Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POLSKA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POLSKA. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 czerwca 2025

SARMACKIE OPOWIEŚCI - Cz. V

CZYLI NASZA DAWNA "SZPLITA"




 Nim przejdziemy dalej, do kwestii rodzinnych, a nawet uczuciowych dawnych przedstawicieli naszej elity, musimy sobie na początku wyjaśnić jaki był krąg wyobrażeń narodowościowych i państwowych szkacheckiej braci, czyli czy uważali się za Koroniarzy, Litwinów a może Rzeczpospolitan czy za Polaków? Oczywiście odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem byłoby bardzo trudno, jako że dzieje Rzeczypospolitej można podzielić na co najmniej trzy okresy. Po zawarciu pierwszej Unii Korony Królestwa Polskiego z Wielkim Księstwem Litewskim w Krewie w roku 1395 i okres ten trwał do zawarcia Unii Lubelskiej w 1569 r. Drugi zaś okres to czasy od Unii Lubelskiej do roku 1648 i wybuchu powstania Chmielnickiego, a następnie wojen z Moskwą, Szwecją, Tatarami i  Siedmiogrodem. Trzeci zaś okres, to czas po zawarciu pokoju z Moskwą w roku 1667, który to trwał do końca istnienia tamtej Rzeczpospolitej, czyli do 1795.

Okres pierwszy był oczywiście czasem w którym zarówno Polacy z Królestwa, Litwini z Wielkiego Księstwa jak również Rusini z ziem zajętych przez wielkich kniaziów litewskich (ale pamiętający tradycję Księstwa Kijowskiego czy Halicko-Włodzimierskiego), żyli w dwóch państwach, które spajała jedynie osoba monarchy, lub też więzy dynastyczne (gdy np. w Koronie panował brat władcy, który rządził Litwą). Oczywiście już wówczas następowała powolna unifikacja elit, na zasadzie przyjęcia do grona szlachty polskiej bojarów litewsko-ruskich (zaczęło się to w Horodle w roku 1413). Było to tzw "podzielenie się wolnością", czyli tym co szlachta polska miała najcenniejszego i co zdołała sobie wywalczyć w dziesięcioletnich zmaganiach z monarchami. Ale realna różnica polityczna pomiędzy Koroną, a Wielkim Księstwem była oczywista i nie podlegająca dyskusji. Unia personalna nie powodowała również tego, że wojny toczone przez jedno państwo były automatycznie wojnami drugiego, tak nie było, choć mogło tak być (jak w przypadku Wielkiej Wojny z Zakonem Krzyżackim w latach 1409-1411). Przykładem niech będzie chociażby Wojna Trzynastoletnia z Zakonem Krzyżackim z lat 1454-1466 którą prowadziła tylko Korona Królestwa Polskiego, natomiast Litwa pozostała całkowicie neutralna. Podobnie było z wojnami toczonymi przez Wielkie Księstwo na Wschodzie, z Tatarami czy z Moskwą. Wojny te realnie nie dotyczyły Korony, działy się bowiem gdzieś daleko, daleko na Wschodzie i dopiero klęski Litwy w tych wojnach zmusiły króla Zygmunta I Jagiellończyka do większego zaangażowania w tę kwestię Koroniarzy (wojna z Moskwą w latach 1507-1508 była tak naprawdę pierwszą wojną toczoną przez Koronę i Litwę jednocześnie, chodź nie na takich samych zasadach). Te wojny mimo wszystko jednak polegały na tym, że Koroniarze (czyli Polacy) organizowali kontyngenty militarnego wsparcia dla Litwinów (czyli wysyłano wybrane wojska), ale Korona jako państwo realnie nie brała w nich udziału.



 
Unia Lubelska 1569 r. wiele w tym temacie zmieniła, bowiem włączenie do Korony ogromnych ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego (czyli Wołynia i Ukrainy) spowodowało, że Królestwo Polskie zyskało teraz wspólną granicę zarówno z Chanatem Krymskim jak i z Moskwą. Ale Litwini pozostali Litwinami a Koroniarze Koroniarzami. Jednak od tej daty już nie tylko osoba króla łączyła te dwa państwa, ale również wspólny Sejm, który wkrótce stanie się najważniejszym spoiwem łączącym Koronę i Wielkie Księstwo. Jednak różnice były oczywiste i trwałe, Litwini nie tylko nazywali się (w publicznych dokumentach lub zawieranych traktatach) Litwinami, ale mówili i pisali otwarcie o Wielkim Księstwie lub też o Rzeczpospolitej Litewskiej. W Koronie oczywiście tak samo nazywano kraj Królestwem Polskim, Koroną lub też Rzeczpospolitą Polską, a często po prostu Rzeczpospolitą i terminem tym obejmowano również Wielkie Księstwo (przy widocznej niechęci ze strony Litwinów). W ogóle był też w tym okresie silny patriotyzm lokalny, który dzielił lokalną szlachtę nie tylko pomiędzy Koroniarzy a Litwinów czy Rusinów, ale również pomiędzy Małopolan, Wielkopolan, Mazowszan, Prusaków z Pomorza, Rusinów z Rusi Czerwonej, Wołynia czy Ukrainy, a także pomiędzy Litwinów z Litwy właściwej, Żmudzi czy Polesia. Rzeczpospolita (czy to Korona czy też Litwa) była jakby nadbudową, natomiast przede wszystkim szlachta pozostawała wierna lokalnej ziemi, której to szlachecka społeczność na w sejmikach wybierała swych przedstawicieli na Sejm walny (i których mogła odwołać, jeśli nie reprezentowali oni interesów danej ziemi, województwa czy regionu). To wszystko skończyło się w okresie prawie dwudziestoletnich wojen i anarchii, jaka zapanowała w latach 1648-1667.




Rzeczpospolita, która wyszła z tej pożogi po roku 1660 i ostatecznie w 1667, była już zupełnie innym krajem niż wcześniej - całkowicie innym. Żeby to sobie uświadomić, należy najpierw wziąć pod uwagę fakt, że wojny toczone z Kozakami Chmielnickiego i Tatarami od 1648 r. a następnie wojny z Moskwą od 1654 r a potem ze Szwecją od 1655 r i Siedmiogrodem od 1657 r. były katastrofą dla państwa, które musiało toczyć wojny na wszystkich frontach jednocześnie. Oczywiście już wcześniej zdarzało się że Rzeczpospolita toczyła wojny na dwóch, ale nigdy jeszcze nie zdarzyło się tak, żeby agresor taki jak Moskwa, Szwecja, a także Kozacy, Siedmiogród również, o Tatarach nie wspominając (bo ci non stop atakowali) zajął praktycznie całe terytorium Rzeczpospolitej, a mimo to państwa te przegrały. To było niesamowite i to pokazywało czym była ówczesna Rzeczpospolita, jaką wówczas byliśmy potęgą. Bowiem kraj, którego szlachta bała się wystawić stałą armię (aby nie dać królom do ręki oręża, który mógłby zaprowadzić w państwie absolutyzm na wzór Europy Zachodniej) która w początkowym okresie Potopu przysięgała na wierność królowi szwedzkiemu, która została najechana przez potężne armie moskiewskie, szwedzkie (a na południowym-wschodzie grasowali Kozacy i Tatarzy) a mimo to kraj który został całkowicie podbity, zdołał wypędzić wszystkich agresorów ze swych ziem - wszystkich i przejść do ofensywy. Pokażcie mi drugi taki kraj w Europie, który zostałby zajęty przez kilka obcych państw, a mimo to przegoniłby ich i pokonał. To było niesamowite zwycięstwo, tym bardziej że kraj został całkowicie zniszczony i nie było możliwości zapłacić żołnierzom za ich poświęcenie. Rzeczpospolita wystawiła wtedy 70-tysięczną armię, która walczyła ZA DARMO z miłości do Ojczyzny. Nie było takiego przypadku ani wcześniej ani później na taką skalę w Rzeczpospolitej (choć zdarzały się przypadki że wojsko walczyło za darmo, uzyskując wcześniej obietnicę od hetmanów że pieniądze zostaną wypłacone po kampanii, a często hetmani zostawiali swoje majątki aby zapłacić żołnierzom żołd, bo szlachta oczywiście kręciła nosem dlaczego wojna tak długo trwa i po co nań wydawać tyle pieniędzy itd. itp.).

To czego szlachta - która zapomniała się w swym zaprzaństwie w roku 1655 - dokonała potem, zakrawa na niesamowite wręcz bohaterstwo niespotykane nigdzie indziej. W serialu "Czarne chmury" brandenburski poseł wypowiada takie właśnie słowa mówiąc o Rzeczpospolitej (która zdołała pokonać Szwecję, Moskwę, Tatarów i Kozaków, a także Węgrów z Siedmiogrodu choć kraj został całkowicie podbity, król musiał uciekać na Śląsk, a mimo to zwyciężyli) powiedział wówczas: "Rzeczpospolita nigdy nie zginie!". Wyrywano szwedom a potem moskalom w kolejnych bitwach ogromne tereny i parto na wschód, ale oczywiście wewnętrzne niepokoje również dały o sobie znać. Ostatecznie w roku 1667 zawarto rozejm z Moskwą, godząc się na oddanie Smoleńska, całej lewobrzeżnej Ukrainy i Kijowa (ale tylko na dwa lata, choć Moskwa już tego miasta nie oddała). Jednak ta te 20 lat wojen i anarchii całkowicie odmieniło mentalnie społeczeństwo Rzeczpospolitej. Szlachta poszczególnych ziem uświadomiła sobie teraz, że atak Tatarów na Podole czy Ruś Czerwoną ma takie samo znaczenie dla Litwy, jak dla Korony wojna z Moskwą na Wschodzie. Jeśli państwo - Rzeczpospolita - miało przetrwać, musiało stać się bardziej unitarne, bardziej zjednoczone, a co za tym idzie również bardziej... polskie. To właśnie po roku 1667 nastąpiła konsekwentna (choć podzielona na lata, a nawet dekady) polonizacja Litwy i Rusi. Szlachta litewska i ruska, która do tej pory uważała się za odrębną od szlachty polskiej i swą odrębnością się szczyciła, teraz otwarcie deklarowała swe przywiązanie do polskości. W roku 1696 na sejmie konwokacyjnym szlachta Wielkiego Księstwa stwierdziła oficjalnie co następuje: "Uważając żeśmy są połączeni świętym związkiem z Koroną Polską dekreta (...) po Polsku a nie po Rusku pisać (...) dekreta wszystkie Polskim językiem odtąd mają być wydawane". Deklarację tę potwierdził sejm w roku 1697 i od tego czasu wszystkie dekrety w Wielkim Księstwie Litewskim były pisane w języku polskim a nie ruskim (nie mylić z rosyjskim). Nastąpiła realna polonizacja Litwy, natomiast odrębność Wielkiego Księstwa od Korony całkowicie została zniesiona w Konstytucji 1791 r.




