Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 8 listopada 2018

MARSZ MILIONA!!!

ZAPOWIEDŹ MARSZU NIEPODLEGŁOŚCI





PÓKI POLSKA ŻYJE W NAS

PÓTY NIE ZGINIE!






Marsz Miliona! Tak, od dawna czekałem na ten dzień - 11 Listopada 2018 r. i wreszcie go doczekałem - stena rocznica odzyskania Niepodległości przez Polskę. Niesamowity dzień i jednocześnie niesamowity Marsz, jedyny taki patriotyczny marsz w całej Europie, jeśli nie na całym świecie. Nasz Marsz - Nasz, polskich patriotów, którzy tego dnia pragną oddać hołd pamięci poprzednich pokoleń i to zarówno tych jęczących w niewoli pod obcym butem w czasach zaborów, niemieckiej okupacji i komunistycznego, powojennego zniewolenia kraju przez nadciągającą ze wschodu "czerwoną zarazę" (parafrazując sławny wiersz Józefa Szczepańskiego pt.: "Czerwona zaraza"), jak również tych, którzy żyli w szczęśliwszych latach, potęgi i mocy Rzeczypospolitej, której blask promieniał w Europie, jednocześnie oślepiając Jej wrogów. Ale przede wszystkim jest to Marsz ku czci tych wielkich naszych przodków, którzy w beznadziejnej sytuacji zniewolenia i rozdarcia kraju na trzy części, nie utracili wiary w możliwość odrodzenia Niepodległej Polski i swój zapał, swoją niewzruszoną wiarę przelali w serca milionów innych rodaków, już pogodzonych z "naturalnym stanem podległości". To te niesamowite postaci, ludzie ze stali, ludzie o niewzruszonej wierze byli pochodniami rozświetlającymi mroki dla Niepodległej. I Marsz ten ma oddać cześć tym właśnie wszystkim postaciom z naszej (bliższej i dalszej) historii, którzy wskazali nam kierunek - najpierw Niepodległość kraju, odbudowa Jego granic oraz znaczenia w Europie, a potem praca codzienna praca ku Jego nowej potędze.




DO OJCÓW ZAŁOŻYCIELI NIEPODLEGŁEJ POLSKI ZALICZYĆ NALEŻY:




1) JÓZEF PIŁSUDSKI   





"W dzieciństwie moim ciągle mi szeptano w uszy tak zwane mądre przysłowia: "Nie dmuchaj pod wiatr", "Głową muru nie przebijesz", "Nie porywaj się a. motyką na słońce". Doszedłem później do tego, że silna wola, energia i zapał mogą te właśnie zasady załamać"

"Szukaj prawdy duszy. Patrz jej w oczy, prawda jest siłą i jest mocą duszy. To bogini. Słaby nie znosi wzroku prawdy i tarza się przed nią w prochu, silny nawet się chwieje - ale nigdy nie pada - i on wyczyta w oczach bogini rozkaz woli"


"Słabość ma zawsze jedną konsekwencję - zamiłowanie do wielkich słów bez treści... wielkie słowa wyrzucone są jakby dla przykrycia skromnych zamiarów, dla ukrycia swej niemożności istotnego wprowadzenia w życie tego, co się mówiło"



"Potrzeba umieć być ofiarnym. Jeżeli mówię o ofierze, to nie mówię o ofierze względnie łatwej. Tam, gdzie chodzi o życie, tam, gdzie chodzi o krew, jest ta ofiara najłatwiejszą, chociaż
w laury owitą. To jest ofiara, na którą Polak na pewno się zdobędzie. Idzie o ofiarę ciężką, idzie o ofiarę, robioną dla siły całego narodu, idzie o ofiarę i umiejętność robienia ustępstw wzajemnych, idzie o ofiarę z tego, co ludziom być może jest najdroższe, o ofiarę ze swoich przekonań i poglądów. Idzie o to, aby kraj nasz zrozumiał, że swoboda to nie jest kaprys, że swoboda to nie jest "mnie wszystko wolno, a drugiemu nic", że swoboda, jeżeli ma dać siłę, musi jednoczyć, musi łączyć, musi rękę sąsiadom i przeciwnikom podawać, musi umieć godzić sprzeczności, a nie tylko przy swoim się upierać. Z takiej jedynie ustępliwości wzajemnej, z takiego jedynie szanowania wzajemnego, z takiej jedynie umiejętności podawania do wspólnej pracy dłoni wszystkim, wypływa moc wielka w chwilach trudnych i w chwilach kryzysów państwowych"



"Nie śpieszmy do łatwych, ale tanich zwycięstw i efektów swojej pracy"


"Nie dosyć jest skarżyć się na los i krzywdy, trzeba umieć i walczyć z nimi"

"Są w życiu narodów i państw zmagania, które nigdy nie ustają. Polskę na równi z innymi narodami oczekuje walka we wszechświatowych zapasach o pierwszeństwo w dziedzinie organizacji i kultury. Polska musi mieć triumfy i w tej pokojowej walce. Zdać musi wielki egzamin, by nie dać się ubiec w tym kulturalnym wyścigu"


"Polska ma przed sobą wielką pracę. Polska, ta wyśniona, wymarzona, ma wszystkie zewnętrzne cechy, którymi my, wychowani w niewoli, cieszyć się możemy: wielkie wojsko, wielkie triumfy, wielką zewnętrzną siłę, wielką potęgę, którą i wrogowie i przyjaciele szanować i uznawać - chociażby nie chcieli muszą. Mamy Orła Białego, szumiącego nad głowami, mamy tysiące powodów, którymi serca nasze cieszyć możemy. Lecz uderzmy się w piersi. Czy mamy dość wewnętrznej siły? Czy mamy dość tej potęgi duszy? Czy mamy dość tej potęgi materialnej, aby wytrzymać jeszcze te próby, które nas czekają? Przed Polską leży i stoi wielkie pytanie: czy ma być państwem równorzędnym z wielkimi potęgami świata, czy ma być państwem małym, potrzebującym opieki możnych. Na to pytanie Polska jeszcze nie odpowiedziała. Ten egzamin z sił swoich jeszcze zdać musi. Czeka nas pod tym względem wielki wysiłek, na który my wszyscy, nowoczesne pokolenie, zdobyć się musimy, jeżeli chcemy zabezpieczyć następnym pokoleniom łatwe życie, jeżeli chcemy obrócić tak daleko koło historii, aby wielka Rzeczpospolita Polska była największą potęgą nie tylko wojenną, lecz także kulturalną na całym wschodzie. Wskrzesić i tak ją postawić w sile i mocy, potędze ducha i wielkiej kultury musimy, aby się mogła ostać w tych wielkich, być może, przewrotach, które ludzkość czekają"


"Polska idzie wszędzie z hasłem swobody, Polska idzie nie z chęcią ucisku brutalnym butem żołnierskim, nie z chęcią narzucenia komukolwiek stosowania się do jej praw... chciałem właśnie z Polski uczynić ośrodek kultury, w którym rządzi i obowiązuje prawo"



  MARSZAŁEK O MIASTACH RZECZPOSPOLITEJ:


 "Warszawa, ta Warszawa trwożliwa, ta Warszawa nerwowa, umiała jednak stanąć na wysokości zadania, gdy (...) nieprzyjaciel stanął u jej bram i postawą swoją, pełną poświęcenia i odwagi, przechyliła szalę zwycięstwa na naszą stronę"


"Jestem między wami w Krakowie, a Kraków, pamiętajmy, nie jest tylko olbrzymią, czarowną, usidlającą serce mogiłą wielkiego narodu (...) Kraków jest współczesnym wielkim miastem i jedną ze stolic Polski. Właśnie Kraków wyróżnia się między innymi miastami naszymi tym, że najłatwiej w nim było zawsze przeprowadzić współpracę ludzi i stronnictw. Najmniej tutaj było wyklinania i stawiania poza nawias narodu, przypisywania sobie tylko przywileju miłości dla Ojczyzny i wyłączności w wytyczonych przez siebie drogach ku zbawieniu. Więcej tutaj było, niż gdzie indziej, wzajemnego szacunku dla zdań różnolitych, zatem zdolności do współpracy. Gdy więc dziś tutaj, w Krakowie, rozlegają się wymowne głosy, szukające w zgodzie i jedności ratunku przed ciężkimi kryzysami powojennymi, jestem przekonany, że znajdą one wyraz, odpowiadający wymaganiom nowoczesnych cywilizowanych społeczeństw, że stworzą one przykłady dla innych części ojczyzny.



