Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 18 października 2020

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CXXXIX

PRZYBYSZE Z PROCJONA

PRZODKOWIE SŁOWIAN I CELTÓW

TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI

 
 

 
 

PIERWSZE "EUROPEJSKIE"

CYWILIZACJE

(ok. 18 000 r. p.n.e. - ok. 4 000 r. p.n.e.) 

Cz. I

 
 
 
 
 Chronologiczne uporządkowanie powstających kultur ludu Ariów, który ok. 18 000 r. p.n.e. opuścił zniszczony region dzisiejszej Azji (tzw. "Kolebki") i przemaszerował na Zachód - jest praktycznie niemożliwe, ze względu na różnorodność danych i częste nakładanie się na siebie różnych okresów dziejowych. Jednak można wyodrębnić kilka podstawowych stref osadniczych i kierunków migracji plemion, które skierowały się bezpośrednio w kierunku zachodnim (należy bowiem pamiętać, że część poujghurskich ludów - zwanych również w niektórych badaniach ludnością sundalandzką [od nazwy kontynentu azjatyckiego, umownie nazwanego Sundalandem] - poszła w kierunku południowym, na ziemie dzisiejszych Indii i Iranu gdzie spotkała inne ludy - o czym już zresztą pisałem, więc do tej grupy wracał nie będę a skupię się tylko na aryjskiej ludności która dotarła do Europy). Otóż ludy te (według channelingów) przedzierały się z północnego-wschodu przez gąszcze lasów, a drogę oświetlała im zorza północna. Prowadzili ich wodzowie o jasnych włosach, którzy mieli do pomocy wytresowane psy i reny (renifery). Drogę wskazywały jednak jasnowidzące kobiety-kapłanki (zapewne ze świętego miasta Ujghurów - Wielkiej Saar-y). W tamtym czasie na ziemiach dzisiejszej Europy nie było już pierwotnych LuLu-sów, gdyż ostatni Neandertalczycy wymarli ok. 30 000 r. p.n.e. Wymarła też (zapewne na skutek znacznego zlodowacenia) ta ludność, która jako pierwsza przybyła na tereny dzisiejszej Europy ok. 40 000 r. p.n.e. posiadająca większościową haplogrupę I1 i I2. Ludność ta (umownie zwana "Nordykami" lub też "Ludźmi z Cro-Magnon") została zastąpiona przez kolejną falę migracji z Bliskiego Wschodu (najprawdopodobniej z regionu Mezopotamii i Syrii), mającą już dominującą haplogrupę JI (co ciekawe - ludność "nordycka" nie wymarła całkowicie, a jej część potem nawet złączyła się z Ariami, czego dowodem jest fakt, iż "Nordyk" - żyjący ok. 35 000 r. p.n.e. w belgijskiej jaskini w Goyet wraz ze swoim psem (tzw.: "Człowiek z Goyet"), jest dziś uważany za najbliższego praojca ludów Europy, a w szczególności zaś Polaków i Bałtów).
 
Ta ludność, która przetrwała zlodowacenie i napływ migranci z Bliskiego Wschodu, żyła na terenach zachodniej i północnej Europy, podchodząc swymi siedzibami pod tereny skute lodem. Natomiast aryjscy przybysze ze Wschodu, osiedlili się pierwotnie za Kaukazem na ziemiach w rejonie Morza Czarnego. Wówczas to zaczęto nazywać pozostałe tereny starosłowiańsko-aryjskim zwrotem: "navia" - oznaczające ziemię umarłych. Potem do tego słowa dołączono starosłowiański zwrot "skad", tworząc nazwę Skad ji navia ("skąd jest ziemia umarłych" - przemianowane również na "tam gdzie kraina umarłych"), ostatecznie zaś słowo to zaczęło ewoluować w Skandynawię (zapewne nazwa ta wzięła się stąd, iż na dalekiej Północy czyli właśnie w Skandynawii - było bardzo zimno - wciąż bowiem panowało tam zlodowacenie - stąd panowały tam niezwykle ciężkie warunki do przeżycia, nazwano więc te ziemie "krainą umarłych"). W tym też czasie, na czele skupisk aryjskich plemion (które w tym czasie już mocno się podzieliły od ok. 24 200 r. p.n.e. na grupę starszą o dominującej haplogrupie R1a - zwaną słowiańską, i grupę młodszą o dominującej haplogrupie R1b - zwaną celtycką) stali wodzowie, noszący głowy jeleni i wielkie rogi (niczym korony), jak choćby zostało to ukazane w jaskini Trois Freres. Prawdopodobnie byli to wielcy kapłani, którzy mogli pełnić również rolę wodzów. W każdym razie Ariowie po raz pierwszy ruszyli ze swych północnych siedzib nad Morzem Czarnym dopiero ok. 4 000 lat po opuszczeniu Kolebki. Miało to miejsce ok. 14 000 r. p.n.e. a ich ekspansja skierowała się ku Bliskiemu Wschodowi. Dotarli tak zarówno do Mezopotamii, jak również do Egiptu i Tunezji (gdzie wyodrębniła się aryjsko-słowiańska haplogrupa R1-YP1272. Notabene dziś jacyś lewicowi aktywiści, krytykują obsadę do filmu "Kleopatra" z Gal Gadot w roli głównej, próbując wmówić ludziom że nie tylko starożytni Egipcjanie, ale i ród grecko-macedońskich Ptolemeuszy to byli murzyni. Co za bzdura, i choć co prawda starożytni Egipcjanie nie byli tak biali, jak Grecy czy Rzymianie, to jednak nie byli też czarni, a raczej lekko czerwoni. Pięknie zresztą pokazał Egipcjan Jerzy Kawalerowicz w swym "Faraonie" z 1965 r. Zaś Kleopatra - córa rodu, gdzie od pokoleń praktykowano kazirodztwo, już w ogóle nie miała nawet grama ciemniejszej skóry).
 
 


Po raz pierwszy Aryjczycy ("grupa słowiańska") wkroczyli do Europy ok. 12 000 r. p.n.e., opuszczając swe dotychczasowe siedziby nad Morzem Czarnym i wypędzając lub podbijając lokalne ludy z tzw.: "grupy nordyckiej" (I1) w pasie Karpat (ziemie dzisiejszej Rumunii i Węgier), a tereny te są uważane za europejską kolebkę Słowiańszczyzny. Od ok. 10 700 r. p.n.e. zaczęła rosnąć temperatura i północny Lądolód zaczął się topić, a tym samym ukazywało się coraz więcej ziemi uprawnej na terenach Europy Środkowej i Północnej. W tym też czasie, pojawiła się pierwsza słowiańska cywilizacja, zwana kulturą świderską. Obejmowała ona dzisiejsze ziemie polskie, oraz większą część Białorusi, Litwy i Ukrainy. Według channelingów głównym bogiem ludów aryjskich (Słowian) był wówczas bóg Ogni o "płomiennych włosach" (jak sama nazwa mówi, był to bóg ognia, światła i Słońca - dawca wszelkiego życia). Miał on wiele nazw i wiele odniesień (np. jako "Żar" - był zwycięzcą nad ciemnością i chłodem, a jako "pożeracz ciał" - podobnym do szakala, okrutnym niszczycielem ludzi i ich dobytku). Nic nie wiadomo o innych bogach pierwotnych ludów aryjskich, wiadomo tylko jeszcze że oddawali oni kult także i Matce-Wody, utożsamianej z ziemią, która miała zrodzić boga Ogni (co by oznaczało, że to nie słońce dało życie, a właśnie ziemia zapoczątkowała byt, który rozwinął się pod wpływem słonecznego blasku. Zresztą z tego boga zrodził się potem gromowładny Dzeus-Zeus a z Matki-Wody bogini Gaia). Ok. 8 500 r. p.n.e. wyodrębnia się najsilniejsza haplogrupa słowiańska - R1-M417. W tym też czasie Słowianie opanują (do ok. 8 000 r. p.n.e.) całą Europę Środkowo-Wschodnią. Ok. 6 400 r. p.n.e. pojawia się praojciec wszystkich słowiańskich ludów środkowo-wschodnich (głównie zaś Polaków) tzw.: "Człowiek z Jeleniej Wyspy" zwany też "Karelczykiem". To od niego pochodzi właśnie mutacja R1a1-M459, uważana za typowo polską. Ok. 7 600 r. p.n.e. Słowianie dochodzą do ziem dzisiejszej Holandii, Belgii i północnej Francji. Tworzą się tam nowe wodzostwa, które przetrwają ponad 5 000 lat (aż do czasu nadejścia Celtów). Nie cała jednak Europa zostaje zajęta przez Słowian. "Ziemia umarłych" czyli Skandynawia, wciąż jest zasiedlona przez ludy "nordyków", podobnie jak i część Francji, południowych Niemiec, Włoch, Grecji. 
 
