Łączna liczba wyświetleń

sobota, 21 stycznia 2017

CENZURA, PROMOCJA GENDER, HOMOPROPAGANDA I FEMINIZM W FILMACH ORAZ SERIALACH - Cz. I

LEWACKA PROPAGANDA W WALCE O

"SZCZĘŚCIE LUDÓW MIAST I WSI"






Ten temat zamierzam poświęcić kwestii propagandy i cenzury (często autocenzury) w filmach i serialach, które albo już powstały, albo dopiero co wchodzą do kin. Temat ten jest niezwykle szeroki i doprawdy trudno jest przejść "z marszu" do suchego wymieniania filmów pod względem promocji określonej ("z góry słusznej" - jak twierdzili komuniści a za nimi dzisiejsi lewacy) wizji świata i człowieka. Dlatego pozwolę sobie poświęcić (być może trochę przydługawy) wstęp, wyjaśnieniu pewnych kwestii związanych z ideologią gender, feminizmem, opowiem także coś niecoś o historii filmu (mam tutaj na myśli historię cenzury światopoglądowej, czyli jak zmieniały się trendy i który z nich jest dziś obowiązującym). Przyznam się szczerze że niechętnie podejmuję się tego tematu, gdyż film zawsze chciałbym analizować pod względem zawartości artystycznej a nie ideologicznej, ale niestety - żyjemy w takich czasach, że pewnych sytuacji po prostu ominąć się już nie da. A czasy są o tyle ciekawe, że dziś już wcale nie trzeba żadnego odgórnie wyznaczonego urzędu cenzorskiego, który będzie nam mówił co należy, a co nie należy pisać. Taki urząd jest zbyteczny, ponieważ dziś już sami twórcy dokładnie wiedzą co należy usunąć lub co należy dodać do filmu bądź serialu, aby nie narazić się na jakiś ideologiczny zarzut, ze strony szermującej polityczną poprawnością (marksistowskiej) liberalnej lewicy. 

Dziś już wszyscy wiedzą, że do gry komputerowej, której fabuła toczy się w średniowiecznych Czechach, należy dodać jakieś czarnoskóre postaci. I nie ma już żadnego znaczenia fakt, że jedyni czarnoskórzy, których w tym czasie można by było spotkać w husyckich Czechach - to byliby jacyś jeńcy, którzy (cudem) dostali się do husyckiej niewoli. Nie ma znaczenia że dodanie do gry, osadzonej w takich realiach historycznych czarnoskórych postaci, byłoby zaprzeczeniem historyczności jej fabuły - lewackich cenzorów to już nie interesuje - ma być i koniec. Inna kwestia to promocja rozbuchanego homoseksualizmu w najróżniejszych (głównie zachodnich) produkcjach filmowych. Dziś już nie wyjdzie żaden wielki, kasowy hit, w którym nie byłoby jakiegoś odniesienia do homoseksualizmu. Podobnie jest z feminizmem. Promuje się postawy, pokazujące ciapowatych mężczyzn, takich maminsynków którzy nic nie potrafią i niczego do związku nie wnoszą. Tacy mężczyźni oczywiście nie stanowią dla kobiety żadnego wyzwania, gdyż każda kobieta (każda!), chce się czuć kochana i bezpieczna w związku ze swym mężczyzną. Jeżeli zaś on nie potrafi jej tego zapewnić (bo na przykład myśli cały czas o sobie, lub ... sam potrzebuje opieki z jej strony), to wcześniej czy później ona go po prostu zostawi. Odejdzie. Bo jej do niczego nie potrzebne jest duże dziecko, maminsynek lub zapatrzony w siebie adonis, ona bowiem pragnie ciepła, miłości i oczywiście poczucia bezpieczeństwa (o tym pisałem już w innych tematach). 

Mężczyzna, który nie stanowi dla kobiety wyzwania, który nie potrafi przemóc jej często prowokacyjnych gestów lub fochów, który nie potrafi nawet niekiedy przełożyć ją przez kolano i spuścić lanie na gołą pupę, nie jest w jej oczach godnym, by stać się ojcem jej dzieci. Jest bowiem takim ciamajdą, ciapciakiem, którym to ona musi się opiekować i którego to ona musi prowadzić za rączkę przez życie (oraz chuchać i dmuchać aby się przypadkiem duże dziecko nie przewróciło i nie zrobiło sobie jakiegoś kuku). A właśnie taki mamy obraz współczesnych mężczyzn, promowany w filmach, serialach, mediach a nawet w kolorowej prasie. Nic dziwnego że kobiety promuje się teraz na takie prawdziwe liderki, które (nie mając żadnego wsparcia w swoim mężczyźnie), same muszą się ze wszystkim zmagać. Po co im więc facet? Aby go niańczyć? To już lepiej związać się z ... drugą silną kobietą - prawda? I taki też jest medialny przekaz (choć zdecydowanie główny nacisk postawiono na promocję męskiego homoseksualizmu). Oczywiście nie wszystkie kobiety to lesbijki, ale dla tych też można znaleźć coś ciekawego. Skoro twój mężczyzna jest zwykłym, pospolitym ciamajdą i ofiarą losu ... powitaj uchodźców. Zobacz jakie to są chłopy, jak dęby, a każdy płynie tutaj z potężnym i niewykorzystanym ładunkiem w swych lędźwiach. To są prawdziwi mężczyźni, a nie te błazny które was otaczają. I oto właśnie chodzi, aby kobiety tak myślały. I przyznać się muszę - jest to w jakiś sposób kierunek skuteczny, jeśli chodzi o kobiety.




Jakiś czas temu napisałem że uważam iż większość z tych (ponad 90 proc. kobiet wśród) witających przybywających do Europy "kardiochirurgów", kieruje się nie rozumem, a właśnie popędem seksualnym i chucią - czyli innymi słowy, na wspomnienie o "czarnych księciuniach Orientu", mają prawdziwy kisiel w majtkach. Dziś wychodzi na światło dzienne coraz więcej faktów, świadczących że miałem rację, dokonując tak niepopularnego zestawienia (i za co się mi oberwało na kilku forach). Otóż bowiem zarówno w Calais (jak i w innych obozach dla uchodźców), proceder oddawania się lewackich wolontariuszek i aktywistek "biednym uchodźcom", był powszechny (choć zamiatany pod dywan przez mainstreamowe media). Ukoronowaniem tego zaś jest afera romansowej z udziałem Brytyjki - Clare Moseley (założycielki fundacji "Care4Calais", zajmującej się pomocą dla uchodźców w tzw.: "Dżungli" w Calais), 46 -letniej żony i matki, oraz jej dwadzieścia lat młodszego tunezyjskiego kochanka (swoją drogą zauważyliście że ostatnio o tych Tunezyjczykach jakby się zrobiło głośniej? To przecież Tunezyjczyk rozjechał tirem spacerowiczów w Nicei, to Tunezyjczyk uczynił to samo w Berlinie - gdzie podjął z nim straceńczą, choć jak widać skuteczną walkę - polski kierowca Łukasz Urban, to Tunezyjczyk zamordował w Ełku 21-letniego Daniela i wreszcie teraz także Tunezyjczyk okazuje się głównym bohaterem tego ponurego, miłosnego dramatu) - Mohameda "Kimo" Bajjara (który, podając się za Syryjczyka, "uciekającego przed wojną", najpierw poślubił pewną - również starszą od siebie - Brytyjkę, którą w konsekwencji okradł na kilka tysięcy funtów. Dziś kobieta ... wystąpiła o rozwód). 


KIMO I JEGO PIERWSZA WYBRANKA



Potem wdał się w gorący romans z panią Molesey, która tak zaangażowała się w pomoc "uchodźcom", że zapomniała o własnym mężu i dzieciach, którzy zostali w Anglii. Uczyniła go ona swym ochroniarzem i prywatnym asystentem. Cały czas dawała mu też duże sumy pieniędzy, które on ponoć wysyłał "biednej rodzinie w Afryce". Z czasem jednak kobieta nabrała podejrzeń i przestała mu dawać takie sumy, a wówczas on zaczął ją szantażować że ujawni ich romans i jej małżeństwo (mogła tu wiele stracić) przestanie istnieć. Zrozpaczona kobieta postanowiła sama o wszystkim publicznie opowiedzieć i prosić męża o wybaczenie za zdradę. Ale (ha-ha-ha), szybko okazało się jednak, że znów zaczęła myśleć nie głową a ... kisielem, który miała w majtkach. Po jakimś czasie znów wróciła do Kimo. Na razie ich związek trwa, ciekawe tylko jak długo. Jeśli pani Molesey przestanie płacić rachunki za Kimo i dawać mu pieniądze za nic nierobienie prócz "czyszczenia jej kanału", to pan Kimo może się zdenerwować i pani Molesey poważnie obić twarzyczkę. W końcu tam, skąd pochodzi to element jego kultury - jak wytłumaczyliby go wszyscy "postępowi" lewacy. Tak więc drogie zwolenniczki muzułmańskich nachodźców, jeśli was swędzi cipka na myśl o "czarnoskórych księciuniach" z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu, to powiedzcie to oficjalnie, miast dorabiać do tego jakąś pomocową ideologię "biednym, uciekającym przed wojną uchodźcom". 


CLARE MOLESEY





A WRACAJĄC DO TEMATU - CHCIAŁBYM ZACZĄĆ OD WYJAŚNIENIA POJĘCIA I CAŁEGO ZJAWISKA, JAKIM JEST IDEOLOGIA GENDER  



 GENDER

(Co to do cholery jest?)






Czym jest gender? W skrócie (w takim bardzo dużym skrócie) jest to po prostu płeć społeczna, kulturowa lub psychiczna, której pojęcie zostało wprowadzone by odróżnić ją od płci biologicznej (po angielsku - "sex"). Gender jest od początku do końca wymysłem lewackiej ideologii, nie ma też żadnego naturalnego uzasadnienia ani zakorzenienia. Gender bowiem ściśle wiąże się z feminizmem (szczególnie tym radykalnym) i jego postulaty, są jednocześnie wypadkową wcześniejszych postulatów feministek. Feminizm bowiem także jest dziełem lewackiej, komunistycznej myśli i jego głównym założeniem jest ciągła, wzajemna i nieustająca walka płci. Kobiety od wieków walczą z mężczyznami a mężczyźni z kobietami - cały czas walczą (przypomina mi się dawne stwierdzenie Drozdy jeszcze z lat 80-tych, w których opisywał on jak to milicja obywatelska, prokuratura, sanepid i inne urzędy, cały czas walczą o dobro obywatela - "Wy tu sobie siedzicie, a oni tam walczą ... tylko wroga na razie nie widać"). I tak samo jest właśnie z feminizmem - ciągła, nieustająca walka płci. Feminizm jest więc dziełem komunistycznym, dziełem zrodzonym w bolszewickich głowach, gdzie komunistyczne pojęcie "walki klas",zostaje zastąpione przez "walkę płci" (a w przypadku innego bolszewickiego tworu - nazizmu przez "walkę ras"). Zauważmy że feminizm tworzyli ludzie o przekonaniach lewicowych (jeśliby nie powiedzieć komunistycznych), tzw.: "pożyteczni idioci" Moskwy na Zachodzie (ewentualnie agenci, choć raczej stawiałbym na tych pierwszych, przy początkowym zainicjowaniu procesu przez tych drugich).

