Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PROPAGANDA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PROPAGANDA. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 grudnia 2024

HOLLYWOOD A POLSKA

 W LATACH II WOJNY ŚWIATOWEJ





Ten temat nie będzie tematem mojego autorstwa (a przyznam się szczerze, że przyjemnie jest czerpać z pracy innych ludzi i patrzeć jak to oni muszą się męczyć żeby cokolwiek napisać, a ty tylko to... skopiujesz 🤭. Oczywiście żartuję, a może i nie 🤔). W każdym razie dziś chciałbym podjąć temat amerykańskiej "fabryki snów" czyli Hollywood w okresie II Wojny Światowej i tego, jak prezentowano tam Polskę i Polaków. Ponieważ jednak nie jest to mój temat autorski, a jeden z ciekawszych tematów jakie znalazłem na X-ie (dawniej Twitter), pozwoliłem sobie go tutaj umieścić. Autorem tej nitki (jak można to nazwać), jest x-owicz posługujący się profilem "Wojna w kolorze", a konkretnie Andrzej Matowski, którego to stronę na Twitterze zachęcam do obserwowania i wspierania (oczywiście całkowicie bezinteresownie, podobnie jak bezinteresowny jest mój blog Grota Ragnara 😙 gdzie nie uświadczycie żadnych reklam, gdyż jest to taka moja oaza odpoczynku i pewnego rodzaju relaksu, chodź często bardzo pracochłonnego 🧐). Temat który to zaprezentował Andrzej Matowski, bardzo przypadł mi do gustu i postanowiłem go tutaj również zaprezentować, a jak wspomniałem wyżej dotyczy filmów jakie powstawały w Hollywood o Polsce i Polakach w czasie II wojny światowej. 




Warto bowiem zapoznać się z czym mieliśmy do czynienia i czy komisja Josepha McCarty'ego z lat 50-tych rzeczywiście była taka demoniczna (jak próbują nam to wmówić współcześni neomarksiści i wszelkiego typu libkowie), czy po prostu McCarty "miał twarde karty" aby ujawnić i ukarać tych wszystkich pro-sowieckich gogusiów z Hollywood i z wielu innych kluczowych branż w polityce, gospodarce i dyplomacji USA. 
Zapraszam zatem na wątek.







HOLLYWOOD A POLSKA 
(AUTORSTWA ANDRZEJA MATOWSKIEGO 
X-owy PROFIL "WOJNA W KOLORZE")


II Wojna Światowa była pierwszą prawdziwie nowoczesną wojną, w której żadna dziedzina życia nie mogła pozostać obojętna. To samo dotyczyło ogromnego amerykańskiego przemysłu filmowego, zrzeszający tysiące aktorów, scenarzystów, reżyserów - ludzi bardzo bogatych i wypływowych. Hollywood wypluwało z siebie 500 filmów rocznie. Do kin chodziło w 1939 roku tygodniowo 74 % Amerykanów, zostawiając astronomiczne 85 milionów dolarów w kasach. Jak ujął to historyk Robert Fyne: "większość widzów wierzyła w to, co pokazano im na ekranie, niczym w Ewangelię".




W czerwcu 1942 roku "fabryka snów" została objęta nadzorem Urzędu ds. Informacji Wojennej (Office of War Information), konkretnie agencji Bureau of Motion Pictures (Biuro Filmowe). Odtąd BMP opiniowało scenariusze filmów i decydowało, czy i jaki film trafi do produkcji. Filmy miały spełniać podstawową zasadę: pomóc wygrać wojnę z diabolicznym Hitlerem i jego mrocznymi zastępami. Od tego uzależniano zgodę na produkcję. Do końca wojny BMP zrecenzowało 1652 scenariusze, nierzadko wprowadzając własne uwagi i dodając swoje własne sceny.




Wielu z Was zna niektóre filmy z tego okresu. Najsłynniejszym jest bowiem "Casablanca" z 1942 r. z Humphreyem Bogartem i Ingrid Bergman, która zwróciła uwagę społeczeństwa USA na okupację Europy przez Niemców i temat ruchu oporu. Uzasadniła też amerykańską inwazję na Algierię.




Propaganda Hollywood kręciła wiele kasowych filmów oddających hołd europejskiemu ruchowi oporu. Zamach na Protektora SS-Obergruppenführera Reinharda Heydricha przez czeskich komandosów w Pradze doczekał się aż dwóch filmów w 1943 r.: "Hitler's madman" i "Hangmen also die!"




Czesi byli lubiani w Hollywood i doczekali się aż sześciu dużych produkcji, sławiących ich udział w wojnie. Ale nie byli jedyni. Z europejskim ruchem oporu utożsamiano Norwegów, którzy tylko w 1943 roku doczekali się aż pięciu dużych produkcji, na czele z "Edge of Darkness".




Nie można było zapomnieć o wielkiej roli Francuzów w walce z Hitlerem. Poza wspomnianą wyżej "Casablanką", w której do historii przeszła scena ze śpiewaniem "Marsylianki", Francuzi doczekali się jeszcze 14 wielkich produkcji, na czele z frankofilską "Joan of Paris" z 1942 r.






No i przede wszystkim, nie można było w żaden sposób zapomnieć o największym przyjacielu "dobrych" Aliantów, sojuszniku pierwszej klasy - masowym mordercy Józefie Stalinie i jego zbrodniczym imperium sowieckim, które od III Rzeszy różniło się jedynie brakiem komór gazowych.




Film "Mission to Moscow" z 1943 r. miał zdemaskować wszelkie nikczemne oskarżenia pod adresem Związku Radzieckiego i pokazać, że Stalin i jego państwo to jedynie "trochę inna demokracja" od USA. Film oparto o wspomnienia byłego ambasadora USA w Moskwie Josepha Daviesa.




"Mission to Moscow" był jedynym amerykańskim filmem wyświetlanym w ZSRR w czasie wojny (co pokazuje stopień jego zakłamania), ale nie był jedyny. Nakręcono szereg innych, na czele z "The Days of Glory" i "The Boy from Stalingrad". Konsultantami byli... radzieccy dyplomaci!




