Łączna liczba wyświetleń

piątek, 29 kwietnia 2022

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XXXIV

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW

OD MEHMEDA II ZDOBYWCY

DO ABDUL HAMIDA II

 

 
 

SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XXIII





 
 
ŻONA
SERAJ POD RZĄDAMI ROKSOLANY/HURREM 
(1534-1558)
Cz. VIII
 
 
 
HIZIR ZBAWCA
Cz. II
 
 
Po sukcesach, jakie odniósł kapudan pasza na przełomie 1537 i 1538 r., - zajmując wyspy: Siros, Patmos, Ios, Astipaleę, Eginę, Paros, Andiparos, Andros, Serifos, Skiatos i Skiros - wydawało się że kampania morska Ligi Świętej pod przewodnictwem papieża Pawła III i cesarza Karola V nie ma większych szans powodzenia. Obawy o przyszłość tej kampanii (i życie oraz honor swego brata, który w przypadku klęski zostałby upokorzony przez sułtana) wyrażała namiestniczka Niderlandów - Maria Austriaczka. Pisała ona listy do Karola, w których twierdziła że wyprawa na Konstantynopol nie będzie tak prosta jak ta na Tunis sprzed trzech lat. Radziła mu też aby - jeśli już musi podjąć takie ryzyko - osobiście nie uczestniczył w tej wyprawie, gdyż w przypadku klęski (którą ona zdawała się przewidywać) narazi się na śmierć lub pojmanie, a w najlepszym wypadku na haniebną ucieczkę. Karol V odpisywał siostrze że pewny jest ostatecznego zwycięstwa, gdyż wiarę pokłada w Bogu, co również i jej poleca, ale jednak obawy Marii zrobiły swoje i cesarz przestał tak ochoczo zapalać się do tej wyprawy. Uznał też, że w przypadku zwycięstwa, znacznie wzmocni się pozycja Wenecji i papiestwa, do czego on nie zamierzał przykładać ręki, ale świadomość ostatecznego triumfu nad Saracenami była zbyt silna, aby ostatecznie zrezygnować z wyprawy na Konstantynopol. Sojusznicy więc (czyli Rzym, Wenecja i Hiszpania) już dzielili skórę na ubitym niedźwiedziu, umawiając się co do przyszłych nabytków po opanowaniu miasta nad Bosforem. Zatem Karol V miał otrzymać władzę nad odrodzonym Cesarstwem Bizantyjskim ze stolicą w Konstantynopolu i okolicznymi przyległościami, Wenecja dostać miała (utracone dawniej) Wlorę, Castelnuovo i Zatokę Kotorską, papież stałby się głową ponownie zjednoczonego Kościoła Zachodu i Wschodu, zaś Kawalerowie Maltańscy (Joannici) ponownie wróciliby na Rodos (zdobyte przez Sulejmana w 1522 r.). Jednak aby tego dokonać, należało najpierw rozbić osmańską flotę, dowodzoną przez jednego z najsławniejszych korsarzy tamtego czasu - Hizira Hayreddina Barbarossę, wielkiego admirała tureckiej floty, a nie było to zadanie łatwe.

Poza tym koalicję trapiły wewnętrzne problemy i sprzeczności. Wiele zmartwień cesarza Karola dotyczyło kwestii finansowych, gdyż pieniądze były niezbędne do prowadzenia wojny, a szczególnie do tak ambitnej kampanii, jak ponowne odzyskanie Konstantynopola i restauracja na tych ziemiach Cesarstwa Bizantyjskiego. O ile bowiem do tej pory Karol miewał problemy z uzyskaniem pieniędzy od kortezów Aragonii, Andaluzji czy Asturii (zdobyta w 1512 r. Nawarra nie była objęta opodatkowaniem, gdyż obawiano się aby tamtejsi mieszkańcy nie zbuntowali się i nie zapragnęli ponownie połączyć się ze swoim władcą, zarządzającym wówczas kadłubkowym księstwem po francuskiej stronie Pirenejów, na dworze w prowincjonalnym Nerac), o tyle Kastylia zawsze godziła się na wszelkie królewskie żądania, ale teraz, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, kortezy Kastylii sprzeciwiły się nałożeniu nowego podatku, zwanego - sisa (podatek od towarów). Co prawda miasta Kastylii się podporządkowały, kler również (może dlatego, że nowy podatek nie dotykał głównego dochodu duchowieństwa hiszpańskiego, czyli dziesięciny od płodów rolnych), ale możnowładcy i szlachta jasno powiedzieli "nie" królewskim planom podatkowym. Niektórzy wręcz pokusili się o doradzenie królowi zmiany dotychczasowej polityki nieustannych wojen - która rujnowała kraj - i powrót do dawno zapomnianej polityki pokoju. Karol V nie potrzebował jednak rad od swoich poddanych, potrzebował od nich pieniędzy i te zamierzał zdobyć w taki, czy inny sposób. Rozwiązał więc kortezy Kastylii i liczył na dotarcie złota z Meksyku, Peru i Hispanioli - nawet jeśli miałby je konfiskować siłą.




Pojawiły się też i inne problemy, jak choćby niepewne stanowisko Wenecji, która mocno lawirowała pomiędzy Rzymem, Toledo a Konstantynopolem, obawiając się o swoje interesy ekonomiczne i starając się zabezpieczyć na wypadek klęski militarnej w starciu z Osmanami. Francja zaś - pomimo zapowiedzi wygłoszonej w Aigues-Mortes przez króla Franciszka I uczestnictwa w wyprawie krzyżowej przeciw muzułmanom - nie zamierzała dołączać do tej wyprawy. Poinformowała o tym cesarza listownie namiestniczka Niderlandów - Maria Austriaczka, która wcześniej spotkała się ze swoją siostrą - małżonką króla Francji Eleonorą - na granicy francusko-belgijskiej, gdzie Eleonora otwarcie przyznała się siostrze, że jej małżonek nie zamierza w żaden sposób wspierać Karola i nie weźmie udziału w antytureckiej koalicji. Tak też mijały miesiące ogólnej niepewności, podczas której udało się jedynie obronić przed Osmanami twierdzę Nauplion na Peloponezie i zająć twierdzę Castelnuovo (czego dokonali Hiszpanie pod dowództwem Francisco Sarmiento, choć wcześniej próbowali to uczynić również Wenecjanie), położonej na dalmatyńskim wybrzeżu u ujścia rzeki Cattaro. Wysłany zaś przez Marię Austriaczkę do Tordesillas Diego Hurtado de Mendoza - radził cesarzowi Karolowi, by ten wstrzymał się z wyprawą, gdyż król Francji nie tylko że mu nie pomoże, ale może jeszcze wykorzystać sytuację w przypadku niepowodzenia i pokusić się np. o Nawarrę. Karol V słuchał tych rad z coraz większym przygnębieniem, choć jednocześnie nie miał ani śmiałości, ani też ochoty, aby z owej wyprawy rezygnować.

Nadeszło lato 1538 r. i ludność Konstantynopola zgromadziła się nad wodami Złotego Rogu, aby podziwiać wypływającą ze słodkich wód Kagithane na wody Morza Marmara osmańskiej floty, dowodzonej przez niezwyciężonego Barbarossę. Sam sułtan - stojąc na tarasie swego Pałacu - przyglądał się wraz z dostojnikami Dywanu wypływającym okrętom. Sulejman miał już wówczas również i inne zmartwienia, nie tylko wojnę. Do owych trosk zaliczała się choćby konieczność wydania jego córki - sułtanki Mihrimah za mąż. Kandydat do ręki sułtańskiej córki musiał być wyjątkowy i należało się nad tym dobrze zastanowić, ale Sulejman nie wiedział, że Hurrem miała już kandydata do tej roli. Kandydata, który miał się przysłużyć w jej walce z Mahidevran i księciem Mustafą i który musiał być oddany jej, jako jego patronce. Aby więc to osiągnąć, nie zamierzała Hurrem wydawać swej córki za żadnego przedstawiciela możnych rodów - gdyż tacy nie gwarantowali jej dochowania wierności. Potrzebowała wiernego psa, który byłby wystarczająco ambitny, wystarczająco żądny władzy i bogactw, oraz wystarczająco nic nie znaczący, aby wszystko zawdzięczał swej patronce. I takiego kandydata już wybrała, choć nie wiadomo czy poinformowała o tym Sulejmana w tamtym czasie. Ale na razie zostawmy ten temat i wróćmy do wojennych zmagań Ligi Świętej z Osmanami na Morzu Śródziemnym. Otóż statki zwiadowcze Turgut Reisa poinformowały, że nieprzyjacielska flota zbiera się na Korfu pod wodzą Andrea Dorii - najsławniejszego admirała chrześcijan - i tam też postanowił popłynąć Hizir Barbarossa. Starcie z owym "Neptunem" miało być epokowym wydarzeniem i udowodnić który admirał jest lepszy (Barbarossa pamiętał bowiem ucieczkę z Tunisu sprzed trzech lat i ta hańba wciąż paliła go od środka niczym zgaga, której nie sposób usunąć inaczej, niż biorąc bezpośredni rewanż na swym wrogu).




