Łączna liczba wyświetleń

piątek, 5 stycznia 2024

MÓJ OJCIEC "KRÓL POLSKI" - Cz. I

CZYLI HISTORIA NAZISTOWSKIEGO ZBRODNIARZA, OPOWIEDZIANA PRZEZ JEGO SYNA





"Matka (...) Przyjechała po nas trzy, cztery dni po powieszeniu ojca. Był chłodny, słoneczny dzień, druga połowa października 1946 roku, a ona była ubrana w kwiecistą wiosenną sukienkę. Zabrała nas na spacer. Szedłem obok niej po prawej stronie, a Michael i Gitti po drugiej. Powiedziała wesołym głosem, że tata nie żyje, jest w niebie i jest bardzo szczęśliwy. "Spójrzcie! Ja mam się dobrze. Jestem w wiosennej sukience". Moje rodzeństwo zaczęło strasznie płakać, a ja nie. "Popatrzcie na Niklasa. On też nie płacze" - powiedziała do Michaela i Gitti, ale jednocześnie bardzo mocno ścisnęła mi rękę, pytając dlaczego nie płaczę. A ja wiedziałem, podobnie jak moi bracia i siostry, że nasz ojciec musi spodziewać się wyroku śmierci"


Taką rodzinną historię ze swego życia przedstawił Niklas Frank, najmłodszy syn generalnego gubernatora okupowanych ziem polskich - Hansa Franka, który został skazany na karę śmierci i powieszony w Norymberdze - 16 października 1946 r. Miał wówczas 46 lat. Ostatnie miesiące jakie spędził w więzieniu sprawiły, że stał się bardzo religijny. Codziennie się modlił, a gdy przyszedł dzień jego egzekucji, jego ostatnie słowa brzmiały: "Proszę Boga, by zabrał moją duszę. Oby Pan przyjął mnie litościwie. Jestem wdzięczny za to, jak traktowano mnie w więzieniu", a gdy kat Armii Stanów Zjednoczonych, krępy Teksańczyk, zacisnął na jego szyi powróz i założył kaptur na jego głowę, to nim nakazał zwolnić zapadnię, Hans Frank zdołał jeszcze rzec: "Chryste, zlituj się" i potem już zamilkł.


PRZYKŁAD LARSA RAINERA - SZEFA POLICJI I GESTAPO W WARSZAWIE W SERIALU "CZAS HONORU", BARDZIEJ PASUJE DO LOSU LUDWIGA FISCHERA - SZEFA DYSTRYKTU WARSZAWSKIEGO I PODWŁADNEGO HANSA FRANKA, CZY ARTHURA GEJSERA - NAMIESTNIKA KRAJU WARTY (CZYLI WIELKOPOLSKI), NIŻ BEZPOŚREDNIO DO LOSÓW HANSA FRANKA. TAMCI BOWIEM TEŻ ZOSTALI PRZEKAZANI PRZEZ AMERYKANÓW POLSKIM WŁADZOM, A POTEM PO PROCESACH ZAWIŚLI NA STRYCZKACH






Niklas Frank był jedynym spośród dzieci nazistowskiego zbrodniarza, który szczerze nienawidził ojca za to co robił, i często zarówno ojca jak i matkę określał różnymi epitetami. Podczas jednego z wywiadów mówił np.: "Mój ojciec sam został powieszony, a jednocześnie jakby powiesił swoją rodzinę. My, cała piątka jego dzieci, bardzo ucierpieliśmy. Nie było nam łatwo żyć. Zaraz po wojnie, w 1945 roku, kiedy został aresztowany, nie było rodziny, w której ktoś nie zginąłby na wojnie. Wszędzie widać było okaleczonych - bez nogi, ręki, oka. Każde dziecko znało kogoś, kto zginął. Ale kiedy jest się rodziną, w której ojciec przeżył, lecz został aresztowany i codziennie rozpisują się o nim gazety, a potem zostaje skazany jako zbrodniarz wojenny i powieszony - to jest to coś zupełnie innego. Dla większości z nas było to trudne. (...) Mój brat Norman powiedział kiedyś: "Wiesz, dlaczego mieliśmy tak wysokie poczucie własnej wartości? Bo wcześniej mieliśmy służbę". Wtedy, gdy ojciec był generalnym gubernatorem okupowanych ziem polskich, żyło nam się znakomicie. Nie byłem świadkiem ani jednego aktu wojny, ani jednego bombardowania czy ucieczki. Byłem księciem Polski i było mi dobrze. Mój brat Michael, o czym dowiedziałem się po jego śmierci, opowiadał swoim dzieciom, jacy to Frankowie byli kiedyś wielcy i jak to w Polsce było wspaniale. Norman i Sigrid nie zachwycali się życiem w Polsce w taki sposób. Oni bardziej cierpieli z powodu śmierci - jak mówili - swojego "niewinnego ojca". O swej matce Brigitte Niklas mówił zaś tak: "Trzeba przyznać, że harowała dla nas i cenię to. Mogła przecież być taką fanatyczką jak żona Goebbelsa i nas zamordować. Później uświadomiłem sobie, że moja matka była jedną z bardzo niewielu, a może jedyną znaną mi osobą, która żyła tylko tu i teraz: bogactwo się skończyło, jest bieda i co z tym teraz zrobię? Dlatego nie pamiętam żadnych jej westchnień za przeszłością (...) W czasach Trzeciej Rzeszy moja matka była bezwzględna. Człowiekiem stała się dopiero wtedy, gdy straciła cały majątek i męża, i kiedy byliśmy naprawdę biedni. Doceniam, że nigdy nie gloryfikowała ani mojego ojca, ani tego wspaniałego czasu, który naprawdę przeżyła, jeśli pominiemy moralność. (...) Ze wszystkich sił starała się utrzymać przy życiu piątkę dzieci i poprowadzić je dalej. Zmarła w wieku zaledwie 63 lat".

Takie i temu podobne relacje i doświadczenia potomków nazistowskich zbrodniarzy, zebrał i umieścił w swej książce "Dzieci Hitlera. Jak żyć z piętnem ojca nazisty" - Gerald Posner. W książce tej jest wiele ciekawych przykładów i bardzo wiele różnych prób wytłumaczenia, zarówno przed swym własnym sumieniem jak i swoim otoczeniem, czynów popełnianych przez ojców, którzy okazywali się być potworami w ludzkiej skórze. Ja jednak w tym temacie chciałbym się skupić tylko i wyłącznie na tym jednym jedynym przykładzie Hansa Franka i tego, jak widziały go jego własne dzieci (szczególnie zaś ów najmłodszy Niklas Frank). Zapraszam zatem do opowieści o wykształconym człowieku, prawniku, osobie kulturalnej która jednak zamieniła się w bydlaka, w mordercę zza biurka i zbrodniarza wojennego. Niklas twierdził, że jego ojciec był katolikiem nim uwierzył w nazizm i Hitlera, następnie porzucił religię, ale wrócił do niej po upadku swego bożka. Niklas dodał że jego ojciec zawsze potrzebował mieć jakiegoś Boga, albo tego w niebiosach, albo boga fuhrera. Oto jego historia:






TYSIĄC LAT WINY
HANS FRANK - GENERALNY GUBERNATOR POLSKI, I JEGO SYNOWIE NIKLAS I NORMAN


Hans Frank nie okazywał już zdenerwowania. Były generalny gubernator Polski w czasie procesu norymberskiego wykonywał rozgorączkowane ruchy, ale w noc egzekucji był spokojny. Kiedy strażnicy zjawili się w jego celi, by odprowadzić go na szafot, klęczał, pogrążony w modlitwie. Było kilka minut po pierwszej w nocy, 16 października 1945 roku, kiedy ruszył
z dwoma komandosami i księdzem przez więzienne skrzydło i zaciemniony
korytarz do hali sportowej. Ręce miał skute za plecami. Gdy wchodził na
salę, mocne, jaskrawe światło sprawiło, że zamrugał oczyma, ale jako jedyny
ze skazanych zdobył się na uśmiech.

Jego spojrzenie natychmiast zatrzymało się na trzech ustawionych
w rzędzie czarnych szubienicach. Alfred Rosenberg i Ernst Kaltenbrunner już
wisieli, ale jeszcze nie umarli. Frank zerknął w stronę kilku stołów, przy
których cisnęli się świadkowie, reporterzy i przedstawiciele alianckich władz.
Wziął haust wilgotnego powietrza przesyconego dymem papierosowym
i aromatem kawy i pośpiesznie pokonał trzynaście schodków. Żołnierz
w randze podpułkownika poprosił go o podanie nazwiska, a potem
poprowadził do środkowej szubienicy. Tam czekali oficjalny kat armii
Stanów Zjednoczonych i dwaj ochotnicy. Zastąpili kajdanki czarnymi
sznurowadłami i spytali Franka, czy chciałby coś powiedzieć. Poszedł za radą
udzieloną mu przez księdza i wypowiedział zdania: "Proszę Boga, by zabrał moją duszę. Oby Pan przyjął mnie litościwie. Jestem wdzięczny za to, jak
traktowano mnie w więzieniu".