Wszystkie te filmy były pompatyczne i doniosłe. Nikomu nie przyszło do głowy żartować z cierpienia ww. narodów. Scenariusze konsultowano z dyplomatami alianckimi. Wszystkie były poważne i miały uwypuklić wkład narodów w walce z nazizmem. Wszystkich, poza jednym. Polakami. Polacy nigdy nie byli w centrum zainteresowania Hollywood. Przed II WŚ doczekali się właściwie tylko dwóch filmów "As The Earth Turns" i "The Wedding Night". Generalnie traktowano ich z lekceważeniem jako "Hunyaków" - bliżej niezidentyfikowanych imigrantów z Europy Wschodniej.




Oba filmy to całkowicie niedorzeczne koszmarki, stworzone przez ludzi, niemających pojęcia o Polsce. Przedstawiały one Polaków jako nieokrzesanych, pijanych i głupich prymitywów, jedzących z podłogi, porozumiewających się dziwnymi dźwiękami i zbitkami przypadkowych słów. 




Polska także nie była w centrum zainteresowania Hollywood. Przed wojną umiejscowiono w niej tylko jeden film - napoleoński romans "Maria Walewska". Dla porównania, małe Węgry były miejscem akcji aż siedmiu filmów, a filmy o Rosjanach, czy Żydach miały swoje odrębne gatunki.




A po 1939 r.? Generalnie w działaniach BMP nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że Polska... była w zasadzie jedynym pomijanym krajem alianckim w Hollywood. A wydawałoby się, że historia napadniętego przez potężnych sąsiadów kraju, pierwszej ofiary Hitlera byłaby doskonała.




Tymczasem zainteresowanie Hollywood Polską w czasie wojny można przedstawić tak - toczącym się kłaczkiem arizońskim. Polska doczekała się tylko trzech (!) filmów w czasie wojny. Komedii "To Be or Not To Be", romansu "In our Time" i niskobudżetowego "None shall escape". Chronologicznie pierwszym filmem była komedia (!) "To Be or Not To Be" Ernsta Lubitscha z grudnia 1942 r. Powstała więc po ponad 3 latach bestialskiej niemieckiej okupacji, w momencie, gdy w Polsce trwał w najlepsze Holocaust Żydów, egzekucje i wysiedlenia z Zamojszczyzny...




Chociaż film ten jest bardzo sympatyczną komedią (i doczekał się remake'u w reżyserii Mela Brooksa), to niezamierzenie spłycał i ośmieszał realia brutalnej okupacji Polski. Nikomu w USA nie przyszło do głowy robić komedii o żadnym innym okupowanym przez Niemców kraju.




"To Be or Not To Be" opowiada historię trupy teatralnej z Warszawy, która wplątuje się przypadkowo w akcje ruchu oporu. Niewiele w nim powiedziano o roli Polski w wojnie, a dość smutnym aspektem jest zrobienie z Profesora - autorytetu dla Polaków z filmu - agenta Gestapo...




Chronologicznie drugim filmem był niskobudżetowy "None shall escape" ze stycznia 1943 r. Opowiadał on o procesie fikcyjnego niemieckiego zbrodniarza Wilhelma Grimma. Polska jest jedynie miejscem akcji, a film dotyczył głównie zbrodni na Żydach. Przeleżał na półce ponad rok.




"None shall escape" swoją premierę miał dopiero 3 lutego 1944 r. i nie zapadł on nikomu w pamięci. Uznano go za zbyt pospiesznie i niedbale zrealizowany. O roli Polski w wojnie nie pada w nim ani jedno słowo, choć pokazuje on dość pozytywnie relacje polsko-żydowskie.




I - wisienka na naszym zgniłym, hollywoodzkim torcie. Największy film poświęcony Polsce, nakręcony w USA w czasie wojny - "In our Time", który premierę miał 19 lutego 1944 roku. Film absolutnie obrzydliwy, czerpiący garściami z nazistowskiej i sowieckiej propagandy o Polsce.




Wypust studia Warner Bros. opowiada historię londyńskiej ekspedientki Jennifer, która trafia do Polski latem 1939 roku i poznaje tam w Warszawie hr. Stefana Orvida. Para się w sobie zakochuje, ale na drodze zakochanym staje rodzina hrabiego (uwaga, jest coraz śmieszniej).




Rodzina Orvidów to banda arystokratycznych, fanatycznie religijnych snobów - generalnie uosobienie ciemnogrodu. Najgorszy z nich jest wuj Pavel, pracownik polskiego ministerstwa, jawnie prohitlerowski bufon, do ostatnich minut filmu nawołujący do porozumienia z Niemcami.




Choć akcja filmu dzieje się tuż pod Warszawą (i to kilka kilometrów od niej!), to majątek Orvidów wygląda jak wyjęty z XVII wieku - panuje poddaństwo chłopów - jak jeden mąż ciemnych, głupich, bojących się traktorów i elektryczności, a zysk przeliczają na... butelki wina.




Dopiero Jennifer wprowadza odrobinę nowoczesności w tym zatęchłym zaścianku. Londyńska sprzedawczyni (!) edukuje ciemne chłopstwo o nowoczesnym rolnictwie, wujowi Pavelowi mówi, że nie wolno ustępować Niemcom, a z kawalerii - w której służy Stefan - szydzi jako przestarzałej.




Agresja Niemców na Polskę zastaje Orvidów podczas całonocnej, szlacheckiej libacji. Podczas gdy rodzina hrabiego tchórzliwie ucieka z majątkiem, on sam idzie walczyć. Jego dumny pułk kawalerii zostaje rozbity po - a jakże! - szarży z szablami na niemieckie czołgi (!).




Pod wpływem wszechwiedzącej feministki Jennifer Orvid doznaje objawienia. Przeistacza się w ludowego bohatera. Nakazuje spalić pola i posiadłość, by wróg nie miał z nich pożytku. Wymowa jest jasna: Polska może odrodzić się po wojnie tylko, jeśli zmieni się w niej władza.




Cały ten film to powtarzanie sowiecko-niemieckiej propagandy, na czele z szarżami kawalerii na czołgi. Premiera także była nieprzypadkowa. 4 stycznia 1944 r. Armia Czerwona przekroczyła granice Polski, a 22 lutego W. Churchill przyznał, że Polska będzie okrojona po wojnie.




