Mali chłopcy zawsze chcą być żołnierzami,Indianami,
policjantami, strażakami albo prezydentami - rosną, starzeją się, bywają żołnierzami, Indianami, strażakami, policjantami, prezydentami. Miewają już swoje komże, psy i okręty - a jednak tak naprawdę chcą jedynie być kimś innym i zadręczają się tym do śmierci.
Nieszczęśliwy kto nie jest takim małym chłopcem, dorosłym małym chłopcem, który gdzieś w zakamarku duszy hołubi wielkie marzenie, tęsknotę za czymś innym, odległym, lepszym...
ROMANS STOLNIKA LITEWSKIEGO STANISŁAWA ANTONIEGO PONIATOWSKIEGO Z WIELKĄ KSIĘŻNĄ HOLSZTYŃSKĄ ZOFIĄ FRYDERYKĄ, ZWANĄ JUŻ WÓWCZAS KATARZYNĄ ALEKSIEJEWNĄ, MAŁŻONKĄ NASTĘPCY ROSYJSKIEGO TRONU KSIĘCIA HOLSZTYŃSKIEGO - PIOTRA FIODOROWOCZA
Stanisław Antoni Poniatowski (czyli późniejszy król Polski i Litwy - Stanisław August Poniatowski), przybył do Petersburga w czerwcu 1755 r. (na zaproszenie sir Charlesa Hanbury'ego Williamsa, z którym się znał i który obiecał zabrać go kiedyś do Rosji. Okazja nadarzyła się, gdy Williams został właśnie w owym 1755 r., brytyjskim ambasadorem przy dworze rosyjskim w Petersburgu). Poniatowski (miał wówczas 23 lata), wyjechał do Rosji prosto ze Wschowy, gdzie król Rzeczypospolitej i elektor Saksonii w jednej osobie - August III (w Saksonii panujący jako Fryderyk August II), zwołał wiosną 1755 r. radę senacką. Poniatowskiemu udało się tam uzyskać urząd stolnika litewskiego, a poza tym większej roli politycznej tam nie odegrał, zajęty był innymi, bardziej przyjemnymi sprawami, a mianowicie romansem z wojewodziną smoleńską (żoną wojewody Piotra Pawła Sapiehy) - Marianną ze Skowrońskich Sapiehową. Młody jeszcze chłopak poważnie zadurzył się w owej już matronie, dla której był jedynie zabawką seksualną (tak tez go traktowała), co po latach sam wyznał, że wyznawała mu ona miłość jedynie w listach, a gdy się spotykali nic takiego już nie mówiła. Można więc powiedzieć że do Petersburga wyjechał młody Poniatowski, prosto z łoża pani Marianny Sapiehowej.
Zamieszkał tam w domu Williamsa (wynajętym z powodu jego służby dyplomatycznej), który to zwierzał się mu ze wszelkich, nawet najtajniejszych dyplomatycznych spraw. Celem politycznym Wielkiej Brytanii w owym czasie (co zostało jasno sprecyzowane w działaniach i obowiązkach dyplomatycznych Williamsa), było zawrzeć z Rosją sojusz polityczny przeciwko Prusom Fryderyka Wielkiego, co mu się udało uczynić w sposób wręcz błyskawiczny, bowiem w sierpniu 1755 r. układ brytyjsko-rosyjski został już podpisany. Należało go teraz tylko ratyfikować przez brytyjski parlament, ale notabene okazało się że na drodze do jego ratyfikacji, stanął nie kto inny jak ... sam król Wielkiej Brytanii - Jerzy II, który był bardzo niezadowolony z Williamsa. Jaki był tego powód, skoro ambasadorowi udało się w tak błyskawicznym tempie zawrzeć korzystny dla Anglii układ sojuszniczy? Otóż powód królewskiego niezadowolenia, wyjaśnił Williamsowi sekretarz stanu w swym liście, którego najważniejszy fragment brzmiał: "Ściągnąłeś pan na siebie niezadowolenie króla, podpisując się za ministrami rosyjskimi, co jest ujmą dla dostojeństwa Jego Królewskiej Mości; dopóki owa omyłka nie będzie naprawiona, król podpisanego przez pana traktatu ratyfikować nie może". Czyli wszystko rozbiło się o kwestie godnościowe, o to, że Williams podpisał się na owym dokumencie, jako ostatni, bo godziło w powagę i honor nie tylko samego króla Jerzego II, lecz całego Zjednoczonego Królestwa.
Williams zabiegał więc o kolejną audiencję u "Miłościwej Pani" carycy Elżbiety I, ale nie było to łatwe zadanie i zajęło mu to kilka następnych tygodni. Gdy już uzyskał audiencję, poprosił o zmianę owej "niekomfortowej" sytuacji, tak, aby nie godziła ona w dobre imię Jego Królewskiej Mości. Elżbieta zgodziła się dokonać poprawek na owym dokumencie, jednak gdy już wydawało się że nic nie może ponownie przeszkodzić w ratyfikacji owego sojuszu, nagle wszystko się odwróciło. Po pierwsze, angielski kurier, który wiózł tekst do Londynu, miał po drodze kilka podróżnych perypetii, które znacznie wydłużyły jego drogę, do tego stopnia, że dotarł do Anglii dopiero w kilka miesięcy po wyjeździe z Petersburga. Poza tym w samej rosyjskiej stolicy zaszły diametralne zmiany, a to wszystko za sprawą pewnego francuskiego agenta - kawalera d'Eon de Beaumont, działającego z rozkazu księcia Ludwika Franciszka Burbona-Conti, stojącego na czele tajnej francuskiej organizacji wywiadowczej - "Secret du Roi" ("Sekretu Króla"). Udało mu się bowiem (i to pomimo oficjalnego zakazu przebywania francuskich posłów i dyplomatów - oraz Francuzów w ogóle - na rosyjskim dworze), wejść nie tylko w pobliże samej cesarzowej Elżbiety, ale wprost do jej alkowy. Dokonał tego jednak nie jako mężczyzna, ale jako ... kobieta (przebrał się, aby zbliżyć się do cesarzowej i odwieść ją od pomysłów sojuszu z Wielką Brytanią). Pisałem już o tym w temacie: "Rzecz to niesłychana, pani zmienienia się z pana".
Zmiana nastawienia rosyjskiego dworu (który szybko wyczuwał nastroje swej władczyni), co do planów sojuszu rosyjsko-brytyjskiego, spowodowała że Williams (poddenerwowany całą tą sytuacją), poważnie się rozchorował. Jednocześnie rozstroił sobie bardzo nerwy, gdyż teraz często wybuchał gniewem, co wcześniej się nie zdarzało. Na przykład podczas jednej z uroczystych kolacji, jakie wyprawiał Williams w swym petersburskim domu, wśród gości nagle pojawił się temat przeznaczenia i Wolnej Woli i goście podzielili się na dwa obozy - tych którzy uważają że życiem ludzkim kieruje przeznaczenie, oraz tych, którzy twierdzili że to ludzie sami, poprzez soje działania tworzą warunki do zaistnienia szczęśliwych, bądź nieszczęśliwych sytuacji, jakie im się przydarzają. Tak się też złożyło, że Poniatowski był w obozie przeciwnym do tego, w którym znajdował się Williams, to bardzo rozwścieczyło Anglika, który w gniewie krzyknął w stronę młodego Polaka: "Nie mogę znieść tego, aby mi tak przeczono w moim własnym domu; proszę pana, abyś wyszedł, i oświadczam panu, że go nigdy w życiu nie chcę widzieć więcej". Po czym wstał i zamknął się w swoim pokoju na klucz. Przyjęcie było skończone, goście zaczęli opuszczać dom Williamsa, pozostał tylko Poniatowski. Jako szlachcic został publicznie upokorzony, więc honor wymagałby jakiejś formy zadośćuczynienia, ale z drugiej strony, Williams był jego dobroczyńcą i opiekunem, wziął go do swego domu, uczył sztuki dyplomacji, nie mógł więc otwarcie zażądać od niego satysfakcji. Udał się więc do swego pokoju na piętrze i stojąc przy balkonie, planował popełnić samobójstwo, skacząc w dół. Gdy zauważyła to służba, zawiadomiła Williamsa, który go od tej decyzji odwiódł. Między panami znów zapanowała zgoda.
Ponieważ zły stan zdrowia i rozstrojenie nerwów, wzięło się u Williamsa, gdy dowiedział się że Francuzi umieścili swego szpiega w alkowie cesarzowej, postanowił i on użyć podobnej sztuczki, dla korzyści własnego kraju. I właśnie Poniatowski, młody, przystojny mężczyzna o dość łagodnych rysach twarzy, był jego najlepszym pod tym względem kandydatem. Należało wkraść się w łaski cesarzowej, poprzez jej łóżko, tylko jak tego dokonać? Zresztą Poniatowski nie był przekonany co do tego zadania. Był młody, a tym bardziej będąc w Rosji nasłuchał się najróżniejszych opowieści, o tym na przykład jakim seksualnym ekstrawagancjom folgowała poprzednia caryca - Anna Iwanowna (panująca w latach 1730-1740), która rozkazała nawet wybudować w Petersburgu (1740 r.), prawdziwy lodowy pałac (długości 24 metrów oraz 10 metrów wysokości), przed wejściem do którego stali Murzyni o nagich torsach. Tam urządzała swoiste "przyjęcia" i zabawy, każąc swym damom dworu siedzieć na wyrzeźbionych z lodu sofach i kanapach, a gdy tylko któraś wstawała, by nie odmrozić sobie pupy, caryca kazała jej wypić winiaku. Tam też odbył się swoisty ślub jednej z jej dam dworu, a państwo młodzi mieli spędzić swą noc poślubną właśnie w lodowym pałacu, zupełnie nadzy (okryci jedynie skórami zwierząt, jako pościelą pod łóżko, wykonane z lodu, gdzie miano dopełnić "nocy poślubnej). Nazajutrz, potwornie wyziębieni, dostali wysokiej gorączki (a należy dodać że wszystko miało miejsce w okresie niezwykle mroźnej zimy).
Wejścia do alkowy cesarzowej pilnował jednak jej dawny kochanek, który teraz w jej imieniu współrządził Imperium Rosyjskim jako wicekanclerz i decydował kto może przestąpić próg jej sypialni (kandydatów odpowiednio dobierał tak, aby nie mogli zagrozić jego pozycji), a Williams nie miał z nim zbyt dobrych kontaktów. Wkrótce jednak młodemu stolnikowi litewskiemu wpadła w oko inna kobieta - 26-letnia wówczas wielka księżna Katarzyna Aleksiejewna, którą ujrzał podczas jednego z przyjęć na dworze. Dzięki protekcji hrabiego Naryszkina (przeciwnika politycznego Bestużewa), udało się Poniatowskiemu dotrzeć do prywatnej sypialni Katarzyny. Był oczarowany tym co wówczas ujrzał.
