Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 23 czerwca 2020

WYBORY JAK Z OBORY

NAJBARDZIEJ ŻENUJĄCE 

(A CZASEM ZABAWNE) SPOTY

WYBORCZE Z OSTATNICH LAT







DZIŚ ZAPRASZAM DO OBEJRZENIA NAJBARDZIEJ ŻENUJĄCYCH POLSKICH SPOTÓW WYBORCZYCH Z OSTATNICH DWUDZIESTU LAT. NIE UKRYWAM ŻE IMPULSEM DO TEJ "WYLICZANKI" STAŁ SIĘ OSTATNI SPOT WYBORCZY (PRAWDOPODOBNIE - BOWIEM SZTABY WYBORCZE ŻADNEJ Z PARTII POLITYCZNYCH, NIE CHCĄ SIĘ DO NIEGO PRZYZNAĆ) AUTORSTWA PLATFORMY OBYWATELSKIEJ - KOALICJI OBYWATELSKIEJ, KTÓRY BEZ WĄTPIENIA PRZEBIŁ JUŻ WSZELKĄ SKALĘ PROSTACTWA, POGARDY I GŁUPOTY I JAKO ANTY-SPOT POWINIEN BYĆ POKAZYWANY W CELACH PEDAGOGICZNYCH, JAKO PRZESTROGA JAK NIE NALEŻY ROBIĆ WYBORCZYCH SPOTÓW. ZAPRASZAM ZATEM DO OBEJRZENIA NIEZWYKLE ŻENUJĄCYCH SPOTÓW, KTÓRE OGROMNIE PRZYCZYNIŁY SIĘ DO KLĘSK WYBORCZYCH KANDYDATÓW, KTÓRYCH MIAŁY WSPIERAĆ. 


OTO ONE:  


 SPOT WYBORCZY LECHA WAŁĘSY
(2000 r.)

LECH WAŁĘSA W TYCH WYBORACH OTRZYMAŁ BODAJŻE NAJGORSZY WYNIK SPOŚRÓD WSZYSTKICH KANDYDATÓW






HYMN WYBORCZY SAMOOBRONY
(2004 r.)


W WYBORACH DO PARLAMENTU EUROPEJSKIEGO SAMOOBRONA ZDOBYŁA 6 MANDATÓW NA 54 PRZYPISANE DLA POLSKI, CZYLI NAWET NIEŹLE, BYĆ MOŻE TO EFEKT SKOCZNEJ MELODII: 
"TEN KRAJ JEST NASZ I WASZ..."






SPOTY WYBORCZE LESZKA BUBLA
(2005 r.)


WYBORY PREZYDENCKIE 2005
WYJĄTKOWA ŻENADA - LESZEK BUBEL MIAŁ POPARCIE W GRANICACH BŁĘDU STATYSTYCZNEGO 





CHOĆ NIE ZABRAKŁO MU TALENTU 
AKTORSKO-WOKALNEGO 😉






SPOT WYBORCZY 
KRZYSZTOFA KONONOWICZA
(2006 r.)


WYBORY SAMORZĄDOWE 2006
BYŁ TO BEZ WĄTPIENIA JEDEN Z NAJBARDZIEJ ZABAWNYCH SPOTÓW WYBORCZYCH W POLSKIEJ HISTORII, A KRZYSZTOF KONONOWICZ, BEZROBOTNY KANDYDAT KTÓRY MAWIAŁ: "ŻEBY NIE BYŁO BANDYCTWA, ŻEBY NIE BYŁO ZŁODZIEJSTWA, ŻEBY NIE BYŁO NICZEGO", ALBO TEŻ: "WIEM JAK USPRAWNIĆ DROGI, JAK WSZYSTKO, JAK ZLIKWIDOWAĆ PAPIEROSY, JAK WSZYSTKO ZLIKWIDOWAĆ" 😂 - BYŁ BEZ WĄTPIENIA JEDNYM Z NIEWIELU UCZCIWYCH I PRAWDOMÓWNYCH KANDYDATÓW DO ROLI POLITYKA I SAMORZĄDOWCA.

DUŻO ZDROWIA ŻYCZĘ PANU, PANIE KRZYSZTOFIE!


 



SPOT WYBORCZY 
PRAWA i SPRAWIEDLIWOŚCI
(2007 r.)


PiS WÓWCZAS PRZEGRAŁ WÓWCZAS 
WYBORY PARLAMENTARNE z 2007 r.






PIOSENKA WYBORCZA ANTY-PiS
(2010 r.)


WYJĄTKOWE GÓWNO, TYM BARDZIEJ ŻE DWA MIESIĄCE WCZEŚNIEJ DOSZŁO DO KATASTROFY PREZYDENCKIEGO SAMOLOTU LECHA KACZYŃSKIEGO z 96 PASAŻERAMI NA POKŁADZIE






SPOT WYBORCZY 
DAWIDA CHEŁMECKIEGO
(2010 r.)


WYBORY SAMORZĄDOWE z 2010 r. 
ZABAWNA WPADKA MŁODEGO KANDYDATA






 SPOT WYBORCZY 
POLSKIEGO STRONNICTWA LUDOWEGO
(2011 r.)


ÓW SPOT, TO JEDNA Z NIEWIELU RZECZY, 
KTÓRA NAPRAWDĘ UDAŁA SIĘ TEJ PARTII






ZWOLENNIK 
PLATFORMY OBYWATELSKIEJ - GDAŃSK
(2011 r.)


WYBORY PARLAMENTARNE



 
 

SPOT WYBORCZY RUCHU PALIKOTA
(2014 r.)


JEDNYM SŁOWEM - DNO!!!


 



WIZYTA PREZYDENTA POLSKI - BRONISŁAWA KOMOROWSKIEGO 
w PARLAMENCIE JAPONII
(2015 r.)


TO NIE JEST SPOT WYBORCZY, A RACZEJ GOTOWY MATERIAŁ JAK SAMEMU STRZELIĆ SOBIE W STOPĘ, A TAK WŁAŚNIE UCZYNIŁ NASZ BRONEK "BUL" KOMOROWSKI, GDY ZACZĄŁ SKAKAĆ PO KRZEŚLE SPIKERA JAPOŃSKIEGO PARLAMENTU i PRZYWOŁUJĄC SZEFA BIURA BEZPIECZEŃSTWA NARODOWEGO - STANISŁAWA KOZIEJA, ZACZĄŁ KRZYCZEĆ: 
"CHOĆ SZOGUNIE" 😂 
KOMOROWSKI PRZEGRAŁ WYBORY PREZYDENCKIE z 2015 r. z KRETESEM.





 POWSTAŁA NAWET NA TEN TEMAT PIOSENKA:






PIOSENKA "TOTALNEJ OPOZYCJI" WYMIERZONA W 
PRAWO I SPRAWIEDLIWOŚĆ
(2016 r.)


CI LUDZIE ZACZĘLI PRZYGOTOWYWAĆ OBALENIE RZĄDU JUŻ W... KILKA DNI PO ZWYCIĘSKICH DLA PiS-u WYBORACH Z 2015 r. PONIEWAŻ JEDNAK OKAZALI SIĘ BARDZIEJ KOMICZNI NIŻ GROŹNI - WYSZŁO TAK JAK ZWYKLE W ICH PRZYPADKU, CZYLI... DO DUPY!






SPOT WYBORCZY 
"TOTALNEJ OPOZYCJI" 
(PO-KO, ch...j wie kto?)
(2020 r.)


I TERAZ ÓW WSPOMNIANY NA POCZĄTKU SPOT WYBORCZY, DO KTÓREGO NIE CHCE SIĘ PRZYZNAĆ ŻADNA PARTIA POLITYCZNA (A KTÓRY Z PEWNOŚCIĄ POWSTAŁ NA POLECENIE tzw.: "TOTALNĄ OPOZYCJĘ") POZIOM ŻENADY BIJE SIĘ TUTAJ Z GŁUPOTĄ TYCH, KTÓRZY TAKIE COŚ W OGÓLE ZAMÓWILI





PEWNIE TWÓRCY TEGO GNIOTA, WZOROWALI SIĘ NA SPOCIE PARTII DEMOKRATYCZNEJ z 2018 r. WYMIERZONYM W DONALDA TRUMPA.





 DZIĘKUJĘ ZA UWAGĘ


poniedziałek, 22 czerwca 2020

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. XII

NIM JESZCZE

NAD KONSTANTYNOPOLEM

ZAŁOPOTAŁ ZIELONY

SZTANDAR MAHOMETA


I

JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM

(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA"

NA RZYMSKIM PALATYNIE) 

Cz. XI



IESOUS CHRISTOS THEOU HYIOS SOTER




 Cesarz Septymiusz Sewer był bardzo bogobojnym człowiekiem a kwestie wiary i odprawianych kultów, były dla niego ważnym elementem religijnej tożsamości. W poprzednich częściach wspominałem już, że Sewer wyznawał kult grecko-egipskiego boga Serapisa (którego aleksandryjską świątynię zwiedził podczas swej podróży po Egipcie w 200 r.), ale przecież nie tylko. Septymiuszowi Sewerowi przypisuje się wiarę w wielu innych bogów, np. w kartagińską boginię Caelestis, w syryjskiego boga Dolichenusa (łączonego z rzymskim Jowiszem), miał również czcić boga Mitrę (szczególnie popularnego wśród żołnierzy), ale przede wszystkim musiał wyznawać wiarę w tradycyjny kanon rzymskich bóstw, ze szczególnym uwzględnieniem Jupitera Optimusa Maximusa (Jowisza Najlepszego Największego), Marsa Victora (Zwycięzcę) i Marsa Pacatora (Dawcę Pokoju), a także Apollo Palatinusa (z wyraźnym podkreśleniem jego rzymskiego charakteru), boginię Westę, Venus Genetrix (Rodzicielkę), jak i oczywiście boginię Romę (sankcjonującą rzymską władzę nad całym Imperium). W tym "boskim" gronie nie mogło oczywiście zabraknąć wielkiej Trójcy Kapitolińskiej, czyli: Jupitera (Ju-piter - "Ojciec Jowisz", zwany również "Najświętszym"), Junony i Minerwy - czyli pierwotnej latyńskiej triady bogów.

