Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 11 lipca 2019

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. I

CZYLI CO SPOWODOWAŁO 

ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA 

ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?




"NIE MARTWCIE SIĘ, WOJNA BĘDZIE!"




 
 Niemiecka Republika zwana również od miejsca swego powstania Weimarską, była od swych początków dzieckiem I Wojny Światowej i niemieckiej klęski wojennej. To było państwo zbudowane na zupełnie innych zasadach jak choćby kajzerowska, przedwojenna Rzesza, państwo z tak rozbuchanym partyjniactwem (które realnie powodowało niemoc prawną) i tak z liberalnym przekazem społecznym (który powodował że Republika Weimarska zamieniała się w jeden wielki... burdel), iż można by ten kraj określić trzema zwrotami, jakie zostały użyte przez Marszałka Piłsudskiego na określenie systemu parlamentarnego (i konstytucji) odrodzonej Polski w pierwszych Jej latach niepodległego bytu - "Pierdel, Serdel, Burdel". Oczywiście Niemcy Weimarskie wykuwały się w zupełnie innych konfiguracjach politycznych i inne siły je determinowały. O ile bowiem Polska walczyła zbrojnie w pierwszych latach swej Niepodległości, przeciw aż... pięciu wrogim krajom (a może nawet i sześciu, jeśli do państw zaliczyć można również i Białą Rosję, reprezentowaną przez carskich generałów - Denikina, Kołczaka, Judenicza czy Wrangla): bolszewicką Rosję, Niemcy, Litwę, Czechosłowację i odradzającą się Ukrainę (a raczej Zachodnio-Ukraińską Republikę Ludową, bo istniały wówczas dwa państwa ukraińskie) - o tyle Niemcy głównie toczyły walki wewnętrzne z widmem komunistycznej rewolucji w kraju. Niemcy Weimarskie powstały więc na bazie krwawych walk z komunistami (Związek Spartakusa) i tłumieniem wszelkich rewolucyjnych buntów (notabene spowodowanych tragiczną sytuacją gospodarczą państwa, które nie dość że straciło ponad 2 miliony żołnierzy na frontach i kolejne 500 tysięcy cywilnych mieszkańców w wyniku chorób i epidemii, to jeszcze tę wojnę przegrało i musiało zdać się na łaskę zwycięskich mocarstw). Poza tym właśnie dorastało nowe pokolenie (zwane potem "straconym" lub "niepotrzebnym" pokoleniem), które nie miało pracy ani też perspektyw na lepsze życie. 

Dawno już w niemieckim społeczeństwie przeminęła euforia, z jaką żołnierze szli na front w sierpniu roku 1914 r. Ach, jakże piękny był to rok. Ci, którzy przeżyli piekło I Wojny Światowej, wracali potem w swych wspomnieniach do cudownego okresu przedwojennej sielanki. Arystokraci z rozrzewnieniem wspominali te bale, przyjęcia, pikniki, herbatki pod gołym niebem, wiklinowe stoliki rozstawione pod drzewem, piękne panie przystrojone w wykwintne suknie i panów we frakach oraz zakrzywionych rogach kołnierzy koszul. Zwykli, niemajętni zaś ludzie, tęsknili po prostu do swych domów, do matek, żon, dzieci - do normalnego życia - o ile jeszcze mogło ono być normalnym dla ludzi, którzy co chwilę na froncie obcowali ze śmiercią. Powojenna trauma była bowiem ogromna, ludzie po powrocie do domów często nie potrafili się tam odnaleźć, wielu traciło zmysły, płakali lub krzyczeli całymi nocami, nie mogąc się uspokoić. Jakże odmiennie w ich umyśle musiały się wówczas kształtować kontrasty świata przedwojennego. Na przykład Francję postrzegano przed wojną jako kraj wielkiej rozwiązłości seksualnej - zaczytując się w dziełach Guya de Maupassanta czy Oktawiusza Mirabeau - do Paryża ściągali amanci nie tylko po to aby obejrzeć Wieżę Eiffla czy obrazy Moneta, Degasa, czy Renoir'a, ale również aby odwiedzić dzielnice czerwonych latarni. Myliłby się jednak ten, kto by sądził że Francuzki były sprzedajne i łatwo można było je poderwać. Nie, Francuzki były znacznie bardziej purytańskie od np. Niemek, Rosjanek, czy nawet Angielek (zresztą były dobrze pilnowane przez swych mężów i ojców). Ten piękny świat (oczywiście nie dla wszystkich, bowiem biedacy i nędzarze nie wspominali go raczej dobrze, a dla wielu to też były ciężkie czasy, zaś wybuch wojny światowej ratował im niejednokrotnie życie, jak choćby niejakiemu bezrobotnemu malarzowi z Austrii, szukającemu szczęścia w Monachium - Adolfowi Hitlerowi, który wręcz dziękował Bogu za wybuch wojny gdyż przymierał wówczas głodem), ten świat został zniszczony wraz z pierwszymi wojennymi wystrzałami I Wojny Światowej.




George Orwell wspominał po latach swoje dzieciństwo, pisząc: "Nigdy w historii świata zwykły wulgarny przepych (...) nie był tak natrętny jak w latach poprzedzających rok 1914. Szaleni milionerzy w falistych cylindrach i kamizelkach koloru lawendy wydawali przyjęcia z szampanem na rokokowych barkach na Tamizie. Był to okres gry w diabolo i wąskich spódnic hobble, strojnych szarych meloników, żakietów, "Wesołej wdówki", powieści Sakiego, "Piotrusia Pana" i "Gdzie kończy się tęcza", gdy piło się "kawkę", paliło "cygarety", mówiło "uroczy", "kapitalny", i "boski", jeździło na rozkoszne weekendy do Brighton i na szałowe fajfy do Troca. Z całego tego dziesięciolecia przed rokiem 1914 zdaje się emanować (...) jakby atmosfera wiecznego jedzenia truskawkowych lodów na zielonym trawniku przy dźwięku hymnu zawodów wioślarskich w Eton. Co ciekawe, wszyscy byli przekonani, że to przelewające się, nadęte bogactwo angielskich wyższych i średnich klas będzie trwało wiecznie, gdyż należy do porządku rzeczy (...) Dobrodziejstwo fortuny było równie niepodważalne jak dobrodziejstwo zdrowia lub urody; błyszczący samochód, tytuł i liczna służba były w świadomości ludzi związane z poczuciem moralnej wartości". Nic dziwnego że do dziś czar tamtego świata jest tak silny, o czym świadczy choćby popularność takich seriali jak: "Downton Abbey". Ale należy też pamiętać, że obok tego bogactwa, była prawdziwa nędza, bród, smród i ubóstwo. W Filadelfii podczas wystawy światowej 1876 r. obok pięknie wybudowanych, majestatycznych pawilonów, mających ukazywać zarówno potęgę Stanów Zjednoczonych (po zakończeniu Wojny Secesyjnej), jak i geniusz ludzkiego umysłu (tam m.in. Alexander Graham Bell zaprezentował swój nowy wynalazek do przesyłania ludzkiej mowy na odległość, który dziś nazywamy telefonem), stały blaszane i często rozpadające się domostwa biedoty, której nie stać było na kilka centów za bilet wstępu na wystawę, gdy za te pieniądze trzeba było nakarmić rodzinę. 

Ten świat na długo przed pierwszym armatnim wystrzałem, był przez niektórych postrzegany jako skazany na upadek. Henry James po śmierci królowej Wiktorii w 1901 r. pisał tak: "Odczuwam żałobę po tej wiekowej, matczynej królowej klasy średniej, darzącej naród ciepłem i bezpieczeństwem (...) Odczułem jej śmierć mocniej niż się spodziewałem. Stanowiła dla nas trwały symbol, teraz zaś żeglujemy po wzburzonych wodach". Zaś jeden z rosyjskich arystokratów miał się w przypływie melancholii po suto zaprawionej kolacji, spacerując po swym majątku w towarzystwie pewnego dyplomaty wyrazić: "Pięknie tu, prawda? Szkoda że za parę lat to wszystko zostanie utopione we krwi!" Nie był on bynajmniej jasnowidzem, po prostu widział co się dzieje w Rosji (i innych krajach Europy), jakie są nastroje ludu i jak bardzo nie przystają one do wyobrażeń elit. Wybuch wojny został więc w prawie całej Europie powitany z... radością. Tak, ludzie się cieszyli, radowali, całowali że wybuchła wojna i że mogą w niej uczestniczyć. Wojna przynosiła bowiem wielką zmianę i choć nie wiedziano jeszcze jaki kierunek ta zmiana obierze, to jednak radowano się że wreszcie nastąpiła (człowiek to dziwna istota- prawda?). Tomasz Mann (niemiecki pisarz i poeta - uważany za następcę Goethego) sławił Niemcy jako najdoskonalszy naród i "najwyższą rasę przynoszącą światu kulturę" oraz uważał że wojna stanowi swoiste "oczyszczenie" narodu od "pacyfistycznych czynników (...) które wpływają na korupcję obywateli". Żołnierze szli na front żegnani przez swoje dziewczyny z kwiatami w rekach i uśmiechem na twarzy. Cały niemiecki naród miał się odtąd włączyć w wir wojny, począwszy od posłów ("Odtąd nie ma już partii politycznych, odtąd jest jeden naród niemiecki" - jak miał się w swej mowie w Reichstagu wyrazić kajzer Wilhelm II), wykładowców akademickich ("My, wykładowcy niemieckich uniwersytetów i wyższych instytutów naukowych (...) Wierzymy, że ocalenie samej kultury Europy zależy od zwycięstwa owego niemieckiego "militaryzmu": męskich cnót, wierności i woli poświęcenia, które stanowią cechy zjednoczonych, wolnych Niemców" - deklaracja 3 100 niemieckich profesorów z lipca 1914 r.), po zwykłych obywateli Cesarstwa.

Należy jednak pamiętać, że te "męskie cnoty wierności i woli poświęcenia" w prusko-niemieckim wydaniu miały przerażające oblicza. Podbudową ich była choćby przemowa cesarza Wilhelma II do rekrutów gwardii z listopada 1891 r. Powiedział on wówczas takie oto słowa: "Rekruci mojej gwardii! Przysięgaliście mi teraz wierność przed uświęconym sługą bożym i przed tym ołtarzem. Jesteście jeszcze za młodzi, żeby zrozumieć prawdziwe znaczenie wypowiedzianych właśnie słów (...) Przysięgliście mi wierność, a to - dzieci mojej gwardii - oznacza że jesteście teraz moimi żołnierzami, że oddaliście mi się duszą i ciałem. Macie tylko jednego wroga - to znaczy mojego wroga (...) może się zdarzyć, że rozkażę wam zastrzelić waszych własnych krewnych, braci, a nawet rodziców - czego niech Bóg broni - ale w takim wypadku musicie bez szemrania spełnić moje rozkazy!" Radość z wybuchu wojny panowała jednak wszędzie, nie tylko w Niemczech, również w Austro-Węgrzech wojna była witana jako... wybawienie i ratunek dla dynastii Habsburgów. Już w 1909 r. w "Danzer's Armee-Zeitung" piśmie sił zbrojnych, wyłożono dokładnie całą filozofię austro-węgierskich elit i przekonanie dużej część społeczeństwa, brzmiała ona następująco: "Pełna bitewnego zapału armia oczekuje zadań, do których została powołana. Idziemy w bój ze świadomością, że to od nas zależy przyszłość cesarstwa (...) Krew pulsuje nam w żyłach, rwiemy się ze smyczy. Miłościwy Panie! Daj nam sygnał!" Swoją drogą, w tętniącym rozbuchanymi sprzecznościami i wzrastającymi poszczególnymi nacjonalizmami narodów, z których składała się wieloetniczna Monarchia Austro-Węgier, myśl iż wojna mogłaby te ruchy odśrodkowe zatrzymać była idiotyzmem! Nawet zwycięska wojna niewiele by dała i odroczyła agonię o kilka, może kilkanaście lat. Jedynym wyjściem dla Austro-Węgier było utrzymanie pokoju ZA WSZELKĄ CENĘ! Arcyksiążę Franciszek Ferdynand (następca tronu Austro-Węgier), stwierdził więc niezwykle przytomnie około roku 1908, iż: "Nigdy nie będę prowadził wojny przeciw Rosji. Uczynię wszelkie ofiary, aby do niej nie dopuścić, bo wojna miedzy Austrią i Rosją zakończyłaby się obaleniem Romanowych lub obaleniem Habsburgów czy nawet obaleniem obu dynastii". Taka deklaracja polityczna następcy tronu stanowiła credo jego polityki i stała się... oczywistym wyrokiem śmierci, gdyż siły które do wojny parły, nie mogły pozwolić aby coś stanęło jej na drodze. 28 czerwca 1914 r. został on zastrzelony w Sarajewie przez młodego zamachowca - Gawrilo Principa.


