Mali chłopcy zawsze chcą być żołnierzami,Indianami,
policjantami, strażakami albo prezydentami - rosną, starzeją się, bywają żołnierzami, Indianami, strażakami, policjantami, prezydentami. Miewają już swoje komże, psy i okręty - a jednak tak naprawdę chcą jedynie być kimś innym i zadręczają się tym do śmierci.
Nieszczęśliwy kto nie jest takim małym chłopcem, dorosłym małym chłopcem, który gdzieś w zakamarku duszy hołubi wielkie marzenie, tęsknotę za czymś innym, odległym, lepszym...
Dziś kolejna porcja politycznych memów, ale nim do nich przejdę chciałbym tylko przypomnieć, że jutro o godzinie 11:30 przed Kościołem św. Anny w Warszawie rozpoczyna się zjazd Wolnych Polaków, jako zdecydowany sprzeciw przeciwko temu, co obecnie dzieje się w naszym kraju. Ja przyznam się szczerze że mam już serdecznie dosyć rządu popaprańców, namaszczonych tutaj przez Brukselę i Berlin i jeśli miałbym być szczery, to (choć oczywiście staram się takie myśli szybko usuwać ze swojej głowy) czasem mam wrażenie, jakbym żył w Generalnej Guberni a nie w Wolnej Polsce. Miałem też nadzieję że te wszystkie oskarżenia Tuska o proniemieckość okażą się w dużej mierze naciągane, lub też, że dojdzie on do wniosku że w końcu przyszło mu kierować dwudziestą gospodarką świata i zachowa się jak lider (nie jak mąż stanu, bo o to bym go nie podejrzewał, ale przynajmniej jak lider) a tu się okazuje, że te wszystkie zarzuty które wcześniej kierowano pod jego osobą okazały się prawdą i to tak bezczelną, że aż bijącą w oczy. Centralny Port Komunikacyjny realnie jest już historią, przy Odrze mają powstać jakieś parki "narodowe", a wszystko po to, żeby jej nie udrożnić dla rozwoju naszego transportu śródlądowego (źródła bogactwa Rzeczypospolitej Obojga Narodów). Komputer kwantowy który miał powstać w Poznaniu, nie powstanie (Tusk odebrał owej poznańskiej uczelni dotacje, zresztą Niemcy też planują coś takiego, więc po co robić im konkurencję - prawda). Elektrownia atomowa ma powstać bodajże dopiero w 2035 r. czyli na święte nigdy, a teraz za to całe żałosne KPO będziemy kupowali nie tylko niemieckie wiatraczki (które nadają się w zasadzie już tylko do utylizacji, oczywiście na nasz koszt), ale również niemieckie samochody elektryczne (z którymi Niemcy mają problem, bo nie mogą ich nigdzie sprzedać). I teraz Kochani powiedzcie mi że to nie jest rząd folksdojczów i szmalcowników! Proszę Was, abyście mnie wyprowadzili z tego wrażenia (jeżeli oczywiście potraficie).
Jesteśmy dwudziestą gospodarką globu. Mamy ogromne ambicje i możliwości aby stać się jednym z najważniejszych krajów Europy - ba Europy, Świata, a ludzie pokroju Tuska i tych jego przydupasów (łącznie z przystawkami) po prostu zabijają nasze marzenia, podcinają nam skrzydła w czasie lotu. Ostatnio podobało mi się jak na Kanale Zero stwierdził Krzysztof Stanowski, że te ostatnie 8 lat zmieniło nas diametralnie i Polacy po prostu chcą się "napierdalać". Chcemy się bić, czy to z Niemcami, czy z Ruskimi czy z każdym innym, chcemy pokazać im że jesteśmy od nich lepsi, bo jesteśmy, bo możemy być - tylko musimy siebie uwierzyć i musimy wyrzucić na złomowisko takich ludzi, jacy obecnie rządzą naszym krajem. Dosyć malkontenctwa, dosyć pedagogiki wstydu, dosyć "ciepłej wody w kranie", chcemy Wielkiej Polski, Polski o ogromnych celach i jeszcze większych ideach, Polski o jakiej śnili nasi przodkowie i jaką musimy przekazać naszym dzieciom, aby oni uczynili ją jeszcze potężniejszą. Albo to dotrze do rządzących, albo będzie nieprzyjemnie.
A TERAZ PRZEJDŹMY DO MEMÓW
SIENKIEWICZ, SIENKIEWICZ TWÓJ WIELKI PRZODEK W GROBIE SIĘ PRZEWRACA, BOWIEM MY WSZYSCY Z NIEGO - A TY?
NA SZPARAGI DO BAUERA...
BEZ KOMENTARZA
FÜR DEUTSCHLAND!
IDŹ PRECZ!
CPK - TO ROSJA.
POLSKI ATOM - TO ROSJA.
PIS - TO ROSJA.
A TUSK, TO KTO?
"MIAŁEŚ CHAMIE ZŁOTY RÓG, OSTAŁ CI SIĘ INO SZNUR"
TO NIE SĄ EKSPERCI, TO SĄ JEGO PRZEŁOŻENI
NAWET NIE ZDAJECIE SOBIE SPRAWY JAK BARDZO CHCIAŁBYM SIĘ MYLIĆ
CI LUDZIE ZAWSZE POTRZEBUJĄ MIEĆ SWOJEGO PANA. KIEDYŚ BYŁA MOSKWA, TERAZ JEST W BRUKSELA I BERLIN. I ZAWSZE PRZECIWKO POLSCE!
I NA KONIEC PEREŁKA
ON JUŻ JEST SPAKOWANY, JUŻ BĘDZIE SIĘ EWAKUOWAŁ?
MINISTER OBRONY NARODOWEJ!?
I PROSZĘ NIE PORÓWNUJCIE TEGO DO SYTUACJI Z WRZEŚNIA 1939, BO TO JEST ZUPEŁNIE CO INNEGO. WÓWCZAS POLSKA WZIĘTA ZOSTAŁA W DWA ŚMIERTELNE KLESZCZE KTÓRE SIĘ ZACISKAŁY I NIE BYŁO INNEGO WYJŚCIA, JAK TYLKO EWAKUOWAĆ SIĘ I NA TERYTORIUM NASZYCH SOJUSZNIKÓW STWORZYĆ RZĄD ORAZ ODBUDOWAĆ ARMIĘ POLSKĄ - OCZYWIŚCIE MOŻNA BYŁO JESZCZE PIĘKNIE ZGINĄĆ, ALE... CO BY TO DAŁO? MY JUŻ NIE POTRZEBUJEMY NOWEGO MITU O KSIĘCIU PONIATOWSKIM, BOHATERSKO TONĄCYM W NURTACH ELSTERY, A RAFAŁ ZIEMKIEWICZ - KTÓREGO LUBIĘ I SZANUJĘ, CHOĆ CZASEM WŁĄCZA MU SIĘ TA ENDECKA GŁUPAWKA, ZNOWU ZACZĄŁ COŚ MÓWIĆ O "ZALESZCZYKACH". ZRESZTĄ W 1920 NIKT NIE PLANOWAŁ UCIECZKI I TO WŁAŚNIE NALEŻY PORÓWNYWAĆ.
NATOMIAST TEN PAN WRAZ Z TYM DRUGIM PANEM - KTÓRY ZAMIERZAŁ WCISKAĆ PUTINA W ZIEMIĘ - JUŻ JEST SPAKOWANY CHOCIAŻ OTOCZENI JESTEŚMY SOJUSZNIKAMI. TO KUPCIE MU JESZCZE BILET MOŻE I NIECH JUŻ LECI, CZY TAM... SPADA 🙄😂
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ SOWIECKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. XI
Wiosna roku 1923, to był czas coraz intensywniej projektowanej nowej rewolucji i nowej wojny polsko-sowieckiej. Biuro Polityczne Komitetu Centralnego Partii bolszewickiej planowało w tym roku wybuch rewolucji komunistycznej w Niemczech, a co za tym idzie wsparcie tej rewolucji - czyli atak na Polskę. W tym celu potrzebna była Rosji sowieckiej destabilizacja (szczególnie) wschodnich regionów państwa polskiego. Organizowano więc specjalne grupy bojowe, które miały przenikać na terytorium Polski i prowadzić tam akcje dywersyjne. Dodaj aktywniejszych należały grupy dowodzone przez Stanisława Aleksiejewicza Waupszasowa (Wajpszaca) i Kiryła Prokifijewicza Orłowskiego. Celem tych akcji sabotażowych (a raczej terrorystycznych) miało być przygotowanie gruntu pod wystąpienia powstańcze, gdyż w planach Moskwy było wywołanie ogólnonarodowego powstania Białorusinów, Żydów, Litwinów i Ukraińców przeciwko państwu polskiemu. Cel minimum owych akcji zakładał ostatecznie przyłączenie wschodnich ziem Rzeczpospolitej do Związku Sowieckiego (czyli Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi), natomiast cel maksimum zakładał przeniesienie wystąpień rewolucyjnych na teren całej Polski i ostateczne ciągnięcie nas w orbitę wpływów sowieckich. Takie były założenia, teraz pozostawało tylko wprowadzić je w czyn.
Z początkiem maja "Ilustrowany Kurier Codzienny" donosił: "Rosya, Niemcy, Litwa i Czechy spiskują przeciwko Polsce (...) musimy zgodni i zjednoczeni stać z bronią u nogi". Wkrótce gazety zaczęły krzyczeć takimi oto nagłówkami: "Agenci komunistyczni w Krakowie", "Bandy znów uderzyły pod Lwowem", "Niemiecka prowokacja na Śląsku". W atmosferze tej niepewności i niestabilności (szczególnie na Wschodzie) zaczęły pojawiać się w Sejmie propozycje stworzenia siły, mającej zabezpieczyć wschodnie granice Rzeczpospolitej - chodź na razie były one jeszcze w powijakach. Natomiast wielu posłów wygłaszało dosyć ostre przemowy sejmowe, jak choćby poseł ludowców - Jan Brodacki, który perorował: "Pienią się w bezsilnej złości Niemcy - wtórują im bolszewicy, Ukraińcy i Białorusini, chcą zagarnąć owe wyspy ziemi polskiej na wschodzie, a Polaków tam z dawien dawna osiadłych wygnać precz za Bug i za San. Żydzi podnieśli wrzask na cały świat, że Polacy śmią głośno oddychać i kichnąć się u siebie nie wstydzą. Różne krety i turkucie podjadki żyją na tej naszej polskiej grzędzie, mimo że mamy wolną i niepodległą Polskę, Polski nie przybywa, ale wciąż ubywa, zalewa ją fala obca, podmywa i podrywa brzegi". Poseł ksiądz Kazimierz Lutosławski wprowadził również pod obrady Sejmu projekt ustawy, wprowadzającej numerus clausus na wyższych uczelniach polskich, zakładający ograniczenie liczby studentów obcego pochodzenia. Projekt ten został zaakceptowany i dobrze przyjęty w zachodnich regionach Polski, ale 21 kwietnia 1923 r. podczas komisji oświatowej odrzuciły go uczelnie Warszawy, Krakowa i Wilna. Twierdzono bowiem, że nadreprezentacja studentów (głównie)pochodzenia żydowskiego bierze się stąd, że Żydzi mają lepsze "materyalne uposażenie". Należy więc zorganizować pomoc dla dzieci robotników, chłopów i inteligencji pracującej, aby im umożliwić naukę na wyższych uczelniach, natomiast nie wprowadzać ograniczeń w liczbie studentów, bo to niczemu nie służy. Ksiądz Lutosławski nie był zadowolony z tego typu wyjaśnień i stwierdził, że odrzucenie jego projektu ustawy przez wschodnie uczelnie, wzięło się właśnie z nadreprezentacji tam żywiołu niepolskiego.