Oczywiście wiadomo że polonizacja Litwy była polonizacją elit, czyli szlachty (wcześniej tak dumnej ze swej litewskości i z tego, że pisała w języku innym niż polski, głównie ruskim). Dziś być może Litwini, Białorusini czy Ukraińcy mogą mieć do nas pretensje że zabraliśmy im elitę, ale czy to nasza wina że ich elity wolały się polonizować, niż pozostać w obrębie kultury litewsko-ruskiej? Zresztą ta polonizacja trwała już znacznie wcześniej, niż w drugiej połowie wieku XVII. Może o tym świadczyć chociażby relacja włoskiego podróżnika po Rzeczpospolitej - Claudio Rangoni który w swym dziele: "Relacja o Królestwie Polskim w 1604 roku" pisał tak: "Językiem litewskim mówią tylko wieśniacy i jest rzeczą osobliwą i jakoby śmieszną, aby go umiał szlachcic, jest to bowiem poniekąd język barbarzyński; między szlachtą zwykle nie używa się to mówienia innego języka niż polski". W tamtym czasie pisano jednak dokumenty jeszcze w języku ruskim w Wielkim Księstwie, aż do roku 1696, gdy nastąpiła całkowita polonizacja Wielkiego Księstwa w mowie i piśmie tamtejszej elity. Zaczęła się też zmieniać nazwa samego państwa i o ile jeszcze w 1710 r. pisano o Rzeczpospolitej Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego, o tyle już potem pisano po prostu o Rzeczpospolitej Polskiej, jako o państwie unitarnym, obejmującym i Koronę i Wielkie Księstwo. Tak oto dokonała się polonizacja Litwy i Rusi, polonizacja całkowicie dobrowolna - co należy podkreślić - nie wymuszona. I ta świadomość polskości wśród Litwinów i Rusinów (oczywiście mówimy tylko o szlachcie co bardzo ważne) przetrwała nawet rozbiory i żyła dalej pod jarzmem carów (przecież Piłsudski był Litwinem, nie Polakiem. Zresztą On sam zawsze podkreślał że jest "starym Litwinem" - starym nie ze względu na wiek, a ze względu na mentalność, tym samym odróżniał się od nacjonalistów litewskich, rządzących po 1918 r. "Republiką kowieńską". Mimo to zawsze dodawał: "Ale przecież tylko Polsce służę". Adam Mickiewicz - jeden z naszych największych narodowych wieszczy, również był Litwinem, Tadeusz Kościuszko - bohater walk o niepodległość Polski i USA realnie był Białorusinem. To znaczy oni urodzili się na Litwie czy na białej Rusi, ale byli Polakami, tak jak dzisiaj Amerykanin urodzony np. w Nowym Meksyku także pozostaje Amerykaninem).




Zresztą polonizacja nie dotyczyła tylko Wielkiego Księstwa i Ukrainy, ona wyszła daleko poza granice Rzeczpospolitej (o czym kiedyś już wspominałem). W latach 70-tych i 80-tych XVII stulecia, język polski był oficjalnym językiem moskiewskiego dworu. Nie tylko wszystkie dokumenty polityczne i administracyjne spisywane były w Rosji w języku polskim, ale również na dworze nie mówiono w innym języku niż język polski, a kto takiego języka nie znał, był uważany za niegodny bycia carskim dworakiem). Umowy jakie Carstwo Rosyjskie zawierało na Dalekim Wschodzie z Chinami, pisano zarówno w języku mandaryńskim jak i polskim. Umowy jakie w XVI wieku Rosja zawierała np. z Królestwem Anglii pisano w językach: włoskim, greckim i polskim. Ale - co ciekawe - polskość nie zatarła się nawet na ziemiach, które w roku 1667 zostały oddane w traktacie andruszowskim Moskwie. Gdy w roku 1794 po bitwie pod Maciejowicami przez miasto Czernichów (które w 1667 znalazło się w granicach Moskwy) przejeżdżał polski jeniec i poeta Julian Ursyn Niemcewicz, tak zanotował on swe wrażenia: "We dwa dni potem przybyliśmy do Czernichowa, miasta i prowincji równie jak i Kijów należących przed stem jeszcze laty do Polski. (...) Mieszkańcy pamiętają jeszcze dawnej ojczyzny swojej, przywiązani są do Polski. Po obiedzie przyszło kilku oficerów (rosyjskich) z przodków Polaków, z potężną tacą najpiękniejszych jabłek. Gdy się stróże nasze uchylili na chwilę, mówili do nas po polsku, wyrażając najtkliwsze politowanie nad losem naszym" i dalej Niemcewicz dodawał: "Nie zapomnę nigdy siedemdziesięcioletniego starca w polskim ubiorze: długo on stał z daleka i patrząc na nas łzy rzewne wylewał". Warto tutaj podkreślić że Czernichów był w granicach Rzeczypospolitej zaledwie 50 lat, a mimo to tak bardzo nasiąkł polskością, że nawet ponad stuletnia moskiewska okupacja tego miasta nie zabiła w nim polskiego ducha.


TAM WSZĘDZIE BYŁA... POLSKA 



Jako ciekawostkę - już tak na marginesie -  dodam że w roku 1969 (30 lat po tragicznym Wrześniu) pewien polski dziennikarz podróżował przez tereny naszych dawnych Kresów Wschodnich (wówczas należących do Związku Sowieckiego, a raczej do Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej). Jechał na wozie zaprzężonym w konie który prowadził jeden z lokalnych chłopów, a ponieważ nudziło mu się w drodze, to wyjął harmonię i zaczął na niej wygrywać Mazurka Dąbrowskiego - czyli polski hymn narodowy. Nagle, ku jego zdziwieniu z okolicznych domostw zaczęli wychodzić ludzie i podchodzić do wozu którym jechał, zaskoczeni i zdziwieni graną przezeń melodią. Niektórzy płakali, a pewien mężczyzna na pytanie co go tak przywołało, odpowiedział: "Myślałem że nasza Polska znów wróciła".




CDN.

wtorek, 10 czerwca 2025

NA LUZIE... - 8

ZABAWNE RÓŻNOŚCI


 Dziś krótkie, zabawne filmiki na temat ostatnich wydarzeń społeczno-obyczajowo sportowych (🤔) w naszym kraju, a mianowicie "zatrzymanie" złodzieja aut przez policję w Bolkowie - przy czym słowo "zatrzymanie" musi być w cudzysłowie, jako że tak nieudolnej próby ujęcia złodzieja nie widziałem od czterech lat, czyli od czasu gdy pewna kobieta próbowała uciec swoim samochodem ze stacji benzynowej w Rymaniu (sławne: "Strzelaj w opony, strzelaj w opony, człowieku" i "tylko nie strzel w instrybutor, w instrybutor żebyś nie strzelił" 🤭). W Bolkowie było "lepiej", bo nieudolność tamtejszej policji doprowadziła do tego, że jeden z nich strzelił drugiemu w stopę (normalnie to by się tam pozabijali podczas próby ujęcia jednego złodzieja zamkniętego w swoim aucie i próbującego wyjechać stamtąd - wiem że to nie jest śmieszne, ale jednak mnie to śmieszy 😂). Profeska pełną gębą. Ja tylko się zastanawiam czy ci policjanci w ogóle przeszli jakiekolwiek kursy i szkolenia, bo przecież na chłopski rozum można było zapobiec temu wszystkiemu, wystarczyło tylko podjechać bezpośrednio policyjnym autem w taki sposób, aby tamten nie miał manewru wycofania, a następnie wybicie okna z prawej czy nawet z lewej strony i po prostu wyciągnięcie gościa na zewnątrz. A to co oni pokazali to było żałosne, to jest gorzej niż dzieci bawiące się w wojnę w piaskownicy

To jedno, a drugie to oczywiście gównoburza związana z rezygnacją z wystąpień w kadrze narodowej Roberta Lewandowskiego, który obraził się na odebranie mu opaski kapitana przez trenera Rafała Probierza. Na początku tylko dodam że Probierz jako trener kadry narodowej nie pasuje mi i uważam że nigdy nie powinien on pełnić tej funkcji. Z drugiej jednak strony Robert Lewandowski to jest zwykły gwiazdorek, któremu się w dużej mierze w "pupie" poprzewracało. Kilkanaście lat już jest kapitanem drużyny narodowej jakoś nie widać specjalnych sukcesów, w klubach (czy to w Bayernie czy teraz w FC Barcelona) jakoś potrafi strzelać gole, a w kadrze narodowej nie umie, zapomina. No cóż, swoje już zarobił, także może teraz gwiazdorzyć. I niestety na dziś dzień tyle, postaram się więcej napisać w dniu jutrzejszym.



NA POCZĄTKU TROCHĘ HISTORII z 2021 CZYLI "STRZELAJ W OPONY", "INSTRYBUTOR" i "WSPARCIE, WSPARCIE WZYWAJ!"





TO WYDARZENIE STAŁO SIĘ PRAWDZIWYM MEMEM I NAWET POWSTAŁA Z TEJ OKAZJI PIOSENKA





TO WYDARZENIE ZNALAZŁO TEŻ SWÓJ ODDŹWIĘK W "BLOK EKIPIE" 🤭 😉








TA SAMA AKCJA SPARODIOWANA W "BEZBEKI"








I NA ZAKOŃCZENIE RAZ JESZCZE "BEZBEKI"


"OPASKĘ MU ZABIERZ!", "PO NOGACH CAŁUJ!" 😂😂🤭




🥳

czwartek, 5 czerwca 2025

SARMACKIE OPOWIEŚCI - Cz. IV

CZYLI NASZA DAWNA "SZPLITA"