Już w 1884 r. przecież Fryderyk Engels pisał ("Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa"): "W historii za pierwszorzędny antagonizm należy uznawać antagonizm między kobietą i mężczyzną w monogamicznym małżeństwie, a za pierwszorzędny ucisk - ucisk kobiety przez mężczyznę". Tak się właśnie zaczęło. Zaczęto coraz silniej promować ideologię ucisku i męskiej przemocy wobec kobiet (tak jakby zapomniano że kobiety również stosują przemoc wobec mężczyzn - choć głównie jest to przemoc psychiczna). Wszystko zaś opierało się na całkowitym ateizmie (wiarę w Boga należało totalnie odrzucić, jako demotywującą i odciągającą "masy" od ich głównego celu - czyli permanentnej walki wszystkich ze wszystkimi). Należy też od razu dodać, że ogromny wpływ na twórczość Engelsa wywarł Karol Marks (którego on całe życie utrzymywał), a na Marksie znów gorący ideolog socjalizmu - Moses Hesse, którego ten poznał w 1841 r. Odtąd Marks stał się zagorzałym ateistą (czy tylko ateistą, istnieją bowiem przesłanki że pod wpływem Hesse'a zaczął on praktykować ... satanizm) i tak pisał o Bogu: "Tak więc Bóg wydarł mi moje wszystko, w nieszczęściach, ciosach losu. Te wszystkie jego światy rozwiały się bez nadziei powrotu. I nie zostaje mi nic od tej pory, jak tylko zemsta. Chcę sobie zbudować tron na wysokościach. Jego szczyt będzie lodowaty i gigantyczny. Jego wałem ochronnym będzie obłąkańczy strach, jako szczyt najczarniejszej agonii. A kto podniesie na ów tron swój zdrowy wzrok, odwróci się od niego blady i milczący jak śmierć. Wpadnie w pazury ślepej, dreszczem przejmującej śmiertelności, aby jego szczęście znalazło grób". Natomiast żona Marksa - Jenny von Westphalen, zwracała się do niego: "Najwyższy kapłanie i biskupie dusz". Inne pisma Marksa są też interesujące i zaprzeczają (według mnie) jego ateizmowi, a raczej sugerują iż był on wyznawcą szatana: "Tańczę taniec śmierci (...) Lecz ja mam siłę gnieść was moimi ramionami i miażdżyć was (ludzkość), z siłą huraganu, podczas gdy nam wspólnie otwiera się przepaść rozwarta w ciemnościach. Zatoniecie aż do głębin. A ja pójdę z wami śmiejąc się".

Następnie pałeczkę feminizmu podjęła Margaret Sanger (komunistka - aborterka - nazistka i zwolenniczka mordowania "podludzi"). Po niej zaś (nie)sławetna Simone de Beauvoir (autorka feministycznej biblii z 1949 r. - "Drugiej Płci", zagorzała komunistka), która zasłynęła chociażby tym stwierdzeniem: "Kobiety nie powinny mieć możliwości wyboru pozostania w domu i wychowywania dzieci, ponieważ gdyby taka możliwość naprawdę istniała, zbyt wiele kobiet skorzystałoby z niej". W tym jednym jej zdaniu (w którym powiedziała prawdę), zawarty jest cały bezsens ideologii feminizmu, bo skoro kobietom stwarza się warunki aby zmieniły dotychczasowe życie (często się je wręcz do tego namawia - m.in.: właśnie poprzez produkcje filmowe i seriale), aby zostawiły dom, dzieci, często męża i podjęły się jakiejś pracy, to jeśli tylko mają one wybór pozostać w domu i nie pracować - to z niego skorzystają (oczywiście nie wszystkie kobiety, ale z 90 proc. z pewnością). A jeśli tak jest, to znaczy że cała ta ideologia feministyczna nie jest warta funta kłaków. Kobiety wolą bowiem wybrać stabilizację i bezpieczeństwo w domowych pieleszach, niż niepewność i ciągłą walkę na rynku pracy. Dlatego nie wolno kobietom pozostawić takiej możliwości wyboru (zaznaczam - WYBORU, a nie odgórnego nakazu), gdyż w ogromnej większości skorzystają z tej właśnie opcji. I cała rewolucja, cała ta odgórnie pompowana walka płci i ciągły konflikt z mężczyznami - pójdzie się za przeproszeniem walić, tak jak w 1920 r. walić się poszła próba eksportowania komunizmu (leninowskiego) na Zachód Europy, gdy Marszałek Piłsudski i Wojsko Polskie wsadziło im ten ich "płomień rewolucji" tak głęboko w odbyt, że jeszcze dwadzieścia lat później nie mogli się z niego otrząsnąć.




Kobiety jednak w ideologii komunistycznej (czyli również feministycznej, bo należy pamiętać że ruch sufrażystek nie był tworzony przez komunistów i lewaków. Tam kobiety naprawdę walczyły o swoje prawa obywatelskie, i co ciekawe to organizacje sufrażystek, tworzyły kobiety po pierwsze bardzo religijne (w dużej mierze były to katoliczki), a po drugie związane z prawicą, a nie lewicą (nawet tą socjalistyczną). Bowiem (we Francji na przykład) to właśnie lewica sprzeciwiała się uzyskaniu przez kobiety praw politycznych aż do 1946 r. (a zauważcie jakie dziś jest przekłamanie w mediach i filmach, opowiadających o kobietach walczących o swoje wyborcze prawa). Czyli podsumujmy - pierwszy komunistą, który w swych założeniach chcąc przebudować świat od nowa, upatrywał największego wroga przede wszystkim w rodzinie, jako spoiwie łączącym przeszłość i przyszłość, jednoczącym ludzi i pozwalającym im działać dla wspólnego dobra własnego rodu - był Fryderyk Engels. Postulował on wyrwanie kobiety z domu ("spod władzy męża"), oraz likwidację ról społecznych, która miała się dokonać po zniszczeniu modelu rodziny. Kobiety miały więc być inaczej wychowywane, tak aby stworzyć nowego człowieka - marionetki wyobcowanej z własnej rodziny, z własnego narodu, z własnej społeczności, zdanej tylko na łaskę i niełaskę "architektów" tego nowego świata, która nie mając w niczym oparcia i zdana tylko na własne siły - byłaby doskonałym przykładem niewolnika komunistycznego Nowego Wspaniałego Świata.

Oczywiście nim Engels przedstawił swoje koncepcje w 1884 r. wcześniej czerpał on z badań innych naukowców (badających np. kultury pierwotne), lub teoretyków socjalizmu takich jak: Karol Darwin (autor: "O powstawaniu gatunków" z 1859r. , czyli teorii ewolucji, a w wolnym tłumaczeniu: "od glizdy do słonia", w którym postulował że człowiek to nic innego jak "rozumna małpa"), Johann Jakob Bachoffen (autor "Matriarchatu" z 1861 r. w którym twierdził że pierwsze cywilizacji na Ziemi były rządzone przez kobiety), Lewis Henry Morgan (autor: "Społeczeństwa pierwotnego" z 1877 r. w którym opisywał społeczności amerykańskich Indian), oraz August Bebel (autor: "Kobiety i socjalizmu" z 1879 r. w którym wykazywał zbieżność prymitywnego matriarchatu z socjalizmem). Prócz tego jednego "dzieła" Engelsa, w tym okresie nie ma innych podobnych autorów, którzy głosiliby konieczność likwidacji rodziny i wyrwania kobiety z "męskiej opresji". gdyż (jak już wspominałem), kobiety w tym czasie - sufrażystki - walczyły o uzyskanie praw wyborczych, a nie o ideologiczne rewolucje demolujące społeczeństwo. Mimo to wkrótce znalazły się i takie kobiety, które podniosły to "zatrute jabłko" Engelsa. Taką właśnie kontynuatorką była anarchistka - Emma Goldman (chciała zostać prostytutką, aby zdobyć środki na walkę rewolucyjną), która była gorącą zwolenniczką rozerwania rodziny jako takiej i utrzymywania jedynie przygodnych stosunków seksualnych, pozbawionych większego spoiwa uczuciowego. 

Jej uczennicą została właśnie Margaret Sanger (która pod wpływem Goldman odmówiła swemu mężowi wypełniania obowiązków małżeńskich, a także przestała zajmować się dziećmi, oddając je innym osobom na wychowanie). Stała się zwolenniczką wolnego seksu, kontroli urodzeń, była też zagorzałą komunistką, rasistką (postulowała "likwidację" wszystkich ras podludzi"). W 1914 r. założyła miesięcznik "Zbuntowana kobieta" a od 1917 r. "Przegląd kontroli narodzin". W październiku 1916 r. założyła pierwszą w USA, nielegalną klinikę "kontroli narodzin" (Nowy Jork). W 1922 r. wydała książkę pt.: "Sworzeń cywilizacji", która mogłaby być poradnikiem naukowym dla niemieckich nazistów, bowiem opisywała tam co należy uczynić z "niższymi rasami" i jak najskuteczniej je "likwidować"). Była tak zdeterminowaną zwolenniczką upadku tradycyjnej rodziny, że postulowała wręcz ich fizyczną eksterminację, tak jak jej słowa na temat rodzin wielodzietnych: "Najbardziej miłosierną rzeczą, jaką duża rodzina może zrobić dla swych dzieci, to zabić je". Wkrótce zaczęła głosić konieczność aborcji na żądanie. W latach 50-tych i 60-tych XX wieku wypowiadała się z entuzjazmem o polityce "jednego dziecka" w komunistycznych Chinach.


MARGARET SANGER
(KOBIETA KTÓRA MOGŁA UCZYĆ HITLERA 
JAK "LIKWIDOWAĆ PODLUDZI")



Należy przypomnieć że ta polityka spowodowała ogromne tragedie dla wielu rodzin i masowe mordowanie dziewczynek, gdyż urodzenie chłopca bardziej się opłacało, jako że syn był w stanie zapewnić rodzicom na starość opiekę i utrzymanie, a córkę trzeba było wydać za mąż i ... jeszcze zapłacić panu młodemu że zechce ją wziąć. Dlatego też dochodziło do zabójstw noworodków płci żeńskiej po urodzeniu, lub - w czasach nam już współczesnych - gdy rodzice poznawali płeć dziecka, dokonywali aborcji w przypadku gdy miała się urodzić dziewczynka. Efekt? Efekt jest tak, że dziś w Chinach żyje aż ... 20 milionów mężczyzn, którzy nigdy nie będą mieli możliwości ożenienia się - no chyba że wybuchnie wojna i ruszą oni na podbój innych ziem, przy okazji gwałcąc i porywając tamtejsze kobiety. Notabene, już teraz część bogatszych Chińczyków sprowadza sobie kobiety z Korei Północnej, albo opłacając im ucieczkę z tego piekła, albo też chroniąc przed władzami i ... wykorzystując jak swoje prywatne niewolnice - zarówno do obowiązków domowych jak i seksu, gdyż deportowanie takich kobiet, a gdyby wpadły w ręce chińskich władz, musiałyby zostać deportowane do kraju - czekałaby ich potworna śmierć w obozach zagłady Korei Północnej. Wolą więc siedzieć cicho i służyć swym chińskim nowym panom jako ich niewolnice. Tak się właśnie dzieje, gdy człowiek próbuje w czymś zastąpić Boga i wprowadza swe chore, ideologiczne twory "Nowego Wspaniałego Świata". 