Tego samego 21 kwietnia 1923 r. w godzinach wieczornych, ogromny huk zbudził mieszkańców kamienicy przy ulicy Studenckiej w Krakowie. Bomba wybuchła w bramie budynku należącego do profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego Władysława Natansona (pochodzenia żydowskiego). Tego specjalizującego się w optyce, teorii kinetycznej gazów i teorii elektronów oraz promieniowania naukowca, zupełnie nie interesowały walki polityczne. W zasadzie można powiedzieć, że nie popierał on żadnej ze stron politycznego sporu, skupiając się głównie na nauce. Bomba zaś zniszczyła elewację, cokół kamienny i potężne dębowe drzwi. Nikt co prawda nie zginął, ale wokół mnóstwo było szkła z powybijanych szyb z sąsiednich kamienic (gdyż wybuch bomby zniszczył szyby nawet w filii pobliskiego urzędu pocztowego). Natansona ocaliły drugie żelazne drzwi bramy, które znajdowały się w wewnętrznej sieni budynku. Zaalarmowany wybuchem (i mieszkający w sąsiedniej kamienicy) prezydent miasta Krakowa - Jan Kanty Fedorowicz natychmiast pośpieszył z pomocą. Wcześniej zaś próbował powiadomić komendanta miejskiej policji, ale ten nie odbierał telefonu. W ogóle policja bardzo opieszale zbierała się do przybycia na miejsce zdarzenia (miejsca tego przez dłuższy czas pilnowało tylko dwóch stójkowych). Ostatecznie sprawcy nie odnaleziono, ale stworzyło to też okazję do snucia podejrzeń na temat przyczyn owego zamachu. W krakowskich kawiarniach (przy małej czarnej, albo czymś mocniejszym) opowiadano sobie różne niestworzone historie. Twierdzono że zamachu dokonali żydowscy faszyści, gdyż profesor Natanson miał popierać wprowadzenie numerus clausus. Inni twierdzili że to byli polscy faszyści, gdyż profesor nie popierał wprowadzenia numerus clausus (i jedni i drudzy mieli rację, gdyż prof. Władysław Natanson nigdy nie wypowiadał się w tym temacie, co znów dawało okazję do snucia najróżniejszych podejrzeń). Twierdzono też że celem miał być sam prezydent miasta, a zamachu dokonać mieli jego polityczni przeciwnicy (bomba była bowiem całkiem widoczna, zamachowiec nie pokusił się nawet o ukrycie jej, lub owinięcie w cokolwiek). Twierdzono też że była to zemsta mieszkańców miasta, gdyż prezydent zamiast polewać ulicę wodą, to kazał je skraplać jakimś specyfikiem, który miał niezbyt przyjemną woń. Najróżniejszym spiskowym teoriom nie było końca (najbardziej zabawną teorią spiskową była ta, iż zamachu dokonali szklarze, bowiem w wyniku wybuchu mieli pełne ręce roboty). Wkrótce miało się okazać, że nie była to ostatnia bomba która wybuchła w grodzie Kraka.
27 kwietnia Sejm uchwalił ustawę o Trybunale Stanu, powołując tę instytucję do polskiego porządku prawno-publicznego.
2 maja 1923 r. do Polski przybył marszałek Francji - Ferdynand Foch. Prasa oczywiście rozpisywała się jakiego to Polska ma sojusznika na Zachodzie, gdyż przyjazd tego bohatera Francji, jednego z symboli zwycięstwa Ententy w I Wojnie Światowej, był doniosłym wydarzeniem. Należy jednak pamiętać że Foch nie był zwolennikiem podpisanej 19 lutego 1921 r. w Paryżu polsko-francuskiej umowy sojuszniczej, która miała na celu udzielenie sobie wzajemnej pomocy, w sytuacji agresji Niemiec na jedno z tych dwóch państw. Ferdynand Foch twierdził bowiem, że pakt ów związuje ręce Francji i nie służy jej interesom, ale gdy sytuacja Francji zaczęła się pogarszać, gdy konflikt niemiecko-francuski potężniał w Zagłębiu Ruhry, sojusz ten mógł się przydać i dlatego rząd francuski zlecił Foch'owi misję wyjazdu do Polski, w celu przestawienia polskich planów obronnych z Rosji sowieckiej na Niemcy. Foch spotkał się oczywiście z szefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego Marszałkiem Józefem Piłsudskim i starał się go namówić na przyjęcie francuskiego planu obronnego z roku 1918, polegającego na wojnie pozycyjnej z Niemcami. Piłsudski stwierdził iż nie wierzy że Niemcy w ciągu kolejnych lat mogą stanowić realne zagrożenie dla Polski czy Francji, natomiast Rosja sowiecka takie zagrożenie bezwzględnie stwarza. Dodał również że francuski plan wojny pozycyjnej nie może być zastosowany na wielkich obszarach polskiego Wschodu, gdzie może być prowadzona jedynie wojna szybka, manewrowa (dlatego też Ukraina dziś przegrywa z Rosją, bo prowadzi wojnę pozycyjną, wojnę na wyniszczenie, a w takiej wojnie musi przegrać jako kraj mniejszy, słabszy i o znacznie mniejszej liczbie ludności. Na Wschodzie, możliwa jest jedynie wojna manewrowa, wojna okrążająca jednostki rosyjskie, biorąc je do niewoli lub zamykając w kotłach, natomiast wojna face to face przy ogromnej dysproporcji ludnościowej Rosji jest po prostu zabójcza). Ostatecznie więc uzgodniono jedynie podstawy na wypadek ewentualnej wojny z Niemcami i koordynacji wspólnych wysiłków wojennych. Poza tym Ferdynand Foch został też mianowany marszałkiem Polski i 4 maja wrócił do swojego kraju.
6 maja o godzinie 21:30 wybuchła w Krakowie druga bomba. Eksplozja nastąpiła na krakowskim Kazimierzu, w hotelu należącym do Abraham Majer Keller, na drugim piętrze, przed pokojem w którym wówczas nikt nie przebywał. Na pierwszym zaś piętrze znajdował się lokal wynajmowany przez socjalistyczny Bund - czyli organizację żydowską, nawołującą do nie asymilowania się Żydów z polską kulturą i podkreślania na każdym kroku swej odrębności. Nie wiadomo dlaczego ktoś podłożył ładunek wybuchowy pod drzwi pokoju w którym nikt nie przebywał, a nie umieścił go na pierwszym piętrze, pod drzwiami lokalu zajmowanego przez członków Bundu. W każdym razie i w tym ataku nikt nie zginął, natomiast policja prowadząc śledztwo, zrobiła dokładną rewizję w owym hotelu i znaleziono tam najróżniejsze broszury komunistyczne, oraz inne treści o charakterze antypaństwowym. Kilka osób zostało aresztowanych.
17 maja podpisano w Warszawie porozumienie polityczne pomiędzy przedstawicielami Polskiego Stronnictwa Ludowego "Piast", Związku Ludowo-Narodowego i Chrześcijańskiej Demokracji, powołującego większość sejmową złożoną z partii prawicowych (rozmowy w tej sprawie toczyły się od lutego 1923 r. w pałacyku w Lanckoronie, stąd też pakt ów nazwano lanckorońskim). Pakt owych partii przewidywał iż samorząd powinien odzwierciedlać narodowy charakter kraju, a rząd tworzyć winni jedynie Polacy. Poza tym zakładano wzmocnienie polonizacji Kresów Wschodnich, zwiększenie roli Kościoła w państwie, wprowadzenie rozdziału liczby miejsc w szkolnictwie według stosunku ludności w państwie i przyśpieszenie parcelacji majątków rolnych.
Dwa dni wcześniej, bowiem 15 maja w Krakowie doszło do wybuchu trzeciej bomby. Tym razem celem ataku była redakcja "Nowego Dziennika" (polskojęzycznej gazety żydowskiej). Co prawda lokal został zdemolowany w wyniku wybuchu, ale i tym razem nikt nie zginął, gdyż pracownicy redakcji wyszli z budynku na kilka minut przed wybuchem owej bomby. Nie wiadomo co miały znaczyć owe ataki? Wygląda jednak na to, że temu, który ich dokonywał, nie zależało na ofiarach śmiertelnych, a jedynie na demonstracji lub zastraszeniu. W każdym razie wybuch trzeciej bomby w Krakowie mocno przeraził mieszkańców. 18 maja z Warszawy przybyło do Krakowa dwóch oficerów śledczych, którzy mieli wesprzeć miejscową policję w prowadzeniu dochodzenia w sprawie wykrycia sprawców owych ataków. Minister spraw wewnętrznych obiecał 3 miliony marek polskich za pomoc w ujęciu sprawców (potem podniósł tę kwotę do 5 milionów). Niewiele to jednak dało, choć aresztowano czterech działaczy Młodzieży Wszechpolskiej, ale z braku dowodów musiano ich wypuścić. Ostatecznie policja nie znalazła sprawcy owych wybuchów.
19 maja bomba wybuchła tym razem w Łodzi, w zakładzie wyrobów masarskich przy ulicy Głównej 26 (dziś aleja Józefa Piłsudskiego). Wybuch nastąpił również w nocy, po zamknięciu zakładu i również w tym przypadku nikt nie zginął - chociaż lokal został poważnie zniszczony. W tym przypadku także nie wiadomo co było celem zamachowców i jaki mieli w tym swój interes. Bez wątpienia jednak jak dotąd ofiar śmiertelnych nie było.