Flota Barbarossy składała się ze 122 galeasów napędzanych siłą wioseł (do których przykutych było tysiące uprowadzonych i zniewolonych chrześcijan), zaś flota Świętej Ligii była liczniejsza i składała się z 300 galer. Okręty te spotkały się 28 września 1538 r. naprzeciw wybrzeży Epiru, pod miejscowością o nazwie Preweza. To właśnie tutaj, 1568 lat wcześniej flota Gajusza Oktawiusza Cezara pokonała flotę Marka Antoniusza i Kleopatry w bitwie pod Akcjum. Teraz zaś zmierzyć się tam mieli współcześni bogowie morza. Przebieg bitwy wyglądał zaś następująco: oto najpierw na twierdzę w Prewezie uderzył patriarcha Akwilei - Marino Grimani. Zaalarmowany tym atakiem Hizir, zjawił się tam z 22 okrętami, w celu odblokowania twierdzy. Grimani niecierpliwie oczekiwał przybycia głównych sił pod dowództwem Andrea Dorii, który jednak nieco się spóźniał, a gdy wreszcie się zjawił z 166 okrętami, nie przejawiał zbytniej ochoty do rozpoczęcia bitwy i raczej starał się namówić pozostałych dowódców (m.in. Marino Grimaniego czy Wenecjanina Vincenzo Cappello) do odwrotu, ale ponieważ okazało się że siły osmańskie są nieliczne, na ogólnej naradzie zapadła decyzja przyjęcia bitwy. Los jednak tym razem odwrócił się od Dorii i dziwnym trafem ten doświadczony admirał nie był w stanie rozbić niewielkich sił, jakimi wówczas dysponował Barbarossa. Ten zaś potrafił doskonale manewrować swymi okrętami do tego stopnia, że to flota chrześcijańska ponosiła straty. Skuteczne uderzenia okrętów przybyłych pod dowództwem Turgut Reisa doprowadziło do wysadzenia w powietrze dwóch weneckich galer, a współdziałanie z Salih Reisem doprowadziło do zdobycia dwóch okrętów hiszpańskich, jednej weneckiej i jednej papieskiej galery. Oczywiście straty te były nieliczne i flota chrześcijańska wciąż zdolna była operować i oczywiście wygrać tę bitwę, ale Andrea Doria postanowił się wycofać na pełne morze, tym bardziej że już zapadał zmierzch.




Barbarossa nie ścigał uchodzącej floty, jemu wystarczył ten sukces który już osiągnął, a był to sukces niemały (z militarnego punktu widzenia straty chrześcijan były niewielkie, ale bardzo ucierpiał prestiż takich państw jak Wenecja czy Hiszpania, a będąca dotąd pariasem na morzu Osmańska Turcja, opanowała większość Morza Śródziemnego, zmuszając Hiszpanów do wycofania się na Zachód, a Wenecjan do swoich portów). Wzajemna nieufność i niezgoda pomiędzy dowódcami chrześcijańskimi (Grimani i Cappello chcieli walczyć dalej, ale Doria postanowił wycofać flotę dla obrony włoskich posiadłości Hiszpanii, co doprowadziło do podziału w koalicji, gdyż tym samym pozostawił na łaskę Turków nieliczne już przyczółki, jakie jeszcze posiadała Wenecja we wschodniej części Morza Śródziemnego) doprowadziła do tej oto sytuacji, iż Liga Święta po bitwie pod Prevezą realnie przestała istnieć, a Wenecja czym prędzej szukała dróg porozumienia z sułtanem, aby tylko ocalić swoje interesy handlowe. Tymczasem Barbarossa podpłynął pod opanowaną wcześniej przez Hiszpanów twierdzę Castelnuovo i zażądał aby załoga złożyła broń, jeśli chciała zachować życie. Odpowiedź dowódcy twierdzy - Francisco Sarmiento brzmiała następująco: idi na huj "Zdecydowaliśmy, że pragniemy ponieść śmierć w służbie Boga i Jego Cesarskiej Mości, więc niech przychodzą kiedy zechcą". Pozostawiona sama sobie, bez żadnej pomocy (Andrea Doria nie zamierzał ponownie wyprawiać się na wschodnie wody Morza Śródziemnego) 4000 załoga Castelnuovo broniła się do chwili, gdy zabrakło im amunicji i gdy przewaga najeźdźców stała się zbyt duża - wszyscy zginęli wraz ze swym dowódcą.




A tymczasem w Pałacu sułtańskim w Konstantynopolu sułtanka Hurrem zawezwała do seraju jednego z dewszirmów pochodzenia chorwackiego. Stojąc za kotarą (aby męski wzrok nie mógł przeniknąć jej twarzy) przybyłego doń mężczyznę zapytała wprost: "Czy Rustem Aga pragnie zostać członkiem Dywanu i poślubić jej córkę - Mihrimah?". W zamian żądała dozgonnej wierności i oddania na śmierć i życie. On, jako dziecko wysłany do Pałacu w Konstantynopolu, wciąż był tu nikim, podobnie jak wcześniej Hurrem i to ich ze sobą łączyło. Ona jednak potrafiła rozkochać w sobie sułtana i uczynić go niewolnikiem jej serca, on zaś pożądał przede wszystkim złota, bo o żadnych zaszczytach marzyć nie mógł. Teraz zaś sułtanka, która bezwzględnie rządziła haremem (i sułtanem) zaproponowała mu rękę swojej prawie już 17-letniej córki - niesamowite wprost wyróżnienie, którego on, człowiek chorobliwie ambitny nie mógł odrzucić. W zamian sułtanka Hurrem żądała jedynie bezgranicznej wierności. Gdyby nie dzieliła ich kotara, pewnie upadłby do jej stóp i je ucałował z radości, iż los tak się do niego uśmiechnął.  


 



CDN.
       

niedziela, 24 kwietnia 2022

SPONSOR - Cz. I

 OPOWIADANIE EROTYCZNE 

Z KATEGORII BDSM




  
Przez kilka ostatnich dni nieco zmniejszyła się moja aktywność na tym blogu. Było to niestety spowodowane kilkoma czynnikami, z których do najważniejszych należą obowiązki zawodowe oraz lekkie "wyczerpanie materiału", czyli brak weny twórczej z mojej strony. Swoje zrobiły też współczesne wydarzenia, ze szczególnym uwzględnieniem najazdu Rosji na Ukrainę i wszystkich z tym związanych konsekwencji (głównie moralnych). Przyznać się muszę, że od pewnego już czasu chodziły mi po głowie dość dziwne myśli, które starałem się jakoś od siebie odsuwać, ale mimo to one i tak wracały. A związane one były z moimi planami wyjazdu na Ukrainę, aby tam, na własne oczy zobaczyć bezmiar wojny i nieszczęścia, jakie wolnemu i niby bratniemu narodowi zgotowali siepacze Putina. Brałem również przez jakiś czas pod uwagę możliwość nie tylko obserwowania sytuacji wojennej tam, na miejscu, ale również zaciągnięcia się w szeregi tzw.: Legionu Cudzoziemskiego i wzięcie bezpośredniego udziału w walkach w obronie Ukrainy, czyli jednej z składowej części dawnej Rzeczpospolitej. Tutaj muszę przyznać górę wzięła moja romantyczna dusza, wychowana na legendzie Legionów Polskich walczących u boku Napoleona Bonaparte we Włoszech (1797-1807), a następnie przeciw Prusakom (1807), Austriakom (1809) i Moskalom (1812-1813). Oczywiście swoje zrobiła też legenda Legionów Piłsudskiego z lat 1914-1918. Ale to oczywiście tylko przykłady, swoje zaś zrobiło również dojmujące uczucie bezradności na cierpienie, które mi towarzyszyło (a uczucia tego nie znoszę), oraz chęć udowodnienia przede wszystkim sobie samemu, że człowiek to brzmi dumnie nie tylko dlatego, że potrafi nieść pomoc cierpiącym, ale również dlatego, że potrafi walczyć nie o idealistyczne symbole, ale o rzeczywiste fakty (przecież żołnierze na pierwszej linii frontu wcale nie walczą za te wszystkie piękne ideały, w których obronie pierwotnie do wojska się zaciągnęli. Walczą tak naprawdę o siebie samych i o swoich druhów, towarzyszy broni z którymi dzielą wspólny los). Dlatego też już od jakiegoś czasu planowałem wyjazd na Ukrainę i zapewne bym tego dokonał (bo staram się być konsekwentny w tym co robię - choć niestety nie zawsze mi się to udaje), gdyby nie fakt, że owe moje plany i zamierzenia, wzbudziły niepokój i spotęgowały lęk mojej Pani, która wszelkimi możliwymi sposobami starała wybić mi z głowy pomysł wyjazdu na Ukrainę i uczestnictwa w tej wojnie.




Niestety (piszę "niestety" - gdyż mężczyzna jednak powinien dążyć do raz obranego przez siebie celu i go konsekwentnie zrealizować) udało jej się tego dokonać, szczególnie gdy uświadomiła mi wszelkie moje zobowiązania zawodowe i wszystko inne co się z tym nierozerwalnie wiąże. Musiałem (niechętnie) przyznać jej rację i uznać te moje pierwotne plany za (przynajmniej na razie) nieaktualne. Ponieważ jednak mam iście romantyczną duszę, czasem tracę przy tym umiejętność racjonalnego myślenia, a ponieważ moja Kobieta nie zna się zupełnie na prowadzeniu firmy spedycyjnej (choć oczywiście wcześniej wielokrotnie min w tym pomagała, więc podejrzewam że w grę wchodzi tutaj zwykła "babska intryga", próbująca uczynić ze mnie swoistego demiurga, bez którego ona sama by sobie nie poradziła), musiałem uznać ten argument i plany swoje odłożyć. Ponieważ jednak myśli moje cały czas zaprzątały sprawy polityki, a tego Pani moja akurat nie lubi, przeto użyła również nieco innych sposobów, aby mnie całkowicie "obezwładnić". A jak wiadomo najlepszym sposobem aby kobieta uzależniła od siebie faceta, jest... seks. Tak! właśnie seks. Nie zamierzam tu oczywiście wchodzić w szczegóły, ale przyznać muszę, że rzeczywiście już dość dawno nie praktykowaliśmy tych naszych "zabaw", które tak nas radują. Ponieważ jednak ja nie należę do osób które łatwo jest podniecić seksualnie (bielizna erotyczna czy nawet negliż praktycznie na mnie nie działają - niestety) i jest to prawdopodobnie związane z moim odchyłem seksualnym na punkcie spankingu i kobiecej uległości - które zawsze niezwykle mnie pociągały. Nawet nie tyle aspekt seksualny, ale sam fakt owej więzi mentalnej z moją Kobietą, był dla mnie zawsze bardzo ważny. Nie wiem czy to jest jakieś poważne zboczenie seksualne, ale tak właśnie mam - nie interesuje mnie zupełnie ciało kobiety, jeśli wcześniej nie zdołam podporządkować sobie całkowicie owej kobiety w taki sposób, aby w jej mentalności wytworzyła się myśl o całkowitym oddaniu i podporządkowaniu się mojej osobie. To oczywiście jest dość dziwne i dlatego zastanawiam się nad tym czy rzeczywiście jest to normalne, ale tak właśnie to wygląda w moim przypadku.