Reżyser filmu wprost przyznawał, że Polska kojarzyła mu się z państwem niewolniczym, rodem z amerykańskiego Południa sprzed wojny secesyjnej. Wytwórnia Warner Bros. przyznała zaś, że miała problem z przedstawieniem ulicy w Warszawie, bo nie wiedziano... jak wyglądają Polacy.




Warto tu jeszcze wspomnieć o kilku innych filmach, w których Polacy powinni być, a ich nie było. W kasowej superprodukcji "The Story of G.I. Joe" z 1945 r. o froncie włoskim i bitwie o Monte Cassino o Polakach nie padło ani jedno zdanie, choć ci zdobywali klasztorne wzgórze.




Z kolei w filmach "Eagle Squadron" i "International Squadron" (w tym główną rolę zagrał Ronald Reagan) o amerykańskich w bitwie o Anglię (których było tylko kilku, ok. 11), o Polakach pada dosłownie jedno krótkie zdanie, wymienionych pomiędzy innymi narodami.




Na wiosnę 1944 r. wytwórnia Twenieth Century Fox planowała premierę komedii "Jakobowsky i pułkownik", opowiadającej o uciekającym przed antysemityzmem z Polski Żydzie i nadętym polskim oficerze. Film jednak ostatecznie wówczas nie powstał i nakręcono go dopiero w 1958 r.




ŻADEN z ww filmów nie był konsultowany nigdy z nikim z polskiego rządu emigracyjnego. W żadnym nie zagrał żaden Polak. Nigdy nie pozwolono Polakom opiniować scenariuszy, w odróżnieniu od innych Aliantów. Polacy jako JEDYNI byli przedstawiani negatywnie. A czemu? Cóż... Hollywood nie lubiło Polski z różnych względów. Głównym powodem były polityczne zapatrywania reżyserów i scenarzystów, nierzadko sowieckiej agentury na pasku Moskwy. Przedstawianie Polski w dobrym świetle oznaczałoby oczernianie ZSRR - a na to nikt w USA nie chciał pozwolić.




ZSRR nigdy nie był obiektem ataków Hollywood. Sowietów - sojuszników Hitlera z lat 1939-40 - jako "wrogów" przedstawiono w raptem trzech filmach, z czego dwa to komedie - "Ninoczka" i "Towarzysz X". Po 1941 r., gdy Sowieci stali się Aliantami, przestano je w ogóle wyświetlać.




W Hollywood w 1935 r. powstała "Anti-Nazi League", kierowana przez agenta Kominternu, Otto Katza, zrzeszająca lewicowych reżyserów i scenarzystów (a nie aktorów, bo tych uznano za... zbyt głupich). Zwłaszcza Żydów. Jej stałym członkiem było bogate i wpływowe Warner Bros. Jednocześnie, sekcją BMP w Hollywood kierował Nelson Poynter - publicysta powiązany z polityką Roosevelta. Rooseveltowcy i lewicowcy mieli jeden wspólny cel: pokonanie Hitlera. A za najważniejszego sojusznika w walce z Hitlerem uznano Sowietów, których nie można było drażnić.




Przypominanie więc losu Polski - napadniętej przez Niemców i Sowietów - byłoby nie na rękę Moskwie. Dlatego Hollywood pomijało rolę Polski w wojnie, a jeśli już musiało mówić - to robiło to oczerniając ją zgodnie z duchem sowieckiej propagandy, przygotowując oddanie jej ZSRR.




Moda na komunizm w Hollywood była powszechna i to tak, że po wojnie wielu filmowców trafiło przed oblicze amerykańskich komisji śledczych jako potencjalni agenci wpływu ZSRR. Działalność OWI/BMP uznano za tak szkodliwą, że w 1944 r. obcięto jej budżet, a potem zamknięto. Wśród przesłuchiwanych znalazł się m. in. Jack Warner, właściciel studia Warner Bros., który srogo pocił się przed komisją Kongresu i komisją senatora Josepha McCarthy'ego. Do dziś zresztą znienawidzonego w Hollywood za łapanie pożytecznych idiotów Kremla.




Tu przypomina mi się, jak parę lat temu polski internet ekscytował się, że założyciele Warner Bros. byli Żydami z Polski, och, ach, jaka duma. Spieszę przypomnieć, że Warner Bros. miało stałą manierę oczerniania Polaków za każdym razem, gdy było to możliwe. Warner Bros. odpowiada za trzy najobrzydliwsze wymienione tu filmy - "In our Time", "Mission to Moscow" (który miał premierę tuż po odnalezieniu polskich grobów w Katyniu - w maju 1943 r.) i "The Wedding Night". W swoich filmach nierzadko nadawali filmowym oprychom imiona polskich bohaterów: Sobieski czy Kościuszko - znanych Amerykanom. Nigdy nie nakręcili ani jednego pozytywnego filmu o Polsce. Kłamstwa o Polsce i Polakach, które rozsiewali prawie 100 lat temu, przetrwały właściwie do dzisiaj. 

Bracia Warner byli bowiem skrajnie lewicowymi Żydami - jak wielu filmowców Hollywood - których z Polską łączyło jedynie miejsce urodzenia, a którzy w niepodległej Polsce nigdy się nie pojawili. Wyemigrowali jeszcze w czasach carskiego zaboru. I jak wielu innych ówczesnych celebrytów, chętnie poddali się propagandzie komunistycznej, szczególnie, że ta kreowała się na przeciwników antysemickiego nazizmu. Warto to mieć w pamięci, gdy znowu usłyszycie ekscytację o "polskich śladach" w Hollywood.







czwartek, 19 października 2023

TAJNE PRZEZ... SZALONE - Cz. II

CZYLI NAJDZIWNIEJSZE (I CZĘSTO PRZERAŻAJĄCE) POMYSŁY XX STULECIA





PSY STRAŻNICY OBOZÓW KONCENTRACYJNYCH 





 Dziś dalsza część szalonych planów prowadzonych w państwach totalitarnych, w celu stworzenia jakichś hybryd, które mogłyby być wykorzystane do walki w wojnie o triumf określonej ideologii. Dziś zapraszam do nazistowskich Niemiec i do specjalnie stworzonej w tym celu szkoły dla psów, której jednym z zadań było... nauczenie ich ludzkiej mowy.


