Łączna liczba wyświetleń

piątek, 7 kwietnia 2017

NIEWOLNICE - Cz.XXXV

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI


HISTORIA DRUGA

TEHMINA

NIEWOLNICA Z PAKISTANU

Cz. XIV





  
PS: Na sam początek, nim przejdę bezpośrednio do tematu, pozwolę sobie wyrazić swoje nieskrępowane zadowolenie z powodu dzisiejszego kroku, jaki wykonał prezydent Stanów Zjednoczonych - Donald Trump w Syrii. To czego dopuścił się tam Asad jest niewyobrażalne, z punktu widzenia człowieka o przynajmniej minimalnej moralności. Zamordowanie, za pomocą gazu bezbronnej ludności cywilnej w Chan Szajchun, musiało spotkać się ze zdecydowaną odpowiedzią. Nikt bowiem nie ma prawa zabijać bezbronnych ludzi dla celów politycznych czy finansowych, bo tak postępuje jedynie zwykła glizda przyobleczona w ludzkie ciało, której należy ostro odpowiedzieć. I tak właśnie się stało za sprawą prawdziwego amerykańskiego kowboja - Donalda Trumpa. Ale to co mnie szczególnie cieszy, to fakt, iż tym jednym posunięciem Trump pośrednio, lecz ostro i zdecydowanie kopnął w dupę Rosję. I tak też należy z Rosjanami rozmawiać, kopać ich w dupę, tak aby posrali się w locie, bo jakiekolwiek inne, merytoryczne argumenty nie trafiają do tej turańskiej dziczy. To samo, jeśli chodzi o ruski odpowiednik na Zachodzie - czyli Niemcy, rządzone z Berlina (dawno już powtarzałem że Niemcy berlińscy - czyli Brandenburczycy, to turańczycy Zachodu). Im też należy wskazać odpowiednie miejsce, wystawiając rachunek za niespełnione wobec sojuszników zobowiązania. Rosja i Niemcy to dwa turańskie twory, które nic innego nigdy nie czynią i niczego innego nie potrafią, jak ujarzmiać i niszczyć inne narody - należy więc je ostro przywoływać do porządku i wskazywać miejsce w kącie, jeśli zajdzie taka potrzeba. Dlatego też piszę raz jeszcze: Thank You Very Much Mr. President Tramp - Russia should be kicked ass.





Zaczęłam drżeć i przyciskać do siebie materiał koszuli, lecz kiedy zobaczył, że się nie ruszam, złapał mnie za rękę i wykręcił mi ją do tyłu, aż zajęczałam z bólu i zaczęłam krzyczeć, że się rozbiorę. Puścił mnie, usiadł w fotelu i patrzył, jak wolno zdejmuję koszulę. Znów zdałam sobie sprawę z pustki, jaka była w pokoju, ale tym razem nie wyglądała ona już tak bezpiecznie. Nie było gdzie się ukryć, nic, do czego mogłam przywrzeć. Zsunęłam spodnie i odziana w biustonosz i majtki wpatrywałam się w niego, prosząc go z płaczem, żeby dał mi spokój. Ale on nie słuchał. Czułam, jak na spuchniętych ustach i na nosie przysycha mi krew. Drżącymi palcami ściągnęłam z siebie bieliznę. Siedział na fotelu z rozpostartymi ramionami jak król na tronie i przebiegał wzrokiem w górę i w dół po moim ciele. Wyraz twarzy miał zawzięty i zaciśnięte usta. Jego zwężone, błyszczące oczy wpatrywały się w moje ciało pożądliwym wzrokiem. Nigdy przedtem nie czułam się tak absolutnie, do końca poniżona i tak całkowicie od kogoś zależna. Wyraz jego twarzy świadczył, że jest tego świadom. To zdarzenie mogło całkiem odebrać mi ducha, możliwe, że bezpowrotnie. Od tej chwili nie będę mogła funkcjonować jako człowiek. Nie zostało we mnie ani na jotę szacunku dla własnej osoby. Okazałam się niczym. 
- Mustafa, błagam cię - płakałam - na Proroka, pozwól mi się ubrać... Proszę...
- Weź telefon. Najpierw zadzwoń, a potem zobaczymy.
- Jak mogę rozmawiać bez ubrania? Proszę cię, pozwól mi je najpierw włożyć. 

Zaczął obrzucać mnie wyzwiskami i ubliżać najgorszymi słowami mojej rodzinie. Ogarnęła mnie pustka, nie mogłam sięgnąć po cokolwiek. Ledwie stałam, kolano uderzało mi o kolano. Nie byłam w stanie za pomocą rąk i ramion ukryć swojej nagości, chciałam się czegoś złapać. Próbowałam klęknąć na podłodze, ale gdy ukucnęłam, wrzasnął na mnie i natychmiast się podniosłam. Stałam tak wiele chwil prosząc go, żebrząc i wzywając na pomoc Allaha i Proroka.
- Zadzwonię - wyszeptałam. - Pozwól mi się ubrać, proszę. 
W końcu schylił się, złapał moje pogniecione i poplamione krwią ubranie i rzucił mi je. Z wciąż zaciśniętymi ustami obserwował uważnie, jak naciągam na siebie koszulę. Paląc się ze wstydu dzwoniłam do mojej matki. Nie mogłam jednak skoordynować myśli z ruchami języka i zaczęłam się jąkać. Zamiast powiedzieć, że to, co jej mówiłam, było kłamstwem, pomyliłam się i powiedziałam, że to wszystko prawda. nie widziałam w tym momencie różnicy. Mustafa wyrwał mi z ręki słuchawkę, trzasnął nią w widełki i zaczął mnie bić z nową energią. Płakałam i prosiłam, żeby mi wybaczył i dał jeszcze jedną szansę. Zadzwoniłam jeszcze raz. Trzęsąc się i płacząc powiedziałam mojej matce to, co chciał Mustafa. Z wyrazem triumfu na twarzy wziął ode mnie telefon.

- Tehmina nie czuje się dobrze - powiedział z udanym przejęciem. - Ma objawy choroby psychicznej.
Nawiązał do zapalenia opon mózgowych, które przeszłam w dzieciństwie, wiedział, że moja matka przypisywała temu zdarzeniu mój buntowniczy charakter.
- Wymyśla sobie różne rzeczy - stwierdził. - Fantazjuje. Z jakiegoś powodu nienawidzi Adili. Może ty jako jej matka będziesz lepiej wiedziała, na czym polega jej kompleks w stosunku do Adili. Wierz mi, Adila nie zrobiła nigdy tego, o co Tehmina ją posądza. Osłupiałem, gdy dowiedziałem się o jej oskarżeniach i podejrzeniach. Wyznała mi prawdę, wymyśla różne historie po to, żeby zadawać innym ból, ale przede wszystkim po to, żeby zadawać go sobie. Potem zamyka się w sobie i szlocha tak, że nie można jej pocieszyć. Musiałem to wszystko cierpliwie znosić. To, co zrobiła dzisiaj, to tylko mały przykład tego, co muszę znosić codziennie. Ona chce być tragiczną bohaterką.
Tej nocy Mustafa błagał mnie, żebym mu przebaczyła, że tak mnie poniżył, winą za to obarczał jednak mnie. Utrzymywał, że wyobraziłam sobie rozmowę pomiędzy nim a Adilą.
- To się zdarza zakochanym, wierz mi - przekonywał mnie. - Kochają tak bardzo, że chcą słyszeć to, co ich martwi, ulegają autosugestii, a potem wariują. Ty, w związku ze swoim zapaleniem opon, nie jesteś za bardzo odporna psychicznie. To nie jest tak naprawdę twoja wina i powinienem był się kontrolować.
Obdarzył mnie łagodnym uśmiechem, otworzył ramiona i rozkazał:
- No, chodź tu do mnie.
Jak bezwolna kukła podeszłam do niego. Przytulił mnie do siebie i zaczął delikatnie kołysać, a ja przywarłam do niego kurczowo i zaczęłam głośno płakać. Wiedziałam, że kłamie, ale nie wiedziałam, co mam robić. Mój mózg przestał funkcjonować. Byłam martwa.

Po tamtej nocy przez długi czas, niezależnie od tego ile warstw ubrania miałam na sobie i z kim byłam, czułam się naga. Po tygodniu zadzwoniła do nas matka i oświadczyła wściekłym tonem, że Mustafę należy zamknąć w domu wariatów. Zdziwił mnie ten jej wybuch. "Co się znów stało?" - zastanawiałam się. Gdy do telefonu podeszła Adila, zdałam sobie sprawę, że obawy Mustafy były uzasadnione. Adila przyznała się w końcu do wszystkiego matce, a teraz, starannie ważąc słowa, przyznawała się mnie:
- Sypiam z nim od trzech lat. Mówię ci nie jako siostra, lecz jako przyjaciółka: Mustafa nienawidzi cię, Tehmino. Wszyscy cię nienawidzą, matka też. Z tobą musi być coś nie tak. Zostaw go, zanim on zostawi ciebie. Miej dla siebie trochę szacunku.
Adila opowiedziała mi szczegóły. Okazało się, że i syn Mustafy, i Ayesha byli cały czas we wszystko wtajemniczeni.
- Bilal nas umawia - powiedziała. - Jest naszym pośrednikiem. Rezerwuje nam pokój w hotelu West Lodge Park. Dai Ayesha wiedziała o wszystkim cały czas. Zapytaj ją. Pamiętasz ten dzień, kiedy Mustafa przyjechał do mnie pod szkołę? Zgwałcił mnie wtedy. Nie było żadnego Irańczyka. Zawsze był tylko Mustafa. Byłam z nim wtedy w Hiltonie cały dzień. Byłam z nim, kiedy do ciebie dzwonił.




Przepełniona gniewem zapytałam o to Bilala i Ayeshę.
- Będziesz musiała zapytać o to mojego ojca - odparł spokojnie Bilal, a dai tylko mu potaknęła.
"Zapytać jego ojca"... Ich niechęć do mówienia była wymownym potwierdzeniem słów Adili. Czułam, jak wzbiera we mnie złość. Zdusiłam ją jednak w sobie, ponieważ wiedziałam, że tych dwoje było, podobnie jak ja, całkowicie podporządkowanych woli Mustafy. Tak jak ja nie mieli wyjścia. Pomyślałam, że swoją złość powinnam skierować w inną stronę. Mustafa wrócił do domu wcześnie i zastał mnie w sypialni. Trzęsłam się z gniewu i strachu jednocześnie. Głos mi drżał. Zdobyłam się jednak na odwagę, żeby go zapytać. Zaprzeczył wszystkiemu bez wahania, widziałam jednak, że był równie wstrząśnięty jak ja. Chciałam go sprawdzić i kazałam mu zadzwonić do Adili i powiedzieć jej, że kłamie. Odmówił. Nie miał jednak tego dnia szczęścia, bo wkrótce zadzwonił telefon. Była to Adila. Mustafa rozmawiał z nią wiedząc, że słuchałam ich rozmowy przez drugi telefon.
- Kocham moją żonę i dzieci - oświadczył. - Ciebie też kocham, ale tylko jak siostrę. Nie możesz tak postępować, swoim zachowaniem sprawiasz wszystkim ból. 
Po skończeniu rozmowy stanął przede mną z ręką na Koranie i przysiągł, że ten "romans" powstał jedynie w chorym umyśle Adili.
- Ma jakiś, związany z tobą, głęboko zakorzeniony kompleks, Tehmino - oznajmił. - Za wszelką cenę chce, by nasze małżeństwo się rozpadło. Znasz ją, nie jest przy zdrowych zmysłach. Jak możesz jej wierzyć? Czy nie widzisz, że osadziła te wszystkie zdarzenia, w okolicznościach, które wcześniej już wydały ci się podejrzane? A twoja matka? Nie pozwól, żeby obie cię zniszczyły. Wiesz, że matka je z jej ręki. Musimy wspólnie odpierać ataki Adili na nasz dom. 