W tym samym czasie po wybuchu rewolucji komunistycznej w Rosji w 1917 r. swoje stanowisko wobec płci, małżeństwa i "męskiej dominacji" przedstawiały takie kobiety jak: Klara Zetkin (niemiecka komunistka), postulująca kwestię wyzwolenia kobiety z "okowów małżeńskiej przemocy" i wolnego, niezobowiązującego seksu (Lenin traktował ją powierzchownie, a nawet ... wyśmiewał się z niej, mawiając: "Jesteście obrońcą dla Waszych towarzyszek i Waszej partii", choć podobała mu się koncepcja rozbicia rodziny, jako elementu poddania człowieka permanentnej kontroli państwa sowieckiego), oraz seks-komisarz (jak ją ironicznie nazywano) - Aleksandra Kołłontaj, która również była gorącą zwolenniczką wolnej miłości i rozbicia rodziny. Pisała na przykład: "Kobieta nie zaprzecza swojej "żeńskiej naturze", nie odwraca się od życia i nie odrzuca ziemskich przyjemności, którymi rzeczywistość z uśmiechem obdarza każdego, kto ich pożąda". Nieskrępowany, pozbawiony jednak głębszego uczucia seks, był podstawą jej działalności politycznej w Związku Sowieckim. W 1919 r. wydała książkę: "Nowa mentalność a klasa robotnicza", w której zdecydowanie opowiadała się na stanowisku wyzwolenia kobiety z dotychczasowych "więzów" i propagowanie przez nią wolnej miłości z wieloma partnerami. Opowiadała się także za legalizacją homoseksualizmu i nadaniem mu takich samych praw, jakie posiadają osoby heteroseksualne. I tak się stało w 1922 r. gdy nowy kodeks karny Związku Sowieckiego, całkowicie dekryminalizował homoseksualizm i uznawał go za coś naturalnego (ten kodeks pomagała tworzyć właśnie pani Aleksandra Kołłontaj). Lenin, choć nie protestował przeciwko tym zmianom, zalecał (a za jego przykładem inni), jednak nierozgłaszanie tego w społeczeństwie, aby "nie powodować zgorszenia w społeczeństwie sowieckim". 

Aleksandra miała bardzo wysoką pozycję w systemie władzy sowieckiej w Rosji, począwszy już od listopada 1917 r. czyli od wybuchu Rewolucji. Miała też bardzo wielu kochanków (nawet ponoć wśród królów państw, do których oficjalnie przyjeżdżała). Stanęła na czele specjalnego ministerstwa do spraw kobiet, zwanego "Żenotdzieł" powołanego przez nią nieoficjalnie (z trzema innymi paniami - Nadieżdą Krupską i Inessą Armand) już 16 listopada 1918 r. a oficjalnie rozpoczął działalność we wrześniu 1919 r. I to właśnie dlatego że stanęła na czele tego ministerstwa, nazywano ją ironicznie seks-komisarzem. Jej pozycja zaczęła jednak słabnąć po śmierci Lenina 21 stycznia 1924 r. Stopniowo była izolowana od najważniejszych informacji i wpływu na władzę. Z początkiem 1930 r. Żentodzieł został zlikwidowany przez Stalina, a jakiekolwiek dalsze nawoływania do wolnej miłości mogły się skończyć do jego autora wywózką na daleką Syberię, do obozów nieludzkiej pracy, gdzie zdychało się (bo nawet nie umierało) głęboko pod ziemią w potwornym mrozie. Aleksandra od tej chwili zamilkła i przestała zajmować się polityką - to ocaliło jej życie. Zmarła w 1952 r. jako 80-letnia staruszka. Natomiast w grudniu 1933 r. homoseksualizm, po jedenastu latach ponownie stał się ściganym przez prawo sowieckie wynaturzeniem.  


ALEKSANDRA KOŁŁONTAJ

 

Mimo to ani Goldman ani Sanger, ani Zetkin ani Kołłontaj nie pozostawiły po sobie (anty)dzieła, na miarę Engelsa - uczyniła to dopiero w 1949 r. Simone de Beauvoir swoja "Drugą płcią". Ona jednak opierała się nie tylko na ich doświadczeniu, ale również na doświadczeniach "Szkoły Frankfurckiej". To o czym mówił Engels, Goldman i Sanger, było w dużej mierze traktowane przez zachodnie społeczeństwa jako niegroźny, ale dziwny a nawet głupkowaty odchył od normy - nic poza tym - ot, po prostu, grupa dziwaków maja takie wybujałe wyobrażenie. Ale po wybuchu Rewolucji w Rosji i wdrożeniu tych ideologicznych założeń w jednym państwie, w którym zwyciężył komunizm (będącym jednocześnie czymś w rodzaju "szczura doświadczalnego" dla komunistów w innych krajach), zaczęto analizować wszelkie za i przeciw. To co się udało i to co się nie udało. Okazało się jednak że większość założeń pani Kołłątaj i skupionych wokół niej komunistów na temat płci i seksualności - po prostu się nie powiodła. Zresztą jak i cały ten komunizm, który miał zostać eksportowany na Zachód na bagnetach Armii Czerwonej, no ale ... ta cholerna Polska znów stanęła okoniem, znów przeszkodziła u "unowocześnieniu Europy i Europejczyków", we wprowadzeniu ideologicznych założeń, które dla ich autorów były jak najbardziej słuszne (bez względu na hektolitry krwi, które trzeba będzie przelać i stosy ciał z którymi trzeba będzie coś zrobić - bo przecież koncepcja "światłych" jest słuszna, tylko ludzie są na to za głupi, ludzie nie dorośli, ludzi więc należy się pozbyć). Polska, ta ciągła zawalidroga i przeszkoda "gruntownej przebudowy świata", znów przeszkodziła w eksporcie rewolucji do Europy Zachodniej. No cóż, należy więc zbudować komunizm na Zachodzie od podstaw (czerpiąc oczywiście wzorce z już przebytych doświadczeń). I tak właśnie zaczął się prawdziwy zachodnioeuropejski komunizm. 








 
CDN.
   

środa, 18 stycznia 2017

NIEWOLNICE - Cz.XX

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI


HISTORIA PIERWSZA
LAUREN
AMERYKAŃSKA NIEWOLNICA SZEJKA BRUNEI
Cz. XX
 
 
 
 
 
Przemieszczałam się jak we śnie: Nowy Jork - Frankfurt - Singapur, hotel Westin Stamford i kolejnego dnia lot do Bandar Seri Begawan. Ari powiedziała, że w Westin spotkam trzy nowicjuszki i będziemy miały cały dzień na przystosowanie się do zmiany czasu przed ostatnim etapem podróży. Ponieważ Ari mogła przylecieć dopiero za tydzień, zobowiązała mnie do pokazania dziewczynom co i jak. Prosiła mnie o zaopiekowanie się nimi na lotnisku w Bandar Seri Begawan i dopilnowanie, żeby nic im się nie stało. Nadal mi ufała. To dobrze, pomyślałam. Poprzednim razem padłam ze zmęczenia, jak tylko znalazłam się w Westinie. Tym razem uznałam, że poświęcę się i będę towarzyska w ramach pokuty za długą nieobecność. Zeszłam do hotelowej restauracji na spotkanie z nowymi dziewczynami. Gdy podchodziłam do ich stolika, taksowały wzrokiem mój ubiór. Jedyną luksusową rzeczą, jaką miałam, była torebka. W tamtym czasie zgromadziłam w szufladach mnóstwo markowych torebek, tylko Chanel i Hermes. Mogłam nosić inną każdego dnia miesiąca. Na podróż ubrałam się natomiast w dżinsy i zrezygnowałam z makijażu. Z min dziewcząt rozczarowanie aż biło. Wszystkie trzy miały na sobie sukienki i wytapetowane twarze. 
 
Kiedy ściskałam się z nimi na powitanie, zaczynałam rozumieć, co sugerowała Ari, mówiąc, że w Brunei wiele się zmieniło. Te dziewuchy były kute na cztery nogi, wyczułam to jednocześnie z silnym zapachem perfum. Wyglądały, jakby właśnie wyszły z przymierzalni w Rampage, a pachniały jak dział kosmetyczny w Bloomingdale. Natychmiast zapytały o pieniądze. Ledwie zdążyłyśmy przedstawić się sobie nawzajem, a już zaczęły się prześcigać w pytaniach o zarobki. Ile tygodniowo? Ile będzie wszystkiego razem? Czy dostaje się biżuterię? Powiedziałam im to samo, co mówiono mnie: "Nie martwcie się, zawiedzione nie będziecie". Sheila była najbarwniejszą z dziewczyn. Miała skrzekliwy głos i złachaną torebkę. Kiedy wyjmowała zdjęcia rocznego synka, wylazła na wierzch postrzępiona podszewka.
- To mój syn - powiedziała, pokazując je nad półmiskiem niezastąpionych szaszłyków satay z sosem orzechowym. Jeżeli o mnie chodzi, to sos orzechowy jest jednym z największych wkładów Azji Południowo-Wschodniej w dorobek ludzkości. - Jesteś singlem? - spytała, gdy podawano nam trzecią kolejkę drinków. 
- Tak.
 
- Nie wiem, czy ktoś wam już powiedział, że byłam dziewczyną roku magazynu "Penthouse". Mieszkałam w rezydencji Guccione'ów. Są jak moja druga rodzina. Nie jest mi obce takie życie. 
- Czy oni też są dynastią?
- Rozumiem. Żartujesz sobie. Bob junior by cię oczarował. Zorganizuję ci z nim spotkanie, jak wrócisz do domu. Mieszka w Nowym Jorku. Jesteś bystra jak on. Spodobasz mu się.
Raczyła nas opowieściami o tym, co dzieje się na słynnym krytym basenie Guccione'ów, póki nie uznałyśmy, że pora kończyć wieczór. Następnego dnia z zapuchniętymi oczami ruszyłyśmy w miasto. Poszłyśmy zwiedzić singapurskie zoo, słynące z tego, że zapewnia zwierzętom rzekomo w pełni humanitarne, naturalne warunki i tak dalej. Wlokłyśmy się noga za nogą w tropikalnym upale, głaskałyśmy słoniątka. Singapurczycy i bladzi turyści z Zachodu z jednakowym zainteresowaniem gapili się na kusą bluzkę i obcisłe szorty Sheili. Dziewczyny były zachwycone zoo, ja nie. Zawsze robiło mi się smutno, gdy patrzyłam na goryle z ludzkimi rękami. Kiedy następnego dnia wsiadałyśmy do samolotu Royal Brunei Airlines, wmawiałam sobie, że ściskanie w żołądku i miękkie nogi to następstwo długiego lotu.
 
Znalazłszy się w pawilonie gościnnym, stwierdziłam, że Sheila, Gina i ta trzecia, której imienia nie pamiętam, to zaledwie cząstka nowego stada piękności. Z poprzedniego tylko Delia była tu jeszcze po roku, pogodna i asertywna jak zawsze, na zimno podliczająca rosnące konto bankowe i po cichu snująca plany na przyszłość. Minęły czasy jednoosobowych pokoi i nielimitowanych rozmów telefonicznych. Dwa pawilony były pełne Amerykanek, ja i Sheila zostałyśmy ulokowane razem. Już w pierwszej godzinie zorientowałam się, że jest hałaśliwiej, tłoczniej i panuje atmosfera większej swobody. Wkrótce dowiedziałam się również, że nie tylko Sheila może się chełpić tym, iż jest dziewczyną z rozkładówki. Takich nie brakowało i nie brakowało miss piękności ani modelek reklamujących kostiumy kąpielowe. Gdy tłoczyłyśmy się przy marmurowym stole podczas lunchu, rozglądałam się i zadawałam sobie pytanie: czy to możliwe? Zebrane do kupy dziewczęta z rozkładówek i kalendarzy, modelki i króliczki "Playboya", fantazja dorosłego mężczyzny wcielona w życie, ale czy naprawdę? To były po prostu żywe i niedoskonałe dziewczyny, a ich wizerunki zapełniające strony ilustrowanych magazynów starannie podretuszowano, żeby wyglądały nieskazitelnie i ponętnie. Być może Robin miał taką samą jak ja refleksję. Dlatego wciąż zamawiał nowe okazy i w trybie przyspieszonym się ich pozbywał.
 
