Łączna liczba wyświetleń

piątek, 4 października 2024

WIELKA SANACJA PAŃSTWA

KU ODRODZENIU RZECZPOSPOLITEJ




 Wczoraj, dnia 3 października w Niemczech obchodzono tzw. "Dzień Zjednoczenia", czyli dzień likwidacji Niemieckiej Republiki Demokratycznej i włączenia jej do Republiki Federalnej Niemiec w 1990 roku. Ponieważ ja jestem stałym gościem niemieckich forów społecznościowych i tematycznych (nie tylko X-a), zauważyłem tam w wielu miejscach przeplatające się takie oto stwierdzenia, że jest to niepełne zjednoczenie i że dzień ten należy nazwać dniem "częściowego zjednoczenia", ponieważ niemieckie ziemie wschodnie wciąż nie zostały odzyskane. A jakie to niemieckie ziemie wschodnie nie zostały odzyskane? przecież wschodni Niemcy (tzw. "Ossi") już dawno połączyły się z tymi zachodnimi (a tak naprawdę zostały przez nich po prostu wchłonięte). O czym wiem co oni mówią? Oczywiście każdy inteligentny człowiek zdaje sobie sprawę o czym jest mowa, po prostu znaczna część Niemców (oczywiście nie jest to większość, ale to jest dość pokaźna grupa) i to nie tylko tych, którzy głosują na AFD, wyraża żal za utratą i melancholijne pragnienie odzyskania w przyszłości ziem wschodnich, czyli naszych "Ziem Odzyskanych", naszych Kresów Zachodnich. I wydaje mi się że wcześniej czy później w jakiś tam sposób możemy mieć z tym problem, chociaż nie wydaje mi się aby te pragnienia w jakikolwiek sposób mogły zostać zrealizowane, to jednak próby takiego lub innego pozyskania owych ziem trwają już od jakiegoś czasu (co najmniej od roku 1990), różnymi metodami (głównie oczywiście finansowymi) poprzez wykupywanie tamtejszych polskich przedsiębiorstw, spółek etc. etc. i przyzwyczajenie mieszkańców, że "niemieckie znaczy lepsze".

Na Ukrainie wciąż trwa wojna, choć ta wojna realnie powoli dobiega końca, choć Ukraińcy tak naprawdę walczą z jedną ręką związaną za plecami, gdyż wszelki ofiarowany im sprzęt wojskowy nie może być użyty przez nich na terytorium Rosji, czyli tak naprawdę mogą się oni tylko bronić na własnej, zniszczonej ziemi. Przyjdzie więc taki moment, że Ukraina będzie zmuszona zgodzić się na przyjęcie warunków (prawdopodobnie rozejmu - co oznacza że konflikt ten zostanie jedynie zamrożony na kilka lat, być może na dekadę, co jest bardzo złe dla nas, państw bezpośrednio sąsiadujących z Ukrainą) na mocy których będzie musiała oddać Krym, Donbas, Zaporoże i kto wie co jeszcze. Pewnym ratunkiem dla Ukraińców przed taką wizją zakończenia tej wojny, był - podjęty 6 sierpnia 2024 r. - atak na obwód kurski i zajęcie znacznej jego części (co ciekawe Ukraińcy o owym ataku nie powiadomili Amerykanów, gdyby bowiem to zrobili, z pewnością nie dostaliby na to zgody, bo przecież to głównie Amerykanie - ale również i Francuzi i Niemcy, każą im walczyć z jedną ręką za plecami). Jest to pewien nabytek, który może stać się kartą przetargową w przyszłych rozmowach pokojowych (mam nadzieję) lub rozejmowych (oby nie), ale też nie wiadomo jak to się jeszcze rozwinie, gdyż Ukraina nie ma nie tylko sprzętu (obecnie dostawy sprzętu na Ukrainę są znacznie mniejsze niż były do tej pory), ale również ludzi, żeby utrzymać cały odcinek frontu z Rosją. A to może doprowadzić do sytuacji w której moskale po prostu odzyskają cały ten obwód (zresztą już teraz jest tam bardzo trudna sytuacja).

Na Bliskim Wschodzie Izrael właśnie uderzył na Liban. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę że położenie państwa Izrael (które tak naprawdę jest wyspą leżącą na środku muzułmańskiego morza) jest niezwykle trudne, można wręcz powiedzieć beznadziejnie trudne, dlatego też celem polityki tego państwa jest maksymalna "likwidacja problemu muzułmańskiego" (jakkolwiek negatywnie to może zabrzmieć). W ogóle Izrael według mnie w pewien sposób przypomina chrześcijańskie państwa średniowieczne, które zostały założone na Bliskim Wschodzie po pierwszej krucjacie z lat 1096-1099. Te państwa również dysponowały przewagą technologiczną (w postaci zachodniego rycerstwa), tak jak dziś taką przewagą dysponuje Izrael w porównaniu z państwami arabskimi (a raczej muzułmańskimi) z którymi graniczy. Poza tym Izrael otrzymuje stałym wsparciem ze strony (głównie) USA, podobnie jak państwa krzyżowców (takim wsparciem dla nich były kolejne krucjaty). Państwa krzyżowców istniały na terenie Lewantu niecałe 200 lat (pierwsze państwa chrześcijańskie zaczęto tam zakładać w roku 1098, Jerozolima padła w roku 1099, w 1100 założono Królestwo Jerozolimskie, a ostatnia twierdza krzyżowców - Akka padła w roku 1291) to jest dosyć długi okres czasowy, ale powiedzmy sobie szczerze, realnie od początku skazane były one na upadek i choć ten upadek był znacznie odroczony w czasie, to jednak był nieunikniony. Według mnie również na Izraelu ciąży takie odium upadku i choć ono może być odroczone w czasie, to jednak jest nieuniknione (oczywiście ten fakt nie usprawiedliwia polityki Izraela która jest jawnie rasistowska, dążąca do fizycznej eliminacji Palestyńczyków ze Strefy Gazy, tam bowiem realnie trwają nie tylko czystki etniczne, ale wręcz prawdziwe ludobójstwo).

Unia Europejska wymyśla coraz więcej projektów, które mają na celu realnie likwidację zarówno państw narodowych, jak również (w dłuższej perspektywie, choć wydaje się że nie aż tak długiej) wymieszanie ras, poprzez sprowadzenie do Europy murzynów z Afryki, islamistów z Bliskiego Wschodu, a nawet Azjatów i zmieszanie ich z białą ludnością w państwach europejskich w taki sposób, aby powstał konglomerat bez żadnej przeszłości, bez żadnej pamięci o dokonaniach przodków, bez żadnego umiłowania ojczyzny (której już nie będzie) i oczywiście bez przyszłości. W ten sposób realizują nie tylko plan Richarda Coudenhove-Kalergi z 1922 r. (Gdzie postulował on że w przyszłości w Europie będzie tylko jedna rasa ludzi - mieszana - dzięki masowej migracji z Afryki i Azji - ludność podobna do starożytnych Egipcjan. Ma to doprowadzić oczywiście do likwidacji państw narodowych i ułatwienia elitom Europy zarządzanie tym ludzkim konglomeratem, który będzie znacznie łatwiej sterowalny). Już teraz widać że taki właśnie jest cel obecnych elit europejskich (widać to również w reklamach, gdzie czarnoskóry mężczyzna najczęściej występuje z białą kobietą, a biały mężczyzna jeśli w ogóle tam funkcjonuje, to tylko jako dodatek najczęściej podnóżek bo taka jest jego rola w przyszłej "zmieszanej" Europie. Zresztą nie tylko taki przekaz jest serwowany, również w bajkach coraz częściej pojawiają się osoby niebinarne, aby dzieciom już od maleńkości wkładać do głowy że to jest normalne że ktoś nie wie jaki jest płci. Czyli programowanie dzieci od maleńkości aby później można było nimi sterować w pożądanym przez elity kierunku i uczynić z nich - jak twierdził Kalergi - łatwo sterowalną masę). Innym patronem współczesnej Unii Europejskiej (którego imię nosi Parlament Europejski) jest przecież Altiero Spinelli, włoski marksista który w 1941 r. w więzieniu na wyspie Ventotene na rolce papieru toaletowego sporządził dziś obowiązującym manifest przyszłego państwa europejskiego (wystarczy chociażby zajrzeć do Białej Księgi Unii Europejskiej z 2017 r.), którego celem ma być całkowita likwidacja państw narodowych). Do tego dochodzą też unijne projekty tzw. zielonego wału ładu, które mają całkowicie zniszczyć europejskie rolnictwo i przemysł -  wyprowadzając je poza Europę i doprowadzając do skumulowania wielkiej własności ziemskiej w rękach niewielkiej grupy, wybranej (a raczej samo wybierającej się) elity europejskiej, która przypominać ma panów feudalnych ze średniowiecza.

To co powyżej przedstawiłem, to jest jedynie nakreślenie głównych problemów przed którymi stoi Polska i Europa (a także poniekąd większa część naszego globu), a przecież u nas obecnie sytuacja wewnętrzna również zmierza w złym kierunku. 15 października 2023 r. część społeczeństwa znudzona już w dużej mierze sobie-państwem PiS-u (ja uważam że taka nauczka jaką wówczas PiS dostał, była mu potrzebna, gdyż po trzeciej kadencji PiS zamieniłby się już całkowicie w partię wyleniałych tłustych kotów, którym po prostu się należy za sam fakt że są. Zresztą ja do dzisiaj nie widzę żadnej refleksji w tej partii, która by podjęła jakąś kompleksową debatę na temat realnej klęski wyborczej - bo co z tego że PiS wygrał te wybory, skoro nie rządzi. Jak widzę takie twarze jak Morawiecki, jak Błaszczak, jak Sasin, o Kurskim nawet nie wspominając - to zbiera mi się na wymioty. Ciekaw jestem kogo ta partia wybierze jako swojego kandydata na prezydenta w przyszłorocznych wyborach - które są szalenie ważne, wydaje mi się że są najważniejszymi wyborami od 1989 r. Prezes - który według mnie już dawno powinien odejść, ale jego odejście doprowadzi jednocześnie do bardzo poważnych ruchów odśrodkowych, realnie likwidujących tę partię, niestety więc musi trwać dalej - zapewne w żartach mówi coś o Błaszczaku, jako kandydacie na prezydenta. Ha ha, ja też lubię się pośmiać, ale tutaj nie ma się z czego śmiać, tu niestety trzeba płakać nad tą partią. Mam też nadzieję że mimo wszystko ktoś rozsądny pójdzie po rozum do głowy i kandydatem będzie osoba, która realnie może pokonać "siły destrukcji" które obecnie rządzą. Ja sam mam swoje typy, chodź część z nich jest niestety niewybieralna w drugiej turze, a takowymi są: Dominik Tarczyński -  chciałbym takiego prezydenta, ale nie ma on szans w drugiej turze, Marek Jakubiak - nie należy do PiS-u więc kandydatem tej partii nie będzie, choć może kandydować z poparciem innych komitetów, i Karol Nawrocki - były prezes Instytutu Pamięci Narodowej dyrektor Muzeum II Wojny Światowej. To są trzej główni kandydaci, których ja bym widział w roli przyszłego prezydenta Rzeczypospolitej i mam nadzieję że któryś z nich nim zostanie, bo inaczej, jak wejdzie tam "Czaskoski", "pan z Chobielina" czy posłaniec von der Leyen {pamiętamy przecież to: "Donaldzie, za rok widzimy ciebie w roli premiera Polski"}, to po prostu zostaje już tylko kiła mogiła i można gasić światło i zwijać dywanik).