Ostatecznie zamachowcy uderzyli w samej Warszawie, gdzie 23 maja o 20:40 w lokalu "Kurjera Polskiego" i "Rzeczpospolitej" przy ul. Szpitalnej 12 wybuchła kolejna bomba. Po raz kolejny lokale zostały zniszczone, szyby w całym budynku i okolicznych domach wypadły, ale ofiar śmiertelnych ponownie nie było. Zastanawiano się dlaczego tym razem zamachowcy uderzyli w gazety, które reprezentowały prawicowo-narodowy światopogląd. Potem się okazało że była jeszcze jedna bomba, podłożona przy ul. Zgody 5, w lokalu "Gazety Warszawskiej" i "Głosu Porannego 2 grosze". Ta jednak nie wybuchła, gdyż skutecznie uniemożliwił to woźny, który odnalazł bombę w budynku i zgasił lont. Kilka dni później do redakcji popularnego IKC-a (czyli Ilustrowanego Kuriera Codziennego - bodajże największej i najpopularniejszej gazety w międzywojennej Polsce, której główna siedziba mieściła się w Krakowie w tamtejszym Pałacu Prasy, a założycielem owej gazety był Marian Dąbrowski który stworzył prawdziwe Imperium IKC-A - wychodziło pięć wydań dziennie w samym Krakowie, a także w 12 innych oddziałach w Polsce: Warszawa, Bydgoszcz, Toruń, Gdynia, Łódź, Lwów, Wilno, Poznań, Katowice, Sosnowiec, Zakopane i Nowy Sącz, były też oczywiście prenumeraty zagraniczne), tak więc do redakcji IKC-A dostarczono anonim o następującej treści: "Hukiem bomb chcemy obudzić ginące społeczeństwo nasze, które nie dostrzega strasznego żydostwa komunistycznego. Zaczynamy straszliwą obronę. W razie wrogiego przeciw nam wystąpienia i wyjścia poza kronikarskie przedstawienie sprawy, będziemy zmuszeni obrócić broń naszą przeciw wam". Dalej twierdzono że sprawcy owych zamachów nie są związani z żadną partią polityczną, ale popierają wprowadzenie numerus clausus na uczelniach wyższych, i że jeśli ukażą się artykuły ich szkalujące, wówczas użyją swej broni przeciwko redakcjom (gdyż takie anonimy wysłane zostały nie tylko do IKC-A ale również do kilku innych gazet, w tym do konserwatywnego "Czasu", pps-owskiego "Naprzód", czy demokratycznej "Nowej Reformy". Gazety oczywiście w większości zignorowały owe ostrzeżenia i opublikowały treść anonimów na swoich łamach.
Obawiano się jednak iż za owymi atakami może kryć się agentura sowiecka lub niemiecka, która podszywa się pod zwolenników wprowadzenia numerus clausus. W owym 1923 r dowódca Okręgu V Korpusu w Krakowie gen. Józef Czikiel stwierdził: "Państwo nasze jest obecnie zalane szpiegami, zwłaszcza niemieckimi i bolszewickimi. Państwa te wiadomości zdobyte o Polsce i naszej armii wzajemnie sobie komunikują".
Rzeczywiście, Niemcy i Rosja sowiecka nawiązały kontakty na długo przed podpisaniem układu w Rapallo (16 kwietnia 1922 r.). Jeszcze w 1918 r. w Niemczech przebywał Karol Radek. Ten zrusyfikowany polski Żyd miał początkowo za zadanie wesprzeć rewolucję komunistyczną w Niemczech, a po jej upadku miał nawiązać kontakty z kołami wojskowymi Republiki Weimarskiej. Spotkał się nawet z gen. Seecktem - szefem sztabu Reichswehry gdzie dyskutowano nad ewentualną współpracą tej formacji z Armią Czerwoną - oczywiście przeciwko Polsce. Co prawda Radek został aresztowany przez niemiecką policję w lutym 1919 r., ale jak sam pisał stosunek niemieckich władz więzienia do jego osoby zmieniał się - od surowego do uprzejmego. Ostatecznie został zwolniony i mieszkał krótko w domu barona Eugena von Reibnitza, z którym snuł plany o podziale Polski. Od końca 1919 r. w Berlinie przebywał współpracownik lwa Trockiego - Wiktor Kopp. Jako półoficjalny reprezentant rządu sowieckiego, nawiązywał kontakty z przedstawicielami niemieckiego biznesu zbrojeniowego, by zachęcić ich do produkcji broni w Rosji sowieckiej. Nawiązał też współpracę z radcą niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych - Ago von Maltzanem, w którym dywagował na temat: "możliwości skonstruowania wspólnej kombinacji zwalczania Polski". 7 kwietnia 1921 r. w swym raporcie do Trockiego Kopp informował, iż lotnicze zakłady "Albatrosa" zamierzają produkować w Rosji samoloty, przedsiębiorstwo Bloehm-Voss okręty podwodne, a Krupp amunicję. Latem 1921 r. na prośbę Kopp'a do Rosji sowieckiej przybyła delegacja pod przewodnictwem majora dr. Oskara Rittera von Niedermayera (ps. Neumann), zaufanego człowieka gen. Seeckta. Miała ona zbadać warunki produkcji niemieckiej broni w Rosji, ale po wizycie w kolejnych zakładach i zapoznaniu się ze złym stanem oraz zacofaniem owych fabryk, stwierdzono że na razie jest to niemożliwe. W końcu września 1921 r. do Berlina wysłany został sekretarz do spraw handlu zagranicznego Leonid Krassin, który spotkał się z pułkownikiem Otto von Hasse w mieszkaniu majora Kurta von Schleichera przy Mathaeikirchstrasse. Powołano wówczas stowarzyszenie "Gefu" - organizację nadrzędną wobec wszystkich niemieckich przedsiębiorstw znajdujących się na terenie Rosji sowieckiej, które to miały doprowadzić do modernizacji sowieckich zakładów. 8 grudnia 1921 r. sowiecka delegacja spotkała się samym gen. Seeckt'em (ten był niechętny owemu spotkaniu, jako że zdawał sobie sprawę że jest obserwowany zarówno przez Francuzów jak i Brytyjczyków). Sowieci proponowali Niemcom sojusz i wspólne działania na zaplanowany na wiosnę 1922 r. atak na Polskę. Seeckt odmówił, twierdząc że taki atak wplątał by Niemcy w wojnę z Francją i Czechosłowacją. Ale już w kwietniu 1922 r. uzyskał on od rządu niemieckiego 150 mln. marek dla konsorcjum Junkersa na rozpoczęcie budowy samolotów w Rosji sowieckiej. Od dalszych etapach współpracy niemiecko-sowieckiej informował będę w kolejnych częściach.
24 maja 1923 r. do Polski dotarł pierwszy transport rękopisów wywiezionych do Rosji po roku 1772 i pierwszym rozbiorze Rzeczpospolitej. Rosja sowiecka miała zwrócić te skarby polskiej kultury na mocy traktatu ryskiego, podpisanego w marcu 1921 r. Po zakończeniu Wojny polsko-bolszewickiej.
A tymczasem 19 maja wspierani przez Francję secesjoniści nadreńscy, zamierzali proklamować autonomiczną Republikę Nadreńską w Trewirze (do owych secesjonistów należał również późniejszy kanclerz powojennych Niemiec - Konrad Adenauer). Jednak policja niemiecka udaremniła ową próbę. Była to jednak dopiero pierwsza próba, kolejne nastąpią już wkrótce.
26 maja w Le Mans we Francji rusza pierwszy 25-godzinny wyścig samochodowy. Zwycięski wóz marki "Chanard et Walcker" osiąga szybkość 92 km/h i pokonuje 2209 km.
Tego dnia upada też rząd gen. Władysława Sikorskiego...
PIERWSZA I JEDYNA KOBIETA NA CHIŃSKIM TRONIE IMPERIALNYM
SAN KUO
TRZY KRÓLESTWA
Cz. I
Po zamordowaniu w pałacu w Cz'angan wszechpotężnego watażki Dong Czou (maj 192 r.), który jednocześnie sprawował "opiekę" nad młodym cesarzem - Xianem, Chiny dynastii Tang realnie rozpadły się na szereg pomniejszych prowincji kontrolowanych przez lokalnych watażków, którzy pragnęli zdobyć kontrolę nad cesarzem, aby dzięki temu móc założyć swoją własną dynastię (aby nowa dynastia mogła zostać uznana, to taki lokalny baron musiał uzyskać pieczęcie cesarskie od samego cesarza, a ten musiał zgodnie ustaloną procedurą abdykować. Dlatego tak ważne było zdobycie kontroli nad cesarzem, o co zabijali się poszczególni możnowładcy). W środkowych i północnych Chinach (czyli na terenach gdzie powstała w ogóle chińska cywilizacja) jednym z najsilniejszych był Cao Cao - człowiek bezwzględny, okrutny i brutalnie dążący do celu, jakim była władza cesarska. Jednak bez wątpienia po zamordowaniu Dong Czou najpotężniejszymi watażkami w Chinach okazali się bracia Yuan - Shao i Shu (jeden kontrolował ziemie na północy, drugi zaś w dorzeczu rzeki Huai - współczesna prowincja Henan), którzy raczej nie pałali do siebie sympatią. W roku 193 Shao Yuan sprzymierzył się z Cao Cao i wydał bitwę swemu bratu pod Fengqiu i zwyciężył. Był to dopiero przedsmak nieustannych wojen jakie w tym okresie nawiedziły Chiny. Wkrótce potem Cao Cao wszedł w konflikt z Tao Qianem z prowincji Xu i w latach 193-194 podjął aż trzy niezbyt nieudane, ale niezwykle niszczące najazdy na te ziemie. W czasie tych trzech kampanii dokonano ogromnych spustoszeń, niszczono wioski, zabijano wszystko co się ruszało: ludzi i zwierzęta (część zwierząt zjedzono, inne zabrano ze sobą), a liczba ofiar była tak wielka, że ciała pomordowanych płynęły rzeką niekończącym strumieniem. Oficjalnie była to zemsta Cao Cao na Tao Qianie za zamordowanie jego ojca Cao Songa (chociaż odpowiedzialność Tao Qiana za to morderstwo nie jest oczywista). 194 r. rozpoczął się zaś kilkuletni konflikt Cao Cao z Lü Bu (tym który zamordował Dong Czou i który teraz opanował prowincję Yan należącą wcześniej do Cao Cao. Ten odzyskał ową prowincję do końca 195 r. ale walki z Lü Bu trwały do czasu, gdy w 197 r. wspomniany wyżej Yuan Shu ogłosił się nowym cesarzem, co spowodowało że dotychczasowi wrogowie musieli teraz się zjednoczyć przeciwko wspólnemu wrogowi.