 Kolejnym mocno eksponowanym wyznacznikiem polskiej szlachty, był honor. Oczywiście nie znaczyło to, że w Zachodniej Europie (bo przecież o Moskwie nie ma co nawet rozmawiać, skoro rosyjscy bojarzy byli tak naprawdę niewolnikami cara) że poczucie honoru tam nie obowiązywało, oczywiście obowiązywało. Tylko że poczucie honoru polskiego szlachcica było nieco inne, od honoru arystokraty z Francji, Anglii, Hiszpanii, Włoch czy krajów niemieckich. Na początku powiedzmy o tym co było wspólne, czyli oczywiście honor dotyczył zarówno męstwa (głównie na polu walki, ale również w życiu osobistym i społecznym), jak i prawdomówności i zacności. Szymon Starowolski (który sam nie był szlachcicem) (jako poseł króla Władysława IV) przed papieżem Urbanem VIII w Rzymie w 1632 r.,  tak oto określał cnoty polskiego szlachcica: "Pierwszą bowiem szlachcica zasadą jest uczciwość, nawet jeśli w zupełnym ubóstwie pozostaje. Zdradzić, przyrzeczenie złamać, fałszywie przysięgać, kłamać jest hańbą i niesławą". Oczywiście można by powiedzieć że zasady takie dotyczyły wszystkich dobrze urodzonych w całej Europie (teoretycznie również w Moskowi, w praktyce jednak moskiewski bojar był niewolnikiem cara, a nie panem własnego losu), ale były też i różnice. Najistotniejszą z nich był fakt, że szlachcic (powołując się na własne słowo honoru) jeśli tylko nie został złapany na gorącym uczynku, nie mógł zostać wtrącony do lochu, a o jego losie (gdy był podejrzany o jakieś przestępstwo) decydował sąd, a nie król czy urzędnik. Tak pisał o tym włoski kronikarz Ludwik Gonzaga, który w 1574 r. przybył do Rzeczpospolitej wraz z nowym królem, a francuskim królewiczem - Henrykiem de Valois (od razu tutaj należy dodać że Gonzaga był w szoku, że polski szlachcic nie może zostać wtrącony do lochu, tylko najpierw czeka go proces przed sądem aby można go było w ogóle uwięzić): "Możność czynienia złego jest w istocie w Polsce wielka, bo jak nadmieniłem, złoczyńca nie chwycony w 24 godzin po uczynku, nie może być więziony bez wyroku. Mimo to nie unika on kary. Jeżeli go bowiem zasądzą na śmierć, a on nie stanie, ogłaszają go za pozbawionego czci, rzecz do tego stopnia haniebna u tego narodu, że wolą raczej umrzeć, niż być skazanymi na infamię, ponieważ odbiera ona cześć całemu ich rodowi i czyni go niezdolnym do piastowania urzędu lub godności. To jest doskonały i jedyny środek, utrzymujący ich w posłuszeństwie".

Innym bardzo ważnym aspektem jest pracowitość szlachty. Oczywiście w naszej kulturze - zaczerpniętej częściowo z czasów PRL-u (czyli jak wiadomo szlachta rozpijała chłopów, ale zdrowy rdzeń chłopstwa nie dał się rozpijać 🤭 itd itp.) a częściowo z kultury potocznej, gdzie w zasadzie jako mem funkcjonuje hasło: "Szlachta nie pracuje!". Większego głupstwa nie można było wymyśleć, gdyż szlachta pracowała ciężko, na równi z innymi stanami (mieszczaństwem i chłopami). Tak o tym pisał w drugiej połowie XVIII wieku śląski lekarz - Johann Joseph Kausch: "Cała polska szlachta pracuje bez chwili wytchnienia, dlatego nie potrafi, jak się to dzieje w innych krajach, zwłaszcza u arystokratycznych posiadaczy, przespać w błogim spokoju większej części swego życia" i dalej: "Nie mogę tylko powstrzymać się od zrobienia uwagi, że polski szlachcic posiada znacznie więcej zmysłu kupieckiego i obrotności w najrozmaitszych interesach, niż szlachcic niemiecki. Przewagę tę uzyskał dzięki nabytemu przyzwyczajeniu do samodzielnego kierowania własnymi interesami, czego nie ma w zwyczaju rycerz niemiecki. (...) Ta ruchliwość, to nieustanne zatrudnienie wywiera bardzo różnorodny wpływ na ukształtowanie charakteru; stąd rodzą się nie tylko wspomniane wyżej zamiłowania kupieckie, ale także obrotność w załatwianiu różnych interesów, którą szlachcic polski posiada w znacznie wyższym stopniu niż jego niemiecki sąsiad. Interesy i zatrudnienia to najlepsze środki prowadzące do rozwoju geniuszu i zdolności umysłowych". Oczywiście należy tutaj wyjaśnić, że polski szlachcic - pod groźbą utraty szlachectwa - nie mógł zajmować się bankowością (tutaj niezwykle przydatni byli Żydzi), rzemiosłem i zwykłym handlem, ale nic nie stało na przeszkodzie, aby mógł sprzedawać wytwory własnej ziemi, własnej pracy lub też pracy cudzej. Dlatego też bardzo często szlachta zajmowała się osobiście handlem zbożem (Rzeczpospolita nazywana była w XVI i jeszcze w pierwszych dekadach wieku XVII "spichlerzem Europy"), handlem końmi czy handlem wołami. Kausch tak o tym pisał: "Czynią to nawet szlachcice bardzo bogaci, posiadający duże majątki. (...) Nawet bogaty Wielkopolanin znad śląskiej granicy nie wstydzi się pojechać na targ bydła do Wrocławia ze stu sztukami swoich tucznych wołów osobiście, aby nie dać się oszukać swoim ludziom". Oczywiście szlachta polska miała swoje wady, swoje przyzwyczajenia j(ak choćby poobiednia drzemka), ale codzienne życie upływało jej na wytężonej, często ciężkiej pracy, dlatego uważam hasło "szlachta nie pracuje" za totalnie głupie.




Kolejnym aspektem niespotykanym nigdzie indziej poza Koroną Królestwa Polskiego i Wielkim Księstwem Litewskim, była łatwość w zostaniu szlachcicem. Oczywiście najszybciej można było to osiągnąć na wojnie, dokonując jakiegoś bohaterskiego lub heroicznego czynu. 29 sierpnia 1579 r. podczas wojny polsko-moskiewskiej, w czasie oblężenia Połocka, niejaki Walenty Wąs (mieszczanin, syn lwowskiego kotlarza) podpalił trójkątny narożnik Wysokiego Zamku, dzięki czemu część muru się zawaliła, a następnego dnia moskiewska załoga twierdzy skapitulowała. Za ten czyn Walenty Wąs został nobilitowany przez Sejm i z dniem 1 stycznia 1580 r. mógł już korzystać z pełni szlacheckich praw i przywilejów (otrzymał również nowe nazwisko - Wąsowicz). Była to praktyka nader częsta (stąd w Rzeczpospolitej było tak dużo szlachty) i wielu, zarówno mieszczan jak i chłopów (bo i tacy byli nobilitowani), marzyło o tym, aby w sławie wojennej zyskać obywatelstwo, a co za tym idzie wolność i prawa. Oczywiście nie gwarantowało to jednocześnie majętności, ale gwarantowało chociażby wolność osobistą, a to bardzo dużo (o czym wspomniałem wyżej). Również zdarzało się że nie będący szlachtą przedstawiciele innych narodów (również tacy, którzy dopiero co przyjechali do Rzeczypospolitej i w jakiś sposób zdobyli poparcie kogoś możnego) uzyskiwali szlachectwo. Nie wszystkim się to podobało, twierdzono nawet że należy ukrócić zarówno honorowanie obcych tytułów w Rzeczpospolitej, jak i przyznawanie tytułów polskiej szlachty przedstawicielom innych państw, ale konsekwencji przy tym nie było. Jeden z dosyć ciekawych - choć anegdotycznych - przypadków uzyskania polskiego obywatelstwa przez obcy ród, było nobilitowanie do polskiego szlachectwa przedstawicieli przybyłego w 1518 r. z królową Boną Sforzą z Italii, włoskiego rodu Campo del Scipio, którzy zakupili majątek ziemski we wsi Bychawa. Nie wszystkim sąsiadom się to podobało i przez pewien czas krążył taki oto wierszyk: "Dwóch było Scypionów, wspólną mają sławę jeden zdobył Kartagio, a drugi Bychawę" 👍 (oczywiście odnosiło się to do postaci Publiusza Korneliusza Scypiona Młodszego, który w 146 r. p.n.e. zdobył Kartaginę i porównanie go ze współczesnym wówczas rodem Campo del Scipio).




Oczywiście sława wojenna nie była jedyną, dzięki której można było uzyskać szlachectwo w Rzeczpospolitej. Kolejną taką możliwością były osiągnięcia naukowe, a jednym z przedstawicieli świata nauki, który zdobył szlachectwo, był w 1588 r. Jan Lazarides (otrzymał nazwisko Januszowski), mieszczanin krakowski, właściciel drukarni i wydawca krakowski, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ale nie tylko. Zdarzało się również że nobilitowani do szlachectwa byli chłopi (to było niemożliwe i niespotykane nigdzie indziej, może właśnie dlatego buntów chłopskich w Rzeczpospolitej nie było. Wyjątkiem było bardzo ograniczone zarówno terytorialnie jak i ilościowo powstanie Kostki-Napierskiego z 1651 r. o którym już pisałem. Największym zaś powstaniem chłopskim w dziejach polskich, była rabacja galicyjska, która wybuchła w 50 lat po ostatnim rozbiorze Rzeczpospolitej, czyli w roku 1846. Chłopi byli jednak do tego podburzani przez cesarskie władze austriackie, które dzięki tej chłopskiej rabacji zamierzały zlikwidować ewentualne kolejne polskie powstanie w Galicji. I rzeczywiście to się udało, chłopi mordowali szlachtę (tylko samych mężczyzn, kobiety i dzieci oszczędzano) gdyż za każdą przyniesioną głowę polskiego szlachcica, austriackie władze płaciły znaczne pieniądze. Rabacja 1846 r miała ogromny wpływ na osobowość i przekonania hrabiego Aleksandra Wielopolskiego, który uniknął tej masakry, potem przeprowadził się do Królestwa (czyli do privislenije) i do końca życia pozostał wiernym poddanym rosyjskiego cara (to właśnie jego polityka w Królestwie Polskim była jednym z powodów wybuchu Powstania Styczniowego w 1863 r.). Wielopolski uważał bowiem, że za to co uczynili Austriacy podburzając chłopów do tak okrutnych mordów na szlachcie, on nie może już pozostać w Galicji i być poddanym cesarza, dlatego też przeprowadził się do Królestwa i stał się poddanym cara (polityka, jak również przekonania Wielopolskiego stały zaś w kontrze działań Piłsudskiego, który odwrócił zupełnie wektory, uważając że skoro od 1867 r. w Galicji następowała coraz intensywniejsza polonizacja, łącznie z faktem że ta prowincja Cesarstwa Austriackiego realnie była prowincją polską, a Królestwo {czyli privislenije} było pod rosyjskim zaborem, gdzie język polski był zakazany nie tylko w szkołach i urzędach, ale również na ulicy {za mówienie po polsku na ulicy były kary, od finansowych po kary więzienia} to było jasne, że najpierw trzeba iść z Austro-Węgrami i Niemcami przeciwko Rosji, wypędzić Moskali z kraju, a potem zmienić front i... poprzeć Francję, Wielką Brytanią oraz USA {taki właśnie był plan Piłsudskiego już w lutym 1914 r. czyli jeszcze przed wybuchem I Wojny Światowej).


