Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 17 stycznia 2019

BLASKI I CIENIE RZECZYPOSPOLITEJ - Cz. III

CZYLI JAK ŻYŁO SIĘ W POLSCE

(TEJ DAWNEJ, JAK I TEJ BLIŻSZEJ)

BOGATYM I BIEDNYM.

ELICIE I WŁOŚCIANOM?


I

KAZIMIERZ WIELKI i

WYKUWANIE POTĘGI

KRÓLESTWA POLSKIEGO

Cz. II


WŁADYSŁAW I (IV) ŁOKIETEK



 25 kwietnia 1333 r. na pięć dni przed ukończeniem przez Kazimierza 23 roku życia, został on (wraz z małżonką - Aldoną Anną Giedyminówną), koronowany w Krakowie, w Katedrze Wawelskiej przez arcybiskupa Janisława, na króla Polski. Odziedziczył po ojcu, królu Władysławie I (IV - ta cyfra niegdyś też była w użyciu, bowiem odnosiła się do wszystkich władców o imieniu Władysław, panujących na polskim tronie, a nie jedynie do koronowanych monarchów) Łokietku, kraj mały, słaby, najeżdżany i atakowany zewsząd przez sąsiadów (Krzyżaków, Litwinów, Tatarów, Czechów czy Brandenburczyków). Kraj, który zostawiał synowi Władysław, był jeszcze mniejszy niż w chwili jego koronacji z 20 stycznia 1320 r. Utracił bowiem na rzecz Zakonu Krzyżackiego w 1329 r. Ziemię Dobrzyńską, a w 1332 r. całe Kujawy (nie mówiąc już o wcześniejszej utracie Pomorza Gdańskiego w 1308 r.). Kraj był zanarchizowany, po drogach tak wielu grasowało zbójców, że dołączała do nich nawet szlachta, nie widząc w tym procederze niczego gorszącego. Miasta zaś świeciły pustkami, będąc na wpół wyludnione w wyniku najazdów i uprowadzeń ludności w niewolę, lub w wyniku bezrządu - ubóstwo było powszechne. Przed nowym, młodym władcą (za którym wlokła się opinia birbanta a także gwałciciela - rozpowszechniana szczególnie przez Krzyżaków), który nie miał ani dobrej opinii wśród możnych, ani też nie wiązano z nim żadnych nadziei na poprawę tej sytuacji, stanęło nie lada zadanie. I dziś, z perspektywy wieków można oficjalnie powiedzieć - Kazimierz spisał się na medal. 


GOSPODARKA


 Jedną z najważniejszych kwestii (prócz zabezpieczenia granic i zapewnienia trwałego pokoju), było umocnienie gospodarcze państwa, które było zniszczone i wyludnione wcześniejszymi wojnami. Jak Kazimierz tego dokonał? Przede wszystkim otworzył się na już nieco zapomniany (ze względu na intensywną kolonizację niemiecką miast polskich) kierunek handlu wiodący z południowego-wschodu na północny-zachód. Było to nawiązanie do dawnej polityki Piastów (którzy wiążąc się ekonomicznie z ośrodkami przemysłowymi Europy Zachodniej), przede wszystkim jednak dbali o rozwój handlu z nadczarnomorskimi emporiami handlowymi i trasą wiodącą ku Konstantynopolowi i dalej ku Morzu Śródziemnemu. odnawiając dawny szlak handlowy, jednocześnie Kazimierz nakazał kupcom aby wystawiali swoje towary w określonych miastach i już w swym pierwszym dokumencie, wystawionym w Krakowie dnia 15 lutego 1344 r. nakazywał kupcom trasę (i konieczność wystawiania tam swoich towarów) z Torunia do Krakowa, wiodącą przez Brześć, Łęczycę, Inowłódz, Opoczno, Sandomierz, Wiślicę i Kraków, pod groźbą konfiskaty towarów w przypadku niezastosowania się do tego nakazu. W 1349 r. kolejny dokument ustanawiał trasę z Torunia do Włodzimierza i Lwowa, oraz z Wrocławia do Sandomierza i Lwowa, ustalający (dla kupców z obcych krajów) odpowiednie cło (np. w Brześciu i Łęczycy cło wynosiło - 24 grosze, w Radomiu - 16, w Sandomierzu - 10, w Opatowie - 12, przy czym były to opłaty tylko za cztery konie, za wóz już nie płacono - wyjątkiem był tutaj tylko Przemyśl - 8 groszy i Inowłódz - 2 grosze). Nie były to kwoty duże, jednak wystarczające aby zarówno pobudzić dynamikę handlu Północ-Południe, jak i zapełnić miejskie komory celne środkami finansowymi, potrzebnymi do dalszego rozwoju miast. Oczywiście takich dokumentów, jak ten wyżej wspomniany, Kazimierz wydał z kilkanaście, dzięki czemu praktycznie cały kraj objął siecią handlu nadczarnomorskiego, przy jednoczesnej kontynuacji handlu Wschód-Zachód. 

Drugą kwestią było zapełnienie nieużytków i zasiedlenie spalonych wsi, wyludnionych miast, kolejnymi osadnikami. Polityka osiedleńcza była prowadzona na wręcz kolosalną miarę, o czym chociażby możemy przeczytać w krakowskiej Kronice katedralnej, w której zapisano: "W borach, lasach, zagajnikach i miejscach porosłych krzewami zostało osadzonych tyle wsi i miast, ile niemal było kiedy indziej w Królestwie Polskim". To była kolosalna praca w którą król zaprzęgnął nie tylko całe duchowieństwo, ale także stan rycerski. Rycerze bowiem przez poprzednie lata odeszli od swojego powołania, jakim (przynajmniej oficjalnie) miała być ochrona najsłabszych i najuboższych w imię Chrystusa Zbawiciela. Wielu rycerzy w jeszcze w latach 20-tych i 30-tych XIV wieku zachowywało się jak udzielni książęta, grabiąc ludność, ściągając haracze, mordując i gwałcąc dla własnej uciechy. Teraz rycerstwo otrzymało zadanie zapewnienia bezpieczeństwa osadnikom nowo zakładanych lub na powrót zasiedlanych miast i wsi. Finansowaniem tych nowych osad, zajmowali się sołtysi i wójtowie, którzy mieli za zadanie zapewnić biedniejszym osadnikom dostęp do narzędzi pracy. W zamian król przyznawał osadnikom wolność skarbową i sądową, dzięki czemu umożliwiał zarówno tworzenie się lokalnego samorządu, jak również włączał lokalną ludność w obieg pieniądza, umożliwiając stworzenie i rozwój rynku wewnętrznego. Skala tego przedsięwzięcia była tak wielka, że... cały kraj się się istnym polem budowy. Zakładano nowe miasta (w samej Wielkopolsce przybyło ponad 50 nowych miast, a w Małopolsce prawie 70, nie licząc innych ziem Królestwa), zasiedlano wsie, otaczano miasta nowymi murami, budowano zamki. Żaden król ani przed Kazimierzem, ani po nim nigdy już nie zbudował i obwarował tylu nowych miast, nie wzniósł tylu nowych zamków, jak ten właśnie monarcha. On po prostu zalał kraj nowymi zamkami i umocnieniami jak nikt w naszych dziejach. Poza tym wznoszono linie wałów, chroniących przed najazdami z północy, południa i wschodu i zachodu. Nie było miasta, które za panowania Kazimierza nie zostałoby umocnione i odnowione, które nie wzbogaciłoby się na handlu i które nie cieszyłoby się pokojowym rozwojem. 