I tutaj też przechodzę od razu do tematu, ponieważ odnalazłem ostatnio moje stare opowiadanie na temat... hm - jak to nazwać? - zniewolenia, podporządkowania sobie kobiety, które kiedyś napisałem. I opowiadanie to pragnę właśnie dziś zaprezentować. Zatem, oto opowieść erotyczna z ulubionej przeze mnie kategorii BDSM (choć może powinienem wymyśleć na to jakąś inną nazwę), którą tutaj pragnę zaprezentować:
 


TEKST PZEZNACZONY TYLKO 
DLA OSÓB POWYŻEJ 18 ROKU ŻYCIA

 



 
SPONSOR


SCENA 1
 

Wiktoria Kwiatkowska była w swoim żywiole. Jako menager w dużej amerykańskiej firmie zajmującej się reklamą, sprawdzała się znakomicie i bardzo szybko awansowała po szczeblach korporacyjnej kariery, która wydawała się być stworzona jakby dla niej samej. Była jedną z tych osób, które bezdyskusyjnie uwielbiały swoją pracę, a ponieważ była ambitna i należała do kategorii owych "feministycznych suk" (jak za jej plecami nazywali ją jej podwładni) która bez względu na konsekwencje, pragnie udowodnić światu, że jest najlepsza, lepsza od wielu innych mężczyzn, którzy wcześniej pełnili to stanowisko. Mogła więc pochwalić się zawodowymi sukcesami, nowymi kontraktami, na których dzięki niej zarabiała firma, oraz śmiałymi planami rozwojowymi, które dzięki niej weszły w życie. Otrzymała też kilka nagród za swoją pracę i wydawało się iż nic nie stanie na przeszkodzie, aby wkrótce została szefową całej filii na Europę Środkowo-Wschodnią. Niestety, pomimo odnoszonych sukcesów, nie była ona lubiana wśród swoich współpracowników i podwładnych. Większość z nich widziała w niej arogancką i apodyktyczną, zimną jak stal i nieczułą na ludzkie słabostki jędzą. Od swoich podwładnych wymagała nie tylko wytężonej pracy, ale również poświęceń. Ponieważ poświęcała się swojej pracy na całego, praktycznie nie wychodziła ze swego biura i domu przyjeżdżała późno w nocy, tylko po to aby się przespać i ponownie rano udać do pracy. Takiego samego poświęcenia wymagała od innych, a szczególnie od kobiet które miały dzieci. W ogóle uważała że dziecko przeszkadzają w karierze i że kobieta która decyduje się na dziecko, nie powinna już szukać zatrudnienia, gdyż nie mogłaby całkowicie poświęcić się sprawom zawodowym, a sukces i karierę zawodową uważała Wiktoria za największą wartość w życiu, jednocześnie będąc feministką, pragnęła udowodnić szczególnie mężczyzną że potrafi być taka jak oni, a nawet lepsza.

Wiktoria poświęcając się jedynie obowiązkom służbowym, była samotna i nie miała nikogo na stałe, choć liczyła już sobie lat 35. Miała oczywiście kilka przelotnych romansów - choć jest to określenie nad wyraz, gdyż jej kontakty z mężczyznami ograniczały się jedynie do przelotnych spotkań w celu seksualnego zaspokojenia i nic poza tym. Kandydatów na noce wybierała sobie pożną nocą, najczęściej w weekendy w nocnych klubach. Podczas jednego z takich wypadów poznała mężczyznę, który wydał jej się atrakcyjny (każdego innego oczywiście automatycznie odrzucała), a ponieważ była dość bezpośrednia, zaproponowała mu seks u siebie w domu. Tak też się stało, a ponieważ facet ten szczególnie jej się spodobał, zatrzymała go ze sobą przez cały weekend, po czym w poniedziałek rano kazała mu się po prostu wyjść. Mężczyzna ów był nieco zaskoczony, gdyż sądził że naprawdę coś do niego poczuła. Okazało się jednak, że nie zamierza się wiązać uczuciowo ani w żaden inny prawny sposób, dlatego też poleciła mu, aby natychmiast opuścił jej dom i o niej zapomniał. Mężczyzna ów początkowo próbował dociec dlaczego kobieta, z którą przeżył dwa miłosne dni i trzy noce, nagle nie chce go już więcej widzieć, ale jej upór uświadomił mu, że nie ma szans, by z nią na ten temat polemizować, ubrał się więc i bez słowa wyszedł.


"MASZ MI ZROBIĆ DZIECKO"
"ALE TAK BEZ WSTĘPÓW?"
"JA NIE MAM CZASU NA WSTĘPY, MNIE SIĘ DNI PŁODNE KOŃCZĄ"
"TO JEST JAKIŚ PROGRAM, TAK? "USTERKA" 😂



Kolejne dni upływały Wiktorii tak samo, najpierw praca po 12/16 godzin dziennie, a potem powrót do domu do pustego łoża, które okazyjnie tylko zapełniał jakiś kochać na weekend lub od święta. Monotonne życie, które jednak wybrała sobie sama i uważała je za najwygodniejsze dla jej statusu społecznego, tego który już zdobyła i tego który pragnęła osiągnąć. Minął już prawie miesiąc, od czasu, gdy nagle zerwała z poznanym w nocnym klubie mężczyzną i kilkoma innymi, których sprowadziła do siebie tylko po to, aby przeżyć parę gorących chwil w ramionach mężczyzny, którego - jak sądziła - nie potrzebowała na co dzień. Mijały więc kolejne dni i tygodnie, a w życiu Wiktorii nic się nie zmieniało, aż do pewnej nocy, gdy po przyjeździe do swego domu, gdy szykowała się już spać, nagle usłyszała odgłos otwieranych drzwi. Wprawiło ją to w zdziwienie, jako że jej posiadłość była monitorowana i w przypadku włamania w ciągu kilku zaledwie minut zjawiała się zarówno ochrona, jak i policja. Myśli te jednak mignęły w jej głowie momentalnie i zastąpione zostały przez strach, gdy ujrzała jak do pokoju w którym sypiała, weszła jakaś zamaskowana postać. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, postać ta wyciągnęła pistolet z tłumikiem i wymierzyła w jej kierunku, po czym oddała strzał. "To koniec, umieram!?" - pomyślała Wiktoria, nim ostatecznie straciła świadomość.

Wiktorii wydaje się teraz że jest gdzieś indziej, na jakiejś pięknej wyspie, dokoła której słychać szum morskich fal i skrzeczenie mew, a niebo jest błękitne i świeci słońce. "Mmmm... Wspaniale" - pomyślała Wiktoria, "jak tu pięknie". Tę idyllę zakłócała jedynie świadomość jakiegoś skrępowania, Wiktoria po prostu poczuła że nie może ruszyć ani ręką ani nogą, a dodatkowo jej ciało jest nieco obolały, tak jakby spała na niewygodnym łóżku. Świadomość tych ograniczeń powoli zaczęła docierać do głowy Wiktorii, gdy wreszcie zaczęła budzić się po swym długim i pięknym śnie.





SCENA 2


- Mmmmm... Co się stało? - zapytała Wiktoria, otwierając oczy.

Światło słonecznego poranka wpadało do pokoju w którym się znajdowała, a lekki powiew wiatru wpadający przez uchylone okno, dawał jej przyjemne orzeźwienie.

- Hallo, czy ktoś tu jest? - rzekła Wiktoria, ale odpowiedziała jej cisza.

Gdy świadomość zaczęła docierać do głowy Wiktorii, zdała ona sobie sprawę iż jej ręce i nogi są skrępowane sznurkiem a ona leży na małym łóżku w niewielkim pokoiku z rękami związanymi za siebie.

- Na pomoc! Czy ktoś mnie słyszy?! To wcale nie jest śmieszne! - Wiktoria poczęła krzyczeć, gdy uświadomiła sobie swoje położenie. 

Nikt jej jednak nie odpowiedział, a głucha cisza sprawiła, że zaczęła odczuwać większy strach, niż z faktu swego skrępowania "Zostałam porwana" - pomyślała - "Ale jak, to niemożliwe!" - próbowała uświadomić sobie położenie, w jakim się znalazła. Jednocześnie zaczęła przyglądać się pomieszczeniu w którym przebywała. Oprócz łóżka, znajdowała się w nim toaletka i mały klozet, nie było jednak żadnych mebli, a ściany i drzwi był pokryte nitowaną stalą. Na górze zaś dostrzegła małe okienko, przez które wpadał lekki powiew wiatru, okno jednak znajdowało się dość wysoko i również było zakratowane. "Co mi się stało?... Kto to zrobił?... Porwanie?" - nie mogła uwierzyć własnym myślom. Wreszcie próbuje się podnieść i choć więzy na jej rękach i nogach uniemożliwiają swobodne poruszanie się, Wiktorii udaje się wstać z łóżka i podejść do masywnych, stalowych drzwi.

- Jest tu kto? Zostałam porwana, niech mi ktoś pomoże - krzyczała tak głośno, jak tylko mogła.