NAWIĄZANIA DO RABACJI GALICYJSKIEJ W SERIALU "1670"



Ale była jeszcze jedna nowinka w Rzeczpospolitej, związana z nobilitacją osób stojących niżej w hierarchii społecznej. A mianowicie jedynie w Polsce szlachcicem w wieku XVII czy XVIII mógł zostać czarnoskóry człowiek (czyli murzyn lub mulat). Oczywiście murzyni w Rzeczpospolitej (polskie słowo "murzyn" wywodzi się z łacińskiego "maurus" - czyli Maur) brali się głównie z wypraw handlowych lub ewentualnie kampanii wojennych (w formie jeńców). Trafiali oni potem w charakterze sług na dwory magnatów, gdzie bardzo często stawali się ulubieńcami swoich panów, a co za tym idzie zyskiwali nie tylko wolność, ale przede wszystkim szlachectwo (co było znów czymś wyjątkowym na skalę ogólnoeuropejską, bo nigdzie indziej w Europie czarnoskóry człowiek nie był uważany za człowieka. Co prawda papieże nawoływali do tego, żeby zarówno w indianach jak i w murzynach widzieć ludzi, ale jednak nikt z przedstawicieli kościoła nie stwierdził oficjalnie, że czarny człowiek może być równy białemu, bo to wręcz zakrawało na herezję. A w Polsce murzyni bywali szlachtą, jak choćby służący Aleksandra Fredry - kasztelana lwowskiego, który go wyzwolił i uzyskał dla niego nobilitację. Potem ów czarnoskóry szlachcic zamieszkał w Przemyślu, a następnie przeniósł się na wieś gdzie się ożenił i spłodził dzieci. Oczywiście będąc szlachcicem jeździł na sejmy w szlacheckim kontuszu i nigdy nie był uważany za gorszego od reszty "panów braci" ze względu na swój kolor skóry. Inny "Maur", służący biskupa krakowskiego - Aleksander Dynis, również został nobilitowany, potem osiadł na wsi i też założył rodzinę, jako polski czarnoskóry szlachcic. Takich przypadków było jeszcze kilka, ale należy tutaj podkreślić że w Rzeczpospolitej (czy też w Polsce, bo nazwa Rzeczpospolita jak i Korona były używane naprzemiennie) nigdy nie było rasizmu. Dowodem tego był bohater Polski i Wojny o Niepodległość Stanów Zjednoczonych - Tadeusz Kościuszko, który miał czarnoskórego ordynansa, a gdy po zwycięskiej wojnie Kongres USA przyznał mu obywatelstwo amerykańskie oraz ziemię i znaczne środki pod budowę domu, Kościuszko przeznaczył je na stworzenie szkoły dla wyzwolonych przez siebie czarnoskórych niewolników (tak, aby stali się pełnoprawnymi obywatelami nowego narodu - jak sam twierdził), po czym wrócił do Polski.


SPROFANOWANIE POMNIKA TADEUSZA KOŚCIUSZKI W WASZYNGTONIE PODCZAS ZAMIESZEK W 2020 



Inną jeszcze specyfiką polskiej szlachty, była jej ciekawość świata i uczenia się wszelkich zasłyszanych lub widzianych nowinek. Tak pisał o tym biskup Walencji Jean de Montluc (który w 1574 r przybył wraz z Henrykiem de Valois do Polski): "Nie ulega bowiem wątpliwości, że nie ma na świecie narodu, który by potrafił w tak szybkim czasie przejąć dobre obyczaje i cnoty od innych narodów. Jak już wspomniałem, Polacy odznaczają się większą od innych ciekawością poznania innych krajów w nadziei, że jeśli umiejętnie kraje te będą zwiedzali, wówczas po powrocie lepiej będą widziani od innych i łatwiej będą mogli osiągnąć zaszczyty i dostojeństwa państwowe. Wystarczy im np. czteromiesięczny pobyt w Italii, by płynnie mówić po włosku i tak przystosować się ubiorem, sposobem życia i zachowaniem, jak gdyby urodzili się we Włoszech. Podobnie dzieje się, gdy przebywają w Hiszpanii czy Francji. Co się zaś tyczy Niemiec, to wprawdzie także szybko uczą się mowy niemieckiej, ale zachowują przy tym własny ubiór, sposób życia i obyczaje, i na tym właśnie polega różnica pomiędzy tymi dwoma narodami". Podróże do Italii, Austrii, krajów niemieckich, Francji czy (rzadziej)  Hiszpanii, były naturalne w karierze każdego młodego szlachcica polskiego. Chodziło nie tylko o poznanie kultury i języka danego kraju, ale przede wszystkim o nawiązanie znajomości, które potem liczyłby się w dyplomacji. O zagranicznych wojażach synów szlacheckich z wybranych rodów, postaram się za jakiś czas jeszcze obszerniej napisać. Ale szlachcic polski odznaczał się jeszcze jedną rzeczą, a mianowicie ogromnym szacunkiem do kobiet, o czym też opowiem w kolejnej części.


"I to jest najlepszy dowód na to, że kobiety nie potrafią się przyjaźnić"
"Facet z facetem sobie po gębie dadzą i spokój i dalej kumple, a tu?"
"Źle dotykałaś mojej łechtaczki, nie możemy się przyjaźnić - udaję kobietę" 🤭
"Zbyt uczuciowe te baby są, ja mówię: brachu, rób z moją łechtaczką co ci się podoba, ważne żebyś wina polał" 😂
"A co to jest łechtaczka?" 🥳



CDN.



PIĘKNIE DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM, KTÓRZY PRZYCZYNILI SIĘ DO ZWYCIĘSTWA KAROLA NAWROCKIEGO W TYCH WYBORACH PREZYDENCKICH. ZACZYNAMY NOWE ROZDANIE, A CO OCZYWIŚCIE NIE ZNACZY ŻE NIE BĘDZIEMY TERAZ Z JESZCZE WIĘKSZĄ DETERMINACJĄ PRZYGLĄDAĆ SIĘ POCZYNANIOM NOWEGO PREZYDENTA I TEMU, CZY I JAK BĘDZIE ON REALIZOWAŁ WYBORCZE OBIETNICE. W KAŻDYM RAZIE JEGO PIERWSZE DZIAŁANIA ZANIM JESZCZE W OGÓLE ZOSTAŁ ZAPRZYSIĘŻONY - SĄ BARDZO POZYTYWNE I UWAŻAM (MOŻECIE MNIE ROZLICZAĆ Z TYCH SŁÓW) ŻE TO BĘDZIE BARDZO DOBRA PREZYDENTURA.








niedziela, 1 czerwca 2025

WIELKA MOBILIZACJA!

NA WYBORY KOCHANI!





 Mam wielką prośbę do tych spośród czytelników mojego bloga, którzy jeszcze do tej pory nie byli zagłosować w wyborach prezydenckich. Idźcie i oddajcie - proszę Was o to - głos za Polską! Ja też już byłem z moją damą, która też posiada polskie obywatelstwo (chodź od rana nie miała ochoty, szukając przy mnie różnych wymówek. Ale nie ze mną te numery Bruner 🤭. Zresztą Francja już raz zostawiła nas w potrzebie, nie ma więc możliwości aby "na mojej zmianie" stało się to ponownie... i to w moim domu). Dlatego głos już oddany - wspólnie - za Polską! Rozumiem też że nie każdemu ten kandydat przypadł do gustu, ale to nie ma teraz żadnego znaczenia, liczy się nasza przyszłość i to, w jakiej Polsce się obudzimy w poniedziałek. O ile też w 100% za nikogo dać głowy nie mogę, o tyle w przypadku "Wrotek" mogę powiedzieć, że w 90% (może nawet 95) jestem pewien, że to jest dobrze oddany głos. 

Nigdy też nie zwracałem się na tym blogu do nikogo z jakąkolwiek prośbą, dziś czynię to po raz pierwszy i bardzo proszę, zróbmy wszystko, żebyśmy mogli kłaść się spać i budzić  w Polsce - tylko o to proszę!





SĄ NIESTETY I TACY, 
NAS MUSI BYĆ WIĘCEJ





piątek, 30 maja 2025

WYGRAMY TO!

SKORO PO SWOJEJ STRONIE MAMY 

TAKICH BOHATERÓW 😉




 Obecna kampania prezydencka coraz bardziej przypomina tę z roku 2015, z tym że ta jest jakby bardziej memiczna i zabawna. Rafał Trzaskowski doprawdy nie ma łatwego spacerku, a przecież tak właśnie miało być. Wybory miały być tylko formalnością, gdyż Rafałek (podobnie jak w 2015 r. Bronisław "bul" Komorowski) miał w sondażach tak gigantyczne poparcie, że w zasadzie wybory były już niepotrzebne, no co najwyżej stały się formalnością, utwierdzającą lud w mądrości etapu elit. A tu się okazało że wajchę znowu ktoś przestawił, że Rafałkowi te wybory nie pójdą tak gładko, jak początkowo je sobie wyobrażał. Stąd pojawia się zdenerwowanie, które powoli, acz konsekwentnie zamienia się w przerażenie (a to właśnie widzimy na twarzy, w gestach i w ruchach pana Trzaskowskiego). Nie dziwmy się bowiem że tak jest. Te wybory to zarówno dla Nawrockiego jak i dla Trzaskowskiego są wybory ostatnie, nie będzie już drugiej szansy w przypadku klęski któregoś z nich. Szczególnie w przypadku Trzaskowskiego nie będzie trzeciego razu, gdyż po dwóch klęskach (pierwsze w wyborach prezydenckich 2020 r.) nikt nie zdecyduje się wystawić go ponownie. Dlatego pan Trzaskowski wygląda na człowieka totalnie wykończonego i to zarówno fizycznie, jak i psychicznie (sam fakt że nie może się obejść bez pomocy pani psycholog po debatach, pokazuje z jak "cienką fajką" mamy do czynienia. Wyobrażacie sobie Kochani, że po rozmowie np. z Donaldem Trumpem Trzaskowski nagle biegnie do pani psycholog z płaczem po radę i pomoc? 🤭 Przecież to jest żałosne). Zresztą przerażony jest nie tylko sam Trzaskowski, również jego mentor polityczny Donald Tusk, czego dał dowód w ostatnim wywiadzie w Polsat News u Bogdana Rymanowskiego. Oj, wewnętrzne sondaże muszą być bardzo, bardzo złe dla pana "bążura".

Ale podczas tych wyborów stało się jeszcze coś dziwnego, czego nie było nigdy wcześniej, a mianowicie ujawnili się dwaj bohaterowie, którzy jasno i otwarcie deklarują przekaz: "Byle nie Trzaskowski!" Jednym z nich jest znany nam wszystkim z młodości bohater... Zorro z Tarnowa:






Oczywiście policja reżimu Donalda Tuska natychmiast podjęła czynności, mające za zadanie zatrzymać owego Zorro i... rozpoczął się pościg. Policja w całym kraju ścigała jednego człowieka - mężczyznę w czarnym kapeluszu (a jak wiadomo z filmów Barei, czarny czy czerwony kapelusz jest znakiem rozpoznawczym i ktoś, kto go nosi zawsze jest podejrzany 🤭) na czarnym koniu... który im uciekł 😭😂. Przez jakiś czas trwał pościg (ponoć prowadził go sierżant Garcia), niestety zakończony porażką policji i Zorro znów triumfuje (jeżeli to nie jest memiczne, to już nie wiem co nim może być 🥳)




Teraz zaś objawił się nam kolejny bohater, a raczej superbohater. Spiderman z Gliwic! 🤭 I również z hasłem "Byle nie Trzaskowski!"