Nie wierzyłam w żadne jego słowo. Gotowa byłam jednak dalej z nim żyć, ponieważ sprawiało mi to dziwną ulgę, kiedy słyszałam, że źle mówi o Adili. Nie byłam też gotowa stawić samotnie czoło życiu. Ucieczka nie jest wyjściem. Odebrałby mi dzieci, wziąłby pieniądze. Mógłby mi też odebrać życie. Uświadomiłam sobie, że naszego małżeństwa nie podtrzymywało przy życiu uczucie, lecz skomplikowane zewnętrzne siły: moja miłość własna, obawa przed rodziną i społeczeństwem, strach przed utratą dzieci, a także mojego statusu kobiety zamężnej. Najważniejsza jednak w tym wszystkim była Adila, jeśli moje małżeństwo się rozpadnie, będzie to oznaczało jej zwycięstwo, a moją przegraną. Zadzwoniłam do matki i z odwagą zrodzoną z krańcowej rozpaczy oświadczyłam jej, że nie należy winić mojego męża za to, że moja siostra jest dziwką. Po tym oświadczeniu moje stosunki z matką zepsuły się kolejny raz. Matka zabrała Zarminę i Adilę i wyjechała z nimi do Hiszpanii, pragnęła, by jej najmłodsza córka znalazła się z dala od miejsca przestępstwa i doszła do siebie. W Hiszpanii moja matka kazała Zarminie opiekować się jej skrzywdzonym dzieckiem, podawać jej do łóżka śniadanie i zaspokajać wszystkie zachcianki, tak jakby była osobistą służącą. Ażeby uspokoić Adilę i sprowadzić jej myśli na inny tor, matka kupiła w Marbelli czternastoletniej dziewczynie kompletną wyprawę ślubną uzasadniając to tym, że Adila: "z powodu zdrady ma złamane serce. Jest taka młoda i wrażliwa, a on to wykorzystał". Zarmina rozmyślała nad niesprawiedliwością, jakiej doznawała, i płakała po cichu nad swoją, a także moją, ciężką dolą. 

Wybraliśmy się w podróż do Szardży w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Mustafa dopiero wtedy, gdy byliśmy w powietrzu, zawiadomił mnie, że odwiedzimy również Indie, żeby spotkać się z synem premier Indiry Gandhi, Rajivem. Zgodnie z pakistańskim prawem, sprzymierzanie się z Indiami było aktem zdrady, lecz Mustafa ani przez chwilę nie wierzył, że to, co robił, było niepatriotyczne. Traktował Hindusów jako środek prowadzący do celu i według niego współpraca z Indiami nie była zdradą, nazywał to "bhuttoizmem". W Szardży wieczór poprzedzający odlot do Delhi spędziliśmy w towarzystwie polityków z Partii Ludowej, którzy nie wiedzieli nic o naszej potajemnej misji. Mustafa popełnił błąd i łamiąc zasady bezpieczeństwa wspomniał, że następnego dnia udajemy się do Delhi. Jeden z polityków wyraził także pragnienie wizyty, powiedział jednak, że nie ma wizy. Zdziwiłam się, gdy Mustafa zaczął się przechwalać, że może to "załatwić". Gdy przybyliśmy na lotnisko w Delhi, oficerowie wywiadu szybko nas przepuścili, ale zatrzymali naszego przyjaciela. Razem z nami była na pokładzie pewna znana dziennikarka z Indii i incydent ten bardzo ją zdziwił. Chciała wiedzieć, jak my dostaliśmy się tam bez wiz. Jakim to pakistańskim politykiem jest Mustafa? Kogo on reprezentuje? Jak rząd hinduski mógł na to pozwolić? Ten niepożądany rozgłos nie spodobał się naszemu gospodarzowi. Gdy Rajiv Gandhi dowiedział się o incydencie na lotnisku, odmówił spotkania z Mustafą. W uprzejmych, aczkolwiek zdecydowanych słowach wyjaśnił w liście, że nasza potajemna wizyta mogłaby mieć niebezpieczne reperkusje, gdyby nadało jej się rozgłos.
Zdradzieckie kontakty nawiązywane były jednak w Anglii i Mustafie udało się bez mojej wiedzy zaaranżować spotkanie z samą panią premier Indirą Gandhi! W tym czasie zaszłam w ciążę po raz czwarty. Mustafa znowu wyjechał do Indii, a ja byłam w szóstym miesiącu ciąży, gdy dowiedziałam się od znajomej, że moja siedemnastoletnia siostra Zarmina wychodzi za mąż za Riaza Quraishi, syna nababa Sadika Hussaina Quraishi. Przykro mi było, że taką ważną wiadomość otrzymałam przez osobę trzecią. Wtargnięcie w nasze życie Mustafy spowodowało niesnaski w rodzinie i matka nie życzyła sobie, żeby wspominano w domu moje imię. Wiedziałam, że Mustafie ten związek nie spodoba się. Ojciec Riaza był gubernatorem Pendżabu w czasie, gdy Mustafa był jego głównym komisarzem. Został on przez Bhutto mianowany następcą Mustafy po tym, jak ci dwaj się poróżnili. Sadik Quraishi po przewrocie Zii wycofał się z polityki i zajął interesami, otrzymawszy w Pakistanie przedstawicielstwo Pepsi Co. Jego rodzina była bardzo konserwatywna, mężczyźni spełniali wszystkie zachcianki swych żon i dla Zarminy, dla której poza modą, ubraniami i biżuterią nic innego nie istniało, to małżeństwo było bardzo korzystne. Zanim przyjęła oświadczyny Riaza, widziała go tylko raz, na rodzinnej herbatce, a potem rozmawiali tylko krótko przez telefon. Riaz odwiedził Londyn w okresie ich narzeczeństwa, ale nie pozwolono młodym spędzić ani chwili razem bez przyzwoitki. Bardzo się cieszyłam z powodu szczęścia Zarminy, wiedziałam, że jej modlitwy zostały wysłuchane. Zarmina była dzieckiem szczęścia, mimo że nasza matka faworyzowała te swoje dzieci, które miały jasną skórę. W domu, w którym siostrami jej były piękna i uduchowiona Minoo i przebiegła Adila, otwarcie nazywano ją "Kopciuszkiem". Usługiwanie Adili było dla niej męką i upokorzeniem, małżeństwo miało ją z tego wyzwolić. 

Narzeczony wraz z krewnymi przyjeżdżali na to uroczyste wydarzenie do Londynu. Byłyśmy z Zarminą bardzo sobie bliskie i marzyłam, żeby być razem z nimi. Śpiewać, tańczyć i dzielić jej szczęście. Nie zostałam jednak zaproszona. W ciągu tygodnia poprzedzającego ślub wyobrażałam sobie Zarminę w ślubnym stroju i próbowałam zobaczyć oczami wyobraźni wszystkie te podniecające wydarzenia, które miały być jej udziałem. Z zadumy wyrwał mnie dzwonek telefonu. Gdy podniosłam słuchawkę, nikt się nie odezwał. Zaczęłam się przysłuchiwać i usłyszałam w tle weselne pieśni oraz uderzenia dholki, srebrnej łyżeczki używanej jako pałeczka bębna dla zaakcentowania rytmu muzyki. Usłyszałam śmiech.
- Kto to? Kto tam jest? - spytałam. 
Odpowiedziała mi martwa cisza. Potem telefon się wyłączył. Rozpoczęła się szatańska zabawa: ktoś, wykorzystując moje osamotnienie, naigrywał się z mojego upokorzenia. W miarę jak zbliżał się ślub, telefony były coraz częstsze. Za każdym razem, gdy usłyszałam jego dzwonek, wzdragałam się przed odebraniem, ale w końcu to robiłam. "Kto do tego stopnia mnie nienawidził, żeby to robić? Adila?" - zastanawiałam się. Wysłałam na ślub w roli swojego szpiega jedną z moich przyjaciółek. Chciałam, żeby moja siostra wiedziała, że mimo wymuszonej na mnie nieobecności, kocham ją i zawsze będę się modlić o jej szczęście, więc przesłałam jej list. Moja przyjaciółka opowiedziała mi po powrocie, że Zarmina płakała nad nim. Moja wysłanniczka pokazała mi zdjęcia Zarminy we wspaniałej sukni ze srebrnego jedwabiu. Materiał wyszywany był srebrem i turkusami, w świetle flesza połyskiwała brylantowa biżuteria. Gdy oglądałam zdjęcia, płakałam: moja mała siostrzyczka z Kopciuszka zamieniła się w księżniczkę, a ja pozostałam samotna. 