Według channelingów pierwszym znanym Celtem, był niejaki Ossjan, który (ok. 4 200 r. p.n.e.) poprowadził swych pobratymców do Europy Środkowej i w wyniku nieustannych walk z ludnością słowiańską, zdołał wywalczyć sobie ziemie w rejonie południowych Karpat. Co ciekawe, w tym mniej więcej czasie nastąpiła widoczna zmiana i miejsce prorokiń - kapłanek (które wyprowadziły ludy aryjskie ze zniszczonej "Kolebki" oraz poprowadziły je ku nowemu światu) zajęli mędrcy i kapłani, zwani rishi (z nich potem powstanie kasta celtyckich druidów), czyli "Ludzie spod dębu". Co prawda zgromadzenia kapłanek istniały nadal (nawet w czasach Wercyngetoryksa kobiety-kapłanki pełniły bardzo ważne funkcje, choć już głównie dydaktyczne, ucząc młodych mężczyzn - przyszłych wojowników - nie tylko sztuki posługiwania się bronią, ale również... sztuki miłości). Ok. 2 500 r. p.n.e. Celtowie wkroczyli na słowiańskie ziemie południowych Niemiec oraz Czech i opanowali je. Ok. 2 250 r. p.n.e. Celtowie weszli do dzisiejszej Francji, ok. 2 200 r. p.n.e. do Włoch, a ok. 2 100 r. p.n.e. dokonali inwazji na Wyspy Brytyjskie. Dzięki temu z czasem opanowali ziemie od Pirenejów, po Wyspy Brytyjskie i Dunaj. Lecz na tym nie poprzestano i wkrótce potem rozpoczęła się kolejna słowiańsko-celtycka inwazja na nowe tereny osadnicze.
 
 

 
W następnej zaś części opowiem o powstaniu cywilizacji megalitycznej (głównie na ziemiach opanowanych przez Celtów), oraz o migracji ludów słowiańskich (Gorowie-Dorowie) na ziemie dzisiejszej Grecji, a potem również i o Etruskach, oraz o ich genezie ich pochodzenia.  
 
 
 
 CDN.
 

czwartek, 15 października 2020

JAKA PIĘKNA... PATOLOGIA! Cz. VII

CZYLI ROZWAŻANIA NAD

WSPÓŁCZESNOŚCIĄ

 
 
 
 
 

 STREFY WOLNE OD LGBT!

 
 
 Dziś na spokojnie, zacznę od tematu który przez jakiś czas (a być może nawet i po dziś dzień) rozgrzewał do czerwoności wszelkie globalne instytucje marksistowskiej międzynarodówki (zwanej w skrócie lewactwem). Chodzi oczywiście o tak zwane "strefy wolne od lgbt", których to powstanie stało się kolejnym powodem do lewicowego wypróżniania się na Polskę. Nawet sama ambasador USA, pani Georgette Mosbacher raczyła stwierdzić, że Polska w tej kwestii znajduje się po: "złej stronie historii!". W Parlamencie Europejskim jakieś feministyczno-genderowe czarownice, odprawiają swe rytualne szabaty nad zaściankowością naszego społeczeństwa, sugerując nam że "prawa osób lgbt to prawa człowieka". Obserwując z boku cały ten ideologicznie motywowany cyrk i nie mając żadnej wiedzy o tym, jak rzeczywiście wygląda prawda - można by było sądzić że coś w tym jest i że wprowadzając strefy godzące w osoby lgbt, tak naprawdę rzeczywiście jesteśmy jakimś cywilizacyjnym zaściankiem i wypisujemy się z "europejskiej cywilizacji". Tak można by sądzić, będąc zupełnie nieświadomym zarówno formy lingwistycznej i logicznej zgłaszanej krytyki pod naszym adresem, jak i rzeczywistych aspektów prawdy i fałszu. 
 
Zacznijmy może od tego pierwszego, czyli formy lingwistyczno-logicznej. Bowiem od jakiegoś czasu w mediach wciąż pojawia się pojęcie (forsowane oczywiście przez antykulturowych neomarksistów) "Ludzi LGBT". Na pierwszy rzut oka, niby wszystko wygląda poprawnie i nie ma się do czego przyczepić. Doprawdy? Z nowomową i teoriami lewicy jest już tak, że rzeczywiście na pierwszy rzut oka (patrząc z dala) wyglądają one bardzo pięknie i siłą swych pojęć mogą przyciągać (wabić) do siebie nieświadome lub naiwne jednostki (jak owady do światła które może je spalić), ale gdy tylko przyjrzeć się im z bliska, a (nie daj Boże) poskrobać nieco farbę, jaka została nałożona by można było XIX-wieczne starocie sprzedać w nowym opakowaniu i pod inną nazwą, nazywając to "postępem" - to wówczas bardzo szybko uświadomimy sobie że to, co z daleka wydawało nam się ładne i pociągające, w rzeczywistości jest spróchniałą i rozlatującą się konstrukcją, która prócz nowej farby, nie została w żaden sposób odnowiona. I tak właśnie jest choćby z pojęciem "Ludzie LGBT". Przewrotne pytanie (po zadaniu którego z trudem podtrzymywana konstrukcja zaczęłaby się chwiać) brzmiałoby: czy istnieją w ogóle ludzie lgbt? Zapewne skoro lewica mówi że istnieją, to istnieją i koniec dyskusji, ale podchodząc do tego problemu w sposób logiczny (a należy pamiętać że lewica, w szczególności zaś jej rewolucyjny, marksistowski odłam z logiką nie ma NIC wspólnego), należałoby zapytać - skoro tak, to proszę wskażcie mi choć jedną (powtarzam - JEDNĄ!!!) osobę lgbt, a wówczas rzeczywiście przyznam wam rację i nie będę w tej sprawie zabierał głosu. Lewicowa jaczejko - wskaż więc choć jedną osobę lgbt, a wówczas zamilknę w tym temacie. Zastanawiam się dlaczego ludzie nie myślą logicznie, a tym samym powielają szkodliwą nowomowę, która wdziera się do języka i przez to całkowicie przemeblowuje naszą rzeczywistość (a w tej kwestii rzeczywiście przyznaję rację lewicy - język jest bronią, poprzez którą możemy kształtować i opisywać świat, dlatego tak ważne jest wiedzieć co i o czym się mówi, aby nie wpaść w lingwistyczne pułapki, które następnie zakodowane w naszej głowie, staną się - narzuconymi, aczkolwiek przez nas potem już akceptowalnymi formami opisywania naszej rzeczywistości). 
 
Wielokrotnie podawałem już podobne przykłady używania narzuconego języka, który z czasem stał się naturalną i akceptowalną formą wyrażania naszych myśli (przykładem niech będzie choćby słowo: "radziecki" - któż dziś bowiem pamięta, że słowo to również przyjechało do nas po 1944 r. na sowieckich tankach, wraz z Armią Radziecką - a jak w szkołach uczono naszych rodziców i dziadków - Armia Radziecka z nami od dziecka. Przed II Wojną nie istniało słowo "radziecki" - a jeśli już to tylko w środowisku agentów z KPP czy innych tego typu przybudówek Kremla. Wcześniej używano po prostu słowa "Sowiety", "Czerwoni", "Komuniści", "Bolszewicy" ewentualnie "Ruskie" lub "Moskale". A dziś słowo "radziecki" jest poprawnym określeniem, odnoszącym się do państwa bolszewickiego. Praktyka wtłaczania tego lingwistycznego potworka w głowy Polaków - który w żaden sposób się nie odmienia, np. nie nożna użyć tego słowa na opisanie Sowietów, gdyż wyszłoby to jakoś karykaturalnie np. "Radziety"? - zrobiła swoje i nowomowa stała się akceptowalną formą nowego opisywania rzeczywistości). I tak właśnie jest też z pojęciem "Ludzie LGBT", choć nikt nigdy nie widział na oczy "człowieka lgbt", to wielu bezrozumnie powtarza wciąż tę lingwistyczną papkę dla idiotów, nie zastanawiając się nawet nad własną bezmyślnością. O co mi chodzi (tłumaczę tym, którzy jeszcze nie załapali), określenie: "człowiek lgbt" jest wzajemnie sprzeczne i wykluczające się, bowiem nikt taki nie może istnieć w rzeczywistości, a gdyby nawet istniał to byłyby chodzącym kuriozum, którego można by było pokazywać w cyrku, lub jako obwoźną atrakcję. Słowo LGBT, znaczy bowiem: "Lesbijki-Geje- Biseksualiści i Transwestyci", tak więc gdyby istniał człowiek lgbt, musiałby on być zarówno gejem, jak i lesbijską (co by oznaczało że byłby zarówno kobietą jak i mężczyzną), a do tego być biseksualny (co automatycznie oznacza że nie mógłby być już ani gejem, ani też lesbijską), a dodatkowo miałby być i transwestytą (co jak wiadomo nie jest wcale równoznaczne z byciem gejem czy biseksualistą). Stąd właśnie kuriozum samej nazwy, jak i głupota tych, którzy bezmyślnie powtarzają (nawet w dobrej sprawie) to określenie. Tak więc raz jeszcze trzeba powtórzyć (dla utrwalenia): NIE ISTNIEJE CZŁOWIEK LGBT! Co oczywiście nie znaczy że nie istnieją aktywiści ideologii lgbt (zwanej również ideologią gender), bo tacy rzeczywiście są dość aktywni (szczególnie gdy są "zraszani" pieniędzmi z najróżniejszych NGO-ów) i jedynie w takim kontekście należy stosować to słowo.
 
 
JAK ŁATWO MOŻNA SIĘ ZDEKONSPIROWAĆ, GDY SIĘ NIE ZNA DOBRZE NARODOWYCH KODÓW JĘZYKOWYCH I KULTUROWYCH
FRAGMENT "CZASU HONORU":
 
"NIKT Z NAS NIE MÓWI RADZIECKIE!"
 