Tak więc kampania ta zamienia się w jeden wielki mem i to mem skierowany przeciwko zarówno Rafałowi Trzaskowskiemu, jak i całemu rządowi "koalicji 13 grudnia" Donalda Tuska. A ja tylko przypomnę że dla polityka nie ma nic gorszego niż śmieszność, możesz być sukinsynem, ale jeżeli staniesz się śmieszny, to jest twój polityczny koniec. Tak więc "koalicjo 13 grudnia" i premierze Donaldzie Tusk, do boju, gońcie Zorro, łapcie Spidermana, dalej, kto jak nie wy?! 🤭




SARMACKIE OPOWIEŚCI - Cz. III

CZYLI NASZA DAWNA "SZPLITA"





 "Szlachta jest wysoka i silna, z zadziwiającą zręcznością umie korzystać z szabli, zna na ogół nie tylko język ojczysty, jest hojna i mocno papieska. Kiedy jednak spojrzysz uważniej, okaże się, że jest zuchwała, dumna, nadęta, uparta i tak zazdrosna o swoją wolność, że często buntuje się przeciw królowi, choćby przy tym wszystko miało lec w gruzach. Do mnicha i klechy mają dużo zaufania. Polskich kupców jest mało, chłopi są mizerni i prawie niewolnicy" - oto opinia, jaką zapisał w połowie XVII wieku podróżujący wówczas po Rzeczpospolitej młody (zaledwie wówczas 14-letni) Georg Friedrich Freiherr zu Eulenburg. Też i inni zagraniczni podróżnicy mieli bardzo ciekawe opinie o polskiej szlachcie, które zamierzam tutaj również zaprezentować, jako swoistą ciekawostkę historyczno-obyczajową.




Polska szlachta - i powiedzmy to sobie otwarcie - była ewenementem całej Europie. Po pierwsze: szlachty w dawnym państwie polsko-litewskim (czyli Koronie Królestwa Polskiego i Wielkim Księstwie Litewskim) było bardzo dużo, więcej niż we Francji, Anglii i Hiszpanii razem wziętych (co zresztą w roku 1573 odnotował francuski poeta i pisarz Jean Monluc). W tamtym czasie szlachty w Rzeczpospolitej było aż 8% wszystkich mieszkańców kraju i choć z dzisiejszej perspektywy wydaje się to liczba niewielka, to musimy sobie uświadomić że w tym samym czasie szlachta we Francji liczyła nie więcej niż 1%, w Hiszpanii 2%, a w Anglii... ponad pół procenta. Dla przybysza z Zachodu przyjazd do naszego kraju i ujrzenie tak wielkiej liczby nobilitowanych do szlachectwa, był iście zaskakujący. Tym bardziej że polska szlachta (w tamtym czasie - bo to jest akurat istotne) praktycznie nie używała żadnych tytułów. Zauważył to, podróżujący po naszym kraju w roku 1630 inny Francuz - Guillaume de Beauplan, pisząc, że nie ma tutaj ani książąt, ani hrabiów, ani markizów, ani baronów. Cała szlachta zaś zwraca się do siebie jak do braci (słowami: "brateńki", albo "panowie bracia"), a tytuły byłyby przeszkodą w tej równości wszystkich możnych i dobrze urodzonych. Rzeczywistość jednak nie była tak kolorowa, jak ją przedstawiał Beauplan. Owszem, unikano używania tytułów (a nawet sejmy zakazywały przyjmowania jakichkolwiek zagranicznych nobilitacji i tytułów) właśnie dlatego, aby nie tworzyć sztucznych podziałów wśród - teoretycznie równej sobie - braci szlacheckiej. Chodziło o przekaz, który jasno dawał do zrozumienia że każdy szlachcic, nawet najuboższy, może piastować najwyższe urzędy w kraju. W rzeczywistości zaś było tak, że najbiedniejsza szlachta (zarówno ta zagrodowa, jak i szlachta "gołota" - czyli pozbawiona majątków ziemskich, a niekiedy nawet tak uboga, że nie stać jej było na dobry ubiór czy... buty) aby nie umrzeć z głodu, zaciągała się na służbę do magnatów (na Zachodzie oczywiście też istniała dysproporcja w majętności szlachty, ale tam nawet najbiedniejszy szlachcic mógł wstąpić do armii i robić karierę wojskową, w Rzeczpospolitej zaś nie było takiej możliwości, jako że nie było stałej armii). Zaciągając się na służbę do magnata, taki szlachcic był związany zarówno przysięgą wierności, jak również obowiązkiem, a przede wszystkim był to jego pracodawca, który dawał mu chleb, w zamian zaś wymagał chociażby tego, aby taki pozbawiony majątku ubogi szlachcic na sejmach głosował tak, jak życzył sobie tego jego patron (to właśnie powodowało później plagę wszelkich wet niezbędnych dla zreformowania Ojczyzny ustaw, w tym choćby powołaniu stałej armii). 




Również zamiłowanie do cudzoziemskich tytułów często było silniejsze od solidarności szlacheckiej braci i wielu magnatów jak i zwykłych szlachciców takowe tytuły zaczęło przyjmować (Prusak Johann Joseph Kausch tak pisał o zamiłowaniu polskiej szlachty do tytułów w końcu XVIII wieku: "Każdy tytuł mający coś wspólnego z dworem, sądem, posiadaniem lub stopniem wojskowym, lub też odnoszący się do czegokolwiek innego, ma tu swoją wagę. Wszystkie tytuły można kupić, dlatego też zaczynają tracić coraz więcej na wartości"). Pierwotna forma demokracji szlacheckiej istniejąca w Rzeczpospolitej Obojga (Trojga) Narodów w XVI wieku, już w połowie wieku XVII (a prawdopodobnie wcześniej) zaczęła ewoluować ku oligarchii magnackiej. Pisał o tym pod koniec XVIII wieku jeszcze inny Francuz Jacques-Henri Bernardin de Saint Pierre: "Rząd polski skłania się ku arystokratyzmowi. Dwadzieścia rodzin, wśród których najważniejszymi są rody Lubomirskich, Jabłonowskich, Radziwiłłów, Ossolińskich oraz Czartoryskich, ubiega się o ster rządu. Sprzymierzają się z sobą, zagarniają władzę aż do chwili, gdy silniejsze stronnictwo nie odsunie ich od rządów. Wówczas wszystkie królewszczyzny, wszystkie godności przechodzą w inne ręce. Ten zamęt, to stałe zderzanie się różnych interesów rodzi prawdziwą anarchię. (...) magnaci (...) Dzielą między siebie stanowiska wojskowe, beneficja i najwyższe urzędy cywilne. Resztki zabierają ich słudzy, którzy rezerwują sobie podrzędniejsze stanowiska, miejsca w akademiach, wszystkie wreszcie owoce i zyski, jakie przynosi przemysł. Ci możni panowie ujarzmiają wolnego ducha narodu, zaszczepiając mu służalczość, bardziej godną pogardy aniżeli niewolnictwo". Także ustrój panujący w Rzeczpospolitej był dla wielu przybyszy z Zachodu ewenementem i swoistą ciekawostką. Po pierwsze dlatego że oficjalnie w Polsce panował król, a jednocześnie (choć istniała nazwa Korony Królestwa Polskiego), zastępczo nazywano kraj Rzeczpospolitą, czyli republiką. Gdzie tu sens, gdzie logika? Dla wielu podróżników z zagranicy było to całkowicie niezrozumiałe, dziwne i niepojęte, gdyż Nie potrafili oni sobie uświadomić faktu, że nazwa "Rzeczpospolita" odnosi się do panującej w kraju wolności szlacheckiej i demokratycznej (a potem oligarchicznej) formy rządów, zaś król pełni rolę swoistego "pierwszego senatora" - jakby powiedzieli o tym starożytni Rzymianie. "Król jest ojcem, a Rzeczpospolita matką" - jak mawiano w tym czasie.

Innym niezrozumiałym na Zachodzie aspektem polskiej szlachty, była jej... natura. Amerykański historyk egipskiego pochodzenia (koptyjskiego, czyli chrześcijanin) Raymond Ibrahim W swej książce: "Miecz i bułat. Czternaście wieków wojny pomiędzy islamem a zachodem", tak podsumował Polaków (głównie polską szlachtę) z czasów króla Jana III Sobieskiego i odsieczy wiedeńskiej z 1683 r.: "Od momentu utworzenia tej ostatniej Ligi Świętej przeciwko islamowi Polacy wydawali się dziką i nieprzewidywalną zbieraniną. W przeciwieństwie do Niemców - którzy pod względem etnicznym, językowym i kulturowym podobni byli do Austriaków - Polacy przypominali raczej Rusinów. Wydawali się pospolici i prymitywni, przynajmniej dla wyrafinowanego, noszącego pudrowane peruki wiedeńskiego dworu Leopolda. Byli jednak tęgimi wojownikami, a Rzeczpospolita Obojga Narodów należała wówczas do największych mocarstw Europy". Rzeczywiście, Polaków - w czasie tej bitwy pod Wiedniem - trudno było niekiedy odróżnić od Turków. To znaczy trudno by ich było odróżnić, gdyby jednak nie różnili się znacząco pewnymi istotnymi szczegółami, takimi jak choćby ubiór husarski i brak turbanów na głowach, oraz oczywiście bledszy niż turecki odcień skóry. Zarówno Austriacy jak i Niemcy, a także inni przedstawiciele narodów Europy Zachodniej (w tym Francuzi, Anglicy, Hiszpanie, Włosi) nie znali zupełnie ani polskiego ubioru wojskowego, ani polskich symboli, ani też polskiej taktyki wojskowej, co powodowało że często dochodziło do pomyłek w tej kwestii. Pięknie wyjaśnia to pan w filmiku poniżej, który jasno deklaruje iż po zwycięstwie pod Wiedniem Austriacy podejmowali Polaków na wielkiej uczcie w Wiedniu i "zwyczaj był taki że najpierw wchodzili husarze, potem wchodziło dowództwo. Husarze ubrani byli w skóry lampartów, stąd dworacy cesarscy wzięli ich za jakiś niesamowitych notabli i usadzili ich na miejscach hetmańskich (...) I w tym momencie weszli hetmani oraz Jan III Sobieski w takich burkach i dworzanie usadzili ich niżej. Nie znali się na polskim obyczaju wojskowym, nie wiedzieli że co prawda towarzystwo chodzi w skórach, ale to, co wzięli za koce czyli burki kuligowskie były jeszcze droższe (...) Na to natychmiast zareagował książę Lotaryński, który w uroczystych słowach przeprosił za zaistniałą sytuację i powiedział: "Panowie lampartowie - niżej, panowie kilimkowi - wyżej" ☺️)