Tak więc kara jako spotkała PiS w ostatnich wyborach, bez wątpienia należała się tej partii, ale już wystarczy! Na tym bowiem cierpi nie tyle PiS (który dla mnie jest tylko środkiem, a nie celem samym w sobie - jak dla wielu fanatyków ze strony tzw "prawych", a środki się zmienia, gdy przestają być użyteczne) ale cierpi moja Ojczyzna, mój dom - Polska. Ta władza, która rządzi (a raczej zarządza) od 13 grudnia 2023 r. jest kompletnie wyprana z jakichkolwiek pro-rozwojowych idei, tam nie ma żadnych pomysłów, żadnych planów rozwoju naszego kraju - zero, nul. Ostatnio na swoim kanale Rafał Ziemkiewicz (który jak już kiedyś mówiłem ma - czasem jeszcze - prawdziwego "zajoba" anty-sanacyjnego i anty-piłsudczykowskiego, co powoduje że nie chce mi się go słuchać, ale w zasadzie to jest jedyna negatywna kwestia którą mogę skierować w jego stronę), stwierdził ostatnio że taki mendy jak Donald Tusk nie było w polskich dziejach od czasów generała Zajączka (napoleońskiego oficera, który po roku 1815 przeszedł na służbę cara Aleksandra i sprawował funkcję carskiego namiestnika Królestwa Polskiego do swej śmierci w 1826 r.). Ciekawie to uzasadniał i przyznam się szczerze zgadzam się z nim gdy mówił, że przecież co prawda był taki Bierut, był Gomułka, niektórzy widzieliby W tym gronie nawet Gierka, na pewno Jaruzelski, dlaczego więc od generała Zajączka? Otóż każdy z wyżej wymienionych miał jakąś wizję Polski, jakąkolwiek. Była to oczywiście wizja Polski komunistycznej, zniewolonej, wizja podległości Moskwie, ale była, BYŁA! Donald Tusk natomiast nie ma żadnej wizji rozwoju kraju, totalnie żadnej, Donald Tusk interesuje się tylko i wyłącznie Donaldem Tuskiem (widać to było zresztą jeszcze w 2014 r. kiedy w lutym mówił że on się do żadnej Brukseli nie wybiera, że dla niego bycie polskim premierem to jest honor i obowiązek, a już w maju powiedział że jest spakowany i wyjeżdża 😂. Poświęcił wtedy partię, swoich wyborców - bo było wiadome że po jego odjeździe Platforma Obywatelska dostanie łupnia na całego, a on miał to wszystko głęboko w...). I tak jest teraz. Tusk nie chciał tu przyjeżdżać, nie chciał ponownie siedzieć w Sejmie, nie chciał być premierem, a został do tego zmuszony bo oczywiście zna swoje miejsce w szeregu i wie komu co jest winien, kto go wspierał, kto dawał pieniążki (jeszcze w latach 90-tych na Kongres Liberalno-Demokratyczny gdzie pieniądze z Niemiec przychodziły w reklamówkach) niestety długi trzeba oddawać. Poza tym Tusk chce ponownie wrócić do Brukseli, więc robi wszystko żeby przypodobać się jaśnie państwu, elicie europejskiej i pokazać im że jest dobrym i pokornym pieskiem i będzie spełniał ich polecenia, tylko żeby potem przygarnęli go ponownie do swojego grona. On może znowu zostać szatniarzem Europy (tak jak poprzednio, gdzie zawieszał marynarkę pijanemu Junckerowi, dla niego to nie ma znaczenia, on się tam dobrze czuje), a poza tym oczywiście kasa kasa kasa kasa...

Tak więc wszystkie pro-rozwojowe inwestycje dla Polski zostały wstrzymane, CPK zaorane )przewodniczącym budowy tego lotniska został Maciej Lasek, człowiek który od początku krytykował powstanie CPK), budowa komputera kwantowego przez Uniwersytet Poznański przeszła do historii poprzez wstrzymanie dofinansowania dla tego projektu właśnie przez Tuska, dziś czytam że Niemcy robią (a w zasadzie już zrobili taki komputer). Pogłębianie Odry przeszło do historii, wiadomo - ministra Zielińska (czyli w Odrze jest za mało wody, ryby się duszą - trzeba dolać 😭). Budowa Portu Kontenerowego w Świnoujściu - nawet nie ma sensu o tym wspominać. Co więc mamy po tych 10 miesiącach rządów żałosnej (a w zasadzie nie żałosnej, ale anty-rozwojowej i antypolskiej) koalicji 13 grudnia? Mamy kompletny rozkład kraju w zasadzie na poziomie cząstek elementarnych. Powoli, systematycznie niszczy się wszystko co było budowane nie tylko od czasów Prawa i Sprawiedliwości, ale w ogóle wszystko co może przynieść Polsce jakąkolwiek korzyść. Kompletna wręcz nieporadność rządu w czasie powodzi (czego przykładem są chociażby tanio oprocentowane kredyty, proponowane przez ministrę Henning-Kloskę, bo jak przecież stwierdziła Róża Thun und Hohenstein: "nisko oprocentowany kredyt jest najlepszą rzeczą na świecie" 🤭), pokazuje doskonale że Tusk ma gdzieś rządzenie krajem i wraca ponownie do wypróbowanych za "pierwszego Tuska" (w latach 2007-2015) sposobów odwracania kota ogonem, czyli szukania tematów zastępczych. Przyznam się szczerze że Tusk jest mistrzem w tej kwestii i gdy tylko ludzie zaczęli mówić o indolencji rządu w trakcie powodzi, wyszła kwestia wiz, którymi niby Prawo i Sprawiedliwość miało obdarowywać przybyszów z Bliskiego Wschodu i to w setkach tysięcy takich pozwoleń (w rzeczywistości realnych wiz wydano od 200 do 500 i nie były to wizy dawane ludzi w celu ściągnięcia ich do Europy, tylko wizy wydawane tym, którzy mieli je dostać, a łapówki dawali za przyspieszenie tego procesu). Teraz wyszła sprawa alko-tubek, czyli kolejny temat zastępczy, który będzie żył może z dwa tygodnie i zdechnie szybko, podobnie jak poprzednie (jak chemiczna kastracja pedofili z czasów pierwszego Tuska, czy walka z dopalaczami).

Ten rząd nie ma żadnego planu rozwoju Polski. To oczywiście est banał, ale to jest banał którego duża część naszego społeczeństwa nie rozumie, nie widzi, albo nie chce widzieć. Wszystko co do tej pory przez te 10 miesięcy zrobił Donald Tusk służyło przede wszystkim Niemcom i Brukseli, nic zaś nie dotyczyło planów rozwoju Polski - NIC! I nie będzie dotyczyło, gdyż w oczach nie tylko Niemców, ale również Francuzów, Brytyjczyków i w ogóle tych państw na Zachodzie Europy, których politycy a po części również społeczeństwa do dzisiaj czują się nad-ludźmi, nasz rejon Europy Środkowo-Wschodniej jest regionem "pomiędzy", pomiędzy Zachodem a Rosją (Rosji jako jedynego państwa słowiańskiego ci na Zachodzie się boją i dlatego też Rosję szanują, nas nie szanują, bo nie czują żadnej ku temu presji, nie czują żadnej konieczności aby nas szanowali). Polski się nie szanuje, bo Polska zawsze była naiwniakiem Europy, my zawsze wierzyliśmy w te wszystkie piękne hasełka, w braterstwo ludów, w "Wolność Naszą i Waszą" (które to hasła wypisywano na sztandarach jeszcze w czasie Powstania Styczniowego) itd. itp. Polska walczyła, żeby w Europie był spokój i bezpieczeństwo (odparcie inwazji Turków na Wiedeń w 1683 r. który miał być tylko pierwszym etapem podboju Europy przez Imperium Osmańskie, rozbicie bolszewickich armii idących na Niemcy i Europę w 1920 r. a wcześniej walka za obce mocarstwa, jak choćby za Francję na Haiti w 1802 r.). To wszystko nie ma najmniejszego znaczenia, nie ma też żadnego znaczenia to, że przez 30 lat po tzw. "upadku komuny" Polska rozwijała się najlepiej w Europie, że suchą nogą przeszliśmy przez okres pandemii, będąc wzorem dla reszty Kontynentu jak należy dbać o własną gospodarkę i jak ją rozwijać. Staliśmy się 20-tą największą gospodarką świata i to wszystko w ciągu zaledwie 30 lat (a startowaliśmy przecież z poziomu państwa bankruta, jakim realnie była Polska w roku 1990). Ale tam na Zachodzie oni doskonale wiedzą (i wiedzieli to już na początku lat 90-tych, co zostało wypowiedziane ustami Jeffrey'a Sachsa, który powiedział że po tej tak zwanej transformacji ustrojowej należy Polskę otoczyć specjalną "opieką", bo jeżeli pozwolimy Polakom normalnie się rozwijać, to wkrótce potem staną się oni drugą Japonią, dokonując inwazji ekonomicznej na nasze rynki i całkowicie je zdominują. On to powiedział na przełomie lat 80-90 gdy Polska realnie była bankrutem i nie mogła w żaden sposób równać się z potęgami ekonomicznymi świata zachodu) że Polacy są niezwykle przedsiębiorczym i mądrym narodem i jeżeli tylko mają ku temu możliwości, to natychmiast z nich skorzystają, budując swoją ekonomiczną stabilizację. 




Polski się nie szanuje, bo oni (ci na Wschodzie, jak i na Zachodzie) nie czują presji, dlatego uważam że bezwzględnie należy nie tylko doprowadzić do gruntownej sanacji państwa (ale to gruntownej do fundamentów), zreformować całkowicie ustrój, który tworzony był dla państwa słabego, dla państwa małego, dla państwa bez ambicji. My nie tylko mamy ambicje, ale nasze ambicje wydają się być większe niż tylko ekspansja gospodarcza. Dlatego też uważam że Polska musi mieć swoją broń atomową i to bezwzględnie! Mamy ku temu ludzi (naukowców), mamy możliwości aby taką broń zbudować samemu, brakuje tylko jednej rzeczy - woli politycznej i jedności narodowej. Oczywiście banałem byłoby również powiedzenie, że musimy mieć armię co najmniej 300 000 a tak naprawdę 500-tysięczną. Że musimy stać się tu, na ziemiach na których Polska od wieków istnieje swoistym "Izraelem Europy" - uzbrojonym po zęby i gotowym do oddania jakiegokolwiek ciosu tak, aby jeśli chociażby w Niemczech pojawił się pomysł "zjednoczenia ziem wschodnich"  wyprowadzić w ich stronę taką fangę, żeby już nigdy myśl podobna nie przyszła im do głowy (a tą fangą byłby w najlepszym przypadku całkowity rozpad Niemiec i to nie tylko doprowadzenie do sytuacji sprzed 1870 r. ale przede wszystkim sprzed 1834 czyli przed powstaniem Niemieckiego Związku Celnego, a także wspieranie wewnętrznych separatyzmów i patriotyzmów, typu bawarskiego, saskiego wirtemberskiego etc. z zakazem jednoczenia Niemiec na poziomie choćby kultury, jako że to państwo tak naprawdę jest przekleństwem Europy, zjednoczone Niemcy są przekleństwem Europy, podobnie jak zjednoczona, silna Rosja). Oczywiście początkowo byłby na pewno duży problem chociażby nawet z budową broni atomowej w naszym kraju, ponieważ - powiedzmy sobie szczerze - w naszym społeczeństwie żyje jakaś taka narośl (tak narośl), która realnie nie uważa się za Polaków chociaż mówi po polsku, urodziła się Polakami, ma korzenie polskie, ale nie czuje się Polakami. Tacy ludzie z całą pewnością ustawialiby się w kolejce, czy do Brukseli czy do Waszyngtonu, aby po prostu perfidnie kapować na Polskę, właśnie dlatego że coś im się nie podoba: że rozwój im się nie podoba, że CPK im się nie podoba, że atom im się nie podoba, nic im się nie podoba, poza Tuskiem i jego folksdojczerją. Myślę jednak że i z tym można by było sobie poradzić, bowiem z jednej tylko rzeczy zrezygnować nie można: z dalszego rozwoju i umocarstwienia naszego państwa, a co za tym idzie naszego regionu.




środa, 2 października 2024

KOCHAM CIĘ ŻYCIE... Cz. VII

CZYLI WSPOMNIENIA LUDZI Z OSTATNICH OŚMIU MIESIĘCY 1939 ROKU, TUŻ PRZED APOKALIPSĄ





VI
WSPOMNIENIA IRENY HANIEWICZ 
(BORYTNICA)




22 czerwca 1939 wracam do domu na letnie wakacje do posiadłości mojego ojca, ukochanej Bortnicy (osady, w której się urodziłam). Mam dwanaście lat i właśnie zdałam egzaminy do gimnazjum. (...) Ojciec zawozi mnie do domu zaprzężonym w konie powozem i spogląda na mnie z wielką dumą. Nie posiadam się ze szczęścia, a w moim małym światku wszystko znajduje się na swoim miejscu. (...) Przede mną dwa miesiące niewyobrażalnej radości - spacerów z moim psem Pinkiem, konnych przejażdżek i pomocy przy żniwach. Lecz jako małe dziecko nie zdawałam sobie sprawy z tego, że na horyzoncie gromadzą się czarne chmury.

1 września, kiedy to miałam po raz pierwszy udać się do gimnazjum, Niemcy uderzyły na Polskę od zachodu, a 16 (tu jest błąd, powinno być 17) Rosjanie wkroczyli do Polski od strony wschodniej (...) nawet mimo tak młodego wieku zrozumiałam, że wydarzyło się coś straszliwego. Moi rodzice nagle spoważnieli, a w domu zaczęło pojawiać się mnóstwo sąsiadów i wszyscy wciąż rozprawiali o wojnie. (...) "Co będzie dalej" - pytali wszyscy. Potem zaczęła się nauka w szkole średniej i zabrano mnie do sąsiedniego miasteczka Dubno, bym rozpoczęła edukację - jednak nieco inną. Nauka rosyjskiego, a także ukraińskiego była obowiązkowa. Chociaż rozumiałam ukraiński, nie potrafiłam w nim pisać, ponieważ litery są nieco inne. Na szczęście udało mi się przezwyciężyć tę trudność i wszystko się poukładało.

