Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 31 grudnia 2023

JAK OBCHODZONO NOWY ROK...? - Cz. I

W ANTYCZNEJ GRECJI I STAROŻYTNYM RZYMIE





 Dziś, w ramach "antycznych lekcji krajoznawczych" zapraszam do zgłębienia tajemnic Nowego Roku, jaki obchodzono w antycznej Grecji i starożytnym Rzymie. W naszej kulturze - która wyrosła na tradycji chrześcijańskiej - przywykło się wyznaczać Nowy Rok od narodzin Zbawiciela Jezusa Chrystusa (który i tak notabene został pomylony o kilka lat i do dziś ten błąd nie został skorygowany, a zapewne już nie zostanie, gdyż wiązałoby się to z ogromnym chaosem spowodowanym przestawianiem dat o kilka lat wstecz). Jednak zarówno owe lata liczone od narodzin Mistrza, jak i jakiekolwiek inne, są zaledwie ulotnym mgnieniem w całej odległej historii naszej planety, a też i nasza planeta jest niczym, w historii Wszechświata, który to również istnieje przez chwilę (biorąc pod uwagę Bożą Nieskończoność), następując po tych które już przeminęły, a po nim będą następne i następne i jeszcze następne. Z tej perspektywy życie człowieka - choćby nawet trwało 1000 albo więcej lat, nie ma najmniejszego znaczenia w całej wielkiej i długiej historii Wszechświata i na skali tej historii zapewne takie życie nawet nie zostałoby odnotowane gdyż byłyby to jakieś totalne czasowe mikromile. My, żyjąc na naszej planecie (a zapewne również w tym Wszechświecie) podlegamy nieustannie wahaniom czasu, które to wyznacza nam zakres naszego życia. Ale oczywiście czas realnie nie istnieje, istnie tylko stopniowe, aczkolwiek nieuchronne z użycie materiału które posiadamy (np. naszego ciała). Z chwilą narodzin ciało nasze już jest poddane degradacji i jest pewne że zacznie się ono wcześniej czy później psuć, bo taka jest kolej fizyczności. I choćbyśmy nawet wynaleźli eliksir młodości zapewniający nam długie i młode życie, to wcześniej czy później efekt psucia się ciała które posiadamy, nastąpi. Wszystko bowiem co fizyczne, kończy się i nie ma znaczenia czy jest to ludzkie ciało, czy wytwór pracy ludzkich rąk, czy też coś takiego jak planeta lub Wszechświat. Nie sposób bowiem zadomowić się i zamieszkać na stałe w iluzji fizyczności, gdyż jest ona tylko iluzją, a nie naszym Domem. Powracamy tutaj aby zanurzyć się w tej iluzji, aby jej doświadczyć i aby doświadczyć również iluzji czasu, wyobrażanego jako przemijanie. A przecież nic tak człowieka nie przeraża, jak koniec istnienia.

Ponieważ czas jest głównym wyznacznikiem naszego fizycznego przemijania (co możemy prześledzić chociażby po zmianach, które dokonują się z naszym ciałem lub też z ciałami naszych dzieci), zatem umiejętność jego zliczania jest niezwykle istotnym fundamentem każdej cywilizacji (które zresztą wcześniej czy później i tak przeminą, bo jak pisał Kohelet: "Marność nad marnościami i wszystko marność"), każdy bowiem chce wiedzieć jak długo żył i jak to jego życie ma się do poprzednich oraz następnych pokoleń. Oczywiście to, że tkwimy w iluzji fizyczności która jest jednocześnie iluzją czasu (przynajmniej dla nas), nie oznacza, abyśmy popadali w jakiś pesymizm czy dekadencję. To jest tylko proces który można sprowadzić do dziecięcej zabawy i tak należałoby to potraktować, a jeszcze lepiej tak, jak do życia podchodził rzymski senator z czasów Nerona, zwany również arbitrem elegantiarum - Gajusz Petroniusz (który popełnił samobójstwo, wcześniej wysyłając do Nerona list wyszczydzający jego umiejętności wokalne), mawiał on bowiem "Życie jest śmiechu warte, więc się śmieję!" Ktoś może powiedzieć że jest to podejście niewłaściwe, gdyż (jak mawiał Stalin) "Życie to nie jest temat do żartów", Ale przecież nie chodzi o to, aby się śmiać się durnie ze wszystkiego jak błazen, tylko o to, żeby śmiejąc się w duszy z życia które nam zostało darowane (a raczej które sami żeśmy sobie wybrali) wiedzieć, że to tylko zabawa i że wcześniej czy później się skończy (choćby była dla nas okrutna i tragiczna).




Czas jest nieodłącznym elementem naszej fizyczności, zatem nad czasem też się pochylmy, tym bardziej że przed nami nowy 2024 rok (powiedzmy sobie szczerze, rok umowny, ale i tak związany z niesamowitą liczbą celów, pragnień i zapowiedzi, jakie każdy z nas układa sobie w swojej głowie, sercu i umyśle. Przejdźmy zatem do czasu, takiego jakim widzieli go antyczni (ponieważ jednak nie zamierzam się zbytnio rozpisywać i dotykać zbyt wielu innych cywilizacji oraz kultur, skupię się zatem jedynie na antycznej Grecji i starożytnym Rzymie, jako tych dwóch filarach współczesnej cywilizacji euro-amerykańskiej - trzecim filarem czy też trzecią kolumną podtrzymującą całą tę świątynię jest oczywiście chrześcijaństwo, i nie ma tutaj znaczenia czy ktoś jest ateistą, czy wyznaje inne religię. Tak po prostu jest że nasza cywilizacja zbudowana została właśnie na tych trzech fundamentach). Zatem zapraszam do poznania obchodów święta Nowego Roku ludzi antyku.



ANTYCZNA GRECJA
(CZYLI KAŻDY SOBIE RZEPKĘ SKROBIE)
Cz. I





"WSZYSTKO PŁYNIE"

HERAKLIT z EFEZU


 Podstawą antycznej Grecji było niepodległe polis, czyli miasto-państwo, które miało swój własny obszar, wojsko, święta, tradycje i oczywiście pory roku (a co za tym idzie, świętowanie Nowego Roku). Oczywiście te największe i najsilniejsze greckie polis z reguły narzucały tym słabszym swoją wolę (a tamte dla swej obrony, łączyły się w większe związki złożone z kilku polis). Nie zmieniało to jednak faktu że ich własna kultura i tradycja nie ulegała zmianie i nawet w różnych miastach Attyki świętowano Nowy Rok zgodnie z lokalną tradycją, a nie tak, jak to miało miejsce w samych Atenach. W tym temacie postaram się omówić w miarę szczegółowo święto nowego roku nie tylko w Atenach ale również w innych najważniejszych regionach antycznej Grecji, gdyż Nowy Rok obchodzono zupełnie niezależnie od siebie, czasem był to środek lata (jak w Atenach), czasem jesień (jak w Sparcie), a czasem Nowy Rok zaczynał się zimą. Ponieważ zebrałem na ten temat sporo informacji, postaram się więc je tutaj dokładnie omówić (oczywiście najwięcej danych jest z Aten).

Starożytni Grecy liczyli lata w systemie czteroletnim, począwszy od 776 r. p.n.e czyli od pierwszej  Olimpiady (być może Igrzyska Olimpijskie były organizowane również wcześniej - choć nie ma na to żadnych dowodów poza przypuszczeniami - natomiast lista zawodników znana jest właśnie od tego roku i przyjmuje się, że to właśnie były pierwsze antyczne Igrzyska Olimpijskie) i jest to w zasadzie jedyny pewnik który możemy przyjąć. Natomiast skupiając się na kalendarzu ateńskim (który zamierzam omówić jako pierwszy i o którym mam najwięcej wiadomości) trzeba stwierdzić, że poszczególne miesiące to było prawdziwe pomieszanie z poplątaniem. Rok grecki był rokiem księżycowym, składającym się z 12 miesięcy po 354 dni. Jedne miesiące były pełne - licząc 30 dni, inne "puste" tylko 29. Aby rok księżycowy był zgodny z rokiem słonecznym, liczącym 365 (a co 4 lata 366 dni), a przede wszystkim z porami świąt które były niezwykle ważne dla Greków, archontowie ateńscy co kilka lat (z reguły co trzy ale nie był to stały dogmat) dodawali do swojego kalendarza 13 miesiąc (metoda interkalacji). Jeśli prześledzimy sobie poszczególne greckie lata, począwszy od 776 r. p.n.e. to dojdziemy do wniosku że 13 miesiąc występuje mniej więcej co 3 lata, ale nie zawsze tak jest. 13 miesiąc występuje np. w pierwszym roku pierwszej Olimpiady (czyli 776 p.n.e.) licząc 30 dni, a następnie w czwartym roku pierwszej olimpiady (773 r. p.n.e.) licząc już 29 dni. Następnie w trzecim roku drugiej Olimpiady (770 r. p.n.e.) i w pierwszym oraz czwartym roku trzeciej Olimpiady (768, 765 p.n.e.). Mniej więcej wychodzi więc co 3 lata dodatkowy 13 miesiąc w roku (ale jak widać oczywiście nie jest to regułą). Nie na tym jednak będziemy się skupiać (jako ciekawostkę można dodać, że obecnie mamy dokładnie koniec trzeciego i początek 4 roku 700 Olimpiady (w przeliczeniu na starogrecką rachubę czasu - z tym że rok czwarty zacznie się dopiero w połowie czerwca 2024 r.).




Nowy Rok w Atenach zaczynał się w połowie czerwca i trwał do połowy lipca (licząc naszą rachubą czasu). Miesiąc grudniowy, czyli ostatni miesiąc ateńskiego kalendarza (który dla Ateńczyków był miesiącem maj-czerwiec) nosił nazwę Skiroforion (od słowa skira czyli parasol). Na ten miesiąc w mieście dziewiczej Pallady przypadały następujące święta: 

3 dnia tego miesiąca przypadało święto Areforia - ku czci bogini Ateny. Gromadzono się wówczas (i składano ofiary) zarówno w świątyni dziewiczej Pallady na Akropolu, jak i w świątyniach Zeusa i Posejdona (a także pomniejszych lokalnych bóstw jak Kourotrofosa, Aglaurosa czy Pandrososa w Erchii). Było to święto początków miasta, obchodzone ku czci króla-herosa Erechteusza I (Ateńczycy uważali się za Erechteidów, potomków Erechteusza). Według mitu był on synem boga-kowala Hefajstosa i Gai bogini ziemi. Pewnego razu brzydki, kulawy i odpychający Hefajstos chciał zgwałcić Atenę, ta mu jednak uciekła i kilka kropel jego nasienia spadło na ziemię, zapładniając Gaję. Z tego związku narodził się Erechteusz. Ale Gaja nie chciała chłopca i ofiarowała go Atenie. Ta zamknęła go w pudełku i przekazała trzem siostrom: Herse, Pandrosii i Aglaurii zakazując im jednak otwierać owe pudełko, mówiąc że jeśli to uczynią, to sprowadzą na siebie same i swoją ziemię kłopoty. Siostry jednak były ciekawe co też bogini podarowała im w darze (i jednocześnie zabroniła otwierać wieko), dlatego też otworzyły pudło i ujrzały tam noworodka małego Erechteusza. Herse i Aglauria na ten widok straciły zmysły i z krzykiem na ustach rzuciły się ze szczytu Akropolu, ponosząc śmierć na miejscu (Pandrosii z nimi nie było, dlatego też ona ocalała). Następnie Atena przygarnęła małego Erechteusza i wychowała go jak swego syna, a gdy chłopiec dorósł został pierwszym królem Aten. Nauczył on swój lud nie tylko uprawiać ziemię, wytapiać srebro i zaprzęgać konie do rydwanów, ale wzniósł pierwsze zabudowania Akropolu i ustanowił święto ku czci swej przybranej matki Ateny, czyli Panatenaje. Zginął on zabity przez Zeusa (lub Posejdona) za karę za zabicie nijakiego Himmaradosa z Tracji podczas wojny Aten z Eleusis. Jego następcą został syn Pandion I (będący według mitu pół człowiekiem, pół wężem). Święto Areforia ku czci Erechteusza przebiegało więc następująco: dwie przybrane w białe szaty dziewczyny, córki archonta-basileusa (czyli wybranego archonta-króla) danego roku, przez cały rok mieszkały przy świątyni Ateny Pallas, tkając dla niej peplos (czyli szatę, w którą ubierano boginię podczas Panatenajów). Pod koniec roku kapłanka Ateny ofiarowała im zamkniętą paczkę, której zawartości nie znały ani one, ani ona. Następnie dziewczęta pod osłoną nocy tajną drogą zanoszą ową paczkę do ogrodów świątyni Afrodyty na Kollitusie (południowa dzielnica Aten) i tam odbierają kolejną paczkę o nieznanej im zawartości. Paczkę tą otwiera tylko kapłanka Ateny. Nie wiadomo co znajdowało się w paczkach, można jednak przypuszczać że były to gałązki oliwne z małymi oliwkami, natomiast w paczkach przeznaczonych dla dziewcząt znajdował się lekki chlebek o nazwie Anastatos, które one spożywały.




