Łączna liczba wyświetleń

środa, 25 września 2024

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. XIII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO 

MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA
Cz. XIII





 Lato 1650 r. to nie tylko czas narodzin królewskiej córki, ale przede wszystkim intensywne działania, zmierzające do zawiązania antytureckiej koalicji złożonej z Rzeczpospolitej, Kozaków Chmielnickiego, Siedmiogrodu Rakoczego, księstwa Multańskiego (Wołoskiego), Cesarstwa, Wenecji a także Chanatu Krymskiego. Pracował nad tym intensywnie kanclerz wielki koronny Jerzy Ossoliński, ale zmarło mu się 9 sierpnia, co realnie pogrzebało wszelkie anty-tureckie plany. Ossoliński był osobistym wrogiem kniazia Jaremy Wiśniowieckiego, a poza tym był bardzo nielubiany szczególnie przez zwykłą szlachtę, jako że bardzo rzadko liczył się z jej zdaniem i potrafił tak manipulować opinią "panów braci", że ostatecznie i tak zawsze stawiał na swoim. Jedyny bodajże w tym okresie człowiek który realnie żałował Ossolińskiego, to był kanclerz wielki litewski Albrycht Stanisław Radziwiłł, który pisał o nim: "Wielki mąż w radzie, w darze wymowy i znajomości spraw nieporównany, jak i w biegłości w językach, przyjaźnią połączony z obcymi książętami, godny był dłuższego życia". Ossoliński zmarł w wieku lat 54, czego przyczyną miała być apopleksja (mówiono że spowodowana odmową króla Jana Kazimierza nadania starostwa trembowelskiego teściowi jego córki -  hetmanowi polnemu koronnemu Marcinowi Kazanowskiemu). Pochowany został w ufundowanym przez siebie klasztorze dominikanów w Klimontowie, a w samym pogrzebie wzięła udział tylko najbliższa rodzina i kilku przyjaciół. Mówiło się też, iż tego właśnie dnia król zasiadł do uczty wesoły i taka też panowała ogólna radość na dworze (choć oczywiście nie była ona powszechnie okazywana), a po kraju zaczęły krążyć chociażby tego typu wierszyki: "Śmierć twoja wielki mężu nie w smak wszystkim była - bo cię za późno zgładziła". Wraz ze śmiercią kanclerza Ossolińskiego wszelkie plany wojny przeciwko Imperium Osmańskiemu ostatecznie dobiegły kresu.

A tymczasem na Ukrainie Chmielnicki próbował pokazać coraz otwarciej swoją podmiotowość i niezależność od króla i Rzeczypospolitej. Na początku lipca poprosił zdążającego do Moskwy Greka - Joana Tafralija, aby ten zapewnił cara Aleksego że wciąż gotów jest mu służyć, a pogłoski o jego odstępstwie są nieprawdziwe. Gdy zaś 30 lipca doszło do jego spotkania z osmańskim posłem Osmanem agą (podczas którego Turek zapewniał w imieniu sułtana, iż ten gotów jest wesprzeć Chmielnickiego nawet i 100 000 wojska - nie licząc ordy tatarskiej -  jeśli tylko Chmielnicki dalej będzie kontynuował wojnę z Polską), ten był niezwykle podekscytowany i zadowolony z tego spotkania. Już 31 lipca (czyli dnia następnego), podczas spotkania z posłami wojewody krakowskiego - Władysława Dominika Ostrogskiego-Zasławskiego i starosty kałuskiego - Jana Zamoyskiego, stwierdził otwarcie: "Mnie ani król, ani Rzeczpospolita do żadnych rzeczy zmusić nie może, bom ja wolny sobie i komu zechcę, będę służył. Mam cara tureckiego (...) posiłkiem pewnym, cara moskiewskiego także, ordy wszystkie poprzysiężone. Nie tylko Koronę Polską, ale i Państwo Rzymskie komu zechcę, w ręce dam i panom wszystkim majętności nie puszczę, póki mi Czaplińskiego nie wydadzą" (notabene to właśnie od sporu z Danielem Czaplińskim zaczął się cały ten kozacki bunt na Ukrainie, gdy podstarości czehryński najechał chutor Chmielnickiego, porwał mu żonę - którą następnie poślubił, a także okaleczył syna). Chmielnicki zresztą pił na umór (o czym pisałem już w poprzednich częściach tej serii). Gdy 3 sierpnia 1650 r. kompletnie pijany, wybrał się na przejażdżkę w towarzystwie "Horoszenki" (Piotra Doroszenko) i napotkał na swej drodze kilku szlachciców, kazał ich wszystkich potopić. Nazajutrz gdy wytrzeźwiał, ponoć tego żałował, a w liście do króla pisał, że to tylko dzięki jego osobie szybko postępuje przywracanie szlacheckich majątków -  zarówno szlachty "laskiej" jak i ruskiej - na Ukrainie.




Śmierć kanclerza Ossolińskiego była również powodem pewnej zmiany, jaka musiała zaistnieć na dworze chanów krymskich w Bakczysaraju. Chan Islam III Girej zapewne marzył o zrzuceniu osmańskiej zależności Krymu (narzuconej jeszcze w 1475 r.), ale oczywiście musiał mieć ku temu sporą koalicję międzynarodową, gdyż inaczej nie odważyłby się wystąpić przeciwko sułtanowi. Jednak wraz ze śmiercią Ossolińskiego miraże te upadły całkowicie i jedynym wyjściem było kontynuowanie planów wielkiej wojny z Moskwą, które to propozycje - przez swoich posłów - składał Islam Girej zarówno Rzeczpospolitej, jak i Szwecji (w sierpniu 1650 r do Sztokholmu w tym właśnie celu udało się poseł Mustafa bej, który na audiencji u królowej Krystyny przedstawił list od chana i dostojników krymskich, deklarując że już teraz na Moskwę ruszyło 100 000 ordy pod wodzą kałgi sułtana, a wkrótce dołączy do nich również sam chan. Proponował więc wspólną wyprawę przeciwko Moskalom, deklarując że na Krymie wiedzą o "nieprzyjaznej postawie Moskwy wobec Szwecji". Jednak wiadomość o wysłaniu 100 000 Tatarów na Moskwę nie była prawdziwa, a miała jedynie skusić Szwedów do wspólnej z chanem inwazji na Rosję). Jednak ani królowa Krystyna (córka Gustawa II Adolfa Wazy), ani wpływowy kanclerz Królestwa, hrabia Axel Oxenstierna (prywatnie zaś osobisty przyjaciel poległego w bitwie pod Lützen w listopadzie 1632 r. Gustawa II Adolfa) nie zamierzali jednak wciągnąć Szwecji w ten konflikt. Nie mogąc więc doprowadzić swych planów wojennych do pełnej realizacji, chan zajął się sprawami wewnętrznymi swego państwa. Zaczął więc stawiać liczne warownie na granicach Chanatu, szczególnie jego oczkiem w głowie była twierdza w Perekopie, która strzegła drogi na Krym. Kazał też tam wznieść wał perekopski (według ustaleń Zygmunta Abrahamowicza, liczył on od 8-23 km.). Rozbudował pięknie Bakczysaraj, Perekop i Gozlew, wznosząc tam nowe medresy, kramy kupieckie, meczety, domy dla ubogich i dla podróżnych. W ogóle pod jego rządami w połowie XVII wieku Chanat Krymski rozwijał się wyśmienicie (było to spowodowane licznymi wyprawami łupieskimi zarówno na Rzeczpospolitą jak i na Moskwę i pozyskaniem tą drogą licznych łupów oraz niewolników). W ogóle Chanat Krymski w tym okresie jaśniał blaskiem w porównaniu ze swymi sąsiadami, popadającą w kryzys Rzeczypospolitą, Moskwą - którą trapiły liczne wewnętrzne bunty i powstania (o czym wspomniałem w poprzedniej części), a także Imperium Osmańskim, które również popadało w kryzys i zmagało się z buntami ludności przeciwko coraz bardziej żądnej władzy i ziemi elicie dworu osmańskiego (ostatni w tym okresie bunt wybuchł w okolicach Karahisaru w 1648 r., a przewodził mu Kathardżi-Oglu, do którego to przyłączył się szyicki prorok - Abdulnebi. Sułtan Mehmed IV stłumił ten bunt w bitwie pod Üsküdarem jeszcze w tym samym 1648 r.).

2 sierpnia przybył do Czehrynia poseł chana Sefer Gazi aga, przywożąc Chmielnickiemu list, w którym Islam Girej nakazywał mu przygotować się do wojny z Moskwą (deklarował również, że w przypadku gdy Polacy zaatakują Ukrainę, Orda natychmiast ruszy Kozakom z odsieczą). Chmielnickiemu nie w smak były te plany, ale nie odważył się otwarcie zaprotestować i nakazał przygotowania (choć jednocześnie nie informował przeciwko komu są one skierowane). Miał też drobny problem z pułkownikiem niżyńskim - Prokopem Szumiejką, który przeszkadzał szlachcie w dotarciu i odzyskaniu ich majątków. Wezwał go do Perejasławia, zbeształ, mówiąc że nie jest rolą Kozaków decydować co poszczególni panowie robią we własnych majątkach, a jedynie stać na straży kozackich wolności, odebrał mu stopień pułkownika i oddał go setnikowi bużyńskiemu - Łukianowi Suchyni. W tym też mniej więcej czasie na Zaporoże przybył chorąży nowogrodzki - Mikołaj Kisiel, który zażądał wycofania Kozaków z dóbr prywatnych na Bracławszczyźnie (spytał się jednocześnie Chmielnickiego czy pragnie on wojny czy pokoju). Jednocześnie poinformowano Chmielnickiego o koncentracji wojsk polskich na Podolu. Polecił więc Chmielnicki aby nie czyniono przeszkód szlachcie w dotarciu do ich majątków (oczywiście nie czynił tego, bo się przestraszył, a jedynie aby zyskać na czasie, gdyż nie był jeszcze przygotowany do nowego konfliktu z Rzecząpospolitą). Jednocześnie posłał też do Konstantynopola swoich ludzi (pod przewodnictwem pułkownika kijowskiego - Antona Zdanowicza), aby wybadać czy sułtan rzeczywiście wyślę pomoc, na wypadek nowej wojny z Polską, jednocześnie deklarując oddanie się pod opiekę sułtana. Po wizycie Mikołaja Kisiela Chmielnicki ponownie spił się na umór i krzyczał (przeplatając ze sobą słowa polskie i ruskie) tak, iż słychać go było "w całym Czehryniu" (jak zanotował nieznany z imienia pisarz polskiego poselstwa) że: "Poczekajcie Lachy! Poczekaj, panie hetmanie! Już teper ne budę Potocki, ale budę Koniec-Polski! Oj Lachy, Lachy,! Chytrością i nieprawdą ze mną idziecie" (notabene hetmana Potockiego wziął do niewoli Chmielnicki pod Korsuniem w 1648 r., natomiast Koniecpolski zmarł w 1646 r. i był ostatnim z wielkich hetmanów Złotego Wieku Rzeczypospolitej, od czasów zaś hetmana Czarnieckiego rozpoczyna się okres hetmanów Srebrnego Wieku. {Ciekawostka - hetman wielki koronny Stanisław Koniecpolski zmarł w wieku zaledwie 54 lat, a wszystko za sprawą tego, że niedawno wziął ślub z młodą dziewczyną której chciał dogodzić w łożu, dlatego też brał różne preparaty wspomagające męskość, a one ostatecznie doprowadziły go do śmierci, gdyż dostał zawału serca. Na jego pogrzebie poseł sułtana tureckiego wyrzekł te oto słowa: "Polacy, wy jeszcze nie zdajecie sobie sprawy kogo straciliście, ale już wkrótce się o tym przekonacie". Bez wątpienia gdyby Koniecpolski dożył wybuchu powstania Chmielnickiego, to skończyłoby się ono pod Korsuniem klęską i śmiercią lub niewolą Chmielnickiego).




