Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 28 lipca 2020

MEMORIAM - Cz. XVIII

VIRGINES VESTALES i TRZY CIOSY





 

 UMIŁOWANY POKÓJ

I ZŁUDNE NADZIEJE 

SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT

Cz. III



 

ILU NIEWOLNIKÓW, TYLU WROGÓW!

 
 Wytęskniony przez wszystkich pokój, który miał nastać po zakończeniu sullańskich proskrypcji (z lat 82-81 p.n.e.), śmierci Korneliusza Sulli (78 r. p.n.e.) i stłumieniu rebelii Lepidusa (77 r. p.n.e.), wcale nie zamierzał nawiedzać italskiej ziemi. Wręcz przeciwnie, na Zachodzie, w Hiszpanii wciąż trwały walki ze zbuntowanym Sertoriuszem, na Wschodzie zaś wybuchła kolejna wojna (74 r. p.n.e.) z władcą Pontu, królem Mitrydatesem Eupatorem. Toczyła się również walka z piratami, którą prowadził pretor (roku 74 p.n.e.) Marek Antoniusz Kreteński. Ten wódz, wzorem Serwiliusza Izauryjskiego i swego ojca Marka Antoniusza Retora, prowadził teraz walki na Krecie (tamci toczyli walczyli z piratami w Cylicji) - przeciw tamtejszym piratom, zaś w tym samym czasie Gajusz Skryboniusz Kurion toczył mężne boje w Tracji z barbarzyńskimi Dardanami. A poza tym Italię nawiedziły wówczas trzy dodatkowe ciosy, które spadły na Rzym, niczym grom z jasnego nieba. Zaczęło się od klęski głodu w samym Rzymie (75 r. p.n.e.), spowodowanej zatrzymaniem transportów zboża dla miasta i przecięciem szlaków morskich z Afryki (Sertoriusz) i Egiptu (Mitrydates, piraci). Pompejusz słał wówczas rozpaczliwe listy do Rzymu, sugerujące że senatorowie pragną zagłodzić jego armię w Hiszpanii i groził porzuceniem walki z Sertoriuszem oraz powrotem do Italii. Kryzys ten został nieco załagodzony, gdy prokonsul Sycylii - Gajusz Licyniusz Sacerdos doprowadził do spadku cen sycylijskiego zboża (74 r. p.n.e.), dzięki czemu władze mogły je wykupić po znacznie zaniżonych cenach (co jednak nie spotkało się z aprobatą Sycylijczyków i doszło tam do wielu protestów które groziły nawet wybuchem jakieś lokalnego buntu). Zresztą tego roku (74 p.n.e.) zima była niezwykle ostra i nierzadko zdarzały się nawałnice, które uszkodziły wiele domostw w samym Rzymie i w całej Italii. Nikt jednak nie podejrzewał, że jest to dopiero początek tego, co dopiero miało nadejść.

Rzym w tym czasie żył jednak głównie sprawami obyczajowymi, takimi jak afera Cetegusa, czy próba zmobilizowania ludu do walki z ustrojem sullańskim i przywrócenia praw braci Grakchów, podjęte z inicjatywy trybuna ludowego - Lucjusza Kwinkcjusza. Warto na moment zatrzymać się nad sprawą Cetegusa (gdyż demagogia Kwinkcjusza, który pewnie chętnie wszedłby w buty Lepidusa i ruszył na Rzym, gdyby tylko uzyskał podobne do niego poparcie i zebrał wojsko), gdyż jego konflikt z Lucjuszem Licyniuszem Lukullusem, spowodował wyjście na jaw pewnych haniebnych praktyk. Otóż ów Publiusz Korneliusz Cetegus - który wcześniej pełnił funkcję menniczego i został umieszczony na liście proskrypcyjnej dyktatora Sulli, jednak udało mu się (nie jest wyjaśnione w jaki dokładnie sposób) wykupić od śmierci i pojednać z Sullą. Po zgonie Sulli ów Cetugus zdobył sobie spore poparcie polityczne i zaczął ostro uderzać w Lukullusa oraz ganić go za błędy wojenne, popełnione na Wschodzie. Jednocześnie urządzał w swej willi uczty dla wybranych, podczas których dochodziło do najbardziej haniebnych praktyk seksualnych, jak brutalna defloracja młodych dziewcząt i chłopców (z reguły byli to niewolnicy), oraz oddawanie się zbiorowym praktykom orgiastycznym. Gdy sprawa ujrzała światło dzienne (ujawnił ją właśnie Lukullus), Cetegus utracił dotychczasowe poparcie ludu i wycofał się w cień, czekając na okazję do zemsty (ta nadarzyła się dopiero dziesięć lat później - w 63 r. p.n.e. podczas spisku Katyliny). Natomiast Lukullus znacznie zyskał w oczach ludu i tym samym umocnił swą popularność (konkurował o nią z Pompejuszem i Krassusem). I właśnie wówczas, gdy już wydawało się że niegodziwe postępki zostały ujawnione i skutecznie zakończone - wtedy właśnie spadł na państwo cios drugi.

Dwie Dziewice Westy (Virgines Vestales) zostały przyłapane na złamaniu ślubów i potajemnym spotykaniu się z mężczyznami. Czterdzieści lat wcześniej (114 r. p.n.e.) doszło do podobnego świętokradztwa popełnionego przez trzy westalki: Emilię, Licynię i Marcję - pochodzące ze znanych i szanowanych rodów. Wówczas jednak - pomimo prób ocalenia dwóch ostatnich kobiet, ostatecznie dzięki determinacji sędziego Lucjusza Kasjusza (autora stwierdzenia że winnych należy szukać przede wszystkim wśród tych, którzy najwięcej na danej sprawie skorzystali - były to sławne słowa: "cui bono" - "na czyją korzyść"), zostały one skazane zgodnie z prawem na zakopanie żywcem w grobowcu na Polu Zbrodniczym. I nie pomogli im wówczas wpływowi krewni (Marek Emiliusz Lepidus, Lucjusz Licyniusz Krassus czy Marcjusz Filip), nie pomógł nawet sam Najwyższy Kapłan (Lucjusz Cecyliusz Metellus), gdyż obawa przed gniewem bogini Westy była tak silna, iż nie sposób było owe kobiety ocalić. Teraz jednak, czterdzieści lat po tamtych wydarzeniach gdy sytuacja się powtórzyła, okazało się że westalki które dopuściły się tak wielkiego świętokradztwa, zyskały jednak spore grono obrońców i wyrokiem sądu zostały oczyszczone z zarzutów. Bogini jednak patrzy dalej niż ludzie i dostrzega niegodziwość w sercach tych, którzy bezczelnie łamią jej śluby. Gniew bogini również jest srogi i spaść musi na krnąbrne miasto, łamiące boże prawa i przykazania. Tak było, gdy pierwsza westalka - Optimia, złamała śluby i bogowie odrzucili ofiary (485 r. p.n.e.), tak było, gdy Orbinia dopuściła się aktu nieczystości (472 r. p.n.e.) i bogowie zesłali na miasto zarazę (głównie dotknęła ona kobiety w ciąży), tak było, gdy westalka Minucja umiłowała sobie kolorowe suknie (334 r. p.n.e. - notabene nie udowodniono jej wówczas winy cudzołóstwa, a skazano na śmierć jedynie za noszenie kolorowych sukien i biżuterii, co też - według arcykapłana - miało prowokować mężczyzn do czynów świętokradczych), sześćdziesiąt lat później (273 r. p.n.e.) w jej ślady poszła niejaka Sekstylia (też nie została skazana za oddanie się mężczyźnie, a jedynie za "prowokowanie ubiorem i zachowaniem"). U progu pierwszej wojny z Kartaginą (264 r. p.n.e.) o zhańbienie przybytku Westy, oskarżono młodą Kapparonię - która aby nie doświadczyć upokarzającej śmierci zakopania żywcem w grobowcu, popełniła samobójstwo. Po sromotnej klęsce kannijskiej (z 216 r. p.n.e. zadanej Rzymianom przez Hannibala), ujawniono cudzołóstwo dwóch kolejnych westalek: Opimii i Floronii (co miało być powodem kary bożej). I one skończyły w ziemi. Potem przez kolejne sto lat był spokój, aż do ujawnienia zbrodni świętokradztwa Emilii, Licynii i Marcji (114 r. p.n.e.).




Uniewinnienie owych dwóch westalek (w 73 r. p.n.e.), choć zdarzało się już w przeszłości (np. uniewinnienie starszej kapłanki Emilii w 178 r. p.n.e. gdy znużona poszła spać, a straż przy zniczu "wiecznego ognia" pozostawiła nowicjuszce, która go nie dopilnowała i ogień zgasł. Była to zbrodnia najłagodniej karana chłostą, najdotkliwiej zaś - karą śmierci. Emilia została wówczas oczyszczona z zarzutów, ale owa nowicjuszka otrzymała karę chłosty, którą oczywiście wykonywał Najwyższy Kapłan - Pontifex Maximus. Innym znów razem - data nieznana - oskarżono o cudzołóstwo niejaką Tukcję, ale gdy przeszła próbę niewinności - darowano jej życie), okazało się jednak błędem, który szybko się zemścił. Tego samego bowiem roku, w Kapui, w szkole gladiatorów niejakiego Lentulusa Batiatusa doszło do buntu tamtejszych niewolników prowadzonych przez Traka Spartakusa, Gala Kriksosa i drugiego Gala Ojnomaosa. Wraz z nimi zbiegło z Kapui 64 gladiatorów, którzy (po zdobyciu pewnej ilości broni) schronili się na górze Wezuwiusza. Nie można było tego faktu nie połączyć z zemstą bogini Westy na świętokradztwo wyświadczone przez Rzymian, którzy uniewinnili kapłanki łamiące śluby dziewictwa (Westa była bowiem boginią ogniska domowego, zaś niewolnicy byli cześcią familiares czyli właśnie ognisk domowych. Dla Rzymian sprawa była więc jasna). Gladiatorami stawali się najczęściej jeńcy wojenni z innych ludów, zbrodniarze skazani na arenę, dezerterzy z rzymskiej armii a także wolni ludzie, którzy (z różnych względów - najczęściej w wyniku jakiegoś życiowego niepowodzenia, bankructwa, długów, lub po prostu chęci zarobienia trochę pieniędzy i przeżycia "męskiej przygody") dobrowolnie zgłaszali się do szkół gladiatorskich (tych ostatnich zwano auctorati i byli to ludzie wolni, którzy nie musieli sypiać na terenie szkoły i mogli udać się na noc do swoich domów i żon - jeśli je posiadali - po czym rankiem ponownie zgłaszać do odbycia szkolenia. Jednak fakt iż byli wolni, wcale nie chronił ich przez chłostą za przewinienia, zakuwaniem w kajdany, a nawet... karą śmierci - jeśli na to zasłużyli. Od chwili bowiem gdy podpisali umowę, do czasu aż spłacili uzgodnione wcześniej wykupne - podlegali takiej samej surowej dyscypilnie na równi z innymi niewolnikami).




