Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 18 kwietnia 2017

DOMINATORKI - Cz. VII

CZYLI RZECZ O ZNANYCH 

I NIEZNANYCH KOBIETACH W HISTORII,

KTÓRE POTRAFIŁY 

RÓŻNYMI SPOSOBAMI OWINĄĆ SOBIE

MĘŻCZYZN WOKÓŁ PALCA

 



DOMINATORKI STAROŻYTNEGO EGIPT

Cz. VII



 RETROSPEKCJA I FUTUROSPEKCJA







 HATSZEPSUT


Ta ambitna kobieta, objęła władzę nad Egiptem w wieku ok. 30 lat (początkowo pełniąc rolę regentki, a potem już oficjalnej władczyni - czy też raczej władcy, bowiem Starożytni Egipcjanie nie znali słowa: "królowa" - nie występowało ono w ich języku, zaś w odniesieniu do żon faraonów używano albo sformułowania: "Wielka Małżonka Królewska", albo "Boska Małżonka Amona", albo po prostu... Żona Króla, lub Matka Króla). Było to najprawdopodobniej w 1479 r. p.n.e. W młodym wieku (prawdopodobnie 15 lub 16 lat), została poślubiona swemu bratu i kolejnemu władcy Egiptu, faraonowi Acheperenre Totmesowi II (Egipcjanie nie używali także liczebnego datowania swych poszczególnych władców, rozróżniając ich jedynie po pierwszym imieniu, jakie każdy z nich miał nadawane tylko dla siebie i nieużywane już przez następców). Hatszepsut od urodzenia miała wyższą pozycję od brata, a to z tego powodu że jej rodzicami byli: faraon Acheperkare Totmes I i królowa Ahmose, natomiast Totmes II zrodzony został z haremowej nałożnicy jego ojca - Mutneferet. Jednak jako chłopiec, miał oczywiście pierwszeństwo do tronu i władzy, z tym że musiał poślubić swą przyrodnią siostrę (aby umocnić swoje prawa do korony). Totmes II nie był dobrym mężem dla młodej kobiety, co prawda traktował ją z szacunkiem i respektował wszelkie należne jej prawa, jako córze królewskiej dynastii, jednak niewiele czasu przebywał w jej komnatach. Zresztą był bardzo chorowity i częściej to ona przesiadywała przy jego łożu, niż spędzała tam z nim noce. Spłodził z Hatszepsut tylko dwie córki - Meritre - która zmarła w niemowlęctwie i księżniczkę Neferure, urodzoną na ok rok przed śmiercią króla (ok. 1480 r. p.n.e.), nie miała zaś synów, głównej podpory każdej dynastii.

Hatszepsut nie tylko cieszyła się znacznie lepszym zdrowiem od swego królewskiego brata/męża, ale również była od niego lepiej wykształcona. Totmes II od dziecka był bowiem chorowity, dlatego też jego ojciec nie wierzył, że syn dożyje wieku męskiego, z tego powodu jego edukacja była bardzo zaniedbana. Znacznie lepiej wykształceni byli jego dwaj przyrodni bracia - Amenmose i Wadjmose, także zrodzeni z haremowych niewolnic. Szczególnie Amenmose był oczkiem w głowie Totmesa I, który szykował go na swego następcę. Niestety, owi dwaj bracia, cieszący się znacznie lepszym zdrowiem od chorowitego Totmesa II, zmarli w wieku młodzieńczym, jeszcze przed śmiercią ich ojca. Pozostał więc tylko Totmes II, który musiał poślubić księżniczkę Hatszepsut, a z tego związku spodziewano się narodzin kolejnego syna (lub synów), dalszej nadziei dynastii Totmesydów. Przeżyła jedynie księżniczka Neferure i chłopiec, zrodzony z haremowej niewolnicy imieniem Izis, przyszły następca tronu Mencheperre Totmes III. Chłopiec w chwili śmierci ojca miał ok. 6 lat. Tak więc kraj pozostałby bez następcy (chłopiec był zbyt młody by objąć władzę, dodatkowo zrodzony był z niepełnej królewskiej krwi, co również podważało jego prawa), a przyszłość dynastii Totmesydów, zakończyłaby się po drugim jej przedstawicielu. I wówczas to do działania przystąpiła ambitna Hatszepsut, zdając sobie sprawę, iż jako "Boska Małżonka Amona" posiada wielką władzę religijną i polityczną. Z chwilą śmierci swego brata, przestała być już "małżonką króla", pozostała więc jej jedynie funkcja kapłańska, którą zamierzała wykorzystać w walce o władzę. 

W tym celu (jeszcze, gdy Totmes II konał w swym łożu), udała się do świątyni Amona-Re, Ipet-sut w Karnaku, gdzie wzięła udział w procesie "przebudzenia boga ze snu", podczas którego miała na nią spłynąć jego łaska i wizja. Niewiele osób wie (gdyż niewielu w ogóle mogło wejść do "Świętego Świętych", czyli specjalnego pomieszczenia w świątyni, gdzie przechowywany był posąg boga - uczynić to mogli jedynie arcykapłan Amona-Re i oczywiście "Boska Małżonka Amona"), jak wyglądał proces samego "przebudzenia" boga. Otóż miał on czysto podtekst seksualny, w wyniku którego "Boska Małżonka"... nadziewała się na sterczącego fallusa owego boga, doznając przy tym spazmów (w całym pomieszczeniu roztaczał się zapach kadzidła i ziół), które miały świadczyć o łasce, jaką obdarza ją w danej chwili bóg. Tak też było i z Hatszepsut. Amon-Re był bogiem stwórcą, panem wszechrzeczy, najpotężniejszym z bogów, jego objawienia były niepodważalne, dlatego też nikt nie ośmielił się sprzeciwić, gdy Hatszepsut opuściwszy święte miejsce, przemówiła do kapłanów i zgromadzonych w świątyni ludzi, deklarując im że sam bóg postanowił uczynić z niej swe narzędzie, które ma ocalić Egipt po spodziewanej śmierci dotychczasowego władcy. Tak właśnie miała powiedzieć, że jest narzędziem w rękach boga Amona, który kieruje jej ruchami, aby ocalić kraj. 




Tak więc kobieta po raz kolejny w historii Egiptu, miała uzyskać wielki wpływ na politykę Egiptu, tym bardziej że dynastia z której wywodziła się Hatszepsut, nie wywodziła się od dawnych królów. Wręcz przeciwnie, Jeszce ojciec Hatszepsut - Totmes I, zwany pierwotnie Dżehutimesem, był jednym z oficerów na królewskim dworze faraona Amenhotepa I (ostatniego przedstawiciela dynastii Ahmosydów). Nie wiadomo czego dokonał (nie ma opisów żadnych jego zwycięstw z okresu przed wstąpieniem na tron), więc trudno stwierdzić w jaki sposób został wybrany na następcę Amenhotepa I (który był impotentem, co przyprawiało o rozpacz jego matkę, dostojną Ahmose-Nefetrari, która dostarczała mu specjalnie wybrane niewolnice do łoża, w nadziei spłodzenia męskiego potomka, oraz wynajdowała najróżniejszych lekarzy, którzy mieli pomóc królowi w pozbyciu się owej "niedogodności". Wszystko to okazało się daremne, król miał tylko jedną córkę - księżniczkę Ahmose, która oczywiście mogła objąć władzę jako regentka, ale nie jako faraon. Potrzebowano chłopca, który przedłużyłby trwanie dynastii, a skoro to okazało się niemożliwe, potrzebny stał się odpowiedni mężczyzna, który (poślubiony Ahmose), zapewniłby ciągłość rodu przynajmniej w linii żeńskiej. Ahmose-Nefertari ponoć osobiście oglądała kandydatów do ręki (i łoża) swej wnuczki i zapewne Dżehutimes miał się czym pochwalić, skoro to właśnie on został wybrany mężem Ahmose i kolejnym władcą (jednocześnie założycielem nowej dynastii). Po śmierci Amenhotepa I ok. 1504 r. p.n.e. wstąpił on na egipski tron, przyjmując nowe imię koronne - Acheperkare Totmes I. W tym czasie musiał być żonaty z Ahmose już od kilku lat, bowiem Hatszepsut w chwili koronacji ojca, miała prawie 5 lat. Teraz, ta "żołnierska dynastia" była ponownie zagrożona brakiem pełnoprawnego, męskiego potomstwa.

Natomiast brak władcy, oznaczał chaos w kraju i rozprzężenie społeczne, a co za tym idzie zamieszki, bunty, walki i rozlew krwi. Król był potrzebny, wręcz niezbędny, bowiem jego brak oznaczał (w świadomości Egipcjan) chaos w całym Wszechświecie i niespotykane klęski, jakie niechybnie spadłyby na kraj. Gwarant ładu i spokoju, poskromiciel chaosu i reprezentant boskiej sprawiedliwości, był wyczekiwany przez cały kraj, w tych niepewnych tygodniach śmiertelnej choroby Totmesa II, roku 1479 p.n.e. Już dawno (od co najmniej 300 lat) w Egipcie żaden władca nie odprawił święta Dżed, poświęconego bogu Ozyrysowi (święto to odprawiano po raz pierwszy w trzydziestym roku panowania władcy, następnie po raz drugi dekadę potem, a kolejne to już co dwa lata lub nawet co roku). Święto to było symbolem odrodzenia mocy witalnej władcy, symbolizowanym podniesieniem wielkiego słupa (podobnego do fallusa), przez króla, jako odnowienie jego władzy i gwarant dobrobytu dla kraju. Totmes I był energicznym władcą, co potem odziedziczyła jego córka. Organizował wielkie wyprawy wojenne: do Nubii (dotarł z podbojami do III katarakty Nilu, zdobył największą nubijską twierdzę - Semnę, oraz nakazał wznieść egipską twierdzę w tym podbitym kraju - Tombos i odbudował dawną twierdzę w Buhen, przy II katarakcie Nilu - zbudowaną prawie tysiąc lat wcześniej, za Starego Państwa), do Kanaanu, Syrii i Fenicji (podbój kraju Retenu, opanowanie całej Syrii i dojście do Eufratu, gdzie stawia swoje stele graniczne u wrót do królestwa Nahariny, jak w starożytnym Egipcie mawiano o królestwie Mitanni), po za tym organizował liczne inspekcje wojskowe i objazdy swego kraju (głównie łodzią po Nilu), zaś władzę nad jego pałacem i haremem, sprawowała matka - Senseneb (oczywiście nie wywodząca się jak reszta rodziny, z królewskiej dynastii). Totmes miał też dość duży erotyczny temperament i sypiał z wieloma kobietami ze swego haremu.




Władał Egiptem przez 12 lat (do 1492 r. p.n.e.) pozostawiwszy kraj silny i bezpieczny od zewnętrznych zagrożeń. Panowanie jego syna - Totmesa II było równie długie i trwało ok. 13 lat (do 1479 r. p.n.e.). Czyli po upływie 25 lat, od wstąpienia na tron pierwszego przedstawiciela dynastii Totmesydów, dalszy jej los był pod wielkim znakiem zapytania, bowiem nieślubny syn Totmesa II był jeszcze dzieckiem - ktoś więc musiał objąć regencję. A kto miał ją objąć, matka młodego Totmesa (III) - Izis? Przecież ona była, jak to się mówiło na dworze: "Piękną Królewską Ozdobą" i niczym więcej, nie miała praw, nawet w połowie takich, jakie posiadała oficjalna małżonka. Zresztą była najprawdopodobniej niewolnicą, nie mogła więc sprawować regencji. Pozostawała jedynie Hatszepsut, która sama miała już córkę, półtoraroczną Neferure, ale problem polegał na tym, że kobieta nie mogła sprawować władzy królewskiej, inaczej niż będąc regentką młodocianego króla (jak już wyżej wspominałem, Egipcjanie nie znali nawet słowa "królowa" co powodowało że kobieta, która pragnęłaby objąć tron dla siebie, musiała panować jako król, w pełnym tego słowa znaczeniu - ze sztuczną brodą i ciężkimi koronami Górnego i Dolnego Egiptu). Jednak w tych dniach, gdy król Totmes II umierał w swym pałacu w Tebach (w Tebach były co najmniej dwa królewskie pałace, jeden w Karnaku o nazwie "Jestem niedaleko Wielkiego Pana Amona", i w Luksorze główny pałac królewski), nikt nie odważył się (szczególnie po wizycie w świątyni Ipet-sut i objawieniu, jakiego miała otrzymać od boga), zakwestionować praw Hatszepsut do regencji nad małoletnim księciem Totmesem, który objąć miał tron jako Mencheperre Totmes III.