Więc Mikołaj Kisiel ponownie przybył do Czehrynia, Chmielnicki miał mu zakomunikować: "Stoję teraz jedną nogą w Polsce, jedną w Turcji. Nie chcę zdradzić króla, mego pana, ale jeśli będę zaczepiany przez Polaków, a ich obóz będzie bliżej niż koło Lwowa, jeśli nie wydacie mi Czaplińskiego i nie oddacie zagrabionych cerkwi, wówczas pokłonię się Turczynowi. Z czym więc przyjechałeś, panie starosto? Jeśli uczynicie, czego pragnę, będę służył królowi; jeśli nie - zwrócę się winną stronę". Nic nie uradzono, ale 10 sierpnia 1650 r. w Orlikowie pod Czehryniem (ponownie - bo czynił to już kilkukrotnie wcześniej - o czym pisałem) spotkał się Chmielnicki z wojewodą kijowskim - Adamem Kisielem. Niby był zmartwiony, pytał się co ma czynić, gdyż nie chce zrywać z Koroną i z królem, ale realnie nie zapadły tam też żadne ostateczne decyzje. Kisiel pisał z Orlikowa do króla 12 sierpnia żeby nie prowokować Chmielnickiego i nie ułatwiać mu opowiedzenia się po stronie sułtana. Wojsko trzymać najdalej w Glinianach pod Lwowem, oraz posłać posła na Krym, aby wytłumaczył chanowi że Rzeczpospolita nie ma zamiaru atakować Kozaków. Podważenie sojuszu kozacko-tatarskiego miało być teraz głównym celem Rzeczypospolitej, czym w pewien sposób pomagał również sam Chmielnicki. Otóż denerwował go stopień zależności, do jakiego został zmuszony w ugodzie zborowskiej (1649), stając się realnie podwykonawcą woli chana krymskiego. Ta zależność bardzo mu ciążyła, a jednocześnie wiedział że bez wsparcia Tatarów sami Kozacy nie będą mogli oprzeć się długo potędzę Rzeczpospolitej. A co gdyby sam ogłosił się księciem ruskim, albo kozackim? Co gdyby wszedł do rodzin panujących? Wówczas jego pozycja byłaby zupełnie inna niż obecnie i właśnie taka myśl zakołatała w jego głowie. Zapragnął bowiem wydać swego 18-letniego syna Timofieja (zwanego Tymoszką), za Rozandę, córkę hospodara mołdawskiego - Bazylego Lupula. Tylko że najpierw trzeba było go do tego zmusić, dlatego też Chmielnicki oskarżył Lupula o przechwytywanie jego listów do sułtana, (czym ten miał działać na korzyść Rzeczpospolitej i króla polskiego). Co ciekawe w tej wyprawie liczył Chmielnicki na wsparcie Tatarów, gdyż Lupul jeszcze w 1649 r. napadł na część ordyńców powracających z łupami i odebrał im je, a także uwolnił jeńców. Taka wojna, mająca przysłużyć się nowej dynastii Chmielnickich, byłaby znacznie lepsza niż wyprawa na Moskwę czy Turcję.

Jeszcze w sierpniu 1650 r. pod Humaniem zgromadził ataman ok. 70 000 armię (z czego Tatarów było jakieś 30 000) i kilkadziesiąt dział. 1 września to wojsko stanęło pod jampolem nad Dniestrem (będącym granicą pomiędzy Rzeczpospolitą a Mołdawią). Pierwsi przez rzekę rzucili się Tatarzy, po nich postępowali Kozacy, nie napotkawszy nigdzie oporu, wpadli prawdziwe morderczy szał. Zapłonęły wioski i miasteczka, doszło do gwałtów i mordów, a najeźdźcy doszli za Prut aż do Jass (stolicy Mołdawii), które to miasto spalili, biorąc tam licznych jeńców. Sam Lupul zbiegł wraz z rodziną do lasu, a następnie do położonego w górach klasztoru. Wyprawa ta głównie polegała na niszczeniu i mordach (Tatarzy praktycznie nie brali nawet jasyru, wyjąwszy młode, ładne dziewczyny które następnie można było z zyskiem sprzedać). Bazyli Lupul skontaktował się ze stojącym po drugiej stronie granicy (w rejonie Kołomyi i Śniatynia) hetmanem wielkim koronnym Mikołajem Potockim (tym który będąc kompletnie pijany, poniósł klęskę w bitwie pod Korsuniem i dostał się do niewoli, ale po ugodzie zborowskiej Chmielnicki uwolnił go, tak jak i resztę polskich jeńców) z prośbą o pomoc. Ten jednak nie zamierzał wdawać się w tą awanturę, tym bardziej że od Chmielnickiego odgradzały go dwa kozackie pułki, które ten ustawił na wypadek interwencji Polaków od strony Rusi Czerwonej. W tych warunkach Lupul musiał zgodzić się na narzucony mu przez Chmielnickiego traktat, na mocy którego w zamian za opuszczenie jego kraju przez Tatarów musiał im zapłacić 120 000 talarów, Kozakom co prawda tylko 10 000, ale Chmielnicki zyskał znacznie ważniejsze postanowienie małżeństwa Timofieja z Rozandą, zawarcie wiecznego sojuszu kozacko-mołdawskiego i wyrzeczenia się Lupula wszelkich związków z Polską. Dodatkowo Chmielnicki otrzymał konia z rzędem, szablę bogato oprawioną złotem i wysadzaną drogimi kamieniami, oraz sobole. Jako gwaranta do trzymania owych warunków, Chmielnicki pozostawił w Mołdawii pułkownika bracławskiego Daniłę Neczaja z jego oddziałem (który poniekąd przydał się Lupulowi gdy wkrótce potem znów powrócili Tatarzy, wówczas Neczaj "wyprowadził" ich z Mołdawii tak, aby już nie uczynili więcej szkód). W drodze powrotnej z Mołdawii, Chmielnicki wysłał dwa listy. Pierwszy do księcia Jerzego Rakoczego z Siedmiogrodu, zapewniający o chęci wsparcia Siedmiogrodzian przeciwko ich wrogom; drugi zaś do hetmana Potockiego, w którym deklarował wierność Rzeczpospolitej i tłumaczył się że wyprawę na Mołdawię przedsięwziął w celu skłonienia Lupula do wojny z Turcją, co - jak twierdził - było "Świątobliwym zamysłem Jego Królewskiej Mości".




Już jednak w październiku w swym liście do króla pisał Chmielnicki że jego interwencja w Mołdawii związana była z ochroną Lupula przed jego wrogami. Zupełnie już w tym momencie widać było, że Chmielnicki nie dba nawet o pozory prawdomówności, stawiając coraz bardziej wszystko na jedną kartę. Coraz bardziej dostrzegała to szlachta z okolic Kijowa i Czehrynia, której co prawda oficjalnie Chmielnicki pomagał w odzyskaniu ich majętności, ale (tak jak wyżej opisany przeze mnie przykład) zdarzało się że również mordował ich z zimną krwią. W tych warunkach w październiku 1650 r. szlachta kijowska i czernichowska podjęła zobowiązanie, iż gotowa jest ponownie walczyć z Chmielnickim w nowej wojnie na śmierć i życie, natomiast ci spośród współbraci z tych okolic, którzy się od tego zadania odłączą, mają zostać objęci anatemą, a ich majątki skonfiskowane i oddane królowi jako królewszczyzny. Jeszcze z końcem października hospodar Lupul wysłał list do hetmana Potockiego w którym informował go dokładnie o przebiegu kampanii kozackiej i o poczynionych układach, które zostały nań wymuszone. Jego celem było bowiem zerwanie sojuszu z Chmielnickim, a już na pewno nie chciał wydawać swej córki za mąż za Timofieja. Dlatego też dokładnie informował Potockiego nie tylko o sile Kozaków, ale również o ich planach, które pozyskał. Twierdził więc że w nadchodzącej wojnie z Polską Kozaków wspierać mają nie tylko Tatarzy, ale również Siedmiogrodzianie Rakoczego, którzy wspólnie mają ruszyć na Kraków. W tych warunkach już 7 listopada zwołano sejmiki wojewódzkie, a król na 5 grudnia 1650 r. zwołał nadzwyczajny Sejm dwuniedzielny (uznał bowiem że nie ma sensu czekać na zwołanie zwyczajnego Sejmu sześcioniedzielnego). W czasie otwarcia Sejmu król wygłosił mowę w której stwierdził że nad Rzeczpospolitą gromadzą się kolejne wrogie siły, wojsko domaga się żołdu, skarb jest prawie pusty, a powiaty nie chcą niczego przekazać z własnych zasobów, należy więc uchwalić nowe podatki tej nadzwyczajnej dla Ojczyzny chwili. Było wiele głosów i wiele opinii, m.in. wojewoda kijowski Adam Kisiel postulował ugodę z Chmielnickim "aby zachować Unię". Twierdził też że należy zwrócić te parę cerkwi których oni się domagają i obłaskawić Chmielnickiego jakimiś upominkami. Wielu poczytało tę propozycję za uwłaczającą i haniebną, a wówczas Kisiel stwierdził że w takim razie ma jeszcze inną propozycję, która nie będzie hańbiąca dla Rzeczpospolitej - stworzyć takie wojsko, żeby ani Moskwa, ani Turek, ani Chmielnicki nie był w stanie nam niczego narzucić. Tylko że na to potrzeba pieniędzy.

Wyprawiono więc ponownie poselstwo do Chmielnickiego (zresztą tam było poselstwo od chana, od sułtana, niedawno wyjechał ponownie poseł od cara Aleksego, ponoć w Czehryniu w tym czasie "posłów było jak psów" i tylko zmieniali się jeden z drugim). Przybyło ono jednak bez podarków (co spotkało się ze złośliwymi uwagami Chmielnickiego, że skoro hetman polny Kalinowski stał się teraz chudopachołkiem i nie stać go nawet na podarki, to może należy go wspomóc finansowo). Chmielnicki zakomunikował wówczas posłom, że jeśli na zwołanym przez króla Sejmie nie wydadzą mu Czaplińskiego, to: "go w Warszawie i Gdańsku szukać będę. A już nie ja jego, a on mój. (...) Mam Tatary, Wołochy, Multany, Węgry...", dalej groził (tylko już po rusku), że jeżeli nie dostanie Czaplińskiego to "skończy wszystkich Lachów". Liście do króla zaś miał jeszcze bardziej ciekawe żądania, domagając się zatwierdzenia pokoju polsko-kozackiego przez arcybiskupów: gnieźnieńskiego i lwowskiego oraz biskupa krakowskiego, hetmana wielkiego koronnego i hetmana polnego litewskiego, a także wojewodę bracławskiego i podkanclerzego koronnego (🤭). Żądał też zniesienia unii religijnej i możliwości działania prawosławia na wszystkich ziemiach Rzeczpospolitej, tak jak katolicyzmu (z tym że katolicy nie mieliby wstępu do województw kijowskiego, bracławskiego i czernichowskiego). Donoszono również zebranym na Sejmie posłom i szlachcie o brataniu się tu i ówdzie Kozaków z Tatarami (ponoć w jakiejś gospodzie wspólnie urządzili imprezę, na której przysięgali sobie wierność po grób, obcałowując się w sposób haniebny - jako że Tatarzy to przecież byli poganie, to znaczy nie wyznający wiary w Chrystusa, dlatego takie deklaracje były uważane za hańbiące i jawnie grzeszne). Mimo tych wszystkich niepokojących sygnałów na Sejmie przez pierwsze prawie dwa tygodnie zajmowano się w większości duperelami. Dopiero 17 grudnia ostatecznie uchwalono podatki na 51 000 armię (36 000 wojsk w Koronie i 15 000 na Litwie). Wiśniowiecki postulował zwiększenie wojska do 60 000 ale propozycja ta została odrzucona. Król spotkał się również z posłem weneckim - Girolamą Cavazzą na wypadek gdyby po stronie Chmielnickiego opowiedział się sułtan (Wenecja, która walczyła wówczas z Osmanami na Krecie, miała być w tej wojnie sojusznikiem). Cóż, wszystko wskazywało na to, że na wiosnę roku następnego (1651) wybuchnie kolejna krwawa wojna. I tak też się stało.




