Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 22 stycznia 2018

KOBIETY - PAPIEŻE, PATRIARCHOWIE, BISKUPI, PREZBITERZY - Cz. IV

ORAZ TE, KTÓRE PAPIEŻY WYBIERAŁY


MARYJA

MATKA JEZUSA  





"PRZYSZEDŁSZY DO SWEGO MIASTA RODZINNEGO, NAUCZAŁ ICH W SYNAGODZE, TAK ŻE BYLI ZDUMIENI I PYTALI: SKĄD U NIEGO TA MĄDROŚĆ I CUDA? CZYŻ NIE JEST ON SYNEM CIEŚLI? CZY JEGO MATCE NIE JEST NA IMIĘ MARIAM, A JEGO BRACIOM JAKUB, JÓZEF, SZYMON I JUDA? TAKŻE JEGO SIOSTRY CZY NIE ŻYJĄ WSZYSTKIE U NAS? SKĄDŻE WIĘC MA TO WSZYSTKO?"

(Ew. MATEUSZA 13:53-57, BIBLIA TYSIĄCLECIA)


Kim była matka Jezusa Chrystusa, zwana Miriam? W Kościele Katolickim jest ona uważana za Bogarodzicę czyli Najświętszą Maryję Pannę, innymi jeszcze słowy Bożą Rodzicielkę. Gdyby kult Maryi zaistniał w jakiejś pogańskiej religii, wówczas bez żadnego oporu zostałaby ona uznana za boginię, ale w chrześcijaństwie Bóg jest jeden (choć w trzech osobach), dlatego też Maryja nie może stać się żeńską odpowiedniczką boskości i musi jej wystarczyć "tytuł" Matki Boga - Bogarodzicy ("Bogarodzica" to był również najdawniejsza polska pieśń bojowa, którą rycerstwo śpiewało przed bitwami, m.in.: w bitwie pod Grunwaldem z 1410 r. Jednak pieśń ta ma również swoją pogańską historię, bowiem pierwotnie była śpiewana przez wojów ku czci słowiańskiej bogini wojny - Marzanny). Maryja po raz pierwszy została ogłoszona Bogarodzicą na soborze w Efezie w 431 r. Zgromadzeni w tym sławnym mieście biskupi, musieli zapewne wiedzieć że jeszcze do niedawna panował tutaj pogański kult bogini-dziewicy Artemidy, której świątynia należała do Siedmiu Cudów starożytnego świata.Jaka jednak była historia Marii, matki Jezusa, kim była naprawdę? A wreszcie, skąd się biorą te wszystkie objawienia maryjne, których było już dość sporo? Postaram się wyjaśnić (lub przynajmniej nieco naświetlić) te wszystkie, jakże skomplikowane i niejasne kwestie.


"BOGARODZICA, DZIEWICA
BOGIEM SŁAWIONA - MARYJA..."





Kim była Maryja? Pytanie dość trudne, bowiem w Biblii nie ma na ten temat większych informacji, poza faktem iż to właśnie ona została wybrana przez archanioła Gabriela jako matka przyszłego Zbawcy i Odkupiciela Świata. Dlaczego jednak została wybrana i w ogóle jaka była jej historia? Zacznijmy może najpierw od informacji, które mówią że wywodziła się ze znakomitej linii rodowej, która notabene nie była jedynie żydowska (domieszka żydowskiej krwi była doprawdy niewielka). Jej ród bowiem miał zarówno krew syryjską jak i hetycką, byli tam i Fenicjanie i Egipcjanie, byli nawet i... Grecy. Była to więc niezwykle bogata linia genów. I tutaj należy odróżnić pewne nieliczne informacje (zaczerpnięte właśnie z channelingów), od innych przekazów o których dziś wiemy co nieco. Trudno się zdecydować od czego zacząć, bowiem żadna z nich nie mówi o tym jaka była Miriam jako kobieta (czyli jaką była osobą). Może zacznę od informacji nie pochodzących z channelingów - tak bowiem będzie prościej, potem przejdę właśnie do tych i każdy sam będzie mógł sobie wyrobić zdanie i ewentualnie pewną opinię o osobowości Maryi Bogarodzicy. Powszechnie wiadomo że Józef, mąż Maryi nie był ojcem Jezusa. Wiadomo też że w gniewie (dowiedziawszy się iż jest brzemienną), wygnał ją z domu (w Biblii zostało to skrócone, i przedstawione w trochę inny sposób, gdy we śnie Bóg przemówił do Józefa aby przebaczył żonie, gdyż nosi ona pod sercem Syna Boga". Oczywiście nie twierdzę że i ta opowieść jest nieprawdziwa, być może tak też było, ale po kolei).

Dlaczego Józef wygnał z domu Maryję? Oczywiście dlatego, że podejrzewał ją o cudzołóstwo. Ok. tylko jest pewna mała nieścisłość, mianowicie Jezusa uważano za syna Józefa (wywodzącego się z rodu króla Dawida), ale... nie tylko. Jest pewna informacja w dziele Celsusa o tym iż pewien Rabbi o imieniu Eleazar ben Damma, został pewnego razu ukąszony przez żmiję. Przyszedł do niego Rabbi Jakub z Sammy aby go uleczyć w "imię Jezusa syna Pandera". Sytuacja ta miała miejsce długo po ukrzyżowaniu i śmierci Jezusa Chrystusa, skąd jednak wziął się ów "Jezus syn Pandera". Czy mógł to być ten sam Jezus, który umarł na krzyżu? A może to był jakiś inny Jezus, jakiś żydowski Yeshu lub Yeshua? Problem polega na tym, że w tradycji żydowskiej imię Jezus jest dość popularne, to jednak zawsze odnosi się do... raczej niegodziwych postaci (np potępionych za grzech idolatrii czyli bałwochwalstwa). I rzeczywiście, nawet arcykapłani Świątyni Jerozolimskiej (bardzo nieliczni) którzy nosili to imię, nie należeli do osób szlachetnych i bohaterskich, a raczej zdradliwych, wysługujących się obcym aby niewolić własny lud (pisałem już o tym trochę w temacie Żydzi i Chrześcijanie - Jak doszło do podziału?). Nie ma (przynajmniej ja takiego nie znam), żadnego czcigodnego i boskiego męża, którego mogliby uważać kapłani żydowscy za posiadającego boskie moce, bo jakże nazwać fakt, iż Rabbi Jakub przybywa do Rabbiego Eleazara by go uleczyć w imię "Jezusa syna Pandera?". W religii mojżeszowej bowiem, jedynie bóg Jahwe może czynić cuda sprawcze, nikt inny, nawet prorok nie posiada takiej mocy, dlaczego więc wzięło się wśród Żydów to jakże dla nich "haniebne" imię, w odniesieniu do postaci boskiej, mogącej czynić cuda?

Czyżby starożytni wiedzieli więcej, niż wiemy dziś my? Czy to możliwe, aby "Jezus syn Pandera", był właśnie tym Jezusem, który umarł za nas na krzyżu? A jeśli tak, to czyż Józef nie miał racji wyganiając z domu swą niewierną żonę? Skąd bowiem wzięła się informacja że Jezus nie był synem Józefa - z Biblii! Skoro więc taka informacja została tam zamieszczona, to znaczy że współcześni Józefowi uważali go za... rogacza. Nic więc dziwnego że puściły mu nerwy i wygnał swą małżonkę. Ale, jeśli nawet tak było, to skąd pewność że Jezus mógłby być synem jakiegoś tam "Pandera"? I w ogóle co to była za osoba? Była taka osoba w historii. W 1859 r. w niemieckiej miejscowości Bingerbrück nad Renem, została wykopana stela pośmiertna pewnego rzymskiego legionisty o imieniu... Pandera (lub Pantera). Na owej steli znajduje się napis: Tib(erius) Iul(ius) Abdes Pantera Sidonia ann(orum) LXII stipen(diorum) XXXX miles exs(ignifer) coh(orte) I sagittariorum h(ic) s(itus) e(st) - czyli "Tyberiusz Juliusz Abdes Pantera z Sydonu, w wieku lat 62 służył lat 40, niegdyś signifer (chorąży) pierwszej kohorty łuczników spoczywa tu". Mamy więc informację o tym, iż legionista o imieniu Tyberiusz Abdes (imię Abdes to antyczny odpowiednik dzisiejszego imienia Abdul) Pantera (lub Pandera) z miasta Sydon w Fenicji (w czasach rzymskich Fenicja została włączona do rzymskiej prowincji Syrii i podległa była namiestnikowi z Antiochii), zmarł w wieku 62 lat, z czego odsłużył w armii lat 40. 




Na dobrą sprawę informacja zawarta na tej steli niewiele nam mówi, ale sam fakt iż legionista ten pochodził z Sydonu, czyli z Fenicji (a jak już wcześniej wspomniałem, ród Marii miał również i fenickich przodków). Ale to też o niczym nie świadczy, gdzie wiec może leżeć interesujący szczegół? Mianowicie w fakcie iż wspomniana wyżej "pierwsza kohorta łuczników" stacjonowała w... Judei aż do 9 roku naszej ery, czyli bardzo długo, dopiero potem została przeniesiona nad Ren (po upokarzającej klęsce Rzymian w bitwie z "Germanami" Armiriusza w Lesie Teutoburskim), jako wzmocnienie legionów Germanika (małżonka Agrypiny, wnuczki cesarza Augusta), który w 14 roku ruszał za Ren, aby pomścić klęskę teutoburską. Tak więc wspomniany Abdes Pantera (imię Tyberiusz Juliusz musiał otrzymać dopiero za rządów cesarza Tyberiusza, czyli jakieś dwadzieścia lat po narodzeniu Jezusa), którego oddział stacjonował w Judei, mógł spotkać na swej drodze niejaką Miriam, czego efektem była ciąża, gniew i wygnanie jej przez Józefa. Czy tak było? Trudno dziś z całą pewnością odpowiedzieć na to pytanie, choć bez wątpienia pewna logiczna ciągłość wydarzeń świadczy ku temu na korzyść. Ale oznaczałoby to, że Maria nie tylko nie była żadną dziewicą, ale wręcz była... puszczalską pannicą, która zdradziła swego męża. No cóż, taka jest pierwsza opinia o Miriam, drugą zaprezentuję w kolejnej części (już opierając się bezpośrednio na dostępnych channelingach).

  


 
 CDN.

niedziela, 21 stycznia 2018

GWAŁT - CZY NIEODZOWNY ELEMENT KOBIECEGO LOSU? - Cz. VI

NAJDZIWNIEJSZE I (NIEKIEDY)

NAJBRUTALNIEJSZE PRZYPADKI

GWAŁTÓW W HISTORII





40 r.