Nie jest wiadome czy już w tym okresie Hatszepsut zawarła bliższą (bez wątpienia erotyczną) znajomość z niejakim Senenmutem, zarządcą pałacu królewskiego, oraz kontrolerem królewskiego skarbu. Był to człowiek niskiego pochodzenia, dorastał na prowincji, w biedzie, jako syn podrzędnego urzędnika w miejscowości Hermontis. Nie wiadomo w jaki sposób trafił na królewski dwór do Teb, ale można przypuszczać, że musiał wykazywać się wieloma walorami (zarówno umysłowymi jak i być może również... erotycznymi), w każdym razie stanowisko zarządcy pałacu królewskiego (prawdopodobnie w Luksorze), powierzyła mu jeszcze matka Hatszepsut - królowa Ahmose. Bardzo szybko nawiązał również znajomość z samą Hatszepsut, która właśnie około owego roku 1479 p.n.e. powierzyła mu... opiekę nad własną córką - Neferure, jako: "mena nesut" ("męska pierś dla króla"). Tak zaczął się bardzo szybki awans społeczny tego człowieka i zapewne burzliwy romans z królową, który trwał przez kilkanaście lat. Z czasem Hatszepsut zaczęła myśleć, w jaki sposób odsunąć od władzy, przebywającego dotąd w pewnym odosobnieniu (do którego go wysłała) Totmesa III, który z roku na rok stawał się mężczyzną, a liczni informatorzy królowej, dostarczali jej wieści o jego postępach w nauce, łucznictwie, powożeniu rydwanem i posługiwaniu się mieczem. Hatszepsut pragnęła, aby po niej na tron wstąpiła jej córka - Neferure, jako kolejny król i być może nawet planowała jakąś akcję, związaną z odebraniem Totmesowi III życia. Nie udało jej się to, ponieważ młody król, mając ogromne poparcie w armii, wywołał bunt (a raczej pucz dworski), wymierzony przeciwko swej ciotce i w początkach 1458 r. p.n.e. w wieku ok. 27 lat, obalił ją (prawdopodobnie została wówczas zamordowana) po ponad dwudziestu latach jej bezpośrednich rządów nad krajem, a następnie odnowił mocarstwową pozycję Egiptu w Syrii, Nubii, a nawet najechał bezpośrednio Naharinę/Mitanni - po raz pierwszy w historii i doszedł nawet do Waszszugani, stolicy tego kraju). Nim jednak to nastąpiło, Hatszepsut w przemyślny sposób odsunęła chłopca od władzy i przeniosła go na prowincję, do dobrze strzeżonego miejsca, gdzie pozostawał z dala od stolicy.






CDN.

piątek, 14 kwietnia 2017

NIEMCY, ROSJA A POLSKA - Cz. V

CZYLI GEOPOLITYCZNY BÓJ O

"SERCE EUROPY"


XV wiek

KONTROFENSYWA DYPLOMATYCZNA CESARSTWA

PRÓBA ROZBICIA UNII POLSKO-LITEWSKIEJ

(1429 - 1430)



WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO



 Oficjalnie Wielkie Księstwo Litewskie zostało przyłączone do Królestwa Polskiego w układzie krewskim z 14 sierpnia 1385 r. ("Wielki książę Jagiełło obiecuje ziemie swoje litewskie i ruskie na wieczne czasy do korony Królestwa Polskiego przyłączyć"). 2 lutego 1386 r. Jogaiła (Jagiełło) zostaje oficjalnie powołany na polski tron, podczas zjazdu szlacheckiego w Lublinie, 15 lutego przyjmuje chrzest i otrzymuje imię Władysław, 18 lutego poślubia Jadwigę - królową Polski, zaś 4 marca zostaje oficjalnie koronowany na króla. Mimo to Litwa nie zostaje włączona do Polski, zaś w kwietniu 1387 r. Władysław Jagiełło powierza zarząd nad Litwą swemu bratu Skirgielle. Szybko jednak wybucha spór o to stanowisko, pomiędzy Skirgiełłą a Witoldem (kuzynem Jagiełły), czego efektem jest pozbawienie Skirgiełły zarządu nad Litwą i wyznaczenie do tego zadania przez króla Władysława, polskiego dostojnika - Klemensa z Moskorzowa, który obsadza Wilno (czerwiec 1389 r.) polską załogą (po raz pierwszy w historii). W styczniu 1390 r. wybucha jednak w Wielkim Księstwie wojna domowa pomiędzy Witoldem i Skirgiełłą o panowanie nad Litwą. Witold szuka wsparcia u Krzyżaków i z ich posiłkami zdobywa i pali Mojszagołę i Kierniów. W lutym tego roku król Władysław występuje przeciwko Witoldowi i wspierającym go Krzyżakom Engelharda Rabe i w szybkiej kampanii zdobywa Brześć Litewski i Kamieniec Litewski, następnie pokonuje siły Witolda pod Grodnem i zdobywa to miasto (kwiecień 1390 r.). W sierpniu następuje jednak kolejna ofensywa Krzyżaków (wspierających Witolda), którzy rozbijają wojska litewskie Skirgiełły w bitwie pod Kownem, ale nie udaje im się zdobyć Wilna, bronionego przez Polaków i Litwinów (wrzesień-październik), po czym wycofują się w granice Zakonu. W listopadzie Klemens z Moskarzewa rezygnuje ze stanowiska wielkorządcy Litwy, a na jego miejsce król powołuje innego Polaka - Jaśka z Oleśnicy. 

We wrześniu 1391 r. następuje kolejny, wielki najazd krzyżacki na Litwę (oficjalnie w celu obrony praw Witolda do władzy nad tym krajem), pod wodzą wielkiego mistrza Konrada Wallenroda, którzy zdobywają Wiłkomierz, Nowy Gródek, Grodno i Merecz, czym zajmują dużą część północno-zachodniej Litwy (budują tam też twierdze, takie jak Nowe Grodno, Metenburg i Ritterswerder, gdzie osiada Witold). W styczniu roku następnego, Krzyżacy kontynuują swą ekspansję na Lidę. W maju 1392 r. król Władysław dochodzi do porozumienia z Witoldem, ofiarowując mu - w zamian za porzucenie Krzyżaków - władzę nad całą Litwą, co powoduje że książę Witold sam pali trzy krzyżackie twierdze (Metenburg, Nowe Grodno i Ritterswerder). Od tego czasu książę Witold zostaje namiestnikiem Litwy i w ugodzie ostrowskiej (4 sierpnia 1392 r.), zobowiązuje się uznawać zwierzchność króla polskiego. Zwierzchność ta zostaje potwierdzona w unii wileńsko-radomskiej (styczeń-marzec 1401 r.), lecz panowie polscy ofiarowują (11 marca 1401 r.) Witoldowi tytuł wielkiego księcia Litwy. Od tej chwili panuje już niepodzielnie jako książę. W październiku 1413 r. w unii horodelskiej, został potwierdzony odrębny stan prawny Wielkiego Księstwa Litewskiego (choć zjednoczonego z Królestwem Polskim na zasadach unii personalnej). Znalazło się tam także zastrzeżenie, że po śmierci Witolda (który otrzymał w dożywotnie władanie całą Litwę) Litwini: "nikogo innego na pana i wielkiego księcia sobie nie wybiorą, tylko tego, kogo król polski z radą panów polskich i litewskich wybierze i postanowi". 

I Witoldowi przez długi czas to wystarczało, nie dążył więc do uzyskania korony królewskiej (tym bardziej że nie miał synów, a jedynie córkę - Zofię, która była żoną wielkiego księcia moskiewskiego Wasyla I Rurykowicza). Zresztą jego władza i tak była ogromna i nie ograniczała się jedynie do Litwy. Miał bowiem ogromny wpływ i często wtrącał się w wewnętrzne sprawy Królestwa Polskiego, domagając się nawet uzyskania jego zgody na każde kolejne małżeństwo króla Władysława (w 1417 r. urządził awanturę, gdy okazało się że król poślubił Elżbietę Granowską, bez jego wiedzy i woli). On też wybrał (1421/1422 r.) swemu stryjecznemu bratu ostatnią żonę (która notabene urodziła męskich następców tronu) Zofię (Sonkę) Holszańską, dzięki której zamierzał wpływać na Władysława, ale bardzo szybko się do niej zraził, bowiem szybko wyzwoliła się spod jego kurateli. Witold miał zostać również prawnym opiekunem dzieci króla Jagiełły (w przypadku jego śmierci), a także posiadał głos doradczy co do obsadzenia tronu polskiego po Jagielle, jednym z jego synów. Było to o tyle ważne, że podczas zjazdu szlachty w Brześciu Kujawskim, wydano przywilej (25 kwietnia 1425 r.), na mocy którego następca króla Władysława, będzie panem nie tylko ziem polskich, ale także litewskich i ruskich, oddanych w dożywotnie władanie Witoldowi, które po jego śmierci miały zostać włączone do Korony Polskiej. Tak więc władza księcia Witolda była dosyć rozległa i nie ograniczała się jedynie do ziem Wielkiego Księstwa i jego ruskich lenn. Korona królewska nie była więc Witoldowi do niczego potrzebna, dlatego też dziwnym wydaje się co spowodowało iż na zjeździe w Łucku (styczeń-kwiecień 1429 r.) zapragnął on koronować się na króla Litwy, łamiąc tym samym wszystkie wcześniejsze porozumienia z Koroną i realnie zrywając unię polsko-litewską?

 


Rok 1429 jest pierwszym tak dużym kryzysem, który (gdyby doszedł do skutku), mógłby realnie rozbić unię Polski z Litwą, tym bardziej że Litwini sami zamierzali decydować o następstwie tronu po śmierci Witolda i twierdząc że ich kraj do Polaków nigdy nie należał, domagali się prawnego usankcjonowania własnej niezależności. Było to jednoznaczne z chęcią uczynienia z Litwy królestwa, a co za tym idzie rozpadu prawie 35-letniej unii. Co doprowadziło do owego konfliktu, owej "burzy koronacyjnej: roku 1429? Czy krzyżackie knowania, które docierały do Witolda (prawdopodobnie rozpuszczane celowo), mówiące iż jest on jedynie marionetką w rękach polskiego monarchy i nie może być uważany za równorzędnego z wielkim mistrzem Zakonu? Tego do dziś nie wiadomo, natomiast niezwykle skutecznym w dziele rozbicia unii, stał się cesarz rzymsko-niemiecki Zygmunt I Luksemburski, który na zjeździe w Łucku, wystąpił z propozycją dla księcia Witolda, ofiarowując mu koronę królewską. Najprawdopodobniej jego celem w planie maksimum, było osaczenie i okrążenie Królestwa Polskiego, poprzez zerwanie unii z Litwą, zawarcie przymierza Węgier i Czech (którymi również wówczas władał Zygmunt) z Krzyżakami i Litwą, a w planie minimum zmuszenie Polski do rezygnacji z zainteresowania sprawami husytów w Czechach, poprzez wytworzenie napięcia w relacji Krakowa i Wilna. 

6 stycznia 1429 r. do Łucka zjechali król Polski - Władysław II Jagiełło, cesarz rzymsko-niemiecki - Zygmunt I Luksemburski, król Danii - Eryk VII, wielki książę moskiewski - Wasyl II, wielki mistrz zakonu krzyżackiego - Paweł von Russdorff, wielki mistrz zakonu kawalerów mieczowych - Zygfryd, hospodar Wołoszczyzny - Dan II (notabene wuj sławnego hospodara wołoskiego - Wlada III Palownika, zwanego potocznie Drakulą), książęta mazowieccy, bracia - Kazimierz II, Władysław I i Siemowit V, książę pomorski - Zygfryd II von Boock, książęta śląscy: (opolski) - Bolko IV, (ziębicki) - Puta z Castolovic, (legnicki) - Ludwik II, (lubiński) - Rupert II, (oławski) - Ludwik III, (głogowski) - Henryk IX, (ścinawski) - Bolesław I i Konrad VIII, (żagański) - Jan I, (krosneński) - Wacław, (oleśnicki) - Konrad IV, legat papieski, książęta ruscy, przedstawiciel cesarza bizantyjskiego - Jana VIII Paleologa, oraz przedstawiciele miast i księstw niemieckich, także zapewne tłok wśród koronowanych głów musiał być w Łucku dość spory (zważywszy że każdy z nich przybył z małżonkami i sporą świtą). Gospodarzem zjazdu był właśnie wielki książę Litwy - Witold. To właśnie tam, cesarz Zygmunt Luksemburski złożył Witoldowi propozycję przekazania mu korony królewskiej, choć zjazd odbył się w innym celu (rozwiązanie kwestii husyckiej w Czechach i kwestii mołdawsko-tureckiej). Panowie litewscy gromko poparli cesarską inicjatywę uczynienia z Litwy królestwa, choć sam Witold miał początkowo wyrazić niechęć do jej przyjęcia (domagając się uzyskania zgody Jagiełły). Panowie polscy zaś, stanowczo zaprotestowali (doszło nawet do ostrej wymiany zdań pomiędzy podkanclerzem Oporowskim i stronnictwem Szafrańców, a panami litewskimi).

