Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 12 kwietnia 2018

WŁADYSŁAW IV I PLANY WIELKIEJ WOJNY Z IMPERIUM OSMAŃSKIM - Cz. VII

CZYLI JAK TO KRÓL

RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV

PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE

CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO

W KONSTANTYNOPOLU


PONIEWAŻ CZĘŚĆ TEMATÓW MI SIĘ ZDUBLOWAŁA (JAK ZWYKLE), POZWOLĘ SOBIE POMINĄĆ TEMAT POLSKIEJ INTERWENCJI W ROSJI I ZAJĘCIU MOSKWY w 1610 r., PONIEWAŻ TEMAT TEN ZAMIERZAM DOKOŃCZYĆ W SERII "POLSKO-ROSYJSKIE STOŁECZNE PODCHODY" (ZRESZTĄ JUŻ WCZEŚNIEJ TEŻ W KILKU TEMATACH O NIM WSPOMINAŁEM). POMINĘ TEŻ KRÓTKI OKRES BEZKRÓLEWIA w 1632 r. I POCZĄTKÓW PANOWANIA KRÓLA WŁADYSŁAWA IV Z DYNASTII WAZÓW. UZNAŁEM BOWIEM ŻE TEMAT TEN JEST ZBYT DŁUGI I ZBYT WYCZERPUJĄCY, POZA TYM NIM PRZEJDĘ DO GŁÓWNEGO OPISU PRZYGOTOWAŃ DO SAMEJ KAMPANII TURECKIEJ KRÓLA WŁADYSŁAWA, MOŻE UPŁYNĄĆ NAWET Z KILKANAŚCIE CZĘŚCI. 

NIE MA TO WIĘKSZEGO SENSU, WIĘC OD TEGO POSTU PRZECHODZĘ JUŻ BEZPOŚREDNIO DO ROKU, W KTÓRYM TE PLANY ZAKIEŁKOWAŁY I DALEJ JE BEDĘ OPISYWAŁ, ANALIZOWAŁ I WYJAŚNIAŁ (Z TYM ŻE POSTARAM SIĘ ZAPREZENTOWAĆ JE NA TRZECH PŁASZCZYZNACH - PO PIERWSZE WYDARZENIA DZIEJĄCE SIĘ W RZECZYPOSPOLITEJ, PO DRUGIE W OSMAŃSKIEJ TURCJI, A GŁÓWNIE W KONSTANTYNOPOLU, ORAZ PO TRZECIE W... BAKCZYSARAJU, CZYLI STOLICY CHANATU KRYMSKIEGO (KTÓRY PRZECIEŻ MIAŁ STAĆ SIĘ PIERWSZYM CELEM CHRZEŚCIJAŃSKIEJ INWAZJI POLSKO-LITEWSKIEJ WŁADYSŁAWA IV)  




1645 r.

RZECZPOSPOLITA

Cz. I 





Wspaniałe to były czasy, niczym niezmąconego pokoju, który utrzymywał się już (nie licząc krótkotrwałych powstań kozackich Sulimy - 1635 r., Pawluka - 1637 r. i Ostranicy - 1638 r.), od ponad dekady. W całej Europie wówczas szalał złowrogi Mars, toczyły się krwawe wojny religijne od Skandynawii, po Niemcy, Niderlandy (Belgia, Holandia), Francję, Anglię, Szkocję, Irlandię, Hiszpanię, Włochy - wszędzie była wojna. Ale... nie w Rzeczpospolitej, cieszącej się niespotykanie długim wówczas okresem pokoju. Totalnie zniszczone długą, prawie trzydziestoletnią wojną były kraje niemieckie, w Anglii szalała rewolucja anty-monarchiczna (w rzeczywistości jednak był to konflikt protestantów liberałów, uosabianych w formie zwolenników klasycznego anglikanizmu, a protestanckimi radykałami, czyli purytanami. O co poszedł konflikt - prócz samego faktu zmniejszenia władzy monarchy? O to, czy katolików na Wyspach należy wyrżnąć od razu, czy też pozwolić im żyć, ale jako ludzi drugiej kategorii. Radykałowie, którzy gromadzili się w świątyniach i słuchali kazań pastorów, którzy przypominali mi każdego razu iż katolicy są pomiotem diabła i że wszyscy skończą w piekle. Ci ludzie, mocno wierzący - a to byli naprawdę mocno wierzący ludzie, wracali do domów i widzieli wokół siebie swych sąsiadów, którzy byli katolikami. Tyle się o nich nasłuchali, a ci żyli sobie obok - oczywiście odprawiając swój kult potajemnie. I nic się nie działo? Bóg nie pokarał ich za ich diabelskie knowania i herezje. To znaczy że my, jako wykonawcy woli bożej, musimy wziąć sprawy we własne ręce i... odesłać ich do piekła, gdzie i tak trafią. I oto właśnie również toczył się spór i cała ta rewolucja angielska lat 40-tych XVII wieku. Z czasem jednak radykałowie zaczęli przegrywać, a do głosu ponownie doszli liberałowie, czyli anglikanie, którzy opowiadali się "tylko" za prawnym, politycznym i finansowym upokorzeniem katolików. W 1660 r. monarchia angielska została odnowiona, a ci, którzy chcieli kontynuować dzieło Cromwella, po prostu wsiedli na okręty i udali się do Nowego Świata, tam budować swoje wymarzone Państwo Boże. I tak, mniej więcej od 1620 r. migracja awanturniczo-kolonizatorska, w tym w dużej mierze katolicka do Ameryki, zastąpiona została migracją religijną radykalnych protestantów - pielgrzymów, którzy potem zbudowali Stany Zjednoczone Ameryki Północnej).

Tak więc w Europie Zachodniej praktycznie wszędzie wówczas, w latach 40-tych XVII wieku, toczyły się wojny (głównie religijne). A w Rzeczpospolitej panował niczym niezmącony spokój. W 1634 r. zwycięstwem zakończyła się ostatnia wojna z Moskwą. Po krwawej lekcji chocimskiej w 1621 r. (w czasie której zatrzymano pochód potężnej armii osmańskiej), sławnej na całą Europę, Turcy siedzieli cicho i nawet krótkotrwała wojna roku 1633/34 r. nic tu nie zmieniła (Tatarzy złupiwszy Podole, weszli do Mołdawii, a w ślad za nimi podążył hetman Stanisław Koniecpolski, który rozbił ich w bitwie pod Sasowym Rogiem (uwalniając cały jasyr). Po tej bitwie Osmanowie planowali inwazję turecko-tatarsko-wołoską na Rzeczpospolitą, ale wybił im to z głowy znów Koniecpolski, znosząc 55 000 armię inwazyjną pod Paniowcami. Ale nie koniec było na tym, w kwietniu 1634 r. z nową inwazją gotował się sam sułtan Murad IV, pragnący wykorzystać fakt, iż Rzeczpospolita była wówczas zaangażowana w wojnę z Moskwą. Ale w Adrianopolu, gdzie przebywał, gromadząc armię, doszła go wieść o klęsce Rosji i kapitulacji armii moskiewskiej Michaiła Szeina pod Smoleńskiem. Sułtan zmienia więc plany i wysyła swego posła Szahina Agę do Warszawy, aby wynegocjować rozejm. Tam, podczas sejmu szlachta uchwala nowe podatki na wojnę z Turkami, a Koniecpolski ściąga wojska ze wschodu nad Dniestr. Król Władysław był usatysfakcjonowany takim obrotem sprawy, bowiem pragnął wielkiej wojny z Osmanami, która zakończy się nie tylko zajęciem Konstantynopola, ale nawet... dojściem do granic Persji. Ale w październiku 1634 r. Murad IV zaproponował niezwykle dogodne warunki pokoju, co jak pisze Paweł Piasecki - biskup kamieniecki - król z ciężkim sercem musiał przystać na pokój, bowiem sułtan deklarował usunięcie Tatarów z Budziaku i trzymanie ich w ryzach, jeśli idzie o napady rabunkowe, których dokonywali. Zaś w 1635 r. Szwedzi w rozejmie w Sztumskiej Wsi, oddali wszystkie dotąd kontrolowane przez nich porty w Prusach, oraz zaprzysięgli przestrzegać wolności religijnej (szczególnie odnośnie katolików) w Inflantach.

Był to niezwykle płodny okres, ludność dotąd wytrzebionych przez Tatarów regionów południowo-wschodnich, ponownie odżyła, rozwijała się gospodarka i przemysł. Co roku Wisłą do portu w Gdańsku (a dalej do portów Europy), płynęło zboże za trzy miliony talarów na 5 000 statków. Bito nowe drogi, stawiano mosty, ale przede wszystkim rosły nowe zamki i magnackie oraz szlacheckie rezydencje. Pod Iwaniskami Krzysztof Ossoliński (brat Jerzego, który w 1633 r. odbył ową sławną podróż poselską do Rzymu, o której pisałem w poprzednich postach), wzniósł sobie niesamowity zamek, który nazwał Krzyżtopór (był w nim cztery wieże, dwanaście obszernych komnat i 365 okien. Stanisław Lubomirski - wojewoda krakowski, wzbogacony odkrytą kopalnią soli w Swierczy pod Wieliczką, stawiał sobie pałace w Wiśniczu, Łańcucie i Podolińcu, a poza tym ufundował dwadzieścia nowych kościołów. Pojawiło się mnóstwo nowych zamków, a stare rozbudowywano i upiększano (było ich tyle, że w zasadzie trudno zliczyć), rozkwitały też wielkie rezydencje pałacowe, jak Niepołomice, Kolbuszowa, Lewartów, Czemierniki, Międzyrzecz, Brok, Siemiatycze czy Kruszyna. Pięknie rozwijały się miasta (szczególnie w Małopolsce i Wielkopolsce, gdyż tam uciekali protestanci, prześladowani przez katolickiego cesarza ze Śląska i Czech). Radziwiłłowie do Miru (na Litwie) ściągnęli Włochów i stworzyli im tam "krainę włoską pośród Sarmacyi". Nowo wystawione zamki i pałace były upiększane w taki sposób, iż (jak piszą w swych relacjach Francuzi - hrabia d'Avaux i Laboureur czy Włoch Marescotti, szczególnie ten ostatni pisał tak: "Takiego przepychu, jaki panował u polskich panów nie widziano nigdzie. Cudzoziemiec sądził się przeniesionym we śnie do cudownych pałaców") budziły powszechny podziw i zazdrość. 