Podczas ćwiczeń gladiatorom nie dawano do rąk prawdziwej broni, a jedynie drewniane jej imitacje. Było to spowodowane nie tyle obawą przed buntem gladiatorów (które zdarzały się bardzo rzadko i w zasadzie prócz buntu Spartakusa, z tych najsławniejszych można jeszcze wymienić ucieczkę prawie 80 gladiatorów ok. 280 r. naszej ery, w czasach rządów cesarza Marka Aureliusza Probusa) ile troską o ich życie (każdy niewolnik który stawał się gladiatorem, otrzymywał darmowe jedzenie i kobiety, a w zamian musiał jedynie walczyć na arenie dla swego protektora i sławić jego szkołę. Natomiast wielu gladiatorów desperacko odbierało sobie życie, byleby tylko uwolnić się z owej niewoli. Niektórzy - nie mogąc przebić się mieczem podczas ćwiczeń - uciekali się do takich praktyk, jak wkładanie głowy pomiędzy szprych jadącego wozu, lub też wbijanie sobie w szyję ostrych kawałków drewna. Niektórzy dokonywali zbiorowego samobójstwa już na arenie - jak to miało miejsce w 391 r., gdy 29 jeńców z ludu Saksonów, własnoręcznie przebiło się bronią którą dano im do walki. Takie przykłady "walk bez nienawiści" - jak to ujmują rzymskie źródła, też czasem się zdarzały). Walki na arenie nie zawsze kończyły się śmiercią (a nawet powiem że rzadko, jako że wyszkoleni gladiatorzy, byli po prostu dobrymi pracownikami, którzy przynosili swemu panu krociowe zyski. Dlatego też starano się raczej unikać walk na śmierć i życie, ale nie oznacza to że ich nie było. Podczas wielkich uroczystości, organizowanych z okazji świąt lub na cześć zwycięskiego wodza, cesarza czy patrona który zamówił igrzyska - krew rzeczywiście lała się gęsto. Wówczas przeciwko sobie walczyli nie tylko gladiatorzy, ale i dzikie zwierzęta, a nawet organizowano walki łączone - gladiatorów z dzikimi zwierzętami lub inscenzowano sławne bitwy z historii. A poza tym organizowano wspaniałe naumachie - czyli bitwy morskie, które najczęściej odbywały się na okolicznych jeziorach. Największą zaś naumachię w dziejach Rzymu urządził na Jeziorze Fucyńskim cesarz Klaudiusz w 52 r. W tej walce wzięło udział ponad 100 okrętów wojennych i 19 000 gladiatorów. Ci co przeżyli bitwę - zostali potem ułaskawieni).




Informacja o buncie w Kapui bardzo szybko obiegła okoliczne posiadłości, z których zaczęli zbiegać niewolnicy i przyłączać się do gladiatorów Spartakusa. Ich liczba bardzo szybko rosła, a wieści o ucieczkach zaczęły lawino spływać do Rzymu (np. w jednym z dokumentów właścicielka zbiegłego niewolnika żali się w piśmie do senatu, że ten niewolnik dotąd był jej wierny, bowiem został przez nią odziedziczony po jej ojcu. Żali się więc, że zapewne musiał posłuchać "jakichś ludzi" i opuścił jej dom, oraz pozycję jaką mu ona tam stworzyła - twierdzi że uczyniła go zarządcą reszty niewolników i że traktowała go bardzo dobrze, miał nawet własną komnatę do spania. Owa dama dodaje jeszcze, że ów zbiegły niewolnik okradł ją, gdyż zabrał ze sobą nie tylko te rzeczy, które osobiście mu ofiarowała, ale i te, które do niego nie należały). Dochodziło również do ataków na panów ze strony niewolników (jeden taki - z czasów późniejszych, bowiem z końca I wieku naszej ery - przedstawia śmierć pretora Larciusza Macedo, człowieka, którego ojciec był jeszcze wyzwoleńcem, a on sam - już jako obywatel Rzymu - doszedł do znacznego majątku. Postępował jednak okrutnie ze swymi niewolnikami. Pliniusz Młodszy pisze o nim: "Był to zresztą pan pełen pychy i okrutny, którego ojciec był niewolnikiem, a on zbyt mało o tym pamiętał. (...) Podczas kąpieli w swojej willi podmiejskiej został otoczony przez niewolników, z których jeden począł go dusić, drugi bić po twarzy, trzeci miażdżył pierś, brzuch i genitalia. Wreszcie rzucili go na gorącą podłogę, aby sprawdzić, czy jeszcze żyje. Macedo zemdlony, lub udając omdlenie pozostał bez ruchu, więc go zabrano do domu sądząc, że jest martwy. Tam ocknął się w otoczeniu niewolników, którzy pozostali mu wierni, i swoich konkubin". Wówczas większość niewolników zbiegła - według prawa bowiem w chwili mordu popełnionego na Rzymianinie, wszyscy niewolnicy obecni tego dnia w jego domu byli skazywani na śmierć. Większość niewolników została jednak schwytana w ciągu kilku kolejnych dni i poddana torturom oraz uśmiercona. Larciusz Macedo osobiście nadzorował te tortury, ale nie było mu już dane pożyć zbyt długo. W wyniku odniesionych obrażeń również zmarł w jakiś czas potem. W końcu - jak pisał Seneka - "Niewolnicy to też ludzie", choć większość Rzymian i tak traktowała ich jak "mówiące przedmioty". Zdarzały się jednak wyjątki, jak na przykład gdy zamordowano pewnego senatora z I wieku naszej ery, i 400 jego niewolników - przebywających w domu - zostało skazanych na śmierć, wówczas wielu Rzymian zaczęło pisać listy do władz, w których proszono o ich ułaskawienie, gdyż - jak uważano - nie powinno się karać wszystkich za zbrodnię popełnioną przez jednego człowieka lub grupę ludzi. I rzeczywiście tamci niewolnicy ocalili wówczas życie).

 


Spartakus - tracki wojownik z plemienia Majdów, który zapewne (ok. lat 84-78 p.n.e.) walczył w szeregach trackich oddziałów służących u boku Rzymian, ale potem się zbuntował (oczywiście nie sam jeden, gdyż właśnie w latach 78-76 p.n.e. mają miejsce częste bunty trackich plemion przeciwko Rzymowi. Między innymi zbuntowało się wówczas plemię Majdów) i dostał do niewoli (ok. 77 r. p.n.e.). Po czym za zdradę, został zesłany do szkoły gladiatorów w Kapui. Do niewoli trafił wraz ze swą żoną, wieszczką i ponoć kapłanką Dionizosa (Plutarch tak o nim pisze: "Był to z pochodzenia Trak, z ludu Majdów, pewny siebie i bardzo silny, a także rozumem i kulturą stojący ponad swym losem, bardziej grecki, niżby wskazywało jego pochodzenie"), ale wkrótce zostali ze sobą rodzieleni, on trafił do szkoły gladiatorów a po niej wszelki ślad zaginął. Jako były żołnierz, potrafił Spartakus dobrze władać bronią i jego przyuczenie nie kosztowało Batiatusa zbyt wiele. Jednak teraz, gdy już się zbuntował, stał się prawdziwym zagrożeniem dla Rzymu, a wieści o jego napadach na okoliczne majątki (zapewne aby zdobyć żywność, gdyż wzrastająca liczba zbiegłych niewolników musiała przecież coś jeść), rozprzestrzeniała się bardzo szybko po całej Kampanii ("Ponieważ dzielił się równo łupami, szybko skupił koło siebie mnóstwo ludzi" - jak dodaje Plutarch). Doszło też do pierwszych starć z żołnierzami z Kapui (ale nie z regularnym wojskiem, a raczej z rezerwistami w rodzaju pospolitego ruszenia) i na nich Spartakus również zdobył sporo nowej broni. Wreszcie rozbił - wysłane przeciwko niemu - siły z Rzymu (w liczbie ok. 3 000 żołnierzy), którymi dowodził propretor - Klaudiusz Glaber (był on tak pewny siebie i w takiej pogardzie miał przeciwnika, że nie rozstawił nawet straży nocnej, oraz nie zadbał o zbudowanie obozu lub choćby umocnień od strony Wezuwiusza). Buntownicy dokonali wówczas śmiałego czynu, spuszczając się w dół na porosłej górskie szczyty dzikiej winorośli (a nie było to zadanie łatwe, gdyż spuścić się ze stromej góry na cienkich linach sporej grupie niedoświadczonych ludzi - doprawdy było nie lada wyczynem, tym bardziej że nikt wówczas nie zginął ani nie został ranny) i dokonali prawdziwej rzezi wśród wojsk Glabra. Wielu żołnierzy nie zdołało nawet dobyć broni i ginęli pogrążeni we śnie. Mimo to i tak prawie połowa Rzymian zdołała uciec i dotarłszy do Rzymu, poinformowała senat o poniesionej klęsce. 

Teraz dopiero okazało się że niewielka rebelia niewolników z Kapui, nie jest tylko lokalną ruchawką i nie wystarczy skierować tam siły kilku weteranów z biczami, którzy rozgonią niewolników na cztery wiatry. Teraz stało się jasne że Italia a nawet sam Rzym stał się częścią nowej wojny, która nie toczyła się już gdzieś daleko - w Hiszpanii, Azji czy na Krecie. Ona toczyła się w samym sercu Imperium Rzymskiego, na italskiej ziemi, a Rzym mógł stać się celem tej nowej, rosnącej w siłę, niewolniczej armii. Należało więc podjąć zdecydowane środki i czym prędzej wysłać przeciwko buntownikom regularną armię...   






 CDN.
 

sobota, 25 lipca 2020

APOLONIUSZ - POGAŃSKI JEZUS - Cz. V

KIM BYŁ NAJBARDZIEJ TAJEMNICZY

"RÓWIEŚNIK" JEZUSA?




