Łączna liczba wyświetleń

piątek, 25 września 2020

O RETY KABARETY! - Cz. XII

 ZABAWNE SKECZE

 
 KOLEJNA PORCJA ZABAWNYCH SKECZY 
Z POLSKICH KABARETÓW
 
 
 
KABARET MORALNEGO NIEPOKOJU
 
 
 "REZERWACJA TELEFONICZNA"
 
(JUŻ NIECO STARY, ALE WCIĄŻ ZABAWNY SKECZ TEGO KABARETU)
 
 
0:35 - "PROSZĘ PANA, JA CHCIAŁEM ZAREZERWOWAĆ BILET NA JUTRO DO MŁAWY, PIERWSZĄ KLASĘ DLA NIEPALĄCYCH PRZY OKNIE"
 
"PAN COŚ W OGÓLE DO MNIE MÓWIŁ? (...) A PO CO PAN MI TO WSZYSTKO MÓWI?"
 
"CHCIAŁEM TEN BILET ZAREZERWOWAĆ"
 
"BILET? TO NIECH PAN REZERWUJE"
 
"A TO JEST REZERWACJA BILETÓW?"
 
"TAK. ALE TELEFONICZNA"
 
4:25 - "IDŹ PAN DO DOMU, ZADZWOŃ Z DOMU JAK CZŁOWIEK, NIE RÓB PAN Z SIEBIE GŁUPKA" 😂

4:55 - "CZEMU PAN NIE ODBIERA?"

"Z PANEM ROZMAWIAM" 😄

7:10 - "A TO CO ZNOWU?"

"PRZERWA OBIADOWA

7:30 - "WIDZĘ ŻE KANAPKA NIE JEST DUŻA, JA MAM CZAS, JA POCZEKAM I JA TEN BILET OD PANA DO TEJ MŁAWY WYSZARPIĘ"

"PROSZĘ PANA, JA TO W OGÓLE PRYWATNIE ŻYCZĘ PANU POWODZENIA 😂 JA ZA PANA CAŁY CZAS TRZYMAM KCIUKI (...) IDŹ PAN DO DOMU, ZADZWOŃ Z DOMU

9:10 - "HALLO! PIZZERIA? (...) CHCIAŁEM ZAMÓWIĆ PIZZĘ (...) PROSZĘ TO PRZYWIEŹĆ NA DWORZEC GŁÓWNY (...) POCAŁUJ MNIE W DUPĘ TY RUDA MAŁPO!"

"COŚ SIĘ PANU DZISIAJ NIE WIEDZIE! CO, NIE DOWOŻĄ?"

"DOWOŻĄ, ALE ZAMÓWIENIE TRZEBA ZŁOŻYĆ OSOBIŚCIE W PIZZERII (...) CZŁOWIEKU, JA POTRZEBUJĘ JUTRO BYĆ W MŁAWIE..."

"ZADZWOŃ PAN Z DOMU, BO MI SIĘ SERCE KRAJE, GDZIE PAN MIESZKA?"

"W MŁAWIE!"




 
 
KABARET NEO-NÓWKA
 
 
"NIEMIECKIE SIATKARKI"
 
 
 1:05 - "MAM PIERWSZE TAKIE ZASTRZEŻENIA DO CIEBIE GRETA, BO WYDAJE MI SIĘ ŻE NIE MAM Z TOBĄ KONTAKTU NA BOISKU, I POZA BOISKIEM RÓWNIEŻ. CO SIĘ Z TOBĄ DZIEJE? STOISZ, NIE RUSZASZ SIĘ - JA NIE WIEM JAK NIE RUSZAJĄC SIĘ PRZEZ CAŁY MECZ, MOŻNA SIĘ TAK SPOCIĆ? (...) TO SAMO DO CIEBIE, HELGA (...) CHOCIAŻ POPATRZ SIĘ NA MNIE, JAK DO CIEBIE MÓWIĘ!

3:40 - "JESTEŚ OBECNA? MYŚLISZ COŚ? POKARZ JAK MYŚLISZ?

4:40 - "POPATRZCIE NA SIEBIE, JESTEŚCIE NORMALNE? WEDŁUG WAS TAK WYGLĄDA PRAWDZIWA, NORMALNA NIEMKA, TAK?"

5:35 - "CO TO BYŁO, FOKI WYSZŁY NA PLAŻĘ?

7:00 - "GRETA, MASZ OPÓŹNIENIE W KAŻDEJ AKCJI DWIE SEKUNDY, UDOWODNIĆ CI?"

7:50 - "TO WSPANIAŁA KLĘSKA, ZRESZTĄ ONA JEST WYPISANA NA WASZYCH KOSZULKACH 😉 (...) HELGA POD PRYSZNIC!"

"MOGĘ POD MĘSKI?"
 
"MOŻESZ, I TAK NIKT NIE ZWRÓCI UWAGI" 😅
 
 

 
 
 
KABARET SMILE
 
 
"UCZELNIA WYŻSZA"
 
 
0:05 - "DRUGI DZIEŃ EGZAMINÓW WSTĘPNYCH NA NASZĄ UCZELNIĘ I ŻADNEGO KANDYDATA"
 
1:05 - "NAPIJE SIĘ PAN CZEGOŚ? KAWY, HERBATY, MOŻE PIWA?" 😄
 
"TO SŁUCHAM PANÓW. CO MOŻECIE MI ZAPROPONOWAĆ?"
 
"PRZEDE WSZYSTKIM JESTEŚMY NAJSTARSZĄ UCZELNIĄ W KRAJU I POSIADAMY BOGATE DOŚWIADCZENIE W KSZTAŁCENIU MŁODYCH LUDZI. NASZE LABORATORIA..."
 
"PANIE DZIEKANIE, TO SĄ BANAŁY. PRZEJDŹMY DO KONKRETÓW. INNOWACYJNY INDEKS, W KTÓRYM NA SAMYM ŚRODKU ZNAJDUJE SIĘ - ROZKŁADÓWKA Z GOŁĄ BABKĄ. DODAM JESZCZE ŻE PANI BOŻENA WYKŁADA BIOLOGIĘ"

"TO AŻ MIŁO BĘDZIE ZALICZAĆ" 💗

2:25 - "MŁODY CZŁOWIEKU, TO SĄ STUDIA. CZEGOŚ DO CHOLERY MUSIMY OD WAS WYMAGAĆ"

"TY CHYBA ZAPOMINASZ KIM JA JESTEM?! OGARNIJ SIĘ ZBYSZKU, JAK TY SIĘ W OGÓLE UBRAŁEŚ NA EGZAMIN? ZOBACZ, PAN REPRODUKTOR MÓGŁ SIĘ UBRAĆ. ZAŁOŻYŁ SUKIENKĘ, FUTRO Z GEPARDA, NA GŁOWIE PUDEŁKO PO POPCORNIE. A TY CO?"

3:30 - "MAM NADZIEJĘ ŻE TEN BUC NIE BĘDZIE MNIE UCZYŁ?"

"ALEŻ OCZYWIŚCIE ŻE NIE BĘDZIE, TEN PAN JUŻ TU NIE PRACUJE"

"ALE JA PRACUJĘ NA UCZELNI OD DWUDZIESTU LAT?"

"CZEGO NIE ROZUMIESZ? NIE PODOBASZ SIĘ PANU, WYPAD Z UCZELNI!"

4:15 - "MŁODY CZŁOWIEKU, PRZEMYŚLAŁEM, PONIOSŁO MNIE - WYBACZY MI PAN?"

"ZBYSZEK NIE KOMPROMITUJ SIĘ 😂 MIEJ CHOĆ ODROBINĘ GODNOŚCI"

4:55 - "EGZAMINU NIE OMINIEMY"

"WIEM! TYLKO ŻEBY NIE BYŁ ZA TRUDNY"

"ZBYSZEK, PRZYGLĄDAM SIĘ TOBIE 😅. ŁATWE MU DAJ"
 
5:25 - "TAM JEST MAPA"
 
"GDZIE?"
 
"TA KOLOROWA KARTKA" 😀
 
 

 
 
 
KABARET NOWAKI
 
 
"REMONT"
 
 
"MICHAŁ MÓWIŁAM CI CHODŹ PRZY NODZE"
 
"LUCYNA, MY JUŻ CAŁY DZIEŃ CHODZIMY PO TYCH SKLEPACH ZE SPRZĘTEM REMONTOWYM (...) SKLEP 14 METRÓW A MY 63 KILOMETRY ZROBILIŚMY"
 
0:50 - "A SEKS WCZORAJ BYŁ? (...) MNIE TEŻ, NIE BYŁO LEKKO"
 
1:20 - "PO TWOJEJ KĄPIELI, NASZA ŁAZIENKA WYGLĄDA JAK FOKARIUM, TYLKO RYB TAM BRAKUJE (...) POWIEDZ MI, JAK TY TO ROBISZ, ŻE JAK SIĘ KĄPIESZ, TO PIANA Z SZAMPONU JEST NAWET W SEDESIE?
 
"A JAK JA PO TOBIE WCHODZĘ POD PRYSZNIC, TO NAJPIERW TĘ KĘPĘ WŁOSÓW MUSZĘ WYJĄĆ Z ODPŁYWU (...) A TAK NA LOGIKĘ, SKĄD TY TE WŁOSY GUBISZ? 😄 JUŻ DAWNO ŁYSA POWINNAŚ BYĆ!"

5:40 - "JAKI TY JESTEŚ NIEŻYCIOWY! SKORO JAK REMONTUJEMY ŁAZIENKĘ I WYMIENIAMY PANELE, TO JAK SOBIE ODMALUJEMY ŚCIANY, WYMIENIMY DRZWI I NADBUDUJEMY PIĘTRO, TO SIĘ CHYBA NIC NIE STANIE?"