12 dnia miesiąca Skiroforion (czyli koniec naszego czerwca) obchodzono uroczyście święto Skira, czyli święto parasoli, będące festiwalem ku czci Ateny, Posejdona, Apolla, Demeter i Heliosa. Ateńczycy wychodzili więc na miasto (i do świątyń) z parasolkami, oddając tym samym cześć bogom, a kapłani i kapłanki (pod wielkim białym parasolem) udawali się ze świątyni Ateny na Akropolu, do świątyni Heliosa (boga słońca), aby uprościć bóstwa o ochronę ziemi przed suszą i niszczącym wpływem promieni słonecznych.

14 dnia miesiąca Skiroforion przypadało święto ku czci Zeusa Poleiusa, zwane Bufonią (nic więcej nie wiem na temat tego święta, poza tym, że w innych polis zwano je Dipolią). Trzy prawa nadane Ateńczykom przez mitycznego Tryptolemosa brzmiały: "Szanujcie starszych, oddawajcie ofiarę bogom z pierwszych darów waszej pracy (chodziło tutaj o zebrane płody rolne) i nie czyńcie krzywdy zwierzęciu pracującemu w polu". Pierwszym który złamał to przykazanie według mitu, był niejaki Taulon, który widząc że w święto pokutne wół zjada potrawy przeznaczone na ołtarzu dla bogów, zabił owe zwierzę, czym sprowadził na siebie kłopoty i musiał uciekać. Obchody tego święta były raczej niezbyt miłe i wbrew przykazaniom co roku dokonywano rytualnego zabicia wołu. Wyglądało to następująco: cały dzień poprzedni i noc wybrane kobiety ostrzyły noże, którymi na drugi dzień kapłan - udający Taulona miał zabić wołu. Gdy do tego doszło kapłan rzucał się do ucieczki, a mięso wołu było dzielone, gotowane i spożywane. Następnie skórę zwierzęcia wypychano i ustawiano ją przy pługu - co miało symbolizować powrót zwierzęcia do życia. Kapłan który dokonał mordu na tym zwierzęciu zostawał schwytany i odbywał się sąd w Prytaneum, na którym oskarżano o morderstwo nie tylko jego samego, ale wszystkich, którzy brali udział w spożyciu mięsa zabitego zwierzęcia. Wszyscy oskarżeni zrzucali winę na innych. Ci, którzy rozpalali ogień zrzucali winę na tych, którzy przynieśli drewno, tamci na tych co nosili wodę, ci znowu na tych co kroili mięso zwierzęcia, tamci oskarżali samego zabójcę, a ten twierdził, że to jednak nie on zabił, ale nóż którym się posłużył. Ostatecznie winym czyniono nóż i za karę wyrzucono go do morza, jednocześnie uniewinniając z zarzutu morderstwa zwierzęcia wszystkich oskarżonych.

I oto przechodzimy do Nowego Roku, czyli miesiąca o nazwie Hekatombajon (czerwiec-lipiec). Należy jednak pamiętać że Ateńczycy (i w ogóle Grecy) nie świętowali Nowego Roku jako takiego, po prostu on następował i tyle. Skupiano się bowiem na pozostałych świętach tego miesiąca.

12 dnia tego miesiąca obchodzono święto o nazwie Kronia (na cześć boga Kronosa, ojca Zeusa, Posejdona i Hadesa) i było to święto najbardziej zbliżone do współczesnego Sylwestra, gdyż nosiło nazwę Święta Świateł (rzymskim odpowiednikiem Kroni były Saturnalia). W ciągu dnia świętowano dożynki, a nocą Grecy przy swoich domach zapalali mnóstwo świateł (głównie lampek). Po uroczystej kolacji całe rodziny gromadziły się przy tych lampkach przed domami, modląc się jednocześnie do Kronosa, by ten przyniósł im w nowym roku dobre plony, spełnienie marzeń i inne życzenia, jakie kto tam miał w głowie (niczym współczesny Święty Mikołaj). Należy jednak dodać, że nie tylko Grecy i nie tylko Rzymianie świętowali Kronię. To święto było obchodzone również w Egipcie (Święto Lamp ku czci zmartwychwstania Ozyrysa), ale również w Mezopotamii ku czci boga Ningirsu, który zamienił ciemność w światło). Wydaje się że zarówno Kronia jak i Saturnalia miały być swoistym powrotem do Złotego Wieku Ludzkości, w którym wszystkim żyło się dobrze, nikt nie chorował a bogowie żyli wśród ludzi i opiekowali się nimi (takie ukryte marzenia jakie przejawiali ludzie różnych epok na temat stworzenia raju na ziemi. Na ziemi, na której nigdy raju nie było i nigdy nie będzie, bo nie żyjemy po to, aby zanurzać się w fizyczności i nią podniecać aż do ubóstwienia, tylko aby doświadczyć tego życia - głównie poprzez cierpienie - i nauczyć się powrotu do Domu autostradą bezinteresownej Miłości, wszystko inne jest wtórne i na dobrą sprawę zupełnie pozbawione jakiegokolwiek znaczenia, ale... jak to się mówi, jakże piękne są marzenia).




CDN.

sobota, 30 grudnia 2023

ZABAWNE SCENY Z POLSKICH FILMÓW I SERIALI - Cz. XXX

 POWRÓT MIODOWYCH LAT


 Dziś mały powrót do przeszłości, czyli do "Miodowych lat", serialu emitowanego w latach 1998-2003, gdzie w głównych rolach wystąpiła para zabawnych aktorów: Cezary Żak zagrał motorniczego Karola Krawczyka (który nieustannie poszukuje możliwości szybkiego wzbogacenia się), a Artur Barciś - Tadeusza Norka, pracownika Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji w Warszawie (trochę nieporadnego, ale jakże sympatycznego przyjaciela Karola Krawczyka). Postanowiłem wrócić do tego tematu, ponieważ wiewiórki mówią że ma być kontynuacja tego serialu którego ostatni odcinek wyemitowano w grudniu 2003 r (oczywiście nie liczę tutaj tej nieudolnie zrobionej serii "Całkiem nowych lat miodowych" z września-grudnia 2004, bo tam reżyser poszedł w zupełnie inną konwencję, która jednocześnie usadziła serial, odbierając mu dawną sympatyczną otoczkę, jaką posiadały "Miodowe lata"). Ciekawe czy kontynuacja Miodowych lat rzeczywiście powstanie po dwudziestu latach? W każdym razie Artur Barciś stwierdził, że jego zgoda na uczestnictwo w tym serialu zależna jest od pomysłu, jaki reżyser będzie miał co do nowej serii (chodzi po prostu o to, aby nie skończyło się tak, jak z "Całkiem nowymi latami miodowymi"). W każdym razie dzisiaj zapraszam na kilka wybranych przeze mnie zabawnych fragmentów tego serialu.



ŻART O CZAPAJEWIE


"Przypomina mi się pewien żart o Czapajewie, który jak wiadomo też nosił mundur. Otóż ten Czapajew walczył nad Donem"

"Dlaczego? Przecież te wasze jednostki są nadwiślańskie, to może lepiej żeby walczył nad Wisłą?!"

"Ale ten Czapajew walczył nad Donem... nie wiem dlaczego może on był taki donowy Czapajew, słuchaj! I nagle Niemcy do niego strzelili i on się utopił"

"I to już koniec?"

"Co ty widzisz śmiesznego w fakcie że Czapajew się utopił? 😄 Koniec będzie wtedy jak będzie śmiesznie"

"A, to mi powiesz tak?" 🤭

"Sama zauważysz Ala. Więc Niemcy strzelili do tego Czapajewa i on się utopił, ale nie do końca się utopił, bo go odratowali. Wyciągają go więc z wody ale tylko do pasa, od pasa w dół dalej był w wodzie i robią mu sztuczne oddychanie, rozumiesz? Godzinę mu robią to oddychanie, dwie godziny mu robią oddychanie, dzień mu robią oddychanie, kilka dni mu robią to oddychanie, tydzień mu robię oddychanie 🥱. W końcu ten Czapajew budzi się wkurzony i mówi: "Towarzysze, co wy robicie, przecież jak tak dalej pójdzie to cały Don przeze mnie przepompujecie". 🥴 Co tak patrzysz Ala?"

"Nie nic, mów dalej"

"Ale to już koniec było!"

"Przecież mówiłeś że na końcu będzie śmiesznie" 😊





PRUSZKÓW I WOŁOWINA 


2:40 - "Karol, Pruszków na linii" 😂

"Jakie działki, ja teraz nie mam czasu na handel działkami... Od rana nie miałem nic w ustach"

"A pistolet?" 🤭

"U mnie teraz jest pan Sprężyna, tak, tak, wiem, wołowina, wiem... Pyta co pan u nas robi?"

"Panowie od dawna związani z Pruszkowem?... A Wołowina? Czy panowie i Wołowina jesteście ze sobą blisko?"

"A przepraszam, pan się źle czuje?" 😂

6:30 - "Panowie, ja wobec Wołowiny będę zawsze lojalny, zawsze lojalny, ja życie oddam za Wołowinę, tylko panowie pozwólcie mi odejść!"





PRUSZKÓW (CZY TEŻ GRUPA PRUSZKOWSKA), CZYLI NAJWIĘKSZA W LATACH 90-tych MAFIA w POLSCE





PŁYN NA POROST WŁOSÓW

0:10 - "I teraz ten ostatni składnik, co to może być?"

"To jest H2O"

"To lej, ale nie tyle. Człowieku, przecież profesor pracował nad tymi składnikami 30 lat! To jest H2O, a ty to lejesz jakby to była zwykła woda, myśl trochę" 🤣

6:05 - "Naprawdę nic pan nie czuje?"

"Trochę szczypie"

"A, widzi pan, rośnie dżungla, rośnie... Za tydzień będzie pan się cały składał z włosów" 😭

"9:00 - "Dużo urosło?"

"Nie jestem w stanie ich policzyć"

"Wyglądam na ile lat?"

"Tak na oko, to na 8 tygodni" 🤣





KAROL BOKSER "BOMBOWIEC"


1:40 - "Ty, duży, uważaj jak chodzisz!"

"Grubasie, nie gulaj bo ci zadam boksa".

"Słyszeliście co on do mnie powiedział?... Naprawdę tak powiedziałeś?"

3:10 - "Teraz tobie pokażę inną kombinację ciosów. Dostał z lewej, po prawej dwa tygodnie włosy nie rosną. Muszę wam powiedzieć że ja w ogóle nie lubię się bić... Jak raz pogłaskałem kota to zdechł" 😚

5:10 - "Ale Karol, to nie jest Zięba, Zięba jest chory, leży w łóżku ma grypę... Karol, to jest Grzegorz Skrzecz, wielokrotny medalista mistrzostw Polski i świata, olimpijczyk w wadze ciężkiej, Karol on nigdy nie leżał na deskach!"