Co ciekawe, sam król Władysław Jagiełło odniósł się do projektu przychylnie i wyraził na niego swą zgodę. Niektórzy sądzą że uczynił to pod wpływem emocji, chcąc ofiarować Witoldowi, jako bratu z którym wychowywał się od dzieciństwa i równemu sobie - zaszczyt królewskiej koronacji i związane z tym wywyższenie, ja sądzę jednak że Jagiełło, 77-letni wówczas starzec, raczej nie kierował się mocjami, a była to najzwyklejsza gra polityczna, związana z przymuszeniem panów polskich do uznania dziedziczenia polskiego tronu przez księcia Władysława (najstarszego syna Jagiełły), na zasadzie primogenitury, a nie ze szlacheckiego nadania (w Polsce, pomimo tego że kraj był oficjalnie monarchią, tron nie był dziedziczny, a o każdym kolejnym władcy decydowało zgromadzenie wolnych szlachciców, wybierających jednak kandydatów spośród dynastii panującej). Najprawdopodobniej więc była to królewska gra, która miała złamać opór szlachty w tej materii, ale bardzo szybko przyszło opamiętanie i król cofnął swoją zgodę na koronację Witolda (wyjaśniał to swą starością i niepamięcią). Prawdopodobnie uznał, że zerwanie unii poprzez uznanie Litwy królestwem, utrudni jeszcze bardziej drogę jego synom do korony polskiej (początkowo bowiem planował po śmierci Witolda, uczynić swego syna wielkim księciem Litwy, skąd już było blisko do zdobycia i tronu polskiego). Cały zjazd (do kwietnia 1429 r.) upłynął odtąd na wciąż narastającym sporze króla Władysława z wielkim księciem Witoldem i Polaków z Litwinami - Zygmunt odniósł więc sukces, udało mu się skłócić ze sobą te dwa narody.




Władysław występował na arenie międzynarodowej (szczególnie w kontaktach z papiestwem i księstwami Rzeszy), jako zwierzchnik Litwy i samego księcia Witolda, nie zależało mu jednak na pogłębianiu konfliktu, dlatego też od początku 1430 r. do marca tego roku, wysłał na Litwę aż dwa poselstwa. Pierwsze miało za zadanie przekonać księcia Witolda do rezygnacji z korony królewskiej, stawiając na szali przyszłość dynastii Giedyminowiczów/Jagiellonów, oraz jedność unii. Nic jednak nie uzyskali, więc z początkiem lutego król wysłał drugie poselstwo, z biskupem Zbigniewem Oleśnickim na czele (notabene należącym do wrogiego Witoldowi stronnictwa na królewskim dworze w Krakowie), i nietypową propozycją. Mianowicie Oleśnicki miał dokładnie przekazać księciu słowa króla, który twierdził, że skoro jego brat tak bardzo pragnie korony królewskiej, że gotów jest narazić tym samym jedność i stabilność unii, to on jest gotów mu tę koronę dać, samemu ustępując z tronu polskiego i przekazując go Witoldowi, byle tylko utrzymać unię (po śmierci zaś Witolda korona miała przejść na jednego - zapewne najstarszego - syna Władysława Jagiełły). Witold jednak ponownie odrzucił tę propozycję, co wymusiło zastosowanie znacznie drastyczniejszych środków. W marcu 1430 r. król uzyskał wreszcie (podczas zjazdu w Jedlnie), potwierdzenie przez szlachtę, wyboru jego syna - księcia Władysława na króla Polski po śmierci Jagiełły, w zamian za uzyskanie nowych praw (wprowadzenie zasady prawnej "neminem ceptivabimus...", która uniemożliwiała królowi uwięzienie kogokolwiek, bez wcześniejszego udowodnienia mu winy przed sądem - był to pierwszy taki wolnościowy akt w średniowiecznej Europie, jako drudzy wprowadzili go dopiero w 1679 r. Anglicy, pod nazwą "Habeas Corpus Act").

Jednocześnie obsadzono całą zachodnią granicę, strzegąc dróg którymi mogliby podążać na Litwę wysłannicy cesarza Zygmunta, z koroną królewską dla księcia Witolda. Całą granica była dokładnie patrolowana, od północy na południe i 1 sierpnia 1430 r. pochwycono cesarskiego posłańca z listem, w którym była propozycja zawarcia sojuszu czesko-węgiersko-krzyżacko-litewskiego, wymierzonego przeciwko Polsce, a także zatrzymano Norymberczyków, wiozących koronę królewską do Wilna (gdzie trwały przygotowania do koronacji, którą wyznaczono najpierw na 8 września, a następnie przesunięto na 29 września). Zatrzymanie posłańców z koroną dla Litwy, spowodowało ponownie krótkotrwały konflikt polsko-litewski, ale z początkiem października, na Litwę udał się król Jagiełło, na osobiste rozmowy z bratem. Witold zmarł 27 października 1430 r. na zamku trockim w obecności Jagiełły, zapewne przed śmiercią z nim pojednany (gdyż król urządził mu potem okazały pogrzeb). Tak oto śmierć Witolda (który zmarł w wieku 75 lat), pokrzyżowała plany cesarza Zygmunta, rozbicia unii polsko-litewskiej. Jego następcą został rodzony brat Jagiełły, Świdrygiełło, który także zaczął marzyć o uniezależnieniu się od Polski. Mimo wszystko jednak kryzys został zażegnany, co spowodowało przetrwanie tego genialnego geopolitycznego projektu w centrum Europy, jakim właśnie był sojusz polsko-litewski. 




 
 CDN.
                   

czwartek, 13 kwietnia 2017

KOCHANI - WKRÓTCE WRACAM!






Przez kilka ostatnich dni namnożyło mi się kilka spraw w firmie, które wymagały mojego osobistego zaangażowania (a potem jakoś nie miałem ochoty do nocnego pisania na blogu). Postaram się jednak czym prędzej powrócić do systematycznego dodawania kolejnych postów, tak jak to było do tej pory. Tematów z ostatnich wydarzeń co prawda nie brakuje (7 rocznica katastrofy samolotu pod Smoleńskiem, zamach w Szwecji, zamach w Dortmundzie, kolejne debilizmy opozycji w sejmie i... nerwy Dugina, który już nie owija w bawełnę, tylko wali prosto z mostu że "kordon sanitarny" w postaci państw takich jak Polska, Ukraina czy Państwa Bałtyckie - musi zostać zniszczony, aby Rosja mogła urzeczywistnić swój plan Unii Eur-Azjatyckiej), jednak pozwolę sobie pominąć kolejne zamachy, gdyż uważam że nie ma już sensu pisanie wciąż tego samego. Niemcy, Szwedzi, Francuzi i inne zalewacze narody Europy Zachodniej, według mnie są już stracone i wkrótce dojdzie tam do wydarzeń, w porównaniu z którymi obecne zamachy to jedynie opowiastki dla grzecznych dzieci. 

Ale cóż, to jest takie swoiste katharsis - te narody muszą się oczyścić z wszelkich, nagromadzonych poprzez dziesięciolecia dewiacji, i ponownie wyzerować licznik własnego jestestwa (rozumianego również jako naród). Według mnie nie ma już innej drogi, aby poszli po rozum do głowy. Niemieckie media, całkowicie podporządkowane władzy, jak nie kłamią, to nie mówią prawdy, lub zupełnie pomijają temat, policja tak samo - politycznie poprawna, oczekuje aż miecz Allaha zetnie im głowy. Zauważcie, doszło już do tego, że sami Polacy zamieszkali w Niemczech, dzwonią do polskiej telewizji (a konkretnie do programu "W tyle wizji"), aby poskarżyć się na cenzurę panującą w niemieckich mediach i oświadczają że gdyby nie oglądali polskiej telewizji, to wogóle nie wiedzieliby co się stało w Dortmundzie. Sprawa jest więc dość jasna i wydaje mi się że nie ma więc o czym pisać.

Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na pewien szczegół, który od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie. Zauważcie mianowicie, że być może zaproszenie przez Angelę milionów migrantów do Niemiec miało sens. Doszła ona bowiem do logicznego wniosku, że Niemcy nie potrafią się sami rządzić (wywołali dwie wojny światowe, które przegrali z kretesem, znacznie uszczuplając swoje terytorium, doprowadzili do ogólnoeuropejskiej rzezi Żydów, oraz Polaków, Rosjan i innych narodów słowiańskich, a dziś stali się tak zlewaczałymi ciotami, że nawet jak gwałcą ich kobiety, to Niemcy nie reagują - jak ostatnio miało to miejsce pod Bonn, gdzie nielegalny imigrant wyciągnął z namiotu kobietę i brutalnie ją zgwałcił, natomiast jej chłopak, czekał w namiocie aż imigrant skończy, cały się trzęsąc ze strachu. Ktoś napisał potem w komentarzu że być może czekał... na swoją kolej). Dlatego też może lepiej będzie gdy zaczną nimi rządzić muzułmanie, co prawda zetną parę głów, kobiety zamienią w niewolnice (również seksualne), zmuszone do chodzenia w czarnych worach pokutnych (to dopiero frajda, zobaczyć wojujące feministki, w czarnych hidżabach, czekające co z nimi zrobi ich nowy, muzułmański pan) i przeobrażą kraj w jeden wielki meczet - ale cóż, może właśnie tego Niemcy chcą. Niech więc tak będzie, po co więc kolejny raz pisać o tym samym?

Zresztą Niemcy są jak Rosjanie - te dwa narody nigdy nie potrafiły się same rządzić, nie potrafią, bowiem są mentalnie nieprzystosowane do cywilizacyjnych norm demokratycznego świata. Rosjanie nie potrafią żyć bez władzy, która ciągle kopie ich w tyłek i wskazuje miejsce w chlewie, którym jest całe to ich państwo (niech nikt mnie nie próbuje przekonywać, że Rosja w jakiejkolwiek formie jest cywilizowanym krajem. To jest mentalna, społeczna i polityczna dzicz, kopiująca jedynie wzorce postępu dziejowego - ale już nie moralnego - z Zachodu. Rosja nigdy nie była normalnym krajem, a Rosjanie nigdy nie byli normalnym społeczeństwem. Komunizm tylko pogłębił ten stan rzeczy, ale bez względu na to, jaka to była epoka kraju zjednoczonego przez Moskwę, tam zawsze panowała mentalność dziczy - ZAWSZE. Kto nie wierzy, niech spojrzy na tych wszystkich rusofilów jak Gerard Depardieu, Steven Seagal czy inni, którzy z bezpiecznych pozycji, z własnych krajów chwalili Rosję (szczególnie Francuzi mają na tym punkcie prawdziwego zajoba), ale gdy tylko tam się przeprowadzili, pełni wspaniałych nadziei, gdy tylko trochę pomieszkali, bardzo szybko stamtąd uciekali. Dlatego mówię, narody które nie przeżyły na własnej skórze tego barbarzyństwa moralnego (i nie tylko zresztą), nie są w stanie pojąć o czym ja tutaj piszę, dopóki nie doświadczą tego na własnej skórze.




Pięknym przykładem otrzeźwienia zblazowanego mieszkańca Zachodu, oczarowanego Rosją, są "Listy z Rosji" francuskiego markiza Astolphe'a de Custine'a, który w 1839 r. niechętny systemowi demokratycznemu, wyjechał tam, jako do raju, jaki miał zamiar ujrzeć. Listy są przerażające i pokazują dobitnie przepaść cywilizacyjną ruskiego miru (czyli innymi słowy prawdziwego Mordoru), od całej reszty cywilizowanego świata (razem z jego wszelkimi wadami i niedoskonałościami). De Custine w pewnym momencie zaczął się nawet obawiać, czy pozwolą mu opuścić Rosję, jeśli będzie chciał opisać prawdę, jaką tam ujrzał i czy nie zostanie zamordowany, a potem powiedzą francuskiemu ambasadorowi że to był wypadek. I Rosjanie również, podobnie jak Niemcy (zauważcie jak blisko jest jednym i drugim) nie potrafią się sami rządzić. Bez przemocy i wódki ten naród nie istnieje - nie ma go! Niemcy wyznają zasadę: "Ordnung muss sein" który sprowadza się do kolektywnego działania - albo mordujemy całe narody, albo też przyjmujemy wszystkich uchodźców - ze skrajności w skrajność - czyli ZUPEŁNY brak jakiejkolwiek odpowiedzialności. Działają niczym osy - w grupie, prawie że myślą też jednakowo. A w Rosji musi być bat - musi być bat bo inaczej to wszystko się rozpadnie (czego dowodem były rządy Jelcyna w latach 90-tych, gdy prawdziwą władzę nad wieloma miastami czy nawet regionami kraju, przejęła lokalna mafia). 