A do tego jeszcze w 1365 r. Kazimierz (na walnym zjeździe w Krakowie) z panami świeckimi i duchownymi, wójtami, ławnikami, sołtysami - zniósł prawo odwoływania się miast, lokowanych na prawie magdeburskim do sądów w Rzeszy (a konkretnie w Magdeburgu i Halle), co dotąd było praktyką. Sądy apelacyjne zostały utworzone w Krakowie, Poznaniu, Sandomierzu i Lwowie. Był to proces przyspieszający polszczenie się niemieckich osadników w polskich miastach, a księgi prawa magdeburskiego złożone w skarbcu królewskim, nadawały Królestwu Polskiemu odpowiednią powagę i znaczenie (w tym również znaczenie prawne). W akcji kolonizacyjnej i lokacyjnej, opierał się Kazimierz przede wszystkim na samych mieszkańcach kraju, ale częściowo również opierał się na cudzoziemcach rozdając przywileje. W 1347 r. w statucie wydanym w Wiślicy ujednolicił też monetę, przywilejami objął żupy soli w Wieliczce i Bochni, kopalnie ołowiu i srebra w Olkuszu. Nie koniec na tym, budował w całym kraju nowe bite drogi, stawiał groble, wznosił wodociągi (które połączył Wisłą z Krakowem i kopalniami soli), wznosił spichlerze, stawiał nowe szpitale i łaźnie (gdzie kazał się kąpać swoim poddanym - co m.in.: ustrzegło Polskę przed rozprzestrzenieniem się zarazy Czarnej Śmierci, która grasowała po całej Europie, od Południa, ku Zachodowi aż na Wschód. Jedynie ziemie Królestwa Polskiego jako całość (oczywiście nie w 100 procentach, bo to było niemożliwe, ale w co najmniej 90 procentach z pewnością), uniknęły zarazy. Właśnie dzięki zastosowaniu bardzo rygorystycznych kontroli na granicach, połączonych z rozbudową szpitali i nowych łaźni, oraz nakazem częstych kąpieli i zmian bielizny (czy raczej ubrania). W każdym razie okazało się to nad wyraz skuteczne, o czym świadczy chociażby mapka poniżej, w której jedynie ziemie polskie, jako całość (nie licząc Pomorza, które wówczas należało do Krzyżaków) uniknęły epidemii.   




 Kazimierz dbał również o chłopów i gdy w danej okolicy następował nieurodzaj i pojawiał się głów, kazał otwierać spichlerze i rozdawać nagromadzone tam zboże - przez co zwano go też "królem chłopów". Przymusił rycerstwo do przestrzegania prawa, zapewniając im stałe zlecenia ochrony granic i akcji kolonizacyjno-osadniczych. Zamienił zarosłe borem tereny w kwitnące wsie i miasta, osuszał moczary, ziemie leząca latami odłogiem, znów zaczęła być uprawiana. Zaczęto uprawiać winorośl, a vinum poloniae (czyli wino polskie), zaczęto eksportować do Danii, Szwecji, Rusi, na Litwę a nawet do Moskwy. W miastach rozwinęło się rzemiosło, zaczęły tworzyć się cechy, a polskie stroje szyte z czystego sukna, konkurowały jedynie z suknem flamandzkim na rynkach całej Europy. Od czasów Kazimierza, miasta wznoszono już tylko murowane, całkowicie zaprzestając budowy budynków i zamków z drewna. Nic więc dziwnego że potomni mawiali iż: "Kazimierz Wielki zastał Polskę drewnianą a zostawił murowaną". Zaś w 1368 r. wydał w Krakowie dokument, w którym zabraniał stawiania w mieście budynków... oszpecających wygląd miasta (a dotyczyło to nie tylko budowli drewnianych, ale także wszystkich innych, które nie posiadały estetycznego wyglądu). Jednocześnie Kazimierz w miastach działał dwupoziomowo, nadając dożywotnią (dziedziczną) funkcję wójta tym, którzy proces lokacji finansowali, a jednocześnie pozwalając na tworzenie się rad miejskich, które początkowo uzależnione od wójtów, z czasem doprowadziły do wykupu wójtostw i przejęcia władzy lokalnej (tym bardziej że wielu ich członków to byli ludzie zamożni, wzbogacenie na handlu, przemyśle i rękodzielnictwie). Od 1347 r. bito też własną monetę - grosze kazimierzowskie, na których widniał napis: "Kazimirus primus dei gratia rex Poloniae" ("Kazimierz pierwszy, z łaski Bożej król Polski"), który umożliwił mu wreszcie stworzenie własnej rezerwy finansowej dla celów obronności, polityki i dyplomacji.

Kraj, który wręcz na nowo stworzył Kazimierz III Wielki, mógł spokojnie predestynować do roli europejskiego mocarstwa. Owszem, było jeszcze kilka przejawów archaiczności (np. większość zakładanych przez Kazimierza miast nie było zbyt ludnych, ale miały prawo targu i z czasem się rozbudowywały), oraz pojawiały się też klęski żywiołowe, jak choćby długie zimy lat 1334 i 1353 (gdzie śnieg leżał jeszcze w... maju), co powodowało okresy nieurodzaju i głodu. W 1335 r. pojawiły się też chmary szarańczy, w 1368 r. wylała Wisła i inne rzeki, a także zdarzały się niewielkie przypadki zachorowań na czarną śmierć w latach 1348 i 1349 (przywlekaną głównie z Zachodu i Południa), które to przypadki były szybko neutralizowane (walka z pchłami, wszami i szczurami przenoszącymi zarazę, palenie ciał, częste kąpiele, pranie bielizny etc.). Mimo to bilans odrodzonego, zjednoczonego i scentralizowanego państwa był bez wątpienia pozytywny i umożliwił Kazimierzowi podjęcie śmiałych celów politycznych. 



POLITYKA
(Cz. I)


 Co się tyczy politycznych celów Kazimierza, to były one skierowane przede wszystkim w kierunku odzyskania Pomorza Gdańskiego, a co za tym idzie dostępu do morza i okna na świat, czyli Gdańska, skąd można by transportować towary drogą morską na Zachód. Na to jednak było jeszcze wówczas za wcześnie, a sam Kazimierz, który za młodu marzył o wielkich podbojach i zwycięskich wojnach, musiał prawie całe swoje panowanie podporządkować kwestii pokoju. Nie było bowiem innego wyjścia, gdyż kraj, który odziedziczył po ojcu, był niczym ledwie sklejona porcelana, którą przy silniejszym dotyku można ponownie skruszyć. Kraj nie nadawał się do toczenia wojen, lud bowiem był wymęczony, potrzebował więc oddechu, potrzebował spokoju. I ten spokój zapewnił mu właśnie ów wojowniczy niegdyś król Kazimierz. Już na drugi dzień po swojej koronacji przedłużył on na rok rozejm z Krzyżakami, a w maju 1334 r. przedłużył go o kolejny rok. W lipcu 1333 r. zawarł dwuletni sojusz z margrabią brandenburskim - Ludwikiem. W 1335 r. sprzymierzył się z Czechami, licząc na pomoc w spodziewanej walce z Zakonem Krzyżackim (w wyniku tego rozejmu król czeski Jan I zrzekł się pretensji do tronu polskiego, zaś Kazimierz zrzekł się praw do Śląska - nie było wówczas innego wyjścia, Polska była za słaba by się mierzyć z Czechami i Zakonem. Więcej nawet - sam Zakon był zbyt potężny abyśmy mieli się z nim sami mierzyć). W lutym 1339 r. odbył się w Warszawie sąd papieski, którego celem było zdecydowanie o przynależności Pomorza, Kujaw i Ziemi Dobrzyńskiej, które oficjalnie należały do Zakonu Krzyżackiego. Sędziami na owym procesie byli Francuzi (nic dziwnego, papiestwo było wówczas już od 1309 r. w Awinionie a nie w Rzymie. Pierwszym papieżem, który próbował powrócić do Rzymu, był w 1367 r. papież Urban V, choć opuszczając Awinion żegnały go głosy nienawistnego ludu typu: "Diabelski papieżu, bezbożny Ojcze, dokąd wiedziesz swe dziatki" i rzeczywiście po przybyciu do Rzymu, obraz miasta był wręcz tragiczny. Rzym przypominał praktycznie rzecz biorąc dużą wioskę, był prawie wyludniony, na Forum Romanum praczki wywieszały pranie, a Pałac Laterański roił się od nietoperzy i sów, co spowodowało iż po trzech latach, z początkiem 1370 r. Urban V, na kilka miesięcy przed swoją śmiercią, powrócił do Awinionu. Ostatecznie przenosiny Stolicy Apostolskiej na stałe do Rzymu dokończył jego następca - Grzegorz XI w 1377 r.).