PORÓWNANIE POSIADŁOŚCI POLSKICH MAGNATÓW (PO LEWEJ) - WIŚNIOWIECKICH, ZASŁAWSKICH I MONASTERU PIECZERSKIEGO, ORAZ WŁOSKICH KSIĘSTW MEDIOLANU, PARMY I FERRARY



Szlachta też żyła jak we śnie, pomnażając bogactwo i zapełniając swe skrzynie srebrem, złotem, diamentami, sobolami, srebrnymi beczkami na wino o złotych obręczach, pachnące zdroje wodne, stawiane przy pałacach, niesamowite dzieła sztuki wykonane ze złota, srebra, kości słoniowej czy bursztynu (głównie przeznaczone na podarki dla odwiedzających szlachcica gości - gdyż w dawnej Polsce panował zwyczaj nie tyle przynoszenia prezentów do gospodarza, ale właśnie, bycia obdarowywanym przez niego, gdy przychodziło się na organizowane przyjęcie czy bal). Z reguły (w miarę majętni szlachcice, bowiem byli i tacy, którzy żadnego majątku nie posiadali), zatrudniali do 200 służby (z reguły zaś służby w bogatych domach było ponad 500 a nawet więcej). Byli więc służący do posług domowych, do oporządzania stajni, do rozwożenia listów i co ciekawe, wszyscy ci, którzy służyli w domach majętnych szlachciców... sami też byli szlachcicami (tylko mniej zamożnymi). Szlachty w Rzeczpospolitej było z 10 % całego społeczeństwa, co było niezwykle dobrym wynikiem, jeśli idzie o ludzi uczestniczących w życiu politycznym kraju (we Francji cała szlachta stanowiła zaledwie 1 % społeczeństwa, a w Wielkiej Brytanii jeszcze w XIX wieku szlachta i ludność posiadająca prawa wyborcze stanowiła ok. 4 % ludności kraju). A każdy szlachcic, choćby nie posiadał domu (czy nawet butów), ale miałby herb, mógł uczestniczyć w sejmikach lokalnych i sejmach krajowych, decydując tak o wyborze nowego króla, jak i o innych niezwykle istotnych dla kraju sprawach. W Rzeczpospolitej król był jedynie "Pierwszym wśród Równych" i nie mógł niekiedy nawet odebrać urzędu najbardziej krytykującego jego politykę magnata czy szlachcica, który występował w roli opozycjonisty do planów królewskich. Wszędzie indziej ktoś taki najpewniej położyłby głowę pod katowskim toporem, a w Rzeczpospolitej król nie mógł go nawet urzędu pozbawić. 

Króla można było też co prawda upominać, ale też nie znaczy to że król był nieszanowany. Był przede wszystkim rozdawcą dóbr i zaszczytów, dlatego wielu wolało nie wychylać się w zbytnich antykrólewskich głosach, licząc na jakąś intratną synekurę do objęcia, a poza tym króla był Ojcem, a Ojczyzna-Rzeczpospolita Matką i tak jak w 1605 r. na sejmie rzekł hetman polny koronny Stanisław Żółkiewski: "W innych narodach pany swe kozikami kolą, a u nas z łaski Bożej nigdy nic takiego przeciw panu nie było zamyślone", zaś hetman wielki koronny Jan Zamojski (będący wówczas w opozycji do króla Zygmunta III - ojca Władysława IV), rzekł: "Miłujemy i Ojczyznę, i pany swe miłujemy" i tam gdzie na monarchów urządzają zamachy (jak choćby spisek prochowy Guya Fawkesa na króla Jakuba I w Anglii (1605 r.) czy zamach Francoisa Ravaillaca na króla Henryka IV we Francji (1610 r.), czy wreszcie egzekucja króla Anglii Karola I w 1649 r., w Rzeczypospolitej król był miłowany i szanowany (choć często krytykowany, a niekiedy nawet obrażany paszkwilami politycznymi). Oczywiście przesadzał Andrzej Łubieniecki, pisząc w 1616 r. w swej "Polon eutychia" o monarsze, że: "taką miłość ma u poddanych i tak im ufa, że głowę swoją na każdego łonie (może) położyć, a jednym uchyleniem czapki może 100 000 wojska w Polszcze i na Litwie zebrać". Wcale nie było ani tak łatwo, ani tak fajnie, szlachta piętrzyła przed królami na sejmach najrozmaitsze trudności (opiszę je właśnie na przykładzie planów wojennych Władysława IV przeciwko Osmańskiej Turcji), i często monarcha musiał się uciekać do podstępu, gdyż oficjalnie nie mógł niczego załatwić. Musiał zbudować własne stronnictwo (głównie rozdając urzędy i dobra), ale należy pamiętać, że ci, którzy tych dóbr nie otrzymali, często czuli się pokrzywdzeni i... się obrażali. Natomiast bywało i tak, że ci, którzy dostali, chcieli też coś dla swych krewnych lub synów, a gdy tego nie otrzymali... też się obrażali. Tak więc pozycja króla w Rzeczypospolitej, pomimo wszystko była raczej dość trudna a nawet męcząca (np. Jan II Kazimierz, brat Władysława IV, panujący w latach 1648-1668, zrezygnował z tronu i wyjechał do Francji). 

Jeśli idzie o gospodarkę kraju, to również w tym czasie ona wprost rozkwitała. Szlachta pomnożyła sobie majątków na Ukrainie, Wołyniu, Podolu, a nawet na Zaporożu się rozsiadła. Zboże z tych folwarków było transportowane zachód kraju (lub, jeśli było to zboże małopolskie, wielkopolskie lub mazowieckie to bezpośrednio do rzecznych portów zbożowych) i dalej płynęło Wisłą do portu w Gdańsku (głównie, ale były też porty zastępcze w Elblągu i Braniewie), a stamtąd na okrętach kupieckich już bezpośrednio do Europy Zachodniej (gdy polski poseł Paweł Działyński w 1597 r. zagroził holenderskim stanom wstrzymaniem dostaw polskiego zboża, jeśli nie zakończą oni wojny z Hiszpanią, w kraju wybuchł prawdziwy popłoch, gdyż realnie oznaczałoby to... klęskę głodu. Polska żywiła wówczas całą Europę i trzymała wszystkich za gardła... a raczej za brzuchy). Poza tym silnie rozwinął się przemysł (głównie hutniczy i tekstylny) oraz kopalnie (soli, miedzi, ołowiu, srebra). Nie było lepszych i dostojniejszych czasów , niż lata panowania królów Zygmunta III, a już szczególnie jego syna - Władysława IV. Wspaniale rozwinęła się Warszawa (realnie stolica Polski od 1596 r. a oficjalnie od 1611 r.) i składała się teraz z kilku dzielnic: Starego Miasta, Nowego Miasta, Przedmieścia (ze wspaniale rozbudowaną ulicą Krakowskie Przedmieście, która już wówczas stała się reprezentacyjną ulicą Warszawy (stały tam prawie same pałace szlachty magnackiej, wraz z niesamowitym pałacem Kazanowskich, Koniecpolskich - który dziś pełni funkcję Pałacu Prezydenckiego, Radziejowskich, Denhofów, był tam też Pałac Prymasowski), oraz kilka kościołów (Bernardynów, Bernardynek, Karmelitów, Wizytek i Karmelitanek). Wspaniale rozwinęła się ulica Miodowa, przy której stanął szereg mniejszych dworów szlacheckich, oraz Pałac Biskupów Krakowskich i Kościół Pijarów. Arsenał powstał przy ulicy Długiej, zaś pałace Ossolińskich, Daniłowiczów i Dwór Gdański w innych częściach miasta. Zaś w 1643 r. naprzeciwko Zamku Królewskiego na Starym Mieście, król Władysław IV ufundował pomnik na cześć swego ojca - była to stojąca po dziś dzień Kolumna Zygmunta III Wazy. W 1621 r. miasto zostało ogrodzone wałami zygmuntowskimi. Poza tym dołączono do miasta część prawobrzeżną, czyli Pragę, na której istniały już trzy kościoły. Całe miasto jednak zajmowało niewielki (w porównaniu z dzisiejszym) obszar miejski, tak gdzieś do Muranowa i Alei Jerozolimskich.


 PAŁAC KRÓLEWSKI i KOLUMNA ZYGMUNTA III



Szlachta żyła niczym wielcy, udzielni książęta, a każdy wyjazd jakiegoś wielkiego pana (choćby tylko na polowanie, lub w odwiedziny), był wyjątkowym wydarzeniem i obejmował ogromną liczbę ludzi, stanowiących poczty nadworne i hajduków, szczególnie wzajemna odwiedziny były bardzo dostojne, pokazowe i niezwykle majętne (to gospodarz obdarowywał przybyłych gości podarkami, a nie goście jego, i to nie były podarki błahe, z reguły złoto, srebro, wykwintne arcydzieła, lub chociażby... konie). Dostojność było widać w gestach, ubiorach a nawet w... uczesaniu (choć czesano i ubierano się inaczej niż na zachodzie Europy), a przyjęcia był tak ludne, że częstokroć kosztowały majątek (zresztą podczas uczty należało do tradycji aby po wypiciu napitku, gdy już nie chciało się więcej pić alkoholu, z szacunku dla gospodarza rozbić szkło o... własną głowę, lub ewentualnie o podłogę, dlatego też po zakończonej uczcie, straty w szklanych pucharach były dla gospodarza dość spore). Stoły przystrajano obrusami (często sprowadzanymi na zamówienie z zagranicy), na talerzach kładziono serwety (przed posiłkiem), oraz łyżkę (noże goście przynosili sobie sami). Przed posiłkiem służba obchodziła wszystkich z miednicą pełną wody i kubkiem do polewania, aby obmyć ręce, następnie przynoszono ręcznik do ich wytarcia. 


  "RZADKIE TO WINKO"



Potem zaczynała się uczta, na stołach lądowały najróżniejsze dania mięsne (w tym kuropatwy, dziczyzna etc.), często i gęsto zaprawiane szafranem, sokiem wiśniowym, śliwkami lub miodem. Pojawiały się pasztety, galarety, kapusta, kluski, ryby pianki i marcepany. Na końcu podawano torty i baby. Ale najważniejszy był wypitek. Do obiadu zawsze podawano piwo (lub ewentualnie gorzałkę), po posiłku, służba przynosiła wino. Zarówno podczas posiłku jak i po jego zakończeniu biesiadnicy kolejno wznosili toasty, najpierw za zdrowie gospodarza i jego rodziny a następnie poszczególnych gości. Do obiadu przygrywała kapela, ale tańce odbywały się dopiero po zakończeniu pierwszej części posiłku (czyli obiadu głównego). Gdy już się mocno ściemniło (a często już nad ranem), podchmieleni biesiadnicy wracali do swych domów, obdarowani prezentami przez gospodarza. 