Może więc należałoby wprowadzić tam jakiś "zarząd komisaryczny" i oddać te narody pod międzynarodową kuratele, gdyż pozostawione same sobie, powodują jedynie kolejne nieszczęścia dla Europy i Świata.



PS: Jakiś czas temu Teatr Telewizji powrócił w genialny sposób właśnie sztuką "Listy z Rosji" z Piotrem Adamczykiem i Adamem Ferencym w rolach głównych (de Custine i car Mikołaj I). Prawdziwy majstersztyk, nie mogłem oderwać wzroku i długo jeszcze byłem pod wrażeniem tej sztuki (choć książkę czytałem już kilka razy wcześniej). Warto by coś takiego pokazać np. we Francji, to może uda się przekonać Francuzów że Rosja nie niesie ze sobą żadnych wartości - tam jest pustka, totalna pustka, która przetwarza jedynie to, co otrzymuje z zewnątrz.




 
 
POZDRAWIAM   

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

MARKIZA de POMPADOUR - CZY DOPROWADZIŁA FRANCJĘ NA SKRAJ UPADKU? - Cz. III

CZY KRÓLEWSKA FAWORYTA

LUDWIKA XV, WYWOŁAŁA EFEKT

"ŚNIEŻNEJ KULI" KTÓRY POGRĄŻYŁ

FRANCJĘ W ODMĘTACH REWOLUCJI?





"CUDOWNE LATA"

UMIŁOWANEGO WŁADCY

1726-1730

Cz. II






Po upadku księcia Ludwika Henryka Burbona i jego ambitnej kochanki madame de Prie (która odesłana została do odległych dóbr swego męża i wkrótce potem zmarła z tęsknoty za księciem de Burbon), stosunki pomiędzy królową a młodym królem przez pewien czas były dość chłodne. Król zaprzestał odwiedzać alkowę swej małżonki (sam również skrupulatnie przestrzegając celibatu małżeńskiego), dając jej tym samym do zrozumienia że jest niezadowolony z postępku, jakiego się dopuściła. Jednocześnie (listownie) polecił jej słuchać we wszystkich sprawach swego mentora, biskupa Frejus - czyli właśnie kardynała Fleury'ego. Ton listu nie pozostawiał złudzeń co do zmiany, jaka nastąpiła w królewskich uczuciach wobec małżonki, a brzmiał on następująco: "Proszę Cię, Pani, a jeśli trzeba, to nakazuję, abyś czyniła to wszystko, co zleci Ci ode mnie kardynał, tak jakbym zlecał Ci to ja sam. Ludwik", dla królowej Marii nadeszły więc ciężkie czasy. Ale należy pamiętać że to właśnie kardynał Fleury, po śmierci jego pradziadka - "Króla Słońce" Ludwika XIV, był bodajże jedynym przyjacielem młodego króla, który zupełnie nieprzygotowany, zbyt wcześnie został zmuszony dziejową koniecznością do objęcia tronu. Młody Ludwik był chłopcem wrażliwym i melancholijnym oraz niezwykle wstydliwym. Nie przepadał też za zdecydowanymi, szybkimi decyzjami, wszystkie bowiem decyzje musiał najpierw skrupulatnie przemyśleć. Ta sympatia króla do jego kardynała i pierwszego ministra w jednej osobie, skutkować będzie całkowitym poddaniem się Ludwika decyzjom podejmowanym przez Fleury'ego, który całkowicie zdominuje politykę Francji przez kolejne 17 lat, aż do swej śmierci. 

Ludwik nie lubił być królem. To znaczy, co prawda imponował mu przepych i splendor władzy, którą sprawował i to że wszyscy kłaniali się mu i starali spełnić jego zachcianki, ale miał też poważny uraz z czasów dzieciństwa, gdy jego wychowawcy w sposób nieznoszący sprzeciwu, egzekwowali wszystkie ich zalecenia, żądając od dziecięcego królewięcia ich niezwłocznego wykonania. Ludwik nie lubił też podejmowania szybkich decyzji, wolał na spokojnie wszystko przemyśleć, często odraczając wiele spraw w czasie. Dobrze czuł się zaś wtedy, gdy już nie musiał być królem, czyli na polowaniach, balach, przedstawieniach teatralnych i w miłosnych alkowach (najpierw swej żony a następnie kochanek). Poza tym uwielbiał naukę (medycynę, geografię, matematykę, przyrodę) i był niezwykle inteligentny, był też bardzo melancholijny. Tymczasem czasy, w które wchodziła Francja, obfitowały w niepokoje społeczne (zamieszki głodowe w Paryżu w 1725 r.) czy religijne (prześladowania tajnego kultu protestanckiego w 1724 r.), które zamieniały się w bardzo ostre dysputy pomiędzy "konstytucjonalistami" i "apelantami", które to dotykały nawet prowincjonalnych parafii i klasztorów. Zaczęły burzyć się zakonnice (1726 r.), które odmawiały wykonywania poleceń księży, twierdząc że ich jedynym przełożonym jest jedynie papież. Francja potrzebowała rządów silnej ręki, a młody król nie był na to gotowy, dlatego też kardynał Fleury okazał się w tej kwestii mężem opatrznościowym.

Fleury zakończył też okres "cichych dni" pomiędzy parą królewską, namawiając króla aby ponownie odwiedził apartamenty królowej (choć ją samą traktował ozięble, mając jej za złe, że próbowała pośredniczyć w jego upadku). I wkrótce na dworze gruchnęła dobra wiadomość - królowa Maria była w ciąży, spodziewano się narodzin następcy tronu, który mógłby oddalić od Francji groźbę wojen dynastycznych. I wkrótce król znów musiał podjąć półroczną przymusową abstynencję seksualną (trzy miesiące przed połogiem i trzy miesiące po połogu), mimo to radował się także, spodziewając narodzin syna, dla którego przygotowywał liczne festyny, bale, zabawy i prezenty. Jednak dnia 14 sierpnia 1727 r. na świat przyszły dwie dziewczynki, bliźniaczki - które otrzymały imiona: Ludwika Elżbieta i Anna Henrietta. Król jednak nie był zawiedziony, szybko zamienił się też w troskliwego tatusia, dobierając dziewczynkom odpowiednie mamki i przyznając im wszystkie prezenty, które miały zostać wręczone spodziewanemu synkowi (łącznie z balami i festynami, które także się odbyły). Zbliżył się też ponownie do królowej Marii i bardzo szybko, bo już z końcem tego roku było wiadomo że królowa ponownie jest w ciąży. Tym razem Ludwik oczekiwał już syna. Na świat znów jednak przyszła dziewczynka, 28 lipca 1728 r. narodziła się Maria Ludwika. Tym razem prezenty i festyny zostały odwołane, ale król całej trójce swych córek okazywał ojcowską miłość i opiekę. Kolejna ciąża (w którą królowa zaszła już z początkiem nowego roku), przyniosła wreszcie oczekiwanego syna, który narodził się 4 września 1729 r. i otrzymał imię Ludwik. Francja miała więc swego następcę tronu.




Król obdarował królową wspaniałymi podarkami i spełniał wszystkie jej kaprysy (należy tez pamiętać, że przed każdymi kolejnymi narodzinami, król musiał pościć seksualnie przez sześć miesięcy, a w tym czasie nie miał jeszcze żadnej kochanki), a Maria była wniebowzięta i z zachwytem pisała do ojca: "Nikt nigdy nie kochał tak, jak ja go kocham". Narodziny królewskiego syna były wielkim świętem dla całej Francji, lud bawił się za królewskie pieniądze, a miasto rozświetlały pokazy sztucznych ogni, festynów i wykwintnych bali. Ludwik był dumnym tatą i prezentował swego syna podczas tych publicznych uroczystości. Opiekę nad nim powierzył swej własnej piastunce - madame de Ventadour. Król jednak był niewyżyty (a przymusowe "ciążowe" seksualne abstynencje mocno go pobudzały), co spowodowało że już w roku następnym królowa ponownie była w ciąży. I znów narodził się syn, 30 sierpnia 1730 r. na świat przyszedł Filip - książę Andegawenii. Marię kolejne ciąże powoli zaczynały już męczyć, gdyż zaczęła się żalić swemu spowiednikowi - księdzu Labiszewskiemu: "ciągle jestem w łóżku, ciągle w ciąży, ciągle w połogu", ale radowała ją miłość króla i uczucie, jakimi obdarzał ją po każdych kolejnych narodzinach. Książę Filip był brany pod uwagę przez parę królewska, jako potencjalny przyszły kandydat do tronu polskiego, najważniejsze jednak było zapewnienie Francji ciągłości dynastycznej rodu Burbonów. 

Lepiej też wiodło się w gospodarce i nastąpiło załagodzenie wzburzonych nastrojów religijnych. Jeszcze w 1726 r. nastąpiło znaczne obniżenie kredytu państwowego Francji, za sprawą ministra finansów (generalnego kontrolera) Le Pelletier'a, który obciążył 40 dzierżawców generalnych sumą 80 mln. ludwików (owi dzierżawcy już od końca XVII wieku stworzyli prawdziwe monopole państwowe, czerpiąc z tego tytułu ogromne zyski, i dzięki temu stali się prawdziwymi pijawkami dla skarbu państwa. Następnie Le Pelletier wymusił na duchowieństwie francuskim "dobrowolną (choć przymusową) daninę" w wysokości 2 mln. ludwików, wprowadzi też nowy podatek "powszechny" (który jednak bardzo szybko przestał być powszechny dla szlachty i duchowieństwa, które wymusiły na królu aby zwolnił te dwa stany z ich płacenia). Dzięki zebranym w taki sposób środkom, w kolejnych latach całkowicie spłacono dług publiczny Francji z czasów wojny o sukcesję hiszpańską, toczonych jeszcze za Ludwika XIV (1700 - 1714). Lud co prawda przez pierwsze te lata był obciążony dość srogimi powinnościami, ale już w połowie lat 30-tych XVIII wieku, również i nieszlacheckie stany (prócz chłopów), zaczęły odczuwać znaczną poprawę finansów we własnych kieszeniach. 17-letnie rządy kardynała Felury, doprowadziły do potężnej (ostatniej już przed Rewolucją) prosperity gospodarki francuskiej, odczuwalnej nie tylko przez stan szlachecki i duchowieństwo. Francja znów zaczęła być postrzegana jako mocarstwo europejskie, a król Prus - Fryderyk II powiedział potem że: "Fleury wyleczył i podźwignął Francję".




Kardynał ułagodził również spory religijne, neutralizując najbardziej ostrych opozycjonistów w Parlamencie Paryża (poprzez zabronienie im poddawania krytyce polityki finansowej rządu w 1729 r.), a w 1732 r. ostatecznie rozwiązał wszelkie spory wyznaniowe zakazując Parlamentowi wypowiadać się w sprawach religii, oraz marginalizując jansenistów (ruch teologiczny, który podkreślał konieczność uzyskania łaski Bożej i predestynacji w kwestii zbawienia, oraz piętnował ludzką nędzę, przeprowadzając uliczne kazania, na których często dokonywano najróżniejszych "cudów", co bardzo przyciągało prosty lud). Nie było jednak za jego rządów żadnych anty-protestanckich edyktów, ani też żadnych prześladowań innowierców - po prostu wymógł on na przedstawicielach innych wyznać, w zamian za swobodne odprawianie swoich kultów - całkowite posłuszeństwo koronie i władzy, jaką on reprezentował (w tym celu rozbudował policję i kazał agentom przenikać do jansenistów, protestantów, hugenotów Antoniego Court'a z Langwedocji - niezwykle popularny ruch religijny, a także do tajnych stowarzyszeń jak loże masońskie, których wówczas sporo zaczęło powstawać we Francji. Wkrótce kontrolował wszystko i tym samym zapewniał spokój religijny w całym kraju). Za jego rządów Francja stała się jednym z niewielu europejskich państw o ugruntowanej i stabilnej gospodarce, pozbawionym długów i jakichkolwiek niespłaconych zobowiązań fiskalnych z czasów Ludwika XIV. 