"Ale Norek, jeśli to nie jest Zięba, a ja znokautowałem mistrza, to wołaj tego Myszkę, ja chcę z nim walczyć!"

"Myszka wracaj, Karol ci jednak przywali" 😂





ZADYMA NA ŻYLECIE, CZYLI FUTBOL


0:20 - "Alina, Tadeusz jest w więzieniu... Byli na meczu i tam była jakaś rozróba, kibice bili się z policją, i mój Tadzik, mój Tadeusz zdemolował 10 policyjnych wozów i ciężko pobił 20 policjantów" 😂

4:25 - "Otóż proszę pani, pani mąż, a pani zięć własnym ciałem staranował 6 gliniarzy" 👊

"Ja chciałem powiedzieć, że ja tu jestem przypadkiem, a tłum z tyłu napierał... Biegłem i nie zdążyłem wyhamować"

5:40 - "Karol, od przyszłego sezonu jeździmy na wszystkie bilanse, z tobą Karolku nikt nas nie pokona. Zdemolujemy wszystkie pociągi, wszystkie stadiony" 🤣

7:00 - "Pani Danuto, pani mąż Tadeusz Norek sam, ze sztandarem w ręku poprowadził nasze legiony na policję, jak jego imiennik Tadeusz Kościuszko 😄... Odnieśliśmy wielkie zwycięstwo pani Danuto, to nic że pani mąż poległ" 😂

11:05 - "Tadzik, siedziałeś z 20 szalikowcami?"

"Nie, mnie jako przywódcę posadzili oddzielnie. Było nas pięciu w celi, ja i czterech kolegów. Wszyscy wielokrotni mordercy" 😭





DZIĘKUJĘ ZA UWAGĘ

czwartek, 28 grudnia 2023

DROGA PRZEZ KORYTARZ - Cz. IV

CZYLI PLAN ROZWIĄZANIA PROBLEMU DOSTĘPU NIEMIEC DO PRUS WSCHODNICH PRZEZ POLSKIE POMORZE





II
AUTOSTRADĄ PRZEZ POMORZE
Cz. III


 Nim zaś doszło do sierpniowego spotkania Jana Szembeka z niemieckimi politykami w Berlinie (w czasie trwania Igrzysk Olimpijskich), w marcu 1936 r. pojawił się kolejny (choć mniej oficjalny) konflikt polsko-niemiecki. 7 marca tego roku Hitler formalnie ogłosił remilitaryzację Nadrenii, (podając jako powód, rozmowy toczące się nad francusko-sowieckim paktem o wzajemnej pomocy, twierdził bowiem że pakt ten narusza zobowiązania zawarte w 1925 r. w Locarno i jest próbą okrążenia Niemiec). 3 000 niemieckich żołnierzy wkroczyło do Nadrenii, a 30 000 stało z bronią u nogi, czekając na reakcję Francji. Gdyby Francuzi wysłali tam wówczas swoje wojska w celu przywrócenia stanu prawnego zawartego w Traktacie Wersalskim (czerwiec 1919) i wzmocnionego traktatem z Locarno (grudzień 1925 r.), Niemcy musiałyby się wycofać (i to pomimo faktu, iż Hitler nakazał Wehrmachtowi stawić opór Francuzom). Zaledwie parę godzin później (po mowie Hitlera wygłoszonej w Reichstagu) minister spraw zagranicznych Rzeczypospolitej - Józef Beck, wezwał do siebie francuskiego ambasadora Leona Noëla (ci panowie wyjątkowo za sobą nie przepadali, ale to jest zupełnie inna kwestia), aby uroczyście poinformować go że "W tych okolicznościach Polska pragnie zapewnić Francję, iż jeśli sytuacja będzie tego wymagać, Polska pozostanie wierna zobowiązaniom istniejącym między oboma krajami" i jak dodał: "Żadne porozumienie polsko-niemieckie nie może wpłynąć na generalną politykę Polski w tym zakresie". Innymi słowy Beck informował oficjalnie, że jeśli Francja zainterweniuje w kryzysie nadreńskim, to Polska uderzy na Niemcy od wschodu (był to więc powrót do koncepcji wojny prewencyjnej Marszałka Piłsudskiego z 1933 r.). Noël uznał deklarację Becka za niezwykle ważną i wręcz za "historyczny akt" (tym bardziej, że po zawarciu polsko-niemieckiej "deklaracji o niestosowaniu przemocy" ze stycznia 1934 r. stosunki polsko-francuskie znacznie się pogorszyły. Było wiele wzajemnych oskarżeń - Polacy twierdzili że Francja stosuje "brudne metody" i traktuje Polskę jak swoją "gospodarczą kolonię", Francuzi z kolei pisali że Polska ma swój "kompleks niższości" na ich punkcie). Jednocześnie tego samego dnia Beck poinformował posła belgijskiego - Paternotte de la Vaillèe, że jeśli Belgia wkroczy do Niemiec, to Polska pójdzie w jej ślady.

Zarówno Noël jak i de la Vaillèe przekazali tę deklarację swoim przełożonym, ale już dnia następnego 8 marca, w dwóch polskich gazetach "Iskra" i "Gazeta Polska ukazały się komentarze biorące w obronę działania Niemiec w Nadrenii, co nieco zdezorientowało - szczególnie Noëla, który złożył wizytę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i poskarżył się Beckowi na "dwulicową dyplomację". Beck podkreślił, że jego słowa z poprzedniego dnia są w dalszym ciągu aktualne i Polska wypełni swoje zobowiązania traktatowe w przypadku interwencji francuskiej w Nadrenii, dodał jednak, że to, co piszą dziennikarze, to jest zupełnie inna kwestia (należy jednak pamiętać że obie te gazety były bliskie rządowi, a Gazeta Polska była wręcz rządowym organem prasowym) 10 marca Noël rozmawiał z ambasadorem amerykańskim w Polsce - Johnem Cudachy i potwierdził, że Beck złożył mu propozycję wspólnej akcji zbrojnej przeciwko Niemcom po ich wkroczeniu do Nadrenii. Ten, pragnąc wyjaśnić sytuację, dnia następnego rozmawiał z hrabią Janem Szembekiem i ten powiedział mu otwarcie, że rzeczywiście Beck złożył taką deklarację, ale deklaracja ta dotyczyła pełnego zaangażowania się Francji w Nadrenii, a nie tylko - jak to określił - "ukłucia szpilkami", bo w tym przypadku -  stwierdził - Polska nie zamierza interweniować. Dlatego też zarówno Noël, jak i i francuskim minister spraw zagranicznych Pierre Etienne Flandin uznał tę deklarację za złożoną "w złej wierze". Rzeczywiście, tej kwestii Beck działał nieco powściągliwie i trochę jakby na dwa fronty. Z jednej strony chciał zmobilizować Francję do działania i zapewne gdyby Francuzi uderzyli, to prawdopodobnie Polska również weszłaby do walki (chociaż samej interwencji w Nadrenii Beck nie postrzegał jako obligującej do wypełnienia zobowiązań sojuszniczych), ale jednocześnie dawał Niemcom znak, że sojusz z Polską wciąż obowiązuje (stąd może Francuzi uznali taką politykę za dwuznaczną i złożoną "w złej wierze"). W każdym razie, mając doświadczenia lat wcześniejszych (również te z roku 1933, gdzie Polska otwarcie deklarowała rozpoczęcie interwencji przeciwko Niemcom, a Francuzi odmówili wówczas swego udziału), Beck wolał się zabezpieczyć, znając francuską niemoc zarówno polityczną jak i militarną (w tym czasie bowiem we Francji panowała ogromna niestabilność polityczna, a rządy zmieniały się dosłownie co kilka miesięcy, nawet co kilka tygodni, poza tym francuska niemoc militarna polegała na tym, że oni przede wszystkim szkolili się do działań obronnych, tylko i wyłącznie obronnych, co było zupełnie niezgodne z warunkami zawartego w lutym 1921 r. traktatu polsko-francuskiego o wzajemnej pomocy).

Marcowy kryzys roku 1936 znacznie wzmocnił Niemcy i jednocześnie wykazał, - jak stwierdził Churchill - że w przypadku międzynarodowej pożogi wojennej "Francja nie będzie walczyć, Anglia zaś będzie ją powstrzymywać, nawet jeśli Francja przystąpi do walki". W europejskiej polityce coraz trudniej było bowiem znaleźć kogoś, kto chciałby otwarcie nowego konfliktu z Niemcami. We Francji ostatnim politykiem, który otwarcie reprezentował dawno zapomnianą francuską mocarstwowość (tę w napoleońskim wręcz stylu) i jednocześnie dążył do sojuszu z Polską, starając się powstrzymać ekspansywność Niemców, to był były francuski premier Louis Barthou, który zginął zamordowany w Marsylii w październiku 1934 r. (należy jednak dodać, że jak większość Francuzów również i Barthou był chorobliwym moskalofilem). Całkowita bezczynność Francuzów w sprawie Nadrenii, umożliwiła jednak Niemcom dalszą ekspansję, tym bardziej że wkroczenie Wehrmachtu do Nadrenii było testem sprawdzającym spójność zwycięskiej koalicji z 1918 r. Po wojnie generał Jodl stwierdził, że Niemcy okupowały ten obszar przy użyciu zaledwie jednej dywizji i dodał: "Mogę jedynie powiedzieć, że zważywszy na sytuację, w jakiej się znaleźliśmy, sama francuska armia osłaniająca mogła rozbić nas w pył"). Od tej chwili stawało się coraz bardziej jasne, że Francja nie ruszy w przypadku agresji niemieckiej, bo jeśli nie interweniowała gdy zagrożone były jej własne interesy, to czy interweniuje gdy Niemcy napadną na inny kraj europejski? Piłsudski dawno przestał liczyć na Francję (powtarzał bowiem "Francja nas opuści, Francja nas zdradzi"), a takim ostatecznym zerwaniem z Francją był rok 1933 (nic zatem dziwnego że na łożu śmierci zalecał Beckowi aby wciągnął do przyszłej wojny Wielką Brytanię).