CDN.

niedziela, 22 września 2024

ZJEDNOCZENIE PRUS I INFLANT Z POLSKĄ - Cz. IV

POCZĄWSZY OD PIERWSZEGO SPORU POLSKO-KRZYŻACKIEGO (1309-1310), AŻ PO PRZYŁĄCZENIE INFLANT DO RZECZPOSPOLITEJ (1558-1561)





KONRAD I MAZOWIECKI
Cz. IV





 Gdy w wieku prawie 70 lat, 4 października 1063 r. umierał Tughrilbek (notabene w kilka miesięcy po ślubie córką kalifa dynastii Abbasydów al-Kaima - Sajjidat), zbudowane przez niego Imperium tureckich Seldżuków było ogromne rozciągało się od Chorezmu na północy (wokół południowych wybrzeży jeziora aralskiego), poprzez Chorasan, Fars, Persję, Al-Dżazirę (czyli Irak) i część Syrii. Tughrilbek panował łącznie 26 lat i z wodza oguzyjskich koczowników przerodził się w potężnego władcę, który ustępował (ale tylko oficjalnie) pola samemu kalifowi Bagdadu. Swoje wojny rozpoczął w roku 1038 od splądrowania Niszapuru i likwidacji Imperium Gaznawidów (którego największym i najsławniejszym władcą był niejaki Mahmud z Ghazni, zmarły w 1030 r.), rozciągającego się na ziemiach dzisiejszego Afganistanu, północno-środkowego Iranu, Pakistanu i Kaszmiru. Klęska w bitwie pod Dandakanem (1040 r.) oznaczała ostateczny kres tego Imperium (które notabene było bodajże najbardziej scentralizowane ze wszystkich ludów koczowniczych, chociaż Imperium Gaznawidów też dominowali Turcy, to jednak elitą administracyjną byli Persowie, którzy bodajże jako jedyni na tych terenach potrafili stworzyć centralną administrację), chociaż niewielkie grupy gaznawidzkie utrzymywały się w różnych miastach Chorasanu i Sogdiany i dopiero w 1059 r. po zdobyciu Balchu ostatecznie Seldżukowie odepchnęli ich do Azji Środkowej. Jak wspominałem już w poprzedniej części, ci przybyli znad mongolskich stepów oguzyjscy Turcy (którzy będą sprawcami I wyprawy krzyżowej, jaka zostanie ogłoszona przez papieża Urbana II w roku 1095 na synodzie w Clermont, w celu uwolnienia od niewiernych Grobu Świętego w Jerozolimie), w roku 1055 zajęli Bagdad całkowicie bezkrwawo (właściwie Tughrilbek został tam wpuszczony przez kalifa jako pielgrzym). Późniejsze walki pierwszego seldżuckiego sułtana opisałem również w poprzedniej części (choć oczywiście pokrótce, ale nie wydaje mi się aby bardziej się w tym temacie rozpisywać, gdyż nie wnosi to nic nowego do tematu), warto tylko nadmienić że po zlikwidowaniu Imperium Gaznawidów Seldżucy wzięli się za Kakuidów zarządzających Isfahanem (1051 r.), a następnie przyszła kolej na mocno rozbitą wewnętrznie federację bujidzką.

Bujidzi kontrolowali Bagdad od grudnia 945 r. co bardzo przeszkadzało kalifom z rodu Abbasa, jako że Bujidzi byli szyitami i wprowadzili w okrągłym mieście wiele szyickich świąt (oraz pielgrzymek do grobu imama Alego). Wpuszczenie sunnickich Seldżuków do Bagdadu w roku 1055 było dla Kalifatu niezwykle ożywcze po 110 latach wymuszonej tam dominacji Bujidów. Bujidzi - pierwotnie nieokrzesani wieśniacy z Dajlamu, po przyjęciu islamu w wersji szyickiej przez te dziesięciolecia zdążyli się już nieco ucywilizować, w każdym razie w tamtym czasie obawiano się przede wszystkim dzikich hord Seldżuków i ratowało ich jedynie to, że wyznawali oni sunnę (dlatego też kalif al-Kaim wpuścił Tughrilbeka do Bagdadu - 18 grudnia 1055 r.). Od wkroczenia Seldżuków do Bagdadu ostatni władca Bujidzów - Abu Sad władał jedynie w Szirazie (Południowy Iran), ale zginął w 1062 r. w trakcie tłumienia rozruchów wewnętrznych, zaś latem tego samego roku Seldżucy zajęli Sziraz. Tak więc dwa wielkie ludy Gaznawidzi i Bujidzi ulegli koczowniczym Seldżukom, a potężny niegdyś ród Abbasydów był teraz zdany na ich łaskę i niełaskę (choć oficjalnie to Seldżukowie byli poddanymi abbasydzkiego kalifa). Śmierć "Wielkiego Seldżuka" w październiku 1063 r. pokazywała to, co było właściwie powodem upadku Federacji Bujidów, a mianowicie wewnętrzną niestabilność Imperium oguzyjskich Turków seldżuckich i dążenie poszczególnych wodzów do coraz większej autonomii na rządzonych przez siebie ziemiach (do tego dochodziły jeszcze kolejne migracje plemion tureckich z północy, którzy przybywali na ziemie kontrolowane przez Seldżuków z myślą zdobycia przede wszystkim nowych pastwisk pod wypas bydła i koni, natomiast mniej interesowała ich kwestia wiary i politycznej zależności, a już na pewno nie zamierzali się podporządkowywać centralnej władzy zarządzanej z Bagdadu). Oczywiście kontrolowanie tak wielkiego terenu jak stworzył Tughrilbek (bez wątpienia największe w historii Imperium islamskie stworzone przez koczowników), bez posiadania dobrze rozwiniętego systemu administracyjnego - było niemożliwością, dlatego też poszczególnymi ziemiami zarządzali seldżuccy wodzowie. W chwili śmierci "Wielkiego Seldżuka" najpotężniejszymi z nich byli: kontrolujący Herat i Sistan (czyli zachodni Afganistan) - Musa Jebghu, oraz zarządzający Chorasanem Czagry Beg (zmarły w roku 1060, pozostawił jednak trzech synów z ich domenami: Kawurta, Sulejmana i Alp Arslana).


TURECCY KOCZOWNICY MIGRUJĄ DO NOWEJ "ZIEMI OBIECANEJ" - IMPERIUM WIELKICH SELDŻUKÓW



Nie mając własnych synów Tughrilbek na swego następcę wyznaczył syna Czagry Bega - Sulejmana, ale bardzo szybko powstał silny przeciw wobec tej kandydatury wśród wśród dworskich kręgów Bagdadu. Na czele opozycji wobec Sulejmana, stanął niejaki Nizam al-Mulk (mający chrapkę na urząd wezyra), opowiadając się co prawda za starszym z braci Alp Arslanem, aczkolwiek wszyscy trzej książęta mieli bardzo niewielkie doświadczenie polityczne, co dawało nadzieję na realne rządzenie państwem w imieniu marionetkowego sułtana przez Nizama al-Mulka. Alp Arslan miał jednak za sobą te atuty, że zarządzał po ojcu największą prowincją - Chorasanem, a poza tym był walecznym księciem (nosił  ponoć tak długie wąsy, że musiał je sobie zawiązywać z tyłu głowy, żeby mu się nie plątały w trakcie walki). Nizam uzyskał dla niego (do kwietnia 1064 r.) wsparcie starszyzny seldżuckiej i wojska, a po ogłoszeniu go nowym sułtanem przez armię, jego brat Sulejman wycofał się z dalszej walki o władzę (notabene poświęcając też wspierającego go, dotychczasowego wezyra - Abu Nasra al-Kunduriego, który pełnił tę funkcję od lipca roku 1055. Jeszcze w listopadzie 1064 r. nowy sułtan Alp Arslan skazał al-Kunduriego na śmierć - chociaż bratu oczywiście przebaczył). Wcześniej Alp Arslan musiał uporać się z buntem swego stryja Kutlumusza, który prowadził ze sobą część wolnych Turków. Kutlumusz został pokonany i zginął w bitwie pod Damghan (1063 r.), jego syn Sulejman potem zostanie założycielem Sułtanatu Rum. Nowym wezyrem został teraz Nizam al-Mulk (ponoć al-Kunduri przeklął Nizama i jego potomków za to, że to właśnie z jego namowy sułtan skazał go na śmierć). Nowy sułtan nie rezydował jednak w Bagdadzie. Pozostał w Marwie (w Chorasanie) i chodź kalif al-Kaim nadał mu liczne tytuły (jak choćby "Światło Wiary"), stosunki pomiędzy nimi były dosyć chłodne. W pierwszych miesiącach swego panowania Alp Arslan dążył do zapewnienia trwałego pokoju i osobistej wierności pomiędzy ludami swego Imperium, i chociaż przybywanie koczowników tureckich z północy w poszukiwaniu nowych pastwisk było pewnym problemem (nie zabezpieczono bowiem granicy i w zasadzie pozostawała ona otwarta dla każdego nomada), to jednak zabronił im wkraczania do Iraku (gdzie co prawda była dobra ziemia pod wypas bydła i koni, aczkolwiek zajęta była już przez tamtejszych Arabów, a sułtan nie chciał konfliktu turecko-arabskiego). Podobną politykę stosował wobec Kurdów, których obłaskawiał licznymi przywilejami.

Imperium Seldżuków potrzeba było wewnętrznego spokoju, gdyż nie sposób było rządzić państwem, złożonym z koczowniczych plemion, które bardzo niechętnie godziły się podporządkować centralnej władzy - a ich napływ trwał  nieprzerwanie. Koczownicy z północy domagali się bowiem ziemi pod wypas swoich stad, natomiast tej zaczęło brakować, tym bardziej że sułtan zabronił im wkraczać do Iraku. Jego brat Kawurt (widząc w tym okazję na własne wyniesienie), wsparł owych koczowników w ich planie dalszej ekspansji ku ziemiom zajętym przez Arabów, ale działał potajemnie i jeszcze wówczas nie doszło do jego otwartego buntu przeciwko bratu. Natomiast wojowniczy sułtan już szykował się do swej pierwszej wojny i wiosną 1064 r. uderzył na Armenię rządzoną przez ród gruzińskich Bagratydów (która realnie pozostawała niepodległa od 886 r. zrzucając wówczas zależność Kalifatu Abbasydów). Stolica Armenii - Ani, została zdobyta i spalona przez dzikie hordy Seldżuków. Taki sam los spotkał następnie miasto Kars, gdzie cała ludność została wymordowana. Hordy Alp Arslana spustoszyły następnie Azerbejdżan i dotarły do Gruzji (niezależnej od Kalifatu od 788 r.), wszędzie siejąc śmierć i zniszczenie. Król Bagrat IV zgodził się na coroczne płacenie daniny i oddanie ręki swej bratanicy za żonę Alp Arslanowi. Ten przystał na ów mariaż (chociaż harem Alp Aslana był dobrze pilnowany, a każda nowa dziewczyna która tam się znalazła była dogłębnie prześwietlana, jako że pamiętał on o losie jednego z władców bujidzkich, któremu ofiarowano piękną nałożnicę, a wkrótce potem, po zjedzeniu z nią posiłku, ów sułtan już się nie obudził). Oczywiście siostrzenica króla Bagrata IV miała zostać żoną Alp Arslana, czyli musiała przyjąć islam. Jednak zarówno jej ojciec jak i sam Bagrat nie spieszyli się aby wysłać dziewczynę do obcego kraju, o innej religii, w ramiona dzikiego wodza barbarzyńskich nomadów (chociaż należy powiedzieć że sam Alp Arslan w roku 1064 miał 35 lat i był dobrze zbudowanym mężczyzną o dosyć przyjemnej powierzchowności, a jego długie wąsy raczej dodawały mu urody, niż potęgowały strach wśród tych, którzy z nim obcowali).