 

 
Druga sprawa jest taka, że w Polsce nie ma żadnych stref wolnych od lgbt. Oczywiście w narracji dla Zachodu, nasza piąta kolumna (czyli cała ta targowica i volksdojczeria o której nawet nie chce mi się wspominać, aby nie psuć sobie humoru) przedstawia sytuację wprost katastroficznie, jakoby rzeczywiście istniały jakieś miejsca, gdzie nie ma wstępu dla homoseksualistów czy transwestytów. Próbuje się dorobić Polsce "gębę" powielając fake news o "strefach wolnych od lgbt" i okrutnych zniewag a nawet samosądów - jakimi mają padać homoseksualiści. I znów, jeżeli człowiek nie ma pojęcia o rzeczywistości i nie szuka prawdy, to może poprzestać na tej papce, jaką serwują nam współczesne globalistyczne media - pierwsze szczekaczki "Nowego Wspaniałego Świata". Dopiero wówczas, gdy zaczyna się intensywnie poszukiwać prawdy i ją odkrywać, można uzyskać realne informacje na każdy temat podawany nam przez media (trzeba tylko poświęcić nieco czasu na poszukiwanie innych, niż te establishmentowe źródeł - a na to niestety większość ludzi nie ma po prostu czasu, a często i chęci). Należy bowiem od razu wyjaśnić, że w Polsce homoseksualizm NIGDY nie był penalizowany - w przeciwieństwie do krajów Europy Zachodniej i USA, gdzie za takowe stosunki można było trafić do więzienia. W Polsce nikt nigdy nikomu nie zaglądał do łóżka i nie oceniał kto co i z kim robi. Mnie osobiście (a myślę że tak sądzi jakieś 99.9 % polskiego społeczeństwa) zupełnie nie interesuje czy ktoś jest homo czy hetero i co robi ze swoim partnerem (lub partnerką) prywatnie. Jeśli tylko nie łamie prawa (pedofilia-zoofilia-nekrofilia) to po pierwsze nie interesuje mnie nie tylko z kim śpi, ale również co ma w majtkach - mnie interesują tylko kompetencje i doświadczenie oraz umiejętności danej osoby. Ale to jest tak oczywista rzecz, że aż mi głupio gdy muszę o tym pisać. 
 
Natomiast została wytworzona atmosfera, jakoby w Polsce dochodziło do jakichś pogromów lub jawnej dyskryminacji osób homoseksualnych w sferze publicznej. Czym bowiem są tzw.: "strefy wolne od lgbt", przyjęte przez część samorządów w południowo-wschodniej części naszego kraju i czemu mają służyć? Dyskryminacji gejów, lesbijek i osób transseksualnych? Nie, mają przede wszystkim służyć ochronie rodziny i braku przyzwolenia na agresywną propagandę środowisk lgbt i gender - która już próbuje wedrzeć się do szkół i zmuszać dzieci na przykład do... nakładania prezerwatyw na sztuczne penisy w ramach zajęć lekcyjnych (bowiem nie tylko takie rzeczy dzieją się dziś w szkołach w Niemczech, we Francji czy Wielkiej Brytanii). Samorządowa Karta Praw Rodziny (a nie żadna propagandowo wtłaczana do głów "strefa wolna od lgbt"), jest jedynie deklaracją ideową, bez formalnie sprecyzowanych konsekwencji prawnych, która jest jawnym sprzeciwem lokalnych mieszkańców przeciwko zmasowanej, agresywnej polityce niszczenia podstaw naszego społecznego bytu, poprzez podkopywanie fundamentów na których powstała nasza cywilizacja (część kobiet zakażono na przykład feminizmem i wmówiono im że "samiec twój wróg", idź i z nim walcz). Poza tym uznano mordowanie nienarodzonych ludzkich istnień za... prawo wyboru kobiety (czyli zabójstwo dziecka jest prawem kobiety?), a ostatecznie zabrano się za już narodzone dzieci, dążąc do ich seksualizacji już od najmłodszych lat. I właśnie przeciwko temu protestują w tej uchwale samorządy. Żeby jednak być dosłownym, oto co jest zapisane we wstępie Samorządowej Karty Praw Rodziny:
 
 
 





A powodem tego całego zamieszania (i ataku na Polskę) jest jeden człowiek - Bartosz Staszewski, który jako aktywista lgbt (można wręcz napisać że funkcjonariusz, gdyż pobiera sute dotacje z NGO-sów za plucie na Polskę i robienie z siebie męczennika za lgbt), jeździ po gminach i przykręca tabliczki (specjalnie stworzone na tę okazję) z hasłem: "Strefa wolna od LGBT", następnie robi zdjęcia, wrzuca je do sieci i szybko odkręca tabliczkę, po czym udaje się do innego miasta i tam robi to samo od początku. To tyle jeśli chodzi o całą tę napompowaną histerię lewactwa na temat "stref wolnych od lgbt" w Polsce, stoi za nimi jeden człowiek (prowokator), którego - jak się okazuje - coraz więcej gmin (wciąż dołączają kolejne) pozywa do sądu o ochronę dóbr osobistych. I przynajmniej to - w tym naszym coraz bardziej zwariowanym i dążącym do permanentnej inwigilacji świecie - można uznać za pozytywne światełko w tunelu. Zaś filmik, który jeszcze lepiej pozwoliłby zrozumieć zakłamanie, jakie jest powielane w światowych mediach głównego nurtu na temat polskiej uchwały o ochronie rodziny - właśnie został usunięty przez YouTube. Wiadomo że dla totalitarystów prawda musi być pierwszą ofiarą w ich walce o zniewolenie społeczeństw. Aleśmy ku...a dożyli perfidnych czasów.  
 
 
 
ZATEM NA KONIEC MAŁY REBUS:
 
JAK SPOWODOWAĆ ROZDYGOTANIE EMOCJONALNE U FEMINISTKI?
 
POWIEDZIEĆ JEJ PARĘ SŁÓW PRAWDY
 
 

 
 

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. VI

 CZYLI CO SPOWODOWAŁO

ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA

ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?

 
 

 
 

 PLANY I MARZENIA

Cz. V

 
 

 
 

ENTENTE CORDIALE

CZYLI CAŁY W TYM AMBARAS

ABY DWOJE CHCIAŁO NARAZ

Cz. II

 
 
 
 "JEŚLI NIE ZDĄŻYMY WYPOWIEDZIEĆ NIEMCOM WOJNY, ZANIM ZBUDUJĄ ONI JESZCZE WIĘCEJ POŁĄCZEŃ TRANSPORTOWYCH, ODBIERAJĄC NAM HANDEL, OZNACZAĆ TO BĘDZIE, ŻE JESTEŚMY NAIWNI I POPEŁNILIŚMY GŁUPI BŁĄD"
 
PREMIER WIELKIEJ BRYTANII - ARTHUR BALFOUR
(1907 r.)
 
 
 Stosunki pomiędzy Francją a Wielką Brytanią były tradycyjnie od dekad jak najgorsze, a konflikt w Faszodzie (1898 r.) i wojna Brytyjczyków z Burami (1899-1902) jeszcze bardziej rozpaliły wzajemną niechęć Paryża i Londynu. Jednak konflikt zbrojny pomiędzy tymi oboma państwami realnie nie leżał w interesie żadnego z nich, jako że na politycznym firmamencie pojawił się kolejny, znacznie groźniejszy przeciwnik - zjednoczone Niemcy. Francja została przezeń upokorzona utratą Alzacji i Lotaryngii (1871 r.), oraz nakazem spłaty ogromnej kontrybucji wojennej, natomiast Wielka Brytania była w ciągłym zatargu z Niemcami od chwili uruchomienia przez nich ambitnego programu rozbudowy floty wojennej, wspieranego przez admirała Alfreda von Tirpitza (który twierdził że niemiecka flota powinna być tak potężna, aby jej zniszczenie spowodowało ogromne straty w siłach nieprzyjaciela i przez to stało się nieopłacalne), który to ostrzegał przed planami wstrzymania zbrojeń, strasząc "skopenhagowaniem" okrętów niemieckich (chodziło tutaj o brytyjski atak na duńską flotę wojenną w Kopenhadze w 1807 r. i jej zniszczenie). Plany rozbudowy niemieckiej potęgi morskiej zostały przyjęte przez Reichstag w 1898 r. i potem nowelizowane w kolejnych latach (1900, 1906, 1908, 1912), całkowicie zmieniając charakter niemieckiej floty z przybrzeżnej na oceaniczną - a to już bezpośrednio godziło w bezpieczeństwo Wielkiej Brytanii, która to od lat stała na stanowisku, że dla utrzymania brytyjskiego panowania nad morzami, flota brytyjska musi być większa niż dwie kolejne największe floty globu razem wzięte. Zresztą, od czasów Trafalgaru (1805 r.) żadne państwo nie ośmieliło się rzucić Brytanii wyzwania i zagrozić jej bezpieczeństwu, przez co Anglicy czuli się bezpieczni na swej wyspie (o której mawiano że nie jest częścią Europy, a jedynie z nią sąsiaduje), ochraniani przez siłę Royal Navy. Jednak na początku XX wieku cała ta dotychczasowa koncepcja bezpieczeństwa uległa rozkładowi, a ponieważ armia niemiecka była uważana za najlepszą w Europie (gdy niechęć w stosunku do Brytyjczyków wciąż wzrastała w Europie po ich inwazji na małe afrykanerskie państewka: Transwal i Oranię - sekretarz stanu do spraw kolonii Joseph Chamberlain, wygłosił w Edynburgu 25 października 1901 r., mowę, piętnującą obłudę takich państw jak Francja, Niemcy czy Rosja, mówiąc iż: "Ci, którzy piętnują politykę angielską wobec Burów, powinni sami pamiętać, co wyrabiali w Polsce, na Kaukazie, w Tonkinie, w Algierze czy w czasie wojny niemiecko-francuskiej". Na te słowa odpowiedział mu kanclerz Niemiec Bernhard von Bülow, który stwierdził w Reichstagu że: "Kiedy pewien minister musi koniecznie bronić swej polityki, zrobiłby lepiej, aby pozostawił w spokoju armię niemiecką. W odpowiedzi możemy się tylko powołać na słowa Fryderyka II, który powiedział, że ten, kto usiłuje obniżyć reputację armii pruskiej, ten gryzie granit"). A teraz Niemcy zamierzali również rzucić wyzwanie Brytyjczykom na morzach, a na to Londyn w żaden sposób nie mógł sobie pozwolić, jeśli chciał utrzymać nie tylko swoje kolonie, ale i bezpieczeństwo własnej Wyspy.
 
