknie i koncertowo Stanowski załatwił tych wszystkich patałachów polityczno-medialnych, tych wszystkich zdobywców grand presa i innych nagród, pokazując że to banda zwykłych Dyzmów (w najlepszym przypadku) albo ludzi którym po prostu już się odechciało i lecą na micie który wcześniej zdobyli, czyli w zasadzie na oparach. A Stanowski prostym ruchem sprowadził ich do parteru, inscenizując zebranie dziennikarzy Kanału Zero, na którym stwierdził że PiS-u nie atakujemy i Ziobry nie atakujemy, co było tym przysłowiowym "mięskiem" dla zombiaków w stylu Stonogi, Lisa, Pińskiego, Wiejskiego i wielu wielu innych. A sam Zbyszek obiecał ponoć temu kto znajdzie jakiś kompromitujący materiał na Stanowskiego niebieskie Lamborghini, więc Stanowski sam mu dostarczył kompromat na siebie. Jak to się pięknie składa prawda. (😂).




CDN.