 
 
 
Wzrost populacji Amerykanek w haremie był oznaką postępującej zachłanności i nasilania się dekadenckich zachowań Robina. Byłam świadkiem zbierania się pierwszych chmur śniegowych nad jego głową, a lawina pochłonęła go lata później. Kiedy to się stało, mnie już od dawna tam nie było i dowiadywałam się o tym z gazet. Siedziałam w Los Angeles na kanapie u przyjaciółki i nie wierząc własnym oczom, patrzyłam na Sheilę, która paplała do reporterów tabloidów, a na ekranie telewizora pojawiałam się ja w stroju topless z zamazanymi cyfrowo oczami i cyckami, ale nieskutecznie, więc uprzejmy gest ukrycia mojej tożsamości był pozorny. Tamtego jednak dnia po przylocie miałam zaledwie cień podejrzenia, że świat za bramami pałacu ulega transformacji. Omamił mnie. Wydawał się tak ściśle zaprogramowany, że odrzuciłam myśl, iż kiedykolwiek może się zmienić. Prawie wszystko toczyło się po staremu. Minęła zaledwie godzina od mojego przyjazdu, leżałam na kanapie, gapiąc się na jaszczurkę rozpłaszczoną na świetliku, kiedy pojawił się ochroniarz i polecił Delii i mnie włożyć kostiumy bikini i pójść na górny basen się opalać. Nałożyłam grubą warstwę kremu z filtrem na nowojorską bladą skórę i w biegu chwyciłam ręcznik. Poprułyśmy wózkiem golfowym w górę znajomego wzgórza. W popołudniowym słońcu lśniłam purpurą. Wyglądałam jak pod lampą UV.
 
- Gdzie jest Fiona?
- Och, widać, że długo cię tu nie było. 
Historia Fiony wyglądała następująco: po blisko roku rezydowania w Brunei Fiona miała szafy pełne designerskich ciuchów, domy dla siebie i rodziny na Filipinach, skąd przyjechała, oraz precjoza dorównujące klejnotom królowej angielskiej. W Boże Narodzenie książę Jefri podarował jej milion dolarów gotówką i pierścionek zaręczynowy. To była ta główna wygrana, po którą wszystkie próbowałyśmy sięgnąć. Wszystkie oprócz niej. Fiona odrzuciła oświadczyny Robina, zebrała swoje szmatki oraz pieniądze i odleciała pierwszym samolotem do domu, wybierając wolność. Tym aktem niewierności daleko prześcignęła Serenę. Nikt nie wiedział, gdzie Fiona dokładnie mieszka ani jak się z nią skontaktować. Nigdy więcej jej nie widziałam, ale czasem o niej myślę. Przypomina mi się, że to od niej nauczyłam się chodzić z gracją. Na party pierwszego wieczoru ubrałam się w minisukienkę w kolorze kości słoniowej. Przez jedwabną tkaninę prześwitywały stringi, marki Cosabella, i był lekko widoczny zarys tatuażu. Oglądałam się na wszystkie strony w lustrze i po raz pierwszy ogarnęły mnie wątpliwości, czy potrzebnie się wytatuowałam. Tatuaż na cipce, na Boga, kto się na coś takiego porywa? Co ja wtedy myślałam? Czy Robin będzie zniesmaczony?
 
Na sali okazało się, że nasze ksiąstewko zrobiło się za małe dla tłumu dziewcząt. Obsiadałyśmy pufy, balansowałyśmy na oparciach foteli. Drobne dziewczyny wciskały się po dwie na jeden fotel, bacząc, by nie zsunąć się z poduszek. Nasza amerykańska część sali wyglądała kiedyś jak pierwsza klasa w samolocie w odróżnieniu od tej gorszej, ekonomicznej. Teraz się wyrównało. Wzbudziłam ciekawość nowych dziewcząt nie na dłużej niż trzy sekundy. Byłam tutaj aż rok temu? To ich nie interesowało. Każda z nich skupiała uwagę na sobie. Nie wyłapywałam wszystkich wątków rozmów, ale gadały z ożywieniem. Przerywały sobie nawzajem, podtrzymując temat tylko wtedy, gdy mógł mieć praktyczne zastosowanie.
- Moja kuzynka poszła do takiego specjalisty od medycyny holistycznej i powiedział, że od napojów gazowanych ma się cellulit, bo komórki tłuszczowe wyłapują bąbelki powietrza. Czy ten szampan nie szkodzi?
- Chyba nie. Wszystkie modelki piją szampana i nie mają cellulitu.
- Raz byłam z Dave'em Navarro w Sunset Marquis chyba o szóstej rano i chyba było nas czworo w jego pokoju i zdaje się, że oglądaliśmy "The Doors" czy coś takiego, i byliśmy okropnie upaleni i wypiliśmy butelkę crystalu, takiego za sześćset dolarów i fajnie smakował.
- Czy wiecie o tej dziewczynie Francuzce, która przemycała do Singapuru marihuanę pod podszewką walizki i skazali ją na karę śmierci i wszystkie rządy próbowały ich powstrzymać, ale się nie przejmowali i ścięli jej głowę?
- Wiem. Tak było. To faszyści. Nawet gumy nie wolno żuć na lotnisku w Singapurze.
 
Coś się we mnie zmieniło. Słuchałam ich i wcale nie miałam ochoty ich udusić. Nawet siebie nie miałam ochoty udusić paskiem od torebki. Zdecydowałam się wrócić i warować tu na krześle, chociaż miałam inne możliwości. W swojej klatce w tym zoo czułam się lepiej niż w nowojorskiej betonowej dżungli. Coś tu działało orzeźwiająco. I gdy licznik odmierzał godziny mojego życia na tej sali, miałam coraz lepszy nastrój. Przestała mnie dręczyć iluzja, że mam wspaniałe perspektywy życiowe, do których warto wracać. Sen o gwiazdorstwie wygasał, ledwie się tlił. Niemal czuć było zapach dymu. Zbliżała się godzina nadejścia Robina. Ogarniało mnie zdenerwowanie. Bezwiednie przygarbiłam się, skuliłam, jakbym chciała uciszyć trzepotanie serca w klatce piersiowej. Musiałam przywołać się do porządku, wyprostowałam ramiona, skrzyżowałam nogi pod atrakcyjnym kątem, udawałam, że się świetnie bawię. Widziałam wyraźne poruszenie wśród azjatyckich dziewczyn, ale bardziej rzucała się w oczy reakcja Amerykanek. Cieszyłam się, widząc stare przyjaciółki: Yoyę, Tootie i Liii, ale nawet one odnosiły się do mnie z rezerwą. Tootie, promienna jak zawsze, nie wyglądała, że jest o rok starsza. Yoya przytyła w biodrach, za to twarz jej troszkę wyszczuplała, jakby naddatek wagi inaczej się rozłożył. Wydoroślała. Skończyła już chyba szesnaście lat. Miała na sobie pomarańczowy kostium Chanel, a jej nieprawdopodobny warkocz jeszcze się wydłużył.
 
 
 
 
Wszedł Robin i wyglądał dokładnie tak samo. Te same tenisowe buty, te same gęste włosy starannie zaczesane do tyłu. Wkroczył, rzucił tu i tam słowo powitania, ostentacyjnie nie patrząc w kierunku "amerykańskiej prowincji". Za nim szli Winston, Dan, dr Gordon i reszta świty. Wiedziałam, że oni nie raczą mnie zauważyć, póki on tego nie zrobi. Kiedy wreszcie się odwrócił i nasze oczy się spotkały, udawał wielce zdziwionego. 
- Więc jesteś - powiedział, ściskając mi rękę i całując w policzek. 
Dziewczyny się ścieśniły, żeby zrobić mu miejsce, ale nie było takiej potrzeby. Nie przysiadł się. Demonstracja zdziwienia zmroziła mnie. Zawsze kryło się pod nią zawoalowane napomnienie: zrobiłaś coś, czego robić nie należało. Kiedy siadał na swoim miejscu, zauważyłam, że żadna z dziewcząt nie zajmuje fotela ani z jego prawej, ani z lewej strony. Usiedli przy nim kumple, porozmawiał z nimi krótko i ruszył na wędrówkę od stolika do stolika. Eddie powitał mnie gorącym uściskiem, po czym wywabił z sali i zaprowadził do jadalni, przygotowanej do nieoficjalnej kolacji. Wokół stołu zastawionego platerami z mnóstwem jedzenia przygotowano miejsca dla dwunastu osób. 
 
Nadeszli przyjaciele Robina i zaraz dołączył do nas i on. Siedziałam z jego prawej strony podczas posiłku, przy którym oglądaliśmy wyświetlany na wielkim ekranie film hollywoodzki z malajskimi napisami. Mężczyźni byli rozbawieni niczym studenci, bezlitośnie dokuczając Danowi aluzjami do jednej z aktorek filmu. 
- Kocha się w niej - wyjaśnił mi Robin. 
Wszędzie indziej zadurzenie w gwieździe filmowej nie wykracza poza sferę fantazji, ale byłam w Brunei, więc spodziewałam się, że za kilka dni zobaczę tę aktorkę, na wpół oszołomioną, jakby właśnie wyszła tylnym wyjściem z garderoby w Bombaju i po drugiej stronie drzwi znalazła się w Brunei. Przy kolacji Robin zadał mi kilka pytań na temat pobytu w domu. Podkreślałam, że strasznie się nudziłam i bardzo za nim tęskniłam. Opowiadałam o ciężkiej chorobie ojca, która zatrzymała mnie na tak długo. Skwitował to niby współczującym mruknięciem i zmienił temat. Albo był niezdolny do empatii, albo wiedział, że kłamię. Nie wierzę w piekło ani karzących bogów, ani karę niebios, ani nawet w karmę. Kiedy jednak kłamliwie usprawiedliwiam się chorobą rodziców, spodziewam się, że zostanie wydany na mnie surowy wyrok. Być może samo kłamstwo jest już tym wyrokiem. Nie potrzeba dodatkowej kary, bo wystarczy dręcząca świadomość, że jesteś osobą zdolną do opowiadania o zagrażającej życiu chorobie matki czy ojca. Bez uprzedzenia Robin wstał w środku tej dziwnej kolacji i wziął mnie za rękę. Wszyscy wstali, gdy wychodziliśmy.
 
Z powodu tatuażu poczułam się skrępowana, gdy przyszło się rozebrać. Czy powinnam coś wyjaśniać, czy lepiej nic nie mówić? Największy problem związany z tatuażem widziałam w tym, że zaprzeczał odgrywaniu dotąd naiwnej uczennicy, reagującej zdumieniem na jego najbłahszą uwagę. Siedział na krawędzi łóżka, gdy wychodziłam z łazienki. 
- Mam małą niespodziankę. 
Ściągnęłam przez głowę śliską jedwabną sukienkę. 
- Piękny - powiedział i pociągnął mnie na siebie na łóżko. 
Nawet okiem nie mrugnął i to mnie zdziwiło. Czy dlatego, że o rzut kamieniem żyły plemiona praktykujące tatuaż? A może dlatego, że oglądał miliony filmów pornograficznych i przeleciał tysiące kobiet? Niewykluczone, że już nic nie robiło na nim wrażenia. Niewykluczone, że nic nie widział, bo nie umiał patrzeć. Miał w oczach większy głód, niż kiedy widywałam go poprzednim razem. Wprawił mnie w stan szoku, gdy zaczął dotykać mojego ciała. Zupełnie jakby powłócząc nogami, badał fakturę dywanu przez skarpetki. Czułam się bardzo naga, dziewicza. To było jak prawdziwy seks z prawdziwym facetem, poruszający i krępujący. Wszystko wewnątrz mnie zadygotało, każdy organ kulił się, szukając u mnie obrony. Wyobraziłam sobie, jak zareaguje Robin, gdy mu się odsłonię. Nie miałam wątpliwości, że całkowicie straci dla mnie szacunek. 
 