"AUSTRIACY WYSTĄP!"

"OKAZUJE SIĘ ŻE W NASZEJ KOMPANII W OGÓLE NIE MA AUSTRIAKÓW"

"POZWOLĘ SOBIE ZAMELDOWAĆ ŻE WSZYSCY JESTEŚMY AUSTRIAKAMI"

"WSZYSCY? TO DLACZEGO WSZYSCY NIE WYSTĄPILI"

"PAN OBERLEJTNANT KAZAŁ USTAWIĆ WEDLE NARODOWOŚCI, OD PRAWEJ SĄ CZESI, SŁOWACY, SŁOWEŃCY, BOŚNIACY, CHORWACI, POLACY"

"JEDNYM SŁOWEM CAŁA TRZODA SŁOWIAŃSKICH BYDLĄT NIEZDOLNYCH DO SAMODZIELNEGO ŻYCIA. A GDZIE SĄ NIEMCY?"

"NIEMCY I WĘGRZY SĄ NA LEWYM SKRZYDLE"

"WIĘC JEDNAK SĄ, MUSIMY TO UCZCIĆ. ROZKAŻCIE ODŚPIEWAĆ HYMN! (...) KASTRAT? TO I KASTRATA MAMY W TYM BURDELU?"

 

Jakie jednak siły mogły chcieć tej wojny i kto mógł być zamieszany w to morderstwo. Cóż, aby się zbytnio nie wysilać, pozwolę sobie zaprezentować opinię Leszka Moczulskiego na tę kwestię: "W maju 1914 r. pułkownik (Dragutin Dmitrijević "Apis"), w tajemnicy przed własnym rządem, przedstawił pomysł zamachu na arcyksięcia rosyjskiemu attaché płk. Artamonowowi. Rosjanin sam nie był w stanie decydować; porozumiał się z przyjaciółmi ze sztabu generalnego w Petersburgu i po kilku dniach przekazał akceptację: "Działajcie, jeśli was zaatakują, nie zostawimy was samych". Czyżby więc to Rosjanie stali za zamachem na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda? Ale po co, w jakim celu? Cel był jeden - ekspansja. Rosja miała zamkniętą drogę ekspansji w Azji po klęsce w wojnie z Japonią (1904-1905). Konflikt z Wielką Brytanią w Indiach i Persji nie wchodził w grę, pozostawała więc już tylko ekspansja na Bałkanach. A tam rosyjska polityka wchodziła w bezpośredni konflikt z Austro-Węgrami (wspieranymi przez Berlin). Oczywiście fakt iż to strona rosyjska (poprzez swego ambasadora w Belgradzie - Nikolaia Hartwiga) sterowała zarówno "Czarną Ręką" Dragutina "Apisa" (mafijno-terrorystyczną organizacją w łonie serbskiego wywiadu wojskowego, była swoistym przestępczym państwem w państwie), jest bezsporny, ale do wojny parło bardzo wiele różnych sił (często ze sobą skonfliktowanych). Niemiecki sztab generalny pragnął wojny czym prędzej - szef sztabu generalnego - Helmuth von Moltke stwierdził na radzie wojennej w grudniu 1912 r. w towarzystwie kajzera Wilhelma II: "Wojna jest nieunikniona i nim wcześniej nastąpi, tym lepiej dla Niemiec". To samo było w Rosji, Stawka (rosyjski sztab generalny)  zdecydowanie opowiedziała się za wojną, gen. Władimir Suchomlinow żądał natychmiastowej mobilizacji i zdecydowanej kontrakcji w obronie zagrożonej przez Austro-Węgry Serbii. Minister spraw zagranicznych Cesarstwa Rosyjskiego - Siergiej Sazonow zwrócił się do cara 30 lipca 1914 r. tymi słowy: "Nie bójmy się, że przez nasze przygotowania rzucimy wyzwanie do wojny". Sazonow miał też zakomunikować kajzerowi Wilhelmowi II że: "Jeśli Austria wchłonie Serbię, wypowiemy jej wojnę", na co cesarz niemiecki odparł: "Cóż, wypowiadajcie!"

W Austro-Węgrzech też panowało istne wojenne szaleństwo. Niemiecki ambasador w Wiedniu baron Heinrich von Tschirschky raportował do Berlina z 10 lipca 1914 r.: "Berchtold (minister spraw zagranicznych Austro-Węgier) ciągle rozważał, jakie żądania postawić Serbom, żeby uznali je za całkowicie niemożliwe do przyjęcia". Rząd Monarchii zaś 7 lipca 1914 r. wydał protokół który brzmiał: "Wszyscy obecni z wyjątkiem premiera królestwa Węgier (hrabiego Istvana Tiszy) wyrazili przekonanie, że czysto dyplomatyczny sukces, nawet gdyby zakończył się rażącym upokorzeniem Serbii, będzie bezwartościowy, wobec tego należy wystosować pod adresem Serbii takie kategoryczne żądania, jakie pociągną za sobą niemal pewną odmowę, to bowiem powinno otworzyć drogę do radykalnego rozwiązania środkami militarnymi". Do wojny parli też i Francuzi i Brytyjczycy. Po stronie francuskiej było dwóch kluczowych "jastrzębi wojny". Pierwszym z nich był "Tygrys" (taki nosił przydomek) - Georges Clemenceau. Wielki francuski patriota (którego notabene dalecy przodkowie byli Tatarami), w 1914 miał już 73 lata, ale był doprawdy niezwykle żywotnym staruszkiem o sumiastych, siwych wąsach. Ten radykalny republikanin, był niezwykle skutecznym politykiem i autorem aż dziesięciu rozbitych rządów które chciały się jakoś "dogadać" z Niemcami w kwestii granic (np. my rezygnujemy z Alzacji i Lotaryngii, ale mamy za to zielone światło Berlina dla francuskiej ekspansji kolonialnej w Afryce i Azji). Clemenceau był przeciwnikiem takiego myślenia i jak zawsze powtarzał: "Honor Francji zostanie ocalony, gdy ponownie pobijemy Szwabów i odzyskamy nasze ziemie". Choć sam był zdeklarowanym republikaninem i przeciwnikiem monarchii, to jednak powracał do historii walk Cesarza Napoleona z Prusakami i powtarzał że sprawiedliwość dziejowa zapanuje dopiero wtedy, gdy zdobyczne niemieckie sztandary zostaną złożone u podnóża Łuku Triumfalnego a następnie spoczną w Pałacu Inwalidów.




W 1886 r. o mało nie doprowadził do linczu na premierze Karolu de Freycinet, gdy zmobilizował ulicę do obalenia jego rządu (który pragnął porozumieć się z Berlinem), mówiąc: "To nie jest ława ministrów, na którą teraz patrzę, lecz ława oskarżonych (...) Nie chcemy z wami dyskutować o wielkich problemach Ojczyzny (...) Precz!" Freycinet i jego ministrowie z obawy przed gniewem ludu chyłkiem uciekali z Pałacu Burbońskiego (siedziby rządu Republiki Francuskiej). Clemenceau był też bardzo opryskliwym człowiekiem i często łajał ludzi za byle co, ale był doskonałym mówcą i nie można mu było odmówić wielkiego politycznego talentu i krasomówstwa. Niektórym jednak działał na nerwy i częstokroć był... wyzywany na pojedynki. Potem wielu tego żałowało, gdy okazywało się że Clemenceau jest zarówno doskonałym strzelcem, jak i po mistrzowsku włada szpadą. Swój temperament udowodnił podczas I Wojny Światowej, gdy jako premier wizytował w 1918 r. okopy (ku zdumieniu żołnierzy, którzy nie mogli się nadziwić, co ten dobiegający osiemdziesiątki staruszek tu robi, zamiast siedzieć w ciepłych pieleszach swego urzędu). W pewnym momencie wychylił się on zza okopów i wtedy niemiecki snajper oddał strzał blisko jego głowy. Clemenceau nie namyślając się długo, wyciągnął z poły swego płaszcza pistolet i wspiął się ku górze rzucając się z furią w kierunku okopów nieprzyjaciela. W porę go jednak powstrzymano, chwytając za płaszcz i ściągając na ziemię, ale sam fakt iż nawet w wieku starczym posiadał żywy temperament, był iście dobitny. Znane są też anegdoty z jego udziałem, jak choćby ta na przyjęciu u monsieur Sarrien'a, który pokazując mu różne rodzaje alkoholów zapytał: "Co pan bierze?", on zaś odparł: "Sprawy wewnętrzne". Clemenceau był też bardzo lakoniczny i powtarzał że dobra przemowa powinna był przede wszystkim... krótka.


GEORGES CLEMENCEAU



Drugim francuskim "jastrzębiem wojny" był zaś prezydent Raymond Poincaré. Jego niechęć do Niemców przekraczała nawet sławne powiedzonka Clemenceau o tym iż: "należy Szwabom porządnie skopać tyłki" i można stwierdzić że była to wręcz prawdziwa nienawiść. Gdy był jeszcze dzieckiem, widział klęskę Francji w 1870 r. na własne oczy. Pamiętał też ucieczkę z rodzinnego domu w Bar-le-Duc przed zbliżającymi się Niemcami i późniejszą okupację po powrocie. W jego  domu (jak i w wielu innych w Lotaryngii) ulokowali się niemieccy żołnierze, a on (jako młody chłopak) pisał: "Dom pełen wstrętnych żołdaków. Jeden rysuje na naszym kredensie czaszkę i skrzyżowane piszczele, drugi pluje nam, niczym Kozak, do garnka z duszonym mięsem. W każdej chwili czujemy się obserwowani. Wiemy, że rozważają nasze słowa, śledzą gesty". Po zakończeniu okupacji i opuszczeniu Francji przez niemieckie wojsko (1873 r.) Poincaré pisze: "Jaki cudowny był dzień, kiedy wszystkie dzwony odezwały się na znak, że ostatni żołnierz opuścił miasto, kiedy wszystkie radosne domy rozkwitły powiewającymi flagami". Do końca życia pozostał wrogiem Niemiec i stał na stanowisku że z Berlinem nie wolno się układać a utracone w wojnie (1870-1871) ziemie należy odzyskać za wszelką cenę. Czuł się osobiście mocno dotknięty hańbą Francji i jej "okaleczeniem" poprzez odebranie Alzacji i Lotaryngii. No cóż, gdyby Poincaré przyszedł na świat w Marsylii albo w Nicei, może jego stosunek do Niemców byłyby inny - może!