Kampania ta rozpoczęła się początkowo sukcesem Cao Cao który opanował strategicznie ważny region Wancheng (dzisiejsza prowincja Henan). Doszło tam jednak do incydentu, który nieco odmienił losy tej kampanii, a mianowicie Cao Cao wziął sobie ciotkę Yuan Shu za kochankę (zapewne po to, aby upokorzyć swego rywala). Ten dowiedziawszy się o owej hańbie, postanowił czym prędzej uderzyć na pewne siebie (bo zwycięskie do tej pory) siły Cao Cao - i tak też się stało. Zaskoczona całkowicie armia północnego watażki nie była w stanie odeprzeć ataku sił Yuan Shu i poszła w rozsypkę (sam Cao Cao ledwie unikną śmierci, będąc poważnie rannym). Po tej klęsce zerwany został sojusz Cao Cao z Lü Bu i znów doszło pomiędzy nimi do konfliktu. Lü Bu został ostatecznie pokonany na początku 199 r. w bitwie pod Xipi i zginął. Cao Cao sprzymierzył się z innym watażką - Liu Bei'em. Razem doprowadzili do odcięcia sił Yuan Shu i ich zablokowania. Co prawda niechętny bratu Yuan Shao wysłał mu teraz na pomoc siły pod dowództwem swego syna, ale ten nie dotarł na czas. Yuan Shu zmarł, ponieważ miał za delikatny żołądek. Odcięty od swych pałacowych wygód, nie był w stanie jeść takich samych potraw jakie spożywali jego żołnierze i... zagłodził się na śmierć (na łożu śmierci ostatnią jego wolą było, aby podano mu szklankę wody z miodem, czego jego żołnierze nie mieli). Był to rok 199. Daleko na Zachodzie w Cesarstwie Rzymskim Septymiusz Sewer - nowy władca Imperium Rzymskiego - wyszedł zwycięsko z wojny toczonej ze swymi dwoma przeciwnikami - Pescenniuszem Nigrem na Wschodzie (głównie Azja Mniejsza i Syria) w 194 r., oraz Klodiuszem Albinem (Brytania i Galia) w 197 r. Potem sewer zmagał się jeszcze z Partami, oblegał twierdzę Hatra (197-198), zdobył Ktezyfont (luty 198 r.) i oficjalnie umocnił swoją władzę. Po okresie jak je spędził w Syrii, z początkiem 200 roku odbył (wraz z żoną Julią Domną i synami: Markiem Antoninusem Karakallą i Publiuszem Septymiuszem Getą) sławną wyprawę do Egiptu, będąc w drugim cesarzem rzymskim który wraz z większym orszakiem odwiedził ten kraj (ostatnim był cesarz Hadrian, który odwiedził Egipt 70 lat wcześniej, gdy w nurtach Nilu utonął jego kochanek Antinous). W każdym razie w Cesarstwie Rzymskim powoli sytuacja polityczna się stabilizowała, natomiast w Chinach jeszcze było do tego daleko.
Teraz Cao Cao wystąpił przeciwko samemu Yuan Shao i w bitwie pod Guandu (jesień 200 r.) rozbił jego armię, stając się teraz najpotężniejszym watażką Północy. Tę supremację raz jeszcze udowodnił, pokonując w bitwie pod Liyangiem połączone armię Yuan Shao i Liu Bei (202 r.). W kolejnych latach pokonał jeszcze synów Yuan Shao i w roku 207 stał się już realnie panem całej północy Chin (po swym zwycięstwie w bitwie pod Górą Białego Wilka w październiku 207 r. w wyniku której poległ Yuan Shao). W tym momencie już ukształtowały się trzy królestwa, z tym że kontrola nad cesarzem pozostawała (od 198 r.) w rękach Cao Cao (ogłosił się on od tej chwili "Zbawicielem Cesarstwa"). Północ - czyli późniejsze Królestwo Wei - kontrolował Cao Cao. Południe przejął Sun Quan zakładając następnie dynastię wschodniego Wu. Natomiast na południowym-zachodzie powstało Królestwo Shu-Han, którego założycielem był właśnie Liu Bei (chodź akurat w tym czasie Liu Bei jeszcze nie władał w Syczuanie, stanie się to dopiero w 214 r.). Epoka upadku Dynastii Han, to epoka wewnętrznych wstrząsów, częstych wojen, bitew, masakr ludności cywilnej (głównie chłopów) i oczywiście o ogromnych świadczeń, jakie najuboższa ludność Chin musiała świadczyć swym panom. Ogromne ciężary (zarówno finansowe jak i osobiste) jakie musieli ponosić chińscy chłopi, sprawiły, że odwracali się oni od oficjalnej cesarskiej religijności. A w każdej wiosce i w każdym mieście kapłanem cesarskiego kultu był najważniejszy miejscowy urzędnik. Wspierany przez państwo konfucjanizm imperialny, polegający w dużej mierze na filozofii legalizmu i systemu kar oraz nagród, nieco różnił się od konfucjanizmu, którego twórcą był sam Konfucjusz (czy chociażby żyjący sto lat później Mencjusz). Ludność Chiny przede wszystkim wyznawała rodowy szamanizm przekazywany z pokolenia na pokolenie, który łączył się częściowo z taoizmem ("Dao" - czyli "Droga"). Chłopska rewolta Żółtych Turbanów, która wybuchła w 184 r. i późniejszy ruch Armii Czarnej Góry - który przetrwał do 205 r. (Cao Cao był też tym, który zniszczył owych chłopskich partyzantów), niszczyła te publiczne cesarskie formy konfucjanizmu imperialnego, demolując cesarskie ołtarze. W tym też okresie we wschodnim Syczuanie powstał ruch religijny, który grupował głównie najuboższych. Główną bazą rekrutacyjną wyznawców tej ludowej religii byli członkowie Armii Czarnej Góry, którym udało się stworzyć i przez pewien czas utrzymać niezależne państwo chłopskie na na Zachodzie Chin, które było swoistą komuną, mającą przetestować istnienie społeczeństwa bezklasowego. Członkowie tej sekty (bo tak należy to nazwać) odwoływali się do taoizmu i odrzucali wszelki państwowy kult cesarski. Podkreślając równość wszystkich ludzi: kobiet i mężczyzn, oraz bogatych i biednych, jednocześnie twierdzili, że ludzie nie powinni niczego posiadać i wszystko musi być wspólne (dzieci miały być wychowywane przez wspólnotę, a nie przez rodziców). Ruch ten upadł wraz z ostateczną klęską Armii Czarnej Góry w 205 r., a chłopcy członkowie tej religijnej sekty, byli prześladowani przez chińskich watażków.
Po zjednoczeniu Północnych Chin w 207 r. Cao Cao postanowił pójść za ciosem i ostatecznie podporządkować sobie pozostałe ziemie kontrolowane przez ambitnych generałów i urzędników rozpadającego się Cesarstwa Han. Pomaszerował więc z ogromną armią (liczącą kilkaset tysięcy żołnierzy) na Południe, aby wyeliminować ostatecznie najpotężniejszego konkurenta na czyli Sun Quana, w którym połączył się Liu Bei. Do wielkiej bitwy doszło nad brzegiem rzeki Jangcy, w miejscu w którym piętrzyły się klify tej rzeki (zwane "Chibi" - czyli Czerwone Klify). Bitwa o Czerwone Klify jest bodajże najsławniejszą bitwą ostatnich lat istnienia Dynastii Han. Doszło do niej zimą 208 na 209 r. Bitwa miała dać Cao Cao władzę nad całymi Chinami i jednocześnie umożliwić mu zdobycie cesarskiej władzy. Koalicjanci jednak byli zdeterminowani odeprzeć napastnika. Użyli do tego nie tylko ukształtowania terenu (wcześniej zajęli dogodne pozycje), ale też wspierał ich klimat (żołnierze Północy nie byli przyzwyczajeni do południowych temperatur), a także posłużyli się ogniem, podpalając okręty Cao Cao płynące przez Jangcy, czyniąc z nich płonące pochodnie. Dzięki tym posunięciom zwyciężyli i Cao Cao musiał powrócić na Północ, nie osiągnąwszy zamierzonego przez siebie celu - czyli podboju całych Chin. Bitwa o Czerwone Klify ostatecznie ukształtowała podział kraju na trzy królestwa. Po powrocie na Północ Cao Cao zaczął administrować swoim królestwem (oficjalnie to nadal było Cesarstwo pod rządami prawie 30-letniego cesarza Xiana, ostatniego władcy dynastii Han, ale realnie był on tylko marionetką w rękach ambitnego watażki Północy). Widząc ogromne ciężary, jakie muszą ponosić chłopi, obniżył podatki. Starał się ponownie rozbudzić handel, choć próba reaktywacji dawnego Jedwabnego Szlaku w tym okresie mu się nie powiodła (po raz pierwszy jedwabny szlak został zapoczątkowany podróżą Zhanga Qiana na Zachód w 138 r. p.n.e. Odwiedził on wówczas Królestwo Grecko-Baktryjskie - pozostałość po rozpadzie Imperium Aleksandra Wielkiego, a także Królestwo Partów i przywiózł stamtąd wiele darów. Relacje z podróży Zhanga Qiana zostały potem spisane przez Simę Qiana w I wieku p.n.e. w okresie największej ekspansji i potęgi Dynastii Han. Oficjalnie jednak Jedwabny Szlak został zapoczątkowany dwadzieścia kilka lat później, w roku 114 p.n.e. lecz Zhang Qian położył ku temu podwaliny, natomiast Jedwabny Szlak wziął swą nazwę od handlu jedwabiem, na którym zarabiały i z którego słynęły Chiny).
