Łączna liczba wyświetleń

sobota, 17 lutego 2018

SARMACKIE OPOWIEŚCI - Cz. I

NIEZWYKŁE 

(CHOĆ CZĘSTO ZAPOMNIANE)

PRZYGODY I EUROPEJSKIE WOJAŻE

POLAKÓW od XVI do XIX wieku






Niezwykłe są doprawdy dzieje Polaków podróżujących (lub walczących) po Europie od XVI do XIX wieku. Podróż królewicza Władysława do Belgii (Niderlandów Hiszpańskich) i Italii w latach 1624-1625, uroczysty wjazd podkanclerzego Jerzego Ossolińskiego do Rzymu w 1633 r. (w czasie którego m.in.: konie gubiły złote podkowy, które zbierali mieszkańcy Wiecznego Miasta), podróże Polaków do Anglii i Francji w XVI i XVII wieku, oraz na dwór sułtana Imperium Osmańskiego, są już częściowo zapomniane, podobnie jak wyczyn młodego polskiego oficera - Frączewskiego, który w 1800 r. z szablą w zębach przepłynął z Geniu do Nicei, aby powiadomić Bonapartego o ciężkiej sytuacji oblężonych Francuzów w Genui (pierwotnie płynął łodzią w towarzystwie kilku wioślarzy, ale gdy zorientowano się że angielskie okręty blokady miasta są znacznie szybsze, rozebrał się, skoczył do wody, po czym... przypomniał sobie że zostawił szablę, więc wrócił się po nią i trzymając w zębach wpław dotarł do oddziałów gen. Sucheta pod Niceą). Niewiele też wiemy o przygodach polskich szlachcianek w wieku XVII i XVIII. W tym temacie postaram się rzucić na nie nieco światła. Zacznijmy teraz od zupełnie zapomnianej przygody, jaką doświadczył pewien polski szlachcic kresowy, urodzony w Barze (twierdza wzniesiona w XVI na polecenie królowej Bony Sforzy i nazwana tak na pamiątkę jej włoskich posiadłości księstw Bari i Rosano), na wschodnich ziemiach ówczesnej Rzeczypospolitej (dziś na Ukrainie), który dostał się do tureckiej niewoli w 1620 r. po klęsce w bitwie pod Cecorą, w czasie wyprawy hetmana Stanisława Żółkiewskiego na Mołdawię, a następnie przez kilka lat był niewolnikiem tureckiego wielmoży. W 1627 r. wzniecił udany bunt na pokładzie okrętu należącego do owego Turka i wyzwoliwszy 220 galerników pożeglował do Włoch, a następnie wrócił do Polski. Jego niezwykłe przygody stanowią bez wątpienia gotowy scenariusz filmu przygodowo-kostiumowo-historycznego


 KRÓLOWA BONA SFORZA ZAKŁADA TWIERDZĘ BAR
1537 r.




1627 r.

OPANOWANIE TURECKIEGO GALEASA

PRZEZ POLSKIEGO SZLACHCICA

MARKA JAKIMOWSKIEGO 

I UWOLNIENIE 220 NIEWOLNIKÓW

BĘDĄCYCH NA OKRĘCIE


"OPISANIE KRÓTKIE ZDOBYCIA GALERY PRZEDNIEJSZEJ ALEKSANDRYJSKIEJ W PORCIE U METALINY ZA SPRAWĄ DZIELNĄ I ODWAGĄ WIELKĄ KAPITANA MARKA JAKIMOWSKIEGO, KTÓRY BYŁ WIĘŹNIEM NA TEJŻE GALERZE, Z OSWOBODZENIEM 220 WIĘŹNIÓW CHRZEŚCIJAN" 

KRAKÓW 
1628 r.





 Marek Jakimowski o którym będzie tutaj mowa, przyszedł na świat w mieście-twierdzy Bar na Podolu (rok jego narodzin pozostaje nieznany). Był kresowym szlachcicem, jakich wówczas było sporo. Cała jego historia tak naprawdę zaczyna się dopiero w roku 1620, wraz z wyprawą hetmana wielkiego koronnego Stanisława Żółkiewskiego na Mołdawię. 23 września 1617 r. w Buszy podpisany został traktat pokojowy Rzeczpospolitej z Turcją Osmańską. Został on podpisany, gdyż obie strony gotowały się do wojny wzajemnej (od lutego tego roku) i choć działania zbrojne nie nastąpiły (Turcy zgromadzili nad granicami 100 000 żołnierzy nie licząc ok. 30 000 Tatarów, zaś hetman Żółkiewski dysponował łącznie zaledwie... ok. 700 żołnierzami plus pocztami szlacheckimi Ostrogskich, Zasławskich, Daniłowskich, Krasickich, Radziwiłłów, Tyszkiewiczów, Zamojskich, Sieniawskich, Zbaraskich, Zebrzydowskich, Stadnickich i Sienińskich - łącznie może ok. 20 000 żołnierzy - prawdziwa liczba wojska nie została wymieniona przez hetmana w jego mowie na sejmie w lutym 1618 r.). Turecki wódz naczelny Iskander Pasza zagroził wojna, jeśli nie ustaną polskie próby mieszania się w sprawy Mołdawii (zależnej od Turcji) i jeśli Kozacy nie zaprzestaną swych łupieżczych wypraw na wybrzeża Morza Czarnego. Hetman Żółkiewski (zdając sobie sprawę z ogromnej dysproporcji sił, a należy też dodać że w tym czasie Rzeczpospolita prowadziła dodatkowo jeszcze dwie wojny, z Rosją, gdzie pod Moskwą walczył sam królewicz Władysław i ze Szwecją o Rygę i Inflanty), dał do zrozumienia że pragnie pokoju, ale jest również gotowy na wojnę ("Mężny wódz dał wszelako znać ostatniemu, że był gotów na oboje: do pokoju i do wojny" - Teodor Morawski). Iskander zapewniał że jeśli tylko Polacy zrezygnują z wypadów na Mołdawię i powstrzymają Kozaków, pokój stanie się faktem ("Na sto lat przysięgał zgodę Iskiender, byle przeklęci Kozacy dali pokój najazdom" - Teodor Morawski).


"KOZACY PISZĄ LIST DO SUŁTANA"

"Ty, sułtanie, diable turecki, przeklętego diabła bracie i towarzyszu, samego Lucyfera sekretarzu. Jaki z ciebie do diabła rycerz, jeśli nie umiesz gołą dupą jeża zabić (...) świński pastuchu Wielkiego i Małego Egiptu, świnio armeńska, podolski złodziejaszku, kołczanie tatarski, kacie kamieniecki i błaźnie dla wszystkiego, co na ziemi i pod ziemią, szatańskiego węża potomku i chuju zagięty. Świński ty ryju, kobyli zadzie, psie rzeźnika, niechrzczony łbie, kurwa twoja mać.
O tak ci Kozacy zaporoscy odpowiadają, plugawcze. Nie będziesz ty nawet naszych świń wypasać. Teraz kończymy, daty nie znamy, bo kalendarza nie mamy, miesiąc na niebie, a rok w księgach zapisany, a dzień u nas taki jak i u was, za co możecie nas w dupę pocałować!"


 
Pokój został więc podpisany (Naim Effendi w swym "Rocznikach" napisał: "W tymże roku król Lehów, Rezygmun (Rex Sigismundus - czyli król Zygmunt III), przysłał posła do Drzwi Szczęśliwości, w celu stwierdzenia wzajemnej przyjaźni i odnowienia pokoju"), gdyż nie było sensu otwierać trzeciego frontu wojny i tworzyć kolejnego nieprzyjaciela, tym bardziej że Turcy wcale nie pragnęli walki. Hetman Żółkiewski zgodził się więc zrezygnować z wpływów w Mołdawii i powstrzymać Kozaków od ciągłych i nieustannych ataków na wybrzeża Morza Czarnego - 28 października 1617 r. zmusił ich do złożenia przysięgi na starej Olszance iż zaprzestaną najazdów (mieli poniszczyć swe czajki - czyli małe statki którymi dokonywali swych wypraw) oraz brania w niewolę ludności muzułmańskiej z atakowanych terenów, oraz że wiernie będą służyć Rzeczypospolitej nie łamiąc umów. W zamian za to co rok w Kijowie mieli odbierać 1000 złotych oraz na sejmie zostaną potwierdzone dotychczasowe przywileje kozackie. Wojnę wówczas zażegnano, ale należałoby nadmienić jak łupieżcze były wypady Kozaków na tereny należące do Imperium Osmańskiego (podobnie zresztą jak i Tatarów na ziemie Rzeczypospolitej). W sierpniu 1614 r. wyprawili się przeciwko Synopie (bogatemu miastu portowemu, zwanemu wówczas "Miastem kochanków"), które obrócili spalili doszczętnie, ludność uprowadzając w niewolę (wcześniej uwalniając niewolników chrześcijan, zmuszonych do przejścia na Islam). Większość tego jasyru nie udało się jednak Kozakom dowieźć do domu, gdyż pod Oczakowem dopadła ich flota turecka i zadała porażkę, a na lądzie pojawili się Tatarzy, którzy zmusili Kozaków do porzucenia prawie całego jasyru. Zdobytych jeńców kozackich wielki wezyr Nasuch Pasza odesłał do Synopy, gdzie pozostała przy życiu ludność spalonego miasta dokonała na nich samosądu.

Kozacy jednak nie poprzestali, w roku następnym (1615) wyprawili się (na 80 czajkach) ponownie na tereny tureckie i spalili dwa miasta Misewnę i Archioke ludność ich uprowadzając ze sobą w niewolę, po czym skierowali się na... Konstantynopol. Po raz pierwszy od 162 lat, czyli od zdobycia Konstantynopola przez sułtana Mehmeda II Zdobywcę, wroga flota pojawiła się naprzeciw murów tego potężnego miasta. W tym czasie sułtan Ahmed I był na polowaniu, powiadomiony o niebezpieczeństwie przez dowódcę garnizonu, szybko powrócił do pałacu, gdzie wraz z żoną - sułtanką Kosem obserwował płonące przedmieścia swej stolicy (w pewnym momencie musiano nawet ewakuować cały harem z obawy przed kozackim atakiem). Sułtan wysłał w pościg swą flotę, ale Kozacy pokonali ją i zmusili do ucieczki. Była to potworna kompromitacja Imperium Osmańskiego, gdyż po raz pierwszy od 1402 r. (klęski Turków w bitwie z Mongołami Timura pod Ankarą), turecki sułtan musiał uciekać nie tylko z pola bitwy, ale wręcz z własnego domu. Podobnie było w roku następnym (1616), gdy Kozacy nie tylko zdobyli i spalili potężną Kaffę oraz Trapezunt, ale ponownie wyprawili się na Konstantynopol (tym razem była to już tylko swoista demonstracja siły, gdyż nie podjęto ataku), w drodze powrotnej ponownie pokonując turecką flotę pościgową. Te ataki były nie do zniesienia i jednocześnie ukazywały słabość Turków w walce z tego typu atakami. Nic więc dziwnego że Iskander Pasza: "Na sto lat przysięgał zgodę byle przeklęci Kozacy dali pokój najazdom".




Jednak po zakończeniu wojny z Moskwą (3 stycznia 1619 r. podpisanie rozejmu w Dywilinie, dającego Rzeczpospolitej ogromne tereny na wschodzie, podchodzące praktycznie pod same miasto Moskwa, których administratorem z rozkazu króla Zygmunta, swego ojca, został książę Władysław) i zawarciu rozejmu ze Szwecją (1617 r. na zasadzie status quo ante), konflikt polsko-turecki wybuchł z nową siłą. 21 listopada 1619 r. polskie oddziały najemne (tzw.: Lisowczycy) rozbili pod Humennem wojska siedmiogrodzkie Gabora Bethlena (Siedmiogród i Transylwania były wówczas krainami lennymi Turcji Osmańskiej), dzięki czemu ocalili przed upadkiem oblężony Wiedeń (tzw.: Drugie Oblężenie Wiednia). Obrażony Gabor Bethlen, poskarżył się sułtanowi, który i tak był wściekły na złamanie rozejmu podpisanego w Buszy (we wrześniu 1619 r. Kozacy po raz kolejny wyprawili się na tureckie wybrzeże, zdobywając i paląc Warnę, oraz rozbijając w tamtejszej bitwie kilkaset janczarów). Gdy więc do Konstantynopola udał się polski poseł Hieronim Otwinowski, młody sułtan Osman II w mocnych słowach zelżył Otwinowskiego i zapowiedział iż nie odpuści tej zniewagi, rozpoczęły się więc przygotowania do wojny. Turcy zgromadzili ponad 40 000 wojska, natomiast po polskiej stronie łącznie było 8 400 żołnierzy, jako bazę wypadową obrano właśnie Bar, gdzie do wojsk koronnych dołączył z własnym pocztem ów Marek Jakimowski. 3 i 4 września 1620 r. wojsko Rzeczypospolitej przeprawiło się przez bród na granicznej rzece Dniestr i wkroczyło do Mołdawii. 