"Wilno. Miłe miasto. Miłe mury, co mnie niegdyś wielkiej prawdy kochać uczyły. Miasto - symbol naszej wielkiej kultury, państwowej ongiś potęgi. Dynastia Jagiellonów, co nad wieżyczkami Krakowa i wieżami Wilna potężnie niegdyś panowała (...) Wilno Stefana Batorego, co uniwersytet zakładał i mieczem nowe granice wybijał (...) Wielcy poeci i wieszcze, co naród pieścili słowem i w czar zakuwanymi słowami życie narodowi dawali (...) Tu, w tej samej szkole, gdzie ja biegałem, w tych murach pięknie wołających do Boga uczyli się, jak ja kiedyś, w przeklętej rosyjskiej szkole (...) Wszystko co piękne w mej duszy, przez Wilno pieszczone"


"Lwów był zawsze najbardziej bez trwogi. Tu serca Polski biły najśmielej. Kto pragnął odetchnąć uczuciem wolności i nawiązać nić tradycyjną myśli czy walki o niepodległość Polski, musiał oprzeć pracę o Lwów, gdzie biły serca goręcej rwące się do wolności. Na tarczy waszej herbowej wypisane są słowa: "Zawsze wierny" (Semper Fidelis)"

"Idą czasy, których znamieniem będzie wyścig pracy, jak przed tym był wyścig żelaza, jak przed tym był wyścig krwi. Kto do tych zawodów bardziej przygotowany będzie, kto w tym wyścigu większe dowody wytrzymałości złoży, ten w najbliższych czasach będzie zwycięzcą, ten potrafi utrzymać to, co zyskał, albo odrobić to, co stracił. Przychodzicie do Polski z wielkim dorobkiem ciężkiej walki, zdobytym uczciwie w drobiazgowej, sumiennej, obowiązkowej pracy. Gdy myślę o zadaniach, stojących przed Polską, chciałbym wnieść od was (Poznań) do Polski całą waszą namiętność pracy, która by Polskę przeniknęła"

"Gdy zbliżam się do dawnej granicy, czuję, że zbliżam się do świątyni historii i doznaję silnego wzruszenia. Hasło, które ze słupów wbitych wołało do nas niedawno jeszcze: ,"Zapomnij", dzisiaj woła mnie i wam: "Pamiętaj". A to "pamiętaj" oznacza nie tylko czcze słowa, lecz oznacza: "Pracuj i jeszcze raz pracuj, zasypuj tę granicę, którą wróg chciał uczynić przepaścią". Pomiędzy granicami, które wzbudzają największe wzruszenie, jest ta, którą wczoraj przekroczyłem. Tu, na Pomorzu, żądano: "zapomnij" więcej niż gdziekolwiek. To też największym "cudownym dzieckiem" jest Pomorze polskie. Tutaj dokonał się cudowny powrót do dawnego życia"


"Grodno! Piękny gród wasz nad cudownym, starym Niemnem rzucony jakby rozmyślnie ręką Boga, tworzy silną łącznicę pomiędzy równie daleką Warszawą, jak i w sierocym oddaleniu leżącym Wilnem, nie tak kruchą, nie tak słabą, jak te dzieła rąk ludzkich. Ta łączność twarda, silna, dla której Niemen i inne rzeczki nie są przeszkodą, ta łączność musi być dziełem waszego wysiłku i chcenia: "móc - to chcieć". Jeżeli tylko chcieć będziecie, to łączność będzie trwała, tylko chciejcie, to tę łączność waszą zbudować potraficie"


(Grodno, choć nie leży ono już w granicach Polski należy się bezapelacyjnie order Virtuti Militari, taki, jaki mają miasta Warszawa i Lwów - gdyż w 1939 r. w wyniku sowieckiego, bandyckiego najazdu, miasto to stało się zaporą, która w beznadziejnej walce próbowała wykrzyczeć swój sprzeciw wobec komunizmu i nazizmu)

  
O Marszałku Piłsudskim w zasadzie nie ma co pisać gdyż jest to moralny kolos, człowiek który w największym stopniu przysłużył się odzyskaniu przez Polskę Niepodległości w listopadzie 1918 r. Powiedzieć więc o Nim że to w ogromnej mierze On przysłużył się odrodzeniu kraju, to tak jakby nic nie powiedzieć. Dlatego też daruję sobie komentarz, gdyż wszelkie słowa i tak w tym przypadku wydają się zbędne.



2) ROMAN DMOWSKI





Wielki człowiek dzięki któremu udało się korzystnie wytyczyć przebieg zachodnich granic odradzającej się Polski na konferencji pokojowej w Wersalu w 1919 r. Naszym wielkim szczęściem wówczas był fakt, iż w Warszawie mieliśmy Piłsudskiego a w Paryżu Dmowskiego (a w Waszyngtonie Paderewskiego). I choć jestem piłsudczykiem, postać Romana Dmowskiego zawsze otaczam wielkim szacunkiem za Jego konsekwencję w dążeniu do odbudowania silnej pozycji Polski na Zachodzie (i to zarówno w kwestii naszych granic zachodnich, jak i w kwestii cywilizacyjnej, gdyż Polska praktycznie od X wieku związana jest na stałe z kulturą i cywilizacją zachodu, rozumianą również pod względem religijnym. Rosjanie na przykład do dziś uważają że jesteśmy "zdrajcami Słowiańszczyzny:, gdyż wszystkie słowiańskie narody wyznają prawosławie, a tylko (nie licząc Chorwatów, ale oni daleko od Rosji), ci Polacy rzymski katolicyzm"). Nie będę się rozpisywał na temat życiorysu Romana Dmowskiego, gdyż nie ma to większego sensu, należy jednak raz jeszcze podkreślić, bez Dmowskiego (który notabene był zupełnie pozbawiony energii w działaniu i nie nadawał się na wskrzesiciela Polski tak jak Józef Piłsudski), Polska z pewnością nie uzyskałaby tak korzystnych granic zachodnich (nie były one oczywiście na miarę naszych potrzeb i oczekiwań, ale i tak większa część przemysłowego Śląska z kopalniami i fabrykami, cała bogata Wielkopolska i oczywiście Pomorze - nasze okno na świat, gdzie potem powstanie port w Gdyni - to były nabytki kolosalne, których pokonane Niemcy nie zamierzali oddawać. Notabene to właśnie konflikt o polskie Pomorze był pretekstem, który doprowadził do wybuchu II Wojny Światowej i wspólnego ataku Hitlera i Stalina na nasz kraj).

Roman Dmowski był także ojcem założycielem polskiego ruchu narodowego, ale od razu chciałbym dodać że polski ruch narodowy (czy nawet polski nacjonalizm) jest zupełnie inny od znanego w Europie Zachodniej nacjonalizmu, utożsamianego często z faszyzmem lub z nazizmem. Oczywiście lewica w dużej mierze myli pojęcia (świadomie lub nie - nie ma to jednak znaczenia) faszyzm równa z nazizmem i z nacjonalizmem, co jest kompletnym nonsensem. Faszyzm na przykład nie był ideologią rasistowską i nie dążył do likwidacji lub choćby wygnania Żydów z Europy. Przecież w administracji Mussoliniego wielu Żydów było na eksponowanych stanowiskach, nawet w samym rządzie (dopiero pod koniec wojny Hitler zmusił Mussoliniego do ich odwołania). Faszyzm był ideologią korporacyjnego unitaryzmu społecznego na gruncie klasowym nie rasowym. ideologią wybitnie rasową, był niemiecki nazizm i nie wolno łączyć ze sobą tych dwóch elementów. Natomiast nacjonalizm też wyrasta z zupełnie innego źródła, nie związanego ani z faszyzmem, a już w ogóle nie ma on żadnych związków z nazizmem - czyli kolejną czerwią marksizmu.