Sierżant John Woods, gruby Teksańczyk z czerwoną twarzą, który
w piętnastoletniej karierze powiesił trzystu czterdziestu siedmiu ludzi,
postąpił krok naprzód i umieścił pętlę na szyi Franka. W tym samym czasie
asystent związał kostki skazańca komandoskim paskiem, a na głowę opuszczono mu wielki czarny kaptur. Amerykański pułkownik wykonał
dłonią szybki ruch, jakby coś przecinał, i Woods pociągnął za dźwignię.
Frank krzyknął przez tkaninę: "Jezu, zlituj się!", i w tej samej chwili zniknął,
jakby go piekło wessało.

Hans Frank miał czterdzieści sześć lat, kiedy go stracono. Był gruntownie
wykształconym prokuratorem, człowiekiem dobrze wychowanym
i odznaczającym się wysoką kulturą osobistą, ale to nie uchroniło go przed
popełnieniem zbrodni przeciwko ludzkości. Jego wypowiedzi na temat
eksterminacji Żydów i wykorzenienia polskiego społeczeństwa zaliczają się
do najbrutalniejszych spośród wszystkich zanotowanych w czasie wojny. Jak
ktoś tak wysublimowany mógł skończyć na szafocie, fascynowało
historyków i gnębiło jego rodzinę.




Frank miał pięcioro dzieci. Sigrid, najstarsza z nich, mieszkała w Afryce
Południowej i przyjęła nazwisko męża. Brigitte, trzecia z kolei, zmarła
w 1981 roku w wieku czterdziestu sześciu lat. Była chora na raka, lecz
rodzina podejrzewa, że popełniła samobójstwo. Zawsze powtarzała, że nie
będzie żyła dłużej niż ojciec. Michael, starszy od Brigitte, solidaryzował się
z ojcem, wierząc, że wiele nazistowskich zbrodni zostało wyolbrzymionych.
Z dwoma pozostałymi braćmi długo rozmawiałem o wielu sprawach.

Niklas Frank, najmłodszy z całej piątki, urodził się 9 marca 1939 roku. Choć
to człowiek towarzyski i ciepły, o ojcu wyrażał się jak najsurowiej.
"Nienawidzę go" - mówi. "Nie potrafi pan sobie nawet wyobrazić, jak
bardzo go nienawidzę". W 1987 roku Niklas opublikował książkę o swoim
ojcu. Nosiła tytuł Mój ojciec Hans Frank. W Niemczech spotkała się
z gwałtowną krytyką z powodu jawnego obrzydzenia, jakie Niklas
deklarował wobec ojca. Nazywał go między innymi "słabą, próżną,
pozbawioną charakteru, lichą kreaturą', "tchórzliwą marionetką", "oślizłym
hipokrytą i głupcem" oraz "mordercą". Niklas zastanawia się, czy ojciec był
"ukrywającym swoją orientację homoseksualistą", a także opisuje Hansa
Franka jako "żałosnego lizusa", "półgłówka" i "durnia". Te emocjonalne
wyznania, w połączeniu z szorstkim stylem Niklasa, narobiły sporo szumu.

Autor snuł fantazje o ojcu uprawiającym seks z Hitlerem, streścił
podniecające go sny o egzekucji Hansa Franka i żywo odmalował swoich
rodziców w piekle. Wyszło na to, że nie cierpi matki tak samo mocno jak
ojca, "z tym, że ona nie była równie zniewieściała jak on". Ze wszystkich
dzieci nazistów, z którymi rozmawiałem, jedynie Niklas darzył rodziców
pogardą. Jako jedyny też bez wahania odpowiedział "tak" na pytanie, czy
wydałby ojca, gdyby ten się ukrywał.


HANS I BRIGITTE Z MAŁYM NIKLASEM
(1941)



Najstarszy syn Hansa Franka, Norman, urodził się 3 czerwca 1928 roku i był ulubieńcem ojca. To cichy i refleksyjny człowiek, fizycznie
i emocjonalnie w niczym nieprzypominający towarzyskiego Niklasa. Był
niższy od mierzącego sto osiemdziesiąt centymetrów brata. Ten wówczas
szczupły sześćdziesięciodwulatek (Norman zmarł w 2007 roku),
nieco przygarbiony, cierpiący z powodu wrzodów i związanych z nimi
dolegliwości, spędzał większość czasu w zaciemnionym gabinecie w swoim
bawarskim domu, bo był bardzo wrażliwy na światło. Norman bardzo kochał
swojego ojca. W trakcie wywiadu twierdził, że nadal go kocha, choć poczuł
się zdradzony, gdy po zakończeniu wojny dowiedział się, co zrobił.

"Wszystko zmieniło się, kiedy zobaczyłem pierwsze zdjęcia z Auschwitz
i dotarło do mnie, co się naprawdę wydarzyło" - wspominał. Zdumiewało go,
że ojciec był pełen sprzeczności. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy,
pokazał mi dwa zdjęcia: jedno idylliczne, przedstawiające całą rodzinę,
a drugie ukazujące Hansa Franka w Norymberdze eskortowanego przez
amerykańskiego komandosa w białym hełmie. Te dwie fotografie dowodzą,
z czym zmagał się Norman. Pokazują różnicę pomiędzy kochającym
i poważanym rodzicem a zbrodniarzem wojennym. Norman nie mógł
przestać o tym myśleć.
"Często płacze z powodu ojca" - mówiła jego żona Elizabeth. "On
zrujnował mu życie. Uważa, że przez to, co zrobił Hans Frank, nie ma prawa
do szczęścia". "Myślę o nim każdego dnia" - przyznał Norman. "Ale nie mógłbym napisać książki jak Niklas. Cieszę się, że się tak z tym uporał, ale ja myślę o ojcu inaczej".

Ci niepodobni do siebie bracia zmagali się z tym samym dziedzictwem.
Ich ojciec Hans Frank, drugi z trojga rodzeństwa, urodził się w katolickiej
rodzinie z klasy średniej 23 maja 1900 roku w Karlsruhe. Był synem
prawnika, którego pozbawiono uprawnień adwokackich, "słabeusza i kobieciarza", jak mówił Norman. Niklas dodał, że był to człowiek
podstępny. Matka porzuciła rodzinę, by zamieszkać z niemieckim
profesorem w Pradze, i jako nastolatek Hans Frank kursował między
rodzicami. Z powodu młodego wieku podczas pierwszej wojny światowej był
w wojsku tylko rok i nigdy nie znalazł się na linii frontu. W 1919 roku, już
jako student monachijskiego uniwersytetu, wstąpił do prawicowej Deutsche Arbeiterpartei (Niemieckiej Partii Robotników), a gdy w 1923 roku
przekształciła się ona w partię nazistowską, automatycznie został
szturmowcem. Jego dziennik z tamtego okresu dowodzi, że miał obsesję na
punkcie niemieckości i postrzegał niemiecką naukę, literaturę i muzykę jako
lepsze od wszystkich innych. Był zaciekłym nacjonalistą, pompatycznie
komentującym upadek zachodniej cywilizacji i konieczność zbudowania
silnych Niemiec.




W tym czasie Hans Frank poznał też swoją żonę Brigitte, która pracowała
jako stenotypistka w parlamencie Bawarii. Była od niego o pięć lat starsza.
Pobrali się po ośmiu miesiącach znajomości. Niklas postrzegał matkę jako
"podstępną diablicę, która wiedziała, czego chce, i zawsze to dostawała".
Nawet w podróż poślubną zabrała swojego kochanka (Frank nie wiedział
o tym związku), syna hamburskiego potentata armatorskiego. Zachowały się
ich wspólne fotografie z miesiąca miodowego Franków, które zrobił sam
Hans, według Niklasa "pozbawiony charakteru kretyn". Norman nie
podzielał zdania brata na temat ich matki, nie uważał jej za manipulantkę. "Z
upływem czasu kocham matkę coraz bardziej" - twierdził. "Rzeczywiście
wiedziała, czego chce, ale musiała na to zapracować. Była bardzo silną
kobietą, w tym małżeństwie to ona miała bez porównania silniejszą
osobowość. Ojciec się jej bał, a ona jego nie". 

Frank, który w trakcie wojny
stoczył gorzką potyczkę rozwodową, podczas pobytu w Norymberdze napisał
o niej w liście zaadresowanym do matki. Wyznał, że ożenił się z Brigitte wyłącznie pod wpływem "erotycznego upojenia" i że od tamtej pory nieustannie tkwił w "mentalnej niewoli". List wysłano omyłkowo do Brigitte. Niklas pamiętał, że była wściekła i "chciała rozebrać mury Norymbergi, cegła po cegle, żeby się tam dostać". Ojciec Sixtus O’Connor, katolicki
kapelan więzienny, powiedział później Niklasowi: "Nawet w celi dalej
obawiał się twojej matki". Ale w końcówce lat 20. XX wieku problemy małżeńskie jeszcze się nie ujawniły. 

Franka pochłaniała kariera zawodowa. W 1927 roku, kilkanaście miesięcy po zdaniu egzaminu w niemieckiej adwokaturze, zobaczył w nazistowskiej gazecie ogłoszenie. Poszukiwano prawnika do obrony członków partii. Przyjął sprawę i uzyskał dla oskarżonych łagodne wyroki.
Zagwarantowało mu to więcej pracy w charakterze prawnika nazistów,
"odrażającego krzykacza", jak to ujął Niklas. Hans Frank bronił setek
nazistów, głównie w sprawach dotyczących pobicia komunistycznych rywali. Raz wezwał Hitlera na świadka. Przyszły Führer był pod wrażeniem
retorycznych zdolności prawnika, choć jego zdaniem miał on trochę za
wysoki głos. Hitler zatrudnił go jako osobistego adwokata i Frank
reprezentował nazistowskiego przywódcę podczas ponad stu pięćdziesięciu
procesów. 