Tymczasem powróćmy jednak do sierpnia 1936 i wizyty Jana Szembeka w Berlinie podczas Igrzysk Olimpijskich. Spotkał się on tam (m.in.) z profesorem von Arnimem w założonym (25 lutego 1935 r.) przez Goebbelsa Instytucie Niemiecko-Polskim. Rozmawiano na wiele tematów, ale jednym z głównych problemów było otwarcie analogicznego instytutu w Warszawie (o co zabiegał von Arnim, a Szembek obiecał że zajmie się tą sprawą, lecz ostatecznie do otwarcia takiego instytutu nigdy nie doszło). Natomiast zmagania polskich sportowców na arenach Berlina (114-osobowa reprezentacja, 103 mężczyzn i 11 kobiet), niemiecka publiczność przyjmowała dość pozytywnie (jak bowiem pisał w swej notatce z 7 sierpnia Jan Szembek, będąc po rozmowie z płk. Kazimierzem Glabiszem z Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych, opierającym się na meldunkach wywiadu wojskowego: "Koła inteligencji niemieckiej okazywały wobec Polaków chłód, natomiast ze strony szerokich mas publiczności, sportowcy polscy spotkali się z bardzo gorącym przyjęciem". Tutaj akurat nie byłbym aż taki optymistyczny, należy bowiem pamiętać że Niemcy równie mocno oklaskiwali Francuzów - którzy weszli w trakcie otwarcia Igrzysk z hitlerowskim pozdrowieniem, a także Włochów, Hiszpanów, Holendrów, Czechów i Brytyjczyków. Takie bowiem było odgórne zalecenie szefa Ministerstwa Propagandy Rzeszy - Josepha Goebbelsa, aby zagranicznym gościom okazywać maksimum kurtuazji i gościnności). Ciekawy jest również reportaż prasowy z tych Igrzysk Janusza Minkiewicz dla "Robotnika" (pisma socjalistycznego), w której pisze on: "Olimpiada berlińska stała się przede wszystkim manifestacją polityczną. Jej centralną postacią uczynił się Hitler, a miliony swastyk zwisających ze wszystkich okien Berlina, oznaczają związek olimpiady z hitleryzmem. Atmosfera w Berlinie jest ciężka i duszna. Po godzinie włóczęgi po mieście, z ochotą wraca się do hotelu, aby odpocząć od niesłychanego tłoku, hałasu, zamieszania wywołanego stłoczeniem się kilku milionów ludzi. Oko zmęczone jest czerwienią hitlerowskich chorągwi, ucho słabnie od słów "deutschland, deutschland, deutschland" świdrujących się z głośników ustawionych co kilka kroków na ulicach. Tłumy mało zajmują się właściwymi zawodami sportowymi. Zajmuje je przede wszystkim Hitler. Którędy będzie przyjeżdżał, skąd go najlepiej obejrzeć, gdzie go najlepiej usłyszeć? Trzeba mu przyznać, że stuprocentowo potrafił wykorzystać olimpiadę do swoich propagandowych celów. Dał możność swobodnego wyżycia się szerokim masom. Dał im rozrywkę i zarobek. Zrozumiał, że potrafi tym więcej wywołać dla siebie entuzjazmu, niż jakimkolwiek, najbardziej choćby demagogicznym posunięciem politycznym. Lud niemiecki, który wyległ na ulice z okazji olimpiady, zapomniał o karności związanej z każdą hitlerowską manifestacją polityczną i z ochotą oddycha swobodą, z jaką może komentować wszystkie aktualne wydarzenia... sportowe. (...) Nie ma tym razem żadnych nakazów i przymusów. Wszelka akcja polityczna jest na okres olimpiady zawieszona. Nie głosi się wprost, bezpośrednio hitlerowskich haseł, aby dać wypoczynek Niemcom i nie drażnić cudzoziemców. Dlatego jedni i drudzy są zadowoleni, a ten system dania odpoczynku od politycznej propagandy jest właściwie najbardziej skuteczną... polityczną propagandą".

Prasa niemiecka oczywiście pisała o tym, że zarówno Polska jak i Niemcy mocno się do siebie zbliżyły i łączy je coraz więcej elementów w dziedzinie polityki zagranicznej oraz wewnętrznej. Twierdzono wręcz, iż tworzy się swoista oś Berlin-Warszawa. Częste (od wiosny 1934 r.) podróże - nie tylko przedstawicieli najwyższego szczebla rządowego - ale chociażby dowódców policji, wojska, artystów, studentów i młodzieży, świadczyły dobitnie że nie są to wcale słowa rzucane na wiatr. Na ogół z inicjatywą takich spotkań występowała strona niemiecka, a potem następowała rewizyta. Podkreślono też bardzo silne zbliżenie na polu gospodarczym (chociaż tendencje z lat 1928-1935 tego nie wykazywały) i mówiono wręcz o przyszłej niemiecko-polskiej wspólnocie obszaru (Raumgemeinschaft), twierdząc, że po zwycięstwie nad Sowietami w przyszłej wojnie Polska otrzyma swój własny "Mały, wielki obszar gospodarczy" w Europie Środkowo-Wschodniej. W tych zagadnieniach kwestia Pomorza oraz drogi i autostrady przez polskie Pomorze do Prus Wschodnich, schodziły na drugi a nawet trzeci plan. Warto też oczywiście tutaj podkreślić że ta wspólnota - która teoretycznie zaczęła się rysować (choć trzeba pamiętać że strona polska bardzo podejrzliwie podchodziła do tych kwestii, przykładem niech będzie fakt że większość rewizyt młodzieży polskiej w Niemczech była bardzo nieliczna, raczej próbowano uniemożliwić bratanie się np. polskich harcerzy z członkami hitlerjugend) miała swoje odzwierciedlenie również w filmach. Od 1935 do 1937 Niemcy nakręcili w Polsce kilka filmów krajoznawczych (np. "Die alte Königstadt Krakau" - "Stare królewskie miasto Kraków" 1935, "Warschau" - "Warszawa" 1936, "Heimat der Goralen" - "Ojczyzna górali" czy "Zwischen dem schwarzen und weissen Czeremosz" - "Między Czarnym i Białym Czeremoszem". Zobowiązano się również do kupowania filmów jednej i drugiej strony, z tym że strona polska miała usuwać wątki które by były nieprzyjazne ideologii narodowosocjalistycznej, natomiast Niemcy mieli tolerować uczestnictwo aktorów żydowskich w polskich filmach. Planowano też stworzyć wspólną polsko-niemiecką koprodukcję filmową, która miała być kasowym hitem w obu krajach, poszukiwano jednak odpowiedniego ku temu tematu. Zamysły te nieco popsuli Francuzi, którzy we wrześniu 1935 r przybyli do Polski (mam tutaj oczywiście na myśli delegację filmowców francuskich) w celu omówienia wspólnego polsko-francuskiego filmu o księciu Józefie Poniatowskim - jedynym Polaku, który został marszałkiem Francji. Z planów tych jednak nic nie wyszło i powrócono do koncepcji polsko-niemieckiej kooperacji filmowej. Niemcy zaproponowali wybór tematu panowania Augusta II Mocnego i tzw. "epokę saską" w Rzeczypospolitej w XVIII wieku, podkreślając że stosunki polsko-saskie zawsze były bardzo silne. Film miał zostać pozbawiony jakichkolwiek wątków propagandowych, a wręcz przeciwnie, miał stać się dziełem które jednoczy "artystyczną wolę wyrazu i formy przedstawicieli obu Narodów". Pewien problem stanowił tylko fakt, że epoka saska nie cieszyła się w Polsce zbyt dobrą opinią, a król August II Mocny i jednocześnie elektor Saksonii - Fryderyk August I, był odbierany raczej negatywnie. Dlatego też w filmie planowano przedstawić wspólnotę ludu Polski i Saksonii, która nie ma nic wspólnego z ekstrawagancką polityką dworu Wettynów i samego Augusta II, a szczególnie z jego brataniem się z carem Piotrem I.




Ostatecznie doszło do realizacji tego projektu i 17 stycznia 1936 r. odbyła się uroczysta premiera filmu w Dreźnie z udziałem miejscowych władz i ambasadora Rzeczpospolitej Józefa Lipskiego. Film nosił tytuł "August der Starke" ("August Mocny" - jego nazwa oczywiście wzięła się stąd, że król ten był bardzo silny i sam w dłoniach łamał podkowy, przestawiał armaty, których nie mogło ruszyć kilku żołnierzy i w ogóle popisywał się swoją siłą), film ten został wyreżyserowany przez Paula Wegenera. Przy jego realizacji zasięgnięto pomocy zarówno historyków, jak i historyków sztuki i historyków mody, a w filmie wystąpiła doborowa obsada ówczesnych niemieckich i polskich aktorów, jak choćby: śpiewak operowy Michael Bohnen (który wcielił się w rolę Augusta Mocnego), Lil Dagower (jako królewska metresa, księżna Königsmark), Marie-Luise Claudius (jako hrabina Cosel - kolejna królewska metresa), Günter Hadank (jako król Szwecji - Karol XII), a także Loda Halama, Wanda Jarszewska, Tamara Wiszniewska, Franciszek Brodniewicz czy Franciszek Suchcicki. Film ten co prawda pozbawiony był elementów propagandowych, ale bardzo swobodnie podchodził do wydarzeń historycznych, skupiając się głównie na postaci samego Augusta II Mocnego, który po roku 1709 odzyskał władzę w Rzeczpospolitej i zmagając się zarówno z rosnącą opozycją polskiej szlachty oraz wpływami cara Piotra I, samotnie spędzał długie godziny na Zamku Królewskim w Warszawie. Dużym walorem artystycznym tego filmu, jest jednak jego nakręcenie w niezniszczonych jeszcze przez wojnę rezydencjach Wettynów w Warszawie i w Dreźnie. Film - mimo dużych nakładów finansowych i ogromnej kampanii reklamowej jaka została wobec niego nakręcona (głównie w Niemczech) - nie spotkał się z szerokim odbiorem. W Niemczech (szczególnie na Śląsku, na Pomorzu i w Prusach Wschodnich) bardzo szybko schodził z ekranów kin, gdyż nie było frekwencji. W Polsce zaś był jeszcze mniej popularny i poza sporadycznymi seansami w nielicznych kinach które go wyświetlały, można go było obejrzeć jedynie na zamkniętych pokazach. Film ten został również poddany sporej krytyce i to zarówno w Niemczech jak i w Polsce (w Polsce zarzucano realizatorom zbytnią afirmację niemieckich wpływów kulturalnych w Polsce, oraz idealizację wizerunku niepopularnego władcy).

Nie było to oczywiście jedyne wspólne polsko-niemieckie dzieło artystyczne, takich filmów powstało kilka jak choćby Abschiedswalzer ("Pożegnalny walc" który w Polsce nosił tytuł "Chopin, pieca wolności") z 1934 r. Którego centralnym tematem był wybuch Powstania Listopadowego w Polsce w roku 1830 i Wielka Emigracja żołnierzy i inteligencji po roku 1831 do Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii (oczywiście skupiano się głównie na Niemczech, gdzie rzeczywiście Polacy w tamtym czasie byli przyjmowani jak bohaterowie, jak obrońcy wolności, gdyż w niemieckich państwach wówczas wszelka wolność była tępiona, a władcy poszczególnych krajów Rzeszy rządzili twardą ręką). Ten film okazał się strzałem w dziesiątkę i był bardzo popularny i to zarówno w Niemczech jak i w Polsce (w Belwederze prywatny pokaz tego filmu urządził sobie nawet Marszałek Piłsudski), ale również w innych krajach w których był wyświetlany, jak choćby w Wielkiej Brytanii (gdzie odbył się nawet specjalny pokaz dla pary królewskiej w pałacu Buckingham). Film oczywiście skupiał się na życiu kompozytora Fryderyka Chopina i jego patriotycznym zaangażowaniu w wielki wybuch Polaków (oczywiście Chopin nie uczestniczył w walkach zbrojnych w Królestwie, wówczas bowiem przebywał w Dreźnie, Monachium a potem w Paryżu, gdzie leczył się z nieodwzajemnionej miłości do śpiewaczki Konstancji Gładkowskiej, w której to się zakochał ok. 1829 r. i ta miłość długo w nim trwała. Film oczywiście eksponował szczególnie wątki antyrosyjskie, oskarżając Moskwę o utratę przez Polskę niepodległości (z tego też powodu w polskiej prasie poddano film krytyce, jako że pomijał on zupełnie sprawstwo pruskie które było kluczowe, bowiem to nie Rosjanie dążyli do zaborów, a właśnie Prusacy. Rosjanom zabory nie były potrzebne, ponieważ od co najmniej 1764 r. kontrolowali oni w mniejszym lub większym stopniu wydarzenia dziejące się w Rzeczpospolitej i nie musieli się z nikim dzielić tą władzą. Caryca Katarzyna II zgodziła się na pierwszy rozbiór dopiero w 1772 r. w sytuacji gdy bardzo nalegał na to król Prus - Fryderyk II Wielki oraz cesarz Józef II Habsburg. To więc nie Rosjanie, a Niemcy - z Niemką jako carycą Rosji - doprowadzili realnie do rozbiorów Polski).