Notabene formacje husarskie (które pierwotnie były pochodzenia węgierskiego, a prawdopodobnie również serbskiego), stały się ostatecznie symbolem tamtej Rzeczpospolitej. Husaria była bowiem nie do skopiowania, choć próbowali to zrobić zarówno Francuzi jak i Moskale (w obu przypadkach im nie wyszło, zaś krótkotrwała husarska formacja moskiewska była parodią tego, co realnie stanowili sobą ich polscy odpowiednicy). Tam gdzie pojawiała się husaria, tam wróg  przestawał nawet marzyć o zwycięstwie. W takich bitwach jak że Szwedami pod Kircholmem (1605 r.), z Moskalami i Szwedami pod Kłuszynem (1610 r.), czy pod Chocimiem (1621 r.), oddziały husarskie niszczyły znacznie liczniejsze od nich siły przeciwnika. Pod Chocimiem 7 września 1621 r. 600 husarzy natarło na 10 000 wojowników sułtana Osmana II (który osobiście obserwował bitwę). Szarża zakończyła się całkowitym zwycięstwem i zmuszeniem wroga do ucieczki. Widząc to sułtan Osman II rozpłakał się z żalu i bezsilności. Husaria to była elita elit staropolskiej wojskowości, a jej dewizą było hasło: "Miłość Ojczyzny najwyższym prawem". Nawet konie husarskie były specjalnie szkolone do walki i do tego stopnia, że również po śmierci husarza nadal atakowały szeregi wroga, kąsając i tratując boleśnie żołnierzy wrogich armii. Piszę to jako swoisty dodatek do tego tematu, jako że należy podkreślić iż na Zachodzie Ani też na Wschodzie niczego podobnego nie wymyślono, a husaria była niezwyciężoną formacją przez pierwsze 122 lata swego istnienia (od 1503 do 1625 roku).




Podróżników z Zachodu dziwiło w Rzeczpospolitej również wiele innych kwestii, jak choćby wyjątkowy ubiór polskiej szlachty (zbliżony do tureckiego), uczesanie (owe słynne "podgolone łby"), a także łatwość w przyswajaniu sobie i nauce języków obcych (łacinę znał w Rzeczpospolitej każdy szlachcic, spora część mieszczan i... wielu chłopów). O tym wszystkim (i wielu innych nieznanych ciekawostkach) jednak opowiem już w kolejnej części tej świeżutkiej serii.



PS: Temat ten postanowiłem połączyć z podobną serią, którą zacząłem kilka lat wcześniej, czyli właśnie:


Nie ma bowiem sensu aby dublować ten sam przekaz.


CDN.


PS2: ogromny szacunek z mojej strony dla pana Grzegorza Brauna za jego deklarację wsparcia w wyborach Karola Nawrockiego, jak również nieoficjalną - aczkolwiek wyrazistą - deklarację Sławomira Mentzena.






czwartek, 29 maja 2025

MORITURI TE SALUTANT - Cz. VI

CZYLI DZIEJE IMPERIUM 
WSCHODU I ZACHODU





PROLOG
Cz. VI



OKTAWIAN CEZAR 



 Triumf jaki miał miejsce 13 sierpnia 29 r. p.n.e. był pierwszym z trzech, które odbywały się kolejno po sobie w ciągu następnych dni. Ten świętowano z okazji zwycięstw Oktawiana Cezara w walkach z Dalmatami w Ilirii (w latach 35-33 r. p.n.e.). Następnego dnia świętowano zwycięstwa w bitwach morskich pod Naulochus (36 r. p.n.e. w wyniku której zniszczono sycylijskie państewko Sekstusa Pompejusza - który sam siebie nazywał "Synem Neptuna") dopiero 15 sierpnia odbył się główny triumf nad Antoniuszem i Kleopatrą. W pochodzie tym zaprezentowano posąg Kleopatry leżącej na śmiertelnym łożu, za którym podążały jej dzieci (wzbudzały one litość wśród mieszkańców Rzymu, tym bardziej że płakały za matką). W trakcie tego triumfu zaprezentowano ogromne skarby zrabowane z Egiptu (pojawienie się takich kosztowności w Rzymie w tamtym czasie spowodowało znaczne obniżenie cen złota, chociaż nie trwało to długo gdyż rynek rzymski był bardzo chłonny i już w ciągu kilku kolejnych miesięcy wszystko wróciło do normy). Oktawian jechał na swym rydwanie zaprzężonym w cztery konie. Na jednym z nich po prawej stronie siedział jego 13-letni siostrzeniec Marek Klaudiusz Marcellus (którego Oktawian bardzo kochał i którego widział jako swego następcę, niestety chłopak zmarł w dziwnych okolicznościach w wieku lat 19. Prawdopodobnie - bo nie ma na to dowodów - stała za tym żona Oktawiana, Liwia Druzylla, która czyniła wszystko aby następcą jej męża został jej syn z pierwszego małżeństwa czyli...) na drugim zaś koniu po lewej stronie jechał Tyberiusz. Obaj chłopcy byli rówieśnikami i widziani byli jako potencjalni następcy Oktawiana Cezara (oczywiście nieoficjalnie, gdyż wciąż przecież istniała Republika i nie można było mówić o żadnych następcach, szczególnie że Oktawian wielokrotnie deklarował chęć przywrócenia Republiki i zrzeczenia się władzy, gdy tylko niebezpieczeństwo ze strony Kleopatry i Antoniusza zniknie). Jednak było wiele znaków które pokazywały że Cezar Oktawian nie jest zbyt skłonny do przywrócenia dawnej Republiki, jednym z nich był taki choćby drobiazg, iż w owym marszu triumfalnym senatorowie podążali za rydwanem zwycięskiego Oktawiana, a nie jak dotąd zwykło się to czynić - przed.




Rzym oczywiście w tych sierpniowych dniach przeżywał wybuch radości i nadziei na szczęśliwą przyszłość. Zorganizowano wspaniałe munera (walki gladiatorów), trwające kilkanaście dni, podczas których ekscytowano się nie tylko nowymi wojownikami na arenie (Swebami zza Renu i Dakami znad Dunaju), ale przede wszystkim pokazano nigdy wcześniej nie widziane w Rzymie dzikie zwierzęta (zabrane głównie z królewskiego ogrodu zoologicznego w Aleksandrii), nosorożca i hipopotama. Z okazji zwycięstwa żołnierze otrzymali po 1000 sestercji na głowę, mieszkańcy miasta zaś po 400 sestercji. Pomiędzy igrzyskami odbywały się również otwarcia nowych budynków, takich jak choćby Curia Julia - nowe miejsce posiedzeń Senatu (otwarcie nastąpiło 28 sierpnia), świątyni "Boskiego Cezara" (otwarcie 18 sierpnia) która stanęła dokładnie w tym samym miejscu, gdzie przed 15 laty spoczęło na marach ciało zamordowanego Gajusza Juliusza (co ciekawe w tamtym momencie nie było jeszcze pewne kogo poprze lud. Czy Brutusa i Kasjusza oraz innych morderców Cezara, czy też tych, którzy przerażeni starali się uciec z miasta z piętnem rodziny lub przyjaciół dyktatora. Wówczas to głos zabrał Marek Antoniusz który w płomiennej mowie zdołał przekonać lud rzymski do wystąpienia przeciwko mordercom, którzy w ciągu kilku kolejnych dni zaczęli opuszczać Rzym). Na Forum Romanum tuż przed budynkiem kurii Senatu stanął jeszcze posąg bogini Viktorii (bogini zwycięstwa), który stał się symbolem Rzymu przez kolejne 400 lat, gdy w roku 382 z polecenia cesarza Flawiusza Gracjana i przy ogromnej radości chrześcijańskiej już wówczas - w ogromnej większości - ludności Rzymu, usunięto ten pomnik. Protesty zaś pogańskich mieszkańców Rzymu - którzy odwoływali się nie tyle do religii, co do tradycji - zbyto milczeniem). Po zakończeniu tych wszystkich uroczystości Rzym, Italia i Imperium wkraczało teraz w nowy okres swych dziejów, których tak naprawdę jeszcze wówczas nie znano i nie wiedziano jaki przyjmie on kierunek. Wszyscy spoglądali na młodego Cezara (jakby nie patrzeć miał przecież wówczas dopiero 34 lata) w końcu obiecał on że przywróci starą Republikę, oczekiwano więc jego decyzji.


MAREK ANTONIUSZ PRZEMAWIA DO LUDU RZYMSKIEGO PRZY MARACH CEZARA




PLANY UCIECZKI CEZARIAN Z RZYMU ZOSTAŁY RÓWNIEŻ POKAZANE W SERIALU "ROME"



Ale Oktawian nie lubił pośpiechu, jego dewiza brzmiała zresztą "spiesz się powoli", zresztą nigdzie nie musiał gonić, nikt przecież na niego nie naciskał, a stan zawieszenia i niepewności nie był do końca dla wszystkich aż taki zły. Szczególnie żołnierze nie chcieli aby ich wódz ustępował. Po pierwsze dlatego, że dzięki niemu mieli ziemi w Italii którą im obiecał i wywiązał się z danego słowa, po drugie dostali pieniądze, po trzecie zaś liczyli na kolejne profity za jego rządów. Dlatego jego ustąpienie nie było im na rękę, a była to pokaźna siła, bo nawet po demobilizacji części wojsk, wciąż pod bronią było 28 legionów (stan ten utrzyma się przez dłuższy czas prawie bez zmian, np. za cesarza Hadriana w latach 117-138 liczba legionów wzrosła zaledwie do 30, czyli o 2. Notabene z z Hadrianem związana jest też pewna anegdota, a mianowicie pewien rzymski poeta w rozmowie z cesarzem nie poprawił władcy gdy ten mylnie przedstawił jakiś pogląd, na co potem inni jego towarzysze zwrócili mu uwagę, pytając: "Dlaczego  nie zaprzeczyłeś, gdy cezar się pomylił?", na co on odparł: "Nierozsądnie jest poprawiać kogoś, kto posiada 30 legionów 🤭). Oczywiście najbardziej skorzy do przywrócenie dawnej wolności (a co za tym idzie niestety również swawoli i często bezkarności) byli nobilitas - stan senatorski. Tym bardziej że formalnie prawny stosunek władzy Oktawiana wygasł. Co prawda nadal sprawował on imperium posiadając tytuł konsula (odnawiany co roku, ale jednocześnie dzielone zawsze z jeszcze jedną osobą i ściśle unormowany prawnie). Tytuł ten nie wystarczył do sprawowania pełni władzy. Nawet bowiem ogłoszenie się dyktatorem (choćby przy akceptacji Senatu) było nierealne, sprowadzało bowiem zbyt duże zagrożenie ewentualnym zamachem (a chętnych do takiego kroku wcale nie brakowało i to pomimo doświadczeń Cezara i jego morderców). Dyktatura więc też odpadała, co więc zostawało? Co należało uczynić aby pozostać u władzy? A może lepiej było dać sobie z tym wszystkim spokój i od tej pory żyć jak człowiek prywatny w  ciszy i spokoju?