 

"DAIMONIA KINESIS"




 
 Po zejściu z góry Nyssa i przekroczeniu rzeki Indus, Apoloniusz z Tyany skierował się do miasta o nazwie Taksila. Miasto było siedzibą lokalnego władcy z plemienia Saków, które to królestwo w tym czasie powoli już chyliło się ku upadkowi. Co prawda Taksila była miastem wielkości Niniwy (głównego miasta Asyryjczyków) i była dobrze obwarowana na wzór miast greckich (efekt wciąż jeszcze silnego na tych terenach hellenizmu), lecz było dość ciasne i bardziej przypominało Ateny z ich krętymi oraz nieregularnymi uliczkami. Były w tym mieście dwie główne świątynie, w tym jedna poświęcona Słońcu w której ponoć znajdował się słoń o imieniu Ajax. Pałac królewski bardziej przypominał jednak zamożny dom, niż siedzibę władcy, nie było tam nawet wartowników u bram. Apoloniusz spędził swój pobyt w tym mieście w gościnie u lokalnego króla Froates, którego ze względu na jego skromność i umiarkowanie miał nazwać "filozofem". Gdy Apoloniusz pożegnał się z władcą i opuścił Taksilę, udał się jeszcze dalej na wschód i przekraczając rzekę Hydraotes, dotarł do miasta Hyphasis, gdzie ujrzał ołtarz poświęcony egipskiemu Amonowi i greckiemu Heraklesowi, a także Zeusowi, Atenie, Apollinowi i bogini Kybele. Ołtarz ten został wystawiony przez miejscowych jako wotum dziękczynne za to iż Aleksander Wielki w swym zwycięskim pochodzie już dalej się nie posunął. Apoloniusz następnie skierował się do miasta Paraca a potem dotarł do siedziby indyjskich braminów, położonej na wzniesieniu u stóp Himalajów. W tamtejszej świątyni miał ujrzeć posągi wielu bogów (w tym także greckich). Według Filostratosa (autora: "Żywota Apoloniusza z Tyany") indyjscy bramini mieli rozmawiać z Apoloniuszem również i o reinkarnacji i tym, czym był w swym wcześniejszym wcieleniu. Ten jednak odparł: "Ponieważ był to haniebny epizod, niewiele z niego pamiętam". Okazało się potem, że Apoloniusz mówił o poprzednim swym wcieleniu, jako dowódcy statku handlowego, przewożącego morzem kupieckie towary.

Należy oczywiście pamiętać że dzieje Apoloniusza z Tyany nie zostały spisane w czasie jego żywota na Ziemi, czyli w I wieku naszej ery. Lucjusz Flawiusz Filostratos - autor jego biografii urodził się ok. 170 r., a swoje dzieło (w oryginale: "Vita Apolloni Tyanei") zaczął pisać (zapewne na prośbę Julii Domny - małżonki cesarza Septymiusza Sewera) dopiero w latach 215-217, czyli już w III wieku naszej ery, natomiast Apoloniusz z Tyany zakończył swój żywot w 97 r. (przeżywszy ok. 100 lat). Nie miał więc bezpośredniej możliwości przyjrzeć się z bliska czynom Apoloniusza i zapewne większość dzieła Filostratosa stanowi swobodną nadinterpretację wydarzeń. Oczywiście autor "Żywota Apoloniusza z Tyany" korzystał również z wcześniejszych pism na jego temat, tyle że żadne z nich nie pochodziło z I wieku i nie zostało spisane przez uczniów lub naocznych obserwatorów życia owego wyjątkowego człowieka. Pierwsze wiadomości na jego temat pojawiają się dopiero bowiem ok. 180 r. w twórczości Lukiana z Samosaty (który notabene pisał o Apoloniuszu bardzo negatywnie, uważając go za "szalbierza z Abonutejchos" nieudolnie próbującego naśladować Pitagorasa, choć nawet i on przyznawał, że Apoloniusz znał się na lekach i potrafił skutecznie leczyć ludzi). Mojragenes również przytaczał informacje o tym człowieku, nazywając go "filozofem" i "magiem" oraz dodając że odznaczał się on "Boską Siłą" ("Daimonia Kinesis"). Maksimus z Ajgaj również pisał o leczeniu chorych i przewidywaniu przyszłości przez Apoloniusza. Pisali o nim także: senator Kasjusz Dion Kokcejanus, Porfiriusz, Hierokles, Lampridus, Soterchios z Oasis, Libaniusz, Eunapiusz z Sardes, Ammianus Marcelinus, oraz pisarze chrześcijańscy: Orygenes, św. Augustyn, Laktancjusz, Euzebiusz z Cezarei, Makary z Magnezji, Anastazjusz Synaita, św. Izydor z Peluzjum, św. Hieronim, św. Jan Chryzostom, pseudo-Justyn, Malalas z Antiochii i Nicetas Choniates. Najbardziej rozbudowane informacje o życiu Apoloniusza znajdują się jednak w dziele Filostratosa, jednak pozwolę sobie pominąć wiele informacji jakie podaje ów autor (które zapewne były mocno naciągane) i przejść do głównych etapów życia oraz działalności Apoloniusza z Tyany.






Nie mogę również pominąć tego, co na jego temat znajduje się w channelingach (choć od razu zaznaczam że nie jest tego wiele). Otóż powiedziane jest, że narodziny Apoloniusza zwiastował jego matce egipski bóg (chrześcijanie piszą o demonie), który objawił się pewnego razu i przyglądał jej ciąży. Kobieta wówczas (zapewne mocno przerażona tym niecodziennym spotkaniem, choć Filostratos pisze że wcale się nie obawiała) zadała "bogu" pytanie: "Kogo urodzę", na co miała paść odpowiedź: "Mnie!" Jeśli zaś idzie o informacje z channelingów na temat Apoloniusza, to należy stwierdzić że nie ma tam informacji o objawieniu, ale jest o potężnej konfrontacji pomiędzy "bogami" którzy od wielu wieków kontrolowali Ziemię, zaś narodziny Apoloniusza były częścią tej wielkiej wojny o której ludzkość nie miała (i nie ma do dziś dnia) pojęcia. Niestety, nie zostało wyjaśnione która ze stron tego konfliktu "wysłała" Apoloniusza na Ziemię. Jeśli jednak uświadomimy sobie że w tym samym czasie przedstawiciele Galaktycznej Ludzkości z Plejad i TJehooba rozpoczęli swą misję "Syna Człowieczego" wysyłając na Ziemię Tjehoobanina o imieniu Immanuel, który miał się narodzić w Palestynie jako Jezus Chrystus i rozpocząć proces "podniesienia ludzkiej duchowości na wyższy poziom", można wówczas dojść do przekonania że Apoloniusz (również posiadający ową "Boską Siłę") wysłany został na Ziemię przez Nibiruan z Malony (rody Enkiego i Enlila), ale nie ma co do tego żadnej pewności (można też założyć że powstały dwa podobne projekty, jeden skierowany do monoteistycznych Żydów, a drugi do pogan) i jest to jedynie moja własna interpretacja zdarzeń. Sam fakt że taki ktoś jak Apoloniusz został wspomniany w channelingach (choć powtarzam - wcale nie wiadomo czy informacje przedstawione w channelingach są od początku do końca prawdziwe, nie wiemy bowiem czym kierują się te istoty które nam to wszystko mówią), świadczy iż musiał mieć coś wspólnego z "Obcymi". Niestety, brak jakichkolwiek większych informacji na ten temat, co powoduje że znów musimy pozostawać w ramach przypuszczeń i niedopowiedzeń.

Należy też pamiętać że nie tylko Apoloniusz odbył ową podróż do Indii. Taką samą nieco wcześniej (o czym w Biblii nie ma słowa, gdyż cały okres życia Mistrza - od jego dzieciństwa po dojrzałość - został wycięty) odbył Jezus Chrystus. Zresztą "Syn Człowieczy" oficjalnie głosił iż: "nie chce znieść Prawa ani Proroków", jednak nieoficjalnie Ruch Chrystusowy od samego początku znalazł się na torze kolizyjnym z judaizmem (to też jest dosyć ciekawa kwestia, bowiem według channelingów, twórcami religii mojżeszowej również byli TJehoobanie, stąd też wywodzić miała się sama nazwa żydowskiego boga: Jahwe, czyli (T)Jehooba "Jestem, który jestem"). Jezus działał bowiem zupełnie inaczej i było pewne że wcześniej czy później spotka się to z reakcją kapłanów oraz uczonych w Piśmie. Biesiadował z celnikami i prostytutkami, czyli osobami uważanymi za niegodne nawiązywania bliższych relacji, a już z pewnością spożywania z nimi wspólnego posiłku. Wypędził kupców ze Świątyni (byli tam z pewnością za zgodą arcykapłana, faryzeuszy i sadyceuszy - którym się opłacali) ze słowami: "Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska" (J 2, 13-17) i zwracał się do uczonych w Piśmie aby zburzyli Świątynię, a On w trzy dni odbuduje ją na nowo (była to metafora, której oni nie byli w stanie zrozumieć i brali ją dosłownie, co budziło jeszcze większe ich wzburzenie). Jednocześnie (jak twierdzi był agent CIA Mark Riebling - specjalista od działań hybrydowych): "Nauczając we wrogim otoczeniu, nakazał (Jezus) swoim uczniom skrywać jego tożsamość, jego słowa i działania przed niewtajemniczonymi. Stworzył tajne komórki złożone z apostołów pod wodzą Jakuba i Jana, których nazwał Synami Gromu i których zabrał na wspinaczkę w góry wraz z protegowanym Piotrem, by omawiać poufne sprawy. Spotykali się w tajnych miejscach, w których Jezus zjawiał się osobnymi, ukrytymi wejściami, a których lokalizację ujawniali sobie przez zakodowane sygnały, takie jak podążanie za mężczyzną z dzbanem przez całe Jeruzalem. Chrystus przedsięwziął także środki ostrożności nie z obawy przed rzymskimi władzami, lecz by wymykać się wysokim kapłanom żydowskim". Co więcej, Jezus dysponował także ogromną mocą niewiadomego pochodzenia, która umożliwiała mu czynić cuda (uzdrawiać chorych i cierpiących, rozmnażać pokarm, chodzić po wodzie, wskrzeszać zmarłych) oraz... wypędzać demony, które panicznie się go bały.