Jemu też powierzono zadanie delikatnej natury. Miał obalić szerzone przez przeciwników plotki, jakoby Hitler miał żydowskich przodków. "Mój ojciec do samego końca był głupio dumny z tych
prawniczych osiągnięć" - mówił Niklas. Za lojalną służbę nagradzano Franka szybkimi awansami. W 1939 roku był już Reichsleiterem (naczelnikiem) partii nazistowskiej. W ciągu trzech lat
po tym, jak Hitler został kanclerzem, Frank otrzymał całe mnóstwo ważnych
stanowisk. Został między innymi przewodniczącym Akademii Prawa
Niemieckiego (którą założył) oraz Międzynarodowej Izby Prawnej,
mianowano go też ministrem sprawiedliwości w Bawarii. 

W 1925 roku Frank wszedł w związek małżeński, a dwa lata później urodziło się jego pierwsze dziecko, Sigrid. Norman, który przyszedł na świat rok później, sięgał pamięcią do roku 1932, gdy miał cztery lata, a partia nazistów zyskała
przewagę w niemieckim parlamencie. "Moje najwcześniejsze wspomnienie
dotyczące rodziny jest takie, że miałem tylko matkę" - opowiada. "Ojciec był
zawsze zajęty. Później dowiedziałem się, że był to czas wielu politycznych
starć. Należeliśmy zdecydowanie do wyższej klasy średniej, nasz dom był
bardzo duży, z wielkimi, ładnie urządzonymi pokojami. Zarówno moja
siostra, jak i ja mieliśmy nianie, ale nie pamiętam żadnej z nich, tylko matkę".

Norman poszedł do szkoły w Monachium w 1934 roku, w wieku sześciu
lat. Ten rok okazał się nadzwyczaj ważny dla jego ojca. W czerwcu Hitler
postanowił dokonać czystki wśród przywódców Oddziałów Szturmowych
NSDAP (SA), organizacji zrzeszającej dwa i pół miliona członków. Kazał aresztować Ernsta Röhma, swojego długoletniego przyjaciela i poplecznika, a także setki innych oficjeli. Hitler przyleciał z Bonn do
Monachium 30 czerwca, by osobiście nadzorować zatrzymanie Röhma.
Wszyscy aresztowani przywódcy zostali zabrani do monachijskiego
więzienia Stadelheim podlegającego jurysdykcji Franka. Sześcioletni
wówczas Norman zapamiętał ten dzień tak: "W "noc długich noży" siedziałem z ojcem w prowadzonym przez szofera
mercedesie, na drodze niedaleko Monachium. Hitler podszedł do auta,
wsunął głowę przez okno i coś do niego powiedział".

Sprawa osiągnęła punkt krytyczny, kiedy dwa dni później Hitler wysłał
do więzienia Stadelheim oddziały SS, żeby przeprowadziły egzekucję
niektórych przywódców SA, mimo że nie postawiono im żadnych zarzutów.
Przejęty Frank zadzwonił do Hitlera, a następnie do Hessa. Jako minister
sprawiedliwości i zarządzający więzieniem zaprotestował przeciwko
wykonywaniu takich wyroków bez procesu. Hitler nie chciał go słuchać.
Podniesionym głosem wyjaśniał, dlaczego więźniowie przebywają
w Stadelheim: "nie znalazłem innego odpowiedniego miejsca, w którym
mógłbym ich umieścić. Są jedynie twoimi gośćmi. Ja i Rzesza mamy nad
nimi pełną władzę, nie Bawaria”. Frank się wycofał i przekazał dziewiętnastu
mężczyzn katom z SS. Röhma zamordowano w jego celi następnego dnia.

To, co Norman zobaczył w samochodzie dwa dni wcześniej, to był początek
morderczej działalności ojca.
"To był moment, w którym ojciec się sprzedał" - powiedział. "Moment
całkowitej deprawacji, kiedy padł na kolana przed Hitlerem. Od tamtej chwili
wszystko kręciło się wokół pieniędzy i władzy, a on nie był już prawnikiem.
Wiem, że żałował tej decyzji. Wiem tak, jak tylko syn może to wiedzieć. Mój
ojciec cierpiał, ponieważ był za słaby. Nie umiał się sprzeciwić Hitlerowi".
Niklas całkowicie zgadza się w tej sprawie z bratem, ale jest oczywiście
surowszy w ocenie. "Kompletnie zignorował prawo, choć - co jest tym
bardziej hańbiące - doskonale je znał. Od tamtej pory był jednym z nich,
miał krew w gardle, na rękach, w duszy i na sumieniu".


HANS FRANK JAKO WIELKORZĄDCA POLSKI



Choć Frank przystał na czystkę w SA, jego początkowe wahanie
rozczarowało Hitlera. W styczniu następnego roku Führer mianował go
ministrem Rzeszy, ale bez teki. Było to prestiżowe stanowisko, choć
praktycznie niezwiązane z rządzeniem. Tym niemniej wymagało
przeprowadzki do Berlina. Norman, wówczas siedmioletni, ma wyraźne
wspomnienia z kolejnych czterech lat spędzonych w stolicy. "Ojciec wciąż piął się w górę. Wiedziałem, że jest ważny. Musiałem wiedzieć. Mieliśmy
trzy duże limuzyny z szoferami, adiutantów i tym podobne udogodnienia.
Nawet z rejestracji samochodów wynikało, że ojciec jest kimś szczególnym.
Mieliśmy też bardzo dużą willę z wielkim ogrodem, ale obok nas nikt nie
mieszkał. Musiałem się bawić z szoferami. Podczas przerw uczyli mnie boksować i palić papierosy. Grałem też w tenisa, sam ze sobą, odbijając piłeczkę od ściany. Ojciec był stale w rozjazdach, a matkę pamiętam albo w ciąży, albo podczas pobytów w szpitalu. A nawet gdy przebywała w domu, miała mnóstwo obowiązków jako żona ministra. Jej także nie widywałem
zbyt często. Nie miałem żadnych kolegów ze szkoły, bo nasza willa znajdowała się na uboczu i nikt mnie nigdy nie odwiedzał. Trzymałem ze
starszą siostrą, ale ona była bardziej towarzyska ode mnie, miała wielu
przyjaciół i często wychodziła. W Berlinie było bardzo miło, bardzo
spokojnie, ale też czułem się bardzo samotnie".

Norman uciekał w książki. Jego ojciec również był zapalonym
czytelnikiem, lubił dzieła historyczne, filozoficzne i beletrystykę. "W tamtym
czasie najważniejszymi książkami, jakie przeczytałem, były Przygody Tomka
Sawyera i Przygody Hucka Finna, wydane w jednym tomie" - wspomina
Norman. "Od tej pory byłem stracony dla Trzeciej Rzeszy. Myślami
uciekałem do Jima, nad rzekę Missisipi. To było dla mnie zupełnie
wyjątkowe doświadczenie, miało na mnie ogromny wpływ. Ten świat tak
bardzo różnił się od tego, który znałem. Indianie, po prostu wszystko.
Wydawało mi się to dziwne, ale wspaniałe. Przeczytałem tę książkę w wieku dziewięciu lat i wciąż doskonale ją pamiętam. Miałem rozwiniętą wyobraźnię i bardzo wyraźnie widziałem wszystkie sceny. Wolałbym być tam niż
w Berlinie". Norman uważał świat stworzony przez Marka Twaina za cudowny i nie zdawał sobie sprawy, że jego własne dzieciństwo również było dość niezwykłe. 

Ze względu na swoją pozycję rodzice często przyjmowali ważnych nazistów. Norman poznał Goebbelsa w Ministerstwie Propagandy
i Oświecenia Publicznego, a Göringa podczas monachijskiego karnawału.
Himmlera też spotkał w Monachium. Mussolini, bliski przyjaciel ojca,
odwiedził ich berliński dom. "Mussolini to jedyny znajomy ojca, którego nie
polubiłem. Wszyscy inni byli dla mnie bardzo mili. Göring zawsze robił na
mnie wrażenie bardzo błyskotliwego, bardzo inteligentnego. Ale nie
znosiłem tych spotkań. Nienawidziłem ich. Zazwyczaj byłem zażenowany,
bo rozlewałem gorącą czekoladę albo robiłem coś w tym rodzaju. Nauczono
mnie, żebym siedział cicho, zachowywał się poprawnie, prezentował
nienaganne maniery, ale zawsze się bałem, że zrobię coś nie tak. Podczas
tych wieczorów, gdy zjawiało się sześćdziesięcioro lub więcej gości,
musiałem stać razem z rodziną w rzędzie i ze wszystkimi się witać. To było
okropne. Często chciałem uciec do kuchni i przebywać z obsługą. Byłem
bardzo zamkniętą osobą w bardzo otwartym domu".