DYKTATOR SULLA



Takie myśli z pewnością nawiedzały Oktawiana w tamtym czasie. Dokładnie 50 lat wcześniej w 79 r. p.n.e. dyktator Lucjusz Korneliusz Sulla zrzekł się władzy, którą zdobył mieczem w roku 82, rozpoczynając niezwykle krwawe proskrypcje swych politycznych wrogów. Ale teraz - po tym jak wprowadził ustrój oparty na wszech władzy Senatu (i stronnictwa optymatów - taka rzymska prawica, chociaż te współczesne określenia nie pasują do tamtych czasów) uznał, że dopiął swego i może teraz odpocząć. Wycofał się więc do swej willi, gdzie doglądał gospodarstwa, łowił ryby nad rzeką i baraszkował ze swą młodą żoną. Emeryt można by powiedzieć, nie musiał się już o nic martwić. No właśnie, kilka miesięcy po zrzeczeniu się władzy znaleziono go martwego, gdy w słomkowym kapeluszu łowił ryby. 30 lat później, stojąc nad brzegiem Rubikonu Gajusz Juliusz Cezar stwierdził oficjalnie że Sulla był głupcem skoro zrezygnował z władzy, ten bowiem nie zamierzał tego czynić. Pięć lat później leżał w kałuży krwi przy pomniku swego przyjaciela oraz konkurenta - Pompejusza Wielkiego w teatrze jego imienia (dokąd przeniesiono wówczas obrady Senatu, gdyż sala obrad Senatu była w tamtym czasie w remoncie). Tak więc Oktawian Cezar miał do wyboru dwie drogi polityczne. Żadne nie gwarantowały bezpieczeństwa, żadne też nie dawały podstaw pod rządy jednowładcze. Jaką więc drogę należało obrać, w którym kierunku podążać, aby nie skończyć tak jak Sulla i tak jak Cezar. Oktawian zdawał sobie jednak sprawę że całkowity powrót do Republiki wiąże się z nowymi wojnami domowymi, a co za tym idzie polityczną anarchią i cierpieniem obywateli. Oczywiście w Rzymie nie brakowało ambitnych polityków, którym taka opcja bardzo by odpowiadała, gdyż zdobycie intratnej prowincji - w której stacjonowało kilka legionów - dawało okazję do podjęcia walki o władzę nad całym Imperium. Ale znowu kurczowe trzymanie się władzy uruchomi te same siły, tylko w innych proporcjach, a mianowicie w postaci zamachowców, pragnących odzyskać wolność i "usunąć tyrana". Koronowanie się zaś na króla i wprowadzenie monarchii typu wschodniego też nie wchodziło w grę, gdyż Rzymianie nie znali tego typu ustroju, a słowo "rex" było im tak nienawistne, że nawet Cezar po swym zwycięstwie w wojnie domowej, czynił co mógł, aby tylko nie zostać posądzony o dążenie do władzy królewskiej. Oktawian miał wiele miesięcy do namysłu nad tym co uczynić, jaką drogą pójść, aby nie narazić się na gniew ludu, a co za tym idzie - na śmierć. I... wymyślił. 

Żeby można było wprowadzić nowy ustrój polityczny, przede wszystkim trzeba zapewnić sobie poparcie Senatu, a poparcie Senatu można zdobyć wprowadzając tam swoich zwolenników, lub też potwierdzając dotychczasowe przywileje już zasiadających tam osób. Problem polegał tylko na tym, że w czasach wojen domowych liczba senatorów gwałtownie wzrosła i to do tego stopnia, że liczyła wówczas prawie 1000 członków. Spora część z nich zdobyła swój tytuł bezprawnie, lub też w bardzo niejasnych okolicznościach. Jednak aby naprawić te błędy i pozbawić ich funkcji senatorów, należało sprawować cenzurę. A z tym był problem, gdyż cenzorów nie wybierano już od... 20 lat. Po raz pierwszy ten urząd (zajmujący się nie tylko staniem na straży moralności, a co za tym idzie cenzurą wszelkich przedstawień teatralnych, pism czy nawet piosenek, które uznano by chociażby za "deprawujące młodzież" ale również przeprowadzaniem spisu ludności, oraz liczby senatorów) został zlikwidowany przez Korneliusza Sullę w roku 81 p.n.e. Potem konsulat Gnejsza Pompejusza Wielkiego i Marka Licyniusza Krassusa przywrócił ten urząd (70 r. p.n.e.), ale wybuch wojny domowej Cezara z Pompejuszem i kolejne walki jakie miały miejsce po tym czasie spowodowały, że nikt nie miał ochoty do zajmowania się wyborem "strażników moralności". Tak właśnie było aż do roku 28 p.n.e. gdy w styczniu konsulat ponownie (po raz szósty) objął Cezar Oktawian, a jego kolegą na urzędzie został jego przyjaciel i wódz jego armii Marek Wipsaniusz Agryppa. Ponieważ sprawowali oni konsulat, nie mogli jednocześnie zostać cenzorami, ale wybrnięto z tego na inny sposób, a mianowicie... zostali konsulami o kompetencjach cenzorskich. Przeprowadzili oni dokładny spis członków Senatu i wyszło im, że jakieś 200 osób nabyło te prawa w  podejrzanych okolicznościach. Oktawian zwrócił się najpierw (nie używając nazwisk) do tych senatorów, aby dobrowolnie zrzekli się oni urzędu. Na ten apel odpowiedział jednak tylko 40 osób, więc pozostałe 160 skreślono oficjalnie z listy Senatu, który od tej pory liczył 800 osób. Oktawian i Agryppa przeprowadzili również (pierwszy od 42 lat) spis ludności Imperium. Tamten, z roku 70 p.n.e. wykazał liczbę 910 000 obywateli rzymskich (oczywiście liczono tylko samych dorosłych mężczyzn, bez dzieci, chłopców, kobiet, niewolników i mieszkańców prowincji którzy nie posiadali rzymskiego obywatelstwa). Teraz spis ludności wykazał 4 miliony 63 000 obywateli.


DWAJ PRZYJACIELE: 
OKTAWIAN i AGRYPPA



 Tak "odchudzony" Senat przyznał Oktawianowi tytuł "pierwszego senatora" ("princeps senatus") co było kolejnym krokiem ku jednowładzwu. Jednocześnie Cezar Oktawian zaliczył poczet patrycjatu wiele nowych rzymskich rodzin, zyskując w nich wsparcie. Teraz, po dokonaniu tych wszystkich zmian i przeprowadzeniu uroczystości religijnej zwanej "lustrum" (mającej na celu oczyszczenie Rzeczpospolitej) a polegającej na złożeniu ofiar bogu Marsowi na Polu Marsowym z trzech zwierząt: owcy, świni i byka; Cezar Oktawia mógł przejść do kolejnej fazy swego planu (jeżeli przyjmiemy że ten plan miał już w tym czasie ukształtowany). 9 października 28 r. p.n.e. na Palatynie stanęła przepiękna świątynia Apollona, do której to przeniesiono - spisane na nowo (w latach wojen domowych wiele z nich uległo zniszczeniu) księgi sybillińskie. Przy tej świątyni (o której więcej opowiem już wkrótce, gdy przyjdę do opisu Rzymu za czasów Oktawiana) powstała również biblioteka (pierwsza biblioteka publiczna w Rzymie). Świątynia ta powstała w całości za prywatne pieniądze Oktawiana, który W 36 r. p.n.e. wykupił na Palatynie kilka willi i domów zamożnych Rzymian (początkowo z myślą o budowie swojej własnej willi, gdyż jego skromny dom, znajdujący się przy Forum Romanum stał w miejscu dosyć hałaśliwym i ludnym. Jednak gdy pewnej nocy piorun uderzył w to właśnie miejsce, uznano że bogowie pragną wznieść tutaj świątynię i tak właśnie rozpoczęto budowę Świątyni Apolla. Co się zaś tyczy nowego mieszkania Oktawiana, to Senat - zaskoczony jego hojnością - jeszcze w tym samym 36 r. p.n.e. zakupił stojący na Palatynie dawny dom Hortensjusza, który po krótkim remoncie i zakupieniu sąsiedniego domu - należącego dawniej do Lucjusza Sergiusza Katyliny - stał się nową siedzibą Oktawiana, zwanym "Domus Augustus" - ale trudno byłoby go nazwać pałacem, gdyż Oktawian nie znosił przepychu i żył bardzo skromnie. O jego domu, pożarze który wybuchł tam w 3 roku naszej ery i nowej odbudowie - również wkrótce opowiem. Warto jeszcze dodać, że w tym samym 28 r. p.n.e. rozpoczęto na polu marsowym budowę okazałego mauzoleum rodziny juliuszów, zwanego następnie Mauzoleum Augusta). Te wszystkie nowe budynki i zmiany w składzie Senatu, nadal jednak nie odpowiadały na proste pytanie - co dalej z Republiką?





CDN.


PS: Kochani moi, nie chcę się powtarzać bo tego nie lubię, ale pamiętajcie że już za trzy dni wybory. Proszę was (jeśli mogę się o to zwrócić, gdyż nigdy tego nie robiłem, ale teraz jest wyjątkowa sytuacja) abyście oddali głos za Polską, za naszą przyszłością i przyszłością naszych dzieci, czyli za Karolem Nawrockim, a jeśli już nie za nim osobiście, bo przynajmniej przeciw Rafałowi Trzaskowskiemu. To jest mój krótki apel i prośba do Was.




niedziela, 25 maja 2025

TO SIĘ NIE MIEŚCI W PALE, DROGI PANIE RAFALE!