W tym czasie powstawało też wiele innych polsko-niemieckich filmów jak choćby: "Ritt in die Freiheit" ("Ku wolności") z 1936 r. również o tematyce Powstania Listopadowego i miłości rotmistrza polskich ułanów Staniewskiego (w tej roli Willi Birgel, który w 1940 r. wystąpił w jawnie antypolskim filmie "Wrogowie"), do Kateriny - siostry rosyjskiego gubernatora Grodna (w tej roli Ursula Grabley). W filmie tym przede wszystkim eksponowano patriotyzm i waleczność Polaków, zestawiając go z okrucieństwem Moskali. Innym filmem z koprodukcji berlińskiej "Ufy" i "Warszawskiej Spółki Kinematograficznej" był "Polenblut" ("Polska krew") z 1935 r. Film opowiadał o polskim szlachcicu, hrabim Baranskim (w tej roli Iwan Petrovich), myślącym tylko o przyjemnościach, którego serce odmienia dopiero miłość do pięknej Heleny Zaremby (Anna Ondra). Kolejnym tego typu filmem był "Mazur" z 1935, umiejscowiony w czasie I Wojny Światowej, którego głównym wątkiem była osobista tragedia Very Kowalskiej (w tej roli Pola Negri) tancerki Teatru Wielkiego w Warszawie, która została wykorzystana przez rosyjskiego dyrygenta Grigorija Michaiłowa. Ostatecznie Vera strzela i zabija Michajłowa, gdy widzi go w objęciach swojej córki. Gra Poli Negri (ówczesnej sexbomby), stanowiła niewątpliwą zaletę tego filmu (sam Goebbels obejrzeniu filmu stwierdził: "Negri gra porywająco" - chociaż wcześniej sama aktorka przyznała że Goebbels wytknął jej niearyjskie pochodzenie i podejrzewała że było to związane z tym, że w charakterze sekretarki zatrudniła Żydówkę. W tej sprawie nawet Hitler nakazał rozpoczęcie śledztwa i ostatecznie w lutym 1935 r. niemiecka prasa napisała: "Ona (czyli Negri) jest Polką, a więc Aryjką"). Takich filmów było jeszcze kilka, W każdym razie współpraca polsko-niemiecka wydawała się rozwijać we wszelkich dziedzinach począwszy od polityki, a skończywszy na filmie i sporcie. Sytuacja ta jednak nie była taka prosta i łatwa, bowiem co prawda Niemcy kupowali polskie filmy (zobligowała ich do tego umowa, zawarta 22 lutego 1937 r.) ale w większości ich nie puszczali w swoich kinach (w 1936 i 1937 na ekranach niemieckich film kin nie pojawił się ani jeden polski film fabularny, podczas gdy w Polsce pokazano w tym czasie aż 35 niemieckich filmów). Ostatecznie więc 1 października 1937 r. polska strona wypowiedziała umowę filmową pomiędzy oboma krajami (w styczniu 1938 r. podpisano więc nową umowę).


PORTRET POLI NEGRI
(1924)



Wzajemne polsko-niemieckie relacje rozwijały się dobrze (choć nieco z przymusu, gdyż ewidentnie dążyły do tego władze niemieckie, podkreślając w swoich kronikach, jak to płynnie i bezkonfliktowo układają się nasze wzajemne stosunki. Strona polska zaś była bardzo powściągliwa tej tematyce). Joseph Goebbels lubił na przykład Jana Kiepurę i uważał go wręcz za wyjątkowego artystę o pięknym głosie (przy poparciu szefa ProMi, Kiepura występował od 1934 r. w Berlińskiej Operze Państwowej i w Filharmonii Berlińskiej i był zapraszany na wszelkie najważniejsze koncerty w Niemczech. Kiepura zresztą już w sierpniu 1936 r. w rozmowie z Janem Szembekiem w Berlinie zwierzył mu się, że chciałby na stałe osiedlić się w Berlinie i rozpocząć tutaj "na szeroką skalę działalność propagandową", ale uczyni to dopiero wtedy, kiedy uzyska zgodę polskiego rządu i będzie miał pewność że "leży to na linii interesów rządu polskiego". Takie przesiedlenie się też do nazistowskich Niemiec wiązałoby się z zerwaniem kontaktów ze środowiskiem amerykańskim - z którym on był związany, a tam miał kontakty z wieloma Żydami. Ostatecznie Szembek stwierdził, że zapewne polski rząd nie będzie miał nic przeciwko jego osiedleniu się w Niemczech i tak się też stało, a Kiepura działał tam również w interesie tamtejszej Polonii, uświetniając swoją obecnością wiele imprez polonijnych, utrzymując stały kontakt z ambasadą Rzeczpospolitej w Berlinie i będąc nieoficjalnym ambasadorem polskich spraw w Niemczech. Niemieckie władze tolerowały to aż do kwietnia 1939 r. kiedy Kiepura - będąc na tourne w USA, zadeklarował przeznaczenie 100 000 zł ze swojej gaży, na polski Fundusz Obrony Przeciwlotniczej. Nagle przestał być zapraszany na wszelkie uroczystości kulturalne w Niemczech, a niemiecka prasa nazwała go "polskim wrogiem" i "żydowskim mieszańcem"). Podobnie zresztą Pola Negri, która była najlepiej opłacaną kobiecą aktorką w Niemczech (nawet Goebbels twierdził, że Negri "pożera zbyt dużo pieniędzy", ale i tak był wielbicielem jej aktorskiego talentu).


ŻYCIE JANA KIEPURY PEŁNE BYŁO WIELU NIETYPOWYCH ZWROTÓW AKCJI, ŻYŁ DOSTATNIO W OTOCZENIU PIĘKNYCH KOBIET, ALE JEDNOCZEŚNIE NIEPOZBAWIONY BYŁ OBOWIĄZKU WOBEC WŁASNEJ OJCZYZNY. BRAŁ PRZECIEŻ UDZIAŁU W PIERWSZYM I DRUGIM POWSTANIU ŚLĄSKIM w 1919 i 1920



Wracając zaś do tematu drogi i autostrady przez Pomorze, to przez większość 1936 i cały 1937 r. temat ten praktycznie nie był podejmowany we wzajemnych polsko-niemieckich stosunkach. Dopiero rok 1938 spowodował znaczne ożywienie w tym temacie.




CDN.

niedziela, 24 grudnia 2023

CZY CHRYSTUS BYŁ ŻYDEM?

ORAZ, CZY CHRZEŚCIJAŃSTWO WYWODZI SIĘ Z JUDAIZMU?


 W pierwszych słowach mego listu pragnę donieść, że jestem zdrowy i w pełni władz umysłowych... Bo chyba nie czytalibyście wywodów chorego 🤭🤣... Jak w swoim sławnym liście do Murzynów pisał Karol Krawczyk z "Miodowych lat".




Tak sobie śmieszkuję, bo ta świąteczna aura Bożonarodzeniowa zawsze wprawia mnie w taki wyjątkowy stan duchowej radości.

Ale nie o mojej radości zamierzam tutaj dzisiaj napisać, choć oczywiście temat zbieżny będzie z nadchodzącymi świętami Bożego Narodzenia. Chciałbym się więc podjąć tematu, które na pierwszy rzut oka wydaje się banalne i oczywiste, a mianowicie pragnę odpowiedzieć na pytanie czy Jezus Chrystus był Żydem, oraz czy chrześcijaństwo wywodzi się z judaizmu? Te pytania - tak jak wspomniałem wyżej - wydają się oczywiste, ale czy na pewno? Czy na pewno są oczywiste tylko dlatego, że ktoś nam tak wcześniej powiedział, albo tak się utrwaliło w ogólnym przekonaniu? Czy określenie judeochrześcijaństwo jest określeniem właściwym i czy rzeczywiście odnosi się ono do korzeni z których wyrasta nauka Chrystusa?

Nim jednak przyjdę do tego tematu, chciałbym tutaj przytoczyć pewne moje doświadczenie, jakie ostatnio miałem w kwestii wiary, oraz jej fizycznej ekspiacji. Otóż jakiś czas temu udałem się do mojej parafii, ponieważ był mi potrzebny pewien dokument który w taki właśnie sposób musiałem uzyskać. Podczas tego spotkania jakie miałem z księdzem proboszczem mojej parafii, zgadaliśmy się na temat Kościoła i wiary, a zaczęło się to od jego stwierdzenia, iż on mnie nie kojarzy i zapewne ja do kościoła nie chodzę. Dodał nawet że "Najwidoczniej kościół nie był panu potrzebny" (w sensie do tej pory, a teraz przychodzę "po prośbie"). Przyznam się szczerze że tak naprawdę nie chciało mi się wchodzić w polemikę i rozwodzić nad tym tematem, chciałem po prostu pewne rzeczy załatwić i tyle, bez tłumaczenia się w moich przewin czy zaniechań. Jednak pewne takie dosyć przyznam się szczerze, nieprzyjemne uwagi owego księdza proboszcza, zmusiły mnie do tego, żeby stwierdzić, że ma rację. Ja nie potrzebuję już kościoła, nie potrzebuję chodzić do budynku, żeby poczuć czy odnaleźć tam Boga. Ja już jestem ponad to (jeśli rozumiecie Kochani o co mi chodzi). Proboszcz ten najwidoczniej jednak nie zrozumiał tego, co próbuje mu powiedzieć i stwierdził, że albo się wyrzekłem Boga (czyli tak, jak bym stał się ateistą), albo po prostu mi się nie chce chodzić do kościoła, bo mam inne (fajniejsze w domyśle) rzeczy do zrobienia. Mimo że była to osoba duchowna to od razu było widać że ten człowiek jest bardzo ograniczony duchowo, bo jeżeli on nie rozumie tego co ja próbuję mu powiedzieć i zmusza mnie do tego, żebym mówił to słowami bardzo prostymi (prostackimi wręcz) nazywając wszystko literalnie po imieniu, tak żeby to dotarło; a mimo wszystko gdy to wszystko mu rozłożę na czynniki pierwsze, to on i tak z tego nic nie zrozumie, więc taka rozmowa wydaje mi się kontrproduktywna. Samo bowiem stwierdzenie że "ja już nie potrzebuję kościoła" wydaje się dla ludzi pokroju owego proboszcza niezrozumiałe zupełnie, bo jak to "już nie potrzebuję", co to ma w ogóle znaczyć? To wszystko trzeba teraz wyjaśniać jak dziecku, powiedzieć "a" to jest "a", a "b" to jest "b", czarne jest czarne, a białe jest białe. Zapytałem więc ostatecznie "Ile kościołów zbudował Chrystus?" i w zasadzie to pytanie zamknęło dalszą dyskusję. 

Pragnę też od razu wyjaśnić że nie stałem się wcale ateistą (chociaż ateizm nie jest wcale oddaleniem od Boga, ateiści oczywiście w zależności od ich własnych działań, bo te bywają bardzo różne - jak choćby są jakieś grupy skomuszałych lewaków, dla których Bóg to jest jakieś tam "opium dla mas" czy coś podobnego - ateiści dlatego że nie chodzą do kościoła i nie wyznają wiary w tego, czy innego Boga wcale nie są pozbawieni Bożej Miłości, a niekiedy nawet - wszystko zależy od człowieka - są bardziej uduchowieni od całej reszty wyznawców danych religii). Jednak tłumaczenie księdzu proboszczowi pewnych zawiłości, które wydaje mi się on nie zrozumie - a jeśli zrozumie, to zinterpretuje je w dość koślawy sposób - wydała mi się zatem pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Bowiem tłumaczenie księdzu takich oczywistości, że my tutaj przybywamy tylko na chwilę i wcale nie żyje się raz. Że drogą do wyjścia z tego świata jest Miłość i tylko i wyłącznie Miłość (przepraszam, jeszcze Przebaczenie, które jest nieprawdopodobnym oczyszczeniem wewnętrznym człowieka; jeśli bowiem jesteś w stanie wybaczyć komuś, kto wyrządził ci ogromną krzywdę, tobie, lub twoim bliskim, to już wygrałeś!). Że każda istota ma prawo do życia, a przede wszystkim prawo do życia bez cierpienia (choć ono niestety często nas dotyka) i to nawet wówczas, kiedy ta istota musi zginąć (żebyśmy na przykład mogli się najeść - mam tu oczywiście na myśli różnego rodzaju zwierzęta, takie jak kury, świnie czy krowy). Śmierć nie jest bowiem karą i nigdy jej w ten sposób nie traktujmy, śmierć jest wyzwoleniem (chociaż oczywiście osoba która żyje, zawsze może zmienić swoje życie póki jest tutaj, po śmierci nie ma już ani cierpienia ani kar, ale też nie można niczego naprawić, już jest tylko odpoczynek - a potem w zależności od winy jakie na nas ciążą za życia, ponowny powrót na ten świat, żeby odrobić to co żeśmy wcześniej dali). Nigdy jednak nie jesteśmy sami i to jest niesamowite wsparcie. Na przykład nie ma dnia, żebym ja nie rozmawiał z Bogiem. Ile rzeczy udało mi się osiągnąć dzięki takiemu wsparciu - o które sam prosiłem - to nawet tego nie zliczę, ile rzeczy mi się udało załatwić, rozwiązać to jest niepoliczalne. 