W roku 211 Cao Cao ruszył na podbój Korytarza Gansu (cienki przesmyk pomiędzy Himalajami, wiodący do Turkiestanu i dalej do Kazachstanu) i w bitwie z lokalnymi pod Weinan z lokalnymi watażkami, zwyciężył i do 213 r. opanował cały ten region. Po tym sukcesie postanowił ponownie ruszyć na Południe i raz jeszcze przejąć ziemie należące do Sun Quana, jednego w bitwie pod Ruxu poniósł kolejną klęskę i musiał się wycofać (swoją drogą dobry dowódca to taki, który przegra o jedną bitwę mniej niż jego przeciwnicy. Jednak zarówno na wojnie jak i w życiu najważniejszym jest, aby nie popadać w euforię przy jakimkolwiek, większym czy mniejszym sukcesie i nie wpadać w rozpacz oraz nie załamywać się w przypadku klęski. Kropla zawsze drąży skałę i ten kto jest uparty, wcześniej czy później osiągnie sukces - chociaż może być on opłacony dosyć niemiłym kosztem. Ale jeśli ktoś się załamie przed czasem - bo przecież nie wie co by było, gdyby tego nie uczynił - to z reguły przegra). Walki z Sun Quan'em trwały długo, bo aż do 217 r. W tym bowiem roku doszło do drugiej bitwy pod Ruxu, która również zakończyła się klęską Cao Cao (należy tutaj oddać Sun Quanowi sprawiedliwość i powiedzieć że był on lepszym dowódcą od Cao Cao, choć nie miał aż takich ambicji opanowania całych Chin). Cao Cao jednak nie poprzestawał, walił głową w mur i wydawało się że ta głowa mu wreszcie odpadnie. Nie udało się na Południu, postanowił więc ruszyć na Syczuan, który kontrolował teraz Liu Bei. Ten ubogi potomek jednego z władców Han (stąd jego państwo potem zwało się Shu-Han) miał największe prawo do cesarskiej korony - chociaż był tylko bękartem. W 214 r opanował on zachodni Syczuan, a do 219 r opanował on dolinę rzeki Han. Tak więc założyciele trzech królestw dobrali się jak w korcu maku: Cao Cao - najbardziej ambitny, a jednocześnie brutalny watażka, kontrolujący cesarza Xiana i mający dzięki temu prawo do założenia własnej dynastii. Sun Quan - dobry wódz, ale jednocześnie niezbyt ambitny polityk i Liu Bei - potomek cesarzy Han, mając największe prawa do władzy nad całymi Chinami.
W 217 r. Cao Cao wyruszył ze swą armią na południowy-zachód przeciwko Liu Bei'owi, rozpoczynając tym samym dwuletni konflikt który znów zakończy się klęską watażki Północy. W bitwie nad rzeką Han w kwietniu 219 r. Liu Bei ostatecznie pokonał najeźdźcę i zmusił go do odwrotu. Teraz to właśnie Liu Bei postanowił wyruszyć przeciwko królestwu Cao Cao (pragnął również uwolnić cesarza Xiana i zmusić go do abdykacji oraz przekazania jemu władzy, jako kontynuatorowi rodu Hanów). W lipcu 219 r. doszło do bitwy pod Fancheng (bitwa to zwana jest również bitwa siedmiu armii). Armia Liu Bei'a (choć on tam osobiście nie dowodził), musiała uporać się nie tylko z przeciwnikiem, ale przede wszystkim z wodą, gdyż w tym właśnie czasie wylała rzeka Han i praktycznie armia Shu została zatopiona, a Cao Cao odniósł zwycięstwo. Ten niespokojny duch, planował ponowny atak na Liu Bei'a, ale uniemożliwiła mu to śmierć. Zakończył swój ziemski żywot w marcu 220 r. (otrzymawszy pośmiertnie tytułu króla Wu). Jego następcą został syn - Cao Pi (którego już ojciec wcześniej wybrał na kontynuatora swej polityki). Ten nie patyczkując się już wcale, w roku 221 zmusił cesarza xiana do abdykacji i sam ogłosił się władcą królestwa Wei. W jego ślady poszli Liu Bei w Shu-Han i Sun Quan w Wu.
CZYLI JAK WŁADCY MUCHOMORZA DOTARLI DO NOWEGO ŚWIATA
HALFDAN JASNOWŁOSY
Cz. X
Gdy w normańskich królestwach Agderu, Vestfoldu, Vingulmarku i Ringerike władał Halfdan Jasnowłosy, na ziemiach Królestwa Franków toczyła się śmiertelna rywalizacja o następstwo tronu. Na zjeździe w Wormacji (829 r.) wydawało się że sukces odniosło stronnictwo cesarzowej Judyty, która świętując tam szóste urodziny swego syna Karola, wymogła na małżonku - Ludwiku I Pobożnym, aby ten nadał księciu Karolowi ziemię koronna w skład których wchodziły: Alemania, Alzacja, Recja i połowa Burgundii. Tym samym najmłodszy potomek cesarza Ludwika, był jednocześnie równy swym przyrodnim braciom - najstarszemu Lotarowi, Pepinowi i Ludwikowi. Dodatkowo również w Wormacji ojciec polecił Lotarowi, aby ten udał się do Italii i tam pozostał, co było jawnym policzkiem wymierzonym najstarszemu z synów i jednocześnie od 817 r. oficjalnemu współwładcy i następcy Ludwika Pobożnego. Lothar jednak posiada spore poparcie wśród możnych Cesarstwa, szczególnie hrabiego Orleanu Matfrida, hrabiego Tours Hugona, Hilduina z rodu Geroldów, Jonasza biskupa Orleanu oraz swego doradcę i przyjaciela opata Walę - który posiada równie mocne co inteligentne pióro. Stronnictwo Judyty zaś głównie składa się z jej osobistego doradcy (a od 829 r. również szambelana Cesarstwa) markiza Septymanii - Bernarda z Tuluzy, którego zbyt bliskie kontakty z cesarzową są okazją do plotek o ich prawdopodobnym romansie. Od 824 Bernard żonaty jest z dziedziczką wielkiego austrazyjskiego rodu Dhoudą, z którą jednak pożycie nie udaje mu się zbyt dobrze, gdyż oddala ją od siebie już kilka lat później. To wszystko razem wzięte stanowi wspaniałą pożywkę dla oskarżenia cesarzowej o cudzołóstwo, co automatycznie wykluczyłoby młodego księcia Karola z dziedzictwa tronu Franków.
Zjazd w Wormacji wydaje się być sukcesem cesarzowej i Bernarda, ale ich dobry nastrój nie trwa długo. Lotar bowiem w Pawii (dawnej stolicy Królestwa Longobardów podbitego przez Karola Wielkiego w roku 774, a obecnie głównego miasta frankijskiej prowincji Italii), a szczególnie w ulubionym przez siebie wiejskim pałacu w Corteolonie, przygotowuje już zarówno siły (zbierając wojska) jak i ideologiczną podstawę swego powrotu. Opat Walo przygotowuję dla Lotara pamflet, w którym oskarża cesarzową nie tylko o romans z Bernardem, ale również o czary i o usiłowanie morderstwa najstarszych synów cesarza Ludwika. Pisze też otwarcie, że pałac cesarski zamienił się w dom publiczny. Gdy w kwietniu 830 r. Ludwik Pobożny wyrusza na kampanię przeciwko Bretończykom, Lotar decyduje się otwarcie zawalczyć o swoją przyszłość. Przekracza Alpy (przy pomocy posiłków zebranych przez hrabiów Orleanu i Tours, a także swego brata Pepina z Akwitanii oraz Ludwika zwanego potem Niemcem) i rusza na Akwizgran nie napotykając po drodze żadnej przeszkody. Przerażona Judyta ucieka do klasztoru w Laon, Bernard zaś na południe, do Barcelony w Marchii Hiszpańskiej. Lotar unieważnia postanowienia zjazdu w Wormacji i sam ogłasza się "cesarzem w imieniu ojca". Zwolennicy Bernarda tracą stanowiska (jego brat Herbert zostaje oślepiony), Judyta i jej bracia mają pozostać w klasztorze już na stałe, a mały Karol zostaje oddany pod opiekę mnichów, aby ci również przygotowali go do życia klasztornego. Ludwik Pobożny, który teraz został postawiony przed faktem dokonanym i teoretycznie pozostawał na łasce swego syna, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Mając poparcie duchowieństwa, zdołał nakłonić swoich dwóch pozostałych synów Pepina i Ludwika, aby opuścili Lotara w zamian za nowe przywileje i nadania ziemskie. Tak też się dzieje i Lotar musi ponownie wycofać się do Italii. Ta gorzka lekcja wyrobi w nim przekonanie, że wszelkie układy poczynione w obrębie rodziny są bezwartościowe i że trzeba samemu się zbroić (najlepiej właśnie jako swą bazę rekrutacyjną uczynić niechętną Ludwikowi Pobożnemu i Judycie Italię).
Cesarz Ludwik uwalnia swą małżonkę z klasztoru i przywraca ją na dawną pozycję. Jednak musi również brać pod uwagę owe plotki, które stają się coraz głośniejsze, iż Karol nie jest jego synem. Według średniowiecznej tradycji, aby oczyścić się wszelkich podejrzeń królowa powinna publicznie przysiąc iż nie popełniła cudzołóstwa. Tak też się dzieje i Ludwik przywraca ją do pozycji cesarzowej, a Karola oficjalnie uznaje za syna (plotki te jednak nie ucichną i to do tego stopnia będzie męczące, że gdy Karol zmężnieje, uzna, że są one na tyle niebezpieczne że zagrażają jego dziedzictwu, a to doprowadzi go do konfliktu z Bernardem, którego potem każe zabić za to tylko, że ktokolwiek mógłby pomyśleć że jest jego synem). Październiku 830 r. Lotar spotkał się z ojcem w Neumegen, gdzie oficjalnie się pojednali. W lutym 831 r. wziął udział w zgromadzeniu w Akwizgranie, na którym ojciec ponownie wysłał go do Italii, a pozostałym synom chce podzielić Cesarstwo w taki sposób, aby każdy z nich otrzymał równą część. Do czasu śmierci cesarza Ludwika jego synowie mają mu być bezwzględnie podporządkowani, ale po jego śmierci ich trzy prowincje staną się niezależnymi krajami i nie będą oni zależni od nikogo (tym samym przypieczętowany został rozpad Cesarstwa Franków). Był to więc powrót do projektowanego jeszcze przez Karola Wielkiego w 806 r. planu podziału Cesarstwa pomiędzy jego synów, w którym to tytuł cesarza już nie istniał, gdyż wszyscy z braci byli sobie równi. Tak więc istnienie Cesarstwa na Zachodzie byłoby w tym wariancie krótkotrwałe i władcy Wschodu (Konstantynopola) nie musieliby się wspierać z tymi z Zachodu o pierwszeństwo w świecie chrześcijańskim (chociaż wielu biskupów było za utrzymaniem jedności Cesarstwa, m.in. biskup Lyonu - Agobart, który twierdził: "Nie ma już pogan, ani Żydów (...), ani barbarzyńców, ani Scytów, ani Akwitańczyków, ani Longobardów, ani Burgundów, ani Alamanów, ani chłopów pańszczyźnianych, ani wolnych, wszyscy stanowią jedność w Chrystusie").