W lutym 1940 roku ojciec przyjechał do mnie z wizytą i powiedział, że Rosjanie zabrali nam wszystkie konie. Błagałam go, żeby zabrał mnie ze sobą do domu, a ponieważ potrafiłam go sobie okręcić wokół palca, w końcu zgodził się, żebym wróciła razem z nim. I dobrze, że tak uczynił, ponieważ następnego dnia, około piątej rano, usłyszeliśmy kołatanie do drzwi. Wszedł jeden ze służących i powiedział, że coś złego dzieje się w wiosce i że chyba odbywają się aresztowania. Ojciec ubrał się pospiesznie i pobiegł ukryć się w stodole. W niedługim czasie usłyszeliśmy szczekanie psów, pojawił się rosyjski oficer i spytał o ojca. Matka odparła, że nie ma go w domu. Oficer powiedział, że mamy spakować rzeczy podręczne, ponieważ musimy opuścić nasz dom. Nawet nie powiedział nam, dokąd się udajemy. Matka wpadła w histerię, służąca zaczęła płakać, więc oficer powiedział, żebym zaczęła się pakować. Miałam dwanaście lat, więc nie bardzo wiedziałam, co tak naprawdę trzeba zabrać - lecz wzięłam to, co uznałam za ważne: mój nowiutki szkolny mundurek i książki w skórzanym tornistrze.

Gdy mój ojciec zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje, wyszedł z ukrycia, lecz kazano mu siąść na podłodze, a służąca zaczęła wkładać nasze rzeczy do toreb. W bardzo krótkim czasie kazano nam wejść na wóz i wyjechaliśmy na drogę, a ojciec szedł za nami. Oto ostatni obraz, jaki został mi w oczach: pokryty śniegiem sad i błyszczący dach naszego domu. Słońce niedawno wzeszło. Matka płakała, ja czułam lęk. Nie zdawałam sobie sprawy, że po raz ostatni widzę mój ukochany dom, w którym spędziłam beztroskie dzieciństwo. Zawieziono nas na stację kolejową i wpędzono do bydlęcych wagonów, które ruszyły na północ Rosji - do Archangielska na Morzu Białym. 

Podróż trwała trzy tygodnie, a przez cały czas nie mieliśmy dostępu do toalety. Mieliśmy po prostu przykucać wewnątrz wagonu. Byłam tak zawstydzona, że wstrzymywałam się przez dwa tygodnie. Wysiedliśmy w głębokim lesie, gdzie temperatury sięgały -50 stopni Celsjusza. Rodziców wysłano do pracy przy wyrębie lasu. Mieszkaliśmy w prymitywnych, drewnianych chatach, gdzie za łóżka służyły zwykłe deski. Jedzenia prawie nie było, poza dzienną porcją chleba i wodnistą owsianką. (...) Latem udawało się nam znaleźć w lesie jakieś owoce i orzechy. (...) Później zbieraliśmy grzyby. Dziadkowie przysłali nam paczkę z bezcennym jedzeniem. Oprócz tego babcia przysłała mi sukienkę, gdyż nagle zaczęłam bardzo szybko rosnąć. Życie było ciężkie, a zimno nas zabijało i ludzie wokół umierali. Nie było ani lekarstw, ani lekarzy. Pamiętam małą, dwuletnią dziewczynkę umierającą w naszej ziemiance. Nigdy nie zapomnę, jak leżała potwornie rozgorączkowana i dusiła się. Pogrzebaliśmy ją na tyłach ziemianki, a na grobie postawiliśmy drewniany krzyż z wyrytym jej imieniem i nazwiskiem.

Niespodziewanie, w sierpniu 1941 roku, komendant obozu zebrał nas wszystkich i powiedział, że jesteśmy wolni, ponieważ Niemcy zaatakowały Rosję. Ponieważ jednak Polska znajdowała się pod okupacją niemiecką, nie mogliśmy wracać do kraju. Ojciec postanowił, że pojedziemy gdzieś na południe Rosji - powiedział że tam przynajmniej będzie cieplej. Zbudował drewnianą tratwę i pewnego słonecznego, wrześniowego dnia 1941 roku wyruszyliśmy rzeką do najbliższej stacji kolejowej - Kotłas. W czasie podróży tratwa się przewróciła, a my wylądowaliśmy w wodzie, tracąc niemal cały nasz dobytek. Tonęliśmy, a moja matka, która nie umiała pływać, krzyczała: "Ratujcie fotografie!", co akurat nam się udało. (...) Dotarliśmy wreszcie do Kotłasu niewielką łodzią i zaczęliśmy walczyć o bilety na południe.

I tak jak poprzednio, wsiedliśmy do bydlęcych wagonów, gdzie spało się na zwykłych deskach. Podróż na południe zajęła nam około dwóch miesięcy, z częstymi przerwami, trwającymi nieraz dwa lub trzy dni. Wychodziliśmy wówczas na zewnątrz, próbując coś przyrządzić lub choćby ugotować trochę wody. Zdarzało się czasami, że pociąg stawał w jakimś niewielkim miasteczku i wtedy próbowaliśmy kupić coś do jedzenia co dość rzadko się udawało. Po długim czasie nasza podróż dobiegła końca. Wysiedliśmy w Uzbekistanie i zaczęliśmy szukać jakiejś kwatery. Znaleźliśmy wreszcie jeden pokój dla dwunastu osób, a jak rozłożyliśmy koce do spania, to nie było gdzie się ruszyć.

W owym czasie dowiedzieliśmy się, że generał Anders tworzy polską armię, i ojciec postanowił do niej wstąpić. Można było wyjechać z Rosji przez Morze Kaspijskie do Persji (Iranu). Ojcu jednak udało się wreszcie wyjechać razem z nami, (...) lecz tysiące ludzi miało mniej szczęścia i spędziło całą wojnę w potwornych warunkach. Niektórzy już nigdy nie wrócili do kraju. W Pahlewi w Iranie (głównym porcie przeładunkowym Armii Polskiej gen. Andersa. Łącznie znalazło się tam 45 000 żołnierzy i jakieś 20 000 cywilów) czekali na nas angielscy żołnierze (...) i po raz pierwszy od czasu wyjazdu z Polski w naszych żołądkach znalazło się prawdziwe jedzenie. (...) Wielu z nas aż się od niego pochorowało.

Teheranie władze polskie zorganizowały polskie liceum, gdzie uczyłam się przez rok. W rok później wyjechaliśmy do (...) Kolhapuru, gdzie w geście uprzejmości maharadża Kolchapuru oddał do naszej dyspozycji kawałek ziemi, na którym zbudowaliśmy sobie niewielkie domki z trzciny - ale na początku zbudowaliśmy kościół (na ziemi perskiej Polacy stacjonowali w kilku miejscach, głównie zaś w Hamadanie, skąd w kwietniu 1942 r. Armia Andersa przerzucona została do Bagdadu, a następnie do Kirkuku i Mosulu, gdzie w październiku 1942 r. powstała Armia Polska na Wschodzie, w liczbie 78 000 żołnierzy. Drugi rzut został w sierpniu skierowany przez Bagdad i Kirkuk do Palestyny, a konkretnie do Hajfy - gdzie też wielu żołnierzy polskich żydowskiego pochodzenia pozostało już na stałe {oczywiście wcześniej uzyskując zezwolenie dowództwa}, później budowali oni zręby państwa Izrael. W grudniu 1943 r Armia Polska na Wschodzie {zwana wówczas już 2 Korpusem Polskim}, przybyła do Aleksandrii w Egipcie, skąd od 15 grudnia do końca marca 1944 r. wyrusza o do południowych Włoch, do Tarentu. A tam 2 Korpus zapisał swoją bohaterską kartę wojenną w bitwach o Monte Cassino, Ankonę i Bolonię).

{PS: Jako ciekawostkę jeszcze powiem że obecnie na X-ie można zauważyć ciekawy proces, a mianowicie na swoich forach Palestyńczycy i inni Arabowie oskarżają Żydów że... są Polakami, a nie prawdziwymi Semitami. Powołują się właśnie na fakt że Izrael tak naprawdę zbudowany został przez Polaków, a raczej Żydów, którzy nie znali żadnego innego języka poza polskim, wychowani byli w duchu polskim i w ogóle pierwszym językiem Izraela był język polski - w pierwszych Knesetach po odzyskaniu niepodległości przez Izrael w 1948 r. mówiono głównie po polsku, językiem pomocniczym był idisz, którym posługiwała się zaledwie garstka parlamentarzystów. Dziś więc Arabowie twierdzą, że Żydzi nie są godni miana Semitów, ponieważ tak naprawdę są Polakami. Mało tego twierdzą wręcz że to Polska steruje Izraelem. Ciekawe, co kraj to obyczaj ☺️}.



STYCZEŃ 1939
Cz. III




14 stycznia w Hotelu Europejskim w Warszawie już po raz 16 bawiono się na balu mody, zorganizowanym przez Związek Autorów Dramatycznych. Było to wydarzenie na które przygotowywały się już od listopada-grudnia roku poprzedniego nie tylko domy mody, ale również światek artystyczny i polityczny ówczesnej Rzeczpospolitej. Szykowano sobie wspaniałe kreacje na to wydarzenie, gdyż ukoronowaniem owego balu miał być wybór królowej mody i balu, a w roku 1939 została nią 40-letnia aktorka Maria Malicka (właścicielka Teatru Malickiej, znajdującego się przy ul. Marszałkowskiej 8 w Warszawie). Jej koronkowa krynolina (z domu mody Goussin Cattley), wzbudziła powszechny zachwyt. Królową piękności została zaś aktorka i tancerka Loda Halama, a magistrem elegancji dziennikarz Stefan Kwaśniewski (zginie walcząc w Powstaniu Warszawskim 2 października 1944 r., już po zawieszeniu broni), który wystąpił we fraku od Ludwika Jasieńskiego.


LODA (ALICJA) HALAMA Z CZESŁAWEM KONARSKIM NA SCENIE PODCZAS TAŃCA MEKSYKAŃSKIEGO 



Polska prasa w Niemczech pisała w tym czasie również o prześladowaniu polskich katolików w III Rzeszy, ze szczególnym uwzględnieniem Śląska Opolskiego. Pisano: "Nader liczne są tu wypadki kasowania nabożeństw polskich w parafiach zamieszkałych przez Polaków, przekładania nabożeństw bez uprzedniego zawiadomienia (tak, że nie wiadomo, kiedy jest nabożeństwo polskie lub niemieckie), kasowanie kazań polskich, kasowanie godzinek, rorat oraz niedopuszczenie do tradycyjnych nabożeństw polskich przed kapliczkami świętych. Na przykład w miejscowości Ziemięcice w powiecie gliwickim policjant zatrzymywał parafian polskich, zdążających na nabożeństwa polskie, namawiając ich do uczęszczania na nabożeństwa niemieckie. Zaś tamtejszy nauczyciel zabronił dzieciom uczęszczania na nabożeństwa polskie w ogóle. W Kamieńcu niemiecki Amtsleiter notował Polaków, a w Zabrzu członek Hitlerjugend spisywał młodzież polską, wychodzącą z polskiego nabożeństwa. We wszystkich wypadkach odczuwa się antypolską agitację Bund Deutscher Osten (Związku Niemieckiego Wschodu). (...) W Sierakowicach zdarzył się wypadek, iż pod wizerunkiem Królowej Korony Polskiej -  Matki Boskiej Częstochowskiej, który wisiał na krzyżu przydrożnym, zniszczony został napis polski, a pod obrazem Orędowniczki Narodu Polskiego umieszczono napis niemiecki. (...) Podobnie często zdarza się nieudzielanie ślubów w języku polskim - choć młoda para tego zażądała - jak również niedopuszczanie języka polskiego w pogrzebach - wbrew życzeniom rodziny. Lud Polski w Niemczech jest religijny, a przywiązanie swoje do Kościoła Katolickiego udowodnił nie raz - udowadnia je całym swoim życiem według nakazów Wiary Ojców. Lud Polski w Niemczech wierzy w Boga i wiernie służy Kościołowi Katolickiemu. Ale w innym języku niż polskim do Boga modlić się nie umie - w innym niż polskim języku przykazań Boskich nie rozumie".