Zmartwychwstanie Chrystusa również było faktem (świadczą o tym działania kapłanów Świątyni, którzy przekupili rzymskich żołnierzy - co zdezerterowali ze swojego posterunku, mimo że wiedzieli iż czeka ich za to śmierć - aby nie rozpowiadali doniesień o tym co zaszło w grocie, w której złożono ciało Jezusa z Nazaretu. A należy pamiętać że żołnierze byli przerażeni i właśnie dlatego stamtąd uciekli). Jeszcze inna sprawa, że założony przez Chrystusa Kościół przetrwał ponad dwa tysiące lat (pomimo wewnętrznych podziałów i celowego niszczenia od zewnątrz i od wewnątrz), podczas gdy inne tego typu ruchy religijne (których w Palestynie I wieku naszej ery było mnóstwo) szybko się rozpadały. Nieco inaczej rzecz się miała z Apoloniuszem z Tyany, który nie został pozbawiony żywota w młodym wieku (jak Jezus) i dożył późnej starości, jednocześnie głosząc swoje przykazania, oparte na zgodności z religiami pogańskimi (ale wydaje się że też tylko pozornie, bowiem co do zasady nie przeczył istnieniu bogów, ale jednak krytykował i ganił wiele z pogańskich praktyk religijnych, jak choćby składanie krwawych ofiar ze zwierząt na ołtarzach bogów. W swym liście do kapłanów z Olimpii pisał bowiem tak: "Bogowie nie potrzebują ofiar. Co więc należy uczynić aby zdobyć ich przychylność? Moim zdaniem trzeba posiąść mądrość i, o ile się da, czynić dobro ludziom którzy na to zasługują. To właśnie podoba się bogom, a ofiary mogą składać nawet ateiści". Zwracał się również do rzymskich cenzorów takimi oto słowy: "Niektórzy z was zadali sobie trud, aby zapewnić przystanie, budynki publiczne, ogrodzenia i promenady, ale ani wy, ani wasze prawa nie okazujecie żadnej troski o dzieci w waszych miastach, o młodzież ani o kobiety"). Apoloniusz zajmował się również kwestiami ostatecznymi - życiem i śmiercią pisał o tym w liście do Waleriusza w taki sposób: "Śmierć nikogo nie dotyka a jest to jedynie pozór. Nie ma też narodzin i stawania się z wyjątkiem zmian w wyglądzie naszego ciała. (...) W rzeczywistości nic nigdy nie powstaje ani nie ulega zniszczeniu", zaś w liście do Diona pisał Apoloniusz: "Nieistnienie nie istnieje, ale istnieje ból i zmęczenie". Niech więc to będzie podsumowaniem dzisiejszej części tego tematu.






PS: W kolejnej części opowiem o wizytach Apoloniusza w świątyniach Grecji, Azji Mniejszej i Egiptu i oczywiście o jego podróżach do Rzymu.



CDN.

środa, 22 lipca 2020

O RETY KABARETY! - Cz. XI

NAJNOWSZE SKECZE


 DZIŚ KOLEJNA DAWKA ZABAWNYCH SKECZY Z POLSKICH KABARETÓW.


 

KABARET MŁODYCH PANÓW


"PODSUMOWANIE MUNDIALU 2018"



 1:35 - "MY JAKO POLSKI ZWIĄZEK PIŁKI NOŻNEJ NIE MAMY SOBIE NIC DO ZARZUCENIA, 8 MILIONÓW DOLARÓW PRZYTULONE, TAKŻE JEST NA PLUS"

"ALE MOŻE TRZEBA BYŁO SIĘ BARDZIEJ POSTARAĆ, CHOCIAŻBY TAK JAK SENEGAL - MIELI SWOJEGO SZAMANA"

"U NAS TEŻ BYŁ BISKUP, POŚWIĘCIŁ AUTOKAR, POŚWIĘCIŁ KORKI, WSPÓLNIE MODLILIŚMY SIĘ ŻEBY BYĆ DŁUŻEJ NIŻ NIEMCY I SIĘ UDAŁO!" 😀

2:40 - "PRZED PAŃSTWEM BĘDZIE GOŚĆ, KTÓRY POSTANOWIŁ ZERWAĆ ZASŁONĘ MILCZENIA (...) JAK MAM SIĘ DO PANA ZWRACAĆ?"

"TO MOŻE ORZEŁ"

"ROZUMIEM - "ORŁY NAWAŁKI"

"NIE ROZŚMIESZAJ MNIE. ORZEŁ BO MI TO LATA PO PROSTU" 😅

4:50 - "WZIĘLIŚMY W NOCY TEGO NAWAŁKĘ DO BAGAŻNIKA I DAWAJ Z NIM DO LASU. WYCIĄGAMY GO I MÓWIMY - CHŁOPIE KOPIESZ SOBIE GRÓB"

"CO PAN OPOWIADA?"

"PRZEPRASZAM, ALE TEN GŁOS TAKI FAJNY, PONIOSŁO MNIE" 😂

6:35 - "... NIE MÓGŁ GLIK GRAĆ"

"CZYLI NIE BYŁ W FORMIE?"

"STARY, ON BYŁ W SZCZYTOWEJ FORMIE, ON PO TRZY, CZTERY REKLAMY DZIENNIE GRAŁ. 😊

7:10 - "CZYLI NAWAŁKA POSTAWIŁ NA PIŁKARZY MEDIALNYCH, GRAJĄCYCH W REKLAMACH. A MOŻE MÓGŁ POSTAWIĆ NA TYCH, KTÓRZY MIELI CZAS NA TRENINGI?"

"NAWAŁKA ZAWSZE POWTARZA ŻE TRENUJĄ CI, CO NIE UMIĄ" 😊

7:40 - "NIE BYŁO JAKIEGOŚ DEBILNEGO RYSOWANIA NA TABLICACH, TYLKO NORMALNIE PRZY ŚNIADANIU TRENER WZIĄŁ TE SWOJE PARÓWKI Z REKLAM, POUSTAWIAŁ JEDENAŚCIE PARÓWEK I MÓWI TAK: "TA PARÓWKA TO LEWANDOWSKI, TA PARÓWA TO PAZDAN". KAŻDY WIEDZIAŁ O CO CHODZI. A DLA TYCH MNIEJ KUMATYCH ZROBIŁ TAK, ŻE MY BYLIŚMY PARÓWKI A SENEGAL KASZANKA" 😅

9:00 - "TO PO CO WYŚCIE TAM W OGÓLE POJECHALI?"

"TEN MUNDIAL TO BYŁY NAJLEPIEJ ZORGANIZOWANE WCZASY W ŻYCIU. NIGDY SIĘ TAK DOBRZE NIE BAWILIŚMY"

"ALE JUŻ PO PIERWSZYM MECZU WIDZIELIŚMY U WAS ŁZY"

"ŁZY? WSZYSCY LALIŚMY ZE ŚMIECHU, KAŻDY WIDZIAŁ JAK GRAMY" 😂

9:45 - "ALE CO, NIE CHCIELIŚCIE WYJŚĆ Z GRUPY?"

"CHCIELI, NIE CHCIELI, CHŁOPAKI JUŻ MIELI ŻYCIE POUKŁADANE. PAZDAN NA LIPIEC MALARZY MIAŁ ZAMÓWIONYCH (...) TAKŻE POWIEM TAK - TEN MUNDIAL NAS TROCHĘ ZASKOCZYŁ" 😎

"PRZECIEŻ WIEDZIELIŚCIE O TYM JUŻ CZTERY LATA WCZEŚNIEJ!"

"JAK SIĘ KTOŚ PIŁKĄ NOŻNĄ INTERESUJE TO WIE"

11: 55 - "TO MOŻE TRENER NAWAŁKA BYŁ ZAŁAMANY I COŚ WAM POWIEDZIAŁ?"

"PO PIERWSZYM MECZU Z SENEGALEM, TRENER WSZEDŁ DO AUTOKARU, MYŚLELIŚMY ŻE BĘDZIE ZJEBKA, A TEN RYCZY ALE ZE ŚMIECHU BO SIĘ OKAZAŁO ŻE TAKI FILM W INTERNECIE WIDZIAŁ JAK TRENER WCHODZI DO SZATNI I PIŁKARZOM PO RYJU Z LIŚCIA DAJE" 😂

15:30 - "MARADONA NIGDY NIE PIŁ POLSKIEJ WÓDKI, A SŁAWEK GO TAK ZALAŁ, PIĄTA RANO A Z NIM NIE MA KONTAKTU. MY DO NIEGO "GDZIE MIESZKASZ, GDZIE MIESZKASZ?" A ON TRUP. TOŚMY GO WZIĘLI DO TAKSÓWKI I JEDZIEMY DO HOTELU ARGENTYNY (...) MESSI WYCHODZI TAKI ZASPANY, MARADONA GLEBA A ON DO NIEGO: "KTO CI TO ZROBIŁ, KTO CI TO ZROBIŁ", A ON: "I LOVE POLACCO" 😀

16:20 - "ALE MYŚMY W KRAJU MYŚLELI ŻE WAM CHOĆ TROCHĘ ZALEŻAŁO, A WYŚCIE SIĘ TAM BAWILI W NAJLEPSZE?"

"NIE, TAK NIE MOŻECIE MÓWIĆ, NAPRAWDĘ TEN MUNDIAL NIEKTÓRYM CHŁOPAKOM NA PSYCHIKĘ SIADŁ. JA SAM SŁYSZAŁEM W HOTELU JAK NIERAZ PRZEZ SEN KRZYCZELI TE SWOJE TEKSTY Z REKLAM (...) GROSIK PRZEZ SEN KRZYCZAŁ SPOCONY "NIE ZABIERAJCIE MI TELEWIZORA, NIE ZABIERAJCIE", A LEWANDOWSKI NA CAŁY HOTEL DARŁ SIĘ PRZEZ SEN: "ANIA, JA MAM ŁUPIEŻ!" 😂










KABARET MORALNEGO NIEPOKOJU 
i JERZY KRYSZAK


"NAUCZYCIEL I LEKARZ"



4:30 - "JAKBY PAN MÓGŁ ZDJĄĆ UBRANIE... TO BYM PANA ZBADAŁ"

"CZYŚ TY OCIPIAŁ GAMONIU!? JA SIĘ BĘDĘ PRZED UCZNIEM ROZBIERAŁ?"

"TO JAK MAM PANA ZBADAĆ?"

"NIE WIEM, TO TY JESTEŚ LEKARZEM, KOMBINUJ" 😀

4:55 - "ZACZNIJMY OD BADAŃ, MA PAN BADANIA?"

"CO CI DO ŁOWY STRZELIŁO ŻE TY NA MEDYCYNĘ POSZEDŁEŚ? ŻEBYŚ TY ZOSTAŁ MECHANIKIEM SAMOCHODOWYM TO CHOCIAŻ KILKA OSÓB BY ZGINĘŁO, ALE TAK TO MOGĄ BYĆ TYSIĄCE"

6:55 - "PRZEJDŹMY ZATEM DO WYNIKÓW BADAŃ.  TUTAJ JEST 90, A POWINNO BYĆ 40"

"A WIDZISZ, A JEST 90. TO POPRAW!" 😂

"JAK POPRAW, PRZECIEŻ TO JEST WYDRUK Z KOMPUTERA?"