Władca piorunów był oczywiście najpotężniejszym z bogów, a ciskał on swymi błyskawicami (zwanymi również "nasieniem ognia") w krzywoprzysięzców i zdrajców Ojczyzny, zaś jego kapłan (Flamen Dialis) podczas składania ofiar, wypowiadał następujacą formułkę - przywołującą w pamięci dawną przysięgę Horacjuszów (z czasów gdy Rzym był jeszcze zapadłą wiochą i rywalizował z pobliskim miastem Alba Longa) gotujących się do walki z Kuracjuszami - która  brzmiała: "Jeżeli naród rzymski pierwszy naruszy przymierze, o Ojcze Jowiszu tak uderz w naród rzymski, jak ja tego wieprza tu dziś uderzę, i o tyle mocniej uderz, o ile jesteś potężniejszy". Kapitol stanowił najważniejszą (i najstarszą rzymską) siedzibę tego bóstwa (sam okręg kapitoliński zawierał aż trzy różne świątynie Jowisza. Największą oczywiście była Świątynia Najlepszego Największego - która stanowiła główny przybytek całego rzymskiego świata i należała bodajże do najpiękniejszych budowli jakie kiedykolwiek wzniesiono w Rzymie. Poza tym była również Świątynia Jowisza Grzmiącego - Iovis Tonantis - i Świątynia Jowisza Opiekuna - Iovis Custodis), a jego święta przypadały na: 1 stycznia (Nowy Rok - za czasów Republiki konsulowie, a za Pryncypatu cesarze składali tego dnia ofiary na Kapitolu ku czci Najlepszego Największego), 13 września (Ludi Romani, święto trwające od 5 do 19 września, 13 września składano zaś Jowiszowi ofiarę w postaci byka lub krowy. Był to dzień spotkań i wizyt, gdzie członkowie rodziny licznie gromadzili się w swoich domostwach po wcześniejszym odprawieniu kultów i złożeniu ofiary ku czci Jowisza), 4-17 listopada (Ludi Plebei - święto plebejuszy, w tych dniach organizowano w cyrkach Imperium Romanum wyścigi rydwanów, oraz wystawiano widowiska teatralne. Największe święto odbywało się 13 listopada - gdzie również urządzano uczty), 17-24 grudnia (Saturnalia - pierwotnie było to święto ku czci Saturna, ale Jowisz bardzo szybko - jeszcze za Republiki - do niego dołączył. Najważniejsze święto obchodzono pierwszego dnia, gdzie w ofierze obu bogom składano prosięta i spożywano je dnia następnego. 18 grudnia również wręczano sobie wzajemnie upominki, oraz następowała swoista "zamiana ról", podczas której to właściciele usługiwali swoim niewolnikom. Ten dzień zwano także "dniem grudniowej wolności" i był to jeden z dwóch oficjalnych świąt w roku, podczas których niewolnicy byli zwolnieni z pracy (drugi taki dzień przypadał 13 sierpnia w święto bogini Diany).

Małżonką Jowisza była boska Junona. Była ona patronką kobiet, zamężnych i dostojnych kobiet (matron), nie zaś takich, które kupczą swym ciałem (spisane znacznie później, ale według legendy ułożone za panowania drugiego króla Rzymu - Numy Pompiliusza, który panował zapewne w latach 714-673 r. p.n.e. - prawo kultu bogini Junony, odnosiło się do prostytutek w taki oto sposób: "Nałożnica niech się nie dotyka ołtarza Junony, jeżeli zaś się dotknie, niech z rozpuszczonymi włosami złoży bogini w ofierze jagnię płci żeńskiej"). Jeszcze sroższe było prawo z Lanuvium, gdzie swą siedzibę miała Junona Sospita (ta od "cudu lanuwijskiego", w czasie którego powstrzymywała smoka), gdzie do "świętej groty "wolno było się zbliżyć jedynie nieskalanym dziewicom, bo tylko takie mogły uniknąć pożarcia w paszczy bestii (spuszczane były do ciemnej groty, w której według legendy uwięziony został smok i dzięki swej niewinności przy wsparciu bogini - powstrzymywały potwora przed wydostaniem się na zewnątrz). W okręgu kapitolińskim znajdowała się Świątynia Junony Moneta ("Doradczyni"), wystawionej na miejscu domu Marka Manliusza Kapitolinusa - który jako pierwszy zbudził się ze snu w czasie ataku Galów na Kapitol w 387 r. p.n.e., a zbudziły go ze snu gęsi poświęcone właśnie bogini Junonie, które wówczas biegały sobie po Kapitolu (budowę tej świątyni rozpoczęto w 42 lata później). Miała ona również swoje miejsce kultu w Świątyni Jowisza Najlepszego Największego - gdzie wchodziła w skład Triady Kapitolińskiej. Święto ku czci bogini obchodzono w Kalendy kolejnego miesiąca (czyli pierwszego dnia każdego miesiąca, a jedynymi wyjątkami od tej reguły, był: 1 stycznia - poświęcony Jowiszowi i 1 luty - święto Compitalii - czyli oczyszczającej wiosny), czczono ją także (wraz z Jowiszem i Minerwą) w Ludi Romani. Największe jej święto przypadało jednak w Kalendy marca (1 marca), a było to tzw.: "święto kobiet", zwane też - Matronalia ("święto mężczyzn" - czyli Liberalia - święto ku czci męskiego Geniuszu lub też Ojca Libera, obchodzono 17 marca). Tego dnia żony otrzymywały podarki od mężów, którzy wychwalali płodność swych połowic i wspólnie modlili się do bogini o dalszą pomyślność w życiu.




Została nam jeszcze ostatnia bogini z owej kapitolińskiej trójcy - Minerwa. Z pewnością była to etruska bogini mądrości - Menrwa, ale przecież również i Jowisz oraz Junona mieli swe etruskie odpowiedniki (bóg Tinia i bogini Uni) i dopiero hellenizacja rzymskiej religii, pozwoliła na trwałe powiązać Jowisza z greckim Zeusem (Rzymianie pierwotnie zwali go Djou-piter, od greckiego słowa Dzeus lub Djeus, stąd też późniejsza nazwa Jupiter), a Junonę z grecką Herą. Minerwa, utożsamiana z grecką boginią Ateną, była uważana za córkę boskiego Jowisza, a pierwotne miejsce jej kultu w Rzymie mieściło się na: "ulicy Etruskiej" (vicus Tuscus), gdzie osiedlali się głównie Etruscy rzemieślnicy. Potem otrzymała również swoje miejsce w Świątyni Jowisza Najlepszego Największego, ale oddzielnej świątyni na Kapitolu nie posiadała, natomiast na Awentynie mieściła się jej największa rzymska świątynia (potem również powstała takowa, choć nieco mniejsza - na Forum Nerwy). Była boginią mądrości, twórczej pracy i edukacji a jej święto obchodzono 19 marca (Quinquatrus), co powodowało pewne zadrażnienia z kultem Marsa Ultora (kapłani Marsa twierdzili że ten dzień pierwotnie poświęcony był właśnie ich bogu i został w sposób niedopuszczalny przejęty przez kapłanów Minerwy z Awentynu). Minerwę czcili głównie rzemieślnicy, aktorzy, pisarze (Świątynia Minerwy na Awentynie była swoistym "klubem literackim" gdzie gromadzili się twórcy i tam też często pisywali swe dramaty) oraz nauczyciele - bowiem miała ona stać również na straży pedagogicznej wytrwałości w trudnej sztuce uczenia dzieci oraz młodzieży. Tak właśnie wyglądali bogowie, których czciła cesarska rodzina Sewerów i każde od tego odstępstwo od oficjalnego kultu, musiało być związane ze srogą karą. Dlatego też chrześcijanie stali się głównymi "kozłami ofiarnymi" dla Septymiusza Sewera, gdyż odrzucali całą dotychczasową rzymską tradycję religijną (która notabene była bardzo liberalna), a przede wszystkim (co osobiście uraziło Sewera) zbojkotowali jego objęcie władzy oraz uroczystości ku czci zamordowanego przez Dydiusza Juliana - Pertynaksa, urządzone w czerwcu 193 r. Zemsta przyszła w niecałe dziesięć lat później, gdy z początkiem 203 r. Sewer wydał prawo: "Judaeos fieri sub gravi poena vetuit, idem etiam de christianis sanxit" ("Zakazuje się pod ciężką karą, odprawiania żydowskiego i chrześcijańskiego kultu").

Prześladowania roku 203 nie objęły jednak (o czym pisałem już w poprzedniej części) całości Imperium Romanum, a ograniczyły się zaledwie do kilku prowincji, gdzie pragnący wykazać się nadgorliwością namiestnicy, urządzili pokazowe pogromy. Jeszcze wówczas chrześcijaństwo nie opanowało warstw tzw.: rzymskiej "klasy średniej" i wyższej, a ciągle jeszcze skupiało się w kręgach plebejskich i wśród niewolników - choć ten stan rzeczy miał ulec radykalnej zmianie właśnie w owym III wieku naszej ery (już w latach 20-tych III wieku, Tertulian - chrześcijański teolog z Kartaginy, pisał: "Jesteśmy wszędzie! Mijacie nas nas co dzień wokół siebie (...) Już przejmujemy wasze Fora, wasze Bazyliki i wasze święta, a przyjdzie dzień że wejdziemy do waszych świątyń..."). Warto zatrzymać się tutaj na moment i pokazać jak wyglądała kwestia chrześcijan z końcem II i na początku III wieku naszej ery - a to oznacza że nie obędzie się bez - przynajmniej pobieżnego cofnięcia się do wieku I. Największą i najsilniejszą w I wieku stała się oczywiście wspólnota jerozolimska, która budowana była przez Mistrza od ok. 26 r. "od fundamentów". Gdy zaś w kwietniu 30 r. śmiertelne ciało Jezusa z Nazaretu oddało swoje ostatnie tchnienie na krzyżu, a On sam wyrzekł słowa: "Wypełniło się!" - podwaliny pod zupełnie nową, monoteistyczną religię zostały już położone, a wspólnota chrześcijan odtąd rozwijała się obok oficjalnego kultu judaistycznego. Jednak w 49 r. na pierwszym powszechnym soborze w Jerozolimie - drogi tych dwóch religii trwale się rozeszły. Stało się tak za sprawą Pawła z Tarsu (którego poparł Piotr, Barnaba i Jakub - "brat Pański"). Paweł uważał bowiem że cel, jaki pozostawił im Mistrz (choć Paweł nie należał do uczniów Jezusa, to jednak uznał że misja "Syna Człowieczego" wymaga dalszej kontynuacji poprzez intensywną pracę misyjną) polega na nawracaniu pogan, wychodzeniu do nich z "Dobrą Nowiną" i przekazywaniu im słów Mistrza. Natomiast większa cześć apostołów i starszych była przeciwna przyjmowaniu pogan do wspólnoty, a jeśli już, to pod warunkiem przestrzegania przez nich prawa mojżeszowego (czyli poddania się obrzezaniu) i zasad Tory oraz Talmudu. Doszło wówczas do prawdziwego sporu w łonie rodzącego się Kościoła, o którym to wiadomo z relacji, jaką pozostawił św. Paweł (w swym liście do chrześcijańskich gmin w Galacji z ok. 60 r.). W jego relacji grupa zdewociałych ramoli - zapatrzonych w minione prawa, które nie mogą stanąć na przeszkodzie głoszeniu "Dobrej Nowiny" - pragnie przeszkodzić mu w misji ewangelizacyjnej (Paweł pisze wprost o diakonach i starszych: "Fałszywi bracia, którzy po kryjomu zostali wprowadzeni i potajemnie weszli aby wyszpiegować naszą wolność, którą mamy w Chrystusie", oraz dodaje: "A oznajmiam wam, bracia że ewangelia, którą ja zwiastowałem, nie jest pochodzenia ludzkiego, albowiem nie otrzymałem jej od człowieka ani mnie jej nie nauczono, lecz otrzymałem ją przez objawienie Jezusa Chrystusa"). 