W maju 831 r. doszło do zjazdu w Ingelheim na którym cesarz oficjalnie przebaczył wszystkim buntownikom, zaś jesienią tego samego roku na kolejnym zjeździe w Thionville (zapewne na prośbę cesarzowej Judyty), Bernard z Tuluzy został oczyszczony z wszelkich zarzutów o cudzołóstwo i przywrócony do łask. Ale spokoju nie ma. Pepin i Ludwik kłócą się pomiędzy sobą o pierwszeństwo u boku ojca. Oliwy do ognia dolewa Bernard, który namawia Pepina do nieustępliwości, a gdy wkrótce potem wychodzi na jaw że Pepin planował bunt (początek 832 r.), cesarz Ludwik odbiera mu Akwitanię i oddaję ją swemu najmłodszemu synowi Karolowi. Jeden przeciwnik z głowy - przynajmniej tak myśli Judyta. Wkrótce potem (wiosna 832 r.) buntuje się Ludwik i wkracza zbrojnie do Alemanii należącej do swego przyrodniego brata Karola. Bunt jednak szybko upada, a Ludwik zostaje wysłany przez ojca do klasztoru. Wydaje się że Judyta i Bernard ponownie triumfują, dwaj synowie Ludwika Pobożnego zostają usunięci. Pozostał tylko Lotar w Italii, choć bez wątpienia jest on najgroźniejszym przeciwnikiem. Judyta planuje ułożyć się z Lotarem (na zjeździe w Orleanie we wrześniu 832 r.) na zasadzie że państwo zostanie podzielone na dwie części, ale ten nie wyraża na to zgody, twierdząc oficjalnie że ojciec już w 817 r. uczynił go cesarzem i swym następcą i tylko on jako najstarszy syn może objąć władzę nad całym państwem. Postanawia też po raz kolejny zawalczyć o zdobycie całkowitej władzy. W tym celu namawia papieża Grzegorza IV do ingerencji w sprawy jedności Cesarstwa (i harmonii życia rodziny cesarskiej). Wiosną 833 r. Lotar podnosi bunt i ponownie z wojskiem przekracza Alpy. Po drugiej stronie owych gór dołączają do niego bracia Pepin i Ludwik (których ojciec uwolnił z klasztoru i wybaczył im próbę buntu). Teraz razem (mając przy sobie papieża Grzegorza IV) maszerują na Akwizgram. Lotar domaga się spotkania z ojcem. Ludwik Pobożny - nie mając wystarczająco sił aby odeprzeć atak - zgadza się na takie spotkanie. Dochodzi do niego na polach Rothfeld pod Colmarem. Spotkanie jednak nie przybiera pożądanego przez cesarza kierunku, Ludwik bowiem nie potrafi dojść do porozumienia z synami. Wzajemne debaty trwają kilka dni. Ostatecznie cesarz spotyka się również na krótkiej rozmowie z papieżem, ale i tutaj nie dochodzi do konsensusu. Co ciekawe dworzanie cesarscy którzy obserwują zachowanie swego władcy, są nim głęboko rozczarowani, i po nieudanej rozmowie z papieżem, w nocy większość z nich przechodzi na stronę synów wraz z całą cesarską armią. Rankiem u boku cesarza są już tylko nieliczni, najwierniejsi mu dworzanie, do których on zwraca się tymi oto słowy: "Idźcie do moich synów, nie chcę aby z mojego powodu którekolwiek z was utracił życie lub części ciała". Tak też się dzieje. Tym sposobem Ludwik Pobożny staje się zakładnikiem swych synów - głównie Lotara. Ten zażądał aby ojciec rozstał się z Judytą (która wraz z papieżem miała wyjechać do Rzymu). Książę Karol zostaje zamknięty w klasztorze w Prüm, a Lotar od tej chwili datuje swe akty, jako: "Rok I jego cesarskich rządów".
833 r. był również rokiem niepokoju w innym regionie świata. 7 sierpnia tego roku zmarł kalif Imperium Abbasydów Al-Mamun. Panował przez ostatnie 20 lat, zdobywając władzę również w wyniku wojny domowej. Był z synem wielkiego kalifa Haruna al-Raszida (tego który doprowadził arabskie Imperium Abbasydów do złotego wieku). Al-Mamun urodził się w 786 r. czyli w roku, w którym jego ojciec objął władzę jako kalif po swym bracie (jego brat Al-Hadi w chwili śmierci miał zaledwie 22 lata, a panował od niecałych 14 miesięcy. Prawdopodobnie został on otruty przez swą matkę Chajzuran, która obawiała się aby nie uśmiercił on Haruna al-Raszida, co Al-Hadi zapewne planował. Istnieje też teoria, że kalif ten został uduszony na polecenie matki). W każdym razie od 15 września 786 r. nowym kalifem został 23-letni Haruna al-Raszid. Jak już wyżej wspomniałem, jego panowanie to kulminacja złotego wieku Abbassydów. Za jego czasów powstały opowieści Szeherezady, Baśnie Tysiąca i Jednej Nocy. Za jego czasów powstały takie kluczowe (również dla współczesności) opowieści, jak Alibaba i 40 rozbójników, lampa Alladyna i wiele innych. Założone w 762 r. "Okrągłe Miasto" - Bagdad (jedno z największych w ówczesnym świecie, oprócz hiszpańskiej Kordoby, Konstantynopola, i Ch'angan w Chinach), było stolicą tego Imperium. Bagdad to było miasto, które funkcjonowało również nocą, zapewniając swym mieszkańcom wiele atrakcji (stąd wzięła się potem nazwa "arabskie noce"). Były tam np. darmowe łaźnie (nawet dla najuboższych). W 794 r. założono tam również pierwszą (na zachód od Chin) fabrykę papieru. W 805 r. również w Bagdadzie Harun al-Raszid założył pierwszy ogólny bimaristan (czyli szpital) który można nazwać pierwowzorem dla współczesnych szpitali. Było to pierwsze takie miejsce w ówczesnym świecie, w którym udzielano chorym wszechstronnej pomocy (również z zakresu zdrowia psychicznego). Szpital ten był dobrze wyposażony i podzielony na oddzielne działy odpowiadające za określone schorzenia, działające 24 godziny na dobę. Personel był dobrze przeszkolony i kompetentny (przede wszystkim wzięło się to stąd, że w dużej mierze przetłumaczono na arabski dzieła antycznych lekarzy z Grecji i Rzymu). Był to ewenement ówczesnym świecie, nigdzie indziej nie było tak dobrze wyposażonego szpitala jak w bagdadzie (mówiąc nigdzie indziej mam na myśli nigdzie w świecie muzułmańskim, bo pierwszy bimaristan powstał w Damaszku w 705 r. ale nie był on jeszcze szpitalem ogólnym, natomiast po upadku Imperium Rzymskiego w świecie zachodnim panowało totalna niewiedza i barbarzyństwo pod tym względem). Szpital ten był finansowany ze składek ludności (składek dobroczynnych) i doskonale prosperował do roku 1258, gdy Mongołowie zdobyli Bagdad i zniszczyli to miasto (chodź do roku 1000 w Bagdadzie było już 5 takich ogólnych szpitali, a ich liczba w kolejnych dekadach jeszcze wzrosła).
Rozwój jaki nastąpił zaś za Al-Mamuna (syna i następcę Haruna al-Raszida) był jeszcze większy. Ok. 830 r. założył on Wielką Bibliotekę w Bagdadzie (zwaną "Domem Mądrości"), która składała się głównie w prywatnej bibliotek i jego ojca i pradziada al-Manzura. Ok 820 r. perski uczony na dworze Abbasydów - Muhammad ibn Musa al-Khwarizmi rozszerzył algebę, wprowadzając do arabskiego systemu liczebnego nowe cyfry (1 2 3 4 5 6 7 8 9) które oficjalnie przywiózł z Indii (pisałem już o tym wcześniej. W "Misji" Desmarquet'a jest jasno powiedziane, że system liczbowy który Arabowie uznali za swój własny i który się przyjął również u nas, zastał podarowany przez Galaktycznych Ludzi z TJehooba). Ok. 830 r. Habash al-Hasib al-Marwazi wprowadził do użycia stosunki trygonometryczne (czyli sinus, cosinus, tangens, cotangens - używane dzisiaj w matematyce). W tym też mniej więcej czasie, wspomniany wyżej al-Khwarizmi obliczył obwód Ziemi - mierząc od Tadmur w Palmirze do Rakki w północnej Syrii (oczywiście te obliczenia były wówczas bardzo niedokładne, bo dokładne być nie mogły). W każdym razie rozwój arabskiego Imperium Abbasydów (jak również hiszpańskiego Emiratu Kordoby), był bez porównania większy, niż rozwój zachodnich królestw chrześcijańskich, wliczając w to oczywiście Cesarstwo Karola Wielkiego i jego następców. Warto też co nieco powiedzieć o najważniejszej żonie Haruna al-Raszida (która to nie była matką al-Mamuna), czyli o Zubaidzie bint Jafar. Była ona bez wątpienia najbardziej wpływową kobietą swoich czasów (zaraz po matce Haruna, czyli Chajzuran). Znana jest chociażby z tego, że w czasie swojej piątej pielgrzymki do Mekki (800 r.) zobaczyła że susza praktycznie doprowadziła do wyschnięcia studni Zamzam. Natychmiast kazała pogłębić studnię i wydała 2 miliony dinarów na lepsze zaopatrzenie w wodę Mekki i okolicznych terenów. W tym celu zbudowała dwa akwedukty wiodące - jeden do jeziora Hunajun (95 km na wschód od Mekki), drugi zaś do źródła Zubaidy (leżącego na równinie Arafat). Dzięki temu była zapamiętana i podziwiana przez ludność tych terenów, którzy w ten sposób okazywali jej swą wdzięczność (m.in. nazywając owe źródło jej imieniem). Inżynierowie starali się odwieźć ją od tego pomysłu, twierdząc że koszty pracy będą zbyt duże a poza tym wynajdywali wiele problemów technicznych i geologicznych, Ona im odpowiedziała że jest zdeterminowana kontynuować te prace, nawet gdyby każde uderzenie kilofa kosztowało dinara. Prace doprowadzono do końca, a Zubaida została zapamiętana w Mekce i okolicach jako "dobra pani"
Rok 786 i początek panowania Haruna al-Raszida wydaje się interesujący, gdyż jak wspomniałem wyżej ten właśnie kalif stał się symbolem wielkości arabskiego kalifatu (jest nawet taki komiks "Iznogud" opowiadający o wezyrze, który robi wszystko aby obalić kalifa Haruna Arachida i "zostać kalifem w miejsce kalifa". Kiedyś uwielbiałem ten komiks). Dlatego też wydaje mi się że pewne cofnięcie się w czasie i w miejscu, czyli powrót ponownie ze Skandynawii w tamte tereny - oczywiście tymczasowo - wydaje mi się ciekawy. Panowanie bowiem Haruna i jego syna al-Mamuna nie jest może aż tak ważne dla dalszych eskapad Wikingów po Morzu Północnym, Śródziemnym, Bałtyckim czy Czarnym (a już w ogóle jeśli chodzi o ich wyprawy do Irlandii, Islandii, Grenlandii, a potem... do Ameryki), ale okres ten jest niezwykle płodny i bardzo ciekawe warto więc coś nie coś o nim opowiedzieć. Oczywiście nie zapominając o głównym temacie tej serii (należy też coś powiedzieć o Ragnarze Lodbroku, czym zajmę się już wkrótce).