Należy jednak niestety pamiętać, że na Zachodzie Europy i w Ameryce, zdarzały się już skuteczne próby łączenia nacjonalizmu z faszyzmem a nawet z rasizmem. Czym bowiem był wilsonowski "socjalizm wojenny" w USA? Czym polityka National Recovery Administration (NRA), będąca główną agencją realizującą plany rooseveltowskiej polityki New Deal. Zresztą znaczek NRA (z błękitnym orłem) był tak popularny w Ameryce w latach 30-tych, że kobiety tatuowały go sobie na plecach a nawet na... biuście. NRA była to agencja wybitnie faszystowska (z dzisiejszego punktu widzenia), posiadająca nawet własne bojówki, które rozbijały warsztaty przedsiębiorców nienależących do "błękitnego orła"i promowała przede wszystkim białych pracowników (skrót NRA czarni Amerykanie tłumaczyli również jako: "Nigger Robbed Again" - "Czarnuch znów okradziony", a wielu czarnoskórych było zwalnianych, aby zrobić miejsce białym Amerykanom (zdarzało się że murzyńskie dzieci trzymały tabliczki z napisem: "Ten ptak zwolnił mojego tatę" lub temu podobne). Była to celowa polityka ulubieńca dzisiejszych Amerykanów - Franklina Delano Roosevelta, który śnił o państwie faszystowskim i łączył jego cechy zarówno z nazizmem jak i z komunizmem. Takie przypadki zdarzały się również w Europie Zachodniej w latach 30-tych (nie licząc oczywiście Niemiec, gdyż tam nazizm stał się oficjalną religią).


HISTORIA USA, TO RÓWNIEŻ HISTORIA MĘSTWA LUDZI, KTÓRZY ZBUDOWALI REPUBLIKĘ, OPARTĄ NA ZASADACH PRAWA I WOLNOŚCI. KTÓRZY JAKO JEDYNI DOKONALI NIEMOŻLIWEGO - POKONALI NIEZWYCIĘŻONE IMPERIUM BRYTYJSKIE. CHCIAŁBYM ABY ODRODZIŁA SIĘ TAMTA STARA AMERYKA - PATTONA, MACARTHURA, JOHNA WAYNE'A I ELVISA PRESLEYA, AMERYKA W KTÓREJ KIEDYŚ SIĘ ZAKOCHAŁEM




Również dziś nacjonalizm na Zachodzie jest często utożsamiany z rasizmem a nawet z nazizmem i nie są to tylko wynurzenia chorego lewactwa, ale realne działania tzw.: prawej strony, która nie zna lub nie posiada żadnych innych aspektów związanych z patriotyzmem, które oficjalnie mogłaby przeciwstawić międzynarodowemu marksizmowi. Przecież pochody neonazistów w Niemczech, teraz, nie w przeszłości, odbywają się zarówno pod hasłami obrony dobrego imienia nazistów jak i pod sloganami patriotycznymi. Bo Niemcy nie posiadają żadnej innej tradycji patriotycznej, którą mogliby kultywować jak właśnie... nazizm. Taka jest prawda niestety. Podobnie w Szwecji. Przecież ten kraj, jeszcze w latach 60-tych i 70-tych XX wieku, był wylęgarnią rasizmu. To był jeden z najbardziej rasistowskich krajów w Europie, a dziś patrzcie, przyjmują imigrantów, którzy zamieniają Szwecję w kloakę, gwałcą szwedzkie kobiety i czują się zupełnie bezkarni, a szwedzcy mężczyźni i szwedzkie społeczeństwo jest po prostu moralnie... wykastrowane. Dlaczego? Ano dlatego że liberalna lewica wali ich tymi sloganami sprzed kilku dziesięcioleci, czyli właśnie zamiłowaniem do nazizmu i rasizmu. I jak teraz bronić ojczyzny, gdy do wyboru jest jeden chory totalitaryzm, którym się chować przed drugim chorym totalitaryzmem. Więc Szwedzi pozostają bierni, a szwedzkie kobiety są tym samym pozbawione męskiej ochrony (bo feministki przecież, mimo tych buńczucznych haseł o równości z mężczyznami, im nie pomogą i to zarówno ze względów ideologicznych jak i po prostu... fizycznych) i zdane na litość brodatych "książąt" z Maghrebu.

Natomiast polski nacjonalizm, był zawsze pozbawiony tej rasistowskiej i ksenofobicznej formy. Owszem, wygłaszano różne hasła, najczęściej odnoszące się do ochrony własnego handlu, ale nigdy nie wytaczano kwestii etnicznych. Polski nacjonalizm (tak jak zresztą i inne ideologie, które implementowały się u nas z Europy Zachodniej), był po prostu pozbawiony zębów. "Swój, do swojego po swoje" - to najmocniejsze hasło polskiego nacjonalizmu. Odnosiło się ono do kupowania produktów u polskich handlowców z pominięciem np. handlowców żydowskich, ale nie było ono zbyt popularne w Polsce międzywojennej. Dziś ksenofobiczne, rasistowskie organizacje żydowskie (głównie w USA i Izraelu) starają się przekonać opinię publiczną świata, że w Polsce międzywojennej dochodziło do ciągłych pogromów Żydów i że dlatego Hitler zbudował tutaj obozy zagłady, bo naród polski to antysemici. Oczywiście są to ludzie, którzy nienawiść i kłamstwo uczynili swoim znakiem rozpoznawczym i którzy budują nową świecką religię dla Żydów - religię Holokaustu, w której jedynymi sprawiedliwymi byli Żydzi, wszyscy inni goje są godni pogardy a w szczególności Polacy, jako ci, którzy: "wyssali antysemityzm z mlekiem matki". Młodzieży w Izraelu wmawia się, że jeśli odłączą się od grupy, to może ich spotkać ze strony miejscowej ludności polskiej jakieś obraza lub że nawet mogą zostać pobici, gdyż "Polacy to antysemici". I taki obraz budują w mediach owi kreatorzy nowej religii nienawiści. 

A ja w takim razie się pytam, pokażcie mi chociaż jeden przypadek pogromu antyżydowskiego w przedwojennej Polsce? Jako przykład często podawany są wydarzenia w Przytyku w marcu 1936 r. Uważane to jest za "pogrom antyżydowski", choć śmierć poniósł jeden Polak i dwóch Żydów. A całą awantura zaczęła się od tego, że jeden młody narodowiec, stanął przed straganem żydowskim i zaczął krzyczeć: "Swój, do swojego po swoje", co uruchomiło taką nienawiść wśród Żydów, że ci rzucili się nie tylko z pięściami na polskich chłopów, ale wręcz... zaczęli do nich strzelać z broni, którą posiadali. Chłopi rozbiegli się po miasteczku. Szybko zjawiła się miejscowa policja, która starała się rozłączyć zwaśnione strony i zapewne by się im to udało, bo nastroje zaczęły już opadać, ale wówczas wydarzyło się nieszczęście. Z okna jednego z żydowskich domostw wokół rynku, oddano strzał do Polaka, który przypadkowo szedł z dziećmi. Zginął na miejscu (strzelono do niego w tył głowy). To właśnie wzbudziło wśród chłopów złość, która zaowocował zabiciem żydowskiego małżeństwa. To tyle jeśli idzie o ów "pogrom z Przytyku". Gdyby więc Żyd nie zastrzelił niewinnego człowieka, nastroje by opadły i wszystko by się uspokoiło. No ale oficjalny przekaz jest taki, że "Polacy dopuścili się pogromu na Żydach w Przytyku" i ktoś, kto nie zna sprawy, ani historii, może sobie pomyśleć: "Tak, mogło tak być, skoro mówią że był pogrom, to pewnie był "(swoją droga owi żydowscy rasiści nie są w stanie podać drugiego takiego przypadku w historii międzywojennej Polski). Podsumowując - polski nacjonalizm nie może się równać nie tylko z nacjonalizmem niemieckim, opartym głównie na tradycji nazizmu, ale i z nacjonalizmem europejskim, który też zbudowany jest na rasizmie. I piszę to jako zdeklarowany piłsudczyk, ideowy przeciwnik ruchu narodowego.  