CZYLI KOMENTARZ DO OSTATNICH PRZEDWYBORCZYCH WYDARZEŃ






 Musiałem dzisiaj to napisać, bo przyznam się szczerze sytuacja zaczęła się zmieniać diametralnie od chwili, kiedy pan Sławomir Mentzen uznał, że tak po prostu może sobie wyjść do swojego własnego pubu na "piwo z Mentzenem" z panem "bążurem" Trzaskowskim i panem Radosławem "mężem swojej żony" Sikorskim (notabene zastanawiam się dlaczego pani Applebaum wstydzi się nosić nazwisko swego męża 🤔, ale to już jest ich prywatna sprawa). Zastanawia mnie bowiem, co takiego pan Mentzen miał w głowie, że zdecydował się na taki krok i nasuwają mi się tylko dwie możliwości. A mianowicie, albo pan Sławomir Mentzen jest chodzącym geniuszem, który doskonale przewidział jak jego decyzja (pójścia na wspólne piwo z ludźmi, którzy uosabiają cały ten otaczający nas syf - mówiąc oczywiście w wielkim uproszczeniu) wpłynie na jego własnych wyborców i celowo zdecydował się na taki właśnie krok, co znaczyłoby że pan Mentzen jest mężem stanu przewidującym kilka politycznych ruchów do przodu; albo też pan Mentzen uczynił to z własnej głupoty. Naprawdę chciałbym uwierzyć w pierwszą wersję wydarzeń, ale niestety coś mi podpowiada (chyba bebech, a jak mówił Skipper "zawsze ufaj swojemu bebechowi") 😉) że autentyczna jest ta druga wersja. Nie rozumiem, doprawdy nie pojmuje jak można było popełnić taką głupotę i czytając zarówno komentarze wyborców pana Sławomira Mentzena jak i widząc to, jak oni teraz reagują, dochodzę do wniosku że albo mamy do czynienia ze spektakularnym upadkiem tego polityka, albo też... niekoniecznie. Według mnie bowiem pan Mentzen może ten swój błąd jeszcze przekuć w sukces, ale tutaj trzeba zdrowego rozsądku i determinacji. Mianowicie powinien w swoich mediach społecznościowych ogłosić, że to spotkanie było celowym zabiegiem, mającym przekonać jego wyborców do głosowania na Karola Nawrockiego, a przynajmniej przeciw Rafałowi Trzaskowskiemu i zacząć powielać hashtag: "Nie dla Trzaskowskiego". To byłoby bowiem bardzo rozsądne nawet w sytuacji gdy popełnił zwykłą gafę i zrobił się z tego smrodzik, który teraz trzeba posprzątać. Nie wiem jak zachować się pan Sławomir Mentzen, ale to byłoby jak najbardziej dla niego korzystne wyjście z tej "sytuacji bez wyjścia".




Poza tym zobaczmy jak wygląda sytuacja wśród wyborców pana Mentzena, którzy do tej pory w jakiś 70% w drugiej turze wyborów prezydenckich zamierzali oddać głos na Karola Nawrockiego. Otóż tym swoim wypadem na "piwo z Mentzenem" pan Sławomir zmobilizował do tego (myślę że spokojnie) jakieś 90% swoich wyborców. Do tego to, co opowiadał w czasie ostatniej debaty Rafał Trzaskowski na temat Sorosa (że woli go bardziej niż Orbana), oraz to, co mówił na spotkaniu u Mentzena, myślę również że przekonało jakieś 70 może nawet 80% wyborców Grzegorza Brauna do zagłosowania przeciwko "bążurowi". Oczywiście najgorsi zawsze są radykałowie, ci których bardzo ciężko do czegokolwiek przekonać, a tacy są niestety wszędzie we wszystkich partiach, zarówno w Platformie Obywatelskiej (czy szerzej w Koalicji Obywatelskiej) w Prawie i Sprawiedliwości (czy szerzej w Zjednoczonej Prawicy) jak i oczywiście w Konfederacji czy w Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna. Beton to jest beton, czy to są "Silni razem", czy "Prawi kochani", czy jakieś inne grupy odchyleńców, wydaje się niemożliwe aby cokolwiek do nich dotarło, jakiekolwiek merytoryczne argumenty, poza... własnymi negatywnymi bodźcami, takimi właśnie jak piwo z Mentzenem w towarzystwie Trzaskowskiego i Sikorskiego. Oczywiście nie sądzę aby to przekonało wszystkich, może nawet nie większość z grup radykałów Mentzena i Brauna, ale myślę że jakiś tam procent pomyśli wreszcie logicznie i zobaczy że na szali leży przyszłość Polski - Polski takie koło jaką znamy, bezpieczną, piękną, Polski która ma ambicje. Po drugiej stronie bowiem mamy już tylko podporządkowanie Brukseli, a co za tym idzie Berlinowi, bo to przecież Niemcy rządzą Unią Europejską i tylko idiota powie że jest inaczej, stworzenie armii europejskiej (oczywiście głównie naszym kosztem, bo to my będziemy na to płacić, ponieważ Unii brakuje już pieniędzy praktycznie na wszystko, więc potrzebują nowych podatków, oraz oczywiście euro w Polsce, żeby nas do reszty wydrenować z zasobów, co pozwoli przez jakiś czas odetchnąć niemieckiej gospodarce, która funkcjonuje na zasadzie pasożyta). 




Oczywiście wejdą wszelkie "Zielone i Niebieskie Łady", wszelkie ets-y, będziemy kupować niemieckie wiatraczki i stawiać je sobie 500 m. od zabudowań, będziemy ratować niemiecki i francuski przemysł zbrojeniowy (oczywiście naszymi pieniędzmi, bo Polska za bardzo urosła i trzeba ją sprowadzić do parteru, tak jak powiedział prezydent Francji Jacques Chirac jeszcze w 2003 r. {te słowa pamiętam bardzo dobrze i nigdy ich nie zapomnę do końca życia}, a mianowicie: "Polska straciła okazję żeby siedzieć cicho". To było na początku konfliktu w Iraku i wysłania tam również polskich żołnierzy w tym jednostki specjalnej "Grom" i jednostki specjalnej "Formoza" - o których sami amerykańscy żołnierze mówili że to są specjaliści światowej klasy. Oczywiście można się teraz wspierać czy interwencji amerykańska w Iraku była potrzebna, czy nie {według mnie nie była potrzebna, była wręcz szkodliwa, ale interesy koncernów zbrojeniowych jak również paliwowych zaważyły}. W każdym razie sam fakt że Chirac użył wówczas takich słów, pokazuje stosunek Europy Zachodniej nie tylko do krajów Europy Środkowo-Wschodniej, ale przede wszystkim ich stosunek do Polski, jako największego z tych krajów. Zostaliśmy bowiem przyjęci do Unii Europejskiej w 2004 r. tylko i wyłącznie w celu łatwiejszej eksploracji naszego rynku i ewentualnego przenoszenia tam zachodnich firm aby pozyskać tańszą "siłę roboczą", a co za tym idzie zbijania kosztów, i oczywiście nie płacenia żadnych podatków. Innym powodem było również drenowanie zasobów ludzkich krajów kolonizowanych, czyli takich jak Polska, a więc ściąganie informatyków, lekarzy, budowlańców, specjalistów wszelkich branż do Niemiec, do Francji, do Wielkiej Brytanii itd. itp. Natomiast w żadnym razie nie zostaliśmy przyjęci do UE aby wyrównać dziejową niesprawiedliwość roku 1939 i 1945. Nigdy bowiem nie chodziło o wspólną Europę, zawsze chodziło o ich Europę, a konkretnie o niemiecką, ewentualnie niemiecko-francuską Europę. Inne państwa - szczególnie te na wschód od Odry - miały siedzieć cicho, pokornie przyjmować to, co ześlą nam "starsi i mądrzejsi" z Zachodu i wykonywać polecenia - tyle. Dlatego też poparcie w 2003 r. Stanów Zjednoczonych przez Polskę było takim szokiem dla tzw krajów "Starej Europy", a w zasadzie ich elit i dlatego Chirac wówczas powiedział to, co powiedział).




Tak więc albo się obudzimy teraz, póki nie jest jeszcze za późno, albo wszyscy skończymy w niemiecko-francuskim sosie zwanym Europą, w którym Polska - jeżeli w ogóle przetrwa - to co najwyżej z nazwy, bo  wszystkie inne instytucje naszego państwa (łącznie z wojskiem) zostaną podporządkowane zewnętrznej władzy Brukseli/Berlina. Tak więc póki nie jest za późno powiedzmy razem: "Rafałowi Trzaskowskiemu mówimy goodbye!"




PS: Jeszcze jedno. Podobno ostatnio widziano prawdziwego zombie, który wstał z grobu? Nie wiem czy to prawda, tak tylko słyszałem że jakieś ruchy tektoniczne obudziły z krypty grobowej Erikę Steinbach zwaną też "Wypędzoną". Na ten temat postaram się napisać nieco dłużej, w każdym razie teraz powiem tylko że jeżeli Niemcy, obecni Niemcy nie zapłacą reparacji za zbrodnie swoich przodków, jeżeli nie uregulują i ostatecznie nie zamkną tej haniebnej sprawy, to jakiekolwiek zbliżenie polsko-niemieckie nigdy nie dojdzie do skutku i nie ma na nie najmniejszych nawet szans. Nie interesują mnie teksty w stylu "współcześni Niemcy to już inne pokolenie, nie pamiętają wojny, nic złego nie uczyniły" itd. Wasi przodkowie (zwracam się tutaj do przedstawicieli narodu "wąsacza" - bo chociaż był on Austriakiem, to przecież uważał się za Niemca) zniszczyli mój kraj, wymordowali 6 milionów Polaków (w tym 3 miliony polskich Żydów). Totalnie zniszczyli Warszawę, szereg miast i niezliczoną ilość wsi. Wywołali do tego wojnę światową, aby połechtać własne ego o byciu "narodem panów". Gdyby wygrali to byłaby katastrofa nie tylko dla mojego narodu, ale dla całej Europy - bo przecież Hitler walczył również (a może przede wszystkim) o nową Europę (tak jak Unia Europejska dzisiaj). Wszystkie narody Europy miały znaleźć w niej swoje "szczęśliwe miejsce", wszystkie, oprócz Polaków, bo my (podobnie jak Rosjanie,  Ukraińcy, białorusini, zapewne także Litwini) zostaliśmy podzieleni na trzy kategorie w "Nowej Europie". Te kategorie to: przeznaczeni (i zdatni) do germanizacji, niewolnicy pracujący w wielkich niemieckich latyfundiach na Wschodzie (po zwycięstwie nad Związkiem Sowieckim), oraz ci, którzy przeznaczeni zostali do fizycznej eksterminacji. Ciekawe w której grupie znalazłbym się ja sam? Być może w pierwszej z racji moich korzeni, ale z racji wyboru trafiłbym do trzeciej, podobnie jak mój pradziadek, który sam podjął taki wybór. Tak więc najpierw reparacje, a potem wrócimy do czasów polsko-niemieckiego pojednania, który już istniał między naszymi narodami przez co najmniej 300 lat. Zresztą Niemcy w Polsce zawsze byli utożsamiani ze spokojem, kulturą i filozofią, zawsze, aż do drugiej połowy XIX wieku, a tak naprawdę do roku 1939. 




DZIĘKUJĘ ZA UWAGĘ