Szlachta żyła jak w bajce (oczywiście nie wszyscy szlachcice opływali w takie dostatki, było wiele i szlachty uboższej, zagrodowej, którą nie stać było na takie kosztowne przyjęcia), a ponieważ pełną dekadę nie było wojny (nie licząc powstań kozackich i najazdów tatarskich), szlachta zaczęła się wzajemnie ze sobą spierać i kłócić. Prócz opisanych wyżej przyjęć i spotkań, wiele było wzajemnych zajazdów i napadów na sąsiednie zamki oraz pałace. Szlachta wzajemnie paliła sobie chutory, tylko po to aby pognębić sąsiada, z którym weszło się w spór. I tak Ossolińscy nie znosili Kazanowskich (i vice versa), podobnie Wiśniowieccy i Gębiccy mieli zatargi ze sławnym magnackim rodem Ossolińskich, Wiśniowieccy zajeżdżali też Koniecpolskich i Kazanowskich, a ci Kalinowskich. Na Litwie zaś Radziwiłłowie bili się z Sapiehami, a na Pomorzu Działyńscy z Wejherami. Na sejmach i sejmikach często dochodziło do zwad i wówczas aby je rozstrzygnąć urządzano pojedynki (niekiedy kończyły się one śmiercią jednego z owych raptusów). Za dobrze było, wielki zbytek, wielkie bogactwo i wielka władza (do dziś przetrwało hasło z tamtych lat: "Pan na zagrodzie, równy wojewodzie", które odnosiło się do niepodzielnej władzy, jaka na swoich włościach sprawował dany szlachcic iż nawet król nie mógł się w nie wtrącać), spowodowały że w serca wlała się gnuśność. Na sejmach radzono głównie o tym jak nie dopuścić do podejmowanych prób wzmocnienia władzy królewskiej, motywując to zamachem na "przywileje narodowe". Plany wojenne były torpedowane w zarodku, bo po co się pchać na wojnę, jak jest miło i przyjemnie - nikt nam nie zagraża, a jeśli by nawet tak było, to (jak motywowano) szlachta sama obroni swój kraj. Król miał związane ręce, bowiem panowie szlachta decydowali nawet o jego własnym skarbie (i przyznawali każdej nowej  królowej-małżonce odrębną pensję). Naród decydował o wszystkim, król był jedynie wykonawcą (oraz rozdawcą dóbr) i pełnił rolę głowy państwa w kontaktach międzynarodowych - ale poza tym jego prerogatywy polityczne były niewielkie. 


"BYŁA DEMOKRACJA, WIĘC KAŻDY MÓGŁ PIĆ, 
ILE CHCIAŁ. 
O PODATKACH DECYDOWALI SOBIE SAMI, WIĘC ICH NIE PŁACILI. 
A W DODATKU MOGLI SOBIE WYBRAĆ KRÓLA NAJGORSZEGO Z MOŻLIWYCH"





 PRZEJDŹMY JEDNAK BEZPOŚREDNIO DO WYDARZEŃ DZIEJĄCYCH SIĘ W RZECZYPOSPOLITEJ W TYMŻE 1645 r.

                        

GERMAN DEATH CAMPS

NEVER POLISH



CDN.

sobota, 7 kwietnia 2018

WOMAN IS FUTURE!? Cz. I

CZYLI WSPÓŁCZESNA 

FEMINISTYCZNA MIZOANDRIA






"Kobieta to przyszłość" - takie hasła często można spotkać na feministycznych manifestacjach lub tzw.: "kongresach kobiet", gdzie pewne panie (niekiedy również zwane "ciotkami") próbują udowodnić światu (a głównie sobie samym) iż przyszłość należy do kobiet i że wiek XXI będzie właśnie wiekiem kobiet. A co z mężczyznami należałoby się w tej chwili zapytać? Co z nimi będzie? Będą trzymani w rezerwatach niczym północnoamerykańscy Indianie, lub zredukowani jedynie do 10 % ludzkiej populacji Ziemi? A w ogóle co to za pomysły aby jakikolwiek okres czasu uważać za przynależny danej płci, przecież to czysty seksizm, a co gorsza ten miernik stosują feministki, które (przynajmniej oficjalnie) powinny opowiadać się za równouprawnieniem. Dziś wiele feministek wciąż wierzy, iż mityczny matriarchat panował na Ziemi nim nie zdławił go ten podły, szowinistyczny patriarchat, który zakuł kobietę w kajdany niewoli małżeńskiej i zmusił ją do zostania poddanką swego męża i pana. Wielokrotnie już na ten temat pisałem, ale przypomnę tu raz jeszcze że nie było nigdy czegoś takiego jak mityczny matriarchat, który miał poprzedzać tzw.: dzisiejszy patriarchat, po prostu w dziejach Ludzkości nigdy nie istniało coś takiego. Nie jest prawdą też iż z chwilą nastania owego patriarchatu, pozycja kobiety została zmarginalizowana a ona sama zniewolona. Tak naprawdę wielu mężczyzn samych decydowało się uznać prymat kobiet i poświęcić walce o ich uznanie i piękno, a patriarchat (który tak naprawdę istniał od początków ludzkiej egzystencji, ginącej w mrokach najdawniejszych dziejów Ludzkości), dominował, ale jednocześnie był przeplatany istnieniem kultur matriarchalnych, które występowały z nim samym, w różnych odstępach czasowych i w najróżniejszych kulturach.

Matriarchat jako taki nie istniał nigdy przed patriarchatem, ale kultury matriarchalne istniały w wielu miejscach na równi z kulturami patriarchalnymi (często się przenikając, niekiedy ustępując a niekiedy dominując w danej społeczności). I tak było w zasadzie od starożytności, ale prawdziwym okresem dominacji kobiet w społeczeństwie (a raczej w społeczeństwach) był okres, który dziś jest odcięty od czci i wiary i uznany za powszechne ciemnogród i zacofanie (szczególnie feministki przodują w takich właśnie określeniach, ale w ich przypadku nie można mówić ani o zdrowym rozsądku, ani również o jakiejkolwiek zgodności faktów, w tym również faktów historycznych). O jakim okresie mówię? Oczywiście, o owym tak powszechnie dziś wyszydzanym średniowieczu, który to był prawdziwym okresem triumfu matriarchatu. Ktoś jednak zapyta - jak to? w czasach, gdzie palono na stosach czarownice, gdzie kobieta była całkowicie podległa Kościołowi i władzy swego męża, gdzie panowała powszechna ciemnota, zabobon i fanatyzm - jak można twierdzić że był to najlepszy czas dla kobiet, a nawet że był to czas triumfu realnego matriarchatu europejskiej kultury zachodniej (chrześcijańskiej). Przecież to niedorzeczne (przynajmniej biorąc pod uwagę feministyczny punkt widzenia) - prawda? Epoka ciemnoty, brudu i zabobonu, fanatyzmu religijnego i płonących stosów, dziś tak powszechnie pogardzana i wyszydzana na wszelkie możliwe sposoby (zobaczcie ile odniesień w debacie publicznej z udziałem nie tylko feministek, ale również osób, które zdawałoby się są w miarę inteligentne - wciąż powiela te bzdury?). Postaram się je omówić, rozkładając je jednocześnie po kolei na czynniki pierwsze. 

Zacznijmy więc od początku - Średniowiecze - to epoka ciemnoty? Doprawdy? Przecież wszystkie największe obecnie istniejące uniwersytety, powstały właśnie w średniowieczu, nie w renesansie, baroku czy wieku XVIII, tylko właśnie w owym pogardzanym średniowieczu. Uniwersytet w Oksfordzie założony został w 1167 r., w Cambridge w 1229 r., w Paryżu ok. 1150 r., w Bolonii w 1088 r., w Palencii w 1208 r., w Salamance w 1243 r., w Sewilli w 1254 r., w Montpellier w 1289 r., w Vercelli w 1228 r., w Orleanie w 1309 r., w Awinionie w 1303 r., w Leridzie w 1300 r., w Huesce w 1359 r., w Padwie w 1222 r., w Ferrarze w 1391 r., w Pizie w 1343 r., w Perugii w 1308 r., w Sienie w 1357 r., w Rzymie w 1303 r., w Treviso w 1318 r., w Pradze w 1348 r., w Krakowie w 1364 r., w Wiedniu w 1365 r., w Kolonii w 1388 r., w Erfurcie w 1379 r., w Wurzburgu w 1402 r., w Heidelbergu w 1385 r., w Ingolstadt w 1472 r., w Tybindze w 1476 r. - mam wymieniać dalej? Chyba wystarczy prawda? No ale przecież feministki nam wmawiają że to była epoka ciemnoty i zabobonu? Jesli by stosować to określenie do średniowiecza, to jak nazwać inne okresy dziejów (z antykiem włącznie), w których powstała (nie licząc wieku XIX i XX) nawet 1/4 tego, co wyżej wymieniłem, a i tak owa lista jest wybitnie niepełna. Weźmy chociażby taki antyk, uważany dziś za kolebkę ludzkiej cywilizacji filozofii, prawa i nauki - przecież ze swoją Akademią, Liceum (mieszczącymi się w Atenach), Muzeum i Biblioteką (w Aleksandrii), reszta to były zwykłe szkoły publiczne, bez większych tradycji. Można więc powiedzieć że to antyk a nie średniowiecze był epoką ciemnoty, nie mówiąc już o okresie następnym - czyli renesansie (który jak wielu twierdzi był "powrotem do antyku", czyli do... ciemnoty, tylko że po stokroć bardziej niż jego protoplasta). 


 

Drugi zarzut to średniowiecze widziane jako epoka brudu? Pusty śmiech mnie ogarnia gdy czytam takie rzeczy, bowiem ten kto to pisze, albo nie ma zielonego pojęcia o tej epoce, albo pisze to na konkretne (ideologiczne) zamówienie (zresztą jedno wcale nie wyklucza drugiego). Antyk wyrobił w kulturze miłość do zażywania kąpieli i dbania o czystość ciała, ale te tradycje wcale nie zaginęły w średniowieczu, wręcz przeciwnie, rozwijały się dalej (i to zarówno w Europie Zachodniej, jak i Środkowej czy Wschodniej). Kąpiel była dla człowieka żyjącego w średniowieczu czymś naturalnym, i to zarówno dla wielkiego pana na zamku, jak i prostego chłopa. Dbanie o czystość nie było bowiem w owym "wieku ciemnoty" jeszcze postrzegane jako niegodne chrześcijanina i niemiłe Bogu - takie "mądrości" pojawiły się dopiero z nadejściem renesansu. W średniowiecznej Europie w każdym mieście (nawet najmniejszym) była łaźnia publiczna, a ci, którzy nie myli się uważając to za formę pokuty, byli uważani co najmniej za lekko szurniętych. Trzeci zarzut to średniowiecze jako epoka powszechnego zabobonu - nie było większej epoki zabobonu i fanatyzmu religijnego w dziejach Ludzkości, niż ta z epok, która nastąpiła po średniowieczu, czyli właśnie renesans. To właśnie wtedy, wraz z reformacją religijną i tzw.: humanizmem, pojawiać się zaczęły tendencje wybitnie moralnie destrukcyjne. Kiedy palono kobiety na stosach jako czarownice? W średniowieczu? W średniowieczu nie spłonęła nawet jedna kobieta oskarżona o czary (co nie znaczy że takich procesów wówczas nie było - były, ale kobiety takie były wyganiane z danej społeczności, a nie mordowane). Po raz pierwszy zaczęto mordować "czarownice" wraz z nastaniem reformacji religijnej Lutra i Jana Kalwina, to właśnie na nich ciąży najpotężniejszy grzech tego typu, gdyż to właśnie oni zapoczątkowali publiczne palenie czarownic, czyli coś co było zupełnie nieznane w owym "ciemnym" średniowieczu (a przecież renesans, barok i oświecenie nazywa się powszechnie "epoką rozumu" - ha, historia lubi płatać figle prawda, szczególnie tym, którzy jej nie znają).