Jak myślicie Kochani, jak długo możemy czekać na to, aby wreszcie urzeczywistnić marzenie które musi stać się ciałem. Marzenie pokoleń Polaków, zarówno tych którzy budowali Rzeczpospolitą Niepodległą po I Wojnie Światowej, jak i tych, którzy żyć musieli w kraju podporządkowanym Moskwie, w kraju biedy i marazmu, beznadziei i serwilizmu. Ta nadzieja jednak nigdy nie umarła. Ona żyła w ludziach nawet wówczas, gdy musieli wyjeżdżać do innych krajów, na Zachód Europy lub do Stanów Zjednoczonych, gdzie ludzie żyli zupełnie inaczej, gdzie wolność była naturalnym przejawem zarówno w polityce jak i w gospodarce, gdyż Europa (a po części również USA) nie były opanowane jeszcze przez kulturowych marksistów. Wyrwanie się więc z tego prl-owskiego marazmu, było marzeniem tysięcy Polaków. Lecz tak naprawdę marzyli oni o tym, aby we własnym kraju zbudować drugą Amerykę, żeby tworzyć Wolną i Niepodległą Polskę i móc swobodnie gospodarzyć na swojej ziemi. Tak naprawdę od 1939 r. na dłuższą metę nie było to możliwe, gdyż najpierw była niemiecko-sowiecka okupacja, potem sowieckie "wyzwolenie" - zakończone kolejnym podporządkowaniem i zamianą naszego kraju w moskiewską satelitę, a na końcu już, gdy było wiadome że ten ustrój demokracji ludowej dosłownie się rozpada, paru cwaniaków wymyśliło sobie transformację, która polegać miała tylko i wyłącznie na wydrenowaniu dotychczas wypracowanego majątku narodowego w ręce kilku tysięcy ludzi służb i dawnej partii (oczywiście dokooptowano do tego tych najbardziej rokujących opozycjonistów z Solidarności). Okres rozwoju gospodarczego (począwszy od ustawy Wilczka z 1988 r. aż do wprowadzenia planu Balcerowicza z 1990 r.) był zbyt krótki, aby mógł przynieść realne korzyści, ale jednocześnie pokazał że Polacy mają niesamowity zmysł przedsiębiorczości i pragną - a przede wszystkim potrafią - budować swoją ekonomiczną siłę, jeśli tylko nikt nie będzie im w tym przeszkadzał. Plan Balcerowicza i "schładzanie gospodarki", a potem wyprzedaż najważniejszych aktywów w obce ręce doprowadził do tego, że realnie znów cofnęliśmy się do pozycji kraju półkolonialnego, drenowanego przez obcy kapitał i będącego na łasce obcych stolic.
Przez lata też wmawiano nam, że "kapitał nie ma narodowości" i że wyprzedaż majątku narodowego jest jak najbardziej konieczny, że powinniśmy się cieszyć że ktokolwiek chce cokolwiek od nas kupić itd. itp. Rządzili nami ludzie, dla których była to "oczywista oczywistość" i którzy naprawdę wierzyli w te brednie, węsząc przy tym własną korzyść. Jakże obce im było myślenie w kategoriach prorozwojowych, myślenie w kategoriach nie tylko gospodarczej suwerenności, ale przede wszystkim polskiej ekonomicznej ekspansji w Europie i poza Europą. Rozmowa Bartłomieja Sienkiewicza z 2018 r. dla Klubu Jagiellońskiego, której otwarcie twierdził iż: "Polska zawsze będzie krajem peryferyjnym. W naszym interesie jest rezygnacja ze snów o podmiotowości. Tylko wówczas w spokoju będziemy mogli korzystać z dobrodziejstw naszego peryferyjnego położenia. Jesteśmy wewnętrzną gospodarką Niemiec, wywijanie szabelką to samobójstwo", doskonale pokazuje w jak bardzo toksyczne były nasze tzw. elity polityczne (co ja mówię jakie elity, nasze elity zostały rozstrzelane w katyńskim lesie i na błoniach Palmir oraz krematoriach niemieckich obozów koncentracyjnych i sowieckich łagrów).
Mentalność która opanowała te nasze elity III RP nie była wcale nowa. Zresztą elity te też nie były nowe. Większość z nich pochodziła bowiem z rodzin komunistycznych genseków partycypujących w rozkradaniu zajętego przez Sowiety kraju, a duża część również uczestniczyła w zbrodniach popełnianych na ostatnich Żołnierzach Wolnej Polski, zwanych dziś Żołnierzami Niezłomnymi lub Wyklętymi. Ich dzieci rosły w zupełnie innym środowisku niż większość Polaków w powojennej, komunistycznej rzeczywistości ciągłego niedoboru produktów pierwszej potrzeby. Żyli jak pączki w maśle, choć oczywiście z biegiem lat część z nich zbuntowała się przeciwko rodzicom (bowiem tak już jest, że dzieci najczęściej buntują się przeciwko zastanym regułom swoich rodziców, ale ten bunt z reguły jest tylko przelotnym młodzieńczym kaprysem, z reguły bowiem niedaleko pada jabłko od jabłoni). Ten bunt lat 60 zrodził takie postaci jak Adam Michnik, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek, Karol Modzelewski, Jan Tomasz Gross i wielu innych. O tym jak nieistotny był to bunt, świadczy fakt że ci ludzie w większości powielali to wszystko co zostało im wtłoczone do głowy, w czym wychowywali się przez te lata i co uważali za jak najbardziej oczywiste czyli początkowo była był to sojusz ze Związkiem Sowieckim oraz nieubłagana kolektywizacja rolnictwa i wprowadzanie w życie owych fantasmagorii Marksa i Lenina. Potem zaś stali się "demokratami", ale demokratami - jak oni to nazywali - rozsądnymi, czyli zdającymi sobie sprawę że nie ma możliwości wprowadzić prawdziwej demokracji i nie można też Polakom na zbyt wiele pozwolić, bo wówczas (jak to często głosili ci właśnie, w których żyłach płynęła również krew semicka - czyli wszyscy z wyżej wymienionych) obudzą się "demony polskiego nacjonalizmu" jakkolwiek by to żałośnie nie brzmiało. Swoją drogą jeżeli tak bardzo różnili się od swoich rodziców, to jak to się stało że w ich mentalu wciąż pozostało takie stwierdzenie jak "demoniczny polski nacjonalizm". Skąd to się wzięło, jeśli nie z wtłaczania im tego do głów zarówno przez rodziców, jak i przez całe otoczenie, czyli organizacje typu walterowcy, szkołę i tym podobne.
Ci ludzie - wraz z przedstawicielami służb Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, zbudowali nam III Rzeczpospolitą, w której niby komunizm upadł (😂🤣). Rzeczywiście tamtego komunizmu już nie ma, ale to nie znaczy że komunistów już nie ma. Ludzie którzy w mentalu swym pozostali wierni ideałom marksizmu (oczywiście wiadomo że ten komunizm z lat 80-tych polegał jedynie na trwaniu i szukaniu alternatywy przejścia na coś innego, bo przecież nikt mi nie powie że Miller czy Kwaśniewski to byli ideowi komuniści. To byli raczej ludzie którzy robiąc karierę w partii stali się nomenklaturą, a potem chcieli to już tylko zabetonować wraz z "rozsądną opozycją" solidarnościową typu Wałęsa, Michnik, Kuroń, Geremek etc.). Komunizm lat 80-tych co prawda zdychał, ale powoli. Natomiast "upadek komunizmu" sprowokowali głównie ludzie służb (impuls wyszedł z Moskwy) którzy uznali że znacznie lepiej można się bogacić w systemie quasi-kapitalistycznym (quazi - gdyż wciąż przez nich kontrolowanym), niż w tym spróchniałym i rozpadającym się systemie gospodarki planowej. Ale Polskę jaką nam zbudowano, to była Polska minimalistyczna, Polska która zmieniła tylko swego pana (już nie Moskwa teraz, ale Waszyngton, Berlin, ewentualnie Paryż a potem Bruksela). Rządzili nami bez wątpienia - jak wyraził się w swej przepowiedni z końca sierpnia 1939 r. ,najsłynniejszy jasnowidz II Rzeczpospolitej Stefan ossowiecki - "szubrawcy i świnie"). W ich mentalności Polska ciągle była na dorobku, ciągle była biedna (to żałosne hasełko Władysława Bartoszewskiego o "brzydkiej pannie bez posagu") ciągle była zależna, ciągle była zdana na jakieś poddaństwo czy to Niemcom, czy to Unii Europejskiej (wcześniej Wspólnocie) czy też Ameryce (bo nikt mi nie powie że nasze relacje są równorzędne, choć rzeczywiście jeśli mam wybierać pomiędzy partią pruską a partią amerykańską, to wybieram amerykańską - skoro nie ma polskiej). W takiej retoryce, a przede wszystkim w takiej mentalności Polska i za 100 lat nie byłaby w stanie dogonić Niemcy, bo ciągle byłaby dla tych ludzi na dorobku. Oczywiście dla nich to była wymarzona sytuacja, bo to byli ludzie o mentalności chłopków pańszczyźnianych, ludzie przyzwyczajeni do przyjmowania i wykonywania poleceń. Dlatego ciężko byłoby od nich wymagać jakichś wielkich planów rozwojowych, jakichś idei, czy też propolskich inwestycji. Ich mentalność sprowadzała się przecież tylko do jednego - wejścia Polski do NATO i wejścia do Unii Europejskiej i na tym koniec. Po spełnieniu tych dwóch postulatów mieliśmy znaleźć się w raju, z którego nigdy mieliśmy nie wyjść i tak dokonałby się swoisty "koniec historii" (🤭🤪☹️).