"ALE JAK NADBUDUJEMY PIĘTRO, JAK MY W BLOKU NA PARTERZE MIESZKAMY?"

7:40 - "INTELIGENT SIĘ ZNALAZŁ, A JAK TRZEBA BYŁO ZROBIĆ PRANIE, TO NIE WIEDZIAŁ GDZIE SIĘ PROSZEK WSYPUJE, A SKARPETKI WCISKA DO DVD" 


 
 
 
 CDN.
 

środa, 23 września 2020

WIELKA HISTORIA SEKSU - Cz. VIII

OD CZASÓW STAROŻYTNYCH

PO NAM WSPÓŁCZESNE

 

 ANTYCZNA GRECJA, MACEDONIA 

i EPOKA HELLENISTYCZNA

(ok. 800 r. p.n.e. - ok. 146 r. p.n.e.)

Cz. I

 
 

 
 

 KULT WIELKICH BOGIŃ

Cz. I

 
 

SEKS NAPRAWDĘ BOSKI

CZYLI EROTYKA WTAJEMNICZONYCH

 
 
 
 
 
 "JEŻELI SĄ PIĘKNE, CZEMU SĄ TAJEMNE"

FILON z ALEKSANDRII
(O GRECKICH MISTERIACH)
 
 
 Kult wielkich bogiń to jedna z naczelnych części składowych greckiej religijności, która była niepodważalna nawet dla tak swobodnie podchodzących do wszelkich bóstw i wierzeń - greckich filozofów (notabene większość, lub nawet wszyscy filozofowie wierzyli w bogów, tylko inaczej określali akcenty zjawisk nadprzyrodzonych, z czego potem mogły wychodzić pewne nieporozumienia jak choćby w przypadku Sokratesa - którego postawiono przed sądem i oskarżono o bezbożność i "psucie" młodzieży, a następnie skazano na śmierć poprzez wypicie cykuty - w 399 r. p.n.e. Choć on sam nigdy nie podważał istnienia bogów i nigdy nie przeczył ich wpływowi na lud, zresztą w swej mowie obronnej, przytoczonej przez jego ucznia Platona, miał rzec następująco: "Wierzę w mojego ducha opiekuńczego, tym bardziej więc wierzyć muszę w Bogów, którzy są wielkimi duchami wszechświata", zaś po usłyszeniu wyroku skazującego go na karę śmierci, dodał: "Bardziej wierzę w Boga, aniżeli którykolwiek z oskarżycieli moich. Czas już, abyśmy się rozstali, dla mnie - czas umrzeć, dla was - żyć. Komu z nas lepszy los przypadł w udziale? Nikomu to nieznane, jedynie Bogu"). Jedną z takich bogiń, była boska Demeter i jej córka Kora - obie symbolizowały zarówno życie jak i śmierć, czyli konieczność ludzkich losów (niektórzy filozofowie uważali że cały ten świat nie został stworzony przez Boga prawdziwego, który trzyma się z dala i nie ingeruje w ludzkie losy. Natomiast wszechświat stworzony został przez bogów pośrednich, którzy wpływają na ludzkie życie. Człowiek jest w stanie połączyć się z Bogiem prawdziwym poprzez modlitwę, dobrą myśl lub medytację, natomiast cała ta konieczność, która zmusza nas do życia na tym świecie, jest również wypadkową naszych działań i zachowań, dlatego radzono aby traktować ten świat jakbyśmy byli tu tylko kimś obcym - przyjezdnym).
Już w VII wieku p.n.e. powstał sławny "Hymn do Demeter" (ostał się do naszych czasów), który opowiada o porwaniu córki bogini - Kory, bawiącej się w otoczeniu Oceanid na "Nysejskiej równinie" - przez boga podziemnego świat zmarłych Hadesa (w czasach Homera i prawdopodobnie również wcześniej, wierzono że kraina Hadesa mieści się daleko na Zachodzie i można do niej dopłynąć, jeśli tylko będzie się długo i intensywnie podążać w tym kierunku. Dopiero od około VII wieku p.n.e. zaczęto utożsamiać świat zmarłych jako świat podziemny, niedostępny żyjącym). 
  
Zapłakana Demeter szukała córki w towarzystwie bogini ciemności - Hekate, a gdy dowiedziała się od boga słońca - Heliosa, iż Kora porwana została przez Hadesa za przyzwoleniem Zeusa, straciła wszelką nadzieję i pogrążyła się w smutku, a wraz z nią w smutku pogrążyła się cała przyroda, która zaczęła więdnąć i obumierać. Gdy ludziom zagroził głód, zaniepokojony tym Zeus starał się darami i obietnicami obłaskawić Demeter i skłonić ją do powrotu na Olimp. Ostatecznie polecił Hermesowi wyprowadzić Korę z Krainy Cieni i przywieźć ją do matki. Hades jednak - nie chcąc stracić świeżo poślubionej małżonki - uciekł się do podstępu, dając Korze do zjedzenia pestki granatu, co spowodowało że musiała ona powracać do męża na 1/3 część roku, lecz pozostały czas mogła jednak spędzać z matką. Uradowana tą myślą Demeter, ponownie ożywiła przyrodę, udała się też do Eleusis (gdzie już wcześniej przybyła, przyjmując postać staruszki i opiekowała się Demofonem - synem króla Keleosa, starając się zapewnić mu nieśmiertelność poprzez karmienie ambrozją i nocne zanurzanie go w ogniu) gdzie nakazała wznieść sobie świątynię i pouczyła kapłanów jak mają odprawiać jej kulty. O tym właśnie mówi ów "Hymn do Demeter". Wspomniałem o tym, ponieważ to właśnie Misteria Eleuzyńskie będą pierwszym z kultów wtajemniczenia, dzięki którym adepci mogli sobie zapewnić Raj po śmierci (wbrew pozorom zbawienie w greckiej religii nie było bowiem oczywiste dla wszystkich, gdyż jedynie wyjątkowo cnotliwe i dobre dusze, mogły trafić po śmierci na Pola Elizejskie - miejsce wiecznej szczęśliwości i radości, gdzie świeciło piękne słońce, a całe miejsce skąpane było w przepięknych kwiatach, drzewach rodzących wspaniałe owoce i krystalicznie czystych rzekach. Niestety, większość ludzi nie wiodła życia cnotliwego, a raczej zwykłe, normalne istnienie, w którym było wiele niegodziwości ale również i przyjaźni a niekiedy nawet szczodrobliwości. Takie dusze trafiały więc do miejsca, zwanego Łąkami Asfodeli, a było to szare, piaszczyste i monotonne miejsce, gdzie dusze co prawda nie cierpiały, ale też nie zaznawały żadnych przyjemności i takim duszom niezbędna była modlitwa żywych [co ciekawe tę koncepcję z Hellenizmu przejęło potem Chrześcijaństwo]. Dusze "niereformowalne" - czyli przeklęte przez bogów - czekał los najgorszy, gdyż za swe zbrodnie i niegodziwości mieli cierpieć wieczne męki w Tartarze [w orfizmie potępione dusze cierpiały kary jedynie do czasu spłacenia wszystkich swych długów popełnionych za życia i nie były skazane na wieczyste męki]. Najlepiej oczywiście było znaleźć się w pobliżu Erebu - czyli miejsca pobytu Hadesa i Kory [zwanej też Persefoną], ale tam trafić mogli jedynie specjalni wybrańcy, którzy przeszli przez stopnie wtajemniczenia w misteriach, a ich miejscem pobytu były zarówno Pola Elizejskie jak i Wyspy Błogosławionych - które były znacznie radośniejszą krainą, lecz trafić na nią można było tylko wówczas, gdy trzykrotnie wiedli życie sprawiedliwych. A prawo prośby o kolejne wcielenie przysługiwało jedynie wtajemniczonym w misteria, stąd zapewne już wiadomo jak elitarne grono będziemy teraz omawiać).    

 
 

MISTERIA w ELEUSIS

Cz. I 

 
 