Również w styczniu 1939 r. Jan Bielatowicz, dziennikarz tygodnika "Prosto z mostu" opisywał zmiany, jakie zaszły na Śląsku Cieszyńskim po wkroczeniu tam wojsk polskich w październiku i listopadzie roku poprzedniego. Pisał: "Odzyskanie Jaworzyny przez Polskę jest naturalną konsekwencją dziejową. Rosną narody ambitne, biorą te ziemie, które więcej są im, niż sąsiadom do życia potrzebne. Zaborem jest zabranie cudzego, rewindykacją odebranie swojego. Polska nie wzrosła jeszcze na tyle w ambicji i w potrzebach życiowych, by odebrać wszystko swoje. Zabrała tedy tylko Jaworzynę. Wyprostowała ostatnią potworną krzywdę, wyleczyła najdotkliwszą ranę. (...) Spisz, jak Śląsk, jak Pomorze, jak Prusy i jak Ziemia Czerwińska u świtu naszych dziejów był polski. Mamy wszelkie prawa historyczne do tej ziemi. Mamy wszelkie prawa etniczne do Spisza. (...) Tak jest - marła ta cudna ziemia pod czeskim panowaniem, a owa pustka, to był brak zainteresowania. Marła też Jaworzyna. (...) Blisko dwa wieki wpajano w spiszaków nienawiści do Polski. Gdy więc dziś postawiła tu pierwszy krok, nie spotkała się z należytą radością. (...) Patrzą tu ludzie jak wilki na przybyszów z Polski, nie wierzą, boją się, mało mówią. Boją się, że ich precz wygonią. Bo to nie pewny siebie lud polski, ale chłopski proletariat ze skazą niewoli w obliczu, szczepionka marksizmu wśród gór. Na ścianach domów jeszcze widnieją czeskie hasła wyborcze: "Robotnicy głosujcie na 18!" Robotnicy?! Tu, w sercu Tatr?! (...) Głupi Czesi rabowali co popadło, gdy zabierali się stąd na zawsze. Ogołocili domy z klamek, ram okiennych i przewodów elektrycznych, a w lasach cięli dzień i noc drzewa. Ale to kropla w morzu. Las stoi, jak stał. Bo las, to ludzkie społeczeństwo. Tyle akurat wyniszczyli lasu, ile ludu polskiego pod Tatrami. Tylko że las niszczyli dwa tygodnie, a lud oni i im podobni dwa stulecia. I na lud mieli siekiery ostrzejsze".


WKROCZENIE WOJSK POLSKICH 
DO CIESZYNA 
2 PAŹDZIERNIKA 1938 r.
(CZYLI DZIŚ PRZYPADA 86 ROCZNICA)


 
W Warszawie, w kamienicy przy Nowym Świecie 23/25, w luksusowej kawiarni "Swann" (nazwanej tak na cześć Marcelego Prousta - bohatera powieści "W poszukiwaniu straconego czasu", w styczniu 1939 r. pojawiła się w szatni tabliczka z napisem że lokal ten jest wyłącznie aryjski i Żydzi nie mają tu wstępu. Był to pierwszy i jedyny taki lokal w Warszawie (a prawdopodobnie również w całej Polsce) który umieścił takową tabliczkę. Swann działał od 1935 r. Wcześniej zaś mieścił się tam lokal o nazwie "Italia", który zbankrutował.

21 stycznia w miejscowości Rieucros w departamencie Lozère we Francji, otworzono pierwszy obóz internowania dla cudzoziemców, którzy zostali uznani za niebezpiecznych dla Francji. Pierwotnie osadzono tam komunistów i anarchistów, uczestników hiszpańskiej wojny domowej, potem również dołączali tam zwykli przestępcy, a także skazani za obrazę moralności (czyli np. homoseksualiści). Obóz ten był nieco podobny do obozów koncentracyjnych w III Rzeszy (choć oczywiście należy też znać proporcje), a umieszczano w nim skazańców nie na podstawie wyroku sądów, lecz na wniosek urzędników, którzy kierując się zaledwie podejrzeniem o potencjalnym zagrożeniu dla kraju, mogli w ten właśnie sposób owe zagrożenie wyeliminować. Obóz rozciągał się na obszarze 30 ha, na których zbudowano 16 drewnianych baraków. W listopadzie 1939 r. obóz ten został przeznaczony jedynie dla kobiet (głównie siedziały tam Hiszpanki), lecz po wybuchu Wojny, ponownie zaczęli trafiać tam mężczyźni (szczególnie Żydzi i ci Niemcy, którzy byli uważani za przeciwników Hitlera). 13 lutego 1942 r. rząd Vichy zlikwidował obóz, a wszystkich więźniów przekazał Niemcom (większość z nich potem zginęła w niemieckich obozach koncentracyjnych).

25 stycznia o godzinie 9:00 rano z Berlina wyruszył specjalny pociąg, w którym podróżował minister spraw zagranicznych III Rzeszy - Joachim von Ribbentrop wraz z małżonką. Udawał się on do Polski, na rozmowy z władzami Rzeczypospolitej odnośnie kwestii tzw. "korytarza pomorskiego" i Gdańska. Pociąg przekroczył granicę w Zbąszyniu, przejechał przez Poznań i o godzinie 16:50 był w Warszawie na Dworcu Głównym. Oficjalnie przyjechał w piątą rocznicę podpisania paktu o niestosowaniu przemocy we wzajemnych polsko-niemieckich relacjach, a prasa i opinia publiczna sądziła, że przybył aby ów pakt przedłużyć. Na dworcu witali go minister spraw zagranicznych Rzeczypospolitej Józef Beck, prezydent Warszawy Stefan Starzyński, wojewoda Warszawski Włodzimierz Jaroszewicz, ambasador Niemiec Hans von Moltke i radca ministerstwa Jan Meysztowicz (ten ostatni zanotował w swych pamiętnikach o Ribbentropie: "Był przystojnym i postawnym mężczyzną, lecz jego wyraz twarzy i sposób bycia cechowały arogancja i tępota w lodowatej oprawie: arogancja parweniusza i tępota zarozumialca". Tego samego dnia wieczorem odbył się raut na cześć gości z Niemiec. Padały piękne słówka o przyjaźni, o dziejowym zwrocie jaki nastąpił 5 lat temu z woli Marszałka Józefa Piłsudskiego i Adolfa Hitlera, o wspólnym patrzeniu w przyszłość itd. Tak naprawdę jednak (pomimo starań pani ministrowej Beckowej), atmosfera była bardzo sztywna.

Następnego dnia, czyli 26 stycznia w czwartek, odbywają się już oficjalne rozmowy dyplomatyczne. Ribbentrop stawia ponownie sprawę oddania Niemcom Gdańska i zgody na budowę eksterytorialnej drogi i linii kolejowej przez polskie Pomorze do Prus (oczywiście deklarując, że Polska strona również może zbudować swoje własne eksterytorialne połączenie do Gdyni). Beck odpowiedział że jest otwarty na wszelkie propozycje, ale nie mam mowy o żadnej eksterytorialności. Rozmowy utknęły w martwym punkcie. 27 stycznia rano Ribbentrop wraz z małżonką (w towarzystwie ministra Becka również z żoną) zwiedzał Warszawę (głównie zaś Stare Miasto i Muzeum Narodowe). W południe odbywają się kolejne rozmowy, już ostatnie - które również nic nie dają. Beck mówi do Ribbentropa: "Niech pan nie będzie przypadkiem optymistą relacjonując Kanclerzowi to, co pan od nas słyszał w sprawie Gdańska i autostrady, wprowadziłby go pan w błąd. Jeśli pan będzie powracał do rozmów o tych sprawach, nie biorąc pod uwagę naszych argumentów i naszego stanowiska, to idziemy ku groźnym komplikacjom". Wsiadając do samochodu von Moltkego który miał go zawiesić na Dworzec Główny, Ribbentrop mówi zwracając się do ambasadora Niemiec: "Są twardzi, trzeba będzie chyba zmienić kolejność spraw i najpierw rozstrzygnąć inne zagadnienia". O godzinie 13:00 27 stycznia pociąg specjalny z Ribbentropem i jego współpracownikami na czele, odjeżdża z Warszawy kierując się do Berlina. Z pociągu minister spraw zagranicznych III Rzeszy wysyła do Becka pożegnalną depeszę, która brzmiała: "Opuszczając terytorium państwa polskiego pragnę wyrazić Waszej Ekscelencji najuprzejmiejsze podziękowanie za niezwykle serdeczną gościnę zgotowaną mojej żonie i mnie w czasie naszego pobytu w Warszawie. Jestem przeświadczony, że przyjazne stosunki pomiędzy naszymi dwoma państwami zostały w dużym stopniu pogłębione przez przeprowadzone w Warszawie rozmowy. Duch, w jakim w swoim czasie Marszałek Piłsudski i Führer doprowadzili do całkowicie nowego ukształtowania się stosunków polsko-niemieckich w r. 1934, daje gwarancję, że także i w przyszłości stały postęp stosunków pokojowych będzie się rozwijał, łącząc się z pogłębianiem naszego przyjaznego sąsiedztwa, służącego interesom obu narodów".




CDN.

poniedziałek, 30 września 2024

SŁOWA KTÓRE UCZĄ MYŚLEĆ - Cz. IV

CZYLI SENTENCJE I AFORYZMY OD STAROŻYTNOŚCI PO WSPÓŁCZESNOŚĆ





OTO KOLEJNI SŁAWNI LUDZIE ANTYKU, DZIŚ:


PITAGORAS
Cz. I





 Był on starożytnym greckim filozofem i eponimicznym założycielem pitagoreizmu, a jego nauki były dobrze znane, szczególnie w tzw. Wielkiej Grecji (czyli w helleńskich koloniach południowej Italii i Sycylii). Niestety nie wiadomo dokładnie kiedy przyszedł on na świat, nie zachowały się też żadne autentyczne jego własne pisma, a wszystko co o nim wiemy pochodzi najczęściej z krótkich, czasem satyrycznych wzmianek innych autorów antyku. I właśnie jednym z pierwszych (jeśli nie w ogóle pierwszym) źródłem dotyczącym życia i nauk Pitagorasa, jest satyryczny poemat nijakiego Ksenofanesa z Kolofonu (napisany zapewne już po śmierci Pitagorasa), człowieka, który był jemu współczesnym. W utworze tym Ksenofanes przedstawia Pitagorasa jako człowieka wstawiającego się za bitym psem, twierdząc że w jego piskach rozpoznaje głos zmarłego przyjaciela (Pitagoras bez wątpienia wierzył w reinkarnację - o czym również opowiem dalej, chociaż tak naprawdę stwierdzenie: "wierzył" jest nie na miejscu z wiadomych przyczyn. W  reinkarnację nie trzeba wierzyć, czy nie wierzyć, ona po prostu jest, jedynie określenie to odnosi się do naszego stopnia zrozumienia związanych z nią determinantów wiążących nas w tym oto ziemskim piekle).

Również Alkmeon z Krotonu (jeden z filozofów przyrody, a jednocześnie lekarz amator i bajkopisarz, o którym mówi się że był uczniem Pitagorasa, chociaż istnieją pewne wątpliwości czy rzeczywiście należał do pitagorejczyków. Jego dzieła - podobnie jak Pitagorasa - nie zachowały się, a wiadomo o nich jedynie z późniejszych przekazów i cytowań) również włączył wiele z nauk Pitagorasa do swoich pism. Pochlebnie w swoich dziełach o Pitagorasie wyrażali się chociażby: Ion z Chios (filozof, pisarz, i dramaturg urodzony już po śmierci Pitagorasa, żył w latach ok. 480-421 p.n.e.), oraz Empedokles z Akragas (filozof, twierdził że cała materia zbudowana jest z czterech elementów: ognia, wody, powietrza i ziemi, a wszystko to powiązane jest ze sobą za pomocą niewidzialnej nici, zwanej "Phila"  {Miłość}. On również urodził się już po śmierci Pitagorasa, a żył w latach ok. 493-432 p.n.e.). Natomiast ostro krytykował w swych pismach Pitagorasa i uważał go za szarlatana oraz hochsztaplera - Heraklit z Efezu. Jednak pierwszy, najbardziej zwięzły opis postaci Pitagorasa pochodzi z dzieł Herodota z Halikarnasu (pisarz i historyk, żył w latach ok. 484-413 p.n.e.), który m.in. stwierdza że Pitagoras pragnął nauczyć swych uczniów "nieśmiertelności" (a raczej co należy zrobić, aby uzyskać długowieczność, którą można porównać do nieśmiertelności). Ateński retor Izokrates (żył w latach 436-338 p.n.e.) jako pierwszy opisał Pitagorasa odwiedzającego Egipt. Arystoteles napisał zaś (utracone) dzieło o epikurejczykach, a jego uczniowie: Arystoksenos, Dikaearch i Heraklides z Pontu również kontynuowali ten temat. Wysyp informacji o Pitagorasie przyniosły czasy rzymskie, chociaż głównie są to powielane, legendarne (często bajkowe) informacje na jego temat, więc nie będę już wymieniał owych twórców.