Paweł z Tarsu, doskonale wiedział, że podporządkowanie pogan prawu mojżeszowemu doprowadzi do odpadnięcia ich od religii Chrystusowej, a to byłoby wbrew naukom Mistrza. Poza tym wiedział też, że do wspólnoty przyłączyło się wielu faryzeuszów a nawet sadyceuszów - którzy teraz twierdzili że przyjęli wiarę w Chrystusa, a jednak kurczowo trzymali się przepisów Tory i zasad mojżeszowego prawa. Uważał że to właśnie oni są "fałszywymi braćmi", gdyż oddalają wiernych o nauki Mistrza, a także był zdania, że należy wprowadzić ustępstwo w stosunku do pogan, gdyż zrażanie ich do siebie to krok ku przepaści i upadku tej nowej, jeszcze dobrze nie ukształtowanej religii. Postulował więc aby umożliwić im wstępowanie do wspólnoty bez konieczności dokonywania rytualnego obrzezania i przestrzegania wszystkich prawa i zasad Tory, a jedynie zgadzał się na utrzymanie tej zaledwie części nakazów, które odnosiły się do utrzymania postu w określone dni. Podczas tego jerozolimskiego soboru, ostatecznie podzielono również tereny pracy ekumenicznej i tak Piotr, Paweł oraz Barnaba (o którym Paweł pisze iż nawet on: "dał się wciągnąć w ich obłudę" - "ich" czyli zwolenników utrzymania pełni przykazów dla pogan) mieli udać się z misją do Rzymian i Greków (czyli do pogan), zaś przełożony starszych (czyli prezbiterów) - Jakub i kilku innych - miało udać się do Żydów (podział ten istniał nieoficjalnie już od dość dawna). Celem wspólnoty Chrystusowej, było spotykanie się wiernych na wspólnych posiłkach, wzajemna pomoc i miłość bliźniego oraz wyczekiwanie paruzji (czyli powtórnego przyjścia Jezusa Chrystusa). Wspólnota jerozolimska oczywiście zachowała szabat i przestrzegała prawa mojżeszowego (modlili się nawet w Świątyni Jerozolimskiej wspólnie z pozostałymi Żydami, zajmując dla siebie portyk Salomona). Co ciekawe, po ukształtowaniu się kolegium diakonów (Siedmiu) w pierwszej połowie lat 30-tych I wieku, zaczęto również nawoływać do praktykowania ubóstwa wśród członków wspólnoty Chrystusowej i przekazywania pieniędzy na własność diakonatu. Opornych zaś straszono przykładem Ananiasza i Safiry - którzy mieli przekazać tylko część swego majątku na potrzeby wspólnoty, choć twierdzili że oddali całość. Wkrótce potem oboje zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach, co brano za karę boską za ich krzywoprzysięstwo.

Pierwsze prześladowanie chrześcijan po śmierci Jezusa Chrystusa miało miejsce już ok. 31 r. Część apostołów została uwięziona i postawiona przed sądem Sanhedrynu, gdyż zarzucono im że rozpowszechniają wieści o cudownie zamartwychwstałym Jezusie z Nazaretu. Ostatecznie wówczas ich wypuszczono ich, choć jednocześnie zabroniono im głoszenia wieści o zmartwychwstaniu. Drugie, znacznie poważniejsze prześladowanie, spadło na wspólnotę wkrótce potem (32 r.). Zaczęło się od wyjścia Żydów ze Świątyni Jerozolimskiej, w której głos zabrał i rozpoczął głoszenie "Dobrej Nowiny" Szczepan. Nie mogąc słuchać o zmartwychwstaniu i o tym że: "Żydzi zdradzili i zabili Sprawiedliwego", opuścili oni więc Świątynię, a następnie poskarżyli się Sanhedrynowi, który nakazał uwięzić Szymona i zamknąć go w więzieniu, oskarzając jednocześnie o bluźnierstwo. Gdy zaś i lochu Szymon zaczął głosić, iż widzi "Syna Człowieczego po prawicy Boga Ojca", stawiając jednocześnie Jezusa na równi z bogiem Jahwe - wyprowadzono go z celi i ukamienowano. Było to pierwsze morderstwo dokonane na wiernych Chrystusowej wiary, a św. Szczepan stał się pierwszym chrześcijańskim męczennikiem (co ciekawe, to właśnie Paweł z Tarsu wówczas podburzał tłum aby ukamienował Szczepana). Kolejne prześladowanie nastąpiło w 37 r. a następne dopiero w dwadzieścia pięć lat później, gdy w 62 r. zamordowano (strącając go z wierzchołka Świątyni Jerozolimskiej i na dodatek jeszcze kamienując) Jakuba "brata Pańskiego" zwanego "Młodszym", który przejął funkcję przywódcy całej wspólnoty jerozolimskiej po śmierci Chrystusa. Zaś po zagładzie Jerozolimy w 70 r. i zdobyciu jej przez rzymskie legiony Tytusa Flawiusza, dezintegracji uległa również tamtejsza wspólnota chrześcijańska, która musiała przenieść się do Pelli. Na jej czele stał (od 62 r.) Symeon "brat Pański". Kościół jerozolimski nie odrodził się już aż do czasów późnej starożytności, a wspólnota z Pelli była zbyt nieliczna w porównaniu z innymi (rozrastającymi się w tym czasie) chrześcijańskimi wspólnotami rzymskiego Wschodu.




Drugim silnym ośrodkiem chrześcijańskim w I wieku, była Antiochia. Antiochia - stolica rzymskiej prowincji Syrii, a wcześniej główny teren władztwa helleńskich Seleucydów - była bardzo ładnym miastem (pozwolę sobie teraz jednak pominąć opis Antiochii i może kiedyś jeszcze do niego powrócę w innym temacie), które podziwiał już sam Cezar, oraz Marek Antoniusz oddając się tam figlom z Kleopatrą. Liczyła wówczas ok. 300 000 mieszkańców, a tamtejsza wspólnota chrześcijańska była też bardzo liczna. To właśnie w Antiochii po raz pierwszy powstało określenie "Chrześcijanin" na opisanie członka wspólnoty Chrystusowej (stało się to w roku 43 lub około tej daty). Pierwsza wspólnota powstała tu w roku 37 r., zaś w 42 r. przewodnictwo tamtejszej diaspory przejął Barnaba (który został specjalnie wysłany z Jerozolimy, aby sprawdził czy przyjmowanie pogan do wspólnoty nie spowoduje rozbicia Kościoła antiocheńskiego. Zaaprobował jednak działania braci z Antiochii zmierzające do udzielania chrztu poganom i objął przewodnictwo tamtejszego Kościoła). To właśnie we wspólnocie antiocheńskiej powstał największy zapał do służby misyjnej (dzięki Barnabie i Pawłowi z Tarsu). Tam też wprowadzono poprawny styl modlitwy: "Ojcze Nasz, któryś jest w Niebie" (wzorując się nico na przykładzie z Talmudu, gdzie jest zapisane: "Dawni pobożni mężowie (...) modlili się, kierując swe serca ku Ojcu, który jest w niebie..."- Misnah Berekot). Wprowadzono również zasadę, że mężczyźni modlą się z odkrytą głową, zaś kobiety z głową okrytą (w Liście św. Pawła do Koryntian 11,14-16, czytamy: "Każdy mężczyzna, modląc się lub prorokujac z nakrytą głową, hańbi swoją głowę. (...) Mężczyzna (...) nie powinien nakrywać głowy, bo jest obrazem i chwałą Boga, a kobieta jest chwałą mężczyzny (...) Osądźcie zresztą sami (...) Czyż sama natura nie poucza nas, że hańbą jest dla mężczyzny nosić długie włosy, podczas gdy dla kobiety jest to właśnie chwałą. Bowiem włosy zostały jej dane za okrycie").




To właśnie z Antiochii w swą pierwszą podróż misyjną na Cypr i wybrzeża Azji Mniejszej udali się razem Paweł, Barnaba oraz Jan Marek w latach 46-48. Na Cyprze udało im się nawrócić na chrześcijaństwo tamtejszego rzymskiego namiestnika - Sergiusza (który już wcześniej interesował się judaizmem i był pod silnym wpływem żydowskiego proroka Barjezusa). To właśnie wówczas św. Paweł miał przyjąć imię, pod którym jest znany do dziś (wcześniej bowiem zwał się Szawłem). Na Cyprze, a szczególnie w takich małoazjatyckich miastach jak: Antiochia Pizydyjska, Perge, Ikonium czy Listra - dobitnie przekonali się apostołowie, że nawrócenie Żydów na chrześcijaństwo będzie bardzo trudnym procesem, gdyż gdy tylko próbowali przemawiać w tamtejszych synagogach, zaraz powstawał tumult i byli stamtąd wypędzani, co też spowodowało, że musieli zwrócić się do pogan i zacząć od... wizyt domowych. I to przyniosło więcej korzyści, niż masowe nauczanie w synagogach, gdyż osobisty kontakt z członkami rodzin Rzymian lub Greków skutkował znacznie częstszymi nawróceniami. W latach 50-52 Paweł (w towarzystwie Sylasa, Tymoteusza i Łukasza) odbył swą drugą podróż misyjną, tym razem do Syrii, Cylicji, Grecji, Macedonii i rzymskiej prowincji Azji (zachodnia Azja Mniejsza). W Atenach Paweł przemawiał zarówno w tamtejszej synagodze do Żydów, jak i na Agorze do pogan, jednak po obu stronach nawróceń wówczas nie było wiele (chrzest przyjął mimo to niejaki Dionizjos Areopagita, który miał zostać pierwszym biskupem Aten). W Koryncie Paweł nawrócił na chrześcijaństwo przełożonego tamtejszej synagogi - Kryspusa, przez co Żydzi nie chciali apostołów przez trzy miesiące wypuścić z miasta, czekając aż przybędzie tam rzymski prokonsul - któremu zamierzali się poskarżyć na "niezgodne z Prawem oddawanie czci Bogu". Prokonsul Gallion przybył, wysłuchał stron, po czym oddalił sprawę do synagogi, twierdząc że nie leży ona w jego mocy, zaś przewodniczący synagogi Kryspus nie dostrzegł niczego niewłaściwego w naukach Pawła z Tarsu. W latach 54-56 r. udał się Paweł w swoją trzecią podróż misyjną (w towarzystwie Tytusa z Antiochii), tym razem do Efezu w Azji Mniejszej, gdzie spędził aż dwa lata (był to bardzo trudny teren misyjny, a to ze względu na działającą tam wielką i sławną Świątynię Artemidy z Efezu - jedno z Siedmiu Cudów Strożytnego Świata -  przez co tamtejsza wspólnota chrześcijańska nie zyskiwała nowych członków. Poza tym tumult przeciw nauczaniu apostołów podniósł tamtejszy wytwórca posążków bogini Artemidy - Dimetrios, lecz Rzymianie szybko rozładowali napięcie, odcinając napastników od synagogi w której przebywali apostołowie.