W średniowieczu nie dochodziło również do masowych wojen religijnych. Oczywiście wyjątkiem były tutaj krucjaty, podejmowane w celu odbicia z rąk muzułmanów Grobu Świętego w Jerozolimie, ale kampanie te były kampaniami obronnymi, a nie ofensywnymi, chodziło bowiem nie tyle o odzyskanie (wcześniej ukradzionych chrześcijanom ziem), ile o powstrzymanie naporu Islamu na Europę, podejmując działania prewencyjne. Do masakr religijnych także dochodziło sporadycznie, a jeśli już, były one poprzedzone wielką obawą utraty danych terenów i triumfu najróżniejszych schizm. Ogólnie jednak w średniowieczu konflikty (głównie religijne, ale nie tylko) załatwiano nie na polu bitwy, tylko w... kancelariach prawniczych biskupów i kanoników i starano się raczej wypracować jakąś nić porozumienia, niż brutalnie niszczyć i mordować. Kolejne epoki były pod tym względem o niebo gorsze. Renesans był bowiem istną epoką rozbuchanego fanatyzmu religijnego, gdzie spory nie toczono już na soborach, zjazdach i w kancelariach prawniczych, tylko po prostu w polu, a celem nie było przekonanie innych do własnej opinii i własnego zdania, tylko po prostu... wyrżnięcie wszystkich innych do pnia. Wyrżnąć, wybić, wymordować - to były trzy najważniejsze zasady, przyświecające wiernym (tak panom jak i chłopom) w epoce renesansu i wielkich wojen religijnych, które wówczas nastały. A epoki następne były jeszcze gorsze pod tym względem, gdzie ludzie już całkowicie (szczególnie monarchowie i wielcy magnaci) zaprzestali zarówno dbania o higienę osobistą, jak i tolerancję religijną i jakiekolwiek pod tym względem zasady ("Cuius regio eius religio" - "Czyj kraj, tego religia"). Swoistym wyjątkiem (można wręcz rzecz iż dla ówczesnych fanatyków religijnych i to z każdej możliwej strony, wręcz prawdziwą "czarną owcą") była pod tym względem Rzeczpospolita polsko-litewska, gdzie każdy mógł wyznawać taką religię, jaką chciał, aby tylko nie znieważał Boga, nie łamał prawa i nie obrażał Króla Jegomości - poza tym wszystko na co zezwalało sumienie i słowo). 

Ale i nasz kraj zaczął się z czasem degenerować pod wpływem prądów, płynących z Europy Zachodniej - w XVIII wieku coraz rzadziej można było spotkać dawną tolerancję religijną, a katolicyzm całkowicie zatriumfował w Rzeczpospolitej (zresztą był to okres całkowitego upadku państwa, tak militarnego i politycznego, jak i gospodarczego i moralnego, ludzie zaczęli uważać że to, co przychodzi z Zachodu jest lepsze i doskonalsze, więc na początku wzorem Francuzów i Włochów... przestano się myć - ostatni król Polski Stanisław August Poniatowski, panujący w latach 1764-1795 nigdy się nie kąpał, a jedynie zmieniał ubranie na czyste i mył ręce przed posiłkiem). Wiek XVIII wraz z upadkiem państwowości, przyniósł również niechęć do kąpieli i dbania o higienę ciała, który (z przerwami) trwał do XIX wieku, gdzie ponownie Polacy musieli się pogodzić z mydłem, wodą i szczotką, wzorem swych przodków z epoki "Dawnej Mocy Rzeczypospolitej". Ale w XVIII wieku kopiowano u nas wszystko, co przychodziło z Zachodu, a głównie z Francji, uważanej już wówczas za wzór kultury i smaku. Co prawda nie dochodziło do sytuacji takiej, jak na dworze królewskim w Wersalu, gdzie dworzanie Króla Słońce - Ludwika XIV, z braku toalet w pałacu, wypróżniali się do kominków lub po prostu... na korytarzach (a służba chodziła i sprzątała te odchody). Potem takie miejsca należało odpowiednio wyperfumować, bowiem odór musiał być niemiłosierny. A nie było tam toalet bo?... uznano że coś tak przyziemnego jak wypróżnianie się jest niemiłe Bogu i władcy arcychrześcijańskiego królestwa, za jakie uchodziła Francja. W porównaniu z Europą Zachodnią, począwszy od renesansu (choć ten okres jeszcze był w miarę czysty, gorzej zaczęło się dziać od baroku), Rzeczpospolita polsko-litewska, Turcja Osmańska czy Rosja carska były prawdziwie czystymi miejscami, gdzie nie tylko istniały publiczne łaźnie i toalety, ale w pałacach często był nawet... prysznic (jak choćby na Wawelu), a car Piotr I pluskał się w wannie w otoczeniu swych dworzan (i ku zgorszeniu francuskich i angielskich posłów). W średniowieczu nie było zamku, w którym nie byłoby co najmniej prowizorycznego wychodka (a kąpiele odprawiano nieraz w komnatach, za pomocą balii i polewając się wodą).




Średniowiecze nie było więc żadną epoką "ciemnoty i zabobonu", ale wręcz przeciwnie - stało się wykładnią dzisiejszej europejskiej kultury, gdyż bez okresu średniowiecza kultura europejska utraciłaby swoje główne spoiwo, swój główny trzon kreacyjny - bo to właśnie w średniowieczu wykrystalizowały się poszczególne państwa, zaczęły też kształtować się narody (dziś tzw: "współczesna nauka" każe nam wierzyć że patriotyzm i przywiązanie do ojczyzny oraz narodowości wykształciły się dopiero w XIX wieku, na fali rewolucji i powstań. Totalna bzdura i mydlenie oczu tym, którzy nie potrafią rozróżniać historycznych faktów i zdarzeń. Przywiązanie do poszczególnej grupy narodowościowej i utożsamianie się z daną społecznością (np. Flamandami czy Szkotami) istniało od niepamiętnych czasów, praktycznie od początku, gdy Ludzkość zaczęła być prawdziwym panem swego losu. Czy Ateńczycy mordujący swych greckich współbraci na Lesbos nie czuli się Ateńczykami, nie spajała ich wspólna narodowość grodu Dziewiczej Pallady? Czy Rzymianie po klęsce pod Kannami nie uświadamiali sobie grozy sytuacji swojej nacji i swego kraju? Czy Hetyci nie czuli przywiązania do własnej zbiorowości walcząc z Egipcjanami pod Kadesz? I czy wreszcie sami Egipcjanie nie uświadamiali sobie swej odrębności w konfrontacji z ludami azjatyckimi, nubijskimi czy choćby nawet libijskimi z którymi przyszło im się zmierzyć? Oczywiście że tak, świadomość narodowa istniała od zawsze, jedynie nacjonalizmy (czyli hasła często szowinistyczne i ksenofobiczne) zaczęły się pojawiać oficjalnie w literaturze dopiero od XIX wieku (co nie znaczy też że szowinizmu i ksenofobii wcześniej nie było).

I teraz wreszcie przechodzimy do najważniejszego momentu, o którym wcześniej wspomniałem, a mianowicie średniowieczu jako epoce dominacji kobiet i zaistnieniu swoistego matriarchatu. Tutaj zapewne wiele feministek uzna iż brak mi na to argumentów w świecie tak zdominowanym przez mężczyzn (gdy na uniwersytetach też studiowali sami mężczyźni). Otóż owych argumentów dostarcza mi... sama epoka z jej etosami rycerskimi i miłością dworską, bo to one właśnie poczęły kształtować średniowieczny matriarchat (opiszę to dokładniej w innym temacie, który już rozpocząłem). Nie było epoki tak bardzo oddanej kobiecie, jak właśnie średniowiecze. Przecież to właśnie wówczas rycerze deklarowali się sługami swych wybranek serca, które uważali wręcz za swe boginie i których honoru pilnowali bez względu na oglądanie się o własne zdrowie czy życie. Kobiety miały wówczas swoich własnych "niewolników serca", poddanych, którzy padali do stóp swych wybranek, błagając o uznanie i możliwość dalszej służby u jej boku. Etosy rycerskie pełne są pieśni, opierających kobiety ponad zwykłą miarę, wręcz uznających je za boginie (choć oczywiście ze względu na to iż wszystko to odbywał się w obrębie kultury chrześcijańskiej, miast bogini mówiono "Pani mego serca"). Rycerz, którego umiłowała jakaś dama, stawał się jej sługą do końca życia (gdyż rycerz wolałby raczej się zabić, niż splamić dane raz słowo i swój własny honor), pięknie jest to pokazane w "Krzyżakach" Henryka Sienkiewicza, gdy Zbyszka, idącego na szafot, obejmuje Danusia, zakłada mu na głowę zawój i wypowiada słowa: "Nie do kata on należy, ale do mnie, mój ci on, mój!", po czym zgromadzony lud zaczyna wołać: "To stare prawo, oddać go jej". Kobieta ze swym rycerzem mogła tak naprawdę zrobić wszystko, bo on był "sługą Jej Serca". Dziś nie pamięta się o tych czasach i o panującej wówczas niezwykłej czci, jaką otaczano kobiety. 




Wszystko to pogrążył w błocie renesans, degradując kobietę do roli dziewki. Wraz z renesansem kobiety (w imię humanitaryzmu), stały się ponownie podporządkowane mężom, którzy już nie byli szlachetnymi rycerzami, walczącymi o honor służenia jej, ale bezwzględnymi tyranami, często wymuszającymi posłuszeństwo biciem. A potem było już tylko gorzej, kobieta stała się całkowitą poddanką swego męża, który był również jej panem (choć oczywiście i w tym przypadku były wyjątki, jak choćby pozycja kobiet w Rzeczpospolitej Obojga Narodów, gdzie stanowisko żony i matki było przemożne, mawiano "dobra żona, męża korona". Zresztą żona była przede wszystkim przyjacielem swego męża i często właśnie tak ją nazywano - Janusz Radziwiłł pisał do króla Władysława IV z prośbą o rękę panny Potockiej i jednocześnie prosił króla aby mu nie odmawiał, bowiem jak twierdził: "Nie o urząd, nie o wakancję idzie, a o wiecznego przyjaciela". Jerzy Ossoliński - ten który zorganizował owe sławne poselstwo do Rzymu roku 1633 - także prosił o rękę panny Izabelli Daniłowicz, motywując prośbę poszukiwaniem: "przyjaciela jako najdroższego skarbu i największego po łasce Boga błogosławieństwu". Hetman wielki koronny Stanisław Koniecpolski, aby dogodzić swej umiłowanej młodej żonie - Zofii Opalińskiej, w noc poślubną zażył miksturę zwiększającą "męskość" i potem powtarzał to jeszcze kilka razy aż w końcu... wyzionął ducha zaledwie w dwa miesiące po ślubie w wieku 55 lat. Jego organizm nie sprostał planom ciągłej erekcji i odmówił posłuszeństwa, co spowodowało w końcu zgon, tak oto młoda Zofia Opalińska została wdową i... dziedziczką ogromnej fortuny magnackiej. Hetman Koniecpolski był jednym z najświetniejszych wodzów Rzeczypospolitej, jego brak dało się odczuć już podczas Powstania Chmielnickiego czy wojny z Rosją i Szwecją). 