"JAK POWIEDZIAŁEM POPRAW, TO POPRAW!" 

"A TU ZNÓW JEST ZA MAŁO, TAM JEST ZA DUŻO A TU JEST ZA MAŁO"

"TO WEŹ TAM GDZIE JEST ZA DUŻO, PRZEŁÓŻ TAM GDZIE JEST ZA MAŁO. TO SIĘ WÓWCZAS WYRÓWNA. W PRZYRODZIE NIC NIE GINIE"

"A TU JEST 0, A POWINNO BYĆ CO NAJMNIEJ 40"

"A JEST ZERO? NIEDOBRZE! TO W TAKIM RAZIE DOPISZ Z PRZODU CZWÓRKĘ"

9:00 - "A TUTAJ TEGO WCALE NIE POWINNO BYĆ, A JEST"

"TO SIĘ ZASTANÓWMY! JA SIĘ BĘDĘ ZASTANAWIAŁ, TY JESTEŚ LEKARZEM! SKREŚL TO!... I JAK TERAZ MOJE WYNIKI?"

"TERAZ WYNIKI MA PAN JAK DWUDZIESTOLATEK" 😄






KABARET PARANIENORMALNI


"BIEGI"


 1:40 - "NAJPIERW SIĘ ROZGRZEWAMY, A POTEM BIEGAMY"

"... JA SIĘ DOSTOSUJĘ. NIGDY SIĘ BEZ ROZGRZEWKI Z DOMU NIE RUSZAM" 😉

5:15 - "POKARZ JAKIEŚ SWOJE ULUBIONE ĆWICZENIE, MOŻE TEŻ SIĘ CZEGOŚ OD CIEBIE NAUCZĘ"

"ALE ŻE CO, JA TOBIE MAM POKAZAĆ?"

5:35 - "CO MAM ROBIĆ, JAK STAJEMY? WDECH NOSEM, WYDECH USTAMI?"

"CO? NIE WIEM, GDZIEŚ SE TAM WCIĄGNIJ I GDZIEŚ WYPUŚĆ" 😂

7:40 - "70 % SUKCESU TO DIETA"

"JA JUŻ JESTEM NA DIECIE. DIETA MOJEGO AUTORSTWA, PISANA PODE MNIE"

"NA CZYM POLEGA TA DIETA?"

CIĘ NIE JE... MIĘDZY POSIŁKAMI. JAK NIE JESZ, TO NIE JESZ. CHYBA ŻE JESZ, TO WTEDY JESZ" 😅

8:40 - "MUSISZ ODSTAWIĆ WĘGLOWODANY"

"CO ODSTAWIĆ? JA TEGO NIE MUSZE ODSTAWIAĆ, BO JA TEGO W OGÓLE NIE JEM"

"A BIAŁE PIECZYWO JESZ?"

"KTO BY NIE JADŁ"

"... MUSISZ TO WSZYSTKO ODSTAWIĆ. TAM SĄ WSZĘDZIE WĘGLOWODANY"

"CO TY MÓWISZ. PATRZ, ŚWIAT NA GŁOWIE STANĄŁ, ŻEBY DO WSZYSTKIEGO WĘGLOWODANY DODAWALI?

11:15 - "... BEKON TEŻ MUSISZ ODSTAWIĆ"

"DLACZEGO?"

"BARDZO NIEZDROWY, TŁUSZCZE NASYCONE"

11:45 - "A KOKTAJLE OWOCOWE MOGĄ BYĆ. KOKTAJLE UWIELBIAM, SZCZEGÓLNIE NA WIŚNIÓWCE"

12:25 - "STARY, ALKOHOL W ORGANIZMIE ZAMIENIA SIĘ W CUKIER A CUKIER JEST NAJGORSZY"

"DLA MNIE SIĘ LICZY, ŻE NA POCZĄTEK ALKOHOL SPEŁNIA SWOJĄ PODSTAWOWĄ FUNKCJĘ - WALI W DEKIEL. A PÓŹNIEJ TO ON SIĘ MOŻE ZAMIENIAĆ W CUKIER. NAWET W KOSTKACH" 😄

13:25 - "JEST TAKA ZŁOTA MYŚL: JESTEŚ TYM, CO JESZ"

"STARY, JAK JA WCZORAJ JADŁEM HOT-DOGI, TO CO JA JESTEM PARÓWA" 😂

17:00 - "STARY, TY JESZ BIAŁE PIECZYWO?"

"JEM, A CO?"

"PRZECIEŻ TO SĄ WĘGLOWODORY" 😀

17:55 - "POWIEDZ, A BOCZEK DO JAJECZNICY JEST OK?"

"STARY, BOCZEK TO SĄ TŁUSZCZE NASĄCZONE" 😉




wtorek, 21 lipca 2020

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XVIII

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW

OD MEHMEDA II ZDOBYWCY

DO ABDUL HAMIDA II



SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. VII





 MATKA

SERAJ POD RZĄDAMI AYSE HAFSY

(1520 - 1534)

Cz. VI






 "NIECH TWOJA WOJNA BĘDZIE UŚWIĘCONA, SULEJMANIE GHAZI"


 Po powrocie sułtana Sulejmana do stolicy (w listopadzie 1526 r.) pozycja Roksolany/Hurrem wzrosła jeszcze bardziej. Teraz stała się już jego oficjalną kobietą a jej pozycji nie mogła zagrozić żadna inna haremowa nałożnica. Hurrem zaczęła też organizować spotkania dla żon sułtańskich wielmożów, gdzie spotykano się na piciu sorbetu i plotkowaniu (swoją drogą kobiety z ówczesnych haremów mogły spotykać się jedynie we własnym gronie bez możliwości jakiegokolwiek kontaktu z innymi mężczyznami, a jednocześnie często przez kilkanaście miesięcy nie widziały one własnych mężów - którzy uczestniczyli na przykład w wyprawach wojennych, lub towarzyszyli sułtanowi w podróżach po kraju - zatem zapewne musiały jakoś odreagowywać samotność i wzajemne kontakty służyć mogły nie tylko dostarczaniu rozrywki, ale też - o czym oczywiście się nie mówi - podtrzymywaniu zdrowia psychicznego i... redukcji napięcia seksualnego). W haremie (mowa tu oczywiście o haremie sułtańskim, jako że haremy wielmożów nie posiadały całej tej bajecznej oprawy, choć oczywiście w każdym haremie istniała hierarchiczna zależność) kobiety miały możliwość (zapewne po to, aby się tam nie zanudziły na śmierć) osiągnięcia rozmaitych stanowisk, takich jak na przykład: mistrzyni sukien, strażniczka klejnotów, mistrzyni stołu, strażniczka łaźni. Każda z nich jednak marzyła o tym (a wiele z nich na tym nie poprzestawało i zdecydowanie starało się dopomóc losowi - jak czyniła to właśnie owa Hurrem) aby zostać zauważoną przez sułtana i spędzić w jego alkowie co najmniej jedną noc. Jeśliby zaś dana kobieta zyskała wzgląd władcy, mogłaby opuścić dolny harem (w którym dziewczęta sypiały w jednym pomieszczeniu - najczęściej po ok. dziesięć osób) i otrzymałaby własną komnatę, a co za tym idzie również służbę (byłaby wówczas masowana, malowana, depilowana, perfumowana i ubierana) oraz mogłaby skupić się jedynie na utrzymaniu względów sułtana co do jej osoby. Każda nowa nałożnica która miała trafić do alkowy władcy, musiała być wcześniej dokładnie obejrzana przez młode dziewczęta, pełniące rolę łaziebnych (do tej roli przeznaczano dziewczęta do 15 roku życia, lub takie, które utraciły już urodę i osiągnęły wiek starczy, przez co nie mogły już liczyć na względy i musiały podjąć się prac fizycznych). Były to zwykłe niewolnice, które pełniły rolę służących kobiet z haremu oraz pracowały także w kuchni i pralni. 

Wyżej w hierarchii znajdowały się specjalistki (kalfalar) które były gospodyniami domowymi i miały dbać o czystość w seraju, kierując jednocześnie do prac młode i stare niewolnice. Wyżej od nich znajdowały się ulubienice sułtana (gozo), które umilały mu czas śpiewem i tańcem oraz pełniły rolę osobistej służby. Nad nimi górowały sułtańskie odaliski (odaliktar) czyli konkubiny władcy - które były najbliżej do osiągnięcia statusu faworyt. Faworyty zaś to kobiety, które posiadały już własne komnaty w haremie i własną służbę - dbającą o ich urodę i kaprysy. Wyżej były już tylko żony (co należało do rzadkości w Osmańskiej Turcji) i siostry władcy, a na samym szczycie owej hierarchii znajdowała się matka sułtana - valide sultan - która kierowała całym haremem w interesie swego syna i miała pieczę nad wszystkimi żonami, faworytami, odaliskami, niewolnicami i eunuchami. Tę rolę w czasach sułtana Sulejmana Wspaniałego od jego wstąpienia na tron, pełniła sułtanka-matka Ayse Hafsa. To ona wyznaczała nałożnicę, która następnie miała spędzić noc z padyszachem (chyba że oczywiście sułtan wskazał własną faworytę) więc to od niej zależało czy któraś z kobiet awansuje w owej hierarchii i ze zwykłej niewolnicy stanie się odaliską, konkubiną lub nawet... żoną (nawet jednak gdyby sułtan się ożenił to i tak pozycja żony nie była wcale pewna, gdyż równie szybko z powrotem mógł ją władca sprowadzić do roli niewolnicy, a wywyższyć inną, która w tym czasie wpadłaby mu w oko. Dlatego też ciągłe upiększanie ciała i dbanie o urodę było tak istotne dla owych kobiet, zamkniętych w sułtańskim haremie i z niecierpliwością oczekujących zmiłowania, w postaci przynajmniej "jednej nocy z władcą świata"). Hurrem od 1520 (czyli od czasu, gdy jako niewolnica trafiła do sułtańskiego seraju), szybko pięła się po szczeblach haremowej hierarchii, rodząc sułtanowi synów, oraz utrzymując nad nim swój miłosny wpływ (stąd niektórzy twierdzili że Hurrem truła Sulejmana miłosnymi napojami, które całkowicie go od niej uzależniały). W każdym razie od końca 1526 r. jej pozycja wzrosła jeszcze bardziej.