Przesłuchano 126 świadków, wśród których byli książęta kujawscy, możnowładcy, duchowni, rycerze i chłopi. Świadkowie zeznawali iż Pomorze jest polskie, ponieważ język polski jest językiem tamtejszego ludu. Ostatecznie przesłuchano także wielkiego mistrza Zakonu - Dietricha von Altenburga. 15 września 1339 r. (po siedmiomiesięcznym procesie) w kościele św. Jana w Warszawie zapadł ostateczny wyrok, na mocy którego Krzyżacy zostali zmuszeni do oddania Polsce wszystkich zagarniętych wcześniej ziem (czyli Kujaw, Ziemi Dobrzyńskiej i Pomorza Gdańskiego), mieli zapłacić 94 000 grzywien odszkodowania, oraz zwrócić koszty procesu (1600 grzywien). Dodatkowo Zakon został obłożony ekskomuniką (którą mógł zdjąć jedynie papież). Krzyżacy oczywiście nie podporządkowali się wyrokowi, zwrócili się z nim do Awinionu, gdzie papież Benedykt XII nie zatwierdził wyroku sądu papieskiego. Wojna z Zakonem nie wchodziła wówczas w rachubę, jako że państwo było zbyt słabe na konfrontację z takim militarnym kolosem, dlatego też należało poszukać sojuszników. Jeszcze w tymże 1339 r. Kazimierz w Wyszehradzie zawarł układ z królem Węgier - Karolem Robertem (mężem swej siostry Elżbiety), na temat ewentualnego następstwa tronu. Ustalono więc że jeżeli król polski nie pozostawi po sobie męskiego dziedzica, tron przejdzie na Karola Roberta, lub jego następców. Sojusz ten miał scementować ewentualną anty-krzyżacką koalicję i zapewnić Polsce wsparcie, w przypadku wojny z Zakonem. Nim jednak doszło do spodziewanej wojny z Krzyżakami, nastąpiła okazja do rozszerzenia terytorium państwa na południowym-wschodzie, na Rusi Halickiej. Tam bowiem w marcu 1340 r. został otruty przez Rusinów Bolesław Trojdenowicz, syn Trojdena czerskiego z książąt mazowieckich, który odziedziczył Ruś w roku 1327 r. po swej matce Marii, córce księcia Lwa I. 

Bolesław był żonaty z siostrą królowej Aldony Anny, żony Kazimierza - Eufemią, co spowodowało iż Kazimierz poczuł się w obowiązku interweniować zbrojnie na Rusi. Tak więc w kwietniu 1340 r. wyruszył Kazimierz z wojskiem przeciwko Litwinom i Tatarom, którzy opanowali całą Ruś Halicką i jeszcze w tymże miesiącu wkroczył do Lwowa, gdzie po zabraniu skarbca książęcego i bogatych łupów, powrócił do kraju. W drugiej połowie 1340 r. powrócił po raz drugi, zdobywając Lubaczów, Przemyśl, Sanok, Halicz, Trembowlę, Lwów i cały Wołyń. Zwołał też zgromadzenie możnych i rycerstwa celem zjednoczenia tych terenów z resztą ziem Królestwa. Przeciwny zjednoczeniu był głównie Jaśko z Melsztyna, ale król twierdził iż Rusini są: "dawną bracią naszą", dowodził również iż: "Przenosić się będą Polacy na Ruś (...) ułagodzą się dzikie, krwawe Rusi obyczaje, ucichną mordy, okrucieństwa (...) osłonione od tatarskich najazdów rozkwitną grody i włości. Polska spełni zacnie posłannictwo swoje". Tak też się stało, ale niezadowolony z takiego obrotu spraw, dotychczasowy starosta ziemi ruskiej, niejaki Dymitr Dedko, wezwał na pomoc Tatarów, którzy w 1341 r. wtargnęli do Królestwa, paląc i siejąc śmierć wśród ludności Lubelszczyzny, póki w bitwie nad Wisłą nie rozbił ich sam król, na czele rycerstwa. Kazimierz miał pretensje do Olgierda, wielkiego księcia Litwy - Olgierda (brata swej żony Aldony Anny), iż nie zapobiegł atakowi Tatarów, ale owa złość dość szybko mu przeszła, gdyż przyszły inne sprawy. 


KAZIMIERZ I OLGIERD

  




ACT 447 IS NOT APPLICABLE 

AND NEVER WILL APPLY TO POLAND



CDN.

wtorek, 15 stycznia 2019

CHRZEŚCIJANIE I ŻYDZI - Cz. XX

CZYLI JAK DOSZŁO DO PODZIAŁU?


PODSUMOWANIE ŻYDOWSKIEJ 

KULTURY I TRADYCJI RELIGIJNEJ

Cz. V


"TYLKO ŻYDZI SĄ LUDŹMI, 
GOJE NIE SĄ LUDŹMI, TYLKO BYDŁEM"

KERITOT (6b)
(TALMUD)

 


 RELIGIA MOJŻESZA

(CZYLI WIARA BYŁYCH NIEWOLNIKÓW)


 


 Ustanowienie nowej (mojżeszowej) religii wśród wyprowadzonego z egipskiej niewoli ludu (a raczej zbiorowiska najróżniejszych ludzkich mas i dołączających do nich po drodze grup nomadów), nastąpiło na górze Synaj. To tam miał Mojżesz otrzymać od Boga (po czterdziestu dniach) Dziesięć Przykazań, jakimi mieli kierować się w swoim życiu i postępowaniu wyprowadzeni z niewoli egipskiej Apiru (lub Habiru). Otrzymać je miał Mojżesz od istoty, która sama siebie nazywała: "Jestem, który Jestem" ("ehje aszer ehje"), który to pierwszy człon słowa "Być" - "Ehje", posłużył do sformułowania imienia tego bóstwa jako Jhwh (w skróconych formach także: Jhw, Jhh, Jw), odczytywane jako "Jahweh" (przy czym końcowe "h" jest nieme). W średniowieczu to imię zostanie też błędnie przetłumaczone na "Jehowa" (gdy chrześcijańscy dziejopisowie wpisali trzy samogłoski ze słowa "Adonaj" - "Pan" pomiędzy spółgłoski Jhwh). Hebrajczycy w starożytności nie używali jednak nazbyt często słowa: "Jahwe", zamieniając je właśnie na słowo: "Adonaj" ("Pan i tylko Pan jest naszym Bogiem", "Pan naszym Bogiem, Pan jest jeden"), bowiem w ogólnym przeświadczeniu uważano, iż poznanie czyjegoś imienia, powoduje iż ten, który je poznaje, zyskuje nad tą osobą magiczną władzę, dlatego też jasno zostało to zdefiniowane w Dekalogu: "Nie będziesz używał imienia Pana swego na daremnie". Problem polegał jednak na tym, że słowo "Jahwe"... nie było żadnym imieniem. Jahwe - było jedynie wymijającym stwierdzeniem, którego owa istota na górze Synaj przekazała Mojżeszowi, gdy ten zapytał o boże imię. Słowa: "Jestem, który Jestem", nie są imieniem, są stwierdzeniem: "nie twój interes jak mam na imię, ty masz tylko słuchać i wykonywać moje przykazania". Nasuwa się też od razu pytanie, kim w zasadzie była ta istota z Synaju, która tworzyła mnóstwo chmur (lub dymu?) uniemożliwiającego pozostałym Habiru dostanie się na górę, na której przebywał Mojżesz? Istota ta również doprowadziła do podpalenia krzewu, który tak naprawdę nie płonął (nie palił się), co na własne oczy miał ujrzeć Mojżesz.