Z pierwszymi hasłami zrównującymi (polityczną) pozycję kobiety z mężczyznami, wystąpiły dopiero w drugiej połowie XIX wieku sufrażystki, które jednak wybitnie różniły się od dzisiejszych feministek  i to tak bardzo że wręcz można by powiedzieć iż są to odmienności typu ogień i woda. Czy można się więc dziwić że kobiety na Zachodzie podjęły wreszcie walkę o swoje prawa? A dziś feministki starają się nas przekonać że renesans to "epoka rozumu" i "powrót do antyku" - kpina, czy działanie na szkodę kobiet? Przejdźmy zatem do owych feministycznych "ciotek" i spójrzmy co one nam radzą w kwestii stosunków damsko-męskich i w ogóle w kwestiach społeczno-politycznych?


PS: Nie napisałem jeszcze jednej, bardzo ważnej rzeczy, mianowicie któż wie iż rodzące się w Cesarstwie Rzymskim Chrześcijaństwo, było nie tylko religią bardzo pro-kobiecą, ale wręcz było... zdominowane przez kobiety a często przez nie prowadzone. Nie mogło być inaczej, bowiem Chrześcijaństwo od swych początków jest wybitnie kobiecą religią, a którą kobiety mogą się utożsamiać znacznie szybciej i lepiej od mężczyzn. Fryderyk Nietzsche, który twierdził iż: "Chrześcijaństwo pozbawiło nas całego dorobku antyku", był jednocześnie wielkim piewcą Islamu, jako religii typowo męskiej, wolnej od tych wszystkich "babskich bzdur o miłosierdziu" jakie są w Chrześcijaństwie. Islam był dość prosty i łatwy do zaakceptowania dla mężczyzny - najpierw wyciąć w pień swych wrogów, przejąć ich dobytek i kobiety (i to wszystko z poparciem, a wręcz z nakazem Allaha), a (po śmierci niekończąca się uczta w Raju, w otoczeniu przepięknych hurys-niewolnic, gotowych spełnić każde życzenie swego pana. Czyż nie jest to religia łatwa i łatwiej akceptowalna dla wielu mężczyzn? Oczywiście że tak, aby dostać się do Raju wystarczy zginąć jako męczennik, jednocześnie pozbawiając życia niewiernych i już, można? Można! 




A w Chrześcijaństwie są jakieś tam "bzdury o miłosierdziu", po co to komu? Lepiej wszystkich niewiernych wyrżnąć, szybko, łatwo i jeszcze jaka nagroda czeka nas po śmierci. Czy ktokolwiek jeszcze może się dziś dziwić, dlaczego to głównie mężczyźni pełnią w Chrześcijaństwie (a szczególnie w Kościele Katolickim) najważniejsze funkcje? Mnie to nie dziwi, a to z tego powodu iż aby ewangelizować mężczyzn należy im pokazać pewien wzór do naśladowania, muszą nabrać szacunku. A ponieważ (szczególnie młodzi mężczyźni, w których bucha rozszalały testosteron) znacznie łatwiej zaakceptują nad sobą Boga Ojca i reprezentującego go papieża lub kapłana, jako symbole siły (w tym siły fizycznej) w które pragną wierzyć - stąd papieżami byli zawsze tylko mężczyźni (no może prócz pewnej Joanny, która też... żyła w średniowieczu). Ale ile było takich kobiet, które wybierały i obalały papieży, osadzały na tronie Św. Piotra swych synów i kochanków, tego nikt zapewne nie pamięta, a przecież owe damy... też żyły w średniowieczu.
                 


 MÓJ DOBRY ZNAJOMY - JEDNOCZEŚNIE POLICJANT, DO DZIŚ SIĘ CHWALI ŻE ROZMAWIAŁ Z NATALIĄ OREIRO, GDY TA SWEGO CZASU BYŁA W POLSCE. 
HA-HA-HA




GERMAN DEATH CAMPS

NEVER POLISH

 

CDN.
 

SARMACKIE OPOWIEŚCI - Cz. II

NIEZWYKŁE

(CHOĆ CZĘSTO ZAPOMNIANE)

PRZYGODY I EUROPEJSKIE WOJAŻE

POLAKÓW od XVI do XIX wieku




1633 r.

BAJECZNY WJAZD PODSKARBIEGO

NADWORNEGO KORONNEGO 

JERZEGO OSSOLIŃSKIEGO DO RZYMU

 



 "ZATEM DOBRANOC KORONNI SYNOWIE,
ZACNYCH PRADZIADÓW ZACNI POTOMKOWIE,
A SŁUGI SWEGO NIE ZAPOMINAJCIE 
I DO RZYMU MI TO ŚWIADECTWO DAJCIE
 
 "O JEDNEJ KORTEZANCE PADEWSKIEJ, CO JĄ ZWANO SIGNORA DIAMANTE
JAN KOCHANOWSKI


 Wjazdy polskich magnatów i szlachciców do europejskich stolic zawsze były dość niezwykłe. Każda bowiem taka wyprawa stanowiła o splendorze króla i Rzeczypospolitej, zatem musiała być wyjątkowa. W latach 1605-1607 sporządzona została instrukcja poselska (rozbita na 27 rozdziałów) "Sposób odprawiania poselstw", która zalecała w jaki sposób należy się zachowywać na obcych dworach, udzielała rad  i wskazówek (instrukcja była tak naprawdę zbiorem wcześniejszych polskich poselstw m.in.: Erazma Ciołka, Jana Ocieskiego, Stanisława Mińskiego czy Piotra Dunina Wolskiego). Mówiła również o tym, że w poselstwach do papieża należy przewodnictwo oddawać osobie świeckiej, a nie duchownej, gdyż ta ostatnia "mniej waży w antykamerze papieskiej". W Rzymie bowiem, duchowny z innego kraju: "jeśli nie jest asystent, siedzi gorzej niż u nas pleban". Radzono tam również aby w poselstwie uczestniczyli też obcokrajowcy naprzemiennie (np. majordom Polak, kapelan Włoch, ale medyk Polak), oraz jaką trasę należy obrać, aby jak najszybciej dotrzeć do celu. Instrukcja była jedynie uzupełnieniem tego, co praktykowano u nas od bardzo dawna, jeśli chodzi o misje dyplomatyczne, a mianowicie człowiek wysyłany w taką misję, musiał być odpowiednio zaznajomiony zarówno z krajem do którego przybywał w poselstwie, jak i (mniej więcej) z relacjami panującymi wśród króla i jego otoczenia (często przydatne w tej mierze bywały znajomości, zawierane podczas studiów na uniwersytetach). 

Polscy posłowie byli uważani w całej Europie za dobrze wykształconych, władających kilkoma językami, obytych w świecie i niezwykle uprzejmych oraz pełnych smaku i elegancji (w 1573 r. francuski poeta Jean Dorat był pod wielkim wrażeniem polskiego poselstwa, które w tymże roku odwiedziło Paryż, czego wyrazem były jego słowa, zawarte relacji z owego spotkania, które brzmiały: "My, Gallowie, dziwimy się, Polacy, waszym postaciom, waszej ogładzie, jakby półbogom") i nie zmieniło tego wizerunku nawet niefortunne poselstwo Pawła Działyńskiego do królowej Anglii - Elżbiety I w 1597 r. (o którym już wielokrotnie pisałem). Jednak poselstwo podskarbiego nadwornego koronnego - Jerzego Ossolińskiego, jakie wyruszyło z Krakowa (15 września 1633 r.) w podróż poselską do Rzymu, przyćmiło wszystkie poprzednie tego typu poselstwa. Wjazd do Rzymu (20 listopada) był bowiem doprawdy bajeczny i ukazywał ówczesną potęgę Rzeczypospolitej polsko-litewskiej (poseł wenecki pisał w roku 1646 iż: "Polacy byliby strasznymi światu, gdyby się nauczyli porządku i posłuszeństwa", po czym wyliczał zasługi Polaków w walkach w Europie Zachodniej, w tym m.in.: "Kosztowne zaciągi obróciła Francyja na swój pożytek, dwa tysiące czterysta samej piechoty polskiej, uzbrojonej w kosy, dopomogło w następnym roku do wzięcia Dunkierki"). Wjazd Ossolińskiego do Rzymu porównywano wówczas do... drugiej inwazji Hannibala, a to z tej przyczyny, iż w jego orszaku było aż 10 wielbłądów, które musiały przejść Alpy. Do tego przepiękne karoce, konie podkute złotymi podkowami (które specjalnie gubiły na ulicach Rzymu) i w ogóle niezwykłe bogactwo całego orszaku (nawet 30 służących Ossolińskiego jechało na koniach o turkusowych rzędach, a przyozdobieni byli w piękne szaty w atłasowych, błękitnych frezjach, do tego siodła na których jechali były wysadzane drogimi kamieniami). 

Cały orszak liczył 300 ludzi i koni, 10 wielbłądów, mnóstwo karoc i wozów obładowanych bogactwem, do tego wzięci w niewolę Turcy i Tatarzy w turbanach (którzy prowadzili owe wielbłądy), mający stanowić swoistą atrakcję dla papieża i ludu Rzymu, dlatego też wszystko to razem wzięte przypominało prawdziwą inwazję Hannibala na Rzym. Orszak wyjechawszy z Krakowa w dniu 15 września, kierował się powoli w kierunku cesarskiego Wiednia. Następnie skierowano się do Leoben, potem St. Veit i Villach). W początkach października przekroczono rzekę Gall, po czym wjechano do Tarvisio. Cała droga nie była łatwą, bowiem musiano pokonywać góry i przełęcze, a także drogi zarzucone odłamkami skalnymi (co było niezwykle trudne dla dużych i ociężałych karoc, a szczególnie wozów obładowanych najróżniejszymi kosztownościami), szczególnie pod Camporosso i Pontebba a także pod Venzone. Często dochodziło też do sytuacji, że z braku mostów na rzekach, musiano pokonywać je wpław (nad Piawą o mal nie doszło z tego powodu do tragedii, gdy jedna z karoc została zniesiona przez fale rzeczną i jedynie dzięki szybkiej reakcji hajduka Michała nie doszło do tragedii i uratowano siedzące w niej osoby). Pewien problem nastręczały postoje, choć starano się obozować głównie w klasztorach (przede wszystkim sam Ossoliński i niektórzy z panów szlachty jego orszaku), a reszta po prostu rozbijała obóz pod danym miastem lub szukała sobie kwater. 