A tymczasem 24 października 1526 r. królem Czech po Jagiellonach został arcyksiążę austriacki - Ferdynand I Habsburg (poprzez swą żonę - Annę Jagiellonkę, siostrę króla Ludwika II, który zginął w bitwie z Turkami pod Mohaczem), zaś 24 lutego 1527 r. został on (wraz z żoną) uroczyście koronowany w katedrze św. Wita w Pradze. Tymczasem w rozdartych klęską Węgrzech, tamtejsza szlachta na zjeździe w Tokaju wybrała sobie (10 listopada 1526 r.) na króla - Jana Zapolyę (był on bratem pierwszej żony Zygmunta I Jagiellończyka, królowej Polski w latach 1512-1515 - Barbary Zapolyi), który został koronowany 16 listopada. Jednocześnie Habsburgowie (starający się wcześniej  uzyskać przynajmniej neutralność dworu polskiego i z tego właśnie powodu arcyksiążę Ferdynand wysłał na Wawel swego przedstawiciela, biskupa Wiener Neustadt - Tomasza Kammerera, który optował za kandydaturą swego pana na węgierski tron. Kammerer przyjęty uroczyście na kolacjach, przez kanclerza wielkiego koronnego - Krzysztofa Szydłowieckiego [o którym Kammerer pisał że jest: "bardzo austriackim"] oraz podkanclerzego koronnego, biskupa Piotra Tomickiego, wyjechał stąd bardzo usatysfakcjonowany, sądząc iż osiągnął zamierzony cel) starali się unieważnić ową koronację i na sejmie węgierskim w Pozsonyu, dnia 16 grudnia 1526 r., głosami proniemieckiej magnaterii i zależnej od niej szlachty - wybrali na króla Węgier właśnie Ferdynanda, co spowodowało że pomiędzy Zapolyą a Habsburgiem musiało dojść do krwawej potyczki o tron i pełnię władzy. W międzyczasie kanclerz Szydłowiecki (już po spotkaniu z Kammererem i mydleniu mu oczu austriackim poparciem), wysłał do Szekesfehervaru dwóch posłów. Sekretarza królowej Bony Sforzy - Andrzeja Krzyckiego i kasztelana bieckiego - Stanisława ze Sprowy z zadaniem zgłoszenia jeszcze jednej kandydatury do tronu węgierskiego - Zygmunta I Jagiellończyka, króla Polski i wielkiego księcia Litwy. Zwolennik Habsburga, węgierski magnat - Stefan Batory rzekł wówczas: "Po co król Polski stara się o koronę węgierską, skoro sam nie potrafi obronić swego kraju przed Tatarami". Było to nawiązanie do ostatniego najazdu tatarskiego na Podole z 1524 r., w czasie którego 40 000 bisurmanów zdołało rozpuścić swe czambuły po ziemi podolskiej i pomimo rozbicia większego czambułu przez kasztelana wojnickiego - Jana Armora Tarnowskiego w bitwie pod Komarnem, reszta Tatarów szybko zwinęła kosz (tak nazywał się tatarski obóz, zakładany w celu koncentracji łupów) i czym prędzej (z łupami) powróciła do siebie. W 1527 r. doszło do kolejnego najazdu na Podole i Polesie, lecz książę Konstanty Ostrogski (przy wsparciu Tarnowskiego), dowodząc paroma tysiącami wojska, dopadł Perekopców pod Olszanicą i doszczętnie ich rozbił (z 34 000 Tatarów poległo lub dostało się do niewoli 24 000).

Krzycki pisał z Frysztadu (gdzie zatrzymał się w gościnie u księcia cieszyńskiego - Kazimierza z Piastów śląskich, który był jednocześnie wujem Jana Zapolyi) do króla: "Na Węgrzech panuje tak wielka nienawiść do Niemców, że wobec nich Turków uważają za braci i przyjaciół", jednocześnie przestrzegał przed forsowaniem stanowiska Zygmunta Jagiellończyka w staraniach o węgierski tron, pisząc że kraj jest zrujnowany i podzielony a szlachta i magnateria wzajemnie sobie wroga. Dodawał też że Węgrów niszczy: "ta nadmierna wolność, która i nas gubi!" Królowa Bona zamierzała wymienić swoje włoskie posiadłości (księstwa Bari i Rosano) i tak wzięte w sekwestr (w grudniu 1524 r.) przez króla Hiszpanii i cesarza rzymskiego - Karola V Habsburga w zamian za księstwa śląskie (choć jednocześnie odebrała przysięgę jej włoskich poddanych, złożoną w Kaplicy Mariackiej na Wawelu dnia 22 maja 1526 r. Siedząc na tronie, w otoczeniu senatorów i trzymając na kolanach swego syna, sześcioletniego Zygmunta Augusta, wysłuchała roty przysięgi wygłoszonej przez Andreę Molegenio. Ta uroczystość - choć nieco zapomniana - była zwana wówczas... hołdem włoskim) jednocześnie (gdy okazało się że kandydatura Zygmunta nie ma szans na realizację) żywo zaczęła wspierać Zapolyę - ułatwiając mu werbunek wojsk w Rzeczpospolitej i planując nawet porozumieć się w tej kwestii z sułtanem Sulejmanem (który również nie chciał widzieć Habsburgów na Węgrzech). Głównymi przeciwnikami układu z Osmanami na krakowskim dworze, byli kanclerz Szydłowiecki i podkanclerzy Tomicki, a za ich radą król Zygmunt I ogłosił (24 lutego 1527 r.) swą neutralność w konflikcie węgierskim (tym samym Zapolya utracił możliwość werbunku ochotników na ziemiach polskich), jednocześnie Habsburgowie zaproponowali zaręczyny córki Ferdynanda - arcyksiężniczki Elżbiety (urodzonej w lipcu 1526 r.) z królewiczem Zygmuntem Augustem Jagiellonem. Król Zygmunt Jagiellończyk wysłał w marcu 1527 r. do Czech kanclerza Szydłowieckiego, który (przyjęty życzliwie przez Ferdynanda) doprowadził do chwilowego zawieszenia broni pomiędzy zwaśnionymi stronami, uzgadniając jednocześnie na 2 czerwca 1527 r. wspólny zjazd do Ołomuńca. Wcześniej jednak cesarz Karol V zajął Rzym (6 maja 1527 r.) i dokonał masakry jego mieszkańców (owe niesławne "Sacco di Roma" które na kilkadziesiąt lat zatrzymało rozwój Wiecznego Miasta, a jego populacja zmniejszyła się wówczas radykalnie z 55 000 do 10 000), zaś arcyksiążę Ferdynand przygotowywał się do ataku na Budę i zdobycia korony św. Stefana, którą to dokonywano koronacji węgierskich monarchów.




W kwietniu 1527 r. na Węgry wyjechał Hieronim Łaski (bratanek arcybiskupa gnieźnieńskiego i prymasa Polski - Jana Łaskiego), który był zwolennikiem wsparcia Jana Zapolyi w jego walce o tron Węgier z Ferdynandem Habsburgiem, a ponieważ król Zygmunt zadeklarował neutralność, Łaski twierdził iż jego wyjazd związany jest z odbyciem pielgrzymki do Matki Bożej Loretańskiej (w rzeczywistości zapewne posłany został z misją dyplomatyczną przez królową Bonę Sforzę, której celem stało się znalezienie w Europie wsparcia dla Zapolyi kosztem Habsburga). Na Węgrzech spotkał się Łaski z Zapolyą, a następnie wyjechał na dwór francuski, angielski i duński, wszędzie starając się o stworzenie antyhabsburskiego sojuszu (w czerwcu 1527 r. wyjechał z Paryża i udał się do Anglii kierując się do Londynu. Jednak w Londynie w tym czasie nie było króla Henryka VIII, który bawił ze swym dworem w Enfield - notabene Henryk spędzał tam czas już w towarzystwie Anny Boleyn. Po drodze spotkał się z nim kardynał Thomas Wolsey, który potem zarekomendował Łaskiego królowi Henrykowi jako: "człowieka wymownego i (...) wielce uczonego". W Anglii jednak Łaski także niczego nie zdziałał, gdyż król Henryk - mając inne problemy - nie zamierzał angażować się zbrojnie na tak dalekich ziemiach Europy). W tym czasie zaś (20 kwietnia 1527 r.) na Wawel przybył poseł Zapolyi - Jan Statilius, który przywiózł plan adopcji młodego Zygmunta Augusta przez swego pana, dzięki czemu po nim na tron Węgier mieli znów powrócić Jagiellonowie. Król Zygmunt Jagiellończyk oświadczył że o adopcji jego syna może zadecydować jedynie sejm, na co Statiliusz stwierdził że bez zdecydowanej pomocy udzielonej jego panu z Polski i innych krajów niechętnych Habsburgom, Zapolya może się nie utrzymać, a to zmusi go do złożenia hołdu sułtanowi Sulejmanowi. Zygmunt odradzał mu takie posunięcie, ale jednocześnie pozostawał pod wpływem silnego na krakowskim dworze stronnictwa prohabsburskiego, którego głównymi przedstawicielami byli: kanclerz Szydłowiecki i podkanclerzy Tomicki. Niewiele też udało się ugrać na zjeździe w Ołomuńcu w czerwcu 1527 r., którego głównym reprezentantem strony polskiej był właśnie Szydłowiecki. Doszło tam do wręcz jawnych porozumień polsko-austriackich kosztem Zapolyi, któremu - w zamian za zrzeczenie się korony Węgier - łaskawie oddawano królestwo Bośni, notabene najbardziej narażone na tureckie ataki. Austriacy starali się utrzymać poparcie dworu polskiego wobec Ferdynanda Habsburga (Szydłowieckiemu na przykład oferowano 40 tysięcy dukatów i dodatkowo 8 tysięcy stałej rocznej pensji), ale jednocześnie silny był też sprzeciw stronnictwa antyhabsburskiego, kierowanego przez królową Bonę Sforzę i księżniczkę Jadwigę Jagiellonkę (córkę króla Zygmunta i jego pierwszej żony Barbary Zapolyi). Ta dwoistość działań polskiego dworu nie służyła jednak interesom Rzeczypospolitej.