3) IGNACY JAN PADEREWSKI





 Jedna z kluczowych postaci odradzającej się Polski, wybitny pianista (jak to w swym starym skeczu mówił Janusz Gajos o Fryderyku Chopinie? "Trzeba mieć trochę tej Żelazowej Woli, aby parę tych kawałków wykombinować") o międzynarodowej sławie, przyjaciel amerykańskiego prezydenta Woodrowa Wilsona, a prywatnie... wielki bałaganiarz, który często nie mógł nic znaleźć na swoim biurku, tak było zawalone. To właśnie Jego wizyta w Poznaniu 26 grudnia 1918 r. dała pretekst do zorganizowania wielkiej manifestacji patriotycznej, która szybko przemieniła się w Powstanie antyniemieckie i już 27 grudnia Poznań był w polskich rękach. Powstanie Wielkopolskie trwało do 16 lutego 1919 r. i zakończyło się zwycięstwem Polaków nad Niemcami i wyparciem ich z Wielkopolski, oraz przyłączeniem tej dzielnicy do odrodzonej Rzeczpospolitej. Ogromna w tej materii była zasługa Ignacego Jana Paderewskiego, który w Ameryce wielokrotnie lobbował na korzyść Polski i Polaków. 


"Żaden z narodów na świecie nie może się poszczycić takim jak nasz bogactwem uczuć i nastrojów. (...) Może w tym tkwi czar nasz ujmujący, a może też to i wada wielka!"



 4) WINCENTY WITOS





Założyciel i przywódca stronnictwa chłopskiego i twórca polskiego współczesnego ruchu ludowego, pod nazwą Polskiego Stronnictwa Ludowego. Chłop, który w 1920 r. gdy ważyły się losy Polski a Armia Czerwona stała na rogatkach miasta, otrzymał propozycję objęcia kierownictwa rządu. Dosłownie ze swojego pola (które uprawiał) pojechał do Warszawy. Umył nogi włożył buty i... stał się premierem rządu, niczym rzymski Cincinnatus, który również z własnego pola poszedł ratować ojczyznę zaatakowaną przez wrogów. Jednak późniejsze działania Witosa nie były chwalebne, stał się on bowiem twarzą znienawidzonego rządu Chjeno-Piasta, który doprowadził do ogromnej recesji w kraju i wzrostu bezrobocia (1923 r.). Jego konflikt z Marszałkiem Piłsudskim, stał się powodem zamachu majowego z 1926 r. i obalenia przez marszałka drugiego rządu Chjeno-Piasta.  



5) WOJCIECH KORFANTY

 




 Jeden z głównych przywódców Chrześcijańskiej Demokracji. Przyczynił się w ogromnej mierze do wybuchu zarówno Powstania Wielkopolskiego (choć nim nie dowodził), jak i Powstania Śląskiego w 1921 r. czego efektem było przyłączenia części Śląska (najbogatszej części, wraz z Katowicami) do Polski oficjalnie w czerwcu 1922 r. Jego późniejsze lata też nie były ciekawe. Stał się bowiem jednym z organizatorów (Komitetu Obrony Demokracji) Frontu Morges w Szwajcarii walczącego z (faszyzmem w Polsce) z sanacją. Ogólnie jednak postać zasługująca na szacunek za względu na patriotyzm i przywiązanie do wartości.


 "Mości panowie, nie chcemy ani piędzi ziemi niemieckiej. Żądamy jedynie, w myśl postanowień punktu 13. programu Wilsona, własnej, jednej, złożonej z ziem trzech zaborów Polski, z zapewnionym jej dostępem do morza, to znaczy z własnym wybrzeżem, zamieszkałym przez niezaprzeczalnie polską ludność!"




A na zakończenie news. Otóż magistrat Warszawy i Wrocławia rozwiązał Marsz Niepodległości. Cóż mogę powiedzieć? Chyba tylko jedno - UROCZE 😂😁😅 i jeszcze dodać:





Jednocześnie chciałbym tutaj zaapelować do wszystkich patriotów, do wszystkich Polaków, którym na sercu leży dobro umiłowanej Ojczyzny - przyjdźcie na Marsz Niepodległości w Warszawie. Ja sam także będę w nim uczestniczył, choć wcześniej nigdy tego nie robiłem (z różnych, głównie prywatnych względów). Pokażmy wreszcie naszą siłę, niech Marsz Niepodległości zamieni się w Marsz Miliona polskich patriotów, którzy udowodnią zarówno rodzimemu lewactwu, jak i wszelakim pajacom typu  Timmermans, Juncker czy Macron - czym jest POLSKI PATRIOTYZM, POLSKIE ŚWIĘTOWANIE, a przede wszystkim, czym dla nasz jest nasza OJCZYZNA. Nikt nie będzie nam mówił jak mamy żyć i w co wierzyć. Nikt nie zmusi nas do tego abyśmy się poddali. Mnie się wydaje, że ludzie, którzy występują przeciwko Marszowi Niepodległości (choć mają poparcie europejskiego i światowego liberalnego lewactwa ogólnie rozumianego), nie pojmują, że przyjdzie im się zderzyć z murem. Oczywiście dojdzie do prowokacji na Marszu Niepodległości, zresztą prikazy zostały już pewnie wydane i musi na Zachód pójść materiał o "polskich faszystach", nawet jeśli będzie ją stanowiło zaledwie kilka osób głupich, lub zwykłych nasłanych prowokatorów - to i tak przekaz musi się zgadzać z "partyjną linią" międzynarodówki - "60 000 faszystów i zwolenników białej rasy wyszło na ulice Warszawy". 

Trudno, nie sposób kontrolować wszystkie osoby na tak ogromnym, największym w Europie (i pewnie na świecie) patriotycznym miejskim marszu. Jest to bez wątpienia gwiazdka, która świeci z Polski i ponownie oślepia całą Europę, tak jak niegdyś potęga Rzeczpospolitej, państwa tolerancji i wolności, państwa bez stosów, państwa stworzonego nie z chęci podboju i grabienia pokonanego wroga - tylko z miłości i chęci jednoczenia się ze sobą narodów na zasadach obopólnej korzyści. Pokażmy im czym jest miłość do swojego kraju, pokażmy im czym jest patriotyzm i jak powinien wyglądać. Nauczmy tego Europę, która już sama nie wie na czym stoi, która się pogubiła, zniszczyła godność i bezpieczeństwo swoich obywateli, godność swoich kobiet, gwałconych i mordowanych przez "biednych uchodźców z Syrii". Pokażmy im kim Byliśmy, Jesteśmy, Będziemy i nauczmy ich ponownie radować się z własnego kraju. Jeśli mogę wystosować taki apel, chciałbym bardzo aby Marsz Niepodległości zamienił się właśnie w Marsz Miliona ku świetlanej przyszłości Polski i Europy w nadchodzących dziesięcioleciach. Niech z naszej ziemi wyjdzie nadzieja, która odmieni Europę.
















POZDRAWIAM WAS WSZYSTKICH 






ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER

WILL APPLY TO POLAND



CDN.

niedziela, 4 listopada 2018

MEMORIAM - Cz. I

"CZYM JEST ME CZUCIE? 

ACH, ISKRĄ TYLKO!

CZYM JEST ME ŻYCIE? 

JEDNĄ CHWILKĄ!"




Dawno już nie było takich skłębionych tłumów... przynajmniej ja nie pamiętam kiedy widziałem tak liczne tłumy po raz ostatni. Fakt, pamięć mi już szwankuje, choć musi się wydawać dziwnym, że pamięć ma tak ulotną jest, gdy idzie o rzeczy dziejące się obecnie, a tak dobrą co do wydarzeń tak już odległych. Hm, dziwny ten nasz umysł, który nie może sobie przypomnieć wydarzeń dnia wczorajszego, zaś doskonale pamięta to, co działo się 50 lat temu. Tak, jestem stary, bardzo stary - nigdy nie sądziłem że dane mi będzie doczekać takiego wieku. Nie miałem prawa tego doczekać, a jednak się stało - mimo to 82 wiosny odbiły się na mym zdrowiu. Ciężko mi już chodzić, ręce moje powykrzywiała starcza choroba, powodując że nie sposób już ich całkowicie rozłożyć. Rozpadam się powoli, a jednak żyję, żyję! Czy czuję spełnienie? Na pewno - mam wspaniałe dzieci, wspaniałe wnuki, które właśnie dziś mają mnie odwiedzić. Dziś w kalendy lutego, gdy piętrzący się tłum na Polu Marsowym świętuje otwarcie nowej świątyni. Jak ją zwą? Czyżby Ara Pacis - Ołtarz Pokoju, mający zapowiadać nową erę dobrobytu. Ileż to widziałem już takich buńczucznych zapowiedzi, ileż pomysłów, ileż planów. Nie, nie chcę się tutaj skarżyć, nie czynić wyrzuty i choć ledwie w dłoni mogę utrzymać rylec, którym swe myśli przenoszę na ten zwój pergaminu, muszę powiedzieć że miałem dobre życie.