JERZY OSSOLIŃSKI




W Trewiso po raz pierwszy powitano orszak Ossolińskiego fanfarami, mowami powitalnymi i oficjalnymi przyjęciami w pałacach wielmożów (podczas jednego z takich przyjęć, Ossoliński zainteresował się kształtem jednej z willi, którą kazał dokładnie zmierzyć). Dalsza podróż przebiegała pod znakiem przyjęć i zwiedzania poszczególnych miast włoskich (Padwa, Rovigo, gdzie odbyło się przyjęcie w pałacu Roncalli, Polesella i gościna u signora Grimani, Ferrara i wreszcie Bolonia).  W Ferrarze władze miasta przywitały Polaków jeszcze nim ci ujrzeli bramy tego włoskiego miasta. Osobiście wyprawił się na ich przywitanie signor Domenico Danino, siostrzeniec kardynała Ferrary - Magalottiego. Po mieście oprowadzał ich książę Torquato. W Bolonii zaś powitał ich gubernator miasta signor Sant Mario, który oprowadził przybyszów po mieście (odegrano również komedię w palazzo Sforza. Potem zatrzymano się w Forli i Cesenie (w tym ostatnim mieście zorganizowano dla Polaków taką ucztę, że rano wszyscy biesiadnicy ledwie mogli ustać na nogach, mając tak potwornego kaca). W Rimini, w palazzo d'Arengo urządzono bal, połączony z tańcami (po raz pierwszy w swej podróży członkowie orszaku ujrzeli piękne włoskie damy, z którymi tańczono i konwersowano, choć ze względu na obecność mężów tych panien na sali, jakiekolwiek inne relacje, w tym dłuższe rozmowy były niemożliwe). Kolejne postoje to niekończące się przyjęcia, połączone (głównie z piciem ogromnych ilości wina) i zwiedzanie lokalnych miast. W Senigalli Ossoliński nocował w willi Włocha, który dumny był z tego, że lat temu kilka (1624 r.) widział przejazd polskiego królewicza Władysława (wówczas już króla Rzeczypospolitej), przez Senigallię do Rzymu.

Następnie odwiedzono Ankonę (gdzie podziwiano występ chóru mniszek z klasztoru brygidek), Loreto, Maceratę, Belforte, Muccię, Seravelle, Foligno i gdy opuszczano już Civita Castellana kolejnym etapem podróży był już bezpośrednio sam Rzym. Nim jednak orszak poselski Ossolińskiego wjechał do miasta, powitało go na jego rogatkach ok. stu karet, będących własnością poszczególnych posłów z najróżniejszych krajów, którzy witali go oficjalnie w imieniu swych monarchów i rządów. Ossoliński odpowiadał wszystkim w językach włoskim, hiszpańskim, francuskim, niemieckim, angielskim i jeszcze kilku innych. Pamiętny bajeczny wjazd polskiego orszaku do Rzymu, miał miejsce w kilka dni później. Tak oto ów wjazd widział anonimowy naoczny świadek, włoski pisarz który pozostawił własną relację z tego wydarzenia: "Z taką pompą prowadzono Jego Mości do pałacu, pod górę della Trinita dei Monti (...) Wszystkie drogi i ulice, przez które ta jazda poszła, były zagęszczone karetami i bardzo wielką ciżbą ludzi, że trudno się było przecisnąć, a sama sława narodu polskiego i posła takowego była nader wielka, przy takim porządku i dostatku, gdyż w strojach było widzieć okazałość wielką, w siedzeniu na koniach prawie żołnierską postać, w postępkach poważność i skromność, a we wszystkich innych obyczajach animusze prawie pańskie i wspaniałe we wszystkim, a na dostatek prawie nieporównaną ludzkość i grzeczność, przez co prawie zniewolili sobie wszystkich w tym mieście, które przyzywa jednym głosem, że pamiętnika nie masz, który by widział taką pompę. Gdy wjeżdżał Jego Mość pan poseł w swój pałac, ex castro S. Angeli wypuszczono wszystkie strzelbę na przywitanie Jego Mości i na oświadczenie wielkiej radości wszystkiego Rzymu z przyjazdu pana tak wielkiego".

Wjazd był doprawdy bajeczny i wyżej wymieniona relacja Rzymianina, który ją oglądał nie oddaje w pełni jej piękna i bogactwa. W naszej pamięci przetrwała jedynie opowieść, jak to konie z orszaku Ossolińskiego specjalnie gubiły złote podkowy, które potem ochoczo zbierali mieszkańcy Rzymu, ale był to jedynie fragment dziejących się wydarzeń (choć bez wątpienia najbardziej imponujący). Niesamowite wrażenie musieli budzić również przybrani za husarzy i przyozdobieni w piękne stroje z aksamitu i atłasu, ze sterczącymi za ich plecami (na husarski sposób) piórami (z tą jednak różnicą iż były to... pióra pawie) służący Jerzego Ossolińskiego. Końskie uzdy i siodła były przetykane złotem, srebrem i drogimi kamieniami, ale równie wielką ciekawość budzili Turcy i Tatarzy w turbanach, którzy jechali na wielbłądach. Cały orszak wyglądał niczym wyjęty z jakiegoś innego świata, ale oni stanowili dodatkowy element orientalizmu. Ossoliński wiózł również papieżowi Urbanowi VIII bogate dary, załadowane na wozach, wygłosił też na jego cześć sławną mowę pochwalną. Długo jeszcze w Rzymie wspominano tę polską ambasadę (Ossoliński jechał do Rzymu, aby objąć urząd polskiego posła przy Stolicy Apostolskiej), a papież dzięki uzyskanym darom, mógł sprawić mieszkańcom Rzymu nie lada przyjemność, doprowadzając by jednego dnia z miejskich fontann zamiast wody, płynęło wino.




Podobnie widok wziętych w niewolę (choć równie bogato przybranych) muzułmanów musiał przypominać mieszkańcom Rzymu i innych włoskich miast, że to właśnie Rzeczpospolita polsko-litewska stanowi największą i najpewniejszą zaporę przeciwko rozlewaniu się islamu na Europę i że to "Polska jest najsilniejszą fortecą całej Europy przeciwko ludom barbarzyńskim" ("Poloniae totus Europae adversus barbarorum nationum" - taki napis znalazł się na łuku triumfalnym w Paryżu w roku 1573). Pięćdziesiąt lat po owym świetnym poselstwie Jerzego Ossolińskiego do Rzymu, ponownie przekona się o tym cały świat, gdy husaria Rzeczypospolitej dosłownie zmiecie 300 000 tureckich i tatarskich wojsk, które obległy Wiedeń i już czuły się jego panami.         







GERMAN DEATH CAMPS

NEVER POLISH



CDN.

piątek, 6 kwietnia 2018

SUŁTANAT KOBIET - Cz. VII

SUŁTANKA NURBANU






Czasy, o których teraz pragnę opowiedzieć, to okres powolnego ale konsekwentnego upadku pozycji i znaczenia Imperium Osmańskiego. Upadek został zapoczątkowany po śmierci Sulejmana I Wspaniałego (1566 r.) i wraz z objęciem tronu przez jego jedynego syna (który pozostał przy życiu) Selima II, zwanego Pijakiem (choć oficjalnie nazywano go Selimem Jasnowłosym). Matka Selima, kobieta która zapoczątkowała swoisty okres "Sułtanatu Kobiet" - Hurrem (Roksolana) nie żyła już także od ośmiu lat, jej rolę jako Haseki Sultan (głównej małżonki sułtana) objęła teraz niejaka Afife Nurbanu (która wzorując się na swej teściowej Hurrem, również doprowadziła do oficjalnego ślubu z Selimem, stając się jego prawnie poślubioną najważniejszą małżonką, a nie tylko jedną z żon). Początkowo nie zanosiło się na pojawienie się oznak kryzysu, co prawda po wstąpieniu na tron Selima zbuntowali się janczarzy (domagając się zaległego żołdu), ale wielki wezyr Sokollu Mehmed Pasza wypłacił im pieniądze z rezerw, ale już wielkie uroczystości, jakie zorganizowano na cześć nowego sułtana w Konstantynopolu przyciągały tłumy i ukazywały potęgę państwa osmańskiego (choć oczywiście owe uroczystości pochłonęły również ogromne pieniądze z sułtańskiego skarbca). Szybko jednak się one zwróciły gdy Piyale Pasza zdobył Chios (1566 r.) a Sokollu i Perveta Pasza zmusili cesarza rzymskiego Maksymiliana II do zapłaty sporego corocznego haraczu (zwanego "upominkiem dla sułtana") w wysokości 30 000 dukatów (plus coroczne upominki dla wezyra i kilku paszów), w zamian za zaprzestanie walk na Węgrzech, Siedmiogrodzie i w Transylwanii (luty 1568 r.). 

Selima II nie interesowała jednak polityka i wojaczka, wolał czas spędzać w swym haremie (często zamroczony sprowadzanym dla niego z Europy winem) zarówno w Konstantynopolu jak i w Edirne (gdzie przeniósł się po objęciu rządów), pozostawiając władzę w rękach swego ambitnego wezyra - Sokollu Mehmeda Paszy oraz swej małżonki Afife Nurbanu. Razem snuli nawet ciekawe projekty, (jak choćby budowę Kanału Sueskiego, ułatwiającego przeprawę z Morza Śródziemnego na Ocean Indyjski), ale na wszystko potrzeba było pieniędzy i to gigantycznych pieniędzy, a wojny i łupy ledwie pokrywały bieżące wydatki i potrzeby dworu sułtańskiego. Selim żył niczym w złotej klatce, przebywając w swym pałacu w Edirne, spacerując po tamtejszych wspaniałych ogrodach, oddając się uciechom łoża w haremie czy... spożywając posiłki na specjalnych misach, które ponoć miały same pękać, gdy tylko miały kontakt z trucizną. Przez kolejne lata dwór sułtański nie miał większych powodów do zmartwień, może poza wielkim pożarem Konstantynopola, jaki wybuchł 27 września 1569 r., falami upałów roku 1570 oraz konfliktem pomiędzy Nurbanu a siostrą Selima - Mihrimah. Te dwie kobiety toczyły ze sobą regularną podjazdową wojnę, a ponieważ obie żywo się nienawidziły, nie przebierały też w środkach. Mihrimah została mianowana przez Selima jego Valide Sultan (tytuł ten należał do matki panującego sułtana) i do jej kompetencji należało zarządzanie haremem (oraz dostarczanie młodych dziewcząt do alkowy Selima, co Mihrimah czyniła z pasją, starając się aby brat zainteresował się innymi kobietami i oddalił Nurbanu, lub przynajmniej ją zmarginalizował). I rzeczywiście, na tym polu odniosła spore sukcesy (to ona miała wybrać dla Selima dwie główne konkurentki Nurbanu - Selimiye w której ponoć Selim miał się zakochać i Aysę, zwaną również Hubbi Hatun - poetkę która pisała dla sułtana wiersze miłosne, tańczyła i śpiewała).