Nagle otworzyło się niewielkie okienko w drzwiach i ukazała się w nim brodata, męska twarz. Tak to przeraziło Wiktorię, że ponownie upadła na łóżko. Brodata postać następnie otworzyła drzwi i weszła do środka. Był to duży, masywny mężczyzna, który przy boku miał pistolet, paralizator, pałkę a w lewej ręce trzymał karabin. Za nim do pokoju weszło jeszcze dwóch, równe rosłych, brodatych mężczyzn.

- Kim jesteście? Jakim prawem mnie więzicie - spytała przerażona Wiktoria.

- Wstań! - padła rozkaz od mężczyzny z karabinem w dłoni.

Wiktoria nie zamierzała jednak się ruszać z miejsca, zanim któryś z nich nie wyjaśni jej co tak naprawdę się stało i dlaczego została porwana, ale głos mężczyzny nie pozostawił jej złudzeń.

- Nie będę powtarzał dwa razy - rzekł brodacz i mocno złapał ją za ramię, podnosząc do góry niczym lalkę - Naucz się posłuszeństwa, suko! - dodał ściskając jej ramię tak mocno, że aż pisnęła. 

W dłoni drugiego mężczyzny dostrzegła Wiktoria pokaźnej długości bicz, który ten ściskał w dłoni.

- Dokąd mnie zabieracie? Co to jest za miejsce" - jej pytania pozostały jednak bez odpowiedzi.

Mężczyźni wyprowadzili Wiktorię na wąski korytarz, po czym rozwiązują jej stopy z więzów i każą iść przed siebie. Wiktoria starała się dokładnie przyjrzeć otaczającej pomieszczenie i wydawało jej się że cały korytarz przypomina jakieś średniowieczne lochy, z tą różnicą że wszędzie jest elektryczne oświetlenie. Wreszcie, po minięciu kilku długich korytarzy, dochodzą do długich, drewnianych, zaokrąglonych drzwi, lecz w tym momencie mężczyzna z biczem łapie Wiktorię za ramię i ciągnąc ją w swoją stronę mówi:

- Mam nadzieję że będziesz krzyczeć, nawet nie wiesz jak cholernie mnie to podnieca - po czym otworzył drzwi i popchnął ją przed siebie.

Wiktorii wydało się nagle, że znalazła się jakby w innym miejscu. Ponura, średniowieczna zabudowa zniknęła, zaś przed jej oczyma pojawiła się pięknie urządzona sala, poprzetykana kolumnami niczym antyczna świątynia. Stało tam też kilka posągów, a na ścianach widniały piękne malowidła. Sala ta była pusta, ale Wiktoria zbyt długo nie mogła się temu przyjrzeć, gdyż brodacz ponownie złapał ją za bolące ramię i rzekł:

- Naprzód!

Weszli na przestronny korytarz, na którym znajdowało się kilkanaście lub kilkadziesiąt pokoi, Wiktoria nie miała czasu tego policzyć. Pokoje te były zamknięte, a jej prześladowcy wciąż pchali ją ku jednemu z pomieszczeń. Gdy do niego dotarli, otworzyli ciężkie drewniane drzwi i weszli do środka. W pokoju panował półmrok, ale Wiktoria zdołała dostrzec na jego środku jakieś podium, na którym stało ciężkie, dębowe biurko. Mężczyźni uwolnili ręce Wiktorii z więzów, a następnie jeden z nich rzekł do niej:

- Na kolana!

Ponieważ nie spodziewała się takiego obrotu sprawy i nie zamierzała przed nikim klękać, splunęła mężczyźnie w twarz, po czym... przeszył ją ból, jaki spadł na jej pośladki, to mężczyzna z biczem zdzielił ją tak, że ledwie zdołał utrzymać równowagę. Mężczyzna któremu splunęła w oczy, złapał ją za włosy i podniósł do góry, mówiąc:

- Gdybyś nie była tak cenna, zrobiłbym sobie z twojej skóry piękny dywan. Byłaś kiedyś dywanem - zapytał ordynarnie.

Wiktoria nie wiedziała co odpowiedzieć, a przeszywający ból pośladków po jednym ciosie bicza sprawiał, że odechciało jej się oporu.

- Puśćcie mnie. Przecież nic wam nie zrobiłam, dlaczego mnie porwaliście? Dlaczego mnie więzicie i bijecie, czego ode mnie chcecie?!

Nim jednak mężczyźni zdołali cokolwiek powiedzieć, w sali rozległy się werble i nagle światła zaczęły rozbłyskać, oświetlając każdy kąt owego pomieszczenia. Następnie Wiktoria ujrzała, jak do sali weszło trzech zakapturzonych mężczyzn, którzy szybko zajęli miejsca przy dębowym biurku stojącym na niewielkim podium. Wiktoria przyjrzała się też samej sali, która była dość pusta, jedynie obok podium po jego prawej stronie, na miejscu gdzie normalnie powinien stać jakiś posąg, znajdowała się naga kobieta z zasłoniętymi oczyma, która w prawej, wyciągniętej do przodu ręce trzymała wagę. Naprzeciwko tamtej stała druga naga kobieta w hełmie na głowie i z mieczem w prawej dłoni. Zabawnie wyglądała w samym hełmie a poza tym całkiem naga. Jeden z mężczyzn siedzących przy stole nagle zastukał młotkiem trzy razy i powiedział:

- Wiktorio Kwiatkowska, zostałaś doprowadzona przed oblicze sądu, który zadecyduje o całym twoim przyszłym życiu, a ponieważ życie to jest puste i żałosne jak ty sama, przeto nie wolno ci stanąć przed sądem inaczej, niż tak, jak przyszłaś na świat. Rozbierz się więc teraz do naga, a gdy nabierzesz rozsądku i nauczysz się posłuszeństwa, w kolejnych procesach będziesz już mogła posiadać tylko okrycia, na ile zasłużysz. Tak aby ponownie stać się człowiekiem.

- Czy to jakiś żart! - wybuchnęła Wiktoria. - Wy jesteście sądem, zamierzacie mnie z mojego życia? To jakaś kpina, kto dał wam pra... - jej wywód został brutalnie przerwany kolejnym ciosem bicza, jaki spadł na jej pośladki, a cios ten zmusił ją do upadnięcia na kolana.

Jeden z brodatych mężczyzn podszedł do niej i jednym ruchem zerwał z niej majtki, jakie posiadała, a następnie ściągnął sukienkę - drąc ją na strzępy - po czym rzekł:

- Stanik, raz!

Przerażona tym co ją właśnie spotkało, ściągnęła Wiktora z siebie stanik i przerażona wpatrywała się w jej prześladowców.

- Zostałaś aresztowana i przewieziona tutaj, po czym będziesz osądzona za swoje postępowanie a wyrok tego sądu zdecyduje czy godna jesteś ponownie wrócić do społeczeństwa - rzekł zakapturzony sędzia, siedzący pośrodku stołu. - Potraktuj naszą i swoją rolę w tym, jako konieczność dziejową i postaraj się to zaakceptować, bo inaczej będzie tylko bardziej bolało, a i tak nic na swym uporze nie ugrasz. Czy rozumiesz co do ciebie mówię? - spytał mężczyzna.

- Niczego nie rozumiem! Dlaczego mnie porwaliście, dlaczego mnie sądzicie, co ja wam zrobiłam? Jakim prawem chcecie decydować o moim życiu?

- Mamy wszelkie prawo decydować o twoim życiu i ty sama nam je przyznałaś, żyjąc w sposób niegodny kobiety, czy wiesz ile grzechów popełniłaś? Proszę cię, abyś wreszcie zaczęła nas traktować poważnie, gdyż jesteśmy realni, a nasze decyzje zaważą na twoim życiu lub śmierci, więc przestań się dąsać, tupać nóżką i uskuteczniać inne babskie ceregiele. Zacznij wreszcie żyć prawdziwym życiem.

- Co to znaczy "żyć prawdziwym życiem?" - spytała Wiktoria.

- To znaczy takim, jakie zostało ci przypisane.

- O czym wy mówicie, nic z tego nie rozumiem. Wypuście mnie, proszę was, a nikomu o niczym nie powiem.

- I dokąd chcesz wrócić - spytał mężczyzna siedzący przy dębowym stole.

- Do siebie. Do swojego domu i swojego życia.

- Do życia, przez które trafiłaś tutaj? Widzę że nic nie rozumiesz, dlatego też dziś wystarczy nam, jak tylko przyznasz się do swych win i na tym zakończymy, a o kolejnej rozprawie zostaniesz powiadomiona niezwłocznie.

W sercu Wiktorii rozbłysła nadzieja na uwolnienie.

- Czyli jak się przyznam, to mnie wypuścicie i będą mogła wrócić do domu?

- Tak, jak powiedziałem!

- W takim razie przyznaję się do winy - rzekła Wiktoria.

- Dziękuję ci zatem za szczerość i aby udowodnić czystość twych słów, wrócisz teraz do siebie, gdzie przepracujesz kolejne winy, jeden po drugim. Odprowadźcie ją - mężczyzna w kapturze zwrócił się do brodatych strażników, którzy już nie zamierzali bawić się ze swą ofiarą i jeden z nich podszedł do Wiktorii, podniósł ją i przełożył sobie przez ramię, odprowadzając ją z powrotem do celi, z której ją wyciągnięto.

Krzyczała, wyrywała się i płakała, gdy wniesiono ją do małego pokoju i rzucono na łóżko.

- Prześpij się, jutro zaczynamy zabawę - rzekł brodacz, zamykając drzwi na klucz i pozostawiając przerażoną i zapłakaną Wiktorię samą w małym pokoju - Dobranoc!  