Uściślimy zatem - Pitagoras przyszedł na świat na wyspie Samos, ok. 570 roku p.n.e. Na tej samej wyspie Samos, na której żył chociażby opisywany wcześniej przeze mnie Ezop (można by więc zaśpiewać słowa piosenki "Kuba wyspa jak wulkan gorąca", podmieniając słowo Kuba na Samos 😉). Jego ojcem był niejaki Mnesarchos - grawer kamieni szlachetnych, lub też bogaty kupiec samijski (Herodot i Izokrates różnią się tu między sobą). Data narodzin Pitagorasa również wybrana została nieco tak na chybił trafił, jako że Arystoksenos zanotował (jako jedyny z tych, którzy pisali o Pitagorasie) że w wieku 40 lat opuścił on Samos jeszcze w czasach rządów tyrana Polikratesa (który przejął władzę na Samos ok. 542 r. p.n.e. a jego rządy trwały kolejne 20 lat). Niewiele (lub też zgoła nic) wiadomo o młodości Pitagorasa. Jego matka nosiła ponoć imię Pythais, a gdyby była z nim w ciąży, wraz z mężem udała się do świątyni Apollina w Delfach, gdzie tamtejsza Pytia przepowiedziała jej, iż urodzi syna niezwykle przystojnego, mądrego i pożytecznego dla ludzkości. Prawdopodobnie pod wpływem tej właśnie przepowiedni nowo narodzone dziecię otrzymało imię Pitagoras, na cześć Pytii. Samos na której Pitagoras dorastał, była bogatą wyspą, słynącą z lukratywnego handlu z Syrią, Fenicją (i prawdopodobnie również z Egiptem), a także z hucznej kultury festiwalowej. Bez wątpienia wraz z kupcami na wyspę docierały wszelkie bliskowschodnie idee, poglądy i wiary. Poza tym w leżącym nieopodal Milecie, w tym właśnie czasie działali filozofowie przyrody, tacy jak: Anaksymander (żył w latach ok. 610-546 p.n.e. i twierdził że wszystko co pochodzi na świecie, zbudowane jest z bliżej nieokreślonego pierwiastka zwanego - apeiron) i Anaksymenes (żył w latach ok. 586-526 p.n.e. Ten zaś uważał że świat cały zbudowany jest na powietrzu a raczej na eterze). Bez wątpienia ich filozofia również miała wpływ na ukształtowanie poglądów młodego Pitagorasa.




Ponoć nauczycielem Pitagorasa był poeta Hermodamas z Samos (syn niejakiego Kreofilosa, który ponoć miał rywalizować nawet z samym Homerem, ale wydaje się to bardzo mało prawdopodobne, jako że Homer przyjęło się iż żył w wieku VIII, Kreofilos zaś - nawet jeżeli byśmy przeciągnęli jego narodziny do połowy VII wieku p.n.e. to i tak nie ma możliwości aby ci dwaj panowie mogli się ze sobą spotkać, a tym bardziej rywalizować w konkursach poetyckich. Był to więcej bez wątpienia wymysł późniejszych historyków antyku). Inni autorzy starożytni wymieniają również (jako nauczycieli Pitagorasa) Biasa z Prienne, Talesa, nawet Orfeusza (twórcę misteriów orfickich). Nie można temu ani zaprzeczyć ani bezrefleksyjnie przyjąć za pewnik, po prostu zdani jesteśmy na przyjęcie tego do wiadomości (co się tyczy Biasa z Prienne - podobnie jak Milet miasta bliskiego Samos - który to wydaje mi się najmniej znany z tej wyżej wymienionej trójki, to istnieje na jego temat ciekawa historia. Głosił on bowiem ideę, że dobro które okazujemy innym wraca do nas w dwójnasób . Pewnego razu przechadzając się po Agorze miasta Prienne, ujrzał on wystawionych na sprzedaż kilka młodych dziewczyn będących siostrami, wziętych wcześniej do niewoli - lub też porwanych przez handlarzy niewolników. Wszystkie je wykupił, zabrał do siebie do domu, wyzwolił i wychowywał jak własne córki przez kilka lat, a następnie opłacił im podróż do ich rodzinnego domu w Messynie na Sycylii, obdarowując każdą z nich pewną kwotą pieniężną. Nawoływał też aby postępować dobrze i łagodnie z innymi ludźmi, jako naszymi bliźnimi, chociaż... powszechnie twierdził że wszyscy ludzie są z natury źli. Był niezwykle sprawiedliwy i uczciwy, dlatego też mieszkańcy Prienne wybrali go na swego sędziego, a gdy rybacy pewnego razu wyłowili z morza trójnóg z brązu z napisem "Dla najmądrzejszego", ofiarowali go właśnie Biasowi. Ten jednak nie przyjął podarunku, a ofiarował go Apollinowi, twierdząc że to nie on, a Apollo jest najmądrzejszy, gdyż to właśnie przez niego spływa na ludzi mądrość i roztropność. Potem zaczęto w Grecji mówić, iż: "Jeśli jesteś sędzią, wydaj wyrok prienneński" co oznaczało - wydaj wyrok tak sprawiedliwy, jak Biasa. Albo też gdy któryś z sędziów był uczciwy i nieprzekupny, mawiano o nim: "Doskonalszy w swych decyzjach niż bias z Prienne". Bias ponoć umarł w sędziwym wieku w trakcie przemowy na korzyść swego klienta {tak więc pełnił rolę zarówno sędziego jak i adwokata}, w czasie rozprawy sądowej. Po zakończeniu swojej przemowy, usiadł u boku wnuka, kładąc głowę na jego piersi i tak zasnął. W tym czasie sędziowie orzekli na korzyści jego klienta, a gdy rozprawa się skończyła, okazało się że Bias nie żyje, zasnął z głową na piersi swego wnuka, wygrywając swoją ostatnią rozprawę sądową).

Pitagoras dorastał więc na Samos, lecz gdy miał lat około 30-tu, doszło w mieście (o tej samej nazwie) jak również na całej wyspie do zamachu politycznego, przeprowadzonego przez wymienionego wyżej Polikratesa podczas święta Hery (ok. 542 r. p.n.e.). Do tej pory bowiem wyspą władali arystokraci (być może również pewien wpływ na rządy mieli majętni kupcy, tacy jak ojciec Pitagorasa - Mnesarchos, choć oczywiście nie ma na ten temat żadnych informacji, a wszystko rozbija się w mgle przypuszczeń). Polikratesa wspierali jego dwaj bracia Pantagnot i Syloson, a także 15 innych młodzieńców, niezadowolonych z obecnych rządów (czyli tak naprawdę rewolucja dokonała się rękoma zaledwie 18 zamachowców, co też pokazuje że dotychczasowy ustrój był albo tak pewny siebie - a przez to tak słabo chroniony, albo też nie było żadnych przesłanek które mogłyby powodować niepokój dotychczasowych włodarzy wyspy). Pierwotnie wprowadzono nowy ustrój, który polegał na rządach wszystkich trzech braci, wspieranych przez resztę zamachowców. Ale Polikrates szybko pozbył się konkurentów do władzy, zabijając swego brata Pantagnota, a Sylosona wypędzając z wyspy. Ogłosił się tyranem, a bez wątpienia za jego rządów wyspa rozkwitła jeszcze bardziej (choć dotychczasowe rody zapewne utraciły swoją pozycję). Aby się umocnić, nowy reżim potrzebował uznania i sojuszy z jemu podobnymi tyrańskimi reżimami politycznymi i Polikrates znalazł takich sojuszników w osobach tyrana Naksos - Lygdamisa (który zdobył władzę w podobnym zamachu stanu w roku 546 p.n.e.) oraz faraona Egiptu Ahmose II (zwanego w Grecji Amazisem i to właśnie imię najbardziej się rozpowszechniło), panującym w kraju nad Nilem od roku 570 p.n.e. Mając takich sojuszników i pokaźny skarbiec Samos do dyspozycji, Polikrates wystawił armię złożoną z 1000 łuczników i stół okrętów wojennych (pentakonterów) I rozpoczął zdobywcze (a raczej bardziej łupieżcze) wojny na Morzu Egejskim. Pierwszą dużą wojnę wydał sąsiedniemu Milenowi, aby zademonstrować że to Samos posiada najsilniejszą flotę w tym regionie Morza Egejskiego. Flota Miletu została pokonana w rejonie wyspy Lade (chociaż samego Miletu Polikrates nie odważył się zaatakować). Potem doszło do konfrontacji z wyspą Lesbos, drugim największym konkurentem morskim na Morzu Egejskim. Lesbos (zwana "Szmaragdową Wyspą", od licznych lasów jakie się nań znajdowały), pierwotnie rządził arystokratyczny ród Pentylidów, przybyły z Tesalii w odległych czasach (XI wiek p.n.e.), którzy to założyli stolicę i największe miasto Lesbos - Mitylenę. Jednak rządy Pentylidów poważnie ciążyły mieszkańcom miasta, aż wreszcie (ok. 585 r. p.n.e.) doszło do ludowego buntu pod wodzą niejakiego Pittakosa, który doprowadził do obalenia tego rodu i wprowadzenia pierwotnie tyranii, która po śmierci Pittakosa ewoluowała w coś na kształt oligarchii z pewnymi elementami demokracji (w dużym uproszczeniu). Taki właśnie ustrój panował na wyspie Lesbos, gdy Polikrates płynął tam ze swą flotą. Wojna Samos z Lesbos zakończyła się kolejnym morskim zwycięstwem Polikratesa, chociaż nie zamierzał on podbijać samej wyspy, gdyż zdawał sobie sprawę że nie ma na to odpowiednich sił. Zdobył za to małą wyspę Rhenea (którą następnie połączył żelaznym łańcuchem z leżącą nieopodal jeszcze mniejszą wyspą Delos, poświęconą Bogu Apollinowi. W czasach rzymskich Delos stanie się centrum handlu niewolnikami - o czym pisałem już w innym temacie).




Dzięki tym podbojom Samos zalane zostało złotem i niewolnikami, dzięki czemu Polikrates mógł upiększyć swoje miasto i całą wyspę. Herodot pisał w swej "Historii" (w Księdze III): "Tak wiele mówiłem o Samijczykach, ponieważ ze wszystkich Greków to oni stworzyli trzy największe dzieła budowlane. Jedno to dwutorowy kanał wykopany pod ziemią przez wzgórze o wysokości 900 stóp. (...) Drugie to kret w morzu wokół portu, o głębokości 120 stóp. (...) Trzecie dzieło Samijczyków to największa świątynia, jaką kiedykolwiek widziałem". Po kolei. Herodot twierdzi również że miasto Samos miało 300 000 mieszkańców co jest znacznie przesadzone (300 000 mieszkańców i Polikrates był w stanie wystawić tylko 1000 łuczników? Wiadomo więc że autorzy tacy jak Herodot jeśli chodzi o liczbę wojowników często przesadzali, zawyżając ją do absurdalnych wręcz rozmiarów i według mnie należy liczbę mieszkańców miasta Samos ograniczyć do góra 10 000, a i to wydaje mi się znacznie zawyżoną liczbą). Jakkolwiek by jednak na to nie patrzeć, miasto miało problem z wodą (paradoks prawda, leżące nad morzem miasto które ma problem z wodą. Ale to tak samo jak z logiką feministek. Kiedyś słuchałem pewnego wywodu pani feministki, która stwierdziła na pytanie co by zrobiła gdyby zabrakło mężczyzn i gdyby wszystko przestało nagle działać prąd, gaz, woda co by zrobiła żeby zaopatrzyć się chociażby w samą wodę. Jej odpowiedź zbiła mnie z nóg, gdy powiedziała że gdyby mieszkała nad morzem, to poszłaby zaczerpnąć wody prosto z morza. Jakoś nie umiała znaleźć odpowiedzi na pytanie, co by zrobiła jakby taką wodą się po prostu zatruła, bo ona nie nadaje się do spożycia 😱🤭). Gorące lato jakie panowało na wyspie powodowało, że niedobór wody pitnej stawał się palącym problemem dla kolejnych reżimów (być może właśnie był to jeden z powodów dla których arystokraci tak łatwo utracili władzę a na rzecz Polikratesa i jego wspólników). Można było się zaopatrzyć w wodę po opuszczeniu miasta, jako że liczne strumienie spływające z gór (szczególnie po opadach) dawały taką możliwość, ale w przypadku gdyby wróg napadł na Samos i obległ mieszkańców, ci nie byliby w stanie długo się bronić i musieliby skapitulować - właśnie z powodu braku wody pitnej. Ten problem postanowił ostatecznie rozwiązać Polikrates, budując kanał (akwedukt) zaopatrujący miasto w wodę właśnie z górskich źródeł (ów kanał stał się nie tylko w czasach Polikratesa i późniejszych najsłynniejszym dziełem hydraulicznym Hellenów, ale jeszcze w czasach rzymskich organizowano wycieczki na Samos właśnie po to, aby zobaczyć to niesamowite dzieło sztuki architektonicznej i... praktycznej). Budowniczym owego akweduktu był niejaki Eupalinos z Megary, przez co cała konstrukcja otrzymała nazwę "Tunelu Eupalinosa" (ale robotnikami zatrudnionymi przy jego budowie byli niewolnicy, głównie jeńcy z Lesbos), którego budowa trwała w latach ok. 530-520 p.n.e. (ów akwedukt został odnaleziony i odkopany przez niemieckich archeologów w latach 1971-1973). Woda była transportowana przez rurę złożoną z 4000 mniejszych kawałków, każdy z nich wykonany ręcznie. Tunel ten był w użyciu przez prawie 1200 lat, do ok. 700 roku naszej ery.