Tak więc te oto dwie wspólnoty - jerozolimska i antiocheńska, były pierwszymi i największymi chrześcijańskimi diasporami w pierwszej połowie I wieku naszej ery. Inne, równie silne powstały w drugiej połowie (od mniej więcej lat 50-tych) I wieku, a były to: wspólnota Chrystusowa w Koryncie i wspólnota Chrystusowa w Rzymie - dokąd właśnie w latach 60-tych udali się zarówno Piotr jak i Paweł. W kolejnej części temat ten jeszcze rozwinę - bowiem warto wspomnieć również i o innych podróżach misyjnych apostołów - a następnie przejdę do wspaniałego jubileuszu tysiąclecia Rzymu, który Septymiusz Sewer urządził w 204 r.






PS: Zamierzam wkrótce powrócić do tematu historii polskiej mafii, choć, jak na razie nie mogę się przebić przez materiały, które w tym temacie zgromadziłem (i które muszę weryfikować pod kątem tego, czego dowiedziałem się już wcześniej). W każdym razie wkrótce pojawi się kolejna część dawno zapomnianej już serii: "LA PEGUEÑA MUERTE!"  



CDN.

sobota, 20 czerwca 2020

MOJE PRYWATNE - "50 TWARZY GREYA" - Cz. VII

OPOWIADANIE + 18









 Całe przedpołudnie zajęło Basi sprzątanie stajni, wynoszenie końskiego łajna i czyszczenie boksów. Ponieważ nie miała ona wcześniej doświadczenia z końmi, Piotr wyprowadził je ze stajni, dzięki czemu nieco ułatwił jej pracę. Mimo to, gdy wreszcie Baśka skończyła sprzątanie, okazało się że trwało to tak długo iż nie załapała się na śniadanie - przez co będzie musiała poczekać do obiadu. Stojąc tam prawie nago w promieniach południowego słońca i czekając na przybycie lokaja - którego ona w myślach przezwała "fajfusem" - zastanawiała się czy będzie w stanie przetrwać do końca tej chorej umowy, bowiem to był dopiero drugi dzień jej niewoli, a pozostało jeszcze pięć - nie wiedziała też jakie wynaturzone "atrakcje" przygotował dla niej Piotr. Co zrobi, jeśli będzie chciał przebić jej piersi, albo cipkę? Czy powoli mu na to, czy też nie - co automatycznie doprowadzi do rezygnacji z pieniędzy - ogromnych pieniędzy, które bardzo by ułatwiły jej życie. Co jest ważniejsze - godność, czy kasa? Ta myśl przez chwilę zakiełkowała w głowie Basi, gdy nagle usłyszała ochrypły głos kamerdynera:

- Skończyłaś już suko?!... I co, nie wiesz co dalej robić - silny cios wymierzony w jej pośladek przez tego sadystycznego bydlaka, szybko sprowadził ją na ziemię - Postawa! - lokaj wydał kolejne polecenie.

Basia upadła na kolana i w rozpaczy upokorzenia pochyliła głowę. "Jaka godność" - pomyślała - "Piotr i tak zyskał już to, co chciał, upokorzył mnie. Jeśli teraz zrezygnuję nic z mojego upokorzenia mieć nie będę, za to on zgarnie całą pulę. Kto wie zresztą czy nie nagrywa tego szaleństwa" - te myśli ponownie przerwał kolejny cios, który tym razem został skierowany na jej piersi. Syknęła z bólu. 

- Boli? - zapytał ów sadysta - To dobrze, to znaczy że jeszcze żyjesz - po czym przypiął do jej obroży smycz i pociągnął za sobą niczym krowę na pastwisku. 

Zaprowadził ją do drewnianego budynku który przypominał pralnię. Lecz nie taką współczesną, a raczej mocno przedindustrialną, gdzie nie było ani pralki, ani suszarki, za to stały stare balie, wiadra na wodę i wyżymaczka, a wszędzie okół rozwieszone były sznury na bieliznę. Wokół bocznej ściany, piętrzyły się zaś stosy ubrań i brudnej bielizny.

- To gacie naszej służby. Wypierzesz je wszystkie, wysuszysz i rozwiesisz! Może wtedy poczujesz się wreszcie jak prawdziwa kobieta - dodał z sarkastycznym uśmiechem kamerdyner.

"Bydlak" - pomyślała Basia, jednak pochyliła głowę na znak zgody i poddaństwa.

- Masz dwie i pół godziny, jeśli wyrobisz się do trzeciej, zjesz obiad z panem Piotrem, jeśli nie, może załapiesz się na kolację... choć i wtedy będziesz zajęta czym innym - mówiąc to, mężczyzna zbliżył się do Basi. Stanął przed nią tak, jakby chciał ją pocałować i powiedział - Czas start, do roboty suko! - po czym wymierzył jej kolejny siarczysty klaps w pupę. 

Basia nie wiedziała za co ma się zabrać i co to właściwie było. Biustonosze i kobiece majtki były jeszcze w miarę łatwe do prania, ale kalesony i gacie męskiej służby to była prawdziwa droga przez mękę. Zaschnięty mocz i jakieś plamy po wszelkich możliwych wydzielinach. Choć Baśka pracowała w pocie czoła piorąc i wyżymając oraz rozwieszając powierzoną jej bieliznę, to jednak nie była w stanie wyrobić się w narzuconym jej czasie, tym bardziej że musiała jeszcze co jakiś czas wymieniać wodę w balii, którą czerpała... bezpośrednio ze studni. Tak więc gdy minął czas pracy, ponownie zjawił się kamerdyner aby ocenić postępy. Okazało się że udało jej się uprać zaledwie połowę bielizny. 

- Nie wyrabiasz się ! Moja babcia zrobiłaby to z zamkniętymi oczami, a ty jak widzę wolisz się obijać. Trudno więc, nie wyjdziesz stąd póki tego nie skończysz, a jeśli nie skończysz tego do piątej, nie chciałbym być w twojej skórze, tępa wywłoko - obrażanie kobiet zapewne weszło mu w krew, ale Basia nie zamierzała go drażnić, wiedziała czym to się może skończyć. - Zasługujesz na karę, ponieważ nie wykonałaś w terminie polecenia które ci wydałem. Wypnij się i stań w rozkroku!

Basia była przerażona - "Znowu bicie" - już i tak była cała obolała, zmęczona i głodna, postanowiła więc spróbować przekonać "fajfusa" by jednak jej nie bił. Upadła do jego stóp i zaczęła błagać:

- Proszę, niech pan mnie nie bije, zrobię wszystko, czego tylko pan sobie ode mnie zażyczy. Bardzo przepraszam że nie wykonałam pańskiego polecenia w terminie, ale jestem tylko ułomną istotą i jeszcze nie nadążam za wszystkimi poleceniami - po czym ujęła ręką jego spodni i spojrzała mu w oczy błagalnym wzrokiem. 

- Przy mnie będziesz chodziła, jak sekundnik w zegarku, rozumiesz?

-Tak, pan jest wspaniałym treserem... to znaczy trenerem i jestem bardzo wdzięczna że mogę wykonywać pańskie polecenia.

Takie słowa mocno podbudowały ego mężczyzny, który był już mniej skory do zadawania jej bólu.

- Skosztujesz moich... płatków owsianych i pamiętaj - dobrze się do tego przyłóż dziewczyno, gdyż takiej prowizorki jaką tutaj uczyniłaś, ja tolerował nie będę! - ponaglił ją wykręcając jej boleśnie sutek.

Basia ujęła się jego spodni, po czym ustami zaczęła wodzić po materiale w górę i w dół, starając się jednocześnie nie spuszczać wzroku ze swojego ciemiężcy. Trwało to jakiś czas, gdy wreszcie lokaj zapytał:

- Lubisz to, prawda? Lubisz takie zabawy, jak każda podła suka? - ponieważ Baśka nie zamierzała się więcej narażać, odparła tak, jak sobie by tego życzył ów "fajfus".

- Tak Panie, bardzo lubię - po czym sięgnęła ręką do jego rozporka i już zamierzała rozpiąć mu spodnie, gdy w pewnym momencie otrzymała silny cios w twarz.

- Nigdy, ale to nigdy nie dotykaj mnie swoimi brudnymi łapami, bo ci je przetrącę, nim zdołasz się stąd wydostać.

Taka reakcja mocno zaskoczyła i przestraszyła Basię, ale natychmiast kiwnęła głową na znak że zrozumiała polecenie.

- Zapamiętaj sobie, że póki tutaj jesteś, twoje usta służą do dwóch rzeczy: do dawania radości i do uśmiechu. Głos ze swojej gęby wydajesz tylko wtedy, gdy usłyszysz wyraźne ku temu polecenie i Tylko Wtedy! Jeśli zechcę, to będziesz miała cały czas otwartą jadaczkę, której nie wolno ci będzie zamknąć, a jeśli to zrobisz, osobiście młotkiem wybiję te twoje piękne ząbki... Zrozumiałaś suko?

"Zaraz, zaraz - o czym on mówi" - pomyślała Basia. To już zaczyna się robić niebezpieczna zabawa, a ten sadystyczny bydlak zapewne wcześniej czy później będzie chciał wyrządzić jej jakąś krzywdę. Czas najwyższy już przerwać to szaleństwo...

W tej chwili jednak myśli Basi brutalnie przerwał głos kamerdynera:

- Otwórz usta suko!

A gdy to uczyniła, brutalnie wepchnął jej w gardło cały swój palec i dodał:

- Ssij! Pokaż czego się nauczyłaś w ciągu tego swojego parszywego życia.

Basia nie mając innego wyjścia, zaczęła ssać brudny paluch mężczyzny i choć starała się robić to najlepiej jak umiała, swymi działaniami nie wzbudziła wyraźnej akceptacji, a mina "fajfusa" nieco zrzedła, po czym wepchnął w jej gardło drugi palec.

- Może teraz pójdzie ci lepiej, bo widać że do niczego się nie nadajesz. 

Basia prawie się zadławiła, tym bardziej że drugą ręką lokaj złapał ją za włosy i mocno przyciągnął do siebie. 

- Pracuj, pracuj - powtarzał, a Basia ledwie łapała dech w piersiach, aż wreszcie lokaj rzekł - to może chcesz trzeci palec, choć za takie frykasy musisz ładnie poprosić i podziękować.

Basia zaczęła mówić coś bez ładu i składu, tym bardziej że mężczyzna wciąż nie wyjął palców z jej ust.