Istota ta była także bardzo zazdrosna, a jednocześnie obawiająca się jakiegokolwiek kontaktu z ludem, który wybrała (o czym świadczą słowa skierowane do Mojżesza: "Nie będziesz mógł oglądać mojego oblicza, gdyż żaden człowiek nie może oglądać mojego oblicza i pozostać przy życiu"). W Biblii ową istotę nazywa się także: "Tym, który jest z Synaju", lub "Bogiem Synaju", lub "Bogiem, który przyszedł z Synaju". Teorie na temat pochodzenia owej istoty którą nazwano Jahwe, na razie sobie odłóżmy (powrócę do nich w dalszych częściach), teraz pragnąłbym jednak skupić się na samych wydarzeniach, związanych z objawieniem przez Jahwe owych "Dziesięciu Słów" (zwanych również "Dziesięciorgiem Przykazań"). Otóż w pierwszych czterech przykazaniach mowa jest o samym Bogu, o tym czego nie wolno i co należy czynić, czyli:

1) "Jam Wiekuisty, Bóg Twój, który cię wywiódł z niewoli egipskiej"

Czyli już w pierwszym przykazaniu mamy odniesienie do niezwykłości Boga, który to dopomógł Izraelitom (ludowi Habiru) opuścić nieszczęsną ziemię egipską, która była dla nich domem niewoli.


2) "Nie będziesz miał innych bogów, prócz mnie, nie stworzysz sobie bożków, ani wizerunków żadnych i nie będziesz się do nich modlił"

Drugie przykazanie jest jeszcze lepsze. Oto bowiem okazuje się że ów "Bóg z Synaju" jest bogiem niezwykle zazdrosnym i nieprzedstawialnym. Było to przykazanie bez precedensu w czasach antycznych, jako że każdy bóg danej społeczności zawsze był wyrażany w postaci fizycznej (czyli z reguły w postaci artystycznych przedstawień w formie posągów, figurek czy obrazów). Jahwe był więc bogiem zazdrosnym o własne uznanie (niczym celebryta o własną sławę w mediach i plotkarskich portalach). Był to bóg który więc płonął bezkompromisową, namiętną zazdrością i żądał dla siebie wyłączności. Można więc go nazwać kananejskim słowem: "El Kanna" ("Bóg zazdrosny").


3) "Nie wzywaj imienia Boga nadaremnie" 

To samo co wyżej, bóg zazdrosny, żądający wyłączności i obawiający się nie tylko bliższego kontaktu z ludem wybranym: "żaden człowiek nie może oglądać mojego oblicza i pozostać przy życiu", ale również niezwykle wrażliwym na punkcie własnego imienia (które notabene żadnym imieniem nie było) i jego powszechnego użycia.


4) "Pamiętaj o dniu sobotnim, abyś go święcił; przez sześć dni będziesz pracował, a dnia siódmego będziesz odpoczywał i niechaj odpoczywają dzieci twoje i służba twoje i stada twoje" 

Od razu należy sobie wyjaśnić - "Bóg z Synaju" był TYLKO i WYŁĄCZNIE bogiem ludu Habiru, czyli byłych niewolników, którzy pod wodzą Mojżesza opuścili Egipt i w żadnym razie nie miał być bogiem wszystkich ludzi na ziemi. Elitarność ludu Habiru ("Ludu Wybranego" i jego boga była tutaj niepodważalna, choć w czasach Mojżesza, jak również i w późniejszych (np. za rządów Dawida, Salomona i jego następców) ta elitarność nie była brana aż tak bardzo pod uwagę. Znaczy to że Żyd w czasach Mojżesza czy Salomona, mógł bez przeszkód spółkować z kobietą z innego plemienia i nie był za to karany, ani nie było to podstawą do jakiegokolwiek "splamienia rasy". Stało się tak dopiero z chwilą spisania ("Main Kampf") Tory a szczególnie "Księgi Powtórzonego Prawa", "odnalezionego" przez owych hitlerków - Ezdrasza i Nehemiasza i narzuconego Narodowi Wybranemu. Od tej chwili Izraelici mieli porzucić swoje obcoplemienne żony, porzucić dzieci poczęte z tych związków, odciąć się całkowicie od rodziny, od przyjaciół i zachować pełną czystość rasową, gdyż tak (według owych pojebów kapłanów) miał żądać "Bóg z Synaju", który miał się również określić bogiem: "Abrahama, Izaaka i Jakuba". Wracając zaś do wyjątkowości Jahwe, jako jedynie boga Izraela, świadczy o tym m.in taki fragment z Talmudu Babilońskiego.: "nie-Żyd, który studiuje Torę powinien zostać poddany egzekucji (...) Dla nas, dla Żydów, Tora została dana jako spadek, ale nie dla nich, dla innych narodów" - Sanhedrin 59a. Teraz wyobraźmy sobie co musiał znosić Jezus (Jego uczniowie i ich następcy), którego przesłanie skierowane było do całego świata i wszystkich ludzi na Ziemi, i stało w kontrze do przykazań "strażników czystości rasy panów". 

Kolejne przykazania odnoszą się już do kwestii typowo moralnych, choć... są powtórzeniem egipskich zasad, zawartych w wielu naukach pochodzących z tego kraju (podobnie zresztą jak i sam stan kapłański wśród Izraelitów także został całkowicie skopiowany z Egiptu - o tym jednak niżej):

5) "Czcij ojca swego i matkę swoją, a przedłużone zostaną dni twoje na ziemi" 

6) "Nie zabijaj"

7) "Nie bądź rozwiązłym"

8) "Nie kradnij"

9) "Nie będziesz składał fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu twemu"

Oczywiście dla Lewitów (kapłanów - strażników czystości rasy), bliźnimi byli tylko i wyłącznie Żydzi, cała reszta sprowadzała się do roli bydła ("Stosunek płciowy goja jest jak parzenie się zwierzęcia" - Sanhedrin 74b Tosefta, "Nasienie obcego jest nasieniem zwierzęcym" - Kutebot 3b Tofesta, "Płodzą się oni na kształt zwierząt" - Sanhedrin 74b Tezepoth, "Ciała gojów są pegarim, to jest w niczym nie różnią się od ścierwa zdechłych zwierząt" - Jore dea 337,1, "Przyrost naturalny gojów musi być drastycznie ograniczony" - Zohar 11,4b).


10) "Nie pożądaj domu bliźniego twego, ani niczego co do niego należy" 


Przykazania te, które Mojżesz miał objawić "Narodowi Wybranemu" na górze Synaj, były przykazaniami absolutnymi i bezwarunkowymi, nieznanymi wcześniej w historii innych narodów (obcymi także mieszkańcom Kanaanu, przed wkroczeniem tam post-niewolniczych grup imigrantów z Egiptu). Na czele tych przykazań "Bóg z Synaju" miał postawić wybranych ojców, którzy w sposób niezwykle rygorystyczny mieli przestrzegać ich wprowadzania w życie. Byli to kapłani z pokolenia Lewiego, zwani następnie Lewitami. Kasta, która miała wielokrotnie w historii Izraela okazać swą "mroczną stronę". 