GWAŁTY W CESARSKIM PAŁACU

Cz. IV


 DWORSKIE INTRYGI:
ŚMIERĆ DRUZUSA KASTORA
23 r.


14 września 23 r. na 23 dni przed swymi 35 urodzinami, zmarł Druzus Juliusz Cezar zwany Kastorem, jedyny syn cesarza Tyberiusza który jednocześnie był uważany za naturalnego następcę swego ojca. Druzus Kastor był kuzynem zmarłego Germanika a ich relacje zawsze były poprawne (zresztą otrzymał imię na pamiątkę po ojcu Germanika, który był bratem Tyberiusza - Druzusowi Klaudiuszowi Neronowi. Tyberiusz bardzo kochał swego brata, a po jego śmierci w 9 r. p.n.e. w Germanii, sam ponoć idąc całą drogę przed orszakiem żałobnym aż do samego Rzymu, niosąc na rękach urnę z prochami brata). Agrypina, choć nie znosiła Tyberiusza i oskarżała go o spowodowanie śmierci jej męża Germanika, z Druzusem Kastorem utrzymywała przyjacielskie stosunki. Jego poparcie dla budowanej przez nią "frakcji dworskiej" też nie było bez znaczenia, tym bardziej że ich przeciwnikiem był człowiek bardzo potężny i wpływowy, posiadający ogromną władzę i kontrolę nad wojskiem (gwardią pretoriańską) - Lucjusz Eljusz Sejan. Człowiek ten, niezwykle ambitny (choć nie wywodzący się ze stanu senatorskiego), skrupulatnie odsuwał wszystkich krewnych cesarza, od bezpośrednich spotkań z Tyberiuszem (odtąd można było się spotkać z cesarzem, uprzednio zapowiedziawszy wcześniej takie spotkanie u samego Sejana). Takie praktyki powodowały niechęć i gniew przedstawicieli domu panującego, szczególnie otwarcie demonstrował je syn Tyberiusza - Druzus Kastor. Pozwalał sobie w stosunku do Sejana na bardzo obraźliwy język, jednocześnie nie przestrzegał ustalonych przez niego zasad i odwiedzał ojca zawsze gdy tego zapragnął (Sejan nie odważył się użyć przeciwko niemu siły). Raz nawet uderzył Sejana w twarz przy świadkach, co było jawnym upokorzeniem tego tak wszechwładnego prefekta pretorianów. 

Sejan znosił jednak humory Druzusa z pokorą, przynajmniej tak oficjalnie to wyglądało. W rzeczywistości podjął kroki, mające na celu usunięcie (fizyczne usunięcie) Druzusa i innych ewentualnych krewnych cesarza z dworu a nawet z Rzymu. Zdobył nieprawdopodobny wpływ na Tyberiusza i to właśnie on stał za większością (jeśli nie za wszystkimi) z jego decyzji. Ta wiedza była powszechnie znana i wśród senatorów tylko najodważniejsi byliby w stanie sprzeciwić się oficjalnie decyzjom Sejana (które on formułował jako decyzje samego cesarza). Bano się go i głosowano zgodnie z jego wolą. Nawet "stronnictwo dworskie" Agrypiny nie ośmieliło się nigdy oficjalnie wystąpić przeciwko Sejanowi (nie licząc poszczególnych osób, które jednak szybko były aresztowane, brutalnie przesłuchiwane i stracone w ramach wszelkich anty-cesarskich spisków.). Władza Sejana była więc praktycznie absolutna, a jego wola znaczyła więcej nawet od woli Tyberiusza (którego on i tak całkowicie "kontrolował"). Jedynym poważnym przeciwnikiem, którego musiał usunąć jeśli chciał utrzymać swoje wpływy, był właśnie Druzus Kastor. Do tej roli Sejan przygotował się skrupulatnie uderzając Druzusa w najczulszy punkt - jego żonę niezwykle piękną Klaudię Liwillę. Zdołała ją w sobie rozkochać i został jej kochankiem. Liwilla była w nim zakochana po uszy, choć (według Tacyta) miewała pewne przebłyski świadomości i: "kalała siebie, przodków i potomnych przez stosunek z gachem niskiego stanu". W każdym razie Sejan również i ją skutecznie sobie podporządkował, rozkochując i obiecując jej małżeństwo.




Oczywiście nim to miało nastąpić, najpierw należało załatwić stojące na drodze ku temu "przeszkody". Pierwszy krok wykonał Sejan, dając do zrozumienia Liwilli że jest gotów uświęcić ich związek - w 23 r. rozwiódł się ze swą dotychczasową żoną - Apicatą (która urodziła mu trójkę dzieci). Pozostał problem Druzusa Kastora, ale Liwilla nie mogła się z nim tak po prostu rozwieść. Po pierwsze dlatego że byłoby to źle odebrane w rodzinie i zapewne Tyberiusz nie zezwoliłby na taki krok, a po drugie kobieta musiała w tamtym czasie mieć wsparcie swoich krewnych aby się rozwieść, co w zasadzie sprowadzało się do jednego. Pozostało więc już tylko jedno wyjście, należało Druzusa uśmiercić. Ale jak to zrobić, aby nie zostawić za sobą śladów. Wyjście znów podsunął Liwilli Sejan, przynosząc jej pewną buteleczkę z nieznaną cieczą. Jak się okazało była to trucizna, która jednak działała powoli, tak że jej skutki wyglądały na normalną kilkudniową chorobę. Liwilla miała to teraz dodać niepostrzeżenie do posiłku męża. Zakochana kobieta postanowiła to uczynić, zaprzęgnęła jednak w tę sprawę jeszcze dwóch ludzi - swego lekarza Eudemusa i niewolnika (eunucha) Ligdusa, który miał wlać truciznę do napoju Druzusa (Ligdus służył Druzusowi podczas posiłków). Tak też się stało, nieświadomy niczego Druzus Kastor wypił napój wraz z trucizną i szybko się rozchorował, a po kilku dniach zmarł (14 września 23 r.). 

Śmierć syna i następcy, była ogromnym szokiem dla Tyberiusza, Agrypiny i "frakcji dworskiej" (która właśnie w nim upatrywała swego przywódcę, który mógłby doprowadzić do obalenia wszechwładnego Sejana). Po odczekaniu stosownego czasu, przeznaczonego na żałobę, Sejan postanowił (pewny swej kontroli nad cesarzem) poprosić Tyberiusza o rękę owdowiałej Klaudii Liwilli. I tutaj po raz pierwszy bodajże Sejan doświadczył sprzeciwu, bowiem Tyberiusz nie zgodził się na jego małżeństwo z Liwillą. Dlaczego cesarz, który miał tak wielkie zaufanie do swego prefekta, że wręcz udostępniał mu swą cesarską pieczęć, a cała cesarska korespondencja przechodziła przez ręce Sejana? Powodów odmowy Tyberiusza było kilka, jedną z nich (choć bodajże najsłabszą) był czas, mianowicie Sejan wystąpił z prośbą o rękę Liwilli wkrótce po zakończeniu kilkudniowej żałoby, czyli jeszcze w końcu 23 r. Drugim powodem odmowy, był niski stan społeczny Sejana, wywodzącego się ze stanu ekwitów, czyli niegodnego ręki przedstawicielki cesarskiej dynastii, wywodzącej się przecież od samego "Boskiego Cezara" i "Boskiego Augusta". Trzecim powodem, był fakt iż Tyberiusz po śmierci Germanika i skazaniu Pizona, starał się poprawić swoje relacje z Agrypiną. W tym celu wykonał gest, jakim było oficjalne uznanie jej synów za potencjalnych spadkobierców do władzy i powierzenie ich opiece senatu. Wiedział też jaką niechęcią Agrypina darzy Sejana i gdyby zezwolił na jego małżeństwo z Liwillą, wkrótce stosunki w rodzinie cesarskiej ponownie by się popsuły, otwierając kolejny front wrogości Agrypiny z Liwillą. To było mu do niczego nie potrzebne, dlatego też odrzucił prośbę Sejana o rękę wdowy po swym synu.



"DWORSKIE INTRYGI"
AFERA KLAUDII PULCHERII
WYJAZD TYBERIUSZA Z RZYMU
26 r.




       
 Minęły kolejne trzy lata. Agrypina wciąż nosiła żałobę po swym mężu Germaniku (czarna stola opadająca do stóp), jednak wśród przyjaciół jej domu coraz częściej zaczęły pojawiać się głosy aby wzięła sobie kolejnego męża, co prawda ma już szóstkę dzieci, w tym trzech synów, ale nowe małżeństwo mogłoby poszerzyć jej możliwości polityczne, tym bardziej że mimo swych 39 lat, wciąż była powabna i mogła się podobać mężczyznom. I te właśnie głosy przyjaciół, spowodowały że Agrypina zaczęła się poważnie zastanawiać nad nowym małżeństwem. Wcześniej jednak należało znaleźć odpowiedniego kandydata (a że miał być to ślub polityczny, było wiadome od samego początku). Jej wybór ostatecznie padł na Gajusza Asiniusza Gallusa Salonina, wpływowego senatora ze "stronnictwa dworskiego" wrogiego (choć otwarcie nie występującego) Sejanowi. Poprosiła więc o zgodę na to małżeństwo Tyberiusza, ale ten (prawdopodobnie nie pragnąc wzmacniać frakcji dworskiej przeciwko Sejanowi) odmówił jej swej zgody. Odżywiło to ponownie głęboko skrywaną niechęć Agrypiny do cesarza, która wkrótce ujawniła się ponownie w tym samym roku w tzw.: "aferze Klaudii Pulcherii". Afera ta została najprawdopodobniej znów uknuta przez Sejana i miała uderzyć w rodzinę cesarską i wspierającą ich frakcję dworską w senacie. O cóż tam chodziło?