RAYMOND PIONCARÉ
 



Warto też wspomnieć o Brytyjczykach. Zwolennikiem wojny światowej był za Kanałem La Manche lord marszałek Horatio Kitchener (ten zwolennik analnego rozdziewiczania pokojówek, które ze strachu zamykały się przed nim na klucz. Notabene Kitchener pozwalał sobie nawet na takie zabawy wśród pokojówek swych znajomych, np. podczas balów lub oficjalnych rautów, potrafił gonić półnagie dziewczyny po całym domu). To właśnie jego twarz widniała na plakacie rekrutacyjnym, skierowanym do brytyjskich mężczyzn z sierpnia 1914 r. z wielkim napisem "Chcę ciebie. Dołącz do armii swego kraju. Boże ocal króla". Innym sławnym i wpływowym Brytyjczykiem, który opowiadał się za włączeniem Wielkiej Brytanii w wojnę z Niemcami i Austro-Węgrami, był Irlandczyk z pochodzenia sir Henry Wilson. Ten przystojny, czarujący mężczyzna, który potrafił wokół siebie zebrać tabuny kobiet (zarówno młodych panien jak i starszych matron), opowiadając im np. o Francji a nawet obiecując zabrać którąś na letni wypoczynek do Paryża (lubił  też przejażdżki rowerowe po północno-zachodniej Francji) - jako kierownik departamentu operacji wojskowych, opracował (w 1911 r.) ciekawy plan wojenny. Przede wszystkim przewidział prawie bezbłędnie przyszłą mobilizację Niemiec, liczbę dywizji i kierunki ataku. Stwierdził że Niemcy uderzą na Belgię i stamtąd wyprowadzą swój atak na północną Francję. Uznał że Wielka Brytania powinna przerzucić przez Kanał ok. 100 000 żołnierzy (co najmniej 5 dywizji). Plan został przyjęty, ale w roku, w którym Wilson go opracował doszło do konfliktu z Lewisem Harcourtem (ministrem do spraw kolonii) i jego ugodową frakcją w rządzie (który pieklił się że go nie zaproszono na naradę), oraz aferą z przygotowaniem floty wojennej do działań zbrojnych (admiralicja uznała że nie jest w stanie w tempie założonym przez Wilsona, przerzucić Brytyjski Korpus Ekspedycyjny do północnej Francji). Ale w te szczegóły nie będę się już wgłębiał.


HORATIO KITCHENER



Powiedzmy też o kilku głosach przeciwnych wojnie. Pierwszą osobą, która jawnie opowiedziała się przeciwko zbliżającej się masakrze, był... Rasputin. Ten najbardziej zagadkowy i wpływowy rosyjski mnich i doradca carskiej rodziny, przestrzegał cara Mikołaja przed pochopnymi krokami zmierzającymi ku wojnie. Rasputin - człowiek o długiej brodzie i hipnotyzującym spojrzeniu, który uważał się za świętego starca ("starieca") i otaczał się tabunami kobiet, z którymi potem uprawiał seks (on sam, będąc synem chłopa, wybierał do swego łoża arystokratyczne damy, które prosiły go o błogosławieństwo, całowały jego dłonie, stopy i... co tylko zechciał. To dla niego stroiły się w przepiękne suknie i z radością dla niego rozchylały swe uda), przestrzegał cara Mikołaja II ("Nikiego"- jak go wówczas nazywano), pisząc: "Drogi Przyjacielu! Powtarzam raz jeszcze, straszliwa burza grozi Rosji. To nieszczęście. Niewypowiedzianie wiele cierpienia (...) Całe morze łez. A ile krwi? (...) Wiem, że wszyscy żądają od ciebie wojny, nawet ci, którzy są wiernie oddani, oni nie rozumieją, że śpieszą do zguby (...) Ciężka będzie kara od Boga. Wszystko utonie w morzu krwi". W innym liście do cara pisał zaś: "Jesteś carem, ojcem narodu. Nie pozwól, by szaleńcy zatriumfowali i siebie samych oraz lud pchnęli do zguby! Może i Niemcy zostaną pokonane. Ale co będzie wtedy z Rosją? Jeśli się zastanowić, nigdy nie było tak wielkiego męczeństwa. Rosja tonie we krwi. Wielkie jest nieszczęście, bezgraniczna żałość".


GRIGORIJ RASPUTIN



Również cesarz Wilhelm II wykazywał oznaki niechęci do tej wojny (zresztą podobnie jak car Mikołaj II czy cesarz Franciszek Józef I). 26 lipca 1914 r. po otrzymaniu depeszy od swojego ambasadora w Petersburgu, hrabiego Pourtalesa (w którym przedstawiał on spotkanie ministra Siergieja Sazonowa i ambasadora Austro-Węgier hrabiego Szaparyego, jako spotkanie dwóch panów, którzy przy lampce wina rozmawiali jak starzy przyjaciele i wyjaśnili sobie wszelkie drażliwe kwestie), niemiecki kajzer miał rzec: "Kapitalne osiągnięcie, w ciągu zaledwie czterdziestu ośmiu godzin! (...) Wspaniałe moralne zwycięstwo Wiednia; ale przez to wszystkie powody do wojny znikły (...) Po czymś takim w ogóle nie powinienem był wydawać rozkazu mobilizacji". Potem, gdy okazało się że jednak groźba wojny nie została rozwiana, Wilhelm II pisał do cara Mikołaja II: "Cały ciężar decyzji spoczywa teraz wyłącznie na Twoich barkach i to Ty będziesz musiał ponieść odpowiedzialność za pokój czy wojnę". Car miał też (być może pod wpływem presji) rzecz do członków swego sztabu: "Nie wezmę odpowiedzialności za tę potworną rzeź", ale cała Stawka była za wojną, a gen. Suchomlinow stwierdził że rozkaz mobilizacji raz wprawiony w ruch, nie może już zostać odwołany. I nie został. Tak rozpoczęła się krwawa masakra z której popiołów powstanie wiele nowych państw Europy w tym Republika Niemiecka, zwana Weimarską, którą to zajmę się już bezpośrednio w następnej części. 


PS: O nadchodzącej wojnie pisał także Włodzimierz Lenin w swym liście do Maksyma Gorkiego z 1913 r.: "Wojna między Austrią a Rosją bardzo by się przydała rewolucji. lecz mało prawdopodobne, by Franciszek Józef i Nicky wyświadczyli nam tę przyjemność". Mówił o niej również papież Pius X. W 1912 r. po wybuchu I Wojny Bałkańskiej na pytanie swego sekretarza: "To pewnie zaczyna się już ta wojna, o której wielokrotnie mówiłeś?". Papież na to odparł: "Nie. Ona zacznie się dopiero w 1914 r.", zaś w maju 1914 r. żegnając ambasadora Brazylii w Rzymie, papież powiedział: "Jakież ma pan szczęście, że nie zobaczy strasznej wojny, która wybuchnie wkrótce w Europie". Skąd papież wiedział o wybuchu I Wojny, na długo nawet przed nastaniem okoliczności, które do tej wojny doprowadziły? Przecież nawet po zamachu sarajewskim z 28 czerwca 1914 r. na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, wciąż nie było pewności co do wybuchu wojny, a szef sztabu Serbii... pojechał sobie na urlop wypoczynkowy do Austro-Węgier (gdyby już wówczas istniał stan pogotowia wojennego, taki urlop nie byłby możliwy). Odpowiedź na to pytanie jest bardzo trudna, ale można zaryzykować stwierdzenie że papież Pius X był jednym z "wtajemniczonych" "prometejczyków", takich jak choćby hrabia Bogdan Hutten-Czapski (polski arystokrata, poddany i przyjaciel cesarza Wilhelma II, który był autorem planu przewiezienia przez Niemcy Lenina do Rosji), Alexander Parvus (autor planów rozbicia Rosji, według starej koncepcji z końca XVIII wieku, autorstwa adiutanta Napoleona Wielkiego - brygadiera Józefa Sułkowskiego), Feliks Dzierżyński ("wspaniałym kumplem był dla nas Felek" i póki żył, Polska nie musiała się obawiać sabotażu ze strony Sowietów - doprawdy słowa te nie są wcale przesadzone, choć mogą budzić zdziwienie lub nawet zgorszenie). 


PAPIEŻ PIUS X




FELIKS DZIERŻYŃSKI






I oczywiście Józef Piłsudski, który bez wątpienia także należał do grona "wtajemniczonych". Ferdynand Goetel tak pisał po latach: "Pewnego dnia pojawił się nadzwyczajny dodatek z wiadomością o wymianie not między Austrią i Rosją i mobilizacji kilku okręgów rosyjskich. Ktoś z dowództwa strzeleckiego pchnął mnie z tym dodatkiem do Komendanta. Mieszkał wówczas Piłsudski na Starej Polanie, w biednej i podrzędnej dzielnicy Zakopanego. Mieszkanko zajmował małe. Wchodziło się do niego przez kuchnię. Tam w izbie niedużej, zadymionej, oświetlonej lampą naftową zastałem wodza szumnie nazwanej "siły zbrojnej polskiej" z książką w ręku i przy szklance herbaty (...) Przybycie moje nie zrobiło na Piłsudskim wrażenia. Przeczytał wiadomość, rozłożył na stole mapę Rosji i wodząc po niej palcem, rzekł: - To nie wskazuje na wojnę. Spójrzcie, które gubernie mobilizują. Żadna na pograniczu Austrii. Pogróżka i tyle. W twarzy mej musiał dostrzec rozczarowanie, gdyż poklepał mnie po ramieniu i dodał: - Nie martwcie się. Wojna będzie!" Nie był to oczywiście jedyny taki przykład, wystarczy porównać sobie to co Piłsudski mówił jeszcze w lutym 1914 r. w Paryżu o przyszłej wojnie ("Zwycięstwo w tej wojnie będzie szło z Zachodu na Wschód. Najpierw Niemcy i Austro-Węgry pobiją Rosję, a potem Francja i Wielka Brytania, lub Francja, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone pokonają Niemcy i Austro-Węgry") - czyż się nie sprawdziło? W całej okazałości. Poza tym jeszcze w 1915 r. do swoich legionowych towarzyszy broni miał Komendant rzecz dość dziwne słowa, które brzmiał tak: "Rewolucja w Rosji mi się spóźnia" - tak, jakby to wszystko to była przez kogoś z góry zaplanowana gra taktyczną, która w konsekwencji miała doprowadzić do rozbicia Rosji, Austrii i klęski Niemiec, oraz powstania nowych państw w Europie (w tym odrodzenia się Niepodległej Polski). Tak właśnie działała prometejska konspiracja. 


 JÓZEF "ZIUK" PIŁSUDSKI



Niestety, potem siły, które doprowadziły do wywołania I Wojny Światowej i odrodzenia się dzięki temu wielu nowych państw w Europie, doprowadzą również i do wywołania II Wojny Światowej (choćby w celu likwidacji brytyjskiego, francuskiego czy holenderskiego imperium kolonialnego), wzmacniając w tym celu tym samym hitlerowski Niemcy i stalinowski Związek Sowiecki. Naszym nieszczęściem był fakt, że... akurat znaleźliśmy się w strefie zgnioty tych dwóch wzmocnionych mocarstw. Piłsudski wiedział (lub zdawał sobie doskonale sprawę) jak to się dalej potoczy i całe życie dążył do zbudowania systemu, który moglibyśmy nazwać Międzymorzem. Gdy to się nie udało, pozostało albo uderzyć na Niemcy (wojna prewencyjna roku 1933 r.), albo "uciec do przodu" i kupić sobie kilka lat pokoju, jednocześnie zbrojąc się i wciągając do wojny największe europejskie mocarstwa Francję i Wielką Brytanię. To się udało, więcej w tej sytuacji geopolitycznej w jakiej się Polska znalazła, nie można było nic więcej osiągnąć - i nie uczyniłby żaden geniusz geopolityki. Dlatego też jak słyszę słowa tej kobieciny, która udaje posłankę - Joanny  (Szlezwik-Holsztyn) Scheuring-Wielgus, która ostatnio wydobyła z siebie takie oto słowa: "Westerplatte i Wrzesień 39 jest symbolem męstwa i poświęcenia żołnierzy. Ale również jest symbolem nieudolności ówczesnych polityków i wojskowych, którzy nie zdołali zbudować wtedy ani skutecznych sojuszów politycznych, ani skutecznej armii". To ja się zastanawiam dlaczego kandydaci na posłów nie przechodzą obligatoryjnego badania lekarskiego, mającego stwierdzić ich psychiczną poczytalność? Nie wiem jakie sojusze pani Scheuring-Wielgus jeszcze chciała zbudować, może z Berlinem albo z Moskwą? Albo może z Burkina Faso? Przeraża mnie poziom debilizmu współczesnych polityków - naprawdę mnie przeraża.             