 KAPŁANI - LEWICI

(EGIPSKIE KORZENIE SEKTY)




 Przedstawicielami pokolenia Lewiego (przyrodniego brata biblijnego Józefa), byli zarówno Mojżesz jak i jego brat Aaron. Istnieje przypuszczenie iż pokolenie Lewiego nie dotarło do Egiptu, w czasach, gdy zdążały tam inne "abrahamowe" ludy (tak jak pokolenia Rubena i Gada, zamieszkujące po wschodniej stronie rzeki Jordan, które to z pewnością nigdy w Egipcie nie były, podobnie zresztą jak i inne kanaanejskie społeczności Abrahama, które do Egiptu nigdy nie dotarły). Przykładem niech będzie tutaj postać niejakiego Labaja ("Człowieka-Lwa"), który najprawdopodobniej wywodził się z plemienia Habiru, i który żył w czasach, gdy plemię to przebywało już w Egipcie. Otóż Labaja miał zająć miasto Sychem (uczynił to z pomocą innych członków plemienia Habiru, którzy wciąż żyli w Kanaanie) i władał nim na długo, nim "Naród Wybrany" przybył z Egiptu. Ponoć pokolenie Lewiego miało osiedlić się w okolicach miasta Kadesz-Barnea (które było wschodnią bramą drogi do Kanaanu - z kierunku krain Midianitów, Edomitów i Moabitów, czyli z Arabii i znad brzegów Morza Czerwonego a konkretnie Zatoki Akaba, oraz miasta Esion Geber. Zachodnia droga wiodła zaś tzw.: "Królewską Drogą do Szur", wiodącą przez Pustynię Szur na Synaju do miasta Beer-Szeba i dalej drogą prosto ku Jerozolimie). Być może tak właśnie było, ale najprawdopodobniej też część przedstawicieli pokolenia Lewiego, również znalazła się w Egipcie (wraz z całym pokoleniem Józefa, które potem podzieliło się na pokolenia Efraima i Menassesa, efraimitą był np. Jozue), o czym choćby świadczy przypadek samego Mojżesza. Natomiast już po wyjściu z Egiptu, jego brat Aaron zostaje wybrany (przez "Boga z Synaju") na kapłana i odtąd jest tytułowany wręcz arcykapłanem. Tak rozpoczyna się era kapłańskiego pokolenia Lewitów (tytuł arcykapłana był w tym rodzie dziedziczony z ojca na syna).

Nim Mojżesz miał wyprowadzić lud Habiru z ziemi egipskiej (ok. 1270 r. p.n.e.), po prawie stu latach od osiedlenia się tam pierwszego plemienia Szosu (Apiru-Habiru), zostali przez faraona Ramzesa II Wielkiego osiedleni jako niewolnicy w ziemi Goszen, przy budowie miast królewskich Pi-Ramses i Pitom. Ziemia Goszen leżała na wschodzie Egiptu, tuż przy "Królewskiej Drodze do Szur" przechodzącej przez Synaj do Kanaanu. Nazwa "Goszen" jest oczywiście pochodzenia aramejskiego, ale kraj, w którym przyszło żyć i pracować plemieniu Habiru, odpowiada XIX nomowi Delty. Znajdowała się tam pradawna świątynia węża zwanego Imet, a także ruiny dawnej twierdzy Hyksosów - Awaris. Nom XIX był dość ubogi (w porównaniu chociażby z nomem XX leżącym na południu czy z niezwykle bogatym herakleopolitańskim nomem XVIII ze świątynią bogini Bastet w Bubastis) i przed powstaniem miast Pi-Ramzes i Pitom nie istniały tam żadne większe ośrodki miejskie (choć istniało np. miasto o nazwie Baal-Sefon, które ulokowane było na terenach bagnistych. Najprawdopodobniej mogło to być osiedle miejskie niewolniczego ludu Habiru, który przecież przybył z Kanaanu i wśród którego początkowo przed powstaniem monoteizmu "Boga z Pustyni", kult Baala był bardzo rozpowszechniony). Było to niewątpliwie celowym działaniem kolejnych władców Egiptu, którzy celowo niedbali o rozwój wschodniej Delty, jako dawnego ośrodka władzy "przeklętych hyksoskich najeźdźców". Dopiero więc w czasach XIX Dynastii ta polityka uległa zmianie, a przeniesienie stolicy kraju z Teb najpierw do Memfis a potem do Pi-Ramses, stało się powodem znacznej rozbudowy tego zaniedbanego regionu. 

To właśnie w Egipcie, Żydzi po raz pierwszy spotkali się z tak rozbudowanym panteonem bogów i bogiń, z tak rozbudowanym systemem kapłańskim, z taką ilością pieśni chóralnych ku czci bóstw, rad oraz nauk moralnych, przekazanych dla potomności. Przywódcy plemienia (czy raczej plemion) Habiru, przejęli więc nie tylko egipskie hymny, przysłowia i odniesienia (np. "Niech Bóg zważy mnie na szali prawdy, a pozna że jestem niewinny" - Ks. Hioba 31,6, fragment skopiowany z egipskiej wiary w pośmiertne ważenie ludzkiego serca na Wadze Prawdy). Takich przypadków jest więcej, prawie cała "Księga Przysłów" została skopiowana z dzieł egipskich. To samo "Pouczenia Mędrców". Nie przeszkodziło to jednak Żydom oczerniać wszystko, co było egipskie, jak choćby ten fragment z "Księgi Kapłańskiej" - "Wy wiecie z kim mieszkaliśmy w Egipcie i jak szliśmy między narodami, wśród których droga nam wypadła. Widzieliśmy ich obrzydliwości, ich posągi z drzewa i kamienia, ze srebra i złota (...) Niech nie będzie między wami żadnego (...) którego by serce się odwróciło od Pana, Boga Waszego, idąc służyć bogom tych narodów (...) Spadną na niego wszystkie przekleństwa zapisane w tej księdze, a Pan wymaże jego imię spod nieba" - Ks. Powt. Prawa 29 15-19). Zaś prorok Jeremiasz miał nawoływać lud Izraela: "To mówi Pan Zastępów, Bóg Izraela (...) Przyjdzie i podbije kraj egipski (...) Podłoży ogień pod domy bóstw egipskich, spali je lub wywiezie, oczyści z robactwa Egipt, jak oczyszcza pasterz z wszy swoje szaty (...) Połamie też stele Domu Słońca, który się znajduje w kraju egipskim, a domy bóstw egipskich zniszczy ogniem" (Księga Jeremiasza 43 10-13). Przestrzegał także Izraelitów: "jeżeli powzięliście zdecydowane postanowienie, by udać się do Egiptu, i pójdziecie, by się tam osiedlić, dosięgnie was tam, w ziemi egipskiej, miecz, którego się obawiacie, oraz głód, którego się lękacie, będzie szedł za wami nieodłącznie w Egipcie, tam też pomrzecie".

Oficjalna eliminacja wszystkiego, co było związane z Egiptem, była konieczna aby kapłani mogli stworzyć nowe społeczeństwo. Należy bowiem pamiętać, że ludzie, którzy pod przywództwem Mojżesza wyszli z ziemi Goszen do Kanaanu, nie byli ani jednym narodem, ani nawet ludem, który miałby jedną sprecyzowaną misję, jaką na początku mogła stać się wolność. Dochodziło przecież do częstych buntów już na Synaju. Wielu miało pretensje do Mojżesza że wiedzie ich na pewną śmierć (choć przecież sami do niego dołączyli z własnej woli, z chwilą gdy faraon zezwolił im opuścić Egipt). Mawiano że w Egipcie przynajmniej mieli co jeść, a na pustyni wszyscy pomrą z głodu i pragnienia. Chciano nawet obalić Mojżesza i na jego miejsce wybrać innych naczelników, którzy... zaprowadzili by ich z powrotem do Egiptu. Z takimi ludźmi nie można było budować nowego społeczeństwa, to było niemożliwe. Dlatego też w Biblii mamy informacje iż Mojżesz przez czterdzieści lat tułał się z nimi po Synaju, nim mogli oni wejść do ziemi Kanaan. Chciał bowiem aby wymarło pokolenie pamiętające niewolę, pokolenie które gotowe było na powrót pod egipski but, byle tylko otrzymać stałe pożywienie. Tacy ludzie nie stworzyliby nowego narodu (jak pisał Roman Dmowski: "Niewola wychowuje niewolników. Niewolnicy bywają albo ulegli i posłuszni, albo zbuntowani. Zbuntowani potrafią szukać zemsty na swych panach, ale nie umieją walczyć o wolność ani żyć w wolność: pozostają zawsze niewolnikami"), narodu, które obmyślili sobie utworzyć (wzorując się na egipskich przykładach) kapłani z rodu Lewiego - ludzie, którzy kilka wieków później staną się prekursorami rasistowskiej ideologii "Rasy Panów", każącej za "zhańbienie rasy" z obcoplemieńcem, natychmiastową śmiercią. Przejdźmy zatem teraz do religii nowo przybyłych osadników Habiru, już w samym Kanaanie (plus kilka informacji na temat samego - prawdziwego a nie zmyślonego na potrzeby propagandy religijnej w czasach późniejszych -  podboju Kanaanu).    



CDN.



 PS: W związku z ostatnimi wydarzeniami, w wyniku których został zamordowany prezydent Gdańska - Paweł Adamowicz, chciałbym złożyć szczere kondolencje rodzinie i bliskim pana prezydenta Adamowicza. Był to polityk, z którym zupełnie się nie zgadzałem, uważałem wręcz że to co robi w Gdańsku (to oddalanie Gdańska od Polski, promocja wszystkiego co było związane z tzw.: "Wolnym Miastem Gdańskiem" z czasów międzywojennych, oraz propagowanie ściągania do Polski muzułmańskich nachodźców i inne tego typu projekty), jest wybitnie szkodliwe. Ale nie czas teraz na to. Polityka to polityka, a zginął człowiek i jest mi tak po ludzki, zwyczajnie żal. Nikt nie zasłużył sobie na tak beznadziejną śmierć (swoją drogą ja zachodzę w głowę gdzie w ogóle była ochrona? Przecież to jakaś kpina! Facet wchodzi sobie na arenę na której odbywa się gdańska gala Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, z nożem w ręku i nikt nic nie robi? Owsiak skacze i liczy pieniądze, inni też się bawią i tańczą w rytm muzyki, a tu umiera człowiek, trzykrotnie ugodzony w serce i płuca. Ja tego nie pojmuję? Nie pojmuję tej głupoty organizatorów tego przedsięwzięcia, jak można być pozbawionym wyobraźni, aby pozwolić wejść na podium człowiekowi, który w dłoni trzyma nóż. Gdzie była ochrona? Dlaczego nikt nie sprawdził tego zamachowca (który po morderstwie w ogóle nie uciekał, tylko podskakiwał na scenie, ciesząc się i wykrzykując jakieś bzdury). Potrafi się ludziom odbierać butelki z napojami, a nie potrafi się skontrolować gościa z nożem. Zresztą on miał ponoć również plakietkę z napisem: "Media". Skąd ją miał? Kto mu ją wydał? Przecież załatwienie takiej plakietki nie odbywa się z dnia na dzień i dotyczy to tylko dziennikarzy. Kpina, totalna kpina - zginął człowiek wręcz na własne życzenie organizatorów. Dlaczego bowiem impreza nie była wcześniej zgłoszona jako masowa? Dlaczego nie chciano tam żadnej policji? Dlaczego ochrona w ogóle nie zareagowała, a pierwszą osobą, która obezwładniła mordercę był ktoś z obsługi technicznej. 

To kpina, która woła o pomstę do nieba i mam nadzieję że była to tylko i wyłącznie głupota organizatorów, bo jeśli nie... jeśli to było zaplanowane morderstwo (a już widać kto próbuje na tym morderstwie budować kapitał polityczny, ponownie dzieląc Polaków). Nie chcę nawet o tym myśleć (choć wiele poszlak wydaje się bardzo prawdopodobnych). Ale nie o tym. Zginął Człowiek. Nieważne teraz kim był i jakie miał polityczne poglądy - po prostu Człowiek. Dlatego jest mi go żal, tak po prostu żal. Chciałbym naprawdę aby ci wszyscy, którzy tera obrzucają się botem, zastanowili się - wszyscy jesteśmy Ludźmi, jesteśmy Chrześcijanami, jesteśmy wreszcie Polakami. W naszej kulturze istnieje szacunek do śmierci, która przecież nikogo z nas nie ominie - ale nie jest też niczym niezwykłym, choć zawsze żal gdy ktoś ginie (w tak głupi sposób) bądź po prostu umiera. Dlatego bardzo bym sobie życzył, aby wszyscy ci, którzy teraz obsypują się błotem nad ciałem jeszcze niepochowanego prezydenta Adamowicza, lepiej po prostu... pomodlili się za Niego i za jego Rodzinę, która musi teraz przeżywać istne katusze. Poza tym nie dajmy się podzielić, komuś bardzo zależy aby w Polsce powstały dwa, zwalczające się plemiona. Pokażmy że to odrzucamy, że nasza kultura, nasza tradycja i ten szacunek przed Nieuniknionym jest silniejszy od jakichś małostkowych emocji. Nie twórzmy sztucznych podziałów - stańmy się jednością (tak jak to było chociażby po śmierci papieża Jana Pawła II), wbrew wszystkim nienawistnym głosom polityków jednej czy drugiej opcji, zjednoczmy się jako Ludzie, Chrześcijanie i jako Polacy.


 "CZEŚĆ PAMIĘCI PREZYDENTA 
PAWŁA ADAMOWICZA" 

 








  

niedziela, 13 stycznia 2019

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. III

NIM JESZCZE 

NAD KONSTANTYNOPOLEM

ZAŁOPOTAŁ ZIELONY

SZTANDAR MAHOMETA


"GDY KOLOSEUM STOI, RZYM STAŁ BĘDZIE,
GDY ONO PADNIE - I RZYM SIĘ POWALI,
A Z RZYMEM LEGNIE I ŚWIAT W JEDNYM RZĘDZIE"

GEORGE GORDON BYRON




I
JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM
(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA"
NA RZYMSKIM PALATYNIE)
Cz. II 




 Tak więc po roku 182 i aferze związanej z planami zamordowania młodego władcy - Kommodusa, Lucjusz Septymiusz Sewer wycofał się całkowicie z życia politycznego i wyjechał z żoną Pakką Marcjaną do Aten, gdzie na krótko osiadł. Tam przez zwiedzał zabytki, studiował prawo i retorykę i wyczekiwał bezpieczniejszych czasów. Tymczasem Rzymem władało (po 182 r.) troję ludzi - zamknięty w swym pałacu na Palatynie (i w podmiejskich willach), całkowicie odizolowany od mieszkańców, pogrążony w swych lękach i fobiach oraz w nieprawdopodobnej rozpuście, cesarz Kommodus, jego kochanka, była niewolnica, obecnie wyzwolenica - Marcja (która miała na niego ogromny wpływ), oraz prefekt pretorianów - Sekstus Tygidiusz Perennis, przy czym to właśnie ten ostatni zapragnął teraz uzyskać niepodzielne uznanie władcy. Czynił to w sposób wręcz bezczelny, taki, który jawnie narażał go na niebezpieczeństwo posądzenia o... dążenie do uzyskania cesarskiej purpury. Mając kilku synów, powierzał im najlepsze i najzamożniejsze urzędy namiestników prowincji i dowódców legionowych, stworzył też sieć donosicieli, którzy mieli go informować o tym jakie są nastroje zarówno wśród rzymskiej elity jak i rzymskiego plebsu. Wkrótce jednak zaczęły mnożyć się problemy. Oto bowiem większość pieniędzy szła na wyposażenie cesarskiego dworu, a to sprawiało iż pieniędzy zaczęło brakować dla wojska. Oczywiście Perennis dbał by nie zabrakło ich dla żołnierzy gwardii pretoriańskiej, jako że to właśnie oni byli jedyną siłą, mogącą bezpośrednio wpływać na wybór każdego kolejnego władcy, ale już dla wojsk pogranicznych żołd przychodził z dużym opóźnieniem, co często prowadziło do lokalnych buntów wojskowych. 

W 184 r. ostatecznie wstrzymano wszelkie płatności na rzecz fundacji alimentacyjnych (wspomagające ubogie dzieci, samotne kobiety czy bezdomnych mieszkańców miasta). Aby zdobyć pieniądze, Perennis zaczął zmuszać zamożnych mieszkańców do przymusowych opłat, pod groźbą kary (a przecież wystarczył donos iż taki a taki obywatel źle życzy cesarzowi, aby wytoczyć mu proces i skazać na śmierć, jednocześnie konfiskując cały jego majątek, dlatego też większość wolała zapłacić pewną kwotę, niż potem stracić wszystko). Perennis oszczędzał Marcję, jako że zdając sobie sprawę z ogromnego wpływu, jaki ma ona na Kommodusa, uznał że jeszcze nie czas by się jej pozbywać. Wydawało mu się że kontroluje wszystko w mieście i że żadna intryga nie może przejść bez jego wiedzy, ale (jak wielu przed nim i po nim) przeliczył się. Niepostrzeżenie wyrósł mu bowiem silny konkurent, który na pierwszy rzut oka nie sprawiał wrażenia kogoś, kto mógłby zagrozić władzy Perennisa. Owym konkurentem okazał się niejaki Kleander. Był to przebiegły osiłek, który co prawda jedyne do czego się nadawał, to było noszenie ciężarów, jednak zdobył sobie (własną siłą) uznanie Kommodusa i postanowił to wykorzystać dla własnej kariery. Był co prawda niewolnikiem (podobnie jak wcześniej Marcja) i pochodził z Azji Mniejszej, został jednak kupiony do służby pałacowej (jeszcze za Marka Aureliusza) i szybko zyskał uznanie młodego Kommodusa, swoją wytrzymałością (także seksualną) i pomysłowością w organizowaniu kolejnych orgii. Kommodus cenił w nim zarówno siłę (np. każąc mu by podczas orgii chędożył jedną, lub nawet dwie partnerki, trzymając obie na rękach) jak i spryt, za które to wyzwolił Kleandra i uczynił zamożnym człowiekiem (podobnie jak Marcję). Gdy zabrakło Saoterosa (byłego pokojowca Kommodusa i organizatora jego orgii - skazanego na śmierć w 182 r. jako współwinnego spisku siostry cesarza Lucylli), jego miejsce zastąpili właśnie Marcja i Kleander. 

Pozycja jaką zdobył w pałacu cesarskim, wybitnie nie wystarczała Kleandrowi, zaczął marzyć o władzy nad... cały Imperium. Jednak aby tak się stało, należało obalić wszechwładnego Perennisa. Będąc bezpośrednio w otoczeniu cesarza, starał się schlebiać jego próżnościom tak, aby uzyskać dzięki temu coraz większe dla siebie przywileje. Gdy Kommodus uznał się za wcielenie nowego Herkulesa, to właśnie Kleander jako pierwszy miał mu podsunąć ten pomysł, twierdząc że ktokolwiek nie ujrzy we władcy Herkulesa, ten jest jego wrogiem i zasługuje na śmierć. Tak więc teraz Kommodus biegał po arenie Koloseum, opasany skórami zwierząt, jako nowy Herkules i zabijał maczugą dzikie zwierzęta (które jednak były już poranione lub trzymane na specjalnych łańcuchach, tak aby nie mogły wyrządzić władcy żadnej krzywdy), przez co w oczach tłumu wychodził na niezwyciężonego. Tak więc Kommodus bawił się w taki sposób, a Perennis i Kleander zaczęli ostro ze sobą rywalizować. Oto bowiem w 185 r. nadarzyła się okazja, do bezpośredniego uderzenia w Perennisa, gdy z Brytanii przybyła delegacja z oficjalną skargą na prefekta pretorianów, który obsadził w roli namiestnika tej prowincji, jednego ze swoich synów. Doprowadziło to wręcz do buntu tamtejszych trzech legionów i spowodowało że przerażony obrotem spraw Kommodus, oskarżył Perennisa o zdradę stanu i skazał go na śmierć (oraz konfiskatę mienia). Natomiast na jego miejsce powołał właśnie... Kleandra. Tak oto były niewolnik, stał się teraz prefektem pretorianów i prawdziwym władcą Rzymu. Pod jego pięcioletnimi rządami, korupcja w mieście osiągnęła swoje apogeum, a nowy prefekt kazał sobie sowicie płacić za każdy publiczny urząd. Każdy, bez względu na to czy starał się o stanowisko sędziego czy urzędnika miejskiego, musiał najpierw sowicie opłacić się Kleandrowi, za którego wsparciem cesarz dopiero mianował kolejnych kandydatów (a stawki były olbrzymie, o czym świadczy los pewnego bogacza, który za możliwość otrzymania nobilitacji senatorskiej, zapłacił Kleandrowi... całym swoim majątkiem, a potem śmiano się z niego że: "został wygnany do senatu"). O skali patologii, jaka się wówczas namnożyła, świadczy fakt iż w przeciągu tylko jednego roku zmieniło się... 25 konsulów i każdy za swój urząd musiał opłacić się Kleandrowi.


KOMMODUS JAKO NOWY HERKULES



Zdobywszy ogromny majątek, Kleander postanowił się ożenić. Na żonę wybrał sobie jedną z kobiet uczestniczących w orgiach Kommodusa, a przyjęcie weselne zorganizował sam władca. Żył niczym prawdziwy lord, posiadał kilka willi i domów w Rzymie, jego majątek liczył kilkaset milionów sesterców, oraz tysiące niewolników (miał prywatnych cukierników, piekarzy, kucharzy i wielu innych sług). Ale podczas gdy dwór cesarski opływał w dostatki, lud doświadczył pierwszych (od lat) oznak głodu. Co prawda miast chleba, organizowano dla ludu igrzyska (już w czasach Marka Aureliusza było aż 180 dni igrzysk, czyli dni wolnych od pracy), to jednak zaczęły się pierwsze poważne niepokoje. Niezadowolenie w Brytanii, Galii i Hiszpanii pociągało za sobą pewne społeczne konsekwencje, ale kulminacja nieszczęść nastąpiła w 186 r. gdy nie tylko w Rzymie, ale w całej Italii zapanował głód. Powstały dwa światy - świat oderwanych od rzeczywistości bogaczy, należących do cesarskiego dworu, uczestniczących w orgiach i przyjęciach, podczas których podawano najwykwintniejsze dania, a wino lało się strumieniami. Świat w którym niewolnicy i byli niewolnicy stawali się bajecznie bogatymi, wręcz udzielnymi książętami i w którym seks i przemoc była nieodzownym elementem codzienności. Drugim światem był świat niemajętnych mieszkańców Rzymu, coraz bardziej ubożejącej klasy średniej (ekwitów) i ludu, który często polegał na państwowych zapomogach (wstrzymanie środków dla funduszy alimentacyjnych, doprowadziło do prawdziwej katastrofy i ogromnego wzrostu bandytyzmu na rzymskich ulicach). Pojawiła się też drożyzna, jako że większość towarów szła na zaopatrzenie dworu i możnych, a to co zostawało dla obywateli, było wybitnie niewystarczające. Nic więc dziwnego że w tych trudnych czasach pojawił się człowiek, którego dziś byśmy mogli porównać z Robin Hoodem lub naszym rodzimym Janosikiem, który "zabierał bogatym a dawał biednym". Człowiek ten nosił imię Maternus.




Nim wkroczył na drogę występku (został uznany przez władze za bandytę), był żołnierzem i służył w jednym z nadreńskich legionów w Galii. Nie należał też do ludzi przestrzegających dyscypliny, za co był kilkakrotnie karany. Wreszcie zdezerterował z wojska i w krótkim czasie zgromadził wokół siebie sobie podobnych śmiałków, z których stworzył "leśne wojsko" (185 r.). Na ich czele dokonywał cudów odwagi, napadając np. na miasteczka i każąc skorumpowanych lub surowych naczelników. Rozbijał więzienia, uwalniając zbiegów i rzezimieszków, którzy dołączali do jego "leśnej armii". Rabował bogaczy zgarniając ich łupy (choć obiecywał równy ich podział tym, którzy dołączyliby do jego oddziału). Okoliczny lud (a także niewolnicy) zaczął w nim widzieć wybawiciela od swego ciężkiego losu, przeto szeregi Maternusa rosły bardzo szybko. Każdy bowiem chciał uszczknąć coś z owych bogactw, które bogaczom zabrał Maternus. Dla nowo przybyłych zorganizowano szkolenia wojskowe, tak, aby uczynić z nich regularną armię. A ludu było dużo, o czym świadczy fakt, iż jeszcze w owym 185 r. Maternus zdecydował się uderzyć na dobrze ufortyfikowane miasto Argentoratum (dzisiejszy Strasburg), w którym stacjonował VIII Legion Augusta. Atak co prawda zakończył się porażką, gdyż "ósemka" obroniła miasto, ale sam fakt że w ogóle do niego doszło, świadczy o sile i liczebności oddziałów Maternusa, które zresztą po tej porażce wcale się nie rozpadły. Wieści o tym szybko też dotarły do Rzymu, gdzie wzburzony Kommodus słał listy do namiestników okolicznych prowincji, żądając szybkiego zdławienia buntu i ukarania zbiegów. Wysłał też do Galii Gajusza Pescenniusza Nigra, lecz ostatecznie bunt stłumił najprawdopodobniej (bo nie ma co do tego zgodności) namiestnik Germanii Superior - Marek Helwiusz Klemens Detrianus z początkiem 186 r. Mimo to nie udało mu się ani pojmać Maternusa, ani też schwytać jego ludzi. 

Maternus z garstką swych żołnierzy przetrwał bowiem bitwę i teraz postanowił zemścić się na... samym cesarzu Kommodusie. Postanowił zamordować cesarza w samym Rzymie, najlepiej na oczach tłumu podczas igrzysk. Przekradł się więc z towarzyszami przez Alpy i wszedł do Italii. Zamach planował przeprowadzić dnia 25 kwietnia, w święto Matki Bogów (było to po prostu święto karnawałowe, w czasie którego ludzie przebierali się za kogo chcieli). Postanowił to uczynić przebrany w strój pretorianina. Zamach jednak się nie powiódł, gdyż zaważył "czynnik ludzki". Mianowicie kilku członków bandy Maternusa było zazdrosnych o jego sławę i obawiało się by w przypadku sukcesu zamachu, nie został on właśnie wybrany nowym cesarzem (sądzili że gdyby zabił cesarza podczas igrzysk, lud mógłby właśnie jego obrać kolejnym władcą, co oczywiście było dość groteskowym pomysłem, gdyż z pewnością wcześniej Maternus ległby pod ciosami mieczy pretorianów). Maternus został więc zdradzony, aresztowany, poddany torturom i skazany na śmierć. Zginął wraz z tymi, którzy... go zdradzili. Ten spisek jednak spotęgował jeszcze paranoję Kommodusa, który podwoił liczbę własnej ochrony i całkowicie już odizolował się od reszty społeczeństwa. Jednak pod wpływem tych wydarzeń i rozruchów, jakie miały miejsce w Galii (Hiszpanii i Brytanii), Kommodus postanowił uczynić coś, aby ułatwić sprowadzanie zboża z Afryki, które miało zapobiec pojawiającej się w Italii epidemii głodu. W 186 r. utworzył więc stałą linię żeglugową pomiędzy Ostią (i innymi miastami Italii) a Kartaginą (i kilku innymi miastami Afryki), wzorując się na wcześniejszej linii rzymsko-egipskiej (ciassis Alexandrina), powstałej za czasów Wespazjana (czyli ponad sto lat wcześniej) i w tym okresie już nie istniejącej. Miało to rozładować wzburzone nastroje ludu i poprawić zaopatrzenie Italii w żywność. Okazało się jednak powodem do kolejnego niezadowolenia mieszkańców Italii.




Nim jednak do tego doszło, należy słów parę powiedzieć o losach Septymiusza Sewera i jego wybranki. Oto bowiem ok. 185 r. Septymiusz został wezwany do Rzymu przez Kommodusa i otrzymał namiestnictwo prowincji Galii Lugdunensis (obejmująca m.in. takie miasta jak: Lugdunum - dzisiejszy Lyon, czy Lutecja - dzisiejszy Paryż, całą Normandię i Bretanię). Przeniósł się więc do Lugdunum z Aten wraz z żoną, która w kilka miesięcy później (już w 186 r.) tam zmarła. Prawdopodobnie nie służyło jej tamtejsze powietrze, choć oczywiście powody jej zgonu ciężko dziś przewidzieć. Po śmierci pierwszej żony, Sewer postanowił ożenić się po raz drugi. A ponieważ lubował się w astrologii, miał ponoć (choć ja osobiście uważam że stały za tym inne niż "astronomiczne" przesłanki) uznać iż układ gwiazd jego i córki kapłana boga Elagabala - Julii Domny, jest tożsamy i że przez to są sobie przeznaczeni. Najpierw więc przez przyjaciół obecnych w Syrii, a potem osobiście udając się do Emesy, poprosił o rękę młodej dziewczyny. Latem 187 r. odbył się w Emesie ślub 42-letniego Septymiusza Sewera i 22-letniej Julii Domny. Bardzo szybko doczekał się też synów - 4 kwietnia 188 r. urodził się Marek Septymiusz Basjanus (znany potem jako cesarz Karakalla), oraz 7 marca 189 r. drugi syn Publiusz Septymiusz Geta. Także w 189 r. Septymiusz Sewer powrócił do Rzymu, gdzie sprawował swój pierwszy konsulat, zaś w 190 r. został namiestnikiem Panonii Górnej nad Dunajem (tereny dzisiejszej Austrii oraz Słowenii). Tam, w przeciągu dwóch lat zdobył dużą popularność wśród żołnierzy, dzięki której zaraz po zamordowaniu Kommodusa zostanie okrzyknięty nowym cezarem. Ale nim to nastąpi, wróćmy jeszcze do Rzymu.      

Oto bowiem prefekt miasta Rzymu, który nienawidził Kleandra, postanowił doprowadzić do wstrzymanie dostaw zboża afrykańskiego do Rzymu (przetrzymując je w magazynach w Kartaginie) i jednocześnie ogłaszając że powodem zwłoki jest nieudolność Kleandra, który nie potrafi dobrze wykonywać powierzonych mu obowiązków. Ludzie prefekta zaczęli też podburzać tłum, wszędzie rozgłaszając że Kleander celowo opóźnia dostawy, aby gdy lud będzie już na skraju wytrzymałości, sprzedać je po zawyżonych cenach. Zaczęły się więc zamieszki (190 r.), które najpierw rozpoczęły się w Cyrku Wielkim, podczas wyścigów rydwanów. Lud zaczął skandować: "chcemy chleba, nie igrzysk" (co potem urosło do rangi symbolu). Potem zamieszki rozlały się po całym mieście. Wzburzony lud protestował pod pałacem Kleandra, z zamiarem spalenia go (uniemożliwił im to oddział pretorianów, który ochraniał dom Kleandra). Ale rewolta (żółtych kamizelek) wzburzonego ludu rozlała się poza mury miasta i dotarła do pod-rzymskich posiadłości cesarza. Kleander skierował przeciwko nim jazdę pałacową, która zmusiła lud do wycofania się do miasta (padło wielu zabitych i rannych). Pod wpływem jednak tej masakry od Kleandra odwrócili się... pretorianie, którzy teraz stanęli po stronie miejskiego ludu. Znów ruszono na podmiejską willę cesarza. Kommodus właśnie wypoczywał po skończonym posiłku, gdy do jego komnaty weszła przerażona Marcja, informując go nadchodzącym wzburzonym tłumie ludu rzymskiego, wspartym pretorianami. Cesarz zareagował jak zwykle w takich warunkach, nakazał przyprowadzić do siebie Kleandra, po czym kazał go zamordować. Następnie zabito jeszcze małego synka Kleandra (jego matka, która trzymała go na rękach, też została poważnie zraniona), a ich trupy rzucić ludowi na pastwę. Wzburzony lud bił więc kijami ciało znienawidzonego prefekta, po czym odcięto mu głowę i nabito na włócznię obnosząc ją wszędzie po ulicach Rzymu (ciało wrzucono do Tybru). A tymczasem Kommodus postanowił się... ubóstwić i zaliczyć w poczet żyjących bogów.


  


 

ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER

WILL APPLY TO POLAND



 CDN.