Postanowiłem założyć ten, dość dziwny na pierwszy rzut okaz temat, ponieważ zastanowiło mnie ile to razy w naszej wspólnej historii Polacy (i Litwini) zbrojnie podchodzili pod Moskwę, a ile razy Rosjanie dochodzili do Warszawy, Wilna i Krakowa. Aby nie okazać jednostronności i w pewien sposób wyrównać szanse (jeszcze nie policzyłem ile razy każde z owych państw, wzajemnie zajeżdżało pod swe stołeczne miasta, ponieważ pragnę to uczynić dopiero w tym temacie i tutaj je po kolei zliczyć), postanowiłem w tym rankingu umieścić aż trzy polsko-litewskie miasta, ponieważ według mnie zarówno Wilno jak i Kraków były w Rzeczpospolitej Obojga Narodów nie tylko historycznymi stolicami, ale również miastami-symbolami, może nawet ważniejszymi od Warszawy, która stolicą państwa polsko-litewskiego, stała się w 1596 r. ale dwór królewski oficjalnie się tam przeniósł dopiero w piętnaście lat później, czyli w 1611 r. Dlatego też (oraz aby w pewien sposób wyrównać szanse obu stronom), postanowiłem umieścić aż trzy miasta polsko-litewskie i tylko jedno, czyli Moskwę - rosyjskie.
ZACZYNAJMY WIĘC:
WYPRAWA OLGIERDA I KIEJSTUTA
NA MOSKWĘ
1368 r.
LITWA - ROSJA
1:0
1368 r. to bodajże pierwszy rok w historii, gdy wojska litewskie (jeszcze wówczas jedynie litewskie, gdyż do pierwszej unii z Królestwem Polskim dojdzie dopiero w Krewie w 1385 r.), pod wodzą wielkich książąt, braci - Olgierda i Kiejstuta, ruszyły w listopadzie tego roku na podbój Moskwy, stolicy niewielkiego wówczas Księstwa Moskiewskiego (miasto Moskwa zostało założone w 1147 r.). Wielkie Księstwo Litewskie po podbojach dokonanych w pierwszej połowie XIV wieku, przez Giedymina i jego synów (Olgierda i Kiejstuta), sięgały na wschodzie aż po Smoleńsk, Briańsk, Nowogród Siewierski i Korsuń na południu, zaś strefa wpływów Litwy obejmowała Twer, Rostów i Niżny Nowogród (daleko na północny-wschód od Moskwy). Księstwo Moskiewskie zaś, także się prężnie rozwijało, pod rządami swych władców - Siemiona (Szymona - panował w latach 1340-1353), jego brata Iwana II (1353-1359) i syna Iwana - Dymitra IV (1359-1389). Jednak ziemie opanowane wówczas przez Moskwę były dość niewielkie i można by rzec, że do śmierci Dymitra IV granice Księstwa Moskiewskiego praktycznie nie wyszły spoza przygranicznych ziem samej Moskwy.
Dymitr jednak prowadził politykę dość odważną i zdecydowanie dążył do usamodzielnienia się spod władzy chanów tatarskich ze Złotej Ordy, która wciąż wówczas (począwszy od wyprawy mongolskiej z lat 1237-1240), pozostawała pod zwierzchnią władzą tatarsko-mongolską. Chan był zwierzchnikiem ruskich książąt i to od jego woli zależało czy któryś z nich mógł dalej władać w swoim państwie (a raczej państewku, gdyż księstwa te zostały rozbite na poszczególne, mniejsze prawie że miasta-państwa). Każdy kolejny ruski kniaź, który chciałby objąć władzę w swoim mieście, musiał poprosić o zgodę chana Złotej Ordy tatarskiej, co oczywiście łączyło się z odpowiednio dużą daniną (czyli łapówką), która miała przyspieszyć zgodę. Gdy już ją uzyskał i zostawał księciem, musiał słuchać poleceń, płynących z Saraju (stolicy Złotej Ordy), zbierać coroczną daninę, wyznaczoną przez chana (tym zajmowali się specjalnie wysyłani na ruskie dwory książęce - baskakowie, specjalnie urzędnicy powoływani przez chana, których zadaniem było również pilnowanie podległości poszczególnych książąt i realizowania przez nich tatarskiej polityki w ruskich państwach). Jeśli danina była zbyt mała, lub książę spóźniał się z jej dostarczeniem, jarłyk książęcy, mógł zostać cofnięty, a taki książę natychmiastowo tracił władzę. Książęta ruscy nie realizowali polityki zgodnej z interesami własnego kraju/miasta, tylko taką, która podobała się chanowi - aby tylko utrzymać się przy władzy i uzyskać również dla swego potomka książęcy jarłyk.
Dymitr IV, choć oficjalnie pozostawał wiernym lennikiem Złotej Ordy, to jednak konsekwentnie dążył do uniezależnienia się od Tatarów. W 1367 r. (a więc na rok przez inwazją książąt litewskich), otoczył Moskwę po raz pierwszy w dziejach kamiennymi murami obronnymi. Jednocześnie wdał się w konflikt zbrojny z pozostałymi księstwami ruskimi (np. z Księstwem Połockim, Twerskim, Smoleńskim i Briańskim). W listopadzie 1368 r. ruszyła wielka litewsko-smoleńsko-briańsko-twerska wyprawa zbrojna na Moskwę Dymitra IV. Wojska sprzymierzonych wkraczając w granice Księstwa Moskiewskiego, zdobyły i spaliły grody Chołchl, Obolensk i Trotny, a następnie podeszły pod samą Moskwę, którą zdobyły, lecz książę Dymitr zamknął się z wojskiem na Kremlu, który umocnił i zamienił w prawdziwą twierdzę. Kolejne ataki podejmowane w celu zdobycia Kremla nie przynosiły żadnych rezultatów, dlatego też postanowiono zawrócić. W drodze powrotnej złupiono resztę zachodnich terenów Księstwa.
DRUGA WYPRAWA OLGIERDA
NA MOSKWĘ
1370 r.
LITWA - ROSJA
2:0
W początkach grudnia 1370 r. ponownie ruszyła litewsko-ruska (smoleńska), kampania przeciwko Moskwie. Tym razem prowadził ją sam wielki książę Olgierd (wspierany przez Światosława smoleńskiego, który zdobył grody: Protwę i Wereję). Dymitr IV postanowił zagrodzić drogę najeźdźcom nad rzeką Trosną, ale bitwa która tam miała miejsce, zakończyła się zwycięstwem wojsk litewsko-smoleńskich i ich marszem na Moskwę. Rozpoczęło się kilkudniowe oblężenie miasta, które jednak szybko zostało zwinięte, na skutek decyzji samego Olgierda, który obawiał się że niedotrzymania wierności przez oddziały smoleńskie, a to na skutek klątwy, jaką rzucił na Smoleńszczan metropolita moskiewski - Aleksy. Zawarto więc pospieszny pokój, który odpowiadał obu stronom - Litwini i Smoleńszczanie odstępowali spod Moskwy, a w zamian do Wielkiego Księstwa Litewskiego zostawały przyłączone niewielkie nadgraniczne grody, wcześniej opanowane przez Moskwę.
WYPRAWA WITOLDA NA MOSKWĘ
1408 r.
LITWA/POLSKA - ROSJA
3:0
Wyprawa z 1408 r. była pierwszą bodajże zbrojną wyprawą na miasto Moskwę, w której udział wzięło również rycerstwo polskie (5 000 jazdy pod wodzą marszałka koronnego - Zbigniewa z Brzezia, wysłane przez króla polskiego - Władysława II Jagiełłę, swemu przyrodniemu bratu, wielkiemu księciu litewskiemu - Witoldowi). Miejsce koncentracji wojsk, wyznaczono w Smoleńsku (Księstwo Smoleńskie). Moskwa w tym czasie była już bardzo osłabiona, bowiem w tym samym roku (w pierwszej jego połowie), na Moskwę wyruszył władca Złotej Ordy - emir Edygej (sprawował on realną władzę w państwie, w imieniu marionetkowego chana Pulada). Wyprawa Tatarów, była wyprawą karną, bowiem książę moskiewski Wasyl I (syn Dymitra IV, panujący w latach 1389-1425), ociągał się z zapłaceniem należnej daniny. Tatarzy zdobyli Kołomnę i spustoszyli Księstwo Moskiewskie, podchodząc pod samą Moskwę, ale nie przystąpili do jej oblegania ani też zdobywania, ponieważ przestraszony książę Iwan, natychmiast pospiesznie zebrał wśród swych poddanych należną daninę i wręczył ją Edygejowi, deklarując swą wierność oraz posłuszeństwo chanowi Złotej Ordy.
Tymczasem w obozie pod Smoleńskiem gromadziły się siły Witolda, który ściągał swych lenników i sojuszników ze wszystkich podległych wówczas Litwie krain. Wyprawa ruszyław drugiej połowie 1408 r. ale Litwini, Polacy i Rusini nigdzie nie napotkali żadnych sił moskiewskich, co pozwoliło im swobodnie pustoszyć tereny rzek Ugry i Oki. Książę moskiewski - Wasyl I, zdając sobie sprawę że nie będzie w stanie sprostać temu najazdowi, oraz że nie może już nawet zapłacić Witoldowi za odstąpienie od Moskwy (oddziały litewsko-polsko-ruski podeszły pod Moskwę we wrześniu 1408 r.), postanowił poprosić go aby odstąpił od oblężenia, oddając mu w zamian wszystkie ziemie moskiewskie zdobyte wcześniej, aż do rzeki Ugry. Poza tym książę Wasyl musiał się zrzec pretensji do Siewierza, księstwa briańskiego, księstw wierchowskich, Nowogrodu Wielkiego oraz Pskowa na korzyść Litwy i Polski (Nowogród został uznany za władztwo Litwy, zaś Psków Polski). I tak pozostało aż do 1426 r. gdy Psków podporządkował się Litwie (Witoldowi).
WIELKI KSIĄŻĘ LITEWSKI
WITOLD
WIELKA WYPRAWA WSCHODNIA
WITOLDA
1427 r.
MOSKWA UZNAJE
ZWIERZCHNICTWO LITWY
LITWA - ROSJA
4:0
Wyprawa z roku 1427 była największą bodajże w całej historii Litwy, jako państwa samodzielnego (nie zjednoczonego jeszcze z Koroną Polską). Jednak najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że ... nie było to wcale wyprawa zbrojna, a raczej triumfalny pochód Witolda po swych wschodnich terytoriach, która jednak zakończyła się ogromnym sukcesem, bowiem przerażony ową demonstracją siły i objazdem wschodnich ziem i księstw państwa litewskiego, książę moskiewski - Wasyl II (syn Wasyla I, panujący w latach 1425-1462), uznał się za ... lennika Wielkiego Księstwa Litewskiego, a Witolda za swego pana, protektora i suwerena. I to bez żadnych działań zbrojnych ze strony Witolda, który tym samym rozszerzył swe wpływy daleko na europejski wschód. Ród Giedymina rozrósł się tak bardzo i tak bardzo urósł w siłę, że kontrolował ogromne połacie ówczesnej Europy - Witold jako wielki książę litewski, był władcą nie tylko samej Litwy, Żmudzi, księstw Czernichowskiego, Kijowskiego, Mścisławskiego, Briańskiego, Starodubowskiego, Trubeckiego, Smoleńskiego, Wiazemskiego, Bialskiego, Możajskiego, Nowosilskiego, Kurskiego, Odojewskiego, Worotyńskiego, Rżewskiego, Twerskiego, ale również kontrolował Republikę Nowogrodu Wielkiego (czyli m.in.: tereny dzisiejszego Petersburga), Republikę Pskowską oraz od 1427 r. Księstwo Moskiewskie.