 CDN.

wtorek, 9 lipca 2019

GDYNIA - OKNO NA ŚWIAT - Cz. I

CZYLI JAK W NIESPEŁNA

SIEDEMNAŚCIE LAT 

RYBACKA WIOSKA 

STAŁA SIĘ NAJWIĘKSZYM 

PORTEM BAŁTYKU




WSTĘP


Właśnie wróciłem z krótkiego rodzinnego wypoczynku, jaki spędziłem (z moją Panią) nad polskim Bałtykiem, w Trójmieście, a konkretnie właśnie w Gdyni - które to miasto będzie głównym przedmiotem tego tematu. Ponieważ obowiązki zawodowe nie pozwalają mi na jakieś dłuższe urlopy, stąd trochę z przyzwyczajenia, a trochę z wygody jeżdżę głównie nad polskie morze, najczęściej zaś właśnie do Trójmiasta, gdzie (nie chwaląc się) posiadam swój dom, który co prawda przez dłuższy czas w roku stoi pusty. Zawsze jednak gdy tam się zjawiam, opanowuje mnie swoista atmosfera Pomorza (można to tak nazwać - a pamiętam to jeszcze z dzieciństwa), taka chęć wypoczynku, oderwania się od pracy i tych wszystkich spraw które nas otaczają - a zagłębienia się w pięknie okolicy - nieodległego lasu, okolicznej rzeczki i pary dzików z warchlakami które przechadzają się tamtejszymi uliczkami w poszukiwaniu pożywienia. Poza tym oczywiście morze, którego w żaden sposób nie podobna zastąpić żadne jezioro, żadna rzeka, ni żaden inny akwen wodny. Lubię Międzyzdroje, lubię plaże wokół Kołobrzegu, ale jednak okolice między Gdańskiem, Sopotem a Gdynią bez wątpienia uważam za najlepsze. Mam też kilka swoich wybranych (odludnych) miejsc, gdzie można fajnie spędzić czas. Pomorze zawsze też należało do moich ulubionych wakacyjnych miejsc z przepięknym starym Gdańskiem - swoistym ekonomicznym oknem Rzeczpospolitej Obojga (Trojga) Narodów na świat, z którego to portu płynęło najwięcej zboża do krajów Europy w XVI i pierwszej połowie XVII wieku (w 1608 r. niejaki Izaak van den Blocke - gdański malarz, namalował obraz zwany "Apoteoza Gdańska", zwany również "Alegorią łączności Gdańska z Polską", przedstawiający miasto jako łuk triumfalny, wiodący ku światu) z słonecznym Sopotem i oczywiście malowniczą Gdynią. Nim przejdę bezpośrednio do tematu, kilka słów wstępu o dziejach Pomorza. 

Otóż zarówno Gdańsk jak i całe Pomorze, było niegdyś zasiedlone przez słowiańskie plemiona Pomorzan (w tym Słowińców, Pyrzyczan, Wieleńczan (zwanych również Wolinianami), Wkrzan, Redarów, Dołężan, Czerezpienian, Chyżan, Ranów i innych. Duża część z nich weszła jednak w skład Związku Wieleckiego i podzieliła jego los, gdy Słowian Połabskich podporządkowali sobie Wschodni Frankowie (zwani dziś potocznie Niemcami), tworząc tam Marchię Wschodnią (937 r.), która podzieliła się następnie na Marchię Północną i Marchię Billungów (966 r.). Oczywiście walki Franków ze Słowianami trwały długo i toczyły się sporadycznie jeszcze od połowy VI wieku (555 r.), a konsekwentnie od czasów Karola Wielkiego. Jego wojna ze słowiańskimi Sasami (o których Tacyt pisze iż są to ludzie: "spokojni i żyjący na uboczu, nie prowokują wojen, nie powodują żadnych spustoszeń wyprawami grabieżczymi czy łupieżczymi"), których tereny obejmowały ziemie całych dzisiejszych północno-zachodnich Niemiec (Helmold, kanonik z Buzu pisze zaś: "Liczne są plemiona słowiańskie, które brzegi morza bałtyckiego zamieszkują. Jedna odnoga tego morza ciągnie się od oceanu zachodniego ku wschodowi"), trwała w latach 772-804 i była jedną wielką rzeźnią ("karolińska misja miecza"). Aby ustrzec się przed mordami niewiast i dzieci, część szlachty saskiej przyjęła chrzest podczas zgromadzenia w Paderbornie w 777 r. dając się ochrzcić i wyrzekając swych bogów - Donara, Wotana i Saxnota, walki jednak trwały jeszcze do 804 r. czyli do całkowitego podporządkowania Frankom ziem saskich. "Misję miecza" wobec ludów słowiańskich przejęli następnie synowie Karola Wielkiego, ale aż do czasów Arnulfa z Karyntii (887-899) - cesarza wschodnio-frankijskiego, nie była ona już tak planowa. To właśnie on zapoczątkował późniejszą niemiecką politykę "Drang nach Osten", która militarnie zakończyła się co prawda po II Wojnie Światowej, a politycznie i ekonomicznie trwa po dziś dzień.

Trwała przy tym ciągła propagandowa nagonka na Słowian i Węgrów, mająca przedstawić ich w jak najgorszym świetle. Według biskupa Liutpranda z Cremony (a także opata Regino) były to istoty z piekła rodem, które nie tylko zabijają ale i piją krew poległych, żyją jak dzikie zwierzęta i jedzą serca swych jeńców. Nic więc dziwnego że frankońska "misja cywilizacyjna" wśród tych podludzi, musiała być prowadzona (tym bardziej że wciąż trwał niezwykle dochodowy handel słowiańskimi niewolnikami - tzw.: "Bakt" z 641 r. zawarty pierwotnie między Arabami z Egiptu i chrześcijanami z Makuri i potem rozszerzany na inne kraje chrześcijańskie, które dzięki temu zarabiały na muzułmanach, dostarczając im niewolników - oczywiście słowiańskich niewolników. Kolejnym rynkiem handlu Słowianami był Chanat Chazarski - stworzony z ludów tureckich które przyjęły judaizm. Chazarowie również skupowali Słowian i sprzedawali ich Arabom - Kalifat nawiązał stosunki dyplomatyczne z Chazarią w 758 r. Ostatnim był zaś rynek zachodni, gdzie dominowali Frankowie, porywający i pędzący Słowian do muzułmańskich haremów. Kalifat nawiązał stosunki z Królestwem Franków w 765 r. Kres zarówno handlowi niewolników, jak i frankońskiej "Drang nach Osten", położyło dopiero powstanie zjednoczonego państwa polskiego. Sami Arabowie pisali, iż źródła napływu słowiańskich niewolników zaczęły się wyczerpywać w ostatnich dziesięcioleciach X wieku (tutaj link do artykułu na ten temat), Polska zaś zaczęła się powoli jednoczyć począwszy od lat 60-tych VIII wieku.


 POPIEL II GNUŚNY

"STARA BAŚŃ - KIEDY SŁOŃCE BYŁO BOGIEM"




Pierwszym polskim (lechickim) władcą, który opanował Pomorze, miał być książę Lech IX zwany Walecznym z dynastii Popielidów. Opanował nie tylko Gdańsk i Bremę, ale całe Czechy, Morawy, Słowację i Ruś Kijowską - miał panować w latach 800-824. Jego wnuk - Popiel II Gnuśny, został obalony w 840, po dziesięciu latach panowania. Według legendy miał ulegać wpływom swej żony - Ryksy saksońskiej, która całkowicie zdominowała wszystkie jego pozostałe żony. Przekonała go wreszcie aby pozbył się swych bratanków i stryjów, trując ich podczas biesiady winem. Gdy zbrodnia się wydała, lud powstał przeciwko księciu, a ten osamotniony, znalazł schronienie w twierdzy w Kruszwicy (Ryksa została zabita wraz z jej dwoma synami przez wzburzony lud). Tam według legendy Popiela miały zjeść myszy. Potem według niektórych kronikarzy (Prokosz, Bielski) po krótkim okresie bezkrólewia, na wiecu w 842 r. władcą wybrano starego - prawie 70-letniego kmiecia o imieniu Piast, który ponoć następnie panował przez kolejne 20 lat. Za jego rządów część możnych miała przyjąć chrzest w obrządku rzymskim (1 stycznia 845 r.) - byłby to więc pierwszy chrzest jeszcze co prawda nie całej Polski, ale już dużej grupy możnych książąt. Jego następcą został syn - książę Ziemowit, który z kolei miał panować kolejne 30 lat. Podczas swych rządów stracił Księstwo Wiślan wraz z Krakowem, zdobyte przez Świętopełka I Wielkomorawskiego (874) i Śląsk (879). Pomorze odpadło już wcześniej, po upadku Popiela II w czasie bezkrólewia. Odzyskania Pomorza podjął się dopiero po roku 897 syn Ziemowita - książę Lech X (zwany też Lestkiem), który zajął Gdańsk i Szczecin. W 904 r. miał odzyskać Kraków i całą Małopolskę (Księstwo Wiślan).

 ZIEMOWIT SYN PIASTA 

"STARA BAŚŃ - KIEDY SŁOŃCE BYŁO BOGIEM"



Lestek był już jednak chrześcijaninem, został ochrzczony (zapewne jeszcze za życia ojca) w obrządku bizantyjsko-słowiańskim (prawosławnym), choć nadal praktykował niektóre pogańskie zwyczaje, jak choćby wielożeństwo, a w kraju nadal oddawano cześć dawnym bogom w cieniu starych dębów. Wnukiem Lestka był zaś książę Mieszko I, panujący w latach 957-992. Był on pierwszym historycznym władcą Polski i pierwszym księciem, który przyjął chrzest w obrządku rzymskim (katolickim) w 966 r. i schrystianizował cały kraj wycinając święte dęby i obalając drewniane posągi bogów - Peruna, Swarożyca, Trzygłowa i innych. Jego syn - Bolesław I Wielki, (zwany też Chrobrym), toczył wiele zwycięskich wojen, trzy wojny o Milsko i Łużyce z Cesarstwem Wschodnio-frankońskim (Wschodni Frankowie zwani byli już wówczas w Polsce "Niemami" czyli Niemcami od słowa "Niemy" - nie znający ludzkiej, słowiańskiej mowy) w latach 1002-1018 i walki z Rusią Kijowską (1018-1019), zakończoną zdobyciem Kijowa i gwałtem na księżniczce Przecławie (córce księcia kijowskiego Włodzimierza I Wielkiego, którą potem uczynił swą nałożnicą i zabrał do Gniezna), nawet groził zdobyciem Konstantynopola cesarzowi bizantyjskiemu - jeśli ten nie uzna jego władzy jako równej cesarskiej. Bolesław Chrobry, choć był władcą chrześcijańskim, zachowywał się jeszcze pod pewnymi względami jak poganin, np. utrzymywał nieoficjalny harem nałożnic (lub też zmieniał żony jak rękawiczki, gdy mu się jedna znudziła, po prostu brał sobie inną), ale przestrzegał też surowo kościelnych przykazań i kazał wybijać zęby każdemu, kto w piątek - dzień postny - zje mięso. Lubił też chłostać rzemiennym biczem swych wielmożów, sędziów i komorników w łaźni, gdy nie był zadowolony z ich dokonań czy wydawanych wyroków. W 1000 r. podczas zjazdu w Gnieźnie, cesarz rzymski - Otton III (z dynastii sasko-słowiańskich Ludolfingów), koronował Bolesława na króla i uznał go za równoprawnego cesarzowi władcę całego Wschodu (ponoć podczas swej wizyty w Gnieźnie, cesarz mógł ujrzeć iż w skład przybocznego orszaku Bolesława, wchodzi też oddział kobiet/wojowniczek, swoistych amazonek).