Mijały lata, a dziewczyna nie przybywała. Wreszcie zniecierpliwiony Alp Arslan postanowił ponownie wyprawić się po obiecaną żonę do Gruzji i zimą 1068/1069 ponownie napadł na ten kraj, siejąc potworne spustoszenie. Gruzini byli całkowicie nieprzygotowani do tej inwazji, tym bardziej nie spodziewali się ataku zimą, kiedy wojen nie prowadzono (było to oczywiście związane z trudnościami aprowizacyjnymi, w zależności bowiem od terenu i warunków pogodowych nie można było zapewnić odpowiedniej ilości pożywienia dla ludzi i zwierząt). Ponownie doszło do wielkich zniszczeń i mordów ludności, po których to Bagrat natychmiast odesłał obiecaną siostrzenicę do Alp Arslana (ten ją poślubił ale parę lat później rozwiódł się z nią, jednocześnie oddając swemu wezyrowi Nizamowi al-Mulk, który też ją poślubił). Zdobyte tereny Gruzji sułtan Seldżuków rozdzielił pomiędzy swoich wodzów i tych spośród gruzińskiej szlachty, którzy zdecydowali się przyjąć islam. Sukces w wojnie z Gruzją i wcześniejsze opanowanie bizantyjskiej Cylicji (1067 r.) nie mogło jednak w pełni zadowolić Alp Arslana, tym bardziej że wciąż miał nierozwiązaną sprawę koczowników we własnym państwie. Z kalifem al-Kaimem porozumiewał się tylko przez posła (podobnie zresztą jak jego wezyr Nizam), zresztą w Bagdadzie "oczami i uszami" sułtana był niejaki Barsuk - mianowany emirem Bagdadu jeszcze za Tughrilbeka (maj 1060 r.). Był on powszechnie nielubiany w tym mieście, jako że jego zadanie polegało przede wszystkim na kontrolowaniu Wyniosłego Dworu bagdadzkiego i samego kalifa. Sułtan Alp Aslan w czasie całego swego panowania (trwającego prawie dekadę), nigdy nie odwiedził Bagdadu i polegał właśnie na takich ludziach jak Barsuk, czy wielki wezyr Nizam al-Mulk, którzy informowali go zarówno o nastrojach panujących wśród mieszkańców, jak również (a raczej przede wszystkim) o działalności samego kalifa. Aby uzyskać nie tylko wojskową, ale również i cywilną kontrolę nad władzą w mieście, Nizan w 1067 r. założył w Bagdadzie madresę - An-Nizamijja, pozwalającą alimom na pracę w lokalnych władzach.

A tymczasem po utracie Cylicji (co było możliwe ze względu na coraz większą anarchię polityczną, jaka zapanowała w państwie bizantyjskim), oficerowie armii bizantyjskiej po śmierci starego cesarza Konstantyna X Dukasa (maj 1067 r.) i krótkich rządach regencyjnych jego małżonki, cesarzowej Eudokii (maj-grudzień 1067 r.), wyszła ona ponownie za mąż (wbrew żądaniu swego poprzedniego męża, aby tego nie czyniła i aby nieletni synowie Konstantyna X mogli przejąć tron), za ambitnego generała pochodzącego z Kapadocji Romana Diogenesa, który został wyniesiony do władzy (głównie przez armię) 1 stycznia 1068 r. i panował jako Roman IV Diogenes. W latach 1068 i 1069 przedsięwziął on dwie udane kampanie wojenne przeciwko Seldżukom (na tyle udane, że Alp Arslan obawiał się wręcz bizantyjskiego najazdu na Bagdad) i to pomimo kompletnej dezorganizacji w wielu kluczowych kwestiach gospodarczych, politycznych a nawet militarnych. Imperium Konstantyna Wielkiego trapiła bowiem choroba, która co jakiś czas pojawiała się w tym kraju, osłabiając wewnętrznie państwo i czekając kolejnej szczepionki, w postaci nowych reform ustrojowych wojskowych lub administracyjnych. A przecież Imperium Bizantyjskie (czyli tak naprawdę ta wschodnia pozostałość Imperium Rzymskiego) stanowiło niezwykle ważny element w całej misternie komponowanej idei krucjat, jaka się potem pojawiła. Aby więc móc pójść dalej, należy nie tylko opowiedzieć co było przyczyną potwornej klęski pod Manzikertem z 1071 r. w której to Seldżukowie rozbili w pył armię bizantyjską, ale również jak kształtowały się relacje i kontakty pomiędzy chrześcijaństwem zachodnim i wschodnim, rycerstwem zachodnim i wschodnim, oraz królestwami Zachodu a Imperium Bizantyjskim (przy okazji co nieco powiem również o ówczesnych - głównie handlowych - kontaktach polsko-bizantyjskich).




CDN.

sobota, 21 września 2024

KATASTROFA!

III RZECZPOSPOLITA - PAŃSTWO Z DYKTY I PAŹDZIERZA




 Dziś zamierzałem napisać o czymś innym (zresztą planuję dzisiaj jeszcze jeden temat), ale musiałem zamieścić ten komentarz, bo przyznam się szczerze szlag mnie już trafia jak na to wszystko patrzę. Odnoszę się zaś do katastrofy jaka spotkała południowo-zachodnią Polskę, szczególnie zaś Kotlinę Kłodzką w postaci powodzi, która doprowadziła do ogromnych zniszczeń i kilku? (nie wiadomo dokładnie ile bo te dane jeszcze nie są znane albo są ukrywane) ofiar śmiertelnych (nie mówiąc już oczywiście o ludziach którzy odnieśli przy tym rany). Jak tak na to wszystko patrzę, to myślę że żyję w jakimś matriksie, w kraju nierzeczywistym, w którym liczy się tylko PR i i całkowity serwilizm wobec podmiotów zewnętrznych (ale o tym później).












Nie rozumiem też jeszcze jednej rzeczy, a mianowicie jak to jest że takie osoby jak pani Urszula Zielińska czy pani Paulina Henning-Kloska - odpowiadające za Ministerstwo Klimatu i Środowiska - nadal jeszcze pełnią swoje funkcje i nie mają postawione zarzuty karne. Zresztą trudno się temu dziwić, gdy okaże się że facet który miał wprowadzić Donalda Tuska "w błąd" (jakiś ponoć jego doradca), i podsunąć mu do podpisania dokument w którym zgadza się powołać do zgromadzenia sędziów cywilnych Sądu Najwyższego tzw: neosędziego (oczywiście posługuję się tutaj terminologią "sinych razem", czegoś takiego bowiem realnie nie ma i w przyrodzie nie istnieje, a na pewno w polskim prawodawstwie), taki ktoś nadal pozostaje na swoim stanowisku i oficjalnie nic się nie stało poza tym że Donald Tusk wycofał kontrasygnatę pod podpisem prezydenta Andrzeja Dudy (😂), czyli totalny kabaret (jak to śpiewał Walduś Kiepski: "Raz pod wozem raz na wozie tak się żyje w banderozie, którą czasem w telewizji Polską zwą..."). Natomiast już gość, który podczas głosowania w sprawie aborcji (notabene przegranej przez całą tą żałosną koalicję 13 grudnia), który w czasie głosowania przebywał w USA negocjując dla Polski ważne kontrakty, po powrocie stracił stanowisko, ponieważ Tusk musiał kogoś "odpalić", aby dać pożywkę swoim hunwejbinom. W tym zaś przypadku, w kwestii katastrofy jaka spotkała południowo-zachodnią Polskę, zarówno pani Zielińska jak i Henning-Kloska też nie poczuwają się do odpowiedzialności, a Tusk nie wyciąga wobec nich konsekwencji. Czyli co? jedziemy dalej na tym skrzypiącym coraz bardziej wozie.




10 września były już pierwsze alarmujące komunikaty na temat możliwości wystąpienia katastrofy powodziowej w rejonie południowo-zachodnim - całkowicie zbagatelizowane (żeby nie powiedzieć olane) przez rząd i Donalda Tuska osobiście. 13 września Donald Tusk zbłaźnił się totalnie, twierdząc że informacje na temat powodzi nie są aż tak alarmujące i wszystko będzie "git", a on zamierzam (oczywiście tego nie powiedział ale wiadomo przecież co robi) wkrótce wyfrunąć sobie helikopterkiem do Sopotu (czy do Gdańska) żeby spędzić weekend "haratając w gałę", bo wiadomo że Donald Tusk weekend rozpoczyna w czwartek po południu, a do pracy (bardzo niechętnie) przystępuje we wtorek też tak około godziny 12:00. W poniedziałek bowiem wraca z Wybrzeża, więc jest zmęczony żeby pracować- 🤭). 14 września doszło do katastrofy która całkowicie obnażyła indolencję i głupotę tego rządu. Zaczęto więc przede wszystkim od pr-owych konferencji powodziowych Tuska, a usłużne media pokazały jak biedny Donald ratuje pieska, (oczywiście nie z wody, tylko przenosi go z jednej strony ulicy na drugą - a widać po mordce tego psiaka, że sam jest zdezorientowany tym, co się tutaj właśnie odwala (😭), i że ma zabłocone buciki (te zabłocone buciki mają być dowodem na to, że Tusk czuwa 🤔). 16 września nie było już rady (kolejny weekendzik i kolejne haratanie w gałę poszło się - że tak powiem - gonić) i trzeba było ogłosić stan klęski żywiołowej.

Wylana woda doprowadziła do ogromnych zniszczeń (no to będę wydaje się że to nie była Odra, a raczej jej mniejsze dopływy - przynajmniej ja to tak widzę, być może się mylę), wiele domów zostało wprost porwanych przez wodę. Nieznana jest też dokładna liczba (oficjalne komunikaty według mnie są zaniżane) osób, którzy ponieśli śmierć czasie tej powodzi, nie mówiąc już o tym, że nie wiemy zupełnie nic o tych, którzy odnieśli rany. Tak działa bowiem państwo zwane III Rzeczpospolita (szczególnie pod rządami koalicji 13 grudnia) od PR-u do PR-u, od weekendu do weekendu i... jakoś to będzie. Przyznam się szczerze że nie chce mi się nawet tego komentować, bo nie chcę się denerwować, a musiałbym naprawdę użyć tutaj kilku soczystych zwrotów które byłyby jednak adekwatne do tego co obecnie się dzieje pod rządami tej oto żałosnej koalicji (notabene też nie chcę być tutaj krytykiem tylko jednej opcji, powiedzmy sobie bowiem szczerze, że PiS też miał na sumieniu wiele złego i mówię to całkowicie otwarcie jako wyborca tej partii). 

Inna sprawa, to oświadczenie jakie złożył na antenie Polsatu dr. Grzegorz Chocian, ekolog, prezes zarządu "Ekotron", który stwierdził że niemiecki wywiad zwracał się do niego z propozycją współpracy, aby protestował przeciwko kluczowym dla rozwoju Polski inwestycjom. I mnie przyznam się szczerze przeraża fakt, że od roku 1990 minęło praktycznie 35 lat, a my nadal nie mamy pojęcia, jak bardzo III RP została zinfiltrowana przez niemiecki wywiad BND (który odziedziczył przecież kontakty wschodnio-niemieckiej Stasi, a ta również czerpała swoich informatorów i współpracowników w Polsce, a raczej w PRL-u, i to często było za zgodą i wiedzą komunistycznego wywiadu polskiego). Jeden z niemieckich profesorów kilka lat temu stwierdził wprost, że po roku 1990 Niemcy zbudowały sobie Polskę jako kraj taniej siły roboczej. Notabene pamiętajmy że to są te same Niemcy, które realnie nadal nie są państwem suwerennym (jak odwiedzam bowiem niemieckie fora dyskusyjne i społecznościowe, to widzę to utyskiwanie Niemców na fakt, iż ich państwo nie jest w pełni suwerenne, że jest całkowicie zależne od wpływów zewnętrznych a głównie od USA). Co prawda w latach 90-tych ów amerykański gorset kontroli nad Niemcami został znacznie poluzowany (natomiast lata rządów Baracka Obamy i obecnie tego staruszka, który śpi 17 godzin na dobę, jeszcze bardziej zmniejszyło amerykańskie zaangażowanie w Niemczech) i to dało Niemcom możliwość próby ponownego odrodzenia projektowanej (tak naprawdę od I Wojny Światowej) koncepcji mitteleuropy, czyli obszaru państwa Europy Środkowo-Wschodniej, będących tak naprawdę państwami-klientami wielkiej Rzeszy (jakkolwiek by się ona obecnie nie nazywała, cel pozostaje nadal aktualny).