"SPÓJRZ BLONDI, TO WSZYSTKO KIEDYŚ BĘDZIE TWOJE" 😄



Adolf Hitler był wielkim miłośnikiem zwierząt... i dzieci. Zawsze powtarzał "Najbardziej lubię psy i dzieci", choć niektórzy potem wkładali mu w usta słowa że to "dlatego, iż łatwo ich wyszkolić". Nie wiadomo do końca czy te ostatnie słowa były rzeczywiście wypowiedziane przez Hitlera, wiadomo jednak że führer III Rzeszy rzeczywiście był zwolennikiem odpowiedniego wyszkolenia zwierząt, szczególnie zaś psów. Sam miał dwa wilczury - Blondi i Belli i spędzał z nimi czas gdy tylko mógł, szczególnie w swej górskiej rezydencji w Obersalzbergu. Na wielu  zdjęciach z czasów zarówno przedwojennych jak i wojennych, Hitler znajduje się w otoczeniu swoich psów (szczególnie Blondie), ale takie propagandowe zdjęcia czy filmy były konieczne, ponieważ budowały wizerunek wodza, jako zarówno opiekuna zwierząt, jak również ojca narodu czy protektora danych zawodów czy grup społecznych (w mojej kolekcji znajdują się zdjęcia Hitlera w otoczeniu robotników niemieckich, w otoczeniu niemieckich dziewcząt, chłopców z hitlerjugend i wielu podobnych. Jest też jeden jak przebywa w towarzystwie małej Helgi - córki Goebbelsa, a zdjęcie zatytułowane jest "Na molo z małą Helgą" - zdjęcie to znalazło się również w "Völkischer Beobachter").






Wielu dyktatorów robiło sobie zdjęcia z różnymi grupami społecznymi, z dziećmi czy też zwierzętami i do dzisiaj za mistrzów propagandy w tej kwestii uchodzą szczególnie Józef Stalin oraz Adolf Hitler, ale jest to błędne spostrzeżenie. Prawdziwym mistrzem propagandy swoich czasów, którego ci dwaj wyżej wymienieni nie byli jednak w stanie dogonić, był... Benito ("Finito" 😄) Mussolini. Ten robił sobie bardzo wiele zdjęć dla faszystowskiej propagandowej prasy, a ponieważ był też sportowcem i pracował wcześniej jako robotnik budowlany (a konkretnie murarz), to bardzo często również i w tych zawodach pojawiał się np. bez ubrania w samych tylko spodniach lub nawet w spodenkach (Hitler był mocno zdegustowany jak pewnego razu zobaczył zdjęcie duce bez koszuli, przemawiającego do Włochów po zakończeniu akcji żniwnej w 1925 r. Benito pracował tam rzeczywiście podczas zbierania zboża jak zwykły chłop, czym przyciągał do siebie społeczeństwo, które powszechnie już powtarzało słowa wypowiedziane przez włoskiego dziennikarza w 1925 r. "Mussolini ma zawsze rację!" - a należy pamiętać że jeszcze wówczas władza faszystów nie była w pełni domknięta). Zresztą zdjęcia Mussoliniego bez koszuli, czy nawet bez spodni (oczywiście nie był zupełnie na golasa, co też trzeba podkreślić), były we Włoszech popularne, i często duce pokazywał się albo przy pracy fizycznej (np. właśnie akcja żniwna, która miała - według propagandy - uniezależnić wówczas Włochy od dostaw zboża z zagranicy), albo podczas wykonywania różnych sportów (np. ,siłowych albo biegów długodystansowych, w których pomimo lekkiej nadwagi Benito uczestniczył). Natomiast Hitler czy Stalin nigdy nie zostali w taki właśnie sposób sportretowani w swojej propagandzie dla ludu (nic dziwnego że otaczał się prawdziwym tabunem kochanek, chodź w propagandzie uchodził za wiernego męża i dobrego ojca, a jego żona przyznała publicznie, że po raz pierwszy dowiedziała się o romansach męża dopiero w 1943 r.)




Wróćmy jednak do nazistowskich Niemiec i Adolfa Hitlera, który rzeczywiście wierzył że odpowiednim treningiem psy mogą uzyskać świadomość kilkuletniego dziecka i mogą nauczyć się prymitywnych ludzkich słów. Zafascynowany tym pomysłem był również szef Gestapo i SS - Heinrich Himmler (który bardzo lubił tego typu projekty). Nakazał on bowiem przejrzeć niemieckie archiwa i gdy okazało się, że niemieccy naukowcy sporo pisali o nadzwyczajnej inteligencji psów którą możnaby wykorzystać dla potrzeb ludzkości, postanowił wyznaczyć ich do roli strażników w obozach koncentracyjnych, odciążając tym samym oficerów SS. W 1935 r. Nieopodal Leutenburga (w pobliżu Hanoweru) z polecenia Himmlera i za zgodą Hitlera, otworzono specjalną szkołę dla psów, w której miano nauczyć ich podstawowych ludzkich wyrazów i wyszkolić do roli strażników w obozach koncentracyjnych (Himmler osobiście dostarczył do tej szkoły swojego własnego czworonoga). Ośrodek ten nosił nazwę Tier-Sprechschule ASRA ("Szkoła Mowy dla Zwierząt"). Kierowniczką tej szkoły została Margarete Schmidt, która otrzymała za zadanie "umocnić więź człowieka ze zwierzętami" (w tym przypadku z psami). Do szkoły tej ściągano z całych Niemiec najbardziej inteligentne czworonogi, gdzie uczono ich odpowiednich zachowań i komend. 