I NA KONIEC NIECO "PROSTACKIEGO" HUMORU




CDN.
 

piątek, 22 kwietnia 2022

WIELKIE PODRÓŻE - Cz. IV

CZYLI TURYSTYKA OD STAROŻYTNOŚCI

PO WSPÓŁCZESNE CZASY

TOTALITARNYCH OBOSTRZEŃ

PANDEMICZNYCH

  



II

PODRÓŻ MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO 

DO EGIPTU

(Marzec - Kwiecień 1932 r.)

Cz. II





 
 Podróż rumuńskim statkiem wycieczkowym o nazwie "Romania" przez Morze Czarne do Konstantynopola i następnie do Aleksandrii, trwała dość szybko i przyjemnie. Pogoda cały czas dopisywała, a w Konstantynopolu już oczekiwał na "Romanię" - wysłany tam wcześniej - polski transportowiec "Niemen", który miał za zadanie "asekurować" wycieczkowiec do Aleksandrii, a następnie zaczekać tam, aż do końca całej wyprawy Marszałka Piłsudskiego (małe wyjaśnienie - statek "Romania" nie był wycieczkowcem w pełnym tego słowa znaczeniu, a raczej statkiem pasażerskim trzeciej lub czwartej kategorii). Gdy więc dopłynięto do portu w Aleksandrii, cała nieliczna grupa towarzyszących Marszałkowi osób została przewieziona do Heluanu - miasta leżącego na południe od Kairu, na prawym brzegu Nilu, naprzeciwko ruin dawnego Memfis. Pogoda była wyśmienita i jak wspominał w swym "Pamiętniku" adiutant Marszałka, kapitan Mieczysław Lepecki: "Od pierwszego dnia po przybyciu słońce świeciło jasno na pięknym, niepokalanym błękicie. Nie zdarzył się ani jeden dzień słotny. Dwadzieścia cztery stopnie ciepła w dzień i szesnaście w nocy - powtarzało się z dnia na dzień i z nocy na noc, z regularnością po prostu przerażającą. Chamsin, zły wiatr z pustyni, niosący z sobą ulewę piasku, nie ośmielił się powiać ani razu". Marszałek zatrzymał się w pensjonacie prowadzonym przez dwóch Polaków: prof. Bohdana Rychtera i Jerzego Koblińskiego, a willa ta nosiła nazwę "Jola" (od imienia córki profesora Rychtera). Pokój w którym zakwaterowany został Marszałek Piłsudski, mieścił się w dawnym haremie (a konkretnie haremliku, czyli w miejscu, gdzie dawniej była strefa przeznaczona dla kobiet - matki, żon i córek dawnego właściciela tego domostwa), państwo Woyczyńscy otrzymali dwa pokoje w drugim skrzydle budynku - w solamliku (czyli miejscu przeznaczonym dla mężczyzn), kapitan Lepecki zaś zajął pokój obok pokoju Marszałka.

Posiadłość ta położona była nieco na uboczu, tak iż dokoła niej roztaczała się panorama na całą dolinę Nilu, wraz z majaczącymi w oddali piramidami w Gizie. Marszałek Piłsudski spędzał tam dni, poświęcając się swoim ulubionym rozrywkom, czyli czytaniu książek, piciu bardzo mocnej herbaty (koniecznie w szklankach i parzonej z imbryka), oraz paleniem mocnych papierosów, które już wówczas otrzymały nazwę "marszałkowskich". Umiłowanie do czytania tkwiło w Nim od lat dziecinnych, a wyrobiła go w Nim Jego matka, która bardzo dbała o wykształcenie i wychowanie swych synów (szczególnie zaś o wychowanie patriotyczne, czytając im zakazane dzieła Adama Mickiewicza czy Juliusza Słowackiego - który stał się ulubionym pisarzem Piłsudskiego - oraz wspominała im o Powstaniu Styczniowym z lat 1863-1864 i walce o Niepodległość. Nic dziwnego, że potem, w swym testamencie zapisał Piłsudski takie oto zdanie: "Przenieście zwłoki mej matki z Sugint, wiłkomirskiego powiatu, do Wilna. Pochowajcie je z wojskowymi honorami. Matka mnie - do tej roli, jaka mnie wypadła - chowała"). Tak też w podróż do Egiptu, Marszałek Piłsudski zabrał ze sobą kilka książek: polskich, francuskich, niemieckich i rosyjskich (najczęściej były to dzieła o taktyce wojskowej, opowiadania z lat Wielkiej Wojny Światowej, lub te z czasów Wojny polsko-bolszewickiej, a także mapy, które zabierał ze sobą w każdą podróż i rozkładał je na stołach oraz oglądał za pomocą szkła powiększającego). Marszałek bardzo też lubił czytywać codzienną prasę: polską, francuską i angielską i podobnie było w Egipcie, gdzie co dzień na jego biurku pojawiały się egipskie wydania gazet: "La Bourse Egiptienne", "Le Journal du Caire" i "The Egiptian Gazette". Poza tym 64-letnie Marszałek przepadał jeszcze za kwiatami i ogrodami, lubił w nich siadywać i przyglądać się drzewkom owocowym, pędom różnobarwnych kwiatów i wdychać ich woń, niestety jednak nie znał się na pielęgnacji kwiatów i nawet w Sulejówku czy w Pikieliszkach o ogród zawsze dbała Jego małżonka - pani Aleksandra Piłsudska, a Marszałek jak mawiał: "Ja się tylko przyglądam". W Egipcie zaś, wokół pensjonatu "Jola" również znajdował się niewielki ogród, dość dobrze utrzymany, pomimo otoczenia piaskami pustyni, na której to zbudowano Heluan. Tak więc Marszałek przez pierwsze kilka dni swego pobytu w Egipcie przesiadywał głównie w tym ogrodzie, nie podejmując się żadnych podróży chociażby na przeciwny brzeg Nilu, ku Gizie i Sakkarze. Siedział więc w owym ogrodzie (w którym walka o każdy kwiatek w pogodowej strefie egipskiej, była prawdziwą walką o przetrwanie, gdyż każda roślinka pozostawiona tam bez podlewania choćby na jeden dzień, natychmiast usychała) czytając prasę lub zabrane ze sobą książki, paląc papierosy, pijąc mocną herbatę i przegryzając ją ulubionymi przez Niego wedlowskimi krakersami.




Wreszcie dni beztroski minęły, gdy Marszałek Piłsudski postanowił odwiedzić króla Egiptu - Fuada I w Kairze (kapitan Lepecki pisze o tym tak: "Pewnego dnia Marszałek Piłsudski zawołał mnie i powiedział: - Jutro pojedziecie ze mną do króla Fuada. - Rozkaz! - wykrzyknąłem, radując się że zobaczę dwór egzotycznego władcy, wschodni przepych, a przede wszystkim, że będę to wszystko oglądał wraz z Marszałkiem Piłsudskim"). Król Fuad I był potomkiem (prawnukiem) Muhammeda Alego, który w 1805 r. przejął władzę, jako wicekról Egiptu (pozostając jednak pod formalną zależnością od tureckiego sułtana, choć w samym Egipcie wyrugował wszystkie tureckie wpływy, a forma zależności polegała na corocznym przesyłaniu do Konstantynopola haraczu w wysokości miliona egipskich funtów rocznie, oraz składania sułtanowi dorocznego osobistego hołdu. Ta forma zależności, którą utrzymał Muhammed Ali, była zapewne podyktowana faktem, że sułtan był przywódcą religijnym islamu, i jako kalif mógł ogłaszać "święte wojny" w imię Allaha. Zapewne więc jedynie ta świadomość spowodowała, że wicekról Egiptu nie zdecydował całkowicie oderwać się od Osmanów). Po śmierci Mohammeda Alego w 1849 r. władzę przejęli jego synowie i wnukowie, kontynuując tę samą politykę aż do 1882 r. gdy Egipt został najechany przez Brytyjczyków i stał się terytorium okupowanym. Ale nawet mimo tego, oficjalna zależność wicekrólów od Konstantynopola nie osłabła, gdyż była to zależność religijna a nie polityczna (jeśli w ogóle islam można w jakikolwiek sposób oddzielić od polityki). I dopiero w grudniu 1914 r. wraz z wybuchem i rozszerzaniem się I Wojny Światowej na kolejne kraje, Brytyjczycy ogłosili powstanie swego protektoratu nad Egiptem i wówczas wicekról - Abbas II (który sprzyjał Turkom) został przez nich obalony, a na jego miejsce powołano Husajna Kamila (który zmarł w październiku 1917 r.) już z tytułem pierwszego egipskiego sułtana. Drugim sułtanem został właśnie Fuad I, który w 1922 r. (gdy Egipt ostatecznie uzyskał realną niepodległość od Wielkiej Brytanii) ogłosił się pierwszym królem Egiptu. Ten wychowany na Zachodzie gentelman znał kilka języków europejskich (angielski, francuski, włoski, niemiecki), wykształcenie wojskowe zdobył we Włoszech, a w Wiedniu mieszkał i używał życia. Był miłośnikiem wiedeńskich teatrów, opery i oczywiście... pięknych kobiet, które pozyskiwał sobie niezwykle łatwo (potem opowiadał anegdoty jakie przeżywał w Wiedniu, a często były to opowieści zabarwione silnym erotyzmem).