Z początkiem lat 30-tych XVIII wieku, prosperita dotknęła praktycznie wszystkie dziedziny ekonomicznego życia Francji. Wspaniale rozwijały się miasta (Paryż, Bordeaux, Marsylia, Lyon, Nantes, Le Hawr, Saint-Malo, La Rochelle, Bajonna, Rouen i inne), oraz porty, kwitł handel (od 1732 r. na wielką skalę zaczynają powstawać francuskie biura handlowe). Prosperują też francuskie kolonie zamorskie, szczególnie te w Ameryce Północnej i na Antylach (Martynika, Gwadelupa, zachodnia część San Domingo), które pod względem produkcji trzciny cukrowej, rumu i melasy, oraz kawy, kakao, indygo i bawełny, znacznie przegoniły hiszpańską Kubę czy brytyjską Jamajkę. Kwitł handel czarnymi niewolnikami z Afryki, sprzedawanymi na antylskich plantacjach trzciny cukrowej we francuskich koloniach zamorskich. Dochody w owym czasie z tych jedynie kolonii trzech antylskich wysp, dwukrotnie przekroczyły sumę tych, które Anglicy otrzymywali z samych wielkich Indii (wkrótce Francuzi rozpoczną walkę z Brytyjczykami o dominację również i nad Indiami). Rozwijały się również francuskie miasta w Ameryce Północnej. Przeprowadzano też wyprawy badawcze, wgłąb terytorium dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, z dala od francuskich miast i fortów w Ameryce (jak choćby wyprawa Verendrye z lat 1731-1740, podczas której dotarł on do jeziora Manitoba, Jeziora Winnipeg, ziem Indian Kri z Wielkich Równin, oraz ziem Czarnych Stóp. Wyprawa Malleta z lat 1739-1740, która dotarła do ziem Paunisów z Arkansas, Indian Ute, hiszpańskiego fortu Santa Fe i z powrotem przez ziemie Kiowów do francuskiego fortu Prudhomme w Luizjanie). Należy jednak stwierdzić, że francuskie miasta w Ameryce były znacznie mniej liczebne od tych angielskich ze Wschodniego Wybrzeża, tym bardziej że ludność angielska, szkocka i irlandzka stale napływała do kolonii w Wirginii, Karolinie, New Jersey, Connecticut czy Massachusetts, natomiast do francuskiej Luizjany napływ kolonistów z Francji od lat 90-tych XVII wieku, praktycznie ustał całkowicie. Francuzi rozwijali się więc w tej kolonii głównie dzięki sile rozrodczej już tam zasiedlonych kolonistów. 







 CDN.
    

piątek, 7 kwietnia 2017

NIEWOLNICE - Cz.XXXV

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI


HISTORIA DRUGA

TEHMINA

NIEWOLNICA Z PAKISTANU

Cz. XIV





  
PS: Na sam początek, nim przejdę bezpośrednio do tematu, pozwolę sobie wyrazić swoje nieskrępowane zadowolenie z powodu dzisiejszego kroku, jaki wykonał prezydent Stanów Zjednoczonych - Donald Trump w Syrii. To czego dopuścił się tam Asad jest niewyobrażalne, z punktu widzenia człowieka o przynajmniej minimalnej moralności. Zamordowanie, za pomocą gazu bezbronnej ludności cywilnej w Chan Szajchun, musiało spotkać się ze zdecydowaną odpowiedzią. Nikt bowiem nie ma prawa zabijać bezbronnych ludzi dla celów politycznych czy finansowych, bo tak postępuje jedynie zwykła glizda przyobleczona w ludzkie ciało, której należy ostro odpowiedzieć. I tak właśnie się stało za sprawą prawdziwego amerykańskiego kowboja - Donalda Trumpa. Ale to co mnie szczególnie cieszy, to fakt, iż tym jednym posunięciem Trump pośrednio, lecz ostro i zdecydowanie kopnął w dupę Rosję. I tak też należy z Rosjanami rozmawiać, kopać ich w dupę, tak aby posrali się w locie, bo jakiekolwiek inne, merytoryczne argumenty nie trafiają do tej turańskiej dziczy. To samo, jeśli chodzi o ruski odpowiednik na Zachodzie - czyli Niemcy, rządzone z Berlina (dawno już powtarzałem że Niemcy berlińscy - czyli Brandenburczycy, to turańczycy Zachodu). Im też należy wskazać odpowiednie miejsce, wystawiając rachunek za niespełnione wobec sojuszników zobowiązania. Rosja i Niemcy to dwa turańskie twory, które nic innego nigdy nie czynią i niczego innego nie potrafią, jak ujarzmiać i niszczyć inne narody - należy więc je ostro przywoływać do porządku i wskazywać miejsce w kącie, jeśli zajdzie taka potrzeba. Dlatego też piszę raz jeszcze: Thank You Very Much Mr. President Tramp - Russia should be kicked ass.





Zaczęłam drżeć i przyciskać do siebie materiał koszuli, lecz kiedy zobaczył, że się nie ruszam, złapał mnie za rękę i wykręcił mi ją do tyłu, aż zajęczałam z bólu i zaczęłam krzyczeć, że się rozbiorę. Puścił mnie, usiadł w fotelu i patrzył, jak wolno zdejmuję koszulę. Znów zdałam sobie sprawę z pustki, jaka była w pokoju, ale tym razem nie wyglądała ona już tak bezpiecznie. Nie było gdzie się ukryć, nic, do czego mogłam przywrzeć. Zsunęłam spodnie i odziana w biustonosz i majtki wpatrywałam się w niego, prosząc go z płaczem, żeby dał mi spokój. Ale on nie słuchał. Czułam, jak na spuchniętych ustach i na nosie przysycha mi krew. Drżącymi palcami ściągnęłam z siebie bieliznę. Siedział na fotelu z rozpostartymi ramionami jak król na tronie i przebiegał wzrokiem w górę i w dół po moim ciele. Wyraz twarzy miał zawzięty i zaciśnięte usta. Jego zwężone, błyszczące oczy wpatrywały się w moje ciało pożądliwym wzrokiem. Nigdy przedtem nie czułam się tak absolutnie, do końca poniżona i tak całkowicie od kogoś zależna. Wyraz jego twarzy świadczył, że jest tego świadom. To zdarzenie mogło całkiem odebrać mi ducha, możliwe, że bezpowrotnie. Od tej chwili nie będę mogła funkcjonować jako człowiek. Nie zostało we mnie ani na jotę szacunku dla własnej osoby. Okazałam się niczym. 
- Mustafa, błagam cię - płakałam - na Proroka, pozwól mi się ubrać... Proszę...
- Weź telefon. Najpierw zadzwoń, a potem zobaczymy.
- Jak mogę rozmawiać bez ubrania? Proszę cię, pozwól mi je najpierw włożyć. 

Zaczął obrzucać mnie wyzwiskami i ubliżać najgorszymi słowami mojej rodzinie. Ogarnęła mnie pustka, nie mogłam sięgnąć po cokolwiek. Ledwie stałam, kolano uderzało mi o kolano. Nie byłam w stanie za pomocą rąk i ramion ukryć swojej nagości, chciałam się czegoś złapać. Próbowałam klęknąć na podłodze, ale gdy ukucnęłam, wrzasnął na mnie i natychmiast się podniosłam. Stałam tak wiele chwil prosząc go, żebrząc i wzywając na pomoc Allaha i Proroka.
- Zadzwonię - wyszeptałam. - Pozwól mi się ubrać, proszę. 
W końcu schylił się, złapał moje pogniecione i poplamione krwią ubranie i rzucił mi je. Z wciąż zaciśniętymi ustami obserwował uważnie, jak naciągam na siebie koszulę. Paląc się ze wstydu dzwoniłam do mojej matki. Nie mogłam jednak skoordynować myśli z ruchami języka i zaczęłam się jąkać. Zamiast powiedzieć, że to, co jej mówiłam, było kłamstwem, pomyliłam się i powiedziałam, że to wszystko prawda. nie widziałam w tym momencie różnicy. Mustafa wyrwał mi z ręki słuchawkę, trzasnął nią w widełki i zaczął mnie bić z nową energią. Płakałam i prosiłam, żeby mi wybaczył i dał jeszcze jedną szansę. Zadzwoniłam jeszcze raz. Trzęsąc się i płacząc powiedziałam mojej matce to, co chciał Mustafa. Z wyrazem triumfu na twarzy wziął ode mnie telefon.

- Tehmina nie czuje się dobrze - powiedział z udanym przejęciem. - Ma objawy choroby psychicznej.
Nawiązał do zapalenia opon mózgowych, które przeszłam w dzieciństwie, wiedział, że moja matka przypisywała temu zdarzeniu mój buntowniczy charakter.
- Wymyśla sobie różne rzeczy - stwierdził. - Fantazjuje. Z jakiegoś powodu nienawidzi Adili. Może ty jako jej matka będziesz lepiej wiedziała, na czym polega jej kompleks w stosunku do Adili. Wierz mi, Adila nie zrobiła nigdy tego, o co Tehmina ją posądza. Osłupiałem, gdy dowiedziałem się o jej oskarżeniach i podejrzeniach. Wyznała mi prawdę, wymyśla różne historie po to, żeby zadawać innym ból, ale przede wszystkim po to, żeby zadawać go sobie. Potem zamyka się w sobie i szlocha tak, że nie można jej pocieszyć. Musiałem to wszystko cierpliwie znosić. To, co zrobiła dzisiaj, to tylko mały przykład tego, co muszę znosić codziennie. Ona chce być tragiczną bohaterką.
Tej nocy Mustafa błagał mnie, żebym mu przebaczyła, że tak mnie poniżył, winą za to obarczał jednak mnie. Utrzymywał, że wyobraziłam sobie rozmowę pomiędzy nim a Adilą.
- To się zdarza zakochanym, wierz mi - przekonywał mnie. - Kochają tak bardzo, że chcą słyszeć to, co ich martwi, ulegają autosugestii, a potem wariują. Ty, w związku ze swoim zapaleniem opon, nie jesteś za bardzo odporna psychicznie. To nie jest tak naprawdę twoja wina i powinienem był się kontrolować.
Obdarzył mnie łagodnym uśmiechem, otworzył ramiona i rozkazał:
- No, chodź tu do mnie.
Jak bezwolna kukła podeszłam do niego. Przytulił mnie do siebie i zaczął delikatnie kołysać, a ja przywarłam do niego kurczowo i zaczęłam głośno płakać. Wiedziałam, że kłamie, ale nie wiedziałam, co mam robić. Mój mózg przestał funkcjonować. Byłam martwa.

Po tamtej nocy przez długi czas, niezależnie od tego ile warstw ubrania miałam na sobie i z kim byłam, czułam się naga. Po tygodniu zadzwoniła do nas matka i oświadczyła wściekłym tonem, że Mustafę należy zamknąć w domu wariatów. Zdziwił mnie ten jej wybuch. "Co się znów stało?" - zastanawiałam się. Gdy do telefonu podeszła Adila, zdałam sobie sprawę, że obawy Mustafy były uzasadnione. Adila przyznała się w końcu do wszystkiego matce, a teraz, starannie ważąc słowa, przyznawała się mnie:
- Sypiam z nim od trzech lat. Mówię ci nie jako siostra, lecz jako przyjaciółka: Mustafa nienawidzi cię, Tehmino. Wszyscy cię nienawidzą, matka też. Z tobą musi być coś nie tak. Zostaw go, zanim on zostawi ciebie. Miej dla siebie trochę szacunku.
Adila opowiedziała mi szczegóły. Okazało się, że i syn Mustafy, i Ayesha byli cały czas we wszystko wtajemniczeni.
- Bilal nas umawia - powiedziała. - Jest naszym pośrednikiem. Rezerwuje nam pokój w hotelu West Lodge Park. Dai Ayesha wiedziała o wszystkim cały czas. Zapytaj ją. Pamiętasz ten dzień, kiedy Mustafa przyjechał do mnie pod szkołę? Zgwałcił mnie wtedy. Nie było żadnego Irańczyka. Zawsze był tylko Mustafa. Byłam z nim wtedy w Hiltonie cały dzień. Byłam z nim, kiedy do ciebie dzwonił.




Przepełniona gniewem zapytałam o to Bilala i Ayeshę.
- Będziesz musiała zapytać o to mojego ojca - odparł spokojnie Bilal, a dai tylko mu potaknęła.
"Zapytać jego ojca"... Ich niechęć do mówienia była wymownym potwierdzeniem słów Adili. Czułam, jak wzbiera we mnie złość. Zdusiłam ją jednak w sobie, ponieważ wiedziałam, że tych dwoje było, podobnie jak ja, całkowicie podporządkowanych woli Mustafy. Tak jak ja nie mieli wyjścia. Pomyślałam, że swoją złość powinnam skierować w inną stronę. Mustafa wrócił do domu wcześnie i zastał mnie w sypialni. Trzęsłam się z gniewu i strachu jednocześnie. Głos mi drżał. Zdobyłam się jednak na odwagę, żeby go zapytać. Zaprzeczył wszystkiemu bez wahania, widziałam jednak, że był równie wstrząśnięty jak ja. Chciałam go sprawdzić i kazałam mu zadzwonić do Adili i powiedzieć jej, że kłamie. Odmówił. Nie miał jednak tego dnia szczęścia, bo wkrótce zadzwonił telefon. Była to Adila. Mustafa rozmawiał z nią wiedząc, że słuchałam ich rozmowy przez drugi telefon.
- Kocham moją żonę i dzieci - oświadczył. - Ciebie też kocham, ale tylko jak siostrę. Nie możesz tak postępować, swoim zachowaniem sprawiasz wszystkim ból. 
Po skończeniu rozmowy stanął przede mną z ręką na Koranie i przysiągł, że ten "romans" powstał jedynie w chorym umyśle Adili.
- Ma jakiś, związany z tobą, głęboko zakorzeniony kompleks, Tehmino - oznajmił. - Za wszelką cenę chce, by nasze małżeństwo się rozpadło. Znasz ją, nie jest przy zdrowych zmysłach. Jak możesz jej wierzyć? Czy nie widzisz, że osadziła te wszystkie zdarzenia, w okolicznościach, które wcześniej już wydały ci się podejrzane? A twoja matka? Nie pozwól, żeby obie cię zniszczyły. Wiesz, że matka je z jej ręki. Musimy wspólnie odpierać ataki Adili na nasz dom. 