Nic więc dziwnego że działające od 1895 r. Towarzystwo Entente Cordiale (na rzecz zbliżenia brytyjsko-francuskiego), któremu przewodził książę Walii, a od 22 stycznia 1901 r. król Wielkiej Brytanii - Edward VII, pracowało nieprzerwanie, pomimo czasowych konfliktów na linii Paryż-Londyn. Edward VII bardzo lubił Francję (miał z tego kraju przyjemne wspomnienia, również te... erotyczne) i choć w polityce takich drobnych sympatii nie należałoby za bardzo przeceniać, to jednak nie pozostają one bez całkowitego wpływu na podejmowane potem decyzje. Sympatie i antypatie są bowiem bardzo silnym bodźcem, często decydującym o ścieżce życiowej danego człowieka. Okres "Splendid Isloation", czyli polityki zapoczątkowanej przez George Canninga w 1827 r. i trwającej nieprzerwanie do czasów Roberta Gascoyne-Cecila, markiza Salisbury, dobiegł ostatecznie końca w 1902 r. Teraz Wielka Brytania musiała już się opowiedzieć po której stronie powinna stanąć - czy bloku "germańskiego" (Niemcy, Austro-Węgry i Włochy) czy też francusko-rosyjskiego. Z Niemcami był pewien problem, ponieważ jakiekolwiek próby nawiązania rozmów na temat ewentualnego sojuszu były od razu torpedowane (słynne "Wielkie Nie" Holstaina), ponieważ Niemcy obawiali się, że gdyby do takiego sojuszu doszło, to zostaliby zmuszeni do ograniczenia rozbudowy własnej floty wojennej, a poza tym uważali iż animozje i wzajemne sprzeczności pomiędzy Londynem i Paryżem są tak wielkie, że te państwa nigdy nie będą w stanie się porozumieć, ani tym bardziej zawiązać jakiegokolwiek antyniemieckiego sojuszu. Pomylili się jednak, gdyż w obliczu rodzącego się wspólnego zagrożenia (a takim zagrożeniem dla obu tych państw były zjednoczone i potężne Niemcy), nawet najwięksi wrogowie są w stanie skutecznie się pojednać. Polityka zmierzająca do wzajemnego zbliżenia, prowadzona przez takich ludzi jak właśnie Edward VII, czy francuski minister spraw zagranicznych - Theophile Delcasse, wybitnie przyczyniła się do zakończenia wzajemnych brytyjsko-francuskich niesnasek i zmiany polityki obu tych państw.
 
 

 
Pierwszym poważnym krokiem, podjętym ku wzajemnemu pojednaniu, była wizyta króla Edwarda VII we Francji (1 maja 1903 r. przybył on do Paryża). Król od samego początku chciał nadać tej wizycie najbardziej oficjalny charakter, licząc na to że szerokie nagłośnienie tej wizyty, może jedynie przysłużyć się wzajemnemu pojednaniu i dać nauczkę Niemcom że nie wszystko, co na pierwszy rzut oka wydaje się niemożliwe, jest tym w rzeczywistości. Niestety, początkowo doszło do kilku nieprzyjemnych incydentów, gdy na trasie królewskiego powozu zgromadzony tłum Francuzów zaczął skandować: "Niech żyją Burowie!", "Niech żyje Rosja!" (Wielka Brytania w 1902 r. zawarła sojusz z Japonią wymierzony w ekspansywną politykę rosyjską na Dalekim Wschodzie). Król jednak udawał że nie słyszy tych głosów i cały czas się uśmiechał oraz kłaniał na prawo i lewo. Wieczorem, gdy monarcha - w towarzystwie prezydenta Republiki Emila Loubeta - udał się do teatru, tam również podniosły się nieprzyjazne, antybrytyjskie głosy i gdy Loubet zaczął przepraszać króla za ten nietakt, ten odrzekł: "Nic nie szkodzi, ja nic nie słyszę". Zaś po zakończeniu widowiska wyszedł ze swej loży na spacer po kuluarach teatru, podszedł do aktorki - Joanny Granier, ucałował jej dłoń i rzekł: "Mademoiselle, była pani niezwykła, tak jak wtedy, gdy podziwiałem panią w Londynie". W ciągu kilku kolejnych dni król pokazywał się publicznie na wyścigach konnych i w operze, wszędzie wyrażając się pochlebnie o Francji i Francuzach oraz udając że nie słyszy haseł wymierzonych w jego kraj. Podczas oficjalnego obiadu, wydanego przez prezydenta Loubeta, Edward VII wzniósł toast, mówiąc: "Znam Paryż od dzieciństwa. Wielbię piękno tego miasta, jedynego na świecie. Wielbię umysłowość jego mieszkańców". Takimi właśnie gestami szybko spowodował zmianę nastawienia francuskiej opinii publicznej i gdy wyjeżdżał z Paryża, wołano już doń "Niech żyje król!". Było to pierwsze, choć niezwykle solidne skruszenie lodu, dzielącego dotąd oba te narody. W lipcu 1903 r. zaś z rewizytą przybył do Londynu prezydent Emil Loubet.
 
 
 JOHN BULL I MARIANNA IDĄ RAZEM, 
WBREW KAJZEROWI WILHELMOWI
 

 
8 kwietnia 1904 r. zostało zawarte pomiędzy Wielką Brytanią a Francją "Serdeczne Porozumienie", które jednak w rzeczywistości nie miało ani charakteru politycznego, ani wojskowego. Tworzyły go bowiem trzy konwencje. W pierwszej Francja zrzekała się niektórych przywilejów związanych z połowem ryb w Nowej Fundlandii, otrzymując w zamian nowe nabytki terytorialne w Senegalu i Nigerii. W drugiej ustanowiono wspólny francusko-brytyjski zarząd nad Nowymi Hybrydami, oraz rozdzielono strefy wpływów obu państw w Syjamie. W trzeciej zaś (i najważniejszej) konwencji, Francja ostatecznie uznawała brytyjskie wpływy w Egipcie, zaś Wielka Brytania francuskie wpływy w Maroku. Do tego układu dołączone były również tajne klauzule (ujawnione w 1911 r.), które przewidywały zmianę statusu politycznego (aż do utworzenia protektoratów) zarówno Egiptu jak i Maroka. Układ ten nie był więc bezpośrednio skierowany przeciwko jakiemukolwiek innemu państwu, ale jednocześnie tworzył formalny sojusz brytyjsko-francuski, który mógł zmienić się w sojusz polityczny i militarny w wypadku np. niemieckiej agresji na którekolwiek z tych dwóch państw. Szybko jednak ta obopólna umowa została wystawiona na szwank, gdy 6 lutego 1904 r. Japonia (wspierana przez Wielką Brytanię) zerwała stosunki dyplomatyczne z Rosją (sojuszniczką Francji), a 8 lutego flota wojenna Cesarstwa Japonii zaatakowała w Porcie Artur w Mandżurii tamtejszą rosyjską Flotę Pacyfiku. 27 marca Port Artur został skutecznie zablokowany, zaś 25 lutego, 9 marca, 27 marca i 5 maja Japończycy dokonali desantów pod Liaotang i w Korei, bardzo szybko zmuszając Rosjan do odwrotu z Mandżurii. Wychowani w oparciu o samurajski kodeks busido, nacierali żołnierze japońscy na wroga z prawdziwą pogardą dla śmierci (w tym samym 1904 r. baron Suyematsu w liście do lorda Newtona, tak opisywał japońską armię: "Ta część wychowania wojskowego, którą nazywamy kształceniem ducha, do której przywiązujemy największą wagę i która w swojej istocie jest nauczaniem o wysokiej wartości etycznej, wpaja mężczyznom wzniosłe uczucia moralne, zwłaszcza w tym, co dotyczy patriotyzmu i prawości"). Jakież było więc zdziwienie, gdy ta pogardzana Japonia, rozgromiła armię rosyjską w Mandżurii i zniszczyła rosyjską Flotę Pacyfiku oraz wysłaną jako wsparcie Flotę Bałtycką (27-28 maja 1905 r. w bitwie pod Cuszimą). Tam właśnie "Złote Chryzantemy" udowodniły ostatecznie że Rosja jest jedynie kolosem na glinianych nogach (nie pomogły też modły, odprawiane przez admirała Zinowija Rożestwienskiego na jego okręcie flagowym).
 