Od roku 1990 niemiecki wywiad (oczywiście pomijając również nadal istniejący wywiad upadłego państwa sowieckiego, później rosyjskiego, czy też inne wywiady: jak wywiad amerykański, izraelski, francuski - pisałem na ten temat pracę licencjacką - jeszcze przed magisterką) miał tutaj prawdziwe eldorado, werbując wielu przekonanych (albo też zwiedzionych) wizją nieskończonej "miłości polsko-niemieckiej" i o wspólnym domu nazywanym Europa. Oczywiście wszystko to było podparte suto przyznawanymi stypendiami, nagrodami, czy też bezpośrednio wypłacanymi wynagrodzeniami za "dobrą służbę" dla Niemiec wspólnej przeszłości polsko-niemieckiej w zjednoczonej Europie. Bo przecież Niemcy to Europa - prawda? Zresztą oni już inaczej siebie nie postrzegają jak w kontekście europejskim i to rzeczywiście ma swoje plusy, gdyż realizacja niemieckich interesów bezpośrednio napotykałaby wiele przeszkód, ale jeżeli włożymy to w piękne opakowanie europejskie i powiemy że w interesie Europy jest "to i to" (co oczywiście jest całkowicie zgodne z interesem niemieckim - a takich przykładów jest mnóstwo) to wtedy brzmi to zupełnie inaczej. I Polacy (którzy decyzją powiedzmy sobie otwarcie zdradzieckich państw zachodnich, takich jak Francja czy Wielka Brytania, a potem również USA -  zostały wtrącone po roku 1945 {pomimo przelanej krwi w czasie II Wojny Światowej, pomimo ogromnego wkładu jakie wniosło Wojsko Polskie, polski wywiad do zwycięstwa nad III Rzeszą}, zostaliśmy oddani na łaskę i nie łaskę Sowietów) wychodząc z tego komunistycznego gówna po 45 latach realnej niewoli, zostali olśnieni wizją jedności europejskiej (pod niemieckim przewodem), wiodącą kontynent a również i świat do "końca historii" 🧐. I jurgielników znalazło się wielu. 

Pamiętam ładnych kilkanaście lat temu zdaje się że na łamach "Polityki" znalazłem taki oto tekst (niestety nie pamiętam już autora, a nie chce mi się tego szukać) "Mijają wieki, mijają lata, a Polak ma za miedzą brata" - oczywiście chodziło o "brata" zza Odry (brata ze wschodu zastąpił brat z zachodu). I jakże to było piękne, takie europejskie, że aż moja "niemiecka natura" (oczywiście w cudzysłowie 🤭) była tym wręcz zafascynowana. A mówiąc całkowicie poważnie zobaczcie jaki kraj nam zbudowano po roku 89, jak bardzo przypomina to ściernisko z mchu i paproci, podlane paździerzowym sosem. Oczywiście od tego czasu wiele się zmieniło, przede wszystkim w sporej części (choć też nie takiej, jakiej bym pragnął) zmieniła się mentalność Polaków, którzy jeżdżąc po Europie przekonywali się na własne oczy że tak naprawdę w niczym nie jesteśmy gorsi od tych z Zachodu, a już na pewno w niczym nie jesteśmy gorsi od Niemców. Dziś Niemcy technologicznie to jest skansen, to jest kraj który od nas powinien się uczyć jak wdrażać wszelkie technologiczne nowinki. Tam bowiem nie ma czegoś takiego jak blik, tam zapłacić kartą w sklepie to jest osiągnięcie tam przede wszystkim wciąż króluje faks. Silni są jeszcze (jeszcze!) w przemyśle samochodowym i chemicznym, ale bez wsparcia tanich rosyjskich surowców - ich gospodarka pada. 

A przecież powiedzmy sobie szczerze -  Niemcy wciąż nie rozliczyli się ze swoich zbrodni z czasów II Wojny Światowej i to wciąż nad nimi tkwi niczym miecz Damoklesa. Ja oczywiście wiem jak silna jest w Niemczech niechęć do kwestii reparacji dla Polski (i również Grecji), widać to chociażby w komentarzach na forach dyskusyjnych, gdzie podnosi się kwestie naszych ziem zachodnich. Swoją drogą to też jest ciekawe, bo jak im się mówi że Polska utraciła cały wschód, nasze Kresy Wschodnie, gdzie to nie było tak (jak widzieli to nie tylko w Berlinie, ale również w Londynie, a nawet w Waszyngtonie i po części także w Paryżu - chociaż ci się akurat się nie odzywali bo było im to na rękę) że myśmy je zrabowali ukradli Rosji, Ukrainie czy nawet Litwie. Nie, były nasze ziemie, gdzie kulturę wykuwaliśmy ciężką pracą, a nie mieczem jak "teutońska misja cywilizacyjna na wschodzie", gdzie miasta (a również i mniejsze miasteczka) były polskie - owszem otoczone morzem Ukraińców i Białorusinów, ale jednak polskie. Dopuszczaliśmy do naszej społeczności wszystkich którzy tego pragnęli, nie czyniąc dla nikogo przeszkody pod względem rasy, wyznawanej religii czy krwi - polskość bowiem to była jedność cywilizacyjna, a nie rasowa (wielokrotnie w tej kwestii powoływałem się również na własne doświadczenia rodzinne, więc już tego nie będę robił). I pod tym właśnie względem te ziemie były polskie. Chociaż - i to też musimy podkreślić niezwykle mocno - to co dzisiaj nazywamy Kresami Wschodnimi czyli utracone miasta takie jak Lwów, Grodno, Wilno, Baranowicze - to nie były realnie żadne Kresy, to było centrum państwa. My o tym dzisiaj zapominamy, ale kresami Rzeczypospolitej były: Smoleńsk, Mścisław, Czernichów, Połtawa, ale już nawet nie Witebsk, nie Mińsk i nie Kijów.

Polacy kiedyś zostali określeni jako tzw. "Hobbici Europy", którzy przede wszystkim od walki i wszelkich niebezpieczeństw wolą spokojne życie i ciepło domowego ogniska. To prawda, ale jeśli ja miałbym nas przyporządkować do jakiejś grupy ludów Śródziemia, to raczej do Roharimów z Rohanu. Zawsze walczyliśmy za innych, pomagając im i niosąc wolność, natomiast często spotykaliśmy się potem ze wzgardą, zdradą i poniżeniem. 




ODSIECZ WIEDNIA 1683 r.



SZARŻA W WĄWOZIE SAMOSIERRA (KTÓRY DLA FRANCUZÓW MIAŁ BYĆ NIE DO ZDOBYCIA) TRWAŁA 8 MINUT - 1808 r.



SZARŻA POD ROKITNĄ 1915 r.



Gdy w lipcu 2018 r. w środkowej Szwecji wybuchła fala pożarów, Polska natychmiast wysłała tam 140 strażaków wraz ze sprzętem, którzy wybitnie przysłużyli się do ugaszenia tamtejszych pożarów. Gdy w lipcu 2021 r. w Nadrenii Północnej-Westfalii doszło do powodzi, Polska wysłała 70 wozów strażackich na ratunek Niemcom. Kiedy nas spotkała taka tragedia, jakoś nikt się nie pali do tego żeby nam pomagać. O przepraszam, Tusk ponoć ma ściągnąć Bundeswehrę (😆🤭) i potem przyznam się szczerze nie wiem czy mam się śmiać czy płakać. Mamy prawie 300 000 strażaków ochotników, którzy posiadają ponad 12 tysięcy wozów do gaszenia pożarów (przy czym należy podkreślić że nasz sprzęt jest najlepszy w całym naszym regionie łącznie z Niemcami, gdy bowiem nasi strażacy pojechali do Szwecji, to tamci łapali się za głowy widząc nasze auta gaśnicze), poza tym są Wojska Obrony Terytorialnej czy w ogóle Wojsko Polskie, a Tusk ściąga tutaj Bundeswehrę, po co? Na miejscu, na zalanych terenach Polski pracuje jedynie 700 strażaków - 700, a cała reszta ma ponoć zakaz aby tutaj przybywać, bo władze nie chcą żeby pokazali się oni na "pisowskim sprzęcie" (to znaczy na autach zakupionych w czasach rządów Prawa i Sprawiedliwości), bo to by źle wyglądało pijarowo dla koalicji 13 grudnia. Jeżeli to jest prawda (w co trudno nie uwierzyć, bo oni przyzwyczaili nas do jeszcze większych debilizmów), to według mnie to jest jawna zdrada i tutaj już nie ma zmiłuj się. Jeżeli premier naszego kraju ściąga do nas obce boisko bez zgody parlamentu, to jak to nazwać. Mają nam pomagać, bundeswehra czym i po co, skoro mamy ku temu własne siły i środki? Ja nie mówię tutaj o tym żeby Niemcy nie przysłali do nas swoich straży pożarnych, czy Szwedzi, czy też inni nasi sąsiedzi, ale po co ściągać Bundeswehrę - żeby nas przyzwyczajać? A jeśli tak, to do czego?

I tutaj znów wracamy do kwestii niemieckich wpływów w Polsce. To, że na zalanych terenach nie powstały zbiorniki retencyjne w odpowiedniej ilości, to jest właśnie robota ekologów, którzy w ogromnej większości (oczywiście nie mam ku temu szczegółowej wiedzy, więc też nie będę się wymądrzał), zapewne idą na sznurku prowadzonym przez BND. Pani Zielińska była dumne, że spotykały się ze swoją odpowiedniczką z Niemiec, a panią Zielińską znamy doskonale z jej różnych bardzo mądrych wypowiedzi:


CO SIĘ ZROBIŁO W GŁOWIE TEJ KOBIETY? MIRAŻ Z MCHU I PAPROCI!? NAJTAŃSZY TRANSPORT JAKI MOŻNA SOBIE W OGÓLE WYMYŚLIĆ - CZYLI TRANSPORT WODNY ONA UWAŻA ZA NIEOPŁACALNY (😂). PYTANIE BRZMI CZY ONA TAK SAMA Z SIEBIE CZY TEŻ POD "INSPIRACJĄ"



POSŁANKI KOALICJI 13 GRUDNIA UCZĄ SIĘ O OCHRONIE ŚRODOWISKA Z GRY DLA DZIECI (PANI ZIELIŃSKA PIERWSZA Z LEWEJ, W ŻÓŁTEJ SUKIENCE PANI JACHIRA)



Podsumowując, najważniejszą kwestią jest teraz (już po pokonaniu owej powodzi, podliczeniu ofiar i strat, uporządkowaniu tamtych miejsc oraz przyznaniu poszkodowanym pomocy finansowej - bo to jest podstawa w tych warunkach, a przede wszystkim zapewnienia nowych mieszkań i to o lepszym standardzie niż mieli do tej pory. Natomiast posłanki koalicji 13 grudnia szczególnie pani Henning-Kloska twierdzi że najlepszy jest niskoprocentowany kredycik w wysokości 2,5%, niech więc powodzianie biorą kredyty, bowiem za "naszych" rządów - liberałów z Wybrzeża, nigdy niczego nie było, nie było "pinindzy", nie było inwestycji a przede wszystkim nie było rozwoju Polski) powołanie i wyjaśnienie komisji do spraw zbadania wpływów niemieckich w Polsce od roku 1990 i ukrócenia tego procederu raz na zawsze, bez względu na to jak bardzo bolesny dla niektórych będzie. Ja mam bowiem już serdecznie dosyć życia w takim popapranym kraju, w którym jurgielnicy mówią nam jak mamy żyć, jak ku...a nie miłość do Moskwy, to teraz do Berlina i Brukseli, ale jakoś nie widać w nich miłości do własnej Ojczyzny. Może więc już czas na zmiany i to zmiany gruntowne, a widzę ku temu potencjał wśród zwolenników budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego, który jest tak naprawdę wspierany przez zwolenników różnych partii i na tym właśnie na tym należy budować nasze polskie deep state - deep state rozwoju i potęgi Polski. Trzeba bowiem odtworzyć dawną Rzeczpospolitą, jeśli nawet nie tę Pierwszą, to przynajmniej tę Drugą.

czwartek, 19 września 2024

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. III

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





"SOWIECI NIE WCHODZĄ"
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)