Urodziłem się piątego dnia przed idami marcowymi, trzy dni po nonach, za konsulatu Sekstusa Juliusza Cezara i Lucjusza Marcjusza Filipusa. Na świat przyszedłem w Mitylenie na wyspie Lesbos, dokąd rodzina nasza została zesłana przez polityczne intrygi. Moim dziadkiem był Publiusz Rutyliusz Rufus, ze sławnego domu Rutyliuszy, konsul z roku 649 (105 p.n.e.) i namiestnik prowincji Azji. Dziadek mój brał udział w hiszpańskiej wojnie przeciw Numantynom, potem w Afryce przeciw Jugurcie wraz z Gajuszem Mariuszem, z którym się przyjaźnił. To oni dwaj ratowali Rzym po strasznej klęsce arauzyjskiej, w której pohańbieni i zamordowani zostali wszyscy rzymscy jeńcy, bez względu na ich status społeczny czy majątek. Panika, jaka wówczas wybuchła w Rzymie, przypominała tę sprzed stu jedenastu lat, gdy po klęsce kannanejskiej w Rzymie słychać było przeraźliwe okrzyki: "Hannibal ante portas". Teraz wszak krzyczano: "Furor teutonicus". Obawiano się że wróg, który kroczy z północy, może teraz dokończyć to, co nie udało się Hannibalowi - zdobyć i zniszczyć Rzym. Nie było armii, zdolnej wówczas odeprzeć najeźdźców w Italii. Co prawda można było powołać pod broń nowe oddziały, ale to byłyby albo młokosy, mające jeszcze mleko pod nosem, albo też styrani życiem weterani. Najlepsze zaś roczniki stacjonowały z dala od Italii, w Hiszpanii, Macedonii, Afryce i Azji, a i tak większość z nich padła pod Arausio. Miasto było bezbronne, tak jak wtedy, gdy Galowie Brennusa zdobyli je i spalili, tylko że teraz wrogów było więcej i byli znacznie potężniejsi od tamtych Galów.

W tych dniach doszło do prawdziwego pomieszania zmysłów. Ludzie w panice albo uciekali z miasta, albo też szukali winnych całej sytuacji. Aby poskromić chaos i samosądy należało natchnąć lud nową nadzieją, dać im powód do optymizmu, gdyż ich niezadowolenie mogło obrócić się przeciwko nobilitas. Lud zaczął głośno już mówić iż patrycjusze nie nadają się do rządzenia państwem, że nie ma wśród nich kompetentnych ludzi, a ich tradycja, doświadczenie i wykształcenie, legły na polach Arausio, gdzie w okrutny sposób potopiono lub w haniebny sposób powywieszano na pobliskich drzewach, wielu senatorskich synów. "Gdzież jest wasza powaga" - pytał lud, "gdzież wasze doświadczenie", należało więc czym prędzej rozładować złe nastroje, aby nie doszło do jeszcze większej katastrofy, niż tak, która już się wydarzyła. Trzeba było znaleźć winnych tej sytuacji i przykładnie ich ukarać. Co prawda nie wrócono już do haniebnego zwyczaju ofiary z ludzi, jaki miał miejsce pod Kannach, gdy Hannibal zagroził miastu, i gdy żywcem zakopano parę obcokrajowców, którzy wówczas przebywali w Rzymie - Gala i Galijkę oraz Greka i Greczynkę. Mimo to lud należało pohamować w jego gniewie, więc urządzono pokazowy proces przed senatem Kwintusowi Serwiliuszowi Cepionowi - głównodowodzącemu pod Arausio, którego uznano teraz winnym całej klęski. Zachowano go co prawda przy życiu, ale co to było za życie - odebrano mu wszystko, cały majątek jaki posiadał i pozbawiono wszelkich dotychczasowych godności, co spowodowało iż z członka klasy nobilitas, stał się wraz z rodziną... żebrakiem. 

To jednak było mało, lud łaknął krwi i trzeba było tę krew - czyjąś krew - ludowi dać, aby ocalić własną. Rozpoczęto więc częste kontrole kolegium westalek, szukając najmniejszego śladu bezbożności owych świętych niewiast. Ale po ostatnim występku niemoralności, jaki miał miejsce przed dekadą, w której to w kolegium zawiązała się tajna zmowa części kapłanek Westy, potajemnie przyjmujących u siebie mężczyzn i po rozerwaniu owych niewiast na strzępy przez wzburzony tłum, obecnie każda z nich były przykładem prawdziwie świętej pobożności, wzajemnie się kontrolując. Zatem komisja senacka nie była w stanie, pomimo uporczywych zabiegów, znaleźć jakikolwiek przykład niemoralności wśród westalek, aby rzucić je na pastwę rzymskiego motłochu. Zaczęto też szukać jakichś nowych wierzeń - równie bezskutecznie. Postanowiono więc urządzić modły przebłagalne do bogów najeźdźców z północy, ale... któż znał ich imiona. Problemy więc wzajemnie się piętrzyły i nakładały na siebie, a czas płynął. Sarkanie ludu przeszło w gniewne pohukiwania a te w jawne anty-senackie okrzyki. "Nasi ojcowie i synowie polegli, po to abyście opływali w luksusy" - wołano, "oddajcie nam naszych mężów" - rozlegał się po mieście gniew wzburzonego ludu. Cóż więc można było jeszcze zrobić, cóż wymyślić aby rozładować emocje? Modły błagalne do własnych bogów? - ale kogo by to uspokoiło w obecnej sytuacji, tylko najpobożniejszych, a lud, wzburzony lud, czy on by się dał tym przekonać? Raczej nie, należało więc wymyślić coś innego. I wymyślono, dwaj konsulowie tego roku - Gajusz Mariusz i mój dziad wpadli na ciekawy pomysł - postanowiono urządzić publiczne munera.




Igrzyska munera (czyli walki gladiatorów), dotąd bowiem organizowane były tylko prywatnie i to głównie jako urozmaicenie pogrzebu wysoko postawionej persony. Teraz, po raz pierwszy w dziejach Rzymu zamierzano zorganizować publiczne munera, za publiczne pieniądze i przez publiczne władze (105 r. p.n.e.). Natychmiast ściągnięto najlepszych gladiatorów ze słynnej rzymskiej szkoły Gajusza Aureliusza Scaurusa, zatrudniono też po raz pierwszy prywatnych przedsiębiorców do rozreklamowania po mieście tego wydarzenia, ich zadaniem było wypisanie na murach domów wzdłuż głównych ulic miasta oraz przed bramami miejskimi, informacji o mającym się odbyć przedstawieniu, które rozgrywano "ku pokrzepieniu serc". Oczywiście jeszcze wówczas nie było to tak popularne zajęcie jak dziś, to były dopiero początki, nie rozdawano nawet jeszcze ulotek reklamowych, tak jak dziś przed tego typu uroczystościami. Same igrzyska odbyły się też pod gołym niebem na Forum Romanum, na prowizorycznie zorganizowanej arenie. Jednak nie wiadomo czy owe igrzyska napełniły mieszkańców miasta duchem walki, jako że najeźdźcy nie odważyli się wkroczyć do Italii i skierowali się do południowej Galii i Hiszpanii. Dziad mój wspierał też Mariusza w późniejszych latach, gdy zgromadzenie ludowe wybierało go konsulem z naruszeniem prawa, jednocześnie nie zwracając się do senatu z prośbą o przedłużenie kadencji, lub zawieszenie praktyki nie wybieralności konsulów rok po roku. Komicje trybusowe (zgromadzenie ludowe), nie posiadając takich kompetencji, powierzyło Mariuszowi również dowództwo armii północnej. Senat przystał na to jawne naruszenie prawa, gdyż w ten sposób mógł rozładować emocje i ocalić państwo - przynajmniej tak się wówczas senatorom zdawało.