 
 
 

 
Należy też dodać, że jeszcze w 1904 r. do Tokio udał się z propozycją sojuszu, polegającego na wywołaniu antyrosyjskiego powstania w Kongresówce - Józef Piłsudski w towarzystwie Tytusa Filipowicza (inna sprawa czy takie powstanie miałoby wówczas w ogóle szanse powodzenia). Niewiele tam jednak zyskali i w zasadzie na deklaracjach bez pokrycia się skończyło (aby storpedować owe porozumienie intensywnie wówczas działał, obecny również w Japonii - Roman Dmowski), jednak otworzyło to drogę do porozumienia na przyszłość, gdy kontakty polsko-japońskie od lat 20-tych XX wieku były bardzo intensywne, zaś japońscy oficerowie szkolili się z techniki dekryptażu i technik wywiadowczych właśnie w Polsce (Japonia była też jedynym państwem Bloku Osi, przeciwko któremu polscy żołnierze odmówili walki - co prawda z Włochami również oficjalnie nie walczyliśmy, ale np. podczas obrony Tobruku w Libii, trudno było rozróżnić czy atakują Niemcy czy Włosi - gdy więc w 1941 r. Amerykanie i Brytyjczycy chcieli skierować - w ramach sojuszniczego wsparcia - kilka polskich okrętów na Pacyfik. Padło wówczas z ust polskich marynarzy jasne i zdecydowane: "Z Japończykami nie walczymy!" Zrezygnowano więc z planu posłania tam polskich okrętów). W czasie II Wojny Światowej Japończycy zaopiekowali się też polskimi dziećmi, które przeszły przez piekło sowieckich sierocińców i ostatecznie trafiły do Japonii. Po wojnie zaś dochodziło nawet i do mieszanych małżeństw polsko-japońskich, a jeden z chłopców urodzony z takich związków. wypowiedział takie oto słowa: "Nie lubię Ruskich, bo zabrali nam Lwów i Kuryle". Na temat współpracy Polaków z Japończykami mógłbym się rozpisywać dość długo, ale jednak nie tego dotyczy temat, tak więc wracam do głównego wątku.
 
 

 
Wojna z Japonią odsłoniła nieudolność dowództwa i administracji rosyjskiej, a klęska poniesiona w tej wojnie była jeszcze większa, niż ta, z czasów wojny krymskiej (1853-1856). Autorytet samodzierżawia legł w gruzach, a potęgujące się administracyjne nonsensy (jak na przykład walka rządu z ambulansami szpitalnymi, tylko dlatego że wyekwipowały je i wysłały na front lokalne ziemstwa), zaś minister spraw wewnętrznych - Wiaczesław Plehve, w samym tylko 1904 r. pod byle pretekstem kazał aresztować ponad 60 000 "przestępców politycznych", kierując ich albo do więzień, albo też na Syberię. Plehve zginął w lipcu 1904 r. w zamachu bombowym w Petersburgu, a jego następca - książę Piotr Światopełk-Mirski (notabene o polskich korzeniach, który zapewne był jednym z członków tzw.: "prometejskiej konspiracji", do której to należało tak wielu różniących się ideowo ludzi - których jedynym celem stało się rozbicie Rosji i wyzwolenie uciemiężonych przez nią narodów), wcale nie był lepszy. Dochodziło do wielu tak bzdurnych zarządzeń administracyjnych, które jawnie wręcz nawoływały do wybuchu społecznego niezadowolenia, a nawet do jakiejś powszechnej rewolucji społeczno-politycznej. Świętopełk-Mirski wcale jednak nie dążył do ich rozładowania, a wręcz przeciwnie - działał tak, jakby z premedytacją chciał by owa rewolucja wybuchła i by pokryła Rosję w politycznej anarchii i bezładzie. Ciekawe, co też ten arystokrata (który zezwolił by litewskie i białoruskie teksty ponownie pisano alfabetem polskim, a nie cyrylicą czy grażdanką) miał na celu? W każdym razie aby opisać powstanie Trójporozumienia (Francja - Rosja - Wielka Brytania), należy na moment przyjrzeć się wydarzeniom, które miały miejsce w Rosji w latach 1905-1907. Doszło bowiem wówczas do rewolucji, która za cel postawiła sobie ostateczne osłabienie caratu, a nawet doprowadzenie do jego upadku, co skutkowałoby rozbiciem Imperium Rosyjskiego i wyzwoleniem wielu ujarzmionych w tym "więzieniu ludów" narodów. Jakie jednak były jej konsekwencje i kto skorzystał na owej Rewolucji 1905 r. - o tym opowiem już w kolejnej części Walkirii... 
 
  
 
PIOTR ŚWIATOPEŁK-MIRSKI


 
 CDN.
 

poniedziałek, 12 października 2020

EROTYCZNA PRZYPOWIASTKA

 ON I ONA DRODZY MILI, 

CO TEŻ RAZEM WYPRAWILI?

 
 

 
 
ZE WZGLĘDU NA BRAK CZASU I ZWIĄZANE Z TYM OBOWIĄZKI ZAWODOWE, DZIŚ JEDYNIE KRÓTKA EROTYCZNA PRZYPOWIASTKA Z LAT MŁODOŚCI MOICH DZIADKÓW. JUTRO ZAŚ POSTARAM SIĘ NIECO NADROBIĆ STRACONY CZAS.
 
 
 

 
 

ONA I ON:

 
 
 
 
 
SPACERUJĄ ALEJAMI,
ON JĄ BAWI DUSERAMI.
I NIEDŁUGO - CZY TEŻ WIECIE?
ZNALEŹLI SIĘ W GABINECIE.
 
MIAŁA PARKA DOŚĆ ZAJĘCIA,
ON JĄ CZULE WZIĄŁ W OBJĘCIA
I SPIJAJĄC Z UST NEKTARY
ŚCISKAŁ RÓWNIEŻ ZADEK JARY.
 
PO KOLACJI I SZAMPANIE
MIELI CHĘTKĘ NA KOCHANIE.
LECZ NIE BYLI ZBYT NACHALNI
BO PRZESZLI ZGODNIE DO SYPIALNI.
 
CHŁOPIEC BAWI SWĄ DZIEWECZKĘ
I ZDEJMUJE Z NIEJ HALECZKĘ,
AŻ OBNAŻYŁ CAŁKOWICIE,
BY DAĆ RADOŚĆ SWOJEJ PYCIE.
 
DZIEWCZĘ PRZED NIM SIĘ KRYGUJE
ON BUCIKI SWE ZDEJMUJE,
SPODNIE, KRAWAT, KALESONY,
AŻ ODSŁONIŁ SWOJE DZWONY.
 
ON JEJ PIERSI PIEŚCI MAŁE,
ONA ZNOWUŻ JEGO PAŁĘ
BIERZE W CZUŁĄ SWOJĄ RĄCZKĘ,
BY ROZPALIĆ W NIM GORĄCZKĘ.
 
WIELE MIELI ROZKOSZY I WIELE KOCHANIA,
DZIEWCZĘ NIECO WSTYDLIWIE OCZĘTA ZASŁANIA.
WIDAĆ JESZCZE NIE DOŚĆ TEJ ROZKOSZY MAJĄ
BO NADAL PIERŚ I (-)UJA W SWYCH RĄCZKACH TRZYMAJĄ.
 
WPROWADZIWSZY GO W STAN BŁOGI
WPUŚCIŁA GO MIĘDZY NOGI.
ON JĄ ZA PÓŁDUPKI ŁAPIE,
I MINETKĘ ZARAZ CHLAPIE.
 
RÓŻNE TEŻ SPOSOBY MIELI
WIĘC GDY NA KRZEŚLE SIEDZIELI,
ON JĄ HUŚTA HOPSA-SA-SA
WCIĄŻ JEJ GŁĘBIEJ TKA KUT...A.
 
MŁODZIAN NIEZŁĄ MIAŁ ROBOTĘ
CO WSADZIŁ CHU...A W CIASNĄ GROTĘ.
CORAZ BARDZIEJ W GŁĄB SIĘ WWIERCA
CHCIAŁBY KOŃCEM MUSNĄĆ SERCA.
 
ON CHCĄC ZGRYWAĆ OFICERA
W INNY SPOSÓB SIĘ ZABIERA.
JAK TO BĘDZIE NIE WIE ONA,
WZIĄŁ JEJ NOGI NA RAMIONA,
NIE ŻAŁUJĄC SWOICH SIŁ,
PCHA SWÓJ WAŁEK DLA NIEJ W TYŁ.
 
WIELE WZRUSZEŃ JUŻ PRZEŻYŁA
WIĘC SIĘ NA NIM POŁOŻYŁA,
BY ROZKOSZY MIEĆ DO SYTA.
POD NIĄ JAJA W DUPIE PYTA.
 
A TA FAZA MIŁOSNEGO SPLOTU
POZBAWI ICH NA CHWILĘ JURNEGO POLOTU.
PRZESTANĄ DRGAĆ ROZKOSZĄ JEJ NAMIĘTNE CHCICE,
GDY MŁODZIAN GORĄCYM POTOKIEM ZARZYGA MACICĘ.
 
JEST METODA W STYLU JEŹDŹCA,
ŻE SIĘ ROBI OSTROJEBCA.
TY NA DOLE, JA OD GÓRY
ŚLIZGAM WACKA DO TWEJ DZIURY.
 