Wracając na przyjęcie, zatrzymałam się w drzwiach, żeby porozmawiać z Madge, która wydawała się szczerze ucieszona, że mnie znowu widzi, chociaż jak zawsze zachowała brytyjską powściągliwość, jakby nie było mnie tylko przez weekend. W momentach stresu twarz Madge tchnęła spokojem jak oblicze Buddy, ale na ręce zaciśniętej na walkie-talkie bielały kostki. Nie odniosłam wrażenia, że tym razem jest bardzo zestresowana, tylko dość spięta i czujna. Zapytałam, co się dzieje. 
- Przecież wiesz. Pracowity dzień, król Husajn w mieście. Słyszałam, że go dziś poznałaś.
- Jak to? 
- A nie? Podejmowany był lunchem. 
Nie zdarzało się, żeby coś jej się wypsnęło z ust. Nie była to oczywiście żadna ważna sprawa, ale Madge zdradzała mi, kto patrzył przez okno na widoki przy basenie. 
- A w ogóle to sympatyczny facet. 
Wróciłam do świata, gdzie kamera jest ukryta za każdym lustrem i na każdym rogu można się natknąć na króla.
 
 
 
 
Rodzina królewska zaczęła używać pałacu imprezowego do wydawania lunchów, a nawet jako pomieszczeń dla gości innych niż dziewczęta, tak więc nieraz przez kilka dni z rzędu kazano nam siedzieć w pawilonach i w ogóle się nie pokazywać. Nie wychodźcie poza drzwi, nie wychodźcie na balkon, nie korzystajcie w ciągu dnia z siłowni ani z basenu. Praktycznie był to areszt domowy z oglądaniem filmów, kąpielami w pianie i gimnastykowaniem się przy instruktażach wideo. Moje taśmy do nauki francuskiego zostały w domu. Patrzyłam jednak na to, co przywiozłam zamiast nich - na mój laptop. Nie byłam jeszcze zdecydowana, jaki rodzaj pisarstwa by mi odpowiadał. Opowiadania? Poezje? Sztuki? Dawno zrezygnowałam z performance'u, więc szeroko otwierało się pole aktywności. System poczty elektronicznej zainstalowany przez Colina działał bez zarzutu. Podłączałam laptop do linii telefonicznej i codziennie rano wysyłałam listy napisane w nocy. Uchodziło mi to bezkarnie, rzecz była nowością i nikt tak naprawdę nie wiedział, co robię. Gdyby się zorientowali, na pewno by mi zabronili. Areszt domowy wykluczył z programu grę w tenisa, więc nasz salon przez cały dzień zatłoczony był jazgoczącymi dziewczynami, ja wobec tego ukrywałam się w sypialni i spędzałam czas na łóżku, pisząc z laptopem na kolanach. Prowadziłam dziennik od najmłodszych lat, okresami bardzo skrupulatnie, a czasami zapisując tylko niektóre zdarzenia bądź sny, ale dzienniczek zawsze leżał na stoliku nocnym.
 
Postanowiłam prowadzić dziennik na komputerze i to okazało się dla mnie ratunkiem. Pochłonął mnie bez reszty. Nie mogłam wychodzić i nie miałam nic do roboty, więc wystukiwałam stronę za stroną, opisując, jak to jest w Brunei. Kopiowałam kolejne porcje tekstu do skrzynki i wysyłałam do Colina. Zaczął robić to samo, opisując na wielu stronach rodzinną letnią posiadłość w Kanadzie, przekazując na bieżąco domowe plotki i biadolenia swojej dziewczyny. Miałam na co czekać każdego dnia. Zaczęłam utrwalać rozmowy, drobiazgi, spostrzeżenia. Zostałam zmotywowana do uważnej obserwacji otoczenia i od razu przestałam się nudzić. Nagle znalazł się nowy argument za pobytem w Brunei, bardziej ważki niż moja zaburzona osobowość i niezdrowy afekt do zdemoralizowanego księcia, i skądinąd zrozumiały sentyment do jego rachunku bankowego. Robin w dalszym ciągu co noc wyprowadzał jakąś dziewczynę z przyjęcia, od czasu do czasu również mnie i zachowywał się wtedy, jakby nic się między nami nie zmieniło. W ciągu dnia wezwał mnie jednak tylko raz. Zajmowałam jego uwagę w takim stopniu, że mogłam uznać, iż nadal mnie lubi, lecz nie na tyle, żebym mogła zasiąść w fotelu po jego lewej stronie, jak było dawniej. 
 
Nie miałam większych oczekiwań, wobec tego mi to nie doskwierało, póki porannym pukaniem do drzwi nie została zaszczycona Gina. Gina miała dobroduszną, śliczną buzię i tytuł zdobywczyni drugiego miejsca w konkursie na królową dorocznego zjazdu obywateli jakiegoś miasteczka z Indiany. Zależało jej na tym, żebym wiedziała, iż ona nie należy do tych, co obnażają cycki na kolorowych rozkładówkach, ona jest "poważną" modelką. Cerę miała kiepską i albo chodziła z toną make-upu na twarzy, albo z maseczką błotną. Była niewysoka, szczupła w pasie, z wielkim biustem, który jak zawsze wystarczy za wszystko. Jej styl budził kontrowersje: nosiła na przykład brązowe klasyczne czółenka, odpowiednie na spotkanie komitetu rodzicielskiego, do sukienki w kwiatki o dwa rozmiary za małej. Czytałam akurat przy stole w kuchni, kiedy stanęła w drzwiach, wracając z pierwszej dziennej randki z Robinem. Usiadła obok mnie, odłożyłam książkę. 
- Czy możemy porozmawiać? - spytała szeptem. 
- Jasne. 
- Właśnie widziałam się z Robinem. 
Miała oczy pełne łez. O nie, oszczędź mi tego, westchnęłam w duchu. Pogłaskałam ją na pociechę po plecach. Co innego możesz zrobić, kiedy dziewczyna zaczyna płakać? Oddychała nierówno, pociągając nosem.
 
- Nie wiedziałam, gdzie idę, i zdziwiłam się, naprawdę, i ... Wiem, że ty też ... no ... jesteś jego dziewczyną. Więc ... nie chcę, żebyś była na mnie wściekła. Ja ... nie wiedziałam, jak powiedzieć nie. Jesteś wściekła? 
Zapewniłam ją, że nie jestem. Powiedziałam, że wszystko będzie okay i że on jest uroczy. — 
- Nie jest? - spytałam.
Dodałam jeszcze, że pewnie robiła to już wiele razy, i to nawet nie z księciem. I nagle usłyszałam z własnych ust dokładnie to samo, co powiedziała do mnie Serena: "Nie martw się. Prawdopodobnie nie będzie cię więcej wzywał". Myliłam się. Wezwał ją po raz drugi. I jeszcze raz, i jeszcze raz. Skończyły się zwierzenia od serca. Przybrała postawę wszystkowiedzącej, okraszoną miną fałszywej skromnisi, na co chciało mi się rzygać. Przyszło mi do głowy, że jestem Sereną, a Gina mną. Patrząc wstecz, myślałam ze współczuciem, że Serena przechodziła gehennę, gdy widziała, że dzień w dzień wracam do pawilonu świeżo po pieprzonku, obnoszę nowe ciuchy i klejnoty. To bolało, przedtem ją, teraz mnie. Z tego powodu nie robiłam jednak z siebie żałosnej cipy. Widziałam w Brunei wystarczająco dużo, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że tak jak kiedyś wspięłam się wysoko po długiej drabinie, teraz znalazłam się na równie długiej pochylni. Zamierzałam zsuwać się z niej z godnością. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
CDN.

PRZEDZIWNE WYDARZENIA ROKU PAŃSKIEGO 1461

CO SIĘ WYDARZYŁO W KRAKOWIE?


KRAKÓW W ŚREDNIOWIECZU

 

Rok 1461 nie należał do najspokojniejszych. Już bowiem od siedmiu lat toczyła się (prowadzona ze zmiennym szczęściem) krwawa wojna z Zakonem Krzyżackim. Zakon (czyli Zakon Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie), został sprowadzony na ziemie polskie (a konkretnie na tereny zamieszkane przez pogańskie plemiona Prusów i Jaćwięgów, którzy należeli do grupy ludów bałtyjskich) w roku 1226. Sam Zakon rycerski zaś, powstał w Jerozolimie w roku 1198 i składał się z niemieckich rycerzy, którzy przybyli do Palestyny wraz z cesarzem Fryderykiem I Barbarossą w czasie III wyprawy krzyżowej (1189-1192). Brali oni później udział w zwycięskiej dla krzyżowców obronie przed muzułmanami - Akki. Co prawda niemieccy rycerze, którzy pozostali w Palestynie po zakończeniu krucjaty ( ci którzy przybyli później), założyli zakon rycerski dopiero z końcem XII wieku, ale już od 1127 r. działał w Jerozolimie szpital (czy raczej hospicjum), zakonników niemieckich (nie będących rycerzami), który właśnie nosił tę samą nazwę - Szpital Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Niemieckie hospicjum przestało istnieć, po zdobyciu Jerozolimy przez wojska egipskie wojska sułtana Saladyna w 1187 r. 

Swoją drogą, powstanie niemieckiego zakonu rycerskiego w Jerozolimie po zakończeniu III krucjaty, było spowodowane ... niechęcią innych krzyżowców-szpitalników (Francuzów i Anglików), do przyjmowania niemieckich rycerzy. Ci, pozbawieni opieki lekarskiej (dzięki pieniądzom przysłanym przez mieszczan Bremy i Lubeki), założyli więc sobie w 1190 r. własny mały szpitalik, który był zlokalizowany pod ... kadłubem uszkodzonego okrętu, wyciągniętego na ląd). Szpital rozwinął się po roku 1191, a pierwszym jego przełożonym został kapelan Konrad z Moguncji. W 1198 r. zapowiedziano kolejną krucjatę (do której jednak nie doszło), co spowodowało zwiększony napływ rycerstwa zachodnioeuropejskiego (również z Niemiec) do Palestyny. Dzięki protekcji (wówczas już) arcybiskupa Konrada z Moguncji, zgodę na powstanie kolejnego zakonu rycerskiego wydali wielcy mistrzowie już wówczas istniejących zakonów - Templariuszy i Joannitów, a pierwszym wielkim mistrzem krzyżackim został, pochodzący z możnego rodu von Bassenheimów z Nadrenii - Henryk Walpot. W Zakonie obowiązywały bardzo surowe obyczaje, a rycerzowi krzyżackiemu nie wolno było rozmawiać z kobietami (szczególnie młodymi), nie mógł nawet pocałować własnej matki, i musiał przestrzegać skrupulatnie wyznaczonych modlitw i spowiedzi. 