Jego kuzyn - Władysław II Jagiełło, zasiadał na tonie Królestwa Polskiego i kontrolował Księstwo Mazowieckie oraz Hospodarstwo Mołdawskie, a o mały włos (odmówił), zostałby kolejnym cesarzem rzymskim w Rzeszy (taka propozycja padła w 1412 r. po zwycięstwie Jagiełły i Witolda nad Zakonem Krzyżackim w bitwie pod Grunwaldem z 15 lipca 1410 r.). Prawdziwa jednak potęga dynastii Giedyminowiczów, rozpocznie się dopiero w następnym i jeszcze kolejnym pokoleniu, gdy do tych zdobyczy dojdą również Czechy, Węgry (z Siedmiogrodem, Słowacją, Transylwanią, Banatem, Chorwacją i Bośnią), a jeszcze potem kolejne tereny dzisiejszych państw Łotwy i Estonii.
"Nie można zaanektować ich państwa, bo trzeba byłoby się
dzielić z Prusami, Austrią, Turcją i Bóg wie jeszcze z kim. Po
drugie nie można tego zrobić od ręki, gdyż są to znakomici żołnierze, a
cały naród, gdy otwarcie zagrożony, przypomina wściekłego wilka w
nagonce. Zbyt dużo by to kosztowało. Należy więczdemoralizować ich do szpiku kości (...)
Rozłożyć ten naród od wewnątrz, zabić jego moralność (…)
Jeśli nie da się uczynić zeń trupa, należy przynajmniej sprawić, żeby
był jako chory ropiejący i gnijący w łożu (…), wszczepić zarazę, wywołać
wieczną anarchię i niezgodę (…), skłócić tak, aby się podzielili i
szarpali, ogłupić i zdeprawować, zniszczyć ducha, doprowadzić do
tego, by przestali wierzyć w cokolwiek oprócz mamony i pajdy chleba.
Przyjdzie czas gdy sami sprzedadzą swój kraj, sprzedadzą go jak najgorszą dziwkę"
CARYCA KATARZYNA II
w liście do swojego ambasadora w WARSZAWIE
NIKOŁAJA REPNINA
To jedynie fragment, dalej jest jeszcze ciekawiej, bowiem władczyni Rosji, caryca Katarzyna II nakreśla plan tego, co się stanie potem, gdy już ów plan wejdzie w życie: "Stworzymy tam nową oligarchię, która będzie okradać własny naród nie tylko z godności i siły, lecz po prostu ze wszystkiego, głosząc przy tym że wszystko co czyni, czyni dla dobra ojczyzny i obywateli (...) Polska zniknie w samych Polakach! Wtedy właśnie, gdy będzie wydawało się im, że mają wolność". Ten list pochodzi z 1767 r. a takowych było znacznie więcej, jak choćby ten, z 1763 r. napisany do rosyjskich dyplomatów w Warszawie już po śmierci (5 października) króla Polski - Augusta III Sasa, czyli w czasie bezkrólewia w Rzeczypospolitej i przygotowań do kolejnej wolnej elekcji nowego władcy:
"Bezkrólewie w Polsce i wybór nowego króla są wydarzeniami
najważniejszymi dla rzeczywistych interesów naszego imperium, dotyczy
integralności naszych granic i specjalnych korzyści, jakie są skutkiem
naszego bezpośredniego wpływu na system polityczny całej Europy. Powierzając wam wspólnie interesy naszego cesarstwa, chcielibyśmy, o ile
to jest możliwe, odsunąć się od biegu wydarzeń. Przechylając szalę
naszych relacji i spraw publicznych na naszą stronę, chcielibyśmy
wielkimi krokami przyspieszyć ich realizację. Postępujcie wzajemnie z
całą szczerością, pozostawcie na stronie swoje sprawy osobiste. To
jedyny środek, abyście dali nam nowy dowód, całej waszej gorliwości,
wierności i nieustannych starań w obronie naszych interesów. Są one
najważniejsze.
Tak więc spodobało się nam w tym piśmie wyrazić naszą opinię i nakreślić
obraz naszych zamierzeń, w miarę jak wymagać tego będą okoliczności.
Nie ignorujcie tego, że pomimo tak wielkiego i tak długiego wpływu Rosji
na rządy w Polsce, naszym poprzednikom nie udało się uzyskać od tej
republiki potwierdzenia tytułu cesarskiego. Należy więc teraz to
uzyskać, tak dla powagi naszej korony jak dla naszego własnego honoru.
Jest to tym ważniejsze, że wstępując na tron związaliśmy ten tytuł z
naszą koroną i naszymi krajami.
Poczytuję za najważniejszy tytuł do naszej chwały, uroczyste uznanie
księcia Kurlandii i Semigalii, i jego potwierdzenie we wszystkich jego
posiadłościach. Jego powrót na te księstwa związany jest z warunkami
zachowania praw i przywilejów Rzeczypospolitej, a przeto z gwarancją,
którą złożyliśmy. Ponadto bezpośredni interes naszego cesarstwa wymaga,
byśmy mieli w tych sąsiednich posiadłościach księcia, który nie miałby
żadnych bezpośrednich związków z królami Polski, by zobowiązany był
tylko wobec nas.
Zdajecie sobie sprawę, w jak małym stopniu przestrzegany i respektowany
jest traktat pokojowy z 1686, podpisany pomiędzy naszym imperium a
Polską i na jak wielkie trudności on nas wystawia. We wszystkich
diecezjach poddani polscy, wyznający naszą wiarę są z pogardą dla tego
traktatu prześladowani, a większość z nich została wcielona do rytu
grecko-unickiego. Ci, którzy pozostają na Białorusi ze swoimi cerkwiami i
klasztorami doświadczają przykrości ze strony tamtejszego kleru
rzymskokatolickiego i szlachty. Nasze granice od tej strony nie są zbyt
dobrze określone i wszystkie nasze protesty w tej sprawie do niczego nie
prowadzą. Kataster przeprowadzony po naszej stronie w 1753 wykazał, że Polacy
posiadają 988 wiorst kwadratowych naszego terytorium, to znaczy, że na
mocy traktatu i innych dowodów posiadają oni naszych poddanych.
Jedenaście wsi i wiosek położonych w okolicach Kijowa, których
delimitacja została odłożona na później, do czasu zawarcia pokoju,
znajdują się zamieszkałe przez naszych zbiegłych poddanych. Ci zbiedzy,
przyjęci i ochraniani przez Polskę, przekroczyli postanowienia traktatu
pokojowego, wyrządzają szkody i popełniają zbrodnie w krajach
graniczących z naszym cesarstwem.
Możemy tylko przypisać gwałty na naszych poddanych i naruszenia
integralności naszych granic, chwiejnemu systemowi politycznemu, który
istniał pomiędzy innymi państwami. Poprzedni król Polski, elektor
Saksonii brał w nim udział. Wydawało się, że nasza polityka powinna być
prowadzona dwutorowo, to znaczy, że należało mieć na względzie nasz
zrozumiały związek z Rzeczpospolitą Polską, i własne interesy króla
Polski, który z tytułem elektora Saksonii wiązał swoje interesy
dziedziczne z interesami tronu elekcyjnego. Byliśmy więc zmuszeni, do
wyrażania naszej przychylności dla króla Polski i odkładać nasze własne
interesy z Rzecząpospolitą do czasu przyszłych wypadków. To doświadczenie, potwierdzone przez wypadki, nasuwa nam następującą
maksymę polityczną, że Rosja łatwiej osiągnie swój cel gdy sama będzie
prowadziła swoje sprawy z Polską, bądź poprzez przyjacielskie
wystąpienia, bądź siłą. Do tych rozważań, które w szczególnie odnoszą się do naszego cesarstwa,
nasuwa się inne: jest w najlepszym interesie wszystkich państw
sąsiednich by wolna elekcja w Polsce nie zmieniła się w dziedziczną,
bowiem ta pierwsza nie będzie bardziej skora we wprowadzaniu reform,
szkodzących naszym interesom.
Od czasu ostatnich lat panowania Augusta II dobrze wiadomo, do czego
zdolny jest obcokrajowiec wybrany królem Polski, posiadający swoje
państwo dziedziczne i dochody. To, że niedawno zmarły August III,
niczego nie dokonał, wynikało z indolencji jego charakteru, z faktu, że
jego minister był niestały, rozrzutny i pochłonięty niskimi intrygami.
Jest także prawdą, że wydarzenia zawsze obracały się na jego szkodę. Z
drugiej strony zabrakło mu czasu, by dojść do jakiegoś dobrego wyniku.
Gdyby pozwolono na elekcję w jednej rodzinie, wkrótce przerodziła by się
ona w prawdziwie dziedziczną. Rzeczpospolita Polska nie posiada dość
sił wewnętrznych, by zdołała się oprzeć temu niebezpieczeństwu, lub
powstrzymać gwałty, które mogłyby być zadane jej prawom i konstytucjom.
Nie można jej porównywać z Rzeszą Niemiecką. W związku z tymi
rozważaniami, z powodu naszej pozycji i sąsiedztwa, powinniśmy zwracać
całą naszą uwagę, by teraźniejsza forma rządu polskiego pozostała w
zupełności nienaruszona, by nie zmieniło się prawo jednomyślności na
sejmach, by nigdy nie zwiększono liczebności sił zbrojnych,. Na tym
zasadza się fundament naszej polityki imperialnej, za pomocą czego
bezpośrednio oddziałujemy na politykę europejską.
Po zgłębieniu wszystkich motywów i nie wdając się we wszystkie
możliwości jest prawdopodobne i nieodzowne, że osadzimy na tronie
polskim przychylnego nam "Piasta", użytecznego dla naszych rzeczywistych
interesów, jednym słowem człowieka, który tylko nam zawdzięczać będzie
swoje wyniesienie. W osobie stolnika litewskiego hrabiego
Poniatowskiego, znajdujemy wszystkie warunki niezbędne dla naszej
przychylności i w konsekwencji postanowiliśmy wynieść go na tron polski. Panie hrabio Keyserling, działał pan z sukcesem dla naszych interesów,
pod egidą oddanych nam książąt Czartoryskich i ich stronników, w
interesie kandydata wystawionego przez rodzinę książęcą w razie śmierci
poprzedniego króla Polski. Zatem w przyszłości, niech pan punktualnie
wykona wszystko to, co zawierają nasze poprzednie instrukcje, w
szczególności nr 18 i 19, z 9 lutego bez numeru, z 23 kwietnia nr 73, z
10 września i wreszcie z 7 października numer 77. Dziś działać będziecie
wspólnie. Jednakże, by nasze intencje jeżeli to możliwe były jeszcze
bardziej precyzyjne, wykonają panowie, co następuje:
I. Jakkolwiek zarządziliśmy przygotowania wojenne i duża część
naszych wojsk jest gotowa przekroczyć granice na pierwsze wezwanie, to
niemniej jednak ważne jest, dla chwały naszej i imperium, by pokazać
całemu światu, że Rosja we wszystkich najważniejszych sprawach będzie
pertraktować i działać sama, bez niczyjej pomocy, że posiada ona
roztropność i znajomość prowadzenia polityki twarzą w twarz z innymi
państwami i że w razie potrzeby jej siły fizyczne są wystarczające by ją
skutecznie podeprzeć. Jednak z drugiej strony jesteśmy w oczywisty sposób skłonni do
umiłowania pokoju i ludzkości, chcielibyśmy, by elekcja naszego
kandydata przebiegła bez zgiełku, bez wojny domowej i z zagwarantowaniem
wszystkich prerogatyw, przywilejów i wolności Rzeczypospolitej Polskiej
i byśmy w ten sposób zrealizowali wszystkie nasze projekty. Jednak
gdyby, wbrew naszym przewidywaniom sprawy przyjęły inny obrót, jesteśmy
zdecydowani z niewzruszoną wytrwałością wysłać wszystkie wojska, jakie
Opatrzność nam powierzyła i na naszą korzyść zakończyć sprawy polskie. Z
tego powodu nakazujemy wam trzymać rękę nad wykonaniem poniższych
artykułów.