POTEM RZEKŁ DO SWEJ PANIENKI,
CHOĆ, WSTĄPIMY DO ŁAZIENKI.
BASEN Z WODĄ JEST GOTOWY
PRZETESTUJEMY FASON NOWY.
 
TĘ CHWILĘ ROZSTANIA PRZYJMUJĄ NIECHĘTNIE
I PO RAZ OSTATNI TULĄ SIĘ NAMIĘTNIE.
NIE MA MIĘDZY NIMI NI ŻALU, NI SKARGI
I W POŻEGNALNYM UŚCISKU GNIOTĄ SWE SKARBY.
 
 





 
 

sobota, 10 października 2020

MEMORIAM - Cz. XIX

 VIRGINES VESTALES i TRZY CIOSY

 
 

 
 

UMIŁOWANY POKÓJ

I ZŁUDNE NADZIEJE

SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT

Cz. IV

 
 

 
 
SPARTAKUS ZWYCIĘSKI
 
 
 Po zwycięstwie pod Wezuwiuszem nad siłami propretora - Klaudiusza Glabera, do gladiatorów Spartakusa zaczęli przyłączać się zbiegli od swych panów lokalni niewolnicy, miejscowi zawadiacy, a nawet okoliczni pasterze owiec. Wszyscy oni liczyli na poprawę własnego losu i zdobycie bogatych łupów na możnych panach. Spowodowało to, że już jesienią 73 r. p.n.e. armia niewolnicza liczyła ok. 70 000 ludzi. Co prawda znaczna ich liczba to byli ludzie nieobyci z bronią i nie znający się na walce oraz kobiety, ale i tak spora część z nich nadawała się do walki orężnej. A tymczasem Kwiryci znów zlekceważyli buntownika i cały ten - niezwykle niebezpieczny dla państwa - niewolniczy zryw. Co prawda powierzono kolejne dowództwo pretorowi Publiuszowi Waryniuszowi, ale przydzielono mu zaledwie jeden legion, wsparty niewielkimi kontyngentami posiłkowymi (łącznie siły Waryniusza liczyły ok. 12 000 żołnierzy), zaś sam pretor również nie odznaczał się rozsądkiem. Wiedząc o zupełnej klęsce sił Glabera (w liczbie 3 000 żołnierzy), dodatkowo podzielił on swoje siły na trzy części, licząc na to, że wycofujący się spod Wezuwiusza Spartakus, ze względu na znaczną liczbę zbiegłych doń ludzi, będzie zmuszony poruszać się wolno, co ułatwiłoby atak Rzymian w dowolnym kierunku i w wybranym przez nich momencie. Niestety, ów niewolnik jakim był Spartakus, doskonale zdawał sobie sprawę ze swego położenia - co też przemawia za jego królewskim pochodzeniem (nie ma żadnych dowodów że Spartakus wywodził się z królewskiego rodu, ani że był spokrewniony z dynastią Spartokidów z Bosforu Kimmeryjskiego. Tę informację przekazywali autorzy antyczni, aby tym samym udowodnić że jedynie ktoś wywodzący się ze szlachetnego rodu mógł skutecznie stawić czoła Rzymianom w walce). Wiedział też że odwrót spod góry wystawi go na ataki Rzymian i zmusi jedynie do obrony. Postanowił więc samemu przejść do kontrataku i po kolei zaczaił się na trzy podzielone oddziały Waryniusza. 
 
Najpierw zasadził się na siły (liczące ok. 3 000 legionistów) pod dowództwem niejakiego Furiusza. Uderzył na nie nocą, rozbił i zmusił do ucieczki. Następnie przygotował zasadzkę na dowódcę drugiego oddziału - Kossyniusza. Spartakus początkowo planował uderzyć na niego (i go porwać), gdy ten zatrzymał się w rejonie Salin i zażywał tam kąpieli. Kossyniusz postąpił bardzo nierozważnie, bo nie tylko zlekceważył przeciwnika, ale również zachowywał się tak, jakby wyjechał sobie na odpoczynek, stąd też praktycznie nie miał przy sobie ochrony. Gdy więc Spartakus uderzył i odgłos zbliżającego się nieprzyjaciela dotarł do uszu Rzymianina, ten czym prędzej uszedł stamtąd, wybiegając nagi i mokry prosto z wanny, po czym dosiadł konia i w towarzystwie zaledwie kilku żołnierzy dotarł do swego oddziału. Spartakus zdobył jednak cały jego sprzęt i rzeczy osobiste, a potem ruszył ku niemu i zajął cały jego obóz, likwidując tym samym drugi wydzielony oddział Waryniusza (Kossyniusz poległ w tej walce). Mając już zdecydowaną przewagę liczebną, ruszył teraz Spartakus na niewielkie siły samego Waryniusza, okrążył je i doszczętnie rozbił (grudzień 73 r. p.n.e.), tym samym likwidując drugą już wysłaną przeciwko niemu armię Rzymian. Po tych zwycięstwach w całej Kampanii, Lukanii, Samnium i Apulii zapanowała wielka trwoga. Co bogatsi obywatele uciekali do Rzymu w obawie o własne życie, gdyż ataki na większe majątki Kwirytów należały do głównych praktyk niewolniczej armii Spartakusa. Zrabowane złoto i inne kosztowności, stanowiły jednak własność ogółu i były przeznaczane na zakup uzbrojenia od kupców, którzy nieodłącznie towarzyszyli buntownikom, stale dostarczając im żelazo lub spiż. Dużym problemem był właśnie brak wystarczającej ilości broni dla tak licznej armii niewolniczej, dlatego też dodatkowo uruchomiono własną produkcję potrzebnego sprzętu (w oddziałach Spartakusa było wielu zbiegłych kowali i rzemieślników, którzy doskonale znali się na produkcji broni, zaś potrzebne produkty dostarczali kupcy, którym płacono zrabowanym z okolicznych latyfundiów rzymskim złotem i srebrem).
 
 

 
Znacznie gorzej wyglądała kwestia zaopatrzenia w żywność - szczególnie przy tak wielkiej ilości ludzi, jaka znajdowała się wówczas w szeregach armii Spartakusa. Jedyną możliwością pozyskiwania żywności były ataki na majątki nobilów i ekwitów oraz zabranie stamtąd wszystkiego, co tylko nadawało się do zjedzenia. Zasady jakie wprowadził Spartakus (wszystko wspólne, nawet broń, zakaz posiadania czegokolwiek więcej, niż tego co potrzebne jest do niezbędnej egzystencji) budziły niezadowolenie, tym bardziej że zarówno gladiatorzy jak i zbiegli niewolnicy pałali chęcią zemsty na swych panach i rwali się do mordów, grabieży i gwałtów. Oczywiście licznie do nich dochodziło (nie można było tego uniknąć z wiadomych względów, ale Spartakus starał się przynajmniej ograniczać ataki na drobnych właścicieli - których i tak w tym czasie było już niewielu w Italii - prowadząc swoje wojsko często przez górskie szlaki, lub też trudno dostępnymi drogami, co też stwarzało wiele niebezpieczeństw. Poza tym wódz zbuntowanych niewolników wybierał tereny, na których było wiele latyfundiów, aby tym samym uzupełnić braki w aprowizacji, oraz dać możliwość wyżycia się swym ludziom na wielkich panach), jednak ofiarami padali głównie nobilowie lub ekwici (choć częste był też i ataki na zwykłych chłopów, szczególnie podejmowane na własną rękę przez grupki niezadowolonych niewolników, które czasem odłączały się od głównej armii, aby rabować i gwałcić). Spartakus poprowadził swoich ludzi do Lukanii i Brutium, a tam stanęli na leża zimowe (roku 73/72 p.n.e.) pod Thurioi. Lecz wciąż dołączający nowi niewolnicy, spowodowali że rejon gwałtów tej buntowniczej armii sięgał Cosentii na południu (w czasie zimy oddziały Spartakusa wzrosły do ponad 100 000 ludzi - choć wśród nich nie brakowało też i kobiet z dziećmi oraz kalek nie nadających się do walki orężnej. Tym ludziom też trzeba było zapewnić żywność, a Spartakus - nawet jeśliby chciał, nie mógł ich wypędzić, gdyż tym samym skazałby siebie i swoją armię na brak pomocy ubogiej lokalnej ludności i niewolników, a to byłby początek jego klęski). 
 