Klaudia Pulcheria, kuzynka Agrypiny często (na jego własne życzenie) widywała się z cesarzem Tyberiuszem bez zgody Sejana. Te spotkania były dość częste, a Tyberiusz nie mówił swemu prefektowi o wszystkich szczegółach, dlatego też ten uznał że najprawdopodobniej szykuje się przeciwko niemu kolejny atak, który tym razem ma go skutecznie usunąć. Przewidujący prefekt, nakazał więc obserwować Pulcherię, co robi, z kim przebywa, z kim się spotyka itd. Szybko okazało się, że Pulcheria odwiedza pewnego mężczyznę niskiego stanu, z którym najprawdopodobniej ma romans. Było to to, czego właśnie potrzebował Sejan, aby zniesławić Pulcherię w oczach Tyberiusza, bowiem zarzut że dama pochodząca z cesarskiej rodziny, spotyka się potajemnie z jakimś prostakiem z ludu, był kompromitujący dla cesarza. Sejan jednak jeszcze nie zamierzał bezpośrednio uderzyć w Pulcherię, najpierw rozpoczął przeciwko niej akcję zniesławiającą. Rozkazał wypisywać po całym mieście oszczercze i wulgarne napisy o Pulcherii, porównujące ją do nierządnic (rysowano np. męskie członki przy kobiecej twarzy z podpisem Pulcheria itp.), i dobrze płacił za takie właśnie akcje. Poza tym zatrudnił pewnego retora przybyłego niedawno do Rzymu z Nimes (miasto w Galii) - Domicjusza Afera, aby ten publicznie oskarżył Pulcherię przez cesarzem o niemoralność. Domicjusz Afer przeszedł samego siebie, bowiem w swych oskarżeniach posunął się nie tylko do zarzutu niemoralności Pulcherii, ale również twierdził że kobieta ta praktykuje czary i rzuca na cesarza uroki, które szkodzą zarówno rodzinie cesarskiej, jak i państwu. Tyberiusz zgodził się wytoczyć jej proces, który jednocześnie był wyrokiem skazującym. Oskarżono ją o spiskowanie przeciwko cesarzowi i próbę rzucenia na niego czaru, co automatycznie oznaczało wyrok śmierci.


GALIJSKIE NIMES W STAROŻYTNOŚCI
 


Próbę obrony swej kuzynki (i przyjaciółki) podjęła jeszcze Agrypina, udając się do Tyberiusza z zamiarem prośby o zmianę jego wyroku. Ten akurat składał ofiarę w prywatnym sanktuarium na Palatynie bogu Augustowi. Agrypina widząc to, poczekała do końca uroczystości, po czym zarzuciła Tyberiuszowi nieszczerość, gdyż składa hołdy Augustowi, a jednocześnie skazuje na śmierć przedstawicieli jego rodu. Nic na tym jednak nie wskórała i Klaudia Pulcheria została stracona. Agrypina zdawała sobie sprawę, że w jej i jej dzieci żyłach płynie krew "Boskiego Augusta", którego Tyberiusz jest tylko adoptowanym synem. Czyli prawa jej dzieci do władzy są większe niż Tyberiusza i rodu Liwii Druzylli (matki Tyberiusza i żony Augusta). W każdym razie po śmierci Pulcherii Agrypina mocno się załamała, do tego stopnia że całymi dniami nie wychodziła z łoża i płakała. Wreszcie odwiedził ją osobiście sam Tyberiusz, ale ta wizyta tylko pogorszyła jej stan. Ta silna kobieta, która nie załamała się po śmierci męża i otwarcie sprzeciwiała się działaniom Sejana, teraz popadła w stan swoistej melancholii lub nawet depresji. Stan ten nie trwał długo i po pewnym czasie Agrypina odzyskała wigor i chęć do życia. Miała dla kogo żyć - jej synowie byli następcami Tyberiusza, najbliższymi spadkobiercami władzy, postanowiła więc przeczekać Tyberiusza, bo następnie osadzić u władzy jednego ze swych synów, który już doprowadziłby do upadku wszechwładnego Sejana i pozwolił rodowi Germanika odzyskać wpływy i znaczenie. 

Ale Sejan nie próżnował. Zdawał on sobie dokładnie sprawę, że nie może uderzyć bezpośrednio w Agrypinę dopóty, dopóki nie odejdzie z tego świata stara Liwia Druzylla. Tylko że ona, mająca już 83 lata, wcale nie zamierzała umierać. Owszem, w 23 r. poważnie zachorowała i to tak że spodziewano się jej śmierci. Ale wyzdrowiała. Ta kobieta, tak niezależna, będąca wzorem dla wielu matron (szczególnie tych z rodziny cesarskiej), już od 60 lat była kobietą w pełni niezależną (bowiem August w 35 r. p.n.e. oficjalnie zdjął z niej prawną konieczność posiadania męskiego opiekuna). Jako pierwsza kobieta została też wyobrażona na monetach (sestercje wybijane z napisem: "SPQR Iuliae Augustiae" - "Senat i Lud Rzymu dla Julii Augusty"),oraz prawem do podróżowania po Rzymie inaczej niż inne kobiety, czyli na sposób męski, czyli wozem zaprzężonym w konie, a nie tylko pieszo bądź w lektyce. Poza tym dysponowała ogromnym majątkiem, wpływami i przywilejami. I wcale i nie zamierzała umierać. Ponoć tajemnicą jej długowieczności był... alkohol, a mianowicie pewnego wina z rejonu Picenum, którego spożywała jedną łyżkę każdego dnia (potem taki sam sposób na długowieczność zalecał lekarz Galen, żyjący w 150 lat później). W każdym razie ta kobieta nie chciała umrzeć, dlatego też w interesie Sejana było ją poróżnić z synem. Sejan zdobył wpływ na Mutylię Pryskę, przyjaciółkę Liwii, która go informowała o jej stanie zdrowia i posunięciach politycznych. 

Już w 22 r. wybuchł poważny konflikt na linii matka-syn, gdy Liwia wystawiła posąg Augusta nieopodal Teatru Marcellusa w Rzymie, a na inskrypcji umieściła własne imię nad imieniem cesarza. Tyberiusz wpadł w gniew i stwierdził że nie zamierza być uważany jedynie za: "syna Liwii" (taki dość upokarzający dla niego tytuł przyznał mu senat po śmierci Augusta).. Tyberiusz co prawda przyjechał do Rzymu z uzdrowiska w Kampanii (gdzie leczył się na reumatyzm i inne dolegliwości), gdy Liwia poważnie zachorowała w 23 r. ale już wkrótce (zapewne przy dużym udziale Sejana) doszło do kolejnego konfliktu z matką, gdy Liwia zamierzała wciągnąć jednego z jej stronników do rejestru dekurialnego, Tyberiusz zdecydowanie odmówił, co spowodowało że Liwia rzuciła mu prosto w oczy kilka niemiłych słów, które wypowiadał o nim August. Po namowach Sejana (który udając stronnika Liwii) poprosił cesarza aby ten przystał na prośbę matki, Tyberiusz wreszcie wyraził zgodę, ale pod warunkiem iż zostanie dopisane że: "zostało to na nim wymuszone przez matkę". Tego było już za wiele i wzburzona Liwia wyciągnęła stare listy Augusta, w których bardzo niepochlebnie wyrażał się o zdolnościach i osobie Tyberiusza, po czym odczytywała je publicznie. Tyberiusz poczuł się upokorzony do głębi, postanowił więc opuścić Rzym i udać się do Neapolu (skąd w 27 roku uda się na wyspę Capri, gdzie będzie przebywać przez ostatnią dekadę swego życia i nigdy już nie powróci do Rzymu. Zacznie tam gromadzić literaturę i sztukę pornograficzną). I oto właśnie chodziło Sejanowi, teraz bowiem miał już wolną rękę i mógł zacząć na poważnie przygotowywać się do usunięcia potencjalnych następców Tyberiusza do władzy.





CDN.

sobota, 20 stycznia 2018

POLSKĘ TRZEBA ZAŁATWIĆ! - Cz. II

CZYLI O TYM,

JAK TO NIEMCY, ROSJA I INNE KRAJE

PO I WOJNIE ŚWIATOWEJ,

WSPÓLNYMI SIŁAMI DĄŻYŁY DO 

ZNISZCZENIA ODRADZAJĄCEJ SIĘ

POLSKIEJ PAŃSTWOWOŚCI



"W CHWILI OBECNEJ NIE MAMY 
ŻADNEGO GORSZEGO WROGA"

gen. HANS von SEECKT 
Dowódca REICHSWEHRY
Luty 1920 r.





DZIAŁANIA NIEMIECKIE

1918-1922

Cz. I 


Po podpisaniu aktu zakończenia wojny (który w rzeczywistości był aktem kapitulacji kajzerowskich Niemiec) 11 listopada 1918 r. w wagonie kolejowym we francuskiej miejscowości Compiegne, tego samego dnia w Warszawie (i w wielu innych miastach dawnej Kongresówki) rozpoczęło się rozbrajanie Niemców. Niemiecki garnizon warszawski liczył sobie 12 000 żołnierzy, jednak większość z nich była już mocno zdemoralizowana i zrewolucjonizowana, a tym samym niechętna dalszej walce i pragnąca czym prędzej wrócić do domu (sprawność bojową utrzymała jedynie 4000 załoga warszawskiej Cytadeli). Jednak wieści o masowym rozbrajaniu Niemców na ulicach Warszawy, w połączeniu z informacjami o fizycznych atakach na żołnierzy (które miały miejsce sporadycznie od początku listopada), mogły spowodować zmianę nastawienia niemieckiego garnizonu, gdyż nic tak nie mobilizuje ludzi do dalszej walki jak groźba śmierci. Przybyły w godzinach porannych 10 listopada 1918 r. do Warszawy Józef Piłsudski (wypuszczony przez Niemców z więzienia w Magdeburgu, w którym przebywał ponad rok, począwszy od internowania w Warszawie 22 lipca 1917 r.), zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. Nie tylko problemem był sam niemiecki garnizon w Warszawie, Niemcy bowiem utrzymywali w Królestwie Polskim ok. 60 000 żołnierzy, zaś cała armia stacjonująca na Wschodzie tzw.: Ober-Ostu (Oberbefehlshaber Ost - Naczelne Dowództwo Wschód) liczyła ok. 400 000 żołnierzy. Była to siła, która mogła wprost "zdmuchnąć" odradzającą się polską państwowość, tym bardziej że pod bronią było wówczas zaledwie 5 000 żołnierzy regularnego wojska (Polnische Wehrmacht), 4 000 niewyszkolonych i praktycznie nieuzbrojonych ochotników, którzy zaciągnęli się parę tygodni wcześniej, oraz ok. 12 000 żołnierzy POW-u (Polskiej Organizacji Wojskowej), też z reguły bardzo słabo uzbrojonych. 

Należało więc czym prędzej unormować stosunki z Niemcami, był to bowiem warunek sine qua non, bez którego spełnienia nie można było myśleć o odbudowie polskiej niepodległości. Jeszcze 10 listopada, nakazał podporucznikowi Adamowi Kocowi ustawić patrole peowiaków przed niemieckimi posterunkami, w celu zapobieżenia samowolnym atakom ludności na niemieckich żołnierzy. Delegacja niemieckiej Rady Żołnierskiej, która stawiła się w tymczasowym miejscu zakwaterowania Piłsudskiego (pensjonat panien Romanowych przy ulicy Moniuszki 2), która stwierdziła że pragnie w spokoju opuścić miasto i udać się do ojczyzny, ale jeśli ataki na żołnierzy będą się powtarzały "będą musieli siłą otwierać sobie drogę". Piłsudski oczywiście wyraził zgodę, ale zażądał jednocześnie wydania broni, niemieckich lokomotyw i wagonów, oraz użycia niemieckiej aparatury telegraficznej i telefonicznej. Nie zapadły tego dnia jeszcze żadne wiążące decyzje. Noc z 10 na 11 listopada spędził Piłsudski w rozmyślaniach i układaniach scenariuszy przyszłego porozumienia (w oparach dymu papierosowego i mocnej herbaty, którą lubił pijać). Następnego dni o godzinie 8:00 rano udał się do Pałacu Namiestnikowskiego (dziś to jest Pałac Prezydencki) na Krakowskim Przedmieściu do niemieckiego generał-gubernatora Hansa von Beselera. Potwierdził tam swą zgodę na bezpieczne ewakuowanie niemieckiego garnizonu z Warszawy, jednocześnie zwracając się do żołnierzy niemieckich (mocno już zrewoltowanych), że w Niemczech mogą sobie rozbić ze swymi oficerami co chcą, ale tu, na polskiej ziemi niewolno niemieckich oficerów ani znieważać, ani też zdzierać z nich oznak wojskowych i jednocześnie oświadczył: "Ja, jako przedstawiciel narodu polskiego, oświadczam wam, że naród polski za grzechy waszego rządu nad wami mścić się nie chce i nie będzie". 

12 listopada Piłsudski otrzymał ze strony Rady Regencyjnej misję utworzenia nowego rządu, tego też dnia wystosowana została odezwa do Narodu Polskiego w kwestii umożliwienia bezpiecznego przemarszu Niemcom do ojczyzny, znalazły się w niej takie oto słowa: "Wielki przewrót w Niemczech postawił na straży interesów narodu niemieckiego rząd ludowo-socjalistyczny. Okupacja w Polsce przestaje istnieć. Żołnierze niemieccy opuszczają naszą Ojczyznę. Rozumiem w pełni rozgoryczenie, jakie we wszystkich kołach społeczeństwa obudziły rządy okupantów. Pragnę jednak, abyśmy nie dali się porwać uczuciom gniewu i zemsty. Wyjazd władz i wojsk niemieckich musi odbyć się w najzupełniejszym porządku. (...) Obywatele! Wzywam was wszystkich do zachowania zimnej krwi, do równowagi i spokoju, jaki powinien panować w narodzie, pewnym swej wielkiej i świetnej przeszłości". Odezwa oczywiście tyczyła się całego kraju, nie tylko samej Warszawy, ale w tamtych czasach, w sytuacji wojennych zniszczeń i braku bezpośredniej łączności z wszystkimi terenami, nie wszyscy dowiedzieli się o jego wydaniu. W Międzyrzeczu z tego powodu doszło do tragedii, gdy próba rozbrojenia wycofujących się Niemców, skończyła się rozbiciem małego oddziału POW-u, a następnie przez kolejne trzy dni (16-18 listopada) Niemcy dokonali masakry cywilnych mieszkańców miasta a na koniec nałożyli na władze wysoką kontrybucję. Tego właśnie Piłsudski starał się uniknąć, dlatego też tak ważne było spokojne wycofanie się Niemców do kraju (gdyby bowiem armia Ober-Ostu przeszła przez Polskę bez zawarcia umowy i wytyczenia szlaków, to takich Międzyrzeczy byłoby mnóstwo w wielu polskich miastach).




Ewakuacja garnizonu warszawskiego trwała do 19 listopada - tego bowiem dnia ostatni niemiecki żołnierz opuścił stolicę. 20 listopada w godzinach rannych, do Warszawy przybył pierwszy niemiecki poseł - Harry Kessler, znajomy Piłsudskiego jeszcze z okopów z października 1915 r. który następnie eskortował przyszłego marszałka z twierdzy Magdeburg do Polski, po jego uwolnieniu przez władze niemieckie i który 9 listopada (w dniu abdykacji cesarza Wilhelma II i proklamowaniu Republiki Niemieckiej przez Philippa Scheidemanna z balkonu Reichstagu - po której to Scheidemann wrócił do spożywania obiadu, który przerwał tylko na ową proklamację, był bowiem bardzo głodny), ofiarował Piłsudskiemu swoją własną szablę oficerską, bowiem nie godziło się aby komendant wracał do kraju bez szabli. Niemcy postanowili bowiem zawrzeć z Polskę stosunki dyplomatyczne już 14 listopada (jeszcze przed oficjalną proklamację państwa polskiego, wysłaną do rządów najważniejszych państw świata), długo jednak myślano nad odpowiednim kandydatem do tej roli (16 listopada postanowiono wysłać do Warszawy kobietę, ale szybko z tego zrezygnowano). 18 listopada wybór padł właśnie na Harrego Kesslera (o którym już wielokrotnie pisałem na tym blogu), niemieckiego multimilionera, oficera i dyplomatę (oraz literata, filantropa, kolekcjonera sztuki i publicysty w jednym). Nawiązanie stosunków dyplomatycznych z Polską miało jeszcze jeden cel. Chodziło bowiem o... zdyskredytowanie odradzającej się Polski w oczach zwycięskich mocarstw, gdyż to właśnie Niemcy jako pierwszy kraj uznał niepodległość i nawiązał stosunki dyplomatyczne z Polską. Była to więc podwójna gra Berlina, uwikłana w celu wyciągnięcia z tego dla siebie jakichś politycznych korzyści. 

Podczas swojej krótkiej misji poselskiej w Warszawie, Kessler zdołał jedynie wynegocjować umowę o przemarszu wojsk niemieckich ze ogromnych terenów na Wschodzie do Rzeszy, poza tym miał na głowie inne problemy. Musiał mianowicie co jakiś czas zmieniać hotele, bowiem gdy tylko bojówki Narodowej Demokracji dowiedziały się gdzie on przebywa, rozbijano szyby i wdzierano się do środka, co powodowało że niejednokrotnie musiał on uciekać przed wzburzonym tłumem (tak było chociażby w hotelu Bristol, gdy kelner ostrzegł Kesslera w ostatniej chwili: "Panie Kessler (...) bierz pan nogi za pas. Wiej pan przez kuchnię, to w tej chwili (...) jedyna dla pana droga ratunku"). 2 grudnia 1918 r. dowództwo armii Ober-Ostu zaakceptowało polskie warunki wycofania sił niemieckich do kraju i do 15 grudnia opracowano pierwszy kształt umowy, na mocy której Niemcy mieli wycofać się do Rzeszy trasą wiodącą przez Kowel, Białystok i Grajewo do Prus Wschodnich (ostateczna umowa w tej sprawie podpisana została 5 lutego 1919 r.). 15 grudnia jest również ostatnim dniem, w którym Harry Kessler pełnił funkcję posła niemieckiego w odradzającej się Polsce. Tego bowiem dnia został on poproszony o opuszczenie kraju i powrót do Niemiec. Tak oto zostały zerwane pierwsze stosunki dyplomatyczne Polski z Niemcami.

27 grudnia 1918 r. wybuchło w Poznaniu powstanie antyniemieckie, stało się to wbrew stanowisku polskiej Komisariatu Naczelnej Rady Ludowej, która nie godziła się na wybuch powstania, a raczej wolała rozmawiać z Niemcami o autonomii dla Wielkopolski. Powstanie wyszło z kręgów młodych polskich oficerów z armii niemieckiej, na czele z Mieczysławem Paluchem (zapominanym już dziś pierwszym przywódcą Powstania Wielkopolskiego). Paluch został zapominany, ponieważ rozbijał opowiastkę endecji o tym jak to Józef Dowbor-Muśnicki odzyskał Wielkopolskę. Prawda była taka, że gdy Muśnicki nawet jeszcze nie zamyślał o powstaniu, tzw.: radykalna grupa Nogaja (w skład której wchodził Paluch - który notabene był zagorzałym piłsudczykiem), opracowała i wprowadziła w życie plan odbicia Poznania i całej Wielkopolski. Paluch i jego szkolny kolega (też piłsudczyk) Bohdan Hulewicz nie zamierzali bowiem czekać na to aż zwycięskie mocarstwa Anglia i Francja oddadzą nam Wielkopolskę (na co właśnie liczyli sparaliżowani strachem przed niemiecką armią endeccy politycy z Naczelnej Rady Ludowej), i postanowili dokonać czynu zbrojnego, który dałby owym mocarstwom powód do przyznania Poznańskiego Polsce. 27 grudnia to właśnie Mieczysław Paluch dał sygnał do rozpoczęcia powstania, które przeszło do historii jako Powstanie Wielkopolskie. Błyskawicznym atakiem zajął lotnisko Ławica, wraz z wieloma stacjonującymi tam samolotami (umożliwiło to 9 stycznia 1919 r. dokonanie pierwszego w historii Polski nalotu bombowego na niemieckie miasto - Frankfurt nad Odrą, gdzie polskie samoloty z Poznania siały postrach wśród niczego się nie spodziewających mieszkańców miasta).

Na wiadomość o wybuchu powstania Naczelna Rada Ludowa wpadła we wściekłość i aby jakoś udobruchać Niemców, dołączyła w swe szeregi dwóch zagorzałych hakatystów (Hakata - czyli Deutscher Ostmarkenverein - Niemiecki Związek Marchii Wschodniej) i zażądała zaprzestania walk w mieście. Paluch jednak uznawszy zwierzchność NRL, jednocześnie nawiązał kontakt z Wojciechem Korfantym, jedynym rozsądnym przedstawicielem NRL-u, który twierdził że skoro powstanie już wybuchło, to należy je prowadzić, on też przekonał pozostałych członków tej organizacji do wsparcia powstania. Nim jednak gen. Dowbor-Muśnicki objął dowództwo nad powstaniem (6 stycznia 1919 r.) większa część Poznańskiego była już w rękach polskich, czyli powstanie przetrwało i rozszerzyło się na wiele innych miast i miasteczek Wielkopolski. Powstanie zakończyło się ostatecznie 16 lutego 1919 r. ugodą zawartą pod przymusem zwycięskich mocarstw Anglii i Francji w Trewirze, na mocy której cała Wielkopolska pozostała w rękach Polskich, zaś ostatecznie 28 czerwca 1919 r. po podpisaniu traktatu wersalskiego, została oficjalnie przyznana Polsce, ostatecznie do marca 1920 r. Wielkopolska została całkowicie zintegrowana z resztą kraju. Powstanie Wielkopolskie było potężnym ciosem dla Niemców, którzy w żadnym razie nie godzili się na uszczuplenie swojego stanu posiadania i uznawali jedynie granicę z 1914 r. Już w maju 1919 r. przegrupowano spore jednostki Grenzschutzu nad granicę z Polską, tymczasem większość sił polskich była wówczas rozlokowana na wschodzie (właśnie w maju ruszyło główne polskie uderzenie w Małopolsce Wschodniej, które do końca czerwca doprowadziło do zajęcia ogromnych terenów, zaś do sierpnia 1919 r. opanowano całą Małopolskę Wschodnią, ostatecznie likwidując istniejącą na jej terenie Zachodnio-ukraińską Republikę Ludową).



"O BOŻE A DOKĄD BÓG PROWADZI?
WARSZAWĘ ODWIEDZIĆ BYŚMY RADZI
GDY ZWIEDZIM WARSZAWĘ JUŻ NA WILNO - 
ZOBACZYĆ TO STARE NASZE WILNO.
A Z WILNA JUŻ DROGA JEST GOTOWA - 
PROWADZI PROŚCIUTKO AŻ DO LWOWA"



Do niemieckiego ataku jednak nie doszło (Niemcy były wówczas zbyt osłabione wojną światową, kontrybucjami i redukcją wojska, poza tym obawiano się reakcji Francji i Anglii na tak agresywny krok), za to wybuchło kolejne polskie powstanie w Rzeszy, tym razem na Śląsku - 16 sierpnia 1919 r., poza tym trwał spór niemiecko-polski o przynależność Pomorza (zwanego potem w niemieckiej prasie i późniejszej historiografii "polskim korytarzem") i Gdańska (już Kessler, jeszcze jako poseł niemiecki w Warszawie zdecydowanie twierdził: "Gdańska nie oddamy"), o tym jednak w kolejnej części.



CDN.
                   

czwartek, 18 stycznia 2018

BYŁ ŚWIAT, PIĘKNY ŚWIAT - Cz. I

CZYLI ZAGŁADA POLSKICH DWORÓW

NA KRESACH WSCHODNICH PO 1917 r. 

I W LATACH 1939-1945

 



"ŻOŁNIERZ, KTÓRY TYLE ZROBIŁ DLA POLSKI, NIE ZOSTANIE BEZ NAGRODY. WDZIĘCZNA OJCZYZNA NIE ZAPOMNI O NIM. ZDOBYTE ZOSTAŁY OGROMNE OBSZARY, OPUSTOSZONE I OBRÓCONE PRZEZ WOJNĘ ŚWIATOWĄ PRAWIE W PUSTYNIĘ. ZAPROPONOWAŁEM JUŻ RZĄDOWI, BY CZĘŚĆ ZDOBYTEJ ZIEMI ZOSTAŁA WŁASNOŚCIĄ TYCH, CO JĄ POLSKĄ ZROBILI UZNOIWSZY JĄ POLSKĄ KRWIĄ I TRUDEM NIEZMIERNYM"

JÓZEF PIŁSUDSKI 
12 Października 1920 r.


 To przemówienie Naczelnego Wodza - Józefa Piłsudskiego do żołnierzy z 12 października 1920 r. otworzyło proces przyznawania ziemi na wyludnionych terenach zdobytych Kresów Wschodnich, polskim weteranom wojny z bolszewikami z lat 1919-1920. Należy nadmienić, że ziemia ta nie była całkowicie bezpłatna, oficjalnie działki na wschodzie mógł nabyć każdy po normalnej stawce gruntowej, ale (dzięki wstawiennictwu Piłsudskiego) pierwszeństwo mieli weterani wojenni, uczestnicy krwawych bitew z bolszewickim najeźdźcą, którzy tę ziemię zdobywali, ponownie po wielu dekadach niewoli, czyniąc ją znów polską. Weterani też wpłacali pewne niewielkie kwoty pieniężne (które jednak były zaledwie znikomą częścią wartości tych działek) i dzięki temu mogli nabyć nowe ziemie pod uprawy na nowych wschodnich terenach odradzającej się Rzeczypospolitej. Niestety, przygoda owych kolonistów trwała krótko, bowiem zaledwie dziewiętnaście lat. Gdy 1 września 1939 r. na Polskę ruszyły hitlerowskie Niemcy, 17 września od wschodu uderzył sprzymierzony wówczas z Niemcami Związek Sowiecki, a to oznaczało zagładę dla tych ludzi i ich rodzin. Dochodziło do mordów (o nieprawdopodobnym wręcz stopniu bestialstwa), gwałtów i zniszczeń. Ludzie uciekali więc na zachód kraju, a tam... Niemcy. W filmie Andrzeja Wajdy z 2007 pt. "Katyń" jest taka symboliczna scena, gdy ludzie na moście, uciekający przed Niemcami, widzą że z drugiej strony też biegną ku nim inni ludzie. Powstaje dezorientacja, wreszcie ktoś pyta: "Ludzie! dokąd biegniecie, zawracajcie, przecież za nami Niemcy?", na co tamci: "Sowieci, Sowieci wkroczyli... Ruscy wkroczyli..."

Jest to scena niezwykle symboliczna, pokazująca dobitnie w jak dramatycznym położeniu znalazła się wówczas nasza Ojczyzna, napadnięta z dwóch stron przez totalitarnych bandytów, mających chorą wizję ukształtowania świata według własnej woli. Tak więc po 17 września 1939 r. ci wszyscy koloniści, ci weterani zwycięskiej wojny 1920 r. i ich rodziny, byli pierwszymi ofiarami wkraczającego na polskie ziemie wschodnie czerwonego piekła. Wspomnienie owego napadu, jak i wcześniejszych zbrodni z lat 1917-1920 czy z czasów carskich, zostało w piękny sposób przedstawione w wierszu Józefa Szczepańskiego (napisany 29 sierpnia 1944 r. w czasie Powstania Warszawskiego, gdy Sowieci stali bezczynnie, na Pradze (prawobrzeżnej części Warszawy), przyglądając się jak walcząca o swój niepodległy byt i po prostu o prawo do życia stolica Polski, zostaje zamieniona w kupę gruzów, wraz z mogiłami tysięcy jej bohaterskich synów i córek. Celem Stalina było bowiem doprowadzenie do klęski Powstania Warszawskiego rękoma Niemców, a następnie zajęcie i zniewolenie zniszczonego miasta i całego kraju), Wiersz nosi tytuł: "Czerwona zaraza", a jego słowa wystarczą za wszelki komentarz:


Czekamy ciebie, czerwona zarazo,
byś wybawiła nas od czarnej śmierci,
byś nam Kraj przedtem rozdarłwszy na ćwierci,
była zbawieniem witanym z odrazą.

Czekamy ciebie, ty potęgo tłumu
zbydlęciałego pod twych rządów knutem
czekamy ciebie, byś nas zgniotła butem
swego zalewu i haseł poszumu.

Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu,
morderco krwawy tłumu naszych braci,
czekamy ciebie, nie żeby zapłacić,
lecz chlebem witać na rodzinnym progu.

Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco,
jakiej ci śmierci życzymy w podzięce
i jak bezsilnie zaciskamy ręce
pomocy prosząc, podstępny oprawco.

Żebyś ty wiedział dziadów naszych kacie,
sybirskich więzień ponura legendo,
jak twoją dobroć wszyscy kląć tu będą,
wszyscy Słowianie, wszyscy twoi bracia

Żebyś ty wiedział, jak to strasznie boli
nas, dzieci Wielkiej, Niepodległej, Świętej
skuwać w kajdany łaski twej przeklętej,
cuchnącej jarzmem wiekowej niewoli.

Legła twa armia zwycięska, czerwona
u stóp łun jasnych płonącej Warszawy
i scierwią duszę syci bólem krwawym
garstki szaleńców, co na gruzach kona.

Miesiąc już mija od Powstania chwili,
łudzisz nas dział swoich łomotem,
wiedząc, jak znowu będzie strasznie potem
powiedzieć sobie, że z nas znów zakpili.

Czekamy ciebie, nie dla nas, żołnierzy,
dla naszych rannych - mamy ich tysiące,
i dzieci są tu i matki karmiące,
i po piwnicach zaraza się szerzy.

Czekamy ciebie - ty zwlekasz i zwlekasz,
ty się nas boisz, i my wiemy o tym.
Chcesz, byśmy legli tu wszyscy pokotem,
naszej zagłady pod Warszawą czekasz.

Nic nam nie robisz - masz prawo wybierać,
możesz nam pomóc, możesz nas wybawić
lub czekać dalej i śmierci zostawić...
śmierć nie jest straszna, umiemy umierać.


Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły
Nowa się Polska - zwycięska narodzi.
I po tej ziemi ty nie będziesz chodzić
czerwony władco rozbestwionej siły.
 



 "TO NIE  BYŁ NASZ CZAS, CO?"




"JA NIE DAM RADY WRÓCIĆ DO NIEWOLI NIEMIECKIEJ - PRZEZ TE KILKADZIESIĄT DNI, JA ZNOWU POCZUŁEM SIĘ WOLNY"




Nim jednak doszło do ataku Niemców i Sowietów z września 1939 r. i krwawej hekatomby polskich Kresów Wschodnich, najpierw była pierwszy, armageddon z 1917 r. i lat następnych, w czasie wybuchu rewolucji komunistycznej w Rosji. Pragnę bowiem w tym temacie zająć się właśnie najpierw tą pierwszą masakrą, która zniszczyła to, czego nie zdołał zniszczyć przez dziesięciolecia carat - polskie dwory - czyli enklawy polskości (polskiej kultury, sztuki, historii, tradycji) na wschodnich terenach dawnej Rzeczypospolitej, czyli tych do Dniepru (na ziemiach dzisiejszej Ukrainy i Białorusi). Bowiem "Polska do Bugu", czyli taka, jaka jest obecnie, nie istniała w świadomości Polaków nawet podczas zaborów. Celem niepodległości było bowiem odzyskanie stanu posiadania sprzed 1772 r. (czyli sprzed pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej), lub choćby jakieś korekty wewnątrz tych nakreślonych granic (tyczące autonomii czy nawet niepodległości Ukrainy, Litwy i Białorusi, które jednak miały pozostawać w swoistej "braterskiej unii" z Polską). Granica Polski na Bugu została po praz pierwszy wytyczona dopiero podczas Kongresu Wiedeńskiego 1815 r. który miał określić przyszły kształt Europy po epoce wojen napoleońskich. Wówczas to zostało stworzone kadłubowe Królestwo Polskie (połączone unią personalną z Cesarstwem Rosyjskim), ograniczające się do niewielkich terenów centralnej i południowej Polski (bez Kresów Zachodnich - Wielkopolski, Pomorza, Śląska i oczywiście Kresów Wschodnich, czyli ogromnych wschodnich terenów dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów).

Nim przejdę do głównego tematu (jak zwykle) trochę pobocznych historii, ułatwiających zrozumienie tego zagadnienia, jak również faktu skąd w ogóle na dalekich ziemiach, należących przecież do Rosji, Ukrainy, Białorusi czy Litwy, wzięła się tak liczna mniejszość polska? Należy więc to teraz wyjaśnić i opowiedzieć (choć będę się starał naprawdę pokrótce, aby jedynie nakreślić obraz sytuacji, bo widzę że coraz bardziej zbaczam z głównych tematów i muszę się trochę korygować, aby nie powstało szereg pomniejszych tematów nie związanych bezpośrednio z tym głównym). Zacznijmy więc od początku. Ogromne ziemie na wschodzie, Polska nie zdobyła w ramach jakichś wielkich podbojów militarnych czy aneksji, lecz w prosty (choć niezwykle mało popularny w ówczesnym świecie - zresztą podobnie jak i dziś) sposób, czyli - na podstawie dobrowolnych unii pomiędzy państwami. Unie te, były korzystne dla obu jej sygnatariuszy, gdyż w przypadku Litwy oznaczały wsparcie militarne potężnego sąsiada z zachodu, przeciwko rosnącej w siłę Moskwy, zaś w przypadku Polski (Korony), możliwość zaszachowania niemieckiego Zakonu Krzyżackiego od wschodu, oraz potężnego wschodniego sojusznika w dyplomatycznych rozgrywkach z cesarstwem, a następnie z osmańską Turcją. Unia polsko-litewska otworzyła więc drogę pod przyszłe europejskie mocarstwo, które jednak pozbawione było cech zaborczości, a jednocześnie zapisało tak piękne karty w najważniejszych dla Europy (i Świata) momentach historycznych (jak chociażby obrona Europy przed zalewem turecko-muzułmańskim w latach 1621 i 1683, oraz przed podbojem i przemocą bolszewicką w 1920 r.).   


 KREWO - 1385 r.

PIERWSZA UNIA POLSKO-LITEWSKA




Rok 1385 był rokiem wyjątkowym dla dalszych dziejów Polski i Litwy. Oto bowiem wówczas doszło do formalnej unii polsko-litewskiej, która nie była niczym innym jak... dobrowolną aneksją Litwy przez Polskę. Tak, to była aneksja (zgodnie z traktatem unijnym zawartym w Krewie 14 sierpnia 1385 r.)., był tam bowiem taki oto punkt: "Wielki książę Jagiełło obiecuje ziemie swoje litewskie i ruskie na wieczne czasy do korony Królestwa Polskiego przyłączyć". Oczywiście, realnie do tego nigdy nie doszło i Litwa pozostała odrębnym państwem w unii z Polską do 1569 r. ale nawet po tej dacie (tzw.: unii lubelskiej zawartej w dniach 28 czerwca - 4 lipca), Litwa nie przestała być odrębnym państwem, jedynie wspólny był monarcha, sejm, polityka zagraniczna i pieniądz, ale już odrębne było wojsko, urzędy, skarb, prawo sądowe oraz język. Z czasem jednak zatarły się i różnice językowe ("zatarły się" to za dużo powiedziane, po prostu nastąpiła całkowita, choć długotrwała, trwająca kilka dekad polonizacja Litwy) a pamięć o wspólnym dziedzictwie kulturowym przetrwała nawet upadek państwa polskiego i rozbiory. Gdyby bowiem w latach 30-tych XIX wieku, ktoś w Paryżu zapytał Adama Mickiewicza: "Czy jest pan Polakiem?", odpowiedziałby on z pełnym przekonaniem: "Tak, jestem Litwinem!". Rozumiecie - różnice pomiędzy Koroniarzami a Litwinami zostały zatarte i każdy litewski szlachcic uważał się za Polaka, choć podkreślał iż jest z Litwy (to tak samo jak by Amerykanina zapytać czy jest obywatelem USA a on odparłby: "Tak, jestem z Teksasu" (lub z Georgii). 




Marszałek Piłsudski całe życie twierdził że jest "starym Litwinem" choć oczywiście zawsze czuł się Polakiem i tylko Polakiem. Należy jednak pamiętać że Litwa z XIV wieku, to nie była Litwa "litewska" (w rozumieniu dzisiejszym, ściśle demograficzno-lingwistyczno-etnograficznym). Ówczesna Litwa była w ogromnej większości... ruska, tak właśnie ruska, gdyż nawet język dworu wielkoksiążęcego na Litwie był językiem ruskim (nie litewskim). Choć oczywiście były różnice które można było zobaczyć gołym okiem - Litwin z terenów Wilna, Troków czy Grodna był poganinem, który jednak próbował naśladować (przynajmniej częściowo) zachodni (czyli polski lub krzyżacki) sposób bycia. Rusin z Kijowa, Nowogrodu Siewierskiego, Łucka czy Mińska był wyznawcą prawosławia i nosił się na wschodnią modłę. I wreszcie Żmudzin, czyli tzw.: "pierwotny Litwin", również oczywiście poganin, dodatkowo uważany za dzikusa, bowiem wśród Żmudzinów z XIV i XV wieku, trudno było odróżnić szlachtę od chłopstwa, gdyż jedni i drudzy nosili praktycznie te same stroje, szczególnie kożuchy odwrócone włosiem do góry, a ich mowa (typowo litewska) przypominała... kukanie, dlatego też przezywano ich "żmudzkimi dudkami", uważając jednocześnie za lud prymitywny, tkwiący jeszcze długo w pogaństwie. Żmudzini uchodzili też wśród samych Litwinów za wyjątkowo gburowatych. 

W każdym razie pierwszą unią polsko-litewską była właśnie ta zawarta w 1385 r. w Krewie. Jej efektem było małżeństwo litewskiego księcia - Jogaiłły z polską królową - Jadwigą, co wiązało się przede wszystkim z chrztem samego Jogaiłły (15 lutego 1386 r.), który przybrał sobie na chrzcie imię Władysław (i odtąd zwany był Władysławem Jagiełłą), a dopiero potem ślubem z królową Jadwigą (18 lutego), a 4 marca został on koronowany na króla Polski. Litwa nie weszła wówczas w skład Królestwa Polskiego, ponieważ Jagiełło toczył spór ze swym kuzynem, księciem Witoldem, który wkrótce przeobraził się w wojnę domową na Litwie (1389-1392), zakończonej (4 sierpnia) uznaniem przez Władysława Jagiełłę praw Witolda do zarządzania Litwą (w imieniu króla polskiego). Książę Witold jeszcze jeszcze podjął próbę zrzucenia polskiej zwierzchności w latach 1398-1399 kierując się na wschód, poniósł jednak druzgocącą klęskę w bitwie z Tatarami nad rzeką Worsklą (16 sierpnia 1399 r.) co zmusiło go do zaprzestania prób jawnego usamodzielnienia się. W 1401 r. zostaje zawarta kolejna unia, zwana wileńsko-radomską, na mocy której Witold otrzymuje dożywotnie rządy na Litwie, w zamian za co przysięga być wiernym Władysławowi i obiecuje iż po jego śmierci Litwa zostanie włączona do Polski. Dzięki temu sojuszowi, udaje się w 1410 r. połączonym siłom polsko-litewsko-ruskim rozgromić w największej bitwie średniowiecza (o miano największej konkuruje z nią jedynie stoczona pięć lat później bitwa pod Azincourt) - bitwie pod Grunwaldem 14 lipca - siły Zakonu Krzyżackiego. Potęga teutońskiego zakonu rycerskiego zostaje ostatecznie złamana w tej bitwie, a Zakon nigdy już nie odzyska dawnej potęgi, stanie się tak właśnie dzięki unii Polski z Litwą, które to dwa kraje (i trzy narody) wyniesie do rangi mocarstwa europejskiego. 





 "OTO JEST TEN, KTÓRY JESZCZE DZIŚ RANO MIENIŁ SIĘ BYĆ WYŻSZYM NAD WSZYSTKIE MOCARZE"

(ZAKONOWI KRZYŻACKIEMU NIE POMOGŁO NAWET WSPARCIE UDZIELONE PRZEZ RYCERSTWO PRAWIE CAŁEJ EUROPY, BYLI TAM BOWIEM BAWARCZYCY, SAKSOŃCZYCY, FRANKOŃCZYCY, FRANCUZI  NAWET RYCERZE Z ANGLII)



 CDN.
     

niedziela, 14 stycznia 2018

POLSKĘ TRZEBA ZAŁATWIĆ! - Cz. I

CZYLI O TYM, 

JAK TO NIEMCY, ROSJA I INNE KRAJE

PO I WOJNIE ŚWIATOWEJ, 

WSPÓLNYMI SIŁAMI DĄŻYŁY DO

ZNISZCZENIA ODRADZAJĄCEJ SIĘ

POLSKIEJ PAŃSTWOWOŚCI





"ŻOŁNIERZE! DWA DŁUGIE LATA, PIERWSZE ISTNIENIA WOLNEJ POLSKI, SPĘDZILIŚCIE W CIĘŻKIEJ PRACY I KRWAWYM ZNOJU. KOŃCZYCIE WOJNĘ WSPANIAŁYMI ZWYCIĘSTWAMI, I NIEPRZYJACIEL, ZŁAMANY PRZEZ WAS, ZGODZIŁ SIĘ WRESZCIE NA PODPISANIE (...) POKOJU. ŻOŁNIERZE! NIE NA PRÓŻNO I NIE NA MARNE POSZEDŁ WASZ TRUD. (...) LECZ OD RAZU, OD PIERWSZEJ CHWILI ŻYCIA SWOBODNEJ POLSKI, WYCIĄGNĘŁO SIĘ KU NIEJ MNÓSTWO POŻĄDLIWYCH RĄK, SKIEROWAŁO SIĘ MNÓSTWO WYSIŁKÓW, BY JĄ UTRZYMAĆ W STANIE BEZSIŁY, BY JEŚLI JUŻ ISTNIEJE, BYŁA ONA IGRASZKĄ W RĘKU INNYCH, BIERNYM POLEM DLA INTRYG CAŁEGO ŚWIATA (...) 

ŻOŁNIERZE! ZROBILIŚCIE POLSKĘ MOCNĄ, PEWNĄ SIEBIE I SWOBODNĄ (...) KRAJ, CO W DWA LATA POTRAFI WYTWORZYĆ TAKIEGO ŻOŁNIERZA, JAKIM WY JESTEŚCIE, MOŻE SPOKOJNIE PATRZEĆ W PRZYSZŁOŚĆ"

JÓZEF PIŁSUDSKI
18 Października 1920 r.






 Odnośnie niedawnej rekonstrukcji rządu i wyzwań, jakie nas jeszcze czekają w przyszłości, postanowiłem przypomnieć sytuację, jaka miała miejsce tuż po zakończeniu I Wojny Światowej, gdy po klęsce Niemiec i Austro-Węgier i upadku Rosji, zaczęły się odradzać państwa w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym oczywiście państwo polskie. Chciałbym tutaj pokazać, iluż było wrogów owego odrodzenia i to nie tylko wśród takich krajów jak Rosja czy Niemcy, ale również innych państw, jak choćby Litwa czy Czechosłowacja, a także chociażby... Anglia. Chciałbym właśnie zaprezentować kierunki działań, zmierzające do zniszczenia Polski jako niepodległego państwa lub chociażby takiego jej osłabienia, aby nie była zdolna stanowić przeciwwagi w Europie Środkowej dla tandemu niemiecko-rosyjskiego. Wydaje mi się że w obecnych czasach wielkiej próby, jakie stoją przed nami, jest to również bardzo ważne, aby wiedzieć jak pomimo wielu trudności (znacznie większych i poważniejszych niż dziś), nasi przodkowie potrafili doprowadzić sprawę Niepodległości Polski do końca i "tak ją postawić w sile i mocy" aby nie tylko mogła przetrwać, lecz również aby zaczęła zgłaszać pretensje do uznania jej mocarstwowych ambicji. 




I rzeczywiście, dla wielu było nie do pomyślenia, że państwo, którego jeszcze kilka lat wcześniej nie było na mapach, które było tak zniszczone działaniami wojennymi, że brakowało nawet słomy na chłopskich dachach, którą nawet konfiskowały zaborcze armie dla potrzeb wojennych, że ten mały zdawałoby się, słaby i biedny kraj, może w ogóle myśleć o mocarstwowości. Amerykanie nie dowierzali, pisząc w 1934 r.: "Poprzedni sługa cesarzowej Austrii, cesarzowej Rosji i Fryderyka Wielkiego w Prusach teraz chce być panem w afrykańskim kraju", a "Pittsburgh Courier" dodawał w alarmistycznym tonie: "Liberia może być pochłonięta przez żarłoczną Polskę". Zaś francuski delegat w Radzie Lidze Narodów Joseph Paul-Boncour posunął się do stwierdzenia (na słowa polskiego delegata w Radzie Ligii Narodów - Augusta Zaleskiego że Polska jako mocarstwo ma prawo do podejmowania określonych decyzji w interesujących Ją kwestiach): "O tak, Polska jest mocarstwem. Ale należy pamiętać że są wielkie mocarstwa i jest Polska". Były to słowa wypowiedziane przez przedstawiciela państwa, które (przynajmniej oficjalnie) było nam przyjazne i z którym mieliśmy zawarty od 1921 r. sojuszniczy układ militarny. Pokazuje to dobitnie, że Polska Niepodległa, a już z pewnością Polska mająca własne ambicje mocarstwowe, była nie na rękę nie tylko państwom nam realnie wrogim, ale również i tzw.: sojuszniczym. 


"PRZEZ ZJEDNOCZENIE NARODU 
DO POLSKI WIELKIEJ, SILNEJ I SPRAWIEDLIWEJ"



Należy bowiem pamiętać, że odrodzenie Polski miało od początku służyć celom państw zaborczych. 25 marca 1915 r. przewodniczący Związku Wszechniemieckiego Friedrich von Schwerin, opracował memorandum dla rządu niemieckiego, dotyczące powiększenia niemieckiego terytorium po zwycięskiej wojnie i jego zagospodarowania i zasiedlenia. Pisał w nim mi.in.: "W ramach niemieckiego programu oskrzydlenia Rosji Niemcy muszą poszerzyć swoją strefę wpływu na terenach wschodnich. Jako środek do osiągnięcia tego celu może posłużyć "polskie państwo buforowe" pod niemiecką hegemonią (...) Zgodnie z tym będzie przebiegać zasiedlanie zdobytych terenów kolonizatorami niemieckimi po spełnieniu następujących warunków: a) opróżnienie tych obszarów z ludności polskiej, b) sprowadzenie niemieckich osadników z Niemiec i Rosji (...) c) oddzielenie zgermanizowanym pasem granicznym Polaków z Prus od pozostałych Polaków i ich asymilacja, d) wypłacenie przez polskie państwo buforowe odszkodowań wysiedlonym polskim rolnikom. Zasiedlenie nowo zdobytych obszarów na wschodzie, obok korzyści politycznych, strategicznych i gospodarczych, ma się także przyczynić do zmniejszenia problemów społecznych w samych Niemczech, które jednocześnie poszerzą swoją "bazę" kontynentalną, osiągając pozycję mocarstwową na świecie".

I w tym właśnie kierunku szły kolejne niemieckie memoranda, jak choćby to z 31 lipca 1915 r. opracowane przez przemysłowca Gustava Kruppa (stojącego na czele potężnego koncernu stalowego, produkującego głównie sprzęt przeznaczony na potrzeby wojenne). Uznał on bowiem że po zwycięstwie, Niemcy nie powinny organizować żadnej międzynarodowej konferencji pokojowej, tylko po prostu każdemu krajowi podyktować własne warunki zawarcia pokoju. W swoim memorandum pisał on również tak: "Wszyscy Niemcy, którzy są rdzeniem Europy, muszą się jak najsilniej zjednoczyć, aby Europie przewodziła kultura niemiecka. Wykorzystując czynniki polityczne i wojskowe, zapewnić, aby Niemcy w nieodległej przyszłości już nie mogły zostać oskrzydlone (...) Utworzenie na wschodzie samodzielnej Polski jako państwa buforowego, którego pierwotne tereny nadal pozostaną w posiadaniu Prus (...) Obce narody zamieszkujące tereny przylegające i przywłaszczone nie mogą mieć praw wyborczych do sejmu Rzeszy, a ich liczba zostanie zmniejszona poprzez opanowanie tych terytoriów oraz zniemczenie tamtejszej ludności". Prócz tego, miała zostać utworzona unia celna zwycięskich Wielkich Niemiec z innymi państwami, takimi jak: Austro-Węgry, Szwajcaria, Dania, Szwecja, Norwegia, Finlandia, Holandia (Belgia miała zostać wcielona do Rzeszy, wraz z północnym wybrzeżem Francji i terenami na zachód od Wogezów), państwa bałkańskie, państwa bałtyckie i odtworzone kadłubowe i ściśle kontrolowane przez Berlin organizmy państwowe, takie jak Polska, Ukraina i Białoruś. 




Było to bezpośrednie nawiązanie do koncepcji Mitteleuropy, wydanej w formie książkowej w październiku 1915 r. przez Friedricha Neumanna (polityk, bankier i redaktor pisma "Mitteleuropa"). Koncepcja ta nie była jedyną, bowiem należy chociażby wymienić jej wcześniejsze odsłony, jak choćby koncepcja geopolityczna Hermanna Wagnera z 1883 r. koncepcja Paula de Lagarde z 1886 r. (twórcy pojęcia iż pokój w Europie mogą zapewnić tylko potężne Niemcy, sięgające od Ems do Dunaju i od Dźwiny do Triestu), Josepha Partsha z 1904 r. (prawdziwego twórcy pojęcia Mitteleuropa), Alfreda Hettnera z 1907 r. czy Rudolfa Tannenberga z 1911 r., który w swej książce "Gross Deutschland" przedstawił najobszerniejszy teren niemieckiej kontroli w ramach Mitteleuropy, sięgający od północnych i zachodnich granic Francji, przez Szwajcarię, Austrię i Węgry, całe Bałkany (bez Grecji), kończąc na państwach bałtyckich i podchodząc prawie pod Moskwę. Jednak to właśnie praca Friedricha Neumanna stała się najbardziej popularna i nadała nazwę całej tej geopolitycznej koncepcji. Neumann twierdził bowiem, że centrum Mitteleuropy winny być Niemcy i Austro-Węgry, to był swoisty "trzon rdzeniowy" całej koncepcji. Dalej zaś wchodziły takie kraje jak Polska (kadłubowe tereny Królestwa Kongresowego), Holandia, Belgia i Luksemburg (dwa ostatnie kraje przyłączone do Rzeszy), cała Francja, Włochy, Szwajcaria, Serbia, Rumunia, Grecja, Dania, Szwecja i Norwegia, innymi słowy prawie cała Europa, przy czym takie kraje jak Bułgaria czy Turcja miały być "sprzymierzone" co oznacza iż również poddane politycznej i gospodarczej presji Niemiec. W sytuacji jednak klęski Państw Centralnych w I Wojnie Światowej, koncepcje te musiały zostać odłożone. 


TAK MOGŁABY WYGLĄDAĆ EUROPA PO ZWYCIĘSTWIE NIEMIEC W I WOJNIE ŚWIATOWEJ



Podobnie było z Rosją. Już 14 sierpnia 1914 r. głównodowodzący armii rosyjskiej wielki książę Mikołaj Mikołajewicz, wydał manifest skierowany do Polaków, w którym była obietnica połączenia wszystkich trzech rozdartych części Polski w jedno, pod berłem cesarza rosyjskiego ("Niechaj się zatrą granice rozcinające na części Naród Polski. Niech Naród Polski połączy się w jedno ciało pod berłem Cesarza Rosyjskiego. Pod berłem tym odrodzi się Polska, swobodna w swej wierze, języku i samorządzie"). Był to jednak same propagandowe frazesy, bez żadnych konkretów, tym bardziej że szybko wielki książę uznał za stosowne wysłać specjalny okólnik dla gubernatorów, w którym wyjaśniał że słowa o "swobodnej Polsce" nie dotyczyły ziem "priwislinija" (czyli terenów Kongresówki), a jedynie ziem dopiero zdobytych na Niemcach i Austriakach. Mimo nawet takiej deklaracji, głównodowodzący armią, spotkał się z powszechną krytyką w samym rządzie, gdzie wielu ministrów uznało iż w swych obietnicach dla Polaków posunął się "zbyt daleko". W listopadzie 1914 r. minister spraw zagranicznych Rosji - Siergiej Sazonow, przedstawił projekt rozwiązania kwestii polskiej po zakończonej wojnie. Stwierdził tam iż Królestwo Polskie zostanie "zjednoczone" z ziemiami zaboru pruskiego i austriackiego, tylko po to aby powiększyć obszar samej Rosji. Nie było mowy o żadnej autonomii Królestwa, jedynie co to ofiarowywał w miarę autonomiczny samorząd do rad gminnych, powiatowych, gubernialnych i do rady ogólnokrajowej. Przy czym kompetencje polskiego samorządu miały ograniczać się jedynie do kwestii wyznaniowych, oświatowych i gospodarczych. Język polski oficjalnie byłby zrównany z rosyjskim w szkołach i urzędach, ale w specjalnym aneksie zalecał on aby uczyć polskiego jedynie na poziomie szkół podstawowych, zaś w szkołach średnich i wyższych miał już obowiązywać jedynie rosyjski, jako "bardziej cywilizowany".




Ten projekt również upadł, ponieważ znów w rządzie uznano iż idzie zbyt daleko i daje Polakom zbyt duże "przywileje". Tak więc przez cały okres wojny, aż do upadku caratu w 1917 r. Rosja nie wyraziła zgody na żadne ustępstwa w kwestii autonomii Królestwa Polskiego. Zmroziła ich też wspólna proklamacja cesarzy Niemiec i Austro-Węgier z 5 listopada 1916 r., mówiąca o powstaniu "samodzielnego państwa polskiego z ziem panowaniu rosyjskiemu wydartych".  Była to realnie deklaracja samodzielności (choć nie niepodległości) przyszłego Królestwa Polskiego, stworzonego pod egidą Berlina i Wiednia, co nie mieściło się w świadomości polityków rosyjskich. Nic więc dziwnego że szybko (14 listopada) wydano nową proklamację, potwierdzającą obietnicę przyznania autonomicznego samorządu Kongresówce i jednocześnie atakowano Akt 5 listopada. Nie było jednak odwrotu, gdyż aby przekonać Polaków do siebie, należało im dać "coś więcej". Dlatego też już w grudniu 1916 r. nowy premier - Aleksander Trepow, roztoczył w Dumie wizję: "Polski wolnej w jej granicach etnograficznych", którą następnie potwierdził car Mikołaj II w swym rozkazie z 25 grudnia tego roku, obiecując powstanie "Polski wolnej i zjednoczonej ze wszystkich części dotychczas rozdzielonych". Te deklaracje nie miały już jednak żadnego znaczenia, gdyż w Rosji już zaczynała się wrzawa rewolucyjna (na którą wielu czekało z utęsknieniem, jak choćby... Piłsudski: "Rewolucja w Rosji mi się spóźnia" - 1916 r.), oraz w sytuacji klęski militarnej Niemiec i Austro-Węgier na froncie zachodnim. Jedni i drudzy pragnęli tylko wykorzystać pomoc polskiego rekruta, dając jakieś mgliste obietnice bez realnej możliwości (a często i chęci) ich spełnienia, jednocześnie w zamian domagając się walki i poświęcenia w imię swoich monarchów.


EUROPA PO ZWYCIĘSTWIE ROSJI 
W I WOJNIE ŚWIATOWEJ 



Ciekawą jest chociażby rozmowa profesora Stanisława Głąbińskiego, przeprowadzona z ministrem spraw zagranicznych Austro-Węgier hrabia Leopoldem Berchtoldem jeszcze w lipcu 1914 r. czyli na kilka dni przed wybuchem I Wojny Światowej. Hrabia Berchtold zapytał Głąbińskiego (który pojechał ze Lwowa do Wiednia, pragnąc uzyskać od rządu Austro-Węgier gwarancje odbudowania państwa polskiego po zakończonej wojnie), już na początku rozmowy: "Czy już wszystko przygotowane dla rozpoczęcia powstania?", na co zdziwiony Głąbiński zapytał: "Nic nie wiem o powstaniu, o jakim powstaniu Ekscelencja mówi?", "Przecież o powstaniu na tyłach armii rosyjskiej" - odparł Berchtold, na co Głąbiński: "Takiego powstania nie będzie!". "Ależ na Boga, co Ekscelencja mówi! Takie powstanie być musi, zostało mi święcie przyrzeczone, ja przyjąłem wobec sztabu stanowcze zobowiązanie, sztab na nie liczy!", na co Głąbiński: "Nie wiem, kto Panu mógł coś podobnego przyrzec. W każdym razie był to jakiś człowiek niesumienny wobec narodu i wobec nas samych", "Dlaczego?" - zapytał Berchtold, "Bo sumienny Polak nie mógłby do tego dopuścić, aby za cenę chwilowego wstrzymania armii rosyjskiej narazić swój lud na wytępienie, a kraj na zniszczenie z zemsty". Berchtold złapał się za głowę: "Ale to nie może być, na to już wszyscy rachują.Zaprosiłem tu w tym celu nuncjusza, czeka w drugim salonie. Niech Ekscelencja z nim pomówi! (...) Przecież Polacy są katolikami. Mamy pomoc papieża", "My jesteśmy katolikami, ale to nie może mieć wpływu na wywołanie powstania". 

Jest to notabene ciekawy przykład kalki pojęciowej, jaką myśli wielu ludzi - skoro Polacy są katolikami, to pewnie posłuchają papieża i dadzą się wymordować w bezsensownej rzezi, lub ewentualnie przyjmą niekontrolowaną liczbę imigrantów bo papież nawołuje do "miłosierdzia" Notabene, nie dostrzega tych wszystkich masowo gwałconych kobiet i dzieci, zabijanych ludzi (nie tylko w zamachach, zauważcie od dobrych kilku miesięcy nie było żadnego dużego zamachu, a mimo to ofiar brutalnych mordów jest znacznie więcej, niż ginęło w zamachach. Ciekawe dlaczego jest "taki spokój" prawda? może dlatego że rządzący neomarksiści przestraszyli się o swój projekt i zawarli z muslimami deal, aby mordowali pojedynczo, nie jeden zbiorowy zamach o którym pisałaby prasa, tylko kilkadziesiąt niezwiązanych ze sobą napaści - efekt jest więc ten sam a nawet większy, więcej ofiar, ale o tym nie mówi się już w mediach bo przecież ludzie giną pojedynczo, prawda?), zamykanych kościołów w Europie Zachodniej, coraz powszechniejszej cenzury - obywatele w wielu państwach Unii Europejskiej obecnie boją się już publicznie wyrażać swoje myśli, jeśli już to w zaufanym towarzystwie i to jeszcze półszeptem, zaś w samych Niemczech od 1 stycznia tego roku oficjalnie już obowiązuje cenzura w sieci, także w Niemczech jako pierwszym kraju Unii Europejskiej, nie ma już realnie wolności słowa). Miłosierdzie jest jak najbardziej ważne, ale należy pamiętać o proporcjach, co bowiem mówi drugie przykazanie? "Będziesz miłował bliźniego swego, jak SIEBIE SAMEGO!". I oto chodzi - najpierw należy zapewnić bezpieczeństwo swoim bliskim, dzieciom, sąsiadom, rodakom, a dopiero potem myśleć o innych ludziach. Nie będę się nad tym teraz długo rozwodził, ale zadziwia mnie iż tak łatwo można dać się robić w konia na "zmiękczanie serduszek" i na "papieskie miłosierdzie" (szczególnie ludziom, którzy o tym miłosierdziu nie mają zielonego pojęcia). 

Zastanawia mnie też inna kwestia. Ostatnio jakaś brytyjska dziennikarka z "Daily Mirror" o imieniu Sue Jolly, przyjechała do Polski (a konkretnie do Gdańska) i... myślała że pomyliła samoloty. Spodziewała się bowiem jakichś post apokaliptycznych wizji, jakichś konnych furmanek, zakurzonych ulic, jakiegoś zamordyzmu i dantejskich scen na ulicach. Okazało się że nie tylko jest czysto (znacznie czyściej niż np. w Anglii), to jeszcze toczy się normalne życie, ludzie przesiadują w ogródkach przed kawiarniami, popijając swoje shakerato lub caffe latte, spacerowała wokół przepięknych średniowiecznych uliczek i domów, przechadzała się Długim Targiem, przed pomnikiem Neptuna i Dworem Artusa, chodziła ulicą szeroką nad Motławą, obserwując cumujące w porcie statki pasażerski i jachty itd. itp. A teraz konkluzja - gdzie my żyjemy? W średniowieczu? Czy naprawdę osoba inteligentna, od której należałoby wymagać pewnego poziomu, musi się tak bezprzykładnie kompromitować? Przecież w dzisiejszych czasach, w dobie internetu, wystarczą dwa kliknięcia myszy, aby znaleźć informacje o danym mieście, regionie czy kraju,  i naprawdę nie trzeba robić z siebie idiotki, pisząc że myślała iż jedzie do kraju trzeciego świata. Przecież to nie tylko ją sama, ale w dużej mierze samo dziennikarstwo na Wyspach - totalnie kompromituje (bo przecież zapewne nie jest ona żadnym wyjątkiem). Tam naprawdę ludzie myślą, że na wschód od Niemiec to mieszka jakaś dzicz, która nie umie zliczyć do dwóch i posługuje się konikami i furmankami aby podróżować, a samochód czy telewizor, nie mówią już o komputerze, laptopie lub smartfonie, to tutaj nowość, na którą mogą sobie pozwolić nieliczni?

Przeraża mnie to, bowiem tak pustymi ludźmi można łatwo sterować. Pani pseudo dziennikarka (bo dla mnie jej kompromitacja jest tak duża, iż nie powinna ona marnować swojego czasu jako dziennikarka, a zająć się jakimiś pożyteczniejszymi zajęciami). No cóż, daruję sobie złośliwości, bowiem nie ma sensu znęcać się nad ułomnymi ludźmi, w każdym razie dla tych którzy wciąż twierdzą (tak jak Jan Christian Smuts - premier rządu Związku Południowej Afryki w latach 1919-1924, który stwierdził iż narody zamieszkujące na wschód od Niemiec: "Przecież to są kafirzy" czyli innymi słowy ludy niewolnicze, które można również w anglosaskim slangu nazwać "czarnuchami"), podobnie jak ta pani iż "na wschodzie mieszkają nieucywilizowani kafirzy", dedykuję ten oto filmik. 




PS: owa dziennikarka twierdziła że pomyliła samoloty i wylądowała w Amsterdamie, otóż pragnę stwierdzić ze już wkrótce Amsterdam, jak i inne miasta Europy Zachodniej to będzie prawdziwe zadupie i trzeci świat, gdzie ludzie będą obawiali się o swoje życie, nie mówiąc już o stosach śmieci (już teraz) zalegającego na ulicach Paryża, Londynu, Neapolu, Malmo, Sztokholmu i wielu innych miast (o wyżej wymienionych wiem na pewno). A tak oto sytuacja wygląda w Polsce:





W kolejnej części przejdę już do reakcji Francji, Wielkiej Brytanii i USA na polską niepodległość, oraz innych działań Niemiec i Rosji mających tę odradzającą się Polskę ponownie zniszczyć
                       

CDN.