- Jeśli poczuję choć jeden twój ząb na moim palcu, dostaniesz po dziesięć batów na jeden pośladek, dotarło! - Baśka szybko pokiwała głową, ale kolejne jej próby poproszenia o trzeci palec, nie był słyszalne, tym bardziej że mężczyzna mocno trzymał ją za włosy i uniemożliwił jej tym samym wyartykułowanie wymuszonej prośby. - Kombinuj dziewczyno, kombinuj, bo czas leci, a ty wciąż jesteś w wielkiej dupie. 

Nic to nie dało, Basia nie była w stanie wypowiedzieć prośby, gdy jej usta zapchane były dwoma palcami owego mężczyzny, a poza tym śliniła się i starała na tyle szeroko otworzyć usta, aby nie dotknąć go zębami. 

- Przyjemnie? - bezczelnie zapytał "fajfus", ale Basia szybko kiwnęła głową - Jedyna przyjemność, jaką powinny odczuwać parszywe suki, takie jak ty - dodał. 

Ta nierówna walka stłamszonej i próbującej wykazać się z jak najlepszej strony kobiety z bydlakiem o sadystycznych skłonnościach, który dodatkowo wpychał w jej usta dwa palce i kazał poprosić o trzeci, trwała jeszcze przez jakiś czas, aż znudzony mężczyzna zakończył ją, brutalnie odpychając usta Basi i wyjmując z niej swoje palce. 

- Przyjdzie czas, że jeszcze się pobawimy w ten sposób, a teraz bierz się do roboty, bo czas leci, a ty do piątej musisz się ze wszystkim wyrobić. Jazda - rzekł, chwytając ją za sutki i brutalnie podnosząc z ziemi. - Zapominasz mi jednak podziękować za tę dzisiejszą lekcję, a myślałem że nauczyłaś się już że tego nie toleruję. 

Basia była przerażona. Nie wiedziała jak znów dziękować, przepraszać lub prosić tego mężczyznę, aby wreszcie zostawił ją w spokoju i sobie poszedł. Nienawidziła go To on bowiem sprawiał jej największy ból, a poza tym nie odczuwała przy tym żadnej przyjemności. Co innego przy Piotrze. Ostatecznie jednak kamerdyner wyraził zgodę na przyjęcie jej uniżonego hołdu, ale w zamian musiała przyjąć po pięć silnych batów na każdy swój pośladek i to specjalną szpicrutą, którą - nie wiadomo kiedy - wyjął zza pazuchy. Potem wróciła do pracy, gdyż pozostało jej zaledwie... półtorej godziny do zakończenia prania brudnych gaci.




Ocenić jej pracę przyszedł osobiście sam Piotr. Niektóre spodnie i kalesony zostały uprane powierzchownie ze względu na napięty grafik, ale Piotr nie dostrzegł owych mankamentów, a może nie chciał ich dostrzec? W każdym razie podszedł do klęczącej przed nim kobiety, uniósł jej twarz i patrząc prosto w jej piękne, niebieskie oczy, zapytał:

- Zmęczona? - Basia szybko odparła

- Ta mój Panie!

- I pewnie jesteś głodna, co moja maleńka?

- Tak mój Panie, jestem bardzo głodna. 

- Można powiedzieć że dziś się spisałaś, choć dzień nie dobiegł końca więc nie poznałaś jeszcze wszystkich atrakcji dzisiejszego wieczoru, ale ogólnie jestem z ciebie zadowolony. Pójdź za mną, mam dla ciebie niespodziankę. 

Piotr co prawda nie przypiął smyczy do jej obroży, ale i tak szła za nim pokornie i posłusznie krok w krok - zresztą i tak nie miała innego wyjścia. Gdy więc weszli do budynku i przeszli przez salon oraz długie korytarze owej willi, nagle Piotr zatrzymał się na jednym z korytarzy, gdzie nie było żadnych drzwi i okien. 

- Zaciekawiona? podniecona? - Piotr lekko dotknął jej ciała. Jego ręce powędrowały do jej obolałych piersi, które wprawnym ruchem zaczął masować i lekko ugniatać. - Zamknij oczy - rzekł w pewnym momencie.

Basia natychmiast wykonała polecenie, a on dalej nie przestawał rytmicznie ściskać i masować jej piersi, przy czym konsekwentnie omijał sutki. Stanął za nią a jego mocny oddech, wzmocniony drogą wodą kolońską czuła Basia na swoim karku. Wreszcie złapał ją za piersi tak mocno, że aż się wystraszyła, ścisnął je i powiedział:

- Dość pieszczot na dziś, na resztę musisz sobie zasłużyć. Otwórz oczy - Basia natychmiast wykonała jego polecenie, po czym nie wiadomo skąd wcisnął on jakiś przycisk i nagle ściana korytarza rozchyliła się, ukazując wejście do jakiejś tajemniczej, na w półmrocznej komnaty. Weszli razem, ale ponieważ Basia wciąż miała buty na obcasach, a w dół wiodły strome schody, Piotr chwycił ją mocno za rękę i tym samym pomógł jej zejść w dół.

Gdy oczy Basi przyzwyczaiły się do atmosfery półmroku, ujrzała na środku sali niewielki nakryty stół, pełen dań. 

- Zjesz ze mną podwieczorek moja maleńka? - zapytał Piotr tonem, którego ona nie słyszała tutaj nigdy. Pytał bowiem tak, jakby to ona miała podjąć decyzję.

- Tak mój Panie, z radością zjem z Tobą co tylko zechcesz.

Zadowolony Piotr pogłaskał ją po policzku jak małą dziewczynkę, odwrócił się i kiwnął ręką do postaci stojącej w cieniu. Dopiero teraz Basia dostrzegła, że w owym półmroku czaiła się jeszcze jakaś postać, której wcześniej nie widziała. Była to kobieta w średnim wieku, znacznie jednak od niej starsza, która ubrana była dość dziwnie. Otóż stała tam kobieta przystrojona w lawendową suknię obszytą białymi koronkami, która opadała jej do samych stóp, a jednocześnie całkowicie odsłaniając jej pokaźne piersi. Były one podniesione w górę za pomocą gorsetu umieszczonego tuż pod nimi, tak iż nie opadały. Suknia ta miała również drugie wycięcie z tyłu, tak, że widać było nie tylko nogi owej kobiety, ale również i jej całą pupę. i plecy. Kobieta na polecenie Piotra, w milczeniu zaczęła nalewać wino do stojących na stole pucharów, a Basia teraz dopiero lepiej się jej przyjrzała i dostrzegła że jej pupa pokryta była czerwonymi nacięciami po zapewne niedawno przebytej karze. Nacięcia te pokrywały się z wcześniejszymi bledszymi smugami, tworząc ciekawy wzór w kształcie tablicy, przypominającej grę w kółko i krzyżyk.

- Maleńka - Piotr zwrócił się bezpośrednio do Basi - Poznaj Pralinę, moją osobistą niewolnicę.

Basia nie mogła uwierzy,ć że ta kobieta naprawdę nazywa się "Pralina", "co to w ogóle jest za imię" - pomyślała.

- Poznajcie się - Piotr wydał rozkaz tonem nieznoszącym sprzeciwu, po czym kobieta zbliżyła się do Basi, przedstawiła jej się i pocałowała ją w policzek na powitanie - Pewnie zastanawia cię obecność drugiej cipki w moim domu? - zwrócił się z pytaniem do Basi - Otóż Pralina to nie jest jej prawdziwe imię. Nadałem je, ponieważ uznałem że najbardziej do niej pasuje, jest bowiem wierną i oddaną suczką, choć wykazuje jeszcze pewne oznaki niesubordynacji z czym konsekwentnie walczymy, prawda? - Piotr zwrócił się z tym pytaniem do kobiety, a ona natychmiast odparła:

- Tak Panie! - po czym pochyliła głowę.

- Pralina to moja... była szefowa, wielka pani która lubiła dominować, a przynajmniej tak jej się wówczas wydawało? - znów skierował pytanie do owej kobiety.

- Tak Panie!

 - Pralinko, pokaż Basi jak piękny wzorek przybrała twoja pupka - kobieta natychmiast odwróciła się tyłem do Basi i wypięła ku niej swoje pośladki - Dotknij, może ty też otrzymasz podobne dystynkcje? - zwrócił się do Basi.

Ta niechętnie wyciągnęła dłoń i dotknęła kobiecej sempiterny.

- Pomasuj są! Ona to lubi, jak kociak którą się stała - dodał Piotr.

Basia zaczęła lekko masować pośladki na wpółnagiej kobiety, choć czuła że dotyk świeżych ran wciąż sprawia jej jeszcze ból, ale masaż przynosił jej również sporą ulgę.

- Starczy już tych babskich czułości, siadajmy do stołu - rzekł Piotr, a Basia poczuła że wreszcie będzie mogła się najeść po ciężkim dniu pracy, tym bardziej że na wieczór Piotr przygotował dla niej kolejne atrakcje.           








CDN.

 

czwartek, 18 czerwca 2020

TRAGEDIA "MEDUZY"

CZYLI CZY TY STRZELASZ, 

CZY DO CIEBIE STRZELAJĄ,

JEDEN HUK!




 
 Miałem dziś napisać parę słów na temat tej marksistowskiej rewolty, która obecnie przetacza się po ulicach miast w USA, Wielkiej Brytanii, Francji (a jej odprysk widać też i w Hiszpanii) - uznałem jednak że na razie poczekam jak rozwinie się sytuacja (podobnie czyni Donald Trump, wyczekując kiedy wreszcie amerykańscy obywatele zwrócą się do niego z prośbą o pomoc przed zalewającym Amerykę lewackim bandytyzmem). Ponieważ jednak od tego tematu całkowicie uciec się nie da, postanowiłem dziś zaprezentować szanownym czytelnikom - jak mogłoby wyglądać w rzeczywistości społeczeństwo, w którym nie ma żadnego prawa i porządku, w którym policja stoi i bezradnie przygląda się rabowaniu mienia przez bandytów (w obawie o oskarżenia o rasizm), albo też klęka i przeprasza czarnoskórych przestępców za całkowicie wydumany "biały przywilej". Obraz, który pokażę dziś, jest kwintesencją marksizmu w skali mikro i niechybną przyszłością świata, w którym zatriumfuje ideologia lewicowej nienawiści do człowieka, społeczeństwa, tradycji, rodziny a nawet do życia. Może na pierwszy rzut oka owe skojarzenie wyda się nieco nietrafione, to jednak (biorąc pod uwagę te wszystkie koncepcje do których dąży współczesna lewica - czyli mit "pięknego i szlachetnego dzikusa"), są jak najbardziej adekwatne. Neomarksiści chcieliby bowiem cofnąć nas do epoki pierwotnej, w której nie istniałyby takie "narzucone wzorce" jak naród, rodzina czy po prostu pojęcie mężczyzna i kobieta. Chodzi więc o to, aby wszystko wróciło do stanu pierwotnego, całkowicie wolnego, niczym nieskrępowanego i żeby każdy mógł żyć tak - jak tego zapragnie, oraz posiadać to, na co tylko przyjdzie mu ochota. Problem zaczyna się jednak dopiero wtedy, gdy okaże się że owych dóbr zacznie brakować - bowiem wszystko zostało już rozkradzione w początkowej fazie rewolucji. A gdy do tego dojdzie głód - który nieodzownie towarzyszy wszelkim tego typu marksistowskim eksperymentom społecznym (jak np. w Seattle - gdzie powstała "eksterytorialna" komuna i gdzie co prawda na razie jeszcze trwa ogłupiająca radość i zabawa, ale już wkrótce zacznie się tam prawdziwa klęska głodu, bowiem owe "sierotki" po Marksie i Leninie nadają się co najwyżej do urządzania ulicznych burd, rabowania sklepów, niszczenia samochodów i palenia materacy bezdomnym amerykańskim weteranom, oraz mordowania zwierząt na ulicach - ale nie do pracy, w tym pracy na roli, która choćby w połowicznym kształcie mogłaby zapewnić przynajmniej częściowe wyżywienie dla owej komuny), wówczas skończy się bandycka ruchawka Black Lives Matter i Antify, a zacznie prawdziwa walka o... życie. 