Nie wierzyłam w żadne jego słowo. Gotowa byłam jednak dalej z nim żyć, ponieważ sprawiało mi to dziwną ulgę, kiedy słyszałam, że źle mówi o Adili. Nie byłam też gotowa stawić samotnie czoło życiu. Ucieczka nie jest wyjściem. Odebrałby mi dzieci, wziąłby pieniądze. Mógłby mi też odebrać życie. Uświadomiłam sobie, że naszego małżeństwa nie podtrzymywało przy życiu uczucie, lecz skomplikowane zewnętrzne siły: moja miłość własna, obawa przed rodziną i społeczeństwem, strach przed utratą dzieci, a także mojego statusu kobiety zamężnej. Najważniejsza jednak w tym wszystkim była Adila, jeśli moje małżeństwo się rozpadnie, będzie to oznaczało jej zwycięstwo, a moją przegraną. Zadzwoniłam do matki i z odwagą zrodzoną z krańcowej rozpaczy oświadczyłam jej, że nie należy winić mojego męża za to, że moja siostra jest dziwką. Po tym oświadczeniu moje stosunki z matką zepsuły się kolejny raz. Matka zabrała Zarminę i Adilę i wyjechała z nimi do Hiszpanii, pragnęła, by jej najmłodsza córka znalazła się z dala od miejsca przestępstwa i doszła do siebie. W Hiszpanii moja matka kazała Zarminie opiekować się jej skrzywdzonym dzieckiem, podawać jej do łóżka śniadanie i zaspokajać wszystkie zachcianki, tak jakby była osobistą służącą. Ażeby uspokoić Adilę i sprowadzić jej myśli na inny tor, matka kupiła w Marbelli czternastoletniej dziewczynie kompletną wyprawę ślubną uzasadniając to tym, że Adila: "z powodu zdrady ma złamane serce. Jest taka młoda i wrażliwa, a on to wykorzystał". Zarmina rozmyślała nad niesprawiedliwością, jakiej doznawała, i płakała po cichu nad swoją, a także moją, ciężką dolą. 

Wybraliśmy się w podróż do Szardży w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Mustafa dopiero wtedy, gdy byliśmy w powietrzu, zawiadomił mnie, że odwiedzimy również Indie, żeby spotkać się z synem premier Indiry Gandhi, Rajivem. Zgodnie z pakistańskim prawem, sprzymierzanie się z Indiami było aktem zdrady, lecz Mustafa ani przez chwilę nie wierzył, że to, co robił, było niepatriotyczne. Traktował Hindusów jako środek prowadzący do celu i według niego współpraca z Indiami nie była zdradą, nazywał to "bhuttoizmem". W Szardży wieczór poprzedzający odlot do Delhi spędziliśmy w towarzystwie polityków z Partii Ludowej, którzy nie wiedzieli nic o naszej potajemnej misji. Mustafa popełnił błąd i łamiąc zasady bezpieczeństwa wspomniał, że następnego dnia udajemy się do Delhi. Jeden z polityków wyraził także pragnienie wizyty, powiedział jednak, że nie ma wizy. Zdziwiłam się, gdy Mustafa zaczął się przechwalać, że może to "załatwić". Gdy przybyliśmy na lotnisko w Delhi, oficerowie wywiadu szybko nas przepuścili, ale zatrzymali naszego przyjaciela. Razem z nami była na pokładzie pewna znana dziennikarka z Indii i incydent ten bardzo ją zdziwił. Chciała wiedzieć, jak my dostaliśmy się tam bez wiz. Jakim to pakistańskim politykiem jest Mustafa? Kogo on reprezentuje? Jak rząd hinduski mógł na to pozwolić? Ten niepożądany rozgłos nie spodobał się naszemu gospodarzowi. Gdy Rajiv Gandhi dowiedział się o incydencie na lotnisku, odmówił spotkania z Mustafą. W uprzejmych, aczkolwiek zdecydowanych słowach wyjaśnił w liście, że nasza potajemna wizyta mogłaby mieć niebezpieczne reperkusje, gdyby nadało jej się rozgłos.
Zdradzieckie kontakty nawiązywane były jednak w Anglii i Mustafie udało się bez mojej wiedzy zaaranżować spotkanie z samą panią premier Indirą Gandhi! W tym czasie zaszłam w ciążę po raz czwarty. Mustafa znowu wyjechał do Indii, a ja byłam w szóstym miesiącu ciąży, gdy dowiedziałam się od znajomej, że moja siedemnastoletnia siostra Zarmina wychodzi za mąż za Riaza Quraishi, syna nababa Sadika Hussaina Quraishi. Przykro mi było, że taką ważną wiadomość otrzymałam przez osobę trzecią. Wtargnięcie w nasze życie Mustafy spowodowało niesnaski w rodzinie i matka nie życzyła sobie, żeby wspominano w domu moje imię. Wiedziałam, że Mustafie ten związek nie spodoba się. Ojciec Riaza był gubernatorem Pendżabu w czasie, gdy Mustafa był jego głównym komisarzem. Został on przez Bhutto mianowany następcą Mustafy po tym, jak ci dwaj się poróżnili. Sadik Quraishi po przewrocie Zii wycofał się z polityki i zajął interesami, otrzymawszy w Pakistanie przedstawicielstwo Pepsi Co. Jego rodzina była bardzo konserwatywna, mężczyźni spełniali wszystkie zachcianki swych żon i dla Zarminy, dla której poza modą, ubraniami i biżuterią nic innego nie istniało, to małżeństwo było bardzo korzystne. Zanim przyjęła oświadczyny Riaza, widziała go tylko raz, na rodzinnej herbatce, a potem rozmawiali tylko krótko przez telefon. Riaz odwiedził Londyn w okresie ich narzeczeństwa, ale nie pozwolono młodym spędzić ani chwili razem bez przyzwoitki. Bardzo się cieszyłam z powodu szczęścia Zarminy, wiedziałam, że jej modlitwy zostały wysłuchane. Zarmina była dzieckiem szczęścia, mimo że nasza matka faworyzowała te swoje dzieci, które miały jasną skórę. W domu, w którym siostrami jej były piękna i uduchowiona Minoo i przebiegła Adila, otwarcie nazywano ją "Kopciuszkiem". Usługiwanie Adili było dla niej męką i upokorzeniem, małżeństwo miało ją z tego wyzwolić. 

Narzeczony wraz z krewnymi przyjeżdżali na to uroczyste wydarzenie do Londynu. Byłyśmy z Zarminą bardzo sobie bliskie i marzyłam, żeby być razem z nimi. Śpiewać, tańczyć i dzielić jej szczęście. Nie zostałam jednak zaproszona. W ciągu tygodnia poprzedzającego ślub wyobrażałam sobie Zarminę w ślubnym stroju i próbowałam zobaczyć oczami wyobraźni wszystkie te podniecające wydarzenia, które miały być jej udziałem. Z zadumy wyrwał mnie dzwonek telefonu. Gdy podniosłam słuchawkę, nikt się nie odezwał. Zaczęłam się przysłuchiwać i usłyszałam w tle weselne pieśni oraz uderzenia dholki, srebrnej łyżeczki używanej jako pałeczka bębna dla zaakcentowania rytmu muzyki. Usłyszałam śmiech.
- Kto to? Kto tam jest? - spytałam. 
Odpowiedziała mi martwa cisza. Potem telefon się wyłączył. Rozpoczęła się szatańska zabawa: ktoś, wykorzystując moje osamotnienie, naigrywał się z mojego upokorzenia. W miarę jak zbliżał się ślub, telefony były coraz częstsze. Za każdym razem, gdy usłyszałam jego dzwonek, wzdragałam się przed odebraniem, ale w końcu to robiłam. "Kto do tego stopnia mnie nienawidził, żeby to robić? Adila?" - zastanawiałam się. Wysłałam na ślub w roli swojego szpiega jedną z moich przyjaciółek. Chciałam, żeby moja siostra wiedziała, że mimo wymuszonej na mnie nieobecności, kocham ją i zawsze będę się modlić o jej szczęście, więc przesłałam jej list. Moja przyjaciółka opowiedziała mi po powrocie, że Zarmina płakała nad nim. Moja wysłanniczka pokazała mi zdjęcia Zarminy we wspaniałej sukni ze srebrnego jedwabiu. Materiał wyszywany był srebrem i turkusami, w świetle flesza połyskiwała brylantowa biżuteria. Gdy oglądałam zdjęcia, płakałam: moja mała siostrzyczka z Kopciuszka zamieniła się w księżniczkę, a ja pozostałam samotna. 

Gdy Mustafa wrócił, opowiedziałam mu o okrutnych tajemniczych telefonach, ale on mnie zbył mówiąc, że to tylko moje urojenia. Chcąc odwrócić moją uwagę, pokazał stroje, które mi kupił, i zaczął opowiadać najświeższe wiadomości. Spotkał się z Indirą Gandhi. Tak samo lekko traktował ten akt zdrady jak moje dziwne telefony. Według niego Indie były tradycyjnym wrogiem Pakistanu Zii, ale nie nowego państwa, które właśnie się kształtowało. Podczas ich godzinnej rozmowy w rezydencji premiera w New Delhi, pani premier była bardzo przystępna i jasno przedstawiła swoje poglądy. Rozmawiali o egzekucji Bhutto i perspektywie odbudowy demokracji w Pakistanie. Premier Indii i żyjący na wygnaniu Lew Pendżabu próbowali analizować przyczyny wrogości między swoimi narodami i oboje doszli do wniosku, że to armia pakistańska jest zainteresowana utrzymaniem napięcia na granicy, aby wykazać swoją niezbędność. Mustafa był z siebie zadowolony. Dokonał śmiałego zwrotu w polityce kraju i uważał, że był to pierwszy etap wprowadzenia znaczących zmian w Pakistanie. Wielu ludzi podzielało przekonanie Mustafy, że to armia pakistańska była powodem naszych problemów. Zwolennicy tej teorii twierdzili, że wojskowi, zazdrośnie strzegący swoich wpływów i pieniędzy, zawsze mają podejrzliwy stosunek do demokracji. I rzeczywiście, patrząc z historycznego punktu widzenia, wojsko zawsze odgrywało wyraźnie interwencjonistyczną rolę w polityce Pakistanu. Mustafa wysuwał teorię, że ogromnym błędem Bhutto było to, że próbował współistnieć z wojskowymi. I to wojskowi faktycznie go odsunęli od władzy, a generał Zia wydał rozkaz jego egzekucji.
W Partii Ludowej zdania na ten temat były podzielone. Prawe jej skrzydło uznawało armię z wszystkimi jej brakami jako konieczną obronę przed zagrożeniem ze strony sąsiednich Indii. Jednak Mustafa wraz z wieloma innymi złapali wirusa anty wojskowości i pielęgnowali go w sobie. Tej dziwnej choroby dopełniała gorączka spowodowana przekonaniem, że należy zniszczyć armię pakistańską. Dopiero wtedy politycy będą mogli swobodnie zabrać się do przebudowywania wynaturzonego systemu. Ale w jaki sposób można było to zrobić? Mustafa i jego zwolennicy nie dysponowali, rzecz jasna, własnymi siłami zbrojnymi, zdecydowali się więc szukać pomocy w Indiach. Mustafa tak mnie indoktrynował, że ślepo przyjmowałam jego poglądy. Tak głęboko w nie wierzyłam, że na jakąkolwiek wzmiankę o armii pakistańskiej reagowałam odrazą i nienawiścią.
- Wojsko pożera skąpe zasoby surowców Pakistanu, które inaczej skierowane by zostały do przemysłu - przekonywał mnie Mustafa. - Ludzie z tego powodu są biedni. Powstrzymuje to rozwój demokracji. 
Nie oznaczało to nic innego jak tylko zamiar wzniecenia kolejnej wojny między Indiami a Pakistanem. Mustafa był przekonany, że kiedy Indie wygrają już wojnę z Pakistanem, cofną się poza granice i pozwolą cywilom dalej rządzić naszym krajem. Nie wierzył, by Indie chciały hegemonii nad Pakistanem. Ten kraj także potrzebował swoich cennych surowców dla przemysłu, bez niepotrzebnego wydawania ogromnych sum na obronę przed naszymi siłami zbrojnymi.
Indira Gandhi ostrzegała Mustafę:
- Będziemy musieli zniszczyć i upokorzyć waszą armię. Dopiero wtedy nasze kraje będą mogły żyć w harmonii i dopiero wtedy będziecie mogli mieć nadzieję na przywrócenie rządów prawa w waszym kraju. 
Mustafa mi to wszystko relacjonował, patrząc na mnie dumnym wzrokiem męża stanu.
- To, co mam zamiar zrobić, zostanie zrozumiane niewłaściwie - przyznał. - Pakistańczycy są narodem niepiśmiennym, mają sztywne poglądy i nie potrafią patrzeć przyszłościowo. Dla nich Indie są wrogiem numer jeden. Nie zdają sobie sprawy z tego, że ich rzeczywistym wrogiem jest armia, to ona pozbawia ich lepszej przyszłości. Ale to jest różnica pomiędzy przywódcą a tymi, którym on przewodzi. Mój plan jest planem długoterminowym i dotyczy naszej przyszłości oraz przyszłości naszych dzieci. Elita tego nie zrozumie. Będą przeciwni temu planowi jako zbytnio radykalnemu. Wiedzą, że nie zatrzymamy się na armii, że oni też będą musieli oddać swoje nieuczciwie zdobyte majątki. Reformy będą rozległe, zniszczenie armii jest tylko pierwszym krokiem! - Zniżył głos i dodał: - To niebezpieczna tajemnica.