II. Niech panowie użyją wszystkich pieniędzy, jakie macie w
swoich rękach, wraz ze 100 000 rubli, zaciągniętymi na dom handlowy
Clifford syn i wspólnicy w Amsterdamie, w celu zwiększenia liczby
przywódców i stronników naszej partii. Nie chcemy wam przepisywać, komu,
kiedy i ile macie przelać z tych pieniędzy, wiemy bowiem, że sami
zrobicie z nich najlepszy użytek. Spuszczamy się w tym panie hrabio
Kayserling na pańską roztropność, wierność w naszej służbie i wreszcie
na doskonałą znajomość spraw tego państwa. Niemniej jednak zwracamy
pańską szczególną uwagę na sejmiki, by posłowie tam wybrani działali
całkowicie w naszym interesie. Jest więc ważne byśmy mieli tam swoich
aktywnych emisariuszy wyposażonych w pieniądze. Dołączamy więc ich
listę, dla każdego województwa, którą to listę hrabia Władysław Gurowski
dostarczył niedawno naszemu tajnemu radcy Paninowi. Zweryfikuje pan
skuteczność tego środka. Jednocześnie posłuży on panu do wyjaśnienia
postępowania hrabiego Gurowskiego wobec nas, potwierdzi jego szczerość
wobec nas, gdy obiecał on nam uroczyście wiernie służyć naszym
zapatrywaniom i zapewnił nas w sposób najbardziej stanowczy, że szybko
wykonując dokładnie wszystko to, co on zaleca będzie można w sposób
energiczny ocalić jego ojczyznę od niebezpieczeństw, które jej
zagrażają. Poza tym oświadczył, że śmierć króla Polski uwolniła go
kompletnie od zobowiązań, które zaciągnął wobec zmarłego króla i jego
rodziny.
III. W sposób stanowczy ogłosicie kandydatowi, nasze zamiary
osadzenia go na tronie, środki, których użyjemy do tego celu i co w
sposób szczególny powinno go przekonać do naszych zamiarów, to że jeśli
pieniądze, których użyjemy do osiągnięcia naszego celu zdadzą się na
nic, użyjemy wtedy wszystkich zasobów, jakie powierzyła nam Opatrzność.
To powinno go przekonać, bowiem sam nie miałby ani pretekstu, ani
środków, żeby to osiągnąć. Wszelako, jako, że nasze zamiary i środki,
wymagać będą wzrostu opodatkowania naszych wiernych poddanych,
powodowana naszym macierzyńskim sercem, uważamy, że mają prawo wymagać
od nas dla nich samych i swojej ojczyzny jakiejś rekompensaty ofiar
jakie dla składają. Wynika stąd, że honor i wdzięczność kandydata
powinny być poważnie brane pod uwagę, że nasz własny interes i poparcie
jakiego mu udzielamy, zostaną przez niego docenione, i że zawsze będzie
działał dla utrzymania pokoju i najściślejszych stosunków przyjaźni i
dobrego sąsiedztwa pomiędzy Rzecząpospolitą i naszym imperium.
W tym
celu, odpłacając się za nasze dobrodziejstwa, natychmiast po wyniesieniu
na tron, zakończy wszystkie spory tyczące się delimitacji granicy
pomiędzy naszym imperium i Polską, stosownie do
sprawiedliwości i naszej pełnej i całkowitej satysfakcji. Własnym
interesem, że w czasie trwania swoich rządów będzie miał na uwadze
interes naszego imperium jako swój własny, że będzie wypełniał nasze
słuszne zamiary, wbrew wszystkim okolicznościom, zachowując szczere
przywiązanie do naszej osoby. Nie zakładamy, że mógłby on odmówić tych
gwarancji, bowiem jako cnotliwy i szlachetny patriota, powinien on
przekonać się, że podnosząc go na tarczy ratujemy jego ojczyznę
wstrząsaną w swoich podstawach i chylącą się ku upadkowi. Uwalniamy w
ten sposób Polskę od prawa dziedziczności i wszystkich nadużyć, które
gnębiły jej wolność w czasie panowania książąt zagranicznych. Kandydat
powinien być skądinąd pewny, że z powodu tak wyraźnych dowodów naszej ku
niemu życzliwości, jego przeciwnicy, nie zechcą sami źle zinterpretować
naszych czystych i zbawiennych intencji.
IV. Uznajemy za więcej niż pewne, że hrabia Keyserling, książęta
Czartoryscy i wszyscy przywódcy naszego stronnictwa w tym kraju,
wiedzeni swoją roztropnością, przygotowali już wszystko, co tyczy się
zaproponowanego przez nas kandydata. Rozkazujemy zatem, by on i ci,
których zjednał zdali sobie sprawę, że ofiaruje się im nasze wsparcie i
naszą życzliwość, które ofiarujemy jednocześnie ich ojczyźnie. W
konsekwencji należy podjąć zdecydowane środki, niczego nie oszczędzając,
także w stronnictwie opozycyjnym, tak by pierwszy sejm uznał nam i
naszej koronie tytuł cesarski. By książę Kurlandii, przez nas
przywrócony został na nowo zatwierdzony. By sejm koronacyjny powołał
komisję nadzwyczajną, która wspólnie z naszymi komisarzami zajmie się
uznaniem i zwrotem ziem do nas należących, wydaniem dezerterów i
zbiegów, którzy uszli do Polski, która ustanowi bezgraniczną tolerancję
dla wyznających prawosławie, zajmie się zwrotem cerkwi, klasztorów i
ziemi, które niegdyś zostały im wydarte. Komisja ta podejmie niezbędne
środki by na przyszłość poprzez ekstradycję nie dopuścić do dezercji, w
ten sposób przez wprowadzenie ciężkich kar, kładąc kres rozbojom.
Łudzimy się, że mądrzy i dobrze myślący Polacy, przekonani do naszych
tak szczerych i tak otwartych intencji, postarają się teraz i w
niedalekiej przyszłości porzucić wszystkie przeszkody, jakie skłaniały
do psucia pokoju, dobrej harmonii, dobrego sąsiedztwa i przyjaznych
kontaktów pomiędzy poddanymi obydwu państw.
V. Nic wam nie zjedna naszej łaski bardziej, i nie przyniesie wam
chwały osobistej, jeśli doprowadzicie hrabio Keyserlingu i książę
Reninie do tego, by cała Rzeczpospolita zebrana na sejmie poprosiła o
naszą interwencję i uroczystą gwarancję praw podstawowych, konstytucji,
przywilejów i wolności Rzeczypospolitej, i by ta sama Rzeczpospolita w
innym akcie publicznym i urzędowym zaświadczyła uznanie przywrócenia
byłego księcia Kurlandii.
VI. Nie widzimy konieczności zalecać wam w osobnym piśmie,
środków, jakich macie użyć, by skłonić Polaków do naszych zamiarów. Wasz
własny sąd i zdolność zastąpią to, czego brakuje w niniejszych
instrukcjach. Znajdziecie sprzyjającą okazję z czym, jak i przez kogo
będzie dla was użyteczne pozyskać panów polskich, spuszczamy się w tym
na doskonałą znajomość rzeczy i ludzi i długie doświadczenie hrabiego
Kayserlinga.
VII. Powinniście też działać w tym kierunku, byście mogli poza
zwyczajnym adresem do nas skierowanym, uzyskać od prymasa jako
tamtejszej ważnej osobistości by poprosił on formalnie o naszą
protekcję, zachowanie prawa wolnej elekcji przyszłego króla i by
poprosił nas, byśmy nie pozwolili by ktokolwiek oprócz nas mógł tam
interweniować. Przez co zyskamy dogodny pretekst, by mieć wpływ na tak
ważną sprawę, i ku naszej radości będziemy mogli wybierać wszystkie
środki ku naszemu pożytkowi.
VIII. Wśród tak różnych i licznych czynności, niepodobna
przewidzieć wszystkie potrzeby i stawić czoło wszystkim wydarzeniom we
właściwym czasie i miejscu. Dlatego więc, wysyłamy wam 20 naszych
podpisów in blanco w różnej formie i wielkości. Powierzamy je
waszemu doświadczeniu i sprawdzonej wierności i że zrobicie z nich
użytek dla osiągnięcia celów wyłożonych powyżej. W naszym imieniu
wydajcie wszystkie noty, manifesty, rozporządzenia lub paszporty.
Zobowiązujemy was w sposób jak najbardziej wyraźny, by nasza godność i
nasze imię nie były wystawione na jakąkolwiek zniewagę.
IX. Widzimy, że ta ważna i doniosła sprawa jest trudna do
przeprowadzenia i zakończenia i że przyciągnie uwagę i zazdrość całej
Europy. Trudno nam także w tej chwili dokładnie określić środki które
wydadzą się wam niezbędne. Nie ograniczamy wam w zupełności wysokości
sum, jakie będziecie potrzebowali wydać, powierzając je waszemu honorowi
i uczciwości, jednakże ostrzeżcie nas o nadużyciach, gdy będzie to
konieczne, byśmy w porę mogli je wam wysłać bez zbytniej straty
dla naszego skarbca.
X. Jest prawdopodobne, że ludzie zawistni i zazdrośni wobec
naszych zamiarów, a przez to wrodzy wobec naszego stronnictwa w tym
kraju, będą chcieli pokrzyżować nasze zabiegi i działać na naszą szkodę.
Bez wątpienia dojdzie do tego, że nasi przeciwnicy zawiążą konfederację
i będą próbowali wybrać innego króla. Rozkazujemy wam więc stanowczo
gdy nasz kandydat zostanie wybrany i ogłoszony, byście w naszym imieniu
uroczyście go uznali wraz z wszystkimi waszymi polskimi przyjaciółmi.
Jeżeli jednak ktokolwiek ośmieliłby się przeciwstawić tej elekcji,
zmącić pokój publiczny Rzeczypospolitej, utworzyć konfederację przeciw
zgodnie z prawem wybranemu monarsze, wtedy bez żadnej uprzedniej
deklaracji, rozkażemy naszym wojskom uderzyć w tym samym czasie we
wszystkich punktach terytorium polskiego. Rozkażemy by uważać naszych
przeciwników jako rebeliantów i mącicieli i by zniszczyć ogniem i
mieczem ich dobra i włości. W tym wypadku porozumiemy się z królem Prus,
a wy ze swojej strony z jego ministrem rezydującym w Warszawie.