W chwili śmierci Bolesława Chrobrego w 1025 r. (w tymże roku koronował się też oficjalnie na pierwszego króla Polski - koronę miał już od Ottona, ale nie miał jeszcze namaszczenia papieskiego), państwo pozostawił zjednoczone i potężne. Wiele też reform wprowadził, usunął np. stare, pogańskie zwyczaje palenia żon na stosie pogrzebowym mężów (każda żona, po śmierci swego męża - a często kobiety były dużo młodsze od swych mężów, przynajmniej o kilkanaście lat - musiała podążyć za nim i dać się spalić na jego stosie pogrzebowym, bez względu na to czy chciała czy nie. Co prawda kobietom przed spaleniem ścinano głowy, ale do czasów Bolesława żona która odmówiłaby poświęcenia się dla męża, byłaby okryta powszechną hańbą i nikt nie zamieniłby z nią nawet słowa). Granice oparł Bolesław o rzeki Ossa, Łaba, Solawa, Dniestr i na krótko Dniepr. Około 1022 r. uniezależniło się też Pomorze Szczecińskie, Kołobrzeg i Sławno, przy Polsce pozostało jednak Pomorze Gdańskie. Uniezależniło się ono ostatecznie dopiero w 1038 r. w wyniku upadku władzy zwierzchniej i najazdu księcia czeskiego Brzetysława I. Do tego doszła tzw.: "reakcja pogańska", czyli bunt kmieci przeciwko szlachcie, który przeobraził się w wojnę religijną pogaństwa z chrześcijaństwem (1037-1038 r.), gdyż pomimo przyjęcia chrztu w 966 r. i chrystianizacji kraju (której ulegali głównie panujący, możni i szlachta), tak naprawdę prosty lud pozostał pogański i wciąż oddawał cześć dawnym bogom. Obchodzono też dawne święta, jak choćby święto Kupały (przesilenia letniego), które potem zostało przyjęte do chrześcijaństwa pod nazwą Zielonych Świątek. Kilka lat trwało ponowne jednoczenie kraju, ale Pomorze Gdańskie pozostało niezależne do 1119 r. gdy ponownie przyłączył je do Polski książę (korona królewska została po raz pierwszy utracona w 1031 r. - królestwo istniało w latach 1025-1031 - po raz drugi zaś w 1079 r. - królestwo istniało w latach 1076-1079), Bolesław III Krzywousty, zaś w 1122 r. odzyskał całe Pomorze Szczecińskie i Pomorze Dymińskie (z grodami Dymin, Radogoszcz, Wołogoszcz i Uznam w dzisiejszych Niemczech - Meklemburgia-Pomorze Przednie). 

Jednak pomny swej walki z bratem Zbigniewem o władzę, pragnął uchronić od tego swych synów i przed śmiercią w testamencie wprowadził zasadę senioratu (1138 r.) - polegającą na dziedziczeniu tronu przez najstarszego z męskich członków dynastii Piastów - pozostali synowie mieli otrzymać swoje dzielnice, którymi mogli zarządzać do swej śmierci, ale nie mogli ich przekazać w spadku swym potomkom. Zasada senioratu nie utrzymała się długo, najstarszy syn Bolesława III - Władysław II został wygnany z kraju (1146 r.) przez pozostałych dwóch braci Bolesława IV (który teraz aż do swej śmierci w 1173 r. kontrolował krakowską dzielnicę senioralną z przyległymi i podporządkowanymi jej ziemiami - w tym Pomorzem Gdańskim i Szczecińskim, zwanym też Zachodnim) i Mieszka III (który pełnił władzę seniora w latach 1173-1177). Potem w 1177 r. Mieszko III został obalony przez możnych, którzy ofiarowali władzę senioralną jego najmłodszemu bratu (urodzonemu już po śmierci ojca w 1138 r.) Kazimierzowi II zwanemu Sprawiedliwym (ten przydomek został mu nadany długo po śmierci i nie był używany za jego życia). Aby uprawomocnić swą władzę, Kazimierz zwołał do Łęczycy w 1180 r. pierwszy polski sejm. W tym czasie kolejni książęta, najpierw Władysław II zwany Wygnańcem (który za wstawiennictwem żony - Agnieszki z austriackich Babenbergów - starał się zyskać poparcie i pomoc króla Teutonów - jak wówczas zwano na Zachodzie Niemców - Konrada III. Dopiero jego następca - Fryderyk I Barbarossa przedsięwziął zbrojną wyprawę do Polski w 1157 r. i zmusił Bolesława IV do złożenia mu - 30 sierpnia - hołdu lennego w Krzyszkowie. W zamian za zapłatę Barbarossie 2 000 grzywien złota, 1 000 grzywien książętom teutońskim, 200 grzywien dworowi, 20 grzywien cesarzowej Beatrycze, oraz dostarczenia 300 rycerzy na planowaną przez Fryderyka wojnę włoską - z Ligą Lombardzką - mógł Kazimierz IV zatrzymać władzę senioralną w Polsce - sprawa Władysława nie została nawet podjęta, jedynie w tym aspekcie że cesarz życzy sobie aby bracia doszli do zgody. Władysław wraz z żoną i dziećmi zamieszkał w Altenburgu frankońskim), a następnie Mieszko III szukali wsparcia u cesarza.


 FRYDERYK I BARBAROSSA 

CESARZ RZYMSKI I KRÓL TEUTONÓW




W tym samym roku (1157) powstała Marchia Brandenburska, a na zjeździe Rzeszy w Ratyzbonie, władca Czech - Władysław II Przemyślida otrzymał z rąk cesarza Barbarossy koronę królewską (1158 r. - pierwszą koronę w dziejach Czech), oraz potwierdzenie trybutu za Śląsk (płaconego przez Kazimierza IV). Książęta słowiańscy wciąż władali wówczas ziemiami Pomorza Szczecińskiego i Meklemburskiego, ale w 1181 r. musieli złożyć hołd lenny cesarzowi rzymskiemu, czyli od tej daty całe Pomorze Zachodnie przechodzi pod zwierzchność lenną Rzeszy Niemieckiej. Książęta szczecińscy nie mieli innego wyjścia, gdyż od dawna na Pomorzu trwała ekspansja duńska (zdobycie przez króla Danii - Waldemara I Wielkiego - słowiańskiej Arkony na wyspie Rugii w 1168 r., a w 1173 i 1174 r. Waldemar oblegał Julin i Szczecin). Przebywający wówczas w Gnieźnie książę Bolesław (syn Bolesława I Szczecińskiego), szukał pomocy polskiej przeciwko Duńczykom i Teutonom, ale jej nie uzyskał. Osamotnieni książęta szczeciński i dymiński, złożyli wówczas w Lubece hołd lenny cesarzowi Fryderykowi Barbarossie. Odtąd następuje powolna, ale konsekwentna germanizacja nie tylko ziem Pomorza, ale w ogóle ziem polskich, oraz zasiedlanie niemieckimi kolonistami polskich miast. Będzie to szczególnie widoczne po 1241 r. czyli po najeździe na Europę Środkową (Polska i Węgry) armii mongolskiej pod wodzą chana Złotej (H)Ordy - Batu-chana (wnuka Dżyngis-chana) i jego brata Bajdara (zwanego też Petą). Mongołowie już od dziecka przysposabiali się w wojaczce, jeździe konnej i strzelaniu z łuku, oraz w całkowitej karności i posłuszeństwu swemu chanowi ("Moje słowo jest mieczem" - jak mawiał Dżyngis-chan). Atakowali wspólnie na komendę i na komendę się wycofywali, zawsze w szyku, a jeśli któryś dostałby się do niewoli wroga lub jeśliby pozostał z tyłu, wówczas za karę cała sotnia była dziesiątkowana. Mongołom nie trzeba było ani aprowizacji, ani dobrych dróg, ani nawet namiotów, wszystko bowiem mieli pod ręką, a żywili się rabując ludność podbitą, natomiast droga nie miała dla nich znaczenia gdyż ma swych kucach przepływali nawet jeziora i rzeki. Atakowali w sotniach, zasypując nieprzyjaciół strzałami a potem atakując orężnie i jeśli nie przełamali od razu szyku, wycofywali się (częstokroć pozorując ucieczkę) aby wyrwać nieprzyjaciela z szeregu i wówczas okrążyć go i zniszczyć. Dżyngis-chan mawiał że posłuszeństwo pokonanych zapewnia tylko surowość rządów (innymi słowy powtórzył zdanie Lucjusza Akcjusza żyjącego w II wieku p.n.e. rzymskiego poety, który stwierdził: "Niech nienawidzą, byle się bali").

Tam gdzie przeszli Mongołowie (i Tatarzy), tam pozostawały zgliszcza, trupy pomordowanych i wyludnione ziemie - bowiem całą lokalną ludność uprowadzali w niewolę. Rycerstwo europejskie okute w ciężką zbroję i mało mobilne, nie miało szans w starcu z niezwykle szybkimi zagonami, które bardzo szybko mogły się rozproszyć jak potem ponownie zjednoczyć i znów atakować. Tak też  uderzyli na ziemie polskie i na trasie swego przemarszu pozostawiali zgliszcza. Padły Lublin, Zawichost, Sandomierz, Kraków (24 marca 1241 r. ocaleni zostali jedynie ci spośród mieszkańców, którzy schronili się w kościele św. Andrzeja, gdyż posiadał on silne umocnienia i Wawel), ludność uprowadzono w niewolę i pędzono tabunami ku pohańbieniu. Rycerstwo małopolskie próbowało zatrzymać pochód Mongołów pod Turskiem i Chmielnikiem - bezskutecznie (Pod Turskiem rycerzom udało się przegonić Mongołów, ale potem rzucili się rabować tabory które im Mongołowie podstawili i zostali przez nich wybici. Pod Chmielnikiem zginęli wszyscy wodzowie małopolscy). Następnie łupem Mongołów padały kolejne miasta i grody Radom, Skrzynno, Wolbórz, Łęczyca, Uniejów, Siewierz, Olkusz, Tyniec, Oświęcim, Racibórz, Opole. Straszliwe niebezpieczeństwo zagroziło całej chrześcijańskiej Europie gdyż Mongołów nie sposób było zatrzymać, nie przeszkadzały im przeszkody terenowe ani pogoda, byli uodpornieni na upalne lata i mroźne zimy, a miasta zdobywali (m.in.) odcinając wodę pitną. Prośby o pomoc płynęły do wszystkich dworów Europy - bezskutecznie, trwoga okrutna przejęła wszystkich. W Londynie podrożały ryby - gdyż nawet w Anglii obawiano się ataku mongolskich hord, w Paryżu zdarzały się rabunki prowiantu, gdyż ceny chleba i mięsa tak bardzo poszły w górę. Kościoły zostały oblegane w całej Europie, a ludzie modlili się o ratunek od "piekielnych istot z Azji" (opowiadano sobie bowiem legendy o ich brzydocie i przyrównywano ich do diabłów z piekła rodem). Niemieckie i czeskie wsie się wyludniły, gdyż ludność masowo uciekała do miast warownych.