Krótko po powrocie z Indii Mustafa podrzucił mi następną bombę, tym razem bardziej osobistej natury. Zaczęły nas mianowicie zalewać dziwne telefony od jakiejś nieznanej osoby, która chciała mówić tylko z Mustafą. Wydawało mi się to dziecinadą.
- Jesteś starym człowiekiem, Mustafa - mówiłam. - Spoważniej w końcu. 
Wtedy "wyznał" mi, że hinduska bogini filmu, Zeenat Aman, zakochała się w nim do szaleństwa i chce wyjść za niego za mąż. Poznali się w czasie jego podróży do New Delhi. Mustafa opowiedział mi z ledwie ukrywaną dumą, że ona go prześladuje i nie daje mu żyć. Powiedział, że te telefony były od niej i narzekał, że zaczynają go one męczyć. Ale jego rozmowy, jeśli w ogóle były prowadzone z Zeenat Aman, nie wskazywały na to, że próbował się jej pozbyć. Weszłam podczas jednej z nich do pokoju i usłyszałam, jak Mustafa ryczy:
- Jeśli ten człowiek jeszcze raz na ciebie spojrzy, zabiję was oboje. 
Uświadomił sobie, że to słyszałam i szybko odwiesił słuchawkę. Był zakłopotany.
- A więc tak wygląda prześladowanie? - zapytałam drwiącym tonem. - Bardziej mi to przypomina zachowanie zazdrosnego kochanka. 
Miał wytłumaczenie na wszystko.  

- Wiedziałem, że słuchasz, słyszałem, jak szłaś - oznajmił mi. - Drażniłem się tylko z tobą, z nikim nie rozmawiałem.
Otworzył szeroko ramiona i uśmiechnął się do mnie leniwie.
- No, chodź tutaj - rozkazał łagodnie. 
Za kilka godzin znów poskarżył mi się, że Zeenat Aman mu się naprzykrza.
- Nie przyjmuje do świadomości mojej odmowy - powiedział. - Chce za mnie wyjść. Co mam robić? Takie pytanie zadawać własnej żonie! Znowu przybrałam drwiący ton.
- Mustafa - zaczęłam go pouczać - musisz dotrzymać danego słowa. Albo jej, albo mnie. Jeśli ja oraz dwoje naszych dzieci, jak również dziecko w moim łonie, nie jesteśmy dla ciebie ważni, to wydaje mi się, że powinieneś nas opuścić. Jeśli czujesz, że twoje zobowiązania w stosunku do Zeenat Aman są bardziej święte od tego, co cię łączy ze mną, idź do niej. Ale proszę cię, bądź raz lojalny w stosunku do kogoś, kogokolwiek, nawet innej kobiety.
- Nigdy nie opuściłbym ciebie i dzieci - przysięgał. - Kocham je. Kocham ciebie. Umarłbym bez was.






CDN. 

środa, 5 kwietnia 2017

HISZPANIE SIĘ OBUDZILI...

PO PONAD SIEDEMDZIESIĘCIU LATACH

Z ROZDZIAWIONĄ GĘBĄ I MINĄ BŁAZNA


"WILK Z KRWAWĄ PASZCZĄ, WIECZNIE MORDU GŁODNY, CO SIĘ POD ZNAKIEM KRZYŻA ZAWSZE CHOWA, KRZYŻ SPLUGAWIONY ZNÓW WEŹMIE ZA GODŁO, POCZNIE NARODY POŻERAĆ DOKOŁA. KRWAWE SWE ŚLEPIA KU WSCHODOWI ZWRÓCI (...) WILK Z KRWAWĄ PASZCZĄ, ZEWSZĄD OSACZONY, CHOĆ WSZYSTKIM GROZIŁ, DOOKOŁA ŚCIŚNIĘTY, PRÓŻNO SIĘ MIOTAĆ BĘDZIE JAK SZALONY, W BITWIE NAD RZEKĄ W PIEŃ BĘDZIE WYCIĘTY (...) POKÓJ SIĘ BOŻY USTALI W WARSZAWIE. WIELKA W PRZYMIERZACH, BOGACTWA I SŁAWIE - POLSKA KU MORZOM GRANICAMI SIĘGNIE (...) NIECH SIĘ TWÓJ NARÓD BURZY NIE ULĘKNIE, GDY BOGU UFA TO W GROMACH NIE PĘKNIE. RĘKA GO BOŻA PRZYWIEDZIE WŚRÓD NOCY I ZANIM NADEJDĄ DNI LATA GORĄCE - W PROCH ZETRZE WROGÓW I WYJDZIE SŁOŃCE"

FRAGMENT PRZEPOWIEDNI BISKUPA
 JANA CIEPLAKA 
NA TEMAT NIEMIEC I POLSKI z 1888 r.


"Z POKOLEŃ TRUDU, Z OFIARNEJ KRWI
ZWYCIĘSKIEJ CHWAŁY, NADCHODZĄ DNI
DOPOMÓŻ BOŻE I WYTRWAĆ DAJ
TU NASZE MIEJSCE - TO NASZ KRAJ!"




Piękna, wierszowana przepowiednia biskupa wileńskiego - Jana Cieplaka, której miał doświadczyć w 1888 r. przepowiadając wybuch I Wojny Światowej ("Gdy od tej chwili ćwierć wieku przeminie, świat się pożogą zrumieni i rzeka krwi się przeleje"), oraz odrodzenie Polski ("a z łun tych pożarów Polska wyjdzie wolna, mąż ją wywiedzie Pomazaniec Boży"). W zasadzie to tytuł tego posta powinien brzmieć: "Bóg jest wielki", gdyż taki pierwotnie miałem zamiar, biorąc pod uwagę niesamowitość naszego istnienia i otaczającej nas rzeczywistości. Chwila, którą żyliśmy jeszcze wczoraj, dziś zupełnie straciła na znaczeniu, zastąpiona przez kolejne chwile i etapy naszego życia. Ostatnio, gdy wracałem do domu, wprowadzając auto do garażu, nadeszła mnie taka myśl - Boże, jakie to nasze życie jest niesamowite, bo choć nie gwarantuje nam ono stabilizacji na tym świecie, to wszystko co nas otacza, dosłownie WSZYSTKO przemawia za tym, iż jest ono jedynie etapem, pewnego rodzaju wyrwaną z całości jednostajną cząstką, która ma nas jednocześnie przekonać że jest wyjątkowa i niepowtarzalna - choć wszystko temu dokoła przeczy, tylko my, głusi ślepcy - zafascynowani ową cząstką  nie dostrzegamy tego. Wielokrotnie już pisałem na tym forum o potędze ludzkiego umysłu, choć tak naprawdę jest to też pewnego rodzaju uproszczenie, bowiem to nie jest "umysł ludzki", a boża cząstka, która jest w nas. To ona jest odpowiedzialna za kierunek naszego żywota, a także naszego jestestwa. Człowiek jest tylko kroplą Bożej Miłości, ale tak kropla wystarczy, abyśmy tu, za życia, w tym naszym niepowtarzalnym i wyjątkowym świecie, który często uważamy za ostateczny. Bez Boga nie ma człowieka, nie ma życia, nie ma nic.

Niekiedy łapię się też, że choć opisuję i uświadamiam o pewnych procesach, których doświadczamy, a których możemy uniknąć lub je całkowicie zmienić na własną korzyść - to często po każdej takiej sytuacji zachowuję się jak uczniak, który zdziwiony cieszy się że dostał kolejną dobrą ocenę, choć w ogóle się jej nie spodziewał. Tak właśnie było (po raz kolejny) w moim przypadku. Od kilku miesięcy oczekiwałem bowiem na rozliczenie, w związku z wykonaną usługą (transportową) dla pewnej firmy, która co jakiś czas tłumaczyła że pieniądze wkrótce wyśle, lecz wpłaty nie napływały - miesiąc w miesiąc. Kolejne telefony, kończyły się w zasadzie tak samo, obiecywali zapłacić całą sumę, wysyłając jakieś drobne kwoty na załagodzenie owej "niefortunnej" sytuacji. I ta sprawa ciągnęła się przez kilka miesięcy (dokładnie od stycznia). Pieniądze nie wpływały, a ja przecież musiałem opłacić pracowników, bo nikt nie pracuje za darmo i nikogo nie interesują twoje problemy z kontrahentami. Ale dosłownie przedwczoraj, gdy uświadomiłem sobie że te pieniądze bardzo by mi się przydały, ale w taki sposób że one są, już są (choć ich przecież nie było), i co się stało? Nie uwierzycie, po trzech miesiącach zwłoki, właśnie dziś nastąpiła wpłata całej sumy - niesamowite, choć to wcale nie był pierwszy taki przypadek. Niekiedy tak sobie żartuję, że gdybym chciał, to mógłbym to wszystko rzucić w cholerę (ta branża niekiedy potrafi podnieść ciśnienie) i żyć z dnia na dzień, a i tak miałbym wszystko, cokolwiek byłoby mi potrzebne do przeżycia (bez pracy i bez większego wysiłku, choć ja tak nie umiem, ale sądzę że to nie tylko jest możliwe, ale wręcz pewne. Wszystko bowiem zależy od... naszej głowy, naszego umysłu i naszych myśli, które sformułowane w odpowiedni sposób, samoczynnie powodują że przejście przez ten świat jest niezwykle, wręcz bajecznie proste.

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to wszystko nie jest częścią li tylko moich myśli, bo bez Boga nie miałbym szans aby to osiągnąć (pewnie coś tam bym uzyskał, ale to i tak wcześniej czy później by się rozpłynęło). Bóg jest bowiem częścią nas samych, ale... ważna też jest wiara. Podam przykład, moja ciotka, która mieszka na Pomorzu, jest osobą niezwykle religijną, wręcz dewotyczną. Obecnie ma już 88 lat i jeszcze kilka lat temu biegała do kościoła... trzy razy dziennie (rano, po południu i wieczorem), dziś już jednak, z powodu postępującej starości, ograniczyła te wizyty do trzech, czterech w tygodniu. Ale jest to kobieta niezwykle odporna, wciąż świetnie chodzi, wzrok ma nie najgorszy (choć oczywiście używa okularów) i praktycznie przez całe życie, odkąd pamiętam, nie widziałem aby wspomagała się jakimiś medykamentami, do lekarza także w ogóle nie chodzi. Co jej daje siłę? Kiedyś ją o to zapytałem, a ona odpowiedziała że siłę daje jej bezpośrednio Bóg - "Siłę czerpię od Boga" - tak mi powiedziała. Kiedyś mnie to śmieszyło, a nawet wydawało mi się to nieprawdopodobne, ale od ładnych kilku lat (będzie już chyba z 11 lat w moim przypadku), odkąd uświadomiłem sobie pewne procesy, jakie otaczają świat i mnie osobiście i tego jak niezwykłymi istotami jesteśmy - przestało mnie to dziwić (przynajmniej teoretycznie, bo jak widać chwalić się też lubię). Tak jak w Biblii zapisane są słowa Jezusa: "Dlaczego zwątpiłeś, człowieku małej wiary" i "Czemu bojaźliwi jesteście (ludzie) małej wiary", tak też wiara w niezwykłość Bożej Wszechmocy, jest kwintesencją rodzaju naszego żywota na tym "łez padole".