XI. Jeśli nieprzewidzianie wszystkie tak liczne i dobrze
zorganizowane środki zaradcze nie powiodą się, i gdy nie będziemy mogli
się obejść bez interwencji zbrojnej i będziemy zmuszeni do ustanowienia i
utrzymania siłą króla z naszego wyboru, gdy powyższe środki zostaną
zaniechane, wtedy nie złożymy broni, dopóki całe Inflanty polskie nie
zostaną odłączone i wcielone do naszego imperium. Zapoznając was
wcześniej z tym postanowieniem, zalecamy wam w najwyższym stopniu
zachowanie tajemnicy, bowiem uciekniemy się do tego środka, tylko wtedy
gdy inne wydadzą się niewystarczające.
XII. Zdajecie sobie sprawę jak nikłe są przychody króla
polskiego, według dawnego wykazu i że nie ma on własnych. Nasz interes
wymaga więc, byście użyli całego waszego kredytu, by zasilić jego
szkatułę prywatną dla utrzymania świetności królestwa. Po ten środek nie
należy sięgać w wypadku zabiegania o pomoc zagraniczną.
XIII. Na koniec, nie powinniśmy podejrzewać, że człowiek tak
szlachetnie myślący jak nasz kandydat dał posłuch radom przeszkadzającym
w przyjęciu korony, niemniej zdajemy sobie zdecydowanie sprawę, że nasi
przeciwnicy tak w Polsce jak za granicą, użyją w tym celu wszelkich
energicznych środków i nie oszczędzą niczego by do tego doprowadzić.
Zalecamy wam pilnować tego z całą możliwą czujnością, i zapewnić naszego
kandydata, że odkąd będzie pod naszą opieką i protekcją nikomu nie uda
się wydrzeć mu korony.
XIV. Wydając dla was obu niniejsze instrukcje, powierzając
waszemu doświadczeniu wszystkie środki, jakie uznacie za użyteczne do
podjęcia, nie pozostaje nam nic innego jak tylko czekać na realizację
naszych zamiarów. Ani przez chwilę nie wątpimy, znając dobrze wasz zapał
i wierność, że hrabia Keyserling w tym celu użyje swoich wypróbowanych
talentów, a książę Repnin , idąc w ślady pierwszego ujawni swoje. W ten
sposób zjednoczeni, nie zaniedbujcie codziennie niczego by więcej
zasłużyć się na naszą cesarską łaskę.
Katarzyna"
MAPA RZECZPOSPOLITEJ OBOJGA NARODÓW
XVIII wiek
Przełom XVII i XVIII stulecia to w Rzeczypospolitej okres czasów
saskich. Panowanie saskiej dynastii Wettynów, doprowadziło państwo do
katastrofy w praktycznie każdej dziedzinie. Ogromny wzrost władzy i
pozycji magnaterii, która już od końca XVII stulecia zyskiwała coraz
większą pozycję w Rzeczypospolitej kosztem drobnej szlachty, ale także,
a może przede wszystkim kosztem króla. Monarcha stawał się coraz
bardziej zakładnikiem magnatów, bowiem to od ich decyzji zależał kształt
polityki państwa. Władcy więc, chcąc pozyskać sobie przychylność
magnaterii, na coraz większą skalę stosowali rozdawnictwo urzędów i
dóbr. Doszło do tego iż wielkie rody skumulowały w swych rękach ogromne
połacie ziemskie i zaczęły tworzyć z nich sobie tylko podległe
państewka, z własną armią i polityką (również polityką zagraniczną, niekiedy
nawet sprzeczną z polityką państwa). Stwarzało to doskonałą wręcz sytuację
do ingerencji obcych dworów w wewnętrzne sprawy wciąż jeszcze
rozległego, choć już praktycznie bezbronnego państwa. Dochodziło
nawet do tak absurdalnych sytuacji, w których król, chcąc przywołać do
porządku własnych poddanych, musiał zwracać się o poparcie do
ambasadorów obcych mocarstw.
Wielkie rody magnackie uzależniały od siebie mniejszą szlachtę, tak że na sejmach, a nawet sejmikach ziemskich, byli oni jedynie
wyrazicielami woli swych magnackich patronów. Stworzyło to sytuację w
której magnaci będąc sami opłacani przez obce dwory, utrzymywali w
szachu (za pomocą pieniędzy i protekcji), praktycznie całą szlachtę w
Rzeczypospolitej. Także jakiekolwiek próby naprawy tego chorego systemu
uzależnień, szybko były tłumione na sejmach i sejmikach, poprzez donośne
- "veto", wykrzyczane przez jednego z członków szlacheckiej
braci, która straciła już jakąkolwiek rolę w polityce, a stała się
jedynie czymś w rodzaju kukiełki pociąganej za sznurki. Oczywiście winnym temu był praktycznie całkowity upadek systemu
sądownictwa oraz oświaty.
Taki szlachcic, doznawszy szkody od jednego z
"panów braci", nie widział innej drogi naprawienia szkody, jak właśnie zwrócenie
się z protekcją do jednego z wielkich rodów magnackich. Ci oczywiście
bardzo chętnie pomagali, lecz w zamian żądali odwzajemnienia się podczas
obrad sejmowych. Oczywiście dodatkowo hojnie opłacali jeszcze ów trud
owego szlachciury. Upadek oświaty zaś dobitnie wyrażał się w powszechnym
wręcz przekonaniu iż: "słabość państwa jest najlepszą gwarancją jego bezpieczeństwa, bowiem słabego nikt się nie boi więc nie będzie go też napadał".
Przyszłość pokazała że wcale nie trzeba było napadać na Rzeczpospolitą
by ją "rozebrać". Do walki doszło dopiero wówczas gdy Polak przejrzał
wreszcie na oczy, widząc że wrogowie są już praktycznie w jego domu, i
to nie w "przedpokoju", lecz zwalają się z buciorami do "salonu".
Szlachtę jednak mało obchodziła kwestia braku stałej, silnej armii,
uzależnienie państwa od obcych dworów, nawet fakt iż rosyjski ambasador
przechodząc obok polskiego króla (Stanisława Augusta Poniatowskiego), a
mając do niego jakąś sprawę ... po prostu przywoływał go gwizdem niczym
psa. Zaś w polskim sejmie wisiał w najbardziej eksponowanym miejscu -
portret carycy Katarzyny II. Jedyne czego "brać szlachecka" się obawiała
to reform i ataku na swą "złotą wolność" i swe uprawnienia, których
"obrońcami" stawali się obcy monarchowie ościennych krajów.
Powoli jednak sytuacja zarówno w oświacie jak i w gospodarce, dzięki
ludziom którzy w porę zaczęli zauważać niekorzystne tendencje trawiące
Rzeczpospolitą, zaczęła się zmieniać. W tym okresie wykrystalizowały się
dwa wielkie rody i jednocześnie dwa stronnictwa polityczne w
Rzeczypospolitej - Potoccy i Czartoryscy. Czartoryscy w czasach
panowania Augusta III Sasa, uchodzili za stronnictwo dworskie, Potoccy
ze swym stronnictwem o tendencjach republikańskich, byli
najskuteczniejszymi w przyjmowaniu łask obcych dworów (Prusy, Francja,
Turcja, Szwecja). Jednak z chwilą mianowania na stanowisko marszałka
nadwornego koronnego, popieranego przez Henryka von Brühla (pierwszego
ministra rządu Saksonii), Jerzego Mniszcha - w 1757 r. Czartoryscy
utracili swoją pozycję na dworze królewskim i przeszli do opozycji, zaś
wpływy w państwie zaczęli zdobywać popierani przez Mniszcha - Potoccy.
Warszawa stała się miastem prowincjonalnym, gdyż dwór królewski doby
Sasów, przebywał w Dreźnie. August III przeniósł się wraz z dworem z
powrotem do Warszawy dopiero w 1756, gdy pruska armia Fryderyka II
Wielkiego, wtargnęła do Saksonii. Rzeczpospolita ogłosiła wówczas
neutralność, która w rzeczywistości niewiele obchodziła obce mocarstwa,
szczególnie zaś Rosję i Prusy. Kraj jednak powoli wychodził z marazmu
czasów saskich. 5 października 1763 r. zmarł w Dreźnie ostatni król z
saskiej dynastii Wettynów - August III, w wieku 67 lat. Panująca w Cesarstwie Rosyjskim od 17 lipca 1762 r. 34-letnia Katarzyna
II, wymyśliła sobie że zainstaluje na polskim tronie kogoś, kogo mogłaby
kontrolować. Wybór padł na jej dawnego kochanka, stolnika litewskiego -
Stanisława Augusta Poniatowskiego. Poniatowski był siostrzeńcem
przywódców stronnictwa Czartoryskich (Familia), Michała i Augusta.
Czartoryscy więc oficjalnie oparli się od teraz na rosyjskiej protekcji,
mieli jednak zamiar przede wszystkim zreformować skostniały ustrój słabego państwa.
W latach 1760-1763, ukazywały się kolejne tomy dzieła Stanisława Konarskiego (będącego na usługach Familii), zatytułowanego: "O skutecznym rad sposobie".
W dziele tym Konarski postulował zlikwidowanie liberum veto i
przekształcenie polskiego systemu politycznego na model brytyjskiego
parlamentaryzmu, opartego na głosowaniu większościowym, nie zaś na
zasadzie jednomyślności. Czartoryscy zamierzali (opierając się na
Rosji), przeprowadzić gruntowną reformę systemu polityczno-ustrojowego
Rzeczypospolitej, napotkali jednak na swej drodze silny opór. Przeciw
Familii opowiedzieli się bowiem nie tylko Potoccy, lecz także Braniccy i
Radziwiłłowie, oraz stronnictwo saskie, czyli Jerzy Mniszech i jego
kamaryla. Początek roku 1763, przyniósł wręcz zapowiedź wybuchu w
Rzeczypospolitej wojny domowej. Tzw.: "republikanci" dysponowali o wiele
większą siła militarną, niźli Familia. Do ich dyspozycji była bowiem
armia koronna pod wodzą hetmana wielkiego koronnego Jana Klemensa
Branickiego i prywatne poczty magnackie. Do wojny jednak nie doszło, a
powodem była śmierć Augusta III Sasa i przygotowania do kolejnej wolnej
elekcji.
Republikanci opowiedzieli się za kandydaturą Fryderyka Krystiana syna
Augusta III, kolejnego z Sasów. Ci mieli za sobą poparcie dużej części
szlachty i państw południowych (Austria, Turcja). Familia obstawała
oczywiście za swoim kandydatem Stanisławem Augustem i opierała się na
rosyjskim protektoracie. Sytuacja republikantów skomplikowała się jednak
po 17 grudnia 1763 r. i śmierci Fryderyka Krystiana w wieku 41 lat.
Teraz do kandydatury o polski tron stanęło aż dwóch rywalizujących ze
sobą młodszych synów Augusta III - Ksawery i Karol. Turcja, widząc co
się dzieje, szybko wycofała swe poparcie dla Wettynów, Austrię zaś
politycznie szachował w tej kwestii dwór berliński. Rosja miała więc
wolną rękę.