 

 
Senat dopiero teraz, z końcem roku przejrzał na oczy i uświadomił sobie że bunt gladiatorów z Kapui nie jest tylko lokalną, mało znaczącą ruchawką, lecz groźnym powstaniem, które może wręcz przerodzić się w nową wojnę w samej Italii i zagrozić Rzymowi w jego bezpośredniej egzystencji. Wiosną (72 r. p.n.e.) powstańcza armia Spartakusa ruszyła spod Thurioi w Brutium na północ do Lukanii. Tam podstępem (nie miał bowiem ani sprzętu oblężniczego ani też żadnego doświadczenia w walkach o miasta), opanował miasto Metapontum. Tam też od razu dała się poznać różnica wynikająca z podejścia niewolników wiejskich i niewolników miejskich do jego buntu. Otóż bowiem jeśli niewolnicy wiejscy często uciekali od swych właścicieli i przyłączali się do armii Spartakusa, o tyle niewolnicy miejscy wprost przeciwnie - pozostawali wierni swym panom i woleli niewolę niż niepewny los ściganego buntownika (zresztą niewolnicy miejscy mieli w głębokiej pogardzie niewolników wiejskich, uważając ich za gorszych od siebie. Trudno się zresztą dziwić, gdyż tamci żyli w bardzo trudnych warunkach, ciężko pracując praktycznie od świtu do zmierzchu, więc nocą jedyne czego pragnęli to było tych parę godzin snu. Natomiast niewolnicy w miastach żyli o wiele wygodniej - jeśli byli własnością możnego i bogatego pana, to nawet ich stroje były lepsze niż ubrania wolnych, choć ubogich Rzymian. Poza tym nie musieli martwić się o jedzenie, gdyż mieli pewną strawę w domu swego właściciela). Warto też w tym miejscu przytoczyć opowieść Tytusa Macciusza Plauta o dwóch niewolnikach w jego dziele pt.: "Mostellaria" ("Strachy"), w którym dokładnie opisuje owe antagonistyczne postawy:


"Grunio - niewolnik zatrudniony w posiadłości wiejskiej.
Tranio - niewolnik w domu pana w Atenach, zaufany młodego panicza.
 
Grunio (przyszedł ze wsi z koszykami po paszę, stoi przed domem i woła do siedzącego w kuchni Traniona) :Ty, może byś tak wyszedł z tej kuchni, gałganie! Bo tam siedzisz wśród rondli i drzesz się tu ze mną. No, wyjdźże z tego domu, zgubo twego pana! Czekaj, ja ci odpłacę - bym tak zdrów był - na wsi! Wyjdź mówię, smrodzie, z kuchni, czemu się ukrywasz? 
 
Tranio (wychodzi): Co za wrzaski wyprawiasz, chorobo, przed domem? Czy myślisz, żeś jest na wsi? Odsuń się od domu. Idź na wieś, idź do diabła, odejdź stąd, od drzwi. (Wali go w gębę) Masz! - Po coś tu przyszedł?
 
Grunio: Oj, po cóż mnie bijesz? 
 
Tranio: Boś jest po to! 
 
Grunio (płaczliwie): Dobrze, - dobrze! Niech no stary wróci! Niech tylko wróci cało ten, co ty go zjadasz!
 
Tranio: Bredzisz, kołku, To nawet nieprawdopodobne! Tak jakby mógł ktoś kogoś zjeść w nieobecności!  

Grunio: Więc ty, miejski elegant, faworyt ulicy, Mnie wsią oczy wycierasz? To stąd myślę, Tranio, że wiesz, iż cię niebawem do żaren oddadzą. Dalibóg, w krótkim czasie powiększysz, mój Tranio, liczbę wiejskich mieszkańców, "w żelaza ubranych"! Teraz, póki ci wolno, pij, rujnuj majątek, psuj panicza naszego, wzorowego chłopca, przez dnie całe i noce - pijcie, lampartujcie, dziewki sobie kupujcie, wyzwalajcie, paście pieczeniarzy, kupujcie najdroższe przysmaki! To ci stary przykazał, gdy w drogę wyruszał? W takim tutaj swe mienie zastanie porządku? Więc to, myślisz, należy do sługi dobrego, mienie pańskie rujnować, psuć syna pańskiego? Bo on, mówię, zepsuty, jeśli tym się para! Co dotychczas wśród całej attyckiej młodzieży nikt nie był tak oszczędny - mówili - i skromny, jak on: teraz jest pierwszy w całkiem innych rzeczach! To jest twoja zasługa i twoje nauki!
 
Tranio: Co ci do mnie, chorobo, i do mego życia? Czy mało na wsi wołów, byś się o nie troszczył? Chce mi się tu pić, kochać i dziewki sprowadzać! Ja moim grzbietem za to, nie twoim, nałożę! 
 
Grunio: O, jaki pewny siebie!
 
Tranio: A niechże cię Jowisz, wszystkie bogi zatracą! A pfuj! Śmierdzisz czosnkiem - Gnoju czysty, ty chamie, koźle, świński chlewie - psim smrodem razem z koźlim! 
 
Grunio: Trudno, cóż poradzić? Nie wszyscy mogą pachnąć olejkiem zamorskim. Jak ty - leżeć przy stole na miejscu dostojnym i takie wyszukane, jak ty, jeść potrawy. Trzymaj sobie te ryby, drób, synogarlice! A ja, niechże się karmię, jak mój los, mym czosnkiem, tyś szczęśliwy - ja biedny. Trudno, niech tak będzie. Mnie niech czeka me dobro, a ciebie zło twoje. 
 
Tranio: A więc ty mi zazdrościsz, jak ja widzę, Grunio, że mnie dobrze, źle tobie. Wszak to jak najsłuszniej: mnie przystoi się kochać, a tobie paść woły. Mnie przystoi żyć pięknie, a tobie w psi sposób. 
 
Grunio: O ty, sito katowskie! Ja wiem, że tak będzie. Bo cię bodźcem zdziurawię, gnając rozpiętego przez ulice - gdy tylko stary tu powróci! 
 
Tranio: Skąd wiesz? Może to ciebie, pierwej niż mnie, spotka? 
 
Grunio: O - nigdym nie zasłużył. Ty - zawsze i teraz!
 
Tranio: Możesz sobie oszczędzić twojego gadania, jeśli nie chcesz oberwać... czegoś potężnego!
 
Grunio: Dacie wykę dla wołów, żebym mógł ją zabrać? Sypcie groszem szubrawcom i róbcie tak dalej, jakeście już zaczęli: pijcie, lampartujcie, żrejcie, pchajcie w swe brzuchy, jadło kiereszujcie!
 
Tranio: Bądź cicho i idź na wieś! Ja do Pireusu iść muszę, ryby kupić, dziś wieczór potrzebne, wykę ci tam ktoś jutro na folwark przyniesie. Co się tak na mnie gapisz? Ty szubieniczniku!
 
Grunio: To będzie twoje imię, ja myślę, niebawem!
 
Tranio: Jak długo jest "tymczasem", nie dbam o "niebawem"! 
 
Grunio: Dobrze, lecz wiedz to jedno, że o wiele szybciej to przychodzi, co przykre, niż to, czego pragniesz!
 
Tranio: Więc mi się nie naprzykrzaj - odsuń się, idź na wieś! Już ja ci się tu dłużej nie dam zatrzymywać! (Odchodzi do portu).

Grunio: Więc poszedł! I nic nie dba o wszystko, com mówił! Bogowie nieśmiertelni! Bądźcie miłościwi! Zrządźcie, niech tu powróci najprędzej nasz stary, od trzech lat nieobecny - nim wszystko przepadnie, i rola, i domostwa, bo jeśli nie wróci - Zostaną resztki ledwie na parę miesięcy. Teraz na wieś odchodzę. A otóż syn pański, złajdaczony! - A dawniej był wzorem młodzieńca!"
 
 

 
Po uzupełnieniu zapasów w Metapontum, Spartakus skierował się następnie ku Tarentowi - dużemu miastu w południowej Italii i zajął je takim samym sposobem jak wcześniej Metapont. To właśnie tam zapewne powstał plan dalszych zbrojnych działań zbuntowanych niewolników, którzy musieli wybrać co dalej zamierzają czynić. Spartakus twierdził że należy iść na północ, w kierunku Alp, a po ich przekorczeniu niewolnicy i gladiatorzy mieli się rozejść do swych rodzinnych krajów. Planowano pierwotnie wspólny marsz do Umbrii i tam rozdzielenie sił: Galowie i Iberowie mieli skierować się na zachód idąc przez Ligurię i omijając góry, natomiast Iliryjczycy, Trakowie i Germanie poszliby na wschód ku kraju Lingonów i dalej ku Karnom i Pannonom. Plan ten jednak nie zyskał akceptacji wśród samych dowódców buntu, do których (prócz Spartkausa) należeli Kriksos z Galii, Celt Gannikus o nieznanym pochodzeniu, oraz Ojnomaos i Kastus - obaj z Galii. Największe zastrzeżenia co do tego planu miał Kriksos, który stwierdził że Rzymianie są słabi i można ich zniszczyć na italskiej ziemi, bez konieczności ucieczki na północ. Spartakus jednak rozsądnie zauważał, że jeśli rebelia ma się powieść, to nie może trwać w nieskończoność i na pewno nie w Italii, gdzie Rzymianie mają stałą bazę rekrutacyjną - również wśród sojuszników. Przecież Italikowie, którzy jeszcze dwadzieścia lat wcześniej toczyli z Rzymem krwawą wojnę domową w Italii, teraz wcale nie palili się do zasilania sił Spartakusa, a wręcz przeciwnie pozostawali wierni Rzymowi. Zapewne miało to związek z przyznaniem im już siedemnaście lat wcześniej obywatelstwa rzymskiego, a także z żywą wciąż pamięcią okrucieństw, jakich dopuszczali się niewolnicy, walczący w czasie wojny domowej pod rzymskimi rozkazami. Nic więc dziwnego, że teraz ci sami ludzie nie zamierzali przykładać ręki do pomocy zbuntowanym niewolnikom - mordercom ich rodzin. Dlatego też Spartakus zdawał sobie sprawę, że wojna w Italii prowadzi do klęski i śmierci wszystkich niewolników zasilających jego szeregi, a jedyną nadzieją na ocalenie było opuszczenie tej "przeklętej italskiej ziemi" i wyjście do swoich ojczyzn, gdzie Rzymianie z pewnością już nie mogiliby ich ścigać.
 