A tam gdzie idzie o życie, tam kończą się wszelkie ideologiczne brednie o rasizmie, o heroicznej walce w imię pamięci po "łagodnym olbrzymie" - ćpunie i przestępcy - George Floydzie (notabene już krążą na ten temat dowcipy: redaktor CNN zapytuje się jednego czarnoskórego demonstranta jak bardzo wstrząsnęła nim wiadomość, że ci rasistowscy biali policjanci z zimną krwią zamordowali jego brata. Ów Murzyn odpowiada: "To był dla mnie prawdziwy cios z którego wciąż nie mogę się podnieść. Dlatego też z pobliskiego sklepu wziąłem sobie tylko dwa telewizory, laptop, kilka ubrań i buty, ale wciąż wierzę że sprawiedliwości stanie się zadość"). Gdy dojdzie do totalnej już anarchii i przykładów kanibalizmu i gdy wzburzony prekariat obróci się przeciwko swoim "dobroczyńcom" (tym, którzy wręcz namawiali, nadzorowali i wspierali owe rozróby - czyli tym wszystkim lewicowym politykom ze Wschodniego i Zachodniego Wybrzeża, tym gubernatorom którzy klękali przed rozwydrzonym motłochem, tym "dziennikarzom" z CNN, BBC, CNBC, MSNBC etc., a przede wszystkim tym, którzy kreują owe antycywilizacyjne ruchy z myślą o instalacji NWO - globalnego społeczeństwa, odgórnie zarządzanego przez totalitarystów, o których w mediach "głównego ścieku" nic się nie mówi). A wówczas - zgodnie z wytycznymi Marksa - wprowadzi się terror i zainstaluje na całego "Nowy, Wspaniały Totalitaryzm". A czarnoskóry prekariat? Cóż, Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść - jeśli zaczną podskakiwać, to staną się pierwszymi ofiarami tego nowego świata, podobnie jak pierwszymi ofiarami bolszewików w Rosji Sowieckiej, stali się robotnicy i chłopi, w imię których przecież owi bolszewicy walczyli z kapitalistami. Takiego zamordyzmu, jaki wprowadził robotnikom i chłopom Lenin a następnie Stalin, nie doświadczyli oni nigdy wcześniej, nawet za czasów okrutnego, carskiego poddaństwa. Dlatego też zbiera mi się na wymioty, gdy widzę jak czarnoskóra społeczność w USA jest oszukiwana i jak próbuje się im (niestety często skutecznie) prać mózgi, wmawiając że we współczesnej Ameryce czai się na nich jakiś "biały rasizm" (podobnie jak kobietom próbują feministki wmówić, że ich największym wrogiem jest dziś biały, heteroseksualny mężczyzna). Czarnoskórzy (i ewentualnie kobiety oraz homoseksualiści) mają obecnie spełnić rolę robotników i chłopów z leninowskiej Rosji. A potem owe "mięso armatnie" wyrzuci się na śmietnik, tak samo jak to uczyniono w Związku Sowieckim, zamieniając chłopów i robotników w prywatnych niewolników nowego ustroju. 

Przejdźmy jednak do dzisiejszego tematu, który właśnie zamierzam poruszyć. Otóż dziś zaprezentuję jedną z największych katastrof (również w skali społecznej) XIX wieku, a z pewnością największą katastrofę morską tamtego stulecia. Mam tutaj oczywiście na myśli tragedię francuskiego okrętu "Meduzy" z 1816 r., która dla ludzi żyjących w XIX wieku, była dokładnie tym samym, czym dla współczesnych było (i jest do tej pory) zatonięcie "Titanica" w 1912 r. Dziś historia rozbitków z okrętu "Meduzy" jest już praktycznie zapomniana, a warto o niej przypomnieć, bowiem okropności jakie wyrosły u tamtych ludzi, są oczywistym wzorcem skonfrontowania lewicowych mrzonek o "szlachetnym dzikusie" (jak np. historia Indian amerykańskich, których zaczęto w pewnym momencie idealizować, opowiadając bajki jak to wspaniały i zgodny z naturą wiedli żywot i jak to owi przebrzydli koloniści wszystko zniszczyli. Takie filmy jak "Tańczący z wilkami" czy nawet "Avatar" - pokazują wspaniałe społeczeństwo, żyjące w zgodzie z odwiecznymi prawami świata, nie ma tam jednak wielu odniesień do faktu, że Indianie wcale nie zabijali bizonów tylko dla pożywienia, ale również dla zysku. Często urządzali wręcz masowe polowania na te zwierzęta, aby potem sprzedać je "białym kolonistom" w zamian za paciorki lub alkohol. Podobnie mordy rytualne, dokonywane przez kapłanów przed przybyciem Europejczyków do Ameryki Środkowej - były przykładem wręcz zwierzęcego barbaryzmu tych ludów i tych plemion). Zawsze bowiem, wcześniej czy później w sytuacji ekstremalnej następuje powrót do "zezwierzęconej" natury człowieka, który gotów jest zabijać aby tylko samemu przeżyć. I o tym właśnie będzie w opowieści o "Meduzie", której tragedię w wymowny sposób oddał w 1819 r., francuski malarz - Théodore Géricault w swym obrazie: "Tratwa Meduzy". Historia tego okrętu pokazuje dobitnie, że po rozmontowaniu wszelkich społecznych i cywilizacyjnych bezpieczników (a temu doskonale sprzyja chociażby głód), powstaje próżnia w której odnaleźć się mogą tylko najsilniejsze jednostki - kosztem całej reszty. Tak więc przytaczając słowa Wacława Kowalskiego (nieśmiertelnego Pawlaka z "Samych Swoich"): "Czy to ty strzelasz czy do ciebie strzelają - jeden huk" - więc po co nam policja? wystarczy Antifa i Black Lives Matter na ulicach 😒.             



KATASTROFA OKRĘTU "MEDUZA
i GEHENNA JEGO PASAŻERÓW
(1816 r.)






 Cesarz Napoleon Wielki abdykował 6 kwietnia 1814 r. 20 kwietnia opuścił pałac w Fontainebleau by udać się na wyspę Elbę (która stała się jego dożywotnim władztwem) a na którą dotarł 3 maja. Paryż został zdobyty przez siły rosyjsko-austriacko-pruskie 30 marca, zaś Ludwik XVIII Burbon odzyskał władzę we Francji dnia 3 kwietnia 1814 r. Wraz z królem powróciło do ojczyzny wielu arystokratów, którzy często od ponad dwudziestu lat pozostawali na obczyźnie i nie zamierzali godzić się na żadne kompromisy. Ci - oderwani od rzeczywistości i żyjący w dawnym świecie, którego we Francji już nie było - emigranci, wyposzczeni i aroganccy, domagali się utraconych przywilejów, majątków i nowych stanowisk oraz nadań. Często jednak ich kompetencje na nowych stanowiskach odrodzonego królestwa były mizerne - choć oni tym akurat najmniej się przejmowali, uważając że sama ich pozycja społeczna nobilituje do zajmowania najwyższych urzędów w państwie (Stendhal pisał o tych politycznych emigrantach: "Nic nie potrafią, a domagają się wszystkiego"). Arystokraci z "chambre introuvable" ("nie odnalezionej komnaty" - czyli osobiście służący niegdyś królowi), oraz ci drudzy - pałali żądzą zemsty za lata wygnania, upokorzeń i niedostatku, przemieniając swoje żądze w czyn i urządzając polowania na byłych oficerów, żołnierzy lub urzędników z czasów napoleońskich, którzy nie chcieli (lub nie mogli) złożyć przysięgi na wierność Ludwikowi XVIII. Te krwawe samosądy szybko otrzymały nazwę "Białego Terroru" i stały się prawdziwą plagą, szczególnie w południowych i zachodnich prowincjach kraju. W wojsku również nastąpiła prawdziwa czystka, a oficerowie musieli udowadniać swą wierność królowi, który to otoczył się gwardią złożoną z emigrantów - służących wcześniej w obcych armiach i walczących z Francuzami na wielu polach bitew. Poza tym król twierdził że Napoleon: "Popsuł mu Francję!", gdyż zmuszony był nadać obywatelom tzw.: "Kartę" (4 czerwca 1814 r.), nadającą ustrój monarchii konstytucyjnej (przynajmniej teoretycznie). Dawała ona Francuzom wolność osobistą, równość w sądach, nienaruszalność majątków nabytych w okresie Rewolucji i Cesarstwa. Parlament składał się z Izby Deputowanych i Izby Parów, jednak rząd pozostawał mianowany i zależny od króla, a nie od Parlamentu.