17 września doszło tam do wielkiej bitwy pod Cecorą, która zakończyła się porażką, ale hetman Stanisław Żółkiewski wyprowadził wojsko (wciąż walczące, choć otoczone) ku granicznej rzece, dopiero tutaj doszło do katastrofy, gdy poszczególne chorągwie, widząc granice, zaczęły opuszczać szeregi by na własną rękę przedostać się do kraju, tym samym powodując wyłomy w dotąd ściśle ze sobą zespolonych i broniących się liniach. Widząc nadciągającą katastrofę, hetman Żółkiewski zabił swego konia i nakazał oficerom ratować się, sam jednak postanowił zostać i walczyć do końca, mówiąc: "Jeśli będziem zwyciężeni, nie miedzy jeńcami lecz między poległymi mię szukajcie", dodał również że własnym ciałem pragnie zagrodzić nieprzyjaciołom drogę do Ojczyzny. Tak też się stało, w bitwie poległo prawie 2000 Polaków, w tym sam wódz naczelny hetman wielki koronny Stanisław Żółkiewski. Turcy przekroczyli wówczas graniczną rzekę Dniepr i dotarli aż do Lwowa, ale stamtąd zawrócili, uznali zapewne że ich siły nie są wystarczająco duże i że należy się wzmocnić przed kolejną inwazją. Natomiast w Rzeczpospolitej wiadomość o klęsce cecorskiej zrobiła ogromne wrażenie. To był wręcz kubeł zimnej wody, gdyż już dawno nie słyszano o takiej klęsce (Polacy w polu rozbijali siły nawet i dziesięciokrotnie liczniejsze od swoich własnych), to była prawdziwa katastrofa. 


"ŚMIERĆ HETMANA STANISŁAWA ŻÓŁKIEWSKIEGO 
POD CECORĄ"
7 Października 1620 r.

 

Pamiętam że również papież Jan Paweł II w swych pismach przywołał kiedyś takie porównanie - "rok 1620 był tym dla społeczeństwa polskiego co rok 1939" czyli innymi słowy (bez porównywania samego kontekstu), papież przywołał tutaj atmosferę, jaka panowała w Rzeczpospolitej po klęsce cecorskiej, porównując ją do tej, jaka nastąpiła po wspólnym niemiecko-sowieckim ataku na nasz kraj we wrześniu 1939 r. Cóż, pycha zawsze kroczy o krok przed upadkiem, i tak samo jak w 1939 r. byliśmy przekonani że jesteśmy niezwyciężeni (były też takie głosy: "Anglicy i Francuzi, po co nam oni, będą tylko przeszkadzać i trzeba się będzie z nimi dzielić zwycięstwem"), nie wzięto jednak pod uwagę faktu, że Hitler dogada się ze Stalinem (w polityce bowiem liczą się tylko interesy, ideologie jeśli temu przeszkadzają, są usuwane w cień) i razem uderzą na Polskę. Podobnie nie przewidziano że Turcy mogą pokonać nasze wojska w Mołdawii (zawsze przecież wygrywaliśmy z nimi w polu). Było więc ogólne zdziwienie przechodzące w przerażenie - co będzie dalej?

Sejm nadzwyczajny zebrał się jeszcze na początku listopada 1620 r. a szlachta nie miała żadnych oporów przed uchwaleniem nowych podatków na wojsko - należało bowiem bronić zagrożonego kraju. Należało czym prędzej zmyć hańbę klęski cecorskiej więc wystawiono (płacili wówczas wszyscy, szlachta, duchowieństwo przekazało kwotę 150 000 złotych, a także Żydzi - 70 000 złotych) nową armię w sile ok. 50 000 żołnierzy. Była to duża siła, ale w porównaniu z armią sułtana Osmana II, liczącą ponad... 300 000 ludzi (a są raporty że mogło ich być nawet i 400 000) była ona niewielka. Do tureckiej inwazji na Rzeczpospolitą doszło 2 września 1621 r. a celem ataku była obsadzona twierdza - Chocim. Wodzem naczelnym został mianowany hetman wielki litewski Jan Karol Chodkiewicz. Obrona Chocimia trwała do 9 października i zakończyła się zwycięstwem Rzeczypospolitej, sułtan odstąpił ponosząc ogromne straty (ok. 100 000 zabitych i ponad drugie tyle rannych), choć w polskim obozie w dniu podpisania rozejmu została... ostatnia beczka prochu. Hetman Chodkiewicz także zmarł podczas walk (24 września) ale zwycięstwem swym pomścił klęskę roku poprzedniego i opromienił Rzeczpospolitą kolejną chwałą (zwycięstwo pod Chocimiem obiło się szerokim echem w ówczesnym świecie, a kolejnie monarchowie z papieżem Grzegorzem XV słali listy gratulacyjne do króla Zygmunta III). Bitwa była wygrana, Turcja pokonana, a młody sułtan za tę klęskę został zrzucony z tronu, upokorzony i zamordowany 20 maja 1622 r. przez janczarów)  




 Tyle wydarzenia polityczne, a teraz powrócić należy do osoby owego Marka Jakimowskiego, który dostał się do tatarskiej niewoli właśnie po klęsce w bitwie cecorskiej. Następnie trafił do Oczakowa, gdzie został sprzedany na targu niewolników pewnemu majętnemu Turkowi z egipskiej Aleksandrii o imieniu Kassymbek. Był to niezwykle majętny człowiek, gubernator egipskiej Damietty i Rosetty, który wówczas nadzorował budowę twierdzy oczakowskiej nad Morzem Czarnym. Jakimowski przez siedem kolejnych lat służył jako niewolnik Kassymbeka (był galernikiem, ale Turek miał do niego zaufanie, więc nie skuwano go kajdanami). Po zakończeniu prac inżynieryjnych przy budowie twierdzy oczakowskiej w drugiej połowie 1627 r., Kassymbek planował wrócić do domu, do Aleksandrii. Okręt jego (potężny galeas liczył aż 220 niewolników-galerników, z czego większość pochodziła z ziem wschodnich Rzeczypospolitej - było tam jedynie trzech Greków, dwóch Anglików, jeden Włoch i kilku Turków zesłanych na galery), wypłynął w morze, ale nim dotarli do celu podróży, Kassymbek postanowił zatrzymać się w Konstantynopolu. Tam, po spotkaniu z sułtanem Muradem IV, zabrał ze sobą na swój okręt nowo mianowanego sędziego Aleksandrii Iusupha Kadego, który wraz z małżonką - Rahmet i sługami wybierał się właśnie do Egiptu aby objąć swój nowy urząd. Wyruszono więc w dalszą drogą i 12 listopada 1627 r. okręt Kassymbeka dotarł do portu w Mitylenie na greckiej wyspie Lesbos.

Tutaj zarówno Kassymbek jak i Iusuph Kadi wysiedli na ląd aby odpocząć i się zrelaksować ("aby sobie wytchnął" - "Opanowanie w roku 1627 przez Marka Jakimowskiego okrętu tureckiego" Bolesław Śląski 1927 r.). Wraz z nimi wysiadła prawie cała czeladź i aż siedemdziesięciu Turków z obstawy, na okręcie pozostało jeszcze osiemdziesięciu tureckich strażników, ale właśnie ten moment uznał Jakimowski za dogodny do zorganizowania ucieczki i zrzucenia niewoli. Przedstawił swój plan opanowania okrętu dwóm innym Polakom, również niewolnikom Kassymbeka - Stefanowi Satanowskiemu i Janowi Tulczyńskiemu, ale oni uznali go za szaleńca i odmówili udzielenia pomocy w jego (jak mniemali) samobójczej akcji. Nie zrażony tym, Jakimowski postanowił działać na własną rękę, a ponieważ mógł dowolnie poruszać się po okręcie (Kassymbek miał do niego zaufanie), zaczął działać nim wszyscy ponownie wrócą na okręt. Udał się więc do okrętowej kuchni, skąd zabrał trzy kije z tych, co kucharz gotował na ogień. został tam jednak przyuważony przez kucharza i musiał interweniować, zanim tamten podniesie alarm. Zdzielił go więc kijem tak, iż tamten stracił przytomność, następnie wyszedł z kuchni i dołączył do swych dwóch towarzyszy (Satanowskiego i Tulczyńskiego) którym wręczył kije. Być może właśnie wówczas dotarło do nich że to co uważali za szaleństwo może się udać. Razem skierowali się teraz w stronę okrętowego arsenału, aby zdobyć broń i rozdać ją pomiędzy zaokrętowanych niewolników - turecki strażnik, broniący arsenału, został zabity (Turcy nie spodziewali się ataku, więc jakoś szczególnie nie przedsięwzięli żadnych środków bezpieczeństwa). Gdy otworzyli arsenał, wyjęli i rozdali z niego broń pozostałym niewolnikom (wcześniej uwalniając większość z nich z kajdan, którymi byli przykuci). Tak wzmocnieni rzucili się teraz na niczego się nie spodziewających tureckich strażników.

Dowódcą galery był niejaki Mustafa (chrześcijanin urodzony w Neapolu, który przyjął islam i dzięki temu został wyzwolony przez Kassymbeka i mianowany dowódcą jego straży). Początkowo odgłosy walki nie zrobiły na nim wrażenia, gdyż uznał że oto doszło do kolejnej sprzeczki pomiędzy niewolnikami, które się już wcześniej zdarzały, jednak gdy ujrzał że ku niemu zmierza Jakimowski z jednym z towarzyszy, wyciągnął dwie szable (które nosił) i przystąpił z nimi do walki. Zakończyła się ona jego śmiercią (został trafiony szablą w między żebra i wrzucony przez Marka Jakimowskiego do wody), choć Jakimowski także był ranny. Po gwałtownej lecz szybkiej walce, okręt został opanowany przez niewolników, a tureccy strażnicy albo zostali zabici w walce (i wrzuceni do morza), albo też wrzuceni do morza na żywca. Następnie przecięto liny kotwic, które trzymały galerę w porcie i skierowano się na pełne morze. Port natychmiast został postawiony na równe nogi, oddano też do zbuntowanego okrętu kilka pocisków z dział portowych, ale tak nieskutecznie, że nawet go nie draśnięto. Widząc że jego okręt odpływa, Kassymbek w pogoni chciał wpław gonić buntowników ("wszedł do pasa w morze... targając sobie brodę" - "Opanowanie..."). Natychmiast wysłano pogoń, ale i ona nie przyniosła rezultatu i po całonocnym pościgu, okręty tureckie wróciły do portu z niczym (zawrócono gdyż zbliżała się burza, przez co bezpowrotnie stracono kontakt z uciekinierami, zaś burzę tę Jakimowski i jego towarzysze uznali za dar od Boga). 