Mariusz nie był osobą szczególnie lubianą wśród nobilitas, gdzie ważne było przede wszystkim urodzenie w znamienitym rodzie, opromienionym sławą wielkich przodków. Ludzie z tego kręgu nie wiedzieli co to praca fizyczna, wychowywani od małego w jak najlepszych warunkach, w otoczeniu mas zajmujących się nimi niewolników, nie przywykli nawet do samodzielnego ubierania się. Za to uczyli się retoryki, języków obcych a szczególnie greki, doskonalili się w ćwiczeniach wojskowych - jako urodzeni dowódcy i przygotowywali do kariery politycznej. Nie dla nich trudy codziennego życia mieszkańców miasta i konieczność wyżywienia rodziny, ich niewolnicy chodzili w lepszych szatach, niż większość rzymskiego plebsu, a także jadali lepiej niż przeciętny rzymski plebejusz, który nie wiedział czy danego dnia zarobi na miskę soczewicy dla siebie i rodziny. Gajusz Mariusz co prawda nie wywodził się z plebsu a ze stanu ekwitów, jednak była to rodzina uboga, której nie stać było nawet na jednego niewolnika, dlatego też domownicy sami pracowali w polu, na swej niewielkiej posiadłości w Cereate niedaleko Arpinum. Wpojono mu też starorzymskie ideały i cnoty, dzięki czemu wyrósł na porządnego człowieka i daleki był od ekstrawagancji i lisiej moralności rzymskiej nobilitas. Starał się też coś zrobić dla ludu, ale chciał jednocześnie trzymać się przepisów prawa - nie zawsze były to jednak do pogodzenia. Udało mu się chociażby otworzyć szkołę retoryki łacińskiej dla zwykłych Rzymian, która jednak szybko została zamknięta przez niechętnego "kształceniu motłochu" cenzora ze stronnictwa optymatów. Senat więc przygryzał wargi i z ciężkim sercem godził się na awanse Mariusza, dokonywane przez wzburzony lud.




Przystąpił więc on do gruntownej reformy rzymskiej armii. Wyposażony w vox populi (wolę ludu) zaczął ściągać do Italii rezerwy z Afryki, ale to nie wystarczyło. Postanowił więc przeprowadzić rewolucyjny krok - ogłosił pobór do wojska bez oglądania się na cenzus majątkowy rekrutów. Było to rzeczywiście nowatorskie podejście i senat przyglądał się temu z najwyższym zainteresowaniem i... obawą. Rezygnacja z cenzusu spowodowała że do jego armii mogli się zgłosić plebejusze, których było pod dostatkiem i mogli oni teraz awansować w tej nowej armii nie ze względu na pochodzenie czy majątek, ale ze względu na osobiste męstwo w walce. Odzież i uzbrojenie było zakupione na koszt państwa, a nie jak dotychczas osobiście przez walczących żołnierzy, którzy mieli obowiązek stawić się w armii w pełnym rynsztunku. Rezygnacja z różnego ubioru ciężkiej i lekkiej piechoty, równała się realnie ujednoliceniu kroju umundurowania, zlikwidowano też dotychczasowy podział na hastati, principes i triari czyli formacji rzymskiej piechoty sformowanej pod względem majątkowym, od najlżejszej do najcięższej. Starano się wybierać jak najsprawniejszych młodzieńców, skrócono też długość mieczy, co pozwoliło lepiej je ułożyć w dłoni i sprawniej nimi posługiwać. Były to sławne gladiusy, najpopularniejsze po dziś dzień miecze rzymskiej armii. Zrezygnowano też z włóczni triari, które i tak były w walce mało przydatne, zastępując je oszczepami (pilum), którymi legioniści mogli posługiwać się tak samo jak i włócznią, do tego były znacznie lżejsze i poręczniejsze. Poza tym rzymski legionista armii Mariusza "nowego typu" musiał cały swój prywatny ekwipunek dźwigać na własnych plecach, przy jednoczesnym pokonywaniu długich kilometrów marszu. 

Żołnierze armii obywatelskiej, nie byli do tego przyzwyczajeni, a taką armię polecił senat zmobilizować drugiemu konsulowi (roku 104 p.n.e.) Gajuszowi Flawiuszowi Fimbrze i zabronili mu podporządkowywać się rozkazom Mariusza. W obu armiach szybko doszło do konfrontacji, jako że żołnierze armii obywatelskiej (starego typu), uważali się za lepszych od hołoty Mariusza, zwąc ich również "Mułami Mariusza" (jako że musieli na swych barkach dźwigać całe swoje oporządzenie). Jednak to właśnie armia nowego typu odniosła zwycięstwa w ostatecznych bitwach z najeźdźcami, pod Aquae Sextiae (102 r. p.n.e.) i na polach raudyjskich pod Vercellae (101 r. p.n.e.). To ostatecznie zadecydowało o skuteczności armii nowego typu, która odtąd stanie się jedyną armią rzymskiego imperium (armia Mariusza będzie tą samą, którą przetrwa do czasów Oktawiana Augusta, a najbardziej spopularyzowana będzie dzięki kampaniom Juliusza Cezara). Przejdźmy jednak do wydarzeń późniejszych, tych, które doprowadziły do skazania mojego dziada Publiusza Rutyliusza Rufusa na wygnanie i konfiskatę majątku, oraz do początków mych narodzin na Mitylenie.



 

"CZYM BYŁ ON, 
PÓKI ŚWIATY TRZYMAŁ W SWOIM ŁONIE?
ISKRĄ TYLKO.
CZYM BEDZIE WIECZNOŚĆ ŚWIATA, 
GDY ON GO POCHŁONIE?
JEDNĄ CHWILKĄ"  




ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER

WILL APPLY TO POLAND



 CDN.

sobota, 3 listopada 2018

WŁADYSŁAW IV I PLANY WIELKIEJ WOJNY Z IMPERIUM OSMAŃSKIM - Cz. XXII

CZYLI JAK TO KRÓL

RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV

PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE

CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO

W KONSTANTYNOPOLU





1645-(48)

RZECZPOSPOLITA

Cz. VI


KRÓLOWA LUDWIKA MARIA GONZAGA

 

 Nowa królowa Ludwika Maria przekroczyła granicę pomorsko-polską i z początkiem lutego 1646 r. wjechała do Gdańska. Królowa była wyczerpana długą podróżą, co odbiło się na jej urodzie. Nie mogła też patrzyć na siebie w lustrze i wciąż dopytywała się (jak zanotował w swych "Pamiętnikach", oczarowany jej osobą i eskortujący ją w podróży - Albrecht Radziwiłł): "czy spodoba się królowi". Pod Gdańskiem oczekiwał już na nią osobiście biskup wrocławski i płocki - Karol Ferdynand (młodszy brat króla Władysława IV), który jako pierwszy powitał Ludwikę Marię jako królową. Gdy korowód wjechał do miasta, cały lud i magistrat miejski wylegli, aby powitać swoją nową monarchinię. Urządzono wspaniałe "komedyje" (przedstawienia teatralne, opery), aż sama królowa miała rzec iż (jak twierdzi w "Pamiętnikach" Albrecht Radziwiłł): "Nic podziwienia godniejszego nie widziała". Królowa w Gdańsku odpoczęła i zrelaksowała się, popracowano też nad jej urodą. Dla jej przyjemności wystawiano sztuki warte kilkadziesiąt tysięcy talarów (jak choćby "Kupidyn z Psychą" Puccitelliego, za którą dwór królewski zapłacił aż 100 000 talarów). Królowej przygrywali najlepsi muzycy z samym mistrzem Sachim na czele. Po jednym z takich oper, królowa wręczyła pewnemu gdańskiemu rajcy, swój pierścień, jako podarek. Ten pierścień potem był przechowywany w rodzinie owego rajcy, aż do początku XX wieku. Gdy 10 lutego 1920 r. Wojsko Polskie ponownie oficjalnie przejęło Pomorze Gdańskie z zaboru prusko-niemieckiego, gen. Józef Haller (wywodzący się ze spolonizowanej odnogi rodu von Hallenburgów), ów pierścień miał wrzucić w fale morskie Bałtyku, jako symbol zaślubin Polski z morzem. 