Gdy Mustafa wrócił, opowiedziałam mu o okrutnych tajemniczych telefonach, ale on mnie zbył mówiąc, że to tylko moje urojenia. Chcąc odwrócić moją uwagę, pokazał stroje, które mi kupił, i zaczął opowiadać najświeższe wiadomości. Spotkał się z Indirą Gandhi. Tak samo lekko traktował ten akt zdrady jak moje dziwne telefony. Według niego Indie były tradycyjnym wrogiem Pakistanu Zii, ale nie nowego państwa, które właśnie się kształtowało. Podczas ich godzinnej rozmowy w rezydencji premiera w New Delhi, pani premier była bardzo przystępna i jasno przedstawiła swoje poglądy. Rozmawiali o egzekucji Bhutto i perspektywie odbudowy demokracji w Pakistanie. Premier Indii i żyjący na wygnaniu Lew Pendżabu próbowali analizować przyczyny wrogości między swoimi narodami i oboje doszli do wniosku, że to armia pakistańska jest zainteresowana utrzymaniem napięcia na granicy, aby wykazać swoją niezbędność. Mustafa był z siebie zadowolony. Dokonał śmiałego zwrotu w polityce kraju i uważał, że był to pierwszy etap wprowadzenia znaczących zmian w Pakistanie. Wielu ludzi podzielało przekonanie Mustafy, że to armia pakistańska była powodem naszych problemów. Zwolennicy tej teorii twierdzili, że wojskowi, zazdrośnie strzegący swoich wpływów i pieniędzy, zawsze mają podejrzliwy stosunek do demokracji. I rzeczywiście, patrząc z historycznego punktu widzenia, wojsko zawsze odgrywało wyraźnie interwencjonistyczną rolę w polityce Pakistanu. Mustafa wysuwał teorię, że ogromnym błędem Bhutto było to, że próbował współistnieć z wojskowymi. I to wojskowi faktycznie go odsunęli od władzy, a generał Zia wydał rozkaz jego egzekucji.
W Partii Ludowej zdania na ten temat były podzielone. Prawe jej skrzydło uznawało armię z wszystkimi jej brakami jako konieczną obronę przed zagrożeniem ze strony sąsiednich Indii. Jednak Mustafa wraz z wieloma innymi złapali wirusa anty wojskowości i pielęgnowali go w sobie. Tej dziwnej choroby dopełniała gorączka spowodowana przekonaniem, że należy zniszczyć armię pakistańską. Dopiero wtedy politycy będą mogli swobodnie zabrać się do przebudowywania wynaturzonego systemu. Ale w jaki sposób można było to zrobić? Mustafa i jego zwolennicy nie dysponowali, rzecz jasna, własnymi siłami zbrojnymi, zdecydowali się więc szukać pomocy w Indiach. Mustafa tak mnie indoktrynował, że ślepo przyjmowałam jego poglądy. Tak głęboko w nie wierzyłam, że na jakąkolwiek wzmiankę o armii pakistańskiej reagowałam odrazą i nienawiścią.
- Wojsko pożera skąpe zasoby surowców Pakistanu, które inaczej skierowane by zostały do przemysłu - przekonywał mnie Mustafa. - Ludzie z tego powodu są biedni. Powstrzymuje to rozwój demokracji. 
Nie oznaczało to nic innego jak tylko zamiar wzniecenia kolejnej wojny między Indiami a Pakistanem. Mustafa był przekonany, że kiedy Indie wygrają już wojnę z Pakistanem, cofną się poza granice i pozwolą cywilom dalej rządzić naszym krajem. Nie wierzył, by Indie chciały hegemonii nad Pakistanem. Ten kraj także potrzebował swoich cennych surowców dla przemysłu, bez niepotrzebnego wydawania ogromnych sum na obronę przed naszymi siłami zbrojnymi.
Indira Gandhi ostrzegała Mustafę:
- Będziemy musieli zniszczyć i upokorzyć waszą armię. Dopiero wtedy nasze kraje będą mogły żyć w harmonii i dopiero wtedy będziecie mogli mieć nadzieję na przywrócenie rządów prawa w waszym kraju. 
Mustafa mi to wszystko relacjonował, patrząc na mnie dumnym wzrokiem męża stanu.
- To, co mam zamiar zrobić, zostanie zrozumiane niewłaściwie - przyznał. - Pakistańczycy są narodem niepiśmiennym, mają sztywne poglądy i nie potrafią patrzeć przyszłościowo. Dla nich Indie są wrogiem numer jeden. Nie zdają sobie sprawy z tego, że ich rzeczywistym wrogiem jest armia, to ona pozbawia ich lepszej przyszłości. Ale to jest różnica pomiędzy przywódcą a tymi, którym on przewodzi. Mój plan jest planem długoterminowym i dotyczy naszej przyszłości oraz przyszłości naszych dzieci. Elita tego nie zrozumie. Będą przeciwni temu planowi jako zbytnio radykalnemu. Wiedzą, że nie zatrzymamy się na armii, że oni też będą musieli oddać swoje nieuczciwie zdobyte majątki. Reformy będą rozległe, zniszczenie armii jest tylko pierwszym krokiem! - Zniżył głos i dodał: - To niebezpieczna tajemnica.




Krótko po powrocie z Indii Mustafa podrzucił mi następną bombę, tym razem bardziej osobistej natury. Zaczęły nas mianowicie zalewać dziwne telefony od jakiejś nieznanej osoby, która chciała mówić tylko z Mustafą. Wydawało mi się to dziecinadą.
- Jesteś starym człowiekiem, Mustafa - mówiłam. - Spoważniej w końcu. 
Wtedy "wyznał" mi, że hinduska bogini filmu, Zeenat Aman, zakochała się w nim do szaleństwa i chce wyjść za niego za mąż. Poznali się w czasie jego podróży do New Delhi. Mustafa opowiedział mi z ledwie ukrywaną dumą, że ona go prześladuje i nie daje mu żyć. Powiedział, że te telefony były od niej i narzekał, że zaczynają go one męczyć. Ale jego rozmowy, jeśli w ogóle były prowadzone z Zeenat Aman, nie wskazywały na to, że próbował się jej pozbyć. Weszłam podczas jednej z nich do pokoju i usłyszałam, jak Mustafa ryczy:
- Jeśli ten człowiek jeszcze raz na ciebie spojrzy, zabiję was oboje. 
Uświadomił sobie, że to słyszałam i szybko odwiesił słuchawkę. Był zakłopotany.
- A więc tak wygląda prześladowanie? - zapytałam drwiącym tonem. - Bardziej mi to przypomina zachowanie zazdrosnego kochanka. 
Miał wytłumaczenie na wszystko.  

- Wiedziałem, że słuchasz, słyszałem, jak szłaś - oznajmił mi. - Drażniłem się tylko z tobą, z nikim nie rozmawiałem.
Otworzył szeroko ramiona i uśmiechnął się do mnie leniwie.
- No, chodź tutaj - rozkazał łagodnie. 
Za kilka godzin znów poskarżył mi się, że Zeenat Aman mu się naprzykrza.
- Nie przyjmuje do świadomości mojej odmowy - powiedział. - Chce za mnie wyjść. Co mam robić? Takie pytanie zadawać własnej żonie! Znowu przybrałam drwiący ton.
- Mustafa - zaczęłam go pouczać - musisz dotrzymać danego słowa. Albo jej, albo mnie. Jeśli ja oraz dwoje naszych dzieci, jak również dziecko w moim łonie, nie jesteśmy dla ciebie ważni, to wydaje mi się, że powinieneś nas opuścić. Jeśli czujesz, że twoje zobowiązania w stosunku do Zeenat Aman są bardziej święte od tego, co cię łączy ze mną, idź do niej. Ale proszę cię, bądź raz lojalny w stosunku do kogoś, kogokolwiek, nawet innej kobiety.
- Nigdy nie opuściłbym ciebie i dzieci - przysięgał. - Kocham je. Kocham ciebie. Umarłbym bez was.






CDN. 

środa, 5 kwietnia 2017

HISZPANIE SIĘ OBUDZILI...

PO PONAD SIEDEMDZIESIĘCIU LATACH

Z ROZDZIAWIONĄ GĘBĄ I MINĄ BŁAZNA


"WILK Z KRWAWĄ PASZCZĄ, WIECZNIE MORDU GŁODNY, CO SIĘ POD ZNAKIEM KRZYŻA ZAWSZE CHOWA, KRZYŻ SPLUGAWIONY ZNÓW WEŹMIE ZA GODŁO, POCZNIE NARODY POŻERAĆ DOKOŁA. KRWAWE SWE ŚLEPIA KU WSCHODOWI ZWRÓCI (...) WILK Z KRWAWĄ PASZCZĄ, ZEWSZĄD OSACZONY, CHOĆ WSZYSTKIM GROZIŁ, DOOKOŁA ŚCIŚNIĘTY, PRÓŻNO SIĘ MIOTAĆ BĘDZIE JAK SZALONY, W BITWIE NAD RZEKĄ W PIEŃ BĘDZIE WYCIĘTY (...) POKÓJ SIĘ BOŻY USTALI W WARSZAWIE. WIELKA W PRZYMIERZACH, BOGACTWA I SŁAWIE - POLSKA KU MORZOM GRANICAMI SIĘGNIE (...) NIECH SIĘ TWÓJ NARÓD BURZY NIE ULĘKNIE, GDY BOGU UFA TO W GROMACH NIE PĘKNIE. RĘKA GO BOŻA PRZYWIEDZIE WŚRÓD NOCY I ZANIM NADEJDĄ DNI LATA GORĄCE - W PROCH ZETRZE WROGÓW I WYJDZIE SŁOŃCE"

FRAGMENT PRZEPOWIEDNI BISKUPA
 JANA CIEPLAKA 
NA TEMAT NIEMIEC I POLSKI z 1888 r.


"Z POKOLEŃ TRUDU, Z OFIARNEJ KRWI
ZWYCIĘSKIEJ CHWAŁY, NADCHODZĄ DNI
DOPOMÓŻ BOŻE I WYTRWAĆ DAJ
TU NASZE MIEJSCE - TO NASZ KRAJ!"




Piękna, wierszowana przepowiednia biskupa wileńskiego - Jana Cieplaka, której miał doświadczyć w 1888 r. przepowiadając wybuch I Wojny Światowej ("Gdy od tej chwili ćwierć wieku przeminie, świat się pożogą zrumieni i rzeka krwi się przeleje"), oraz odrodzenie Polski ("a z łun tych pożarów Polska wyjdzie wolna, mąż ją wywiedzie Pomazaniec Boży"). W zasadzie to tytuł tego posta powinien brzmieć: "Bóg jest wielki", gdyż taki pierwotnie miałem zamiar, biorąc pod uwagę niesamowitość naszego istnienia i otaczającej nas rzeczywistości. Chwila, którą żyliśmy jeszcze wczoraj, dziś zupełnie straciła na znaczeniu, zastąpiona przez kolejne chwile i etapy naszego życia. Ostatnio, gdy wracałem do domu, wprowadzając auto do garażu, nadeszła mnie taka myśl - Boże, jakie to nasze życie jest niesamowite, bo choć nie gwarantuje nam ono stabilizacji na tym świecie, to wszystko co nas otacza, dosłownie WSZYSTKO przemawia za tym, iż jest ono jedynie etapem, pewnego rodzaju wyrwaną z całości jednostajną cząstką, która ma nas jednocześnie przekonać że jest wyjątkowa i niepowtarzalna - choć wszystko temu dokoła przeczy, tylko my, głusi ślepcy - zafascynowani ową cząstką  nie dostrzegamy tego. Wielokrotnie już pisałem na tym forum o potędze ludzkiego umysłu, choć tak naprawdę jest to też pewnego rodzaju uproszczenie, bowiem to nie jest "umysł ludzki", a boża cząstka, która jest w nas. To ona jest odpowiedzialna za kierunek naszego żywota, a także naszego jestestwa. Człowiek jest tylko kroplą Bożej Miłości, ale tak kropla wystarczy, abyśmy tu, za życia, w tym naszym niepowtarzalnym i wyjątkowym świecie, który często uważamy za ostateczny. Bez Boga nie ma człowieka, nie ma życia, nie ma nic.

Niekiedy łapię się też, że choć opisuję i uświadamiam o pewnych procesach, których doświadczamy, a których możemy uniknąć lub je całkowicie zmienić na własną korzyść - to często po każdej takiej sytuacji zachowuję się jak uczniak, który zdziwiony cieszy się że dostał kolejną dobrą ocenę, choć w ogóle się jej nie spodziewał. Tak właśnie było (po raz kolejny) w moim przypadku. Od kilku miesięcy oczekiwałem bowiem na rozliczenie, w związku z wykonaną usługą (transportową) dla pewnej firmy, która co jakiś czas tłumaczyła że pieniądze wkrótce wyśle, lecz wpłaty nie napływały - miesiąc w miesiąc. Kolejne telefony, kończyły się w zasadzie tak samo, obiecywali zapłacić całą sumę, wysyłając jakieś drobne kwoty na załagodzenie owej "niefortunnej" sytuacji. I ta sprawa ciągnęła się przez kilka miesięcy (dokładnie od stycznia). Pieniądze nie wpływały, a ja przecież musiałem opłacić pracowników, bo nikt nie pracuje za darmo i nikogo nie interesują twoje problemy z kontrahentami. Ale dosłownie przedwczoraj, gdy uświadomiłem sobie że te pieniądze bardzo by mi się przydały, ale w taki sposób że one są, już są (choć ich przecież nie było), i co się stało? Nie uwierzycie, po trzech miesiącach zwłoki, właśnie dziś nastąpiła wpłata całej sumy - niesamowite, choć to wcale nie był pierwszy taki przypadek. Niekiedy tak sobie żartuję, że gdybym chciał, to mógłbym to wszystko rzucić w cholerę (ta branża niekiedy potrafi podnieść ciśnienie) i żyć z dnia na dzień, a i tak miałbym wszystko, cokolwiek byłoby mi potrzebne do przeżycia (bez pracy i bez większego wysiłku, choć ja tak nie umiem, ale sądzę że to nie tylko jest możliwe, ale wręcz pewne. Wszystko bowiem zależy od... naszej głowy, naszego umysłu i naszych myśli, które sformułowane w odpowiedni sposób, samoczynnie powodują że przejście przez ten świat jest niezwykle, wręcz bajecznie proste.

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to wszystko nie jest częścią li tylko moich myśli, bo bez Boga nie miałbym szans aby to osiągnąć (pewnie coś tam bym uzyskał, ale to i tak wcześniej czy później by się rozpłynęło). Bóg jest bowiem częścią nas samych, ale... ważna też jest wiara. Podam przykład, moja ciotka, która mieszka na Pomorzu, jest osobą niezwykle religijną, wręcz dewotyczną. Obecnie ma już 88 lat i jeszcze kilka lat temu biegała do kościoła... trzy razy dziennie (rano, po południu i wieczorem), dziś już jednak, z powodu postępującej starości, ograniczyła te wizyty do trzech, czterech w tygodniu. Ale jest to kobieta niezwykle odporna, wciąż świetnie chodzi, wzrok ma nie najgorszy (choć oczywiście używa okularów) i praktycznie przez całe życie, odkąd pamiętam, nie widziałem aby wspomagała się jakimiś medykamentami, do lekarza także w ogóle nie chodzi. Co jej daje siłę? Kiedyś ją o to zapytałem, a ona odpowiedziała że siłę daje jej bezpośrednio Bóg - "Siłę czerpię od Boga" - tak mi powiedziała. Kiedyś mnie to śmieszyło, a nawet wydawało mi się to nieprawdopodobne, ale od ładnych kilku lat (będzie już chyba z 11 lat w moim przypadku), odkąd uświadomiłem sobie pewne procesy, jakie otaczają świat i mnie osobiście i tego jak niezwykłymi istotami jesteśmy - przestało mnie to dziwić (przynajmniej teoretycznie, bo jak widać chwalić się też lubię). Tak jak w Biblii zapisane są słowa Jezusa: "Dlaczego zwątpiłeś, człowieku małej wiary" i "Czemu bojaźliwi jesteście (ludzie) małej wiary", tak też wiara w niezwykłość Bożej Wszechmocy, jest kwintesencją rodzaju naszego żywota na tym "łez padole".

Oczywiście dotyczy to tak samo jednostek, jak i np. państw czy narodów. W wielu poprzednich przepowiedniach, które tutaj umieściłem, prezentowałem co na temat przyszłości mówią najsławniejsi jasnowidze, a także osoby, którym dane było ujrzeć przyszłe wydarzenia. Wszyscy zgodnie twierdza, że teraz Boże Miłosierdzie spadnie na Europę Wschodnią, ze szczególnym uwzględnieniem Polski. Myśmy już swoje wycierpieli, czara doświadczeń goryczy, bólu i cierpienia, jakich doznali nasi przodkowie na tej ziemi z rąk obcych okupantów, wypełniła się po brzegi. Przyszłość będzie należeć do Polski, co zresztą już widać gołym okiem i nie trzeba ku temu żadnych specjalnych przepowiedni. Rośniemy moi mili, rośniemy w siłę, potęgę, stajemy się (prócz innych państw Środkowej Europy) najbardziej bezpiecznym i stabilnym krajem w całej Europie. To do nas migruje coraz częściej europejski biznes, to do nas uciekają Europejczycy z Niemiec, Francji, Anglii, a wkrótce ten proceder znacznie przyspieszy i dołączą inne kraje, dziś doświadczone setkami tysięcy muzułmańskich migrantów. Oto kilka dowodów:

Marc Peter, Francuz: "Ostre zamieszki, tzw. bunt przedmieść z 2005 roku, uświadomił nam, że Francja to już nie jest kraj bezpieczny - podjęliśmy decyzję, by wyjechać do Polski. Już wtedy uważałem, że jeszcze kilka lat i dla mojej ojczyzny nadejdą trudne czasy. To, co stało się w styczniu w redakcji "Charlie Hebdo", to, co wydarzyło się w piątek, to jest wojna. Francji, którą pamiętam sprzed 40 lat już nie ma. Dlatego wcale nie mam ochoty tam wracać, raczej myślę o tym, by moje dzieci przyjechały do Polski. W Paryżu trwa stan wyjątkowy (...) We Francji jest już blisko 10 mln muzułmanów. Trudno mówić o integracji. Proporcje zachwiały się, bywa, że to Francuzi muszą dostosować się do tych, którzy są w naszym kraju gośćmi. Pierwsza taka sytuacja od 1968 roku! Ulice pełne żołnierzy, skąpane we krwi! - to dla Francuzów abstrakcja. To już nie Paryż, to Bejrut. Francuzi, ale i Europejczycy w ogóle muszą dziś być przygotowani na wojnę. Ale my nie jesteśmy na to gotowi, bo za dobrze nam się żyje. A tymczasem po przeciwnej stronie barykady stoją fanatycy, którzy nie boją się dla ojczyzny oddać życie" Oto cały artykuł: "Francji już nie ma"    



 FRANCUZ I ANGLIK: "ZACHÓD UMARŁ"



FRANCUZ: 
"MAM SZCZĘŚCIE W POLSCE 
ŻYĆ W NORMALNYM KRAJU"



FRANCUZ: "FRANCJA JUŻ NIE ŻYJE"




Ale wracając do sedna tego tematu, ostatnio w lewackiej prasie hiszpańskiej "El Pais", pojawił się artykuł na temat ujawnionej w styczniu przez Instytut Pamięci Narodowej, listy wszystkich 9 tys. esesmanów, pełniących służbę w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. Ku przerażeniu pracowników tej gazety (a raczej propagandowego ścieku), okazuje się że wszyscy oni byli o zgrozo... Niemcami. Jak to możliwe, aby w niemieckim obozie zagłady strażnikami byli Niemcy, przecież to nie logiczne - prawda? W małych rozumkach pracowników owego szmatławca, nijak nie godzi się połączyć tych dwóch oczywistości, bo przecież oni mieli już ideologiczną odpowiedź na to pytanie - strażnikami oczywiście w ogromnej większości powinni być Polacy, bowiem powszechnie wiadomo w całej Europie (a lewica tradycyjnie rozpowszechnia te kłamstwa, w które potem sama wierzy - notabene, uwierzyć we własną propagandę to jest już upadek totalny), że Polacy to antysemici i "wyssali antysemityzm z mlekiem matki", oraz że nie nic innego nie robili podczas wojny, tylko polowali na ukrywających się (zapewne u Niemców, no bo gdzie?) Żydów. Ci biedni Niemcy, z narażeniem życia ukrywali Żydów przed Polakami, którzy nocami wypełzali ze swych nor na krwawe gody. Nic dziwnego że Hitler napadł na Polskę, musiał przecież ratować zagrożoną przed krwiożerczymi Polakami, tutejszą społeczność żydowską. Co prawda mu się to nie udało, bowiem Polacy i tak zmusili biednych Niemców, do zbudowania obozów koncentracyjnych, do których zaganiali Żydów z całej Polski (a nawet z Europy - a co? jak szaleć to szaleć), choć oczywiście biedni Niemcy nie mogli tego psychicznie znieść i postanowili się wykrwawiać na froncie, zaś władzę nad obozami przekazali w ręce Polaków. I to jest dobra koncepcja, bowiem jest prawda czasu i prawda ekranu, prawda?

Kto dziś zna prawdę? Kto pamięta tamte czasy? Ci ludzie już wymierają, więc bez przeszkód można pisać historię na nowo, polewając ją ogromną ilością propagandowego lewackiego sosu. Przecież Gross stwierdził już jaka była prawda, Polacy mordowali Żydów, koniec kropka i nie ma co drążyć tematu, nie ma co docierać do źródeł (prawdy), bowiem jeśli fakty nie pasują do naszej narracji, tym gorzej dla faktów. Swoją drogą nie wstydzą się te lewackie szuje wypisywać takich kłamstw i jeszcze codziennie rano przeglądać się w lustrze. Czy oni nie wiedzą że prawda zawsze - ZAWSZE wychodzi na jaw? Wcześniej czy później każde kłamstwo zostaje obalone. Przez 50 lat Rosjanie zaprzeczali, jakoby to oni wymordowali ponad 22 tys. polskich oficerów w Katyniu (i innych miejscach masowych mordów), ale w końcu prawda wyszła na jaw i przyznał się do tego sam przywódca Rosji - Borys Jelcyn w 1990 r. Dziś polityka znów odgrywa dużą rolę. Polska zaś jest ponownie zawalidrogą, Polska szkodzi. Nie przyjmuje imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, co przecież było z góry ustalone, jeszcze przed ową inwazją z 2015 r. (Niemcy zamierzali zostawić u siebie najbardziej produktywnych spośród nich, zaś całą resztę tego barachła odesłać do takich krajów jak Polska czy Węgry, ale ponieważ państwa te powiedziały głośne: "Nie", Niemcy zostały z ręką w nocniku, a wkrótce dojdzie tam do rzezi. Śmiechu warte). Nie godzi się też na rolę półkolonii, jaka została nam wyznaczona przez kraje tzw.: Zachodu, a zaczyna snuć jakieś (bardzo niebezpieczne dla Niemiec, Francji i Rosji) mrzonki o jakimś tam Międzymorzu, którego urzeczywistnienie spowodowałoby realne wywrócenie geopolitycznego stolika do góry nogami, i marginalizację takich krajów jak Niemcy, Rosja czy nawet Europa Zachodnia, która wkrótce stanie się Eur-Arabią. 

Po za tym są jeszcze bardzo wpływowe organizacje żydowskie, które domagają się pieniędzy za - uwaga, uwaga - mienie pożydowskie, pozostawione w Polsce. I nie chodzi tutaj o to, że Polska odmawia zwrotu przedwojennych własności (często chodzi o nieruchomości) odebrane przez Niemców ich prawowitym, żydowskim właścicielom, bowiem ci, którzy udowodnili swoje pokrewieństwo z dawnymi właścicielami owych kamienic, czy pałacyków - już je odzyskali. Bój teraz toczy się o te nieruchomości, co do których nie ma już właścicieli, oraz nie pozostawili po sobie potomków. Wpływowe organizacje żydowskie uważają, że mimo wszystko to one powinny zostać właścicielami tych majątków (lub ekwiwalentu pieniężnego). A ja się pytam - z jakiej to takiej parady? Dlaczego jakieś żydowskie organizacje, które pragną się wzbogacić kosztem swoich pomordowanych współbraci - które nie istniały w czasie, gdy Niemcy dokonywali rzezi na Żydach i ukrywających ich Polakach, mają prawo czegokolwiek żądać. Przecież za prawdę, ci ludzie nie byli obywatelami państwa Izrael, który wówczas nie istniał. To byli obywatele polscy, oni mówili i częstokroć myśleli po polsku (o czym świadczy chociażby fakt, że to polscy Żydzi zbudowali Izrael, a w pierwszych knesetach mówiono tylko po polsku, bowiem większość Żydów nie znała żadnego innego języka). Kto pamięta o Polakach, pomordowanych za ukrywanie Żydów - a przecież aby zorganizować schronienie dla jednego Żyda, musiało w to się włączyć kilka, a często kilkanaście osób - Polaków, którzy według lewaków Europy i USA (oraz tych z "El Pais") wyssali antysemityzm z mlekiem matki. Na tych ziemiach nie było krwawych rozruchów nigdy, zawsze tutaj był jakiś taki większy spokój niż w Europie Zachodnie, i to począwszy od wojen religijnych (w Rzeczpospolitej też się spierali katolicy z protestantami i prawosławnymi, ale nigdy nie doszło do wojen religijnych, co wielokrotnie miało miejsce na Zachodzie Europy i w samych Niemczech. 

Polska zawsze była rajem dla Żydów, od wieków społeczność żydowska była najliczniej zgromadzona właśnie w Polsce. Czy gdyby rzeczywiście Polacy byli antysemitami, Żydzi pozostali by tutaj tak długo, uważając Polskę za swój kraj odpoczynku? (Po-lin po hebrajsku oznacza "Tu spocznij"). Ale te czasy niewdzięczności i kłamstw już powoli mijają, zaczyna się okres potężnego wzrostu pozycji Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej - czyli Międzymorza, kosztem państw nieodpowiedzialnych, takich jak Niemcy czy Francja, które to same zgotowały sobie i swoim obywatelom ten tragiczny los. Przyszłość wiele zmieni, mam nadzieję że jeszcze uda mi się ujrzeć to na własne oczy, bo co do faktu że tak się właśnie stanie nie mam najmniejszych złudzeń - podobnie jak nie miałem złudzeń że otrzymam zaległe pieniądze, którymi obdarzył mnie Bóg. Także Polsko - ufaj Bogu, trwaj przy Bogu a wielkość cię nie ominie. I narodzi się wreszcie ma wymarzona Nowa Jagiellonia - Rzeczpospolita Międzymorska, która będzie: "przygarniać, chronić, nieść pomoc". 



"Wy Polacy macie do nas Niemców żal, bośmy was skrzywdzili. Macie rację. Ale przez to wyście już wszystko odpokutowali. Na nas, Niemców, przyjdzie jeszcze pokuta. Wy możecie czuć się spokojni"

niemiecka mistyczka Teresa Neumann


"Wy, Polacy, przez ucisk niniejszy oczyszczeni i miłością wspólną silni, nie tylko będziecie się wzajem wspomagali, ale nadto poniesiecie ratunek innym narodom i ludom, nawet wam niegdyś wrogim"

ksiądz Bronisław Markiewicz
      
"Polska tym razem zostanie oszczędzona. Ona będzie jedynym państwem, które ze światowego kataklizmu wyjdzie silniejsze, potężniejsze i wspanialsze. Od Polski zależeć będzie przyszłość Europy. Obdarzy ona braterstwem wszystkie narody świata. Ona będzie przygarniać, chronić, nieść pomoc"

Trzecia Tajemnica Fatimska

"Polska stanie się mocarstwem europejskim, a granice państwa sięgać będą za Kijów, Czerkasy, Odessę. Granica zachodnia utrzyma się na Odrze i Nysie. Polska będzie ustalać podział świata na strefy wpływów. Republiki poradzieckie będą ubiegać się o przynależność do państwa polskiego"
 Marian Węcławek - prorok z Leszna


"Polska będzie źródłem nowego prawa na świecie, zostanie tak uhonorowana wysoko, jak żaden kraj w Europie. (...) Polsce będą się kłaniać narody Europy. (...) Do nas będą przyjeżdżać inni, aby żyć tutaj i szczycić się tym. Nadchodzi czas Polski i upadku jej wrogów (...) Niech Polacy z całego świata wracają nad Wisłę. Tu się im nic nie stanie"

ojciec Czesław Klimuszko







wtorek, 4 kwietnia 2017

CHRZEŚCIJANIE I ŻYDZI - Cz. XVII

CZYLI JAK DOSZŁO DO PODZIAŁU?






PODSUMOWANIE ŻYDOWSKIEJ

KULTURY I TRADYCJI RELIGIJNEJ

Cz. II






Kim byli Hebrajczycy? Zarówno Tora jak i Biblia mówią nam że protoplastą tego ludu był niejaki Abram "wywodzący się z Ur chaldejskiego". I na początku już mamy pierwszą nieścisłość, bowiem Ur, chaldejskim stało się dopiero na przełomie VII i VI wieku p.n.e. czyli w czasach o ponad 1000 lat późniejszych, od okresu życia i działalności niejakiego Abrama (który do tradycji religijnej przeszedł jako Abraham). Po pierwsze więc, Ur nie mogło być w czasach życia Abrama (różnie się datuje ten okres, ale za najbardziej pewny według mnie można przyjąć XIX wiek p.n.e.) chaldejskim, bowiem w tym okresie to plemię było zupełnie nieistotne z punktu widzenia politycznego. Natomiast z czasach, gdy Chaldejczycy zdobyli już władzę nad Babilonią, Ur stało się wioską mającą lata świetności dawno za sobą. Już w czasach życia Abrama/Abrahama Ur nic nie znaczyło na politycznej mapie Mezopotamii (co raczej przemawia za poparciem tezy, iż Abraham - protoplasta narodu żydowskiego, wyszedł właśnie z tego miasta, gdyż gdyby było inaczej to o Ur by nie wspominano, ze względu właśnie na jego już wówczas nic nie znaczącą rolę w Babilonii). Należy też pamiętać, że Żydzi nie byli jednorodnym narodem, a raczej zbieraniną najróżniejszych koczowników, uciekinierów i rozbójników, którzy migrowali na tereny Kanaanu i którzy byli tam nazywani zbiorczą nazwą "Habiru" (lub "Apiru") - czyli "pokryci piaskiem". Inną ich nazwą, jaką stosowali mieszkańcy miast Kanaanu na ich określenie, było - "Szosu" Na steli faraona Totmesa III zostaje wymienione owo plemię (lub raczej grupa plemion), w których skład wchodzi mniejsze plemię pod nazwą JHW, które utożsamia się z biblijną nazwą "Synowie Izraela".

Najprawdopodobniej owi "Apiru" czy "Szosu", to byli koczownicy, pędzący swe stada ze Wschodu na Zachód, do Kanaanu, ale część z nich mogła pełnić funkcję najemnych żołnierzy, wynajmowanych do obrony poszczególnych władców. Kilku z nich stało się sławnych, jako że zbuntowali się przeciwko swym panom i opanowali ich siedziby (jak choćby niejaki Labaja - "pokryty piaskiem", który opanował Sychem i następnie oddał to miasto w ręce Habiru, czyli innych "pokrytych piaskiem". Być może (nie ma co do tego pewności) plemię JHW, było tym, które wyszło pod przywództwem owego Abrama z sumeryjskiego Ur, a należy pamiętać że Sumerowie byli mocno genetycznie związani z aryjską ludnością słowiańską, która zasiedliła w tym czasie północną Europę. Można więc na dobrą sprawę zaryzykować takie stwierdzenie, że przybywający do Kanaanu z sumeryjskiego Ur - Abraham, był... Słowianinem, a przynajmniej mocno ze Słowianami spokrewnionym przedstawicielem ludu Sumerów (należy bowiem wiedzieć jeszcze o jednym - wśród potomków Lewiego - jednego z dwunastu synów Jakuba, który był wnukiem Abrahama - znaleziono w badanych szczątkach w ogromnej większości przedstawicieli słowiańskiej haplogrupy R1a1, i co ciekawe nie znaleziono ani jednego przedstawiciela haplogrupy I1 i I2). Można więc założyć że Abram i jego potomkowie (jeśli przyjąć że jest to imię konkretnego człowieka, a nie np. plemienia, które wyszło z Ur), byli mocno spokrewnieni ze Słowianami. 

Według Biblii ojcem Abrama był Terach, który: "służył cudzym bogom" jak zostało zapisane. Oznacza to bowiem, że pierwotną religią plemion Szosu był (jak już pisałem o tym w poprzedniej części) politeizm - wiara w wielu bogów. Prawdopodobnie głównym bogiem Abrama, jego ojca i rodziny był Nannar-Sin bóg księżyca (Abram miał prowadzić swe stada właśnie nocą, zresztą imię jego ojca - Terach - w języku aramejskim oznacza Księżyc). Wyjście Abrama z Ur, miało miejsce (najprawdopodobniej) w drugiej połowie XIX wieku p.n.e. (można pokusić się o jakąś bliższą chronologię - z wielu względów o których zbyt długo by pisać - jak choćby zapiski żydowskie - przyjąłem, że wyszedł on z miasta Ur ok. 1850-1840 r. p.n.e. A plemię Szosu lub JHW lub Abram lub Habiru lub po prostu Hebrajczycy, wyznawało wiarę w wielu bogów jeszcze w czasach faraona Totmesa III (lata jego panowania 1458-1425 p.n.e.), czyli czterysta lat po przybyciu Abrahama do Kanaanu, i zapewne również przez wiele wieków po śmierci Totmesa III. Głównie chodziło o triadę Moloch-Azazel-Jahwe, oraz silny kult kananejskiego boga Baala, a także Eliona ((którego opiece król kananejskiego Salemu powierza Abrama), nie wiadomo jednak kiedy nastąpiło zwycięstwo tego ostatniego (w Księdze Ozeasza jest zapisane: "W owym dniu - mówi Pan - powie do mnie: Mężu mój! I nigdy już nie powie do mnie Baalu mój" (Oz. 2, 18)".




Pozwolę sobie pominąć biblijne opowieści o Abrahamie, jego żonie Sarze i ich potomstwu, bo to są rzeczy dobrze opisane w Biblii, więc nie sądzę aby należało je jeszcze tutaj prezentować. Natomiast ciekawi mnie kwestia przybycia plemienia JHW do Egiptu za czasów biblijnego Józefa. Kiedy nastąpiło przybycie Hebrajczyków do Egiptu i na jakich się to odbyło zasadach? Uważam że biblijną relację o potomkach Abrahama (Izaaku-Jakubie-Józefie), należy brać z przymrożeniem oka, i nawet jeśli te postaci rzeczywiście istniały, to nie sądzę aby były spokrewnione ze sobą bezpośrednio. Bardziej prawdopodobne wydaje się, jakoby każda z tych osób była oddzielną postacią z własną historią, które to potem zostały połączone w jedno i przedstawione w formie rodu Protoplasty Izraela. Bez wątpienia tak należy to traktować, chociażby z tego powodu, że jeśli przyjmiemy początek eksodusu Hebrajczyków pod wodzą Józefa do Egiptu na ok. 1360 r. p.n.e. to wyjście pod wodzą Mojżesza musiało mieć miejsce za panowania faraona Merenptaha ok. 1210 r. p.n.e., najprawdopodobniej był to 1212 r. p.n.e. Czyli Hebrajczycy spędzili w Egipcie nie 430 lat, jak podaje Tora a za nią Biblia, lecz niecałe 150 lat. Przybycie Józefa nad Nil, miało więc miejsce za panowania faraona Amenhotepa III (biblijne "siedem lat tłustych", co może się odnosić do prosperity, jaką za panowania tego władcy przeżywał Egipt. Potem jednak nadeszło "siedem lat chudych" rozumianych oczywiście w cudzysłowie, czyli rządy jego syna - faraona Amenhotepa IV, zwanego również Echnatonem, który próbował wprowadzić solarny kult monoteistyczny, czym doprowadził do wybuchu - wspieranego przez kapłanów - buntu wojska i chłopów, a co za tym idzie walk wewnętrznych i upadku władzy i prestiżu Egiptu na arenie międzynarodowej). 

Najprawdopodobniej Józef był postacią historyczną (i gdyby nawet należał do rodu Abrahama, to nie mógł być jego prawnukiem, bowiem okres od migracji Abrahama do Kanaanu i przybycia Józefa do Egiptu, to prawie 500 lat). A jego szybki awans w dworskiej hierarchii Egiptu, symbolizował napływ wielu nowych przedstawicieli najróżniejszych ludów. Prześledźmy bowiem pokrótce panowanie owego Amenhotepa III (a raczej Nebmare Amenhotepa, jak brzmiała jego egipska nazwa). Był to władca który nie przepadał za prowadzeniem zdobywczych wojen, jak jego przodkowie, a raczej za spokojnym życiem i eksploatacją już istniejących bogactw. Wstąpił na tron ok .1390 r. p.n.e. (najprawdopodobniej w 1391 r. p.n.e.), po śmierci swego równie pokojowo nastawionego ojca - Totmesa IV (który prowadził tylko jedną wojnę w Syrii i jedną w Nubii, co w porównaniu z jego dziadkiem Totmesem III - 14 wojen w Syrii, prócz tego wiele mniejszych kampanii i dwie wojny z Nubią, nie licząc mnóstwa podróży inspekcyjnych po całym imperium, jest mizernym porównaniem), wielkiego podróżnika, który odbył podróż po swym imperium (ok. 1400 r. p.n.e.), zawarł trwały pokój i przymierze polityczno-wojskowe z władcą królestwa Mitanni - Artatamą I i poślubił jego córkę - Mutemwiję (Amenhotep III był właśnie synem tej pary). Spotkało się to z powszechnym oburzeniem, wręcz skandalem na dworze w Tebach, a szczególnie mocno sprzeciwił się małżeństwu z "heretyczką", arcykapłan świątyni Amona-Re, który starał się nakłonić władcę do poniechania takiego, w jego mniemaniu nierozważnego kroku, tłumacząc że co prawda jego dziad i ojciec (Amenhotep II), brali sobie kobiety z obcych krajów (które często dostawali w formie upominków lub danin), ale zapełniały on królewskie haremy, i nigdy ich nie poślubiali. Król jednak postawił na swoim i zagroził że odwoła arcykapłana ze stanowiska, jeśli ten wciąż będzie się upierał przy swoim.

     



Totmes IV panował zaledwie 10 lat (dokładnie 9 lat i 8 miesięcy). Syn, który objął po nim władzę miał lat ok. 9, był więc jeszcze dzieckiem. Wstępował na tron jako: "Jego Świątobliwość, Pan Dwóch Krajów - Dolnego i Górnego Egiptu, Pan Świata, Władca Nilu, Boskie Słońce, Potężny Byk" (czyli jego tytulatura była dokładnie taka sama jak jego przodków). W momencie jego intronizacji, wielka była potęga i znaczenie Egiptu w ówczesnym świecie. Był to wówczas najbogatszy i najpotężniejszy kraj we wschodniej części basenu Morza Śródziemnego. Po krwawych lekcjach, udzielanych przez jego poprzedników okolicznym podbitym ludom, które próbowały się buntować przy każdej zmianie władzy nad Nilem - tym razem w Azji panował spokój. Zbuntowała się za to Nubia, gdzie wyruszył młody faraon na czele swej armii i gdzie (po stłumieniu buntu) przebywał jeszcze przez dziesięć kolejnych lat, likwidując mniejsze bunty. Był to ostatni okres jego wojennych przygód, od ok. 1380 r. p.n.e. Amenhotep III aż do śmierci w 1353 r. p.n.e. nigdy już nie wyruszy w pole. Przez te niecałe trzydzieści lat, panował w Egipcie i na jego granicach, niczym niezmącony pokój i spokój. Faraon otaczał się nieprawdopodobnym luksusem w otoczeniu swej żony Wielkiej Małżonki Królewskiej - Teje i swych haremowych niewolnic. Prowadził też ożywioną korespondencję dyplomatyczną z władcami ościennych mocarstw (listy jego i jego syna zostały odnalezione w miejscowości Tell-el-Amarna w środkowym Egipcie i przeszły do historii jako "Listy z Amarny").

Na zachodnim brzegu Nilu, nieopodal Doliny Królowych w Tebach (w miejscowości zwanej dziś Malgatta), kazał wybudować dla siebie wspaniały pałac ze sztucznym stawem, po którym podróżował w otoczeniu swej małżonki i innych dworzan łodzią, zwaną: "Świetność Atona". W jego haremie było mnóstwo księżniczek z Mitanni, Babilonu, Syrii i Cylicji, a jego dwór stawał się prawdziwie kosmopolityczny. Prócz Teji, poślubił jeszcze dwie inne, mitannijskie księżniczki - Guluhipę i Taduhipę. Zapanowała również moda na azjatyckie (głównie mitannijskie lub syryjskie) stroje i fryzury. Egipcjanie, szczególnie ci spośród tebańskiej i memfickiej elity, zaczęli przyswajać azjatycką kulturę a nawet religię. Doszło do tego, że zwolennikami nowych, niezwykle popularnych kultów azjatyckich, byli nawet kapłani egipscy (jak choćby kapłani z Heliopolis, skonfliktowani z arcykapłanem Amona-Re z Teb). Zaczął on propagować coś na kształt dzisiejszego ekumenizmu, wychwalając atonizm mitannijski i ustawiając go na równi z dotychczasową wiarą Egipcjan. To właśnie wówczas położono podwaliny, pod przyszłą reformę religijną Amenhotepa IV Echnatona (który pragnąc obalić potęgę kleru tebańskiego, postanowił wprowadzić kult jednego boga - solarnego boga Atona), która miała miejsce ok. 1350 r. p.n.e. i trwała aż do śmierci Echnatona w 1336 r. p.n.e. I choć jego reforma znalazła uznanie w kręgach wielkich rodów i urzędników egipskich, to jednak bardzo nie spodobała się ona, przywiązanemu do tradycyjnych bogów, chłopstwu, które nie rozumiało, dlaczego odtąd mają czcić jakiegoś Atona, zamiast tych samych bogów, którym oddawali cześć ich ojcowie i dziadowie (od razu przypomina mi się tutaj zabawna sytuacja podczas nawracania na chrześcijaństwo Sasów przez Franków Karola Wielkiego. Gdy jeden z mających się poddać ceremonii chrztu, zapytał księdza gdzie trafi po śmierci jak przyjmie chrzest. Kapłan odpowiedział że pójdzie do Nieba i będzie obcował z Bogiem, a na pytanie czy ujrzy tam swych przodków i rodzinę, która chrztu przyjąć nie zdążyła, bo wcześniej zmarła, ksiądz odpowiedział ze oni wszyscy pójdą do piekła, na co ów mężczyzna odparł: "To ja wolę być razem z moimi przodkami" - i tak samo myśleli mieszkańcy Egiptu, którzy nie rozumieli i nie chcieli nowego kultu religijnego, który miał zastąpić ich dawne wierzenia), oraz oczywiście wojsko, nastawione niechętnie do panoszących się na dworze "Azjatów".




W tym właśnie czasie Egipt pogrążył się w wewnętrznym kryzysie religijnym, który ciążył nad państwem jeszcze długie lata, a jednocześnie utracił ziemie i wpływy w Syrii i Palestynie. Utrata azjatyckich prowincji, to był również poważny cios finansowy dla Egiptu, a w Dolinie Nilu zapanował nawet głód (biblijne tzw: "siedem lat chudych"). Pod koniec swego panowania, Echnaton został praktycznie sam, opuścili go wszyscy dotychczasowi zwolennicy, nawet jego żona - Nefretete (która zdradzała go w jego własnym pałacu, noszącym prowokacyjną nazwę - "Twierdza Atona"). I to jest właśnie owa biblijna epoka Józefa i Hebrajczyków w Egipcie, gdy najpierw czekało ich "siedem lat tłustych" - jeszcze za życia Amenhotepa III i  następnie "siedem lat chudych" za panowania Echnatona. A potem? A potem przyszły rządy energicznego generała (który najpierw wystawił do władzy kilka marionetek, którymi sterował, by wreszcie osobiście sięgnąć po koronę) - Dżesercheprure Horemheba, wywodzącego się ze starej, arystokratycznej rodziny z XVIII nomu z Górnego Egiptu. Wstąpił on na tron Egiptu w 1319 r. p.n.e. i rozpoczął okres bezwzględnego rugowania wszelkich pozostałości po mitannijskim kulcie Atona. Ta polityka, była skierowana również przeciwko obcym, głównie właśnie Mitannijczykom, Syryjczykom i Kananejczykom, w tym także przeciwko plemieniu Hebrajczyków, którzy to zostali zamienieni w niewolników i od tego czasu zaczyna się biblijna "egipska niewola", z której w ponad sto lat później wyprowadzi Hebrajczyków ów sławny Mojżesz. 

 



 CDN.
   

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CXXXI

"CZAS CHAOSU"

(ok. 3 400 r. p.n.e. - ok. 2 024 r. p.n.e.)



INDIE
BELUDŻYSTAN I DOLINA INDUSU
ODBUDOWA CYWILIZACJI INDYJSKIEJ
ok. 2 900 r. p.n.e. - ok. 2 334 r. p.n.e.





Po I Wojnie Piramidowej i zniszczeniu Imperium Ramy ok. 8 420 r. p.n.e. królestwo to nigdy już nie wróciło do dawnej świetności. Nawet odzyskanie ziem Doliny Indusu przez Ramę II (ok. 8 243 r. p.n.e.), nie spowodowało odrodzenia dawnego imperium, gdyż ziemie te zostały gruntownie zniszczone podczas działań wojennych, za pomocą ładunków nuklearnych i życie tam praktycznie przestało istnieć. Ci zaś, którzy przetrwali, umknęli w rejony górskie, z dala od dawnych wielkich miast, które teraz leżały w gruzach i nad którymi unosiły się opary popromiennych wyziewów. Dynastia Ramy prawdopodobnie zakończyła się na panowaniu Ramy II, gdyż nic nie wiadomo o jego następcach. Tereny te były bowiem tak potwornie zniszczone, że nie dało się tam zorganizować na nowo żadnej scentralizowanej władzy, a sam proces odbudowy cywilizacji tamtego regionu, trwał ponad 2 000 lat. W tym czasie nie istniały tam żadne miasta, ani żadne większe ośrodki wiejskie, gdyż cała ludność przeniosła się w góry Beludżystanu (górnie region Kirthar). Ok. 6 000 r. p.n.e. zaczynają na tych ziemiach tworzyć się pierwsze wioski. Największą z nich, która potem rozwinie się w duży ośrodek miejski, była osada Mehrgarh - powstała ona właśnie ok. 6 000 r. p.n.e. Ludzkość w rejonie Beludżystanu wciąż jeszcze żyła na etapie rozwoju pierwotnego, pamięć o dawnym Imperium Ramy, poszła w zapomnienie, a ludzie żyli nie mając świadomości dawnych wydarzeń.

W przeciągu kolejnych 2 000 lat, na terenie Beludżystanu powstały jeszcze inne wioski (takie jak: Sadaat, Rhana czy Dabar), które jednak żyły w cieniu Mehrgarh. Pierwszą, większą osadą, która zaczęła z nim konkurować była Kulli. Nie dochodziło jednak w owym czasie do żadnych wojen zdobywczych (przynajmniej nic o nich nie wiadomo), tym bardziej że większość osad nie miała nawet prowizorycznych drewnianych murów. Stan taki trwał bardzo długo (licząc od ok. 6 000 r. p.n.e.) bowiem prawie 3 500 lat. Tymczasem ok. 2 900 r. p.n.e. władzę nad tymi ziemiami objęła w niepodzielne panowanie "bogini" Inanna. Nim to jednak nastąpiło, od zakończenia II Wojny Piramidowej (ok. 7 370 r. p.n.e.), mieszkała ona w Uruk, które to miasto było jej poświęcone. Z chwilą przekazania władzy ziemskim potomkom Nibiruan (ok. 3 700 r. p.n.e.). Przez ten czas wynosiła i obalała władców, których wybierała poprzez ich sprawność seksualną (ponoć ok. 3 750 r. p.n.e. miała też uwieść Enkiego i mieć z nim krótki romans). Ok. 3 000 r. p.n.e. Inanna, zniecierpliwiona odwlekaniem przyznania jej terenów Doliny Indusu, postanowiła podbić Arattę, jedno z sumeryjskich miast. Wykorzystała do tego celu władcę Uruk (którego sama wybrała i obdarzyła koroną) - Enmerkara, który zażądał od Arattan złożenia mu hołdu i uznania jego władzy. Ponieważ Arattanie odmówili, Enmerkar najechał ich zbrojnie, zdobył to miasto, spalił je doszczętnie, zaś ludność uprowadził w niewolę. 




Bardzo szybko stało się jasne, że to właśnie Inanna namówiła Enmerkara do takiego kroku i że miał to być dopiero początek, bowiem marzyło jej się panowanie nad całą Mezopotamią (czyli ówcześnie krainą Sumerów). Po kolejnych negocjacjach, postanowiono jednak przyznać jej władzę nad obiecaną Dolinę Indusu i Beludżystanem, objęła je we władanie ok. 2 900 r. p.n.e. Niewiele wiadomo na temat jej panowania nad tymi terenami (prawdopodobnie było to panowanie czysto symboliczne), nie wiadomo też czy dalej rezydowała w Uruk (choć wydaje się to prawdopodobne, jako że miała tutaj swoją świątynię, natomiast na terenach Doliny Indusu wciąż nie było żadnych większych miast). Od ok. 2 600 r. p.n.e. sytuacja ta zaczyna się zmieniać, gdy dotychczasowe osady wiejskie, zamieniają się w dobrze obwarowane i dość duże (jak na ówczesne warunki) miasta. Mehrgarh staje się mocarstwem północy Beludżystanu, zaś Nindowari (potężny ośrodek dawnego Kulli), południa. Zaczynają rozwijać się i powstawać miasta (mniej lub bardziej uzależnione od tych dwóch ośrodków), takie jak: Bampur, Sutkagen, Tump, Amri, Czanhu Daro, Sokhta, Mundigak, Gumla, Desalpur, Lothal czy Rangpur i wiele mniejszych miast i miasteczek. W tym okresie trwa bardzo aktywna wymiana handlowa z ośrodkami Sumeru. 

Ok. 2 340 r. p.n.e. Inanna ponownie wraca do dawnych planów podporządkowania swej władzy całej Mezopotamii ze wszystkimi jej wielkimi ośrodkami miejskimi. Do tego celu wykorzystuje jednego z poddanych dotychczasowego władcy miasta-państwa Kisz, którego ogłasza władcą a który następnie obala swego króla, sam się koronuje, zbiera armię i na ich czele wyrusza przeciwko miastom-państwom Sumeru. Owym poddanym z Kisz i nowym królem tego miasta (a jednocześnie królewskim urzędnikiem i według channelingów kochankiem Inanny) stał się człowiek, który przejdzie do historii pod imieniem Sargona z Akadu (czy też raczej Sargona Wielkiego lub Sargona Zdobywcy).

    





PS: W KOLEJNEJ CZĘŚCI POWRACAM DO SUMERU I OPISU KOLEJNYCH DOMINACJI POSZCZEGÓLNYCH SUMERYJSKICH MIAST-PAŃSTW, AŻ DO PODBOJU SUMERU PRZEZ SARGONA Z AKADU



CDN.

niedziela, 2 kwietnia 2017

WOJNA Z SOWIETAMI 1945 - (1946?) - Cz. III

OPERACJA "SZYBKI SUKCES"

JAK MIAŁA PRZEBIEGAĆ I

DLACZEGO DO NIEJ NIE DOSZŁO?


"WSZYSTKIE ROZKAZY Z GRUPY ARMIJNEJ  DOCIERAJĄ ZA POŚREDNICTWEM GOŃCA DO SZTABU TYŁOWEGO I ZWYKLE SĄ SPÓŹNIONE O PÓŁ DNIA LUB O CAŁY DZIEŃ (...) ŹLE JEST Z PALIWEM DLA CZOŁGÓW, RAZ PO RAZ Z POWODU BRAKU BENZYNY PIERWSZEGO GATUNKU CZOŁGI STAJĄ"

LEW ZACHAROWICZ MECHLIS
SZEF GŁÓWNEGO ZARZĄDU POLITYCZNEGO ARMII CZERWONEJ
W MELDUNKU DO WOROSZYŁOWA z 20 WRZEŚNIA 1939 r.






Armia Czerwona posiadała w 1941 r. 20 tys. czołgów - więcej niż wszystkie państwa świata razem wzięte, w roku 1939 stany te musiały być mniejsze o jakieś 2000 - 3000, mimo to stan techniczny tych czołgów pozostawiał wiele do życzenia. I nie chodziło tylko (jak w powyższym meldunku) o braki w dostawie odpowiedniego paliwa, ale również (a może przede wszystkim) w ich stanie technicznym. To były jeżdżące puszki, które psuły się już po pokonaniu kilkunastu kilometrów. Podobnie było z samolotami (choć oczywiście nie ze wszystkimi ich rodzajami). Sowieci mieli dość dobrą artylerię (to była chyba jedyna, prócz przewagi liczebnej ich prawdziwa siła), i tylko pod tym względem byli realnie groźni. Oczywiście liczebność poszczególnych armii też robiła wrażenie, ale prócz tych dwóch elementów, nie sposób odnaleźć tam jakiejkolwiek formy przewagi. Jeśli zaś chodzi o Wojsko Polskie, to dysponowało ono przede wszystkim (choć znacznie mniej liczebne w porównaniu z Sowietami), samolotami bombowymi PZL37 "Łoś" - w 1938 r. były to najnowocześniejsze samoloty w Europie, oraz równie dobrymi "Karasiami" i "Żubrami". Oraz kilkoma modelami myśliwców (nowe prototypy miały wejść do służby na początku lat 40-tych). Najlepsze polskie czołgi 7TP, były znacznie lepiej uzbrojone i odporne na ogień artyleryjski, niż chociażby najlepsze w 1939 r. niemieckie czołgi - Panzerkampf IV (dodatkowo polskie czołgi wyposażone były w obrotowe działa armatnie, czego nie było ani w czołgach niemieckich ani sowieckich). Uzbrojenie piechoty także wychodziło na korzyść żołnierzy Wojska Polskiego (ciekawą bronią była niezwykle skuteczny karabin przeciwpancerny wz.35 "Urugwaj", który wystrzelony, przebijał pancerz każdego czołgu, wybuchał wewnątrz pojazdu, zabijając załogę i w większości nie szkodząc samej maszynie).



ALTERNATYWNA POLSKO-SOWIECKA

KAMPANIA WOJENNA

WRZESIEŃ 1939 r.  


 1 WRZEŚNIA

 FRONT PÓŁNOCNY





1 września 1939 r. o godzinie 4:00 czasu polskiego, Armia Czerwona przekroczyła wschodnią granicę Rzeczypospolitej. Pierwsze strzały, do wkraczających oddziałów sowieckiej 5 Dywizji Strzeleckiej, oddał pułk Korpusu Ochrony Pogranicza - Głębokie, którym dowodził major Franciszek Benrot. Pułk miał jedynie powstrzymać pierwsze natarcie, po czym wycofać się na tyły atakującej Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, wspartej 28 Dywizją Piechoty, ale tak się nie stało. 1 września od godz. 4:00 trwała bitwa pułku KOP-u Głębokie z sowiecką 5 Dywizją Strzelecką o przygraniczne miasteczko Dzisna. Ok. godz. 5:30 w ten rejon przybył najpierw 15 Pułk Piechoty "Wilków" a następnie 72 Pułk Piechoty, co spowodowało że por. Witold Połoński postanowił przedsięwziąć śmiałą akcję ataku na sowieckie linie zaopatrzenia za rzeką Dzisną (na terytorium sowieckim). Część sowieckich czołgów została unieruchomiona już po przekroczeniu granicy (choć większość z nich nie została trafiona ogniem polskiej artylerii, której tam jeszcze nie było, a stanęła w wyniku usterek). Planu tego nie udało się jednak przeprowadzić aż do godz. 7:00 gdy pod Dzisnę przybyły oddziały 15 Pułku Ułanów Poznańskich. Wykonano wówczas szybki rajd na zaskoczone siły sowieckie, omal nie biorąc do niewoli całego sowieckiego sztabu 5 Dywizji, który w pośpiechu musiał ratować się ucieczką. Zaskoczeni atakiem sowieccy sołdaci, nie byli w stanie przeszkodzić w szybkim wysadzeniu w powietrze zbiorników z paliwem dla czołgów. W chwili odwrotu poległ jednak porucznik Połoński. Akcja zwana zagonem dzisneńskim, spowodowała że 5 Dywizja została praktycznie sparaliżowana, tracąc nie tylko paliwo, lecz także większość czołgów (szczególnie, gdy ok. 9:00 przybyły pod Dzisnę wszystkie pułki 28 Dywizji Piechoty i Wielkopolskiej Brygady Kawalerii). O godz. 14:00 cały rejon przygraniczny został już w większości oczyszczony z sowieckich niedobitków, a 5 Dywizja wycofywała się pospiesznie, aby uniknąć okrążenia. Na niewiele się to zdało, w chwili odwrotu bowiem żołnierze sowieccy porzucali swe czołgi i uciekali pieszo, wzbudzając jeszcze większą panikę w oddziałach tyłowych. O godz. 17:00 większość polskich pułków była już po drugiej stronie granicy na terytorium sowieckim, ścigając 5 Dywizję, która kurczyła się w zastraszającym tempie.

Na południu od tej linii frontu, w rejonie Dokszyc, granicę po godz. 4:00, przekroczył sowiecki 4 Korpus Strzelecki, który tam napotkał pułki 19 Dywizji Piechoty. Walka o Dokszyce trwała cały dzień, i nie zakończyła się aż do zmierzchu (pomimo sowieckiej przewagi liczebnej). Sowiecki próbowali obejść Dokszyce z dwóch stron, co się im nie powiodło i to pomimo tego, że drogę wskazywał pułkom sowieckim niejaki Szulman, miejscowy Żyd, student wileńskiego Uniwersytetu króla Stefana Batorego, komunista (zdarzenie autentyczne). Jeszcze bardziej na południe, granicę przekroczyła sowiecka 24 Brygada Kawalerii, do której pierwszy ogień oddał pułk Korpusu Ochrony Pogranicza - Wilejka, a zaraz potem rozpoczęła się bitwa kawaleryjska z pułkami Wileńskiej Brygady Kawalerii nad rzeką Wilią, która trwała kilka godzin i zakończyła się klęską sowieckiej jazdy (szczególnie w tej bitwie wyróżnił się 4 Pułk Ułanów Zaniemeńskich), jednak odniesione zwycięstwo nie zostało wykorzystane, bowiem granicę przekraczały już oddziały 22 i 25 Brygady Pancernej, co zmusiło polskie pułki kawaleryjskie do cofnięcia się o kilka kilometrów. Sowieci nie przejechali jednak daleko, gdy dotarli do Budysławia, zostali zatrzymani celnym ogniem artylerii (oczywiście część czołgów znów sama z siebie odmówiła posłuszeństwa). Pod koniec dnia, front zatrzymał się w rejonie Budysławia, kilkanaście kilometrów od granicy, a w ten teren już zmierzała 16 Dywizja Piechoty z Armii Lidy, aby wzmocnić front, wyprzeć Sowietów i przenieść teatr działań wojennych na tereny nieprzyjaciela. Tak więc owego pierwszego dnia wojny, postępy 3 Armii sowieckiej były bardziej niż mizerne, do tego 5 Dywizja prawie że została odcięta i musiała wycofywać się w popłochu. Polacy już tego dnia przekroczyli sowiecką granicę na północy, ścigając 5 Dywizję i zamierzając po jej odcięciu i rozbiciu, wyjść na tyły atakujących pod Dokszycami sowieckich dywizji. 




Na południe od rzeki Wilejki, atak 16 Korpusu Strzeleckiego przyjęła 1 Dywizja Piechoty Legionów Marszałka Józefa Piłsudskiego, wsparty jednostkami Korpusu Ochrony Pogranicza. Sowiecki korpus piechoty maszerował na Mołodeczno. W tym rejonie jednak obrona była stosunkowo silna, a siły sowieckie (pomimo swej przewagi liczebnej), zbyt słabe, w porównaniu z wytrawnymi żołnierzami, noszącymi nazwę sławnych "Legunów", którzy to 6 sierpnia 1914 r. wymaszerowali z krakowskich Oleandrów na początku I Wojny Światowej, do walki z Rosją carską. 16 Korpus prawdopodobnie przerwałby polską obronę, gdyby otrzymał wsparcie, którego jednak nie otrzymał z powodu poważnych braków zaopatrzeniowych i sprzętowych (6 Brygada Pancerna nie była w stanie pierwszego dnia wojny przekroczyć granicy, z powodu awarii 1/3 swych czołgów). Co spowodowało że sowiecki korpus nawet nie dotarł na przedpola Mołodeczna i z końcem dnia został zmuszony do odwrotu. Doszło nawet do niecodziennej sytuacji, mianowicie podporucznik Juszkiewicz z 1 Pułku Piechoty Legionów (w rzeczywistości zamordowany przez Sowietów w Katyniu), i towarzyszący mu trzej żołnierze - wjechał samochodem bojowym w środek zdezorientowanej pułku 16 Korpusu... porwał jednego z sowieckich majorów, po czym z piskiem opon bezpiecznie wrócił na pozycje swego pułku - otrzymał za to Krzyż Walecznych - należy tutaj od razu dodać, że było to realne wydarzenie z Września 1939 r. ale w przypadku Niemców, gdy polski samochód wojskowy wjechał w niemiecką kolumnę, uprowadził niemieckiego oficera i bezpiecznie odjechał na swoje pozycje).

Sowiecki 3 Korpus Kawalerii stanął na przygranicznym Rakowie, gdzie zmierzyć się musiał z Suwalską Brygadą Kawalerii. Bitwa pod Rakowem z 1 Września 1939 r. była powtórzeniem Komarowa 1920 r. gdy 1500 polskich kawalerzystów rozbiło 6000 sowieckiej Armii Konnej. 3 Korpus Konny także nie otrzymał wsparcia tego dnia, co spowodowało że nim nadeszła noc, praktycznie przestał istnieć (w trakcie bitwy przybył również do Rakowa także 9 Pułk Strzelców Konnych, zawiadomiony wcześniej o toczącej się bitwie). Sowieci uciekali przez granice, siejąc postrach w czekających na wkroczenie dywizjach strzeleckich (64 i 164). Dywizje te nie udzieliły wsparcia, ponieważ miały wkroczyć dopiero dnia następnego, natomiast łączność radiowa pomiędzy poszczególnymi dywizjami sowieckimi praktycznie nie istniała i rozkazy przenosili gońcy, co wydłużało ich wykonanie o ok. jeden dzień (o czym pisał w swym meldunku z 20 września szef Głównego Zarządu Politycznego Armii Czerwonej - Lew Mechlis). Tymczasem 6 Korpus Konny z 2 Dzierżyńskiej Grupy Konno-Zmechanizowanej, starł się pod Nalibokami z Podlaską Brygadą Kawalerii, i znów rozdzielenie sił wypadło na niekorzyść Sowietów (oni mogli przełamać front tylko siłą liczebną swych dywizji, inaczej - a szczególnie w starciu kawaleryjskim - nie mieli żadnych szans). Pod Nalibokami klęska sowiecka była znacznie mniejsza, niż pod Rakowem, ale i tak musiano wycofać się do granicy niczego nie uzyskując. Kolejna klęska tego dnia spotkała nieszczęsny sowiecki 15 Korpus Pancerny pod Stołupcami, gdzie starł się on z dwiema polskimi dywizjami - 4 i 15. Mniejsza liczebnie ilość polskich czołgów 7TP, po kolei niszczyła częściowo samo unieruchomione, a częściowo wciąż atakujące czołgi sowieckie. Klęska 6 Korpusu Konnego i 15 Korpusu Pancernego, oznaczała w praktyce likwidację 2 Dzierżyńskiej Grupy Konno-Zmechanizowanej, i choć jednostek tych ostatecznie nie rozbito, straty, jakie im zadano w praktyce unieruchamiały tę grupę na kilka następnych dni, które zamierzała już wykorzystać Armia Baranowicze, spychając sowietów ku granicy i przekraczając ją celem wyjścia na tyły 11 Armii sowieckiej. 




Natomiast sowiecka 4 Armia nacierała siłą 8 Dywizji Strzeleckiej na rejon Nieświeży, a 143 Dywizji Strzeleckiej na Kleck, broniony w pierwszych godzinach przez pułk Korpusu Ochrony Pogranicza - Baranowicze. Siły te wpadły tam w pułapkę, bowiem prócz 14 i 20 Dywizji Piechoty z Armii Baranowicze, od tyłu na jednostki sowieckie uderzyła, wychodząca z błot poleskich 9 Dywizja Piechoty (Pomorska Brygada Kawalerii tego dnia stała jeszcze w odwodzie, zupełnie nie atakowana). Nie udało jej się jednak całkowicie okrążyć 143 Dywizji, bowiem pospieszyła jej na odsiecz 122 Dywizja Strzelecka i tym sposobem rozpętała się kolejna duża bitwa graniczna, która nie miała swego finału 1 września 1939 r. Losy tej bitwy miały się jednak rozstrzygnąć w dniu następnym, gdy ruszyła do boju Pomorska Brygada Kawalerii. Przypieczętuje to los większej części 4 Armii i zmusi ją do pospiesznego wycofania się i prowadzenia walki na własnym terenie.   

Tego, pierwszego dnia jednak, było już widać że Sowieci nie tylko nie zakończą tej wojny szybkim zwycięstwem, ale także mogą ją haniebnie przegrać. Tym bardziej że w sztabie Naczelnego Wodza już opracowywano (prace trwały od końca sierpnia 1939 r.) odezwę do ludności białoruskiej i ukraińskiej, która miała brzmieć następująco: "Mieszkańcy byłej sowieckiej republiki Białorusi/Ukrainy - Kraj Wasz od ponad dwudziestu już lat nie zna swobody, uciskany przez wrogą przemoc bolszewicką, przemoc, która nie pytając ludności, narzucała jej obce wzory postępowania, krępujące wolę, często łamiąc życie. Ten stan ciągłej niewoli raz na zawsze musi być zniesiony i raz na zawsze na tej ziemi jakby przez Boga zapomnianej musi zapanować swoboda i prawo wolnego, niczym nieskrępowanego wypowiedzenia się o dążeniach i potrzebach. Wojsko Polskie, które wkracza na Wasze ziemie, niesie Wam wszystkim wolność i swobodę. Otrzymacie możliwość rozwiązania spraw wewnętrznych i wyznaniowych tak, jak sami sobie życzyć będziecie bez jakiegokolwiek gwałtu lub nacisku ze strony Polski. Dlatego to, pomimo że na Waszej ziemi grzmią jeszcze działa i krew się leje, wprowadzony zostaje zarząd cywilny, do którego będzie się powoływać ludzi miejscowych, synów tej ziemi. Ich zadaniem będzie: 1) Ułatwienie ludności wypowiedzenia się co do swego losu i potrzeb przez swobodnie wybranych przedstawicieli. Wybory te odbędą się na podstawie równego, tajnego, powszechnego, bezpośredniego, bez różnicy płci głosowania. 2) Danie potrzebującym pomocy w żywności, poparcie pracy wytwórczej, zapewnienie ładu i spokoju. 3) Otoczenie opieką wszystkich nie czyniąc różnicy z powodu wyznania lub narodowości. 4) po ustabilizowaniu rządu, zostanie powołana spośród ludzi miejscowych Komisja, mająca za zadanie przygotowanie reformy agrarnej i podziału ziemi pomiędzy chłopów. W sprawach, które was bezpośrednio bolą i obchodzą, zwracajcie się otwarcie i szczerze do lokalnych przewodniczących gminnych, którzy zostaną powołani po wkroczeniu Wojska Polskiego i wyzwoleniu Waszej ziemi z krwawych rąk bolszewików". Odezwa ma zostać odczytana, z chwilą wyparcia Sowietów z ziem polskich i przeniesienia wojny na tereny Ukrainy i Białorusi. Ale jak na razie nie wyprzedzajmy faktów.

 




CDN.