DOŚWIADCZENIA I INSPIRACJE 
Cz. II


 Rumunia weszła do walki dopiero w trzecim roku wielkiej wojny, w którym ententa spodziewała się odnieść zwycięstwo (wcześniej Rumunii byli "molestowani" przez obie strony konfliktu koniecznością wejścia do wojny, na co długo nie zamierzali się zgadzać. Niemcy i Austro-Węgry nalegały na wejście Rumunii do konfliktu zbrojnego ze względu na zabezpieczenie swych dróg komunikacji z Imperium Osmańskim, gdyż jak mówiono w Berlinie: "Rumunia to klucz do wschodu", a podstawą tych planów był traktat sojuszniczy zawarty przez Rumunię z Austro-Węgrami - 30 października 1883 r. i skierowany był wyraźnie przeciwko Rosji. Układ ten - odnawiany cyklicznie co 5 lat, ostatni raz 5 lutego 1913 r. - przez cały ten czas pozostawał tajny. Król Rumunii - który przechowywał traktat w swej własnej skrytce - pokazywał go jedynie mianowanemu przez siebie premierowi na okres jego kadencji, tak więc do wybuchu I Wojny Światowej o owym traktacie w Rumunii wiedziało tylko kilkanaście osób. Gdy więc w 1913 r. Austro-Węgierski poseł w Bukareszcie zaproponował aby traktat ten poddać pod głosowanie parlamentom w Wiedniu, Budapeszcie i Bukareszcie, król Rumunii Karol I (z niemieckiego rodu Hohenzollern-Sigmaringen) wpadł w panikę. Poseł Ottokar Czernin zanotował potem: "Przerażenie jakie ogarnęło króla na samą myśl, że tak surowo strzeżona tajemnica (...) mogłaby wyjść na światło dzienne, pokazało mi, że przywrócić do życia martwy traktat byłoby niemożliwością". Rzeczywiście, na początku I Wojny Światowej traktat ten był już martwy, powstał bowiem w innych czasach i w innych okolicznościach które się zestarzały. Społeczeństwo Rumunii było zaś bardzo prozachodnie, a król Karol, chociaż wolałby stanąć po stronie Państw Centralnych, nie mógł postąpić wbrew woli narodu. Podstawą przyłączenia się Rumunii do I Wojny Światowej było pewność uzyskania nabytków terytorialnych, jakie mogłyby im ofiarować strony tego konfliktu. Niemcy, w zamian za przystąpienie Rumunii do wojny ofiarowały jej Besarabię (zajętą przez Rosję na Turcji w 1812 i potem w 1878 r. a utraconą na rzecz Rumunii w 1856 r.) i należący do Serbii okręg Negotin, leżący na prawym brzegu Dunaju. Rosja, w zamian za życzliwą neutralność, ofiarowała Rumunii Siedmiogród i Bukowinę (wchodzące w skład Monarchii Austro-Węgierskiej). Jak już wspomniałem nastroje społeczeństwa rumuńskiego były pro-zachodnie (a w szczególności pro-francuskie), oraz anty-astriackie, a z całą pewnością anty-węgierskie. Tym bardziej zdobycie Siedmiogrodu i Bukowiny było znacznie korzystniejsze niż opanowanie Besarabii, chociaż za przyłączeniem się do ententy przemawiała również obawa o powojennej dominacji Słowian na Bałkanach. Mimo to Rumunii postanowili podążać drogą Włoch, tak jak Włochy uczynią, tak zrobi również Rumunia i gdy Włochy ogłosiły neutralność, neutralność ogłosiła Rumunia (na początku wojny), ale gdy 23 maja 1915 r. Włochy wypowiedziały wojnę Austro-Węgrom, Rumunia pozostała neutralna. Trudno się temu dziwić, Włochy mogły sobie na to pozwolić gdyż realnie nie miały śmiertelnego wroga (chociaż pragnęły opanować zarówno Trydent, Tyrol i Istrię należące do Austro-Węgier, jak i Korsykę, Niceę, Sabaudię a być może również Tulon i Marsylię, nie mówiąc już o Tunezji - na Francji). Rumunia była otoczona śmiertelnymi wrogami z trzech stron, od północy Rosją, od północnego-zachodu Monarchią Austro-Węgierską (szczególnie zaś Węgrami) i od południa Bułgarią. Każdy krok musiałby być więc przemyślany, jeśli nie chciano zniszczyć kraju (tym bardziej że po październiku 1915 r. i w wejściu do wojny Bułgarii, tragiczny los Serbii był tutaj szczególnie dobitnym memento). Politycy rumuńscy domagali się zarówno od jednej jak i drugiej strony jasnej deklaracji na piśmie, że dane terytoria przypadną Rumunii po zakończeniu wojny, na co większość państw nie chciała się zgodzić. Ostatecznie państwa ententy zgodziły się nie zakończyć wojny, dopóki cele Rumunii nie zostaną spełnione, a gdy 4 czerwca 1916 r. ruszyła rosyjska ofensywa gen. Brusiłowa (wydaje mi się że był to bodajże najlepszy generał rosyjski I Wojny Światowej, choć otoczony bandą niekompetentnych durniów i ludzi celowo rzucających mu kłody pod nogi), przeważyło to szalę na korzyść ententy i 27 sierpnia 1916 r. (o 20:30) Rumunia wypowiedziała wojnę Austro-Węgrom. Dnia następnego wojnę Rumunii wypowiedziały Niemcy, Imperium Osmańskie wypowiedziało wojnę Rumunii 30 sierpnia, a Bułgaria 1 września i tak to się zaczęło).

Jeszcze lepiej - chociażby na bliskie związki rumuńsko-polskie - znano w Polsce losy Królestwa Rumunii. Francuzi walczyli pod Verdun, Brytyjczycy nad Sommą, Włosi o Gorycję, a Rosjanie przeprowadzili na południowym odcinku frontu wschodniego ofensywę pod dowództwem generała Aleksieja Brusiłowa (wówczas to m.in. w krwawej bitwie pod Kostiuchnówką zatrzymały marsz Moskali trzy brygady Legionów Polskich Józefa Piłsudskiego, a ostatecznie ofensywa Brusiłowa zakończyła się zdobyciem jedynie Łucka, części Galicji Wschodniej i Bukowiny. Pewnie ofensywa ta osiągnęłaby więcej gdyby nie fakt, że zazdrośni o sukces Brusłowa inni rosyjscy oficerowie donosili na niego do cara że oszczędza ludzi - nie rzucając ich do huraganowych ataków - i marnuje (a raczej rozkrada) sprzęt, którego wciąż mu brakuje. Tak naprawdę jednak za brakiem sprzętu stały ogromne zapóźnienia rosyjskiego Imperium i trudności w dostawach sprzętu na front, oczywiście nie licząc celowych działań, mających na celu udowodnienie niekompetencji Brusłowa).




(...) Rumuńska armia była dość silna, po mobilizacji liczyła 23 dywizje, a więc więcej niż serbskie i bułgarskie wojska razem wzięte - jednak lekceważona przez przeciwników. Carscy generałowie złośliwie mówili, że jeśli Rumunii ruszyliby przeciwko nim, to potrzeba by było 40 rosyjskich dywizji do zatrzymania ataku; jeśli jednak Rumunii uderzyliby na Austro-Węgry, to i tak trzeba by rosyjskich 40 dywizji - dla uratowania rządu w Bukareszcie przed spodziewanym kontratakiem. Siedmiogrodu broniła świeżo zorganizowana austro-węgierska 1 armia. 27 sierpnia 1916 roku uderzyła na nią od południa (a właściwie to był już 28 sierpnia o godzinie 9:00 rano) 1 Armia rumuńska, od południowego wschodu - 2 Armia, a od północnego wschodu - Armia Północna (przemianowana następnie na 4). Wojska te sforsowały wysokie Karpaty - co samo w sobie było wyczynem - i powoli spychały na zachód wojska Habsburgów.


FRONT SIERPIEŃ 1916



3 Armia rumuńska miała osłaniać królestwo od południa - przed spodziewanym uderzeniem Bułgarów. I to właśnie ona zawiodła, bo już 1 września spadło na nią uderzenie bułgarskiej 3 Armii - czego spodziewali się rumuńscy generałowie - oraz VI Korpus tureckiej i niemieckiej brygady - co było dla Bukaresztu zaskoczeniem. Zawiedli też Rosjanie, bowiem generał Andriej Zajonczkowski - dowodzący XXX Korpusem Armijnym, mającym stanowić zabezpieczenie południowej granicy Rumunii - nie tylko maszerował zbyt wolno, aby dotrzeć na czas, ale niezbyt chciał podporządkować się rozkazom Rumunów. Już 6 września Bułgarzy odcięli i zmusili do kapitulacji dwie rumuńskie dywizje, osamotnione w twierdzy Tutrakan - co okazało się później mieć decydujące znaczenie dla całej kampanii.


FRONT WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 1916 



15 września rumuński sztab generalny postanowił wstrzymać ofensywę w Siedmiogrodzie, a zwolnione w ten sposób siły i środki przeznaczyć na powstrzymanie Bułgarów i Turków. Plan się nie powiódł, w dodatku siły austro-węgierskie broniące Siedmiogrodu zostały wzmocnione przez dywizje ściągnięte z innych frontów. W walkach wziął udział także elitarny bawarski Alpenkorps, który podporządkowano 9 Armii dowodzonej przez Ericha von Falkenhayna. 10 listopada uderzył on na karpackie przełęcze, wszedł na równiny i jeszcze przed końcem roku opanował całą Wołoszczyznę wraz z Bukaresztem.


FRONT LISTOPAD 1916 - STYCZEŃ 1917



Pomimo klęsk poniesionych jesienią 1916 roku zrąb rumuńskich sił zbrojnych udało się ewakuować na wschód, do Mołdawii, gdzie - dzięki pomocy sojuszników - zostały zreorganizowane i odbudowane. (Szczególnie zasłużył się szef francuskiej misji wojskowej generał Henri Barthelot). 22 czerwca 1917 roku formacje rumuńskie były zdolne - wspólnie z Rosjanami - do podjęcia ofensywy przeciwko austro-węgierskiej 1 Armii nad dolnym Seretem, a nawet odniesienia lokalnego sukcesu w bitwie pod Mârâsti. Ważniejsze było jednak samodzielne zatrzymanie kontrataku państw centralnych, znane jako bitwa pod Mârâsesti, we wrześniu 1917 roku. Uratowało to niepodległość Rumunii.

Nie na długo jednak, bowiem 7 listopada 1917 roku w Rosji wybuchła rewolucja październikowa, a jej skutkiem był rozpad armii carskiej. Pozbawiona wsparcia Rumunia musiała podpisać w grudniu zawieszenie broni, a 7 maja 1918 roku została zmuszona do zawarcia upokarzającego pokoju bukareszteńskiego. W zamian za zwrot Besarabii (...) Rumunia "zgodziła się" na "korektury graniczne", oddanie administracji wybrzeża Morza Czarnego w kondominium czterech państw centralnych (ziemie te miały jednak pozostać rumuńskie), oraz bardzo niekorzystne układy gospodarcze. Traktat bukareszteński został ratyfikowany przez parlament, ale król Rumunii nie podpisał go, co po kilku miesiącach okazało się bardzo istotne. 

W listopadzie 1918 roku do Bukaresztu dotarł bowiem - na czele symbolicznej armii składającej się z kilkunastu batalionów, szwadronów i baterii - generał Henri Barthelot. Miał on namówić Rumunów do antyniemieckiego wystąpienia. Nie było to trudne zadanie, Rumunii chętnie stanęli po stronie ententy, oficjalnie przywracając stan wojny z Niemcami 10 listopada. Jako że król nie podpisał traktatu pokojowego z Niemcami, Rumunia wciąż mogła być uznawana za jedno z państw ententy. Znalazło to odbicie w ustaleniach kończących wojnę: naddunajskie królestwo powiększyło się dwukrotnie - o Besarabię i Siedmiogród - stając się najsilniejszym państwem bałkanów (bez wątpienia Rumunia i poniekąd Serbia były największymi beneficjentami I Wojny Światowej. Oczywiście nie mówiąc o nas, gdyby bowiem nie ta wojna, nie byłoby naszej niepodległości).