Zorganizowano również dla królowej balet, którego głównym motywem był taniec dwóch orłów - białego i czarnego (wyobrażających herby króla i królowej). Wreszcie zorganizowano zabawę dla ludu, polegającą na ustawieniu masztu wysokiego (wysmarowanego tłuszczem), na którego szczycie zawieszono nagrodę. Wielu Gdańszczan próbowało tedy swych sił, wspinając się po maszcie na szczyt dla radości królowej. Dodatkową atrakcją był jeszcze sztuczny gmach cały z ognia. W początkach marca 1646 r. na czele pochodu Ludwika Maria wyjechała z Gdańska w drodze do Warszawy. Zatrzymała się jeszcze w wiejskiej posiadłości króla w Falentach pod Warszawą, gdzie przyjął ją i przywitał pięcioletni syn króla Władysława - królewicz Zygmunt Kazimierz. Królowa po raz pierwszy ujrzała króla Władysława dopiero 10 marca, w dniu ślubu, ale... to jemu nie przypadła do gustu. Jego oczom bowiem miast pięknej Francuzki (której portret wcześniej widział), ukazała się zziębnięta, zmęczona niewygodną podróżą w karocy, 34-letnia (czyli już podstarzała) kobieta. Jej cera była zszarzała po długiej podróży, ale przecież król też nie był już młodzieniaszkiem. Miał 50 lat, był już otyły i niedawno przeszedł poważny atak podagry, który unieruchomił go w łożu na dwa miesiące (styczeń-marzec 1646 r.). Mimo tych niedogodności, monarcha podał Ludwice Marii dłoń i zaprowadził do kolegiaty św. Jana Chrzciciela, gdzie odbyły się zaślubiny. Król był jednak wyraźnie niezadowolony z urody swojej nowej małżonki, miał nawet rzec do swych doradców iż: "Nie taką w królowej Jej Mości gładkość widział, jaką mu obiecywano", a gdy podczas zaślubin, królowa upadła Władysławowi do stóp, ten nie raczył wykonać żadnego gestu. Ta oziębłość będzie zmorą pierwszych tygodni Ludwiki Marii jako królewskiej małżonki o czym bardzo szybko się przekona. 

Gdy w 1637 r. król brał ślub po raz pierwszy z arcyksiężniczką austriacką Cecylią Renatą, na Zamku Królewskim w Warszawie miała swoje pokoje królewska kochanka, mieszczka lwowska - Jadwiga Łuszkowska. Cecylia Renata musiała toczyć o nią z królem istne awantury, nim ten zdecydował się umieścić ją z dala od Zamku, teraz sytuacja znów się powtarzała. Król miał drugą żonę, lecz na Zamku, w jego apartamentach królowała kolejna kochanka - Róża Małgorzata von Eckenberg. Teraz jednak król starał się być ostrożniejszy, tak że pana Eckenberg oficjalnie nie zamieszkała na Zamku, ale prawie każde noce spędzała u pokojach króla, natomiast królowa sypiała w samotności. Noc poślubna i kolejne noce przez pierwsze kilka tygodni małżeństwa, upłynęły więc w taki właśnie sposób i to pomimo starań madame Renee de Guebriant, która otrzymała polecenie od samego kardynała Mazarina, aby starała się doprowadzić królewską parę do wspólnego łoża. Nie udało jej się to i aby uniknąć oskarżeń, obwiniła o wszystko... Ludwikę Marię, która w listach do Mazarina musiała się tłumaczyć ze swej nieśmiałości (ale dodawała że król jest oziębły wobec wszelkich jej amorów). Tak oto w państwie, prócz królewskich planów wojny z Osmanami i Tatarami, pojawił się kolejny problem - jak przekonać króla do małżeńskich figli z żoną. Krzysztof Opaliński wpadł na pewien pomysł, a mianowicie poinformował francuskiego posła w Rzeczpospolitej - Nicolasa de Bergy, aby przekazał jej dwórkom informację iż królowa powinna być śmielszą w okazywaniu uczuć, gdyż: "król nasz pan miłościwy jest cokolwiek lubieżny w okazywaniu materii miłosnej" (król lubił spędzać czas w towarzystwie kobiet, na które trwonił fortunę i gdy wreszcie sejm nie chciał ofiarować królowi więcej pieniędzy, twierdząc że na niemoralne idą eskapady, Władysław w gniewie krzyknął: "Niech to tak będzie, żem ja te kilkakroć sto tysięcy kurwom moim rozdał").




Królowa spędzała więc wciąż samotne noce, otoczona jedynie swymi dwórkami i perskimi kobiercami i renesansowymi arrasami zawieszonymi na ścianach, które szczególnie jej się podobały. Bardzo też spodobała jej się komnata w której sypiała (jej łóżko specjalnie było ozdobione baldachimem) i cały wystrój wnętrz Zamku Królewskiego, czego dawała wyraz w swych listach do Mazarina: "Zdziwisz się Waszmość, gdy się dowiesz, że nigdy nie widziałam na dworze francuskim obić tak pięknych jak tutejsze, najmniejsze przejścia w moim gabinecie , jak i w pokojach pani de Guebriant są wyłożone złotogłowiem" (swoją drogą zastanawiające jest, że Ludwika Maria bardzo zdziwiła się, widząc zamkowe toalety, bowiem w liście do Mazarina pisze o "gabinecie, w którym się znajduje rezerwuar z wodą" i nazwała to miejsce: "pomieszczeniem czystości". Skoro ona się zdziwiła na widok toalety, co dopiero powiedzieć o samym królu Ludwiku XIV, który w Wersalu, nie przewidział ani jednej toalety). Jednak radość z miejsca zamieszkania, przysłaniał jej smutek królewskiej oziębłości w stosunku do jej osoby. Jej smutek trwał do 7 kwietnia 1646 r. bowiem tego dnia oficjalnie król zaprosił swą małżonkę na wspólne polowanie. Kto wpłynął w tej materii na króla - nie wiadomo, wiadomo jednak że była to też pierwsza noc, jaką król i królowa spędzili we wspólnym, małżeńskim łożu. Wkrótce takich nocy było więcej, a król oddalił swą kochankę, pannę von Eckenberg z Zamku. 

Tymczasem przygotowania do wojny z Tatarami i Osmanami, trwały pełną parą. Król ściągnął z Niderlandów sławnego generała, Polaka który jakiś czas temu wyjechał na Zachód i tam uzyskał międzynarodową sławę walcząc najpierw w służbie holenderskiej od 1623 r. (tam będąc, jako prawdopodobnie pierwszy człowiek w historii w 1625 r., nurkował po dnie Morza Północnego), następnie od 1626 r. przeszedł na służbę francuską (i w 1629 r. zdobywał twierdzę hugenotów w La Rochelle). W 1629 r. zaciągnął się do służby w Holenderskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej, z którą dotarł do Brazylii.  To on był również założycielem tamtejszych portów: Rio de Janeiro, Bahia i Pernambuco. Oczywiście chodzi o generała artylerii Krzysztofa Arciszewskiego. Arciszewski (po śmierci dotychczasowego dowódcy Pawła Grodzickiego), miał objąć dowodzenie nad całą artylerią. W lutym zjechali do Warszawy posłowie mołdawski i wołoski, a w marcu przybyło poselstwo od cara Rosji - Aleksego I (Strieszniew i Projestiew), które zostało przyjęte na audiencji 30 marca 1646 r. Przede wszystkim złożyli oficjalne gratulacje królowi z okazji zaślubin z Ludwiką Marią (taki był oficjalny cel ich wizyty), poza tym zaproponowali wspólny sojusz skierowany przeciwko Tatarom (w grudniu 1645 r. doszło do niezwykle niszczycielskiego ataku Tatarów na ziemie rosyjskie, podczas którego doszli oni i splądrowali Bilsk, Kursk i Putywl oraz zabrali ze sobą kilkanaście tysięcy jasyru. Car był wściekły i gotował się do wojny). Król był rad iż dojdzie do zawarcia tego przymierza, ale gdy okazało się że posłowie nie mają żadnych pełnomocnictw do zawarcia oficjalnego sojuszu, senat sprawę odroczył. Posłowie moskiewscy wyjechali jednak z Warszawy (27 kwietnia) w dość dobrych nastrojach, co mogło być spowodowane chociażby królewską obietnicą co do wsparcia armii moskiewskiej, jeśli ta zdecyduje się ruszyć na Krym. W równie dobrych nastrojach wyjechali posłowie mołdawski i wołoski.