Dzięki staraniom przedsiębiorczego Hermanna von Salzy (czwartego wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego w latach 1210-1239), który pragnął uczynić z Zakonu finansową potęgę, na wzór Zakonu Templariuszy we Francji (którzy zgromadzili ogromne bogactwa i ziemskie przydziały - lenna - pełnili też najróżniejsze funkcje, związane z finansami i bankowością). W 1211 r. udało mu się uzyskać od króla Węgier - Andrzeja II, niewielki przydział ziemski w Siedmiogrodzie (w ziemi Burza) nad Dunajem. Węgierski władca chciał tym samym zabezpieczyć sobie południową granicę przed atakami Połowców. Od 1212 r. niemieccy rycerze-zakonnicy zaczęli opuszczać Akkę i przenosić się do swego nowego lenna (oczywiście nie wszyscy się przenieśli, część pozostała w Akce i wraz z Templariuszami dalej walczyła z muzułmanami). W latach 1217-1218 Salza bezprawnie zajął (podczas nieobecności w kraju króla Andrzeja II, który brał udział w V krucjacie), kilka nowych zamków i ziem. Ale po powrocie do kraju w 1222 r. król Andrzej zezwolił im je zatrzymać. Miarka się jednak przebrała w 1224 r. gdy Hermann von Salza uzyskał od papieża - Honoriusza III, zgodę na objęcie w wieczyste posiadanie przez Zakon ziemi Burza, jako - "Ojcowizny św. Piotra". Król Węgier nie mógł się na to zgodzić, więc w 1225 r. wkroczył zbrojnie do posiadłości Krzyżaków, opanował ich zamki, spustoszył ziemie i wypędził ich ze swego kraju. 

Uzyskali oni schronienie w rejonie Styrii (planowano też powrót do Akki), lecz (za namową Salzy) 26 marca 1226 r. w Rimini, papież Honoriusz III przyznał w lenno Zakonowi Krzyżackiemu ziemię chełmińską, oraz całe Prusy (które dopiero należało zdobyć). Nie jest więc prawdą, że to książę mazowiecki - Konrad I, sprowadził Krzyżaków do Polski. Do Polski sprowadził ich papież Honoriusz III, na prośbę wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego Hermanna von Salzy. Pierwsi niemieccy rycerze-zakonnicy pojawili się w ziemi dobrzyńskiej dopiero w 1228 r. W 1230 r. sfałszowali dokument Konrada I (Falsyfikat Kruszwicki), który miał im przyznawać ziemię chełmińską w wieczyste posiadanie, co jednak spowodowało że kolejny papież Grzegorz IX przyznał im te tereny "w wieczyste posiadanie" w roku 1234 r. Rok później te nadania oficjalnie w swej bulli potwierdził cesarz rzymsko-niemiecki - Fryderyk II (potem antydatowano ten dokument na 1226 r.). I tak oto Krzyżacy znaleźli się na polskiej ziemi. Po ostatecznym podboju plemion pruskich w 1273 r. państwo Zakonu stawało się z roku na rok coraz potężniejsze. 




Po raz pierwszy Krzyżacy wystąpili zbrojnie przeciwko (wówczas dopiero scalanej po długim okresie rozbicia dzielnicowego) Polsce w 1309 r. zajmując Pomorze Gdańskie, zdobywając Gdańsk i mordując całą tamtejszą polską załogę. Kolejna wojna (1330-1331) też nie przyniosła żadnego pozytywnego rozstrzygnięcia w kwestii Pomorza, a Zakon wciąż stawał się coraz potężniejszy. W 1343 r. król Kazimierz III Wielki podpisał ostatecznie z Krzyżakami pokój w Kaliszu (po długoletnim okresie sporów sądowych przed papieżem o zwrot Pomorza Gdańskiego), w którym król zrzekał się Pomorza (zachowując jednak tytuł władcy tej ziemi), który to przetrwał aż do 1409 r. Czas ten został wykorzystany na wewnętrzne scalenie kraju i jego gruntowną przebudowę oraz modernizację pod prawie każdym względem. Reformy króla Kazimierza Wielkiego (panował w latach 1333-1370), pozwoliły zakończyć decydującym zwycięstwem Wielką Wojnę z Zakonem Krzyżackim, toczoną w latach 1409-1411. W jej wyniku miały miejsce dwie wielkie bitwy, stoczone w 1410 r. - pod Grunwaldem (jest uznawana za największą bitwę średniowiecza), oraz pod Koronowem. Obie zakończyły się całkowitym zwycięstwem polskiego rycerstwa i zdruzgotaniem potęgi Zakonu. Od roku 1410 Zakon będzie już tylko słabnął, zaś Królestwo Polskie będzie już tylko rosło do przyszłej potęgi. Zwycięska wojna nie spowodowała jednak odzyskania Pomorza Gdańskiego (stanie się to dopiero w 1466 r.), mimo to pozwoliła usadowić Polskę wśród największych mocarstw tamtej epoki. 


W BITWIE POD GRUNWALDEM 
15 Lipca 1410 r.

OSTATECZNIE ZŁAMANA ZOSTAŁA DOTYCHCZASOWA POTĘGA NIEMCZYZNY I NIEMIECKIEGO RYCERSTWA,
A SŁOWIANIE-LECHICI-POLACY UROŚLI W SIŁĘ TAK WIELKĄ, ŻE WKRÓTCE STWORZYLI JEDNO Z NAJROZLEGLEJSZYCH, NAJPOTĘŻNIEJSZYCH I NAJBARDZIEJ DEMOKRATYCZNYCH PAŃSTW ŚWIATA





Potem dochodziło jeszcze do kolejnych wojen (1414 - wojna głodowa, gdy Krzyżacy pozamykali się w zamkach i unikali jakiejkolwiek zbrojnej konfrontacji z polskim rycerstwem, 1422 - zwycięstwo Polski, 1431-1435 - zwycięstwo Polski, Wojna Trzynastoletnia 1454-1466 - zakończona wielkim zwycięstwem Królestwa Polskiego, odzyskaniem Pomorza Gdańskiego i uczynieniem z Zakonu polskiego lenna. Doszło jeszcze do dwóch wojen, w wyniku których Zakon próbował zrzucić polską zwierzchność - 1478-1479 i 1519-1521 - obie zakończone całkowitą klęską i rozwiązaniem Zakonu, oraz sekularyzacją całego państwa w 1525 r. W tymże roku, ostatni wielki mistrz - Albrecht Hohenzollern, złożył na krakowskim rynku oficjalny (ponawiany przez jego następców) hołd polskiemu królowi - Zygmuntowi I Jagiellończykowi. Od tej chwili (za zgodą polskiego monarchy), stawał się świeckim księciem i otrzymywał prawo przekazania swego państwa w spadku swoim potomkom (oczywiście każdy z nich musiał odnowić w Krakowie czy potem już w Warszawie - hołd lenny). Potem (1618 r.), również za zgodą polskiego monarchy władzę nad Prusami otrzymali również Hohenzollernowie z Brandenburgii. W 1701 r. kolejny brandenburski elektor - Fryderyk I Hohenzollern, koronował się w Królewcu na pierwszego "króla w Prusiech". Odtąd Brandenburczyków zaczęto nazywać Prusakami, a potem po zwycięskich wojnach z Austrią (1866 r.) i Francją (1870-1871 r.) zjednoczą oni całe Niemcy pod nazwą II Rzeszy. Tak oto Prusacy, dawni polscy lennicy, staną się twórcami zjednoczonego niemieckiego państwa. 


HOŁD PRUSKI
1525 r.



No ale teraz (po dość przydługim przedstawieniu procesu wojen polsko-krzyżackich, a jednocześnie całkowitym pominięciu działań wojennych, toczonych podczas Wojny Trzynastoletniej - lecz pozwolę sobie to już pominąć, bowiem zajęłoby to zbyt wiele czasu) przechodzę już bezpośrednio do tematu. Cóż takiego wydarzyło się w Krakowie, w roku 1461? Otóż dnia 16 lipca tego roku, do warsztatu krakowskiego płatnerza Klemensa wkroczył Andrzej Tęczyński, rycerz, wielki pan, człowiek służący specjalnym poruczeniom i pełniący ważne misje przy królu Kazimierzu IV Jagiellończyku. Tęczyński przyszedł odebrać zbroję, którą pozostawił w warsztacie dla oczyszczenia. Długosz podaje, że mistrz Klemens nie wywiązał się z zadania należycie i zbroi po prostu nie oczyścił. Krakowskie zaś akta miejskie mówią coś innego. To mianowicie, że za usługę mistrz policzył sobie dwa floreny, co było - przy wahających się w tych wysokościach cenach zbroi - jakimś absurdem, jeśli wręcz nie prowokacją. Tęczyński zadeklarował chęć wypłacenia płatnerzowi 10 groszy za usługę, na co ten się nie zgodził, zaś niezgodę swoją wyraził słowami szyderczymi i obraźliwymi, bo już w następnej chwili Andrzej Tęczyński uderzył go w twarz. Nie było to zachowanie zwyczajne i trudno było szukać dla niego precedensu, ale to, co stało się później, było jeszcze bardziej dziwaczne, niezrozumiałe i potworne. 

Najpierw jednak należy wyjaśnić kim właściwie był ów rycerz, pan Andrzej Tęczyński? Urodził się w 1412 r. Brał udział w działaniach zbrojnych Wojny Trzynastoletnie, zaś ostatnią jego sławną misją w czasie tej wojny, było negocjowanie warunków opuszczenia zamku malborskiego przez załogę czeską w 1457 r. i poddanie tej stolicy Zakonu Krzyżackiego Polakom. Jednak za poddanie twierdzy Czesi zażądali monstrualnej sumy - 436 tysięcy dukatów. Skarb zapłacił połowę. Połowę, czyli 218 tysięcy, a to daje dwa razy więcej niż roczny dochód skarbu Brandenburgii i więcej niż połowa rocznego dochodu wielkich i bogatych Węgier. Była to jednak tylko połowa haraczu. Kto zapłacił drugą połowę? Miasta pruskie. Ktoś jednak musiał zebrać te aktywa w jednym miejscu, policzyć, pokwitować odbiór, wziąć odpowiedzialność na swoje barki i z całym tym bogactwem ruszyć za mury miasta, żeby porozumieć się z Czechami. Nie było to ani proste, ani bezpieczne, człowiek taki musiał mieć jakąś płaszczyznę porozumienia z tymi ludźmi, którzy byli po prostu zgrają uzbrojonych i dobrze wyszkolonych bandytów, wymachujących, prócz włóczni, dodatkowo swoją doktryną religijną (byli bowiem husytami), wielce dla części społeczeństwa średniowiecznego atrakcyjną, bo obiecującą nie tylko łatwy zysk, ale jeszcze przygody i wesołe życie w ciągle zmieniających się okolicznościach. W końcu Czesi wynajmowali się do walki w różnych krajach, dużo podróżowali, co zapewne podnosiło atrakcyjność ich oferty.