Czy można się jednak dziwić ludowi, że tracił ducha, skoro panujący również zachowywali się tak, jakby już utracili swoje królestwa i znajdowali się w mongolskiej niewoli. Fryderyk II - cesarz rzymski i król Teutonów - kazał bić w dzwony i mawiał że oto nadeszła ostatnia godzina dla chrześcijaństwa, a król Francji - Ludwik IX zwany Świętym, pisał do matki że Mongoły kroczą by powieść ich ku Niebu. A tymczasem mongolsko-tatarska nawała dotarła na Śląsk, którym władał Henryk II zwany Pobożnym. W starciu pod Chrapicami książę raciborski - Mieczysław zniósł nieduży tatarski zagon, co jednak wlało w serca nieco otuchy i nadziei. Potem Wrocław obronił się przed Mongołami, którzy ruszyli dalej na zachód - ku Legnicy. Tam 9 kwietnia na czele rycerstwa (wśród którego w korpusie posiłkowym znaleźli się też i rycerze krzyżaccy) drogę zastąpił im właśnie książę Henryk II Pobożny. Bitwa trwała długo i mimo znacznie mniejszych sił, opór chrześcijański trwał aż do chwili gdy dał się słyszeć okrzyk: "Biegajcie, Biegajcie!" (uciekajcie), który podnieśli będący na usługach Mongołów hołdownicy. Powstało zamieszanie i rycerstwo zaczęło ustępować pola. Pierwszy uciekł książę Mieczysław. Henryk II wciąż walczył na czele rycerstwa, póki nie padł martwy pośród swoich żołnierzy. Poległo ponad 2 000 rycerzy, ale straty Mongołów też były liczne i Bajdar zarządził zmianę trasy. Zrezygnowano z marszu na Zachód, a ruszono od północy przez Czechy na Węgry, a następnie zawrócono (1242 r.) z powrotem na Ruś, która pozostawała pod lennem mongolskim od 1238 r. a dalej powrócono do Złotej (H)Ordy. W ten sposób dzięki poświęceniu rycerstwa śląskiego i księcia Henryka II (którego odnaleziono w stosach poległych po stopach, jako że Mongołowie odcięli mu głowę i zabrali ze sobą - Henryk posiadał bowiem u lewej stopy sześć palców), ocalono Europę.




Ale miasta w Polsce legły w gruzach i należało je na nowo odbudować. Skorzystano więc z gotowego prawa miasta Magdeburg (wydanego w 1188 r.), na mocy którego lokowano to miasto. Potem i inne miasta w Rzeszy zaczęły lokować się na prawie magdeburskim, aż prawo to dotarło do Polski i innych krajów. Pierwsze miasto na prawie magdeburskim - Płock, lokowano w Polsce jeszcze przed inwazją mongolską w 1237 r. Potem poszły inne miasta, jak choćby Wrocław (1242 r.), Szczecin (1243 r.) czy Kraków (1257 r.). Poza tym książęta piastowscy żenili się z niemieckimi (teutońskimi) księżniczkami a dzieci wychowywano "po cesarsku", ucząc prócz łaciny również języka niemieckiego. Mnisi niemieccy zasiedlali klasztory w Polsce, a niemieccy koloniści (chłopi i mieszczanie) byli ściągani przez polskich książąt dzielnicowych, by zasiedlali miasta lokowane na prawie magdeburskim. Nastąpił okres wytężonej niemieckiej kolonizacji ziem polskich (głównie na Zachodzie) w wieku XII, XIII i XIV. Przykładem tak postępującej germanizacji, było ściągnięcie do Polski teutońskiego zakonu rycerskiego z Ziemi Świętej - Rycerzy Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, czyli potocznie - Krzyżaków (rycerzy z czarnymi krzyżami na białych płaszczach. Templariusze nosili bowiem czerwone krzyże na białych płaszczach, Joannici czerwone krzyże na czarnych płaszczach, a Lazareci zielone krzyże na białych płaszczach). Zakon Krzyżacki założony w 1190 r. w Akrze, jako zakon szpitalny mający udzielać pomocy medycznej. Został  zamieniony w zakon rycerski już w 1198 r. przez dziewięciu książąt i jedenastu biskupów teutońskich (Templariusze i Joannici nie wyrazili sprzeciwu), aby chronić pielgrzymów udających się do Grogu Świętego przed atakami muzułmanów. Prawo noszenia krzyża na płaszczu, otrzymali jednak dopiero w 1219 r. od króla jerozolimskiego - Jana de Brienne po zdobyciu przez krzyżowców twierdzy Damietty w Egipcie (w bitwie tej Krzyżacy przeszkodzili flocie muzułmańskiej połączyć się z oblężonymi w Damietcie). Otrzymali wówczas również (1218 r.) Zamek Syna Bożego stojący pomiędzy miastami Ptolemaida a Cezarea nieopodal góry Karmel w Palestynie, który oni przemienili następnie na Zamek Pielgrzymów. Mimo to wielki mistrz Zakonu - Hermann von Salza, zamyślał przenieść Zakon na tereny Europy i szukał dogodnego miejsca do osiedlenia się. 

W 1211 r. Zakon Krzyżacki otrzymał od króla Węgier - Andrzeja II ziemie w Siedmiogrodzie nad Dunajem w tzw.: krainie Burza. Była to wyludniona kraina leżąca na szlaku najazdów Połowców (koczowniczego plemienia tureckiego). Krzyżacy mieli chronić tę ziemię a w zamian uzyskali prawo budowania tam zamków i miast warownych. Pierwsi rycerze zakonni zjawili się w ziemi Burza pod przewodnictwem brata Tedryka w 1212 r. Zbudowali tam pięć zamków i zaczęli ściągać z Rzeszy licznych osadników teutońskich (przodków późniejszych Niemców węgierskich). W 1217 r. król Andrzej II udał się na wyprawę krzyżową do Egiptu, a po powrocie z niej w 1222 r. okazało się że Krzyżacy bezprawnie zagarnęli część ziem, nie będących częścią ich nadania. Wysłał więc wojsko i oświadczył im że mają opuścić jego ziemie, ale wkrótce (częściowo pod wpływem papieża) zmienił zdanie i pozwolił Krzyżakom nadal mieszkać w ziemi Burza. Nadał im też nowe przywileje gospodarcze (1223 r.) i możliwość wznoszenia dalszych zamków, przyznał im także zamek Kreuzburg, leżący poza terenami ich władzy. W tym czasie Krzyżacy mieczem nawracali Połowców i zmusili większość z nich do przyjęcia chrztu (1223 r.). Potem wystosowali prośbę do papieża o nadanie im ziemi Burza jako patrymonium św. Piotra. Papież się zgodził i (1224 r.) wydał stosowny przywilej. Tego już król Andrzej nie mógł ścierpieć, w 1225 r. wkroczył zbrojnie na tereny krzyżackie i spustoszył te ziemie, zdobywając zamki i zabijając wielu braci zakonnych. Niemieccy koloniści przysięgli wierność królowi Węgier i mogli pozostać w swych siedzibach, ale Krzyżacy musieli odejść. 

Pozbawieni ziemi, znaleźli się Krzyżacy w ciężkim położeniu i liczyli aby przejść do Rzeszy i tam się jakoś osiedlić, bowiem powrót do Ziemi Świętej też już raczej był niemożliwy, jako że wzrastał tam napór muzułmanów i nie warto było ciągle "spać z mieczem w łożu". Wówczas to przyszło dla nich wybawienie. Oto książę mazowiecki - Konrad I (syn Kazimierza II Sprawiedliwego), zaprosił ich (za radą biskupów i księcia śląskiego Henryka I Brodatego - ojca Henryka II Pobożnego - poległego pod Legnicą) do siebie na rozmowy (1225 r.). Na zamku w Płocku przyjęła braci: Konrada z Landsbergu i Ottona ze Szlajdy (w towarzystwie 18 giermków), żona księcia Konrada Mazowieckiego - księżna Agafia - córka księcia wołyńskiego. 29 maja 1226 r. w obecności księcia Konrada I podpisana została umowa nadania Krzyżakom ziemi chełmińskiej i lubawskiej w celu powstrzymania rabunkowych najazdów pogańskich Prusów i podboju ich ziem (wówczas, co było zawarte w umowie, Krzyżacy mieli zwrócić księciu mazowieckiemu ziemię chełmińską i Lubawę - nigdy tego jednak nie uczynili). Sprowadzenie Krzyżaków do Polski było swoistym kamieniem milowym naszych dziejów. Konfrontacja z nimi trwała teraz przez 300 lat, aż do 1525 r. gdy ostatni wielki mistrz Zakonu - Albrecht Hohenzollern, złożył na krakowskim rynku hołd lenny królowi polskiemu - Zygmuntowi I Jagiellończykowi i stał się świeckim księciem Prus (które po śmierci jego męskich następców, miały zostać włączone do Polski). Wiele złego uczynili rycerze zakonni zarówno podczas podboju ziem Prusów, jak i w kontaktach z Polakami, stało się to wręcz symbolem niemieckiej kultury. Płonące domostwa i pomordowani mieszkańcy miast i osad - oto przykłady zaprowadzania "niemieckiej kultury" na Wschodzie. Potem zostało to planowo oczywiście rozwinięte w czasie I i II Wojny Światowej, na znacznie większą skalę.




Rozbicie dzielnicowe w Polsce trwało aż do 1320 r. kiedy książę Władysław I Łokietek koronował się na pierwszego (od 1079 r., nie licząc krótkiego okresu panowania Przemysła II w latach 1295-1296) króla Polski. Jego syn - Kazimierz III Wielki (panujący w latach 1333-1370) zjednoczył kraj politycznie, ekonomicznie i kulturowo, oraz uczynił z niego gospodarczą potęgę Europy (Polskę ominęła wówczas także zbierająca śmiertelne żniwo tzw.: "Czarna Śmierć", która rozlała się od Południa, poprzez Zachód aż na Wschód Europy). Był on ostatnim władcą Polski z dynastii Piastów, panującej niepodzielnie przez ponad pięćset lat. Teraz (po krótkich, choć niezwykle ważnych rządach Andegawenów - Ludwika I Węgierskiego i jego córki królowej Jadwigi), przyszła epoka Jagiellonów - litewskiej dynastii, która uczyniła Polskę najpotężniejszym mocarstwem XVI-wiecznej Europy. W 1410 r. w bitwie pod Grunwaldem został rozgromiony Zakon Krzyżacki, który urósł przez dziesięciolecia w taką siłę, że stał się największą potęgą militarną chrześcijańskiego świata. Pod Grunwaldem (jak śpiewa Lech Makowiecki) "odprawiono kilka mszy, tam Krzyżakom wyrwaliśmy kły" (notabene w tej bitwie wielu rycerzy zachodniej Europy wzięło udział po stronie Zakonu, nawet sam król Anglii - Henryk IV deklarował że osobiście wziąłby udział w tej "wyprawie krzyżowej", gdyby nie stałe zagrożenie ze strony Francuzów). Goście Zakonu zostali po bitwie odesłani do domów (po uprzednim złożeniu przysięgi że już więcej nie podniosą miecza na rycerstwo Korony Polskiej). Król Władysław II Jagiełło wydał dla nich nawet ucztę pożegnalną. Po tej bitwie Zakon Krzyżacki już kroczył po równi pochyłej ku swemu upadkowi.


 KAZIMIERZ III WIELKI

(panował w latach 1333-1370)  

BYŁ TEŻ WIELKIM UWODZICIELEM  

MIAŁ CZTERY ŻONY, KILKA OFICJALNYCH   

I MNÓSTWO INNYCH KOCHANEK.   

NIE DOCZEKAŁ SIĘ JEDNAK TEGO CZEGO 

PRAGNĄŁ NAJBARDZIEJ - SYNA 








 ŚMIERĆ KAZIMIERZA WIELKIEGO 

5 LISTOPADA 1370 r.




NASTĘPCĄ KAZIMIERZA ZOSTAŁ JEGO

SIOSTRZENIEC - KRÓL WĘGIER LUDWIK I WIELKI

(PANOWAŁ W POLSCE W LATACH 1370-1382)




ZAŁOŻYCIEL DYNASTII JAGIELLONÓW -

WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO 

(TUTAJ JAKO MŁODY CHŁOPAK - JOGAIŁA ZE SWYM

OJCEM, WIELKIM KSIĘCIEM LITWY - OLGIERDEM 

I STRYJEM - KIEJSTUTEM)




 WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO JAKO KRÓL POLSKI

(panował w latach 1386-1434) 

W BITWIE POD GRUNWALDEM

15 LIPCA 1410 r.




 WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO W WIEKU STARCZYM

WRAZ Z BRAĆMI - WITOLDEM, SYNEM KIEJSTUTA  

I ŚWIDRYGIEŁŁO - SYNEM OLGIERDA

1424 r.