Niewolnicy byli wreszcie wolni, zapanowała więc powszechna radość, ale teraz należało unikać jakichkolwiek wysp na Morzu Egejskim, gdyż można było się tam natknąć na jakiś turecki patrol morski, a tak duży okręt jak ten Kassymbeka, zapewne rzuciłby się w oczy. Byli niewolnicy szybko odkryli też, że na pokładzie wciąż znajdują się kobiety - Rahmet, żona sędziego Iusupha Kadego (który pozostał w Mitylenie wraz z Kassymbekiem) i cztery jej chrześcijańskie niewolnice: Anna, Katarzyna i dwie Małgorzaty, oraz piąta chrześcijanka również o imieniu Katarzyna, którą Iusuph Kadi zamierzał sprzedać w Aleksandrii. Załoga, jak to załoga, zamierzała odpokutować swoje zniewagi na owej Rahmet, zamierzając ją zgwałcić, ale przeciwko temu zaprotestował sam Jakimowski (którego wówczas obrano kapitanem statku), postanowiono więc sprzedać ją jako niewolnicę w jednym z chrześcijańskich portów, ale na to również nie zgodził się Jakimowski. Uznał że żona powinna wrócić do mężna, jako że nie jest tu niczemu winna, postanowiono więc wysadzić ją na najbliższej wyspie. Co zaś się tyczy owych chrześcijanek, to one zostały zgwałcone (Katarzynę, przeznaczoną do sprzedaży w Aleksandrii osobiście posiadł Jakimowski), nie wiadomo jednak czy doszło do zbiorowego gwałtu, bowiem wkrótce poszczególni galernicy uznali te kobiety za swoje żony (było ich zaledwie pięć, więc tylko pięciu mężczyzn mogło je poślubić) i tak też zaczęto je traktować (ślub postanowiono wziąć w pierwszym chrześcijańskim porcie, do którego dopłyną). Katarzynę za żonę wziął właśnie Marek Jakimowski. 

Przez kolejne dwa tygodnie zbuntowany okręt pływał po Morzu Egejskim, unikając tamtejszych wysp i portów. Gdy szczęśliwie przepłynięto Peloponez, zatrzymano się na małej wyspie Strofadzie (50 km. na południe od wyspy Zakintos), gdzie znajdował się jedynie klasztor. Mnisi początkowo przerazili się bandy oberwańców, stukających do klasztornej bramy, ale gdy przekonali się że nie mają złych zamiarów, wpuścili ich do środka. Galernicy wraz z okrętem, przejęli również duży majątek Kassymbeka i Iusupha Kadego i jego część ofiarowali klasztorowi jako jałmużnę za szczęśliwe ocalenie. Następnie odpłynięto w dalszą drogę. Przed nimi było teraz Morze Jońskie, droga ku wolności. Ominięto niebezpieczne przylądki półwyspu Kalabrii (Capo delle Colonne i Capo di Spartivento) i skierowano się ku Cieśninie Messyńskiej. Messyna, była pierwszym chrześcijańskim miastem do jakiego dotarli uciekinierzy, gdzie po wyjściu na ląd Marek Jakimowski powtórzył słowa z "Eneidy" Wergiliusza: "Już, już dosięgliśmy brzegów uciekającej Italii". W mieście tym spędzono pełny miesiąc, po czym na rozkaz hiszpańskiego wicekróla Neapolu, skierowali się do Palermo również na Sycylii. Tam w miejscowym kościele odbyła się szczególna uroczystość - jednoczesne zaślubiny pięciu par (w tym Katarzyny i Marka Jakimowskiego). W Palermo zwolniono również żonę Iusupha Kadego (nie wiadomo jednak co się z nią dalej stało, ciekawe też czy jeśli nawet dotarła do męża, to czy ten... chciał ją z powrotem. Dla muzułmanina bowiem jeśli jego żona choćby rozmawia z obcym mężczyzną, już zasługuje co najmniej na chłostę, a tutaj ona przebywała ze zbuntowanymi galernikami przez ponad dwa miesiące). 

W Palermo nastąpiło realne rozwiązanie załogi, zaś Jakimowski i czterej jego kompani (z którymi wziął wspólny ślub) wraz z żonami oraz z trzydziestu załogi (która postanowiła pozostać przy Jakimowski), w początkach lutego 1628 r. wynajęli dwie nawy, na których dopłynęli do Neapolu. Po uroczystym powitaniu przez wicekróla Neapolu, wyruszyli następnie w drogę do Rzymu, do papieża, gdzie dotarli 16 lutego. Dnia następnego już mieli audiencję u papieża Urbana VIII u którego stóp złożyli pozostałe muzułmańskie trofea z okrętu Kassymbeka ("...chorągiew zacną i wielką z białego jedwabiu, na której pięknie nahaftowane były cztery miesiące tureckie, pełne charakterów arabskich (...) Oddali przy tym lampę albo latarnię wielką turecką, która była na galerze, z mosiądzu pozłoconego. Potem zawiesili wiele innych chorągwi po różnych kościołach w Rzymie"). Wszędzie byli witani i przyjmowani z otwartymi ramionami, a ich legenda wyprzedzała ich samych. Odwiedzili Szpital Słowiański w Rzymie (Collegium Illiricum) oraz byli zapraszani do pałaców możnych rzymskich rodów (szczególnie w pałacu rodu Barberinich zostali przyjęci jak triumfatorzy - chrześcijańscy triumfatorzy pokonujący muzułmanów), każdego dnia odwiedzali też kolejne rzymskie kościoły modląc się i ofiarowując jałmużnę. Z początkiem marca 1628 r. Jakimowski i jego towarzysze wyruszyli z Rzymu w dalszą drogę na północ. Na królewskich i książęcych dworach słyszano już o ich wyczynie który zaczął już żyć własnym życiem i ludzie opowiadali o nich wręcz niestworzone historie. Następnie przez Wiedeń dotarli 8 maja do Krakowa, gdzie u stóp grobu św. Stanisława na Wawelu złożyli wielką chorągiew muzułmańską z okrętu Kassymbeka. Marek Jakimowski w Palermo otrzymał tytuł cavaliere a Speron d'Oro (kawalera Złotej Ostrogi). Dalsze jego losy są nieznane, wiadomo tylko że wraz z żoną Katarzyną zamieszkał we Lwowie. To tyle tej niezwykle barwnej opowieści, która wystarczyłaby na za tekst dobrego filmu przygodowo-historycznego (zamiast jakiejś tam mydlanej i trochę żałosnej "Korony Królów").        



 

GERMAN DEATH CAMPS
NEVER POLISH



CDN. 

poniedziałek, 12 lutego 2018

"SŁODKIE ŻYCIE" NA PRZESTRZENI WIEKÓW - Cz. I

CZYLI JAK JADANO, BAWIONO SIĘ I

UROZMAICANO SOBIE CZAS OD

STAROŻYTNOŚCI PO WIEK XIX


Od jakiegoś już czasu zamierzałem podjąć się tego tematu (tylko długo nie wiedziałem jak go nazwać i prawdę powiedziawszy obecna nazwa też niezbyt mi się podoba, ale musi już zostać), głównie dlatego że również bardzo ciekawi mnie kwestia historii od kuchni. Dzieje minionych wieków pisane poprzez zapachy unoszące się dokoła z pomieszczeń kuchennych też są niezwykle ciekawe. Podobnie zresztą jak gry i zabawy, jakie wymyślali (i wciąż wymyślają) sobie możni tego świata, aby urozmaicić często swoje nudne życie. W tym temacie pragnę pochylić się nad historyczną stroną kuchni Antycznej Grecji i Starożytnego Rzymu z niewielkimi wcinkami odnoszącymi się do Egiptu i Mezopotamii, ale nie tylko. Również ciekawa jest kwestia, jak od starożytności ludzie urozmaicali sobie wolny czas, jak się bawili, w co grali itd. Niewielu wie np. iż na przełomie XVII i XVIII wieku bardzo popularne były dworskie zabawy w gospodarstwa, gonitwy dam "do pierścieni" (gdzie jako wierzchowce występowali wybrani przez nich męscy dworzanie), bale/przebieranki (gdzie kobiety zakładały męskie stroje a mężczyźni kobiece suknie) itd. Teraz jednak głównie chciałbym się skupić na kwestii antyku, który jest niezwykle bogaty w najróżniejsze detale, często umykające historykom, ale ważne dla zrozumienia czasów i zwyczajów danej epoki i kultur. Nie przedłużając przejdźmy więc już bezpośrednio do tematu:   






I

 DOLCE VITA ANTYKU

GRECJA

Cz. I



 "BĄDŹ ŁASKAW PRZYGOTOWAĆ MI NA PRZYJĘCIE WEDŁUG SPISU WSZYSTKO, O CO CIĘ PROSIŁEM I PRZYSŁAĆ DZIESIĄTEGO LUB DWUNASTEGO DNIA MIESIĄCA CHOJAK. TY TAKŻE ZECHCIEJ PRZYBYĆ RAZEM Z BRAĆMI. SKŁADAM BOWIEM OFIARĘ ZA SIEBIE I ZA CIEBIE"

FILINOS W LIŚCIE DO ZENONA
III w. p.n.e.


 Jedzenie może nie jest najważniejszym celem czy atrybutem naszego życia, to jednak trudno o nim zupełnie zapomnieć, szczególnie gdy w brzuchu burczy a dokoła nie ma nic, co można by "wrzucić na ruszt". Bez jedzenia nie ma życia, choć, jak to kiedyś powiedział jakiś dowcipniś: "I tak gówno z tego wyjdzie". Jedzenie, a raczej sztuka kulinarna jest ciekawym elementem kultury najróżniejszych ludów, których część zamierzam przedstawić w tym właśnie temacie, ale proszę, nie bierzcie tego za złe, że będę prezentował tylko pewne wybrane epoki historyczne, takie o których mam wiele ciekawego materiału, natomiast z reguły daruję sobie okresy wcześniejsze (jak choćby epokę archaiczną antycznej Grecji czy tzw.: "Wieków Ciemnych"). Nawet bowiem jeśli posiadam o tym okresie pewne (kulinarne) informacje, to są one jednak ograniczone (i to znacznie) i dlatego wolę skupiać się na epokach o których mam obszerniejszą ilość materiału (np. Grecja klasyczna czy hellenistyczna). Nie chciałbym też skupiać się jedynie na samym jedzeniu (bowiem jak już wspomniałem nie ono stanowi sens życia), a przedstawić bogatą paletę codziennego życia starożytnych Greków, tych samych Greków którzy potrafili się głównie ze sobą wzajemnie kłócić i których kulturę nauczył nas kochać niestety dopiero... Rzym. To właśnie od Rzymian uczymy się uwielbienia dla Aten Peryklesa i Sparty Leonidasa a jednocześnie pogardy dla hellenistycznych władców, z którymi przyszło wojować Rzymianom. 

Chcemy czy nie, jest to niezwykła cześć naszej kultury (oczywiście wraz z Chrześcijaństwem, które stanowi istotną triadę: Grecja dała światu piękno, sztukę i demokrację, Rzym ustrój republikański i prawo a Chrześcijaństwo, ono przyniosło... Miłość i właśnie na tych wartościach powinna być tworzona Europa przyszłości - i sądzę że właśnie taka będzie, ale budowana będzie już na zgliszczach obecnego, nihilistycznego świata). Należy też pamiętać że świat antycznej Grecji jaki przetrwał do naszych czasów w postaci dzieł sztuki czy najpopularniejszych poematów, to świat hellenistyczny z którym zetknął się i który następnie zakonserwował Rzym. Teraz właśnie pragnę zaprezentować codzienne życie (uczty, gry, zabawy itd.) antycznej Grecji, nie tylko tej hellenistycznej, ale również tej wcześniejszej - klasycznej która stanowiła właśnie (do pewnego stopnia) moralną podstawę dla późniejszej rozrzuconej po ogromnym imperium Aleksandra Wielkiego i jego następców - greckiej ojkumene.



 POBUDKA
GIMNASTYKA I KĄPIEL

 



Dla starożytnych Greków, którzy właśnie wstali z łoża, dzień zaczynał się od gimnastyki i kąpieli. Gimnastyka była ważną częścią utrzymania ciała w sprawności i estetyce, tym bardziej że nocne uczty były syte i należało to gdzieś spalić. Sokrates ponoć mawiał: "Mając brzuch nadmiernie otyły, chcę mu nadać skromniejszą formę", tak więc dzień z reguły rozpoczynała poranna gimnastyka, po czym przechodzono do kąpieli. Z reguły w każdym ateńskim domu (nie licząc tych ubogich) stała wanna, do której wlewano wodę i w której można było się umyć. Kobiety myły się z reguły takich właśnie wannach, lub korzystały z łaźni publicznych (w Atenach np. z łaźni Faleronu, gdzie kąpała się słynna Fryne - kurtyzana która posłużyła za modelkę do obrazu Apellesa Afrodyty Anadyomene - wyłaniającej się z morskiej fali). W epoce klasycznej kobiety zamieszkałe w miastach, raczej unikały kąpieli w rzekach (jak to było w epokach wcześniejszych), ewentualnie pluskając się w fontannach miejskich (w Atenach np. kilka monumentalnych fontann powstało za czasów tyranii Pizystratydów - druga połowa VI wieku p.n.e.), ale można tak było czynić tylko przy fontannach nie posiadających basenów, gdyż w przeciwnym razie brudzono by wodę, którą inni nabierali do celów spożywczych. Mężczyźni mieli znacznie więcej możliwości wykąpania się, niż kobiety, które z reguły czyniły to z zaciszu domowego ogniska. 

W "Odysei" Homera jest scena, w której Odys trafia do pałacu króla Alkinoosa, który to witając gościa, każe swej małżonce, królowej Arete przygotować dlań kąpiel. "Zaś Arete służebnicom każe prędko trójnożny kocioł postawić na żarze. I one wraz kąpielne wstawiły naczynie, wlały wodę, podłożą drewek (...) Weszła klucznica, sprasza gościa do kąpieli ciepłej w wannie". Klucznica (niewolnica kąpielna) następnie myje Odysa, po czym po wyjściu z wody naciera jego ciało oliwą (należy pamiętać że choć "Odyseja" powstała w czasach przed-klasycznych, to Grecy tak właśnie witali również gości, których zapraszali na ucztę. Nim ci usiedli do stołu musieli się najpierw umyć w domu gospodarza, taka była tradycja i co ciekawe służebne były przydzielane do mycia gości poślednich, tych najważniejszych... osobiście myły córki gospodarza). Mężczyzn jednak myły z reguły służebne i to tak aby doznali "młodzieńczego czaru i krzepkość ich rosła" i by "jasność od niego jak od bożka biła", kobiety zaś myły się z reguły same (lub też przy pomocy dziewek służebnych). Zresztą sam Hipokrates, sławny lekarz zalecał mężczyznom bierność w kąpieli mówiąc: "Zażywający kąpieli winien zachować spokój i daleko posuniętą powściągliwość, nie powinien nic robić, inni mają oblewać go wodą i szorować". Zalecał też kąpiele w zimnej wodzie, nie tylko dla zdrowia i krzepkości organizmu, ale przede wszystkim dla... uniknięcia zniewieściałości, twierdząc że w gorącej wodzie kąpią się jedynie niewiasty, przez co ich ciała są tak miękkie i gibkie.




Myto się zresztą nie tylko dla zapewnienia ciału czystości, ale również z pobudek czysto towarzyskich (co oznaczało że czasem zażywano kąpieli nie raz a dwa lub nawet niekiedy trzy razy dziennie, choć byli i tacy co nie myli się i po kilka dni), udając się np. do łaźni publicznych. Podczas kąpieli, ciała smarowano oliwą (Grecy i Rzymianie nie znali mydła), po czym zbierano bród za pomocą skrobaczek i na koniec ponownie smarowano się oliwą (czasem miast oliwy do kąpieli używano sproszkowanej ziemi, popiołu drzewnego lub węglanu sodu tworzących formę glinki - quasi-mydła). Po kąpieli mężczyźni przystępowali do golenia bród (czynił to albo osobisty niewolnik-golibroda, albo udawano się w tym celu właśnie do łaźni, gdzie tacy można było w towarzystwie ogolić się i podyskutować), lub do ich upiększania (odpowiednie ułożenie wąsów i wygładzenie brody), oraz obcinano paznokcie u rak i nóg. Kobiety zaś pozbywały się owłosienia na ciele głównie za pomocą... lampy, lub papki nakładanej na ciało i zdejmowanej za pomocą brzytwy. Kobiety ponoć zazdrościły mężczyznom tego że nie muszą się golić na całym ciele, co w sposób żartobliwy ubrał w słowa Arystofanes, wkładając w usta jednej z bohaterek komedii takie oto zdanie: "Zacznę od wyrzucenia brzytwy, abym stała się cała zarośnięta i już w niczym nie przypominała kobiety" (czyżby antyczna grecka... feministka? One też coraz mniej przypominają kobiety). Kobiety upinały włosy szpilami i wstążkami (dziewczęta), niewolnice były obcięte na krótko (długie włosy pozostawiano jedynie flecistkom, przygrywającym gościom do uczty), zaś niewolnicy także na bardzo krótko lub zupełnie na łyso. Bogate damy dla upiększenia, posiadały dodatkowe peruki lub doczepiane warkocze, obcięte niewolnicom.

Kobiety malowały się i perfumowały pachnidłami zakupionymi w myropolion (był to rodzaj antycznego greckiego butiku, w Atenach takie butiki mieściły się m.in.: w dzielnicy Melite, nieopodal Lenaionu przy wejściu na wzgórze Areopagu). Ksenofont wkłada w usta niejakiego Ischomacha w "Ekonomikonie" takie oto słowa o jego żonie: "Zobaczyłem ją pewnego dnia umalowaną ołowianą bielą, aby miała cerę jeszcze jaśniejszą niż zwykle, uróżowaną, aby wyglądała na bardziej rumianą, niż była w rzeczywistości, i w trzewikach na koturnie, aby wydawała się wyższą, niż była w istocie". Kobiety starały się jednak nie malować oczu i brwi, gdyż tak czyniły jedynie kurtyzany. Po kąpieli następował czas na garderobę, kobiety zaczynały od założenia... staników (strofion), zaś mężczyźni wcale nie używali bielizny osobistej, wkładając bezpośrednio na ciało krótką tunikę, którą spinano pasem (co ciekawe, służyła ona również za koszulę nocną, gdyż nie zdejmowano jej na noc, jedynie co to odpinano pas). Gdy było ciepło, wychodzono tak z domu, w miesiącach chłodniejszych zakładano dodatkowo himationu (płaszcza), czasem zamiast tuniki ubierano się w chiton (chiton krótki był ubiorem męskim, zaś chiton długi kobiecym), lnianą koszulę z dwóch kawałków materiału, zszytych razem na wysokości ramion i spinanych pasem. Himation jednak z reguły wystarczał, bowiem można nim było okryć całe ciało w chłodniejsze dni. Kobiety najczęściej nosiły chitony opadające aż do stóp na które zarzucały kobiece peleryny (entyklas), lub jak młode Spartanki nosiły peplosy (krótkie sukienki, ukazujące ich uda). 




Biżuterię też głównie nosiły tylko kobiety (nie licząc pierścieni, które często stanowiły pieczęcie), naszyjniki, bransoletki, kolczyki, obrączki na nogi. Kobiety przebijały sobie uszy, lecz nosiły na nich głównie lekką biżuterię. Mężczyźni w epoce klasycznej byli zaś upominani za np. noszenie we włosach upiększające złote "świerszcze", moda męska epoki klasycznej nawiązywała do surowości (w przeciwieństwie do obładowanych złotem, pierścieniami i broszami mężczyzn epoki przedklasycznej), a ci którzy się nie podporządkowywali, byli uważani albo za sybarytów albo za zniewieściałych (co w zasadzie wzajemnie się nie wykluczało). Buty robiono z reguły na konkretne zamówienie klienta (szewc wykrawał podeszwę bezpośrednio dokoła stopy klienta). Podeszwy sandałów wykonane były ze skóry lub drewna i wiązane sznurówkami u góry. Kobiece obuwie było znacznie bardziej zróżnicowane i należały do nich tzw.: "korki" czyli dokładane do sandałów koturny, aby kobiety mogły wydawać się wyższe, niż były w rzeczywistości. Buty damski był też różnokolorowe (barwione głównie na kolor czerwony, biały, czarny i żółty), miały też różne nazwy np. "kurki", "papużki", "raczki", "sandały argejskie", "chłopki", "szkarłatki", "ambrakidy", "chijki" i "sykionki". Mężczyźni zaś nosili zwykłe sandały lub ewentualnie wysokie obuwie sznurowane - "embasy" i tutaj nie było zbyt dużego wyboru ani rodzajów ani też kolorów (niekiedy mężczyźni używali butów zwanych "endromisy", które można było nosić zarówno na prawej jak i na lewej nodze). Po wybraniu stroju i ubraniu się, z reguły udawano się na szybkie śniadanie (śniadanie było bodajże najkrótszym i najmniej obfitym posiłkiem w ciągu dnia).                    





 GERMAN DEATH CAMPS 
NEVER POLISH


 CDN.

niedziela, 11 lutego 2018

W GRODZIE BOGINI TANIT - Cz. I

DZIEJE KARTAGINY

W CZASACH HANNIBALA




 
"Proch ziemi libijskiej pokryje Hannibala" - tak brzmiała grecka przepowiednia, którą niegdyś młody Hannibal usłyszał w świątyni. Teraz, galopując przed ścigającymi go Rzymianami po anatolijskiej Bitynii i mając zapewne w pamięci tamtejszą przepowiednię, mógł Hannibal być spokojny co do swej przyszłości. Wciąż jeszcze wierzył w odrodzenie Kartaginy, choć ciągle zdradzany (najpierw przez swych rodaków w 195 r. p.n.e. a następnie przez króla Bitynii - Prusjasza I, który najpierw udzielił mu schronienia po klęsce króla syryjskiego Antiocha III Wielkiego w 190 r. p.n.e. a następnie pod wpływem rzymskich żądań, zdecydował się wydać go Rzymianom. Dowiedziawszy się o tym, Hannibal zbiegł z Nikomedii - stolicy Bitynii). Pędził teraz konno przed siebie,zastanawiając się czy nie wszystko jeszcze stracone, przecież przepowiednia brzmiała jasno - zakończy życie w Libii, w Afryce, a on przebywał teraz w Bitynii w Azji Mniejszej, czyli bogowie mu sprzyjają, ujdzie rzymskiemu pościgowi. Tylko co dalej? Teraz musi bez wątpienia kierować się ku morzu, tylko czy zastanie tam aby jaki statek? Zapewne tak, skoro przepowiednia była mu życzliwa. Zgubiwszy pogoń, postanowił odpocząć napoić konia i posilić się w pewnej wiosce. Gdy jednak zbliżył się do zabudowań pewnego najbliższego domostwa, ujrzał stojącego w progu domu mężczyznę, którego zapytał: "Gdzie jestem, jak nazywa się ta wieś?" "Libia panie" odpowiedział chłop. Hannibala zmroziło, teraz wiedział że wszystko stracone, tym bardziej że w oddali słyszał już ponownie odgłos końskich kopyt. To ścigający go Rzymianie, byli już blisko. Nie namyślając się zbytnio, wyjął pęcherzyk z trucizną, którą nosił przy sobie i zażył jej zawartość. 

Tak oto zakończył życie wielki Hannibal Barkas, a proch ziemi libijskiej pokrył jego ciało. Miało to miejsce w 183 r. p.n.e. czyli roku, w którym odszedł z tego świata inny wielki mąż, a jednocześnie przeciwnik (choć nie wróg) Hannibala - rzymski polityk i wódz Publiusz Korneliusz Scypion. Ten jednak zmarł spokojnie, w swej posiadłości w Liternum w Kampanii, na łożu śmierci prosząc żonę Emilię, aby pochowała go w tej miejscowości, a nie w grobowcu rodu Korneliuszy koło Porta Capena w Rzymie. Scypion miał żal do Rzymian za to jak potraktowano wcześniej jego i jego brata. "Ktoś, według panującego w Rzymie zwyczaju, pozwał go (Scypiona) do odpowiedzialności przed zgromadzeniem ludowym, zarzucając mu wiele rzeczy w sposób bardzo przykry" - jak pisze Polibiusz. W 187 r. p.n.e. brat Publiusza Scypiona - Lucjusz Korneliusz Scypion, został oskarżony przed senatem przez Marka Porcjusza Katona i jego frakcję o sprzeniewierzenie 500 talentów otrzymanych od pokonanego króla syryjskiego Antiocha III Wielkiego. Rzeczywiście pieniądze te Lucjusz wydał wedle własnych potrzeb, ale przekonywał senat że miał do tego prawo, bowiem były to środki zebrane z łupów wojennych, a nie pieniądze publiczne z których musiałby się rozliczyć przed pretorem. Senat przyjął to wyjaśnienie i odrzucił wniosek Katona o dokładne zbadanie tej sprawy. Niezrażony tym Porcjusz Katon przedstawił swój wniosek pod głosowanie na zgromadzeniu ludowym (komicja centurialne), gdzie jego zwolennicy zdobyli większość i zmusili senat do ponownego głosowania w tej sprawie. Znów jednak większość senatorów opowiedziała się za odrzuceniem sądzenia tej sprawy, choć dla uspokojenia nastrojów powołano komisję śledczą pod przewodnictwem pretora, jednak i tutaj przeważyły głosy zwolenników Scypionów, bowiem pretorem komisji śledczej obrano niejakiego Terencjusza Kulleo - przyjaciela zarówno Publiusza jak i Lucjusza, który przez rok zwlekał z rozpoczęciem śledztwa, aż cała sprawa została zapomniana. 

Sprawa odżyła ponownie w 185 r. p.n.e. gdy Katon wniósł kolejny wniosek o zbadanie tej kwestii. Tym razem senat zmusił Lucjusza do złożenia zeznań (podczas których towarzyszył mu jego brat Publiusz). Zmuszono go także do okazania ksiąg rozliczeń finansowych z czasów wojny z Antiochem III i okazania ich w senacie. Przyniósł je Publiusz Scypion, który buńczucznie podarł karty na oczach senatorów a następnie stwierdził że jeśli chcą to mogą je sobie pozbierać. Wzbudziło to konsternację i sarkanie wśród senatorów, którzy zaczęli się obawiać że katonowskie zarzuty, jakoby Scypionowie (a szczególnie Publiusz - zwycięzca Hannibala), mają się za osoby stojące ponad prawem, co zagrażało podstawom Republiki, okazywały się prawdziwe. Publiusz wygłosił jeszcze mowę oskarżycielską, domagając się wyjaśnień, dlaczego żąda się od jego brata wyliczeń z tej skromnej sumy 500 talentów, a nie pytają się o te 15 000 talentów, które dzięki Lucjuszowi zapłacił Rzymowi Antioch III i dlaczego nie pamiętają że to właśnie on pod Zamą i Lucjusz pod Magnezją zmusili zarówno Hannibala jak i Antiocha do oddania ogromnych terenów w Hiszpanii, Afryce i Azji Mniejszej. Senat ponownie odrzucił wniosek Katona. 

Do kolejnego ataku, tym razem już bezpośrednio godzącego w Publiusza Scypiona, doszło w 184 r. p.n.e. gdy Katon wygłosił świetna mowę oskarżycielska przed senatem, domagając się zbadania zarzutów kradzieży pieniędzy publicznych ofiarowanych Rzymowi przez Antiocha III, jego złotych i srebrnych pucharów, które Katon ponoć widział osobiście po bitwie pod Termopilami (191 r. p.n.e.) a których potem na triumfie w Rzymie już nie było, poza tym domagał się zbadania rozrzutności i bezeceństw, do jakich miało dochodzić w kwaterach wojskowych na Sycylii i incydentu w Locri. Scypion długo słuchał tych oskarżeń w milczeniu, po czym gdy dano mu głos dla na swą obronę, ten tylko wstał ze swego miejsca i ruszył do wyjścia z budynku. Na pytanie dokąd idzie, odwrócił się do zgromadzonych i powiedział: "Dziś, Kwiryci, rocznica tego dnia, w którym lat temu osiemnaście zwyciężyłem Hannibala pod Zamą. W rocznicę tego zwycięstwa, które ocaliło nasze Miasto, składam ofiary Jowiszowi na Kapitolu. I tam też właśnie się udaję, wy róbcie co chcecie", po czym wyszedł z sali a za min... wszyscy senatorowie, pozostał tam tylko osłupiały Katon.




Był to ostatni sukces Publiusza Scypiona. Wkrótce potem opuścił Rzym i wyjechał do swych majętności w Liternum, gdzie zmarł w następnym roku. Swej żonie Emilii polecił również, aby wydała ich córkę Kornelię za Tyberiusza Semproniusza Grakchusa Starszego, który co prawda należał do frakcji Katona w senacie (wrogiej Scypionom), jednak stanął on po stronie Lucjusza Scypiona (ponownie oskarżonego z wniosku Katona), gdy senat w owym 183 r. p.n.e. uznał Lucjusza winnym kradzieży środków publicznych i nakazał jego aresztowanie. Wówczas to Tyberiusz Grakchus zaprotestował, twierdząc iż nie godzi się aby zwycięzca Antiocha był odsyłany do tego samego więzienia, do którego wcześniej odsyłał wrogów ludu rzymskiego, co uratowało Lucjusza przed aresztowaniem, choć wpływy polityczne Scypionów były już złamane. W kilka lat po śmierci Publiusza Scypiona, jego córka Kornelia poślubiła Tyberiusza Grakcha Starszego i stała się matką dwóch wielkich braci - Tyberiusza Semproniusza Grakcha i Gajusza Semproniusza Grakcha - którzy w latach 133-121 doprowadzili do prawdziwej rewolucji społeczno-polityczno-ekonomicznej w Italii.

Wróćmy jednak do Hannibala. Przyszedł on na świat w Kartaginie w 247 r. p.n.e. W tym czasie Kartagina prowadziła już od 17 lat wyczerpującą wojnę z Rzymem, która przeszła do historii jako Pierwsza Wojna Punicka. Po siedemnastu latach ciężkich zmagań wojennych, sytuacja ekonomiczna i militarna Kartaginy była wręcz rozpaczliwa. Na nic zdały się zwycięstwa sławnych wodzów Adherbala i Kartalona (których notabene ok. 247 r. p.n.e. odwołało z Sycylii stronnictwo Hannona Wielkiego, opowiadające się za pokojem z Rzymem), na nic zdało się poselstwo (ok. 252 r. p.n.e.), wysłane do egipskiej Aleksandrii z prośbą o pożyczkę w wysokości 2 000 talentów. Król egipski Ptolemeusz II odmówił Kartagińczykom pożyczki, twierdząc iż: "Trzeba pomagać przyjaciołom przeciw swym wrogom, a nie przeciw innym przyjaciołom" (Egipt zawiązał stosunki dyplomatyczne z Rzymem w 273 r. p.n.e. i od tego czasu stosunki te funkcjonowały na zasadach amici - czyli sojuszniczych). Tym bardziej Kartaginie zagrażało niebezpieczeństwo od strony ludów afrykańskich (Numidzi), których co prawda pokonał Hannon Wielki zdobywając potężną twierdzę Theveste (ok. 246/245 r. p.n.e.) i biorąc 3 000 zakładników, to jednak nie doprowadziło do zakończenia walk. Kartagina nie mogła sobie pozwolić na utrzymywanie dwóch armii - sycylijskiej i afrykańskiej, stąd zapewne brało się wycofanie z frontu sycylijskiego dwóch wodzów odnoszących sukcesy - Adherbala i Kartalona oraz mianowanie tam wodzem niejakiego Hamilkara, wywodzącego się co prawda z zamożnej rodziny, ale będącej z dala od centrum arystokratycznego Kart Hadaszt. Zamiarem Hannona Wielkiego i jego stronnictwa było wysłanie na Sycylię wodza, który będzie musiał zakończyć wojnę z Rzymem. Jeśli takie było zamierzenie, to okazało się ono błędne, bowiem Hamilkar był gorącym zwolennikiem dalszego prowadzenia wojny, aż do ostatecznego zwycięstwa.

Gdy wyjeżdżał objąć dowództwo na Sycylię, żegnał się ze swą żoną, która była już w zaawansowanej ciąży. Dziecko urodziło się już po wyjeździe ojca, a matka dała mu na imię - Hannibal (imię to było wówczas dość popularne w Kartaginie). Sytuacja jaką Hamilkar zastał na Sycylii była dramatyczna, wojsko utrzymywało się jeszcze w dwóch twierdzach Lilybaeum i Drepanum. Eryks ze sławną świątynią bogini Asztarte (Isztar-Inanny), został zdobyty przez Rzymian w październiku 249 r. p.n.e. nie było pieniędzy ani środków na zorganizowanie kolejnych kampanii, a morale wojska wciąż słabło. Rzeczywiście, w tych warunkach najlepiej by było zawrzeć pokój i skierować ekspansję w kierunku afrykańskim (do czego dążył Hannon Wielki), ale Hamilkar nie zamierzał się poddawać. Pomimo braku pieniędzy i środków, postanowił uderzyć Rzymian w samo serce, czyli... najechać Italię. Oczywiście o zbrojnej ekspansji nie było mowy, ale Hamilkar dysponował jeszcze flotą, którą zamierzał użyć. Załadowawszy na okręty cześć swoich wojsk, opływał brzegi Italii, atakując mniejsze posterunki i paląc miasteczka i wsie nad brzegiem Morza Tyrreńskiego, tak dotarł aż do Kyme, po czym zawrócił na Sycylię. Niespodziewany atak Kartagińczyków na wybrzeża Italii, spowodował konsternację wśród Rzymian, czujących się już bezpiecznie na Półwyspie Apenińskim. Rzym jednak również mocno ucierpiał w wyniku toczących się walk (w 249 r. p.n.e. ostatecznie utracono całą flotę stworzoną po raz pierwszy przez Gajusza Duiliusza w 260 r. p.n.e. - pod Drepanum poniósł klęskę Publiusz Klaudiusz Pulcher (100 okrętów) z flotą kartagińską Adherbala, a pod Phintias w tym samym roku klęskę poniósł Lucjusz Juniusz Paullus (120 okrętów) z flotą Kartalona. Taka mała ciekawostka, po klęsce pod Drepanum, siostra Klaudiusza Pulchera - Klaudia pewnego razu udając się w swej lektyce na Forum i stojąc w korku, spowodowanym przez tłum ludzi zmierzających w tym samym kierunku, nie wytrzymała, wychyliła się zza kotary lektyki i krzyknęła na głos: "O jakże bym chciała aby mój brat zmartwychwstał i raz jeszcze wytępił to stado baranów". Te nieprzemyślane słowa, o mało nie kosztowały jej życie, bowiem została oskarżona o obrazę ludu rzymskiego, co w sytuacji toczącej się wojny o przetrwanie było bardzo poważnym zarzutem. Klaudia co prawda uniknęła kary, ale musiała publicznie na Forum przeprosić Rzymian za swoje słowa, twierdząc iż nie ich miała na myśli). 

Po powrocie na Sycylię, Hamilkar odesłał całą flotę do Kartaginy (głównie po to, aby odebrać wojsku nadzieję na wydostanie się z Sycylii i zmusić ich do dalszej walki), po czym zajął masyw Heirkte (dziś Monte Castellaccio) i stamtąd prowadził walki partyzanckie na całą okolicę. Przez kolejne trzy lata czas upływał mu nie tylko na walkach z Rzymianami (były to jednak niewielkie potyczki, gdyż Hamilkar nie miał ani sił ani środków do wydania otwartej bitwy), ale również na gaszeniu buntów własnych wojsk (było ich tam ok. 15 000), gdyż żołd z Kartaginy przychodził bardzo nieregularnie. Wreszcie w 244 r. p.n.e. przeprowadził śmiałą akcję zbrojną (pierwszą od czasu morskiej wyprawy na italskie wybrzeże) - zdobył twierdzę Eryks. Udało mu się tego dokonać dzięki fortelowi i pod osłona nocy. Miasto ponownie znalazło się w kartagińskich rekach, choć na większe kampanie nie było już żadnych możliwości, Kartagina była faktycznym bankrutem, nie było już pieniędzy na żołd dla wojska i choć wojna partyzancka trwała jeszcze trzy lata, a z Eryksu Hamilkar podejmował śmiałe akcje, to jednak były to kampanie iście partyzanckie i polegające jedynie na zniszczeniu niewielkich sił rzymskich w okolicach Eryksu lub Drepanum, mimo to sława niezwyciężonego wodza opromieniła Hamilkara (ja sam niegdyś napisałem mini wiersz zatytułowany "Hamilkar i towarzysze u stóp Eryksu").




Ostatecznie po klęsce w bitwie morskiej (w latach 243/242 p.n.e. Rzymianie ogromnym kosztem finansowym, do którego m.in.: zaliczyć należy poważne wsparcie, jakie udzieliły rzymskie kobiety, głównie majętne wdowy, przekazując swoje kosztowności - wystawili kolejną flotę) koło Wysp Egadzkich (a konkretnie naprzeciw wyspy Aigusy) 200 rzymskich penter, pod dowództwem konsula Gajusza Lutacjusza Katulusa, doszczętnie rozbiło 250 okrętów kartagińskich (które w większości obładowane były zapasami żywności dla walczących pod Eryksem, zaś Rzymianie dysponowali wyszkolonymi wioślarzami i żołnierzami "piechoty morskiej") pod wodzą Hannona (241 r. p.n.e.). Zatopiono 97 okrętów kartagińskich i zdobyto 20, reszta zdołała uciec do Kartaginy (Hannon za klęskę został skazany na śmierć przez ukrzyżowanie). W tej sytuacji nie było już żadnych możliwości dalszego prowadzenia wojny, należało więc wynegocjować korzystny pokój. Hamilkarowi udało się jedynie uzyskać możliwość opuszczenia twierdz sycylijskich przez jego wojsko wraz z bronią, poza tym Kartagińczycy musieli oddać całą Sycylię i wszystkie twierdze, uwolnić rzymskich jeńców bez okupu i zapłacić w przeciągu 20 lat 2 200 talentów (ok. 56 ton srebra). Kartagina nie mogła też wojować z greckimi Syrakuzami (będącymi wówczas sojusznikiem Rzymu). Taki pokój był jednak mocno krytykowany w Rzymie, co spowodowało że w krótkim czasie wysłano z Rzymu komisję dziesięciu, która miała wynegocjować nowy pokój (podważając ten, zawarty przez Hamilkara i Katulusa). Kontrybucja została podwyższona do 3 200 talentów płatnych w przeciągu 10 lat, a Kartagina prócz Sycylii musiała oddać Wyspy Liparyjskie i Egackie.

Wojna dobiegła więc końca a żołnierze po latach spędzonych z dala od domu, wreszcie mógł wrócić do rodzinnego miasta Kartaginy. Do domu i żony powracał także wódz Hamilkar, który po raz pierwszy mógł ujrzeć swego sześcioletniego już syna Hannibala. Niepokorny wódz i jego żołnierze, z bronią w ręku przybywali więc do pokonanego miasta. Jak ono wyglądało i jakie miało dzieje do czasów powrotu Hamilkara? O tym już w kolejnej części.        









GERMAN DEATH CAMPS

NEVER POLISH



 CDN.

sobota, 10 lutego 2018

KOBIETY - PAPIEŻE, PATRIARCHOWIE, BISKUPI, PREZBITERZY - Cz. V

ORAZ TE, KTÓRE PAPIEŻY WYBIERAŁY




  Ustawa podpisana przez prezydenta, więc można przejść do innych tematów. Uważam jednak że ta nowelizacja jest zła, bowiem dopuszcza jakieś "naukowe" bądź "artystyczne" szkalowanie narodu polskiego, poza tym są już pierwsze postaci, które z całą pewnością powinny natychmiast zostać podciągnięte pod tę ustawę, jako pierwszy należy do nich przede wszystkim minister Czaputowicz. Nie pojmuję, co taka persona ze "stajni" Geremka i środowiska Unii Wolności robi w Prawie i Sprawiedliwości? To jest dla mnie człowiek, który nigdy nie powinien pełnić żadnych ważnych funkcji państwowych. Tyle, wyrazem wstępu,poza tym bez zmian, niektórzy Żydzi (głównie w Izraela, choć nie tylko), czyli po prostu litwacy, wciąż plują na Polskę. No cóż, trzeba się z tym pogodzić i do tego przygotować, bo ataki będą trwały gdyż tutaj chodzi o pieniądze, o utrzymanie państwa Izraela, na którego nie chcą już łożyć Stany Zjednoczone ani też Niemcy. Celem więc tej operacji jest przedstawienie Polaków w jak najgorszym świetle, aby międzynarodowa opinia publiczna nie miała żadnych obostrzeń (choć w rzeczywistości obywateli innych państw spór polsko-izraelski obchodzi tyle, co... zeszłoroczny śnieg), gdy Żydzi będą oczekiwali pieniędzy, i to ogromnych pieniędzy, co do których nie mają żadnych praw (dlatego właśnie próbują nas oczernić). Dla mnie sprawa jest zupełnie prosta - nie tylko (i nie tyle) konsekwentnie odpowiadać na rzucane w nas oskarżenia i bluzgi, ale merytorycznie i rzeczowo odpowiadać kontrargumentami, przypominać iż to właśnie Polacy zorganizowali jedyną w całym świecie organizację rządową, pomagającą Żydom podczas II Wojny Światowej - ŻEGOTĘ, że w Polsce (jako jedynym kraju okupowanym przez Niemców), groziła kara śmierci dla całej polskiej rodziny za ukrywanie Żydów - zastanówmy się teraz, czy dziś, gdybyśmy znaleźli się w podobnej sytuacji, zdobylibyśmy się na takie poświęcenie, aby uratować kogokolwiek, wiedząc że w razie wpadki czeka śmierć dla całej naszej rodziny? 

A tamci ludzie żyli w czasach, gdzie śmierć była czymś normalnym, czymś codziennym. A mimo to były dziesiątki tysięcy (większości i tak nie znamy, tym bardziej że duża część została odkryta przez Niemców i zamordowana wraz z ukrywanymi Żydami) ludzi, którzy nie tylko pomagali Żydom, ale jawnie ich ukrywali, karmili i chronili (na miarę ówczesnych możliwości). Ilu dziś jeszcze żyje takich, którzy z twierdzą że przeżyli TYLKO dzięki Polakom? Poza tym ilu Żydów mordowało Żydów, wydawali, zapędzali na rampy kolejowe własne rodziny, a ilu Żydów wrzucało do pieców krematoryjnych własnych ziomków? (piece bowiem w obozach koncentracyjnych obsługiwali tylko Żydzi). W gettach Żydzi Żydom zabierali dzieci, aby odprowadzić je na śmierć (słynny apel Chaima Rumkowskiego - przewodniczącego łódzkiego getta: "Matki i ojcowie, oddajcie mi swoje dzieci". W gettach i obozach Żydzi denuncjowali i mordowali innych Żydów i tak było na porządku dziennym. Oczywiście wśród Polaków także zdarzały się kanalie, które próbowały coś ugrać na nieszczęściu Żydów (donosiciele, szmalcownicy), ale jest tutaj widoczna różnica, która opiera się na proporcjach. Zauważmy że jeśli idzie o szmalcowników i osoby wydające Żydów Niemcom po polskiej stronie - takie postawy i postacie to była skrajna patologia (głównie były to osoby o kryminalnej przeszłości), która była jawnie piętnowana i ścigana przez polskie władze na uchodźstwie i Armię Krajową w okupowanym kraju (kary śmierci za denuncjację Żydów itd.). 

Natomiast w przypadku Żydów, takie postawy i postacie były... wywyższane, stanowiły rdzeń zarządzający całą społecznością (zresztą podobnie jak w hitlerowskich Niemczech i Związku Sowieckim, gdzie także odbywała się negatywna selekcja i osoby najbardziej spatologizowane obejmowały władzę i pięły się w karierze politycznej). Nie można też zapominać o tym, że ludność polska była jako pierwsza przeznaczona do fizycznej likwidacji (po wejściu do Polski we wrześniu 1939 r. Niemcy i Sowieci systematycznie likwidowali najpierw Polaków, za Żydów wzięto się dopiero w ok. rok po agresji, a już z całym impetem w latach 1942-1944, choć co ciekawe Hitler bardzo mało mordował niemieckich Żydów, skupiając się raczej na Żydach polskich, czyli obywatelach państwa polskiego i "dostarczonych" mu z innych krajów). Oba narody cierpiały po równo i po równo były zagrożone fizyczną likwidacją z rąk niemieckiego i rosyjskiego najeźdźcy (a ponieważ Żydzi nie lubią konkurencji, więc antysemityzm stanowi dla nich nie tylko potężną broń w ręku, ale wręcz nową religię, zbudowaną właśnie na kaźni swych braci, za którą domagają się pieniędzy. I stąd właśnie całe to zamieszanie, choć problem polega na tym, że swoje pretensje kierują pod niewłaściwy adres)



  

MARYJA

MATKA JEZUSA

Cz. II

 



Co się tyczy channelingów, to wiadomości na temat Maryi - matki Jezusa są tam niezwykle oszczędne. Doprawdy trudno znaleźć jakieś bardziej szczegółowe fakty z jej życia opierając się tylko na tych przekazach. Postaram się jednak zaprezentować i to źródło (choć być może dla wielu nie ma ono większego znaczenia). Na początku należy stwierdzić iż Maryja pochodziła z rodu, który nosił w sobie domieszkę wielu genów (jak już wcześniej pisałem zarówno żydowskich jak i fenickich, syryjskich, egipskich czy nawet greckich). Została wybrana właśnie ze względu na owe bogactwo genetyczne (przynajmniej tak twierdzą channelingi), przez istoty znane jako T'Jehooba. Cywilizacja T'Jehooba, pochodząca ze zniszczonej przez milionami lat cywilizacji Plejad (pierwszej cywilizacji Plejad, o której pisałem w temacie o historii wszechświata), zarządzana była przez siedmiu pół-eterycznych przywódców duchowych, zwanych Thaori. To właśnie oni wybrali zarówno naród żydowski jak i osobę Miriam, córkę Joachima i Anny. Thaori uznali że to właśnie w tym narodzie powinien przyjść na świat przyszły "Wybawiciel Świata" (i w żadnym wypadku nie chodziło tutaj o żydowskiego Mesjasza), wiadomość tę miał zanieść Marii jeden z T'Jehooba, który ukazał się w jej domu tuż przed zachodem słońca - jako anioł. Maria była wtedy młodą dziewczyną, niedawno poślubioną 21-letniemu cieśli Józefowi (który przez dwa lata starał się o jej rękę u rodziców, pracując jako robotnik u jej ojca - Joachima w okolicach Nazaretu). Młodzi zaręczyli się i pobrali (prawdopodobnie w marcu 8 r. p.n.e.).

"Anioł" nawiedził Marię w listopadzie tego roku, mówiąc iż narodzi "Wybawiciela Świata", który jednak nie będzie Mesjaszem (twierdził również że nie zostanie zrozumiany ani zaakceptowany wśród swoich żydowskich ziomków), ale jego posłannictwem miała być odmiana tego świata (prawdopodobnie chodziło tutaj o podciągnięcie planety Ziemi na większe duchowe wibracje). W czasie wizyty "anioła" (którą to Maria miała przeżyć dość emocjonalnie, nie mogąc uwierzyć iż takie rzeczy są w ogóle możliwe), Maria była już brzemienną (choć jeszcze o tym nie wiedziała). Dzieckiem, które miało się narodzić z jej łona, była osobowość (czy raczej dusza) T'Jehobanina (który sam postanowił uczestniczyć w tym "eksperymencie") o imieniu Immanuel. Ciało Immanuela (czy raczej Jezusa), zrodzone przez Marię było ziemskie, czyli podatne na wszystkie możliwe ziemskie urazy. Posiadał on jednak pamięć dawnego życia i misji (nie jest jednak wyjaśnione czy owa "pamięć" pojawiła się od razu, czy następowała stopniowo w czasie dorastania Jezusa, oczywiście dzięki wstawiennictwu T'Jehooba, którzy nadzorowali ten cały "eksperyment" - jak jest on określany w przekazach channelingowych), oraz umiejętności, które my określilibyśmy jako paranormalne. Prawdopodobnie jednak natura Jezusa/Immanuela kształtowała się stopniowo pod kontrolą T'Jehooba, gdyż są informacje (nie pochodzące jednak z channelingów i nie wiadomo czy prawdziwe) iż Jezus w młodości był takim trochę... zadziorą i potrafił nawet ostro dokuczyć swoim przyjaciołom i kolegom z którymi razem się bawił (wykorzystując oczywiście przy tym swoje ponadnaturalne możliwości).

Tak więc "anioł" objawił się Maryi w listopadzie 8 r. p.n.e. gdy ona sama miała może 18 a może 19 lat. Z czasem słowa wypowiedziane przez niezwykłego przybysza zaczęły się spełniać, Maria była w ciąży (nie wiadomo jednak czy była to ciąża z Józefem czy też została ona zapłodniona sztucznie przez T'Jehooba). Wiadomo jednak iż gdy powiedziała o tym Józefowi, ten nie był zadowolony i początkowo wypędził ją z domu (mieszkali w zbudowanym przez Józefa i jego dwóch braci domu w Nazarecie), uznając że go zdradziła. Pewnej nocy jednak miał sen, w którym "anioł" tłumaczył mu iż ciąża Marii jest wyjątkowa, a narodzone dziecię ma za zadanie "odmianę tego świata" (możliwość przekazywania swych komunikatów w czasie snu, nie stanowi dla T'Jehooba żadnych trudności), dopiero wówczas uznał to dziecię za swoje i pozwolił Marii wrócić. Tyle channelingi. Problem stanowi jednak kolejna kwestia, związana z informacją zawartą w Biblii, iż Józef i brzemienna Maryja, udali się do Betlejem na obowiązkowy spis ludności Imperium Rzymskiego, zarządzony przez cesarza Oktawiana Augusta. Doprawdy jest to problem poważny, ponieważ w channelingach nie ma na ten temat żadnego słowa, natomiast w Biblii mamy informację że Józef i Maryja rzeczywiście udali się w taką podróż do Judei. Tutaj powstaje pytanie - dlaczego taka informacja znalazła się w Biblii, gdy wiadomo iż pierwszy spis ludności na ziemiach Palestyny został przeprowadzony przez Rzymian dopiero w 6 roku naszej ery? Zresztą taki spis (mający oczywiście podłoże ekonomiczne - Rzymianie chcieli wiedzieć jakie w danej prowincji ustalić podatki na przykładzie zamożności mieszkańców), natychmiast doprowadził do buntu Żydów, którzy pod wodzą Judy Galilejczyka wywołali w owym 6 roku powstanie w Judei. 

Natomiast my wiemy, iż w czasie tego spisu Maryja była w ciąży (podczas podróży z Galilei do Judei). Czy możliwe jest więc, że jej ciąża trwała... 13 lat? Oczywiście nie, skoro jednak jest taka informacja, znaczy to że późniejsi autorzy Biblii pomylili się lub celowo pozmieniali fakty. Oczywiście można założyć, że spis ludności z roku 6 naszej ery (za namiestnika Syrii Publiusza Sulpicjusza Kwiryniusza), był drugim (kolejnym?) spisem ludności Imperium Rzymskiego na tych terenach, a pierwszy mógł się odbyć w tym samym czasie, co spis ludności rzymskiego już wówczas Egiptu, przeprowadzony właśnie w owym 8 r. p.n.e. (w Egipcie spisy ludności odbywały się co 14 lat). Problem polega na tym, że Egipt był już wówczas od 30 r. p.n.e. (czyli od czasu gdy Oktawian zajął Aleksandrię, w której samobójstwo popełnił najpierw Marek Antoniusz a następnie królowa Kleopatra) rzymską prowincją - Judea zaś była oficjalnie niepodległym państwem, zarządzanym przez króla Heroda (który oczywiście płacił Rzymowi daninę, ale poza tym Rzymianie nie wtrącali się w wewnętrzne sprawy jego królestwa - pieniądze przychodziły na czas, więc było ok., tym bardziej że Rzym wolał mieć u władzy jakiegoś lokalnego kacyka, niż osobiście dodawać sobie kolejnych problemów z Żydami zarządzając tym krajem). Nie urządzili by więc spisu w sprzymierzonym kraju, który i tak wysyłał daniny (nie miałoby to sensu z logicznego punktu widzenia). Natomiast żaden z autorów starożytnych nie podaje spisu wcześniejszego, niż ten z 6 roku naszej ery (gdy Judea znalazła się już całkowicie pod panowaniem Rzymu), a ten, który został przeprowadzony, doprowadził do... powstania, czyli na zdrowy rozum nie mogło być żadnego innego, wcześniejszego spisu ludności w Palestynie za rządów Heroda. 

Podróż do Judei miała miejsce, ale jej cel był bodajże inny niż planowany. Być może chodziło o... zwykłe odwiedziny Marii, która chciała spotkać się ze spokrewnioną z nią Elżbietą (która w marcu 7 r. p.n.e. miała urodzić syna - Jana zwanego potem Chrzcicielem). Podróż nastąpiła więc nie w 8 r. p.n.e. (ani też w 6 r. naszej ery), ale właśnie w 7 r. p.n.e. Ponoć to właśnie sama Maria namawiała Józefa aby zabrał ją w tę podróż, choć była brzemienna i długa droga mogła skończyć się tragicznie zarówno dla matki jak i dla dziecka. Długa i ciężka podróż na osiołku, spowodowała że w trakcie podróży Maria zaczęła odczuwać skurcze porodowe, zatrzymano się więc w miasteczku Betlejem, ale tamtejszy zajazd był przepełniony po brzegi i odprawiono ich stamtąd. Szukając schronienia, gdzie jego małżonka mogłaby spokojnie urodzić, Józef dowiedział się że jest wolne miejsce w magazynie zbożowym (pełniącym również rolę stajni dla koni i żłobu dla innych zwierząt). Józef odgrodził rodzącą Marię od zwierząt zasłonami, które wieźli i w taki oto sposób następował poród  "Wybawiciela świata".       



"W ŻŁOBIE LEŻY, KTÓŻ POBIEŻY KOLĘDOWAĆ MAŁEMU
JEZUSOWI CHRYSTUSOWI DZIŚ NAM NARODZONEMU.
PASTUSZKOWIE PRZYBYWAJCIE, 
JEMU WDZIĘCZNIE PRZYGRYWAJCIE
JAKO PANU NASZEMU"




GERMAN DEATH CAMPS

NEVER POLISH


 
 CDN.

poniedziałek, 5 lutego 2018

IZRAEL NORMALNIEJE?!

 

KRÓTKIE PODSUMOWANIE






Wreszcie ta nieprzyjemna atmosfera zaczyna powoli opadać, co było do przewidzenia, bowiem ja zauważyłem że na każdy atak Izrael i ogólnie pojęta społeczność żydowska - kumuluje najwięcej energii w początkowej jego fazie, tak aby od razu zwalić przeciwnika z nóg. I ta metoda przez lata była skuteczna, ale gdy pierwszy atak się załamuje, wówczas następuje w Izraelu powolna, ale dostrzegalna zmiana frontu, bowiem oni doskonale wiedzą że na szali interesów mają równie wiele (a może nawet więcej) do stracenia niż my. W tej sytuacji nie widzę już innego wyjścia, jak tylko dalej robić swoje, konsekwentnie i do końca (czyli podpasać nowelizację ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej). Jednocześnie należy rozmawiać z Żydami, a nawet powiedziałby zaproponować im swoisty deal, polegający na tym że oni milkną w sprawie tej ustawy i nie eskalują dalej kłamliwych określeń typu "polish death camps", w zamian za co my... nie będziemy opowiadać światu o zbrodniach Żydów na Żydach podczas II Wojny Światowej i nie będziemy wypominać im ich zbrodni na Polakach w czasie sowieckiej agresji na Polskę. 

Ja uważam, że oni doskonale wiedzą, że przedłużająca się wojna informacyjna z Polską, w dłuższej perspektywie może spowodować poważne straty wizerunkowe zarówno dla państwa Izrael, jak i dla całej społeczności żydowskiej, gdyż opowiadanie o zbrodniach Żydów podczas II Wojny, może całkowicie podważyć istotę religii Holokaustu (kto będzie chciał kajać się... mordercom?). Dlatego oni mają tutaj bardzo dużo do stracenia i możemy na tym zarówno my, czyli Polska, jak i Prawda historyczna w tym znaczeniu że my, jako bodajże jedyny okupowany przez Niemcy naród, nie byliśmy ani współsprawcami ani też sympatykami Holokaustu. Polska wreszcie się budzi, bardzo powoli, ale nareszcie widać że ten Feniks, spalony w krematoriach Auschwitz, mordowany w dołach Katynia, Bykowni, Piatichatek, Palmir - że ten Feniks wreszcie się odradza, że znów zaczyna bić od niego dawnym pięknem. Wreszcie zaczynam wierzyć w naszą duszę polską, na straży odrodzenia której bez wątpienia stoją wielkie dusze z epoki dawnej mocy Rzeczypospolitej.


Jeszcze jedna kwestia, tym razem tycząca Rosji. To, iż zarówno Niemcy jak i Rosja dążą do destabilizacji sytuacji w naszym kraju - to jest bezdyskusyjny fakt (Izrael także myślał że uda mu się coś na tym ugrać). Teraz jednak chciałbym przytoczyć śmieszną (i jednocześnie żałosną), krytykę ze strony Kremla, który ostatnio ustami rzecznika rosyjskiego MSZ - Marii Zacharowej, stwierdził że: w Polsce nie odbywają się uroczystości "wyzwolenia" Warszawy przez Armię Czerwoną w styczniu 1945 r. I dalej że jak te obchody nie są urządzane w Polsce, to oni je zrobią u siebie w Rosji. No cóż, ja jestem za - róbcie sobie co chcecie, przy okazji możemy oddać wam wasze "pomniki" które jeszcze co jakiś czas szpecą nasze ulice - też stawiane z okazji "wyzwolenia Polski" przez Armię Czerwoną. Dostaniecie je wszystkie za darmo, tak z dobrego serca - to będzie nasz wkład w odkłamywanie historii. A wracając do tego śmiesznego tekstu wypowiedzi pani Zacharowej, chciałbym tylko nadmienić (bo zapewne większość Rosjan nie ma o tym zielonego pojęcia, gdyż tam za mówienie prawdy wsadza się ludzi do więzień - tak jak jakiś czas temu jednego z rosyjskich blogerów, który napisał o tym iż 17 września 1939 r. Związek Sowiecki wraz z Hitlerem napadł na Polskę i za to sformułowanie poszedł właśnie siedzieć), że Armia Czerwona niczego nie wyzwoliła, a już na pewno nie wyzwoliła Warszawy. Armia Czerwona po prostu... zajęła cmentarz i to bez żadnych walk. Cmentarz pełen ruin i poległych oraz konających mieszkańców miasta, które niegdyś było Warszawą. 




Sowieci nie pomogli walczącej Warszawie, wówczas gdy rzeczywiście tej pomocy od nich oczekiwano, wówczas stali po drugiej stronie Wisły, przyglądając się jak Niemcy palą stolicę i mordują jej mieszkańców, przyglądano się temu BEZCZYNNIE! Bo Stalin chciał wymordować najbardziej patriotyczną i najbardziej oddaną sprawie Niepodległości Polski część ludności rękoma Niemców, aby następnie wyzwolić... zgliszcza, cmentarzysko i na gruzach dawnej Polski zbudować swoją własną, komunistyczną Polskę z przywiezionymi na sowieckich tankach jej nowymi panami. To tyle, jeśli idzie o Rosję i jej całą politykę historyczną, zakłamującą możliwość mówienia prawdy. A na koniec wiersz, który niezwykle trafnie oddaje kwintesencję Rosji i jej turańskiej mentalności, napisany został w 1863 r. (czyli w czasie Powstania Styczniowego), przez Władysława Ludwika Anczyca, który doskonale pokazał nam wszystkim czym była i czym jest Rosja (każda Rosja - carska, czerwona, czy dzisiejsza - putinowska):


"Moskwo! ziemio niewoli, stolico ciemnoty,
Wyziewem trupiej woni za życia owiana,
Gdzie wszystko drży z przestrachu na imię despoty
I jak przed Bogiem klęka przed tronem tyrana

Moskwo! kraino kłamstwa, fałszu ideale,
Bożku o nogach z gliny, pobielany grobie,
Co patrzącym z daleka jawisz się wspaniale,
Olśniewasz - a zgniliznę, próchno kryjesz w sobie

(...) Całe dzieje twe, Moskwo, na fałszu oparte,
W fałszu poczętą chytre owładnęły hordy,
W historyi twej wskaż światu, aby jedną kartę,
Na której by nie były kłamstwa, podstęp, mordy.

(...) Długie lata Europie rzucałaś kłam w lica:
Naprzód strasznej twej siły dręczyła ją mara,
Potem, niby postępu swobód posłannica,
Wielkim reformatorem ogłosiłaś cara.

I Europa cała huknęła w oklaski:
Niech żyje reformator! liberał w koronie!
I gdy nas krnąbrnych słała do ojcowskiej łaski,
Tyś nam, Moskwo, jak Judasz, podawała dłonie;

Dłonie, w których podstępnie ukryłaś łańcuchy,
By, gdy podamy ręce, wtłoczyć na nie pęta.
Z tobą sojusz?! - śmierć raczej! - dwa w nas inne duchy,
Czart i anioł...niewola i swoboda święta."




NEVER POLISH

  

sobota, 3 lutego 2018

PREZYDENCIE - CZEKAMY NA PAŃSKI PODPIS!

CO NAM MOŻE DZIŚ ZROBIĆ IZRAEL

WYŚLE DO NAS SWOJE WOJSKO?

OSKARŻY O ZBRODNIE POPEŁNIANE

PRZEZ ŻYDÓW NA ŻYDACH? 

CZY MOŻE O KOLABORACJĘ 

ŻYDÓW Z NIEMCAMI? 

NO CO NAM MOŻE ZROBIĆ?

PRAWDA I TAK WYJDZIE NA JAW!


"MOJA INSTYNKTOWNA SYMPATIA DO POLSKI ZRODZIŁA SIĘ POD WPŁYWEM CIĄGŁYCH OSKARŻEŃ MIOTANYCH PRZECIWKO NIEJ; I - RZEC MOGĘ - WYROBIŁEM SOBIE OPINIĘ O POLSCE NA PODSTAWIE JEJ NIEPRZYJACIÓŁ. DOSZEDŁEM MIANOWICIE DO NIEZAWODNEGO WNIOSKU, ŻE NIEPRZYJACIELE POLSKI SĄ PRAWIE ZAWSZE NIEPRZYJACIÓŁMI WIELKODUSZNOŚCI I MĘSTWA. ILEKROĆ ZDARZAŁO MI SIĘ SPOTKAĆ OSOBNIKA O NIEWOLNICZEJ DUSZY, UPRAWIAJĄCEGO LICHWĘ I KULT TERRORU, GRZĘZNĄCEGO PRZY TYM W BAGNIE MATERIALISTYCZNEJ POLITYKI, TYLEKROĆ ODKRYWAŁEM W TYM OSOBNIKU, OBOK POWYŻSZYCH WŁAŚCIWOŚCI, NAMIĘTNĄ NIENAWIŚĆ DO POLSKI. NAUCZYŁEM SIĘ OCENIAĆ JĄ NA PODSTAWIE TYCH NIENAWISTNYCH SĄDÓW - I METODA OKAZAŁA SIĘ NIEZAWODNĄ"

GILBERT KEITH CHESTERTON



Biorąc pod uwagę tę zmasowaną akcję zniesławiającą Polskę dochodzę do przekonania że... to była główna fala uderzeniowa i realnie wszystko na co stać mogło antypolsko nastawionych Żydów (głównie z Izraela i USA), gdyż nie brakuje również i przyjaźnie do nas nastawionych Żydów (których z całą siłą należy wspierać), jak choćby: Seweryn Aszkenazy (prezes Fundacji Beit Warszawa), który ostatnio powiedział tak: "Trzeba jasno powiedzieć, że to nie Polska, tylko cały świat kolaborował z Niemcami przy zagładzie Żydów. Polacy przecież nie łapali Żydów, jak Francuzi czy Holendrzy i Norwegowie (...) Nigdy nie miałem okazji, żeby im podziękować za to że żyję", Eli Barbur - izraelski dziennikarz, który o Jairze Lapidzie (oczerniającym Polskę w Knesecie izraelskim polityku - przywódcy opozycji), powiedział ostatnio tak: "Ten facet nie jest za mądry, to jest oczywiste. Bo jeżeli napisał o "polskich obozach" to musi być idiotą w sensie historycznym", a o lewicowej gazecie "Haaretz" gdzie po raz pierwszy ukazały się antypolskie teksty (notabene gazecie powiązanej z kapitałem... niemieckim), Eli Barbur powiedział: "Haaretz" to wredna lewacka szmata, która bez przerwy publikuje antyizraelskie teksty, prowadzi jadowitą propagandę antyizraelską", oraz inny izraelski dziennikarz Shimon Riklin, który mówi tak: "Ktokolwiek sądzi, że to jedynie przypadek, iż dziennikarze "Haaretz" mający powiązania i współpracujący z Niemcami, przewodzą kampanii wymierzonej w Polskę, powinien raz jeszcze pomyśleć. Nie dajcie się na to nabrać". 

Osób wspierających Polskę w tej walce po stronie Izraela jest dość... dużo, choć paradoksalnie mogłoby się wydawać inaczej. Ale większość tych ludzi, tych ludzi którzy nie są zaczadzeni religią Holokaustu, zdaje sobie doskonale sprawę kto im (lub ich rodzicom, krewnym) pomagał w czasie II Wojny Światowej i choć obecnie w Izraelu panuje całkowita cenzura na tego typu informacje, oni mimo to nie boją się jawnie wspierać Polski w tych dniach. Polska jest obecnie najsilniejszym i największym przyjacielem i sojusznikiem Izraela w Europie. Jeśli politycy izraelscy tego nie dostrzegają to już ich problem, ale podobnie jak i my, wprowadzając tę ustawę (nowelizację ustawy o IPN, o której to rozpoczął się ten cały raban), nie będziemy mieli praktycznie żadnych możliwości karania polityków i dziennikarzy izraelskich poza terytorium naszego kraju (czyli wciąż będą mogli pisać o nas kalumnie, jak to czynili wcześniej), tak i oni - cóż mogą nam zrobić? Rzucać kamieniami w polskich turystów na plaży w Izraelu? Przecież to jest żałosne, a nie śmieszne (jednocześnie pokazuje jakimi rasistami są niektórzy dzisiejsi Żydzi, szczególnie ci, wyznający religię Holokaustu). Co mogą nam zrobić? To samo co my im - NIC! zupełnie nic! A Prawdy historycznej i Honoru naszego kraju i naszych obywateli musimy bronić za wszelką cenę - ZA WSZELKĄ CENĘ! Inaczej stajemy się "kamieni kupą", nic nieznaczącą kolonią. Ja rozumiem że ogromna większość naszych polityków wciąż ma mentalność kolonialną, potrzebują jakiegoś protektora, bo sami nie ufają we własne siły i możliwości. To są niewolnicy, ale takich ludzi należy eliminować z polityki dla dobra Polski, nas samych i przyszłych pokoleń. Nie ma dla nich tutaj miejsca (w ogóle nie ma nawet o czym mówić). 

Żydzi mordowali Żydów i Polaków (podczas sowieckiej inwazji 1919-1920 i w 1939 r.), jest to bez wątpienia jeden z największych krajów antysemickich na świecie (jeśli w ogóle można porównać antysemickie wypowiedzi Żydów z jakimikolwiek innymi wypowiedziami). Żydzi amerykańcy podczas wojny doskonale wiedzieli o cierpieniach ich pobratymców w okupowanej przez Niemców Europie - i co? I pstro, wielu Żydów podczas II Wojny, jak choćby taki Chaim Weizmann (urodzony w 1874 r. rosyjski Żyd, czyli "Litwak" - najgorsza odmiana Żydów, którzy byli specjalnie przesiedlani do Polski przez władze carskie, aby destabilizować jedność Polaków i Żydów, a Żydzi z Rosji byli wybitnie antypolsko nastawieni i byli też znienawidzeni przez Żydów polskich, którzy uważali ich za barbarzyńców, nie potrafiących nawet jeść nożem i widelcem i którzy nie przestrzegali żydowskich świąt religijnych, przez co polscy Żydzi nazywali ich pogardliwie "Litwakami"), mówił pogardliwie że większość Żydów w Europie: "Zniknie jak kurz" i że przeżyją tylko wybrani (potem ta szuja była prezydentem Izraela). Inni litwacy wyrażali się równie a nawet bardziej szokująco. Podobnie ogromna grupa majętnych Żydów ze Wschodniego Wybrzeża USA, sabotowała jakiekolwiek próby pomocy Żydom zamkniętym i mordowanym w gettach przez Niemców. Niszczono i szczuto na Władimira Żabotyńskiego (oskarżając go że pragnie pomagać Niemcom, wysyłając paczki żywnościowe do getta), który wzorował swoją organizację: Legion Żydowski właśnie na Legionach Józefa Piłsudskiego. Był częstym gościem w Polsce i o Polakach zawsze wyrażał się w samych superlatywach (wkrótce napiszę o nim więcej, tym bardziej że robiłem magisterkę ze stosunków polsko-żydowskich i i.in. z działalności Legionu Żydowskiego w Palestynie, oraz kontaktach Żydów i Polaków, w celu odbudowy niepodległego Izraela na palestyńskiej ziemi).




Był też i inne organizacje żydowskie (głównie prawicowe), które chciały pomagać mordowanym Żydom w gettach, ale na nie wszystkie przypuściły potężny atak organizacje syjonistyczne (głównie lewicowe), takie jak Światowy Kongres Żydów czy Amerykański Kongres Żydów. Efekt był taki, że to właśnie Polacy jako pierwsi poinformowali świat o zagładzie Żydów w gettach i niemieckich obozach koncentracyjnych (raport Jana Karskiego), zaś przywódcy światowi, jak choćby ten intelektualny kaleka Franklin Delano Roosevelt - zwolennik Stalina i miłośnik komunizmu - który zamiast o Zagładzie ludności żydowskiej chciał rozmawiać z Karskim o... koniach (gdy Jan Karski streszczał prezydentowi USA swój raport o Zagładzie Żydów, ten nagle mu przerwał i zapytał: "Czy to prawda że w Polsce jest dużo koni?" - komentarz chyba zbędny). Roosevelt robił sobie potem i żarty z Żydów, mówiąc że w zamian za ropę wyświadczą Arabom przysługę i "dadzą im" 6 milionów europejskich Żydów (w znaczeniu 6 milionów które pożegnają się z tym światem). Ale uważam że nie ma sensu pisać o intelektualnych kalekach i jawnych piewcach ideologii komunizmu, bowiem ten tekst nie tego dotyczy. Nie chcę już za nadto się rozpisywać, bowiem uczyniłem to w poprzednich postach i staję się jakby monotematyczny (a wcale tego nie pragnę). Podsumowując więc, ja i miliony Polaków oczekujemy teraz już jedynie na podpis pana prezydenta Rzeczypospolitej Polski - Andrzeja Dudy. Tylko podpis pod tą ustawą, gdyż jakiekolwiek inne działanie (np. skierowanie ustawy do Trybunału) będzie oznaczało jedno - Polska to wciąż "kamieni kupa" z którą jawnie można pogrywać i na której można wymuszać co się komu żywnie podoba. 

Nie ma już takiej możliwości - tu idzie o decyzję o znaczeniu historycznym. To co zrobi teraz prezydent Duda odpowiednio zapisze go w historii. I ja mówię otwarcie - nie ma dla mnie ani PiS-u ani prezydenta, jeśli ten nie podpisze tej ustawy. Tu bowiem nie chodzi już o jakieś polityczne walki pomiędzy partiami czy mniejsze lub większe interesiki, tu już idzie o Godność i Honor Polski i Polaków. Godność i Honor Polski i Polaków, ale również Godność i Honor Ofiar niemieckiego ludobójstwa i żydowskiej znieczulicy na cierpienia swych pobratymców. 



PANIE PREZYDENCIE - PROSZĘ WIĘC PANA O JAK NAJSZYBSZE ZŁOŻENIE PODPISU POD TĄ USTAWĄ. 

DLA DOBRA POLSKI I POLAKÓW, DLA DOBRA ZAMĘCZONYCH W NIEMIECKICH OBOZACH ŻYDÓW, POLAKÓW, ROSJAN I INNYCH NARODOWOŚCI. 

WRESZCIE DLA PAŃSKIEGO DOBREGO IMIENIA I TEGO W JAKI SPOSÓB PRZEJDZIE PAN DO HISTORII.


DZIĘKUJĘ BARDZO



GERMAN DEATH CAMPS

NEVER POLISH