Oczywiście dotyczy to tak samo jednostek, jak i np. państw czy narodów. W wielu poprzednich przepowiedniach, które tutaj umieściłem, prezentowałem co na temat przyszłości mówią najsławniejsi jasnowidze, a także osoby, którym dane było ujrzeć przyszłe wydarzenia. Wszyscy zgodnie twierdza, że teraz Boże Miłosierdzie spadnie na Europę Wschodnią, ze szczególnym uwzględnieniem Polski. Myśmy już swoje wycierpieli, czara doświadczeń goryczy, bólu i cierpienia, jakich doznali nasi przodkowie na tej ziemi z rąk obcych okupantów, wypełniła się po brzegi. Przyszłość będzie należeć do Polski, co zresztą już widać gołym okiem i nie trzeba ku temu żadnych specjalnych przepowiedni. Rośniemy moi mili, rośniemy w siłę, potęgę, stajemy się (prócz innych państw Środkowej Europy) najbardziej bezpiecznym i stabilnym krajem w całej Europie. To do nas migruje coraz częściej europejski biznes, to do nas uciekają Europejczycy z Niemiec, Francji, Anglii, a wkrótce ten proceder znacznie przyspieszy i dołączą inne kraje, dziś doświadczone setkami tysięcy muzułmańskich migrantów. Oto kilka dowodów:

Marc Peter, Francuz: "Ostre zamieszki, tzw. bunt przedmieść z 2005 roku, uświadomił nam, że Francja to już nie jest kraj bezpieczny - podjęliśmy decyzję, by wyjechać do Polski. Już wtedy uważałem, że jeszcze kilka lat i dla mojej ojczyzny nadejdą trudne czasy. To, co stało się w styczniu w redakcji "Charlie Hebdo", to, co wydarzyło się w piątek, to jest wojna. Francji, którą pamiętam sprzed 40 lat już nie ma. Dlatego wcale nie mam ochoty tam wracać, raczej myślę o tym, by moje dzieci przyjechały do Polski. W Paryżu trwa stan wyjątkowy (...) We Francji jest już blisko 10 mln muzułmanów. Trudno mówić o integracji. Proporcje zachwiały się, bywa, że to Francuzi muszą dostosować się do tych, którzy są w naszym kraju gośćmi. Pierwsza taka sytuacja od 1968 roku! Ulice pełne żołnierzy, skąpane we krwi! - to dla Francuzów abstrakcja. To już nie Paryż, to Bejrut. Francuzi, ale i Europejczycy w ogóle muszą dziś być przygotowani na wojnę. Ale my nie jesteśmy na to gotowi, bo za dobrze nam się żyje. A tymczasem po przeciwnej stronie barykady stoją fanatycy, którzy nie boją się dla ojczyzny oddać życie" Oto cały artykuł: "Francji już nie ma"    



 FRANCUZ I ANGLIK: "ZACHÓD UMARŁ"



FRANCUZ: 
"MAM SZCZĘŚCIE W POLSCE 
ŻYĆ W NORMALNYM KRAJU"



FRANCUZ: "FRANCJA JUŻ NIE ŻYJE"




Ale wracając do sedna tego tematu, ostatnio w lewackiej prasie hiszpańskiej "El Pais", pojawił się artykuł na temat ujawnionej w styczniu przez Instytut Pamięci Narodowej, listy wszystkich 9 tys. esesmanów, pełniących służbę w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. Ku przerażeniu pracowników tej gazety (a raczej propagandowego ścieku), okazuje się że wszyscy oni byli o zgrozo... Niemcami. Jak to możliwe, aby w niemieckim obozie zagłady strażnikami byli Niemcy, przecież to nie logiczne - prawda? W małych rozumkach pracowników owego szmatławca, nijak nie godzi się połączyć tych dwóch oczywistości, bo przecież oni mieli już ideologiczną odpowiedź na to pytanie - strażnikami oczywiście w ogromnej większości powinni być Polacy, bowiem powszechnie wiadomo w całej Europie (a lewica tradycyjnie rozpowszechnia te kłamstwa, w które potem sama wierzy - notabene, uwierzyć we własną propagandę to jest już upadek totalny), że Polacy to antysemici i "wyssali antysemityzm z mlekiem matki", oraz że nie nic innego nie robili podczas wojny, tylko polowali na ukrywających się (zapewne u Niemców, no bo gdzie?) Żydów. Ci biedni Niemcy, z narażeniem życia ukrywali Żydów przed Polakami, którzy nocami wypełzali ze swych nor na krwawe gody. Nic dziwnego że Hitler napadł na Polskę, musiał przecież ratować zagrożoną przed krwiożerczymi Polakami, tutejszą społeczność żydowską. Co prawda mu się to nie udało, bowiem Polacy i tak zmusili biednych Niemców, do zbudowania obozów koncentracyjnych, do których zaganiali Żydów z całej Polski (a nawet z Europy - a co? jak szaleć to szaleć), choć oczywiście biedni Niemcy nie mogli tego psychicznie znieść i postanowili się wykrwawiać na froncie, zaś władzę nad obozami przekazali w ręce Polaków. I to jest dobra koncepcja, bowiem jest prawda czasu i prawda ekranu, prawda?

Kto dziś zna prawdę? Kto pamięta tamte czasy? Ci ludzie już wymierają, więc bez przeszkód można pisać historię na nowo, polewając ją ogromną ilością propagandowego lewackiego sosu. Przecież Gross stwierdził już jaka była prawda, Polacy mordowali Żydów, koniec kropka i nie ma co drążyć tematu, nie ma co docierać do źródeł (prawdy), bowiem jeśli fakty nie pasują do naszej narracji, tym gorzej dla faktów. Swoją drogą nie wstydzą się te lewackie szuje wypisywać takich kłamstw i jeszcze codziennie rano przeglądać się w lustrze. Czy oni nie wiedzą że prawda zawsze - ZAWSZE wychodzi na jaw? Wcześniej czy później każde kłamstwo zostaje obalone. Przez 50 lat Rosjanie zaprzeczali, jakoby to oni wymordowali ponad 22 tys. polskich oficerów w Katyniu (i innych miejscach masowych mordów), ale w końcu prawda wyszła na jaw i przyznał się do tego sam przywódca Rosji - Borys Jelcyn w 1990 r. Dziś polityka znów odgrywa dużą rolę. Polska zaś jest ponownie zawalidrogą, Polska szkodzi. Nie przyjmuje imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, co przecież było z góry ustalone, jeszcze przed ową inwazją z 2015 r. (Niemcy zamierzali zostawić u siebie najbardziej produktywnych spośród nich, zaś całą resztę tego barachła odesłać do takich krajów jak Polska czy Węgry, ale ponieważ państwa te powiedziały głośne: "Nie", Niemcy zostały z ręką w nocniku, a wkrótce dojdzie tam do rzezi. Śmiechu warte). Nie godzi się też na rolę półkolonii, jaka została nam wyznaczona przez kraje tzw.: Zachodu, a zaczyna snuć jakieś (bardzo niebezpieczne dla Niemiec, Francji i Rosji) mrzonki o jakimś tam Międzymorzu, którego urzeczywistnienie spowodowałoby realne wywrócenie geopolitycznego stolika do góry nogami, i marginalizację takich krajów jak Niemcy, Rosja czy nawet Europa Zachodnia, która wkrótce stanie się Eur-Arabią. 

Po za tym są jeszcze bardzo wpływowe organizacje żydowskie, które domagają się pieniędzy za - uwaga, uwaga - mienie pożydowskie, pozostawione w Polsce. I nie chodzi tutaj o to, że Polska odmawia zwrotu przedwojennych własności (często chodzi o nieruchomości) odebrane przez Niemców ich prawowitym, żydowskim właścicielom, bowiem ci, którzy udowodnili swoje pokrewieństwo z dawnymi właścicielami owych kamienic, czy pałacyków - już je odzyskali. Bój teraz toczy się o te nieruchomości, co do których nie ma już właścicieli, oraz nie pozostawili po sobie potomków. Wpływowe organizacje żydowskie uważają, że mimo wszystko to one powinny zostać właścicielami tych majątków (lub ekwiwalentu pieniężnego). A ja się pytam - z jakiej to takiej parady? Dlaczego jakieś żydowskie organizacje, które pragną się wzbogacić kosztem swoich pomordowanych współbraci - które nie istniały w czasie, gdy Niemcy dokonywali rzezi na Żydach i ukrywających ich Polakach, mają prawo czegokolwiek żądać. Przecież za prawdę, ci ludzie nie byli obywatelami państwa Izrael, który wówczas nie istniał. To byli obywatele polscy, oni mówili i częstokroć myśleli po polsku (o czym świadczy chociażby fakt, że to polscy Żydzi zbudowali Izrael, a w pierwszych knesetach mówiono tylko po polsku, bowiem większość Żydów nie znała żadnego innego języka). Kto pamięta o Polakach, pomordowanych za ukrywanie Żydów - a przecież aby zorganizować schronienie dla jednego Żyda, musiało w to się włączyć kilka, a często kilkanaście osób - Polaków, którzy według lewaków Europy i USA (oraz tych z "El Pais") wyssali antysemityzm z mlekiem matki. Na tych ziemiach nie było krwawych rozruchów nigdy, zawsze tutaj był jakiś taki większy spokój niż w Europie Zachodnie, i to począwszy od wojen religijnych (w Rzeczpospolitej też się spierali katolicy z protestantami i prawosławnymi, ale nigdy nie doszło do wojen religijnych, co wielokrotnie miało miejsce na Zachodzie Europy i w samych Niemczech. 

Polska zawsze była rajem dla Żydów, od wieków społeczność żydowska była najliczniej zgromadzona właśnie w Polsce. Czy gdyby rzeczywiście Polacy byli antysemitami, Żydzi pozostali by tutaj tak długo, uważając Polskę za swój kraj odpoczynku? (Po-lin po hebrajsku oznacza "Tu spocznij"). Ale te czasy niewdzięczności i kłamstw już powoli mijają, zaczyna się okres potężnego wzrostu pozycji Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej - czyli Międzymorza, kosztem państw nieodpowiedzialnych, takich jak Niemcy czy Francja, które to same zgotowały sobie i swoim obywatelom ten tragiczny los. Przyszłość wiele zmieni, mam nadzieję że jeszcze uda mi się ujrzeć to na własne oczy, bo co do faktu że tak się właśnie stanie nie mam najmniejszych złudzeń - podobnie jak nie miałem złudzeń że otrzymam zaległe pieniądze, którymi obdarzył mnie Bóg. Także Polsko - ufaj Bogu, trwaj przy Bogu a wielkość cię nie ominie. I narodzi się wreszcie ma wymarzona Nowa Jagiellonia - Rzeczpospolita Międzymorska, która będzie: "przygarniać, chronić, nieść pomoc". 



"Wy Polacy macie do nas Niemców żal, bośmy was skrzywdzili. Macie rację. Ale przez to wyście już wszystko odpokutowali. Na nas, Niemców, przyjdzie jeszcze pokuta. Wy możecie czuć się spokojni"

niemiecka mistyczka Teresa Neumann


"Wy, Polacy, przez ucisk niniejszy oczyszczeni i miłością wspólną silni, nie tylko będziecie się wzajem wspomagali, ale nadto poniesiecie ratunek innym narodom i ludom, nawet wam niegdyś wrogim"

ksiądz Bronisław Markiewicz
      
"Polska tym razem zostanie oszczędzona. Ona będzie jedynym państwem, które ze światowego kataklizmu wyjdzie silniejsze, potężniejsze i wspanialsze. Od Polski zależeć będzie przyszłość Europy. Obdarzy ona braterstwem wszystkie narody świata. Ona będzie przygarniać, chronić, nieść pomoc"

Trzecia Tajemnica Fatimska

"Polska stanie się mocarstwem europejskim, a granice państwa sięgać będą za Kijów, Czerkasy, Odessę. Granica zachodnia utrzyma się na Odrze i Nysie. Polska będzie ustalać podział świata na strefy wpływów. Republiki poradzieckie będą ubiegać się o przynależność do państwa polskiego"
 Marian Węcławek - prorok z Leszna


"Polska będzie źródłem nowego prawa na świecie, zostanie tak uhonorowana wysoko, jak żaden kraj w Europie. (...) Polsce będą się kłaniać narody Europy. (...) Do nas będą przyjeżdżać inni, aby żyć tutaj i szczycić się tym. Nadchodzi czas Polski i upadku jej wrogów (...) Niech Polacy z całego świata wracają nad Wisłę. Tu się im nic nie stanie"

ojciec Czesław Klimuszko