3 lipca do Niepołomic (gdzie wówczas przebywał król Zygmunt) wysłany został poseł Ferdynanda Habsburga - Jerzy von Logschau. Tam król przekonał go o swej "braterskiej miłości" do Ferdynanda i jednocześnie zapowiedział że wojska hetmana Tarnowskiego (które zbierały się nad granicą z Węgrami z zamiarem udzielenia wsparcia Janowi Zapolyi), nie wejdą na Węgry (rzeczywiście, wojska te musiały bowiem zostać przerzucone na wschód, gdzie doszło do wspomnianego wyżej najazdu Tatarów). Natomiast Ferdynand rozpoczął działania zbrojne już 7 lipca, a 20 sierpnia 1527 r. zdobył i uroczyście wjechał do Budy. Odtąd na stronę Habsburga zaczęli przechodzić węgierscy możni, którzy dotąd wspierali Zapolyę (np. niejaki Iwan Nenada zwany też - od pręgi biegnącej od twarzy do stopy - "Czarnym Mężem", który sam wcześniej będąc stajennym, ogłosił się carem Serbów i zebrał wokół siebie zbrojną grupę zwolenników), więc ten szukając pomocy, wysłał (5 września) ponownie poselstwo do Krakowa. Król Zygmunt jednak (pomimo nalegań żony i córki) odmówił wsparcia Zapolyi, choć zadeklarował "swą przyjaźń" wobec niego. Sprawa Zapolyi była więc już przesądzona, choć niektórzy posłowie nie byli tego tacy pewni i upatrywali w pomocy Zapolyi bardzo silnych wpływów królowej Bony na króla, twierdząc (jak np. ów wspomniany wyżej Longschau) iż: "Król rozkazuje, a inni i tak czynią co chcą", zaś kanclerz Szydłowiecki dodawał że król: "jest tak przez królową opanowany, że nic stać się nie może bez jej woli" - co akurat w tym wypadku nie było prawdą. Zresztą nawet zwolennicy Habsburgów przestrzegali przed zbytnim umocnieniem się niemczyzny na Węgrzech (jak choćby podkanclerzy Tomicki pisał we wrześniu 1527 r. jakże prorocze słowa o Niemcach: "których nadmierna pycha i wyobrażenia o sobie, gdyż wierzą, że obejmą władzę nad całym światem chrześcijańskim i nie chcą zadowolić się swymi granicami, doprowadzi ich za sprawą Boga do jakiegoś wielkiego upadku", w listopadzie zaś sam Longschu zdziwiony licznymi deklaracjami ochotników chcących walczyć po stronie Zapolyi przeciwko Habsburgom, pytał w swym liście: "Jak się owi poczciwi Niemcy tam zachowywali, że ich tak śmiertelnie nienawidzą". Pisząc "tam" miał na myśli północne i środkowe Węgry, które rzeczywiście zostały doszczętnie spustoszone przez siły Habsburgów po zwycięstwie Ferdynanda w bitwie pod Tokajem we wrześniu 1527 r., o czym jeszcze wspomnę).


KRÓLOWA BONA SFORZA
"URODZONA BY WŁADAĆ MĘŻCZYZNAMI"



A tymczasem w sierpniu królowa Bona urządziła w pałacu Jordana pod Wawelem huczny ślub dla swej dwórki - Magdaleny Bonerówny ze starostą uszpolskim, księciem Stanisławem Radziwiłłem. Celem tego mariażu było wzajemne pogodzenie owych skonfliktowanych ze sobą rodów. Królowa sama będąc już w zaawansowanej ciąży - oczywiście nie tańczyła, ale na uroczystość tych zaślubin zjechało do Krakowa ok. 600 gości z Włoch (część potem wyjechała, ale duża część została już w Polsce), którzy wyśmienicie bawili się przez trzy dni na owym weselu (niektórzy starali się o uzyskanie polskiego szlachectwa). Bona bardzo dbała o swój dwór, a szczególnie swoje dwórki, wśród których były zarówno Polki jak i Włoszki (jak pisał Stanisław Górski: "Przez odpowiedni dobór pań i panien z najlepszych rodzin (...) utworzyła królowa wzorowy zespół kobiet o wysokich wartościach moralnych i kulturalnych". Tak na marginesie należy też dodać że Górski był, łagodnie mówiąc - srogim krytykiem niewieścich przywar, którego dziś uznano by po prostu za... mizogina. Często bowiem  krytykował on w swych listach poszczególne dwórki Bony a nawet... samą królową, której zarzucał iż wpuściła na Wawel włoskich: "wszeteczników, pederastów, rozpustników, ateuszy epikurejczyków i innych". Niestety, Górski często sam sobie wzajemnie przeczył, pisząc najpierw o przykładnym prowadzeniu się dworu królowej, a następnie wciskając takie wstawki o rozpuście). W drugiej połowie września 1527 r. dwór królowej (podobnie jak i dwór króla) przeniósł się do pałacu w Niepołomicach, gdzie zamierzano radośnie spędzić ostatnie tygodnie lata. Tam, podczas polowania na dzikiego zwierza doszło do tragedii, która całkowicie odmieniła losy Polski i całej Środkowo-Wschodniej Europy. Królowa Bona Sforza miała bowiem wiele pasji, którymi oddawała się w sposób niekiedy budzący zgorszenie. Uwielbiała bowiem antyki (szczególnie wazy), zatrudniała i opłacała na swym dworze mistrzów hafciarstwa oraz jubilerów, założyła na Wawelu ogród (w Łobzowie zaś drugi, znacznie większy), który sama doglądała (gdzie sadziła m.in. zioła i owoce). Kolekcjonowała również ptaki (także i te egzotyczne) w swojej ptaszarni, jak również dzikie zwierzęta (w tym lwy i niedźwiedzie). Pasjami oddawała się również... tresurze pcheł. Zbierała także lustra, zegary i gustowne wachlarze (wykonane ze strusich piór i wysadzane klejnotami), a poza tym uwielbiała pisać listy i korespondowała z wieloma władcami ówczesnej Europy (pisywała listy m.in. do sułtana Sulejmana, do Hurrem, do swej matki - Izabelli Aragońskiej, do Lukrecji Borgii, do króla Francji - Franciszka I, do cesarza i króla Hiszpanii - Karola V, jak również do włoskich książąt . Do dziś zachowało się ponad 140 listów z jej korespondencji). Królowa była też doskonale wykształcona, znała kilka języków, interesowała się astronomią i nowinkami naukowymi tamtej epoki, ale najbardziej ze wszystkiego kochała konie i uwielbiała polowania (często dosiadała konia jak prawdziwa amazonka, mimo że wówczas kobiety wciąż jeszcze jeździły konno w długich i ciężkich sukniach) i właśnie podczas takiego polowania w Niepołomicach z 20 września 1527 r. życie królowej i przyszłość dynastii stanęła pod znakiem zapytania. 

Oto bowiem podczas polowania na niedźwiedzia, rozjuszone i ranne zwierzę, zabiwszy kilka psów myśliwskich i kilku śmiałków - którzy podjęli się powstrzymania jego szaleńczego ataku - posmakowawszy ludzkiej krwi, z rykiem rzucił się w stronę stojącego na wzgórzu królewskiego orszaku. Zwierzę to działało jak w amoku, niczego się nie bało i atakowało z furią. Gdy zaś okazało się że niedźwiedź ruszył w stronę siedzącej na koniu królowej Bony, damy z jej orszaku czym prędzej czmychnęły by ratować życie. Zatrzymać bestię próbował co prawda podkomorzy królewski, ale niedźwiedź siłą swych łap przewrócił go wraz z koniem. Następnie do walki stanął krajczy koronny z oszczepem w dłoni, ale na próżno, gdyż zwierzę wytrąciło mu oszczep, nim ten zdążył zadać cios. Teraz bestia skierowała się bezpośrednio w stronę królowej, która niewiele myśląc pogoniła konia do galopu i ucieczki. Był to jeden z jej najlepszych rumaków i dzikie zwierzę nie miałoby z nim szans w równej gonitwie, jednak wystraszony koń potknął się o wystający korzeń drzewa i zrzucił ze swego grzbietu królową Bonę. Niedźwiedź zabił rumaka i gdy już zamierzał ruszyć w stronę monarchini, dopadli go ludzie z jej orszaku i zakuli oszczepami na śmierć. Królowa co prawda przeżyła, ale będąc już w zaawansowanej ciąży (piąty miesiąc), zakrwawiona i półprzytomna, przedwcześnie urodziła tam syna. Jeszcze nie w pełni wykształcone niemowlę, nie mogąc samodzielnie oddychać, zmarło po kilku chwilach. Dano mu na imię Olbracht i pochowano w małej, ołowianej trumience w kaplicy pałacowej w Niepołomicach. Król i królowa przywdziali żałobę, ale dla niej był to prawdziwy koniec świata (notabene, w tym momencie staje mi przed oczami scena z "Nocy i Dni" [której to powieści akcja dzieje się w XIX wieku, począwszy od lat 60-tych i Powstania Styczniowego, a skończywszy na wybuchu I Wojny Światowej w 1914 r. i barbarzyńskim spaleniu przez Niemców Kalisza, gdzie nie było już rosyjskiego wojska, tylko sami cywile. Swoją drogą jest to wybitny dowód na to, iż Niemcy zbrodnie wojenne popełniali nie tylko w czasie II Wojny Światowej, ale już na samym początku Pierwszej]




Wówczas to Barbara Niechcic po stracie swego ukochanego syna - Piotrusia - który zmarł na zapalenie płuc w wieku 4 lat, dzień w dzień wymykała się do odległego kościoła, na którego terenie został pochowany ów chłopczyk i nie mogąc zaakceptować straty, obwiniała się o jego śmierć, uznając że dla niej życie już się skończyło. Jej małżonek - Bogumił Niechcic co chwila pędził konno by ją stamtąd zabrać. Gdy jej powtarzał że trzeba żyć dalej, ona mówiła: "Co tym możesz o tym wiedzieć, ty utraciłeś jedynie syna, a ja straciłam wszystko". Z czasem jednak, po wyprowadzce do Serbinowa - kompletnie zrujnowanego majątku, gdzie Bogumił podjął się stanowiska tamtejszego rządcy - i narodzinach kolejnych dzieci, Barbara zmieniła się. Cierpiąca z powodu niespełnionej miłości do człowieka którego kochała - a który ożenił się z inną - z czasem jej uczucie do Bogumiła, którego początkowo uważa za gbura i prostaka - zaczęło wzrastać, a on kochał ją nad życie i starał się jej we wszystkim dogodzić, co w końcu zostało przez nią docenione, gdy w pewnym momencie przyznała: "Jakie to szczęście mnie spotkało w życiu, że to właśnie za ciebie wyszłam za mąż").