Miały na przykład wystukiwać określone sygnały łapą, szczekać gdy ujrzą coś niepokojącego, a także uczono ich tam podstawowych ludzkich słów (polegało to na tym że każda litera alfabetu,była przyporządkowana do liczby szczeknięć, chodź najbardziej inteligentne psy uczono takiej artykulacji szczeknięć, aby przypominały ludzkie słowo - ponoć niektóre psy potrafiły w ten sposób poprosić o jedzenie lub smakołyki). Często też organizowano wycieczki szkolne, czy też wycieczki młodzieży z hitlerjugend do tego ośrodka, i dzieciaki przygotowywały dla psów różne wiersze lub nawet poezje (podczas jednej z takich wycieczek, pies wabiący się Lumpi zaczął szczekać na chłopców z hitlerjugend, a jego trener stwierdził, że pies powiedział iż "ma dosyć na dziś poezji"). Gdy w listopadzie 1938 r. rozpoczęła się tzw Noc Kryształowa, wymierzona w niemieckich i polskich Żydów którzy znaleźli się w Niemczech (ok. 30 000 z nich osadzono w obozach koncentracyjnych, a jakieś 17 000 wypchnięto przez granicę do Polski), wówczas w niemieckich mediach pojawiły się głosy zatroskanych Niemców, którzy martwili się, co teraz stanie się z czworonogami pozostawionymi przez Żydów. Ostentacyjnie domagano się też od władz opieki nad tymi zwierzętami - część z nich trafiła właśnie do ośrodka prowadzonego przez Margarete Schmitd.




Wkrótce potem prasę obiegła wiadomość o wielkim zwycięstwie w rozwoju więzi człowieka z psem. O to bowiem pewna mieszkanka Berlina zapytała się swego psa, kim jest Adolf Hitler i uzyskała odpowiedź "Mein Führer". Prasa niemiecka z ekspiacją rozpisywała się nad tym niesamowitym wydarzeniem (😱😄), do którego jednak doszło poza szkołą nauki mowy dla psów. Po wybuchu II Wojny Światowej projekt rozwinięcia umiejętności ludzkiej mowy wśród psów był w dalszym ciągu kontynuowany, ale ze względu na coraz bardziej wymagające potrzeby wojenne, szkoła ta coraz częściej miała ograniczane środki finansowe, ale istniała aż do końca Trzeciej Rzeszy, czyli do maja 1945 r. Projekt ostatecznie zakończył się totalną klapą, chociaż niektóre przypadki owych psów były rzeczywiście niezwykłe.




W następnej części kolejny niesamowity projekt, tym razem opracowany przez brytyjskie tajne służby, a miał on na celu sfeminizowanie Adolfa Hitlera i... zamienienie go w kobietę 😭




A CO SIĘ TYCZY OSTATNICH WYBORÓW, TO POWIEM TYLKO TYLE - CHYBA NACZELNIK MUSI COŚ WIEDZIEĆ, SKORO STWIERDZIŁ ŻE CZEKA NAS CIEKAWY CZAS 👍



CDN.

środa, 13 września 2023

"FOLKSDOJCZERIA!"

CZYLI KOLEJNA ODSŁONA GNOMIADY



 Duszno mi! Tak, ale o tym za chwilę. W zasadzie miałem darować sobie ten temat, ponieważ nie lubię babrać się w gównie, bo po czymś takim tylko można się uświnić i nic więcej człowiek z tego nie ma. Jednak biorąc pod uwagę moją niechęć do kloacznych praktyk i tematów, to jednak zupełnie nie potrafię się odseparować od całego tego skurwysyństwa z którym obecnie mamy do czynienia. Dlatego też napisałem że duszno mi żyć w kraju, który niestety w swej historii zawsze tolerował mentalność niewolniczą (Piłsudski twierdził, że niestety w części mentalności Polaków jest coś takiego, że są oni w stanie wchodzić naszym największym wrogom w dupę i cieszą się gdy są w tej dupie obsrywani). Piłsudski napisał również kiedyś takie oto słowa: "Walczę i umrę jedynie dlatego, że w wychodku, jakim jest nasze życie, żyć nie mogę, to ubliża - słyszysz! - ubliża mi jako człowiekowi z godnością nie niewolniczą. Niech inni się bawią w hodowanie kwiatów czy socjalizmu, czy polskości, czy czego innego w wychodkowej (nawet nie klozetowej) atmosferze - ja nie mogę!" Ja niestety mam tak samo i dlatego też musiałem dać temu wyraz, pisząc przynajmniej że duszno mi w takiej atmosferze. Dusza Polska bowiem w swych dziejach wydała nieprawdopodobną ilość bohaterów, herosów, którym wszyscy supermeni i inni wymyśleni bohaterowie z komiksów i filmów mogliby co najwyżej czyścić buty. Niestety, mieliśmy również pokaźną liczbę zaprzaństwa i sukinsyństwa, o czym też już kiedyś pisałem. I raz jeszcze przytoczę słowa marszałka "Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy" i na tym właśnie dziś chciałbym się skupić.




Rzecz jest dość banalna w swej naturze, a jednocześnie tak parszywa, że odbiera chęci do życia zatruwając zewsząd powietrze którym wszyscy oddychamy. Jak to się mówi -  istnieje banalność zła, ale istnieją też dobrzy ludzie, dzięki którym to zło w ogóle ma szansę się rozwijać, a muszę stwierdzić że w naszym narodzie - który wręcz słynie z pobłażliwości złu - ma ono tutaj najlepsze warunki do istnienia i najbardziej podatną ku temu glebę. Co konkretnie mam na myśli? Tak jak wcześniej napomknąłem, mam tutaj na myśli nasze narodowe zaprzaństwo któremu pozwalamy się rozwijać w imię... (nie wiem, tolerancji? czy w imię tego żeby było miło, bo świadomość że Polacy, jako naród tolerancyjny, zapominają że tolerancja dla zła to nie jest żadna tolerancja tylko głupota, a w dalszej konsekwencji samobójstwo, bo zło wcześniej czy później zacznie wdzierać się we wszystkie aspekty naszego życia i zapragnie je sobie podporządkować). Symboli owego zaprzaństwa we współczesnej Polsce jest mnóstwo, a zauważyłem że od jakiegoś czasu niektóre osoby wręcz prześcigają się w tym, żeby zyskać palmę pierwszeństwa w kategorii "największa narodowa kurwa" (przepraszam za mocne słowa, ale piszę o tym w taki sposób, w jaki uważam za najbardziej właściwy). W ciągu ostatnich kilku dni na podium ten mocno zbliżyła się pani reżyserka Agnieszka Holland i jej najnowsze dzieło filmowe (ponoć oklaskiwane na festiwalu w Wenecji przez 15 minut. Naprawdę aż tyle czasu chciałoby się komukolwiek klaskać w dłonie? Czy my żyjemy w Korei Północnej czy może coś mi umknęło), dzieło to nosi nazwę "Zielona granica" (kurna, mocne! Pamiętam jak jeszcze studiowałem jakieś dwadzieścia lat temu i jeden z kierowców w firmie mojego ojca zauważył pewnego razu że mam jakąś książkę i bardzo chciał ją zobaczyć, a gdybym mu podałem, stwierdził "Uuuu, mocne" 🤣, a była to bodajże historia filozofii chodź już dokładnie nie pamiętam. Przyznam się jednak, że te jego słowa wprawiły mnie wówczas w szczególnie dobry nastrój).