KURTYZANA FRYNE NA MISTERIACH W ELEUSIS
 

 
 Kult Demeter i Kory w Eleusis był tak naprawdę kultem obcym, niegreckiego pochodzenia. Do tego attyckiego miasta został on sprowadzony bowiem aż z Egiptu i był jedynie greckim odpowiednikiem egipskiego kultu bogini Izydy. Sam fakt że elitarne misteria były również domeną Egipcjan jest tutaj niepodważalny (np. rytuał Boskiego Kultu czy też rytuał Deifikacji - pisałem już o nich w innych tematach). Ta egipska bogini (podobnie jak Demeter) również straciła bliską osobę - swego męża Ozyrysa, którego zamordował jego zazdrosny brat - Set, a następnie pociął jego ciało na drobne kawałki i zamknął je w specjalnie przygotowanej skrzyni, którą wrzucił do Nilu. Zrozpaczona Izyda szukała swego męża przez długi czas, aż w końcu dotarła do Byblos, gdzie skrzynia z ciałem Ozyrysa wypłynęła na brzeg, a przy niej urosło potężne drzewo. Izyda zebrała wszystkie części ciała swego męża i wraz z Anubisem (synem Seta), złożyła je w całość. Nie mogła odnaleźć tylko penisa Ozyrysa, gdyż Set cisnął go bezpośrednio w toń Nilu, a potem zjadła go ryba (dlatego też Egipcjanie nie mogli spożywać pewnych gatunków ryb, gdyż przez konsumpcję penisa boga, były one teraz... święte 😄), przez co ożywiony Ozyrys pozostał eunuchem i stał się władcą podziemnego świata zmarłych, a Izyda z synem Horusem osiadła w Achbit w VI nomie egipskiej Delty (symbolem tego nomu była krowa) - gdzie mieściła się potem jej najważniejsza świątynia. Natomiast główne miejsce kultu Ozyrysa mieściło się w Busiris w IX nomie Delty (symbolem nomu był mężczyzna z laską i biczem). To właśnie tam w czwartym miesiącu pory wylewów Nilu (październik), odbywało się trwające przez 18 dni święto, połączone z misteriami ku czci tego boga. Izyda była nie tylko "opiekuńczą przewodniczką, panią dróg morskich i rzecznych, tą, która nauczyła pisma, myślenia i rozsądku, tą, która sprawia, że Nil zalewa całą krainę, przywódczynią muz, wielooką piękną boginią", ale również patronką rzemiosł wszelakich, opiekunką matek i patronką rodzicielstwa, a także "pięknością niewieścią" i sprawczynią rozkoszy. Dlatego też oprócz naturalnej pozy w jakiej często była przedstawiana (jako karmiąca małego Horusa bogini-matka. Potem ten właśnie motyw został przyjęty w Chrześcijaństwie i tak prezentowano Marię Dziewicę, jako matkę trzymającą na rękach małego Jezusa), pokazywano ją także w dość odważnych odsłonach, np. jako damy podnoszącej suknię do góry i ukazującej nagie łono, czy też jako kobietę z obnażonymi piersiami. Dużą część tych atrybutów Izydy, przejęła potem grecka Demeter z Eleusis. 
 
Według greckich mitów, bogini Demeter była bardzo podobna do Izydy z Achbit również pod względem charakteru. Izyda potrafiła być mściwa i okrutna, Demeter zaś po utracie córki, gdy została piastunką małego Demofona na dworze króla Keleosa w Eleusis, miast własnym mlekiem, karmiła go ambrozją aby uczynić z niego boga (a tylko boginie mogły przemienić zwykłego śmiertelnika w nieśmiertelne bóstwo), a nocą przypiekała go w ogniu (aby go zahartować). Jednak podpatrzona pewnej nocy przez żonę króla Keleosa i matkę Demofona - Metanirę, która zapłakała na widok swego syna w płomieniach, przez co czar ambrozji prysł i dziecko naprawdę spłonęło w ogniu - wówczas bogini ukazała się w swej prawdziwej postaci i wyśmiewając ludzką głupotę, przykazała jednocześnie aby wystawić jej w tym mieście świątynię i wyznaczyła na swych kapłanów czterech mężczyzn: Triptolemosa, Eumolposa, Dioklesa i Keleosa. Ostatecznie jednak kapłanami zostali jedynie przedstawiciele rodu Eumolpidów (którzy twierdzili że wywodzą się od owego mitycznego Eumolposa). Nim jednak przejdę do samych kultów misteryjnych i do związanej z nią erotycznej ekstazy, warto słów kilka powiedzieć o świętym mieście Eleusis i tym jak ono wyglądało w V i IV wieku p.n.e. Otóż droga z Aten do Eleusis zwana była "Świętą" i wiodła z Dipylonu (to bodajże największa brama miejska Aten, a sama jej nazwa wskazuje iż była podwójna) przez wąwóz Dafne, górę Egialeos (obok której po lewej stronie stała świątynia Apollina, zaś nieco dalej po prawej - świątynia Afrodyty), następnie droga wiodła przez miasto Trię - leżące na Równinie Triazyjskiej, na której końcu - za rzeką Kefizos - w uroczej zatoce, skąd widać było wyspę Salaminę, leżało Eleusis. Miasto było podzielone na dwa okręgi, pierwszy zajęty przez mieszkańców (na jego temat nie przetrwało zbyt wiele informacji, jako że Grecy nie przywiązywali zbyt dużej wagi do domostw i budynków budowanych dla obywateli i władz, skupiając się głównie na świątyniach bogów. Stąd do naszych czasów przetrwały ruiny okręgu kultowego na ateńskim Akropolu, natomiast nie przetrwał żaden ślad greckiego domu mieszkalnego, czy też budynku zajmowanego przez ówczesne władze polityczne. Warto jedynie dodać, że w Eleusis schronili się w 403 r. p.n.e. wypędzeni z Aten przez Trazybulosa - który po klęsce w Wojnie Peloponeskiej ze Spartą, reaktywował demokrację - ateńscy oligarchowie, potem wymordowani po zajęciu Eleusis w 401 r. p.n.e.). 
 
Drugim zaś było otoczone wewnętrznym murem owe centrum kultowe bogini Demeter, do którego wejście wiodło przez propylon (przedsionek), przy którym stała świątynia Artemidy. Wszedłszy do środka, napotykamy drugi, mniejszy propylon wiodący do perybolu wewnętrznego okolonego murem. Stamtąd wiodła już bezpośrednia droga do Wielkiej Świątyni Demeter, przed którą stały dwie kolumny z bogato zdobionymi postaciami gryfów na swych wierzchołkach. Dochodząc do schodów (które podchodziły na skalisty taras po stronie zachodniej) wchodzimy do Świątyni przez drzwi i napotykamy tam wąską i ciasną przestrzeń, a idąc dalej, widzimy po prawej i lewej stronie dwie mniejsze komnaty (w kształcie nisz) gdzie ustawiono posągi bóstw (nie wiadomo jednak jakich, gdyż nie przetrwały one do naszych czasów), kierując się cały czas prosto, wchodzimy do wielkiej sali misteryjnej wzniesionej przez niejakiego Iktynusa w czasach Peryklesa (po zburzeniu starej świątyni przez Persów w 480 r. p.n.e. czyli kwadratowej sali z sufitem wspartym na pięciu kolumnadach, odbudowano ją w starym stylu po klęsce i wycofaniu się Persów w 479 r. p.n.e., jednak nie spodobała się ona Peryklesowi, który zamówił plany nowej świątyni autorstwa właśnie Iktynusa). Zburzono wówczas stary mur, okalający Świątynię od strony wschodniej, oraz stary budynek filarowy też od strony wschodniej (tylna część Świątyni). Około 311 r. p.n.e. niejaki Filon wzniósł przy Świątyni portyk zewnętrzny o długości 55,91 m. i szerokości 11,50 m. który wspierał się na czternastu kolumnach doryckich, a stąd prowadziło dwoje drzwi do gmachu telesterionu (czyli głównego miejsca poświęcenia), spoczywającego na sześciu kolumnach, do którego były dwa wejścia: od północnego-wschodu i południowego-zachodu. Telesterion istniał już zarówno przed inwazją Persów, jak i w czasach Peryklesa, tylko wtedy była tam jedna para drzwi i nie było portyku okalający drogę procesyjną. W telesterionie było osiem rzędów stopni, przeznaczonych do stania dla wtajemniczonych w misteria i tutaj odbywały się główne obrzędy kultowe ku czci bogini Demeter i jej córki Kory-Persefony.
 
 

 
Uroczystości kultowe były niezwykle bogate i przyciągające wzrok (oficjalnie czyniono tak, aby przekonać nowo wstępującego do lepszego życia i poznania prawd boskich). Mit o Persefonie wstępującej do Hadesu (do piekła) i jej stamtąd wyprowadzenie na polecenie Zeusa - był symbolicznym przykładem upadku ludzkiej duszy (poprzez grzech) oraz jej ponownego odrodzenia, jako istoty wtajemniczonej w starożytne, boskie rytuały, a przez to zapewniającej sobie po śmierci miejsce w Elizjum (czyli na Polach Elizejskich). Taki człowiek zyskiwał pewność, że - jeśli tylko nie popełni wyjątkowo odrażającej zbrodni, która w oczach bogów uznana będzie za niewybaczalną - wówczas nie musi już obawiać się śmierci, gdyż ma pewność że trafi do pięknego świata i będzie tam obcował w otoczeniu samego Hadesa i Persefony (do tych misteriów mogli oczywiście przystępować zarówno mężczyźni jak i kobiety). Pindar pisał w "Trenach": "Szczęśliwy, kto widział przed zejściem w podziemia - zna on koniec życia! Zna też jego początek dany przez Zeusa", a Sofokles dodawał: "Po trzykroć szczęśliwi ci śmiertelni, którzy udadzą się do Hadesu po kontemplacji tych misteriów. Tylko ci będą żywi. Dla innych wszystko jest cierpieniem". Grecy uważali misteria eleuzyńskie za kult tak prastary, że nie pamiętano kiedy dokładnie został zapoczątkowany (stąd właśnie wziął się mit o bogini Demeter i porwaniu Persefony, czyli czasach gdy "bogowie żyli wśród ludzi"). Biorąc jednak po uwagę wykopaliska archeologiczne prowadzone w Eleusis, można przyjąć że misteria te miały swój początek już w XV wieku p.n.e., gdyż właśnie z tego okresu pochodzi pierwsza komora świątynna z filarami podtrzymującymi dach (na kształt egipski, stąd bezpośrednie korelacje z misteriami egipskimi). Jak już wspomniałem, filozofowie - którzy często kpili sobie z bajek o bogach z Olimpu, nie odważyli się w jakikolwiek sposób krytykować lub umniejszać znaczenia kultów misteryjnych (nie tylko tych z Eleusis). Zresztą większość z nich, to byli ludzie głęboko wierzący w bogów, jedynie inaczej ich sobie tłumaczyli - częściej jako potężne istoty opiekuńcze, niż żywych bogów zasiedlających Olimp i będących odwzorowaniem ludzkich namiętności, żądz i obaw. Zresztą w starożytności krytyka bogów, wychodząca z ust niektórych filozofów, nigdy nie spotkała się z reakcją kapłanów tej czy innej świątyni, a jeśli już wytaczany był im proces o "bezbożność" to oskarżycielami nie byli kapłani, lecz... politycy lub ludzie prywatni, oburzeni takim właśnie stanowiskiem, który w ich przekonaniu równy był podważeniu całej dotychczasowej religii i tradycji. Świątynie trzymały się od oskarżeń z daleka, a nawet często świadczyły na korzyść oskarżonych - jak na przykład Świątynia Apollina w Delfach, do której zwrócono się z pytaniem czy Sokrates znieważył bogów swymi czynami i słowami, odpowiedź przyszła następującej streści: "Nie ma człowieka wolniejszego, sprawiedliwszego i rozważniejszego". 
 
Kara śmierci jednak została podtrzymana, jako że sędziowie z Areopagu uznali za niedopuszczalne podważanie działalności sofistów, którzy zarabiali pieniądze na wmawianiu Ateńczykom iż znają odpowiedzi na wszelkie boskie tajemnice i twierdzili że tak naprawdę nie istnieje ani prawda ani fałsz - a prawdą jest tylko to, co da się przekonująco wyjaśnić swobodną mową i można udowodnić zarówno nieprawdę w prawdzie, jak i prawdę w nieprawdzie. Sokrates podejmował z nimi dysputy i tak dopytywał, tak drążył temat, iż w końcu wychodziło że nie tylko nie mają oni żadnej "boskiej wiedzy", ale nawet sami nie wiedzą dokładnie o czym mówią, po czym na końcu - gdy wyszło już że zdecydowanie zaczęli podważać to, co wcześniej twierdzili na początku - dziękował im za rozmowę i za to że raz jeszcze utwierdzili go w przekonaniu że nic nie wie. Zresztą Sokrates wielokrotnie powtarzał słowa: "Wiem że nic nie wiem" które miały być symbolem ludzkiego istnienia oraz niemożności pojęcia całej bożej wiedzy i mądrości. To jednak bardzo oburzało owych "mędrców" którzy gotowi byli wiele uczynić, aby uwolnić się od Sokratesa, czyli tego, który psuł im interesy (ludzie bowiem zawsze szukają jasnych i prostych odpowiedzi na zadane pytania i garną się do tych, którzy deklarują że takie właśnie odpowiedzi znają. Z drugiej strony ludzie są też w stanie bardzo wiele wybaczyć - nawet starożytni mogli wybaczyć ateizm, pod warunkiem wszakże aby nie był on zbyt nachalny - nigdy jednak nie wybaczą upokorzenia i wykazania fałszu własnych przekonań, nawet jeśli sami już w nie nie wierzą). Platon pozostawił potomnym słowa swego mistrza, zapisane w "Apologii Sokratesa", w której ów filozof miał rzec po skazaniu go na śmierć przez radę Areopagu: "Te właśnie poszukiwania moje bezowocne ludzi mądrych pomiędzy Ateńczykami wywołały przeciwko mnie tyle nieprzyjaźni niebezpiecznych, stąd wszystkie oszczerstwa, szerzone na mój rachunek, bowiem wszyscy ci, którzy słuchają mnie, sądzą, że wiem sam to wszystko, na mocy czego zdzieram maskę z ciemnoty innych (...) Intryganci czynni i liczni, mówiąc o mnie podług planu z góry ukartowanego, z darem wymowy zdolnym porwać słuchaczy, od dawna już dziurawią wam uszy najpodstępniejszymi, najbardziej wiarołomnymi pogłoskami i przeprowadzają bez wytchnienia swój system szkalowania". Sokrates, który zawsze z szacunkiem mówił o misteriach eleuzyńskich, sam nigdy nie był jednym z wtajemniczonych, gdyż odmówił uczestnictwa w owych misteriach.
 
 
Jak zatem wyglądały misteria eleuzyńskie i czy cechowała je erotyczna rozwiązłość?
O tym wszystkim (i o wielu innych rzeczach) opowiem w kolejnej części






 CDN.
 

niedziela, 20 września 2020

SZALONY MONARCHA I JEGO EPOKA - Cz. II

CZY KAROL VI

I JEGO ROZPUSTNA MAŁŻONKA

PRZYWIEDLI FRANCJĘ

NA SKRAJ UPADKU?

 
 

 
 

POD OSŁONĄ NIEWIEŚCICH SUKIEN

Cz. II

 
 
 
 
 
 
 "CZASIE POKUTY PEŁEN I CIERPIENIA,
WIEKU LAMENTU, KATUSZY, ZAZDROŚCI,
CZASIE NIEMOCY I POTĘPIENIA
 SAME CZYNISZ NIEPRAWOŚCI"
 
 
 
 Gdy 16 września 1380 r. Karol VI obejmował tron Francji, nie miał nawet jeszcze 12 lat. Władzę w imieniu małoletniego króla - zgodnie z życzeniem jego ojca Karola V, który jeszcze w 1374 r. zadbał o uregulowanie kwestii regencji w przypadku swej przedwczesnej śmierci - miały sprawować Stany Regencyjne złożone z prałatów, arystokratów, urzędników i mieszczan. Jednak gdy tylko Karol V wydał swe ostatnie tchnienie, możni panowie spod znaku Kwiatu Lilii (wywodzący się z domu św. Ludwika IX, czyli spokrewnieni z królewskim rodem Walezjuszy), a innymi słowy - trzej stryjowie i jeden wuj młodego króla: Ludwik książę Andegawenii, książę Jan de Berry, Filip Śmiały książę Burgundii i Ludwik de Burbon - obalili testament zmarłego władcy i sami objęli kuratelę nad swym bratankiem. Korzystając ze znacznych praw w swych posiadłościach, związani z królem zależnością lenną, postanowili teraz swą regencję wykorzystać w celu pomnażania niezależności swych domen. Jednak czteroosobowa Rada Regencyjna bardzo szybko się wykruszyła. Najpierw wycofał się książę Ludwik z Andegawenii i w 1382 r. wyruszył na wyprawę do Włoch, by walczyć o tron Neapolu (a już w 1384 r. zmarł w Bari). Książę Jan de Berry zadowolił się lukratywnymi terenami namiestnika Langwedocji i również wycofał się z Rady. Pozostali tylko Filip Śmiały i Ludwik Burbon, ale ten drugi zdradzał już poważne oznaki choroby psychicznej, przeto cała władza regencyjna spoczęła w ręku księcia Burgundii. A spraw naglących było wówczas mnóstwo do rozwiązania, tym bardziej że skarb królewski był prawie pusty (Karol V na łożu śmierci zniósł dodatkowo podatek zwany "fouage" - pobierany od "paleniska", czyli od każdego domu w którym był piec - a piec był w każdym domu). Wojna z Anglią co prawda znalazła się w stanie swoistego zawieszenia, ale wciąż daleko było do jej zakończenia, tym bardziej że niepokoje wciąż wybuchały w pobliżu francuskich granic (w 1379 r. doszło we Flandrii do buntu Filipa van Artevelde, który na czele pospólstwa obalił rządy patrycjatu w Gandawie, Ypres i Brugii), co też skutkowało niepokojami we francuskich miastach (powstanie flandryjskie ożywiło buntownicze nastroje w północnej Francji). Miasta bowiem niechętnie teraz płaciły podatki, gdyż zniesienie "fouage" uznano za krok ku całkowitemu zlikwidowaniu wszelkich świadczeń podatkowych na rzecz Korony i książąt. A Francja właśnie wówczas potrzebowała pieniędzy, tym bardziej że obawiano się zarówno wznowienia wojny z Anglikami, jak i powstań i buntów społecznych.
 
I rzeczywiście, wiele miast (Rouen, Orlean, Reims) odmawiało płacenia podatków i zaczęły wzbierać tam niepokoje oraz zamieszki przeciwko "grubym" (arystokratom), którzy zdzierają ostatni grosz od "chudych" (mieszczan i chłopów). W 1382 r. w Paryżu wybuchło największe i najpoważniejsze powstanie miejskie, które przeszło do historii pod nazwą "Rewolty czekanistów" ("Revolte des maillotins"), czyli mieszkańców miasta uzbrojonych w czekany. Powstanie to, jak również w innych miastach i na wsiach - zostało zgniecione przez francuskie rycerstwo. Rozprawiono się także z rewoltą flandryjską Filipa van Artevelde, znosząc w bitwie pod Roosebeke (listopad 1382 r.) wojska komuny miejskiej Gandawy. Filip Śmiały (jako protektor swego teścia - Ludwika Flandryjskiego) bezwzględnie tłumił wszelki opór, nakazując brutalne konfiskaty i stosując pacyfikacje wsi oraz doraźne egzekucje w miastach. Po zwycięstwie pod Roosebeke, przez trzy kolejne lata trwała bezwzględna pacyfikacja Flandrii, a w 1384 r. (po śmierci swego teścia) rządy w tym kraju przejął książę Burgundii i główny organizator kampanii flandryjskiej - Filip Śmiały. Jego rządy zarówno w tym kraju, jak i jako regenta Francji, cechowała niezwykła brutalność i bezkompromisowość. Bezceremonialnie odbierał zbuntowanym miastom ich przywileje, nakładał olbrzymie grzywny zbiorowe na mieszkańców, stosował represje (masakrując nieposłusznych). Przywrócił też podatek "fouage", który bezwzględnie egzekwował. Francja, której to granice były płynne i która wciąż jeszcze (pomimo aktów unifikacyjnych poprzednich monarchów) podzielona była na kilka niezależnych od Korony księstw, które w przypadku słabości monarchy, pełniły rolę swoistego ogona merdającego psem. Rozdrobnienie dzielnicowe było symbolem średniowiecza w wielu regionach Europy, ale procesy unifikacyjne przyspieszyły od XIV wieku głównie w Europie Środkowej, Północnej, Wschodniej i Południowej, natomiast Francja, Włochy i Niemcy to był zlepek niezależnych domen które bardziej przypominały puzzle, niż jednolity obrazek.
 
 

 
Granice Francji bowiem wciąż wyznaczały rzeki: Skalda, Moza, Saona i Rodan, określone jeszcze w 843 r. w traktacie w Verdun. Co prawda w przeciągu kolejnych wieków część ziem znalazło się pod panowaniem francuskich królów i książąt - to jednak prowokowało to zadrażnienia i niepokoje. Poza tym oczywiście Francja w żadnym wypadku nie była krajem jednolitym ani etnicznie, ani też językowo. Na przykład Południe i Północ Korony Francuskiej tak bardzo się od siebie różniły, że tym z południa (mimo iż granicę oddzielały Pireneje) bliżej było do mieszkańców Aragonii, Nawarry czy nawet Sabaudii, a tym drugim do Lotaryńczyków, Flamandów czy nawet Niemców z Rzeszy. O języku nie ma też co pisać, gdyż praktycznie każda francuska prowincja miała w tym czasie swój własny dialekt, prawie niezrozumiały dla całej reszty. Poza tym kluczową rolę odgrywały kontakty handlowe i wzajemna wymiana, stąd znacznie łatwiej było się dogadać Gaskończykom czy Prowansalczykom z Aragończykami zza Pirenejów, a Akwitańczykom z Anglikami, niż na przykład z "Armaniakami" z Paryża, Reims czy Orleanu. Tak więc poczucie odrębności poszczególnych ziem było w tym czasie bardzo silne w krainie zwanej Francją, a indywidualizm miast - które gotowe były nawet zbrojnie bronić swych przywilejów podatkowych kosztem dobra Korony, stał się powszechnym i naturalnym zjawiskiem. Powodowało to potęgujące się nieszczęścia i klęski. W 1356 r. (już po przegranej bitwie z Anglikami pod Poitiers), francuski kronikarz Michelet pisał: "Królestwo, bezsilne, umierające (...) i tracące świadomość swego istnienia, leżało bezwładnie jak trup. Zżerała je gangrena. Roiło się w nim robactwo, robactwem byli bandyci, Anglicy, Nawarczycy. Cała ta zgnilizna rozłączała, odrywała jedne od drugich członki nieszczęsnego ciała. Mówiono o królestwie, ale nie istniały już stany naprawdę generalne, nie istniało nic powszechnego, nie było komunikacji, nie było dróg. (...) Drogi były jaskiniami łotrów, wieś polem bitwy, wojna wrzała wszędzie jednocześnie, niepodobna było rozróżnić, kto przyjaciel, kto wróg". Tak właśnie prezentował się obraz Francji na początku panowania Karola VI.

Filip Śmiały z Burgundii - który był realnym władcą państwa - gdy już objął rządy we Flandrii, postanowił ożenić młodego króla z księżniczką Izabelą Bawarską z rodu Wittelsbachów (z którymi to wszedł w sojusze). Do małżeństwa doszło dnia 17 lipca 1385 r. gdy król miał lat szesnaście, a jego wybranka zaledwie piętnaście, jednak mimo wszystko młoda para przypadła sobie do gustu (czego efektem było wydanie na świat 12-ściorga dzieci, które to Izabella rodziła prawie co roku, począwszy od września 1386, jednak spora część z nich nie przeżyła wieku dziecięcego). Król i królowa rozpłynęli się teraz na całego w życiu dworskim, czyli ciągłych bankietach, turniejach rycerskich i festynach, żyjąc w zupełnie innym świecie niż większa cześć ich poddanych. Zresztą nie trzeba było być monarchą, by żyć luksusowo i nie martwić się troskami dnia codziennego, które w XIV i XV wieku przybrały we Francji na sile, a okres ten został nazwany po prostu "Czasami Niedoli". Wojna, konfiskaty, rabunki, grasujące po drogach kompanie "oprawców" i "golarzy" (ci pierwsi napadali i rabowali, a ci drudzy zabierali to, czego ci pierwsi nie zdołali ukraść), spowodowały że zaopatrzenie miast w żywność nastręczało sporych trudności, a to znów rodziło obawy o pojawiające się od czasu do czasu klęski głodu. Dlatego też miasta coraz częściej przybierały wiejski charakter i przy domostwach trzymano własne bydło oraz uprawiano poletka - powszechny bowiem stał się strach przed głodem i z rozrzewnieniem opowiadano sobie o dawnych, dobrych czasach "najjaśniejszego pana św. Ludwika", gdy każdy miał co jeść, kraj był zasobny a lud bogaty. Epoka "Czarnej Śmierci" wszystko jednak odwróciła i doprowadziła Francję (oraz inne kraje Europy Zachodniej) do wyludnienia i prawdziwej ruiny. Zaczął na przykład podupadać niezwykle prężny wcześniej przemysł sukienniczy we Flandrii, Artois i Douai (niektóre miasta - jak Arras - skutecznie ratowały się przed plajtą przestawieniem produkcji ubrań na kobierce, które - zamawiane przez królów i książąt - potem zdobiły ściany wielu krajów w Europie). Zamarła wytwórczość, zamarł też i handel, a miasta biedniały i wyludniały się (np. w Tuluzie w ciągu stu lat od początku XIV do XV wieku, ludność miasta spadła o połowę z 40 do 20 tys.), a rzemieślnicy zmuszeni byli do zamknięcia swych warsztatów, gdyż ludzie coraz mniej kupowali, zaś zapotrzebowanie książąt na te towary mimo wszystko było znikome.
 
A mimo to książęta żyli naprawdę dobrze, czego dowodem są pozostałe do naszych czasów pamiętniki i opowiadania, spisane przez wówczas żyjących poddanych francuskiego króla. Taki na przykład Gutierrez Diaz de Gamez - giermek przybyłego z Kastylii rycerza o imieniu Pedro Nino - pozostawił na przykład opis majątku i życia marszałka Francji (od 1405 r. "na emeryturze" ze względu na jego podeszły wiek) Renalda de Trie oraz jego małżonki, na zamku Serifontaine. Gutierrez pisał mianowicie tak: "Admirał był rycerzem bardzo wiekowym i chorym. Złamały go trudy wojenne, bo zawsze walczył, a był rycerzem groźnym w starciu. Nie mógł już bywać na dworze ani w obozach i żył usunąwszy się do swoich włości. Tam pod dostatkiem miał wszystkiego, co przystało jego osobie. (...) Miał z sobą giermków i służbę dla różnego rodzaju usług, jak przystało takiemu panu. (...) pan ów posiadał czterdzieści czy pięćdziesiąt psów, aby polować w lesie, oraz ludzi do ich doglądania. Było tam do dwudziestu wierzchowców dla jego osoby. (...) Cóż więc wam powiem? Wszelkie dobro, wszelkie dostatki można tam było zobaczyć. (...) Rycerz ów miał małżonkę najpiękniejszą niewiastę jaka żyła wówczas we Francji. (...) Bardzo ją wychwalano we wszystkich rzeczach, które przystoją wielkiej damie, a ponieważ miała dużo rozumu, lepiej rządziła swoim domem, na lepszym utrzymywała go poziomie niż którakolwiek można pani w tej prowincji. Miała swoje zacne komnaty oddzielone od pokojów admirała, zaś od jednych do drugich szło się przez most zwodzony. (...) Pani admirałowa miała około dziesięciu szlachetnie urodzonych panien, nader bogato ubranych i zaopatrzonych, które za całą pracę miały troskę o własną osobę i dotrzymywanie towarzystwa swojej pani. (...) Opowiem wam o porządku i regułach, jakich trzymała się ta pani. Rano, gdy wstała, szła ze swymi pannami do gaju, który był niedaleko, każda z książką do nabożeństwa i różańcem. Siadały z dala jedna od drugiej i nic nie gadały, póki nie skończyły modlitwy. Następnie zbierały kwiatki (...) stamtąd wracały do zamku i szły do kaplicy, gdzie słuchały mszy świętej cichej. Wyszedłszy z kaplicy zabierały srebrną tacę, na której były kury, skowronki i inne ptaki pieczone, i jadły (...) a potem podawano wino. (...) To uczyniwszy, pani dosiadała wraz ze swoimi pannami najlepiej osiodłanych i najlepszych (...) stępaków, a wraz z nimi cwałowali rycerze i szlachta. (...) w godzinie obiadu, zsiadali z koni i udawali się do komnaty, gdzie znajdowali stół nakryty. (...) Dania, wielce urozmaicone, w wielkiej liczbie i dobrze przyrządzone (...) składały się bądź z mięsa, bądź z ryb i owoców, zależnie od tego, jaki dzień był. (...) Podczas jedzenia obecni byli grajkowie, którzy przyjemnie na różnych instrumentach wygrywali. Gdy tylko odmówiono modlitwę dziękczynną i usunięto stoły, wchodzili minstrele i pani tańczyła. (...) Tańce trwały godzinę. (...) Następnie przynoszono łakocie, podawano wino i wszyscy szli odpocząć. (...) W lecie jadali wcześniej, a potem pani pieszo szła zabawić się w pola i grali w kule aż do nocy, potem szli do sali oświetlonej pochodniami i wtedy zjawiali się minstrele. Tańczono do późnej nocy, a gdy już podane zostały wina i owoce, żegnali się aby pójść na spoczynek". Miłe, spokojne, beztroskie życie, pełne uczt, polowań balów, przechadzek panów i dam prowadzących zalotne rozmowy - prawdziwe Dolce Vita. Niektórzy też dla rozrywki i urozmaicenia czasu kazali rozrzucać ludowi pieniądze i przypatrywali się jak ludzie między sobą walczą o te monety. Byli też i tacy, którzy dla zabawy kazali... podpalić własne konie.
 
 

 
Niektórzy arystokraci urządzali też specjalne wieczory, podczas których albo grano w karty (w męskim gronie), albo też konwersowano z damami lub zadawano sprośne pytania (choćby takie: "Co w ciele kobiecym jest lepsze, część górna czy dolna?"), inni przebierali się w specjalne stroje (np. w skóry wilków. Jeden z francuskich wielmożów - Peire Vidal, aby zabawić swych gości, przebrał się w skórę wilka i zaczął wyć, a potem kazał wypuścić swoje psy - które jednak nie znały się na żartach i... zagryzły swego pana na miejscu 😏). Należy też pamiętać że średniowiecze to okres, w którym z kobiety uczyniono żywą boginię cnoty, dla której mężczyzna-rycerz był w stanie uczynić wszystko, nawet rzucić się w ogień dla jej kaprysu. Może to się wydawać dziwne (szczególnie dziś, gdy feministki i inne bojowniczki postępu, deprecjonują średniowiecze jako epokę "ciemnoty i zabobonu"), ale kobieta w tym okresie miała bez wątpienia najsilniejszą pozycję w całych historycznych dziejach ludzkości. Nigdy wcześniej ani już nigdy później nie wywyższono kobiet tak wysoko, czyniąc z nich w praktyce żywe bóstwa (np. sławny rycerz i marszałek Francji Jean Le Maingre zwany "Boucicat" - który w latach 1384, 1385 i 1390-1391 walczył po stronie Krzyżaków przeciw Litwinom - tak oto miał postąpić - jak pisze jego biograf Hugo - gdy w Geniu pozdrowiły go dwie damy, a on odwzajemnił pozdrowienie, składając im ukłon. Na pytanie: "Panie, kim są owe dwie niewiasty, którym złożyłeś tak głęboki ukłon?", "Nie wiem" - odparł Boucicat, "Panie, to są pospolite dziewki", "Pospolite dziewki" - rzekł Boucicat - "Wolę raczej okazać cześć dwóm pospolitym dziewkom niż ubliżyć jednej szlachetnej pani"). Powstawały też specjalne zakony, których zadaniem było strzec czci i godności kobiet, oraz służyć im jak przystało rycerzom (jeden z takich zakonów, założył Boucicat w 1399 r. i zwał się on zakonem "Zielonej Tarczy Białej Damy", inny, równie popularny zakon o nazwie: "Dwór Miłości" - założony przez wspomnianego na początku Filipa Śmiałego księcia Burgundii i Flandrii, miał za zadanie: "Pod przewodem, władzą i opieką (...) wychwalanych cnót, a mianowicie pokory i wierności, ku zaszczytowi, pochwale, poważaniu i służbie wszystkich pań i panien"). Służba damie, jako ideale kobiecości - była bezwzględnym obowiązkiem każdego rycerza, który w tym momencie sprowadzał się do roli niewolnika kobiety,  chcącej uraczyć go swym słowem lub gestem. Każdy rycerz, który w jakikolwiek sposób uchybiłby godności damy lub panny, zostałby objęty infamią i uznany za niegodnego tego miana (choć należy też przyznać że wielu rycerzy traktowało te przykazy jako swoisty folklor i nie zawsze tak postępowali w życiu - niektórzy też dopuszczali się gwałtów, porywali kobiety jako swe narzeczone, a jak się im znudziły, odsyłali je do rodziny - ale jednak taki właśnie był model i ideał średniowiecznej męskości: służba niewieściej cnocie i urodzie).
 
 

 
Wracając jednak do Karola VI i jego małżonki, który w listopadzie 1388 r. w wieku dwudziestu lat, objął realne rządy nad krajem i rozwiązał Radę Regencyjną książąt (w zasadzie złożoną z samego Filipa Śmiałego) ponownie powołując do urzędów ludzi mianowanych niegdyś przez jego ojca, którzy doprowadzili do załagodzenia konfliktów z miastami i przywrócenia im dawnych przywilejów (jednak obciążenia fiskalne nadal pozostały w swej mocy). Taki oto był obraz Francji pierwszej dekady rządów Karola VI, a jak wówczas wyglądała Europa i jakie trapiły ją problemy? O tym nieco więcej w kolejnej części...    
 
 
 
 CDN.
  

sobota, 19 września 2020

HISTORIA POLSKIEGO KOMUNIZMU - Cz. III

 INTERNACJONALIZM

NA ZIEMIACH POLSKICH

 

HISTORIA PEWNEGO ZŁUDZENIA

 POLSKA PARTIA SOCJALISTYCZNA

"PROLETARIAT" 

 
 
LUDWIK WARYŃSKI
 
 
 
 Komunizm polski nie ma żadnych rodzimych tradycji! Na tym zdaniu w zasadzie można by było poprzestać, jednak nie definiuje ono całości owego zagadnienia, a jedynie nakreśla pewne symboliczne granice, w ramach których będziemy mogli się poruszać. Komunizm przyszedł na ziemie polskie z Niemiec, Francji i Szwajcarii i pomimo kilku haseł-zaklęć (takich jak choćby uznanie prawa Polaków do niepodległości i potępienie carskich represji po stłumieniu Powstania Styczniowego z lat 1863-1864, oraz kilka pozytywnych słów na temat Polski wypowiedzianych przez Karola Marksa i delegatów I Międzynarodówki, zebranych w sierpniu 1864 r. w Saint Martin's Hall w Londynie), komunizm miał zawsze antypolskie zabarwienie. Jednak druga połowa XIX wieku, zbiegła się na ziemiach polskich z przeświadczeniem, że upadek państwa został spowodowany niechęcią szlachty do realnego wyzwolenia chłopów, a wiele inicjatyw podejmowanych w tym właśnie okresie było im szczególnie bliskich (fascynacja ta zaczęła przybierać formę wręcz chłopomanii, czego przykładem było "Wesele" Stanisława Wyspiańskiego i jego słynne: "Mam do chłopów pociąg duży...", Jana Kasprowicza, Stanisława Przybyszewskiego i oczywiście Władysława Reymonta z jego epopeją: "Chłopi" za którą w 1924 r. otrzymał literacką nagrodę Nobla). Starano się nie pamiętać lub też wymazywać z pamięci te przykre obrazy, gdy zarówno podczas Powstania Styczniowego, jak i wcześniej, w czasie Rabacji Galicyjskiej 1846 r. - chłopi wprost występowali nie tylko przeciwko szlachcie jako takiej, ale również przeciw samej idei odrodzenia niepodległości Polski. W czasie Powstania Styczniowego Rosjanie nawet organizowali specjalne oddziały chłopskie, które zajmowały się tropieniem powstańców i często podejmowały z nimi walkę (a ci, którzy nie walczyli, obrabowywali poległych z odzienia, broni i butów), natomiast podczas Rabacji dochodziło do prawdziwie dantejskich scen, gdy chłopi - podburzeni przez austriackich urzędników - napadali na dwory i mordowali szlachtę (ale należy dodać że jedynie samych mężczyzn, gdyż tylko za ich głowy otrzymywali pieniądze, natomiast kobiety puszczano wolno, a czasem nawet dawano specjalny glejt, aby mogły stamtąd wyjechać). Jednak tam też miał znaczenie aspekt narodowościowy (kiedyś jeszcze szerzej napiszę o Rabacji roku 1846, gdyż to, co się oficjalnie twierdzi, nie do końca jest zgodne z prawdą). W każdym razie w drugiej połowie XIX stulecia, wśród kręgów artystycznych ("Młoda Polska") jak również niepodległościowych, zapanowała prawdziwa "moda na chłopów" i powstało przekonanie że nie zostali oni odpowiednio zmotywowani do walki o niepodległość (z drugiej strony wiele w tym było racji, wystarczy bowiem spojrzeć na wojnę polsko-bolszewicką 1919-1920, aby zauważyć że to właśnie chłopi stanowili trzon tej Armii Polskiej, która ostatecznie rozbiła bolszewickie wojska).
 
 

 
Dlatego też zapanowało dość złudne przeświadczenie, że skoro chłopi za swe czyny (np. podczas Insurekcji Kościuszkowskiej z 1794 r.) nie zostali odpowiednio nagrodzeni, tak również to przeświadczenie rozciągnięto na wszystkie kręgi "upośledzone", czyli również robotników (jako byłych chłopów, szukających godnego zarobku w miastach. Najczęściej byli to analfabeci, niewykwalifikowani w żadnym zawodzie, stąd bardzo trudno było im znaleźć dobrą pracę, a jeśli już ją znajdowali to była to ciężka fizyczna praca za marne grosze). Jednak ruch komunistyczny (jak również socjalistyczny) był na polskich ziemiach zupełnie obcym, nie posiadającym żadnych wcześniejszych korzeni ani tradycji. Co prawda Bolesław Limanowski tworzył w latach 70-tych XIX wieku kółka samokształceniowe i niewielkie ugrupowania socjalistyczne, a w 1879 r. w Genewie został wydrukowany pierwszy polski program socjalistyczny w którym na pierwszym miejscu zwolennicy Limanowskiego postawili dążenie do jedności klasy robotniczej i poprawy jej bytu materialnego, natomiast zupełnie pominięto w nim kwestię odrodzenia państwa polskiego. Limanowski jednak - mimo że był socjalistą - to jednak nie przejawiał tendencji rewolucyjnych, jednak założona 1 września 1882 r. Polska Partia Socjalistyczna o nazwie "Proletariat" była już typowo marksistowską i jednocześnie czerpiącą wiele z socjalizmu rosyjskiego - partią rewolucji. W kierownictwie tej partii znaleźli się: stojący na jej czele Ludwik Waryński  ps. Jan Buch (był on współautorem wyżej wspomnianego "programu brukselskiego", wydrukowanego 1 października 1879 r. w Genewie w piśmie "Równość" w gronie zwolenników Bolesława Limanowskiego, do którego należeli również: Stanisław Mendelson, Szymon Diksztajn, Kazimierz Dłuski i Maria Jankowa), następnie Edmund Płoski, Edmund Dulęba, Stanisław Kunicki ps. Grzegorz Rudy (od 1880 działał również w rosyjskiej "Narodnej Woli", wydawał pismo "Walka Klas" i należał do zdecydowanych wrogów odzyskania przez Polskę niepodległości, jednocześnie to właśnie on doprowadził do realnego podporządkowania się "Proletariatu" rewolucjonistom rosyjskim), Tadeusz Rechniewski, Aleksandra Jentys, Szymon Diksztajn ps. Jan Młot (współpracował z rosyjską organizacją rewolucyjną o nazwie "Czornyj Pieriedeł". Był też tłumaczem, który na język polski przetłumaczył wiele dzieł Marksa, Engelsa, jak również Darwina i Spencera), oraz Feliks Kon ps. (m.in.) Bolesławski, (członek powstałej potem PKP(b) - czyli Rosyjskiej Komunistycznej Partii (bolszewików). Jednak tak naprawdę Proletariatem rządził triumwirat: Waryński, Kunicki, Diksztajn.
 
 

 
Partia "Proletariat" postawiła sobie za swój główny cel walki rewolucyjnej - terror i stąd też wzorowano się na "Narodnej Woli" (która to terror doprowadziła wręcz do perfekcji, czerpiąc pełnymi garściami z prac Michajłowa i Szejgunowa ["Do młodego pokolenia" z 1861 r.], Zaiczniewskiego ["Młoda Rosja" 1862 r.], jak również z "Manifestu Komunistycznego" Marksa [1848 r.] oraz instrukcji Augusta Blanquiego z 1868 r. [ów Francuz był prawdziwym praktykiem terroryzmu i twierdził że: "obowiązkiem rewolucjonisty jest ciągła walka, walka aż do wytępienia tyranii"]). Oczywiście nie ma większego sensu prezentować tutaj akcji terrorystycznych "Ziemli i Woli" czy "Narodnej Woli" (być może zajmę się nimi w oddzielnym temacie). Radykalizm rewolucyjno-terrorystyczny partii "Proletariat", brał się również z determinizmu, który był doświadczeniem wszystkich tych rewolucjonistów, pragnących na własne oczy ujrzeć upadek starego i narodziny nowego świata (dzisiejsi marksiści - genderowcy, lgbt, feministki też pod tym względem niczym się nie różnią od tamtych, dziewiętnastowiecznych marksistów). Bowiem ich początki zawsze były takie same - najpierw młodzieńczy bunt, zrzeszanie się, organizowanie kółek samokształceniowych, dyskusji, wykładów, gromadzenie literatury, wreszcie wydawanie własnych pism lub zakładanie marksistowskich organizacji. Gdy władze zaczynały się interesować ich działalnością, często takie osoby był np. relegowane z uczelni lub nawet aresztowane, a to tylko jeszcze bardziej ich radykalizowało i umacniało w przekonaniu słusznie obranej drogi. Jednak gdy pokojowy ruch został przez władze rozbity, a jego członkowie aresztowani lub ratujący się ucieczką za granicę, wówczas pojawiały się pomysły radykalizacji działań, a ostatecznym zaś kierunkiem zawsze był (i jest) terror w bardzo różnych odmianach od demonstracji i rzucania bomb, po walkę partyzancką. I tacy właśnie - rewolucyjnie zdeterminowani i nastawieni na terror jako środek osiągnięcia swych politycznych i społecznych celów - byli członkowie władz Komitetu Robotniczego Socjalno Rewolucyjnej Partii "Proletariat", przy czym każdy z owych trzech głównych wodzów, miał nieco inny pomysł jak konsekwentnie doprowadzić do zmian i przeprowadzić rewolucję społeczną na ziemiach polskich.

Ludwik Waryński był dość niecierpliwy i dążył do jak najszybszego doprowadzenia do rewolucji i to nie tylko w skali krajowej, lecz międzynarodowej a nawet globalnej. Uważał bowiem że celem zwycięstwa ideologii Marksa i Engelsa, jest masowy, międzynarodowy ruch robotniczy, występujący zdecydowanie i konsekwentnie przeciwko wszelkim "ciemiężycielom" spod znaku arystokratów czy kapitalistów. Uważał też, że robotnicy powinni ręka w rękę iść z chłopami, a ich sojusz również powinien nabrać cech globalnych. Natomiast nie wierzył że garstka terrorystów jest w stanie cokolwiek zmienić, ani też doprowadzić do rewolucji światowej. "Proletariat" w jego mniemaniu był jedynie awangardą marksizmu na ziemiach polskich, ale nie wierzył że ów ruch jest sam w stanie cokolwiek wywalczyć, bez wsparcia innych organizacji robotniczych i chłopskich z całej Europy i Świata. Inną wizję rewolucji miał Stanisław Kunicki, który uważał że tylko poprzez radykalne akcje terrorystyczne można wymusić na władzy pożądane ustępstwa. Był również zwolennikiem ścisłej współpracy "Proletariatu" z rewolucyjnymi organizacjami w Rosji (która to współpraca bardzo szybko doprowadziła do zdominowania tego rodzącego się polskiego ruchu komunistycznego, przez komunistów rosyjskich). Trzecią koncepcję, reprezentował Szymon Diksztajn, który był raczej zwolennikiem anarchicznego syndykalizmu, uważając że droga do wyzwolenia robotników, wiedzie nie przez działania polityczne czy terror, a poprzez walkę ekonomiczną (Diksztajn zresztą, nieszczęśliwie zakochany w Marii Jankowskiej, która wybrała Stanisława Mendelsona i wyszła za niego za mąż - popełnił samobójstwo w 1884 r. w wielu zaledwie 26 lat). Można też jeszcze wymienić Feliksa Kona, ale on akurat początkowo nie należał do ścisłego kierownictwa "Proletariatu" (dopiero w ostatnich miesiącach istnienia tej partii) i potem nieco się miotał, wstępując na przykład do Polskiej Partii Socjalistycznej - której chciał nadać typowo internacjonalistyczny i proletariacki kierunek, jednocześnie zdecydowanie zwalczał "frakcję" Józefa Piłsudskiego, który niepodległość uważał za cel najważniejszy (wręcz kluczowy, wszystko inne nie miało dla Piłsudskiego takiego znaczenia, zresztą po latach się przyznał że kilkakrotnie w życiu starał się przeczytać "Kapitał" Marksa i nigdy mu się to nie udało, bowiem nie był w stanie w ogóle tego pojąć, natomiast Trylogię Sienkiewicza nosił przy sobie zawsze i często do niej wracał) chciał też PPS ukierunkować właśnie na walkę zbrojną z rosyjskim zaborcą (to właśnie w filmie "Piłsudski", przyszły komendant Legionów i Marszałek Polski - który w 1920 r. skopał bolszewickie tyłki, ratując tym samym Europę przed najazdem, przy którym atak średniowiecznych Mongołów czy okupacja niemieckich nazistów, była radosnym wspomnieniem - mówi do Feliksa Kona, który też wówczas należał do PPS-u: "Bydle!" 0:35. Zresztą podczas wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. Feliks Kon był już po stronie bolszewików).
 
 

 
Partia "Proletariat" istniała realnie zaledwie rok (od 1 września 1882 r. do 28 września 1883 r. gdy przez rosyjskie władze został aresztowany Ludwik Waryński i dwoje jego współpracowników). Przez ten czas doszło do dwóch zjazdów partii (styczeń i marzec 1883 r.), na których przyjęto i uzgodniono oficjalną nazwę, oraz skład kierownictwa. Co prawda po aresztowaniu Waryńskiego partia działała nadal, ale jednak organizacyjnie została w dużej mierze sparaliżowana. Do kolejnych aresztowań doszło w styczniu 1884 r. W lipcu 1884 r. aresztowany został Stanisław Kunicki i wówczas kierownictwo partii (po samobójczej śmierci Diksztajna i aresztowaniu dwóch głównych przywódców "Proletariatu"), przeszło w ręce Marii Bohuszewiczówny i kilku jej współpracowników. W takim składzie partia przetrwała do września 1885 r. i kolejnej fali aresztowań. Carska policja polityczna - Ochrana (przy współpracy z rosyjską Żandarmerią), doskonale rozpracowała "Proletariat", potem następował proces sądowy i kara śmierci (choć wielu szeregowych członków partii zostało zesłanych na Syberię lub też otrzymali wyrok ciężkiego więzienia). Kilku głównych "Proletariatczyków" zostało rozstrzelanych na stokach warszawskiej Cytadeli, natomiast sam Ludwik Waryński zginął w "kamiennym worku" w Szlisselburgu - 2 marca 1889 r. w wieku 32 lat. Pomimo że wyznawał złudną wiarę, biorąc za sprawiedliwość dziejową coś, co było jedynie zarzewiem nędzy, przemocy i zbrodni (czyli marksizm) uważam że mimo wszystko należy mu się łaskawe wspomnienie. Zginął bowiem jako ofiara carskiego despotyzmu, gdy naród polski po 25 latach od zakończenia Powstania Styczniowego, zapomniał już o tym jakim barbarzyństwem jest carskie samodzierżawie. Można by też w przypadku Waryńskiego przytoczyć słowa z "Róży" Stefana Żeromskiego: "On nie nasz, dusza jego własną idzie drogą, to wydeptaną polską szosą, to szerokim sybirskim gościńcem, pozostanie do końca sam". Partia "Proletariat" przestała funkcjonować po aresztowaniach z września 1885 r. Ostatnie kierownictwo przetrwało jeszcze w ukryciu do lipca 1886 r. po czym partia ta ostatecznie przestała istnieć.
 