Port na Samos powstał też w latach 540-523 p.n.e. a jego budowniczym również był Eupalinos z Megary. W celu jego ochrony zbudowano falochron o długości 370 m i głębokości 37 m (dziś jego ruiny znajdują się na dnie zatoki Tigani). Dzięki rozbudowie portu i zbudowaniu Tunelu Eupalinosa, Samos było zabezpieczone na wypadek wojny i dłuższego oblężenia (notabene greckie rozwiązania inżynieryjne zastosowali również Rzymianie przy budowie swoich akweduktów, szczególnie zaś Sekstus Juliusz Frontinus, który w latach rządów cesarza Nerwy {96-98 r.} pełnił funkcję zarządcy rzymskich akweduktów. Ten były namiestnik Brytanii z lat 74-78, uważał greckie rozwiązania inżynieryjno-architektoniczne za prawdziwe dzieła sztuki i w swym dziele {nie zachowanym w całości} "Zaopatrzenie w wodę miasta Rzym" pytał: "Czy ktokolwiek porówna bezczynne piramidy, lub te inne bezużyteczne choć bardzo znane dzieła Greków z tymi akweduktami, z tymi wieloma niezbędnymi strukturami?". Trzecim i ostatnim wielkim dziełem architektonicznym z czasów tyrana Polikratesa, było monumentalne Herejon, czyli świątynia bogini Hery na Samos. Do dzisiaj zachowały się niektóre rzeźby wykonane z białego marmuru, ustawione na świętej drodze wiodącej do świątyni. Polikrates wzniósł dla siebie również pałac (nie zachowany do dziś), który znacznie rozbudował cesarz rzymski Gajusz Kaligula (sprawujący władzę w latach 37-41). W ogóle rządy Polikratesa to okres wielkości wyspy Samos i to zarówno pod względem militarnym, ekonomicznym jak i kulturowym (choć, co należy podkreślić, za jego to rządów zaczęło się również psucie monety, gdyż aby znaleźć środki na owe inwestycje - które w ogromnej większości pochodziły oczywiście z łupów wojennych, jednak po części również ze środków samych mieszkańców Samos, czyli ze skarbu miejskiego - polikrates znacznie obniżał jakość pieniądza, zmniejszając ilość srebra z jakiego były one wykonane). Polikrates był też patronem kilku artystów, m.in. Anakreona z Teos (miasto to, leżące w Joni na północ od Samos, w roku 545 p.n.e. najechali Persowie pod wodzą satrapy Sardes - Harpagosa. Nim mury miasta padły, mieszkańcy wsiedli na statki i opuścili swoje miasto, udając się do nowej "Ziemi Obiecanej", na północ do Tracji, gdzie na tamtejszym wybrzeżu założyli nowe miasto, zwane Abdera {chociaż nie wszyscy obywatele Teos porzucili wówczas swoje domy, jako że w czasie zwycięskiej dla Persów bitwy morskiej pod Lade w roku 494 p.n.e. brał udział kontyngent właśnie z Teos. Poza tym Arrian pisze, że Teoczycy założyli również miasto Fanagoria nad Morzem Czarnym}). Anakreon (urodzony ok. 570 r. p.n.e.) poeta liryczny i autor... pieśni pijackich, brał udział w obronie swego rodzinnego miasta Teos w roku 545 p.n.e., choć jak sam przyznawał - w tych walkach niczym się nie wyróżnił. Kilka lat po przybyciu na tracką ziemię i założeniu Abdery, Anakreon został ściągnięty na dwór Polikratesa na Samos, gdzie stał się nadwornym poetą (dobrze opłacanym - co należy podkreślić) i napisał dla niego wiele pieśni lirycznych, w których wychwalał Polikratesa, swego patrona. Polikrates finansował również lekarza Demokedesa z Krotonu - miasta w południowej Italii, z tzw. Wielkiej Grecji (notabene to właśnie w Krotonie Pitagoras założy swoją słynną szkołę epikurejską).




Mijały lata a Polikrates panował szczęśliwie nad wyspą, która stała się lokalnym mocarstwem morskim i jednym z najbogatszych państw w Helladzie. Pewnego razu - mając dobre (wręcz przyjacielskie stosunki z królem Egiptu Ahmose - Amazisem) opowiedział mu w liście o swych sukcesach, a ten przerażony stwierdził, że człowiek nie może cały czas odnosić sukcesów i jeśli tak się dzieje, to znaczy że kres rządów Polikratesa będzie bolesny, a on sam straci władzę w sposób gwałtowny. Aby odwrócić od siebie to nieszczęście, Amazis radził, by Polikrates pozbył się natychmiast cennej rzeczy którą bardzo pożąda, tak aby utracił ją na zawsze. Być może w ten sposób odwróci od siebie zły los, który bez wątpienia nad nim ciąży. Polikrates postanowił poświęcić cenny pierścień który bardzo lubił, wrzucając go w morskie fale. Nazajutrz jednak na audiencję do tyrana udał się rybak, który pragnął ofiarować Polikratesowi złowioną przez siebie rybę. Gdy jednak owa ryba została rozkrojona okazało się że w jej żołądku znajduje się ów pierścień, który Polikrates dnia poprzedniego wyrzucił do morza. Gdy napisał o tym w kolejnym liście do Amazisa, ten (ponoć przerażony) zerwał wszelkie kontakty z Polikratesem, aby nieszczęście które bez wątpienie miało go nie ominąć, nie dotknęło również władcy Egiptu. Rzeczywiście kres rządów Polikratesa był niezwykle brutalny, a a nim skonał, cierpiał długo umierając wpatrzony we własną wyspę. Prawdopodobnie historyjka o pierścieniu i liście do Amazisa została wymyślona później. Mogło to być bowiem związane ze zmianą polityki jaką prowadził Polikrates, a mianowicie widząc coraz silniejszą potęgę Persji Achemenidów, postanowił sprzymierzyć się z Królem Królów - Kambizesem II przeciwko Amazisowi z Egiptu. Wcześniej jednak (być może ok. 527 r. p.n.e.) wysłał do Egiptu 40 trier, oficjalnie z pomocą dla Amazisa. Jednak obsadził te okręty wszystkimi swymi przeciwnikami politycznymi, a w liście do króla Egiptu poprosił go, aby na miejscu ich zgładził. Przeciwnicy Polikratesa domyślili się jednak jaki ma być cel ich wizyty w Egipcie, zawrócili stamtąd, popłynęli ponownie na Samos i udało im się pokonać flotę Polikratesa u brzegów wyspy, ale nie byli w stanie nic więcej osiągnąć i musieli odpłynąć w stronę Grecji kontynentalnej, a konkretnie w stronę Lakonii, prosząc władców Lacedemonu o wsparcie i obalenie tyrana Samos. Do takiej interwencji Sparty i Koryntu na Samos doszło ok. 525 r. p.n.e. Koalicjantom udało się nie tylko pokonać flotę Polikratesa po raz drugi i wysadzić desant na wyspę, ale również oblec samą stolicę - Samos. Niestety hoplici z Teb i Lacedemonu nie byli przygotowani na dłuższe oblężenie, nie mieli żadnych machin oblężniczych, a zaopatrzenie szybko im się skończyło. Po 40 dniach oblężenia miasta musieli stamtąd odpłynąć z niczym. Polikrates ponownie triumfował - już po raz ostatni.


SPARTAŃSKI HOPLITA 



 ATEŃSKI HOPLITA



Nadszedł rok 522 p.n.e. Polikrates starał się co prawda utrzymywać dobre stosunki z Persami (tym bardziej że był to czas, gdy Egipt został podbity przez Kambizesa, a Amazis zginął (525 r. p.n.e.). Jednak w tym mniej więcej czasie zlekceważył on jakieś poselstwo od satrapy Sardes - Oroetesa, a ten poprzysiągł mu zemstę. Nadal utrzymując dobre stosunki, zaprosił Polikratesa do Sardes na ucztę, na co ten ochoczo przystał, pragnąc zyskać przyjaciela w osobie satrapy, który mógł stanowić realne zagrożenie dla jego wyspy. Jednak po dotarciu do Sardes i rozpoczęciu uczty, Polikrates został oskarżony o wszelkie możliwe zbrodnie i przewiny, a następnie uwięziony i zakuty w łańcuchy przez Oroetesa. Ten skazał go na śmierć, a miał on umrzeć ukrzyżowany na przylądku Mykale (w roku 479 p.n.e. Ateńczycy i Spartanie rozbili pod Mykale armię Persów), które leżało naprzeciwko wyspy Samos, czyli Polikrates umierał patrząc się na swoją rodzinną wyspę, którą władał przez 20 lat. Po jego śmierci Oroetes szybko opanował Samos, włączając tę wyspę do swojej satrapii (a w kilka lat później powierzył zarząd nad nią, wygnanemu ponad 20 lat wcześniej bratu Polikratesa - Sylosonowi. W tym zaś czasie Pitagoras nie mieszkał już na wyspie. Opuścił ją ok. 530 r. p.n.e. udając się w swą podróż, która ostatecznie zaprowadzi go do Krotonu w południowej Italii.




CDN.

sobota, 28 września 2024

PIERWSZE" ODKRYCIE AMERYKI - Cz. XX

CZYLI JAK WŁADCY MUCHOMORZA
DOTARLI DO NOWEGO ŚWIATA





HARALD I PIĘKNOWŁOSY
Cz. III





 Gdy Ragnar dotarł do Gaulardale (którym teraz władała Lagerta - jego dawna małżonka), ona początkowo odrzuciła jego względy i prośbę aby razem popłynęli do Brytanii. Po śmierci bowiem swej drugiej żony Tory, Ragnar pragnął ponownie związać się z Lagertą, tym bardziej że był jej dłużnikiem, gdyby bowiem nie jej wsparcie i mobilizacja innych plemion - głównie norweskich - Ragnar nie wytrzymałby ataku Skanów (zresztą w tej bitwie poważnie ranny został jeden z synów Ragnara zrodzonych z Torą - Siward zwany Wężowe Oko). Ostatecznie zdołał ją przekonać aby popłynęła z nim ku Brytanii (a raczej ku Northumbrii, bo tam też zmierzał). Nieznana jest data tego najazdu (prawdopodobnie mogło to mieć miejsce ok. 830 r.). Nie wiadomo nawet dokładnie który król wówczas panował w Northumbrii (sagi mówią o królu Ham'ie, ojcu Elli - być może, ale nie występuje on w oficjalnym spisie władców Northumbrii). Wikingowie pod wodzą Ragnara mieli spustoszyć tamtejsze wybrzeża, a Ragnar osobiście miał zabić Ham'a, po czym popłynął plądrować wybrzeża Szkocji (ziemi Piktów) a także Orkad i Szetlandów (a swoich synów Siwarda i Radbarda uczynił władcami owych wysp - co oczywiście nie oznaczało że stali się nimi realnie, bowiem i później wyprawiali się na Orkady i Szetlandy). Po powrocie do swego kraju (Ragnar był wodzem plemienia północnych Jutów), prawdopodobnie wraz z Lagertą, doszło wówczas w Danii do ponownego buntu (w którym brali udział Jutowie południowi). Napisałem w poprzedniej części że król Danii - Harald II (panujący w latach 812-813 wraz ze swym bratem Reginfrydem, a następnie w latach 819-827 wraz z królem Horikiem I), następnie wypędzony, próbując powrócić na tron w roku 828 przy pomocy Jutów południowych i Skanów (wówczas to zaatakował ziemie Ragnara Lodbroka, podczas której to wojny udzieliła mu wsparcia Lagerta), napisałem wówczas że dalsze losy haralda II są nieznane. Otóż wertując francuskie książki historyczne napotkałem stwierdzenie, że obalony król Dunów - Harald II, po przyjęciu chrześcijaństwa w Moguncji (826 r. być może właśnie to posunięcie doprowadziło do jego obalenia, w każdym razie ów Harald był tym samym, o którym pisałem już we wcześniejszych częściach w związku z wizytą króla Dunów w Ingelheim u cesarza Ludwika Pobożnego), otrzymał następnie od cesarza Ludwika I hrabstwo Rustringen we Fryzji. Teraz zaś (trudno powiedzieć który to był rok, gdyż Harald II nie jest wymieniany aż do roku 841, a to jest zbyt odległa data, natomiast król Horik wymieniany jest w latach 836, 838, 839 i później, ale niekoniecznie musiał mieć on związek z buntem Jutów, tym bardziej że był on skierowany głównie przeciwko samemu Ragnarowi). Według sag jednak, to właśnie Haralda II obrali sobie Jutowie południowi za swego władcę, występując przeciwko Ragnarowi. Doszło do wojen domowych na Półwyspie Jutlandzkim, które trwały kilka kolejnych lat, a zakończyć miały się one ucieczką zbuntowanych na wyspy (chodzi o małe wyspy wokół Danii) gdzie ostatecznie w bitwie morskiej pokonać miał ich Ragnar wraz ze swymi synami (być może było to ok. 835 r. lub krótko później).