Film ten jeszcze nie miał swojej oficjalnej polskiej premiery (ponoć będzie miał 19 czy 20 września), ale premierę międzynarodową miał już na festiwalu w Wenecji w dniu 5 września i jak wynika ze słów z samej reżyserki - ludzie po seansie ponoć siadali na schodach i płakali rzewnymi łzami, "płakali jak bobry" - jak dodaje sama Holland. Ja się wcale nie dziwię że oni płakali, ja przyznam szczerze też bym się rozpłakał. Nagle bowiem uświadomiłbym sobie, że dwie godziny mojego życia, które spędziłem oglądając film Agnieszki Holland (mówię oczywiście czysto teoretycznie), już nigdy nie wróci i bezpowrotnie jest stracone. Wtedy dopiero bym płakał jak bóbr, bo dałem się namówić na obejrzenie takiego zamulacza umysłowego (zwanego w potocznym języku mózgojebem), wcale więc nie dziwię się tamtym ludziom w Wenecji. A mówiąc już całkiem poważnie, to całą twórczość filmową pani Agnieszki Holland uważam za co najmniej mierną. Spod jej ręki nie wyszło żadne wybitne dzieło i doprawdy zachodzę w głowę, skąd ta kobieta wzięła swoją popularność? Do najsławniejszych jej dzieł mogę zaliczyć: "Pokot" (kiedyś pisałem już o tym filmie, przytaczając słowa nieżyjącego już Krzysztofa Karonia iż jest to po prostu apologia natury, zrównująca ludzi ze zwierzętami i mająca usprawiedliwić mordowanie ludzi w imię neomarksistowskiej ideologii). " W ciemności" - to kolejny film autorstwa pani Holland, opowiadający o losach Leopolda Sochy, lwowskiego kanalarza który w czasie niemieckiej okupacji Polski w kanałach ukrywał kilkunaścioro Żydów (w tym dzieci), przynosząc im jedzenie, opiekując się i ratując przed Niemcami tak długo, aż do Lwowa wkroczyli Sowieci. Film w wykonaniu Holland jest mdły i słaby, a postać Leopolda Sochy szczególnie wręcz z początku negatywna, dopiero z czasem nabiera ludzkich cech. Poza tym - jak na córkę komunisty przystało - Holland całkowicie pomija najistotniejszy w tym wypadku powód, dla którego Socha podjął się pomocy Żydom. Tym powodem była jego ogromna wiara (nie mylić z religią). 




Zresztą tam gdzie nie ma Boga, gdzie w duszy człowieka nie ma wiary, tam bez wątpienia - choćbyśmy mieli najlepsze intencje - wcześniej czy później pojawi się ego, pojawi się myślenie w kategoriach "ja jestem wyjątkowy i najlepszy, więc mnie się należy, a kto nie ze mną... ten niech tu leży" - i taką właśnie myśl powielały wszystkie ateistyczne ideologie świata, na czele z komunizmem i nazizmem. Gdyby nie wiara w Boga, oraz ogromna wiara w to, że ten świat nie jest jedynym (a nawet nie do końca rzeczywisty) to wielu ludzi nie podjęłoby się tego, czego realnie dokonali. Taki Socha, taki rotmistrz Witold Pilecki, kilka dni temu beatyfikowana rodzina Ulmów (również ukrywająca Żydów, za co zostali zamordowani przez Niemców wraz ze swymi małymi dziećmi), czy św. Maksymilian Maria Kolbe (który w Auschwitz oddał swoje życie za życie innego więźnia, co należy uznać za najwyższy rodzaj poświęcenia i jednocześnie najdoskonalszy wyraz miłości do drugiego człowieka, w którym każdy z nas powinien się przeglądać, niczym w obrazie uniwersalnej Miłości Bożej - bo tak naprawdę wszystko sprowadza się do tego. Wszyscy jesteśmy Dziećmi Bożymi, częścią Bożej Miłości i dopóki nie uświadomimy sobie tego faktu i nie ujrzymy siebie samych w innym człowieku, dopóty skazani będziemy na powtarzanie tego materialistycznego ziemskiego piekła), wszyscy oni godzili się z własnym losem tylko dlatego że byli Niezłomni w swej wierze. Agnieszka Holland w filmach oczywiście to pomija, bowiem w światopoglądzie ateistycznym - jaki cechował wychowanie ludzi tej mentalności, wszelkie odwołania do Boga są, po pierwsze: nienowoczesne (bo wiadomo że nowoczesność, to zapętlenie się w materializmie - to oczywiste, prawda?), A po drugie: trąci to (w rozumieniu ludzi o mentalności podobnej do Agnieszki Holland) jakimś fanatyzmem czy przynajmniej paździerzem i nie może być promowane. Usuwając więc Boga ze swojego życia i otoczenia, tak naprawdę kobieta ta musi wytworzyć jakieś zastępcze erzatze, które - przynajmniej przez jakiś czas - zapewnią jej substytut wiary. Kiedyś takim erzatzem była na przykład wiara w komunizm (gdzie partia dla fanatycznych komunistów była Bogiem i partia nigdy się nie myliła, nawet jeśli dostałeś wyrok śmierci, to przede wszystkim winy szukałeś w sobie samym, w tym, że nie byłeś wystarczająco dobrym komunistą - bo partia NIGDY się nie myliła!) czy w narodowy socjalizm. Dziś zaś wierzy się w inne erzatze - współczesne i nowoczesne, np ekologizm, feminizm, genderyzm, wokizm etc. etc. Człowiek bowiem w swoim życiu zawsze potrzebuje wiary w coś większego niż on sam, dlatego też tworzy sobie swych własnych bożków, swoje własne złote cielce którym oddaje cześć do chwili, aż jego "zabawa" na tym świecie dobiegnie końca.