Osiem lat rządów Donalda Tuska to była właśnie owa Polska minimalistyczna, a raczej mikromalistyczna. Nie sposób znaleźć wówczas żadnych programów rozwojowych kraju, nie sposób znaleźć żadnej myśli która by była myślą przewodnią, nie było nic, zero, nul, totalne wyjałowienie. Ale ani Donaldowi Tuskowi, ani ludziom z jego otoczenia to wcale nie przeszkadzało, gdyż po pierwsze Tusk jest totalnym nierobem który brzydzi się pracą i jeżeli ma cokolwiek do zrobienia to dostaje skrętu kiszek (dlatego też zaczyna pracę we wtorek a kończy w czwartek ⌛😂). Po drugie wszelkie plany rozwojowe Polski nie podobają się ani w Moskwie, ani w Berlinie, ani tym bardziej w Brukseli, więc po co mamy się angażować w coś, co ma nas "skłócać z sąsiadami" (🙄). Lepiej przecież płynąć w głównym nurcie, wówczas i tak nie ma się na nic wpływu ale przynajmniej będziemy jak to gówno które przyczepiło się do okrętu i mówi "płyniemy". Poza tym Tusk w ogóle nie potrafi rządzić, nie ma ręki do ludzi (zresztą podobnie jak Kaczyński). Jeżeli bowiem co jakiś czas słychać że "Donald się wściekł" i że członkowie rządu z tych narad (szczególnie kobiety) wychodzą zapłakane, to o czym to świadczy? Szef który musi wydzierać się na swoich pracowników to jest jakiś idiota, a nie szef. Ja osobiście nigdy nie podniosłem głosu na żadnego z moich pracowników - nigdy! Szef ustala priorytety które należy spełnić, zakres czasowy który powinien obowiązywać i potem tylko rozlicza z tego co zostało zrobione. Nie potrzeba do tego nerwów, nie potrzeba płakać czy "wciekać się". Przede wszystkim należy pamiętać że każdy człowiek ma swoją godność i że my wszyscy powinniśmy widzieć siebie samych w drugiej osobie. Ale jeśli pewne rzeczy idą zbyt opieszale (lub nie idą wcale) to oczywiście należy wyciągnąć konsekwencje, co nie znaczy że taką osobę trzeba upokarzać, krzyczeć na nią czy w ogóle znęcać się psychicznie. Ludzie poza tym lubią być komplementowani i nagradzani i jeżeli tylko można, należy tak czynić (oczywiście tylko wtedy, kiedy rzeczywiście jest za co, ale oszczędzanie na pracownikach jest największą głupotą, jaką można popełnić będąc właścicielem firmy czy przedsiębiorstwa).
PiS natomiast jaki był taki był (moja lista zastrzeżeń wobec tej formacji jest bardzo długa), ale jeżeli ktokolwiek myśli że obecnie "zamienił stryjek siekierkę na kijek" to nie, tak nie jest. Tam przynajmniej pojawiały się jakieś prorozwojowe plany, jak choćby udrożnienie Odry, rozbudowa portu kontenerowego w Świnoujściu, przekop Mierzei Wiślanej (który wcale nie jest bez sensu jak twierdzą wszelkiej maści jebaćpisy, trzeba tylko powiększyć jeszcze port w Elblągu, a tutaj problem stwarza prezydent tego miasta który nie chce tego finansować, a jednocześnie uważa że po sfinansowaniu takiego przedsięwzięcia przez budżet państwa, taki port wciąż należałoby do miasta, a nie... do rządu). Najważniejsze zaś przedsięwzięciem i wręcz symbolem rządu PiS miał być Centralny Port Komunikacyjny, czyli średniej wielkości lotnisko, które jednak przejęłoby cały transport cargo z lotniczych portów niemieckich (głównie Berlina) na Europę Środkowo-Wschodnią. Tutaj dochodzimy do bardzo ważnej kwestii, bo o ile ludzie pokroju Sienkiewicza (czyli wszelkiej maści mentalni kastraci), twierdzą że Polska i tak pozostanie krajem peryferyjnym i nie ma co tutaj pobrzękiwać szabelką, tylko cieszyć się że płyniemy w głównym nurcie europejskiej polityki i jak Niemcy pozwolą to będziemy się bogacić i w ogóle cieszmy się że pozwalają nam żyć (🤯). To jednak zupełnie inne zdanie mają o nas chociażby sami Niemcy, którzy doskonale wiedzą jaki w Polakach drzemie potencjał i jak bardzo Polska może im zagrozić. Oni dobrze pamiętają że przegrali z nami wojnę handlową w latach 1925-1933 i to w sytuacji w której oni totalnie dominowali. Doskonale wiedzą też, że Polska jako lider krajów Międzymorza, to śmiertelne niebezpieczeństwo dla niemieckich wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej (a realnie w całej Europie). Doskonale też wiedzą że polski złoty był w latach 20-tych i 30-tych znacznie silniejszą i stabilniejszą walutą od niemieckiej marki (niemieccy chłopi po 1924 r. woleli płacić polską walutą niż niemiecką, nazywając tę drugą "Żydowskim konfetti z Berlina"). Mamy też ogromny potencjał geopolityczny, przez nasze ziemie przechodzą kluczowe drogi handlowe zarówno do Azji jak i do Europy Zachodniej i stąd budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego jest tak istotna. Inna sprawa, że kontynuacja tego projektu byłaby niezwykle korzystna dla nowego rządu i samego Tuska, gdyż zyskałby on wówczas poparcie takich ludzi jak ja, którzy co prawda nie pałają do niego sympatią, aczkolwiek jeśli kontynuował by propolskie inwestycje, byłbym pierwszą osobą która by go w tym wspierała. A przecież CPK to też tylko projekt minimalistyczny. Ja uważam że my powinniśmy patrzeć znacznie dalej, przynajmniej tak jak Indie, które niedawno wysłały własny lądownik na Księżyc. Ja również pragnę abyśmy wysłali naszą polską wyprawę na Księżyc, a być może nawet i dalej - dlaczego nie. Wszystko jest możliwe, tym bardziej dla takiego narodu jak my.
I teraz powstaje pytanie, skoro Donald Tusk zyskałby znaczne poparcie kontynuując projekt CPK (bo przecież spora część wyborców jego własnej partii również popiera budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego). Tym bardziej że kontynuacja tego projektu zwiększyłaby szansę Platformy Obywatelskiej na zwycięstwo w wyborach do Parlamentu Europejskiego (co dla Tuska jest bardzo ważne). Co więc stoi na przeszkodzie aby tego nie czynić, skoro prawie wszystko przemawia aby to robić (również te żałosne choć bardzo kosztowne audyty, które do tej pory wykonano chyba w liczbie trzy czy cztery, i to za nasze pieniądze). Co stoi na przeszkodzie aby tego nie robić? Otóż odpowiem na to pytanie, po pierwsze tego projektu nie chce Berlin, nie chce go Bruksela, a po trzecie nie chce go również sam Tusk, któremu w ogóle nie chce się nic robić. I te argumenty całkowicie przeważają nad tamtymi, dlatego uważam (i mówię to otwarcie) że ten rząd działa na szkodę Polski i Polaków i każdy dzień istnienia tego rządu jest policzkiem wymierzonym w nas wszystkich. Dlatego też nie chcę rządu złożonego z ludzi o mentalności Sikorskiego (który robił reset z Moskwą i twierdzi że Rosja pod rządami takich wielkoruskich nacjonalistów jak zamordowany niedawno Aleksiej Nawalny byłaby optymalna a nawet pożądana dla Polski), Sienkiewicza ("Polska jest niemieckim peryferium"), czy Tuska ("Polskość to nienormalność"). Pragnę Wielkiej Polski i nie jestem w tym swoim pragnieniu odosobniony. Takich Polaków jak ja jest całe mnóstwo, a ostatnie 8 lat rządu PiS-u wyrobiło w Polakach przeświadczenie, o tym że Polak potrafi, że możemy osiągnąć potęgę ekonomiczną (staliśmy się w końcu 20 gospodarką świata, Hiszpania jest 15, a Niemcy zdaje się 5, także przed nami jeszcze wiele prac żeby stać się pierwszą) dzięki własnej pracy i ekonomicznej zaradności. Zbudujmy nasze własne ekonomiczne Trójmorze i zamiast zlikwidować złotówkę i przyjmować euro, stwórzmy naszą własną strefę złotówki wśród państw Europy Środkowo-Wschodniej, państw które będą płaciły w naszej walucie (kto wie, może do tego programu kiedyś przystąpią również Niemcy - zresztą historyczne tradycje pod tym względem już mają).
Nie chcę więc słyszeć o żadnych likwidacjach projektu CPK czy temu podobnych. Jedyne co chcę widzieć, to nieustanne dążenie do rozwoju, budowanie naszej własnej siły i ekonomicznej potęgi - a co za tym idzie potęgi politycznej która, musi niestety następować również z wymianą kadr (tak jak Mojżesz, który 40 lat błąkał się po Synaju zanim wkroczył do Kanaanu tylko po to, aby wymarło pokolenie pamiętające niewolę egipską, bo z tymi ludźmi nie dałoby się nic pożytecznego stworzyć, gdyż ci ludzie nawet będąc wolnymi, w głębi duszy wciąż pozostali niewolnikami). Kadry bowiem jak (głosił zbrodniarz Lenin), rzeczywiście decydują o wszystkim. Jeżeli nie masz dobrej ekipy która będzie z tobą realizowała dobry plan, to nic z tego nie będzie, dlatego musisz usunąć ze swego otoczenia ludzi o mentalności niewolników, aby następne pokolenie (lub też ludzie którzy nie mają w sobie genu zaprzańców i szmalcowników) zbudowali z tobą coś Wielkiego. Amen!