Paradoksalnie najczęściej przytaczanym w powojennej Polsce przykładem politycznym, są losy Belgii. Państwo to zostało najechane przez Niemców w 1914 roku. W rękach Belgów pozostał skrawek ich ojczyzny, a rząd i armia funkcjonowały na terenie Francji. Przykład ten był bardzo wygodny, pokazywał bowiem że możliwe jest funkcjonowanie rządu na terenie obcego państwa, jednocześnie sugerując, że możliwość ta związana jest z geograficzną bliskością i uzyskaniem bezpośredniego wsparcia. Dlaczego w PRL-u przypominano Belgię, a nie Serbię? Przypominanie losów Serbii było bowiem dla krytyków II Rzeczpospolitej bardzo niewygodne. Serbia walczyła osamotniona i w pierwszych dniach wojny poniosła porażki, utraciła nawet stolicę - ale odzyskała ją i przez wiele kolejnych miesięcy była w stanie trwać, pomimo zniszczonej armii, rozbitego przemysłu i dostaw prowadzonych tranzytem przez neutralne państwo. Skoro udało się to Serbii w latach 1914-1915, dlaczego nie miało się udać Polsce w 1939 roku? Polska też walczyła osamotniona i w pierwszych dniach wojny poniosła porażki, utraciła nawet stolicę - ale mogłaby ją odzyskać i przez wiele kolejnych miesięcy trwać, pomimo zniszczonej armii, rozbitego przemysłu i dostaw prowadzonych tranzytem przez neutralne państwo.




Równie niewygodny był przykład Rumunii, najechanej i rozbitej przez wrogów, która przez wiele miesięcy kontynuowała opór na skrawku swego terytorium. Na czymś w rodzaju przedmościa rumuńskiego. Pierwszowojenne losy Rumunii sugerowały także i inne możliwości rozwiązania konfliktu wojennego: podpisanie separatystycznego pokoju i ponowne wkroczenie do wojny, gdy ta zbliżała się do zwycięskiego dla jej sojuszników końca. Wreszcie trzeba zwrócić uwagę, że decydująca ofensywa ententy była przeprowadzona na Bałkanach, i chociaż nie przyniosła rozbicia armii żadnego z przeciwników, to wszystkie państwa centralne zostały pokonane. Gniew społeczeństwa obalił stare władze, a nowe natychmiast podpisały zawieszenie broni. (I uczyniły to nawet Niemcy, które w chwili zakończenia wojny okupowały ziemie swoich wrogów). "Bezwarunkowa kapitulacja wrogów" która zakończyła II wojnę światową, była zjawiskiem bez precedensu na kontynencie europejskim. Był to bowiem pomysł administracji Stanów Zjednoczonych, które do tej pory w taki właśnie sposób kończyły większość wojen. Wojna między III Rzeszą a Rzeczpospolitą - która zamieniła się w II wojnę światową - nie musiałaby zakończyć się rozbiciem Wehrmachtu i podbiciem Niemiec. Mogłaby zakończyć się rozwiązaniem politycznym - najprawdopodobniej wymuszonym - jak ćwierć wieku wcześniej. 

(...) W Polsce po 1945 roku nie poświęcano wiele uwagi wydarzeniom wielkiej wojny (...) Najważniejsze dla Polaków były wojny toczone przez Rosję bolszewicką: zarówno wojna domowa z białymi, wojna przeciwko "obcym interwentom" - w tym wojny z Japonią - jak i późniejszy zabór państw zakaukaskich. Zmagania te trwały od 1918 do 1922 roku, a były prowadzone przez państwo wyczerpane wcześniejszą wojną i rewolucją, armiami bardzo źle wyekwipowanymi i jeszcze gorzej zaopatrywanymi w amunicję, paliwo i żywność. 




Podobne były zresztą i własne doświadczenia polskie z lat 1918-1920. Władze II Rzeczpospolitej zdecydowały, że pierwszeństwo przed doraźnymi działaniami zbrojnymi będzie miało zorganizowanie, wyszkolenie i wyekwipowanie Wojska Polskiego. Obrona granic była prowadzona siłami prowizorycznymi. Co prawda decyzja taka skutkowała na początku porażkami - najbardziej dotkliwa to utrata Zaolzia na rzecz Czechów - jednak była decyzją słuszną. Jeszcze wiosną 1919 roku udało się rozbić armie ukraińskie. (...) Następnie prowadzono zakrojone na szeroką skalę, choć ze zmiennym szczęściem, działania wojenne przeciwko Rosji. Podczas nich Wojsko Polskie utraciło wiele jednostek i znaczną część wyposażenia. Latem 1920 roku gros polskich sił udało się jednak wycofać na zachód, odbudować siły, zmobilizować nowe formacje i przeprowadzić nową kampanię. O wyniku wojny 1920 roku zdecydował nie tyle wynik Bitwy Warszawskiej, ile większy od rosyjskiego polski potencjał organizacyjny.






CDN.

środa, 18 września 2024

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. II

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





"SOWIECI NIE WCHODZĄ
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)



DOŚWIADCZENIA I INSPIRACJE


 Zwykliśmy patrzeć na wydarzenia roku 1939 ze współczesnej perspektywy, wiedząc dokładnie, jak przebiegała II wojna światowa, jakiej broni użyto i jakie były jej skutki. (...) Nasi przodkowie mieli zupełnie inne doświadczenia, a jeszcze bardziej odmienne były ich inspiracje. Niemal wszyscy pamiętali wielką wojnę - wówczas nikt nie nazywał jej "pierwszą wojną światową", bo przecież nie było "drugiej". Wojskowi studiowali natomiast ostatnie wojny - wojny, które dziś zostały już zapomniane. Warto je sobie przypomnieć.

Największy rozgłos w Europie zdobyła oczywiście wojna domowa w Hiszpanii. Rozpoczęła się w lipcu 1936 roku, gdy wojsko zbuntowało się przeciwko rządowi. Rząd Hiszpanii - utworzony przez partie Frontu Ludowego - zaczął realizować politykę Związku Sowieckiego. W pierwszych dniach wojny strona rządowa - zwana również republikańską - zdołała zdusić spisek w większości garnizonów i utrzymać kontrolę nad większością Hiszpanii. Strona wojskowa - zwana również jako rebelianci, narodowcy, frankiści od nazwiska generała Francisco Franco - szybko zmobilizowała siły i ruszyła do ataku na stolicę państwa - Madryt.




Wojska generała Franco wyruszyły na Madryt w lipcu, a już w listopadzie rozpoczął się szturm na stolicę. Przez obserwatorów manewry te zostały uznane za błyskawiczne. Szturm na Madryt nie powiódł się, a wojska obu stron utknęły w okopach. Kilkukrotnie próbowano przywrócić wojnie charakter manewrowy, ale rzadko kiedy przynosiło to rezultaty. Strona republikańska otrzymała olbrzymią pomoc od Związku Sowieckiego. Strona narodowa wspierana była przez Włochów i - w mniejszym stopniu - przez Niemców. Wojna zakończyła się wiosną 1939 roku, gdy - niemal dosłownie - rozpadło się państwo republikanów. (...)

Wojna domowa w Hiszpanii przyniosła jej obserwatorom wiele materiału do przemyśleń, z tym że wnioski, jakie na ich podstawie wyciągnięto, były wzajemnie sprzeczne. Zgadzano się tylko z jednym -  wojna domowa w Hiszpanii była klęską w Związku Sowieckiego. Klęską na każdym szczeblu: militarnym, technicznym, ekonomicznym, ideologicznym i politycznym. Okazało się, że sowiecka sztuka wojenna - szczególnie jakość i styl dowodzenia - stoi na dużo niższym poziomie, niż sztuka wojenna Zachodu. (...) Uwagi obserwatorów nie umknął również fakt, że najbardziej zaawansowane systemy uzbrojenia sowieckiego są kopiami - licencyjnymi bądź bezlicencyjnymi - rozwiązań zachodnich. Artyleria pochodziła z czasów carskich (a właściwie z licencji zakupionych za cara), czołgi z Wielkiej Brytanii lub Stanów Zjednoczonych, a silniki lotnicze z Francji, Niemiec bądź Ameryki.

Fatalne wrażenie - szczególnie na lewicy -  sprawiał fakt, że pomoc sowiecka była całkowicie odpłatna. Republika wysłała do Związku Sowieckiego 2/3 swoich olbrzymich - czwartych na świecie - rezerw walutowych: 176 ton złota przez Francję i 510 ton drogą morską. Według dzisiejszych cen wartość tego złota wyniosłaby około 30 miliardów dolarów. Gdy jesienią 1938 roku hiszpańskie zapasy złota się skończyły - skończyła się również pomoc sowiecka. (...) Moskwa nie miała skutecznych rozwiązań dyplomatycznych - republikański rząd Hiszpanii stawał się coraz bardziej izolowany, izolowany był również Związek Sowiecki. Pod koniec 1938 roku prestiż Sowietów sięgnął dna: nie tylko rozpadły się fronty ludowe w innych państwach, ale powstała nawet -  konkurencyjna dla stalinowskiej -  trockistowska międzynarodówka komunistyczna.

Czysto militarne wnioski z hiszpańskiej wojny domowej były, jak wspomniano, wzajemnie sprzeczne, a przez to mylące. Okazało się, że uderzenia kolumn zmechanizowanych są w warunkach europejskich niemożliwe do przeprowadzenia. Również czołgi okazały się mniej warte, niż się spodziewano. Co więcej, małe włoskie czołgi zwane tankietkami wydawały się dobrym
rozwiązaniem: choć miały małą siłę ofensywną, to były niewielkie i względnie trudne do zniszczenia. Czołgi większe - których reprezentantami były sowieckie T-26 oraz BT - były podatne na ogień przeciwpancerny tak samo jak tankietki. Uznano, że w roli broni przeciwpancernej doskonale sprawdza się broń uniwersalna: najcięższe karabiny maszynowe (działka) kaliber 20 mm, ciężkie rusznice przeciwpancerne oraz działa piechoty. Wyspecjalizowane armaty przeciwpancerne zdawały się nadmiernym luksusem i należało skierować je do odwodów dywizyjnych.

Przewidywano, że przyszła wojna będzie podobna do wielkiej wojny - potwierdzał to również przebieg wojny hiszpańskiej. Walki miały charakter pozycyjny, nawet w kluczowych dla losów wojny miejscach. Ciężkie walki o Madryt trwały przez blisko pół roku, nie dały żadnego rozstrzygnięcia, a następnie front stał w miejscu - na przedpolach stolicy - przez równe dwa lata. Wojnę manewrową można było prowadzić jedynie wobec zdemoralizowanego przeciwnika, jak latem 1936 roku, gdy frankiści opanowali zachodnią Hiszpanię, jak latem 1937 roku, gdy uderzono na osłabionych wewnętrznymi sporami Baskijczyków i Asturyjczyków, czy tak jak latem 1938 roku, gdy republika chwiała się w posadach. Inne wielkie bitwy - Brunete, Teruel, Ebro, były zbliżone charakterem do bitwy pod Verdun z 1916 roku: trwały tygodniami a nawet miesiącami i polegały na zamiennym ostrzale artyleryjskim oraz szturmach piechoty. Były to bitwy materiałowe, wygrywała w nich ta strona, która miała lepiej rozwiniętą służbę kwatermistrzowską zapewniejącą amunicję, oraz służbę uzupełnień zapewniającą mięso armatnie. 

(...) Do czasów wojny domowej w Hiszpanii duże znaczenie dla rozwoju lotnictwa wojskowego miała doktryna Giulia Dougheta, włoskiego generała, który zakładał że masowe bombardowania miast doprowadzą do kapitulacji całego państwa (jednak, co ciekawe, to paradoksalnie wcale nie niemieckie lotnictwo czy czołgi były siłą przełamującą pozycje wroga, a właśnie artyleria, która była prawdziwą pancerną pięścią Wehrmachtu). Gdy 26 kwietnia 1937 roku samoloty włoskie i niemieckie zbombardowały historyczną stolicę Basków - Guernicę - postronnym obserwatorom mogło się zdawać że Doughet miał rację: republikanie ogłosili że zginęło 1700 cywilów a 3/4 miasta zostało doszczętnie spalone. W kręgach specjalistów szybko pojawiły się wątpliwości, a neutralni obserwatorzy - w tym brytyjscy i polscy - zauważyli, że charakter zniszczeń przypomina raczej planowe wyburzenia niż efekt bombardowania (np. zniszczone zostały trzy dzielnice mieszkaniowe, czwarta dzielnica o charakterze symbolicznym zachowała się w zadziwiająco dobrej kondycji). Dziś wiemy też, że ofiar nie było 1700 tylko ponad 10 razy mniej (zachowane dokumenty ze szpitali mówią o 120 zabitych, choć mogło ich być więcej).