 WITOLD NA ŁOŻU ŚMIERCI

1430 r.





W 1454 r. Związek Pruski oddał Gdańsk pod władzę i opiekę Korony Polskiej i króla Kazimierza IV Jagiellończyka (syna Władysława Jagiełły). Wybuchła wówczas długa, trzynastoletnia wojna z Zakonem, toczona w latach 1454-1466. Zakończyła się ona całkowitym zwycięstwem strony polskiej i odzyskaniem Pomorza Gdańskiego (utraconego w 1308 r. na rzecz Krzyżaków). Od tej chwili (1466 r.) Pomorze stało się integralną częścią Korony Polskiej a następnie (po 1569 r.) Rzeczpospolitej Obojga (Trojga) Narodów. Niemcy, którzy w wiekach wcześniejszych osiedlali się w rozbitej na poszczególne dzielnice Polsce, teraz polonizowali się w bardzo szybkim tempie. Polska kultura i idea wolności politycznej z której Polska słynęła, przyciągały wszystkie zamieszkujące ówczesną Rzeczpospolitą nacje - Niemców, Rusinów, Tatarów, Holendrów, Szkotów, Anglików czy Francuzów. Polskie misje docierały w XVII wieku aż do Persji i Chin, a język polski stał się językiem międzynarodowym i sporządzano w nim umowy międzypaństwowe (np. pomiędzy Anglią a Rosją, czy Rosją i Chinami). Po polsku mówił dwór moskiewski i dwory naddunajskie. Prusy Książęce pragnęły połączyć się z Polską jako część składowa kraju, a nie tylko lenno (nawet niemieccy chłopi i mieszczanie pragnęli opieki króla Rzeczypospolitej). Państwo było ogromne, a granice wschodnie podchodziły pod rogatki Moskwy. Moskwa została zdobyta od Zachodu tylko dwa razy - po raz pierwszy w 1610 r. przez Polaków, a po raz drugi przez armię napoleońską w 1812 r. (pierwsi do Moskwy też wkroczyli polscy huzarzy). Księstwa naddunajskie były bazą wypadową dla polskich magnatów, a polskie wpływy zagrażały władzy sułtanów tureckich. Polscy Kozacy urządzali wypady morskie pod Konstantynopol, niepokojąc sułtana. Rzeczpospolita na przełomie XVI i XVII wieku była potęgą tak wielką, że gdyby tylko udało się zaprowadzić powszechną zgodę i natchnąć szlachtę wiarą i zapałem wojennym, żadna siła nie byłaby w stanie przeszkodzić Polakom, Litwinom i Rusinom w opanowaniu dużej części Azji i większości Europy - ŻADNA! Ale polska szlachta była nastawiona pokojowo, wolała kosić kasę z eksportowanego do Europy zboża (Polska była wówczas spichlerzem Europy, a polskie zboże mogło przesądzić np. o pojawieniu się lub nie, na danym terytorium klęski głodu) i żyć bezpiecznie i spokojnie na tym świecie pod gwiazdami.






Wreszcie zaczęło być za dobrze, a bogactwo wypływało wręcz z pałaców magnatów i szlachty. Zaczęła wkraczać gnuśność i niechęć do podejmowania śmiałych decyzji (po co, skoro i tak jest dobrze?), nie chciano wojen, gdyż to powodowałoby konieczność płacenia podatków na armię. Po co to, skoro można doświadczać błogiego pokoju i spokoju. Potęga Rzeczpospolitej była wówczas tak wielka, że spokojnie można było prowadzić działania wojenne aż na... trzech frontach jednocześnie (i to przy niewielkich podatkach na wojsko). Tę Polskę jednak zniszczyła gnuśność i głupota zblazowanej i zmanierowanej szlachty w połączeniu z barbarzyństwem naszych sąsiadów (głównie Rosji i Prus), które propagowały siłę i absolutyzm, miast debaty i demokracji. W XVIII wieku Polska osłabła już tak znacznie, że nie była wstanie nawet podjąć jakichkolwiek reform ratujących kraj przed upadkiem.

 "BYŁA DEMOKRACJA,  

WIĘC KAŻDY MÓGŁ PIĆ ILE CHCIAŁ, 

O PODATKACH DECYDOWALI SOBIE SAMI  WIĘC ICH NIE PŁACILI

A POZA TYM MOGLI SOBIE 

WYBRAĆ KRÓLA NAJGORSZEGO Z MOŻLIWYCH (...)

KAŻDY CHCIAŁ MIEĆ WIĘCEJ DLA SIEBIE"



Ostatecznie udało się takie reformy wprowadzić dopiero z końcem XVIII stulecia, uchwalając w 1791 r. pierwszą w Europie (i drugą na świecie po amerykańskiej) Konstytucję, zwaną od daty powstania - Konstytucją 3 Maja. To było gruntowne przebudowanie państwa w myśl demokratyczno-parlamentarnego systemu monarchicznego. Było już jednak za późno i Rosja (która od 1717 r. miała wpływ na politykę uprawianą w Rzeczpospolitej, a od 1768 r. kontrolowała bieg spraw już całkowicie), nie mogła pogodzić się z wyrwaniem Polski spod jej wpływów. Doszło do wojny roku 1792 (tzw.: wojna w obronie Konstytucji 3 Maja), która zakończyła się zdradą króla Stanisława Augusta Poniatowskiego (notabene kochanka za młodu carycy Katarzyny II - która zresztą nim gardziła) i przejściem do obozu Targowicy - czyli zdrady na stronę Rosji. Wówczas doszło do drugiego (1793 r.) i trzeciego (1795 r.) rozbioru Polski, po którym dawna Rzeczpospolita, promieniująca na okoliczne kraje niczym latarnia morska, zgasła - wielu liczyło że już bezpowrotnie.


UCHWALENIE KONSTYTUCJI 3 MAJA

 

Podejmowane próby walk (jak choćby u boku Napoleona Wielkiego) czy powstań nic nie dawały. Ostatecznie Niepodległość została wywalczona (1918 r.) w trakcie I Wojny Światowej - głównie (choć nie tylko) dzięki Legunom Józefa Piłsudskiego. Powstała nowa, silna Polska, która swą chęć przetrwania udowodniła podczas wojny z bolszewikami w 1920 r. powstrzymując moskiewski "Drang nach Westen" i ponownie (jak w 1241, 1619 i 1683) ratując Europę przed zalewem barbarzyństwa. Powstało silne, zjednoczone państwo, które miało nawet ambicje mocarstwowe (nieco na wzór Rzeczpospolitej Obojga (Trojga) Narodów). Zamierzano np.: zdobyć kolonie zamorskie dla Polski w Afryce (Madagaskar), czy też w Ameryce Południowej (Brazylia). Organizowano "Dni Morza" oraz święta kolonialne (organizowane przez Ligę Morską i Kolonialną). W 1934 r. wielką popularność zyskała czarnoskóra piosenkarka zwana Reri, a szczególnie jej przebój - "Dla ciebie chcę być biała" z filmu "Czarna Perła". Polska rozwijała się z roku na rok coraz szybciej (do 1954 r. mieliśmy dogonić największe gospodarki światowych mocarstw). Gdynia - wioska, która jeszcze w 1921 r. była zamieszkała przez nielicznych rybaków, w 1938 r. stała się największym portem morskim Bałtyku, prześcigając takie porty jak Leningrad (Petersburg), Sztokholm, Kopenhaga, Szczecin, Gdańsk czy Kilonia). Ale znów nie dane nam było pracować w spokoju i pokoju, znów pojawiły się germańsko-ruskie hordy barbarzyńców atakując nasz kraj z zachodu i wschodu, niszcząc go a ludność mordując (jak przed wiekami, tylko) na skalę wręcz przemysłową. Znów utraciliśmy niepodległość, a po "sowieckim wyzwoleniu" staliśmy się satelitą Moskwy. Po 1989 r. stopniowo więc staramy się wychodzić z tej komunistycznej czarnej dziury i jak nasi przodkowie przed wiekami dążyć do odtworzenia polskiej siły, która będzie jeszcze wstanie w jakiś sposób ocalić umierające wartości Europy. Bez Polski Europa jest bowiem pozbawiona połowy płuc, a bez silnej Polski narażona na kolejne światowe wojny, mordy i zbrodnie. Stabilizacja zapanuje dopiero wtedy, kiedy odzyskamy potęgę z czasów dawnej Rzeczpospolitej. Wierzę jednak że taki czas kiedyś nadejdzie (choć być może ja już tego nie doczekam, ale moi siostrzeńcy i moje dzieci - będą już mogły ten proces ponownego umocarstwowienia Polski obejrzeć na własne oczy). 







A tymczasem w kolejnej części po tym "krótkim" wstępie, przejdę już bezpośrednio do samej Gdyni i rozbudowy tamtejszego miasta, portu i okolicy.            

     

CDN.

środa, 3 lipca 2019

SUŁTANAT KOBIET - Cz. IX

HAREMY (WYBRANYCH) WŁADCÓW

OD MEHMEDA II ZDOBYWCY

DO ABDUL HAMIDA II


SERAJ MEHMEDA II ZDOBYWCY

Cz. II




 KONSTANTYNOPOL

1457 r. 


 


  Upadek Konstantynopola a wraz z nim liczącego jedenaście wieków Cesarstwa Bizantyjskiego - spadkobiercy Cesarstwa Rzymskiego - był prawdziwym wstrząsem dla całego chrześcijańskiego świata. Co prawda na europejskich dworach od dawna już zdawano sobie sprawę z potężnego zagrożenia jakie zawisło nad tym bosforskim miastem, jedną ze stolic chrześcijaństwa, ale każdy kraj i tak był pogrążony we własnych sprawach. Francuzi wciąż toczyli ostatnie walki z Anglikami w ramach Wojny Stuletniej, Kastylijczycy zamyślali jakby tu przejąć Emirat Grenady, Związek Pruski szukał oparcia na krakowskim dworze przeciwko prześladowaniom ze strony Zakonu Krzyżackiego, a poza tym niektórzy śmiałkowie już kombinowali jak tu dotrzeć do Indii, płynąc cały czas na Zachód. Poza tym wszyscy wierzyli w siłę ogromnych murów Konstantynopola, słyszeli o kompaniach ochotniczych, które ruszyły na pomoc oblężonemu miastu z całej Europy, o flocie weneckiej, która miała wesprzeć obrońców. Zresztą, nie pierwszy to już raz Bizancjum zmagało się z muzułmanami (Saracenami, Seldżukami, Osmanami) i mimo wielkich niekiedy klęsk, zawsze kolejne ataki niewiernych rozbijały się o mury tego potężnego miasta - Konstantynopola. Tak było chociażby w czasie oblężenia z 626 r. w czasie którego miasto było zagrożone jednocześnie przez aż trzy wrogie armie (Persów, Awarów i Słowian). Wówczas zaczęto organizować pochody religijne wokół murów, wzywając Marię Dziewicę do odpędzenia niebezpieczeństwa i... udało się, wrogowie zostali zmuszeni do odwrotu, a Matka Jezusa stała się od tej pory patronką miasta, które konkurowało z Rzymem na skali ważności w chrześcijańskim świecie. Dlaczego teraz właśnie miałoby być inaczej?