KRÓL FUAD I



Gdy więc samochód z Marszałkiem Piłsudskim podjechał na dziedziniec Pałacu Abdine (oficjalnej siedziby władców Egiptu), powitał go tam wielki szambelan królewski, wraz z czterema innymi szambelanami i egipskimi oficerami. Kompania honorowa prezentowała broń, gdy stary Ziuk wkraczał do królewskich apartamentów. Tam przywitał go osobiście król Fuad i zaprosił ze sobą w głąb pałacowych korytarzy, zaś kapitan Lepecki oraz konsul Maliński i cały królewski dwór pozostali w sali dworskiej. Po jakimś czasie obaj panowie powrócili, żywo ze sobą dyskutując, po czym nastąpiła prezentacja gości. Następnie król zaprosił wszystkich do następnej sali, gdzie już był przygotowany obiad (jak pisał kapitan Lepecki: "Jadalnia przedstawiała się jako duża ze złoconymi boazeriami i ścianami wykładanymi w dolnych częściach jasnym marmurem o zielonkawych żyłkach. Środek stołu był zarzucony wielkimi naręczami różowych goździków oraz bardzo bogatą zastawą. Wszystkie talerze, półmiski, noże, widelce, łyżki etc., były srebrne, a zastawa do deseru i owoców - szczerozłota. Pierwszy to raz zdarzyło mi się jeść krem na złotym talerzu, złotą łyżką"). Alkohol podano tylko gościom, gdyż zasady Koranu zabraniają muzułmanom spożywania takowego napitku, tak więc król Fuad i osiemnaście osób jego dworu, siedzących przy stole, pili z kieliszków czystą wodę. 

Król Fuad "był wzrostu średniego i dość znacznej tuszy (...). Nosił wąsy podkręcane do góry w sposób przypominający nieco fryzurę a la Wilhelm II. Mówił głosem wyrazistym i doniosłym (...) Sylwetka królewska nie miała w sobie nic szczególnie rzucającego się w oczy. Gdyby można było go zobaczyć kiedykolwiek spacerującego po ulicach Kairu, niczym nie różniłby się od zamożnego kupca, opowiadającego głośno o sukcesach dnia ubiegłego. Król Fuad znany był jako dobry i przykładny małżonek. W czasie naszej wizyty w Egipcie posiadał drugą żonę (z pierwszą rozwiódł się) imieniem Nazali, która obdarzyła go czworgiem potomstwa. (...) Życie rodzinne króla Fuada skupiało się w podmiejskim pałacu Kubbah, położonym opodal drogi wiodącej do Heliopolis. Tam mieszkała królowa z dziećmi i tam spędzał on wszystkie wolne chwile. Królowa opuszczała pałac Kubbah bardzo rzadko. Wielką łaską było dla niej zezwolenie udania się na jakąś wielką uroczystość dworską do Abdinu, gdzie mogła do woli przypatrywać się ceremoniom zza grubych, gęstych krat. Życie królowej Nazali, która wiele lat spędziła w Paryżu i która była jeszcze ładna i młoda, nie upływało zapewne wesoło. W rzeczywistości prowadziła żywot odosobniony, haremowy. Była dobrą matką. (...) Kontakt ze "światem" utrzymywała tylko podczas przyjęć, urządzanych dla żon dyplomatów cudzoziemskich i dygnitarzy egipskich. (...) Z okazji uroczystych świąt Ramadanu zdarzyło się takie przyjęcie również w roku pobytu w Egipcie Marszałka Piłsudskiego". Królowa Nazali bardzo dbała o swoje dzieci, a szczególnie zamartwiała się o swego najstarszego syna i następcę tronu, księcia Faruka, mówiąc iż jest on "wielkim żarłokiem". Podczas spotkania z żoną radcy polskiego poselstwa, panią Benisową, wypowiedziała ona następujące słowa o swym synu: "Jestem tym swoim Farukiem bardzo zaniepokojona. On wciąż je i wciąż tyje. Jest już porządnym grubasem". Obawy królowej okazały się jednak zbyteczne, gdyż książę Faruk nie poszedł w ślady swego ojca i gdy w kwietniu 1936 r. wstąpił na tron, był szczupłym, dobrze zbudowanym mężczyzną, i jednym z najprzystojniejszych władców, jakich miał w swej historii współczesny Egipt.


KRÓL FARUK I



KRÓLOWA-MATKA NAZALI SABRI



Po obiedzie król zaprosił Marszałka do swego gabinetu na herbatę, zaś pozostałym gościom podano kawę po turecku, którą spożyli w sali dworskiej. Tam też dworzanie zasypali kapitana Lepeckiego pytaniami o Polskę, jej stosunek do Rosji bolszewickiej i Niemiec, oraz o szczegóły z życia Marszałka Piłsudskiego, o udział w wojnie polsko-bolszewickiej i lata służby. Kapitan Lepecki dowiedział się zaś wiele o dziejach współczesnego Egiptu i o historii Pałacu Abdine, a w pewnym momencie jeden z egipskich pułkowników rzekł: "Tutaj, panie kapitanie, znajduje się pomieszczenie haremowe. - Gdzie, gdzie? - począłem się dopytywać. - Niestety, panie kapitanie (...) pomieszczenia te są obecnie zupełnie puste. Trudno było wyczytać z wyrazu twarzy dostojnego Egipcjanina czy to słowo, niestety, wyrzekł ze smutkiem, czy tylko ze smętkiem". Król Fuad jako Europejczyk - za którego się uważał, choć był gorącym egipskim patriotą - haremu oczywiście nie posiadał i żył przykładnie ze swoją drugą żoną Nazali (choć lata młodzieńczej "euforii" spędzonej głównie w Wiedniu, często wspominał bardzo radośnie). Po skończonej herbatce, król Fuad pożegnał Marszałka Piłsudskiego, odprowadził go do auta, które ruszyło w drogę powrotną do Heluanu. Tak oto zakończyła się pierwsza w dziejach polska wizyta u panującego władcy Egiptu. Jednak zakończenie wizyty w Pałacu królewskim w Kairze, nie oznaczało końca podróży Józefa Piłsudskiego po Egipcie, a przez następne dni Marszałek studiował pilnie literaturę podróżniczą i planował wielkie podróże w głąb dawnej ziemi faraonów.       



 
CDN. 
  

sobota, 16 kwietnia 2022

MOSKWA TONIE...

NIEMCY PŁACZĄ, FRANCJA NIE WIE NA

JAKIM ŚWIECIE ŻYJE A MIĘDZYMORZE...

MIĘDZYMORZE MA SIĘ NAJLEPIEJ 

W CAŁYCH SWYCH 

NOWOŻYTNYCH DZIEJACH



 
 "Idi na chui russkij wojennyj korabiel" wypadałoby powiedzieć i tymi słowy pragnę właśnie rozpocząć ów dzisiejszy temat. Oto bowiem flagowy okręt rosyjskiej floty wojennej poszedł na dno Morza Czarnego, trafiony precyzyjnie dwoma pociskami typu Neptun, produkcji ukraińskiej. Jakże pięknie pokazuje to przyszłość tej wojny, w której Rosja wykrwawi się w sposób nieznany od czasów II Wojny Światowej i stanie się państwem-wydmuszką przyczepioną i uzależnioną od Chin (oczywiście w najlepszym przypadku). Chinom zresztą bardzo zależy na tym, aby Rosja ugrzęzła na Ukrainie i toczyła tam długie oraz wyczerpujące boje, co oznacza że Pekin już pragnie podporządkować sobie Moskwę (w taki lub inny sposób) oferując jej wsparcie polityczne i być może (na małą skalę) militarne, aby ten konflikt przedłużyć. Długa i wyczerpująca wojna nie leży jednak w interesie ani Rosji, ani tym bardziej Ukrainy, ale już dziś widać, że Moskale nie będą w stanie osiągnąć swoich celów sprzed 24 lutego, czyli opanowania całej Ukrainy, dlatego też zapewne będą dążyli do wydarcia Ukrainie części ziem wiodących z Donbasu przez Zaporoże aż na Krym, a symbolem tego ma się stać zdobycie Mariupola (które to miasto obecnie już praktycznie nie istnieje, przypominając Warszawę z 1944 r. - czyli miasto ruin, gdzie ludzie chronią się jak mogą w piwnicach i wszelkich możliwych wyłomach), miasta, które dzielnie opiera się moskiewskiej inwazji. Nie wiem na ile możliwe jest zorganizowanie odsieczy dla walczących tam jeszcze żołnierzy (a większość z nich zapewne nie złoży broni i wybierze śmierć niż niewolę; co jest oczywiście jak najbardziej zrozumiałe, gdyż po kapitulacji zostaliby oni poddani brutalnym torturom - Moskale bowiem uważają walczących tam żołnierzy, a szczególnie tych z pułku Azow za faszystów - a następnie i tak zostaliby zamordowani). Ci żołnierze będą walczyli do końca, ale mając tego świadomość uważam należałoby przedsięwziąć próbę przynajmniej dostarczenia do miasta broni, żywności i środków medycznych (w 1944 r. walcząca samotnie Warszawa też wypatrywała przynajmniej takiego wsparcia ze strony Anglików czy Amerykanów, ale się tego nie doczekała). Teraz co prawda Ukraińcy szykują się do walnej bitwy o Donbas i wszystkie siły kierują w tamtą stronę, ale upadek miasta które tak długo opierało się moskiewskiej nawale byłby nieco zawstydzający i dałby kacapskiej propagandzie powód do świętowania.