W tym czasie (gdy Lagerta ponownie zamieszkała w jego "królestwie"), Ragnar ponownie zakochał się w pewnej dziewczynie. Była ona córką niejakiego Esberna - woja niskiego rodu, którego, aby zbliżyć się do jego córki, zaczął Ragnar zapraszać na bankiety przez siebie organizowane (gdy tamten wchodził, Ragnar wstawał na znak szacunku i sadzał go obok siebie przy stole). Esbern nie mógł zrozumieć skąd wziął się tak wielki szacunek, jakim wódz Ragnar obdarzał jego osobę, dopóty, dopóki nie zorientował się że tak naprawdę chodzi o miłość do jego córki (prawdopodobnie nie była to miłość, a zwykłe pożądanie). Esbern pragnął aby Ragnar ożenił się z jego córką, a na żadne inne intymne spotkania nie chciał zezwolić. Co prawda Ragnar miał już kiedyś dwie żony jednocześnie (Lagertę i Torę), ale doprowadziło to ostatecznie do rozpadu jego pierwszego małżeństwa i odejściu Lagerty. Teraz gdy znów powróciła, nie chciał aby ponownie opuściła go kobieta, którą zapewne naprawdę kochał i z którą przeżył wiele dobrych chwil. Jednak pożądanie do młodej dziewczyny okazało się silniejsze, a zakaz jej ojca nie stanowił dla Ragnara przeszkody. Jak większość kobiet zajmowała się ona tkaniem wełny, choć była dobrze pilnowana przez ojca matkę i zapewne siostry. Ragnar opracował więc chytry plan, a mianowicie od innego chłopa pozyskał suknię jego córki, ubrał się w ten strój (zapewne musiał też się ogolić 🤭) i poszedł do domu w którym przebywała wybranka jego serca (❤️). Ponieważ było tam więcej kobiet i nie tylko spokrewnionych ze sobą, więc jego obecność nie została odkryta. Usiadł więc przy wrzecionie i zaczął tkać wełnę. Gdy jednak zaczęło się ściemniać, a większość kobiet opuściła już domostwo, pozostali tylko oni dwaj. Następnie więc Ragnar odkrył swoje oblicze i... posiadł dziewczynę w miłosnej żądzy. Od tej chwili przestał już jej pragnąć i więcej się do niej nie zbliżył. Ale tamta upojna noc miała swoje konsekwencje, ponieważ dziewczyna zaszła w ciążę i Esbern pragnął znaleźć tego, który zbrzuchacił jego córkę, ale sama dziewczyna nie chciała wydać kto to uczynił. Wówczas Esbern zapowiedział że w takim razie ukaże jej służącą, która miała ją pilnować - i to ukaże w sposób okrutny. O problemach dziewczyny z którą miał przyjemność szybko dowiedział się sam Ragnar i ostatecznie postanowił przyznać się do winy, aby ratować niewinną dziewczynę. Zapowiedział więc że uzna dziecko które urodzi córka Esberta (a było to równoznaczne z uznaniem jej jeśli nawet nie za żonę, to przynajmniej za matkę swego dziecka). Gdy urodził się syn, Ragnar nadał mu imię Ubbe.




Po stłumieniu buntu Jutów (i to dosyć krwawym, bowiem Ragnarowi nie wystarczało pozbawianie życia swoich wrogów, lubił ich też torturować) często pozbawiał ich też życia w sposób niezwykle okrutny, czego przykładem może być "uskrzydlony orzeł". Była to praktyka polegająca na nacięciu pleców nieszczęśnika przywiązanego do czegoś w rodzaju małego stołu, w taki sposób aby zedrzeć mu skórę z pleców, następnie nożem odciąć kości od kręgosłupa, a potem wyjąć płuca na zewnątrz tak, by wyglądały jak skrzydła orła. Była to niezwykle okrutna i krwawa kara, ale ponoć dotyczyła głównie (jeśli nie jedynie) złapanych do niewoli władców i dobrze urodzonych Normanów, natomiast nie dotyczyła wszystkich (tzw.) Wikingów. Natomiast Harald II ponownie uciekł do Fryzji i nie wpadł w ręce Ragnara. W każdym razie według sag Ragnar miał się okrutnie pastwić nad swoimi wrogami, zanim ostatecznie pozwolił im umrzeć. W jakiś czas po buncie Jutów, doszła Ragnara wiadomość o śmierci króla Harodda (ojca jego zmarłej żony Tory i dziadka większości jego synów). Ponoć miało to się stać w wyniku knowań niejakiego Sorlego, który został nowym władcą Gotów (zapewne chodzi o Gotlandię, jedną z krain Szwecji, gdyż królem Swearów - Szwedów - w tym czasie był nijaki Eystein - o którym Ragnar mógłby powiedzieć że należał do jego kompanów). Synowie Harodda (Ragnald, Hwitserk i Eryk) byli zbyt młodzi aby objąć władzę, a wdowa po Haroddzie - Swanlog, miała wysłać wiadomość do Ragnara z prośbą o pomoc. Ten zebrał swoich synów (Bjorna, Fridleifa i Radbarda) oraz swoich wojów i ruszył do Gotlandii. Sorle wyszedł przeciwko niemu ze swoimi wojownikami, ale nim doszło do bitwy, zaproponował on Ragnarowi inne wyjście z całej tej sytuacji, a mianowicie aby nie przelewać krwi tylu wojów, pojedynkować mieli się tylko sami wodzowie i ich synowie. Ponieważ jednak Sorle nie miał synów, wytypował do tej misji niejakiego Starkada (zwanego "Nieustraszonym") który miał aż siedmiu synów. Ragnar przyjął tą propozycję i doszło do walki pomiędzy z jednej strony ośmioma wojownikami, a z drugiej czteroma. Ragnar zabił w tej walce Starkada i choć co prawda jego dwaj synowie zostali poważnie ranni, to jednak dzięki wsparciu ich brata Bjorna (który dzięki niezwykle wytrzymałym na uderzenia miecza swoim bokom, otrzymał po tej walce przydomek "Żelaznoboki") także wyślij zwycięsko z tej walki. Oczywiście Sorle nie uznał tego zwycięstwa i doszło do bitwy, która zakończyła się zwycięstwem armii Ragnara (i śmiercią Sorlego). Następnie Ragnar ogłosił się opiekunem synów Harodda, a sam oskarżył króla Swearów - Eystein'a, iż ten nie postąpił jak przyjaciel i nie przyszedł mu z odsieczą. Ruszył więc na jego królestwo, zdobył Uppsalę, zabił Eystein'a, a władzę nad Swearami powierzył swemu synowi - Bjornowi, który miał być założycielem nowej dynastii królów Szwecji (ok. 840 r.).




Tym też mniej więcej czasie Ragnar poślubił kolejną kobietę o imieniu Auslag, którą ujrzał (wracając ze Szwecji), gdy zażywała kąpieli w rzece. Oczarowany pięknem jej ciała, postanowił ją poślubić (☺️). Miała ona być córką Sigurda (który miał ponoć zabić smoka), oraz tarczowniczki Brunhildy. Wydaje się więc że od tej chwili Ragnar miał trzy żony (Lagertę, córkę Esberta o nieznanym imieniu i właśnie Auslag), ale sagi nic nie mówią o ich wzajemnych relacjach. W każdym razie coraz bardziej zbliżamy się do wyprawy Ragnara i Bjorna na Paryż, a w związku z tym należy nie tylko wrócić do wydarzeń jakie miały miejsce w Królestwie Franków po śmierci cesarza Ludwika I Pobożnego w roku 840, ale pokrótce powiedzieć również jak wyglądało samo miasto Paryż w tamtym czasie (ponieważ dotarłem do ciekawej książki z roku 1906 na temat historii Paryża, dlatego też pozwolę sobie to opisać. Swoją drogą ciekawie czyta się to wszystko, wiedząc  chociażby jak obecnie wygląda Paryż, jak bardzo zamienia się w afrykańskie slumsy). Frankowie zresztą mieli już nieprzyjemność spotkania się z ludami Północy (zwanymi Wikingami) od roku 799, gdy Karol Wielki po raz pierwszy ujrzał czarne kwadratowe żagle u brzegów Prowansji. Wówczas do walki nie doszło, gdyż Normanowie odpłynęli, ale Karol Wielki widząc w oddali odpływające drakkary miał zapłakać, mówiąc, iż obawia się że ci morscy piraci wielokrotnie jeszcze dadzą we znaki jego potomkom i jego ludowi. W roku 820 normanowie uderzyli na opactwo w Noirmoutier. 16 lat później powrócili tam ponownie, niszcząc wszystko i paląc, co spowodowało że mnisi musieli się stamtąd wynieść na stałe. W latach 834 837 Wikingowie ograbili Fryzję (było to podczas buntów Jutów i brał w nich udział również Ragnar Lodbrok) kilkukrotnie niszcząc port w Dorestadzie. Jednak do prawdziwych, wielkich najazdów na Cesarstwo i ziemie Franków miało dojść dopiero w latach 40-tych IX wieku, czego pierwszym przykładem było ograbienie i spalenie miasta Amboise w roku 841 przez wikinga o imieniu Hasting. Następnie popłynął on w dół Loary, dochodząc do miasta Tours - które również planował zdobyć. Miasto miało jednak solidne mury, a poza tym liczna załoga zbrojnych uniemożliwiła Hastingowi zdobycie tego dużego przecież miasta Neustrii (jednej z krain na jaką podzielone było Królestwo Franków w czasach Merowingów i Karolingów. W skład miast tej prowincji wchodziły: Nantes, Tours, Rennes, Orlean, Rouen i oczywiście Paryż). Mieszkańcy miasta wystawili na murach również wizerunki świętego patrona miasta, aby zmusić pogan do ucieczki. Tak też się stało gdyż Hasting nie mogą zdobyć murów, musiał odpłynąć, chociaż nie była to ucieczka, a on sam zdobył liczne łupy i wielu jeńców.




Kolejna wyprawa do jakiej dojdzie na tych ziemiach, będzie właśnie wyprawą Ragnara i Bjorna Żelaznobokiego na Paryż w roku 845 (postaram się omówić ją w kolejnej części). Tymczasem po śmierci cesarza Ludwika Pobożnego jego synowie rzucili się sobie do gardeł w bratobójczej walce o władzę. Mam też nadzieję że nie macie do mnie pretensji że tak nieco błądzę, wyrywając skrawki zarówno z rodu Ynglingów norweskich, duńskich, jak i szwedzkiego rodu królewskiego, a przeplatam to również z dziejami Ragnara, Królestwa Franków, arabskiego rodu Abbasydów, oraz (bo wydaje mi się będę musiał tam powrócić, ze względu na wyprawy Wikingów na Iberię) hiszpańskiego emiratu Ommajadów (przedstawię opis arabskiej Kordoby, gdyż wszedłem w posiadanie bardzo ciekawej książki na ten temat i wydaje mi się że warto się tą wiedzą podzielić). Przyjąłem bowiem taką konwencję, że aby w miarę rozsądnie i chronologicznie omówić pewne wydarzenia, to muszę nieraz skakać z jednego miejsca na drugie. Ale mam nadzieję że całość jest w miarę przejrzysta i nie jest... nudna (🤔).


CDN.

czwartek, 26 września 2024

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. IV

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 

1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





SOWIECI NIE WCHODZĄ
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)


DOŚWIADCZENIA i INSPIRACJE 
Cz. III





 W czasie gdy wojna polsko-rosyjska dobiegała końca, narastał konflikt grecko-turecki. Grecy wyzwolili Smyrnę (Izmir) już wiosną 1919 roku, a osłabiona klęską w wielkiej wojnie Turcja musiała bezsilnie przyglądać się organizowaniu na wybrzeżu jońskim administracji greckiej. Helleni, wykorzystując sprzyjające okoliczności, przeprowadzili w drugiej połowie 1920 roku zwycięską ofensywę zatrzymaną pod Inönü - niespełna 150 km od bram Ankary. Obydwie strony konfliktu były wyczerpane wojną. Kolejne miesiące upłynęły na poszukiwaniach pomocy ekonomicznej. Grecy nie uzyskali kredytów ani w Wielkiej Brytanii, ani w innych państwach zachodnich. Co więcej, Londyn wycofał też wcześniejsze poparcie polityczne, a greckie linie zaopatrzeniowe wiodące przez Morze Egejskie były sabotowane przez Włochów i Francuzów. Turcy z kolei uzyskali poparcie niektórych mocarstw w europejskich oraz niewielkie dostawy sprzętu wojennego z Rosji bolszewickiej. 13 września armia grecka - znajdująca się już tylko 40 km od Ankary - musiała przerwać ofensywę, ale nie ze względu na zwycięstwa Turków, tylko kłopoty zaopatrzeniowe, w tym brak amunicji. Gospodarka grecka nie była w stanie wspierać armii inwazyjnej, natomiast turecka - lepiej zorganizowana i zmobilizowana - pozwoliła na wzmocnienie armii. Wojna pozycyjna trwała niemal rok. 26 sierpnia 1922 roku odbudowana armia turecka przeszła do błyskawicznej ofensywy i 9 września wyzwoliła Izmir, co w praktyce oznaczało koniec wojny.