A do kościoła nie chodzę już ładne kilka (może nawet kilkanaście lat), oczywiście wykluczając dni świąteczne, które wypadają czy to w rodzinie, czy z innej okazji. A to wsparcie Boga odczuwam codziennie i choć niekiedy myślę że pewne rzeczy - które sobie zaplanowałem - nie pójdą po mojej myśli, potem się okazuje że wszystko jest tak, jak chciałem (oczywiście może nie w 100 procentach, ale w tych 90 paru). W pewnej chwili to nawet sam się gubię, czy to ja tworzę tą rzeczywistość, czy też ona jest mi ofiarowana, ale wydaje mi się że nawet jeżeli ja tworzę, to wszystko i tak dzieje się dzięki wsparciu Boga, bez którego nic by się nie udało. Wyobrażacie sobie teraz Kochani żebym powiedział takie słowa do księdza proboszcza? Przecież on by uznał mnie za niespełna rozumu. Być może nawet podobnie jak św. Franciszka z Asyżu, który chodził po wsiach i pytał się "Dlaczego Miłość nie jest kochana?". I to by było na tyle tej mojej prywaty, przyjdźmy zatem do tematu:



CZY JEZUS CHRYSTUS BYŁ ŻYDEM?




 Jakże łatwo odpowiedzieć jest na to pytanie, prawda? Skoro Jezus urodził się wśród Żydów, dorastał wśród Żydów i wyznawał judaizm (przynajmniej oficjalnie), to kim innym miał być jak nie Żydem? Skoro chrześcijaństwo wywodzi się z judaizmu, to oczywistym jest że jest to religia judeochrześcijańska? Skoro więc wszystko sobie wyjaśniliśmy to nie ma sensu dalej tego przedłużać 🤭.

Oczywiście żartuję (jak to mówił Robert Górski w jednym ze skeczów Kabaretu Moralnego Niepokoju: "Ale od rana mam dziś łeb do komedii" 😄🙄). I niestety muszę rozczarować tych wszystkich, którzy już znają prawdę objawioną (przez kogo?). Zatem przejdźmy do faktów, które oczywiście są pomijane przez tych, którzy święcie wierzą w odgórnie narzucone paradygmaty pojęciowe. Zacznijmy jednak od początku.

Skąd w ogóle wiemy że Jezus Chrystus był Żydem? A no chociażby z genealogii przedstawionej nam przez apostołów Mateusza i Łukasza, którzy wywodzą rodowód Józefa - męża Marii - od króla Dawida (a nawet od Abrahama). Tylko że Józef nie był ojcem Jezusa i mówi o tym nawet Pismo Święte. W takim razie, skoro Józef nie był ojcem Jezusa, a Maria była jego matką, to był Żydem po matce, czyż nie? Pytanie tylko brzmi czy Maria była Żydówką i tutaj mamy już bardzo wiele nieścisłości. Maria urodziła się bowiem w Galilei, a nie w Judei (podobnie jak Jezus), a kraina ta była bodajże najmniej żydowska ze wszystkich okolicznych krain wokół Jerozolimy, gdzie wyznawano judaizm. Najbardziej żydowskim krajem była oczywiście Judea, z centrum w Jerozolimie, gdzie znajdowała się Świątynia zbudowana przez Zorobabela (tzw. druga Świątynia Jerozolimska). Samaria w tym czasie (czyli chwili narodzin Chrystusa) była już pogańska, zaś Galilea leżała jeszcze dalej na północy i choć wyznawano tam judaizm, to odsetek rdzennych Żydów był tam niewielki, stąd też kraina ta została nazwana Galileą, (czyli Galil Hag-goijm, co znaczy "dzielnica pogańska"). Ziemia ta została po raz pierwszy podbita przez Żydów za Szymona Machabeusza (142-135 p.n.e.), ale ilość żywiołu żydowskiego w tej krainie była tak nieliczna, że jeszcze Szymon postanowił wysiedlić wszystkich Żydów z tej krainy aby nie żyli oni w morzu pogan i aby w tym morzu się nie roztopili (czyli nie przyjęli wiary i kultów pogańskich). Notabene ostatnimi czasy nijaki Grzegorz Braun, poseł na sejm Rzeczpospolitej z ramienia Konfederacji zgasił w polskim sejmie w sposób niezwykle medialny (jak zwykle zresztą w jego przypadku) siedmioramienny żydowski świecznik, zapalony tam w ramach obchodów święta chanuki (czyli święta na cześć powstania machabeuszy, do którego doszło w latach 167-160 p.n.e. i było świętem z okazji... mordowania Greków, bo tak to należałoby nazwać. Żydzi aby nie roztopić się w greckim morzu - nie tylko zresztą greckim - wzniecili powstanie i wywalczyli sobie powstanie własnego królestwa rządzonego przez ród Machabeuszy, którego istnienie zakończył sto lat później, czyli w 63 r. p.n.e Pompejusz Wielki. Notabene należy jednak pamiętać że Grzegorz Braun, który dokonał tego jakże "heroicznego czynu", sam ma korzenie żydowskie).




Tak więc aż do samego końca II wieku p.n.e w Galilei nie było nawet jednego Żyda, a ponowna judaizacja tej krainy nastąpiła w czasie krótkich rządów króla Arystobula I w latach 104-103 p.n.e., z tym że nie tyle zasiedlono Galileę kolonistami z Judei, ile zmuszono Galilejczyków do przyjęcia judaizmu poprzez przymusowe obrzezania mężczyzn i chłopców. Oczywiście aby to przeprowadzić należało najpierw wprowadzić do Galilei wojsko, sprowadzić tam rabinów i oczywiście całe zastępy chirurgów. Natomiast zamieszkujący tą krainę rzemieślnicy (w tym chociażby cieśle, jakim był Józef, mąż Marii) nie musieli być Żydami tylko miejscowymi, Galilejczykami. A kim w ogóle byli Galilejczycy pod względem rasowym, jak można ich sklasyfikować? Otóż bez wątpienia dominowali w tej krainie Aramejczycy, czyli po prostu Syryjczycy, których mowa bez wątpienia przeważała nie tylko w tej krainie, ale popularna była również i w Judei (o czym świadczy fakt, że pierwotnym językiem w jakim spisano Pismo Święte był właśnie aramejski). Poza tym w Galilei osiedliło się bardzo wielu Greków, oraz Filistynów, którzy to nie byli semitami a aryjczykami, przybyłymi niegdyś ze Środkowej Europy (z pewnością po bitwie w Dolinie Dołęży z ok. 1250 r. p.n.e. o czym też już kilkukrotnie pisałem). Jak bowiem pisał George Adam Smith w swojej "Geografii  historycznej Ziemi Świętej" (wydanej w 1894 r.): "Tło i otoczenie tego okresu życia Pana naszego było ruchliwe i bardzo wesołe, było helleńskie we wszystkim, co ta nazwa nam nastręcza, jako symbol pracowitego życia, wspanialej sztuki i działającej na zmysły religii. Jego wpływ na temperament Galilejczyków jest widoczny. Galilejczycy, według świadectwa Talmudu, więcej dbali o sławę, niż zysk, podczas gdy charakter Judei był wręcz przeciwny. Dlatego też i Pan Jezus wybrał swoich przyjaciół z pośród tego narodu i nie był Galilejczykiem ten, co Go zdradził".

Skoro więc zarówno Józef jak i Maria mieszkali w Galilei i w tej też krainie narodził się Jezus Chrystus, to w ponad 90% pewności można stwierdzić, że nie należeli oni do narodu żydowskiego. Z narodu, który w Galilei praktycznie nie istniał, a co najwyżej była tam jedynie wyznawana religia Mojżeszowa. Dlatego też, jeżeli ktokolwiek teraz będzie twierdził że Jezus był Żydem, bo jego rodzice byli Żydami, zawsze możemy wskazać na miejsce urodzenia, a to akurat jest w tym przypadku niezwykle istotne. Ale w przypadku Nauczyciela nie o samą też genetykę chodzi, gdyż z Biblii wiemy że Jezus Chrystus narodził się z Ducha Świętego (jakkolwiek można by było to rozumieć, gdyż powiedzmy sobie szczerze i nie bawmy się tutaj w jakieś niedomówienia, Trójca Święta, w którą każą nam wierzyć w kościele katolickim - nie istnieje. Jest bowiem pewną kontynuacją pogańskich wierzeń rzymskich i egipskich - jak choćby Trójca Kapitolińska). Jest to stwierdzenie zamazujące pewne fakty, a za takowe trzeba by było uznać to, iż ów Duch Święty - z którego narodzić miał się Mistrz - nie pochodził z tego świata, ale też nie pochodził ze Świata do którego trafiamy po śmierci. Jezus był Nauczycielem, którego Królestwo nie pochodziło z tego świata. Ale w naszej umysłowości niestety brakuje jeszcze zrozumienia pewnych nierzeczywistych jakby dla nas pojęć, i tak samo jak moja rozmowa z księdzem proboszczem sprawiała mi duży problem (żeby wytłumaczyć jemu w przystępny sposób co mam na myśli), tak samo znacznie łatwiej jest wierzyć że to Duch Święty zrodził Jezusa i na tym może na razie poprzestańmy.




Inną jeszcze kwestią jest stwierdzenie, że chrześcijaństwo wywodzi się z judaizmu, a niektórzy nawet używają określenia "judeochrześcijaństwo" co według mnie jest totalną aberracją (swoją drogą, w USA, co też mnie bardzo zastanawia bo lubię się zajmować takimi sprawami, istnieje duża grupa - szczególnie na amerykańskiej prawicy - takich wyznawców Starego Testamentu, czyli ewangelików wszelkiej maści, którzy tak bardzo zapatrzeni są w Izrael jako kolebkę chrześcijaństwa, że robi się to totalnie niesmaczne i wręcz żałosne. Jakie bowiem związki ma chrześcijaństwo z judaizmem i z Żydami, i czy w ogóle ma jakiekolwiek? Tak, oczywiście że ma, ale nie takie, jakie sądzą wyznawcy religii judeochrześcijańskiej. Jedyny związek chrześcijaństwa z judaizmem jest taki, że chrześcijaństwo narodziło się w otoczeniu Żydów wyznających judaizm (niekoniecznie zaś Apostołowie - których wybrał sobie Nauczyciel - musieli być Żydami, większość z pewnością była Galilejczykami, czyli jak wiemy nie Żydami). Kilka elementów judaizmu przetrwało oczywiście w chrześcijaństwie, ale są to tak nieliczne naleciałości, że nie ma sensu w ogóle nad nimi się głębiej rozprawiać. Gdyby zaś chrześcijaństwo bezpośrednio wywodziło się z judaizmu, to mielibyśmy nie żadne tam dodatki i nie jakieś naleciałości tej religii, tylko bezpośrednie przykazania judaistyczne, może tylko nieco zmienione dla potrzeb akcji misyjnych, ale jednak byłoby to swoiste lustrzane odbicie tamtej religii. Tak się jednak nie stało, chociaż rzeczywiście bezpośrednio po śmierci Jezusa Chrystusa, największą (w zasadzie jedyną w tamtym czasie) gminą chrześcijańską, była ta w Jerozolimie. Ale przecież pierwszym dejudaizatorem chrześcijaństwa był sam Mistrz, drugim zaś św. Paweł (pisałem już kiedyś o jego sporze z przedstawicielami gminy Jerozolimskiej na temat obrzezania pogan, do którego doszło ok. 49 r. podczas synodu jerozolimskiego. Wówczas to Paweł  miał się skarżyć, że grupa starców o bardzo wąskich horyzontach myślowych, pragnie podważyć jego pracę misyjną, jaką już pełnił wśród Greków i Rzymian. Oni nalegali bowiem na przestrzeganie pełnego prawa Mojżeszowego, łącznie z obrzezaniem pogan, a to wiązałoby się niestety z porzuceniem nowej religii przez ogromne rzesze Greków, Rzymian czy potem Galów, Hiszpanów i Brytów).