Po latach Norman ciągle czuł zawstydzenie, gdy przypominał sobie, jak
wybrano go, by wręczył Mussoliniemu bukiet kwiatów na dworcu. Setki
partyjnych dygnitarzy wyczekiwały Il Duce, a on był przerażony, że popełni
jakiś błąd, którym zhańbi zarówno siebie, jak i ojca. "Powiedziałem matce,
że wolałbym zjeść zgniłe brzoskwinie niż wręczać kwiatki Mussoliniemu" -
wspominał. Pozwoliła mu zrezygnować z tego wątpliwego zaszczytu.
W tych krótkich chwilach, gdy widywał rodziców, Norman zdołał
wyrobić sobie zdanie na ich temat. Pamiętał, że oboje byli wybuchowi, ale
potrafili się kontrolować i rzadko się przy nim kłócili. Uczucia i religia nie
zajmowały w domu ważnego miejsca. 

"Mój ojciec był bardzo inteligentny,
bardzo dowcipny, lepiej wykształcony niż matka, ale ona okazała się od
niego sprytniejsza w codziennym życiu i znała się na ludziach" - mówił.
"Bardzo się od siebie różnili. On był prawnikiem, pianistą, pisarzem, koneserem sztuk pięknych. Każdego dnia grał klasyczne utwory na
fortepianie lub organach. Potrafił zagrać wszystko po jednokrotnym
wysłuchaniu". "Ojciec nie bujał w obłokach. Był bardzo praktyczny, pamiętam, że na początku rozprawiał o polityce nawet przy kolacji. Był nierozważny i mówił o rzeczach, których nie powinien zdradzać. Zawsze czułem, że nie jest przekonany o zwycięstwie Niemiec. Sądzę, że od początku miał wątpliwości. Zrobił, co musiał, co do niego należało, ale nie sądzę, by wierzył
w ostateczną wygraną". Norman jest jedynym członkiem rodziny, który odniósł wrażenie, że ojciec od początku miał chwile zawahania. Berlińscy koledzy Hansa Franka twierdzą, że podchodził do swojej pracy gorliwie i był oddanym
zwolennikiem narodowego socjalizmu, a Hitlerowi okazywał niewolnicze
przywiązanie. 




W 1936 roku Hans Frank i Norman wzięli udział w ceremonii otwarcia
igrzysk olimpijskich. Ojciec miał tak napięty grafik, że na rozgrywki zabierał
ośmiolatka adiutant. "Moim ulubieńcem był Jesse Owens, bo zdobył trzy
złote medale. W tamtym czasie nie wiedziałem, że nazistowscy hierarchowie
są niechętni czarnoskóremu Owensowi. Nie dotyczyło to zwykłych Niemców, wszyscy go lubili. Tylko jego pamiętam z tamtej olimpiady. Zapomniałem nawet, jak wyglądała ceremonia otwarcia, choć podobno była spektakularna". Norman twierdzi, że w szkole pozycja ojca nie zapewniała mu specjalnego traktowania. "Chłopiec siedzący obok w ławce był Żydem. Wiedziałem o tym, bo ja jako katolik, a on jako Żyd nie mogliśmy chodzić razem na lekcje religii. Urządzaliśmy sobie zatem długie spacery. Lubiliśmy się. W 1938 zniknął. Nie dowiedziałem się wtedy dlaczego. Nikt o nic nie pytał ani nic nie powiedział. Ale nie sądziłem, że to niezwykłe, bo w szkole uczyło się wiele dzieci dyplomatów i ludzi, którzy często przyjeżdżali
i wyjeżdżali".

Rok 1938 był także rokiem nocy kryształowej, aktu terroru, podczas
którego bandy nazistów zniszczyły tysiące synagog i żydowskich
przedsiębiorstw. Norman pamiętał również to listopadowe wydarzenie
i reakcję swojego ojca. "Ojciec przyleciał z Monachium, a ja pojechałem
z matką autem, żeby go odebrać. Gdy do nas podszedł, matka od razu
spytała: "Hans, czy miałeś z tym coś wspólnego?". On odparł szybko: "Nie,
przysięgam ci, że nie mam z tym nic wspólnego. Moja matka, jak każdy
przyzwoity Niemiec, była tym zszokowana. Ludzie nie akceptowali takiego wandalizmu. Ale ze strony Hitlera było to bardzo sprytne posunięcie, bo w tamtym czasie nikt z nas nie wiedział, że to on za tym stoi. Sądziliśmy, że to Goebbels. Od tamtego momentu to nie była już prawdziwa Trzecia Rzesza.
Rozpoczęła się wojna przeciwko licznym środowiskom i pojedynczym
ludziom".

Norman i Niklas nie są zgodni co do tego, czy ich rodzice lubili
berlińskie życie na świeczniku w otoczeniu nazistów. Norman opierał swoje
przypuszczenia na obserwacjach z okresu, kiedy z nimi mieszkał. Niklas
czytał zapiski rodziców, wysłuchał licznych świadków i przestudiował setki
dokumentów z tamtych czasów. Norman wierzył, że rodzice mieli
"obowiązek angażować się w życie publiczne, ale woleliby zachować
prywatność. Ojciec chętniej by czytał, niż zabawiał gości. Matka wolałaby,
gdyby jej mąż wciąż miał małą kancelarię w małym mieście. Tego właśnie
chciała i to by ją uszczęśliwiło. Oczywiście każda kobieta jest dumna, kiedy jej mąż robi taką karierę, ale nie było to jej pragnieniem. Obserwowałem
i słyszałem różne rzeczy w naszym domu. Wiem, że mam rację". Norman twierdzi, że ojciec zmienił się dopiero po 1940 roku. "W Polsce gromadzenie władzy i bogactwa stało się dla niego ważne, ale wcześniej było inaczej".

Niklas uważa, że jego rodzicom od zawsze na tym zależało. "Matka
kochała władzę, stanowiska, pieniądze i swoją pozycję" - twierdził.
"Uwielbiała też to, że może rządzić ojcem, służbą, Żydami w getcie". Syn
potępiał oboje za "dorobienie się na łupach" w czasie, gdy ojciec był
generalnym gubernatorem, a ona pierwszą damą podbitej Polski.
"Zgromadziła tam cały magazyn futer" - twierdził Niklas. "Kazała się
nazywać "Frau Minister". Ale łatwo potrafię sobie wyobrazić, jak w latach
1933–1939 zabiega o kolejne dobra, kupuje suknie, pije herbatkę w Carltonie
i jeździ z przyjaciółkami wielkim mercedesem”. Jeśli chodzi o ojca, Niklas
nie ma wątpliwości, że umiłowanie prestiżu i władzy kompletnie go
zdeprawowało. "Zaprzedał duszę, żeby znów stać się ważny. Przed
mianowaniem na generalnego gubernatora był politycznym trupem. Zabiegał o takie stanowisko, kiedy przebywał w Berlinie".




Punkt kulminacyjny kariery Hansa Franka przypadł na 26 września 1939
roku, zaledwie siedem miesięcy po narodzinach Niklasa. Hitler mianował go
generalnym gubernatorem okupowanej Polski. Ukląkł wtedy w Berlinie
przed żoną na jedno kolano i powiedział: "Brigitte, będziesz królową Polski". Ona wraz z dziećmi wróciła do domu w południowej Bawarii, znajdującego
się nieopodal przepięknego jeziora i górskiego miasteczka Schliersee, a jej
mąż udał się na wschód, do Krakowa. Trzydziestodziewięcioletni generalny
gubernator ustanowił swoją kwaterę na Wawelu. Zamek, pełen antyków
i cennych dzieł sztuki, uważano za miejsce święte. We wcześniejszych
wiekach w jego murach odbywały się koronacje polskich królów, były tam
ich groby, którymi się z czcią opiekowano. Urządzając się w budynku
z widokiem na Kraków, ale też polską prowincję, Frank zaczął wzorować
swoje nowe królestwo na państwie nazistowskim. Wkrótce po przybyciu
ustanowił swoje zasady: "Polska powinna być traktowana jak kolonia; Polacy
powinni być niewolnikami wielkiego imperium niemieckiego".




CDN.

środa, 3 stycznia 2024

POWYBORCZY HUMOR - Cz. III

 CZYLI POLITYCZNE MEMY





 Miałem dzisiaj wrócić do tematu prywatnego życia dyktatorów, ale uznałem że to, co odwala Donald Tusk i jego ferajna zasługuje na ponownego politycznego mema, bo trudno uznać że to wszystko jest normalne i wrócimy sobie teraz do jakichś takich codziennych spraw, w sytuacji gdy Polska nieustannie jest atakowana z zewnątrz. Ostatnio Moskale - testując skuteczność nowego rządu - zaczęli zakłócać sygnału GPS nad znacznym obszarem północnej i wschodniej Polski. Potem niespodziewanie w polską przestrzeń powietrzną wleciała rakieta wystrzelona przez Moskali (która miała uderzyć w Ukrainę, choć oczywiście została tak zaprogramowana aby wleciała w naszą przestrzeń powietrzną i przebywała tutaj przez jakieś 3 minuty). Teraz zaś dokładnie pierwszego stycznia mieliśmy terrorystyczny (bo inaczej tego nazwać nie można) atak Google'a na polską walutę i celowe jej osłabienie (wszystko oczywiście jest powolnym gotowaniem żaby, które ostatecznie ma zniechęcić Polaków - po stu latach od wprowadzenia złotówki - do posiadania własnej, narodowej waluty i zachęcić do przyjęcia euro, czyli całkowitego finansowego podporządkowania się Brukseli i Berlinowi). To są elementy jakimi zarówno Moskwa jak i Berlin i Bruksela testują nowe władze w Warszawie i jak na razie nie widać w nowej ekipie żadnej konsekwencji do obrony polskiej racji stanu (natychmiast po takim ataku na polską walutę do siedziby Google w Polsce powinna wtargnąć ABW i przetrząsnąć wszystko od góry do dołu, bo to jest bezpośredni atak na państwo polskie, ale chłopcy w krótkich majtkach mogą co najwyżej wyrywać laptopa w redakcji Wprost, lub... zadzwonić pod numer 8080 - jeśli w ogóle zadziała).