 


Kriksos jednak postawił na swoim i zgromadził wokół siebie 30 000 takich samych zwolenników pozostania w Italii, którzy roili nawet o ataku na Rzym. Wiekszość niewolników którzy poszli za Kriksosem, to byli Germanie, część Galów i ci niewolnicy, którzy urodzili się już na italskiej ziemi w drugim, trzecim lub czwartym pokoleniu i nie znali oraz nie pamiętali swojej ojczyzny. Chcieli też dalej plądrować, gwałcić i zabijać znienawidzonych Rzymian, a poza tym nie odpowiadała im żelazna dyscyplina, wprowadzona przez Spartakusa i zakaz gromadzenia zrabowanych kosztowności. Zresztą Kriksos wystąpił z planem wyzwolenia wszystkich niewolników w Italii i wywłaszczenia majątków zajętych przez nobilitas i ekwitów, a następnie przekazania ich w ręce niewolników i Italików (aby zyskać ich poparcie). Plan był niezwykle ambitny, niestety - nierealny. Kriksos dysponował zbyt małymi siłami aby w ogóle mógł pokusić się o zbliżenie do Rzymu, nie mówiąc już o zajęciu całej Italii i rozpoczęcia realizacji swego planu. Spartakus, Gannikus i Ojnomaos dostrzegali to, czego nie chciał widzieć Kriksos - dłuższe pozostanie w Italii było niemożliwe, tym bardziej że wciąż były duże braki w aprowizacji, a nie można było też liczyć na to, że armia niewolnicza wykarmi się rabunkami zajętych na Kwirytach majątków ziemskich. Jedynym wyjściem było opuszczenie Italii i marsz za Alpy, tylko problem polegał na tym, że nie było wiadomo co potem czynić dalej. Czego mieli szukać niewolnicy urodzeni i wychowani w słonecznej Italii, w zimnych i nieprzystępnych krajach Północy, wśród ludów, które żyły w szałasach i nie znały wszelkich dobrodziejstw grecko-rzymskiej cywilizacji? Było więc oczywiste że ci niewolnicy nie zgodzą się na opuszczenie ziemi swych narodzin tylko po to, by podążać do krajów jakichś dzikich barbarzyńców, z których ręki również mogli zginąć. Nastąpił więc podział i oddział pod dowództwem Kriksosa opuścił główne siły niewolniczej armii Spartakusa.
 
A tymczasem senat wystawił do walki z buntownikami aż dwie armie konsularne. Pierwsza pod wodzą konsula Lucjusza Gelliusza Publikoli (przyjaciela Cycerona) a druga pod dowództwem konsula Gnejusza Korneliusza Lentulusa (przyjaciela Pompejusza). Łącznie siły Republiki liczyły ok. 45 000 żółnierzy, jednak obaj konsulowie nie działali razem, tylko znów podzielili swoje armie i skierowali się: Gelliusz przeciwko Kriksosowi, zaś Lentulus ruszył na Spartakusa. Gdy więc siły Kriksosa udały się do północnej Apulii, podążył za nimi również i Gelliusz, który dopadł niewolników pod górą Garganus. Doszło wówczas do bitwy, jednak nie uczestniczył w niej sam Gelliusz (kto wie, być może obawiał się klęski?), tylko wyznaczył dowódcą pretora Kwintusa Arriusza, a ten wyśmienicie pokierował wojskiem i zadał wielką klęskę buntownikom Kriksosa (sam Kriksos poległ wśród swych towarzyszy), likwidując tym samym całą germańsko-italską odnogę buntu. Spartakus znajdował się wówczas w dość bliskiej odległości od toczącej się bitwy i na wiadomość o ataku armii Gelliusza na Kriksosa, natychmiast pospieszył temu drugiemu z odsieczą, lecz dotarł za późno i zdołał jedynie rozbić dopiero co zwycięskie legiony Gelliusza i Arriusza (uderzył w chwili, gdy Rzymianie w ogóle się tego nie spodziewali, będąc upojeni stosunkowo łatwym zwycięstwem nad Kriksosem). Wielu Rzymian poległo w tej bitwie, a ponad 300 dostało się do niewoli. Ostatecznie Spartakus wyprawił okazały pogrzeb Kriksosowi, oraz urządził swoiste igrzyska na których - jako gladiatorzy - musieli walczyć ze sobą wzięci do niewoli Rzymianie. Raz jeszcze Spartakus okazał się zwycięski i pomimo wystawienia podwójnej armii, znów Kwiryci niczego nie zyskali. Wciąż pozostawała co prawda armia konsula Lentulusa i w niej właśnie upatrywano nadzieje na ostateczne rozbicie sił buntowników.
 
 

 
A tymczasem Spartakus wyruszył na północ, idąc wschodnim pasem Italii ku Alpom. Jego siły liczyły ok. 100 000 ludzi i były tak liczne, że nie zezwalał już na dołączanie doń kolejnych grup zbiegłych niewolników (chyba że byli to ludzie doskonale obeznani z bronią i potrafiący walczyć - lecz takich nie było wielu). Miał zbyt dużo kobiet, dzieci i kalek, a idąc kolumnami, musiał kroczyć powoli i wyglądało to tak, że tył ostatniej kolumny na drugi dzień był dopiero tam, gdzie dnia poprzedniego wyruszał przód kolumny pierwszej. A tymczasem Lentulus, świadom trudności przeciwnika, zaszedł siły Spartakusa w rejonie Picenum. Obie armie przygotowywały się do nieuniknionego starcia, jednak Spartakus postanowił podstępem zwieść armię wroga i umieścił przed swym obozem wbite w ziemię pale, które przypominały wartowników, a dookoła kazał rozpalić ogniska, sam natomiast z większością swych sił opuścił obóz i ruszył na siły Lentulusa, zachodząc je z tyłu i z boku. Armia Spartakusa była uformowana podobnie jak legiony i podzielona na poszczególne centurie. Nie posiadała jednak zbyt wielu włóczni, co oznaczało że siły Spartaka dążyły do jak najszybszego starcia bezpośredniego i próby okrążenia przeciwnika. Okrążenie się co prawda nie udało (w końcu było to zawodowe wojsko, a nie hałastra zebrana po okolicy, jak w przypadku Glabera czy nawet Waryniusza), jednak zaskoczenie i tak było całkowite a Rzymianie poszli w rozsypkę, zaś niewolnicy zdobyli cały rzymski obóz wraz z zaopatrzeniem. Tak oto armia Lentulusa przestała istnieć. Spartakus rozkazał po bitwie spalić nieużyteczny sprzęt wojskowy, zarżnąć zwierzęta juczne i wymordować wszystkich jeńców, gdyż były to przeszkody, które mogły znacznie spowolnić marsz niewolników ku Alpom. Tym samym dawał jednocześnie do zrozumienia, że nie zamierza atakować Rzymu i pragnie jedynie wydostać się z Italii na północ. Jednak w Rzymie i tak wybuchła panika, podobna do tej, którą przed stu czterdziestu laty sprowokował Hannibal, czy też barbarzyńskie armie Cymbrów i Teutonów zaledwie trzydzieści lat wcześniej. Co prawda Rzym był otoczony murem serwiańskim, ale brakowało ludzi do jego obstawienia. W trwodze więc Kwiryci oczekiwali najgorszego.
 
 
 
 
Spartakus jednak nie był przygotowany do ataku na Rzym (nie uczynił tego nawet znacznie lepiej wyposażony i posiadający bardziej wyszkoloną armię - Hannibal, a co dopiero przywódca zgrai zrewoltowanych niewolników), a spalenie sprzętu, pozyskanego w rzymskim obozie Lentulusa było ostatecznym dowodem, iż atak taki w ogóle nie wchodzi w rachubę. Tak więc, gdy Spartakus skierował się w dalszy marsz ku północy, Kwiryci już nie zamierzali mu przeszkadzać, mając nadzieję że ostatecznie opuści on Italię i wszelki słuch po nim zaginie. Jednak prokonsul Galii Przedalpejskiej - Lucjusz Kassjusz - dysponujący dwoma legionami, postanowił zastąpić drogę buntownikom pod miejscowością Mutina w Dolinie Nadpadańskiej. Do kolejnej bitwy doszło więc już w połowie lipca (72 r. p.n.e.) po ok. czterech miesiącach intensywnego marszu Spartakusa na północ. Bitwa tam stoczona, to był kolejny już pogrom rzymskiej armii - dotąd uważanej za niepokonaną, a panika, jaka wybuchła w obozie Rzymian już po bitwie, spowodowała że Spartkaus prawie bez walki opanował samą Mutinę, gdzie niewolnicy uzupełnili brakujące zapasy (głównie żywności i broni) a następnie przygotowali się do dalszej drogi za rzekę Pad, gdzie Spartakus stanął na początku sierpnia. Droga do Alp stała teraz otworem i można było urzeczywistnić plany wyprowadzenia niewolniczych rzesz poza obszar rzymskiego świata i rzymskiej władzy. Jednak właśnie wówczas, już tam nad Padem, nastąpiła zdecydowana zmiana planów, która ostatecznie przywiodła Spartaka do klęski, a jego wojowników do hańbiącej śmierci na krzyżu.
 
 

 
     
CDN.