A tymczasem 27 września 1527 r. wojska Ferdynanda Habsburga rozbiły pod Tokajem siły Jana Zapolyi, który musiał się ratować ucieczką do Polski (zamieszkał w Tarnowie w gościnie u hetmana Jana Armora Tarnowskiego). Otrzymał on ogromne wsparcie ze strony królowej Bony, która dążyła do umożliwienia mu powrotu na Węgry (stąd we własnych dobrach zgodziła się na prowadzenie werbunku do nowych wojsk Zapolyi) i wysłała mu swego dworzanina - Wawrzyńca Myszkowskiego, który miał pomagać w zebraniu nowego wojska. Niestety, w sytuacji w której Hebsburg zdobył zarówno Czechy jak i Węgry, poparcie królowej dla Zapolyi (król nadal utrzymywał neutralność Rzeczpospolitej w tym konflikcie) to było zbyt mało, dlatego też nie mogło się obyć bez wsparcia ze strony sułtana Sulejmana. W tym właśnie celu w grudniu 1527 r. królowa i Zapolya wysłali do Konstantynopola Hieronima Łaskiego. Jednak wsparcie sułtana i sojusz z Osmanami nie leżał w koncepcji politycznej króla Zygmunta (który uważał że: "Zbawienie i pokój Rzeczypospolitej Chrześcijańskiej, nad którą wyżej nic stawiać nie należy" jest najważniejsze, a pokój pomiędzy chrześcijanami jest dobrem z którego nie można rezygnować, bez względu na interesy danych dworów czy narodów. Król był więc idealistą który bardziej cenił sobie dobro chrześcijańskiej Europy, niż interes własnego kraju), dlatego też poprzez swego posła w Madrycie - Jana Dantyszka, starał się wpływać na cesarza Karola V aby ten powstrzymał nieco swojego brata - Ferdynanda. Dantyszek jednak niewiele w Hiszpanii wskórał, choć bez wątpienia podniósł tam prestiż Polski (z drugiej jednak strony, gdy czyta się jak hiszpańscy grandowie - co prawda oczarowani wiedzą i aparycją Dantyszka - podchodzili do niego i pytali się: "jak wielkim miastem jest ta Polska", to świadczy to niezbyt dobrze o ich umiejętnościach politycznych i ukazuje raczej niewiedzę lub wręcz dyletanctwo na temat państw leżących na wschód od Łaby). A tymczasem Zapolya ze sformowanym w Rzeczpospolitej (jedynie w dobrach królowej Bony) wojskiem, wkroczył ponownie na Węgry i (przy wsparciu hetmana Tarnowskiego) w bitwie pod Saros-Patak rozbił habsburskie siły niemieckich lancknechtów, co dodało mu pewności siebie i dawało nadzieję na powrotu do walki o koronę św. Stefana. Niestety, ostateczny cios sprawie Zapolyi wyszedł od samego króla Zygmunta, który 4 marca 1528 r. pod karą utraty dóbr, zakazał poddanym udawania się na Węgry i wstępowania do wojsk swego byłego szwagra.  






CDN.

niedziela, 19 lipca 2020

FEMINISTYCZNA UTOPIA! - Cz. II

FUTURYSTYCZNA WIZJA

SPOŁECZEŃSTWA

KONTROLOWANEGO PRZEZ KOBIETY



DALSZA CZĘŚĆ OPOWIADANIA PARLEY'A J. COOPERA







"FEMINISTKI"
Cz. II






ROZDZIAŁ DRUGI


 Keith szybko przeszedł przez etapy utraty przytomności. Przebudzony do rzeczywistości, znalazł oślepiający promień światła na swojej twarzy i sznur na szyi. Oczyma, które nie były w stanie prawidłowo się skupić, zobaczył nogi kilku osób w kręgu światła latarki. Ich górne części ciała i głowy ginęły w półmroku, ale rozpoznał młodą kobietę, która stała obok budki poboru opłat po jej czarnych butach i krwistoczerwonej sukience. Albo jego rozstrojony układ nerwowy zagłuszył wszystkie dźwięki, albo cała mała grupka w ciszy obserwowała jak został uwięziony. Zacisnął się na sznurze wokół szyi, kiedy wbijał się on głęboko w jego ciało, ale nie był w stanie włożyć pod niego palców. Nie mógł złapać tchu i przerażenie pełzało po jego ciele niczym kubeł lodowatej wody. Jego płuca domagały się powietrza. Musiał oddychać, nic innego nie miało znaczenia, poza tym że reagował ślepym instynktem. Wygiął ciało w łuk i szybko uniósł nogi wbijając stopy w twarz pochylającej się nad nim ciemnej postaci. Rozległ się jęk, zimno ustąpiło, a ciemna postać cofnęła się do tyłu. Gdy wielkie podmuchy piekącego powietrza wypełniły jego płuca, Keith podniósł się do łokci a jego siła prawie całkowicie zmalała. W uszach dzwoniło, a serce waliło mu dziko w piersi.
 
- Dlaczego? - zapytał. 

Umysł podpowiedział mu jednak że nie stał się ofiarą strażników ulicznych, gdyż w owej grupie byli zarówno mężczyźni jak i kobiety, lecz nie pojmował powodów dla których chcieli go udusić. Po jego pytaniu zapanowała cisza. Mężczyzna, zakrył twarz rękami. Jego konwulsyjne ciało i krzyki agonii zwróciły na niego uwagę całej grupy. Promień światła został przesunięty tak, że leżał w słabym, zewnętrznym kręgu światła. Przez moment fragmenty z jego przeszłości przemknęły mu przez umysł. Całe jego życie przeleciało mu przed oczami tuż przed śmiercią. Widział Mariannę taką, jaka była tego dnia w magazynie w Archiwum, jej mundur był rozpięty tak, że gładkie, aksamitne sutki jej piersi były dla niego dostępne. Znowu poczuł strach po ich nielegalnym spotkaniu i na nowo przeżył ucieczkę przed strażnikami ulicznymi oraz ukrycie się w opuszczonym metrze. Wszystko to przemknęło mu przez głowę w ciągu kilku sekund, zanim udało mu się uwolnić od kata. Kobieta wyszła z kręgu obserwatorów i pochyliła się nad umęczonym napastnikiem. Jej głowa była odwrócona, więc Keith mógł dostrzec jedynie jej plecy. Uderzyła go skrajna kruchość jej ciała. Chwyciła dłonie mężczyzny i próbowała odepchnąć je od jego twarzy. 

- Pozwól że ci pomogę! - rzekła. 

"Uciekaj" - pomyślał Keith i rozejrzał się szukając drogi ucieczki. Betonowa platforma na której leżał, znajdowała się zaledwie kilka cali od czarnej dziury, którą wziął za dół pod tory kolejowe. Gdyby nagle potoczył się w jej kierunku i mógł wylądować na nogach, mógłby zaryzykować przebiegnięcie po torach w ciemności. Kimkolwiek bowiem byli napastnicy, mieli światło i przewyższali go liczebnie. Jego szansa na ucieczkę była zatem nikła, ale musiał ją podjąć. Przetoczył się szybko na lewy bok i poczuł jak jego ciało rzuca się w dół. Jego stopy opadły gotowe do biegu w kontakcie z twardą ziemią. Cała nadzieja zniknęła jednak, gdy wślizgnął się w błoto, które wessało mu stopy i kostki i pociągnął go w dół aż po kolana. Walka była bezużyteczna. Stał teraz bezradnie, gdy promień światła padał na jego twarz.

- Zabij go! - histerycznie krzyknęła kobieta. 

Jego głowa znajdowała się na poziomie platformy, a kiedy członkowie grupy ruszyli naprzód w kierunku krawędzi, zauważył, że wpatruje się na ich buty, obliczając że było ich siedmiu - dwie kobiety i pięciu mężczyzn. Jego spojrzenie spoczęło na czarnych butach które rozpoznał, gdy oczy kobiety i jego oczy ponownie razem się spotkały. W jego oczach była błagalna prośba, choć sam nic nie rzekł. 

- Zabij go - powtórzyła kobieta. 

Po cienkich nogach jak zapałki wiedział, że była kobiet, która pochyliła się nad stojącym nieopodal mężczyzną. Blask światła mignął lekko, w chwili gdy mężczyzna szukał w ubraniu jakiegoś przedmiotu. Przedmiotem był rewolwer. Gdy go wyjął, wycelował lufę w jego głowę, a wtedy blask światła latarek błysnął po metalu. Keith zamknął oczy i się nie poruszył. Jego usta drżały lekko i czuł że kolana mu się uginają. Zapewne runąłby na ziemię, gdyby nie otaczające go błoto. Był świadomy zimna i bicia swojego serca. Pomyślał sobie że oba te problemy już wkrótce całkowicie przestaną go niepokoić.

- Nie, czekaj! - był to głos kobiety w czerwieni, niski, gardłowy głos zabarwiony niewątpliwym współczuciem. - Nie zabijaj go - powiedziała. 

Keith otworzył oczy i spojrzał na nią przez słabe odbicie światła latarki. Do jego głowy zaczęła powracać nadzieja. 

- Jest silny - kontynuowała. - Możemy go wykorzystać. 

- A co, jeśli on jest szpiegiem? - zapytał jeden z mężczyzn. 

- Wysłanie mężczyzny byłoby dla nich nie do pomyślenia - odrzekła kobieta w czerwieni.

- Mogli uczynić wyjątek, aby schwytać całą naszą grupę - kontynuował mężczyzna. 

-  To prawda - zgodziła się podekscytowana starsza kobieta. - Jestem za tym żeby go zabić! 

- Nie! - kobieta w czerwieni nie ustępowała. 

 Chociaż Keith nie widział wyraźnie jej twarzy, był świadomy jej spojrzenia wpatrzonego w jego osobę.

- Zatrzymamy go do jutra - powiedziała. - Jeśli naprawdę jest poszukiwany przez feministki, otrzyma nagrodę. 

- A jeśli nie? - zapytała starsza kobieta. 

- Wtedy go zabijemy. 

Na platformie zapanowała przez kilka sekund grobowa cisza; cisza, w której Keith ponownie usłyszał dźwięk deszczu wlewającego się przez otwory wentylacyjne metra. Coś pluskało w pobliskiej wodzie, po piskach uznał że to szczur. Nie mógł jednak nic powiedzieć na swoją obronę; błaganie byłoby bezużyteczne. Musiał tylko czekać aż najważniejsza decyzja co do jego życia i śmierci zostanie podjęta przez grupę. Decyzja została ogłoszona jednym słowem. 

- Zgoda! - powiedział mężczyzna z bronią. - Gdybyśmy go teraz zabili, nie bylibyśmy lepsi od tych, z którymi walczymy. - Pistolet został wyciągnięty z kręgu światła i wrócił do jego kieszeni.

Keith poczuł ogarniającą go ulgę. Był jednak świadomy nagłego odpływu własnych sił i całkowitego wyczerpania, a jego głowa opadła na klatkę piersiową. Nie tylko zdołał uciec żołnierzom i strażniczkom ulicznym, ale także uniknął smutnego losu zaplanowanego dla niego przez tę dziwną grupę mieszkańców metra. Nim całkowicie stracił przytomność, poczuł jak silne ramiona wyciągają go z błota w którym stał.



  


A TAK SIĘ BAWIĄ W CHICAGO





CDN.