Żeby się z nimi porozumieć, trzeba było mieć podobne doświadczenia i podobne spojrzenie na życie, ale trzeba było także być lojalnym wobec króla i państwa. I takim człowiekiem właśnie był Andrzej Tęczyński. Miał on za sobą pewne doświadczenia, które stawiały go wobec Czechów w świetle dosyć korzystnym i mogły budzić ich zaufanie - był bowiem pan Andrzej dawnymi laty członkiem konfederacji Spytka z Melsztyna, czyli należał po prostu do tak zwanych polskich husytów. Jak się z tego wykręcił po klęsce zadanej przez Oleśnickiego wojskom Spytka nad Nidą (maj 1439 r.), nie wiadomo. Jagiellonowie nie lubili Oleśnickiego, ale lubił go papież. Gwarantował on bowiem, że kraj pozostanie przy katolicyzmie i nie popadnie w herezję. Oleśnicki gwarantował także, że magnateria będzie wierna Kościołowi nawet wtedy, kiedy król pobłądzi i zacznie skręcać w kierunku jakichś dziwnych doktryn. Tęczyński zaś popierał tę opcję jako magnat i jako katolik. Nie oznaczało to bynajmniej zdrady wobec króla, chciał Andrzej Tęczyński jedynie tego, by biskupem krakowskim został bratanek jego dotychczasowego protektora - Zbigniewa Oleśnickiego.


POLSKI PRZEPIS NA JEDNOCZENIE NARODÓW
ZGODA I DOBROWOLNOŚĆ, A NIE PRZEMOC I PODBÓJ

"MIECZEM MOŻNA PRZECIĄĆ - 
POŁĄCZYĆ JEST TRUDNIEJ"

KRÓL WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO 
I BISKUP ZBIGNIEW OLEŚNICKI




Tak więc, podsumowując - Tęczyński, zwolennik biskupa Oleśnickiego, człowiek mający za sobą dość poważną misję, popierający papieskiego kandydata na biskupstwo krakowskie, idzie odebrać od płatnerza Klemensa zbroję, którą zostawił tam dla oczyszczenia. Jednak ów płatnerz żąda za usługę ogromnej sumy dwóch florenów. Tęczyński odmawia, płatnerz nie daje za wygraną. Od słowa do słowa dochodzi do awantury. Poważnej awantury, bo czynne znieważenie męża nie było wówczas błahostką. Tęczyński policzkuje Klemensa i wychodzi z warsztatu. Jest jednak świadom tego, co zrobił, bo nie idzie wcale do karczmy, żeby tam z przyjaciółmi spędzić wieczór przy kufelku i poszydzić sobie trochę z owego bezczelnego człeka, ale zmierza wprost do ratusza, żeby złożyć w tej sprawie zeznanie przed rajcami, zanim zrobi to płatnerz Klemens. To ważny i wielce wymowny szczegół. Magnat, pan z panów, dokonawszy czynu niegodnego, idzie wprost do rady miasta, żeby złożyć zeznania i skargę na mieszczanina oraz szukać tam sprawiedliwości. Po złożeniu zeznań Andrzej Tęczyński wychodzi z ratusza i idzie na ulicę Bracką do kamienicy, w której wynajmował mieszkanie wraz ze swoim synem Janem. Kamienica ta należy do rajcy miejskiego Mikołaja Kridlara. W tym samym domu mieszka także inny członek rady miasta - Walter Kesling. 

"Nieszczęśliwym trafem" - jak pisze Stanisław Waltoś w "Pitavalu krakowskim" - obok kamienicy przy Brackiej przechodził akurat płatnerz Klemens prowadzony do ratusza na przesłuchanie przez miejskiego pachołka. Zobaczył Tęczyńskiego i zawołał: "Panie, pobiłeś mnie i dałeś mi policzek sromotnie w moim własnym domu, ale nie będziesz mnie już więcej bił". Jeśli tak rzeczywiście było, to zauważcie że prawo w Polsce traktowano całkiem serio i dotyczyło to wszystkich stanów, ze szlacheckim na czele. Jeden policzek wymierzony w czasie sprzeczki i Tęczyński, brat kasztelana krakowskiego, pędzi do ratusza, by się tam tłumaczyć ze swojego temperamentu. Natomiast płatnerz Klemens, płacący jeden tylko podatek - szos - w wysokości 2 groszy od grzywny dochodu, podchodzi do całej sprawy raczej bezstresowo - Długosz twierdzi, że nie dość, że wdał się w ponowną kłótnię z Tęczyńskim, będąc pewnym swojej racji, to jeszcze groził, że "lepiej mu zapłaci". Czyli groził Tęczyńskiemu w obecności świadków. Andrzej Tęczyński wówczas już nie wytrzymał nerwowo i rzucił się na Klemensa, pobiwszy go dotkliwie. Pomagał mu syn Jan i wierna służba. Pachołkowie miejscy, którzy przyglądali się całej scenie nie interweniując, odnieśli pobitego Klemensa do domu. Nie zeznawał on tego dnia w ratuszu. Ciekawe okazały się natomiast reakcje dwóch rajców, którzy mieszkali w tym samym co Tęczyński domu. Pobiegli oni natychmiast do rady opowiedzieć co się wydarzyło. Opowiedzieć o tym, że magnat pobił płatnerza po raz drugi.

Tymczasem bardzo szybko z ratusza cała sprawa przedostała się na miasto. W mieście zaczynają bić dzwony, na rynku gromadzą się spore grupki mieszczan, których powiadomiono o zajściu. Te grupki są bardzo agresywne i uzbrojone w noże, widły, oraz inne niebezpieczne narzędzia. Niestety nie znamy imion i nazwisk tych, którzy gromadzili się tamtego lipcowego wieczora z bronią w ręku na krakowskim rynku, nie wiemy też, czy byli to rzeczywiście mieszczanie, a jeśli tak, to z jakiego miasta pochodzili. Czy z Krakowa? Czy może z jakiegoś innego, nawet bardzo odległego, na przykład z Wrocławia, który w tamtych czasach mocno z Krakowem konkurował. Ot, po prostu tłum zaczął gromadzić się na rynku, słysząc dźwięk dzwonów. Uzbrojony tłum. Tymczasem rada miejska próbowała jeszcze zapobiec ewentualnym ekscesom i załagodzić konflikt. Delegacja rady udała się więc na zamek królewski ze skargą na postępek Tęczyńskiego". Rajcy krakowscy: Kridlar, u którego Tęczyński mieszkał z synem i służbą, któremu płacił komorne i u którego zostawił dobytek i rozmaite dobro oraz Kesling, widząc, jak Klemens płatnerz prowokuje ich gościa, a wcześniej słysząc jak cała sprawa się przedstawiała, idą wraz z innymi rajcami do królowej - Elżbiety Rakuszanki (małżonki króla Kazimierza Jagiellończyka, który stał wówczas obozem pod Inowrocławiem i szykował się do kolejnej ofensywy na Krzyżaków) żeby tam się poskarżyć na tegoż właśnie Tęczyńskiego. Wcześniej zaś każą zamknąć bramy miasta, żeby Andrzej Tęczyński ani nikt z jego ludzi nie uciekł z Krakowa przed zwołanym dzwonami uzbrojonym tłumem. Postępowanie królowej Elżbiety świadczyć może o tym, że miała ona pełną świadomość tego, co się odbywa w mieście i jak poważne sprawy przychodzi jej rozpatrywać.


KRÓLOWA ELŻBIETA RAKUSZANKA




Ta 24-letnia, młoda królowa została sama, musząc teraz kierować tak sprawami kraju jak i miasta. Stała przed dużym dylematem, bowiem musiała teraz rozsądzić spór pomiędzy człowiekiem nieprzychylnym, ale potrzebnym jej mężowi oraz kierowaną przez nieznane jej osoby, zdecydowaną na wiele mafią, która również była potrzebna jej mężowi i jej rodzinie. Po wysłuchaniu skarg, królowa zarządziła co następuje - w mieście ma być spokój, a strona, która go zakłóci, musi zapłacić stronie przeciwnej 80 tysięcy grzywien srebra (grzywna krakowska zaś to 48 groszy praskich). Tyle zdecydowała królowa na początek, deklarując, że sprawę całą rozsądzi nazajutrz. Kazała również wezwać Tęczyńskiego na Wawel (uczyniła to ponoć na prośbę panów rady). Na ulicach wciąż gromadzi się coraz więcej uzbrojonych ludzi, którzy - jak podają "Monumenta Poloniae historica", wołają do rajców: "oto patrzcie jaki gwałt popełniono, tyle razy skarżyliśmy się na nasze krzywdy, a nigdy nie staraliście się nas obronić". Niesamowite - prawda? Oto bowiem rzemieślnik, świadomy tego z całą pewnością że znacznie zawyża cenę za usługę płatnerską - po co to robi? Przecież albo musiał się wcześniej z Tęczyńskim na jakieś pieniądze umówić, albo też obaj znali ceny usług płatnerskich i wiedzieli jakie będą rozliczenia. Płatnerz jednak (najprawdopodobniej, gdyż inaczej szlachcic nie uderzył by go w twarz), obraża jakimś słowem Tęczyńskiego, a ten zostaje go policzkuje. Sprawca chce się oddać sprawiedliwości i złożyć zeznania. Znów dochodzi jednak do konfliktu z płatnerzem (Klemens musiał prowokować Tęczyńskiego świadomie - ciekawe komu służył?), w czasie którego ten zostaje dotkliwie pobity przez Andrzeja Tęczyńskiego i jego ludzi.

Na ulicach pośpiesznie (nie wiadomo przez kogo zwołany) pojawia się uzbrojony tłum, który za nic ma prawo i obecność w mieście królowej. Tłum ten uaktywnia się w chwili, kiedy rajcy ustalają z królową, że Tęczyński ma iść przez całe miasto wprost do zamku i wytłumaczyć się przed jej majestatem. Długosz zaprzecza legendom, jakoby rajcy miejscy próbowali opanować nastroje tłumu, a to oznacza, że pozwalali na ich podsycanie znajdującym się w tłumie prowokatorom. Andrzej Tęczyński - nie byle kto, brat kasztelana krakowskiego i pan wielu zamków - jest teraz w poważnym kłopocie. Doskonale zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że cała sytuacja przybiera charakter zemsty. Nie wie tylko za co jest ta zemsta i kto za nią stoi. Jedyne co może zrobić, to zabarykadować się w kamienicy Kridlara wraz z synem i służbą. Widać już bowiem gołym okiem, że miasto za nic ma decyzję królowej o wpłaceniu wadium za zakłócanie spokoju, że 80 tysięcy grzywien srebra nie robi na mieszczanach wrażenia. Chodzi o to, by Tęczyńskiego ... zabić. Andrzej Tęczyński ani myśli wychodzić na miasto. Wie, że jest w pułapce, którą zastawili Kridlar i Kesling. Wie, że żądanie, by stawił się na Wawelu, to prowokacja mająca skłonić go do opuszczenia domu. Jeśli to zrobi, jeśli wyjdzie na ulicę, nic go nie uratuje. Zabiją go na pewno, a z nim jego syna Jana i całą służbę.