Ponieważ ja uważam że każdy tydzień tego rządu jest ze szkodą dla naszego kraju, dlatego im szybciej zakończy on swoje istnienie, tym lepiej - chociaż oczywiście zdaję sobie sprawę że trzeba będzie na to jeszcze trochę poczekać. W każdym razie zapraszam na polityczny, czy też powyborczy humor.



PRZEJĘCIE TELEWIZJI PUBLICZNEJ ZA POMOCĄ... UCHWAŁY 😯
DONALD TUSK ROZDAJE NOWE POSADY 😂




"UNIA NAM DAJE!"




TUSK I IMIGRANCI




BRUKSELSCY EUROKRACI,
CZYLI IMIGRANCI, EURO, CENTRALIZACJA.
A WSZYSTKO W IMIĘ NOWEGO, WSPANIAŁEGO, TOTALITARNEGO ŚWIATA NEOKOMUNIZMU.
CÓŻ, PROGRAM JEST SŁUSZNY, TYLKO SPOŁECZEŃSTWO NIE DOROSŁO 🙄😉




NA ZAKOŃCZENIE ZOSTAWIŁEM SOBIE PEREŁKĘ:



🤓

JAK OBCHODZONO NOWY ROK...? - Cz. III

W ANTYCZNEJ GRECJI I STAROŻYTNYM RZYMIE





STAROŻYTNY RZYM
SŁOŃCE TO, CZY KSIĘŻYC JEST NAD NAMI?
Cz. I






"TEN, KTO NIE WIE, CO SIĘ WYDARZYŁO, NIM PRZYSZEDŁ NA ŚWIAT, POZOSTANIE NA ZAWSZE DZIECKIEM. BO CÓŻ WARTE JEST NASZE ŻYCIE, JEŚLI PRZEZ ZNAJOMOŚĆ HISTORII NIE WIĄŻE SIĘ Z ŻYCIEM NASZYCH PRZODKÓW"

CYCERON
"ORATOR"
(46 r. p.n.e.)



Kiedy Rzymianie obchodzili Nowy Rok? Odpowiedź najprostsza brzmi - gdy władzę obejmowali kolejni konsulowie. A kiedy to następowało? No właśnie, z tym już jest większy problem, ponieważ najprostszą odpowiedzią byłby - 1 styczeń, gdyż rzeczywiście w tym dniu konsulowie obejmowali urząd. Ale działo się tak dopiero od roku 153 p.n.e., wcześniej zaś 1 stycznia nie był początkiem Nowego Roku, gdyż tego dnia konsulowie nie tylko nie obejmowali urzędu, ale w pierwszych latach Republiki i w czasach Monarchii rzymskiej, styczeń w ogóle nie istniał w rzymskim kalendarzu. Od czasów Romulusa pierwszym miesiącem Nowego Roku był marzec (martius), który swą nazwę zawdzięczał bogu wojny -  Marsowi. Teoretycznie więc pierwotny rzymski kalendarz liczył 305 dni, czyli 10 miesięcy w roku (zaraz wyjaśnię dlaczego napisałem "teoretycznie"). Pierwszym miesiącem w roku był więc marzec, czyli martius, ale dlaczego pominięto dwa zimowe miesiące (choć realnie one istniały). Żeby sobie odpowiedzieć na to pytanie, to trzeba się cofnąć w odległą przeszłość, czyli do początków Rzymu. Rzym za Romulusa składał się z kilku pierwotnie od siebie niezależnych osad, budowanych na kształt dominującej na tym terenie wówczas kultury Villanowa (czyli na ogół okrągłych drewnianych domków) i pierwotnie składał się z trzech nad-tybrzańskich wzgórz: Kapitolu, Palatynu i części Celiusa. Według tradycji Romulus miał panować w latach 753-717 p.n.e. i chodź Rzym wciąż wówczas nie przypominał jeszcze klasycznego miasta (i długo, długo nie będzie przypominał), to jednak pewne dotychczasowe tradycje musiały ulec zmianom. Do nich należało bowiem, zaprzestanie grzebania zmarłych poza osadami dotychczasowych wzgórz, gdyż utrudniało to rozwój miasta. Wszystko to odtąd miało być ager publicus (czyli ziemią publiczną), a granice miasta określało zaoranie etrusco ritu (to właśnie podczas wyznaczania granicy miasta miało dojść do konfliktu pomiędzy Romulusem, a jego bratem Remusem, który zakończył się śmiercią tego drugiego. Swoją drogą warto tutaj przedstawić ciekawą opowieść, która przekazywana była sobie przez starożytnych Rzymian, a dotyczyła właśnie obu braci. Mianowicie pewnego razu leżąc na polanie, spoglądali oni w niebo licząc napływające chmury. Miało być to bowiem znak, któremu z braci bogowie bardziej sprzyjają. Remus doliczył się tylko sześciu chmur, a Romulus dwunastu. Tą przypowieść zaczęto interpretować w formie przepowiedni o tym, że w przypadku gdyby to Remus objął władzę, miasto miało się cieszyć sześcioma wiekami chwały, gdyby zaś romulus został królem - aż dwunastoma. Zapewne ta historyjka została wymyślona nieco później, aczkolwiek wpasowuje w ważne dla Rzymu wydarzenia. Sześć wieków chwały, to upadek Rzymu w czasie najazdów Cymbrów i Teutonów z ostatniej dekady II wieku p.n.e. Rzymian ocalił wówczas Gajusz Mariusz reformując armię i tworząc z niej wojsko zawodowe, w miejsce dotychczasowej armii republikańskiej. Natomiast dwanaście wieków Romulusa, to upadek Rzymu mniej więcej w połowie V wieku naszej ery, czyli - tak jak to się stało w rzeczywistości - w 455 r. spustoszenie miasta przez Wandalów, a w 476 r. obalenie ostatniego, małoletniego cesarza - Romulusa Augustulusa). Dlatego też należało od tej pory chować zmarłych poza murami wspólnego miasta, czyli poza etrusco ritu.


RZYM ZA PIERWSZYCH KRÓLÓW



Ale nie to było głównym powodem, dla którego to właśnie marzec był pierwszym miesiącem Nowego Roku dla Rzymian w tamtym okresie (bowiem kalendarz zmieniał się jeszcze co najmniej dwukrotnie - oczywiście wyjaśnię też dlaczego napisałem "co najmniej"). Głównym powodem dla którego to właśnie marzec stał się pierwszym miesiącem roku dla Rzymian, był fakt, związany z pierwotnym na tym terenie prawem długu. Na początku marca, tuż przed rozpoczęciem cyklu rolniczego, chłopi (którzy w większości nie posiadali ani sprzętu rolniczego, ani zwierząt którymi mogli uprawiać ziemię), mogli to wszystko uzyskać od majętniejszych sąsiadów, na zasadzie zwyczajowego prawa mancypacji. Wyglądało to następująco - otrzymywali zwierzę (lub narzędzie rolnicze potrzebne im do pracy) i nie musieli za nie płacić od razu, tylko składali przed Saturnem (potem ten bóg ziemi został utożsamiony z greckim Kronosem) uroczystą przysięgę, że po zakończeniu cyklu rolniczego (czyli jesienią tego samego roku) oddadzą właścicielowi wypożyczonej rzeczy lub zwierzęcia, określoną kwotę z własnych plonów (oczywiście wówczas jeszcze - a mówimy o VIII wieku p.n.e. pieniądze nie istniały - przynajmniej na terenach o których mówimy, tak więc wszelka wymiana odbywała się w naturze). Spłata długu wypadała zawsze na dzień przed rozpoczęciem Saturnaliów (grudzień), a już w listopadzie rozpoczynano trzydziestodniowe odliczanie terminu spłaty. Ci zaś dłużnicy, którzy nie zebrali wystarczających plonów aby oddać dług, kończyli marnie, bowiem składając przysięgę Saturnowi, w tym momencie łamali dane bogu słowo. Karą była śmierć, a owi nieszczęśnicy byli rytualnie składani w ofierze Saturnowi z końcem grudnia (czyli w czasie Saturnaliów). To okrutne prawo składania ludzi w ofierze bogom zniósł następca Romulusa, drugi król Rzymu (panujący w latach 715-673 p.n.e., rok 716 miał być rokiem bezkrólewia) Sabińczyk - Numa Pompiliusz (prócz tego że pochodził on z plemienia Sabinów - które wraz z Latynami budowało nowe miasto nad Tybrem - to miał liczne kontakty w miastach etruskich i wydaje się że był też spokrewniony z etruskimi klanami, a jego żona Lukrecja z pewnością była kobietą z ludu Etrusków. O Etruskach też jeszcze zamierzam napisać i ich jakże ukrywanym do dzisiaj pochodzeniu, chociaż wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerują że lud ten - podobnie zresztą jak Dorowie/Gorowie na Peloponezie, przybył z Europy Środkowej). Wprowadził on wiele reform do zwyczajnego prawa pierwotnego Rzymu, rozszerzył etrusco ritu (pierwotnie zasiedlił z plemieniem Sabinów - Kwirynał) aż po Janiculum (gdzie też został pochowany) i założył pierwsze zgromadzenie westalek (początkowo były tylko dwie owe święte niewiasty, służebnice bogini Westy). On też właśnie zamienił rytualne składanie ofiary z dłużnika na ołtarzu Saturna, na bardziej ekonomicznie opłacalną dla pożyczkodawcy niewolę (oczywiście nie wyglądało to tak że człowiek który trafiał do niewoli stawał się już niewolnikiem, wręcz przeciwnie. Był nim tylko teoretycznie przez 60 dni zimowych - od 23 grudnia do 23 lutego - na które to był zamykany w podziemnym pomieszczeniu i traktowany jak nieżywy - choć oczywiście karmiono go. W tym czasie jego synowie lub krewni musieli spłacić dług - a dokonać tego mogli trzykrotnie, na początku, w połowie i na końcu sześćdziesięciodniowego okresu niewoli - jeśli tego nie uczyniono, wierzyciel miał prawo postąpić z nim według własnej woli (czyli np mógł go zagłodzić w owej celi, lub też - jeśli obaj się porozumieli - mógł go sprzedać za Tyber, np. do Etrusków, uzyskując wówczas zwrot poniesionych przez siebie kosztów).