 
Zawarcie porozumienia rosyjsko-tureckiego było możliwe dzięki istnieniu wspólnych wrogów, przede wszystkim niepodległej od 1918 roku Gruzji. Po podjęciu decyzji o likwidacji tego państwa bolszewicy przeprowadzili kilka prowokacji w rejonie nadgranicznym. Zaangażowanie sił gruzińskich w pacyfikację tych niepokojów dało Moskwie pretekst do wojny. Zorganizowali zatem Gruziński Komitet Wyzwolenia Narodowego, który poprosił Moskwę o pomoc. 16 lutego 1921 roku 50 000 czerwonoarmistów przekroczyło granicę na całej jej długości i po dwóch dniach wojny błyskawicznej dotarło do Tbilisi. Gruzini postanowili bronić swojej stolicy i czynili to naprawdę skutecznie. Oczekiwali też interwencji mocarstw europejskich, szczególnie Francji, która utrzymywała w tym czasie eskadrę okrętów wojennych na Morzu Czarnym (tuż przed bolszewicką agresją rozważano też w Warszawie podpisanie sojuszu z rządem w Tbilisi i przekazanie Gruzinom pomocy w materiałach wojennych). 23 lutego gruzińskie plany wojenne legły w gruzach, gdy od południa do bolszewickiej agresji dołączyli się Turcy. Był to bardzo poważny cios militarny, jednak Gruzini zdecydowali się nie walczyć z nowym przeciwnikiem. Mieli bowiem nadzieję, że gdy tylko armie obu agresorów spotkają się, dojdzie pomiędzy nimi do konfliktu. Następnego dnia podjęto zresztą decyzję o ewakuacji stolicy i kontynuowaniu walki w górach, w oczekiwaniu na polityczne rozwiązanie kryzysu. I rzeczywiście 28 lutego okręty francuskie rozpoczęły ostrzeliwanie jednostek Armii Czerwonej, doszło też do turecko-rosyjskich nieporozumień, gdy Ankara zadeklarowała aneksję Batumi i okolic. Jednak dla Gruzinów było już zbyt późno: 17 marca armia została zmuszona do złożenia broni, a rząd znalazł schronienie na pokładzie włoskiego okrętu i udał się na emigrację (walki gruzińskich oddziałów partyzanckich trwały jeszcze przez długi czas i zostały zakończone dopiero po krwawym spacyfikowaniu przez Sowietów powstania sierpniowego w 1924 roku). Wojna gruzińska-rosyjska była jedną z najkrótszych wojen toczonych pomiędzy dwoma państwami. 




Krótsze bywały wojny domowe i zatargi terytorialne. Pięć dni trwał zatarg o Wolne Państwo Fiume, zwany krwawym Bożym Narodzeniem w 1920 roku, dwa razy dłużej trwały włosko-albańskie walki o Wlorę i dziesięciodniowa "wojna o zabłąkanego psa" pomiędzy Grecją a Bułgarią w 1925 roku, która przyniosła kilkadziesiąt ofiar. Zdarzały się także trwające krótko zmagania na dużo większą skalę. Sowiecka agresja na Mandżurię w 1929 roku - tzw. konflikt o Kolej Wschodniochińską - trwała od połowy października do końca listopada. Japońska agresja na Mandżurię w 1931 roku - tzw. incydent mukdeński - trwał od września do lutego następnego roku. W obu przypadkach siły agresorów liczyły po kilkadziesiąt tysięcy ludzi, ale siły chińskie - choć mające ponad 100 000 żołnierzy - raczej unikały walki i prowadziły działania opóźniające. O wiele dłużej trwała kolejna wojna chińsko-japońska - współcześnie jedną z chińskich nazw tego konfliktu jest "wojna ośmioletnia". Rozpoczęła się 7 czerwca 1937 roku od incydentu przy moście Marco Polo i szybkiego zajęcia Pekinu przez Japończyków. (...) 13 sierpnia rozpoczęła się - z chińskiej a nie japońskiej inicjatywy - bitwa o Szanghaj, trwająca do 26 listopada. W tej operacji 300 000 japońskich żołnierzy walczyło przeciwko 600 000 Chińczyków. Zaangażowane były też olbrzymie środki: okręty desantowe, lotniskowce, bombowce dalekiego zasięgu. Straty obu stron były bardzo wysokie: Japończyków poległo kilkadziesiąt tysięcy, a Chińczyków - kilkaset tysięcy. Pomimo porażki Chińczycy kontynuowali opór. 




Armia japońska pomaszerowała w głąb lądu do Nankinu -  ówczesnej stolicy Czang Kaj-szeka. Zdobyła ją 13 grudnia dopuszczając się w następnych dniach straszliwych zbrodni wobec cywilów. Nie zakończyło to jednak wojny. Oporu Chin nie zakończyła też utrata niemal całego nowoczesnego uzbrojenia zakupionego wcześniej w państwach Zachodnich (wojska lądowe miały dużo sprzętu niemieckiego, z kolei lotnictwo -  amerykańskiego). Nie zakończyło jej przecięcie połączeń morskich i odcięcie od handlu i pomocy. Chińczycy podpisali zresztą pakt o nieagresji ze Związkiem Sowieckim, który dostarczał sprzęt wojskowy drogą lądową. Samoloty sowieckiej produkcji w barwach chińskich często były obsługiwane przez "ochotników" z Armii Czerwonej (ale 20 maja 1938 roku to chińskie załogi w bombowcach wyprodukowanych w USA "zbombardowały" ulotkami japońskie miasta). Wojna była kontynuowana. W końcu 1938 roku - po utracie kolejnej stolicy, Wuhanu - chińska Armia Narodowa zmieniła taktykę. Do tej pory oddawała teren, aby zyskać czas na konsolidację obrony, od teraz miała prowadzić walkę na wyczerpanie. Na zapleczu rozbudowywano arsenały i fabryki zdolne produkować lekką broń. Broń ciężką trzeba było sprowadzać z zagranicy, jedyną możliwością było korzystanie z portów neutralnych we francuskich Indochinach oraz Birmie. Ostatecznie Republika Chińska przetrwała II wojną światową i po 1945 roku odzyskała tereny zajęte przez Japończyków.

Innym odległym konfliktem była wojna pomiędzy Paragwajem a Boliwią, a właściwie pomiędzy koncernami naftowymi Standard Oil i Shell Oil. Faktyczną przyczyną wojny były złoża ropy naftowej, mające jakoby znajdować się na paragwajskiej wyżynie Chaco. Rząd Boliwii - państwa mającego trzykrotnie większą populację, silną armię, wyszkoloną i dowodzoną przez niemieckich oficerów - postanowił wydrzeć Chaco Paragwajczykom. Działania wojenne rozpoczęły się latem 1932 roku, gdy boliwijscy żołnierze obsadzili forty po niewłaściwej stronie granicy, a Paragwajczycy postanowili zareagować na to zbrojnie. W 1933 roku Boliwijczycy przeprowadzili ofensywę na paragwajskie pozycje, która jednak zakończyła się porażką. Żadne z dwóch państw nie miało przemysłu zbrojeniowego i musiało korzystać z dostaw zagranicznych, co było utrudnione, jako że nie miały bezpośredniego dostępu do morza. Boliwia robiła zakupy przede wszystkim w USA, dostarczane były one albo do portów peruwiańskich, albo przez Brazylię. Paragwaj, po cichu wspierany przez neutralną oficjalnie Argentynę, zaopatrywał się przede wszystkim w Europie. Ostatecznie paragwajskie siły zbrojne - organizowane i dowodzone przez oficerów z carskiej Rosji oraz z Italii - odparły wszystkie ataki armii boliwijskiej (którą organizowali i dowodzili Niemcy oraz Czechosłowacka Misja Wojskowa). 12 czerwca 1935 roku podpisano zawieszenie broni, kończące wojnę, która przyniosła obu państwom kilkadziesiąt tysięcy ofiar śmiertelnych - Boliwijczycy ponieśli ich dwa razy więcej i ruinę gospodarczą.




Inna wojna pomiędzy Shellem a Standard Oil toczona była w 1941 roku przez Ekwador i Peru. Tym razem wygrał Standard Oil. Paradoksalnie ani w Peru, ani w Paragwaju złóż ropy naftowej nie odnaleziono (dopiero 26 listopada 2012 roku Paragwajczycy ogłosili, że ropa - być może - jednak jest na płaskowyżu Chaco). Nieco wcześniej - od maja 1932 do września 1934 roku - w Ameryce Południowej toczyła się też wojna pomiędzy Kolumbią a Peru. Przedmiotem sporu było dorzecze górnej Amazonki. Wojna ta miała pewien - negatywny z polskiego punktu widzenia - wpływ na sytuację na Bałtyku, bowiem Peru w 1933 roku zakupiło dwa najpotężniejsze estońskie okręty wojenne - kontrtorpedowce Lennuk i Vambola. 

Wojny toczone w latach 20 i 30 XX wieku były konfliktami trwającymi długo i wymagającymi od zaangażowanych państw bogatych rezerw materiałowych. Wojny błyskawiczne - jeśli zdarzały się - to wyłącznie pomiędzy przeciwnikami o skrajnie różnym potencjale. Wojna do której przygotowywali się Polacy, miała być właśnie wojną trwającą długo i wymagającą bogatych rezerw materiałowych (notabene Brytyjczycy wypowiadając wojnę Niemcom - 3 września 1939 roku - już wiedzieli że nie będą w stanie w żaden sposób wesprzeć nas w tej wojnie, szczególnie w pierwszej fazie, gdyż zakładali że będzie to wojna co najmniej dwu-trzyletnia i oni do takiej właśnie wojny się przygotowywali. Trzeba było bowiem odbudować siły zbrojne praktycznie od nowa, a najlepiej i tak było w brytyjskiej flocie, chociaż stan floty był katastrofalny. Można więc sobie wyobrazić, jak wyglądała armia i lotnictwo Wielkiej Brytanii w roku 1939. Co się tyczy Francji to oni mieli bardzo dobrą armię, znacznie liczniejszą od niemieckiej. Posiadali też znacznie lepsze czołgi od Niemców, chociaż popełnili ten sam błąd, który żeśmy popełnili my, a mianowicie podzielili swoje jednostki pancerne pomiędzy piechotę, czym osłabili ich siłę uderzeniową. Zresztą oni się głównie przygotowywali na wojnę pozycyjną na linii Maginota i to również na 3-4 lata. Można więc sobie wyobrazić że musielibyśmy wytrwać na wschodzie i na Przedmościu Rumuńskim co najmniej dwa lata żeby można było przejść do skutecznej kontrofensywy. Czy Związek Sowiecki - zakładając że nie uderzyłby na Polskę 17 września 1939 roku jak to się stało naprawdę - przez ten czas pozostałby bierny, skoro jego celem było maksymalne osłabienie wszystkich walczących stron, tak, aby w ostatniej fazie wojny wkroczyć do walki i... dojść do Atlantyku?). Do takiej wojny przygotowywano się przez 20 lat.




Czy gdyby zdawano sobie sprawę, że kampania polska rozstrzygnie się już w pierwszych dniach, to Wojsko Polskie wyglądałoby inaczej? Czy cały sprzęt uzbrojenia znajdowałby się w jednostkach bojowych, a zaplecze nie musiałoby być rozwinięte? Czy wówczas obrona przed niemiecką agresją wyglądałaby inaczej? Być może. Jednak ani nasi politycy, ani nasi generałowie - ani też politycy i generałowie w innych państwach - nie mieli żadnych doświadczeń, które dawałyby im choćby cień podejrzenia, że nadchodząca wojna będzie zupełnie inna od wszystkich poprzednich.





PS: W KOLEJNEJ CZĘŚCI "DLACZEGO DOSZŁO DO WOJNY?"


A TUTAJ ZAKOŃCZENIE I WOJNY ŚWIATOWEJ - ARMIA AUSTRO-WĘGIERSKA Z FILMU "CK DEZERTERZY"
(LISTOPAD 1918)



CDN.