Nie pomoże mu ani brat, kasztelan krakowski, ani też inni możni panowie (większość z nich bowiem jest teraz w obozie królewskim pod Inowrocławiem). Chce się bronić. Razem z nim w kamienicy Kridlara zamknięci zostali: Spytko z Melsztyna, syn zabitego pod Grotnikami (1439 r.) polskiego husyty, Mikołaj Secygniewski, syn Jan zwany Rabsztyńskim, kilku przyjaciół oraz służba. Wszyscy otoczeni to wielcy panowie piastujący poważne funkcje. Spytko jest kasztelanem zawichojskim, Secygniewski to dworzanin króla, postać wówczas powszechnie znana. Nie ma to jednak żadnego znaczenia. Są otoczeni w kamienicy przy ulicy Brackiej przez wrogi i uzbrojony tłum. Tymczasem królowa znajduje się na Wawelu i oczekuje na przybycie Tęczyńskiego. Nie ma jednak szans na to, by spełnić jej żądanie. I wszyscy o tym wiedzą (ciekawe czy wie o tym również i sama królowa?). Kiedy sytuacja robi się naprawdę groźna, Tęczyński podejmuje decyzję o ucieczce. Przedostaje się wraz z towarzyszącymi mu osobami do pobliskiego kościoła Franciszkanów, który otoczony jest ogrodem przylegającym do terenów zamkowych. Chce w tajemnicy dostać się do królowej. Tłum tymczasem przeszukuje pustą już kamienicę Kridlara. Wkrótce jednak cała sprawa się wydaje i wśród tłumu słychać okrzyki: "Tęczyński jest u Franciszkanów". Tęczyński próbuje teraz schronić się na wieży kościoła Franciszkanów. Wie jednak że wieża to pułapka, schodzi więc po schodach żeby poszukać lepszej kryjówki. Tłum jest już w kościele. Tęczyński przywołuje wówczas po cichu kręcącego się w pobliżu Jana Dojzwona pochodzącego z Warszawy i prosi go o ratunek. Oferuje mu nawet 200 złotych (sumę na owe czasy ogromną), ale ten (obawiając się prawdopodobnie również o własne życie), odrzucił propozycję i krzyknął do tłumu: "Pan Andrzej zdaje się na waszą łaskę i prosi was o bezpieczne przejście, bo chce się stawić przed urzędem radzieckim na ratuszu" - jak opisuje całe wydarzenie Długosz.




Mamy więc sytuację kuriozalną. Oto bowiem w zakrystii siedzi przerażony Tęczyński, w kościele kłębi się tłum z nożami i kordami w rękach, a koło ołtarza kręci się osobnik nazwiskiem Jan Dojzwon, który w dodatku pochodzi z Warszawy. Ta zaś leży na Mazowszu. Do dziś nie wiadomo kim był ten człowiek. Wiadomo natomiast, że Spytko z Melsztyna był także kasztelanem wiskim, Wizna zaś była grodem na Mazowszu broniącym tegoż Mazowsza od strony Prus (a jeszcze wcześniej od strony pogańskiej Litwy). Wizna leżała również na ważnym szlaku handlowym prowadzącym z Krakowa przez Warszawę do Wilna, miała sporo przywilejów i do Warszawy było stąd stosunkowo niedaleko. Sprawa teraz się coraz bardziej gmatwa i wychodzi z niej prawdziwa teoria spiskowa. Skąd mianowicie Jan Dojzwon znalazł się akurat tego dnia, o tym czasie w kościele Franciszkanów w Krakowie, nie wchodził bowiem w skład rozjuszonego tłumu. Dziwne - prawda? Ale przejdźmy dalej, aby nie ujawniać zakończenia tej przedziwnej i poplątanej historii zbyt wcześnie. Po słowach Dojzwona, mających (przynajmniej w powszechnym założeniu) uspokoić emocje, tłum w jeszcze większym gniewie rzuca się na przerażonego Tęczyńskiego. 

Pierwszy cios dosięgnął Tęczyńskiego na progu zakrystii (nie wiadomo czym go zadano, ale na pewno było to narzędzie bardzo specjalistyczne i człowiek który zadał ów cios musiał być nie lada mistrzem w posługiwaniu się tym sprzętem). Tęczyński został po prostu oskalpowany - za jednym zamachem. Oddajmy głos Janowi Długoszowi: "Głowa długo opierająca się zabójczym ciosom pękła i mózg z niej wytrysnął. Pastwił się lud jeszcze nad ciałem zabitego, wlokąc je z kościoła aż do ratusza kanałem ulicznym, w błocie uwalane, a od miejsca do miejsca skłute i skrwawione, z obszarpaną brodą i głową obdartą. Przez dwa dni leżało potem na ratuszu, a dopiero trzeciego dnia przeniesiono je do kościoła św. Wojciecha, a czwartego oddano przyjaciołom, którzy je pochowali w Wielkim Książu". Ciekawy jest natomiast los pozostałych towarzyszy Tęczyńskiego, którzy razem z nim zamknęli się w wieży przed rozszalałym tłumem. Syn zabitego - Jan, korzystając z chwilowej nieuwagi tłumu uciekł z wieży i schronił się w ... piecu chlebowym, który stał w mieszkaniu nieznanej z nazwiska wdowy. Stamtąd zaś poprzez dom Długosza i ulicę Kanoniczą przedostał się za mury miasta. Reszta, jak podaje Długosz, broniła się w wieży do nocy i cały następny dzień. Potem Secygniewski i Melsztyński dostali od mieszczan gwarancję osobistego bezpieczeństwa i zostali odprowadzeni do ratusza, gdzie - jak pisze Długosz pojednali się z rajcami i zostali wypuszczeni na wolność. 

Dlaczego jednak Andrzej Tęczyński - rycerz, człowiek miecza, dla którego nie stanowi problemu wyrżnięcie w pysk oszukującego go jawnie rzemieślnika, zamiast dobyć miecza i drogo sprzedać swoje życie, ucieka przed tłumem. Dlaczego? Otóż dlatego, że wierzy on w sprawiedliwość królewską i opamiętanie mieszczan. Jest bowiem człowiekiem króla, który zlecał mu różne ważne misje. Nie wierzy w to, że coś złego może mu się stać w grodzie królewskim, pod ochroną i opieką królowej. Nie zabija też nikogo, nikogo nawet nie rani. Nie robi nic, co mogłoby pogorszyć jego sytuację w czasie ewentualnego, przyszłego procesu przed królem. I to go właśnie gubi. Lecz król (co pomijają historycy - w tym Jan Długosz) - Kazimierz IV Jagiellończyk, jest człowiekiem skrytym i nieufnym. Potrafi on nieoficjalnie realizować i inicjować najróżniejsze potajemne machinacje (to w rodzie Jagiellonów było przekazywane z pokolenia na pokolenie, wystarczy bowiem poczytać sobie jak jego ojciec - król Władysław II Jagiełło - panujący w latach 1386-1434 - rozgrywał biskupa Oleśnickiego i inne frakcje na swoim dworze. Polityka (zarówno ta krajowa, jak i europejska), wymagały pewnej elastyczności, a przede wszystkim zmysłu politycznego, aby rozgrywać (zwyciężyć) przeciwnika bez walki. I tak właśnie się stało w tym przypadku - dawna rozprawa z Melsztyńskim, której dokonali Oleśnicki i Tęczyński (1439 r.), była korzystna zarówno dla państwa jak i dla Kościoła. Potem jednak przyszedł czas zmian.




Król Władysław III Warneńczyk (starszy brat Kazimierza IV i syn Władysława Jagiełły, panujący w latach 1434-1444), przywrócił rodzinę Melsztyńskich do czci i zwrócił im dobra. Kazimierz Jagiellończyk (panował w latach 1447-1492, po trzyletnim bezkrólewiu, spowodowanym śmiercią - choć nie znaleziono jego ciała - i oczekiwaniem na ewentualny powrót króla Władysława Warneńczyka po bitwie z Turkami Osmańskimi pod Warną w 1444 r. Niektórzy mówili potem że widziano go w Portugalii, na Maderze, oraz że ... był prawdziwym ojcem Krzysztofa Kolumba - odkrywcy Ameryki) wprost poparł jego stronników, a także uczynił coś, co można by nazwać opcją czeską (problemy pierwszych lat panowania króla Kazimierza są dość ciekawe i warte opisania w oddzielnym temacie). Było mu to potrzebne z początku do ustawienia właściwych relacji z bandami czeskich najemników wynajmowanych przez Krzyżakom, a potem, już po śmierci Andrzeja Tęczyńskiego, do osadzenia na tronie w Pradze swego najstarszego syna - Władysława Jagiellończyka, który został królem Czech w 1471 r. (panował do 1516 r.). Władysław w 1490 r. został również królem Węgier i tak w rękach dynastii Jagiellonów (najpotężniejszej wówczas dynastii w Europie), znalazły się ogromne tereny począwszy od rogatek Moskwy na wschodzie, a skończywszy na Łabie na zachodzie, Dunaju na południu i Dźwinie na północy. Innymi słowy Dynastia Jagiellonów panowała w Polsce, na Litwie, w Rusi, na Węgrzech i w Czechach. Pod władzą tej dynastii był Zakon Krzyżacki (uzależniony od Polski), Hospodarstwo Mołdawskie (uzależnione od Polski), Inflanty - niemiecki Zakon Kawalerów Mieczowych (uzależniony od Polski), oraz Księstwa Wierzchowskie i Dzikie Pola (uzależnione od Litwy). 

Tak więc z całą pewnością to sam król stał za zamachem na życie Andrzeja Tęczyńskiego, gdyż było ceną, jaką wyznaczyli Melsztyńscy za włączenie się w program królewski? Nie jedyną zapewne, jeśli dodamy do tego dobra sieniawskie i kasztelanię wiską. Innymi słowy król początkowo postawił na Tęczyńskiego, i to on właśnie negocjował z Czechami opuszczenie Malborka. Potem król połapał się już, jak sprawy wyglądają i posłał kogoś do Melsztyńskich na rozmowy. Oni zaś, mając świadomość palących potrzeb postawili warunki nie dość że twarde, to jeszcze trudne do realizacji. Udało się jednak. Płatnerz Klemens, Jan Dojzwon, rajcy krakowscy i sam Melsztyński nie zawiedli (wszyscy byli wtajemniczeni w ów spisek lub po prostu przekupieni). Tęczyński zginął, a jego ciało dwa dni leżało sprofanowane na ratuszu, w mieście, w którym kasztelanem był jego rodzony brat. W mieście, w którym rezydowała królowa mająca moc rozsądzania takich sporów. To był prawdziwy skandal i należało od tego skandalu koniecznie odwrócić uwagę. Uczyniono to z niesłychanym wprost hukiem. Zanim jednak doszło do procesu i wyroków skazujących, należy powiedzieć co się stało z niektórymi pomniejszymi bohaterami tego dramatu. 

Otóż płatnerz Klemens uciekł do Wrocławia (ciekawe - prawda?). Tam jednak miejscowa rada, mająca bez przerwy na pieńku z Krakowem, Polską, królem i kupcami z Polski, kazała mu się wynosić. Pojechał więc do Żagania i tam w niedługim czasie umarł na coś, co Długosz określa bólem i dusznościami w piersiach. Mieszkaniec Warszawy nazwiskiem Dojzwon zniknął z miasta, a jego publiczny występ przed ołtarzem w kościele Franciszkanów, kiedy to wzywał uzbrojonych drabów, by przepuścili Tęczyńskiego na Wawel (a tak naprawdę aby go uśmiercili), był ostatnim znakiem życia, jaki przekazał. Nikt więcej o nim nie słyszał. Mikołaj Kridlar, któremu jako jednemu z pierwszych opowiedział Tęczyński o swojej niefortunnej przygodzie, wyniósł się wprost na zamek Melsztyńskich, gdzie żył w dostatku do końca swych dni. Król dowiedział się o śmierci Tęczyńskiego około 20 sierpnia. Stał wtedy obozem pod wsią Kamień na Pomorzu. Nie wiadomo jak zareagował. Nie wiadomo też czy uśmiechnął się, czy skrzywił, czy pokiwał głową w zadumie. Wiadomo zaś, że szlachta ziemi krakowskiej i sandomierskiej, która poczuwała się do solidarności ze zmarłym i jego rodziną, chciała natychmiast porzucić obóz i całą krzyżacką kampanię i ruszać do Krakowa celem zemsty na rajcach. To jest już jednak zupełnie inna historia.