Biorąc pod uwagę ten właśnie fakt, można wtedy zrozumieć dlaczego w czasach Romulusa rzymski kalendarz liczył tylko 10 miesięcy i pozbawiony był dwóch miesięcy zimowych (styczeń, luty), które poświęcone były bogom podziemnym i w czasie których zamierała cała natura. Po prostu tych dni nie świętowano i traktowano tak, jakby ich w ogóle nie było, (co oczywiście nie znaczy że ich nie było 👍). Aż do czasu wielkiej reformy rzymskiego kalendarza z czasów Juliusza Cezara (który wszedł oficjalnie w roku 45 p.n.e. a został skopiowany przez Cezara z wzorców egipskich - o których też jeszcze napiszę, a z których Cezar zapewne czerpał pełnymi garściami podczas swych wojaży po Nilu z Kleopatrą) i który po raz pierwszy był kalendarzem słonecznym, liczącym 365 dni, wcześniejsze kalendarze rzymskie były kalendarzami księżycowymi, a tutaj cykl przypada na 355 dni w roku. Oczywiście pojawia się też pewien problem. Można bowiem założyć, że te 355 dni dzielone były w następujący sposób na poszczególne miesiące: 31 dni liczyły marzec, maj, lipiec i październik, 29 dni styczeń, kwiecień, czerwiec, sierpień, wrzesień, listopad i grudzień. Jedyny miesiąc który liczył 28 dni to był luty (to był ewenement w rzymskim kalendarzu, gdyż po reformie Cezara Rzymianie nie stosowali już liczby parzystych, uważając je za pechowe). Wydaje się jednak że zarówno za Romulusa jak i za Numy Pompiliusza rzymski rok liczył 365 dni, gdyż pięć grudniowych dni (Saturnalia) nie były oficjalnie wliczone do cyklu kalendarzowego, podobnie jak pięć lutowych dni (Terminalia). Zresztą za Romulusa było tylko 10 miesięcy które miały swoje nazwy i dopiero Numa Pompiliusz (na wzór etruski - co też bardzo ważne) dorzucił (czy też raczej nadał imiona dwóm nienazwanym dotąd, bo traktowanym jako miesiące przeznaczone dla bogów podziemi, miesiące wegetatywne, gdy cała natura obumiera) miesiące styczeń, luty. Ale wróćmy jeszcze do początku, bo wydaje mi się że jeszcze nie wyczerpałem tematu. Mianowicie rok romulański zaczynał się 17 marca. Rok po reformie Numy Pompiliusza również, z tym tylko, że miesiące zimowe miały już swoje nazwy, co było bardzo ważne z chwilą nastania Republiki, ponieważ nowi konsulowie rozpoczynali swoje rządy zarówno 17 marca, jak i... 1 stycznia (zresztą mogli objąć swoją władzę w każdy kolejny dzień marca i stycznia, gdyż nie było to w żaden sposób ujednolicone i sprecyzowane, aż do roku 222 p.n.e., o czym zresztą będę jeszcze pisał). Bez wątpienia data styczniowa została sprowadzona do Rzymu z tradycji etruskiej i chociaż głównie skupiam się tutaj na święcie Nowego Roku, to jednak warto wymienić również (czego nie czyniłem w poprzednich częściach, wymieniając kalendarz ateński czy spartański) poszczególne miesiące jakie przypadały w rzymskim kalendarzu.


NUMA POMPILIUSZ



Od czasów Romulusa Nowy Rok rozpoczynał się 17 marca (Martius - miesiąc poświęcony bogu Marsowi). Tego dnia odbywało się bowiem święto początku roku związanego z Marsem i zwanego agonalia (święto to po raz pierwszy wprowadził Numa Pompiliusz). Mars był pierwotnym bogiem latyńskim i choć nie miał ani swoich wizerunków, ani też nie miał swojej świątyni przez długi czas (wydaje się że pierwszą świątynię Marsa zbudowano dopiero w czasach Republiki), to bez wątpienia był bogiem pierwotnym gminy latyńskiej, bogiem zarówno wojny jak i urodzaju związanego z dobrymi plonami. Pierwotnie utożsamiany był tylko poprzez włócznię i tarczę, które trzymano w Regii. Ponieważ zaś zarówno prace na roli jak i wyprawy wojskowe Rzymianie odbywali w miesiącach marzec-październik (w zimie jak wiadomo, miesiącu bogów podziemia, wypraw wojennych nie urządzano, a Mars wówczas drzemał - a przynajmniej tak myślano). Wiosną lub wczesnym latem, z nastaniem wyprawy wojennej, król (lub w późniejszych czasach konsul) wchodził do Regii, potrząsał włócznią i tarczą i mówił: "Marsie, czuwaj!" tym samym budząc go do życia i zyskując jego wsparcie podczas wojny. W przypadku zaś katastrof (zarówno naturalnych jak i wojennych), na ołtarzu Marsa natychmiast należało złożyć dary, zarówno z płodów rolnych, jak i z ludzi (oczywiście z chwilą zniesienia krwawych ofiar z ludzi za Numy Pompiliusza, odbywało się to w nieco inny sposób). Ofiary z roślin, warzyw i zwierząt składano natychmiast, natomiast ludzi poświęcano Marsowi jeszcze jako dzieci, a gdy podrośli, musieli opuścić miasto i udać się na poszukiwanie nowego życia w inne regiony Italii. Oczywiście wiązało się to niechybnie z koniecznością podjęcia walki na nowym terenie (bo nie każdy chciał przyjąć do siebie uchodźców czy wygnańców) i to właśnie było dopełnieniem ofiary Marsa. Zapewne tak też właśnie założony został Rzym przez dwóch braci i ich towarzyszy, którzy wyszli z rodzinnego miasta Alba Longa (położonego w górach albańskich, na południe od Rzymu). Odpowiednikiem Marsa dla Sabinów (czyli drugiego ludu, który wraz z Latynami stworzył Rzym) był bóg Kwirynus (od którego to imienia otrzymało nazwę wzgórze Kwirynału). Miał dokładnie te same atrybuty co Mars, choć były i drobne różnice, jak choćby fakt, że od najdawniejszych czasów ten bóg miał na Kwirynale swoją świątynię, ale obchody jego święta były bardzo blade, w porównaniu z tymi, które odprawiano na cześć Marsa. Poza tym w czasach Republiki opowiadano sobie taką legendę, że gdy Romulusa porwała burza i zaginął, pewien senator (w obawie o oskarżenia że mógł zostać zabity przez senatorów) o imieniu Prokulus Julus stwierdził że romulus został żywcem wzięty do nieba i stał się Kwirynem (w każdym razie Romulusa bardzo często później utożsamiano z Kwirynem). Rzymianie zaś zaczęli siebie samych nazywać kwirytami (było to określenie obywatelskie, stwierdzenie pokojowej wspólnoty ludów tworzących miasto nad siedmioma wzgórzami).