Mimo tych faktów, jednak należy też dodać że Chrystus nie walczył z judaizmem, a wręcz przeciwnie, przestrzegał wszystkich zasad tej religii (przynajmniej według tego, co twierdzili Apostołowie, a raczej ludzie którzy z Apostołów się podawali i w kilkadziesiąt lat później spisywali Ewangelie). Można bowiem przeczytać: "Nie mniemajcie, abym przyszedł rozwiązywać zakon albo proroków: nie przyszedłem rozwiązywać ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: aż przeminie niebo i ziemia, jedna jota, albo jedna kreska nie odmieni się w zakonie, aż się wszystko stanie. Kto by tedy rozwiązał jedno z przykazań najmniejszych i tak by ludzi nauczał, będzie zwanym najmniejszym w królestwie niebieskim, a kto by czynił i nauczał ten będzie zwany wielkim w królestwie niebieskim". [Mt. 5:17 n.; por. Łk. 16:17]. Wybaczcie, ale nie sądzę żeby jednak były to słowa Chrystusa. Ludzie bowiem, którzy to spisywali, nie widzieli Chrystusa na oczy, jak mogli więc znać jego słowa które zachowały się co najwyżej w przekazie ustnym, a ten jak wiemy bywa zawodny i wiele rzeczy można przez lata (nie mówiąc już o dekadach) dopowiedzieć, inne (niewygodne) rzeczy zaś usunąć. Można by było podać kilka jawnych przykładów (które przecież zachowały się w Biblii), pokazujących, że Chrystus mówił zupełnie co innego, niż głosił Zakon Mojżeszowy i kapłani Świątyni Jerozolimskiej. Jeżeli bowiem te przekazy zachowały się w Piśmie Świętym, to znaczy że nie było takiej zgody z judaizmem jaką próbuje nam się lansować, choć oczywiście Chrystus z judaizmem jako takim zapewne nie walczył, jedyne co robił to głosił Dobrą Nowinę i nauczał w inny sposób, niż robili to kapłani jerozolimscy. Takich przypadków można by było podać co najmniej kilka, ale biorąc pod uwagę okres świąteczny myślę że na tym możemy zakończyć. Chciałbym tylko aby ludzie uświadomili sobie, że twierdzenie iż Jezus był Żydem jest zupełnie nieuprawnione, podobnie jak twierdzenie że Żydami byli Maria czy Józef. Choć oczywiście wychowali się oni i wyrośli w judaizmie i był to jedyny ich związek z "narodem wybranym". 





WSZYSTKIM CZYTELNIKOM TEGO BLOGA PRAGNĘ ZŁOŻYĆ ŻYCZENIA ZDROWYCH, RADOSNYCH, BEZPIECZNYCH I CUDOWNYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA




piątek, 22 grudnia 2023

ATAK NA MEDIA!

 CZYLI, "TUSKU MUSISZ!"




 Ale się porobiło. Przyznam się szczerze że nawet nie wiem od czego zacząć, bowiem cała ta sytuacja zaczyna mnie zarówno irytować jak i bawić. Mam tutaj oczywiście na myśli bandyckie - bo inaczej tego nazwać nie można - przyjęcie Telewizji Polskiej przez ekipę nowego pana premiera Donalda Tuska. Obserwując to co się dzieje i jednocześnie przysłuchując się zarówno ogromnemu wzburzeniu (poniekąd się temu nie dziwię) widzów TVP (którzy oczywiście w większości swej zaliczają się do zwolenników partii Prawo i Sprawiedliwość) jednocześnie nie mogę nie ukryć pewnej takiej tkwiącej we mnie głęboko lekkiej satysfakcji z tego co się stało. Wiem, że to, co piszę jest w dużej mierze nieakceptowalne dla każdego zdrowo myślącego człowieka (nie mówię tutaj oczywiście o całym tym kodziarstwie, czy tego typu jebaćpisach, bo to są fanatycy. Wystarczy tylko posłuchać sobie wypowiedzi wyznawców Tuska, jak Tomasz Lis czy Eliza Michalik, aby dojść do przekonania że tam naprawdę dzieje się bardzo źle z głową tych ludzi i chociaż ja nie jestem lekarzem aby ich badać, to po ich własnych wypowiedziach mam prawo wyrazić swoje zdanie w tym temacie). Jest to nieakceptowalne, ponieważ ewidentnie widać że Tusk idzie na rympał i to nie jest już żadne tam bawienie się w jakieś "białe rękawiczki" czy coś w tym stylu, to jest po prostu ewidentne walenie pałą przez łeb. Mimo to jednak, ten nieskrywany cień satysfakcji z tego powodu we mnie drzemie. A dlaczego tak się dzieje? Śpieszę oto z wyjaśnieniem. 

Powiedzmy sobie szczerze i otwarcie że przez ostatnie 8 lat TVP realnie stała się tubą propagandową Prawa i Sprawiedliwości. Tak niestety było i chociaż mówię to z pewnym takim żalem w głosie - ponieważ sam z braku laku wspierałem zarówno PiS jak i TVP, to jednak nie można zamykać oczu na rzeczywistość. A ta była ewidentna, zamieniono Telewizję Polską, telewizję publiczną w informacyjny sekretariat partii rządzącej. Widać było ewidentnie również i to, że w TVP rządzi Jarosław Kaczyński (a raczej ludzie bezpośrednio z jego otoczenia) którzy mówili kto jest prawilny, a kto prawilny nie jest, kto może się wypowiadać, a kto wypowiadać się nie może, kogo można zaprosić do studia, a kogo zaprosić już nie wolno, kto może mieć swój program, a komu należy ten program zabrać, ponieważ powiedział kilka słów nie tak, albo zrobił coś, co nie spodobało się panu prezesowi i jego akolitom. Powiem otwarcie - parafrazując słowa Ferdka Kiepskiego "Ja nie o takie Polske walczyłem". Doskonale też pamiętam czasy sprzed 2015 r. kiedy PiS nie miał żadnych swoich mediów (bo nie oszukujmy się, ale Telewizja Trwam i Radio Maryja, podobnie zresztą jaki Telewizja Republika, to były i są nadal media niszowe, media co najwyżej stanowiące zaledwie część żelaznego elektoratu tej partii). Owszem, był bardzo ciekawy projekt medialny pod nazwą "Uważam rze", założony w 2011 r przez kilku pionierów którzy wyczuli niszę na rynku, spowodowaną brakiem tygodników o charakterze konserwatywnym i prawicowym. Bez wątpienia to pismo Lisickiego w krótkim czasie stało się bardzo popularne, bijąc na łeb na szyję w rankingach sprzedaży takie dzienniki ogólnopolskie jak Rzeczpospolita czy (tfu, tfu) Gazeta Wyborcza. Potem jednak - zdaje się w listopadzie 2012 r. - redaktorem naczelnelnym zrobiono tam niejakiego Jana Pińskiego, który koncertowo (w imieniu Tuska) doprowadził to pismo do upadku (swoją drogą, wyjątkowo żałosna postać). Przez niego to odeszła wówczas większość dziennikarzy (jakieś 90 parę procent) a sprzedaż pisma siadła gwałtownie. I tak się skończył eksperyment z prawicowymi mediami, a pismo ostatecznie przestało się ukazywać w 2016 r.).

Tak więc Prawo i Sprawiedliwość przed 2015 r. (a raczej przed styczniem 2016, bo wtedy to władzę w TVP przejął Jacek Kurski - nominat PiS-u na prezesa Telewizji Polskiej) PiS nie miał żadnej swojej gazety ani też większej, ogólnopolskiej telewizji, a i tak w 2015 r. wygrał wybory parlamentarne i prezydenckie. Dlaczego tak się stało? Może dlatego, że wówczas tym ludziom naprawdę się chciało chcieć i nie patrzyli oni ani na zyski, ani na to czy w przyszłości PiS zdobędzie władzę, czy jej nie zdobędzie (raczej trzeba było obstawiać że tej władzy przez najbliższe lata Prawo i Sprawiedliwość nie uzyska). Któż wie, że dzisiaj tak krytykowany na różne sposoby (również i po tej patriotycznej stronie) Tomasz Sakiewicz , w tamtych czasach zastawił własny dom po swej matce, aby tylko zyskać pieniądze na założenie Telewizji Republika, nie mając przy tym żadnej, nawet najmniejszej gwarancji, że w przyszłości te pieniądze zostaną mu oddane po zwycięstwie PiS-u, bo wówczas o zwycięstwie PiS-u co najwyżej się marzyło, ale rzeczywistość była taka, jaka była. I zobaczcie Kochani, tym ludziom naprawdę się wtedy chciało, byli gotowi do największych poświęceń i zarówno finansowych jak i fizycznych, gdzie trzeba było osobiście jeździć z kamerą, żeby udokumentować coś, co było pewne że w mainstreamowych mediach nie zostanie to pokazane. Ale czasy się zmieniły, PiS wybory wygrał - pierwsze, potem drugie, a dawni wojownicy zamienili się w tłuste koty. Po co im było więc teraz walczyć skoro pieniądze same do nich płynęły, wystarczyło po prostu płynąć z nurtem. Ja rozumiem że z biegiem czasu człowiek pragnie nieco odpocząć, jakoś ustabilizować się, ale życie często ma zupełnie inne plany wobec nas i jeżeli my sami reiterujemy z dalszej walki o ideały które były nam kiedyś drogie - bo jest dobrze, pieniądze są, więc wystarczy tylko siedzieć, nic nie robić a wszystko jakoś się samo ułoży, nie ułoży się. Powiedzmy bowiem sobie szczerze, PiS przegrał te wybory (to znaczy wygrał je, ale przegrał władzę, jako że nie zdobył większości parlamentarnej) przede wszystkim na własne życzenie. Nie chciało im się nawet wyjść do ludzi, nie chciało im się z ludźmi rozmawiać, bo już poczuli się mocniej, już poczuli się że mogą wszystko (a przynajmniej bardzo wiele) i tak właśnie działa świadomość władzy, odbiera ona bowiem chęci do jakiegokolwiek działania które wymaga jakiegoś większego zaangażowania się (inna sprawa że władza powoduje również, iż politycy całkowicie izolują się od reszty społeczeństwa. Dla nich bowiem codzienne rozterki zwykłych ludzi - ich własnych rodaków - to jest jakaś abstrakcja, oni żyją już na innym lewelu i mają zupełnie inne plany, pragnienia i cele. Dlatego też wybory to dla nich katorga, bo po pierwsze muszą znowu wydawać pieniądze na kampanię, a po drugie znowu muszą się bratać z tym ludem, a przecież tyle rzeczy pożytecznych mogliby w tym czasie robić - prawda?!).