W 1570 r. Sokollu zdobył Jemen (uroczyście intronizując panowanie Selima w Mekce), ale już sprzeciwił się inwazji na Cypr, do czego namawiali sułtana paszowie (którym nie w smak były rządy Mehmeda Sokollu). Sokollu twierdził bowiem, iż inwazja na tę wenecką wyspę doprowadzi do zawiązania nowej koalicji państw chrześcijańskich przeciwko Turcji, czego on starał się unikać. Sułtan jednak (choć sam nie zamierzał wyjeżdżać z pałacu i brać udziału w długiej i męczącej kampanii) przystał na plan zajęcia Cypru. W sierpniu 1571 r. padła Famagusta - największa i najpotężniejsza twierdza wenecka na Cyprze, co automatycznie oznaczało że wyspa ta została zajęta przez Turków. Zajęcie wyspy podkopało wpływy Sokollu na dworze sułtańskim na korzyść jego wroga Lala Mustafy Paszy (zdobywcy Famagusty), ale choć początkowo wydawało się że zwycięstwo to będzie można łatwo skonsumować i nie pociągnie to za sobą żadnych skutków ubocznych (cesarz Maksymilian II odmówił Wenecjanom pomocy i wystąpienia przeciw Osmanom), to jednak poparł ich król Hiszpanii - Filip II. Przyłączyły się też i inne włoskie państewka z Papiestwem na czele i tak już we wrześniu powstała Liga Święta skierowana przeciw Osmanom. Obawy Sokollu się sprawdziły, teraz świat chrześcijański wyprawił się zbrojnie przeciwko muzułmańskiemu Imperium. Do głównego starcia doszło 7 października 1571 r. na morzu, pod Lepanto. Flotą Ligii Świętej dowodził nieślubny syn cesarza rzymskiego - Karola V (i tym samym przyrodni brat króla Hiszpanii Filipa II) Don Juan de Austria, zaś flotą osmańską Muezzinzade Ali Pasza. Zakończyła się ona totalną klęską Turków i utratą przez nich prawie całej floty (200 okrętów). 

Zwycięstwo pod Lepanto (choć uroczyście świętowane w wielu chrześcijańskich krajach), nie spowodowało jednak odzyskania Cypru. Wyspa ta została już stracona i choć zadano Osmanom potężny cios, to jednak (z rozkazu sułtana) szybko odbudowali oni swoją flotę (w czerwcu 1572 r. nowe okręty były już gotowe do wodowania). Utracono jednak wielu doświadczonych dowódców i marynarzy (zginęło ich prawie 30 000, w tym m.in.: sam dowódca Muezzinzade Ali Pasza), a szkolenie nowych musiało zająć kilka (lub nawet kilkanaście) kolejnych lat. Tymczasem w haremie trwał konflikt Nurbanu i Mihrimah, który przeniósł się również na najstarszego oraz jedynego syna Selima i Nurbanu - Murada. I na tym polu również wygrywała Mihrimah (ponoć Murad wolał przyjmować nałożnice od swej ciotki niż od matki), ale swoją główną żonę (i niezwykle wpływową sułtankę w późniejszych latach) Safiye, otrzymał od swej kuzynki - Humasah (córki księcia Mehmeda, najstarszego syna Sulejmana i Hurrem). Książę Murad objął tron (jako Murad III) po śmierci ojca Selima II (który został najprawdopodobniej otruty) w grudniu 1574 r. Nim jednak to nastąpiło, jego matka Nurbanu ukryła ciało męża przez prawie dwa tygodnie, jednocześnie wysyłając wiadomość do syna, aby natychmiast przybył do Konstantynopola i objął władzę. Murad III niewiele różnił się od ojca. Wstąpił na tron  w wieku 28 lat, ale folgował tym samym uciechom co Selim (lubił alkohol, kobiety i wygodne pałacowe życie). Najpierw kazał udusić wszystkich swoich pięciu braci. On również nie przywiązywał większej wagi do spraw państwa, pozostawiając je w rekach swej matki, ciotki i... żony, która szybko podjęła rękawicę konfliktu o władzę z Nurbanu.


NURBANU - MURAD III i SAFIYE



Imperium wciąż święciło triumfy (w 1574 r. zdobyto Tunis, który od 1535 r. był w rękach Hiszpanów), a odbudowana osmańska flota, znów siała postrach na Morzu Śródziemnym (po klęsce pod Lepanto wielki wezyr Mehmed Sokollu rzekł do weneckiego posła takie oto słowa: "Zdobywając Cypr odcięliśmy wam ramię, wy niszcząc naszą flotę obcięliście nam brody. Odcięte ramię nie odrośnie, zaś odcięta broda wkrótce urośnie jeszcze bujniej niż poprzednio"). W 1576 r. Sokollu zajął na Persach Gruzję, Azerbejdżan i Luristan (zyskując nowe łupy, które pozwoliły uniknąć bankructwa państwa). Zawarł sojusz z Sułtanatem Maroka, dzięki czemu Turcy rozgromili Portugalczyków pod Wadi Sebil niedaleko Fezu (1578 r.). Jednak 12 października 1579 r. wielki wezyr Sokollu Mehmed Pasza zakończył życie.       





Był on ostatnim przez kolejne 75 lat wezyrem, który realnie próbował odbudować pozycję Imperium Osmańskiego w ówczesnym świecie. Kolejnym będzie dynastia Koprulu, której przedstawiciel - Kara Mustafa Pasza ostatecznie poniesie druzgocącą klęskę pod Wiedniem w 1683 r. zadanej z rąk króla Rzeczypospolitej - Jana III Sobieskiego i niezwyciężonej polskiej husarii. Będzie to ostatni akt wielkości Turcji Osmańskiej, po którym państwo to już się nie odrodzi w dawnym kształcie.  



 
 

GERMAN DEATH CAMPS

NEVER POLISH

 
CDN.

wtorek, 3 kwietnia 2018

TAJNE SPISKI, REWOLUCJE I POLITYCZNE MAFIE - Cz. III

CZYLI TAJEMNY ŚWIAT UKRYTY,

PRZESŁONIĘTY NASZYM MATRIXEM



STAROŻYTNY EGIPT

WIELKA REWOLUCJA AMARNEŃSKA

(ok. 1347 r. p.n.e. - ok. 1330 r. p.n.e.) 

Cz. II





"O EGIPCIE! EGIPCIE! NIE POZOSTANIE Z CIEBIE NIC PRÓCZ BAJEK, KTÓRE WYDADZĄ SIĘ NIEPRAWDOPODOBNYMI PRZYSZŁYM POKOLENIOM I NIC NIE PRZETRWA Z CIEBIE PRÓCZ SŁÓW WYCIOSANYCH W KAMIENIU"

FRAGMENT PRZEPOWIEDNI Z WYROCZNI DELFICKIEJ




Ponieważ właśnie dobiegły końca święta Zmartwychwstania Pańskiego, podczas których Chrześcijanie oddają cześć Zbawicielowi tego Świata Jezusowi Chrystusowi, czyli posłanemu do nas swoistemu "Emanuelowi Bliskości", postanowiłem więc powrócić do tematu Wielkiej Rewolucji Amarneńskiej i stworzenia na gruncie egipskim solarnego kultu monoteistycznego (niezwykle bliskiego religii chrześcijańskiej). Nim jednak bezpośrednio przejdę do tematu, pragnę zaprezentować strukturę religijną Egiptu (wraz z głównymi bóstwami czczonymi w poszczególnych miastach i nomach). Przedstawię też listę Najwyższych Kapłanów Amona-Re, począwszy od czasów Hapuseneba (arcykapłana sprawującego swój urząd jeszcze w ostatnich latach życia faraona Totmesa II), który w czasach panowania królowej Hatszepsut doszedł do niesamowitej wprost władzy. To właśnie od niego tak naprawdę zaczyna się potęga tebańskich kapłanów Amona-Re, to właśnie Hapuseneb otwiera listę późniejszej potęgi egipskiego kleru, która trwać będzie do 525 r. p.n.e. (od 754 r. p.n.e. z jego żeńskim odpowiednikiem w postaci Wielkiej Małżonki Amona-Re). Hapuseneb otwiera więc listę kolejnych arcykapłanów, którzy teraz przez prawie tysiąc lat będą sprawowali całkowitą kontrolę nie tylko nad rodzimą religią kraju, ale również nad polityką i zewnętrznym i wewnętrznym życiem królestwa. 

Tak więc przed Hapusenebem kler świątynny (w tym kapłani Amona-Re z Teb) zajmowali się jedynie sprawami religii i kultu, od czasu wstąpienia na tron Hatszepsut, ich rola niepomiernie wzrosła (zresztą królowa ta zawdzięczała swoje panowanie właśnie owym kapłanom, a szczególnie arcykapłanowi Hapusenebowi, który przeprowadził swoistą religijną prowokację, mającą na celu "boskie umotywowanie" rządów tej kobiety, gdy podczas oficjalnej procesji w Karnaku, posąg boga, niesiony przez kapłanów, w swoisty sposób "skłonił się" przed postacią Hatszepsut, co umotywowano iż to sam bóg Amon pragnie wyniesienia jej do władzy i obalenia młodego, zaledwie siedmioletniego faraona Totmesa III, który po dwudziestu latach przebywania poza dworem i pod kontrolą ludzi swej ciotki, ok. 1458 r. p.n.e. przeprowadzi udany wojskowy bunt, zakończony śmiercią Hatszepsut i wstąpieniem na tron władcy, który przejdzie do historii jako swoisty: "Napoleon Egiptu", otwierając etap niesamowitej potęgi Egiptu, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczył on w swych dziejach. Wyniesienie na tron Hatszepsut, a co za tym idzie potężne wpływy i bogactwo, jakie się z tym wiązało dla egipskiego kleru (szczególnie tebańskiego), miało więc miejsce ok. 1478 r. p.n.e. Najpierw jednak trochę historii. Ale nie tej historii znanej nam obecnie, lecz tej, w którą wierzyli sami Egipcjanie, w którą wierzył egipski kler oraz oczywiście arcykapłani Amona-Re w "świętych Tebach" .

W czasach panowania IV Dynastii (ok. 2630 - ok. 2500 r. p.n.e.), zostało zapisane, iż w dawno temu, gdy Egiptem rządzili jeszcze bogowie i ich następcy, powstał wspaniały posąg Sfinksa (którego w czasach IV Dynastii już nie było, gdyż zakopany został przez pisaki pustyni). Autor zapisku z tego okresu twierdził iż Sfinks przypominał potwornego zwierza, który pierwotnie stał nad brzegiem morza. Była to swoista chimera  o ludzkiej głowie, ciele lwa i skrzydłach orła (Sfinksa odkopał ponad tysiąc lat później, ok. 1400 r. p.n.e. młody następca tronu, syn faraona Amenhotepa II i wnuk "Napoleona Egiptu" Totmesa III Wielkiego - Totmes IV, z tym że skrzydeł już nie było i tak pozostało do naszych czasów). Twierdzi on również, iż cywilizacja egipska jest stara niczym "szkielet naszych lądów" a swymi początkami sięga przedwiecznego okresu (którego ów autor nie jest w stanie objąć swym umysłem), gdy Egiptem rządziła rasa... czerwonoskórych. Czerwonoskórzy mieli być więc pierwszą ludzką rasą Egiptu, po nich nastąpiła rasa czarna. Uczyniła ona z Egiptu swój przybytek, do czasu aż z północy na swych okrętach nie przybyła rasa... biała. Autor nie wie dokładnie skąd przybyli, wie jedynie że po początkowych konfliktach, nastąpiło "święte przymierze" rasy białej i czarnej (wskazuje iż miało to miejsce na terenach obecnej Etiopii i południowego Egiptu, czyli bardzo daleko na południu, gdzie dominowała rasa czarna). Biali mieli się zjednoczyć z czarnymi (nie wiadomo tylko czy autor pisze o wymieszaniu ras, czy też po prostu o wspólnym istnieniu ich obok siebie), oraz przywieźć ze swojego starego lądu (nie wymienia nazwy), coś, co potem zostało określone jako: "Doktryna Ognia" i "Słowo Światła".