11 kwietnia 1764 r. w tajnej konwencji rosyjsko-pruskiej, Fryderyk II
Wielki, uzgodnił z carycą Katarzyną II wybór na tron Rzeczypospolitej
Stanisława Augusta Poniatowskiego. Sprawa była więc przesądzona. Tego
też dnia do Polski wkroczyło kilkanaście tysięcy wojsk rosyjskich, które
miały za zadanie "zabezpieczenie" wyboru faworyta Familii. Wojska te
otoczyły Warszawę. 13 kwietnia, hetman wielki koronny Jan Klemens
Branicki, zażądał od prymasa Polski (który pełnił wówczas obowiązki
króla, jako interrex w czasie bezkrólewia), Teodora Potockiego -
zwołanie pospolitego ruszenia, oraz posłanie listów na dwór wiedeński,
stambulski i paryski, z prośbą o pomoc militarną. Prymas odrzucił jednak
owe żądanie (zapewne zdawał sobie sprawę iż na niewiele się to zda), a sama Rzeczpospolita w owym czasie była już jedynie cieniem swej dawnej wielkości - nie była bowiem w stanie nie tylko sama decydować o własnej polityce zagranicznej, ale nawet nie mogła przeszkodzić obcym armiom w przekraczaniu przez nich swego terytorium, dlatego też ktokolwiek chciał, mógł sobie tutaj wejść i wziąć co mu odpowiadało. Rzeczpospolita stawała się kolosem na glinianych nogach, a wszystko przez sprzedajnych polityków, którzy powodzenie swoje i swojej rodziny, widzieli w reprezentowaniu interesów obcych (głównie sąsiednich) potęg.
"NIE BŁAGAJCIE GO - TO ZDRAJCA!"
BODAJ SKONAŁ W ROZPACZY
BODAJ RÓD TWÓJ WYGASŁ
BODAJ DIABEŁ DUSZĘ Z CIEBIE WYWLÓKŁ
ZDRAJCO - ZDRAJCO - PO TRZYKROĆ ZDRAJCO!"
"Magnateria do gruntu zdeprawowana,
skorumpowana i wyzbyta patriotyzmu, jej wychowanie i obyczaje tłumią w
niej wszelką iskrę cnót obywatelskich" - jak pisał swego czasu brytyjski dyplomata - Nathaniel William Wraxall. zaś Aleksander Bruckner dodawał: "Zdradzają Ojczyznę tak jak ich córki mężów!", bo panie też brały udział w tym procederze zdradzania Ojczyzny, bowiem nadmiar dobrobytu i pławienie się w luksusach, spowodowało że zarówno magnateria jak i w dużej mierze szlachta, utraciły poczucie obywatelskości, nie mówiąc już o jakiejkolwiek dozie patriotyzmu (no chyba że za ich patriotyzm uznamy patriotyzm stanowy - to tak, byli gotowi nawet zniszczyć kraj i poddać go w niewolę, aby tylko utrzymać swoje stanowe przywileje i prawa). Oni wszyscy zdradzali Ojczyznę nawet nie dla pieniędzy (fortuny niektórych magnatów często dorównywały skarbcom niejednemu z ówcześnie istniejących państw), nawet nie dla kariery (choć często deklarowali że jest inaczej), ale z powodu ... nudy. Tak, właśnie nudy. Dochodziło do tego że nawet rosyjscy, pruscy, austriaccy czy francuscy posłowie, płacący polskim magnatom za wsparcie ich polityki na sejmach, na pytanie dlaczego tak chętnie zdradzają własny kraj, słyszeli: "Bo i tak nie mam nic lepszego do roboty". Kobiety wcale też nie były lepsze od mężczyzn, jak pisał Waldemar Łysiak:
"Te księżniczki w jasnopapuzich
robach, białonóżki w pończoszkach z przeźroczystej pokrzywki, z
fryzurami piętrzącymi się jak morskie bałwany, wśród których wczepione w
splot włosów okręciki ze złota i korali kunsztownie cyzelowane, te
wieczne dziewice po stu kogutach, okładające twarz cielęciną dla
regeneracji i nie rozstające się z grattoire (grabkami do wyczesywania z
koafiur robactwa) wyrabianymi za złota, kości słoniowej i drogich
kamieni, te modlące się co niedzielę pobożnisie, które płacą
naszyjnikami z pereł za stragan pomarańczy (po perle za owoc), choć nie
muszą, ale taki mają gest (jak pani Kossakowska, która sypia z
pacyfikującym Polskę generałem Kreczetnikowem), a nie wezmą do ust
herbaty jeżeli nie zagotowano jej na węgielkach sprowadzonych z Londynu,
gdy plebs żre chleb z kory i żywi się tłuszczem skapującym ze świec
podczas pańskich iluminacji (zbyt wiele mąki idzie na puder, by prostak
mógł marzyć o codziennym chlebie) — czymże uniewinnią swoją zdradę, bo
ptasiej etyki i motylej moralności nie muszą. Zapewne "nie było nic
lepszego do roboty", a że robili to prawie wszyscy ... To już zbiorowa
psychoza".
"Gangrena korupcji, jakiej ulegały
polska magnateria i szlachta, była solą tego samobójczego marszu.
Oczywiście podatność na przekupstwo nie stanowiła nadwiślańskiej
specialite de la maison, a jednak między resztą świata a Polską istniała
zasadnicza różnica, ponieważ w Polsce wszystkie działania społeczne,
religijne, ekonomiczne, kulturowe i polityczne (tak w sprawach
wewnętrznych, jak i zewnętrznych) musiały zostać zadekretowane przez
sejm. Dlatego, o ile przekupstwo gdzie indziej prowadziło co najwyżej do
sensacji polityczno-kryminalnej i szybko zamieniało się w salonową
anegdotę, o tyle jedynie i wyłącznie w Polsce stawało się
tragedią-katastrofą, bo tylko w Polsce wróg kupieniem odpowiedniej
liczby posłów mógł narzucić Polakom co chciał, a kupieniem jednego
jedynego posła, "parfilowca" lub "leminga", mógł zniweczyć reformę
upragnioną przez uczciwych obywateli i zmierzającą do uratowania narodu i
państwowości. Wystarczyło, że zdrajca krzyknął z ławy poselskiej:
Liberum veto! ("Wolne nie zezwalam!" - wymuszone przez szlachtę prawo
protestu, bez uzasadnienia, przeciwko jednej z uchwał danego sejmu;
protest taki automatycznie zrywał sejm i unieważniał wszystkie jego
uchwały!). Z prawa liberum veto szlachetkowie korzystali tak często, że w
ciągu trzydziestu lat panowania króla Augusta III Sasa zerwane zostały
wszystkie sejmy!"
"PODCZAS KRYZYSÓW - POWTARZAM - STRZEŻCIE SIĘ AGENTUR. IDŹCIE SWOJĄ DROGĄ, SŁUŻĄC JEDYNIE POLSCE, MIŁUJĄC TYLKO POLSKĘ I NIENAWIDZĄC TYCH CO SŁUŻĄ OBCYM"
MARSZAŁEK JÓZEF PIŁSUDSKI
Ale na razie odłóżmy te zagadnienia i przejdźmy do samej osoby rosyjskiego kandydata do polskiej korony - Stanisława Augusta Poniatowskiego, swoistego króla-ciołka, który wszystko co uzyskał, zawdzięczał swej protektorce a wcześniej kochance - carycy Wszech-Rusi Katarzyny II.
"BRACIA ROSJANIE! MY POLACY (...) BRAĆMI WAS NAZYWAMY, BOŚCIE JEDNEGO Z NAMI SŁOWIAŃSKIEGO SZCZEPU; BOŚCIE BRACIA NASZYCH BRACI RUSINÓW"
JOACHIM LELEWEL
1831 r.
"Polska do Bugu?" - toż to jakieś novum, zupełnie nieznane naszym dziejom. I nie dlatego że Polska "zawsze" sięgała po bezkresne tereny na wschód od tej rzeki, ale dlatego że dzieje nasze to okresy istnienia i upadku naszych wpływów, kultury i znaczenia na tych terenach i to począwszy od najdawniejszych czasów. Zauważmy jak dziś bardzo zakłamana jest chociażby historia (która notabene jest przedłużeniem polityki danego państwa). Poszczególne narody, które w trakcje jakichś wewnętrznych lub zewnętrznych przemian politycznych, militarnych lub społecznych, wyrosły na duże i silne organizmy państwowe, prócz silnej armii, floty, przemysłu i ekspansji gospodarczej, potrzebowały również mitu państwowotwórczego. Bez pojawienia się tego mitu, trudno wyobrazić sobie bowiem solidne fundamenty dalszej mocarstwowości w przyszłości, gdyż trudno buduje się dom na piasku, zdając sobie jednocześnie sprawę że bez solidnych i pewnych fundamentów w każdej chwili może on nam się zawalić. W historii Europy, a nawet Świata istniały (i nadal istnieją) dwa wielkie i silne państwa, które bardzo potrzebowały mitu państwowotwórczego, będącego przedłużeniem ich późniejszej polityki i znaczenia. Pierwszym z tych państw są Niemcy.
Niemcy - jako państwo powstały dopiero w drugiej połowie XIX wieku, jednoczone przez Otto von Bismarcka "krwią i żelazem", a zwycięskie wojny, jakie toczyły niemieckie państewka (pod przewodnictwem Prus), z Danią (1864 r.), Austrią (1866 r.) i Francją (1870-1871 r.), spowodowały zespolenie się tych (często bardzo się od siebie różniących) królestw, księstw i wolnych miast cesarskich w jeden, rządzony z Berlina, organizm państwowy. Po zjednoczeniu militarnym, politycznym ("Wniosek indemnizacyjny" - 1866 r. pruski sejm uznaje legalność pozakonstytucyjnego rządu Bismarcka) i gospodarczym (Niemiecki Związek Celny - 1834 r.), przychodzi czas na podjęcie się zadania zjednoczenia narodowego, a to musi mieć swoje oparcie w historii. W drugiej połowie XIX wieku powstają więc, wyciągnięci na siłę przez niemieckich historyków - Germanie, starożytny teutoński lud, który daje początek współczesnym Niemcom. Mamy więc legendę, która zostaje powielona w nieskończoną ilość razy, tak aby wbić ją do głów niemieckiego narodu i wyrobić w nich przekonanie że naprawdę współcześni Niemcy pochodzą od starożytnych Germanów. To był proces stopniowy, ale niezwykle silny, o czym świadczy fakt, że i dziś wielu historyków wciąż powiela ten sam mit, choć mają oni do dyspozycji współczesne badania naukowe i możliwości porównania DNA tamtejszych ludów Europy za Renem i Dunajem z dzisiejszymi Niemcami. Jako ciekawostkę powiem, że na polach jednej z największych (a być może w ogóle największej) bitwy starożytności, czyli Bitwy w Dolinie Dołęży, leżącej na wschodnich terenach dzisiejszych Niemiec, z ok. 1250 r. p.n.e. naukowcy którzy badają ten teren, do dziś nie znaleźli ŻADNEGO dowodu istnienia starożytnej ludności typu germańskiego, o jakim w swych mitach państwowotwórczych opowiadali niemieccy XIX-wieczni historycy. Pisałem już o tej sprawie, teraz tylko nadmienię że po dokonaniu badań genetycznych na odkopanych kościach poległych wojowników, okazuje się że typ ludności, jaka wówczas stanęła do tego starcia (po obu stronach), był taki sam jak mieszkańców dzisiejszej Polski - i tyle w temacie niemieckich "mitów założycielskich".