Drugim miesiącem pierwotnego rzymskiego kalendarza księżycowego, był Aprilis - czyli kwiecień - innymi słowy "zalany słońcem". Trzeci miesiąc to Majus (rzymska konotacja tej nazwy nie jest mi znana), czwarty - Julus czyli czerwiec (jego pierwotne pochodzenie też nie jest mi znane) i na tym w zasadzie kończą się nazwy poszczególnych rzymskich miesięcy kalendarza romulańskiego (swoje nazwy otrzymają jeszcze styczeń i luty, ale do tego dojdziemy). Kolejne miesiące był już tylko liczone czyli piąty szósty siódmy aż do dziesiątego (z tym że po wprowadzeniu zmian i dodaniu miesięcy lutowych, a potem przejściu na kalendarz słoneczny wyglądało to dosyć komicznie, bo piąty miesiąc był miesiącem siódmym, szósty ósmym itd.). Zatem kolejne miesiące to Quintilis (lipiec), Sextilis (sierpień), September (wrzesień), October (październik), November (listopad) i December (grudzień). Zapewne Rzymianom nie chciało się już wymyślać oddzielnych nazw pod te miesiące (podobnie zresztą postępowali w rodzinach, tylko czterej pierwsi synowie otrzymywali swoje imiona, piąty już zwany był Kwintusem, szósty - Sekstusem itd. w przypadku córek ten proces zaczynał się już od trzeciej - Tertia). Zaś dodane za Numy Pompiliusza dwa miesiące zimowe nosiły nazwy: Januarius (styczeń), od nazwy Janusa - boga wszelkiego początku i Februarius (luty), nazwa pochodzi od februs - magicznych rzemyków których kapłani (flamini) używali do rytualnego oczyszczania miasta. Rzymskie społeczeństwo z czasów trzech pierwszych królów Romulusa, Numy Pompiliusza i Tullusa Hostiliusza (wnuka Hersylii, Sabinki porwanej jeszcze za czasów Romulusa, panować mnie w latach 673-641 p.n.e.) składało się z w miarę jednolitego składu latyńsko-sabińskiego (z którego potem potworzyły się rody patrycjuszowskie). Ale częste wojenne wyprawy czwartego króla - Ankusa Marcjusza (wnuka Numy Pompiliusza, panował w latach 641-617 p.n.e.) doprowadziły do uformowania się w mieście nowej warstwy społecznej zwanej plebejuszami (a wzięło się to z faktu, że król po prostu atakował, podbijał i przesiedlał ludność okolicznych miasteczek takich jak Politoria, Fikania czy Tellen do Rzymu. I chodź od Ankusa Marcjusza wpływy etruskie w Rzymie były coraz silniejsze (nie chodzi tutaj tylko o kalendarz, ale również chociażby o jasne rozgraniczenie na dobro i zło, a raczej na demony i anioły, które w kulturze etruskiej występowały, natomiast w pierwotnej kulturze rzymskiej ich nie było), to jednak ludność etruska która również napływała do tego miasta, nie była traktowana jako warstwa rządząca, a wręcz przeciwnie - zasilała szeregi plebejuszy. Społeczność latyńsko-sabińska (patrycjuszowska) żyła odseparowana od społeczności plebejsko-eruskiej, czego dowodem był choćby fakt, że w czasach Republiki jedni konsulowie na początek swoich rządów wybierali etruski miesiąc styczeń, a drudzy latyńsko-sabiński marzec (poza tym wprowadzono całkowity zakaz małżeństw pomiędzy patrycjuszami i plebejuszami, ale o tym konflikcie opowiem w następnej części.


CDN.

poniedziałek, 1 stycznia 2024

JAK OBCHODZONO NOWY ROK...? - Cz. II

W ANTYCZNEJ GRECJI I STAROŻYTNYM RZYMIE





ANTYCZNA GRECJA
CZYLI KAŻDY SOBIE RZEPKĘ SKROBIE
Cz. II



LIKURG
PRAWODAWCA SPARTY




 16 dnia miesiąca Hekatombajon (początek lipca, licząc naszą rachubą czasu), obchodzono w Atenach i attyce święto zjednoczeniowe zwane Sunoikia (obchodzono je co dwa lata, tylko nie wiem dokładnie które). Według legendy święto to miał założyć mityczny Tezeusz, syn króla Aten Egeusza (Tezeusz wyprawił się na Kretę, do Knossos aby zgładzić tamtejszego potwora ukrytego w Labiryncie, zwanego Minotaurem - pół człowieka, pół byka. Aby jednak nie zgubić się w owym Labiryncie, córka władcy Krety Minosa, Ariadna podarowała mu kłębek nici, dzięki której mógł się stamtąd wydostać. Jego zaś ojciec Egeusz, nakazał marynarzom którzy udali się w tę podróż z Tezeuszem, aby w przypadku powodzenia wyprawy zawiesili białe żagle, zaś gdyby Tezeusz zginął - czarne. Tezeusz zaś zabrał ze sobą Ariadnę i zamierzał się z nią ożenić w Atenach, ale po drodze zostawił ją na wyspie Naxos - według jednego z mitów uczynił tak, ponieważ Ariadna spodobała się Bogu Dionizosowi który pragnął ją poślubić. Nie mogąc jednak przeboleć tej straty, nakazał wywiesić czarne żagle na swym okręcie. Ojciec jego, widząc z oddali okręt z czarnymi żaglami i sądząc że syn zginął w starciu z Minotaurem, rzucił się do morza, które od jego imienia otrzymało nazwę Egejskiego, a Tezeusz został nowym królem Aten). Święto Sunoikia miało podwójne znaczenie, gdyż co prawda czczone było jako dzień zjednoczenia wszystkich gmin Attyki (i w tym dniu składano dary bogini Atenie), ale świętowano go również jako Metoikia - czyli święto uchodźców którzy znaleźli się w Attyce. W każdym razie oba te święta poświęcone były bogini Atenie.

23 dnia tego miesiąca wypadało bodajże największe święto Aten i całej Attyki, czyli boskie Panatenaje - święto ku czci patronki miasta, bogini Ateny. Święto to dzieliło się na dwie części: Małe Panatenaje i Wielkie Panatenaje - te ostatnie obchodzono co 4 lata, w trzecim roku każdej olimpiady (czyli np. licząc od tak zwanej klasycznej historii ateńskiej dominacji, czyli od reformy ustrojowej Efialtesa i Peryklesa z 462 r. p.n.e. wprowadzającego taką klasyczną i nie podlegającą dyskusji, radykalną demokrację - w przeciwieństwie do wcześniejszej demokracji, która miała w sobie jeszcze wiele elementów oligarchizujących, to pierwsze Wielkie Panatenaje jakie urządzono ku czci Pallady, wypadły cztery lata później, czyli w 458 r. p.n.e.). Małe Panatenaje oczywiście obchodzono corocznie, z tym że trwały one dwa dni, Wielkie zaś Panatenaje aż pięć dni. Święto to miał wprowadzić Tezeusz i było ono świętem ogólnoateńskim (pan-Atenae), a tego dnia wszyscy Ateńczycy mogli świętować fakt życia w mieście, które aspirowało do roli hegemona całej Hellady (w epoce Peryklesa, szczególnie w latach 40-tych i 30-tych V wieku p.n.e. na Wielkie Panatenaje obowiązkowo musili przybyć wszyscy "sojusznicy" Aten ze Związku Morskiego, a urządzane w mieście przedstawienie było swoistym symbolem potęgi ateńskiej i pokazywało cele polityki Aten, zmierzające do podporządkowania sobie całej Grecji. Symbolem upokorzenia miast członkowskich Związku Morskiego, były np. tablice, które nieśli młodzieńcy ateńscy ubrani w piękne białe tuniki. Na tych tablicach wypisano nazwy miast które zapłaciły składkę członkowską Związku Morskiego, natomiast niewolnicy przebrani w czarne szaty, nieśli tablice z nazwami miast które jeszcze nie zapłaciły. Oczywiście od 454/453 r. p.n.e. i przeniesienia skarbca związkowego z wyspy Delos do Aten, nikt nie kontrolował wydatków wspólnego skarbu, lecz było dokładnie wiadome na co idą te pieniądze. Ci którzy przybywali na Wielkie Panatenaje mogli podziwiać rozbudowę miasta, budowę Partenonu (największej świątyni bogini Ateny, której ruiny po dziś dzień zapierają dech w piersiach), świątyni Nike (bogini zwycięstwa) tuż u wejścia na Akropolis, Propylei, świątyni Artemidy Brauronia, Chalkoteki, imponującego posągu Ateny Promachos stojącego u wejścia do Partenonu czy choćby świątyni Dionizosa, nie mówiąc już o nowym Erechtejonie (który w dawnych czasach służył jako pałac królewski lub tyrański - jak w czasach rządów Pizystratydów. Dawny Erechtejon został jednak spalony - jak większość miasta - po inwazji persów w 480 r. p.n.e. i odbudowany w latach 421-408 p.n.e. Ale przecież nie tylko budowle Akropolu raziły oczy przyjezdnych, powodując ich ukrywany gniew i żal z powodu własnej niemocy. W tym czasie powstał przecież Odeon Peryklesa na południowo-wschodnim podejściu do Akropolu, wyrównanie i wyłożenie płytami miejsca zgromadzeń ludowych czyli wzgórza Pnyx - symbolu ateńskiej demokracji (wcześniej było to miejsce porośnięte cytrusami i trawą), a także rozbudowa Agory i Aeropagu (miejsca zgromadzeń sądowych). Ateńczycy zresztą tak bardzo się wycwanili, że od swych sprzymierzeńców nie żądali już - tak jak wcześniej - dostarczenia okrętów i żołnierzy w przypadku wypraw wojennych, a teraz tylko i wyłącznie pieniędzy, dzięki którym całkowicie zlikwidowali bezrobocie w swoim mieście i rozbudowali swoją flotę do takich rozmiarów, że stała się pierwszą flotą Hellady i drugą - po kartagińskiej - na Morzu Śródziemnym. Miasta zaś które odmawiały płacenia wspólnych składek były najpierw napominane, a gdy to nie pomagało, Ateńczycy wysyłali tam swą flotę, która łupiła miasto, wysiedlała mieszkańców a na ich miejsce wprowadzała ateńskich kolonistów - czyli kleruchów. Więc dziwnego że wielu wolało zapłacić i mieć spokój, niż stracić majętności, wolność i życie. 