Dlatego też PiS jest niestety w dużej mierze winien tego mu co się stało, i brak zarówno większości parlamentarnej jak i zdolności koalicyjnej spada tylko i wyłącznie na partię i jej bezpośrednie kierownictwo (pamiętam jak byłem dzieckiem, to był początek lat 90-tych, jak słuchałem sobie kasety z przebojami Tadeusza Drozdy i miał on tam jedną taką wpadającą w ucho piosenkę, która brzmiała m.in. tak: "Kierownictwo trza zmienić, bo ono nie doceni, że człowiek ma swoje posłannictwo, i będzie robota ze srebra i ze złota, tylko radzę wyrzucić kierownictwo. No weźmy tak panie popatrzmy na rząd, czy oni są w stanie, na błędzie tkwi błąd, te długi, pożyczki kto odda na czas, cenzura nożyczki, zabawa dla mas. Tak więc, kierownictwo trza zmienić, bo ono nie doceni że człowiek ma swoje posłannictwo... I to następne co przyjdzie też zmienić od razu, i to jeszcze następne to od razu ze schodów zrzucić, żeby w ogóle nie wlazło, a na cholerę nam kierownictwo, o" 👍🤭). Poza tym człowiek który myśli że może bardzo wiele, często traci jakiekolwiek hamulce moralne i co za tym idzie, umiejętność logicznego myślenia. Przecież myślenie w kategoriach że my tutaj będziemy rządzić wiecznie (albo tak długo, że trudno to w ogóle określić w jakichkolwiek ramach czasowych) było nie tylko krótkowzroczne, ale i głupie. Dlaczego PiS przez ten czas nie stworzył swojej własnej, prywatnej telewizji (albo przynajmniej wspomógł te, które już istnieją, pomógł im się wypromować), dlaczego tego nie zrobiono? naprawdę myślano że TVP będzie ich twierdzą już zawsze? Wydaje mi się, że tutaj zadziałał element takiego totalnego przekonania, który dotyczył praktycznie wszystkich rządzących Polską polityków (a myślę że jest to również problem globalny - przynajmniej w naszych czasach, gdzie pewne wartości, które cechowały jeszcze kulturę polityczną z lat 70-tych czy z lat 80-tych, dziś już praktycznie nie istnieją. Wystarczy wspomnieć bowiem, jak zakończył swoją prezydenturę Bill Clinton w 2001 r. gdzie jego ludzie - a być może i on sam - wyciągnęli nawet przyciski z klawiatur komputerowych, aby nowa administracja George'a Busha Juniora miała utrudnione zadanie przejęcia władzy). Pycha kroczy przed upadkiem i pamiętam jak w 2015 r. politycy Prawa i Sprawiedliwości powtarzali te słowa jak mantrę, a dzisiaj, zobaczcie jak łatwo zapomnieć to, w co się kiedyś wierzyło (a przynajmniej to, o czym się mówiło). A opamiętanie jakoś tak spływa na polityków dopiero wtedy, kiedy tracą władzę. Zauważyłem ten fenomen już jakiś czas temu, że dopóki rządzą to nie widzą ani problemów zwykłych ludzi, ani tego jak powinno się naprawić wiele rzeczy, jak powinno się postępować, jak powinno się prowadzić negocjacje - nie, tego nie dostrzegają, bo patrzą na czubek własnego nosa i widzą że to oni są najmądrzejsi i to co robią, musi wystarczyć ich wyborcom. Dopiero jak stracą władzę to dostrzegają najróżniejsze mankamenty, wtedy wiedzą wszystko co należy zrobić, co powinno się uczynić, wszystko wiedzą, nagle, takie cudowne otrzeźwienie. Szkoda że po czasie.

Ilu przecież ludzi którzy dawnej wspierali PiS, zostało do tej partii (jak również do TVP) osobiście zrażonych (mniej lub bardziej, to nie ma znaczenia). Pamiętam jak Jan Pospieszalski stracił program w TVP, dlaczego? Bo odważył się mówić to, co nie było dopuszczalne dla ścisłego kierownictwa partii, a mówił przede wszystkim o zamordyzmie sanitarnym, co w tamtym czasie dla PiS-u było bardzo nie na rękę (w końcu te maile od Antoniego Fauci nie na darmo przychodziły do Ministerstwa Zdrowia). A ilu było takich, którzy stracili pracę w TVP czy nawet przestali być zapraszani do studia, bo powiedzieli dwa słowa za dużo, albo w jakiś inny sposób zrazili do siebie kierownictwo Prawa i Sprawiedliwości (przykładem niech będzie tutaj chociażby Rafał Ziemkiewicz, którego ja osobiście bardzo szanuję, chociaż przyznam się szczerze, że jak wchodzi w te swoje endeckie klimaty to ręce opadają. Ale to może dlatego, że moje piłsudczykowskie serce nie jest w stanie tego słuchać 🥱). Czy kierunek w którym podążała Telewizja Polska był kierunkiem normalnym? Nie! To był ten sam zamordyzm medialny, który był przed 2015 r. w czasach dominacji Platformy Obywatelskiej. Wycięcie tylu ludzi (którzy od początku wspierali projekt PiS-u) był totalnym błędem, a wręcz można powiedzieć głupotą ze strony kierownictwa tej partii. Tym samym pozbawiono się mnóstwa oddolnych głosów które działałyby dla PiS-u na różnych możliwych kierunkach komunikacji, tylko że problem z PiS-em jest taki sam jak problem z Platformą, te partie wzajemnie dążą do polaryzacji, ponieważ polaryzacja je wzmacnia i wszyscy, którzy nie będą pokornie podążali za wodzem - co to wyznacza kierunek natarcia, są natychmiast przeznaczeni do odstrzału jako defetyści. Te partie zresztą wzajemnie sobie pomagają w trudnych chwilach (choćby zgoda PiS-u na wymianę "prawdziwej prezydent", czyli Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na Rafała Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich 2020 r.) tylko po to żeby utrzymać ten polaryzujący kierunek i nie pozwolić żadnej trzeciej formacji wyrosnąć obok nich. W takiej sytuacji doskonale sprawdza się hasło jeszcze z PRL-u: "Kto nie z Mieciem, tego zmieciem". W takiej sytuacji głosy wspierające nie wystarczą i musi być 100 % poparcie polityki partii, inaczej się zsiada (🤭). Z tego też powodu uważam że PiS nie stworzył własnej telewizji, ani nie wsparł tych które i tak były już wspierające (i to mocno wspierające, jak Republika czy Trwam), a skupił się głównie na TVP, czyniąc z niej swój bastion. Ale okazało się że Donald Tusk ten bastion sforsował.




Wyrażając moją opinię na temat TVP warto jednak przejść do stwierdzenia faktu, że to, co zrobił Tusk, to było czyste bezprawie. I ja naprawdę nie rozumiem ludzi (wspierających opozycję, byłą opozycję), którzy wciąż opowiadają jakieś dyrdymały o praworządności, konstytucji etc. etc. Nie ma żadnej praworządności, konstytucję spuściliście do kibla, a w sądach macie rozgrzane justytutki, wydające polityczne wyroki drugie jebaćpisy. Robicie z Polski kraj politycznej anarchii (jak w XVIII wieku) i za to powinniście zostać ukarani (a przynajmniej ci, którzy bezpośrednio do tego doprowadzili). Uchwałą sejmu to wy sobie możecie co najwyżej pogonić kury na wybieg, a nie likwidować instytucje, które powołane zostały na mocy ustawy. Chcecie TVP bo macie rząd - nie ma sprawy, bierzcie. Tylko bierzcie zgodnie z prawem, nie róbcie  gnoju z tej naszej Polski, bo jest to Ojczyzna nasza i uświęcone miejsce do życia dla naszych dzieci, a wy mordy wycieracie sobie konstytucją i praworządnością, a potraficie w sposób tak niezwykle barbarzyński, tak prostacki złamać prawo - że wszelkie wcześniejsze naginanie prawa przez tak pogardzanych przez was pisiorów, blednie natychmiast. Natychmiast blednie w porównaniu z tym, co do czego wyście doprowadzili. To że nie macie swojego prezydenta, w żaden sposób nie obliguje was do tego, aby przejmować instytucje państwa polskiego niezgodnie z prawem. Ale tutaj znowu wchodzi kwestia "PiS-PO jedno zło", czyli mentalności Tuska, która jest tak naprawdę mentalnością Kaczyńskiego, bo ci panowie myślą w tych samych kategoriach, oni się uważają za totalnych dyktatorów na swoim poletku i tam nikt nie ma prawa im w niczym przeszkodzić czy choćby mieć odrobinę odmienne zdanie. Zauważyłem też że Tusk nie jest w stanie rządzić, nie mając za sobą klakierów wypełniających jego polecenia. Jeżeli bowiem dochodzi do sytuacji w której on musi się z czegoś tłumaczyć i nie ma nad tym wpływu, to natychmiast się gubi. Przykładem była niedawna wypowiedź, w której tak się zdenerwował (choć oczywiście próbował to ukryć) że pomylił słowa, mówiąc do Miłosza Kłeczka zamiast "proszę wyjąć ręce z kieszeni", to: "Następnym razem ze mną kieszenie z rąk". Nic więc dziwnego że opanowanie TVP jest dla niego kluczowe, gdyż poddany kontroli medialnej tak naprawdę może od razu zabierać swoje zabawki i wracać do Brukseli, do Berlina czy do Moskwy, gdzie on tam sobie woli. W sytuacji w której nie opanuje on TVP, to jego rząd nie przetrwa nawet paru miesięcy (a w zasadzie można powiedzieć że upadnie w przeciągu kilku, kilkunastu tygodni). O ile bowiem PiS mógł funkcjonować przy braku jakiejkolwiek medialnej "ostoi", o tyle Tusk rządzić w ten sposób nie jest w stanie. 




A przecież w dzisiejszych czasach telewizja to już anachronizm. Zobaczcie bowiem w USA Donald Trump ma gdzieś dziennikarzy z Fox News (którzy tak naprawdę w większości i tak wspierają jego republikańskich kontrkandydatów), i nie potrzebuję lansować się w telewizji, a jakiś czas temu był nawet zbanowany na Twitterze i na Facebooku, a mimo to dziś jest najbardziej prawdopodobnym kandydatem na przyszłego prezydenta USA. Można wygrać więc wybory nie posiadając swojej telewizji, ale spotykając się z ludźmi i przede wszystkim zakładając swoje własne media społecznościowe (czy też ośrodki komunikacji) wszystko to bowiem działa na korzyść polityka i jego formacji. Ale Tusk tak nie potrafi, bo Tusk nie działa w interesie społecznym (pomijając oczywiście jebaćpisów, ale nienawiści nie jest i nie będzie interesem społecznym), Tusk działa w interesie Brukseli i Berlina (a przy okazji również Moskwy) tym bardziej że obecnie Ukraina nieco ugrzęzła w walce z Moskalami i zapewne istnieje takie przekonanie (wśród państw z zachodu w tym USA) że może by jednak już się dogadać z Moskwą, że na dłuższą metę to jednak nie pójdzie, że już wystarczy. Wszystko ładnie pięknie, ale Polska na taką nową Jałtę by się nie zgodziła i należało kraj, który najbardziej wspiera Ukrainę nieco rozmiękczyć. Partia PiS była w tym przypadku przestała być na rękę nawet Amerykanom, a Tusk jak najbardziej - pasuje. Oczywiście przetrwanie rządu koalicji 13 grudnia na dłuższą metę nie jest możliwe i to z różnych powodów o których teraz nie chcę już pisać. Pytanie tylko czy PIS - który wcześniej czy później tę władzę odzyska - zrozumie swoje błędy, czy też będzie brnął w te same głupie i nieskuteczne działania? Podejrzewam że dopóki na czele tej partii będzie stał Jarosław Kaczyński to nic się nie zmieni i dlatego ja mówię otwarcie - panie Jarosławie... kierownictwo trza zmienić, a Pan ma już swoje lata, także z całym szacunkiem, itd...