Drugim narodem, który również dla potrzeb zjednoczenia wymyślił sobie swe dawne, starożytne pochodzenie są ... Żydzi. Tak, Żydzi! Dzisiejsi Żydzi bowiem pod względem genetycznym nie mają ZUPEŁNIE nic wspólnego z Żydami z czasów starożytnych. Dzisiejsi Żydzi to w dużej mierze Chazarowie (lud pochodzenia tureckiego), oraz inne ludy (nawet afrykańskie), które w przeciągu minionych wieków nawróciły się na Judaizm. Historia Żydów ciekawie została opowiedziana przez profesora historii z Uniwersytetu w Tell Awiwie - Szlomo Sandema w książce Piotra Zychowicza pt.: "Żydzi. Opowieści niepoprawne politycznie", gdzie profesor Sandem odpowiada na pytania: "Kto wymyślił naród żydowski?" i pada odpowiedź: "Żydowscy historycy żyjący w Niemczech w drugiej połowie XIX wieku (...) Wzorowali się na nacjonalistach państw europejskich, głównie Niemcach, i w taki sposób powstał syjonizm, a wraz z nim naród żydowski", "Jak to "powstał?" , "Powstał, bo wcześniej nie istniał", "Przecież Żydzi mieszkali w Europie od dwóch tysięcy lat. Odkąd zostali wygnani przez Rzymian z Palestyny" , "Nic takiego się nie stało. To mit ...", "Ale przecież to fakt powszechnie znany", "Oczywiście że powszechnie znany. O wypędzeniu napisano w deklaracji niepodległości Izraela z 1948 r. a nawet na naszych banknotach (...) Nawet ja - zawodowy historyk od kilkudziesięciu lat - bezkrytycznie w to wierzyłem. Dopóki dziesięć lat temu nie postanowiłem zbadać tego problemu", "Co pan odkrył?", "Ku mojemu zdumieniu okazało się, że nie ma ani jednej książki naukowej na temat wypędzenia Żydów z Palestyny. Wyobraża pan to sobie? Jedno z najważniejszych wydarzeń w historii narodu, a nikt nie napisał na ten temat opracowania historycznego?" , "To jeszcze nie dowód, że to nieprawda" , "Bądźmy poważni. Mamy do czynienia z wielką mistyfikacją. Mit o wypędzeniu Żydów to wytwór chrześcijańskiej propagandy z IV wieku. Miała to być kara za zabicie Syna Bożego. Właśnie do tego mitu nawiązali syjoniści w XIX wieku. Aby zbudować naród, trzeba było spreparować jego pamięć", "Ale to jest prawda - w Europie, Afryce i w Azji istniały i wciąż istnieją skupiska Żydów", "Tak, ale tworzący je ludzie nie są wcale potomkami Żydów wypędzonych z Palestyny. Mało tego, w sensie etnicznym wcale nie są Żydami. To przedstawiciele rozmaitych innych ludów i narodów, których przodkowie przed wiekami nawrócili się na religię judaistyczną. Żydzi znaleźli się na całym świecie nie dzięki jakiejś mitycznej wędrówce ludów, tylko dzięki masowemu nawracaniu!"
Ktoś powie - jeśli nie istnieli Germanie a dzisiejsi Żydzi to zupełnie inni ludzie niż ci ze Starożytności, to skąd w ogóle taka teoria że plemię Lechitów/Polaków wcześniej przed epoką naszych historycznych władców, panowało na Wschodzie? Skąd w ogóle takie przypuszczenie? Odpowiadam więc na tak postawione pytanie - po pierwsze genetyka, po drugie najstarsze przekazy źródłowe, a po trzecie ... po prostu wiedza historyczna. Zauważmy, dziś nikt w ogóle nie przeczy temu, że plemiona zachodniosłowiańskie mieszkały na Wschodzie, na terenach na których potem narodziła się Ruś Kijowska. Jakie to plemiona? Lechickie plemiona południowe, mieszkające za rzeką Bug to: Lędzianie (zwani również Czerwienianami), Bełżanie, oraz Biali Chorwaci, natomiast lechickie plemiona, mające swe siedziby daleko na Wschodzie (znacznie dalej niż tzw.: plemiona wschodniosłowiańskie), to Radymicze (tereny dzisiejszego Smoleńska aż po Dniepr), Wiatycze (ich siedziby leżały na wschód od rzek Oka i Don), oraz oczywiście ... Polanie, którzy założyli miasta/grody Kijów i Perejesław, będący cześcią plemienia tych samych Polan znad Warty, którzy dali początek Polsce. Skąd oni wszyscy się tam wzięli? A skąd w Afganistanie, Pakistanie, Indiach i Iranie wzięli się jasnowłosi blondyni o niebieskich oczach (żyjący tam po dziś dzień), jak gdyby wyjęci wprost z terenów dzisiejszych Kujaw czy Małopolski? Coraz więcej historyków (w tym rosyjskich), zaczyna twierdzić że na ziemie dzisiejszej Rosji Słowianie nie przyszli ze Wschodu lecz z ... Zachodu, z ziem dzisiejszej Polski. Genetyka jest tutaj nieodzownym elementem pomocnym w owych badaniach i potrafiącym natychmiast wykluczyć wszelkie późniejsze narodowe mity.
Ja w tym temacie nie chcę się cofać zbyt daleko, a to z tego względu że zmusiłoby mnie to do zbytniego wydłużenia tematu, zresztą o pochodzeniu i zajmowanych terenach przez starożytne słowiańskie Imperium Lechickie/Polskie, piszę w innych tematach, teraz zaś pragnąłbym rozpocząć od najbliższych nam historycznie lechicko-polskich władców. Zacznijmy więc od upadku dynastii Popielidów w 840 r. i obaleniu ostatniego władcy Imperium Lechickiego z tej dynastii - Popiela II zwanego Zbrodniarzem. Był on członkiem chwalebnego i walecznego rodu, który zapoczątkował jego pradziad - król Lech VIII w (ok.) 780 r. Za panowania tej dynastii władającej z Krakowa i Gniezna) wschodnie tereny Imperium Lechickiego sięgały aż po rzekę Don (należy pamiętać jednak że Imperium Lechickie było federacją wolnych plemion, które zjednoczyły się dla wspólnego dobra w większy związek polityczny, a każdym plemieniem władał lokalny książę)., a poszczególni władcy brali sobie za żony kobiety z różnych słowiańskich ludów, w tym z tych na wschodzie ich Imperium (Lech IX Waleczny i jego syn Popiel I, mieli według kronik Bogufała i Wielkopolskiej - ogromne haremy). Podobnie było z ostatnim przedstawicielem tej dynastii - Popielem II, który miał żony pochodzące z trzech słowiańskich plemion - Czeszkę, Rusinkę, Saksonkę i Lechitkę/Polkę, z których najważniejszą wkrótce stała się Saksonka. To właśnie ona namówiła Popiela do otrucia na uczcie jego dwudziestu krewnych (władających poszczególnymi dzielnicami ogromnego, ciągnącego się już wówczas od Łaby na Zachodzie, po Don na Wschodzie - Imperium). Zbrodnia ta, była tak potworna że wkrótce wybuchł ogólny bunt ludności przeciwko samowoli i zbrodniom Popiela. Utraciwszy poparcie wojska, króla ze swą małżonką, dwoma synami i córką uciekł z Gniezna do Kruszwicy, gdzie zostali oni zabici przez rozwścieczony lud.
Notabene, nieudolna dekada rządów Popiela II, spowodowała uniezależnienie się i wyjście z Imperium Lechickiego - dzisiejszych Czech, Moraw i Słowacji, które obrały królem jednego ze swych lokalnych książąt - Mojmira I (830 r.), dając początek Państwu Wielkomorawskiemu. Po upadku i śmierci Popiela II (840 r.), państwo Lechitów zaczęło się powoli, ale konsekwentnie rozpadać, a poszczególne plemiona zaczęły rządzić się po swojemu (plemiona lechickie na zachodzie, zbliżyły się do Królestwa Franków, które w latach 772-804 podbiło słowiańskie plemię Saksonów (pierwotnie Siekierów), a inne plemiona zachodnie - Obodryci, Wieleci i Serbowie, także zaczęli się zwracać w kierunku frankońskiego Imperium Karolingów. Podobnie było na wschodzie, gdzie (szczególnie) Słowianie Ilmeńscy, Krywicze i Połoczanie, zaczęli dążyć do całkowitego uniezależnienia się od Lechitów. Dwa lata w Imperium nie było władcy zwierzchniego, dopiero na drugim wiecu z 842 r. wybrano na króla Lechii, starszego (liczącego ponad 70 lat) wojownika, wywodzącego się ze szlachetnego rodu, który pełnił rolę majordomusa (piastuna) na dworze Popiela II. Nosił on imię Koszyszko (według Prokosza), obrano go królem Lechitów dnia 15 lipca 842 r. na ogólnosłowiańskim wiecu w Kruszwicy. Imię Koszyszko zostało jednak zupełnie pominięte przez późniejszych historyków, a z czasem zupełnie zapomniane. Ów władca przeszedł bowiem do historii nie tyle pod swoim własnym imieniem, co pod ... pseudonimem, który wywodził się od pełnionej przez niego funkcji piastuna. Tak w naszych dziejach rozpoczęło się panowanie Piasta "kołodzieja", założyciela jednej z największych średniowiecznych dynastii w Europie.
Według tego co pisze w swej kronice Prokosz, Koszyszko/Piast został obrany władcą (pomimo protestów frakcji z odległych granic Imperium Lechickiego), i wręczono mu miecz króla Lecha I Wielkiego (mającego panować nad słowiańskim Imperium Lechitów w latach 1729-1679 p.n.e.), oraz berło króla Polacha I (panującego w latach 231-188 p.n.e.) i złożono mu przysięgę wierności. Ten wybór jednak spotkał się ze zdecydowanymi protestami przedstawicieli słowiańskich plemion ze wschodniej i zachodniej części Imperium, którzy liczyli na to że ze względu na mord Popiela II, którego dokonał na ich ojcach i krewnych, teraz to właśnie tron Imperium należy się któremuś z nich. Natomiast Koszyszko/Piast nie był nawet członkiem dynastii książęcej, dlatego też uważany był za niegodnego władzy pariasa. Ponieważ jednak ich skargi zostały odrzucone przez pozostałych członków wiecu, zaczęli oni konsekwentnie dążyć do oderwania ich plemion/krajów od Wielkiej Lechii. Nowy król starał się przeciwdziałać dążeniom separatystycznym poszczególnych plemion, starym zwyczajem biorąc sobie za żony córki książąt z wielu (głównie) granicznych plemion Imperium (według Prokosza: "... biorąc sobie jedne na żony, inne oddał synowi Ziemowitowi, a niektóre krewnym i możnym panom do łoża oddał"). Rozpad był już jednak nieunikniony, szczególnie wśród plemion zachodnich i południowych, ale nas przecież interesuje Wschód, więc skupię się jedynie na tych terenach Imperium Wielkiej Lechii.