I taka właśnie jest pani Agnieszka Holland, która aby podbudować własną wiarę w wymyślone przez siebie erzatze (lub też wpojone jej od maleńkości przez tatusia który był zwykłym zdrajcą i komunistycznym agentem, oraz mamusię - która co prawda była najpierw w Armii Krajowej, ale potem skurwiła się podobnie jak jej mąż, pisząc np. donosy na profesora Tatarkiewicza), wydobyła ze swych trzewi nowy film o nazwie "Zielona granica". Ponieważ film ten nie miał jeszcze oficjalnej premiery, a wypuszczony został jedynie 2-minutowy trailer, przeto ciężko podjąć się jakiejkolwiek próby recenzji. W krótkich słowach można jednak powiedzieć że jest to perfidny i typowo komuszy (a nawet bardziej, bo owa komunistyczna, zatechla gnomiada została obecnie wsparta mentalnością folksdojczów) a tak na Polskę,  w sytuacji, gdy kraj nasz jest realnie w stanie hybrydowej wojny z Białorusią, która to sprowadziwszy do siebie muzułmańskich migrantów, stara się teraz przez granice (ale nie przez przejście graniczne oczywiście) przerzucić nielegalnych imigrantów w celu destabilizacji zarówno Polski jak i innych państw Europy (szczególnie Niemiec). Nic dziwnego że drugim miastem (prócz Wenecji) gdzie film Agnieszki Holland został przyjęty z ogromnym uznaniem i zadowoleniem, był Mińsk, a tamtejsza propaganda stwierdziła że ów wysryw na Polskę jest oparty na faktach autentycznych. Ja łukaszenkowcom w ogóle się nie dziwię, oni mają swoją propagandę i muszą tak mówić ponieważ to godzi Polskę którą uważają za swojego wroga (Polska nigdy nie była wrogiem Białorusi i nigdy nie będzie, a reżim który panuje na Białorusi trzeba zakończyć, dla dobra Europy i całego światowego pokoju). Nie pojmuję tylko jakim trzeba być moralnym karłem żeby zrobić film, który z miejsca przysłuży się propagandzie ruskiego miru? Ile trzeba mieć nienawiści do kraju w którym się urodziłaś? ile trzeba mieć żalu (nie wiem czy do rodziców - za to kim byli, czy też do siebie samej - za to kim jestem) żeby tak pluć na własną Ojczyznę? Ja rozumiem że pani Holland ma również pochodzenie żydowskie, ale mimo wszystko to jej nie tłumaczy, ponieważ w polskiej tradycji było wielu Żydów (i jest do dnia dzisiejszego) którzy potrafią zachować się porządnie i którzy nie plują na swoją Ojczyznę jaką była i jest Polska. Ale bez wątpienia pochodzenie, plus silne wychowanie w tradycji komunizmu musiało zrobić swoje - czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci. Od razu przypomina mi się Teatr Telewizji sprzed kilkunastu lat pt.: "Herbatka u Stalina", opowiadająca o wizycie George Bernarda Shaw w Moskwie w 1931 r. W końcowych minutach filmu Stalin (grany przez Janusza Gajosa) wypowiada znamienne słowa o próbującym przypodobać mu się angielskim idiocie: "Sukinsyn! (...) A najbardziej oburza mnie to, że on co chwile krytykuje Anglię, kraj w którym mieszka i na którym zbił olbrzymi majątek - gryzie rękę która go karmi, bydlak! (...) Można chwalić cudzy kraj nie potępiając własnego, są jakieś zasady postępowania".


SHAW: "Marks zrobił ze mnie człowieka, natchnął mnie wiarą, a wiara była podnietą do rebelii i buntu"

STALIN: "Taaa"



Tak więc Agnieszka Holland atakuje w swym filmie żołnierzy Straży Granicznej (i w ogóle żołnierzy Wojska Polskiego), za to, że wykonują swoją pracę, chroniąc granicę przed zalewem nielegalnych, sprowadzonych tu przez reżim Łukaszenki imigrantów, którzy mają za zadanie zdestabilizować Europę (bo wiadomo, że ich celem nie jest Polska tylko przede wszystkim pragną dostać się do Niemiec, ewentualnie do Francji czy Wlk. Brytanii). Żołnierze nie popełniają tam żadnych zbrodni, nikogo nie mordują tak jak głosi propaganda (a niestety jest to propaganda z którą utożsamia się pani Agnieszka Holland), po prostu powstrzymuję zalew Polski i Europy przed ludźmi którzy są kulturowo wrodzy jakiejkolwiek tradycji europejskiej (nie tylko chrześcijańskiej, również tej ateistycznej, również tej lewicowo-liberalnej). Wymyśla się też bzdury o jakimś Ibrahimie, który miał płynąć Bugiem głodny i spragniony, wychodził na brzeg dopiero nocami i dzwonił przez komórkę (zapewne do pani Holland), ale nie mógł złapać zasięgu, to z powrotem wchodził do wody i dalej płynął (prawdopodobnie płynie po dziś dzień, chociaż Ibrahima wymyślono prawie dwa lata temu - to myślę że do dzisiaj jeszcze nie dopłynął do celu, choć zapewne przepłynął już kulę ziemską co najmniej dwa razy. Trzeba też pamiętać że nocami wychodził na brzeg więc musiał się streszczać żeby znaleźć jakiś ład albo jakąś wysepkę, jak Robinson Crusoe 🤭). W filmie Holland jest również obowiązującą typowo lewicowa teza, jakoby przez granicę miały przechodzić kobiety z dziećmi, ewentualnie jacyś starcy, a nie młodzi 20, 30-letni mężczyźni, którzy szturmują granicę niczym wojownicy Allaha. Nie ma co się temu dziwić - kobiety i dzieci potrafią rozmiękczyć każde serduszko, nic więc dziwnego że niektórzy sobie w Wenecji popłakali (w ogóle przy tym nie zastanawiając się nawet nad faktem, że mają do czynienia z czystą propagandą, z jawnym i bezczelnie nam wciskanym fałszem). Ale tak właśnie kształtuje się umysły ludzi którzy nie wiedzą jaka jest prawda, albo nie chcą jej znać, nadal tkwiąc w swoich własnych ideologicznych erzatzach.