Ataki powietrzne na inne miasta republikańskie potwierdzają niewielką skuteczność bombardowań. Madryt - leżący tuż za frontem, w zasięgu nie tylko bombowców, lecz także ognia artylerii - był bombardowany regularnie i systematycznie. Ataki te nie wpłynęły w znaczący sposób na sytuację militarną ani na morale mieszkańców (chociaż rząd opuścił miasto). (...) Teoria Dougheta nie została potwierdzona w praktyce. Rozbudowa sił bombowych jako rdzenia sił powietrznych okazała się nietrafionym rozwiązaniem.

Uznano natomiast, że bardzo duży wpływ na działania wojenne mają ataki szturmowe na wojska walczące w polu. Najlepszym dowodem na to było zatrzymanie ataku włoskiej kolumny zmechanizowanej na Madryt pod Guadalajarą. Nie zwrócono uwagi, że było to związane ze specyficzną sytuacją pogodową (lotniska włoskie tonęły w deszczu i błocie, czołgi włoskie tonęły w błocie, ale niebo nad nimi było błękitne i republikanie mieli suche lotniska i wspaniałą pogodę). (...) Po 1939 roku - nawet w kampanii polskiej - Piechota strzelała do wszystkiego, co latało, nie patrząc na przynależność państwową (ewenementem pod tym względem był amerykański 10 Pułk Piechoty, który podczas II Wojny Światowej masowo strzelał również do własnych samolotów, a żołnierze tego pułku powtarzali że w powietrzu mają dwóch wrogów: Luftwaffe i US Air Force. Było to spowodowane tym, że pułk ten ponosił znaczne straty w czasie tak zwanego "friendly fire" - który nadchodził właśnie z powietrza).

Wojna domowa w Hiszpanii sprawiła, że nieco inaczej niż dziś postrzegano Włochy. Być może jeszcze większe znaczenie miała wojna abisyńska, która wprowadziła Italię Mussoliniego do pierwszej ligi światowych mocarstw, będącym w stanie prowadzić długotrwałą wojnę na innym kontynencie, nie zważając na opinie - i sprzeciw - innych potęg (II Wojna Światowa bardzo szybko podważyła tę opinię, jako że Włochy stojąc po stronie Niemców były dla nich obciążeniem, a nie sojusznikiem. Dlaczego bowiem jesienią 1943 załamał się front wschodni? Dlatego że dywizje które miały pójść do walki z Sowietami, zostały skierowane przez Hitlera na front włoski {i częściowo do Francji}, gdzie po upadku Mussoliniego i kapitulacji Włoch przed Aliantami - 3 września 1943 r. - tamtejsze "miękkie podbrzusze Europy" mogło spowodować, że Alianci wdarli by się z południa do Niemiec, a ze wschodu do Francji. Włochy zresztą trzeba było wspierać militarnie już wcześniej w północnej Afryce i dla III Rzeszy w tych warunkach znacznie lepszym wyjściem było, aby Włochy nie przystępowały do wojny, a zachowały wobec Niemiec życzliwą neutralność, to by było znacznie bardziej korzystne, niż żałosna wojna jaką toczyli Italiańcy. Co ciekawe, latem 1940 r. Hitler chciał namówić gen. Francisco Franco - dyktatora Hiszpanii, aby również Hiszpania przyłączyła się do wojny. Ten jednak przedstawił Hitlerowi tak długą listę życzeń, których spełnienie doprowadziłoby niemiecki przemysł zbrojeniowy do upadku, a przynajmniej potwornej niewydolności, gdyż Franco - być może blefował, być może nie - twierdził, Hiszpania potrzebuje praktycznie wszystkiego i obecnie nie jest zdolna aby włączyć się do wojny. I rzeczywiście, chociaż początkowo Hitler złorzeczył na Franco, twierdząc że "wolałby dać sobie wyrwać wszystkie zęby, niż jeszcze raz z nim rozmawiać", to jednak, paradoksalnie nie włączenie się Hiszpanii do wojny po stronie III Rzeszy było dla Niemiec korzystne, podobnie zresztą jak dla Hiszpanii, i tak samo mogło być w przypadku Włoch. Zresztą ostatnich dniach swego życia, w bunkrze kancelarii Rzeszy w Berlinie, Hitler twierdził, że największym błędem jego życia było wsparcie, jakie udzielił Włochom Mussoliniego).




(...) Wojna w Abisynii, wojna domowa w Hiszpanii, oraz odległa wojna japońsko-chińska zdawały się potwierdzać przewidywania teoretyków wojskowych: dopóki przeciwnicy są dobrze przygotowani do walki, działania wojenne przypominają walki pozycyjne, toczone jak w wielkiej wojnie z lat 1914-1918. (...) Szybkie manewry i błyskawiczne rozstrzygnięcia są możliwe tylko wówczas, gdy przełamie się morale jednej z armii. (...) Wrzesień 1939 roku był więc dla wszystkich dowodem na to, że Rzeczpospolita Polska była państwem kalekim. Przekonanie to - wzmocnione sowiecko-fińską wojną zimową - trwało do maja 1940 roku, czyli do upadku Europy Zachodniej. 

Wojna w Hiszpanii była toczona w państwie o podobnym stopniu rozwoju gospodarczego i militarnego co Polska. Była to jednak wojna domowa, Polska natomiast przygotowywała się do wojny koalicyjnej. Dlatego też badano doświadczenia państw średniej wielkości, oddalonych od swych potężnych sojuszników, państw zmuszonych do walki z silniejszym przeciwnikiem i pokładających nadzieję, że wojna koalicyjna zakończy się ostatecznym zwycięstwem. 

Takimi państwami były w czasie wielkiej wojny Serbia i Rumunia. (...) Austro-Węgry miały dwóch potencjalnych wrogów: Serbię na południu i Rosję - sojuszniczkę Serbii - na północy. Latem 1914 roku siły zbrojne Austro-Węgier podzielono na trzy rzuty: trzy armie strzegły granicy z Rosją, dwie armie szykowały się do ataku na Serbię, a jedna armia stanowiła rezerwę, która mogła być wykorzystana do obrony na północy, albo do ataku na południu.

Gdy Austro-Węgry zaatakowały Serbię 28 lipca 1914 roku, do wojny włączyła się Rosja. Konieczność przerzucenia na północ armii rezerwowej, opóźniła habsburskie działania wojenne. Główne uderzenie na Serbię ruszyło dopiero 12 sierpnia i to siłami jedynie dwóch armii. Na Bałkanach panowała niemal idealna równowaga sił: austriacki dowódca Feldzugmeister Oskar Potiorek miał 275 batalionów piechoty i 510 dział, a serbski wojewoda Radomir Putnik - 270 batalionów piechoty i 528 dział. Serbowie mieli jednak istotną przewagę, ponieważ znali plany inwazji armii austro-węgierskiej, wydane im przez zdrajcę pułkownika Alfreda Riedla. Serbom udało się zatrzymać pierwsze uderzenie wroga, a nawet - wraz z Czarnogórcami - przeprowadzić niezbyt udaną ofensywę w Bośni. We wrześniu jednak wojska Potiorka sforsowały rzekę Drinę, pobiły obrońców i - po trwających kilka tygodni walkach pozycyjnych - w początkach grudnia zajęły opuszczony Belgrad.




Do jesiennych porażek armii serbskiej przyczyniła się techniczna przewaga wroga oraz brak właściwego uzbrojenia, a zwłaszcza amunicji, której nie produkowano na miejscu, lecz sprowadzano ją z zagranicy. Brak bezpośredniego połączenia morskiego z sojusznikami zmuszał Serbów do korzystania z tranzytu przez państwo neutralne. Grecy zgodzili się udostępnić port w Salonikach dla francuskich statków z pomocą dla Serbii, jednak bardzo niechętnie. Greccy - a szczególnie ich król - mieli ochotę na Macedonię, pozostającą wówczas w granicach Serbii. Gdyby nie interwencja Paryża, Grecja stałaby się wrogiem Serbii. Materiałowa pomoc aliantów dotarła do Serbii - via Saloniki - po dwóch miesiącach, niemal w tym samym czasie, gdy Serbowie zmuszeni byli oddać swoją stolicę. Pomoc wykorzystano niemal natychmiast do przeprowadzenia rozpaczliwej ofensywy i 15 grudnia 1914 roku odzyskano Belgrad. Wówczas to na froncie bałkańskim zapadła cisza - podobna do opisanej przez Remarque'a w "Na zachodzie bez zmian" na 10 długich miesięcy.




7 października 1915 roku armia austro-węgierska - wzmocniona posiłkami niemieckimi - uderzyła ponownie i po dwóch dniach zajęła Belgrad. Serbowie wycofali się w jako takim porządku na południe, utrzymując linie komunikacyjne z Salonikami. Połączenie zostało przerwane przez uderzenie bułgarskie. 11 października 1915 roku Bułgaria opowiedziała się przeciwko entencie i zaatakowała - aż ciśnie się na usta słowo: zdradziecko - Serbię. Wojewoda Putnik próbował - bez powodzenia - zorganizować odwrót przez Macedonię do Grecji, ostatecznie jednak został zmuszony do wydania 25 listopada rozkazu sauve qui peut ("ratuj się kto może"). Nakazywał on całej armii opuszczenie terytorium państwa i połączenie się z wojskami sojuszniczymi. Wraz z armią Serbię mieli opuścić także urzędnicy państwowi oraz... chłopcy do 12 roku życia, by ewakuować także przyszłych poborowych. Serbska armia została rozproszona. Jedyna droga ucieczki wiodła przez górzystą Albanię. 12 grudnia pierwsi szczęśliwcy weszli na pokłady alianckich okrętów. "Szczęśliwcy", bowiem zimowe warunki w albańskich górach były zabójcze i jedynie 155 000 Serbów dotarło do wybrzeży Adriatyku. Ponoć dwa razy tyle zginęło z głodu i chłodu, a wśród ofiar były też tysiące austro-węgierskich jeńców. Spośród 30 000 chłopców w wieku 12 - 18 lat ewakuowanych z Serbii jedynie 7 000 dotarło na Korfu: 15 000 zginęło jeszcze w górach, 6 000 w Albanii, oczekując na zaopatrzenie (...) a 2 000 podczas krótkiej podróży morskiej.

Króla Piotra, wojsko oraz rząd - w którym poczyniono pewne zmiany zgodnie z francuskimi sugestiami - ulokowano na greckich wyspach, przede wszystkim na wspomnianej Korfu. Armię - ze względu na śmiertelną chorobę Putnika dowodził nią teraz Petar Bojowić, a następnie Żiwoin Miszić - zreorganizowano i dozbrojono, a następnie wysłano na front. W tym czasie siły ententy w Grecji stawały się coraz większe (...) Na froncie macedońskim - oprócz sześciu dywizji serbskich - walczyli Brytyjczycy, Włosi, Grecy, Rosjanie i właśnie Francuzi. Do pierwszej ofensywy wojsk ententy doszło jesienią 1916 roku. Nie osiągnęła ona większych sukcesów i przez wiele kolejnych miesięcy wojna na tym froncie miała charakter pozycyjny. Dopiero 15 września 1918 roku ruszyła operacja, która miała zakończyć się sukcesem. Serbskie i francuskie dywizje zdołały przełamać front, a po dwóch tygodniach walk Bułgaria poprosiła o zawieszenie broni. Dywizje brytyjskie i greckie ruszyły na wschód, w stronę Stambułu, a Francuzi i Serbowie na północ, w stronę Belgradu. 5 listopada miasto było wolne, a 10 listopada siły aliantów sforsowały Dunaj. To właśnie błyskawiczne uderzenie na Bałkanach zadecydowało o militarnym wyniku wielkiej wojny: w przeciągu sześciu tygodni wszyscy sojusznicy Austro-Węgier i Niemiec musieli prosić o zawieszenie broni. Autorem zwycięstwa był dowódca sił ententy na Bałkanach: Louis Franchet dEsperey. W uznaniu jego zasług tuż po wojnie nadano mu tytuł marszałka dwóch państw - Francji i Serbii. 




(...) Wiedza o losie Serbii i o wydarzeniach walk na Bałkanach - choć dziś zapomniana - była doskonale znana oficerom i politykom II Rzeczypospolitej.


CDN.