Zresztą, jak patrzę co obecnie wyprawiają ruskie zdegenerowane bydlaki, które tylko przez jakąś pomyłkę wciąż nazywane są ludźmi - to zastanawiam się czy świat który widzimy, jest rzeczywisty? Czy russkij mir istnieje? Czy w ogóle istnieje jakaś Rosja? Wydaje mi się bowiem, że podobnie jak w matrixie, przed oczami postawiono nam jakąś nierzeczywistą ułudę, która sprawia wrażenie normalnego państwa, gdy w rzeczywistości na wielkich terenach Azji zajmowanych przez tzw. Federację Rosyjską... nic nie ma! Być może jest tam coś, na kształt Mordoru, wylęgarni wszelkiego możliwego robactwa, które tylko z pozoru przypomina ludzi i które należałoby potraktować tak, jak pleniące się robactwo na to zasługuje. Dla mnie osobiście po tych mordach dokonanych przez moskiewskich orków w Buczy, Irpieniu, Borodziance czy Hostomelu - Rosja już nie istnieje. To miejsce, które jak najszybciej trzeba poddać przymusowej denazyfikacji, dekomunizacji i deturanizacji która to wbiła się głęboko w serca i umysły "ludzi" tam żyjących. Jeśli te żałosne stworzenia, wypierdki ruskiego miru chcą jeszcze kiedykolwiek żyć jak ludzie i taką przyszłość zostawić swoim dzieciom, to po pierwsze muszą poddać się całkowitej i przymusowej przemianie, a Rosja musi wreszcie definitywnie przestać istnieć jako kraj (czyli powrócić do stanu realnego, gdyż Rosji w rzeczywistości nie ma, mamy zaś coś na kształt Mordoru, który jest na co dzień ukryty przed naszymi oczyma). Oczywiście upadek Rosji wiążę się z wydaniem całej broni jądrowej, jaką ten kraj kiedykolwiek posiadał i podziałem na małe, kontrolowane z zewnątrz ośrodki, które nie będą już mogły ponownie się zjednoczyć (kraje Międzymorza już tego dobrze przypilnują). Dopiero wówczas można dopuścić tych gównozjadów nie wiedzących nawet do czego służy muszla klozetowa, do cywilizacji. Nikt nie będzie się nad nimi mścił, ale należy wyplenić z nich wszelką świadomość jakiegokolwiek ruskiego miru, i dopiero wówczas staną się ludźmi, z którymi będzie można normalnie żyć. Rozpad Rosji jest podstawą, bowiem tam nie ma z kim rozmawiać, a jeden jest gorszy od drugiego. Ostatnio zdechł niejaki Władimir Żyrinowski - któremu odprawiono państwowy pogrzeb. Postać niezwykle żałosna, ale będąca symbolem całego tego ruskiego miru, czyli koncesjonowany pułkownik udający polityka, który był tylko tubą propagandową Putina i używany był (jak prostytutka) do wygłaszania poglądów oraz haseł, które obecnemu rzeźnikowi z Kremla nie wypadało powiedzieć. Ot, taka parszywa postać. 

Inną równie podłą postacią jest niejaki Aleksiej Nawalny, który uchodzi za wroga Putina, a tak naprawdę jest jedynie tubą dezinformacyjną na Zachodzie i wielkoruskim nacjonalistą (jak zdechły Żyrinowski). Pieprzył on bowiem od lat, iż Putin to zwykły złodziej, który nie dba o Rosję i nie zależy mu na odrodzeniu rosyjskiej mocarstwowości, a woli pławić się w luksusach, jachtach i złotych wannach. Innymi słowy Nawalny jest tym dla Putina, czym był Trocki dla Stalina - czyli tubą dezinformacyjną. Przecież Stalin, który w pokazowych procesach lub po cichu mordował wszystkich swoich przeciwników politycznych, akurat Trockiemu pozwolił nie tylko przeżyć, ale nawet wyjechać z Rosji, aby tam dalej pluł na generalissimusa, nazywając go zdrajcą sprawy komunizmu, który pragnie "budować socjalizm w jednym państwie", co oczywiście było bzdurą dla łatwowiernych idiotów z Zachodu, którzy chcieli w to wierzyć i łykali takie słowa jak poranną kaszkę. W rzeczywistości bowiem Stalin nie zamierzał budować socjalizmu w jednym kraju, a za sprawą zachodnich - głównie amerykańskich - specjalistów zmodernizować swoje siły zbrojne i zindustrializować kraj po to, aby następnie mógł podbić cały świat (ale Amerykanie nie byli tak do końca w ciemię bici i pomogli Stalinowi jedynie unowocześnić wojska lądowe oraz lotnictwo, ale nie przyłożyli ręki do programu rozbudowy sowieckiej floty wojennej, zdając sobie dobrze sprawę, że taka flota byłaby użyta przeciwko nim samym. I rzeczywiście w II Wojnie Światowej sowiecka flota nie odegrała żadnego znaczenia, całą wojnę spędzając głównie w portach, bowiem bez amerykańskiego wsparcia technologicznego, Moskale nie byli w stanie nawet unowocześnić własnych okrętów). Stalin więc pozwolił Trockiemu żyć i głosić te jego brednie na Zachodzie (w intelektualnych kręgach zachodnioeuropejskiej lewicy) tylko po to, aby uspokoić tamte państwa i ich elity. Chciał, aby myślano że pragnie on jedynie przetrwać i dyktatorsko rządzić w jednym kraju (co już samo w sobie było nieprawdą, jako że Związek Sowiecki składał się z wielu uciemiężonych narodów i państw), po to, aby móc się przygotowywać do wojny z całym światem. Ale oczywiście aby tę wojnę mógł wygrać, musiał mieć na Zachodzie jakiegoś swojego wspólnika, który by mu w tym dopomógł, i takiego znalazł w postaci... Adolfa Hitlera. Putin dziś - choć jego agentura wpływu rozlana jest po wielu krajach Europy i USA - mimo wszystko nie ma takiego wsparcia jakie miał Stalin i dlatego właśnie ta wojna wygląda tak, jak wygląda. Ale i Putin wykorzystał Nawalnego do rozgrywki z Zachodem, pozwalając mu żyć (choć też mordował wszystkich swoich potencjalnych przeciwników, jak np. Aleksandra Litwinienkę czy gen. Aleksandra Lebiedzia), tylko po to, aby głosił na Zachodzie że Putin to złodziej, któremu zależy tylko na pieniądzach i jachtach i willach i który pragnie władzy dla samej władzy. Uspokoił tym samym zachodnią opinię publiczną i skłonił ją do uznania w Putinie i Rosji normalnych partnerów do robienia intratnych interesów (wiadomo że ze złodziejem robi się lepsze interesy, bo można go choćby przekupić). A tak naprawdę Putin był i jest wielkoruskim nacjonalistom, który od dawna (praktycznie od początku swojej władzy w Rosji) marzył o odbudowie Związku Sowieckiego (już w 2004 r. przyznał przecież, że upadek ZSRS był: "Największą geopolityczną katastrofą XX wieku").




Na Zachodzie zaś tamtejsze elity polityczne i biznesowe uległy całkowicie mirażowi Rosji, jako normalnego kraju z którym można robić wspaniałe interesy i z którym można się politycznie porozumieć, a nawet zbliżyć na tyle, aby stworzyć coś na kształt Eurazji "od Władywostoku po Lizbonę". Szczególnie Niemcy - idąc drogą wytyczoną przez Bismarcka - pragnęli zbliżenia z Rosją, traktując ją jak prawdziwego partnera i wspólnika w realizacji polityczno-gospodarczych planów stworzenia nowej IV Rzeszy europejskiej ("od Władywostoku po Lizbonę"). W takiej Eurazji mogliby się wspaniale odnaleźć, wytyczając jasne strefy wpływów Wschodu i Zachodu mniej więcej na linii rzeki Bug. To co na zachód od Bugu niemieckie, to co na wschód rosyjskie. Jakiś czas temu zaciekawiła mnie wypowiedź jednego z niemieckich polityków (jego nazwisko wyleciało mi z pamięci), który stwierdził jasno i otwarcie: "Nie sądziłem że prezydent Putin będzie działał przeciwko interesom Rosji". To zdanie jest przepiękne, ponieważ jak w soczewce pokazuje zdziwienie i swoiste przerażenie niemieckiej elity polityczno-biznesowej tym, co obecnie wyprawia Rosja na Ukrainie, gdyż plany przecież były zupełnie inne. Miano budować wspólną przestrzeń, wspólną "Rzeszę" gdzie Ukraina (chcąc, nie chcąc) i tak znalazłaby się w rosyjskiej strefie wpływów i Putin mógł ją "połknąć" - przy całkowitej bierności a nawet akceptacji ze strony Zachodu - bezkrwawo. Miał przecież na Ukrainie swoich polityków, swoje stronnictwa i dużą rosyjskojęzyczną mniejszość (szczególnie w regionach wschodnich, północnych i południowych), gdyby więc poczekał jeszcze trochę, uzyskałby w pokojowy sposób więcej, niż obecnie "zyskuje" militarnie. Zresztą Niemcy by mu w tym pomogli. I stąd właśnie bierze się rozczarowanie i nieskrywany żal owego niemieckiego polityka, który nie może się nadziwić dlaczego Putin postąpił tak nierozważnie atakując Ukrainę. Nagle przecież wszystkie geopolityczne plany Berlina i Moskwy musiały się rozpaść, Nord Stream 2 przeszedł do historii, choć był już praktycznie ukończony i czekał na otwarcie. Intratne zamówienia na broń dla Rosji również musiały zostać przerwane, a tym samym geopolityczna pozycja Berlina bardzo podupadła (nic dziwnego, siła Rosji jak również Niemiec zawsze brała się ze wspólnego sojuszu tych dwóch państw, gdy zaś przeciwko sobie występowały, to zawsze prowadziło to do katastrofy któregoś z nich, lub obu naraz). To nie było w planach Berlina, gdyż sytuacja geopolityczna kształtowała się bardzo pomyślnie dla Niemiec, szczególnie od chwili gdy prezydentem USA został Joe Biden, którego otoczenie postanowiło "odpuścić" Europę i przekazać ją w "komisaryczne władanie" Niemcom, a ci - jak wiadomo najbliżej zawsze mieli do Moskwy i tym sposobem Europa "od Władywostoku po Lizbonę" zaczęła się urzeczywistniać, co oczywiście w sposób naturalny odbiłoby się negatywnie na państwach naszego regionu, a szczególnie na Polsce i Ukrainie. Atak Rosji z 24 lutego 2022 r. nagle wszystko przekreślił i spowodował nie tylko uznanie Rosji za kraj bandycki, Putina za rzeźnika a ruskich sołdatów za zwykłych morderców, ale doprowadziło to również do znacznego osłabienia się pozycji Niemiec w Europie i na Świecie (co w tym przypadku było oczywiste), dlatego też żale niemieckiego polityka w tym kontekście są jak najbardziej uzasadnione.