W kościołach Konstantynopola w tych tragicznych dniach kwietnia i maja 1453 r. zbierali się wierni, by podczas modłów znów prosić Jezusa i Marię o ochronę, tak jak to miało miejsce osiem wieków wcześniej. Niektórzy uważali że muzułmanie muszą wejść do miasta, bo tak mówiła przepowiednia, że dopiero wtedy, gdy dotrą do Kolumny Konstantyna, z nieba zejdzie anioł i przekaże jednemu z siedzących na kolumnie swój miecz ze słowami: "Weź ten miecz i pomścij lud Boży!", po czym mieszkańcy miasta mają wypędzić Turków nie tylko z murów miejskich, ale z całej Azji Mniejszej, aż do granic Persji, do drzewa Monodendronu. Tak się jednak nie stało i muzułmanie, którzy weszli do miasta z końcem maja, zaczęli siłą wyciągać z kościołów modlących się ludzi, wiązać ich i uprowadzać w niewolę. Dewastowano kościoły i klasztory, mnichów i mniszki (po uprzednim zhańbieniu) Janczarzy również wiązali i zabierali w niewolę. Niszczono obrazy Jezusa, Maryi i świętych Apostołów, przewrócono ołtarze, a na stołach liturgicznych urządzano uczty, przeplatane z hańbieniem kobiet (w tym mniszek). Na głowę ukrzyżowanego Chrystusa z Hagia Sofia włożono czapkę janczarską i zanieśli do obozu, gdzie wśród drwin krzyczano: "Oto bóg chrześcijan", po czym unurzano go w błocie i obrzucono fekaliami. Trzy dni trwał rabunek, niszczenie i rozpusta. Dopiero drugiego dnia od zdobycia miasta (29 maja 1453 r.), do zdobytego Konstantynopola wkroczył na czele swych przybocznych oddziałów młody 21-letni sułtan (panujący od lutego 1451 r.) - Mehmed II. Skierował swe pierwsze kroki prosto do Kościoła Mądrości Bożej. Wszedłszy do środka, ujrzał jak jakiś Turek rąbie siekierą marmurową posadzkę. Na pytanie dlaczego niszczy marmur, ten miał odpowiedzieć: "W imię Allaha", na co sułtan z gniewem w głosie przywarł do niego z mieczem i krzyknął: "Mało wam łupów i jeńców? Budynki miasta należą do mnie!" Następnie tego żołnierza straż sułtańska wywlokła za nogi na ulicę.




Od tego czasu wiele się zmieniło. Miasto wyludniało (w chwili upadku liczyło nie więcej niż 45 000 mieszkańców), należało więc zadbać o jego kolejne zasiedlenie. Tak więc zaczęto przesiedlać do Konstantynopola Greków z podbitych miast, miasteczek i wysp, z Salonik sprowadzono Żydów, ale przede wszystkim osiedlano tam Turków Osmańskich (niektórzy z nich, jeszcze podczas zdobywania miasta, wybierali sobie co ładniejsze budynki lub pałace pod przyszłe osiedlenie). Proces zasiedlania był oczywiście stopniowy, ale pod koniec życia Mehmeda II (1481 r.), liczył Konstantynopol już ok. 70 000 mieszkańców. Tymczasem młody sułtan po niecałym miesiącu spędzonym w zdobytym mieście - 21 czerwca 1453 r. ruszył w drogę powrotną do Adrianopola. Jego orszak wypełniony był złotem, kamieniami szlachetnymi, suknami i wszelkimi innymi kosztownościami oraz oczywiście niewolnikami. Jego tabor zawierał liczną gromadę branek wywodzących się z najwyższej bizantyjskiej arystokracji (w tym małżonki i córki najsławniejszych obrońców miasta), które odtąd miały stać się niewolnicami jego nowo budowanego haremu w Adrianopolu. Rozbudowę tamtejszego pałacu swego ojca Murada II, zarządził Mehmed II zaraz po wstąpieniu na tron. Kazał dobudować salę przyjęć, pałacyk dla gości Kum Kasry, oraz powiększyć budynki seraju (zapewne z myślą o nowych nałożnicach).

A tymczasem w Konstantynopolu chrześcijanom odebrano większość kościołów, a szczególnie te największe jak Hagia Sofia, Kościół Patriarszy czy kościół Pammakaristi - które przekształcone zostały w meczety. Te zaś kościoły, które jeszcze pozostały w rękach chrześcijan, nie mogły być rozbudowywane ani nawet naprawiane bez zgody nowych władz, nie można też już było wznosić w mieście żadnych nowych kościołów. Poza tym zamalowywano obrazy ścienne, przedstawiające Jezusa, Marię lub świętych, zdejmowano dachy, by padający deszcz uniemożliwiał wiernym odbywanie kultu, nie wolno było też chrześcijanom odprawiać głośnych mszy ani też obnosić się ze swą wiarą. Mehmed nie zamieszkał w Konstantynopolu aż do 1457 r. Wcześniej jednak, bowiem już podczas zimy 1453/1454 r. którą sułtan spędzał w swym pałacu w Adrianopolu - nakazał opracować plany nowego pałacu sułtańskiego w zdobytej stolicy dawnego Bizancjum, który będzie nosił nazwę "Pałacu Łez". W tym samym 1454 r. wzniesiony został w Konstantynopolu pierwszy meczet Mehmeda II, który na cześć proroka Ebu Ejjuba (żyjącego w VII wieku), zwał się odtąd "Białym Meczetem Ejjuba". A tymczasem seraj sułtański w Adrianopolu zapełniał się kolejnymi niewiastami, we wrześniu 1455 r. do jego haremu trafiła niezwykle majętna matrona z Chios, która co prawda nie była już pierwszej młodości, ale o jej wartości świadczył fakt iż była teściową księcia Mityleny na Lesbos - zaś w październiku piraci uprowadzili setkę genueńskich dziewcząt i chłopców, którzy zasilili szeregi seraju (z chłopców uczyniono eunuchów).




Natomiast upadek Konstantynopola stał się bardzo smutną wiadomością dla wielu europejskich dworów. Gdy pierwsza o tym informacja dotarła (29 czerwca 1453 r.) do Wenecji, zapanowała tam powszechna żałoba. Ludzie byli zdruzgotani i nie mogli uwierzyć że miasto, które dotąd uważano za posiadające mury nie do zdobycia i cieszące się szczególną bożą opatrznością - upadło. 8 lipca również w Rzymie wiedziano już o tej katastrofie, a papież Mikołaj V także zarządził żałobę. Uciekinierzy i uchodźcy z Bizancjum byli teraz witani z serdecznością i współczuciem we Włoszech, Francji czy innych krajach Europy, do jakich się udawali. Szczególnie arystokratów i uczonych witano z rozpostartymi ramionami, deklarując im swój żal i zapewniając że mogą się osiedlić w miastach do których przybyli. Nastąpił czas "żalu po Bizancjum", ale nie trwał długo i zakończył się tak szybko, jak się rozpoczął - a powodem tego stanu rzeczy było zachowanie samych uchodźców. Oto bowiem okazywało się że nawet w obliczu takiej katastrofy i utraty wszelkich dóbr oraz majątków jakie do tej pory posiadali, nie wyzbyli się oni swojej greckiej pychy. Przybywszy w łachmanach, domagali się wygód, dobrego jadła i wszelkich innych uciech. Zaczynali sarkać, twierdzić że "Łacinnicy" nie są w stanie zrozumieć ludzkiego języka - czyli ich własnej greckiej mowy i to im każą nauczyć się co włoskiego, francuskiego lub łaciny. Bardzo szybko nadwyrężyli gościnność gospodarzy do tego stopnia, że... niektórych musiano potem siłą wyganiać z domostw i pałaców, gdzie wcześniej kwiatami ich witano. Wielu doświadczyło wtedy takiego losu, że samemu będąc książętami i mając pod swoimi rozkazami mnóstwo sług, teraz aby zarobić na chleb, zajmowali się przepisywaniem ksiąg w kościołach lub wynajmowali się jako słudzy. Wreszcie większość z nich powróciła do Konstantynopola twierdząc iż wolą znosić podłe jarzmo Osmanów, niż doświadczać wzgardy i kpin ze strony łacińskich heretyków. 

Natomiast do Konstantynopola przybywało również mnóstwo Żydów z całej Europy, widząc w sułtanie Mehmedzie swego obrońcę. Turcja (podobnie jak Polska) była uważana za prawdziwy raj dla Żydów, gdzie mogli oni spokojnie uprawiać handel i nie byli obciążeni (w przeciwieństwie do chrześcijan) żadnymi podatkami, jak choćby z okazji wstąpienia nowego władcy na tron i nie musieli oddawać części swego majątku tytułem daniny. We Włoszech przerażenie z powodu upadku Konstantynopola było bez wątpienia największe niż w innych częściach Europy, a papież Mikołaj V wydał bullę w której porównywał Mehmeda II do Antychrysta i nawoływał chrześcijańskich władców do zorganizowania kolejnej "krucjaty przeciwko czerwonemu smokowi" Mehmedowi II. Początek krucjaty ustanowił na 1 lutego 1454 r. i w tym celu wydał odpust zupełny (na sześć miesięcy) dla każdego króla, księcia i rycerza, który weźmie w niej udział. Zaczęto też zbierać pieniądze na ten cel po wszystkich biskupstwach i plebaniach w Europie, a kto się od tego uchylał, mógł być pewny że papież obłoży go klątwą. Na czas krucjaty papież zarządził powszechny "Pokój między Chrześcijany" oraz zakaz dostarczania muzułmanom broni lub prowiantu. Niestety, nie był to już czas krucjat a królowie i książęta mieli zupełnie inne problemy niż otwieranie frontu walki z Turkami w imię jakichś przestarzałych zasad. Wojna Stuletnia wciąż trwała, a w lutym 1454 r. rozpoczęła się kolejna wielka wojna w chrześcijańskim świecie - Wojna Trzynastoletnia (1454-1466) pomiędzy Królestwem Polskim a Zakonem Krzyżackim. Do krucjaty więc już więcej nie doszło.

W marcu 1457 r. miała miejsce w Pałacu Sułtańskim w Adrianopolu uroczystość obrzezania dwóch synów sułtana - Bajazyda (z Gulbahar) i Mustafę (z Gulsah), na które zaprosił nawet weneckiego dożę. Uroczystość była celebrowana z wielką pompą, a sam sułtan siedział na tronie w całym swym majestacie, otoczony dostojnikami. Gości obdarowano drogimi prezentami i pięknymi szatami. Czas upłynął im na czytaniu wersetów Koranu i delektowaniu się podanymi przysmakami. W kolejne dni przyjmowano ubogich, potem odbywały się zawody jeździeckie i strzelanie z łuków, a czwartego dnia rozrzucono wśród ludu pieniądze. Większość tego roku sułtan spędził w Adrianopolu, dopiero z końcem 1457 r. (listopad) wyjechał do Konstantynopola, który coraz częściej był zwany teraz Stambułem. Była to przeprowadzka całkowita, gdyż zabrał ze sobą cały swój orszak (a spowodowane to było wielkim pożarem pałacu w Adrianopolu) oraz część haremu. Początkowo po 1453 r. w swych odwiedzinach Konstantynopola, zamieszkiwał albo w Pałacu Blakernes (należącym niegdyś do cesarzy bizantyjskich), albo w Pałacu d'Erdomen, ale nie czuł się tam dobrze. Wciąż powtarzał: "Przebywając w nich czuję oddech Bizancjum, który jak trup wieje smutkiem za dawną świetnością", przyspieszył więc prace nad budową nowego pałacu, który pomieściłby cały seraj. Nowy pałac, zwany "Pałacem Łez" (a po latach po prostu "Starym Pałacem"), został zbudowany już w 1457 r. i przybyły z Adrianopola sułtan mógł się już tam zatrzymać, miast w dawnych pałacach bizantyjskich. Ale i ten pałac szubko mu się znudził (tym bardziej że w jego bliskości inni paszowie wkrótce pobudowali swoje pałace, tak że Pałac Łez został nimi zasłonięty), zapragnął bowiem czegoś nowego i przechadzając się pewnego razu nieopodal starożytnego akropolu konstantynopolitańskiego, postanowił tu właśnie wznieść nowy pałac - który przejdzie do historii pod nazwą Topkapi, a prace budowlane rozpoczęły się już w 1459 r. i trwały przez kolejne sześć lat (prace wykończeniowe trwały zaś do 1473 r. a upiększanie ścian i korytarzy do 1478 r.). W tym czasie (ok. 1458 r.) sułtan ściągnął cały swój seraj do Pałacu Łez i pozostanie on tam przez następne dwadzieścia lat.


 





 CDN.