Ludwik XVIII początkowo odmówił także uznania trójkolorowej flagi i powrócił do białego sztandaru Burbonów (ozdobionego złotymi liliami, choć lilie pominięto aby nie drażnić ludu). Napoleon w rozmowie z gen. Henri Gatien Bertrandem stwierdził, że Burbonowie igrają z ogniem, bowiem chcą co prawda odzyskać swoje dawne zamki i pałace, ale jednocześnie gdy zaczną zrażać do siebie lud, to ten przepędzi ich w ciągu sześciu miesięcy. Bertrand nie dawał jednak temu wiary. Niezadowolenie Francuzów z nowych rządów i powrót do starych zwyczajów, było szczególnie silne w wojsku, w którym - pomimo zakazu - wciąż obchodziło się urodziny Cesarza (15 sierpnia). Podczas tego święta w 1814 r., doszło do znieważenia symboli królewskich i podeptania białych kokard - symbolu odrodzonej monarchii - przez żołnierzy, którym odmówiono celebrowania dnia "Dnia Napoleona". Te wszystkie wieści dotarły szybko również i na Elbę, gdzie - ku zdumieniu brytyjskich parlamentarzystów Fazakerleya i Vernona, którzy odwiedzili Cesarza na wyspie - tamtejszy pałac przemieniono w prawdziwy cesarski dwór, z setką grenadierów strzegących wejścia (ubranych w mundury z czasów Cesarstwa), etykietą i służbą. Była to zaledwie zapowiedż tego, co już wkrótce miało nadejść, gdyż Napoleon skrupulatnie śledził wieści z Francji, czytając nie tylko gazety (w których często przedstawiano go jako potwora, połykającego państwa i narody), ale również wypytywał swoich zwolenników o nastroje ludu - a te wcale nie były dobre. Francja ponownie zaczęła kipieć niechęcią do odrodzonej monarchii i z nadzieją wyczekiwała zmian, choć nie było jeszcze wówczas wiadome jakie to mają być zmiany. Zwycięskie mocarstwa koalicji anty-napoleońskiej pozwoliły Cesarzowi zachować jego tytuł, władzę nad maleńką Elbą (kiedyś opiszę jak Cesarz spędzał czas na Elbie i jak wypełniał tam swoje zadania) oraz na utrzymanie przez niego 675 francuskich żołnierzy cesarskiej gwardii, 54 polskich szwoleżerów gwardii, batalionu sformowanego z miejscowych, oraz batalionu Korsykanów. Były to niewielkie, wręcz nic nie znaczące siły i Napoleon przy ich pomocy nie mógł niczego zdziałać. Ale, lud francuski coraz częściej - miast okrzyków "Vive Le Roi!" - wznosił okrzyki: "Vive L'Empereur!" i to była jego ogromna szansa. Poza tym ciążyło mu życie bez żony i syna (Maria Ludwika - córka cesarza Austrii Franciszka I Habsburga - otrzymała tytuł księżnej Parmy i tam właśnie przeniosła się wraz z synem: Napoleonem Franciszkiem Józefem Karolem Bonaparte, zwanym po prostu Napoleonem II lub "Orlątkiem". A potem wdała się w romans i poślubiła hrabiego von Neipperga, z którym doczekała się trójki dzieci). Napoleon myślał sobie zapewne tak: mam gnić na tej wyspie i czekać aż Burbonowie przyślą mordercę, jednocześnie upokarzając mnie i odmawiając kontaktów z żoną i synem? Czy też ruszyć do Francji, zwyciężyć i znów połączyć się z rodziną? Odpowiedź była prosta i Napoleon był już na nią od dawna gotowy mawiając czasem: "Na Elbie zapomniano, że kiedyś byłem cesarzem królów".

Napoleon opuścił brzegi Elby w poniedziałek 27 lutego 1815 r. rano i po wyminięciu francuskich okrętów patrolowych (mających czuwać by Bonaparte nie uciekł z wyspy), już 28 lutego dotarł do brzegów Italii (wówczas jednak te ziemie wciąż jeszcze należały do Francji - piszę "jeszcze" ponieważ na Kongresie Wiedeńskim uzgodniono że zostaną one włączone do odnowionego Królestwa Sardynii), lecz na ląd zszedł dopiero w środę 1 marca w Zatoce Juan nieopodal Genui. Następnie Cesarz przeszedł przez miasteczka: Escragnolles, Seranon i Castellane - ale nie było tam zbyt wielkiego entuzjazmu jego osobą (Południe pozostawało raczej nastawione pro-rojalistycznie), ludzi jednak przyciągała doń głównie ciekawość. Dopiero w Sisteron tamtejszy garnizon pozdrowił Napoleona gromkim "Niech żyje Cesarz!" W Gap to samo, rozentuzjazmowane tłumy cisnęły się, by na własne oczy ujrzeć swojego Cesarza, pojawiły się też głosy: "Śmierć Burbonom", "Arystokratów na latarnie". W dalszej drodze na Paryż, do niewielkiego oddziału Napoleona, przyłączali się okoliczni wieśniacy - Napoleon starał się ich od tego odwieść (nie chodziło mu bowiem o ponowną rewolucję, a jedynie o odzyskanie tronu Francji), ale nie wszystkim udało się to wyperswadować i poszczególne grupki, uzbrojone w widły i kosy szły razem u boku cesarskich oddziałów. W wąwozie Laffrey po raz pierwszy drogę Napoleonowi zastąpiło (co prawda nieliczne, ale) regularne wojsko z 5 regimentu liniowego. Żołnierze wymierzyli swoje karabiny, a Cesarz, odsłaniając poły płaszcza szedł w ich kierunku, mówiąc: "Żołnierze, jestem waszym cesarzem. Jeśli wśród was jest choć jedna osoba, która chce strzelić do swojego cesarza - oto jestem!" Nikt się nie odważył wystrzelić, a wkrótce cały regiment dołączył do Napoleona. Potem Cesarz rzekł do gen. Drouta: "Jeśli tu nie zginąłem, zdobędę Paryż bez jednego wystrzału".




W dalszej drodze jeszcze wielokrotnie wysyłane przez króla wojsko, przyłączało się do Bonapartego (tak się stało np. pod Grenoble).7 marca 1815 r. Cesarz wkroczył do Grenoble i wówczas miasto  ogarnął szał tłumów, każdy bowiem chciał być jak najbliżej wkraczającego Cesarza, ludzie sypali  kwiaty pod stopy żołnierzy, wynosili wodę i żywność (choć początkowo obawiano się że woda może być zatruta, ale szybko obawy te zostały rozwiane). Onieśmielony takim powitaniem Napoleon rzekł: "Do Grenoble byłem tylko awanturnikiem, teraz znów jestem cesarzem". 10 marca w Lyonie (z którego wcześniej uciekły dotychczasowe władze, w tym sprawcy "Białego Terroru", jak choćby hrabia d'Artois) sytuacja się powtórzyła, wszędzie Napoleon witany był owacyjnie i przyjmowany z najwyższym dostojeństwem. 11 maja 1815 r. w Lyonie, w pałacu hrabiego d'Artois, Cesarz Napoleon wydał swoje pierwsze dekrety, w których rozwiązywał dwór królewski w Paryżu, znosił wszelkie rozkazy Ludwika XVIII i przywracał trójkolorowy sztandar, jako oficjalną francuską flagę, skazując jednocześnie na banicję wszystkich zdrajców, którzy w latach 1795-1814 nie powrócili do Francji (mawiał o nich: "Niech wracają tam, skąd przyszli, skoro przez te wszystkie lata tak dobrze im szło przyjmowanie rozkazów z obcych dworów"). Pisze też list do żony, do Schönbrunn, w którym umieszcza takie oto słowa: "Pani i droga przyjaciółko, powróciłem na mój tron (...) Kiedy otrzymasz ten list, będę już w Paryżu. Przyjedź do mnie z moim synem. Mam nadzieję Cię uściskać przed końcem marca. Cały Twój, Nap." Do Napoleona dołączają wciąż nowi oficerowie i żołnierze (nawet bataliony z Villejuif - uważane dotąd za najwierniejsze królowi), Ludwik XVIII zostaje zupełnie sam i musi uciekać z Paryża - 19 marca 1815 r. (ponoć rzekł wówczas ze smutkiem: "I cóż? To już koniec?" po czym dodał: "Niebywałe! W kilka dni odzyskał całą Francję"). Do Napoleona przybył marszałek Ney - ofiarując mu swoją szpadę i jednocześnie próbując się usprawiedliwiać czemu przeszedł na stronę króla. Cesarz ponoć odrzekł wówczas doń: "Nie musi się Pan usprawiedliwiać. Pańskim usprawiedliwieniem, podobnie jak i moim, są wydarzenia, które są silniejsze niż ludzie. Nie mówmy już o przeszłości i pamiętajmy o niej tylko po to, aby raźniej iść w przyszłość" - po czym oboje padli sobie w ramiona.




19 marca - po prawie jedenastu miesiącach od swego wyjazdu - Napoleon ponownie wkroczył do Fontainebleau. 20 marca 1815 r. Cesarz Napoleon wjechał zaś do Paryża, gdzie lud radośnie wiwatował na jego cześć. Strach i niepewność była jednak wciąż obecna wśród elit, które wolały na razie trzymać się z boku i w nic nie angażować, a jednocześnie niczemu też nie przeszkadzać - wyczekując co będzie dalej. Napoleon wszedł do Pałacu Tuileries, gdzie wszystko (poza poszerzonym tronem - specjalnie skonstruowanym dla otyłego Ludwika XVIII) wyglądało po staremu, tak jakby nic się nie zmieniło - tak jakby Cesarz powrócił jedynie z długiej, jedenastomiesięcznej kampanii wojennej. Kilku dygnitarzy przybyło połączyło się z Napoleonem, ale sporo z nich uciekło wraz z królem - większość zaś przyjęła postawę wyczekującą, nie wszyscy jednak mogli sobie na to pozwolić. Do Tuileries przybyła np. Hortensja de Beauharnais wraz ze swoimi dziećmi, aby wytłumaczyć się dlaczego przez tyle czasu nie interesowała się losem męża własnej matki. Rozpłakana próbowała się usprawiedliwiać - mówiąc że chciała pozostać przy boku swej umierającej matki (Józefina zmarła 29 maja 1814 r.). To można jeszcze zrozumieć, ale jej wiernopoddańcze hołdy dla Ludwika XVIII - czym były jeśli nie jawną zdradą? Tak bardzo chciała zachować swe tytuły i majętności, które otrzymała tylko dzięki Napoleonowi? Cesarz często w tych dniach mawiał (co również znalazło odzwierciedlenie w jego listach): "Tacy właśnie są ludzie". Nic dodać, nic ująć. Nie odezwała się również Maria Ludwika (która już wówczas grzała łoże z hrabią Neippergiem), choć do Paryża przyjechała Maria Walewska wraz z synem. Cesarz ujrzał chłopca i obiecał im pomoc finansową. Jednak koniec końców napoleoński eksperyment nie powiódł się, a klęska Cesarza w bitwie z Brytyjczykami, Prusakami i Holendrami pod Waterloo (18 czerwca 1815 r.), ostatecznie przypieczętowała los odradzającego się Cesarstwa. Napoleon zaś został zesłany na odległą wyspę Atlantyku - Św. Helenę, gdzie ostatecznie dokończył swego żywota (5 maja 1821 r.). Do Francji ponownie wrócił zaś król Ludwik XVIII, a wraz z nim cała plejada rządnych władzy i stanowisk arystokratów. 




Jednocześnie Francuzi całkiem nieźle wyszli z nowego podziału Europy, uzgodnionego w Wiedniu (na tzw.: "Tańczącym Kongresie"), odbywającego się od września 1814 r. do czerwca 1815 r. Nie tylko że Francuzi nie zostali obłożeni żadnymi odszkodowaniami wojennymi, to jeszcze nie utracili żadnych własnych ziem (Prusacy np. już wówczas żądali dla siebie Alzacji i Lotaryngii, ale zgodnie sprzeciwiły się temu Wielka Brytania jak i Austria - którzy poparli Francję), choć musieli powrócić do granic z 1792 r.. Chytrość i przebiegłość dyplomatyczna, oraz niezwykła biegłość polityczna reprezentanta Francji na Kongresie - Charlesa-Maurice de Talleyranda (o którym Napoleon mawiał iż jest to: "Gówno przyobleczone w jedwabne pończochy", ale nawet Cesarz cenił sobie kunszt polityczny Talleyranda, który miał tę niesamowitą zdolność, iż potrafił przekuwać w dyplomatyczne zwycięstwa - militarne porażki, w myśl starej zasady: "Generałowie są po to, by wygrywać wojny. Dyplomaci zaś po to, by myśleć co się stanie gdy generałowie wojnę przegrają"), wyniosła pokonany kraj (który to już na początku obrad Kongresu, koalicjanci chcieli wykluczyć z obrad i jedynie przekazać mu wspólnie uzgodnione warunki) do rangi jednego z europejskich mocarstw i gwaranta stabilizacji na Kontynencie. Mało tego, Francuzom udało się zachować kilka wcześniejszych zdobyczy terytorialnych, jak choćby część okręgu Saary oraz miasta w Sabaudii: Chamberry i Annecy. Francja otrzymała również Senegal w Afryce Zachodniej, więc co prawda wyszła z tych wojen co prawda skrwawiona, ale jednak terytorialnie i politycznie wzmocniona (gorzej mieli chociażby Włosi, Niemcy i Polacy, których Kongres całkowicie pominął - zmuszając tych pierwszych i drugich by wciąż żyli w stanie rozbicia terytorialnego i wzbraniając im zjednoczenia, tych ostatnich zaś, by pozostali pod rządami trzech zaborców, odmawiając im pełnego prawa do niepodległości). I właśnie historia z otrzymaniem Senegalu, wiąże się bezpośrednio z tematem, do którego teraz dopiero zamierzam przejść.

Otóż dnia 17 czerwca 1816 r. z portu w Aix wypłynęła eskadra czterech okrętów ("Meduza", "Loara" "Argus" i "Echo"), w celu objęcia we władanie nowej, zamorskiej prowincji w Afryce. W czasie wyprawy jednak owa eskadra została skutecznie rozproszona przez silne sztormy, a 2 lipca (w wyniku błędów niedoświadczonego kapitana okrętu - hrabiego Hugues Duroy de Chaumereys -  niedawnego emigranta, mianowanego przez nowy rząd dowódcą nie w wyniku jego kompetencji, a jedynie lojalności i anty-napoleonizmu) "Meduza" osiadła na mieliźnie u brzegów Mauretanii. Wówczas było już pewne że okręt zatonie i należało czym prędzej ewakuować wszystkich pasażerów. Wsadzono więc wszystkich notabli i ich rodziny w szalupy okrętowe, które mieli skierować do brzegów Afryki. Pozostałym pasażerom dopomożono w zbudowaniu gigantycznej tratwy (z lin, belek i desek tonącego okrętu, który tonął kilka dni, więc mieli czas by się dobrze przygotować), na której zamierzano także umieścić prowiant, słodką wodę i wino dla pozostałych pasażerów (również tych w szalupach - łącznie było ich ok. 400 osób). Niestety, nie udało się zmieścić na tratwie całości zapasów, gdyż musiało na nią wejść pozostałe 149 osób, ale uważano że pomyślne wiatry (tratwa miała maszt i żagiel o raz "bocianie gniazdo") i pomoc szalup (które miały holować tratwę) doprowadzi do szybkiego dotarcia do brzegu i uzupełnienia brakujących zapasów. Los jednak nie sprzyjał rozbitkom, bowiem pogoda była przepiękna, słoneczna i bezwietrzna, a to powodowało, że główny wysiłek w holowaniu tratwy wzięły na siebie szalupy, którym jednak szybko się to znudziło, odcięli więc cumy łączące ich z tratwą i odpłynęli. Wówczas dla pasażerów tratwy, zaczął się prawdziwy powrót do czasów "szlachetnego dzikusa" (do którego to pragnie nas dziś sprowadzić całe to lewactwo), a mówiąc konkretnie zaczęło się prawdziwe piekło dla dużej części pasażerów owej "tratwy Meduzy". Jeśli bowiem pamiętamy, jak zakończyła się "Teksańska masakra piłą mechaniczną" - to mamy już odpowiedź co działo się wówczas, przez te kilkanaście dni dryfowania - do czasu aż owi rozbitkowie zostali wreszcie odnalezieni (i ocaleni) przez okręt "Argus".


SZKIC TRATWY "MEDUZY"
(20 m. długości na 7 m. szerokości)

 

Zapasy żywności bardzo szybko się wyczerpywały przy takiej masie ludzi, a to, co zostało, stało się cenniejsze od złota. Za łyk wina (słodkiej wody już tam nie było), ludzie gotowi byli oddawać wszelkie kosztowności, jakie jeszcze przy sobie posiadali, problem polegał jednak na tym, że nikt im nie chciał wówczas tego przyjąć (choćby nie wiem co, nie sposób zjeść złota). Do pierwszej walki o żywność doszło pomiędzy pijanymi żołnierzami z Batalionu Afrykańskiego (głównie Hiszpanie i Włosi), a marynarzami z pokładu "Meduzy", i to był początek horroru, który stał się nieodłączną codziennością nieszczęsnych pasażerów owej tratwy. W walce pomiędzy marynarzami a żołnierzami, padli pierwsi ranni i zabici - i to właśnie oni stali się następnie pierwszymi ofiarami kanibalizmu wygłodniałych pasażerów. Pozwolę sobie nie wchodzić w szczegóły, bo nie ma to żadnego sensu, natomiast chciałbym się skupić na jednym. W sytuacji kiedy cywilizacja zostanie nagle "wyłączona", gdy wszelkie mechanizmy, ograniczające ludzką samowolę, zostaną zdemontowane - któż wówczas najbardziej na tym ucierpi? Oczywiście - najsłabsi i tak jest zawsze w "stanie naturalnym", gdy do głosu dochodzi "szlachetny dzikus". Oczywistym więc było, że najłatwiejszymi ofiarami były kobiety - które szybko zostały zabite i... zjedzone (inna sprawa że nie było ich wówczas na tratwie zbyt wiele), oraz słabi i ranni mężczyźni. Codziennie na linach masztu tratwy "Meduzy", suszyły się na słońcu odcięte kawałki ludzkiego ciała - języki, ręce, nogi, wycięte narządy wewnętrzne. Powiedzenie że doszło wówczas do prawdziwego horroru, to nie powiedzenie nic - to była gehenna, która (nawet tym, co to przetrwali) do końca życia nie pozwalała w pełni normalnie funkcjonować. Te kilkanaście dni spędzonych na tratwie dryfującej po Atlantyku, całkowicie wywróciły ich życie do góry nogami i po powrocie do domów, stali się już zupełnie innymi ludźmi (byli tacy - jak choćby inżynier Correard, autor broszury - opisującej co działo się na pokładzie tratwy "Meduzy" - którzy potem do swej diety dodali cytryny, spożywając je codziennie w ogromnych ilościach - prawdopodobnie chcieli tym samym zabić w ustach i w pamięci smak ludzkiego mięsa). 

Po dwóch tygodniach bezwolnego dryfowania po Oceanie, tratwę rozbitków z zatopionego okrętu "Meduza", dostrzegł inny okręt z pierwotnej eskadry - "Argus". Ze 149 pasażerów, którzy znaleźli się na pokładzie tratwy, pozostało przy życiu zaledwie... 15 (pięciu z nich było jednak tak osłabionych, że wkrótce po ocaleniu zmarło) - co dobitnie pokazuje o skali desperacji, której jedyną granicą było zaspokojenie głodu i przeżycie jeszcze jednego dnia. W 1817 r. Correard i Savigny (lekarz pokładowy, który był również obecny na pokładzie tratwy "Meduzy"), opublikowali wspomnienia (szybko przetłumaczone na język angielski i niemiecki), opisujące co się działo na pokładzie tratwy i jak bardzo zmienną jest ludzka natura. Zaś w 1819 r. Théodore Géricault namalował swój najsłynniejszy obraz: "Tratwa Meduzy", na którym (po znacznym wizualnym zmniejszeniu tratwy) przedstawił 19 pozostałych przy życiu rozbitków w momencie, w którym wypatrzyli oni na horyzoncie żagle okrętu "Argus" przynoszącego im nadzieję i ocalenie. Tak właśnie wyglądała historia rozbitków z francuskiej fregaty "Meduza", której kapitan, emigrant kreujący się na ofiarę Bonapartego i nie posiadający  większego doświadczenia w kierowaniu okrętem - spowodował jego zatonięcie i tragedię ponad setki ludzi. Angelo Solmi pisał w 1980 r. w "Tragicznych wodach" o przybyłych po upadku Bonapartego do Francji emigrantach, którzy objęli stanowiska wraz z powrotem do władzy Ludwika XVIII: "Nastąpił triumf niekompetencji. Beznadziejni ignoranci objęli ster, podejrzani osobnicy stali się doradcami głupawych szefów, ministrowie dawali nonsensowne instrukcje, a dyletanci trzymali się ich dosłownie (...) Odpowiedzialny za tragedię kapitan pozował na ofiarę Bonapartystów, licząc, że możni protektorzy nie dadzą go ukarać". I rzeczywiście był chroniony przez władze, które starały się wyciszyć wszelkie informacje o katastrofie (zdając sobie sprawę że kładzie się ona cieniem na idei restauracji monarchii) a twórcy, którzy starali się o niej przypominać, byli zmuszani (metodami administracyjnymi) do zaprzestania swych działań (również dzieło Géricault'a wisiało w Paryskim Salonie jedynie cztery miesiące do połowy listopada 1819 r. po czym na żądanie Augusta-Hilariona de Keratry zostało zdjęte, zaś krytyka nie pozostawiła suchej nitki na "Tratwie Meduzy"). Władze rzeczywiście bały się obrazu Géricault'a i to w nie mniejszym stopniu, jak cztery lata wcześniej powracającego z Elby Cesarza Napoleona Wielkiego. 

Gdy radykalni zwolennicy monarchii zaczęli krzyczeć, że dzieło to jest "zamachem wymierzonym w Ludwika XVIII", Paryski Salon został zamknięty, a obraz nabyty do pałacu w Luwrze, po czym zrolowany i umieszczony na tamtejszym strychu w rupieciarni (nie pomogła nawet zmiana nazwy z "Tratwa Meduzy" na "Scena katastrofy morskiej"). W 1820 r. Géricault odebrał swoją własność i wywiózł obraz do Wielkiej Brytanii, gdzie wystawiono go 31 grudnia 1820 r. w Egyptian Hall w Londynie. Na zakończenie chciałbym jeszcze dodać, że tragedia Tratwy Meduzy nie jest niczym szczególnym, tak dzieje się bowiem zawsze, gdy zostaną usunięte wszelkie cywilizacyjne oraz moralne bezpieczniki - z podobnym przykładem mamy do czynienia obecnie w USA, Francji i Wielkiej Brytanii.