Niemcy ostatnio obrazili się też na Ukraińców, a szczególnie na prezydenta Żełeńskiego, który odmówił (w sposób wybitnie prowokacyjny - czyli taki, jak należało) prezydentowi Niemiec - Frankowi-Walterowi Steinmeierowi prawa do przyjazdu w zorganizowanej przez prezydenta Polski - Andrzeja Dudę, wyprawie przywódców państw naszego regionu (czyli Litwy, Łotwy i Estonii). Nagle w Niemczech podniósł się wielki krzyk że Żełeński obraził Steinmeiera, że Duda i inni prezydenci powinni zaprotestować i również odmówić wizyty w Kijowie. Naprawdę? Bo co? Bo wreszcie Niemiaszkom pokazano gdzie jest ich miejsce? Chcieli robić z Moskwą intratne biznesy i razem budować IV Rzeszę? Chcieli, więc o co ten krzyk? Niemcy muszą zrozumieć, że ich rola w polityce europejskiej dobiega końca, a atak Rosji na Ukrainę jest ku temu wstępem. Zresztą Niemcy, Rosjanie i niestety Francuzi (piszę "niestety" ponieważ moją partnerką jest Francuzka), to narody, które w XX wieku potwornie się skompromitowały. Nie było takiego skurwysyństwa, którego by nie popełnili, nie było takiej hańby, w której by nie uczestniczyli, i co? I oni chcą dalej budować naszą przyszłość, te skompromitowane narody? Stracili kompletnie rozum, czy o drogę pytają?! II Wojna Światowa wybuchła przecież przez nich (Niemcy nie zaatakowałyby Polski we wrześniu 1939 r., gdyby Hitler nie miał sojuszu ze Stalinem i jego zgody na taki czyn, zaś Francja nie tylko skompromitowała się brakiem pomocy dla Polski w 1939 r. do czego zobowiązywał ją sojusz, jak również haniebną kapitulacją w czerwcu 1940 r., ale również odmową wykończenia nazistowskiego reżimu w Niemczech już w 1933 r. gdy taką propozycję wspólnej wojny prewencyjnej złożył im Marszałek Piłsudski). Te trzy państwa są więc winne wybuchu największej geopolitycznej katastrofy XX wieku i największej wojny w dotychczasowych dziejach świata, czyli II Wojny Światowej. I oni chcą nadal budować naszą przyszłość? Ci, którzy pościągali nam tutaj islamskich bojowników udających uchodźców i będących piątą kolumną gotową mordować niewiernych, gdy tylko przyjdzie na to pora i padnie "rozkaz Allaha". Ci ludzie chcą dalej budować naszą przyszłość, przyszłość Europy, przyszłość Świata? Chyba się z końmi na łby pozamieniali 😉. Ich rola i pozycja już się kończy i im prędzej sobie to uświadomią, tym mniej będzie bolało. W 2009 r. wyszła książka amerykańskiego politologa, szefa think-tanku: Strategic Forecasting Inc. (czyli potocznie Stratfordu) - Georgea Friedmana, zatytułowana: "The Next Hundred Years: A Forecast for the 21st Century" ("Następne 100 lat: Prognoza na XXI wiek"), w której to książce autor jasno opisuje, jakie państwa zdobędą dominującą pozycję w XXI i XXII wieku. Będą to oczywiście Stany Zjednoczone (Friedman, jako Amerykanin patrzy na Świat z amerykańskiej perspektywy), Turcja, Japonia i... Polska. To będą kluczowe państwa w drugiej połowie XXI wieku (o Polsce George Friedman mówi wprost: "Za 30 lat Polska będzie potęgą", lub "W 2060 roku Polska będzie mocarstwem", lub też: "Polska to serce Europy, wyłoniła się jako kraj, z którym trzeba się liczyć"). Oczywiście przez lata traktowano zapowiedzi Friedmana, jako rodzaj beletrystyki s-f, lub w najlepszym razie proroctw które nigdy się nie ziszczą, ale wojna na Ukrainie pokazała przede wszystkim który kraj jest najbardziej odpowiedzialny, który kraj od początku ostrzegał Europę i Świat przed mordercami z Kremla i który kraj realnie dopomógł ukraińskim uchodźcom (głównie kobietom i dzieciom, których do Polski przybyło już od początku wojny na Ukrainie - 2 miliony 700 tys., przy czym w Polsce nie budujemy obozów dla uchodźców otoczonych drutami, gdyż Polacy po prostu goszczą tych ludzi bezpośrednio w swoich domach, dzieląc się z nimi tym, co sami mają). W takim świetle, wizyta prezydentów Polski, Litwy, Łotwy i Estonii na Ukrainie u prezydenta Żełeńskiego, pokazuje przede wszystkim niesamowity wzrost pozycji krajów Międzymorza, a szczególnie Polski, jako najważniejszego lepiszcza tej przyszłej federacji wolnych państw dawnej Rzeczpospolitej. I pod tym względem zapowiedzi George'a Friedmana powoli urzeczywistniają się na naszych oczach.
 

POWITANIE DUDY I ŻEŁEŃSKIEGO W KIJOWIE
 



 

 
Na koniec pragnę wrócić jeszcze do Francji, ponieważ tam odbywają się jakieś śmieszne wybory prezydenckie, czy coś takiego. Otóż ja, gdybym był Francuzem - nie miałbym na kogo głosować (zresztą moja Pani również nie uczestniczyła w tych wyborach, choć posiada podwójne obywatelstwo polskie i francuskie, a nawet mnie namawiała, abym i ja przyjął obywatelstwo francuskie, ale poza Bonapartym i kilkoma innymi wielkimi Francuzami, nie czuję do tego narodu zbytniej "słodyczy", a ponieważ nie przyjąłem obywatelstwa niemieckiego i nigdy nie przyjmę, francuskie również nie wchodzi w grę. Ja jestem Polakiem, a czuję się Rzeczpospolitaninem i właśnie takie podwójne obywatelstwo z radością bym przyjął). We francuskich wyborach prezydenckich udział biorą kandydaci, którzy dla mnie osobiście godni są pogardy. Jeden kandydat, to pacynka globalistów, który dąży do "zacieśnienia integracji europejskiej" (czyli innymi słowy stworzenia IV Rzeszy), oraz powrotu do "normalnych" stosunków z rzeźnikiem Putinem i w tym celu telefonuje do niego, starając się mu przetłumaczyć, że wojną niczego nie osiągnie, ale Putin wie lepiej i tego całego Emmanuela Macrona ma głęboko w d..., czyli tam gdzie światło nie dochodzi. Drugą kandydatką jest Marine Le Pen, nieodrodna córeczka swojego tatusia, która twierdzi że Ukraińcy i Rosjanie są "bratnimi narodami". To może pani Le Pen niech pojedzie do Buczy, Irpienia czy Borodzianki i zobaczy jak "bratni" moskiewski naród traktuje Ukraińców. Niech przyjrzy się tym pomordowanym ludziom, tym brutalnie zgwałconym a potem zamordowanym dzieciom i kobietom, ludziom pomordowanym we własnych samochodach, do których moskiewskie robactwo w ludzkiej skórze strzela z czołgów, lub tym, zabitym tylko dlatego, że jechali drogą na rowerze. Czy pani Le Pen ma trochę oleju w głowie, czy może pragnie wejść w buty marszałka Phillipe'a Petaine'a, bo Francuzom dobrze czy to pod niemieckim, czy sowieckim butem, ważne tylko aby mogli delektować się swoimi winami i zajadać serami. Ot i wszystko w temacie.

Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że w przyszłym Pax Polonica, do którego bezwzględnie zmierzamy, Europa dopiero rozkwitnie, mogąc cieszyć się długim pokojem po rozpadzie bandyckiej Rosji i podziale Niemiec - jako kacapskiej kolonii na Zachodzie. Powrót do normalności i odrodzenie cywilizacyjne Europy będzie miało się doskonale pod przewodem krajów Międzymorza. Wzrost zaś pozycji Turcji i Japonii - krajów nam zawsze przyjaznych (z Turkami było co prawda kilka zadrażnień, ale były to walki w dużej mierze sprowokowane przez Kozaków i Tatarów, zaś sojusz polsko-turecki był silny od 1533 r. a nawet wcześniej, czyli od pierwszego poselstwa polskiego do Turcji, wysłanego w 1414 r. przez króla Władysława Jagiełłę do sułtana Mehmeda I; zaś w 1933 r. podczas obchodów 250 rocznicy odsieczy wiedeńskiej, wznoszono toast również za Turcję, w ramach wdzięczności za nieuznanie rozbiorów Polski). Japonia zaś również zawsze była nam bliska i wielokrotnie o tym pisałem (choćby tutaj).  
 
 
TUTAJ POKAZANA JEST SCENA WIZYTY KSIĘŻNICZKI ANNY JAGIELLONKI - CÓRKI KRÓLA ZYGMUNTA I - W KONSTANTYNOPOLU





LECHICI NA POMOC SAMURAJOM 
ŚMIERĆ MOSKIEWSKIEJ GADZINIE!







ZDROWYCH, WESOŁYCH ŚWIĄT (JEŚLI TAKOWE MOGĄ BYĆ W CZASIE WOJNY) WIELKIEJNOCY. OBY ZMARTWYCHWSTAŁY CHRYSTUS BYŁ DLA NAS WZOREM, JAKI ŚWIAT NALEŻY ZBUDOWAĆ PO OSTATECZNYM UPADKU TEJ MOSKIEWSKIEJ HYDRY, GDZIE NIE ZNAJĄ NI BOGA, NI HONORU, NI LUDZKIEJ GODNOŚCI





WESOŁYCH ŚWIĄT