Panatenaje rozpoczynały się uroczystą procesją Ateńczyków na Akropol, do Partenonu. W pochodzie tym szedł cały przekrój społeczny: rzemieślnicy różnych zawodów, chłopi, wspomniani wyżej młodzieńcy z nazwami miast, kobiety, niewolnicy itd (wszyscy oni nieśli ze sobą oczywiście zwierzęta ofiarne, które miały zostać poświęcone na ołtarzu Ateny). Wymienione w poprzedniej części córki archonta-basileusa miasta, każdego roku tkały dla bogini nowy peplos, w który co roku ubierano boginię (to znaczy dziewcząt które tkały i haftowały tę szatę było znacznie więcej, natomiast te dwie córki archonta nadzorowały owe robótki). Szata ta była bardzo kolorowa i przedstawiała różne motywy, np. wydarzenia z wojny trojańskiej, z walk bogów z tytanami, czy też były tam umieszczane nazwiska tych Ateńczyków, którzy zasłużyli się w walkach (np. w "Rycerzach" Arystofanesa, chór mówi: "Chcemy wychwalać naszych ojców, którzy byli zaszczytem dla tego kraju i godni są peplos". Peplos umieszczano na maszcie małego okrętu, który niesiono w uroczystej ceremonii na Akropol i składano w Partenonie u stóp bogini. Po owej uroczystej procesji rozpoczynały się recitale poematów epickich w Odeonie, które w drugiej połowie V wieku p.n.e. (dokładnie nie wiadomo kiedy), zastąpione zostały konkursami muzycznymi (również odbywającymi się w teatrze). W latach 40-tych V wieku p.n.e. (prawdopodobnie ok. 446 r. p.n.e.) Perykles wprowadził jeszcze jedną zmianę, a mianowicie od tego czasu zaczęto upamiętniać bohaterów bitwy pod Maratonem (z 490 r. p.n.e.), dzięki których poświęceniu wielki król Persji Dariusz ze swą wielką armią (dowodzoną przez Datysa i Artafernesa) nie podbił wówczas Attyki i nie zajął Aten. Panatenaje były ostatnim świętem przypadającym na pierwszy miesiąc ateńskiego Nowego Roku, dlatego też teraz przejdziemy do innych greckich polis.




Sparta - miasto wojowników. Jakże tam obchodzono Nowy Rok? W Lacedemonie (nazwa Sparta jest nazwą współczesną, starożytni nie nazywali tak mieszkańców Lakonii, a zwali ich po prostu Lacedończykami. Nazwa Sparta zaś zrodziła się od posiadających prawa wyborcze Spartiatów - czyli obywateli Lacedemonu) ostatni miesiąc ateńskiego roku czyli Skiroforion (maj-czerwiec) nosił nazwę Fliasios, a pierwszy miesiąc ateńskiego Nowego Roku Hekatombajon (czerwiec-lipiec) w kraju nad Eurotasem zwano Hekatombeus, nie był on jednak początkiem roku dla Spartan. Dla nich ostatnim miesiącem w roku był Panamos (sierpień-wrzesień) który w ateńskim kalendarzu nosił nazwę Boedromion. Panamos następował po Karnejosie (w Atenach miesiąc ten zwano Metageition, czyli lipiec-sierpień). Karnejos warto tutaj wymienić, ponieważ w tym właśnie miesiącu wypadało najważniejsze święto całej Sparty i tak jak Panatenaje były największym i najważniejszym świętem Ateńczyków, tak Karnea była takim świętem dla Lacedemończyków. Karnea przypadała na 7 dzień miesiąca Karnejos (koniec lipca) i poświęcona była Bogu Apollinowi Karnejskiemu. Święto to było bardzo stare, ponoć Apolla Karnejskiego czcili jeszcze Achajowie, którzy zasiedlali Peloponez przed inwazją Dorów z których to wyłonili się (m.in.) Lacedemończycy (Dorów/Gorów, pamiętajmy bowiem że migracja tych ludów nastąpiła z północnej Europy ok. 1200 r. p.n.e. i z ogromnym prawdopodobieństwem można stwierdzić że Dorowie/Gorowie byli plemieniem słowiańskim). Tak więc Karnea rozpoczynała się 7 dnia miesiąca Karnejos i trwała dziewięć dni. Było to oczywiście święto wojenne, wychwalające cnoty wojskowe, tak więc pierwszego dnia rozbijano wokół Lacedemonu 9 namiotów a w każdym z nich zamieszkiwało dziewięciu mężczyzn wykonujących rozkazy herolda. Przed namiotami umieszczono na łodzi ozdobiony girlandami posąg Apolla Karnejskiego (łódź była nawiązaniem do mitycznego przejścia Dorów z Naupaktos na Peloponez, o którym to pisałem w serii: "Historia życia, wszechświata, wszelkiej cywilizacji",w temacie Ludów Morza). Ofiary bogu składał w tym czasie kapłan noszący nazwę agetes, który do pomocy miał pięciu nieżonatych mężczyzn, zwanych karneatami (którzy pełnili tę funkcję przez cztery kolejne lata i przez ten czas nie mogli się żenić). Każda z dziewięciu grup toczyła ze sobą udawane walki zręcznościowe, których celem było wyłonienie zwycięzcy igrzysk Karnei. Oczywiście nie tylko zmagania wojskowe były istotne równie ważne były chociażby konkursy muzyczne (najsławniejszym autorem greckiej muzyki klasycznej i jednocześnie poezji lirycznej był niejaki Terpander z Lesbos, który przybył do Sparty w czasie, gdy ta toczyła II Wojnę Messeńską z lat 685-668 p.n.e. i podczas festiwalu Karnei zdobył pierwsze miejsce w zawodach poezji lirycznej ok. 676 r. p.n.e. potem zamieszkał w Lacedemonie i stał się jednym z najsławniejszych obywateli tego grodu). Podczas trwania Karnei żaden Spartiata nie miał prawa opuścić miasta z bronią w ręku, dlatego też Spartanie odmówili pomocy Ateńczykom, gdy ci w 490 r. p.n.e. przybyli do nich z prośbą o pomoc właśnie podczas Karnei, w czasie inwazji Persów na Attykę.




Karnejos był przedostatnim miesiącem spartańskiego kalendarza, ostatnim zaś był Panamos, ale nic nie wiadomo na temat odbywających się w tym miesiącu świąt. Pierwszym miesiącem nowego roku dla Spartan był zaś Herazjusz (w ateńskim kalendarzu Pianapsjon) czyli wrzesień-październik, ale również wówczas w Lakonii i Mesenii nie obchodzono żadnych świąt. Po prostu dla Lacedemończyków Nowy Rok następował i tyle (były jeszcze dwa godne uwagi spartańskie święta, ale nie wypadały one akurat w miesiącach które nas interesują).



LACEDEMOŃCZYCY POD ATENAMI
WOJNA ARCHIDAMIJSKA
(431 - 421 p.n.e.)



Delos - mała wysepka na Morzu Egejskim, na której Nowy Rok przypadał najbliżej naszej rachuby czasu, czyli w miesiącu Lenajon (grudzień-styczeń). W Atenach miesiąc ten nosił nazwę Gamelion i był bardzo modny na urządzanie wesel. Nie posiadam niestety informacji jak świętowano Lenajon na Delos, w każdym razie był to zapewne jedyny zimowy miesiąc, w którym w Helladzie obchodzono Nowy Rok. W Beocji zaś (czyli m.in. w Tebach) Nowy Rok obchodzono w miesiącu Panamos, który w przeciwieństwie do Sparty wypadał w miesiącach lipiec-sierpień (gdy w Lacedemonie świętowano Karneę). Niestety, tak jak wyżej i tak jak przy kolejnych greckich regionach, nie mam już żadnych informacji na temat obchodzonych w tych miastach świąt. W Delfach, w świętym okręgu Apollina Nowy Rok przypadał na miesiąc Herajos (wrzesień-październik). Na Rodos był to Dalios (sierpień-wrzesień). W Bitynii miesiąc Herajos (sierpień-wrzesień). W Milecie był to Metageition (lipiec-sierpień). W Macedonii miesiąc Hiperberetajos (wrzesień-październik). Wydaje się że nie ma sensu wymieniać kolejnych regionów Hellady, gdyż nie wnoszą one już nic ciekawego do tego tematu. Przejdźmy zatem do Rzymu.



SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU
ŻYCZĘ WSZYSTKIM CZYTELNIKOM TEGO BLOGA