OTO TRAILER "ZIELONEJ GRANICY" AGNIESZKI HOLLAND



A TAK WYGLĄDAŁ SZTURM POLSKIEJ GRANICY PRZEZ OWE KOBIETY Z DZIEĆMI NIM POWSTAŁ MUR





A TAK WYGLĄDA TO TERAZ




NA KONIEC JESZCZE KOMENTARZ "DZIKIEGO TRENERA"



niedziela, 7 maja 2023

NASZE "RODZIME" BYDEŁKO!

I NAPRAWDĘ NIE DZIWMY SIĘ ŻE POWSTAŁ

OBÓZ ODOSOBNIENIA W BEREZIE KARTUSKIEJ



 Dziś kilka przykładów skrywanej (mniej lub bardziej) piątej moskiewskiej kolumny działającej w Polsce, którą trzeba bezwzględnie ścigać, ujawniać i wyłapywać - bo to są ludzie groźni, działający w interesie obcego, wrogiego nam państwa.


PIERWSZY Z BRZEGU:








"BEZPAŃSTWOWIEC" 😆





"CO ZROBILI?"





DŁOŃ "JEGO EKSCELENCJI" POWINNA BYĆ UCAŁOWANA





"WYZWALACZE?" 🤔



DO BEREZY - NATYCHMIAST!!!




ARKADIUSZ I WERONIKA 



CZYŻBY Zzzz...JEBY?











TACY LUDZIE WSPIERAJĄ "POLSKI RUCH ANTYWOJENNY"




CZASY SIĘ ZMIENIAJĄ, A MIŁOŚNICY POKOJU WCIĄŻ CI SAMI, I CIĄGLE WIDZĄ TYLKO POKÓJ ZAPROWADZONY NA MOSKIEWSKICH BAGNETACH



Notabene bardzo ciekawym jest fakt, że "Polski Ruch Antywojenny" założony przez Leszka Sykulskiego i wspierany przez ludzi pokroju Pieti Panasiuka lub Pitonia, jakoś dziwnym trafem nie demonstruje haseł pokojowych pod ambasadą głównego prowodyra całej tej wojny. Gdybym bowiem był osobą która chciałaby wesprzeć ruch antywojenny, to bym się bardzo zdziwił, po pierwsze: dlaczego ci ludzie nie idą pod ambasadę Rosji i tam nie żądają zakończenia wojny, a po drugie: dlaczego w tym środowisku jest tylu rusofilów - wręcz patologicznych (a często debilnych, ale to już chyba taki klimat w tym środowisku). Przecież to od razu rzuca się w oczy, że coś w tym wszystkim jest nie tak i że nie chodzi tutaj o żaden pokój (podobnie jak w kwestii pedofili w kościele nie chodzi o ochronę dzieci). Cel jest zupełnie inny, w tym przypadku wsparcie rosyjskiej inicjatywy propagandowej i próba przekonania Polaków do wyparcia się i porzucenia Ukrainy (a w drugim przypadku oczywiście chodzi o jawną walkę z kościołem, co akurat nie dziwi bo w Stanach Zjednoczonych już są już nawet... obowiązkowe lekcje z satanizmu. Natomiast wszelkie przejawy pedofili należy tępić i wypalać ostrym żelazem, a ludzi którzy się tego dopuścili karać z całą surowością prawa).



 Zauważyłem też jeszcze jedną ciekawa rzecz. A mianowicie ci ludzie próbują zarówno podważyć naszą pomoc Ukrainie, a jednocześnie wykorzystują do tego celu kwestie historyczne (szczególnie Zbrodnię Wołyńską, która jest odmieniana tam przez wszystkie przypadki). Tak naprawdę jednak nie interesuje ich ani Wołyń, ani Polska, ich tylko interesuje rasija, czego dowodzi fakt, że jeżeli gdziekolwiek pojawia się konflikt pomiędzy Rosją a Polską (w jakiejkolwiek formie - choćby symbolicznej), oni zawsze stają po stronie moskowi. Zauważcie to, ci ludzie nie są ani polskimi patriotami, ani nie są żadną prawicą - to są zwykłe sowieckie,  ruskie parszywe onuce, które powinny natychmiast trafić do obozu odosobnienia podobnego Berezie Kartuskiej, tak dla zdrowia psychicznego zarówno naszego jak i ich samych. Trochę ćwiczeń, trochę dyscypliny, trochę pracy powinno zrobić swoje i być może wreszcie ci ludzie znaleźliby sens własnego istnienia i przestali żyć w gównie, wysługując się sowieciarzom.



WYCIECZKA 




5 maja w Głubczycach usunięto jeden z ostatnich w Polsce pomników wdzięczności Armii Czerwonej. Ponoć zostało ich jeszcze około trzydziestu. Przyznam się szczerze, że nie wierzę w to, że ponad 30 lat po odzyskaniu suwerenności wciąż stoi na polskiej ziemi symbol sowieckiego zniewolenia - tego nie rozumiem (w II Rzeczpospolitej symbol rosyjskiego zniewolenia rozebrano zaraz po zakończeniu wojny z sowietami w roku 20-tym, czyli w kilka lat po odzyskaniu Niepodległości)






A na zakończenie jeszcze informacja do tych wszystkich miłośników pokoju, tych z Polskiego Ruchu Antywojennego i wszelkich jemu podobnych formacji w Europie i na Świecie. Wiecie co należy zrobić, żeby wojna się zakończyła? Jak nie wiecie to popatrzcie: