Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 12 grudnia 2022

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. LXVI

ŻYCIE PO ŚMIERCI -

CZYLI RELACJE OSÓB,

KTÓRE PRZEŻYŁY WŁASNĄ ŚMIERĆ

 

 
 

VI

MEDIA I SEANSE

Cz. III

 
 
 

 
 
SPOSOBY KONTAKTOWANIA SIĘ Z ZAŚWIATEM
Cz. II
 
 
TALERZYKI - KRYPTOSKOPY
 
 
 Innym sposobem kontaktowania się z istotami z tamtego świata są talerzyki-kryptoskopy. Potrzebny jest do tego także podwójny arkusz białego kartonu o formacie 32x25 cm wraz z planszetką. Planszetę stawiamy na tablicy medialnej (kryptoskopie). Światło lekko przyciemniamy. Obok, przy stoliku siada trzecia osoba, zapisująca litery, które wskaże kryptoskop. Na planszecie dwie osoby stawiają wskazujące palce i... spokojnie czekają. Przy pewnej medialności którejś z obecnych osób planszeta zaczyna posuwać się po stole i wskazywać na kolejne litery (zamiast planszety można zastosować talerzyk - zwykły spodek od herbaty - odwrócony dnem ku górze. Wówczas na krawędzi talerzyka rysujemy dodatkowo strzałkę). Zadajemy głośno pytania. Czy chcesz z nami rozmawiać? Jak się nazywasz?... itp. Talerzyk sunie po stole, wskazując na poszczególne litery, które dyktujemy zapisującemu. Czasem wychodzi z tego nawet i sensowne zdanie. Sam byłem obecny na kilkudziesięciu seansach tego typu. Proszę spróbować, jeżeli to kogoś interesuje. Nie wiadomo, kto kieruje talerzykiem ani kto daje temu impuls. Znany mi jest jeden przypadek, kiedy talerzyk podyktował obecnej studentce pytanie, jakie jej zadano nazajutrz na egzaminie. Nie można jednak wykluczyć i takiej możliwości, że studentka narzuciła egzaminatorowi na drodze telepatycznej myśl, zawierającą pytanie, podyktowane jej poprzedniego dnia przez talerzyk. 
 
Ale, jak wszystkie doświadczenia z dziedziny parapsychologii lub magii, tak i talerzyki-kryptoskopy kryją w sobie niebezpieczeństwo, z czego ludzie niedoświadczeni nie zdają sobie w ogóle sprawy. Jak już wspomniałem, tylko osoby doświadczone i oczytane mogą robić próby. Dr med. Carl Wickland twierdzi na podstawie kilku tysięcy przypadków wyleczonych "schizofreników", traktowanych przez naszą oficjalną naukę jako chorych na rozdwojenie jaźni, które to określenie właściwie nic nam nie mówi, że pewne typy ludzi ulegają opętaniu. O opętanych możemy przeczytać również w Starym Testamencie, co się jednak przemilcza. Nie można wymagać od nikogo, aby znał się na wszystkim, lecz dobry astrolog w ciągu kilku minut stwierdzi, czy danej osobie grozi "schizofrenia". Zależne to jest od pewnych charakterystycznych aspektów. Eksperymentowanie z takimi osobami jest szczególnie niebezpieczne. Znany w kołach parapsychologów niemieckich generał R. Peter prowadził przez wiele lat badania i doświadczenia z wykorzystaniem kryptoskopu. Jest on zdania, że na seanse zazwyczaj zgłaszają się osoby zmarłe, których identyczność często trudno stwierdzić. Ciekawe, że na wszystkich seansach udanych, po tamtej stronie występuje "kontroler", jakaś istota, która dyryguje duchem manifestującym się. 
 
We wspomnieniach generała Petera czytamy, iż, kiedyś uczestniczył w seansach, gdzie jako zdolne medium występowała młoda dziewczyna. Jako istota kontrolująca przedstawiała się nieznana bliżej Paulina. Na ósmym z kolei seansie z jej udziałem Paulina oświadczyła, że już się nie zgłosi. Zapytana o powód - odparła: 
 
- Bo się już nauczyłam tego, co mi było potrzebne, aby przejść do wyższej sfery.
 
- Czego się nauczyłaś? - zapytano.
 
- Poznawać unum Deum omnipotentem (jednego wszechmogącego Boga). 
 
Nie jest tu ważny sens odpowiedzi, będącej początkiem modlitwy: Wierzę w Boga wszechmogącego. Istotny natomiast jest fakt, że medialna dziewczyna, prowadząca palcami talerzyk, nie znała języka łacińskiego.
 
Pewnego razu - pisze dalej generał R. Peter - poprzez kryptoskop zgłosił się jakiś fakir, rzekomo zmarły na dżumę w roku 376.
 
- Przed, czy po Chrystusie? - spytał generał Peter.
 
- Czy ty nie wiesz, że my, Mahometanie liczymy lata od roku ucieczki Proroka? 
 
Medium tego nie wiedziało, a generałowi nie przyszło to na myśl. 
 
Możliwe, że w doświadczeniach z zakresu parapsychologii pewną rolę gra podświadomość medium lub osób obecnych na seansie. Nie ulega jednak wątpliwości, że w niektórych przypadkach należy szukać wyjaśnień w teorii spirytystycznej, której zdaniem na seansach manifestują się osoby zmarłe. W każdym razie musimy przyznać, iż wyjaśnienie o zaangażowaniu się podświadomości właściwie niczego nam nie tłumaczy. Jak mówi Mefistofeles w "Fauście" Goethego: "Gdzie nam brak właściwego określenia, tam tworzymy słowo". 
 
W czasopiśmie angielskim "Quarter by Transactions of the British College of Psychic Science" (tom V, nr 4) ze stycznia 1927 roku znajduje się ciekawe sprawozdanie niemieckiego skrzypka, profesora Florizela von Reutera o jego eksperymentach z kryptoskopem. Profesor zapoznał się z kryptoskopem w domu znajomego aptekarza w Magdeburgu. Z początku nie wychodziło z tego nic. Razem z matką wodzili talerzykiem po stole (matka uchodziła za osobę medialną). Po kilku bezowocnych seansach zgromadziło się po "tamtej" stronie mnóstwo chętnych, którzy zaczęli przemawiać poprzez talerzyk w dziewięciu językach. Początkowo informacje otrzymywane tą drogą zapisywano na ślepo, a później dawano je do przetłumaczenia. Wypowiedzi były dowcipne i inteligentne. Wygłaszano aforyzmy, epigramy i różne mądrości życiowe.
 
Pierwszy komunikat nadała istota kontrolna w błyskawicznym tempie. Był to podobno jakiś grecki święty, żyjący na naszym świecie około 470 r. Tekst był nawet dla tłumacza niezrozumiały. Dopiero po dłuższych dociekaniach wyjaśniło się, iż był nadawany wstecz. Takie lustrzane pismo stosowane jest nieraz w zaklęciach magicznych pochodzących z wieków średnich. 
 
- Mam siedem obowiązków - oświadczył rzekomy święty. - Strzegę, oszczędzam, obserwuję, ostrzegam, czuwam, pilnuję, sprawdzam. 
 
Nie można powiedzieć, aby po 1400 latach te "obowiązki" miały jeszcze jakiś sens. 
 
Oprócz świętego zgłosili się dwaj francuscy muzycy. Jeden z nich nadawał swój tekst częściowo po francusku, a częściowo po włosku. Inne istoty nadawały swe komunikaty w językach: łacińskim, rosyjskim, węgierskim, a nawet islandzkim. Nie sposób tu wymienić wszystkich chętnych z tamtego świata, szukających kontaktu. Ważnym szczegółem jest jednak fakt, że matka wspomnianego profesora Reutera wodziła kryptoskopem sama, bez niczyjej pomocy i dla kontroli miała zawiązane oczy. 
 
Do grona najsławniejszych mediów "talerzykowych" w okresie międzywojennym należała Angielka, pani Travel Smith, córka znanego profesora literatury, Doudana. Eksperymentował z nią znany angielski fizyk, profesor William F. Barret. Doszedł on do wniosku, iż nie ma tu mowy o jakiejś podświadomości, o rozdwojeniu jaźni i innych określeniach mających niejasną interpretację. 
 
- Na seanse przybywają - twierdzi profesor z całą stanowczością - istoty z tamtego świata.
 
Tego samego zdania jest angielski pisarz Bradley, bliski współpracownik profesora Barreta. Wspomniani badacze zapraszali na seanse specjalistów z różnych dyscyplin oficjalnej nauki. Na ich fachowe pytania - dla obecnych niezrozumiałe - natychmiast otrzymywano odpowiedź właściwą, nawet jeśli chodziło o trudne zagadnienia naukowe. Mimo otrzymywania pozytywnych wyników w przeprowadzonych doświadczeniach pani Travel Smith jest zdania, że ona nie ma kwalifikacji medialnych, bo w jej życiu nic się szczególnego nie zdarzyło, a prawdziwie uzdolnione medium nie może uniknąć kontaktów z zaświatem chociażby i tego chciało. Istoty z tamtej strony życia narzucają się same. Dlaczego tak jest? Na to pytanie odpowiedź znajdziemy w znanej książce doktora Carla Wicklanda: "30 lat wśród zmarłych". Pisze on tam m.in.: "Osoby medialne posiadają świetlistą aurę, widoczną dla istot z tamtego świata". Zdarza się często, że i osoby żywe dostrzegają aurę. Osoby takie "widzą" czyjeś choroby, nastrój psychiczny i inne cechy. Znana z tej umiejętności jest mieszkanka Szczecina, pani Barbara Leńczuk. Testowanie jej przez lekarzy dało wręcz rewelacyjne wyniki. Oczywiście, wspaniałe cechy pani Basi są znacznie mocniej doceniane za granicą, w myśl przysłowia, że nikt nie może zostać prorokiem we własnym kraju. 
 
Pewne, nawet minimalne kwalifikacje medialne, ma większość mieszkańców Ziemi, Są one jednakże utajone, poniekąd w stanie uśpienia. Mogą się rozwijać, jeżeli ktoś tymi zagadnieniami będzie się interesował, zacznie o nich myśleć i studiować literaturę przedmiotu. Zdaniem wielu parapsychologów co najmniej 50% ludzi ma w swym życiu jakieś przeżycia z dziedziny parapsychologii. Milczą jednak, bojąc się ośmieszenia ze strony ignorantów. W podobnej sytuacji są liczni uczeni. Milczą więc, gdyż zawistna konkurencja czeka tylko na taką "kompromitację", jak uznanie faktów, które faktycznie nie mają prawa istnieć. 
 
Lecz powróćmy do wspomnień pani Travel Smith. Pewnego wieczoru siedziała ona wraz z przyjaciółką nad kryptoskopem. Przez dwie godziny cierpliwie czekały na kontakt. Bez skutku. Gdy przyjaciółka zabierała się już do wyjścia, pani Travel Smith poczuła nagle chęć powtórzenia eksperymentu. Było to w Londynie w roku 1912.
 
- Statek tonie... Wszystko stracone... William Stead za burtą... Kobiety i dzieci płaczą... Lament ogólny... 
 
- Nie miałyśmy pojęcia co to miało znaczyć - powiedziała później pani Smith. - Ale rankiem usłyszałam nawoływania gazeciarzy na ulicy. Wybiegłam na ulicę, aby kupić dodatek nadzwyczajny. Było to zawiadomienie o katastrofie statku "Titanic", na którego pokładzie znajdował się sławny angielski uczony William Stead (co ciekawe, ten sam Wiliam Stead w 1886 r. opisał dokładnie taką samą katastrofę pasażerskiego liniowca, jaka miała miejsce w 1912 r. w czasie katastrofy Titanica. Pikanterii całej sprawie dodaje jeszcze fakt, że w owym opowiadaniu sprzed 26 lat zgadzało się nawet nazwisko kapitana statku "Smith" - a Edward Smith był kapitanem Titanica - a także fakt, iż zatonięcie setek osób spowodowane było brakiem dostatecznej liczby szalup ratunkowych - podobnie jak to miało miejsce na Titanicu). Sceptyk powie, iż był to przebłysk jasnowidzenia. Lecz w rzeczywistości będzie to wyjaśnienie kłopotliwe, nie tłumaczące niczego. Tak czy owak był to wspaniały dowód czegoś, czego nie rozumiemy, czego nie znamy i z czego ignoranci się śmieją, wystawiając sobie świadectwo ubóstwa umysłowego.
 
 
 OSTATNIE NAKRĘCONE SCENY Z ZATONIĘCIA TITANICA
 

 
Angielski miesięcznik "Proceedings" z roku 1920 w tomie XXX wspomina o następującym wypadku. Pani Travel Smith i pani Lennox Robinson, także osoba o kwalifikacjach medialnych, zasiadły pewnego wieczora do stolika. Zawiązano im oczy. Zapis prowadził dziennikarz Savell Hicks. Uczestnicy seansu wiedzieli już o tym, że zatopiono statek pasażerski "Lusitania" (7.05.1917 r.), lecz szczegółów jeszcze nie znano. Zadano więc pytanie:
 
- Ile osób zatonęło w wyniku zatopienia "Lusitanii"? 
 
Odpowiedź:
 
- 470. Módl się za Hugh Lane. Utonął.
 
- Kto mówi?
 
- Hugh Lane. 
 
Obecni nie wiedzieli, że na statku znajdował się ich znajomy Hugh Lane. Nastąpił dłuższy komunikat z prośbą o zawiadomienie znajomych artysty. Podane adresy były zgodne ze stanem faktycznym. Tytułem próby nadano alfabetowi inne położenie. Media nie wiedziały o tym, miały zawiązane oczy.
 
- To mi nie przeszkadza - podyktowano w odpowiedzi. 
 
Któregoś dnia wspomina pani Barret zgłosiła się jakaś obca kobieta, mieszkająca za życia doczesnego na przedmieściach Londynu. Oświadczyła, że zmarła przed dwoma dniami. Bardzo cierpiała, umierając. Kilku z obecnych udało się nazajutrz pod wskazany przez kobietę adres. Okazało się, że podane przez kryptoskop informacje były zgodne z rzeczywistością.
 
 
 
PS: W kolejnej części/ach przedstawię pismo automatyczne i malarstwo medialne jako metody skontaktowania się z istotami z Tamtego Świata. A potem przejdziemy już do zagrożeń czyhających na niedoświadczonych żartownisiów, twierdzących że dla zabawy można spróbować "wywołać sobie ducha". Jednym z niebezpieczeństw tego typu jest imienne wzywanie ducha (nigdy nie wolno tego czynić), oraz pokusy dotknięcia zjawy (tego również nie należy czynić - a dlaczego, o tym będzie w kolejnych częściach)
 
 
CDN.
 

piątek, 9 grudnia 2022

DZIENNIKI ZBRODNIARZA - Cz. XV

CZYLI OPIS I KOMENTARZ

DO DZIENNIKÓW JOSEPHA GOEBBELSA

 

 
 

1927

 

DZIENNIKI DLA JOSEPHA GOEBBELSA

od 8 LISTOPADA 1926 r.

do 21 LIPCA 1928 r.

Cz. VII

 
 
 

 
 
21 MARCA 1927 r.
 
 
Nie, nie poszło dobrze! Wczoraj wieczorem w Lichterfelde-Ost ciężkie potyczki z czerwonymi. My trzej (Daluege, Goebbels, Schweitzer), 18 ciężko rannych. Ale po kolei! 
 
Sobota wieczorem! Wyjazd na Dworzec Anhalcki. Wszystko gotowe do wymarszu. A więc jazda! My w samochodzie. O godz. 11 przyjazd do Trebbina. Koło młyna wielkie ognisko radości. Daluege i ja przemawiamy. Błogi spokój w połyskliwym blasku księżyca. W nocy opowiadamy sobie ze Schweitzerem historie o rozbójnikach i upiorach. 
 
Niedziela rano! Demonstracja na rynku w Trebbinie. Dobra frekwencja. Po południu odjazd. O godz. 8 (wieczorem) Lichterfelde-Ost. W ogniu walki. Zwyciężamy! Przemawiam do tysięcy przed budynkiem dworca, stojąc na ramionach dwóch SA-manów. Pochód przez miasto. Na każdą prowokację odpowiadamy natychmiast z całą stanowczością. Nasi dzielni młodzieńcy wyciągają z autobusu jakiegoś Żyda. Jak ja lubię tych chłopaków! Wprawiamy w ekscytację cały Berlin. Na ulicach aż czarno od ludzi. Wszyscy nas fetują. To jest długi pochód dumy. Demonstrują nowe Niemcy. Na Wittenbergplatzu przemawiam do 10 000 ludzi. Z bombowym sukcesem. Jest wprost cudownie. Potem robi się gorąco! Do domu! Telefon: stan naszych rannych zadowalający. Dzisiaj nieustanne polowanie z nagonką. Także przesłuchanie: chce się nam przypisać winę. Odwiedziny u rannych. Zadowolony!
 
Panna von Behr rozpoczęła dzisiaj u nas pracę. To jest piękna dziewczyna! Bardzo ją lubię! 
 
Dziś wieczorem 3 sekcje (SA). Mam nadzieję, że wyjdę z tego żywy!
 
 
 
24 MARCA 1927 r.
 
 
Wczoraj wieczorem: ogromne siły policyjne. Zgromadzenie pęka w szwach. Nasi ludzie są w świetnych nastrojach. Fundusz na rzecz rannych powiększył się o 250 marek. Koniec zgromadzenia: 100 zielonych (policjantów) wdziera się na salę, poszukując broni. Wielki, zawstydzający teatr. Trwa to całą godzinę. W tym czasie nasi dzielni chłopcy śpiewają swoje bojowe pieśni. 
 
Godz. 11. Odjeżdżam i docieram zdrów do domu. Żyjemy tu jak na wojnie. Tylko że tę wojnę domową strona przeciwna toczy bardziej tchórzliwie, bardziej podle i nikczemnie, zupełnie bez jakichkolwiek zahamowań. Z jednego powodu jestem niezmiernie szczęśliwy: że w parę osób tak połaskotaliśmy to olbrzymie miasto Berlin, że aż całe podskoczyło do góry. W parę osób. Teraz zasłużyliśmy sobie na odpoczynek. (...)
 
 
 
31 MARCA 1927 r.
 
 
We wtorek rano do Flensburga. Przedtem wysłuchałem pani Ludendorff (Mathilde Ludendorff - druga żona gen. Ericha Ludendorffa - prowadziła w tym czasie swoiste wykłady, będące mieszaniną polityki, feminizmu i volkizmu. Szukała tajnego sprzysiężenia jezuitów, Żydów i masonów, choć zarówno ona jak i jej mąż już w tym okresie oddalali się od Hitlera i nazizmu). O, jakże marnie! Tak mi przykro w związku z generałem. To, co się koło niego kręci, to hołota, nic więcej! To było głęboko zawstydzające! 
 
Dobre przemówienie we Flensburgu. Poznałem dwóch świetnych facetów: Sunkla (Reinhard Sunkel - szef organizacji NSDAP w Kilonii, w 1937 r. usunięty z partii za swoje żydowskie pochodzenie) i dr. Haupta (w NSDAP od 1922 r., szef organizacji studenckiej w Kilonii. W 1935 r. aresztowany oficjalnie z powodu skłonności homoseksualnych, ale należy pamiętać że do 1933 r. jakieś 90 % nazistów, to byli ludzie o "niezdrowych" skłonnościach seksualnych, w tym homoseksualiści, sadyści, pedofile, zoofile etc. etc. W 1938 r. Haupt został oficjalnie usunięty z partii). Przyszłość! 
 
Wczoraj rano wycieczka samochodowa wokół Flensburga i do Glücksburga. Morze! Za nim leży już Dania. Zrabowany kraj! (...) 
 
Wieczorem w Altonie rzeczywiście masowe zgromadzenie. Czerwoni przeszkadzają. Jak jeden z nich krzyknął do mnie: "Ty oszuście!", rozpoczęła się awantura. Obowiązkowa bitwa na nogi od krzeseł. Czerwoni są po pięciu minutach wyrzuceni na zbity pysk. Przemawiam dalej. Przy wtórze nieustannych okrzyków radości. Całkowity sukces! (...) 
 
Ogromne plakaty w Berlinie. Rano przemawiam w Domu Związku Weteranów Wojennych. Temat: "Jacob Goldschmidt (niemiecki bankier żydowskiego pochodzenia, jeden z najbogatszych ludzi w ówczesnych Niemczech, w 1933 r. wyjechał do USA) jako posiadacz kolonii Niemcy”. To będzie święto! Jeśli nam się powiedzie, zrobimy duży krok do przodu. (...) 
 
Żyd zrywa nasze plakaty. Dowód, że jesteśmy na właściwej drodze. Ani kroku w tył! Tylko naprzód!
 
 
 
2 KWIETNIA 1927 r.
 
 
Wczoraj wieczorem w Domu Związku Weteranów Wojennych największe jak dotąd zgromadzenie w Berlinie. Do 2500 osób. Sala wypełniona do ostatniego miejsca. Głowa przy głowie, człowiek przy człowieku. Mówiłem przez 3 godziny. Na koniec bajeczny entuzjazm. Wygraliśmy więc ostatecznie bitwy ostatnich tygodni. Jestem mniej więcej zadowolony.
 
 

 
 
 7 KWIETNIA 1927 r.
 
 
(...) Dzisiaj rano: groźne wiadomości. Partia ma zostać zakazana. Już jest zakazana w Kolonii i Koblencji. Na mnie chce się zwalić winę. Straßer to diabeł! 
 
Odwiedził mnie dzisiaj attaché Antinori (markiz Francesco Antinori) z poselstwa włoskiego. Wymieniliśmy poglądy i skonstatowaliśmy rzadką ich zgodność. Mussolini to geniusz. Sam dokonał tego, że marksizm (we Włoszech) został zgnieciony. Mussolini jest radykalnym antysemitą (akurat faszyzm Mussoliniego nie opierał się na antysemityzmie w przeciwieństwie do niemieckiego nazizmu; Żydzi we Włoszech żyli w spokoju do czasu, aż Niemcy nie zaczęły dominować na frontach II Wojny Światowej deklasując w tym Włochy - co raczej nie było trudne - wówczas Mussolini musiał coraz częściej korygować swoją politykę, dostosowując ją do tej, prowadzonej przez Hitlera. Największy jednak cios na włoskich Żydów spadł z chwilą zajęcia Włoch przez Wehrmacht we wrześniu 1943 r. po upadku Mussoliniego). Obserwuje naszą walkę z gorącym sercem. (...)
 
 
 RE-MUSSOLINI
PARODIA DUCE AUTORSTWA STANISŁAWA SZUKALSKIEGO
(1932)
 
 
 

 
 
8 KWIETNIA 1927 r.
 
 
Wczoraj wieczorem u Fricka i Haakego (Heinrich Haake, w NSDAP od 1922 r. od 1925 r. gauleiter okręgu Nadrenia-Południe, potem ustąpił ze względów zdrowotnych). Na razie jeszcze nie należy się obawiać zakazu (działalności NSDAP - nastąpi to w maju 1927 r.). To wszystko były kloaczne plotki. Z Frickiem jestem teraz znowu w dobrej komitywie. Cieszę się z tego. Mimo wszystko jest on porządnym człowiekiem. Wczorajsza rozmowa była bardzo przyjazna. 
 
Prezydium policji nienawidzi mnie jak zarazy. Dzięki! (...)
 
 
 
 27 KWIETNIA 1927 r.
 
 
(...) Rankiem! Dalej w blasku słońca! Wspaniale! Hameln! Paderborn! W poprzek Westfalii! Piękny kraj! Raduje się moje serce. Grüneberg (?) i inni ze Spandau są wierni jak psy. Bliżej! Bliżej! Bochum! Zatrzymujemy się u Leiperta (?). Wzbudzamy sensację. Potem Essen. Szwed Furugård (Birger Furugård - lider szwedzkiej partii narodowosocjalistycznej, wycofał się z polityki w 1936 r.) już przyjechał. Dobry, stary Szwed. Wieczorem siedzę jeszcze długo z Terbovenem (Joseph Terboven - w partii od 1923 r., w 1927 r. przywódca dystryktu okręgu NSDAP Essen, od października 1928 r. zarządzał dystryktem Ruhry, w 1930 r. jako gauleiter. 24 kwietnia 1940 r. mianowany komisarzem Rzeszy w Norwegii gdzie dopuścił się wielu zbrodni. Popełnił samobójstwo 8 maja 1945 r. w dniu kapitulacji Wehrmachtu - który w historiografii błędnie nazywany jest kapitulacją III Rzeszy, Rzesza bowiem nigdy nie skapitulowała a skapitulował jedynie Wehrmacht).
 
Sobota rano! Z młodymi do Duisburga nad Renem. Wszyscy cieszą się z tego niezmiernie! Po południu! Wszyscy już są. Również Straßerowie (bracia Gregor i Otto Straßerowie, najwięksi przeciwnicy Goebbelsa w NSDAP, przywódcy tzw. "frakcji północnej", starali się odebrać Hitlerowi władzę nad partią i w tym celu założyli tajną wewnętrzną organizację "Czarny Front". Ostatecznie Otto został w 1930 r. wydalony z partii a Gregor zginął podczas Nocy Długich Noży - 30 czerwca 1934 r.). Te świnie opublikowały przeciwko mnie dwa podłe artykuły w swoim rewolwerowym pisemku ("Der Nationale Sozialist"). Już ja im pokażę. Wieczorem przemawiam na zebraniu robotniczym. Dobrze! Następnie z powrotem. Powitanie. Przemawia Straßer. Hipokryta! Siedzę razem z towarzyszami aż do późnej nocy. 
 
Niedziela rano: wyjeżdżam. Masowa demonstracja w Saalbau (Saalbau w Essen). Najpierw przemawia Reventlow (Ernst Graf zu Reventlow - oficer marynarki, zwolennik połączenia ideologii bolszewickiej z nazizmem. Od 1924 r. w Niemieckiej Narodowej Partii Ludowej, od 1927 r. w NSDAP, zbliżył się do frakcji Straßerów; w partii był ignorowany przez Hitlera i nigdy nie otrzymał żadnych ważniejszych stanowisk do swej śmierci w listopadzie 1943 r.). Potem ja. Ogromny sukces! Pochód przez Essen. Przy lejącym jak z cebra deszczu. Burgplatz. Przemarsz. Hitler tam jest. Jest też około 10 000 brunatnych koszul. Potem przemawia Straßer. Deszcz, deszcz! Po południu w hotelu. Hitler wzywa mnie na górę. Przedstawiam skargi na Straßera. Hitler podziela moje zdanie. On nienawidzi dr. Straßera. Sprawa zostanie rozstrzygnięta w Berlinie. (...)
 
 
 
2 MAJA 1927 r.
 
 
Jest Hitler. Wczoraj wygłosił przed audytorium w przepełnionej sali jedno ze swoich największych przemówień. O przestrzeni i narodzie. Rzadko go takim widziałem i słyszałem. On jest wodzem! Chwilami łzy napływały mi do oczu, ale się ich nie wstydziłem. (...) 
 
Kapitan Göring (Hermann Göring - kim był ten koleś raczej nie trzeba nic dodawać). Twarz wyrośniętego niemowlęcia. To ci bohater! Byłem najpierw niewymownie rozczarowany. Potem zyskał on bardzo. Robi mądre, śmiałe uwagi. Nie można mu w ogóle wziąć za złe, że jest bardzo zgorzkniały. (...)
 
 

 
 
5 MAJA 1927 r.
 
 
Dom Związku Weteranów Wojennych przepełniony. Dokonałem rozliczenia z prasą. To była radość mordowania. Bezczelny autor cwiszenrufów wyleciał za drzwi (Goebbels pisze o sprzeczce z duchownym ewangelickim Fritzem Stucke i wyrzuceniem go z sali, co spotkało się z powszechnym oburzeniem prasy w Niemczech). Na koniec 3-4000 ludzi z 2. kompanii Schupo (Policja Ochronna) szukało broni. Konfrontacja z tym obłędem. Dałem z siebie wszystko, aby uchronić ludzi przed nierozważnymi działaniami. Mój odjazd przekształcił się w triumfalny pochód. Dzisiaj gazety wypisują najbardziej wierutne kłamstwa. Jeszcze rzadko kiedy postępuje się wobec nas tak nikczemnie. Już Żyd wrzeszczy: Zakaz! Rozwiązanie! A niemiecki Michael ryczy do wtóru. Czy należałoby poddać się zwątpieniu? Nie i jeszcze raz nie! Pracować! Walczyć! Od zaraz!
 
 
 
 6 MAJA 1927 r.
 
 
Rozwiązani! (5 maja rozwiązany został okręg NSDAP Berlin-Brandenburgia którym zarządzał Goebbels, on sam zaś otrzymał zakaz publicznego przemawiania - choć potem uchylony). Dowód, że jesteśmy na właściwej drodze. Dobrze tak! Prasa asfaltowa wrzeszczy jak oszalała! Wczoraj ledwie uszedłem przed aresztowaniem. Długa rozmowa z Hitlerem. Jest pewien zwycięstwa. Wieczorem aż do nocy praca i jeszcze raz praca. 
 
Dziś rano biuro okręgu. Wszystko w fazie likwidacji. Akcja Schupo (Policji Ochronnej). Na dużą skalę. Tak to powala się pałkami wolność. A niech tam! Pozostaję silny. Nie załamuję się. Dziś wieczorem jazda. Jeśli się to jeszcze uda! Dokąd! Gdziekolwiek! Kto wie, co przyniosą następne dni! Żydostwo domaga się mojego aresztowania! Wszyscy na mnie wrzeszczą i krzyczą. Nasi ludzie stoją z bronią u nogi. Zacisnąć pięść! (...)
 
 
 
 STARAM SIĘ NIE SŁUCHAĆ ANI NIE PREZENTOWAĆ ROSYJSKIEJ MUZYKI
ALE CI WYKONAWCY INTENSYWNIE WSPIERAJĄ POLITYKĘ PUTINA
DLATEGO TEŻ NIEWIELE ICH RÓŻNI OD TEMATU, 
KTÓRY WŁAŚNIE TUTAJ PREZENTUJĘ
 
 
 
  
CDN.
  

czwartek, 8 grudnia 2022

OTO POLSKA WŁAŚNIE... Cz. IV

CZYLI NAJPIĘKNIEJSZE

I NAJBARDZIEJ NIESAMOWITE

MIEJSCA NASZEJ OJCZYZNY

 
 
CUDZE CHWALICIE, SWEGO NIE ZNACIE,   
CZYLI KILKA KOLEJNYCH UROCZYCH MIEJSC,  
KTÓRE NIE WSZYSCY ZNAJĄ:
 
 

 
 
"POLONIA"
OBRAZ JANA STYKI
1891 r.
 
 
NA TYM OBRAZIE AUTOR OSTATNIE DWIEŚCIE LAT DZIEJÓW POLSKI.
I TAK OD LEWEJ DO PRAWEJ OD DOŁU MAMY POSTAĆ STAŃCZYKA - NADWORNEGO BŁAZNA KRÓLA ZYGMUNTA I JAGIELLOŃCZYKA A JEDNOCZEŚNIE CZŁOWIEKA NIEZWYKLE INTELIGENTNEGO I PRZENIKLIWEGO, KTÓRY STAŁ SIĘ SYMBOLEM ROZTROPNOŚCI I MĄDROŚCI. DALEJ UKAZANA JEST POTĘGA SZLACHTY I CZASY "ZŁOTEJ WOLNOŚCI" SZLACHECKIEJ (BYŁO TAKIE PRZYSŁOWIE: "ZA KRÓLA SASA JEDZ, PIJ I POPUSZCZAJ PASA"), JEDNOCZEŚNIE AUTOR POKAZUJE NIEDOLĘ CHŁOPA (KTÓRA TO W XVIII WIEKU PRZYBRAŁA POSTAĆ REALNEGO ZNIEWOLENIA, DLATEGO TEŻ SZLACHCIC SIEDZI NA KARKU CHŁOPA - CHOĆ WE WCZEŚNIEJSZYCH WIEKACH TAK TO NIE WYGLĄDAŁO, ALE JAK WIADOMO KAŻDY USTRÓJ WCZEŚNIEJ CZY PÓŹNIEJ SIĘ DEGENERUJE. CIEKAWOSTKĄ JEST TEŻ FAKT, ŻE O ILE RZECZPOSPOLITA, OSMAŃSKA TURCJA I ROSJA BYŁY JEDNYMI Z NAJCZYSTSZYCH KRAJÓW, GDZIE LUDZIE CZĘSTO SIĘ KĄPALI, A PRZYNAJMNIEJ CHODZILI DO SAUNY, A W TYM CZASIE ZACHÓD PORASTAŁ BRUDEM, BO LEKARZE ZAKAZYWALI KĄPIELI OBAWIAJĄC SIĘ WYBUCHU EPIDEMII; O TYLE JEDNAK W DRUGIEJ POŁOWIE WIEKU XVIII NA ZACHODZIE PRZEPROSZONO SIĘ Z WODĄ I MYDŁEM, ZAŚ W RZECZPOSPOLITEJ... CORAZ CZĘŚCIEJ PRZESTANO SIĘ MYĆ. NEGATYWNE TENDENCJE Z ZACHODU Z DAWNIEJSZYCH CZASÓW PRZYSZŁY DO NAS JUŻ W DOBIE UPADKU PAŃSTWA I STAN TEN TRWAŁ PRAKTYCZNIE DO POŁOWY WIEKU XIX). SŁABOŚĆ PAŃSTWA BYŁA POCHODNĄ ZDEGENEROWANEJ FORMY OLIGARCHII MAGNACKIEJ (KTÓRA ZSTĄPIŁA WCZEŚNIEJSZĄ DEMOKRACJĘ SZLACHECKĄ) I SŁABOŚCI TEJ PRÓBOWALI PRZECIWDZIAŁAĆ REFORMATORZY I TWÓRCY KONSTYTUCJI 3 MAJA 1791. 
 
DALEJ NA OBRAZIE POKAZANY JEST TADEUSZ REJTAN - POSEŁ Z NOWOGRÓDCZYZNY, KTÓRY NA SEJMIE ROZBIOROWYM 1773 r. NIE CHCĄC DOPUŚCIĆ DO ZATWIERDZENIA PLANÓW ROZBIOROWYCH RZECZPOSPOLITEJ, POŁOŻYŁ SIĘ W DRZWIACH DO SALI OBRAD I ROZWARŁ KOSZULĘ, ABY CI, KTÓRZY ZAGŁOSUJĄ ZA ROZBIOREM PRZESZLI PO NIM. NOTABENE RZECZPOSPOLITA BYŁA WTEDY JUŻ NA ŁASCE MOSKWY I POSŁOWIE NIE MIELI WYJŚCIA JAK TYLKO ZAGŁOSOWAĆ ZGODNIE Z WOLĄ CARYCY KATARZYNY II. TRAGIZM POLSKICH DZIEJÓW ZOSTAŁ WIĘC TU RÓWNIEŻ UKAZANY. NASTĘPNIE MAMY NAPOLEONA BONAPARTE I TWORZONE U JEGO BOKU LEGIONY POLSKIE A POTEM ARMIĘ KSIĘSTWA WARSZAWSKIEGO, DOWODZONĄ PRZEZ KSIĘCIA JÓZEFA PONIATOWSKIEGO (STOJĄCEGO W ŚRODKU Z WYCIĄGNIĘTĄ DO GÓRY SZABLĄ, OBOK DĄBROWSKIEGO I PUŁASKIEGO - BOHATERA WALK O WOLNOŚĆ STANÓW ZJEDNOCZONYCH I TWÓRCY AMERYKAŃSKIEJ KAWALERII). JEST TAM RÓWNIEŻ KLĘCZĄCY PRZEOR KLASZTORU NA JASNEJ GÓRZE CZĘSTOCHOWIE - AUGUSTYN KORDECKI, KTÓRY W 1655 r. OCALIŁ KLASZTOR PRZED SZWEDAMI.
 
NASTĘPNIE MAMY TADEUSZA KOŚCIUSZKĘ (RÓWNIEŻ BOHATERA WOJNY O NIEPODLEGŁOŚĆ USA, TWÓRCĘ UMOCNIEŃ SPOD SARATOGI KTÓRYCH NIE MOGLI SFORSOWAĆ BRYTYJCZYCY I MURÓW AKADEMII WEST POINT, A TAKŻE CZŁOWIEKA, KTÓRY SWÓJ MAJĄTEK PRZEZNACZYŁ NA WYZWOLENIE I WYKSZTAŁCENIE CZARNOSKÓRYCH NIEWOLNIKÓW JACY ZNALEŹLI SIĘ NA JEGO ZIEMI, KTÓRĄ OTRZYMAŁ ZA ZASŁUGI Z WOLI KONGRESU USA). NA OBRAZIE POKAZANY JEST TEŻ BARTOSZ GŁOWACKI, CHŁOP, KTÓRY W BITWIE POD RACŁAWICAMI W 1794 r. SWĄ CZAPKĄ ZASŁONIŁ ZAPALONY LONT MOSKIEWSKIEJ ARMATY I JĄ ZDOBYŁ, A ZA TO OTRZYMAŁ AWANS NA CHORĄŻEGO, ZWOLNIENIE Z PODDAŃSTWA I DZIEDZICZNE UŻYTKOWANIE ZAGRODY W KTÓREJ MIESZKAŁ. SĄ TEŻ INNI CHŁOPI KOSYNIERZY. NASTĘPNIE JUŻ BLIŻEJ PRAWEJ STRONY MAMY ADAMA MICKIEWICZA I INNYCH WIESZCZÓW NARODOWYCH (MONIUSZKO, W ODDALI ZDAJE SIĘ FRYDERYK CHOPIN, WIDZĘ TEŻ NORWIDA) OKRESU ROMANTYZMU I POZYTYWIZMU. JEST RÓWNIEŻ ODNIESIENIE DO POWSTANIA STYCZNIOWEGO (1863-1864) I PONOWNE KUCIE KOS.
 
U GÓRY OD LEWEJ JEST JESZCZE WSPOMNIENIE DAWNEJ WIELKOŚCI, NASTĘPNIE CZARNY (ROSYJSKO-PRUSKO-AUSTRIACKI) ORZEŁ I CZARNA CHORĄGIEW, NA KTÓREJ UMIESZCZONE SĄ DATY WSZYSTKICH TRZECH ROZBIORÓW - 1772, 1793, 1795. JESZCZE WYŻEJ, PRZYKUTA DO SKAŁY NICZYM PROMETEUSZ JEST POLSKA, SKUTA KAJDANAMI I ZNIEWOLONA. POTEM MAMY POWSTANIE STYCZNIOWE I ZBRODNIE KTÓRYCH DOPUSZCZALI SIĘ MOSKALE (LUDZIE POWIESZENI NA GAŁĘZIACH - SZCZEGÓLNIE NA ZIEMIACH DAWNEGO WIELKIEGO KSIĘSTWA LITEWSKIEGO BYŁO TO POWSZECHNĄ PRAKTYKĄ), A NA KOŃCU MAMY WIELKI KRZYŻ I ANIOŁÓW, SYMBOLIZUJĄCYCH NADZIEJĘ NA ZERWANIE KAJDAN I ODZYSKANIE NIEPODLEGŁOŚCI. 
 

 
 
WARSZAWA
 
ZAMEK KRÓLEWSKI  
 
PORTRETY KRÓLÓW OD WŁADYSŁAWA IV WAZY 
DO JANA III SOBIESKIEGO
(1632-1696)
(CZYLI W KOŃCU EPOKI WIELKICH HETMANÓW I SCHYŁKU SREBRNEGO WIEKU) 
 

 
TA SAMA SALA Z INNEJ STRONY
 

 
SALA TRONOWA
 

 

 
TRON KRÓLEWSKI W SALI TRONOWEJ
 

 

 
TRON KRÓLEWSKI W SALI SENATORSKIEJ
 

 
APARTAMENTY KRÓLEWSKIE
 
 


 

 
 
 EUROPA WEDŁUG POLAKÓW
 
 

 
 
 GRANICE POLSKI 
(W LATACH 1635-2022)
 
 


 
WARSZAWA
 
ZŁOTE TARASY Z LOTU PTAKA
(CENTRUM HANDLOWE)
 

 
 
 WARSZAWA
 
ZAMEK KRÓLEWSKI 
I KOLUMNA KRÓLA ZYGMUNTA III WAZY
 

 
 
 WARSZAWA
 
GRÓB NIEZNANEGO ŻOŁNIERZA
 

 
 
WARSZAWA
 
CENTRUM NAUKOWE "KOPERNIK"
 

 
 
TERAŹNIEJSZOŚĆ
 
TO PAMIĘĆ O PRZESZŁOŚCI I WIARA W PRZYSZŁOŚĆ
 

 
 

 

 
 

 
CDN.
 

niedziela, 4 grudnia 2022

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XLI

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW

OD MEHMEDA II ZDOBYWCY

DO ABDUL HAMIDA II

 


 

SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XXX


 



 
 ŻONA
SERAJ POD RZĄDAMI ROKSOLANY/HURREM
(1534-1558)
Cz. XV
 
 
 
 WOJNA! ZNÓW WOJNA
 
 
 Rok 1543 rozpoczął się w pałacu Tournelle w Królestwie Francji przedstawieniem komediowym, którego pomysłodawczynią była małżonka następcy francuskiego tronu - księcia Henryka Walezjusza, który w tym właśnie czasie dowodził armią na południu kraju, w Pirenejach - Katarzyna z włoskiego rodu Medyceuszy. Oziębłość, jaką obdarzał ją małżonek oraz jego romans z Dianą de Poitiers, spowodował iż Katarzyna czuła się bardzo samotna na królewskim dworze. Co prawda przebywała nieustannie w otoczeniu króla Franciszka (a nawet należała do jego kompani myśliwskiej - o czym pisałem w poprzedniej części), ale jednak brakowało jej męskiego uznania (i jak to mówił sławetny król Julian z "Pingwinów z Madagaskaru", a za nim powtarzał Silvio Berlusconi: "Bąga, bąga, bąga - laski lubią pstrąga" 😅). Jej serce silniej zabiło do pewnego rycerza o imieniu Vendome de Chartres i postanowiła zwrócić sobą jego uwagę. Co prawda ów młodzian otaczał się wianuszkiem pięknych kobiet, ale rezolutna Katarzyna zaproponowała mu... uczestnictwo wraz z nią w owym przedstawieniu, a aby omówić i dopracować role jakie mieli odgrywać, gościła go w swej sypialni. Katarzyna była żoną Henryka już od dziesięciu lat, a mimo to wciąż nie mieli oni dzieci (notabene z Dianą de Poitiers Henryk także nie miał potomstwa). Wydawało się więc, że któreś z małżonków jest bezpłodne i podejrzenie padało właśnie na Katarzynę. Cóż to jednak było za zdziwienie gdy w początkach kwietnia 1543 r. Katarzyna Medycejska zaszła w ciążę. Dziwna sprawa, małżonek wciąż był na wojnie (a opuścił Paryż z końcem lipca 1542 r.) i minęło od tego czasu już prawie dziewięć miesięcy; jak to więc możliwe, że przez dziesięć lat małżeńskiego pożycia nie był w stanie spłodzić dziedzica, a w czasie swojej nieobecności nagle zapłodnił Katarzynę? Jest wielce prawdopodobne, że ojcem tego dziecka, które się urodziło w styczniu 1544 r. (a był to przyszły król Francji - Franciszek II, brat chociażby późniejszego króla Polski - Henryka Walezego) był właśnie ów rycerz, z którym w swej sypialni "przygotowywała się" do roli w przedstawieniu Katarzyna Medycejska.

Jeszcze nim dwór dowiedział się o owej radosnej nowinie, król Franciszek przyznał swej synowej specjalny kolor (każda kobieta na francuskim dworze miała swój własny, ofiarowany przez monarchę kolor z którym miała się odtąd utożsamiać, gdyż Franciszek twierdził że kobiety są niczym przepiękne kwiaty w ogrodzie - ogród to dwór, a różnokolorowymi kwiatami były odtąd piękne damy, ów dwór zapełniające). Franciszek ofiarował Katarzynie kolory tęczy i motto: "On niesie światło i spokój". Katarzyna jednak ze wszystkich kolorów tęczy, wybrała jeden kolor, który odtąd stał się jej barwą - był to kolor zielony i w takich sukniach najczęściej pojawiała się na dworze (a nawet jeśli zmieniała garderobę, to zawsze dbała o to, aby przynajmniej wstążkę mieć koloru zielonego). Królowi ten kolor bardzo przypadł do gustu i był dumny że Katarzyna wybrała właśnie tę barwę (jako symbol lasów - gdyż król Franciszek był wielkim miłośnikiem łowów). Niestety, kolor zielony nie został wybrany na cześć Franciszka, a... powiem tylko tyle, że zielony był również barwą rycerza Vendome de Chartres, więc zbieżność nasuwa się jakby sama (a jak to mówił Stanisław Anioł w sławnej komedii "Alternatywy 4": "Mądremu wystarczą dwa słowa, a głupiemu to i litanii mało" 😉). Oczywiście Katarzyna nie wyprowadzała króla z błędu, a wręcz przeciwnie, starała się postępować tak, aby zasłużyć na królewskie uznanie, a nawet podziw (dla króla Franciszka na przykład nauczyła się mówić i czytać po grecku, co długo nie przychodziło jej łatwo). Franciszek zresztą łożył ogromne sumy dla kobiet ze swego dworu, przewyższały one trzykrotnie wydatki na nowe budowle (na kobiety przeznaczano 300 000 talarów rocznie). Konie i kobiety były miłością życia króla Franciszka I Walezjusza (np. Maria Boleyn była niegdyś jego kochanką i zwał ją swą "klaczą, którą ujeżdżam gdy mi tylko przyjdzie na to ochota"), nic więc dziwnego że wydawał na nie ogromne środki z królewskiego skarbca. Niestety, z biegiem czasu coraz trudniej było mu "stanąć na wysokości zadania" i było to powodem jego nieustannych zmartwień. W tymże 1543 r. wysłał nawet specjalny okręt do portugalskiej kolonii Brazylii, aby sprowadzono stamtąd specjalną "świętą palmę", a raczej korzeń owej palmy, który ponoć przywracał moc męską. Owe brazylijskie "lekarstwo" sprowadzono do Francji, ale... wydaje się że niewiele pomogło to królowi.

A tymczasem trwała wojna hiszpańsko-francuska (do której przyłączyła się Anglia, a potem Osmańska Porta). Wybuchła ona dnia 12 lipca 1542 r. gdy król Franciszek I wypowiedział ją cesarzowi Karolowi V. Od razu też ukształtowały się trzy linie frontu: w Pirenejach, na granicy francusko-belgijskiej i w dolinie Padu w Italii. Na tym ostatnim odcinku obroną Księstwa Mediolanu dowodził markiz del Vasto, który zdołał uchronić Mediolan przed francuskim oblężeniem i (w owym 1542 r.) utracił tylko jedną twierdzę - Cherasco. Na froncie pirenejskim Francuzi podeszli pod twierdzę Perpignan. Całej północnej granicy Hiszpanii (czyli kraju Basków, Nawarry i Aragonii) bronił książę Alba, który dobrze przygotował tamtejsze zamki i twierdze do obrony. Jedynym słabym punktem był właśnie Perpignan, ale nie dlatego że był nieprzygotowany do obrony, ale dlatego że cały północny obszar Aragonii był wówczas objęty dość intensywną działalnością zbójecką i istniała obawa że owi zbójcy połączą się z wojskami francuskimi, prowadzonymi przez Delfina Henryka (który poprzysiągł sobie zdobycie twierdzy Perpignan i tam właśnie rzucił swe największe siły). Obawy księcia Alby okazały się jednak bezpodstawne, dobrze przygotowana do obrony twierdza wytrzymała wszystkie francuskie ataki, a okoliczni zbójnicy nie przyłączyli się do Francuzów, zatem syn króla Francji musiał wycofać się stamtąd z niesmakiem. Znacznie większe sukcesy odnieśli Francuzi na froncie północnym, gdzie spustoszyli znaczną część Południowych Niderlandów (dzisiejsza Belgia) i choć nie udało im się opanować twierdz: Antwerpii oraz Lowanium (gdzie do walki z najeźdźcami stanęli mieszkańcy miasta, w tym studenci tamtejszego uniwersytetu - dając lekcję poświęcenia, patriotyzmu a jednocześnie wierności Koronie Hiszpanii), to jednak skutki francuskiej inwazji były dotkliwe - tysiące trupów którymi żywiły się okoliczne zwierzęta, mnóstwo spalonych i wyludnionych wsi oraz błąkających się po drogach, głodnych i wyziębionych sierot. Namiestniczka Niderlandów, siostra Karola V - Maria Habsburg słała list za listem do brata, prosząc go o odsiecz i przypominając mu, że obiecał powrócić do Niderlandów po dwóch latach od ostatniej wizyty (z roku 1540). Karol V z uwagą śledził wydarzenia na północy i choć Niderlandy oparły się francuskiej inwazji w roku 1542, to czy udałoby im się wytrwać również w 1543? Cesarz nie mógł ryzykować, zatem z nowym rokiem intensywnie przystąpił do przygotowań na kolejną inwazję na Francję i odciążenie w ten sposób Niderlandów.




W lutym 1543 r. doszło do zawarcia sojuszu hiszpańsko-angielskiego przeciw Francji. Obie strony zobowiązywały się do wystawienia 42 000 armii która miała ruszyć do wspólnej ofensywy z północy i z południa dnia 22 czerwca 1544 r., obie armie miały spotkać się pod Paryżem i wspólnie zdobyć to miasto. Henryk VIII od lat marzył o takiej wyprawie, która przyniosłaby mu sławę podobną do tej, jaką otoczony był król Henryk V po bitwie pod Azincourt (1415 r.). Henryk VIII też pragnął takiej jednej wielkiej, zwycięskiej bitwy, która opromieniłaby jego imię wśród potomnych - zapomniał tylko że i tak już przeszedł do historii, dzięki sześciu ożenkom i skazaniu na śmierć dwóch swych małżonek (Anny Boleyn w maju 1536 r. i Katarzyny Howard w lutym 1542). Wyprawę tę jednak należało dobrze przygotować, a poza tym króla rozpraszały jeszcze sprawy osobiste (małżeństwo z Katarzyną Parr - zawarte 12 lipca 1543 r. - oraz wojna ze Szkocją). Mimo to, Henryk już kazał sobie wykuć miecz na wojnę z Francuzami, na którego klindze umieszczono taki oto napis: "Raduj się Boulogne z rządów Henryka VIII! Twe wieże zdobią szkarłatne róże, zaś cuchnące lilie wyrwane są i zdeptane, kogut został wygnany, a lew panuje nad niezwyciężoną fortecą". Oczywiście dwie róże (biała i czerwona) były symbolem dynastii Tudorów, lilie zaś to znak francuskiej monarchii począwszy od Kapetyngów, kogut to symbol Francji, zaś lew Anglii. Henryk VIII miał też na głowie ciągłą obawę przed "powrotem papistów", dlatego też okrutnie rozprawiał się z wszelkimi przeciwnikami ustanowionej przez siebie religii, a w owym 1543 r. oskarżony o herezję (głoszenie nieprawowiernych kazań w diecezji) został sam arcybiskup Canterbury - Tomasz Cranmer. Oskarżyło go (za namową biskupa Winchesteru - Stephena Gardinera i sir Johna Bakera) kilku kanoników Katedry w Canterbury. Wysłali oni list z oskarżeniem arcybiskupa do samego króla, ten jednak nic nie uczynił. Pewnego zaś dnia, gdy Henryk płynął swą barką po Tamizie, zauważył Cranmera stojącego u bram swego pałacu w Lambeth. Król kazał podpłynąć do arcybiskupa i zaprosił go na swą barkę, po czym powitał go słowami: "Ach, mój kapelanie! Mam wieści dla ciebie. Teraz już wiem, kto jest największym heretykiem w Kent", po czym wręczył Cranmerowi oskarżające go pismo. Henryk jednak lubił Cranmera, imponowało mu w nim że ów nie ma osobistych ambicji, jest pobożny i szczery w swych radach, dlatego też monarcha wyznaczył go na szefa komisji, mającej zbadać owe oskarżenia. Po kilku miesiącach prowadzenia śledztwa i szeregu przesłuchań (w tym niektórych poddawano torturom) Cranmer... uniewinnił się ze wszystkich stawianych mu zarzutów (😂).




A tymczasem w Hiszpanii też trochę się działo w owym 1543 r. Otóż cesarz Karol V (pomimo toczącej się wojny z Francją) wciąż rozpamiętywał nieudaną wyprawę na Algier z 1541 r. i doszedł do wniosku że owa klęska była karą Boską za grzechy jego poddanych, popełnianych w Nowym Świecie. Wciąż bowiem napływały stamtąd skargi składane przez franciszkanów i dominikanów na metody wykorzystywania przez Hiszpanów miejscowych ludów tubylczych; szczególnie aktywni byli w tej krytyce misjonarze: Bernardino de Sahagun i Bartolome de Las Casas. Ten ostatni przybył do Nowego Świata w 1502 r. jako osiemnastoletni młodzian z chęcią szybkiego wzbogacenia się (czyli poszukiwania Eldorado - krainy złota, która to idea nie opuszczała Hiszpanów przez dość długi czas). Przez kolejne dwanaście lat służył de Las Casas jako konkwistador na Karaibach i zgromadził z systemu encomiendy (wykorzystywania tubylców do ciężkiej pracy ponad siły w kopalniach lub na plantacjach i czerpania z tego zysków) dość znaczną kwotę. Przez ten czas zdołał się napatrzyć jak lokalni Indianie wymierają na skutek powszechnego wyzysku i chorób (Hiszpanie rozdzielali nawet rodziny i np. kobietom nie wolno było spotkać się z mężami, póki ci nie wypracowali dla hiszpańskich właścicieli odpowiedniej sumy zysków; a nawet jeśli zezwalano na spotkania, to były one krótkie i potem rozłąka znów trwała kilka a niekiedy kilkanaście miesięcy). W 1514 r. Bartolome de Las Casas przeszedł radykalną przemianę (ponoć stało się to w czasie kazania pewnego dominikanina, który sprzeciwiał się systemowi wyzysku ludności tubylczej przez encomiendę), przyjął święcenia kapłańskie i wstąpił do zakonu dominikanów (1515 r.) i wyjechał do Hiszpanii, aby przekonywać króla i możnych do porzucenia systemu encomiendy i zaprzestania wykorzystywania ludności indiańskiej (początkowo postulował sprowadzenie do hiszpańskich kolonii afrykańskich Murzynów i zastąpienie nimi pracy Indian, ale potem wpadł na jeszcze inny pomysł, a mianowicie na ściągnięciu do Nowego Świata wielu ubogich hiszpańskich rodzin, które po osiedleniu się otrzymały by trochę ziemi na własność i pracowaliby na własny rachunek, a ci, którym by to nie wystarczało mogliby pracować w kopalniach za odpowiednie wynagrodzenie). Propozycje de Las Casasa nie spotkały się z akceptacją ani hiszpańskich grandów, ani też hiszpańskich kolonistów, którym zniewolenie Indian bardzo odpowiadało, gdyż generowało zyski bez większych wydatków i strat (śmierć Indianina była dla tych ludzi tym samym co śmierć dzikiego zwierza podczas polowania, tym bardziej iż twierdzono że Indianie nie mają duszy i Bóg przeznaczył ich do ciężkiej pracy dla Hiszpanów). Starania jednak de Las Casasa i jemu podobnych zarówno w Toledo jak i w Rzymie przyniosły w końcu efekty. W 1537 r. papież Paweł III wydał przełomową w swej wymowie bullę Sublimus Deus w której otwarcie przyznał że Indianie z Nowego Świata są ludźmi, mają duszę i mają prawo zarówno do wolności, jak i do posiadania dóbr. W 1542 r. Bartolomeo de Las Casas napisał zaś słynną broszurę dla następcy hiszpańskiego tronu - don Felipe, która nosiła nazwę: "Nowe prawa dla Indii w sprawie dobrego traktowania i ochrony Indian" i dzięki jego wsparciu uzyskał ograniczenie (niestety jednak - nie zniesienie) stosowania encomiendy w koloniach Korony Hiszpańskiej w Nowym Świecie (w 1542 r. do Peru wysłany został pierwszy hiszpański wicekról, który miał wprowadzić nowe prawo, ograniczające system encomiendy. Niestety, nie spodobało się to hiszpańskim kolonistom i już w 1544 r. doszło do pierwszego - po upadku Imperium Inków w 1533 r. - powstania lokalnych kolonistów przeciw władzy Hiszpanii - było to tzw. Powstanie Gonzala Pizarra - opowiem o nim więcej w kolejnych częściach).




Don Felipe (jak już wcześniej pisałem) był księciem inteligentnym i oczytanym, zaś w owym 1543 r. (na jego polecenie) zakupiono w Walencji (za 144 maravedi) księgę Koranu. Książę bowiem pragnął zapoznać się, co niesie w swym przekazie najświętsza księga śmiertelnego wroga samej Hiszpanii i całego chrześcijaństwa. Cesarz Karol, ojciec Filipa już w listopadzie 1539 r. spisał dla niego pierwsze "wskazówki" - czyli jak powinien postępować "prawy monarcha i sługa Boga Jedynego, Pana Naszego Jezusa Chrystusa". W maju 1543 r. powstała druga i najważniejsza ze wszystkich trzech (ostatnia wydana została w styczniu 1548 r.) cesarskich instrukcji dla don Felipe. We wszystkich tych wskazówkach Karol V omawiał zawiłości polityki i rządzenia państwem, radził synowi na jakich ludziach powinien się oprzeć przyszły król Hiszpanii (np. twierdził iż książę Alba jest najlepszym wodzem w Hiszpanii, ale jednocześnie radził synowi aby trzymał go z dala od polityki, gdyż ma zbyt duże ambicje dynastyczne, itd.). Karol V uważał że jego obowiązkiem jest przygotować syna do sprawowania niezwykle trudnej i odpowiedzialnej misji, jaką jest włożenie na swe skronie królewskiej korony i sprawowanie władzy w otoczeniu ludzi, którzy skłonni są do największej podłości i najhaniebniejszej uległości, a wszystko po to, aby uzyskać wpływ na młodego króla i móc nim manipulować dla własnych korzyści (a częstokroć ze szkodą dla interesów kraju i monarchii). Cesarz pisał np.: "Strzeż się, mój synu (...) Załatwiaj sprawy z wieloma ludźmi i nie wiąż się ani nie uzależniaj od jednego człowieka, gdyż jakkolwiek oszczędza to czasu, nie daje dobrych wyników". Karol radził także Filipowi aby nigdy publicznie nie ujawniał swych emocji - tak, aby nikt nie mógł poznać czy jest zadowolony, czy też nie - a także by nikomu ze swych dworzan nie ufał, by był pobożny i sprawiedliwy. Prosił też, aby syn oddalił ze swego dworu błaznów i głupców, by opiekował się swymi siostrami, jako że z racji iż są kobietami w nim tylko mogą mieć swego protektora. Ostatecznie cesarz dawał nawet synowi rady seksualne i to, jak powinien postępować w łożu ze swą przyszłą małżonką ("Kiedy jesteś z żoną (...) bądź rozważny i nie przemęczaj się od samego początku, żeby ustrzec się fizycznych dolegliwości, gdyż prócz faktu, że to może być szkodliwe dla wzrostu ciała, jak i jego siły, często też sprowadza nań taką słabość, że uniemożliwia płodzenie dzieci, a nawet może cię zabić") - innymi słowy radził synowi aby zbytnio nie folgował sobie z kochankami, bo braknie mu sił aby zapłodnić żonę i spłodzić następcę tronu. Mało tego, radził również, aby Filip - gdy już spełni swój obowiązek i z żoną spłodzi syna lub synów, następnie: "trzymaj się od niej jak najczęściej z daleka. Tak więc radzę i proszę usilnie, ażebyś, skoro tylko dopełnisz obowiązku małżeńskiego, opuścił ją pod jakimkolwiek pretekstem i nie wracał do niej ani zbyt szybko, ani zbyt często; a jeśli już wrócisz, to na krótko". Wszystkie te cesarskie rady były przeznaczone tylko dla oczu jego syna i Karol wręcz radził aby Filip nigdy nikomu ich nie pokazywał i najlepiej spalił zaraz po przeczytaniu, aby nie wpadły w niepożądane ręce. Don Felipe ożenił się w listopadzie 1543 r. w wieku lat szesnastu, jego małżonką została infantka portugalska - Maria Manuela z rodu Aviz - również mająca szesnaście lat.




W maju 1543 r., po zakończeniu przygotowań wojennych i wybudowaniu nowej floty u kantabryjskich wybrzeży od Guipuzcoa po Oviedo (którym to zadaniem cesarz obarczył don Alvaro de Bazana), Karol V przebywał w katalońskim porcie Palamos, skąd wypłynąć miał do Genui, a następnie do Busseto, gdzie spotkać się miał z papieżem Pawłem III. Nim jednak do owego spotkania doszło, przenieśmy się teraz na moment do Rzymu (skoro już i tak zwiedzamy  Europę początku lat 40-tych XVI wieku, zamiast od razu przenieść się nad Bosfor i do haremu sułtana Sulejmana). Otóż w Rzymie trwały prace nad budową Palazzo Farnese (wraz z przebudową sąsiednich ulic), a papież dwukrotnie już zmieniał architekta (Antonio de Sangallo Młodszego zastąpił Michał Anioł), podobnie było przy budowie Bazyliki św. Piotra (tam też Sangallo zastąpił ów Michelangelo Buonarotti), w ogóle Rzym za pontyfikatu tego papieża (1534-1549) przypominał jeden wielki plac budowy; w 1541 r. Michał Anioł zakończył (po pięciu latach) wreszcie swoje imponujące dzieło w Kaplicy Sykstyńskiej, zatytułowane: "Sąd Ostateczny" (mówi się że Michał Anioł ponoć miał skłonności homoseksualne, ale pod koniec lat 30-tych XVI wieku nawiązał znajomość z arystokratką - Vittorią Colonną, wdową po zmarłym w 1525 r. Ferdynandzie Francesco d'Avalosa markizie Pescary - i ponoć zadedykował jej jeden ze swych obrazów, przedstawiających ukrzyżowanie Chrystusa, a ona zadedykowała mu jeden ze swych sonetów. Prawdopodobnie ten romans utrzymywał się dość długo i choć Vittoria była dużo młodsza od Michała Anioła, to i tak nie była pierwszej młodości i ich związek był raczej stabilny i przez nikogo nie zagrożony). Warto też dodać, że w owym 1543 r. (dokładnie 22 maja) papież Paweł III wyznaczył ostateczny termin zebrania się w Trydencie soboru, który rozpocząć miał się 1 listopada tego roku i tam też poczęli z wolna zjeżdżać się kardynałowie i biskupi. Niestety, ostatecznie do otwarcia soboru w wyznaczonym terminie nie doszło, gdyż wojna hiszpańsko-francuska i osmańska flota grasująca u wybrzeży Italii temu przeszkodziła (sobór rozpocznie się więc dopiero 15 marca 1545 r.). Papież ostatecznie stracił też nadzieję na pojednanie z luteranami i kalwinami, dlatego też w 1543 r. odnowił średniowieczne (i dawno zapomniane) Święte Oficjum "dla zdławienia herezji", czyli rzymską inkwizycję (hiszpańska istniała już od 1478 r. a portugalska od 1536 r. i obie były niezależne od tej rzymskiej; istniała też inkwizycja francuska, szczególnie silna na Sorbonie). Na czele rzymskiego Świętego Oficjum papież postawił Jana Piotra Carafę (przyszłego papieża Pawła IV, sprawującego swój pontyfikat w latach 1555-1559). Był to człowiek pobożny i uczciwy, jednocześnie bardzo skromny (wręcz odmawiający sobie wszelkich przyjemności, nawet najprostszych i najzwyklejszych). Sporządzał on dla papieża specjalne raporty z przesłuchań heretyków (lub też ludzi oskarżonych o herezję), piętnował też korupcję i seksualne rozpasanie Rzymian, nie szczędząc swych uwag odnośnie samych kardynałów, pisał np.: "W Rzymie ladacznice chadzają po mieście niczym zamężne kobiety lub dosiadają mułów, za którymi od samego centrum miasta podążają szlachcice i duchowni z kardynalskich domostw. W żadnym mieście nie spotkaliśmy takiej korupcji, z wyjątkiem tego, stanowiącego przykład dla wszystkich". Jego raport był przerażający i wstrząsnął samym papieżem (który przecież nie należał do świętoszków, swą siostrę Julię Farnese podesłał do łoża papieża Aleksandra VI, czyli Rodrigo Borgii, czyniąc z niej realnie prostytutkę dla korzyści własnej i rodu Farnese; sam miał też wiele kochanek), a ostatecznie zaś samym Carafą, który po objęciu pontyfikatu stwierdził iż jego raporty były zbyt mocne i godziły w dobro i powagę "Kościoła - Matki Naszej", nakazał więc wpisanie swych własnych raportów z czasów przewodzenia Świętemu Oficjum na... listę Indeksu Ksiąg Zakazanych.

    


Na Indeks Ksiąg Zakazanych trafiło również (choć znacznie później, gdyż dopiero w 1616 r.) wydane w maju 1543 r. w Norymberdze przez polskiego astronoma - Mikołaja Kopernika, dzieło zatytułowane: "De revolutionibus orbium coelestium" ("O obrotach ciał niebieskich"), otwarcie już potwierdzające dotychczasową teorię heliocentryczną i zaprzeczające teorii geocentrycznej Klaudiusza Ptolemeusza (która mówiła że to Ziemia jest centrum Wszechświata i wszystkie planety wraz ze słońcem krążą wokół Ziemi. Swoją drogą tak bardzo wierzono w wyjątkowość naszej planety i w to, że Bóg specjalnie wybrał nas byśmy ją zaludniali, ale nie zdawano sobie sprawy - gdyż takie rozumowanie nawet nie mieściło się w głowie - że Ziemia to... peryferie Wszechświata, planeta jedna z mniej ważnych, aczkolwiek fakt iż zostaliśmy tutaj wysłani aby ją zaludnić może być prawdą, gdyż jest wielce prawdopodobne że Ludzkość nie pochodzi z Ziemi, świadczy o tym bardzo wiele aspektów naszej genetyki i cielesności, chociażby ciężki poród, który kobiecie z reguły sprawia ból, podczas gdy zwierzęta rodzą potomstwo praktycznie bezboleśnie. To może świadczyć o tym, że nasza genetyka nie jest do końca przystosowana do tego świata i że nasz dom był gdzieś indziej, ale jakimś cudem się tutaj znaleźliśmy - zapewne poprzez geny ludzkich istot z innych światów. Ale nie o tym teraz). Mikołaj Kopernik pracował nad tym dziełem trzydzieści lat (prawdopodobnie zaczął je pisać w 1513 lub 1514 r.) i wydał je tuż przed swoją śmiercią (która miała miejsce 21 maja 1543 r. we Fromborku).




A tymczasem 23 kwietnia 1543 r. sułtan Sulejman opuścił Konstantynopol, jadąc Bramą Adrianopolską ku północy. Wojna więc rozpoczynała się w całej swej pełni a obie strony - cesarz Karol V i król Henryk VIII oraz król Franciszek i sułtan Sulejman wiedli przeciwko sobie duże armie i liczne floty. Sułtan Sulejman opuszczając stolicę nie spodziewał się jednak, że już wkrótce na jego dom spadnie wielkie nieszczęście, które odmieni los dynastii Osmanów i całej Wielkiej Porty. 




CDN.