Dalsza część opowieści jasnowidzącej nauczycielki z angielskiego miasta Blackpool o pseudonimie Rosemary, która w 1931 r. po wejściu w głęboki stan, zaczęła nagle przemawiać w jakimś obcym, zupełnie nieznanym języku. Ponieważ nikt z obecnych nie znał wypowiadanych przez Rosemary słów, postanowiono nagrać ją na taśmę gramofonową, aby potem owe słowa spróbować przetłumaczyć. Okazało się jednak że to nie było takie proste, bowiem język, którym posługiwała się podczas medytacji Rosemary, nie był żadnym z istniejących wówczas w Europie czy na Świecie języków. Po dokładniejszym zbadaniu owych zarejestrowanych słów, okazało się że jest to wymarły już język starożytnych Egipcjan (potwierdził to egiptolog Howard Hulme). Podczas medytacji przez Rosemary przemówiła dawno nieżyjąca już egipska księżniczka, która przedstawiła się jako małżonka faraona Nabmare Amenhotepa o imieniu Telik-ha Ventiu. Oczywiście było to tylko jej poprzednie wcielenie, gdyż prawdziwym imieniem, jakie miała używać w "Zaświatach" było imię - Nona. Oto dalsza część opowieści Nony, przedstawionej przez jasnowidzące medium - Rosemary.
PANNA ŚWIĄTYNNA
BLISKI WSCHÓD I EGIPT
W CZASACH TELIK-HA VENTIU
"Moje ręce są nagie do ramion, mam na sobie bladą szatę z muślinu skrzyżowaną i złożoną na piersi (...) Mam też prostą bieliznę od szyi do moich stóp, ściśle dopasowaną do ciała. Zewnętrzna suknia jest zagięta z przodu w talii i zwisa. Mam sandały na nogach, bransolety na ramionach (...) Moje włosy są grube, nie związane i zwisają mi prosto do ramion (...) malowane brwi, pełne usta i malowane oczy: to jest moje własne ja" - tak się zaczyna opowieść Nony (ustami Rosemary), z jej ostatniego życia w Starożytnym Egipcie, jako "Panny Świątynnej" w Świątyni Amona-Re w Karnaku. Trafiła tam z polecenia królowej Teje (głównej małżonki faraona Amenhotepa III, której oficjalny tytuł brzmiał: "Hemet Nesu Weret" - "Wielka Małżonka Królewska"). Zaprzyjaźnić miała się tam z dziewczyną o imieniu Vola, pochodzącą ze szlachetnej egipskiej rodziny, według Nony, Vola, to jedno z poprzednich wcieleń Rosemary. Do obowiązków Panien Świątynnych należało przede wszystkim dbanie o czystość (zarówno tę fizyczną jak i duchową) w Świątyni, nauka pieśni religijnych i niezwykle skomplikowanych, wykonywanych trzy razy dziennie rytuałów przed posągiem boga.
Poranek zaczynał się pobudką od kapłana, który śpiewał pieśń ku czci boga, zwaną "Hymnem Porannym". Następnie dziewczęta musiały się ubrać i przystąpić do ceremonii oczyszczenia. Ceremonia ta dotyczyła nie tylko ich samych, ale wszystkich kapłanów Świątyni z samym arcykapłanem na czele. Co prawda dziewczętom (Pannom Świątynnym), nie wolno było wchodzić do "Świętego Świętych", czyli umieszczonego w głębi Świątyni sanktuarium, w którym było swoiste tabernakulum, skrywające samego boga (innymi słowy - posąg boga był zamykany na noc do specjalnego pomieszczenia, podobnego do szafy z otwieranymi przednimi drzwiami, stojącym na czymś, co mogłoby przypominać ... sanki, a raczej sanie). Wejść do Świętego Świętych mógł jedynie sam arcykapłan (niekiedy w towarzystwie dwóch wyższego rzędu kapłanów). Nikt inny, ani kapłani niższego rzędu, ani też Panny Świątynne, nigdy nie mogły przekroczyć progu tego zakazanego pomieszczenia.
Mimo to, codziennie rano należało się oczyścić. Najpierw czynił to arcykapłan, wchodząc do "Świętego Jeziora", leżącego tuż przy samej Świątyni (poziom wody w tym jeziorze zmieniał się wraz z odpływami i przypływami Nilu, z których to wód był zaopatrywany), potem kolejni kapłani (oczywiście według hierarchii), a na samym końcu Panny Świątynne. Po kąpieli odbywa się ceremonia "Przyjęcia Boga", czyli wejścia do Świętego Świętych (tylko arcykapłan, plus ewentualnie dwaj jacyś wyżsi kapłani, cała reszta czekała w odpowiedniej odległości w innych pomieszczeniach świątynnych). Tam kapłan/kapłani łamali pieczęć (co dzień nową),wyjmowali śruby zabezpieczające drzwi do tabernakulum i wyjmowali "boga" na zewnątrz. Po oczyszczeniu kapłanów, należało teraz dokładnie obmyć sam posąg, namaścić olejkami a całe pomieszczenie dodatkowo oczyścić kadzidłem. Następnie posąg był ubierany w piękne szaty (zawiązywane nad jego głową). Gdy posąg był już odpowiednio obmyty, wyperfumowany i ubrany, można było przystąpić do składania "bogu" ofiar. Był to jednocześnie posiłek "boga" oraz kapłana/kapłanów (a w rzeczywistości samego kapłana, który modląc się spożywał przygotowane wcześniej dla bóstwa produkty. To co nie zostało zjedzone przez kapłana, oddawano całej reszcie pomniejszych duchownych i Panien Świątynnych.
Najważniejszymi dniami, były święta poświęcone Amonowi-Re (oczywiście na dobrą sprawę każde poszczególne miasto w Egipcie mogło czcić swego lokalnego boga, i z reguły święto bóstwa lokalnego było najważniejszym dniem w roku dla danej lokalnej społeczności, jednak szczególnie uroczyście świętowano w dwóch najważniejszych miastach Egiptu - w Mamfis i w Tebach. W Memfis najważniejszym świętem, było to na cześć boga Apisa (symbolizowanego przez byka, którego wyprowadzano w uroczystej procesji na ulice). Byk miał swoją dokładną datę urodzin, które również obchodzono uroczyście. Po śmierci zaś, balsamowano go i grzebano w specjalnie dla niego wzniesionym grobowcu. Natomiast najważniejszym bóstwem Teb był właśnie Amon, połączony z bogiem-stwórcą Re w swoisty duet Amon-Re.
Co ciekawe świąt w Starożytnym Egipcie było dość sporo, ale zdarzały się i takie, które nie były obchodzone nawet i przez kilka dziesięcioleci (a nawet kilka pokoleń). Do takich świąt należało choćby "Święto Dżed". Było ono poświęcone Ozyrysowi, czyli bogu życia, śmierci (i zmartwychwstania), a jego symbolem był leżący na ziemi wielki słup zwany Dżed. Każdy faraon, jeśli tylko zdołał osiągnąć trzydziesty rok swego panowania, urządzał owe Święto Dżed, które polegało na podniesieniu owego słupa (za linę) do góry. Jeśli tego dokonał (a starano się aby dokonał, czyli po prostu pomagano mu w tym), zyskiwał sobie (i krajowi) przychylność boga Ozyrysa i odbudowywał własną (i kraju) witalność (zresztą ów słup był miał w pewnym sensie kształt falliczny i takowy symbolizował). Kolejne Święto Dżed organizowano już w pięć lat po pierwszym, a następne (jeśli tylko władca tego dożył) to nawet co dwa lata. Innymi słowy, jeśli po trzydziestu latach swego panowania, faraon był zdolny "podnieść słup" to oznaczało dalsze pomyślne czasy dla kraju.
Podczas jednej z takich uroczystości na cześć Amona-Re, Telik-ha Ventiu, jako Panna Świątynna miała okazję ponownie zobaczyć Amenhotepa III. Nie wiadomo dokładnie w jaki sposób rozpoczął się ich romans (bo o tym Nona/Rosemary nie mówi), natomiast ciekawe są te fragmenty, w których opowiada ona o tym, że w świątyniach używano także oświetlenia ... elektrycznego: "Nasi mędrcy w Egipcie mieli wiedzę, która byłaby cenna i dzisiaj (...) Pojmowali elementy lepiej niż dzisiejsi naukowcy. Starożytni adepci używali elektryczności prosto z powietrza" (prawdopodobnie chodzi o coś, co można by nawiać generatorem elektrycznym, ładowanym np. podczas wyładowań atmosferycznych, słyszałem już wcześniej o takich urządzeniach w Starożytnym Egipcie). Według tego co dalej opowiada Nona, to właśnie Telik-ha Ventiu (jako pierwsza?), zaczęła przekonywać monarchę do wprowadzenia pewnych religijnych modyfikacji.
Zaproponowało bowiem odejście od skomplikowanej i monotonnej procedury ofiarnej i zastąpienie jej znacznie prostszą formą bezpośredniego wielbienia Boga przez wszystkich kapłanów (mężczyzn i kobiety), nawet miała przygotować ułożoną przez siebie modlitwę ku czci boga. Władca prawdopodobnie zezwolił jej na te modyfikacje (dziś wiadomo że w czasach Amenhotepa III znacznie rozrósł się - szczególnie na królewskim dworze i w warstwach egipskiej elity - kult solarny Atona, który zaczął zdobywać zwolenników także wśród warstw niższych i stał się potem, za panowania syna i następcy Amenhotepa III - Nefercheprure Amenhotepa IV, zwanego następnie Echnatonem, rzuci wyzwanie starym kultom i stanie się głównym religijnym konkurentem Amona-Re). Według tego co opowiada Nona, to właśnie Telik-ha Ventiu, zapomniana małżonka (król miał bowiem wkrótce ją poślubić) Amenhotepa III, była prekursorką tej nowej religii. Ale wiedziała ona że nowa wiara jest zupełnie obca dotychczasowym skomplikowanym praktykom religijnym, jakie poznała, służąc w Świątyni Amona-Re jako Panna Świątynna (po ślubie z królem, przestała bowiem pełnić tę funkcję i weszła do królewskiego haremu), mówi o tym słowami Nony/Rosemary: "Nowa religia nie urodziła się w Egipcie. To przyszło z ziemi dalej na wschód, a powstała w jednym z odludnych miejsc, gdzie gromadzą się razem gorliwe dusze. Niektórzy mówili nam, że Zbawiciel lub Mesjasz rozpoczął głoszenie tej wiary, ale świat nie był gotowy na tę wiedzę. Duchowa prawda nie może się zakorzenić, dopóki ludzie nie są gotowi by ją otrzymać".
Projekt nowej modlitwy i pewnego usprawnienia skostniałej formy egipskiej kultowości, narobił młodej dziewczynie sporo wrogów, głównie wśród kapłanów, z samym arcykapłanem Amona-Re na czele. Ale to nie wszystko, z chwilą bowiem gdy Telik-ha Ventiu zyskała swą osobą zainteresowanie króla i trafiła do jego haremu jako jedna z małżonek, zrobiła sobie wroga w przychylnej jej dotąd - królowej Teje. Opowiedziała się ona bowiem po stronie kapłanów i za utrzymaniem dotychczasowej kultowości, jednocześnie wypowiadając bezwzględną walkę swej rywalce. Odtąd obie (prawie równoletnie, gdyż różnice wieku mogły mogły się różnić zaledwie o kilka lat) panie rozpoczęły szaleńczą konkurencję o łoże, serce, politykę i władzę nad Amenhotepem III i całym Egiptem.