"Proletariat" jest jednak wart nie tylko przytoczenia ale i wspomnienia przede wszystkim dlatego, że późniejsi polscy komuniści całkowicie zapomnieli o nim i poświęceniu jego członków na stokach Cytadeli lub w twierdzy w Szlisselburgu. Miało to oczywiście swój cel, jako że członkowie Polskiej Partii Komunistycznej byli całkowicie zależni od Moskwy i od tamtejszej partii bolszewickiej. Natomiast partia ta powstała dopiero w... 1898 r., piętnaście lat po "Proletariacie". Skoro jednak to leninowska WKP(b) była awangardą proletariatu i wszechświatowej rewolucji, przeto nie mogła powstać żadna inna, tym bardziej nierosyjska partia komunistyczna, a już na pewno nie w Polsce (traktowanej przez bolszewików wciąż jako część Rosji). Dlatego o ile w przedwojennej Polsce o ofiarach "Proletariatu" (szczególnie o wyroku śmierci na czterech "Proletariatczykach" wykonanego przez władze rosyjskie na stokach warszawskiej Cytadeli 28 stycznia 1886 r., gwoli ścisłości warto ich wymienić, byli to: Piotr Bardowski, Stanisław Kunicki, Michał Ossowski i Jan Pietrusiński) pamiętali członkowie Polskiej Partii Socjalistycznej, o tyle szeregowi członkowie Komunistycznej Partii Polski zupełnie nie wiedzieli że coś takiego kiedyś w ogóle miało miejsce. Rewolucja przecież miała przyjść ze Wschodu, nie mogła więc wcześniej istnieć żadna polska partia rewolucyjna. A jednak "Proletariat" był pierwszy, bowiem pierwsza marksistowska rosyjska partia polityczna: "Oswobożdienije Truda" powstała dopiero w 1893 r. (należy bowiem pamiętać że zarówno "Ziemla i Wola", jak i "Narodna Wola" to nie były partie marksistowskie a raczej anarcho-syndykalistyczne). Tak oto zakończyła się historia "Proletariatu", lecz wkrótce po likwidacji tej partii, została założona druga polska partia marksistowska, która powstała w środowisku akademickim i przeszła do historii pod nazwą Polska Socjalno-Rewolucyjna Partia "Proletariat", zwana też w skrócie "II Proletariatem".            
 
 
 
 CDN.
  

czwartek, 17 września 2020

NAJLEPSZE PRZEPISY KULINARNE POLSKIEJ KUCHNI KRESOWEJ - Cz. V

 PYSZNOŚCI STAROPOLSKICH STOŁÓW

 
 


  
 Co prawda lato w tym roku powoli, ale jednak się kończy - mimo to dziś zaproponuję przepis na... lody własnej roboty, przyrządzone w taki sposób, w jaki czyniono to w Galicji (nie mogę się przemóc do tej nawy - co prawda budzi ona dość neutralne wyobrażenie czasów Monarchii Austro-Węgierskiej i tej swojskiej atmosfery z dobrego wojaka Szwejka. Jednak z drugiej strony nazwa ta, jest nazwą obcą, nazwą narzuconą, powstałą w wyniku pierwszego rozbioru ziem Rzeczpospolitej w 1772 r. Ponieważ jednak wcześniej nie istniała zbiorcza nazwa co do tych ziem, dlatego też postanowiłem - przynajmniej w odniesieniu kulturowym i w kontekście spécialité de la maison - tej nazwy używać). Przepis ten pochodzi (co najmniej) z XIX wieku, dlatego też wtapia się doskonale w galicyjską mentalność i piękno dawnego (polskiego) Lwowa. 
 
 
 

LODY ŚMIETANKOWE

 
 
 
 
 
SKŁADNIKI:
 
  1. Ok. 2 gram śmietany.
  2. strąk wanilii.
  3. 4 jajka.
  4. cukier.
  5. sól.
  6. lód kruszony.
  7. karuk (klej rybi) 
 
 
 PRZYGOTOWANIE:
 
 
Najpierw przygotujemy śmietankę. Wlewamy śmietanę do pojemnika i ustawiamy go na kuchence, po czym przez chwilę gotujemy na wolnym ogniu. Następnie dodajemy pół strąku wanilii, wbijamy cztery żółtka, wsypujemy 1/4 cukru i cały czas mieszamy nie doprowadzając do wrzenia. Następnie ugotowaną śmietankę przecedzamy przez sito i wlewamy do innego naczynia - cały czas mieszając aby zupełnie nie ostygła. Teraz możemy przejść do robienia lodów.

"Nabić lodem tłuczonem jakie naczynie drewniane..." - o przepraszam, ujmiemy to nieco bardziej współcześnie, a mianowicie po przesypaniu lodu z pojemnika do lodów do miski, w której na spodzie będzie dziurka do ściekania wody (oczywiście można to zrobić znacznie szybciej stawiając miskę z lodem, a na niej przygotowany pojemnik z ubitą - lub zmiksowaną - śmietanką, jednak teraz podaję dokładnie jak przepis ten wyglądał w wieku XIX). Do ubitego lodu (lód niekoniecznie musi być ubity, wystarczy po prostu wsypać lód z foremek) wsadzamy pojemnik miedziany lub cynowy, wytarty do sucha i dobrze obsypany solą (w tym czasie można ubić lód wałkiem - jak zaleca przepis, ale ja sądzę że lodu wcale nie trzeba już rozbijać i wystarczy przejść do kolejnej czynności). 
 
Następnie do owego pojemnika wlewamy ochłodzoną śmietankę po czym możemy "kręcić w obie strony bardzo szybko bez ustanku, a w pół godziny jak się już śmietanka zetnie, wymieszać drewnianą, mocną łopatką, osolić lód i znowu kręcić, powtarzając kilka razy aż się lody zupełnie zamrożą. Gdy żadnych grudek nie będzie i masa stanie się jak masło, znak że dobrze..." Po co aż tak bardzo utrudniać sobie życie, lepiej po prostu nie rozbijać lodu w misce, natomiast wlaną do pojemnika (lub mniejszej miski) śmietankę po prostu zmiksować, co zajmie nam kilkadziesiąt sekund lub kilka minut, ale nie pół godziny. Przed zmiksowaniem możemy dodać jeszcze mleko sojowe (ale niekoniecznie, dodaliśmy już bowiem cukier, także powinno być wystarczająco słodkie). Po ubiciu wlewamy śmietanę do foremki lub pojemnika, po czym odstawiamy na parę godzin (ok. 5-7 h) do zamrażarki, przy czym temperatura nie powinna być zbyt niska (wystarczy jakieś 10 stopni poniżej zera). Autor przepisu który prezentuję, radzi również poeksperymentować z foremkami - ale to już zostawiam gustom i guścikom czytelników. W każdym razie po wyjęciu z lodówki, mamy doskonałe lwowskie lody śmietankowe z XIX wieku.


 

ZIMNA KAWA

 
 
 
 
 
Ponoć kawa zimna z lodu "przepysznym jest napojem", choć tego akurat nie wiem, jako że ani zimnej ani tym bardziej gorącej kawy nie pijam. Nie znoszę też jej smaku i aromatu (bardziej chyba nie cierpię zapachu dymu papierosowego), dlatego nie potrafię potwierdzić ani zaprzeczyć, ale ponieważ wciąż jeszcze obracamy się wokół letnich smakołyków, przeto poniżej prezentuję przepis na... zimną kawę.
 
 
 
SKŁADNIKI:
 
  1. kawa.
  2. cukier.
  3. śmietanka do kawy.
 
 
 PRZYGOTOWANIE:
 
 
Gotujemy kawę i czystą wlewamy do dzbanka (lub imbryka 😄), po czym "zakopać w lodzie i śmietankę także sparzoną w garnuszkach postawić na lodzie" (innymi słowy) wstawiamy imbryk do lodówki. Trzymamy tak 2-3 godziny wraz ze śmietanką, po czym wyjmujemy, dodajemy do kawy śmietankę i już możemy delektować się jej smakiem na zimno (jak kto to lubi oczywiście). Do tego oczywiście biszkopty, ciasteczka etc. etc. Voila - szybki przepisy na (jeszcze) letnie upały, aby nie tracić ani czasu ani energii a móc czym prędzej przystąpić do konsumpcji.  
 
 
 
PS: W kolejnej części zaprezentuję sposób przygotowania XIX-wiecznych, niemieckich blutwurstów (kaszanek), oraz dań kuchni wileńskiej. A następnie przejdziemy do... ponczu. 
 
 
 
 
 

 CDN.