Mołdawia i Wołoszczyzna były bowiem oficjalnymi lennami Porty Ottomańskiej, a władcy tych krain mieli tylko tyle wolności, ile zdołali sobie kupić oficjalnymi (i nieoficjalnymi) daninami dla sułtana, wielkiego wezyra i tych wszystkich, którzy coś znaczyli w państwie osmańskim. Ich los zależał od humoru sułtanów i wezyrów, którzy otaczali ich dwory swoimi szpiegami. Nic wiec dziwnego że władcy tych krain zamierzali zrzucić z siebie osmańską zależność. Słabą ich stroną była jednak wzajemna niechęć (przechodząca wręcz w nienawiść) Wasyla Lupula - hospodara mołdawskiego i Macieja Bessaraby - hospodara wołoskiego. Jeden i drugi wzajemnie na siebie donosili do sułtana i czyhali na swoją zgubę. Sułtan Ibrahim pozwolił im władać tylko dlatego, iż podwyższył im niewyobrażalnie daniny, które musieli płacić, przez co przymykał oczy na ich wzajemne waśnie. Dodatkowo jedna z córek Wasyla Lupula trafiła jeszcze w 1645 r. do sułtańskiego haremu (drugą, Marię - wydał za mąż za Janusza Radziwiłła). Teraz, ci dwaj władcy, wysławszy swoje poselstwa do króla Władysława doszli do przekonania że co prawda bardziej ograniczoną, ale pewniejszą i bezpieczniejszą mieliby władzę pod zwierzchnictwem Rzeczpospolitej, niż z pozoru niezależną, a tak naprawdę całkowicie kontrolowaną, niepewną i chwiejną władze, jaką posiadali pod zwierzchnictwem osmańskim. Z końcem marca 1646 r. do Warszawy przybyło również i inne poselstwo, złożone z dwóch zakonników bazyliańskich z Góry Athos, którzy przywieźli ze sobą listy od patriarchów Konstantynopola, Aleksandrii i Jerozolimy, w którym ci deklarowali zorganizowanie powstań antytureckich na sobie podległych terenach, jeśli dojdzie do wojny Rzeczpospolitej z Portą. 




Bez wątpienia króla musiała miło łechtać taka wizja, wyzwolenia i zjednoczenia pod swoim berłem Chrześcijan Zachodu i Wschodu. Już wcześniej zorganizował debatę religijną katolików i protestantów pod nazwą Colloquium Charitativum, teraz marzył o zjednoczeniu katolików i prawosławnych w zdobytym Konstantynopolu. Zbierał więc Władysław wojsko (również zagraniczne zaciągi nad którymi dowództwo miał sprawować Francuz vice-hrabia d"Arpajon, który przywiózł królowi Order św. Ducha od króla Ludwika XIV). Król miał bardzo szerokie plany, śnił bowiem nie tylko o zdobyciu Konstantynopola, ale również o odbiciu Grobu Świętego w Jerozolimie, a nawet do Egiptu zamierzał pomaszerować, śladami Aleksandra Wielkiego. Król już miał wszystko przemyślane, co prawda śmierć hetmana wielkiego koronnego - Stanisława Koniecpolskiego, który w armii miał większe uznanie niż król, nieco pokrzyżowało królewskie plany, ale ich nie przekreśliło. To właśnie Koniecpolski opracował plan wojny z Tatarami, który teraz Władysław pragną zmodyfikować. Mianowicie zamyślał sobie tak - gdy zbierze armię, ruszy do Mołdawii i zasilony posiłkami mołdawskimi i wołoskimi przekroczy Dunaj, wkraczając do Bułgarii i prąc na Konstantynopol. W tym samym czasie Moskwa ruszy na Tatarów Krymskich, a Wenecja, Francja i Papiestwo udzieli wsparcia ze strony morza. Po zajęciu Konstantynopola, ruszy się dalej, do Jerozolimy i Aleksandrii. Prawda że ciekawy plan? Tylko problem był tego typu że nie wszystkie państwa tej koalicji garnęły się do walki z Portą, zresztą i w Rzeczpospolitej nie było na to zgody. 

Ale zostawmy na razie te kwestie i wróćmy na królewski dwór do Warszawy. Oto bowiem przyszła wiosna, nastał maj a z nim powróciła ciepła pogoda. Królowa Ludwika Maria wybrała się teraz do pałacu Ogrodowego, który położony był wokół pięknego ogrodu. Nieopodal zaś, w pobliskim parku, król trzymał kilka zwierząt (jelenie, sarny, kaczki, żurawie, łabędzie). W samym ogrodzie stał też warzywnik, w którym pielęgnowano lecznicze rośliny, a także sad drzew pomarańczowych, cytrynowych i figowców. Ponadto Ludwikę Marię zachwyciły kwietne tarasy, wychodzące od strony Wisły. Bez wątpienia Zamek, pałac w Ujazdowie (gdzie nawet była kanalizacja), i pałac Ogrodowy, były najpiękniejszymi miejscami, w których przebywała królowa, ale było też coś, czego nie znosiła. Nie cierpiała polskich zim, a to dlatego że jako Francuzka nieprzyzwyczajona do chłodów, marzła w komnatach królewskich (oczywiście były tam pięknie zdobione kafelkowe piece, które ogrzewały całe pomieszczenia, na podłodze zaś rozkładano ciepłe skóry niedźwiedzi, rysi i fok - które grzały najlepiej, ale królowej to było za mało, jako że ponieważ wówczas nie używano jeszcze szyb, a okna wypełniano błoną papierową nasyconą olejem, lub używano krzemiennych szybek, oprawionych w ołów i cynę, co jakiś czas do komnaty wpadał mroźny powiew wiatru, wiejący od Wisły. Idąc do łoża zimą okrywano się kocami ze skóry niedźwiedzia podbitej wełnianą tkaniną, a stopy wkładano do aksamitnego worku, podszytego wilczymi ogonami. Zimy nie były więc ulubioną porą roku królowej Ludwiki Marii. przeszkadzał jej też tryb życia króla, który wstawał z łoża dość późno, po godzinie dwunastej lub pierwszej w południe. W łożu jadał i śniadanie i obiad, jedynie kolację spożywał przy stole, królowa zaś przyzwyczajona była do porannego wstawania. 

Królowa przeniosła również nad Wisłę zwyczaj picia słodkiej czekolady, która to początkowo nie była popularna na dworze (Jan Andrzej Morsztyn pisał o czekoladzie w ten sposób: "szkaradny napój, tak brzydka trucizna i jady, co żadnej śliny nie puszcza za zęby, niech chrześcijańskiej nie plugawią gęby"). Był to jedyny zwyczaj kuchni francuskiej, przeniesiony do kuchni polskiej za czasów Ludwiki Marii, poza tym... Francuzi rozpływali się nad polskimi potrawami, nie mogąc się ich nachwalić (szczególnie do gustu przypadły im przyprawy i dekoracja potraw). Tak oto kultury, nie tylko higieny, kulinariów ale również mody, wzajemnie się przenikały. Francuzi bowiem przywieźli nad Wisłę modę na wydekoltowane suknie dam.Oczywiście takie suknie też były w Polsce używane wcześniej, z tym że polskie szlachcianki najpierw nakładały pod nie płócienne koszule, które osłaniały dekolt, Francuzki zaś nosiły odkryte dekolty (w 1635 r. dla swej kochanki Jadwigi Łuszkowskiej, król Władysław sprowadził z Francji specjalną suknię, która... zupełnie odsłaniała nie tylko piersi, ale również miała spore wycięcie z przodu i z tyłu co ukazywało zarówno pupę jak i clitoris). Poza tym, zapanowała na dworze francuska moda na "loczki", czyli fikuśne uczesanie dam. Królowa bardzo pilnowała moralności swych dziewcząt i jeśli wobec którejś potwierdziły się przypuszczenia o nieobyczajne prowadzenie się, natychmiast odsyłano ją do Francji. Jednocześnie Ludwika Maria dbała o przyszłość swego fraucymeru i starała się korzystnie wydać je za mąż. 




ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER

WILL APPLY TO POLAND



 CDN.