Staną się to następnie formy kapłańskiego wtajemniczenia, dzięki którym kapłani egipscy będą mogli posiąść wiedzę większą niż inni ludzie. Co bardzo ciekawe, zarówno "Doktryna Ognia" jak i "Słowo Światła" opisują Boga jako JEDYNEGO i NIEPODZIELNEGO stwórcę, co oznacza iż wielobóstwo egipskie było do pewnego stopnia parawanem, formą materialistycznej religijności ludu, potrzebną do zapewnienia sobie nad nim władzy. Kapłanom była przekazywana wiedza, która opierała się na założeniu iż Bóg jest niewypowiedziany, jest miarą czasu i nie można go ani objąć za pomocą zmysłów, ani też określić za pomocą słów. Skryty jest za bezmiarem tajemnic, które będziemy mogli poznać dopiero po swej śmierci. Jednak Bóg udziela niektórym-wybranym ludziom (w tym przypadku za "wybranych" uważali się właśnie kapłani), pewnych zdolności, polegających na wznoszeniu się ponad doczesne rzeczy materialne (w formie np. posągów bóstw), ale i tak wybrany człowiek, nie jest w stanie poznać bezmiaru boskiej myśli. 

"Histoire ancienne des peuples de L'Orient" ("Starożytna historia narodów Wschodu") przytacza teksty egipskich pism z czasów Starego Państwa, w których jest m.in. tak napisane o Bogu: "Bóg jest jeden i jedyny, ten, który istnieje jako duch utajniony. Bóg jest i był od początku, był wówczas, gdy nikt inny nie istniał (...) Jest On zarazem Ojcem, Matką i Synem, on rodzi, lecz nigdy nie był zrodzony. On jest wieczny i nieskończony. On stwarza, lecz nigdy nie był stworzony (...) Stwarza on własne członki, które są Bogami" (swoją drogą katarzy - religijny odłam chrześcijaństwa, istniejący na południu Francji w XII i XIII wieku, również uważali że Bóg Jedyny nie stworzył tego świata, lecz stworzył pomniejszych "bogów" którzy są sprawcami tej całej niesprawiedliwości w której żyje człowiek na świecie. Za takie twierdzenia i również za to że pozbawili papieży dochodów z bogatych prowincji południowej Francji, katarzy zostali wymordowani w latach 1209-1229 przez francuskie rycerstwo z północy kraju w ramach krucjat przeciw heretykom, które jednocześnie znacznie wzbogaciło się na tych kampaniach). "Każdy z tych wtórnych bogów, uważanych za tożsamość Boga Jedynego, może stworzyć nowy typ, z którego wyłonią się kolejni i tą samą drogą inne typy niższe". Czyli monoteizm był obecny w religii egipskiej oraz znany (i uznawany jako wiedza tajemna) wśród egipskiego kleru, ale nie był oficjalnie propagowaną doktryną religijną tego kraju. Lud egipski również jednak miał swojego "ludowego" jedynego boga, do którego świątyń odbywały się niezliczone pielgrzymki (głównie do Per-Usir). Był to kult Ozyrysa - boga śmierci, świata podziemnego i odrodzenia do nowego życia. Kult Ozyrysa rozpowszechnił się w czasach kryzysów politycznych i społecznych, o tym bogu opowiem więcej w dalszej części tej serii. Przejdźmy zatem do umiejscowienia poszczególnych bóstw egipskich z ich głównymi świątyniami. 

Egipt starożytny nie był państwem jednorodnym. O niepamiętnych czasów (autor tablicy z IV Dynastii, sugeruje że od czasu konfliktu czarnoskórych Egipcjan z południa z białymi przybyszami z północy) podzielony był na dwie części - północ czyli Dolny Egipt (Deltę) oraz południe czyli Egipt Górny. Każdy kolejny monarcha stawał się władcą "Dwóch Krajów" (pełna tytulatura królewska wyglądała w dużym skrócie następująco: "Jego Świątobliwość, Pan Dwóch Krajów, Pan Świata, Potężny Byk, Władca Nilu, Ten który należy do Dwóch Bogiń"). Dolnemu Egiptowi patronowała bogini-kobra Wadżet (a oznaką królewską była czerwona korona Delty), zaś Górny Egipt za swoją patronkę miał boginię-sępa Nechbet (oznaką królewską była zaś biała korona). Po zjednoczeniu kraju władcy nosili podwójną (łączoną) białą i czerwoną koronę oficjalną. Król (faraon) był najwyższą władzą w obu krajach, ale każdy z nich miał te same podwójne stanowiska lokalne. Tak więc reprezentantami władcy w Górnym i Dolnym Egipcie byli wezyrowie jednego i drugiego kraju i to właśnie oni tworzyli królewską administrację lokalną. Każdy z dwóch krajów podzielony był dodatkowo na mniejsze ośrodki administracyjne, zwane nomami, których łącznie było 42 (czasy Nowego Państwa), miało to być zgodne z liczbą 42 ławników, występujących w Zaświatach na "Sądzie Ozyrysa", przy czym Delta dzieliła się na 20 a Górny Egipt na 22 nomy. Każdy nom dodatkowo miał swojego wybranego "jedynego" boga, któremu ludność danego obszaru głównie składała ofiary. Każde egipskie miasto, miasteczko i wieś miało swojego głównego boga, często były to jedyne bóstwa w danej miejscowości.




Pierwszym nomem Dolnego Egiptu był nom memficki (to właśnie tutaj, w dawnej stolicy Delty rezydował wezyr tego kraju). Miasto to miał wybudować pierwszy władca zjednoczonego Egiptu - Narmer (zwany również Menesem). To on wzniósł miasto i świątynię głównego memfickiego bóstwa - Ptaha. Tworzył on tzw.: "Memficką Triadę" (wraz z boginią Sechmet, jego żoną i ich synem, bogiem Nefertumem). Ptah był czczony w nomie memfickim jako Bóg-Stwórca człowieka. Kapłani świątyni Ptaha w Memfis, byli zaś twórcami tzw.: "memfickiej teologii słowa", mówiącej o kosmologicznych związkach tego boga. Ptah był najstarszym bogiem ziemi memfickiej i jest uważany za boga pierwotnego (z czasów przeddynastycznych), który wcześniej był czczony pod imieniem Tatanen. Jego świątynia w Memfis otoczona była Białym Murem (który ponoć miał wznieść sam Narmer), a z tym związana była najstarsza forma religijnej ekspiacji Egipcjan, zwana "obchodzeniem murów". Ptah dla Memfijczyków był również pierwszym bogiem, który odrodził świat po Wielkim Potopie z czasów przeddynastycznych. Prócz jego świątyni (w czasach późniejszych), wybudowano również świątynie jego małżonki o głowie lwicy - Sechmet (była to patronka kobiet w ciąży i macierzyństwa, jak również niszczącej siły słońca) i ich synowi, wyobrażonemu jako kwiat lotosu - Nefertumenowi (bóg perfum i olejów, często w rodzinach dawany w prezencie jako fetysz). Z kultem boga Ptaha związany jest również kult byka Apisa (który również swą główną świątynię posiadał w Memfis). Z tym że należałoby pamiętać iż kult byka Apisa nie był kultem typowo egipskim, jest to raczej efekt kulturowy podboju Egiptu przez azjatyckich Hyksosów (XVII-XVI wiek p.n.e.), którzy właśnie mieli zaaplikować Egipcjanom ten "byczy" kult. To właśnie jako przeciwwaga do tej nowej formy kultowej, rozpowszechnił się ogromnie kult misteryjny Ozyrysa, stanowiącego swoistą konkurencję dla Apisa. 

Kult Ozyrysa rozpowszechnił się właśnie po podboju Delty przez Hyksosów, jako reakcja na nowe, azjatyckie formy kultowe (w ofierze Ozyrysowi składało się właśnie udziec z... byka), za sprawą kapłanów Dolnego Egiptu, którzy z niesmakiem przypatrywali się hyksoskim "byczym" bogom. Powstała więc szybko cała mitologia (zapewne istniała ona wcześniej, ale Ozyrys przed Hyksosami był nic nieznaczącym, niewielkim lokalnym bóstwem, dopiero po podboju przez nich północy kraju, stał się swoistym "ludowym mesjaszem-wybawicielem"), opowiadająca o Ozyrysie, jego żonie Izydzie i ich synu Horusie, którzy szybko stali się symbolami królewskiej władzy i walki z azjatycką okupacją. Ale szczegóły tej mitologii na razie sobie darujmy (przejdę do tego, gdy już bezpośrednio będę omawiał nom świątynny tego bóstwa). Konflikt Ozyrysa z Apisem, był podyktowany dodatkowo jeszcze tym, iż byk to jeden z symboli boga Seta (którego hyksoscy władcy uznali za swego głównego boga) i który długo miał konotację pozytywną. Swą negatywną formę uzyskał dopiero po wypędzeniu Hyksosów z Egiptu (i objęciu władzy przez XVIII Dynastię, która teraz rozpoczęła swą ekspansję na tereny azjatyckie, podporządkowując władzy Egiptu lokalne syro-palestyńskie księstwa). A ponieważ Set był wrogiem (i zabójcą Ozyrysa) ich konflikt przeniósł się również na bycze bóstwo Apisa. W każdym razie zarówno Apis jak i Set byli wielkimi bogami Egiptu w czasach późniejszych (chorągwie wojskowe Seta, były jednymi z głównych w armii egipskiej), a Apis czczony był w niezwykle uroczysty sposób w Memfis. Wynika z tego jasno iż pomimo walki, azjatyckie "bycze" kulty zostały przejęte przez Egipcjan i w kolejnych pokoleniach uważane już za rodzime. 

Mamy więc już czterech memfickich bogów, ale to nie koniec, bowiem kolejnym było bóstwo zwane Sokaris (czczone w memfickiej nekropolii Ra-setau). Był to bóg-sokół który był lokalnym bogiem zmarłych (jak już mówiłem, kult Ozyrysa jako pana ogólnoegipskiego Świata Podziemnego odżył dopiero w Drugim Okresie Przejściowym, czyli podczas okupacji Delty przez azjatyckich Hyksosów, i dopiero od tego czasu ma miejsce niezwykle ożywiony ruch pielgrzymkowy do jego świątyń. Natomiast kult Sokarisa był typowo memficki). Teraz opuszczamy stare Memfis i (kierując się Nilem) podążamy się na północ, ku morzu. Tak docieramy do dwóch kolejnych nomów Delty - II (Letopatis), leżącego na zachód od Nilu i XIII (Heliopolis), umiejscowionego na wschodzie rozgałęzienia Delty. Zacznijmy może od tego drugiego. 

 



 GERMAN DEATH CAMPS

NEVER POLISH



CDN.